Tag Archives: Getin Noble Bank

Afera KNF to modus operandi PiS

19 List

Tydzień rozpocznie się od kolejnej taśmy. Ale PiS liczy na to, że aferę KNF uda się przeczekać, jeśli jej treść nie okaże się kolejną sensacją.

Mecenas Roman Giertych zapowiedział w poniedziałek złożenie do prokuratury kolejnego nagrania, tym razem z lipca bieżącego roku. To rozmowa Leszka Czarneckiego z Markiem Chrzanowskim i innymi przedstawicielami KNF. „Na taśmie słychać i widać (to nagranie video), jak przedstawiciele urzędu państwowego bez żenady potwierdzają, że wiedzą o planie przejęcia banku za złotówkę” – napisał na Facebooku, określając całe nagranie jako „Taśmę numer 2″, Giertych. Zaznaczył jednak, że wbrew plotkom rozmowa Leszka Czarneckiego z prezesem NBP Adamem Glapińskim nie została nagrana.

To właśnie tej taśmy najbardziej obawia się PiS. Jak wynika z naszych rozmów, przyjęta strategia na Nowogrodzkiej to próba przeczekania sprawy. Politycy PiS liczą na to, że jeśli zawartość kolejnej taśmy i wszystkich następnych nie będzie sensacyjna, to ta strategia się sprawdzi. Zwłaszcza że w PiS panuje przekonanie, że wbrew nadziejom opozycji sprawa KNF nie dotarła głęboko do opinii publicznej, zwłaszcza po szybkiej dymisji byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. PiS liczy też, że żadne nazwisko w sprawie – Chrzanowskiego czy też szefa NBP – nie kojarzy się zwykłym wyborcom bezpośrednio z partią rządzącą.

Piątkowa narada nie przyniosła więc żadnych przełomowych decyzji. Jeden z naszych rozmówców z PiS powiedział zresztą, że w mediach jej znaczenie dla całej sprawy zostało znacznie nadmuchane. Politycy partii rządzącej zajmowali się w piątek m.in. kwestią TSUE oraz zatwierdzaniem zarządów kolejnych sejmików.

Tematem nowego tygodnia może być właśnie reforma sądownictwa. W poniedziałek – jak wynika z naszych informacji – rząd ma przedstawić założenia nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, które mają być daleko idącymi ustępstwami na rzecz Komisji Europejskiej. Sygnalizował to niedawno sam premier Mateusz Morawiecki. – Jestem przekonany, że na pewno dogadamy się z KE w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce – powiedział w Hamburgu przy okazji konferencji o stosunkach transatlantyckich. Jak podkreślił, przygotowywane są „pewne zmiany” w prawie, związane z wcześniejszym postanowieniem TSUE o zabezpieczeniu.

Strategia władzy to również podkreślanie, że system bankowy oraz system nadzoru jest bardzo stabilny. Mówił o tym zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i p.o. szefa KNF Marcin Pachucki. W podobnym tonie wypowiedział się też szef NBP Adam Glapiński.

W przyszłym tygodniu planowane jest pierwsze po wybuchu afery posiedzenie Sejmu. Opozycja domagała się informacji rządu w sprawie KNF oraz powołania komisji śledczej. Ale Grzegorz Schetyna w ubiegłym tygodniu zapowiedział też, że cała historia w nowym świetle stawia wniosek o odwołanie premiera Mateusza Morawieckiego, który Platforma zapowiada od połowy października. – W ciągu najbliższych dni złożymy wniosek – mówił na antenie Polsat News, podkreślając, że będzie on zaktualizowany o sprawę KNF. Jak dodał Schetyna, komisja śledcza zostanie powołana, nawet jeśli miałoby się to stać w następnej kadencji. PiS kategorycznie odrzuca pomysł powołania komisji. I nic nie wskazuje na to, żeby to podejście miało się zmienić. – Leszek Czarnecki gra z władzą, a politycy opozycji tańczą w jego interesie – mówił w niedzielę Marcin Horała z PiS.

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego zareagował na sobotni wpis Romana Giertycha, pełnomocnika Leszka Czarneckiego, o czym w artykule „Giertych zapowiada złożenie w prokuraturze kolejnych nagrań – chodzi o „plan Zdzisława” Sokala”. Rzecznik KNF Jacek Barszczewski odrzucił zarzuty adwokata właściciela Getin Banku. – „W ocenie KNF zarzuty mecenasa Romana Giertycha opublikowane na Facebooku są bezpodstawne. Rzeczywisty kontekst opisanych przez niego wydarzeń został zniekształcony. Urząd KNF odczytuje działania mecenasa Giertycha jako próbę utrudnienia działań organu nadzoru”– napisał Barszczewski.

Roman Giertych ironicznie odpowiedział rzecznikowi na Twitterze. – „Szef KNF zażądał od mego klienta zatrudnienia swego znajomego prawnika i wypłacenia mu ogromnych apanaży. Dzisiaj ten sam KNF zarzuca mi, że utrudniam im działania. No to afera się wyjaśniła. Szef KNF chciał po prostu dać Czarneckiemu prawnika, aby go uchronił przede mną” – napisał pełnomocnik bankiera.

Po chwili opublikował kolejny wpis. – „W sumie jest oczywiste, że nagrywanie szefa KNF i zawiadamianie o przestępstwie w tej instytucji bardzo działania szefa KNF utrudniły. 40 mil. piechotą nie chodzi! Ze smutkiem też poinformuję, że utrudniania ciąg dalszy. Wszyscy członkowie KNF na mój wniosek będą przesłuchiwani” – napisał Giertych.

Jak jednak pokazały trzyletnie rządy PiS, owa „repolonizacja” i „wielkie projekty” to w praktyce po prostu zwyczajny rympał i reket. Zamiast odrodzonej stoczni i budowanych przez państwo bałtyckich promów jest ukradziona złota tabliczka Morawieckiego. Zamiast przekopu Mierzei Wiślanej – słupek wbity przez Kaczyńskiego na plaży w ostatnich dniach kampanii samorządowej i już następnej nocy „zabrany przez morze”.

Szczególnie afera KNF pokazuje, że repolonizacja i renacjonalizacja w wykonaniu PiS ma tylko tyle wspólnego z sanacją, że zamiast Eugeniusza Kwiatkowskiego budującego Gdynię dostaliśmy Nikodema Dyzmę, który nie budował niczego poza osobistą pozycją i prywatnym majątkiem.

PiS się uwłaszcza

Podobnie jak przed 16 laty afera Lwa Rywina, która ostatecznie pokazała prawdziwe oblicze rządów SLD, także teraz afera KNF nie jest pojedynczą wpadką chciwego urzędnika, próbującego wyciągnąć od biznesmena wielomilionową łapówkę i zatrudnić u niego swojego człowieka. Jest ona prostą konsekwencją realizowanej przez PiS wizji Kaczyńskiego – polegającej na przejęciu przez partię rządzącą kluczowej własności publicznej i prywatnej; oczywiście po wcześniejszym zniszczeniu lub sparaliżowaniu przez władzę konstytucji, prawa, niezawisłych sądów, unijnych procedur i innych mechanizmów kontrolnych.

To, że afera wydarzyła się w sektorze bankowym, też nie jest przypadkiem. Kaczyński, Morawiecki, Glapiński (to ich ludzie są głównymi aktorami afery) właśnie banki wskazywali jako miejsce, od którego trzeba zacząć budowę ekonomicznej potęgi Prawa i Sprawiedliwości. PiS-owska czystka w państwowych bankach i firmach ubezpieczeniowych zaczęła się najwcześniej i przybrała najszersze rozmiary. Jedyny ocalały z niej prezes dużej państwowej instytucji finansowej, Zbigniew Jagiełło z PKO BP, to człowiek Mateusza Morawieckiego. Reszta prezesów i członków rad nadzorczych to już dzisiaj ludzie PiS, których wstawili tam Morawiecki, Glapiński, Kamiński, Brudziński – oczywiście za zgodą Jarosława Kaczyńskiego, który w tym obszarze zagwarantował sobie szczególną kontrolę.

Teraz rozpoczyna się przejmowanie banków prywatnych. Afera KNF pokazuje, że Jarosław Kaczyński wyszedł już z fazy uwłaszczania swoich partyjnych żołnierzy na poziomie marnych paru milionów złotych pensji w zarządach spółek skarbu państwa. Zaczyna na serio budować ów zapowiadany „Budapeszt w Warszawie”. Czyli trwałe fundamenty dla PiS-owskiej klasy oligarchów, którzy – podobnie jak oligarchowie Viktora Orbána – będą posiadali na własność banki, ubezpieczenia i grupy medialne. Coś, czego ewentualna zmiana władzy łatwo ich nie pozbawi.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście nie chce wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis w konstytucji gwarantujący, że opuszczenie Unii, podobnie jak przystąpienie do niej, będzie mogło odbyć się tylko w drodze referendum.

Wielu z nas może nie mieć świadomości, że choć polska konstytucja bardzo rygorystycznie ustala warunki przyjęcia umów międzynarodowych, które przekazują niektóre kompetencje państwa międzynarodowym organizacjom, takim jak Unia Europejska, to wypowiedzenie tych umów odbywa się w trybie zwykłej ustawy. Obecnej władzy uchwalenie takiej ustawy potrafi zająć kilka dni: od pierwszego czytania do podpisu przez prezydenta. Dlatego musimy wprowadzić do konstytucji zapis o tym, że Unię Europejską Polska może opuścić wyłącznie w drodze referendum.

Dlaczego taki zapis jest konieczny?

To sprawa zbyt fundamentalna dla całego narodu, żeby można było o niej decydować w zwykłym sejmowym głosowaniu. Jeśli obóz rządzący serio twierdzi, że w żaden sposób nie dąży do wyjścia Polski z Unii Europejskiej, musi zgodzić się na zapis, który odda całemu narodowi możliwość wypowiedzenia się w razie gdyby taki pomysł się pojawił.

Czy Polska chce zostać w UE?

Należy w Rozdziale III konstytucji o źródłach prawa zmienić art. 89 w taki sposób, żeby wypowiedzenie umów międzynarodowych, przyjętych w drodze referendum (aktualnie dotyczy to tylko traktatu akcesyjnego) możliwe było również tylko w drodze referendum. Proponowana poprawka: art. 89 6) jeżeli uchwalenie umowy międzynarodowej odbyło się w trybie zgodnie z ust. 3, art. 90 [czyli w trybie ogólnonarodowego referendum, jak przyjęcie traktatu akcesyjnego], wypowiedzenie jej wymaga uprzedniego wyrażenia zgody w referendum ogólnokrajowym, zgodnie z przepisem art. 125.

Artykuł 125 konstytucji mówi m.in. o tym, że referendum jest wiążące jeśli weźmie w nim udział połowa uprawnionych i o tym jakie organy państwa mogą referendum zwołać. Taki zapis w konstytucji możliwy będzie tylko pod naciskiem społecznym. Powinno to być jednym z postulatów manifestacji 3 maja przeciwko wychodzeniu Polski z UE. W grupie na jej rzecz, zainicjowanej przez Liberté!, po przemówienia Donalda Tuska na Igrzyskach Wolności, jest już ponad 25 tys. osób.

Kolejnym etapem działania powinno być zbieranie podpisów pod petycją do Sejmu i prezydenta o zmianę konstytucji. Obecna władza nieraz udowodniła, że w imię obrony urojonej godności własnej, gotowa jest bez wahania poświęcić interes narodowy. Jeśli chcemy mieć pewność, że polexit nie dokona się wbrew naszej woli, z powodu antyeuropejskich obsesji i nieudolności obozu rządzącego, my, proeuropejscy Polacy, musimy zagwarantować sobie prawo do odpowiedzi na pytanie: „czy wyraża Pan/Pani zgodę na wystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej z Unii Europejskiej?”.

Czym dłużej trwa wielkie odliczanie do Biedroniowego ogłoszenia czegoś-tam-bardzo-wielkiego-dla-Polek-i-Polaków, tym bardziej jestem zaniepokojony i zdegustowany. Wypowiedzi Roberta Biedronia stają się nieznośnie asekuranckie i lawiranckie, a w dodatku coraz częściej bije z nich arogancja i próżność. Biedroń zachowuje się tak, jakby jakiś wielki Spin Doktor udzielał mu genialnych rad w rodzaju „ludzie nie lubią gadania o lewicy i prawicy” albo „trzeba budować napięcie”, albo „trzeba ludziom dawać nadzieję na zmianę” itp.

Z Palikota Biedroń ściągnął „Ruch Biedronia”, jak teraz sam nazywa swój projekt. Z PiS skopiował termin „drużyna” – będzie wprawdzie nie biało-czerwona (chociaż, kto wie?), ale za to „najlepsza na świecie”. A z SLD ściągnął – wow! – Krzysztofa Gawkowskiego. Samemu będąc dysydentem SLD-owskim, teraz „wyrwał” ze swej dawnej partii jej wiceprzewodniczącego, żeby mu robił struktury „w trzystu osiemdziesięciu powiatach”. Wygląda to bardzo podejrzanie. Czyżby Ruch Biedronia to jakaś secesja i schizma odszczepieńców z SLD? Skąd ma Gawkowski rekrutować działaczy i członków nowej organizacji – spośród SLD-owców? Słabe to łowisko – ryby niemłode, do akwenu swego bardzo przywiązane, zdrajcom i secesjonistom niełaskawe. Więc kogo, kogo mają przyciągnąć dwaj szpakowaci panowie o dość umownej świeżości w polityce? Młodzież? Wkurzonych? Mityczne „sieroty po Palikocie”? Dla młodzieży Biedroń za stary i za grzeczny, a Gawkowski to już w ogóle… Dla wkurzonych stary SLD-owiec to po prostu wymarzony lider! A sieroty po Palikocie dobrze pamiętają, że Biedroń był u Palikota, ale zawsze jedną nogą.

Nie podoba mi się nieszczerość i sztampowy oportunizm Biedronia, uchylanie się od jasnych deklaracji i odpowiedzi, a zwłaszcza trącące taniochą odcinanie się od całej klasy politycznej i wywyższanie się ponad nią. Niedawno tę retorykę przećwiczyło Razem – z wiadomym skutkiem. Przechwalanie się własną cnotą i niezależnością jest tyleż chwytem zgranym, co żenującym. Na imię mu pycha. Niemal każda lewicowa partia tak zaczyna – chyba że powstaje przez połączenie. Częściej jednak powstaje przez pączkowanie – tak jak Ruch Biedronia, który wygląda na dziczkę z LSD-owskiego pnia. Bo import Gawkowskiego oznacza dla opinii publicznej jedno – Biedroń i jego projekt to jakaś satelitarna akcja na orbicie SLD, czyli coś zupełnie niszowego. Odżegnywanie się od terminu „lewica” nic tu nie pomoże. Każdy dziś mówi, że „słucha ludzi”, że „chodzi mu o Polskę, a nie o politykę” i temu podobne bzdury. Takie pomysły na retorykę partyjną to sobie można wygooglać za darmo. Macron dla ubogich…

Przeglądam konto Roberta Biedronia na Twitterze. Filmikowa informacja o aporcie Gawkowskiego ma 62 polubienia w ciągu trzech godzin. No, słabo, jak na wielkich liderów lewicy, a tym bardziej liderów wszystkiego co się rusza (bo, jak twierdzi Biedroń, czy „lewica” czy „prawica”, to się jeszcze zobaczy – w postpolityce to wszystko jedno). Inne tweety na temat Gawkowskiego oraz wyjątkowości Biedronia też nie lepiej. Co się dzieje? Naród nie uwierzył czy nie ma konta na Tweeterze? A może po prostu nie ma co lajkować mało twórczych przechwałek w rodzaju „Łączenie z innymi ugrupowaniami to szybka droga do stołków. A ja nie jestem w polityce dla stołków, tylko dla realnej zmiany”?

Robert Biedroń traci gust i wyczucie. A może traci grunt pod nogami, skoro ucieka się do pomocy starych SLD-owców? Bo nowością tu nie pachnie, lecz raczej myszką trąca. I jeśli brać na serio zapowiedzi, że partia Biedronia nie będzie szła do wyborów w koalicji, lecz osobno, to szykuje się powtórka z Razem. Z Gawkowskim po cztery procent – czy to jest plan polityczny pretendenta do przewodzenia odnowionej polskiej lewicy? Bo jeśli tak, to ja dziękuję i postoję.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o społecznej psychozie.

Chaotyczne decyzje i niezborne działania władzy budzą w ludziach rosnący niepokój. A z obaw rodzą się pytania. Pełno ich w Internecie. Są tam również odpowiedzi, ale na ogół nie trafiają na właściwe pytania, mijając się z nimi w czasie i przestrzeni. Pomyślałem, że warto skojarzyć jedne z drugimi. A ponieważ odpowiedzi zawsze jest więcej niż pytań, pozostawiam Czytelnikom wybór, by nie posądzili mnie o przesadną stronniczość.

PYTANIE:

Z jakiej racji Marek Chrzanowski, który dla swojego pociotka wymuszał od banku miliony pod groźbą przejęcia tego banku za złotówkę, dalej ma dostawać pensję w wysokości 33 tys. zł?

ODPOWIEDŹ:

  1. Bo mu się należy. Tak jak im wszystkim.
  2. Facet nie może stracić kasy, bo jest pod ochroną. Przecież tak naprawdę te miliony miały finansować kampanię wyborczą PiS.
  3. Rzecznik Komisji Nadzoru Finansowego wyjaśnił, że jego były szef jeszcze przez jakiś czas będzie dostawał wynagrodzenie, „ze względów prawnych”. Te względy, czynione byłemu szefowi KNF, wynikają z faktu, że pozwolono mu odejść ze stanowiska zgodnie z artykułem 70 Kodeksu Pracy. Odwołany traktowany jest wtedy tak, jak wypowiadający umowę o pracę, z prawem do wynagrodzenia w wysokości przysługującej przed odwołaniem. Odebranie uposażenia jest możliwe tylko wtedy, gdy do zwolnienia dochodzi z winy pracownika. Wynika stąd, że zdaniem rzecznika KNF były szef nie zrobił nic złego, a w opinii umoczonego w tę aferę prezesa NBP Adama Glapińskiego – jest wręcz patriotą o wysokich standardach etycznych. Przy okazji: rzecznik KNF – Jacek Barszczewski, to ten sam urzędnik, który zapewnił Polaków, że niewinnie zwolniony przewodniczący, odwiedzając swoją firmę tuż przed rewizją CBA, nie miał dostępu do gabinetu, sprzętu służbowego, poczty oraz dokumentów. Ot, tak sobie przez dwie godziny krążył bez celu po korytarzach urzędu. A w tym czasie uprzejmi agenci CBA czekali, aż sobie pójdzie…

 

PYTANIE:

Premier, prezydent i prezes zarzekają się , że za żadne skarby nie wyprowadzą Polski z Unii, a jednocześnie kombinują jak koń pod górę, żeby tylko nie wykonać wyroku unijnego trybunału. Czy oni naprawdę nie mają świadomości, że ta zabawa musi się skończyć takimi karami, których nasz budżet nie udźwignie? A może liczą na to, że skoro Polacy nie godzą się na opuszczenie UE, to sama Unia da nam kopa? Nie wiedzą, że jeśli wylecimy z Unii, to prosto w objęcia Putina? Głupota, czy sabotaż?

ODPOWIEDŹ:

  1. Biorąc pod uwagę, kto teraz reprezentuje Polskę za granicą, to raczej głupota.
  2. Jedno nie przeszkadza drugiemu.
  3. Kwalifikacje polskich dyplomatów, ich żenujące fikołki w obronie polskiego bezprawia, czy pajacowanie pana prezydenta podczas spotkań zagranicznych, to tylko symptomy poważniejszej zapaści. Wymiana kadr MSZ na profesjonalistów, a nawet wymiana prezydenta i premiera byłyby tylko leczeniem objawowym. Źródłem choroby jest bowiem nieokiełznana żądza władzy, połączona z mizernymi kompetencjami do jej sprawowania. Główny demiurg nadciągającej katastrofy nie interesuje się Europą, nie zna jej i właściwie jej nie lubi. Kaczyńskiego interesuje zarządzanie Polską, a do tego Europa nie jest mu potrzebna. Szkopuł w tym, że ogromna większość Polaków, a nawet większość wyborców PiS, chce być we wspólnej Europie. Prezes również nie chce opuścić Unii. Naprawdę. Przykład Orbana pozwala mu łudzić się, że jeśli nie cofnie się przed presją unijnych władz i europejskiego trybunału, to w końcu UE zmięknie i złagodnieje, bo Polska jest dla Unii ważniejsza, niż Unia dla nas. W opinii Kaczyńskiego unijne dotacje są równoważne z zyskami osiąganymi przez kraje zachodnie dzięki dostępowi do polskiego rynku. Nie zauważa, że równocześnie Polska uzyskała dalece większy rynek zbytu i świetnie z niego korzysta. Żyje złudzeniem, że „Oni” za żadne skarby nie zechcą się nas pozbyć, więc gna z pochyloną głową wprost na mur, odgradzający kraje praworządne od dyktatur . 

 

PYTANIE:

Dlaczego premier z nosem Pinokia oraz kompromitujący nas za granicą notariusz Prezesa- Zbawcy wciąż utrzymują się w czołówce rankingu zaufania do polityków, mimo że zaliczają wtopę za wtopą?

ODPOWIEDŹ:

  1. A cholera wie…
  2. Bo Polacy tak mają. Jacy idole, tacy ich wyborcy.
  3. Rządzący Polską wciąż jeszcze utożsamiani są z dobroczyńcami, którzy obdarowali Polaków żywą gotówką – i nie do wszystkich trafiło, że są to prezenty fundowane z ich pieniędzy. Prawda, że to rozdawnictwo już powszednieje. I prawda, że na obrazku malowanym przez PiS – na wizerunku lepszej, sprawiedliwej i uczciwej ojczyzny – pojawiają się kolejne brudne plamy. Ale ludziom wciąż nie jest łatwo przyznać się do wcześniejszego, błędnego wyboru, brakuje im jeszcze jakiegoś zapalnika, jakiejś decyzji krzywdzącej ich bezpośrednio, by zmienili zdanie. Po drugie, wielu Polaków nie utożsamia zaufania z zaufaniem, tylko z popularnością i wskazują tych, których nazwiska częściej słyszą. Inni, odpytywani przez ankietera – obcego, „urzędowego” człowieka – na wszelki wypadek deklarują lojalność wobec aktualnie rządzących. Czyli rozmaite bywają przyczyny takiego akurat kształtu rankingu polityków. A tak w ogóle, to jego wpływ na rzeczywiste poparcie bywa iluzoryczny. Przykładem jest choćby porażka prezydenta Komorowskiego, popularnego wśród ponad 70% Polaków, a wcześniej sromotna klęska Jacka Kuronia, który tuż przed wyborami prezydenckimi cieszył się sympatią ponad 80% wyborców. Na marginesie: to pytanie traci właśnie na aktualności, bo w badaniach sprzed kilku dni zarówno prezydenta, jak i premiera wyprzedził Donald Tusk.  

 

PYTANIE:

Znalazłem w sieci zdjęcie z 11 listopada. Na peronie stacji Kutno grupka młodych ludzi depcze unijną flagę. Co się porobiło z pokoleniem naszych dzieci? Co zrobiliśmy nie tak?

ODPOWIEDŹ:

  1. Nie ma się co przejmować. Ci gówniarze to przecież margines marginesów.
  2. Antyunijna propaganda robi swoje. A młodzi są po prostu niedoinformowani, nic nie wiedzą o korzyściach z Unii.
  3. Niestety, chyba coś wiedzą. Kutno to miasto wybitnie proeuropejskie, jeden z liderów w wykorzystaniu funduszy unijnych. Tylko ślepy nie zauważy tam ogromnych zmian, wręcz skoku cywilizacyjnego. Młodzi zawsze byli obrazoburczy i być może brak im porywającej idei, konkurencyjnej dla pisowskich bredni o wolności, niepodległości i niezależności – głównie od rozumu. Wygląd chłopaków prezentowanych na zdjęciu sugeruje, że przeszli cały cykl kształcenia od podstawówki do matury i pełny program katechezy w szkołach. Czego się dowiedzieli o świecie i życiu poza swoją szkołą i poza parafią?

 

PYTANIE:

Już trzeci raz słyszę z ambony, że ci, co protestują przeciw dobrej zmianie, mają źle w głowie, a ci, którzy krytykują Kościół i księży, są w mocy złego ducha. Czy tylko mój proboszcz ma narąbane pod pokrywką?

ODPOWIEDŹ:

  1. Tylko
  2. Nie tylko.
  3. Z wypowiedzi sporej części hierarchów wynikać może, że proboszcz ma rację. Zły duch nie próżnuje. Jednak nie można mu zarzucać, że bierze na celownik wyłącznie opozycję. Jest mnóstwo twardych dowodów, że inni szatani czynni są wśród rządzących. Bo diabeł nie ma przekonań politycznych i potrafi opętać nawet kogoś, kto nie ma jeszcze żadnych poglądów w żadnej sprawie. Artur Nowak w swojej nowej książce cytuje księdza egzorcystę, który wypędzał diabła z 6-miesięcznego Patryka. Sześciomiesięcznego! Rodzice przywieźli mu dzieciaka, ponieważ często płakał i nie dawał spać. Diabeł, który usadowił się w niemowlaku, okazał się bardzo uparty, więc konieczne były trzykrotne zabiegi. O ich cenie ksiądz nie wspomina.

 

PYTANIE:

Czy to prawda, że komórka służb specjalnych, zajmująca się cyberprzestępczością, dostała ostatnio dodatkowe zadanie rejestrowania prowokacyjnych pytań oraz opinii krytykujących rząd, partię PiS i konkretnych przedstawicieli władzy? Czy to możliwe, że wraca cenzura i szykują się represje za nieprawomyślność?

ODPOWIEDŹ:

  1. Całkiem możliwe.
  2. Niemożliwe, to jakiś fejknius.
  3. Czort wie. Ale przypomina się pytanie do radia Erewań: – Czy w demokracji socjalistycznej można mówić prawdę? Odpowiedź brzmiała: – Oczywiście, możesz wszystko powiedzieć i masz pełne prawo zadać dowolne pytanie. Tylko żebyś się potem nie dziwił.

 

CDN.

Waldemar Mystkowski pisze o sypiącej się narracji PiS.

W piątek do siedziby PiS przy Nowogrodzkiej Jarosław Kaczyński wezwał premiera Mateusza Morawieckiego i inny drobiazg partyjny, zrobił burzę mózgów: jak wybrnąć z afery Komisji Nadzoru Finansowego, mimo że przewodniczący Marek Chrzanowski podał się do dymisji.

Politycy PiS jak kibice polskiej reprezentacji po przegranym meczu śpiewają chórem: „Polacy nic się nie stało, hej, hej”. Ale to zabijanie się pod pachami nikogo nie przekonuje.

Tym bardziej, że Roman Giertych ma inne niespodzianki, a te powodują, że nastroje w PiS są minorowe. W poniedziałek media będą się karmić zapisem wideo z Chrzanowskim i podobnymi mu z KNF. Wygląda, że to będziemy mieli do czynienia z kolejnym wariantem metody wiceszefa PiS Adama Lipińskiego, który swego czasu chciał skaperować Renatę Beger z Samoobrony, ale ta korupcję pisowskiego polityka nagrała i sprawa się rypła.

Przy okazji dowiadujemy się, kto to jest zacz ten Chrzanowski. Wychodzi, iż to ambitny człowiek, nie nazbyt profesjonalny, który po kumotersku zaczął robić karierę za sprawą Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Nie ma co jednak ironizować, bo wiarygodność całej branży bankowej została podkopana, a zatem i depozytariuszy banków. Po dymisji Chrzanowskiego winny nastąpić następne i także odejść Glapiński oraz Zdzisław Sokal. To znaczyłoby, iż państwu polskiemu zależy na stabilności sektora bankowego.

PiS jest jednak do samych trzewi skorumpowany, raczej nikogo nie powinno to dziwić. Strach zagląda im w oczy, bo wszystko zaczyna się sypać. Drżenie łydek jest aż nazbyt widoczne.

Jak boją się opozycji widać po okładkach dwóch najważniejszych tygodników prawicowych „Sieci” i „Do Rzeczy”. Obydwa periodyki na okładkach umieściły Donalda Tuska, a jedna nawet odwołuje się do porządku z nie tego świata „Boże, chroń nas przed Tuskiem”.  Zawołanie z okładki rozbierając logicznie może świadczyć, iż wielkość Tuska jest rzędu Boga, który jednak jako ich Pan ześle na PiS Pana Tuska.

Nie trzeba było grandzić, aby teraz się modlić, na nic kierkegaardowskie „bojaźń i drżenie”. W KNF korupcja się rypła, czekamy wszyscy z utęsknieniem, aby partii Kaczyńskiego władza się rypła na amen.

Tylko jedna z poniższych opinii jest prawdziwa.

Zemsta PiS na Leszku Czarneckim

16 List

Nie doszło jeszcze nawet do przesłuchania Leszka Czarneckiego, właściciela Getin Banku, który nagrał rozmowę z szefem KNF, a senator PiS Czesław Bierecki już sugeruje, że bankier usłyszy zarzuty. Bierecki to twórca SKOK-ów, bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego. W Senacie jest przewodniczącym komisji budżetu i finansów publicznych, która właśnie rozpoczęła prace nad słynną już poprawką o przejęciu banku „za złotówkę”.

Nazwisko Biereckiego pojawia się na nagraniu rozmowy Leszka Czarneckiego z byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim. Senator PiS miał chcieć zdeponować w banku Czarneckiego 60-70 mln zł. – „Ja się po prostu boję tych pieniędzy, nie wiem, co będzie dalej, czy przypadkiem nie będę gdzieś tam miał podejrzenia o współudział w praniu brudnych pieniędzy – mówi podczas nagranego spotkania Czarnecki.

Dzisiaj w rozmowie z reporterką TVN 24 Bierecki najpierw wygłosił opinię na temat bankiera: – „Pan prezes Getin Noble Banku jest całkowicie niewiarygodny”. Na pytanie, na czym ją opiera, Bierecki odparł: – „Bo jest panem Leszkiem Czarneckim”.

W kolejnej rozmowie z reporterką TVN24, Bierecki stwierdził, że „trudno zaufać osobie, która jest w trudnej sytuacji prawnej, finansowej, a dodatkowo ma taki życiorys”. Dziennikarka stwierdziła, że w sprawie KNF to Czarnecki może być pokrzywdzony, a nie oskarżony. Senator PiS rzucił: – „Zaczekajmy”. Później dodał: – „Proszę go pytać po przesłuchaniu o jego sytuację prawną”. Można to traktować jako zapowiedź, że bankierowi postawione zostaną zarzuty.

Na słowa Biereckiego zareagował pełnomocnik właściciela Getin Banku Roman Giertych. – „Wypowiedzi tego typu jak wypowiedź Grzegorza Biereckiego podważające wiarygodność dr Leszka Czarneckiego spotkają się z natychmiastową reakcją w postaci kierowania spraw do sądów o ochronę dóbr osobistych. Pozew przeciwko panu Biereckiemu zostanie złożony niezwłocznie” – napisał Giertych na Twitterze.

>>>

PiS cofnął Polskę na Wschód. Obowiązują w kraju standardy wschodnie

16 List

Wygląda na to, że w kręgach najwyższych funkcjonariuszy państwa, pod okiem niewidzącego prezesa, powstała grupa przestępcza mająca bardzo śmiały i intratny plan. Korzystając z nacjonalistycznej i etatystycznej ideologii partii rządzącej, w myśl której wszystko, co się da, powinno być polskie i państwowe, a wszystko, co obce bądź prywatne, zagraża naszej suwerenności, przekonano Jarosława Kaczyńskiegokonieczności nacjonalizacji, czyli wykupywania zagranicznych banków przez banki polskie. W tym celu usiłowano (a nawet wciąż się usiłuje) doprowadzić do przyjęcia przez Sejm – w formie poprawki do ustawy o finansowaniu Komisji Nadzoru Finansowego – przepisu umożliwiającego przejmowanie w trybie administracyjnym banków mających trudności finansowe przez inne banki. Przyjęcie tej poprawki, forsowanej przez dotychczasowego przewodniczącego KNF Marka Chrzanowskiego, stwarzałoby możliwość szantażowania właścicieli polskich i zagranicznych banków, to znaczy wyłudzania od nich pieniędzy w zamian za powstrzymanie się od przejęcia, czyli de factozaboru ich banków przez państwo.

Śledztwo pod nadzorem Zbigniewa Ziobry

Genialny pomysł został wypróbowany na szefie Getin Noble Banku Leszku Czarneckim, od którego Marek Chrzanowski zażądał 40 mln zł w zamian za pozostawienie jego banku w spokoju. Niestety, Czarnecki nie dał się zaszantażować i po pół roku zwłoki ujawnił dowody szantażu. Chrzanowski został usunięty ze stanowiska, jakkolwiek prawdopodobnie pozwolono mu na zniszczenie bądź zabranie z biura jakichś dokumentów. Śledztwo znalazło się pod nadzorem prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. Tyle na dziś.

Afera wykraczająca poza ramy korupcji

W sprawie pojawia się kilka nazwisk osób związanych z frakcją rywalizującą o wpływy z formalnym przełożonym szefa KNF, czyli premierem Morawieckim. Są to ludzie Zbigniewa Ziobry, powiązani interesami i znajomościami z właścicielami SKOK-ów oraz, zapewne, z Tadeuszem Rydzykiem i jego ludźmi w obozie „zjednoczonej prawicy”. Z czym mamy do czynienia i czego możemy się spodziewać?

Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że jest to afera daleko wykraczająca poza ramy zwyczajnej korupcji, gdzie ktoś bierze pieniądze za załatwienie jakiejś sprawy. To skomplikowany, angażujący wiele osób mafijny układ z najważniejszymi politykami w tle. Wygląda na to, że sprawa stanowi dalszy ciąg nierozliczonych patologii osłanianego przez PiS i Rydzyka układu wokół SKOK-ów. To tylko hipoteza, lecz bardzo prawdopodobna.

SKOK Rafineria – drugi Amber Gold?

Gdyby podobna sprawa wyszła na jaw w którymś z państw Zachodu, z pewnością doprowadziłoby to do dymisji rządu. Ale my nie jesteśmy „którymś z państw Zachodu”. Niestety. To, w jakiej mierze afera Chrzanowskiego zostanie wyjaśniona i rozliczona oraz w jakim stopniu przyczyni się do upadku do cna skorumpowanej władzy, zależy od determinacji polityków opozycji i mediów.

Czy wyborcy PiS przejmą się aferą KNF

Ciężar gatunkowy afery już dziś wydaje się większy niż w przypadku afery Rywina, która kosztowała SLD utratę władzy. Jednak od tamtego czasu standardy moralności publicznej uległy znacznemu obniżeniu, a wraz z tym stępiała moralna wrażliwość opinii publicznej. Nie wydaje się, aby twardzi zwolennicy PiS mieli za złe swojej partii, że chciała trochę podskubać jakiegoś bankiera i przejąć jego bank. Jednak wielu spośród tych, którzy głosowali na PiS tylko dlatego, że nie znosi PO, może okazać się wrażliwymi na wieści o złodziejstwie na szczytach władzy. W naszych czasach jest to jednak możliwe wyłącznie pod warunkiem, że afera Chrzanowskiego stanie się medialnym serialem, który dotrwa do wyborów parlamentarnych 2019 r. Mogłaby w tym pomóc komisja sejmowa, która jednak, z oczywistych względów, nie powstanie (powstanie zapewne w następnej kadencji Sejmu). Skoro więc nie komisja, to pozostają śledztwa dziennikarskie i stały nacisk na prokuraturę, aby prowadziła intensywne śledztwo.

Czy Kaczyński skorzysta z okazji i utrąci Ziobrę

PiS, ręka w rękę z Ziobrą, będzie robić wszystko, aby opinii publicznej zdawało się, że władze dążą do wyjaśnienia sprawy – de facto jednak nie mogą jej wyjaśnić, gdyż oznaczałoby to założenie sobie pętli na szyję. W tej sytuacji kluczowe staje się pytanie, czy Kaczyński skorzysta z okazji, aby pozbyć się Ziobry. Jeśli znajdzie dość sił, aby wyrzucić go ze stanowiska, „ofiara z Ziobry” może wystarczyć do uratowania reputacji partii w oczach co bardziej krytycznych jej zwolenników. Szkopuł w tym, że tylko Ziobro wie, co ma w swoich „kwitach” i na kogo. Poza tym wyrzucenie go to jedno, a usunięcie dziesiątek pracujących dla niego prokuratorów i sędziów – to drugie. Operacja zaiste niełatwa. Dla Kaczyńskiego nastały sądne dni – jeśli sobie nie poradzi z tym pożarem, to sam się w nim spali.

Afera Chrzanowskiego będzie nas kosztować miliardy

Oprócz politycznych konsekwencji krajowych są te ekonomiczne i międzynarodowe. Nie ulega wątpliwości, że w oczach zagranicznych finansistów oraz przywódców UE od dziś Polska będzie jawić się nie tylko jako państwo autorytarnie rządzone przez nacjonalistów i populistów, lecz również jako państwo mafijne. Mogłoby tak nie być, gdyby Polska poprosiła instytucje finansowe Unii o audyt swojego systemu nadzoru bankowego – trudno jednakże wyobrazić sobie taki gest. A jeśli tak się nie stanie, to już żaden poważny bankier z Zachodu nie będzie chciał robić w Polsce interesów. Również polskie obligacje i polska waluta stracą na znaczeniu w międzynarodowym obiegu finansowym. Afera Chrzanowskiego będzie nas kosztować miliardy. I kto wie, czy właśnie nie te ekonomiczne jej skutki najbardziej przyczynią się do strat politycznych, jakie afera przyniesie w końcu reżimowi Kaczyńskiego.

Co dalej z Getinem?

Już są efekty poselskiej kontroli parlamentarzystów PO w Ministerstwie Finansów w związku z aferą KNF.

„W Polsce mamy do czynienia z nową grupą trzymającą władzę. PiS tak wiele mówił o tropieniu układów, a paradoks polega na tym, że jedyny układ, który udało im się znaleźć, to ten, który sami stworzyli. To w Ministerstwie Finansów rozgrywała się jedna z partii gry byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. Musimy dowiedzieć się, kto był jego mocodawcą, kto go wysłał” – powiedział Cezary Tomczyk wyjściu z siedziby resortu finansów.

Na Twitterze Tomczyk opublikował skan pisma Marka Chrzanowskiego do Ministerstwa Finansów w sprawie priorytetowego „aranżowania przejęć banków” przez KNF. Dokument został zaadresowany do szefowej resortu Teresy Czerwińskiej oraz do wiadomości prezesa NBP Adama Glapińskiego i Zdzisława Sokala, prezesa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

W piśmie Chrzanowskiego znajduje się fragment dotyczący reguł przejmowania banków:  – „Rozwiązaniem tej kwestii byłoby wprowadzenie zmian ustawowych, umożliwiających Komisji Nadzoru Finansowego aranżowanie przejęć wyłącznie za zgodą banku przejmującego”. Według posła PO oznacza to, że nie trzeba już pytać o zgodę banku, który ma być przejęty, bo wystarczy decyzja administracyjna i zgoda banku, który ma ten bank przejąć.

Posłanka PO Marta Golbik zwróciła uwagę, że ani prokuratura, ani CBA – jak dotąd – nie pojawiły się w Ministerstwie Finansów. – „To nie jest tak, jak twierdzi PiS, że cała sprawa jest załatwiona, bo szef KNF podał się do dymisji. Tu jest bardzo poważny wątek związany z legislacją, z tym, że zostaje wrzucona poprawka w absolutnie niedopuszczalnym trybie – zgłoszona przez posła PiS, podpisana przez marszałka Terleckiego, zgłoszona Markowi Kuchcińskiemu, przyjęta przez posłów PiS; umożliwia ona aranżowanie przejmowania banków” – powiedziała Golbik.

Jak wyglądały prace nad tą poprawką w artykule „Terlecki na telefon?”.

Z punktu widzenia prawnokarnego sprawa jest bardzo poważna. Mówimy o styku polityki i biznesu, bardzo dużych pieniądzach i musimy zadać pytanie, czy w tle faktycznie nie mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą. Przypomnę, że z punktu widzenia prawa karnego wystarczy, że to są trzy osoby, które łączy aspekt wspólnego działania i dążenia do popełnienia przestępstwa – mówi Janusz Kaczmarek, prawnik, adwokat, były prokurator krajowy i minister spraw wewnętrznych i administracji. – Wszystkie okoliczności sprawy dają jednoznaczną odpowiedź, że komisja śledcza powinna zostać powołana – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Instytucje państwa w sprawie afery KNF zadziałały, jak twierdzą politycy PiS, szybko i sprawnie? Tak jak trzeba?

JANUSZ KACZMAREK: Na pewno szybko i sprawnie zadziałał prezes KNF, który błyskawicznie dostał się z Singapuru do Warszawy, a następnie do swojego gabinetu. Co tam robił? Nie wiemy. Mówię to oczywiście ironicznie. W tak poważnej sprawie należałoby oczekiwać, że czynności instytucji państwa, czyli prokuratury i CBA, które działało na jej polecenie, powinny nastąpić znacznie szybciej. Śledztwo wszczęto dopiero w oparciu o materiał prasowy, chociaż zawiadomienie do prokuratury zostało złożone przez mecenasa Romana Giertycha jeszcze przed upublicznieniem tej sprawy.

Po wszczęciu śledztwa należało w sposób bardzo szybki podjąć działania mające na celu zabezpieczenie materiału dowodowego, chociażby w postaci dokumentów czy urządzeń zagłuszających z gabinetu prezesa KNF-u. Na pewno należało to zrobić przed wizytą w tym miejscu Marka Chrzanowskiego.

Jak to możliwe, że CBA dociera do gabinetu dopiero po zdymisjonowanym prezesie, chociaż był na to czas wcześniej? Takie przeszukanie ma w ogóle jakieś znaczenie dla sprawy?
Znaczenie ma, ale nie wiemy, czy czegoś nie utracono, czy coś nie zaginęło lub nie zostało celowo zniszczone. Takie pytania już zawsze pozostaną bez odpowiedzi.

Sprawa trafia 7 listopada do Prokuratury Generalnej. Minister sprawiedliwości, prokurator generalny i premier dowiadują się dopiero tydzień później z przekazów medialnych. Jak to możliwe?
Pojawią się argumenty, że były to dni wolne od pracy. Ale to nie są satysfakcjonujące odpowiedzi i nie mogą uzasadniać twierdzenia, że wszystko zadziałało prawidłowo. Wręcz odwrotnie.

W sprawach tak poważnych nie ma świąt i wolnych dni. Jako prokurator krajowy o poważnych sprawach byłem informowany o każdej porze dnia i nocy, w soboty i w niedziele. Wydaje mi się, że taka praktyka powinna trwać do dzisiaj.

O czym świadczy taka zwłoka?
Świadczyć to może albo o lekkomyślnym podejściu do sprawy – to byłoby najbardziej pozytywne dla decydentów, ale może też powodować pytania, czy nie mamy do czynienia z celowym spowalnianiem tego postępowania i reakcją dopiero na doniesienia medialne. I to reakcją nie tak szybką i prawidłową, jak należałoby się spodziewać.

Zbigniew Ziobro na pierwszej konferencji prasowej w dniu opublikowania artykułu w „Gazecie Wyborczej” tłumaczył, że polecił wszczęcie śledztwa w tej sprawie i objął je „osobistym nadzorem”. Co to de facto może oznaczać?
Minister sprawiedliwości jest prokuratorem generalnym, ale także czynnie zaangażowanym politykiem obozu władzy, który ma określone polityczne cele i wizje. Dlatego

taki nadzór może nie być obiektywny, ale skażony polityką. Obawy, że sprawa nie zostanie wyjaśniona tak jak trzeba, są uzasadnione.

Minister sprawiedliwości na antenie TVP publicznie domaga się złożenia w prokuraturze nośnika z oryginalnym nagraniem rozmowy Leszka Czarneckiego z szefem KNF, a pełnomocnik bankiera Roman Giertych odpowiada, że nośnik złożył już przecież w prokuraturze. Co się tam dzieje?
Świadczy to co najmniej o nieznajomości przez Zbigniewa Ziobrę tej sprawy, pomimo deklaracji osobistego nadzoru.

Roman Giertych w taki sposób obnażył brak podstawowej wiedzy, co uderza w powagę urzędu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Jak ta sprawa może się skończyć? PiS będzie robił wszystko, żeby ją rozmyć, czy będzie szukał kozła ofiarnego?
To jest bardzo poważna sprawa, w której nagle pojawiają się nie tylko wątki związane z Leszkiem Czarneckim, ale także udziałem tej samej osoby, czyli prawnika, który miał być zatrudniony w banku biznesmena, w innych bankach. Powtarzam,

sprawa jest bardzo poważna i powinna być wyjaśniona w sposób dogłębny. Czy tak będzie? Nie jestem pewien. Myślę, że to jest też taki rodzaj sprawy, w której media będą patrzyły politykom i prokuratorom na ręce.

W sprawie pojawiają się nowe wątki, także Grzegorza Biereckiego, czyli twórcy SKOK-ów. Opozycja mówi o zorganizowanym gangsterskim działaniu. Pan podpisałby się pod takim stwierdzeniem?
Nie chcę epatować takimi nazwami. Ale

niezależnie od tego, jakimi określeniami emocjonalnymi i trafiającymi do społeczeństwa będziemy się posługiwać, to i tak z punktu widzenia prawnokarnego sprawa jest bardzo poważna.

Mówimy o styku polityki i biznesu, bardzo dużych pieniądzach i musimy zadać pytanie, czy w tle faktycznie nie mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą. Przypomnę, że z punktu widzenia prawa karnego wystarczy, że to są trzy osoby, które łączy aspekt wspólnego działania i dążenia do popełnienia przestępstwa.

W tej sprawie takie warunki mogą być spełnione?
Należy to zakładać w analizach prawnych…

Ta afera uderzy w PiS?
Nie chcę wychodzić z roli prawnika. Analizy polityczne pozostawiam innym.

Może powinna powstać komisja śledcza? Co należy zrobić, żeby sprawę wyjaśnić?
Wszystkie okoliczności sprawy dają jednoznaczną odpowiedź, że komisja śledcza powinna zostać powołana. Czy będzie wola polityczna? To już jest inne pytanie. Na razie wszystko wskazuje na to, że takiej woli nie ma. A to też rodzi pytania.

Coraz mniej prawdopodobne staje się to, że Prawu i Sprawiedliwości uda się ujawnioną przez Gazetę Wyborczą i Leszka Czarneckiego aferę w Komisji Nadzoru Finansowego zamieść błyskawicznie pod dywan. Kolejne dni przynoszą nowe informacje o poszczególnych etapach wdrażania “planu Zdzisława”, legislacyjnej aktywności partii rządzącej, mającej umożliwić przejmowanie banków przez inne banki, czy analizy, rozbierające na czynniki pierwsze wątki poboczne afery, jak choćby tajemnicze 70 mln w gotówce, które prominentny senator PiS chciał ulokować w banku milionera. Na domiar złego, pojawiają się wieści z prokuratury, że Marek Chrzanowski zaczyna ujawniać prawdziwe powody złożenia aferalnej propozycji Czarneckiemu, przy okazji odkrywając kompletną degrengoladę standardów etycznych w pisowskiej instytucji zaufania publicznego.

Tłumaczenie byłego szefa KNF jest na tyle kuriozalne, że zasadniczo trudno przyjmować je na poważnie. Jak ustalili reporterzy RMF FM, Chrzanowski potwierdził, że chciał zatrudnienia swojego prawnika w Getin Noble Banku, jednak składając tę propozycję (jego zdaniem nie ma ona znamion propozycji korupcyjnej) działał w interesie państwa i urzędu, którym kierował. Radca prawny, Grzegorz Kowalczyk miał bowiem być jego… szpiegiem w organizacji Leszka Czarneckiego. 

Szef KNF chciał mieć u Leszka Czarneckiego swojego człowieka, bo bank wymagał silnego wsparcia państwa. W ramach programu naprawczego mógł mieć ułatwione działanie – ale w zamian miał realizować konkretne cele kapitałowe. Chrzanowski – jak wynika z nieoficjalnych ustaleń Krzysztofa Berendy – nie ufał Czarneckiemu i dlatego chciał mieć w banku swoje oczy i uszy. Zresztą taką samą rolę Grzegorz Kowalczyk miał pełnić w Plus Banku Zygmunta Solorza, co zresztą potwierdził jego rzecznik. Zdaniem części komentatorów, właściciel Polsatu wykorzystał nadarzającą się szansę, by wysłać czytelny komunikat do Polaków, że on sam również jest ofiarą podobnego szantażu, jakim do współpracy z obozem władzy próbowano przekonać Czarneckiego.

Warto się zastanowić, kto podsunął Markowi Chrzanowskiemu tak absurdalna linię obrony. Potwierdzając, że Kowalczyk miał być jego szpiegiem w Getin Noble Banku, nie tylko pośrednio przyznał się do formułowanych przez właściciela banku zarzutów, ale i pogrążył instytucję, którą kierował praktykami rodem z Białorusi czy Rosji. Zapomniał również najwyraźniej, że polski kodeks karny penalizuje także umieszczanie “szpiegów” w innych firmach, czyli szpiegostwo gospodarcze. 

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego jest instytucją funkcjonującą w sposób transparentny, otwartą na dialog i wymianę informacji ze wszystkimi jego interesariuszami. Działania Kierownictwa UKNF skoncentrowane są na efektywnym i skutecznym zarządzaniu, zgodnym z koncepcją nowego zarządzania w sektorze publicznym (New Public Management) i zmierzają w kierunku racjonalizacji ponoszonych przez Urząd kosztów, a zarazem podnoszenia jakości jego prac i sprawności funkcjonowania, w obliczu rosnącej ilości zadań wynikających z nowych regulacji krajowych oraz europejskich – chwali się UKNF na swojej stronie internetowej w zakładce “Transparentny urząd”. Trudno o większą hipokryzję. Gorzej, jeśli władza PiS takie standardy wprowadzi na stałe. Wówczs, w każdym polskim przedsiębiorstwie będzie musiał być zatrudniony szpieg z ramienia właściwego urzędu skarbowego. Oczywiście w trosce o interes państwa.

Waldemar Mystkowski pisze o gniciu państwa.

Afera Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie Getin Noble Banku ujawnia gnicie państwa zarządzanego przez PiS. Owszem, to państwo gnije w sferach, w których państwo ma dostęp do zawłaszczania, lecz coś zupełnie innego winno być wybite na plan pierwszy i o to rozgrywa się w tej chwili bitwa. Szef KNF Marek Chrzanowski zmusiłby do korupcji Leszka Czarneckiego, właściciela Getin, lecz ten nie dlatego ujawnił nagranie, w którym Chrzanowski domaga się milionów, ale dlatego, że jego bank może zostać przejęty za „symboliczną kwotę”, złotówkę.

Nawet w tym elemencie afera KNF to coś zupełnie innego jakościowo niż Rywingate. Lew Rywin chciał dla siebie Polsatu w imieniu „grupy trzymającej władzę” i przyszłego zapisu w ustawie medialnej – „lub czasopisma”. Chrzanowski te „lub czasopisma” chciał uzyskać w ramach tzw. „planu Sokala” (nazwisko szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego), a jego elementem to zgłoszona przez PiS 9 listopada poprawka do ustawy – lobbowana przez Chrzanowskiego – o możliwości przejęcia banku, gdy w ocenie KNF bank nie spełnia wymogów kapitałowych. „Plan Sokala” zakładał doprowadzenie do celowego doprowadzenia upadłości Getin Noble Banku i odkupienia go za symboliczną złotówkę.

Na to przejęcie oraz inne, do których doszło i może dojść, nakładamy okular propagandowy – repolonizacja banków. Choć Czarnecki jest Polakiem, to nie jest pisowcem i repolonizacja jego banku wg PiS byłaby jeszcze bardziej sprawiedliwa. Zresztą pierwszy argument po ujawnieniu afery, jaki był używany przez PiS (Zybertowicz w TOK FM) w stosunku do Czarneckiego to, iż współpracował z SB. Typowe stygmatyzowanie komuną, którego też chętnie używa Mateusz Morawiecki, tak wszak wyraził się o sędziach Sądu Najwyższego.

Repolonizacja dotyczy banków, ale także innych sfer, które PiS chce zagarnąć dla siebie i swoich celów, choćby media prywatne, które od dłuższego czasu spotykają się z kanonadą oczerniania przez polityków PiS – są bowiem niemieckie, niesprawiedliwe dla PiS (Morawiecki) i należy je zdekoncentrować.

W ten sposób przejmowane były banki i media w Rosji przez Putina i jego ludzi. Tej metody użył także Viktor Orban na Węgrzech. Kaczyński i jego ekipa są na początku owej drogi jeszcze się potykają, bo w Polsce opór jest o wiele potężniejszy. Na pewno łatwiej byłoby repolonizować Czarneckiego za złotówkę, gdyby było już po Polexicie. Putinizacja PiS-owi – na szczęście – nie wychodzi.

Kornel Morawiecki był gościem Andrzeja Stankiewicza w oinet.pl. Internauci skomentowali deklarację Morawieckiego o chęci startu w wyborach do Europarlamentu.

Antoni Macierewicz skomentował w telewizji Tadeusza Rydzyka tegoroczny Marsz Niepodległości, który odbył się w Warszawie.

Internauci komentują wywiad Adama Bielana (PiS) w Radiu Zet.

Chrzanowski liczy na odmóżdżenie publiki

15 List

W związku z udziałem w aferze KNF, jej były już szef Marek Chrzanowski, będzie bronił się twierdząc, że ujawniony przez „Gazetę Wyborczą” zapis rozmowy jest „sfałszowany” – podaje radio RMF FM.

Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Marek Chrzanowski złożył dymisję w związku z publikacją „Gazety Wyborczej” o propozycji korupcyjnej, jaką miał złożyć właścicielowi Getin Noble Banku i Idea Banku, Leszkowi Czarneckiemu.

Chrzanowski po wybuchu afery KNF mówił, że „nie rozważa rezygnacji”, jednak niedługo później poinformowano o jego dymisji. W pierwszym komunikacie KNF odrzucano zarzuty, jakie wynikają z ujawnionej rozmowy. Teraz radio RMF FM podaje, jaka – wg ustaleń reporterów – ma być linia obrony Chrzanowskiego.

„Taśma zmanipulowana”

Chrzanowski na bronić się przekonując, że nagranie zostało „pocięte” i zmanipulowane, a w rozmowie pojawiały się inne wątki, których na taśmie nie ma. Ponadto były szef KNF ma mówić, że wcale nie napisał na kartce, że w zamian za „spokój” polecony przez niego pracownik ma zarabiać „1 proc. wartości banku”. Nie istnieje nagranie wideo ze spotkania. a w rozmowie nie padają wprost słowa o 1 procencie.

Wcześniej RMF FM podawało, że rekomendowany do pracy w banku Grzegorz Kowalczyk miał być „szpiegiem szefa KNF w grupie Getin Noble Bank”.

Afera z domniemaną propozycją korupcyjną, jaką miał złożyć Leszkowi Czarneckiemu były już szef Komisji Nadzoru Finansowego Marek Chrzanowski od wtorku nie schodzi z czołówek. Tymczasem mało kto wybija najśmieszniejsze wątki afery.

Które były zarąbiście śmieszne, gdyby nie to, że są też przy okazji prawdziwe.

1. Główny bohater afery robił na SGH wykłady o korupcji
Marek Chrzanowski na korupcji zna się jak nikt. Już jako wykładowca prestiżowej Szkoły Głównej Handlowej zgłębiał temat i swoje odkrycia przedstawiał studentom. Teraz przyszedł czas na badania terenowe.

2. CBA zrobiło rewizję w gabinecie Chrzanowskiego, ale wcześniej Chrzanowski mógł wrócić z Singapuru i wynieść sobie wszystko
Nie wiemy, jakie motto przyświeca CBA, ale od dziś to „Panie, nie pali się”. Okazało się, że służby zwalczające korupcję w Polsce do gabinetu Chrzanowskiego jechały przez Warszawę dłużej niż Chrzanowskiemu zajęła podróż z Singapuru (podróż służbowa) do biura. Były szef mógł być więc tam 24 godziny przed CBA i wszystko sobie zaplanować.

I zostawić nawet wiadomość na tablicy.

3. Zgadnij, gdzie pracuje prawnik, któremu Chrzanowski miał załatwić pracę?;)
Nieznany szerzej pan Kowalczyk miał pracować w Getin Banku Czarneckiego z wynagrodzeniem w wysokości 1 proc. wartości firmy (40 mln zł), ale Leszek Czarnecki się nie zgodził. Więcej szczęścia protegowany pana Chrzanowskiego miał w należącym do Zygmunta Solorz (tak, tak, ten od Polsatu) Plus Banku, gdzie został… członkiem rady nadzorczej.

Z oficjalną pensją 4 tys. zł. Taa.

4. PiS zemścił się na Czarneckim, więc od dziś można kupić bank za złotówkę.
7 listopada Leszek Czarnecki zawiadamia prokuraturę o rozmowie z Chrzanowski. W normalnym kraju uruchamia to lawinę. W Polsce uruchamia to sekwencję cudów. W zaledwie 24 godziny po zawiadomieniu, PiS przepycha przypadkiem w Sejmie przepis, który pozwala na przejmowanie przeżywających kryzys banków przez inne banki, nawet jeśli banki przejmujące nie mają kasy i same są też zagrożone.

O pilne przyjęcie zmian prosił posłów… Marek Chrzanowski.

5. Dziwne 60 milionów patrona braci Karnowskich
W nagranej rozmowie Leszka Czarneckiego i Marka Chrzanowskiego pojawia się niespodziewany gość. To Grzegorz Bierecki, twórca SKOK-ów, senator PiS i właściciel tygodnika „Sieci” braci Karnowskich. Leszek Czarnecki:
– On przyszedł do nas do banku z prośbą włożenia depozytu. Już w tej chwili nie pamiętam, 60-70 mln zł. Na początku powiedzieliśmy mu, że to za duży depozyt. Ostatnia rzecz, jakiej chciałem, to przyjmować depozyt od Biereckiego (…) widocznie chodził po wszystkich bankach – opowiadał Czarnecki swojemu rozmówcy.

Problem w tym, że w tym czasie Bierecki według oświadczenia majątkowego miał na kontach jakieś 10 mln zł. Skąd u niego suma sześć razy wyższa i to jeszcze w gotówce? Bracia Karnowscy wam nie powiedzą.

6. NAJLEPSZE na koniec.
Trwa największa od Afery Rywina afera korupcyjno-polityc zna w kraju. Pod wieloma stołkami robi się teraz gorąco, opinia publiczna domaga się wyjaśnień, a tu ratować się trzeba. Marek Chrzanowski myśli parę dni, aż w końcu wymyśla.

Prawnik, któremu miał załatwić pracę za kosmiczne pieniądze, nie był wcale słupem, który miał wyciągnąć górę kasy na szemrane cele.

Według RMF FM „miał być szpiegiem szefa Komisji Nadzoru Finansowego w grupie Getin Noble Bank”.

Nie wiemy, co to do końca oznacza poza bezprzecznie jednym: człowiek z takimi pomysłami nie mógł być mózgiem całej operacji.

To jest ASZdziennik, ale to prawda.

Afera w KNF – to trzeba wiedzieć:

Więcej o „bohaterach” afery KNF tutaj >>>

I tutaj >>>

Afera KNF to signum temporis władzy PiS, która oby jak najszybciej się skończyła, bo zgnijemy

15 List

W aferze KNF nie chodzi o drobne w postaci 40 milionów przez trzy lata (jakieś głupie 13 baniek rocznie) – to na waciki. W tej aferze szło o miliardy, które miały być zagrabione prywatnym przedsiębiorcom, najpierw tym najbogatszym, później tym z niższych półek. Ubocznymi wątkami tej sprawy są te chociażby, jak bezpardonowa wojna wewnątrz struktur władzy. Mój dzisiejszy tekst jest, rzecz jasna, wyłącznie wynikiem uważnej obserwacji różnych mediów i projekcją własną, którą, gdyby zaszła taka konieczność, grzecznie mogę odwołać. Wiadomo wszakże, że w obecnej Polsce wolność słowa jest wysoce ceniona. Zapraszam zatem.

Wątek pierwszy – SKOKi.

Sprawa ma swoje korzenie w SKOKach. Kilka lat temu, jeszcze za rządów poprzedniej władzy toczy się bój o objęcie tych instytucji nadzorem KNF. Osobą, która mocno lobbuje przeciw w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest Andrzej Duda. Koalicji rządzącej udaje się jednak przeforsować te ważne zapisy, efektem czego jest także objęcie kas gwarancjami BFG. To ważne, bowiem dzięki temu udaje się ugasić wielce prawdopodobną wojnę domową w Polsce – ludzie straciliby całe majątki życia na skalę przewyższającą aferę Amber Gold czy GetBack. Do dnia dzisiejszego z BFG wpompowano do systemu SKOK blisko 4 miliardy złotych. I złożył się na to każdy klient każdego banku. Mniej więcej w samym środku wybuchu owej afery ze SKOKów wyparowuje jakieś 150 milionów złotych, z czego ok. 70 trafia do senatora Biereckiego (poprzez utworzoną ze stowarzyszenia spółkę). Według słów Leszka Czarneckiego w 2015 roku pojawił się w Getin Noble Bank ów senator, szukając możliwości ulokowania takiej kwoty w banku Czarneckiego. Właściciel GNB odmówił w obawie, że przyjęcie tego depozytu może być uznane za proceder prania pieniędzy. Wkrótce potem senator Bierecki zostaje szefem senackiej komisji finansów, co oznacza, że stada owiec zaczyna strzec wilk. Tak się zaczyna dzisiejsza afera KNF.

Wątek drugi – powtórka z „lub czasopism”.

Starsi pamiętają zapewne genezę afery Rywina. Młodszym pokrótce przypomnę. Do ówczesnego redaktora naczelnego Gazety Wyborczej Adama Michnika przyszedł Lew Rywin, znany onegdaj producent filmowy i emisariusz tzw. Grupy Trzymającej Władzę. A rzecz działa się za rządów Leszka Millera. Rywin zaproponował wtedy Michnikowi pewne ułatwienia związane z konsolidacją rynku mediów, a Agora, wydawca Gazety, była zainteresowana poszerzeniem swego biznesu. Owym ułatwieniem miała być drobna zmiana w zapisach tworzonej wtedy ustawy o mediach, które zawierało się w dwóch magicznych słowach „lub czasopism”, a słowa te diametralnie zmieniały sens owej ustawy. Rywin oczywiście zarządzał za to niemałej sumki, a Michnik skorzystał z taniego dyktafonu, zakupionego zapewne w jakimś markecie. Przyjście Rywina do Michnika zakończyło się finalnie upadkiem rządu Millera. Dzisiejsza afera KNF nie zakończy się niczym więcej, jak tylko usunięciem w cień paru płotek.
Ale do rzeczy. W maju 2017 roku minister finansów, Mateusz Morawiecki, wydaje nagle rozporządzenie, które w istotny sposób wpływa na funkcjonowanie banków zaangażowanych w udzielanie kredytów walutowych. Getin Noble Bank jest na tym rynku podmiotem wiodącym, tak więc rozporządzenie to uderza głównie w Czarneckiego. Nie wdając się w szczegóły, można je znaleźć na profilu FB mecenasa Giertycha, bank wpada w kłopoty, a właściciel musi go dofinansować kwotą miliarda złotych. Owe rozporządzenie powoduje, że GNB jest zdany na łaskę KNF. Czarnecki deklaruje wpłatę owego miliarda i dokonuje w części tej kwoty zwiększenie kapitałów banku. W tym czasie pojawia się genialny pomysł doprowadzenia do upadku GNB i przejęcia go przez inny bank za przysłowiową złotówkę. Orędownikiem owego pomysłu jest szef BFG Zdzisław Sokal, postać kluczowa, jak się okazuje, w całej tej sprawie. Czarnecki udaje się więc w marcu do siedziby KNF na spotkanie z jej szefem Markiem Chrzanowskim. Tam otrzymuje propozycję nie do odrzucenia, czyli zatrudnienie poleconego prawnika za drobne w postaci 40 baniek w ciągu trzech lat. Tyle ma wystarczyć, aby wyprowadzić kłopoty GNB na prostą, czyli mówiąc bardziej obrazowo – uratować bank przed przejęciem.

Jak już dzisiaj wiemy ów prawnik zasiada już w Radzie Nadzorczej Plus Banku Zygmunta Solorza-Żaka, a Polsat od jakiegoś czasu staje się przychylny władzy. Wychodzi więc na to, że i pan Zygmunt otrzymał podobną propozycję i dla własnego dobra z niej skorzystał, bo Plus Bank nagle wyszedł z kłopotów. Cóż, każdy inaczej widzi swoją rolę w biznesie.

W okresie od marca (spotkanie w KNF) do listopada (doniesienie do prokuratury) trwa zapewne swoista próba sił, której emanacją jest nowelizacja prawa bankowego umożliwiająca przejmowanie banków przy pomocy decyzji administracyjnej KNF. Kulminacją owej próby sił jest złożenie w dniu 7.11 rano zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez szefa KNF. W tym czasie też potwierdzają się prace nad nowelizacją, która de facto wprowadza nacjonalizację majątku prywatnego w świetle prawa. Dzieje się to, przypomnijmy, w XXI wieku, w państwie w środku Europy, które jest członkiem Unii Europejskiej.

Wątek trzeci – GetBack.

Równie ważnym wątkiem w tej sprawie jest zaangażowanie się innego banku Leszka Czarneckiego – Idea Bank – w sprzedaż trefnych papierów wartościowych spółki GetBack. GetBack to taki Amber Gold w większej skali i, tak samo jak Amber Gold, bezpośrednio związany z obozem aktualnej władzy. Oczywiście setki słów wypowiedzianych przez przedstawicieli tego obozu, że GetBack nie ma nic wspólnego z PiS, nie zatrą faktów, iż GetBack jest dokładnie ściśle związany z obecną władzą.
Wątek ten jest moim zdaniem wątkiem bardzo rozwojowym, gdyż nie wierzę, aby Czarnecki nie wiedział czym handluje. I to nie tylko mam tu na myśli to, że papiery GetBack były w istocie papierem toaletowym, ale właśnie o owych powiązaniach mówię. Moim zdaniem to element gry, w którą grał Czarnecki i która sprowadzała się do, nazwijmy to, przysługi, jaką wyświadczył Czarnecki władzy. A że coś się tam nie udało, zaraz po doniesieniu do prokuratury, 8.11 KNF wpisał Idea Bank na listę ostrzeżeń za właśnie handel tymi papierami. Czynnik zemsty jest tu oczywisty. Wpisanie podmiotu na listę KNF z automatu oznacza potężne problemy dla owego podmiotu, co będzie widać już wkrótce.

Wątek czwarty – „głęboko zakrojone śledztwo”, czyli rozgrywka na szczytach władzy.

Wyjaśnieniem afery KNF zajmują się trzej znani z krystalicznej uczciwości panowie: minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński i premier rządu RP Mateusz Morawiecki. Przypomnijmy – minister Ziobro prawomocnie skazany za fałszywe oskarżenie doktora Garlickiego, minister Kamiński oskarżony za nadużycie władzy, ułaskawiony przed czasem przez prezydenta Dudę oraz premier Morawiecki trzykrotnie skazany prawomocnie za kłamstwa wyborcze. Istna Drużyna Pierścienia. To, że afera nie zostanie wyjaśniona za tego rządu, to jest oczywista oczywistość. Jeśli ktoś wierzy, że ta władza jest w stanie dokonać swoistego katharsis na własnym organizmie, ten żyje w świecie z mchu i paproci. Ale nie to jest istotą tej kwestii. Istotą jest to, że minister Ziobro objął owe śledztwo własnym, osobistym nadzorem, ale przecież nie po to, aby było ono bardziej przejrzyste, ale po to, aby Ziobro mógł tę sprawę wykorzystać do własnej rozgrywki z premierem o kilka znaczących spółek skarbu państwa. Fakt, że szef KNF mógł spokojnie sobie pójść do swojego biura po powrocie z Singapuru, aby wyczyścić wszystko to, co było do wyczyszczenia, zanim weszło tam CBA, świadczy o tym bardzo dobitnie. Jakoś nie kojarzę, aby jakikolwiek inny podejrzany mógł sobie ze spokojem czyścić biuro zanim wejdą tam służby. Raczej znakiem rozpoznawczym szeryfa Ziobro są wizyty CBA bardzo wczesnym rankiem. Niezapowiedziane.

Wątek piąty – jak teraz dopaść Tuska?

Misterny plan budowany przez szefową komisji ds. Amber Gold, Małgorzatę Wassermann (patrz: Jarosława Kaczyńskiego) polegający na tym, aby udowodnić gawiedzi, że premier jest bezpośrednio odpowiedzialny za pracę KNF, legł jak domek z kart. Afera Chrzanowskiego pokazała dobitnie, że tzw. bezpośredni nadzór premiera nad KNF jest pojęciem iluzorycznym. To znaczy, uściślijmy – wiara w to, że premier Morawiecki nic o sprawie nie wiedział, wprowadzając najpierw rozporządzenie, o którym pisałem na początku tekstu, a następnie zlecając nowelizację prawa bankowego, jest taką samą wiarą, jak ta, że szczepionki szkodzą ludzkości. Jednak afera KNF rzuca czarny cień na główny wątek raportu komisji posłanki Wassermann, czyniąc go całkowicie pozbawionym sensu. Jaką teraz woltę wykonają członkinie i członkowie komisji, którzy już dawno sobie ułożyli ów raport w głowie, jestem bardzo ciekaw. Ten wątek będziemy jednak rozwijać już niebawem, no chyba że nagle okaże się, iż prace nad raportem tajemniczo utknęły w miejscu, albo że koniecznie trzeba przesłuchać jeszcze kilku świadków. Zalecam cierpliwie czekać.

Wątek ostatni – najważniejszy, czyli tajemniczy pan Sokal.

Zdzisław Sokal, prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego jest w tej aferze postacią kluczową. To on lobbował, jako przedstawiciel prezydenta w KNF, za nacjonalizacją GNB. Jednak twierdzenie, że jest on człowiekiem prezydenta, jest zbyt daleko posuniętym twierdzeniem. Za Zdzisławem Sokalem stoi ktoś, kto mocno trzyma sznurki w tej sprawie, skoro nie można go było usunąć z KNF przez cały ten czas, kiedy afera nabierała kolorów, czyli od marca tego roku. Symptomatycznym jest to, że panowie Chrzanowski i Czarnecki udają się po rozmowie w siedzibie KNF na drugą stronę ulicy do gabinetu prezesa NBP – Adama Glapińskiego. Powiedzieć, że Glapiński, to przyjaciel rodziny Kaczyńskich, to nic nie powiedzieć. Co do całego tego planu ma NBP, skoro NBP nic do banków nie ma? Mocą ustawy o KNF nadzór nad bankami został przekazany z NBP do KNF właśnie. Nie liczcie jednak na wyjaśnienie tej kwestii zbyt szybko. Nie liczcie na wyjaśnienie całej tej afery w ogóle, przynajmniej tak długo, jak długo u władzy jest obóz, szumnie nazwany patriotycznym.

Niedawno PiS oburzał się na Donalda Tuska za słowa o współczesnych bolszewikach. Część dziennikarzy pytała: „gdzie są ci bolszewicy”. Gdzie? No właśnie afera KNF dobitnie pokazuje, gdzie są. Oni zagnieździli się w urzędach podległych najwyższym czynnikom tej władzy. Budują po cichu swe imperia prywatne i te większe – imperium tego obozu władzy. Są przy tym jak ten wysłannik papy Corleone, który składał propozycje nie do pogardzenia, a gdy ktoś tego nie rozumiał, budził się rano w łóżku z odciętą głową najdroższego konia w stajni. Afera ta w istocie przekonuje mnie co do jednego. Zmiana władzy będzie swoistą Bitwą Warszawską (jak ta w wojnie z bolszewikami 1920). Wszystko wskazuje bowiem na to, że w tej aferze umoczeni są najwyżsi rangą urzędnicy państwa, co oznacza, że nikt tam skóry tanio nie odda. Nikt tam skóry nie odda w ogóle.
Tej sprawy nie może odpuścić Opozycja. Trzeba zrobić wszystko, aby została ona wyjaśniona. Trzeba zrobić wszystko, aby o niej mówić bez końca, narzucać narrację, mnożyć codziennie pytania. Tak, tę sprawę trzeba wyjaśnić do kości, a zrobić to może tylko Opozycja grająca w jednej orkiestrze. Słowa ministra Dworczyka: „sprawa jest już wyjaśniona”, czy słowa minister Mazurek: „dodatkowe posiedzenie sejmu, ani komisja sejmowa nie są potrzebne”, czy wreszcie słowa ministra Sasina: „suwerena ta sprawa nie interesuje”, świadczą wyłącznie o jednym – wszystko tu jest do wyjaśnienia, droga władzo. Wszystko.

Siadam więc teraz na mym wygodnym szezlongu z filiżanką ulubionej herbaty Earl Grey w ręku i czekam z niecierpliwością tłumaczeń tej władzy. I coś mi mówi, że będziemy świadkami dennego kina ze świata burleski.

Więcej o „bohaterach” afery KNF tutaj >>>

I tutaj >>>

Mateusz Morawiecki znajduje się w samym środku afery KNF

15 List

W miarę jak kolejne media ujawniają bulwersujące kulisy afery korupcyjnej w Komisji Nadzoru Finansowego, odsłaniając elementy przeprowadzanego z całą bezwzględnością procesu doprowadzania prywatnych banków na skraj upadku, by następnie je “uratować” poprzez przejęcie przez państwo, rośnie napięcie wewnątrz obozu władzy, a oczom obserwatorów ukazuje się bezwzględna walka frakcji walczących o wpływy. Oderwanie obozu władzy od rzeczywistości jest totalne – moment ujawnienia skandalicznego procederu i idącej w dziesiątki milionów rocznie łapówki wykorzystują nie do zdiagnozowania problemu i jego zwalczenia, a do zabezpieczenia własnych interesów, najlepiej kosztem politycznych rywali wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy.

Dobro państwa już dawno nie jest najważniejsze – liczy się władza i jej utrzymanie za wszelką cenę. Nie ma nawet cienia szansy na powołanie komisji śledczej czy rzetelne śledztwo, na które naciska opozycja oraz pewnie już wkrótce opinia publiczna. Do tej pory PiS był teflonowy i ujawnianie mniejsze lub większe afery (w sieci krąży już nawet lista 100 takich “afer”) nie wyrządzały obozowi władzy żadnych większych szkód, więc i tym razem panuje przekonanie, że pożar w burdelu uda się opanować bez strat. Szef Kancelarii Premiera zdążył już nawet ogłosić, że po dymisji szefa KNF, Marka Chrzanowskiego sprawa formalnie została zakończona. Tyle tylko, że od wcześniejszych afer obecne wydarzenia różni przede wszystkim moment wybuchu tj. na nieco ponad pół roku przed wyborami do PE i na ok. rok przed wyborami parlamentarnymi, które będą dla wielu polityków z obozu PiS swoistym “być albo nie być”. To generuje olbrzymie tarcia pomiędzy frakcjami, które w decydującym momencie przygotowań do najważniejszego od lat wyścigu chcą uzyskać jak największe wpływy i najlepiej wyeliminować część rywali do najlepszych miejsc na listach.

To nie przypadek, że w tym samym czasie, gdy Michał Dworczyk, będący człowiekiem premiera Morawieckiego, ogłosił “koniec sprawy”, pojawił się na konferencji prasowej Zbigniew Ziobro i zapowiedział bardzo intensywne śledztwo, choć już wiemy, że gdyby nie publikacja Gazety Wyborczej, to zawiadomienie w tej sprawie być może nadal leżałoby gdzieś pomiędzy pokojami prokuratury. Nie jest także przypadkiem nagła akcja CBA, przeprowadzona w siedzibie KNF w tak  groteskowy sposób, że aż trudno uwierzyć, że było to coś więcej niż inscenizacja.

Sytuacja, w której były szef KNF, po ujawnieniu afery korupcyjnej z nim w roli głównej pojawia się w miejscu swojej pracy, by posprzątać biurko (a przy okazji wszystkie niewygodne dokumenty), a CBA zamiast odebrać go już wczoraj z lotniska wprost na przesłuchanie pojawia się w UKNF tuż po tym, jak Marek Chrzanowski budynek opuścił, zakrawa na żart z obywateli i państwa. KNF do tej pory należało do strefy wpływów Prezesa NBP, Adama Glapińskiego, ale apetyt na rzeczywistą kontrolę nad tą instytucją od dawna miał Morawiecki. Z kolei kryminalne okoliczności i możliwość znalezienia haków na tak wysoko postawioną personę w hierarchii PiS sprawiły, że Zbigniewowi Ziobro zaświeciły się oczy i rzucił śledczych pędem do siedziby Komisji. Oddelegowani do tego zadania agenci CBA podlegają jednak Mariuszowi Kamińskiemu, który przecież jest również częścią tego samego “zakonu” co Glapiński. Nic więc dziwnego, że grzecznie poczekali, aż Chrzanowski przygotuje im gabinet do oczekiwanego przeszukania i zabezpieczenia dokumentów. A czy miał co ukrywać? Tu już jesteśmy skazani na domysły.

Nowe ustalenia w kwestii tego, co KNF robiło w sprawie banku Leszka Czarneckiego, sprawiają jednak, że wnioski o komisję śledczą w tej sprawie mają bardzo duże uzasadnienie, a komentarze, że afera w KNF może mieć rozmiary znacznie większe niż afera Rywina, która wiele lat temu zmiotła ze sceny politycznej rządy lewicy, wcale nie muszą być przesadzone. Co bowiem wiemy? Choćby to, że gdy okazało się, że propozycja “zatrudnij naszego prawnika w zamian za przychylność” nie okazała się dla Czarneckiego wystarczającą zachętą, w Sejmie pojawiła się nagle poprawka forsowana właśnie przez Marka Chrzanowskiego, która umożliwiała realizację groźby, która między słowami korupcyjnej propozycji pojawiała się z ust szefa KNF. Wątek ten ujawnił Patryk Michalski z RMF FM.

Sejm proponowaną poprawkę oczywiście bez szemrania przyjął, umożliwiając wdrożenie w życie ostatniego etapu “planu Sokala” czyli przejęcia banku milionera za symboliczną złotówkę. Wszystko to działo się już po złożeniu przez Czarneckiego zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez Chrzanowskiego. Wygląda jak zemsta? No raczej. Warto jednak zauważyć, że ta poprawka to miało być zwieńczenie dzieła. Operacja przeciwko interesom Czarneckiego toczyła się bowiem już od wielu miesięcy.

Obejmowała zmiany odpowiedniego rozporządzenia, by Getin Noble Bank i Idea Bank wpadły w proces restrukturyzacyjny KNF, opisaną przez GW ofertę od szefa KNF (wspartą przez prezesa NBP!), wpisanie banków na listę ostrzeżeń publicznych (by zmniejszyć ich wartość), a w finale przyjęcie przez Sejm poprawki umożliwiającej przejęcie banku przez państwo.

Nic dziwnego, że obserwujący działania władzy Czarnecki postanowił udać się do Romana Giertycha i sprawę nagłośnić, ujawniając mafijne metody rządów Prawa i Sprawiedliwości, tak bardzo godzące w prywatną własność. W kraju, gdzie w pierwszej kolejności liczy się interes państwa, dymisja szefa KNF byłaby jedynie wstępem do daleko idących zmian na najważniejszych stanowiskach. Jako że jednak żyjemy w kraju rządzonym przez partię z prawem i sprawiedliwością w nazwie, to może się okazać, że na tym się zakończy, a na jej pełne rozliczenie możemy liczyć dopiero po zmianie władzy. Miejmy nadzieję, że bezwzględna walka frakcji w PiS ten moment znacznie przybliży.

„Pan Prokurator Generalny apeluje do mnie, abym złożył nośnik z nagraną taśmą rozmowy w KNF. Nośnik złożyliśmy wczoraj (wraz z drugim zawiadomieniem). Mam na to potwierdzenie przyjęcia zawiadomienia wraz z nośnikiem podbite wczoraj przez Prokuraturę Generalną” – napisał na Twitterze Roman Giertych, pełnomocnik Leszka Czarneckiego.

Dwie godziny wcześniej minister sprawiedliwości – prokurator generalny Zbigniew Ziobro w TVP twierdził, że w zawiadomieniu, które Giertych złożył w prokuraturze nie ma tych dowodów.

„Zwracam się do pełnomocnika pana Czarneckiego, by jak najszybciej dostarczył prokuraturze wszystkie nośniki” – apelował Ziobro do Giertycha. Przypomnijmy, że Ziobro zapewniał, że objął śledztwo w sprawie afery KNF osobistym nadzorem!

„Na tym właśnie polega „staranność” pana Prokuratora w wyjaśnianiu tej sprawy”; – „Pan prokurator generalny albo jest nierzetelny, albo słabo zorientowany. Albo i to, i to. Źle to wróży śledztwu

„Czyżby w tej „szacownej” instytucji przekaz informacji (m.in. o złożonych materiałach) odbywał się drogą TELEX’ową? A może to robią gońcem albo gołębiem?”; – „Aha, czyli Pan Prokurator Generalny nie wie, co się dzieje w prokuraturze” – komentowali internauci.

Rekieterzy. Na czym w istocie polega via Roman Giertych.

Więcej o „bohaterach” afery KNF tutaj >>>

I tutaj >>>

Waldemar Mystkowski pisze o istocie afery KNF.

Afera Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie Getin Noble Banku ujawnia gnicie państwa zarządzanego przez PiS. Owszem, to państwo gnije w sferach, w których państwo ma dostęp do zawłaszczania, lecz coś zupełnie innego winno być wybite na plan pierwszy i o to rozgrywa się w tej chwili bitwa. Szef KNF Marek Chrzanowski zmusiłby do korupcji Leszka Czarneckiego, właściciela Getin, lecz ten nie dlatego ujawnił nagranie, w którym Chrzanowski domaga się milionów, ale dlatego, że jego bank może zostać przejęty za „symboliczną kwotę”, złotówkę.

Nawet w tym elemencie afera KNF to coś zupełnie innego jakościowo niż Rywingate. Lew Rywin chciał dla siebie Polsatu w imieniu „grupy trzymającej władzę” i przyszłego zapisu w ustawie medialnej – „lub czasopisma”. Chrzanowski te „lub czasopisma” chciał uzyskać w ramach tzw. „planu Sokala” (nazwisko szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego), a jego elementem to zgłoszona przez PiS 9 listopada poprawka do ustawy – lobbowana przez Chrzanowskiego – o możliwości przejęcia banku, gdy w ocenie KNF bank nie spełnia wymogów kapitałowych. „Plan Sokala” zakładał doprowadzenie do celowego doprowadzenia upadłości Getin Noble Banku i odkupienia go za symboliczną złotówkę.

Na to przejęcie oraz inne, do których doszło i może dojść, nakładamy okular propagandowy – repolonizacja banków. Choć Czarnecki jest Polakiem, to nie jest pisowcem i repolonizacja jego banku wg PiS byłaby jeszcze bardziej sprawiedliwa. Zresztą pierwszy argument po ujawnieniu afery, jaki był używany przez PiS (Zybertowicz w TOK FM) w stosunku do Czarneckiego to, iż współpracował z SB. Typowe stygmatyzowanie komuną, którego też chętnie używa Mateusz Morawiecki, tak wszak wyraził się o sędziach Sądu Najwyższego.

Repolonizacja dotyczy banków, ale także innych sfer, które PiS chce zagarnąć dla siebie i swoich celów, choćby media prywatne, które od dłuższego czasu spotykają się z kanonadą oczerniania przez polityków PiS – są bowiem niemieckie, niesprawiedliwe dla PiS (Morawiecki) i należy je zdekoncentrować.

W ten sposób przejmowane były banki i media w Rosji przez Putina i jego ludzi. Tej metody użył także Viktor Orban na Węgrzech. Kaczyński i jego ekipa są na początku owej drogi jeszcze się potykają, bo w Polsce opór jest o wiele potężniejszy. Na pewno łatwiej byłoby repolonizować Czarneckiego za złotówkę, gdyby było już po Polexicie. Putinizacja PiS-owi – na szczęście – nie wychodzi.

Najlepsza polska tenisistka od jakiegoś czasu konsekwentnie osuwała się w rankingu, przegrywała z kłopotami zdrowotnymi oraz z rywalkami młodszymi już o całe tenisowe pokolenie: silniejszymi, głodnymi zwycięstw, bardziej zdeterminowanymi wizją przebijania się do ścisłej czołówki, gdzie czekają sława, chwała i wielkie pieniądze. Czyli tam, gdzie Radwańska była jeszcze niedawno.

Za wcześnie na sportową emeryturę

Kończy z tenisem, nie mając jeszcze 30 lat, co musi być dla niej osobistym dramatem, gdyż ten wiek to jeszcze grubo za wcześnie na sportową emeryturę. Ale prawa rządzące tenisowym światem kobiet, czyli prymat siły, biegania do upadłego oraz odcinania kuponów do serwowania z prędkością światła, nie były napisane dla Radwańskiej. Romantycznej opowieści o wyjątkowo zdolnej dziewczynie z Krakowa, poprowadzonej na tenisowe salony poprzez chów w rodzinnej manufakturze o wbrew ogólnopolskiemu tenisowemu marazmowi, nie udało się spuentować żadnym spektakularnym sukcesem, czyli zwycięstwem w wielkoszlemowym turnieju. Najbliżej była w 2012 r. w Wimbledonie w meczu z Sereną Williams, gdzie znów – wygrywając seta – wlała nadzieję w serca tych, którzy przychodzą na korty po to, by zobaczyć zwycięstwo kunsztu i sprytu, a nie znany wzór „siła razy ramię”.

Światowe sukcesy polskich tenisistów

Dziękujmy Radwańskiej, bo jest za co

Odbijanie się od ścian stawianych przez rywalki, które miały do gry na takich twardych warunkach zdrowie i predyspozycje fizyczne, musiało być dla niej frustrujące. Stąd pewnie brała się niekiedy podczas meczów ta mowa ciała, pełna rezygnacji i bezsilności, interpretowana potem przez domorosłych znawców jako przedwczesne wywieszanie białej flagi. I wylewający się zaraz potem jad: że jej się nie chce, że nie ma ambicji, że jej nie zależy, że nasycona zarobionymi na kortach oraz w reklamach milionami nie pamięta samej siebie głodnej.

Nieumiejętność owijania w bawełnę, w tym przede wszystkim nieprzemyślana puenta klęski na igrzyskach w Londynie – że nic się nie stało, bo to z tenisowego punktu widzenia mało znacząca impreza – na pewno popularności jej nie przysparzały. Na szczęście teraz chór kibiców mówi zgodnie: dziękujemy. Bo jest za co.

Wobec Marszu Niepodległości odbyło się kilka kontrmanifestacji, ale wśród nich była tylko jedna próba dialogu. Podjęła go inicjatorka ubiegłorocznej akcji „kobiet z mostu” i znienawidzona od tamtej pory przez środowiska nacjonalistyczne Ewka Błaszczyk.

Tak jak w 2017 r. towarzyszę tej aktywistce w przygotowaniach do akcji i jestem obok także po jej zakończeniu. Tym razem dokumentuję też samą kontrmanifestację rozgrywającą się w sercu miejsca, gdzie gromadzą się nacjonaliści idący w Marszu Niepodległości 2018, czyli przed Pałacem Kultury, zaledwie kilkaset metrów od ronda Dmowskiego. To stąd wyjdą dwie wielkie brygady kibiców piłkarskich i to tutaj rzuconych zostanie najwięcej rac hukowych. Przed samym wymarszem policja będzie tu uzbrojona w długą broń gładkolufową, a z powodu unoszącego się w powietrzu dymu nie będzie widać nic. Gdyby w tym momencie powiedzieć komukolwiek, że jeszcze kilka minut wcześniej prowadzony był tu dialog między demokratami a nacjonalistami – nie uwierzyłby.

To nie były incydenty, to nie był margines, to nie był radosny marsz

Oczekiwanie i oczekiwania

Przed 11 listopada spotykam się z aktywistkami kilka razy. Przed każdą rozmową w kawiarniach dbają o to, by schować telefony. Na wszelki wypadek, gdyby podsłuch był. To działaczki tzw. opozycji ulicznej, nieprzynależące obecnie do żadnego ruchu. Chcą działać samodzielnie, na własny rachunek, na własną odpowiedzialność. Z wielu powodów. O nich nie teraz.

Taka droga działania jest o wiele trudniejsza niż bycie jedną z twarzy konkretnego ruchu obywatelskiego, media ich nie zauważają. A przecież te kobiety wcale nie są osobami nieznanymi publicznie, np. część z nich w 2017 r. stanęła samotnie przeciwko brunatnieniu Polski z transparentem „Faszyzm stop” wobec 60 tys. osób idących w Marszu Niepodległości. I rozpisywały się o tym nie tylko polskie, ale i światowe gazety.

Przypomnijmy sobie kilka faktów. Policji wtedy nie było na miejscu. Kobiety zostały pobite, zelżone, zniesione z miejsca swojego protestu. Jedna z nich straciła przytomność (przyjechała karetka), druga ma trwałą bliznę na dłoni po tym, jak jeden z agresorów przydeptał ją butem do asfaltu. Błaszczyk jest pewna, że zrobił to rozmyślnie. Sprawcy nie zostali zatrzymani do tej pory.

Rok po tych zdarzeniach, na owych spotkaniach w kawiarniach, ustalono, że w planowanej akcji będzie uczestniczyć kilka „kobiet z mostu” – pomysłodawczyni obu akcji Ewka Błaszczyk, Elżbieta Podleśna i Beata Geppert. A do tego składu dojdą jeszcze Ewa Borguńska, Joanna Gzyra-Iskandar i Anula Rykała-Wieczorek. Nie jest łatwo planować. Naprawdę nie jest, bo oczekiwania, szczególnie wobec Błaszczyk, są ogromne. Dziennikarka z „Gazety Wyborczej” podczas wywiadu przed marszem spyta ją nawet, czy jest gotowa na śmierć. Nie. Nie jest. Wszystkie chcą żyć. Robią to właśnie po to, by w porę zatrzymać przyzwolenie na rosnący w Polsce skrajny nacjonalizm i neofaszyzm, po to, by nikt nie zginął i aby nie zdarzały się ataki na „wrogów ojczyzny”.

Jak wypadł polski weekend niepodległościowy

Formalnie i spontanicznie

Nawet na kilka dni przed 11 listopada, stuleciem odzyskania niepodległości przez Polskę, wciąż nie wiadomo, jak będzie przebiegał Marsz Niepodległości. Ani czy w ogóle się odbędzie. Przygotowania i rozmowy aktywistek obywatelskich jednak trwają, bo bez względu na rozwój sytuacji do Warszawy i tak zjadą grupy neofaszystowskie i nacjonaliści z całej Europy. Ewka Błaszczyk decyduje się na dość zaskakujący ruch – zarejestrowane zgromadzenie publiczne w samym centrum miejsca, gdzie przyjezdni będą się gromadzić. Jej zgłoszenie zostaje przyjęte i przez dwie doby „To było tutaj – Warszawa wolna od faszyzmu” jest jedyną formalną kontrmanifestacją Marszu Niepodległości, posiadającego (zgodnie z pisowską nowelizacją prawa o zgromadzeniach) status tzw. zgromadzenia cyklicznego. Kontrmanifestacją odbywającą się na terenie zgromadzenia publicznego stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

Policja nawet dzwoni z sugestią odwiedzenia aktywistki od realizacji demonstracji. Pyta, czy ma świadomość, gdzie chce demonstrować i jakie są zagrożenia. Tak. Ma. Nie ustąpi.

Ostatecznie godziny trwania zgromadzenia w zgłoszeniu do miasta stołecznego Warszawy zostają skrócone do 14:00, czyli momentu formalnego rozpoczęcia się marszu nacjonalistów. Ale mające w nim uczestniczyć kobiety publicznie zapowiadają, że mimo wygaśnięcia pozwolenia będą kontynuować demonstrację w trybie spontanicznym.

Obrona „ściany pamięci”

Cele „To było tutaj – Warszawa wolna od faszyzmu” są dwa. Pierwszym jest obrona „ściany pamięci” Piotra Szczęsnego, miejsca, przy którym Szary Człowiek dokonał 19 listopada 2017 r. aktu samospalenia w proteście przeciw polityce rządu. Od tamtej pory na bocznej ścianie trybuny honorowej PKiN aktywiści i aktywistki odnawiają napis „To było tutaj”, zapalają znicze i czytają manifest pozostawiony przez Szczęsnego. Walczą, by pamięć o najbardziej dramatycznym proteście, na jaki może zdobyć się człowiek, nie umarła razem z nim.

Skąd taki pomysł? A stąd, że 11 listopada 2017 r., tuż przed Marszem Niepodległości, miejsce to zostało zhańbione napisami „cwel” oraz „6. dzień tygodnia jak żywa pochodnia”. Nieznani sprawcy ułożyli także obraźliwy napis z zapalonych zniczy. Dlatego w tym roku działaczki chcą obronić to miejsce. Chcą to zrobić za wszelką cenę. I pilnują „ściany pamięci” już od północy poprzedniego dnia. Przez całą noc są same.

Beata Geppert, która była tutaj od północy, opowiada, że spotkała mężczyznę, który w ogóle nie znał sprawy i z zainteresowaniem wysłuchał tej historii: – Podziękował. Zrobił kilka zdjęć i powiedział: „Niech Bóg ma w opiece jego duszę”.

A potem przy ścianie pojawiła się grupka młodych z zupełnie innym nastawieniem. – Jeden powiedział: „A kto mu się kazał podpalać?”. Wszyscy zarechotali i poszli – wspomina Geppert i przypomina o jeszcze jednym zdarzeniu. – Podszedł jeszcze pan, który spojrzał na mnie ze współczuciem i zapytał, czy mi nie zimno. I czy nie lepiej, żebym poszła do noclegowni.

Spontanicznego pilnowania „ściany pamięci” przez całą noc podjęły się w zmianach Beata Geppert, Elżbieta Podleśna, Anula Rykała-Wieczorek i Joanna Gzyra-Iskandar. Nie było tylko Ewki Błaszczyk, która musiała prowadzić później całe swoje zgromadzenie, i Ewy Borguńskiej, która z „To było tutaj” będzie prowadzić transmisję wideo, a potem kierować wydarzeniem partnerskim „Pozamiatane – Warszawa wolna od faszyzmu”. W jego ramach grupa aktywistek zbierze dowody wykroczeń ze strony uczestników Marszu Niepodległości (butelki po alkoholu i pozostałości po środkach pirotechnicznych). A 12 listopada przekaże je policji.

Przeciwko brunatnieniu Polski

Drugim celem zgromadzenia jest zwrócenie uwagi na narastające incydenty faszystowskie, ale nie tylko, bo przecież przede wszystkim na brunatnienie Polski i konsekwencje płynące z nacjonalizmu. „Chcemy przypomnieć pozostawiony manifest Szarego Człowieka w kontekście naszego sprzeciwu wobec faszyzacji polskiego życia publicznego. Pisał on: »Protestuję przeciwko wrogiemu stosunkowi władzy do imigrantów oraz przeciw dyskryminacji różnych grup mniejszościowych: kobiet, osób homoseksualnych (i innych z LGBT), muzułmanów i innych« – napisała Ewka Błaszczyk w opisie swojej demonstracji. – Między innymi te słowa zostawił nam 19 października 2017 r. Piotr Szczęsny, który odebrał sobie życie także w proteście wobec nietolerancji, ksenofobii i wykluczeniu. Również w tym kontekście chciał naszego przebudzenia”.

Przed Pałacem pojawią się szokujące dla uczestników Marszu Niepodległości, jak się później okazało, transparenty i flagi. Bo aby zwrócić uwagę na traktowanie w Polsce różnych mniejszości, obok transparentu „Kolorowa Polska” aktywistki trzymały symbolicznie flagi trzech, chyba najbardziej znienawidzonych u nas, narodów: Izraela, Ukrainy i Białorusi. Była także nasza flaga narodowa, UE czy flaga Warszawy.

Towarzyszył im baner, z którym stał niezależny aktywista Krzysztof Warchoł, z hasłem „Wielka Polska różnorodna”. Pod napisem widniał obrys Polski, w który wpisane były flagi różnych krajów, a obok umieszczono symbole największych religii świata i ateizmu. Gorące dyskusje wzbudzała także druga strona tego baneru ze zdjęciem stojących za drutami kolczastymi dzieci, więźniów nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, i napisem „Tak się kończy nacjonalizm”.

Czytaj także: Świat krytycznie o marszu niepodległości

Dialog i brak dialogu

Gdy zarejestrowana w Biurze Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego urzędu m. st. Warszawa demonstracja rozpoczęła się o godz. 10:00, na miejscu nie było ani jednego policjanta. Pod numer 112 w ramach interwencji dzwoni więc posłanka Joanna Scheuring-Wielgus (dwukrotnie), potem jeszcze przewodnicząca zgromadzenia Ewka Błaszczyk i działacz Kajetan Wróblewski.

Pierwszy patrol policyjny pojawia się o godz. 10:17. Powiadają, że w sprawie tego spóźnienia można się dowiadywać u rzecznika prasowego, a siły policyjne będą działać adekwatnie do sytuacji. Rzeczywiście narastały tak, jak narastała sytuacja. Od braku choćby jednego policjanta do kilku oddziałów w strojach bojowych w kamizelkach kuloodpornych, białych kaskach, z tarczami. Pod koniec pojawił się także oddział z długą bronią gładkolufową.

Manifestacja przed PKiN trwała – nie licząc wcześniejszego nocnego pilnowania – około sześciu godzin. Przez ten czas jej uczestnicy starali się stworzyć spokojne miejsce do dialogu. Przeprowadzono wiele rozmów, od spokojnych po dynamiczne, gorące. Niestety nie zawsze odbywały się zgodnie z zasadami kultury i bez mowy nienawiści. Kto był agresywny, zamaskowany, ubliżał, ten był ze zgromadzenia wykluczany. Musiał być wykluczany. Dla bezpieczeństwa jego uczestników. Dla bezpieczeństwa wszystkich. „Każda systemowo rozwinięta ideologia nienawiści zaczyna się od przesączania do języka niebezpiecznych słów. One się lokują i rozwijają w umysłach bez rozróżnienia »słuszności sprawy«. Czekają na czyny” – napisze później Błaszczyk.

Co usłyszały? Ewka Błaszczyk, która m.in. trzymała flagę Izraela: „Nie, nie podam ci ręki”, „Nie jesteś Polką”, „Jesteś ubecką kur…ą”, „Jesteś Żydówą”, „Promujesz pedalstwo”, „Będę się za ciebie modlić, idź do spowiedzi”, „Cała Polska będzie biała, bez komucha i pedała”, „Jesteście zdrajcami”.

Joanna Gzyra-Iskandar, która m.in. trzymała transparent „Kolorowa Polska”: „Wypierd…”, „faszyści”, „czerwona hołota”, „bolszewicy”, „Żydzi” (jako inwektywa), „lewackie kur…y”, „lewackie szmaty”.

Elżbieta Podleśna, która m.in. trzymała flagę Ukrainy: „Wypierd…, banderówo!”, „Kretynka”, „Chora psychicznie”, „Jesteś śmieciem”. A także że stoi z flagą morderców, że Ukraińcy nadziewali polskie dzieci na pale

Ale były też miłe chwile. Wzruszony Duńczyk, który pytał o flagę swojego kraju wpisaną w obrys Polski. Samotny pan z flagą Polski, który nic nie mówił, ale trwał przed ścianą przez niemal całą demonstrację. Młody mężczyzna, który poświęcił swój czas i podziękował wszystkim uczestniczącym już po zakończeniu zgromadzenia spontanicznego. „Dziękuję, że tu byliście. Bardzo za to dziękuję”. Z pewnością budujących jest też tych kilka głosów ze strony ludzi, którzy żałują, że uczestniczyli w zgromadzeniu Obywateli RP, Warszawskiego Strajku Kobiet i KOD Mazowsze na ul. Smolnej, gdzie protestujący zostali całkowicie odizolowani przez policję od maszerujących. Tam miejsca na dialog nie było. Tam rzucano w kontrmanifestujących płonącymi racami i butelkami. Przed PKiN malutka grupka była atakowana inaczej – słowami. Bolesnymi słowami. Tu więc można było realnie pomóc. Szukać płaszczyzny, by zobaczyć drugiego człowieka.

Władza przegrała z nacjonalistami

Ekstremalne emocje

Mimo stosunkowo spokojnego (spokojnego w sensie braku agresji fizycznej) przebiegu zgromadzenia przed Pałacem Kultury panowały na nim ekstremalne emocje. Trzeba było zachować spokój wobec namawiających się na atak grupek. Komentujących z oddali. Krzyczących. Podbiegających. Wobec osób ostentacyjnie wchodzących na teren zgromadzenia z falangami czy wobec zamaskowanych skinheadów.

Trzeba było tłumaczyć podstawowe sprawy, np. że to miejsce nie zostało wykupione, a odbywa się tu zarejestrowane zgromadzenie publiczne i obowiązują pewne zasady określone prawem. Np. nie wolno pić alkoholu. Tłumaczyć, że wolność i demokracja polega na tym, że każdy może wyrażać swoje poglądy polityczne i stanąć z flagą, w tym także z flagą innego państwa.

Aktywistki musiały sobie radzić z różnymi sytuacjami. Zachować zimną krew w obliczu kłamstw czy prowokacji. Słyszały, że „tu podpalił się ten, co go do tego »Wyborcza« namówiła”. Podleśnej pewien mocno starszy człowiek powiedział, że „obrażam go napisem »Straż przed faszyzmem« na kamizelce, i że to dobrze, że mnie w zeszłym roku pobili, bo było za co”. Inny powiedział, że „chcę zagłady polskości, bo uprawiam pedalską propagandę w szkołach”. Poinformował ją też, gdzie ma sobie wsadzić baner z napisem „Polska kolorowa”. Kolejny orzekł, że „wie, jakie jest moje pochodzenie i jak zarabiam na życie”. Itd.

Słuchanie niektórych wypowiedzi było ciężkie nawet dla obserwatorów, którzy atakowani raczej nie byli. Przykłady? Gdy mężczyzna z opaską z Polską Walczącą na rękawie powiedział, że on Ewce Błaszczyk ręki nie poda, bo „tu się dzieje niedobrze, bo jeżeli ktoś mnie wygania z mojej ojczyzny, bo sobie stoi, kur…, [i mówi] »stop faszystom«…”. A wcześniej jeszcze rzucił do niej wymowne oskarżenie: „Do gazu? Do gazu to tej pani dziadkowie wsadzali swoich i nas!”.

Albo wtedy gdy tuż pod baner podszedł starszy mężczyzna z małym dzieckiem, wskazał palcem na demonstrujących i powiedział: –Popatrz, tak wyglądają małpy. Tak wyglądają zabójcy dzieci.

Z Tuskiem Duda się nie przywitał. Zmarnowana rocznica

Kontrmanifestacja do Marszu Niepodległości

W zgromadzeniu „To było tutaj – Warszawa wolna od faszyzmu” uczestniczyło łącznie kilkadziesiąt osób. Za transparentami stawali zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Kolorowo ubrani odróżniali się na pierwszy rzut oka od uczestników Marszu Niepodległości, niemal zuniformizowanych. Próbowali rozmawiać, próbowali tłumaczyć. Wszyscy zgodnie później stwierdzą, że przynajmniej dwie z tych rozmów niosły jakąś nadzieję. Czyli było warto.

Za sukces uznają także to, że pod „ścianę pamięci” podchodziło bardzo wielu uczestników Marszu Niepodległości. Z uwagą czytali wystawiony tam manifest Piotra Szczęsnego. Niektórzy zapewne pierwszy raz dowiadywali się o całej sprawie.

O godz. 14:00 formalnie zgłoszone zgromadzenie zakończyło się, a zaczęła demonstracja spontaniczna. Wtedy dookoła demonstrujących był już tłum uczestników Marszu Niepodległości, a terenu demonstracji broniło kilka uzbrojonych oddziałów policji. Wkrótce miał przejść tuż obok pochód dwóch dużych grup kibiców. Policja zaczęła negocjować, aby aktywistki zrezygnowały z dalszego stania przy „ścianie pamięci”, w zamian obiecała wystawienie patrolu, aby nikt nie napisał na trybunie honorowej PKiN czegoś niestosownego.

Aktywistki zdecydowały się zostać na miejscu aż do momentu odejścia całego marszu z tego terenu i pobliskiego ronda Dmowskiego. Po schowaniu flag i transparentów oddziały policji zostały wycofane, ale obiecany patrol nie został wystawiony. Kilka minut po wycofaniu się policji z miejsca zgromadzenia spontanicznego 50 m dalej ruszyli kibice. W dwóch kolumnach, bo to kibice (czy raczej kibole) dwóch różnych drużyn. Jedna z nich niesie na swoim czele wielki czarny transparent „Śmierć wrogom ojczyzny”.

Oni z aktywistkami nie spotkali się na jednej drodze. To dobrze, bo bez ochrony policji mogłoby dojść do tragedii.

Po godz. 15:30 na terenie zgromadzenia spontanicznego i obok niego wybuchają dziesiątki rac hukowych. Powietrze zasnuwa szary dym. Biegną jacyś ludzie w czarnych strojach. Jakby wojna się zaczęła.

Madeleine Albright ostrzega przed zjawiskiem faszyzmu i nacjonalizmu

PiS psuje się od głowy Kaczyńskiego

15 List

>>>

Tomasz Siemoniak i internauci komentują aferę z udziałem Komisji Nadzoru Finansowego.

Mecenas Roman Giertych skomentował dostęp byłego szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego do biura w siedzibie KNF.

CBA czekało kilka godzin, aby były szef KNF Marek Chrzanowski zatarł ślady przestępstw w siedzibie KNF.

Komentarze ws. nadzoru Zbigniewa Ziobro nad aferą Komisji Nadzoru Finansowego z politykami PiS w tle.

>>>

Afera w KNF – to trzeba wiedzieć: