Tag Archives: Gerald Birgfellner

Kaczyński nie przyznaje się do Srebrnej. Pisowskie manipulacje prokuraturą

25 List

Art. 190 Kpk § 1. Przed rozpoczęciem przesłuchania należy uprzedzić świadka o odpowiedzialności karnej za zeznanie nieprawdy lub zatajenie prawdy. No chyba, że słuchamy J.Kaczyńskiego. W trosce o to, by nikt jemu nigdy nie postawił zarzutów z 233 kk.

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

I chyba – niestety – to jest jedyne wyjaśnienie takiego powodzenia pisowskiej i kleszej mafii w naszym kraju…

„Jędraszewski STOP” – to główne hasło marszu, który przeszedł z krakowskiego Rynku Głównego pod kurię. Uczestnicy demonstracji domagali się odwołania arcybiskupa Marka Jędraszewskiego z funkcji metropolity krakowskiego i reakcji Kościoła na mowę nienawiści.

Demonstrujący stanęli pod oknem papieskim, przy wejściu do kurii przy ul. Franciszkańskiej. Przynieśli ze sobą kartki z napisami: „Jędraszewski, twoja wielka wina”, „Miłuj bliźniego jak siebie samego”, „Hipokryzja”, „Stop nienawiści”, „Jędraszewski! Precz z Krakowa!”.

„Protestujemy przeciwko polityce Jędraszewskiego. Pod kurią na Franciszkańskiej spotkaliśmy się z modlącymi się oponentami, którym przewodzi małopolska kurator oświaty Barbara Nowak. Czy to jest rola kuratora? Czy to jest wizja edukacji MEN? Wstyd i hańba!” – napisał podczas demonstracji na Twitterze jeden z jej uczestników Artur Mazur.

Po drugiej stronie Franciszkańskiej bowiem stanęli zwolennicy Jędraszewskiego.

A postaci małopolskiej kurator oświaty naszym czytelnikom nie trzeba przybliżać. „Internauci do Barbary Nowak: „Aż dziw bierze, że jest pani kuratorem oświaty”.

W pewnym momencie jedna z organizatorek demonstracji przeciw Jędraszewskiemu podeszła do modlących się kontrmanifestantów z propozycją pojednania. Nikt nie chciał podać jej ręki…

„Pasy zapięte? Kto ma słabe nerwy niech nie czyta. Oficjalny szacunek wysokości emerytur w przyszłości jaki dostałem z ZUS. Teraz dostajemy 53,8% ostatniej pensji (ok. 2,2tys.zł). W 2045 będzie 32%,w 2060-24,9%,a 2080-23,1%. To będzie ok.1 tys. zł na mc (na dzisiejsze pieniądze)” – napisał na Twitterze były wiceminister pracy w rządzie PiS Bartosz Marczuk.

W kolejnym wpisie „próbował” łagodzić sytuację: – „Dlatego trzeba dodatkowo się zabezpieczać. Dbać o zdrowie, kształcić, oszczędzać (PPK to idealny produkt), mieć więcej dzieci, przygotować się na dłuższą pracę”. No to przypomnijmy nasz artykuł o tym „idealnym produkcie”: „Fiasko nowego programu PiS. Aż 60 proc. Polaków nie chce PPK”.

Wpis Marczuka wywołał falę komentarzy. – „Pan były podsekretarz stanu w rządzie dojnej zmiany nagle wrócił z innej rzeczywistości na Ziemię i się zdziwił? No, no…”; – „Były wiceminister rodziny, obecnie w Polskiej Fundacji (Niedo)Rozwoju płacze, że jego wspaniali koledzy wywinęli taki numer z emeryturami. W przeciwieństwie do milionów Polaków Marczuk sobie sporo zapewne odłoży”; – „Najpierw Szydło mydliła oczy i obniżyła wiek emerytalny, teraz chłopcy rozmontowują OFE i majstrują w emeryturach, bo kasy na wytwory wiedzy ekonomicznej prezesa brak, a teraz zaczyna się straszenie, bo ludzie nie ufają rządowi”; – „Czyli rząd, w którym i pan był, po prostu rozpierniczył Polakom emerytury. Więc pytanie: pan się tym wpisem naśmiewa z tego, co ludziom zrobiliście, czy przyznaje się do winy?” – pisali internauci.

Komentowali też dziennikarze. – „Były minister pracy piszący w tłicie, że ZUS to wielkie oszustwo to jednak nowa jakość…” – Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”. – „Czy rząd PIS właśnie nas informuje, że ta partia, przekonując do obniżenia wieku emerytalnego, świadomie skazała miliony Polaków na głodowe emerytury i tragedię w ostatnich latach życia?” – zapytał Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Dziennikarz w 2014 ostrzega, aby nie obniżać wieku emerytalnego. Polityk od 2015, wiceminister pracy bierze udział w obniżaniu wieku emerytalnego. 2019 jako twitterowicz? ostrzega: emerytury będą niskie” – podsumował gen. Jarosław Stróżyk. Tak rzeczywiście przebiegała kariera zawodowa Bartosza Marczuka. Dodajmy tylko, że z resortu pracy przeniesiono go do Polskiego Funduszu Rozwoju, w którym Marczuk zajmuje się właśnie wspomnianymi wyżej Pracowniczymi Planami Kapitałowymi.

Niedzielny konkurs Eurowizji Junior wygrała Wiktoria Gabor. To drugie pod rząd zwycięstwo Polski w tej imprezie, co niezwykle ucieszyło nie tylko młodziutką wokalistkę, jej fanów i widzów, ale przede wszystkim Jacka Kurskiego, który nie omieszkał przypisać sobie cały sukces za tę wygraną. Przypomniał, że jako prezes obiecał „odbudowę siły i prestiżu TVP”.

„To podwójne, rok po roku, zwycięstwo w Eurowizji jest esencją i kulminacją tej odbudowanej pozycji” i to on podjął decyzję, by to widzowie „Szansy na sukces” wybrali reprezentanta Polski na Eurowizję, więc zwycięstwo młodziutkiej wokalistki to wielki sukces właśnie jego Telewizji.

Kurski towarzyszył Wiki Gabor w spotkaniu w „Gościu Wiadomości” i całkowicie je sobą zdominował. Dziewczynie udało się podziękować rodzicom i fanom, ale prowadząca spotkanie szybko skierowała rozmowę na zasługi prezesa telewizji i Jacek Kurski zaczęło się.

Realizacja lepsza, niż niejednej Eurowizji dla dorosłych. Krótko mówiąc, to jest odbudowa potęgi Telewizji Polskiej” i to właśnie „Myśmy mieli odwagę odbudować siłę Telewizji Publicznej”. 

Żeby nikt nie miał wątpliwości, kto jest ojcem sukcesu Wiktorii, prowadząca zapytała ją, czy śpiewa „od dziecka, ale czy czujesz, że poniekąd Telewizja Polska wskazała ci drogę przez Twoje poprzednie sukcesy?” i znowu zwróciła się do swojego prezesa, który podkreślił, że od początku widział w 12 – latce gwiazdę, bo to „kwestia intuicji, i pewnej odpowiedzialności jednak w telewizji, w zarządzaniu”.

Jak słusznie zauważył jeden z internautów „Ktoś musi w końcu głośno powiedzieć, że prawdziwym zwycięzcą Eurovision Junior jest Jacek Kurski, który odkrył Wiki Gabor, napisał jej tekst, nauczył śpiewać, a nawet przygotował choreografię”.

Każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza

Kilka dni temu wszystkie stacje telewizyjne nadały pierwszy odcinek szóstego sezonu serialu pt. „Sejm według PiS”. Zapowiadano nowych wykonawców i poważne zmiany batalistycznej dotąd fabuły. Faktycznie, zobaczyliśmy sporo nowych twarzy, bo w sukurs oblężonym przybyły posiłki, które osaczyły najeźdźców zarówno z lewej, jak i prawej flanki, i od razu zaczęły kopać ich po kostkach. Jednak scenariusz nie obfitował zbytnio w nowe wątki, tyle że armia napastników po latach zwycięstw przegrała właśnie jedną potyczkę. Obudziło to pewne nadzieje na przełom, bo okazało się, że napastnikom zaczyna brakować amunicji, której nowi obrońcy maja nadmiar, wystrzeliwując ją czasem celnie, a czasem w płot albo na wiwat. Nie zmieniły się natomiast dialogi, obfitujące na przemian w argumenty i inwektywy, często na żałosnym poziomie.

Mimo kulawego scenariusza i amatorszczyzny wielu wykonawców, w pierwszym odcinku nowej edycji nie wiało nudą. Interesujące były zwłaszcza zaciekłe próby konfrontacji nadziei i marzeń z twardymi realiami ponurej rzeczywistości. Fascynująca była zwłaszcza wędrówka zawiłymi meandrami wyobraźni jednego z głównych wykonawców, artysty Mateusza Morawieckiego, grającego w serialu rolę premiera.

Były w tym odcinku sekwencje straszne, były fragmenty podniosłe i scenki naprawdę ucieszne.  Strasznie było, gdy udający premiera pokrzykiwał groźnie, że biada tym, którzy chcą uczyć dzieci tego czegoś, czego uczą się dzieci w każdej szkole każdego cywilizowanego kraju. Biada im, bo są to terroryści, podkładający pod całą Polskę gigantyczny ładunek wybuchowy obcego pochodzenia. Grozą powiało również, gdy Morawiecki odkurzał starą „Strategię na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”, zapowiadając po raz kolejny przekop Mierzei Wiślanej, budowę CPK, Via Carpatia, promów i jeszcze paru przedsięwzięć bezsensownych lub takich, bez których spokojnie możemy się obejść, a na które wydawać będziemy pieniądze których nie ma, co rzecz jasna oznacza równoczesne odbieranie środków projektom absolutnie nieodzownym.

Podniośle było, kiedy reprezentanci rządzących jeden po drugim bohatersko stawali na przedpiersiach okopów prężąc muskuły w obronie rozmaitych wartości wykrzykiwanych dużymi literami. Szło jak od wieków o Tradycję i Wiarę, ale i o nowszy wynalazek PiS – Rodzinę, która powstaje z kobiety i mężczyzny od chwili poczęcia aż do naturalnego rozwodu. Czyli ponad jedną czwartą polskich dzieci, ze związków partnerskich lub zrządzeniem złego losu wychowywanych przez jednego rodzica, PiS pozbawił rodziny! Smutne to bardzo.  Śmiesznie natomiast bywało, gdy rządzący przekonywali zebranych, że to co jest i będzie nadal, to normalność, gdy chwalili się demokratycznym usposobieniem i nieprzemożną potrzebą praworządności, a szczególnie, kiedy swoje zwycięstwa i sukcesy ogłaszali również na zrujnowanych terenach objętych klęską żywiołową, takich jak choćby służba zdrowia czy edukacja. A wyjątkowo zabawny był kadr ukazujący na galerii sejmowej Mariana Banasia przyjmującego do akceptującej wiadomości płynące z mównicy zachwyty nad sukcesami administracji skarbowej.

Nowe odcinki serialu „Sejm według PiS” to program z cyklu dla każdego coś miłego. Bo jest równocześnie filmem wojennym i melodramatem, filmem przygodowym, rozrywkowym i science fiction, a nawet oświatowym z filozoficznym przesłaniem. Pierwszy odcinek szóstej edycji popularyzował np. całkiem nową teorię względności, dowodzącą, że nie ma na świecie zjawisk niewątpliwych ani wartości stałych, bo wszystko jest niejednorodne, wielowymiarowe, płynne i wzajemnie się wykluczające.  Czyli w skrócie: każdy może sobie wybrać taką prawdę, jaka mu się podoba, ale nasza jest prawdziwsza. Na przykład: w konkurencji krajów najbardziej atrakcyjnych dla inwestorów Polska zajmuje miejsce piąte – i równocześnie czterdzieste, ale bardziej piąte. W rankingu mało znanej firmy doradczej Conway Analytics awansowaliśmy ostatnio na szczyty, a w znacznie bardziej prestiżowych, ale dla premiera mało wiarygodnych badaniach „The Global Competitiveness Report” i „Doing Business” w ostatnim roku spadliśmy aż o 7 miejsc. Inny przykład: powrót wielu Polaków mieszkających dotąd za granicą jest – do wyboru – wyłączną zasługą rządu PiS, co ma być prawdą, lub skutkiem Brexitu, co traktowane jest jedynie jak półprawda. Tyle tylko, że w 2018 roku z samej Wielkiej Brytanii wyjechało PONAD 100 tys. mieszkających tam Polaków, a z całego świata powróciło NIESPEŁNA sto tysięcy… Spora „nadwyżka” emigrantów nie uwierzyła w wizję PiS-owskiej krainy szczęśliwości, uchodźcy z GB woleli szukać nowego domu z dala od Polski.

Realizując ambicje oświatowe scenarzystów serial krzewi nowe hasła encyklopedyczne, zastępujące zużyte, nieaktualne pojęcia. „Wolność dla przedsiębiorców” nie oznacza już rynkowych swobód ani trwałych i czytelnych przepisów, tylko prawo drukarzy do odmowy druku tekstów, które im się nie podobają.  Zapowiedziane „przyciąganie zagranicznych inwestorów” i ich kapitału polegać ma m.in. na repolonizacji, czyli po prostu nacjonalizacji prywatnych firm i naruszaniu prawa własności.  Deklarowana głośno „troska o ekologię” to dalszy wzrost produkcji energii na bazie węgla, zaoranie programu farm wiatrowych i … powołanie pełnomocnika ds. odnawialnych źródeł energii z gabinetem, biurkiem i paprotką do podlewania. „Normalność”, to bezprawne powtórzenie przegranego przez PiS głosowania w sprawie skierowania do Trybunału Konstytucyjnego ludzi bez kwalifikacji formalnych i moralnych.

Radykalnie zmieniło się znaczenie pojęć opisujących sferę opieki nad słabymi, ubogimi i wykluczanymi. Radośnie głoszone „wyrywanie rodzin ze skrajnego ubóstwa” oznacza wzrost liczby osób żyjących na poziomie minimum egzystencji z 4,3 proc. do 5,4 proc. w ciągu roku. Czteroletnia „walka z nierównościami dochodowymi” skutkuje niemal najwyższym w Europie rozwarstwieniem. Jak wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. W tej kategorii PiS zrealizował obietnicę dogonienia Ameryki: polskie nierówności społeczne stały się porównywalne z amerykańskimi – i nadal rosną.

***

W expose premiera nie zgadzały się liczby, daty, ani fakty. A przecież w nowej edycji telenoweli o parlamencie, Polsce i demokracji w wersji PiS, artysta Morawiecki dopiero się rozkręca. Ciekawe, jak skończy się ten serial. Gdyby ktoś zaproponował mi napisanie scenariusza ostatniego odcinka, to wmontowałbym tam scenkę finałową, trochę przerobioną z kabaretowego skeczu :

Do premiera podchodzi poseł PiS, pokazuje mu szkolny zeszyt i prosi:

– Mateusz, ty masz smykałkę do rachunków, rozwiąż mi proszę zadanie mojego syna, ja nie daję rady, a dziecko walczy o tróję!

– O tróję walczy, powiadasz… czyli tak jak Agamemnon! – życzliwie komentuje premier, z wykształcenia historyk.

– No nie – odpowiada poseł. – Agamemnon walczył przecież o Troję.

– I co, zdał? – zaciekawił się Morawiecki…

Manipulacje prokuratury ws. taśm Kaczyńskiego

24 List

Dosłownie dwa dni przed wyborami prokurator Renata Śpiewak odmówiła dalszego prowadzenia śledztwa w głośnej sprawie „afery Dwóch Wież”. Ujawniona dziesięć dni później decyzja sprawiła, że nie trzeba było przesłuchiwać żadnych świadków, – w tym Jarosława Kaczyńskiego – na których powoływał się Gerald Birgfellner.

A jednak, jak udało się ustalić „Gazecie Wyborczej” w aktach znajduje się zapis przesłuchania prezesa PiS. Z tych zeznań wynika, że Jarosław Kaczyński padł ofiarą manipulacji austriackiego przedsiębiorcy, który wykorzystał jego „powiązania rodzinne” i wprowadził prezesa w błąd.

W trakcie przesłuchania Kaczyński stwierdził, że „może prowadzić rozmowy z przedstawicielami spółki, jednak nie posiada podstaw formalnych do wydawania im poleceń”. Słowa te są całkowitym zaprzeczeniem tego co zastało przedstawione w nagranych rozmowach, kiedy prezes twierdził: „Srebrna, czyli ja”.

W zapisie prokurator Śpiewak nie ma też odniesień do wizyty prezesa Pekao SA w siedzibie partii. Kaczyński w rozmowie z prokurator powiedział, że zna prezesa banku z czasów, gdy ten ostatni pełnił funkcję wiceministra Skarbu Państwa.

Jednak uważny czytelnik akt znajdzie zdanie, które potwierdza spotkanie prezesa banku z prezesem partii: „w rozmowie [Krupiński – prezes PekaoSA] potwierdził, że prowadzi rozmowy z Geraldem Birgfellnerem, jednak nie precyzował dokładnie o co chodzi.” Kaczyński zaprzecza również temu, że wiedział cokolwiek na temat wysokości kredytu na realizację przedsięwzięcia. Ale ponownie jego słowa stoją w całkowitym zaprzeczeniu z dokumentami z dnia 2 lutego 2018 r., gdzie zapisano, że podczas „walnego zgromadzenia wspólników Srebrnej wyraża zgodę na „zaciągnięcie przez spółkę finansowania dłużnego do maksymalnej kwoty 300 mln euro na realizację przedsięwzięcia”. Decyzję w imieniu Walnego Zgromadzenia podejmuje sam Kaczyński. Jest jedynym obecnym na posiedzeniu. Członek zarządu spółki, Jacek Cieślikowski (b. kierowca prezesa) jest tam tylko protokolantem i sekretarzem.” Podczas przesłuchania ani razu Kaczyński nie został zapytany o „kopertę dla księdza”, w której znalazło się 50 tys. zł za podpis ks. Rafała Sawicza pod uchwałą pozwalającą na rozpoczęcie całej inwestycji.

Według prokuratury Jarosław Kaczyński jest ofiarą pomówień austriackiego biznesmena i nie może ponosić żadnej odpowiedzialności w związku z aferą. „Przedstawione okoliczności towarzyszące pierwszym rozmowom w zakresie inwestycji przy ul. Srebrnej 16 (…) nie pozwalają na przyjęcie, iż faktycznie to Jarosław Kaczyński decydował o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. […] Przeczą [temu] także zeznania świadka Jarosława Kaczyńskiego (…) w których podkreślił, iż jako Przewodniczący Rady Nadzorczej Fundacji Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna może z przedstawicielami spółki prowadzić jedynie rozmowy, nie ma jednak formalnej podstawy do wydawania im poleceń” – czytamy w dokumencie prokuratury, według której wszystkie 20 spotkań Kaczyńskiego z Birgfellnerem „były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalono żadnych szczegółów zarówno odnośnie zakresu prac jak i oczekiwanego wynagrodzenia”. Jakiekolwiek przekonania austriackiego przedsiębiorcy o tym, że to Jarosław Kaczyński ma decydujące zdanie w sprawie Srebrnej wynikają „jedynie z poczynionej subiektywnej nie znajdującej odzwierciedlenia w rzeczywistości oceny określonych sytuacji”.

Kaczyński przed sąd, Tusk szczerze o polityce

29 Paźdź

– „Złożyliśmy do sądu zażalenie na postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie zarzucanego przez G. Birgfellnera Jarosławowi Kaczyńskiemu oszustwa wielkich rozmiarów” – poinformował na Twitterze Roman Giertych. On i Jacek Dubois są pełnomocnikami austriackiego biznesmena.

11 października prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa z zawiadomienia austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Chodzi o budowę w centrum Warszawy dwóch wieżowców przez pisowską spółkę Srebrna.

Prokuratura, którą nadzoruje Zbigniew Ziobro, podjęła tę decyzję tuż przed wyborami do parlamentu. „Prokuratura odmówiła śledztwa dot. dwóch wież Kaczyńskiego – sprawa trafi do sądu”.

Dodajmy, że tego samego dnia prokuratura odmówiła również wszczęcia śledztwa w sprawie zawiadomienia, które złożyli posłowie PO. Dotyczyło ono możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego poprzez m.in. płatną protekcję, powoływanie się na wpływy oraz przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego.

Internauci w komentarzach obawiali się, że po ewentualnym uwzględnieniu przez sąd zażalenia, prokuratura niewiele zrobi: – „Ciekawe, co wymyślą. Oczywiście mogą to zażalenie po prostu olać. I nikt im nic nie zrobi”; – „Nie podniosą ręki na Pierwszego Sekretarza Polskiej Zjednoczonej Prawicy Rzeczypospolitej”; – „Zupełnie jak matka Kargula: „sąd sądem ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”.

„Jak mówi obecna władza: uczciwi nie mają się czego obawiać” – napisał Donald Tusk na Twitterze. To zapowiedź wydania jego książki.

Wydawnictwo Agora premierę książki planuje na 12 grudnia. – „Szczerze” – dziennik opowiadający o kulisach europejskiej polityki i kluczowych momentach ostatnich lat” – napisano na Twitterze wydawcy.

Na stronie internetowej wydawnictwa można znaleźć pełniejszą zapowiedź. – „To niezwykły, osobisty dziennik Przewodniczącego Rady Europejskiej. Dzień po dniu towarzyszymy jego pierwszym krokom w nowej roli, poznajemy kulisy europejskiej polityki i śledzimy najbardziej dramatyczne wydarzenia ostatnich lat: zamachy terrorystyczne w Paryżu i Brukseli, kryzys uchodźczy, śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, niekończące się negocjacje w sprawie Brexitu” – czytamy.

Pod wpisem Tuska natychmiast pojawiło się mnóstwo komentarzy. – „Obecnej władzy z uczciwością nie po drodze”; – „Uczciwi nie mają się czego obawiać – dlatego listy poparcia do KRS nadal nie opublikowane”; – „Szkoda, że nie po angielsku. Akurat najlepszy czas, by zainteresować międzynarodowych czytelników”; – „Nie zapominajmy jeszcze o słynnym: za dobro nie wsadzamy” – zauważył internauta.

Niektórzy internauci i dziennikarze doszukują się w wydaniu książki początku kampanii prezydenckiej Donalda Tuska.

Wcale nie jest powiedziane, że urzędujący prezydent wejdzie do II tury – mówi nam dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego. – Kaczyński uprawia politykę bezwzględną, do tego przyprawioną arogancją, bezczelnością i pogardą, ale skuteczną. Opozycji proponuję spojrzeć w kalendarz i zastanowić się, jakie mają zasoby – podkreśla. – Według wszystkich znanych do dzisiaj podręczników PR i marketingu politycznego PiS jest na misji straceńczej i idzie na medialną rzeź. Ale najwyraźniej mają tak skonstruowany elektorat – i PiS o tym wie – że to nie dociera do elektoratu. Ci, którzy czytają gazety i oglądają szeroko publicystykę, zastanawiają się, jak to możliwe, a tymczasem badania pokazały, że 50 proc. elektoratu PiS-u nie słyszało nigdy o sprawie Banasia – mówi także nasz rozmówca. Pytamy też, czy kwestionowanie wyniku wyborów do Senatu to dobry ruch i jak będzie wyglądać kampania prezydencka.

JUSTYNA KOĆ: Jak ocenia pan ruchy PiS-u po wyborach? Kwestionowanie wyników do Senatu, wracający na stanowisko Marian Banaś, prokuratura odmawia wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież… Czy to nie są wizerunkowe strzały w stopę? 

MIROSŁAW OCZKOŚ: Według wszystkich znanych do dzisiaj podręczników PR i marketingu politycznego PiS jest na misji straceńczej i idzie na medialną rzeź. Ale najwyraźniej mają tak skonstruowany elektorat – i PiS o tym wie – że to nie dociera do elektoratu. Ci, którzy czytają gazety i oglądają szeroko publicystykę, zastanawiają się, jak to możliwe, a tymczasem badania pokazały, że 50 proc. elektoratu PiS-u nie słyszało nigdy o sprawie Banasia. Gdy ktoś ogląda tylko TVP Info, to nie zobaczy tam Banasia jako złego człowieka, tylko jako bohatera, który walczył z mafią VAT-owską. Moim zdaniem

PIS PRZYJĄŁ STRATEGIĘ “NIE MAMY PAŃSKIEGO PŁASZCZA I CO NAM PAN ZROBISZ”. TO WIDAĆ PO SŁOWACH PANA BIELANA, KTÓRY WPROST MÓWI “ODBIJEMY SENAT”.

PiS pokazuje dobitnie, że bezczelność i ignorancja popłaca, podobnie jak pogarda dla przeciwnika. Okazuje się, że ludziom podoba się to, co pojmują jako wyraz twardości. Moim zdaniem to są najgorsze standardy. Trochę to przypomina targ niewolników na Wschodzie. To wszystko robi się już bardzo niesmaczne. PiS stosuje też technikę siania zamętu w szeregach przeciwnika – jak przeciwnik jest słaby, to jeszcze bardziej trzeba docisnąć – nie chce nikt przejść do nas dziś, to może jutro albo pojutrze. Bez żadnych zasad.

Czyli dalej teflon?
W zasadzie jedyną kością w gardle PiS-u jest “pancerny Marian”. Nie wiadomo, co jeszcze w tej spawie wypłynie, a to może zachwiać elektoratem umiarkowanym, który skusił się na programy socjalne. Podobnie problemem może być Gowin, który od początku opowiadał, że nie zgodzi się zniesienie 30-krotności składki, co z kolei oznacza, że budżet nie będzie jednak bez deficytu. To wszystko może zniechęcić ten nieżelazny elektorat.

CO DO ŚLEDZTWA W SPRAWIE DWÓCH WIEŻ OCENA JEST PROSTA – TO OZNACZA, ŻE ZACZYNAMY ŻYĆ W PAŃSTWIE BEZPRAWIA.

Czy bunt Banasia może zachwiać wizerunkiem prezesa? Wiadomo, że to kluczowy element w układance władzy PiS.
Do tej pory rzeczywiście było tak, że jak ktoś próbował podnieść rękę czy mrugnąć okiem nie tak, to zostawał szybko ukarany. Mieliśmy karne usunięcie Ziobry czy Hofmana.

Pan prezes jest pamiętliwy i dni Banasia na pewno są policzone. Nie wiem, czy zrobi to nowy Sejm, np. ustawą skróci kadencję szefa NIK-u – wiemy, że PiS to potrafi, czy wkroczy do gry Mariusz Kamiński i nastąpi spektakularne aresztowanie. To też otwiera nowe pole do spekulacji, co też pan Marian Banaś ma w papierach czy teczkach, bo bardzo długo funkcjonował na zapleczu PiS-u. Przypomnę postać, która nie jest oczywiście analogiczna, ale może rzucić trochę światła na sprawę: pana Kostrzewskiego, dawnego skarbnika PiS-u, który zrezygnował sam, niejako w tajemnicy. Pytanie, czy zrezygnował dlatego, że zobaczył, jakie to bagno, i że wcześniej czy później te grzeszki, grzechy i ciężkie grzechy władzy wypłyną, czy rzeczywiście był za słaby do pewnych działań i został usunięty.

PAN BANAŚ JEST PIERWSZĄ OSOBĄ PUBLICZNĄ, KTÓRA POWIEDZIAŁA “NIE” I OCZYWIŚCIE WIELE RYZYKUJE, CHYBA ŻE MA COŚ NA PANA PREZESA.

Wiemy, że Jarosław Kaczyński nie tylko nie wybacza, ale jest żądny zemsty i podejrzewam, że w PiS-ie trwa gorączkowe przygotowanie do tego, jak to zrobić. Jest też oczywiście teoria, że skoro Banaś jest nie do ruszenia, to wykonuje jakąś specjalną misję dla prezesa, ale ja nie widzę tej misji, bo na czym miałoby polegać dogadanie się prezesa z Banasiem: że jeden będzie bezczelny, a drugi będzie cicho siedział? Wizerunkowo to wygląda fatalnie, więc wątpię.

W tle mamy już początek kampanii prezydenckiej. To czas, kiedy wszystko może się zdarzyć?
Kaczyński zapowiedział już, że będzie to najtrudniejszy z bojów i że wszystkie rzeczy, które będą do zrobienia, zostaną zrobione. Dla mnie to w ogóle brzmi jak groźba. Prawdopodobnie z PiS-u wystartuje pan Duda, bo sprawdza się doskonale jako marionetka prezesa i trudno byłoby w pół roku wykreować kogoś nowego, chociaż jak pokazała sytuacja sprzed 4 i pół roku, jest to możliwe. Tym bardziej, że na opozycji sytuacja nie jest różowa i przypomina trochę poruszanie się w oparach absurdu. Tak jak 5 lat temu Komorowski był pewny, że wygra, tak teraz opozycja ciągle się zastanawia, kogo wystawić i wygląda na to, że ambicje polityczne przesłonią zdrowy rozsądek.

BYŁBYM TEŻ ZDZIWIONY, GDYBY WYSTARTOWAŁ DONALD TUSK, BO TO BYŁBY POWRÓT NA BOISKO KRAJOWE Z LIGI MISTRZÓW.

Jak powinna wyglądać ta kampania po stronie opozycji? Czy opozycja jest w stanie wygrać te wybory z PiS-em?
Na razie daje się rozgrywać PiS-owi. Wiadomo, że każda z koalicji wystawi swojego kandydata, bo to ważne tożsamościowo itd. Lewica wystawi pewnie Zandberga, PSL Kosiniaka-Kamysza, chociaż już pojawiają się przecieki, że Donald Tusk też by widział szefa ludowców jako kandydata, a że pojechał do niego Schetyna i wybił mu z głowy Kidawę… To jest amatorszczyzna w najprostszym wydaniu. I obawiam się, że to oznacza, że opozycja nie zrozumiała, na czym polega polityka w czystej postaci. Kaczyński uprawia politykę bezwzględną, do tego przyprawioną arogancją, bezczelnością i pogardą, ale skuteczną. Opozycji proponuję spojrzeć w kalendarz i zastanowić się, jakie mają zasoby.

NA PEWNO MOŻEMY MÓWIĆ O “EFEKCIE KIDAWY” I MOŻE SIĘ TEN POMYSŁ NIE WSZYSTKIM PODOBA, ALE ZAINWESTOWANO W NIĄ WIELE I ONA SAMA BARDZO DUŻO Z SIEBIE DAŁA. TO JEST SPORY KAPITAŁ. W CZASIE KAMPANII DO PARLAMENTU OBJECHAŁA CAŁĄ POLSKĘ, JEST ROZPOZNAWALNA. ANDRZEJ DUDA 5 LAT TEMU MÓGŁBY JEJ CZYŚCIĆ BUTY POD WZGLĘDEM ROZPOZNAWALNOŚCI.

Tymczasem widać już, że nie wszystkim się to podoba – oczywiście szczególnie facetom, którzy mają własne ambicje. Ten entuzjazm zaczyna już powoli wygasać, a co najgorsze, najbardziej walą w nią jej koledzy i koleżanki. Pani Julia Pitera powinna pomyśleć dwa razy, czy naprawdę chce być politykiem, bo mówienie na dzień po wyborach o koleżance, że “nie da rady” czy że “nie ma sił”, to klasyka gatunku, nawet nie strzelania sobie w kolano, ale w głowę.

To jak powinna wyglądać kampania po stronie opozycji? Gdy PiS 5 lat temu ujawnił swojego kandydata – Andrzeja Dudę – to większość, także publicystów, myślała, że chodzi o Piotra Dudę, przewodniczącego “Solidarności”, bo o Andrzeju słyszeli tylko krakowscy lokalni dziennikarze.
Zawsze na początku trzeba postawić sobie pytanie, jaki jest cel kandydowania. Andrzejowi Dudzie było łatwiej, ponieważ celem było to, aby zaistniał i ewentualnie wszedł do II tury, by podciągnąć wynik w wyborach parlamentarnych. Tymczasem życie pokazało dobitnie, że polityka jest sztuką możliwości.

JEŻELI TERAZ CELEM OPOZYCJI JEST WYGRANIE, A NIE ZROBIENIE WYNIKU – A TU JUŻ NIE MA WYNIKU, BO TO OSTATNIE WYBORY W CYKLU – TO TRZEBA ZROBIĆ TO SAMO, CO PIS 5 LAT TEMU.

Powiedzmy do końca listopada Koalicja Obywatelska wybiera kandydata, on jest 2 grudnia przedstawiany i cały ogień idzie w niego. Raz w tygodniu robi się wyniki badań, czego Polacy oczekują itp. Sprawdzane są mocne i słabe strony kandydata. Jest jeden sztab, w którym decyduje jedna osoba, która pracuje z kandydatką czy kandydatem. Nie wtrąca się szef partii, nie tworzą się grupy lobbystów, które mówią, że wiedzą lepiej, odsuwane są wszelkie grupy kolegów. Trzeba się zdać w dużej mierze na profesjonalistów, którzy potrafią zaplanować i wprowadzić. To działa tak samo jak promocja nowej linii kosmetyków. Politycy się zawsze oburzają, gdy mówimy, że są produktem, ale są. Niestety, także produktami show biznesu.

Ja wprowadziłbym jeszcze jeden element jako teoretyk marketingu – wcale nie jest powiedziane, że urzędujący prezydent wejdzie do II tury.

DLACZEGO NIE ZASIAĆ ZWĄTPIENIA W SZEREGACH PRZECIWNIKA? TRZEBA SZUKAĆ SŁABYCH PUNKTÓW.

Wszyscy przyjęli do wiadomości, że Andrzej Duda będzie kandydatem na prezydenta, i pewnie tak będzie, ale patrząc na doświadczenia Jacka Kuronia, który nie wszedł do II tury, a miał największe poparcie w sondażach, patrząc na doświadczenia Bronisława Komorowskiego – otwiera się tu wiele możliwości. Do tego wszystkiego potrzeba polityki z XXI wieku, a nie XX czy XIX. Trzeba mówić o ekologii, mówić do młodych ludzi, ale też wyciągać błędy Andrzeja Dudy. Dziś już mało kto mówi i pamięta, że odmawia on nominacji profesorskich. Z tego należy zrobić głośną sprawę. A takich spraw jest wiele. Tymczasem opozycja zaczyna pogrążać się we własnych sporach…

Następne wybory trzeba wygrać z PiS, co jest wielce prawdopodobne, następnie rozliczyć bezprawie, włącznie z odsiadką dla Kaczyńskiego

22 Paźdź

Prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie oszustwa, jakiego miał się dopuścić Kaczyński wobec Birgfellnera. Czekała 259 dni, choć przepisowo powinno być 30, w kółko przesłuchując biznesmena i wlepiając mu grzywny. Dlaczego tak długo? Bo 5 października zmieniły się przepisy dające szanse na dochodzenie sprawiedliwości, a 13 października były wybory

Gerald Birgfellner przy pomocy dwóch swoich adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył 25 stycznia 2019 roku „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” opisanego w art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

21 października opinia publiczna dowiedziała się, że śledztwa nie będzie.

Dowodów na to, jak Kaczyński wprowadzał Birgfellnera w błąd dostarczyły zapisy rozmów, które biznesmen zaczął rejestrować widząc, że jest zwodzony i oszukiwany.

Ale Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie wystarczyły nagrania jednoznacznych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego (typu „nie chcę nikogo oszukać, ale…”) i dziesiątki dokumentów przedstawionych przez Birgfellnera – potwietrdzających, że wykonał zamówioną przez Kaczyńskiego pracę i nie dostał zapłaty.

Śledczy mieli sprawić, by Kaczyński nie został przesłuchany i nie stanął przed sądem. Dlaczego jednak odmowa wszczęcia śledztwa zajęła prokuraturze blisko dziewięć miesięcy, czyli o osiem dłużej pozwalają przepisy kodeksu postępowania karnego?

O tym jest ten tekst.

Daty mówią same za siebie

Na pierwsze przesłuchania Birgfellnera wezwano jeszcze w pierwszej połowie lutego. Nic dziwnego – zgodnie z kodeksem postępowania karnego prokuratura powinna wydać postanowienie o wszczęciu lub odmowie wszczęcia śledztwa w ciągu 30 dni od złożenia zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Zatem przepisowy termin upłynął z końcem lutego 2019 roku. W marcu 2019 nadal nie było rozstrzygnięcia, ale Renata Śpiewak, prokurator prowadząca sprawę, została awansowana z prokuratury rejonowej do okręgowej.

„Sytuacja jest o tyle komiczna, że niektórzy prokuratorzy mieli w tym czasie dyscyplinarki za przekraczanie tego 30-dniowego terminu. Taki zarzut postawiono na przykład Krzysztofowi Parchimowiczowi” – komentuje dla OKO.press pełnomocnik Birgfellnera, adwokat Jacek Dubois.

W ciągu tych rekordowych prawie dziewięciu miesięcy, gdy prokuratura nie mogła podjąć decyzji w sprawie wszczęcia postępowania austriackiego biznesmena przesłuchano siedem razy, w tym raz w Wiedniu (za pośrednictwem austriackiej prokuratury). Sesje trwały razem ponad 50 godzin.

„Nie spotkałem się jeszcze z tak wydłużanym postępowaniem. W tym czasie ukryć można było wszystkie dowody. Próbowano straszyć pana Birgfellnera. Podczas jednego z przesłuchań w prokuraturze w pokoju obok czekało trzech urzędników skarbowych” – relacjonuje mec. Dubois.

Prokurator Renata Śpiewak kilkukrotnie nakładała także na Gerarda Birgfellnera grzywny za niestawiennictwo. Każda w wysokości 3 tysięcy złotych. Birgfellner nie mieszka w Polsce i jego pełnomocnicy uprzedzali prokuraturę, że wyznaczony termin jest niedogodny. Wszystkie grzywny uchylał sąd.

„W sytuacji poważnych zarzutów przesłuchiwana jest osoba, która twierdzi, że jest ofiarą określonej działalności. Przesłuchiwana jest tyle razy i tak intensywnie, że powstaje pytanie, czemu to ma służyć” – komentował sprawę w kwietniu Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Kaczyńskiego, który jest głównym bohaterem tej historii, nie przesłuchano dotąd ani razu.

„Żeby przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego trzeba wszcząć postępowanie. W przypadku takich rzeczy, jakie nagrano na taśmach, nie wyobrażałem sobie, żeby do tego miało nie dojść. Ale całe działanie prokuratury skupiało się na tym, by uchronić pana Kaczyńskiego przed stawieniem się przed organami wymiaru sprawiedliwości i składania wyjaśnień pod odpowiedzialnością karną” – komentuje Jacek Dubois.

Przypomnijmy – na nagraniach sporządzonych przed Geralda Birgfellnera słychać, jak Jarosław Kaczyński mówi, że chciałby mu zapłacić za wykonaną pracę, zwrócić koszty, ale potrzebuje podstawy. Ale oficjalnie zleceniodawcą była spółka-córka Srebrnej – Nuneaton, która nie była wypłacalna. Jako dobrą drogę do tego proponuje pozwanie Srebrnej do sądu i obiecuje, że zezna w sądzie na korzyść Birgfellnera.

„Przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas” – mówi prezes PiS. Wiele razy potwierdza, że praca, jaką wykonał Birgfellner była przez niego zamówiona, została wykonana, ale niezapłacona.

Potwierdza to 50 dokumentów, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwa, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami, jakie w prokuraturze złożyli pełnomocnicy. W nagranych rozmowach sam Kaczyński twierdzi, że te dokumenty to „mocne argumenty”, które przekonają sąd, że zapłata od Srebrnej się należy.

Dla prokuratury okazały się jednak niewystarczająco mocne.

Jak działa taka prokuratura

Prowadzenie sprawy „wież Kaczyńskiego” przez prokuraturę pokazuje, jak dalece uzależniona jest ona od władz. Kieruje nią Prokurator Generalny, który jest jednocześnie Ministrem Sprawiedliwości i partyjnym partnerem osoby, wobec której pada poważny zarzut.

Zwierzchnikiem prokuratorów jest Prokurator Krajowy, którego powołuje premier na wniosek Prokuratora Generalnego. Szeregowych prokuratorów powołuje na stanowiska Prokurator Generalny na wniosek Prokuratora Krajowego.

Dyscyplinuje prokuratorów z kolei Sąd Dyscyplinarny, którego przewodniczącego i zastępcę powołuje Prokurator Generalny. W drugiej instancji orzeka z kolei Sąd Najwyższy w składzie: dwóch sędziów Izby Dyscyplinarnej i jednego ławnika SN powołanych przez neo-KRS i Senat.

Po pierwszej sesji przesłuchań Birgfellnera, 10 i 11 lutego 2019, doszło do słynnego spotkania Jarosława Kaczyńskiego ze Zbigniewem Ziobrą. Prezes PiS, odwrotnie niż ma w zwyczaju, nie zaprosił Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego na Nowogrodzką, ale sam odwiedził go w siedzibie Ministerstwa Sprawiedliwości.

Ten zbieg terminów musiał być zupełnie przypadkowy, Zbigniew Ziobro publicznie zapewniał, że „Jarosław Kaczyński nie zapoznawał się z aktami sprawy pana Birgfellnera”.

Skąd data odmowy?

W kwietniu na łamach OKO.press sposób działania prokuratury komentowała prof. Anna Rakowska-Trela z Uniwersytetu Łódzkiego: „Czynności sprawdzające są w tej sprawie przeciągane poza nie granice tylko kodeksowe, ale i granice zdrowego rozsądku”.

Ale jakiś „rozsądek” w tym był. Prokuratura miała na celu uniknięcie skandalu przed wyborami.

Wszczęcie śledztwa oznaczałoby przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego w charakterze świadka, rzecz dla PiS niedopuszczalna. Ale gdyby prokuratura podjęła decyzję o niewszczynaniu postępowania w przepisowym terminie, czyli do końca lutego, czy choćby w kwietniu albo maju, sąd mógłby uchylić to postanowienie jeszcze przed wyborami. A przy okazji opublikować uzasadnienie niewygodne dla władzy.

Dlatego prokuratura podjęła decyzję 11 października, czyli niby przed wyborami parlamentarnymi 13 października. Ale wysłano je do skarżących prawie 10 dni później.

Pełnomocnicy sugerują, że ta data może być nieprzypadkowa z jeszcze jednego powodu.

Droga się wydłużyła

Birgfellnerowi i jego pełnomocnikom przysługuje oczywiście zażalenie na odmowę wszczęcia śledztwa, z którego zamierzają niezwłocznie skorzystać.

Tak się jednak złożyło (nie rozstrzygamy czy to przypadkowy zbieg okoliczności, czy nie), że 21 lutego 2019 roku, czyli trzy tygodnie po złożeniu przez Birgfellnera zawiadomienia w prokuraturze, do Sejmu wpłynął rządowy projekt nowelizacji kodeksu postępowania karnego i innych ustaw.

Nowelizację uchwalono w lipcu, a przepisy weszły w życie 5 października 2019. Zmiany dotyczyły właśnie m.in. art. 55 par. 1 i art. 330 par. 2, które dotyczą wnoszenia tzw. subsydiarnego aktu oskarżenia (przez osobę poszkodowaną).

Do tej pory art. 55 § 1 zd. 1 kpk brzmiał następująco:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Obecnie brzmi on:

„W razie powtórnego wydania postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania w wypadku, o którym mowa w art. 330 § 2, pokrzywdzony może w terminie miesiąca od doręczenia mu zawiadomienia o postanowieniu prokuratora nadrzędnego o utrzymaniu w mocy zaskarżonego postanowienia wnieść akt oskarżenia do sądu, dołączając po jednym odpisie dla każdego oskarżonego oraz dla prokuratora”.

Do tej pory art. 330 § 2 kpk brzmiał:

„Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia. W takim wypadku pokrzywdzony, który wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a [stanowią one o zażaleniu], może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”.

Obecnie przepis ten brzmi: „§ 2. Jeżeli organ prowadzący postępowanie nadal nie znajduje podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wydaje ponownie postanowienie o umorzeniu postępowania lub odmowie jego wszczęcia.

Postanowienie to podlega zaskarżeniu tylko do prokuratora nadrzędnego.

W razie utrzymania w mocy zaskarżonego postanowienia pokrzywdzony, który dwukrotnie wykorzystał uprawnienia przewidziane w art. 306 § 1 i 1a, może wnieść akt oskarżenia określony w art. 55 § 1 – o czym należy go pouczyć”

Co to oznacza?

Dotychczas pokrzywdzony miał prawo złożyć subsydiarny akt oskarżenia w przypadku, gdy po złożeniu zażalenia, prokuratura ponownie wydaje postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania.

Obecnie pokrzywdzony, który otrzymał odpowiedź odmowną na swoje zażalenie może je zaskarżyć tylko do prokuratora nadrzędnego. Możliwość wystąpienia do sądu z oskarżeniem subsydiarnym przysługuje dopiero po kolejnej odmowie prokuratury.

To zasadnicze wydłużenie ścieżki tej formy dochodzenia sprawiedliwości.

Sytuacja wygląda bowiem następująco. Aż dziewięć miesięcy zajęło prokuraturze podjęcie decyzji. Teraz postępowanie sądowe będzie trwało kolejnych kilka miesięcy. Zakładając, że sąd uchyli postanowienie o niewszczynaniu śledztwa, prokuratura może znowu nieprzepisowo czekać miesiącami z kolejną decyzją.

A jeśli ta znowu będzie negatywna, sprawa ponownie wyląduje w prokuraturze, ale wyższego szczebla. Oznacza to, że nawet dwa lub trzy lata może zająć Gerardowi Birgfellnerowi skierowanie sprawy na drogę sądową. O ile w ogóle się uda.

Kilkaset osób – fanatycznych posłów i posłanek o niezwykle ciasnych horyzontach umysłowych i kompletnie impregnowanych na wiedzę – próbuje narzucić innym, jak mają żyć i wychowywać dzieci.

Od dawna jest dla mnie oczywiste, że w edukacji seksualnej nie chodzi wyłącznie o edukację seksualną. Choć jest niezmiernie ważne, żeby ona była. Żeby dorastające dzieci wiedziały, jak funkcjonuje ich ciało i ciała ludzi płci przeciwnej, że seks jest czymś naturalnym i zdrowym, jak jedzenie czy spanie, i że tak jak one, dla dobra naszego własnego i innych ludzi, powinien być ujęty w pewne ramy. Żeby dowiadywały się, czym są relacje między płciami i czym są granice, nasze i innych, że oprócz przyjemności seks niesie też konsekwencje, że nie ma wartościowego „tak” bez umiejętności mówienia „nie”, że dorosłym nie wolno dotykać dzieci w pewien sposób i że jeśli tak się stanie, trzeba alarmować, wreszcie, że oprócz niechcianej ciąży istnieją także choroby przenoszone drogą płciową, którym można zapobiegać i które można leczyć.

Jest jednak jeszcze inne oblicze wielkiego tematu, którym jest dla Polaków edukacja seksualna – polityczne i symboliczne.

Bo oto teraz kilkaset osób – posłów i posłanek o niezwykle ciasnych horyzontach umysłowych, fanatycznych przekonaniach, kompletnie impregnowanych na wiedzę, próbuje narzucić innym, jak mają żyć i wychowywać dzieci.

I w tym momencie dyskusja przestaje dotyczyć edukacji, a zaczyna być o czymś innym. O prawie dostępu do nowoczesnej wiedzy medycznej i psychologicznej, o tworzeniu bezczelnie, pod samym naszym nosem zrębów fundamentalistycznego państwa religijnego, o ograniczaniu naszych praw i wolności, jak prawo do decydowania o sobie i swoich dzieciach na podstawie wszystkich możliwych informacji, o prawie do postępowania, jak nam się podoba i wydaje właściwe, a nie jak podoba się księżom i politykom, którym księża pomagają w kampaniach wyborczych.

Stara i głupia śpiewka, że edukacja seksualna to temat zastępczy jest po to, by uśpić naszą czujność, byśmy nie dostrzegli zagrożenia i nie zauważyli, jak krok po kroku buduje się, tuż pod naszym nosem, przerażające i złowrogie państwo religijne, w którym nikt oprócz księży katolickich, polityków PiS, Konfederacji, faszystów i nacjonalistów nie ma prawa głosu.

W demokracji nie istnieją tematy zastępcze – wszystko, o czym opinia publiczna chce mówić, jest ważne, a o wadze tematu świadczy poruszenie, jakie wywołuje. W wolnym kraju, jeśli chcesz o czymś rozmawiać, możesz o tym rozmawiać bez protekcjonalnych połajanek facetów u władzy lub facetów w sutannach twierdzących, że to temat zastępczy. Jeśli cię łają i tobą manipulują, to chcą ci coś zabrać. A kiedy próbują ci coś narzucić w dziedzinie, która zwyczajnie nie jest ich sprawą, wówczas sygnał alarmowy w każdym państwie prawa powinien zacząć wyć jak syrena.

Artykuł 48 konstytucji mówi jasno, że rodzicie mają prawo wychowywać dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Co oznacza, że każdy rodzic, który chce, żeby dla jego dziecka własna cielesność i zagrożenie pedofilią nie były tematami tabu, ma do tego pełne prawo. Dlatego sądzę, że ewentualny zakaz edukacji seksualnej będzie niekonstytucyjny.

Pamiętajcie – politycy zawsze chcą ograniczać nasze prawa i wolności, bo im mniej ich mamy, tym więcej władzy trafia w ich ręce. Ale ograniczanie prawa do zwykłej elementarnej wiedzy jest już cechą dyktatur i autorytaryzmów.

Edukacja seksualna nie jest żadnym tematem spornym ani zastępczym – w dzisiejszym świecie to norma cywilizacyjna.

Prawdziwym tematem, który należy zepchnąć na margines, tam gdzie jego miejsce, są bezczelne ciągotki bigotów i hipokrytów, którzy sami wyprawiając niewyobrażalne brewerie, także seksualne, chcą nam narzucać, jak mamy żyć. Między innymi po to, by nie zajmować się prawdziwymi problemami jak nadchodzący kryzys gospodarczy, zagrożenie państwa prawa, biurokracja, prawa pracownicze i sytuacja w Europie, bo wtedy jeszcze wyszłoby na jaw, że nie mają o niczym pojęcia.

„Bardzo bym chciała zobaczyć jeden kompletny wniosek z protestem. W tym, co podaje Sąd Najwyższy w domenie publicznej, nie ma dowodów, są tylko zarzuty. Widzę tylko domniemania i gdybania” – mówi OKO.press Anna Godzwon. „Przy takiej wadze sprawy potrzebna jest jawna rozprawa” – ocenia mec. Małgorzata Szuleka

„W sprawach protestów po wyborach parlamentarnych uważam, że byłoby dobrze, gdyby Sąd Najwyższy skierował te protesty na jawną rozprawę, po to, żeby umożliwić ich obserwację” – mówi OKO.press Małgorzata Szuleka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Do końca dnia w poniedziałek 21 października 2019 do Sądu Najwyższego wpłynęło 38 protestów wyborczych. Sześć z nich złożyło Prawo i Sprawiedliwość.

„PiS próbuje ukraść wybory” – napisał na Twitterze europoseł Platformy Obywatelskiej Radosław Sikorski.

„Teraz dopiero zobaczymy czy właśnie dlatego PiS na siłę przepychał reformę Sądu Najwyższego” – skomentował Robert Biedroń (Wiosna/Lewica).

Czy jest się czego bać? Czy PiS może przejąć Senat wbrew wyborcom?

Protestami zajmie się nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. O tym, kto w niej zasiada, pisaliśmy szczegółowo w tekście:

Na temat protestów rozmawiamy z dwom ekspertkami od prawa wyborczego.

Anna Godzwon była rzeczniczką Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego. Małgorzata Szuleka to prawniczka związana z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, przeprowadziła wiele badań dotyczących dostępu do wymiaru sprawiedliwości.

Obie rozmówczynie OKO.press zgadzają się, że wniesienie protestów przez PiS (i innych) nie narusza zasad demokracji. Jednak zgłaszają też wątpliwości:

  • nie wiadomo, czy PiS przedstawił dowody naruszenia procedury wyborczej;
  • trwa postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, dotyczy m.in. powoływania sędziów Sądu Najwyższego przez neo KRS, zatem sam fundament funkcjonowania SN jest niepewny;
  • ocena protestów wyborczych może się odbyć na niejawnej rozprawie;
  • Sąd Najwyższy stwierdzi nie tylko, czy doszło do naruszeń, ale też, czy miały one wpływ na wynik wyborów.

Anna Godzwon: Na wnoszącym protest spoczywa ciężar przedstawienia dowodów

Agata Szczęśniak, OKO.press: Czy złożone dziś protesty zablokują prace Senatu?

Anna Godzwon: Nie. Senatorowie zostali wybrani, ich mandaty są potwierdzone obwieszczeniem PKW. Senat zbierze się dokładnie w takim składzie, w jakim został wybrany. Rozstrzyganie protestów nie blokuje prac Senatu.

Do kiedy będziemy czekać na decyzję Sądu Najwyższego i jak będą wyglądały jego prace w tej sprawie?

Sąd Najwyższy ma 90 dni, czyli do 13 stycznia, na wydanie postanowienia o ważności wyborów. Od Sądu zależy, czy wykorzysta cały ten czas.

Procedura w Sądzie Najwyższym ma dwa etapy. Pierwszy to rozpatrywanie każdego protestu z osobna. Trzech sędziów pochyli się nad każdym protestem. Następnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w pełnym składzie na rozprawie publicznej i po zapoznaniu się z opiniami oraz sprawozdaniem PKW rozstrzyga o ważności wyborów.

Głosy zostaną ponownie przeliczone?

Zależy, co zdecyduje Sąd Najwyższy. Zgodnie z prawem wyborczym SN może nakazać ponowne przeprowadzenie niektórych czynności wyborczych. To może oznaczać ponowne przeliczenie głosów.

Wtedy komisje obwodowe musiałyby się ponownie zebrać, otworzyć worki z kartami wyborczymi, sprawdzić krzyżyki na kartach, policzyć je. Ale tak nie musi być. Sąd może nakazać zliczenie protokołów.

Skrajnym przypadkiem byłoby powtórzenie wyborów w okręgach, w których wyniki są kwestionowane.

Powtórzenie wyborów w jednym okręgu nie zatrzymuje prac całego Senatu? A w sześciu okręgach?

Też nie. Senatorowie pełnią swoje mandaty dopóty, dopóki nie zostaną one wygaszone na podstawie ewentualnej uchwały Sądu Najwyższego o nieważności wyborów w okręgu ich powtórzeniu

Pojawiły się głosy, że składając protesty, PiS kwestionuje zasady demokracji.

To nie jest kwestionowanie zasad demokracji. To jest działanie zgodne z kodeksem wyborczym. Tryb postępowania z protestami został jednomyślnie uchwalony w 2011 roku, kiedy kodeks powstawał. Demokratycznie uchwalony kodeks daje prawo każdemu obywatelowi, żeby zgłaszał protest. Jeśli ktoś ma wiedzę o przestępstwie przeciwko wyborom, to jest droga, żeby zaprotestował.

I tu jest ważna sprawa: to na wnoszącym protest spoczywa ciężar sformułowania zarzutów i przedstawienia dowodów. Mówi o tym art. 241 par. 3: „Wnoszący protest powinien sformułować w nim zarzuty oraz przedstawić lub wskazać dowody, na których opiera swoje zarzuty”.

Bardzo bym chciała zobaczyć jeden kompletny wniosek z protestem. W tym, co podaje Sąd Najwyższy w domenie publicznej, nie ma dowodów, są tylko zarzuty. Widzę tylko domniemania i gdybania.

Małgorzata Szuleka: Niepokoi mnie kwestia sądu, do którego trafiają protesty

„Protest nie jest zamachem na demokrację, tylko prawem każdego wyborcy. To forma kontroli prawidłowości przeprowadzenia wyborów – ich rzetelności, uznawana zarówno w polskim prawie, jak i w standardach międzynarodowych.

Wolne wybory to jedna z podstaw demokracji, a to, czy wybory były wolne i rzetelne, powinno być poddane kontroli niezależnego organu. W przypadku Polski tym organem są sądy.

Protesty wyborcze są ugruntowane w polskim prawie. Mimo że już za rządów PiS mieliśmy zmiany w kodeksie wyborczym dotyczące urządzenia Państwowej Komisji Wyborczej i Krajowego Biura Wyborczego, przepisy dotyczące protestów nie zmieniły się.

Niepokoi mnie kwestia sądu, do którego protesty trafiają.

1. Czy sędziowie Izby Kontroli zostali powołani legalnie?

Po pierwsze, istnieją wątpliwości co do legalności powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego w związku z powołaniem sędziów Izby przez nową KRS. W sprawie ukształtowania nowej KRS toczy się postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czekamy na orzeczenie Trybunału i nie wiemy, jak szerokie ono będzie tzn. czy Trybunał odniesie się do kwestii wszystkich sędziów powołanych przez nową KRS.

Niemniej jednak wątpliwości co do samego powołania sędziów pozostają.

2. Czy będzie jawna rozprawa?

Druga sprawa sprawa dotyczy jawności postępowania. Protesty można składać po każdych wyborach – przy czym protesty po wyborach samorządowych rozpoznawane są przez sądy powszechne, a po wyborach do Europarlamentu czy Sejmu i Senatu przez Sąd Najwyższy.

W Fundacji Helsińskiej prowadzimy projekt dotyczący protestów wyborczych. Po wyborach samorządowych obserwowaliśmy, że w co najmniej kilkunastu przypadkach sądy decydowały o rozpoznaniu sprawy na rozprawie, co powodowało, że była możliwość obserwowania ich przez publiczność.

Po wyborach do Parlamentu Europejskiego protesty Sąd Najwyższy rozpatrywał na posiedzeniach niejawnych.

Sąd ma do tego prawo – nie jest zobowiązany do rozpatrzenia sprawy na rozprawie. Niemniej w tak ważnych sprawach, jak rozpatrzenie zastrzeżeń co do prawidłowości przeprowadzenia wyborów, wydaje się zasadne skierowanie sprawy na rozprawę.

W sprawach protestów po wyborach parlamentarnych uważam, że byłoby dobrze, gdyby Sąd Najwyższy skierował te protesty na jawną rozprawę, po to, żeby umożliwić ich obserwację.

3. Czy naruszenia miały wpływ na wynik?

I wreszcie trzecia, równie ważna kwestia: nie każde naruszenie przepisów o organizacji wyborów będzie miało wpływ na ich ważność. Mogło się zdarzyć, że karta była nieostemplowana albo głos był źle policzony, ale to sąd oceni, czy te naruszenia miały wpływ na wynik wyborów. W okręgach senackich rywalizacja była dość zaciekła, więc sąd będzie musiał bardzo skrupulatnie rozważyć wszystkie dowody zebrane w postępowaniu”.

To książki, które – poza jednym wyjątkiem – nie traktują bezpośrednio o Polsce rządzonej przez PiS, ale paradoksalnie najlepiej opowiadają o tym, co dzieje się tu i teraz.

Zapewne masz już za sobą lekturę miliona powyborczych komentarzy publikowanych na Facebooku, Twitterze i w prasie. Masz wyrobione zdanie, czy PiS odniósł ogromne zwycięstwo, czy „tylko” wygrał i co zamierza zrobić przez najbliższe cztery lata. Czy lewica znacząco zwiększyła swój stan posiadania (nie bardzo, ale dobrze, że weszli) i czy największą katastrofą tych wyborów jest wynik Konfederacji (owszem). Powoli zaczynasz mieć dość i jesteś tym dzikim targowiskiem opinii zmęczony/zmęczona.

A gdyby tak na chwilę odłożyć całą tę gonitwę i sięgnąć do książek, dzięki którym szanse na szersze spojrzenie wzrosną? Nie traktują one – poza jednym wyjątkiem – bezpośrednio o Polsce rządzonej przez PiS, ale paradoksalnie opowiadają o tym, co tu i teraz się dzieje.

1. Charlie LeDuff – „Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje”, przeł. Kaja Gucio, wyd. Czarne, Wołowiec 2019

Charlie LeDuff, ekscentryczny reporter nagrodzony Pulitzerem za wcześniejsze „Detroit”, zamiast zza redaktorskiego biurka mówić ludziom, co mają robić, jak myśleć czy – tym bardziej – na kogo powinni głosować, woli wziąć ekipę telewizyjną i zjechać z nią swój kraj po to, by dowiedzieć się, czym żyją i co mają w głowach współobywatele z różnych części Stanów Zjednoczonych.

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że co druga książka poświęcona USA jest w jakiejś mierze również książką o Polsce. „Shitshow!” oczywiście nie jest wyjątkiem od tej niepisanej reguły.

Spór elity kontra lud? Jest. Bunt wykluczonych i żyjących na marginesie? Jak najbardziej. Coraz bardziej wyniszczająca wojna kulturowa, która powoli przekształca się w rzeczywistą wojnę domową? Proszę bardzo. A wszystko podane bez zbędnego teoretyzowania. LeDuff przeklina i przegina, nie unika irytujących populistycznych wstawek i ani na moment nie pozwala nam zapomnieć o tym, że oprócz podzielonej Ameryki jego książka ma jeszcze jednego niezwykle ważnego bohatera, którym jest oczywiście on sam.

LeDuff: Nie musimy do siebie strzelać. Ameryka jest popieprzona i fantastyczna

Więc tak, jest nasz reporter showman wkurwiający (posługuję się nomenklaturą LeDuffa), wyprowadza nas z równowagi i dobrego samopoczucia, jak również masakruje media i ich wyrobników, ale oderwać się od „Shitshow!” i tak nie sposób.

2. Didier Eribon – „Powrót do Reims”, przeł. Maryna Ochab, wyd. Karakter, Kraków 2019

Didier Eribon, francuski filozof i socjolog, biograf Michela Foucaulta i autor kilkunastu innych książek, który wykładał m.in. w Berkeley czy Cambridge, raczej nie znalazłby wspólnego języka z dzikusem LeDuffem. Ale nie zmienia to faktu, że napisany dystyngowanym i miejscami zbyt przeintelektualizowanym językiem „Powrót do Reims” to jednak przede wszystkim poruszająca opowieść o awansie społecznym, wykluczeniu i upokorzeniu.

Eribon opowiada tu o wyrwaniu się (czy wręcz ucieczce) z prowincji do Paryża, gdzie zaczął robić karierę uniwersytecką, a następnie dziennikarską i pisarską. W tym samym czasie odcina się od swojej „zostawionej w tyle” rodziny, zrywa z nią kontakty, przez lata nie rozmawia z ojcem. Dopiero jego śmierć sprawia, że Eribon zaczyna konfrontować się z historią swej rodziny i swego wstydu.

Francuski pisarz opowiada o podwójnej obcości. Jesteś obcy w świecie, z którego wyszedłeś (bo masz wyższe wykształcenie, inne poglądy, nie chodzisz do kościoła etc.) i prawdopodobnie zawsze będziesz obcy w świecie, w którym przebywasz obecnie (zawsze będziesz ze wsi i prędzej czy później „twoje pochodzenie cię dopadnie”).

Eribon pisze m.in. o „zakłopotaniu i zażenowaniu, jakie się czuje kiedy wraca się do rodziców po tym, jak się porzuciło nie tylko rodzinny dom, ale też rodzinę i świat, do którego mimo wszystko nadal się należy, oraz to zbijające z tropu poczucie, że się jest u siebie, a jednocześnie w obcym świecie”. Albo w innym miejscu: „Łatwo przekonywać samego siebie, abstrakcyjnie, że nie podamy ręki komuś, kto głosuje za Frontem Narodowym, i nie odezwiemy się do niego słowem… Ale co zrobić, kiedy okazuje się, że chodzi o naszą rodzinę? Co powiedzieć? Co myśleć”.

Bez książki Eribona, która mimowolnie uruchamia osobiste wspomnienia i wkłuwa się bezlitośnie nawet w to, co wyparte, prawdopodobnie nie napisałbym nigdy żadnego tekstu o swej kaszubskiej rodzinie, której spora część głosuje na PiS. Nigdy nie wykonałbym żadnej pracy nad próbą zrozumienia wyborów politycznych dokonywanych przez mojego tatę, jego braci, ich żony, ich sąsiadów. I nigdy nie usłyszałbym wypowiedzianych pół żartem, pół serio, ale jednak bolesnych słów od jednego z wujków, z którym – przy okazji pracy nad tekstem – rozmawiałem pierwszy raz od lat: „Gdyby nie PiS, tobyś o nas dalej nie pamiętał”.

3. Michał Paweł Markowski – „Wojny nowoczesnych plemion”, wyd. Karakter, Kraków 2019

Nie dość, że obszerna, to jeszcze niesamowicie gęsta i miejscami wymagająca (np. chaszcze rozdziału z Heglem w roli głównej), ale absolutnie warta podjęcia tego wysiłku książka profesora Markowskiego, teoretyka literatury, filozofa i eseisty, a od lat także szefa wydziału Studiów Polskich, Rosyjskich i Litewskich na University of Illinois w Chicago. Perspektywa życia i pracy w USA i Polsce, a więc w dwóch krajach rozrywanych przez wojnę kulturową, a do tego erudycja, talent pisarski i temperament polemiczny profesora sprawiają, że trudno wyobrazić sobie właściwszą osobę do opisu naszych plemiennych wojen, zwaśnionych obozów politycznych, triumfalnego pochodu współczesnych populizmów czy coraz bardziej przerażającego dyktatu opinii, które zastąpiły z powodzeniem dążenie do Prawdy.

Zdaje się, że Markowski – gdyby tylko mógł – polikwidowałby wszystkie prasowe czy portalowe działy opinii, a miejsce po nich oddałby np. ekspertom zajmujących się fact checkingiem, weryfikacją danych, poszukiwaniem prawdy obiektywnej.

Trochę żartuję, ale Markowski zupełnie na serio pokazuje przerażające konsekwencje upadku debaty publicznej, w której trójcę rozum – wiedza – fakt zastępuje na dobre (a raczej na złe) uczucie – wiara – opinia. W jaki sposób to zmienić? Jak łagodzić współczesne konflikty? Czy wojna kulturowa jest niezbędną składową demokracji? Jak dyskutować raczej ze sobą niż obok siebie czy przeciw sobie? Czy możliwa jest rozmowa z kimś, kto głosi „prawdziwszą prawdę”, i co zrobić w sytuacji, gdy właściwie wszyscy zostaliśmy takimi pewnymi swego głosicielami?

„Głosuj na PiS, a my Ci wybaczymy zdradę!”. Grzegorz Wysocki odwiedza rodzinę

Markowski ma rozmach, ogromną wiedzę i porywający styl. Na przestrzeni jednego akapitu pędzi od Kaczyńskiego do Trumpa, od Rymkiewicza do Michnika, od Mickiewicza do Nietzschego, od „Marsjanina” z Mattem Damonem do „Seksu w wielkim mieście”. W jednym kotle miesza politykę, historię, literaturę, film, filozofię i osobiste wyznanie.

Mamy październik, więc nie mam już wątpliwości, że to jedna z najlepszych, najmądrzejszych i najbardziej potrzebnych książek tego roku. Lektura obowiązkowa dla polityków i wyborców, dziennikarzy i odbiorców, konserwatystów i liberałów.

4. Agata Sikora – „Wolność, równość, przemoc”, wyd. Karakter, Kraków 2019

Rozumiem, że można protestować, gdy proponuję równoległe czytanie Eribona i LeDuffa, ale jestem przekonany, że w przypadku zasugerowania wspólnej lektury książek Markowskiego i Sikory taki opór już nie będzie miał miejsca. Oboje podejmują podobne tematy (wojna kulturowa, wolność i bezpieczeństwo, polityki tożsamościowe, przemoc symboliczna, represja), a nawet czytają i cytują tych samych autorów (np. Norbert Elias czy, jakżeby inaczej, przedwcześnie kończący historię Francis Fukuyama).

Zapewne z perspektywy Sikory czy Markowskiego zbieżność publikacji ich książek może być pewnym problemem, ale z perspektywy czytelnika uspokajam, że to dwie – pójdźmy na całość – wybitne, dopełniające się i nieświadomie ze sobą dialogujące książki eseistyczne.

Sikora, kulturoznawczyni stale współpracująca z internetowym „Dwutygodnikiem” (to tam opublikowała jeden z najciekawszych i najbardziej poruszających tekstów po pamiętnym Marszu Równości w Białymstoku), od lat żyjąca i pracująca w Wielkiej Brytanii, zastanawia się nad tym, czego nie chcemy sobie dzisiaj powiedzieć (poprawność polityczna, tabu, stadne myślenie, ograniczenia środowiska, w którym żyjemy etc.), i próbuje zrozumieć, jak znaleźliśmy się w klinczu pomiędzy polityką tożsamości a uniwersalistycznym liberalizmem.

Autorka otwarcie przyznaje we wstępie, że w ostatnich latach często się gubiła, „śledząc debaty wokół kontrowersyjnych zagadnień, które w potocznym rozumieniu są wiązane z wojnami kulturowymi – od poprawności politycznej po #MeToo”: „Na poziomie intelektualnym rozumiałam argumenty i racje różnych stron sporu, empatyzowałam z przeciwstawnymi punktami widzenia. Nie potrafiłam jednak rozstrzygnąć nawet pojedynczych kontrowersji na własny użytek (nie wspominając o wypracowaniu spójnego stanowiska, które można by przedstawić na forum publicznym)”.

Lektura obowiązkowa, nie tylko niezbędnik inteligenta i inteligentki, ale przede wszystkim rzecz dla tych, którzy nie bardzo wiedzą, jak pogodzić hasło „wierzę ofiarom” z domniemaniem niewinności czy mają ambiwalentny stosunek do poprawności politycznej.

5. Mariusz Janicki, Wiesław Władyka – „Brat bez brata”, wyd. Polityka, Warszawa 2019

Mariusz Janicki i Wiesław Władyka, publicyści od lat związani z tygodnikiem „Polityka”, w swoim prawie 400-stronicowym zbiorze tekstów przyglądają się rządom Jarosława Kaczyńskiego. Autor wstępu Jerzy Baczyński przypomina, że obaj autorzy często byli atakowani za „straszenie PiS-em”: „Ale każdy miesiąc »dobrej zmiany« przynosił potwierdzenie tezy, że PiS nie tworzy po prostu kolejnego rządu RP, ale, w swoim przekonaniu, rząd ostatni, pieczętujący moralny i polityczny triumf dobra nad złem”.

Oprócz obszernego wyboru artykułów poświęconych PiS-owskim celom i metodom, mediom i retoryce, technikom władzy czy polityce historycznej Janicki i Władyka proponują czytelnikom także napisany specjalnie do książki 50-stronicowy opis panującej dzisiaj w Polsce ideologii państwowej. Piszą tu m.in. o diagnozach Kaczyńskiego, Smoleńsku jako paradoksalnie niedocenionym wydarzeniu politycznym, postępującej brutalizacji polskiej polityki, zasadach „dobrej zmiany” czy podziale na szyderców i patriotów.

Wydawanie w formie książkowej archiwalnych artykułów publicystycznych, które były pisane na gorąco, może się wydawać pomysłem osobliwym, ale też trzeba przyznać, że czyta się te kolejne teksty bezboleśnie, narracja jest wartka i pełna zwrotów akcji, a do tego dochodzi walor w postaci uporządkowania wydarzeń politycznych ostatnich lat i pobudzanie przez autorów zapału polemicznego. Chociażby u tych czytelników, którzy za mocno upraszczającą i niesprawiedliwą uważają słynną definicję symetryzmu mieszczącą się właściwie w rymowance o treści: „PiS-PO, jedno zło”.

– Łudzenie się, że Donald Tusk wystartuje na prezydenta, jest już niepoważne – mówi Jacek Karnowski, prezydent Sopotu, w wywiadzie dla Gazeta.pl. Jak dodaje, ma dwoje faworytów w wyścigu o Pałac Prezydencki. – W rozchwianej i brutalnej polskiej polityce kobieta łagodziłaby obyczaje. Sam stawiam z lekką przewagą na Małgorzatę Kidawę-Błońską, właśnie z tego powodu, że jest kobietą – podkreśla.

Jacek Gądek: Ma pan kaca po wyborach?

Jacek Karnowski: Mam niedosyt. Bo PiS, które okazało się partią nie do końca uczciwych ludzi, co widać po Marianie Banasiu, osiągnęło taki wynik.

Banaś akurat nie jest formalnie członkiem PiS.

Banaś jest związany z PiS-em i był ministrem w ich rządzie. Przypomnę, że Sławomir Nowak stracił fotel ministra przez fałszywe oskarżenia o zegarek, Pawła Adamowicza ścigano za niewpisanie do oświadczenia majątkowego mieszkania, a mnie za jakieś części samochodowe, które nie pasowały do mojego samochodu, a które miałam rzekomo w nim zamontować. Pan Banaś, choć ma kłopoty z dwoma kamienicami, awansuje i ma nawet certyfikat dostępu do tajnych informacji od ABW. Żona Marka Kuchcińskiego latała sobie rządowym samolotem, a Beata Szydło rozdawała nagrody, mówiąc, że im się po prostu należą.

Czyli jednak kac?

Przegranie z taką ekipą to nic przyjemnego. Ale jednak powstrzymaliśmy pochód Hunów niszczących demokrację, bo PiS nie poprawiło swojego stanu posiadania, mimo olbrzymiej kampanii. Momentami było ona zresztą tak głupia, że aż przeciwskuteczna. Widać Jacek Kurski faktycznie myśli, że ciemny lud wszystko kupi.

O zatrzymaniu czegokolwiek trudno jednak mówić. Może tylko spowolniliście pochód PiS – o 30 dni, przez które Senat może prowadzić prace nad ustawami.

Odbicie Senatu jest jednak przełomem. Cieszę się, że pomogła w tym olbrzymia mobilizacja samorządowców. PiS-owi marzyła się większość konstytucyjna, jednak udało się nam pohamować te zapędy.

Jakie błędy popełniła opozycja?

Uważam, że pierwszym i podstawowym błędem był brak porozumienia Koalicji Obywatelskiej z PSL-em o wspólnym starcie. Lewica musiała powstać i startować osobno i to naturalne, ale ludowców należało przekonać do wspólnego startu – to się jednak nie udało.

Druga rzecz: brak konsekwencji w przekazie programowym. Była „szóstka Schetyny”, ale szybko zgasła. A trzecia to zbyt późne wystawienie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w roli kandydatki na premiera.

To są trzy grzechy główne nas jako opozycji.

Opozycja musi nadal inwestować w Małgorzatę Kidawę-Błońską?

Pani marszałek jest teraz jedną z dwóch osób, które mogą z ramienia Koalicji Obywatelskiej startować na prezydenta.

A drugą jest…

…Rafał Trzaskowski.

Czy wybory parlamentarne były do wygrania przez opozycję?

Były do wygrania. Bez obciążenia tymi trzema grzechami, o których wspomniałem, zwycięstwo było w naszym zasięgu. „Szóstka Schetyny” była dobrym pomysłem programowym. Ja się nawet dziwię, że mając po drugiej stronie taką ekipę jak PiS, nie wygrywamy  wyborów.

„Szóstki Schetyny” nie pamiętał nawet sam Grzegorz Schetyna. Może to jest podstawowy problem PO – kiepskie przywództwo?

Ocenią to już członkowie PO, a nie ja. PO jednak dalej jest największym klubem na opozycji. Na szczęście jest to formacja demokratyczna.

Z pewnością dużym plusem Grzegorza Schetyny było najpierw zbudowanie Koalicji Europejskiej, a potem Koalicji Obywatelskiej. Ale brak jednoznacznego przekazu już nie. Co ja mam panu więcej powiedzieć?

To, co pan sądzi. Między oczy.

Miedzy oczy to należało jak mantrę powtarzać tych sześć punktów. Jestem daleki jednak od tego, aby za wszystko obwiniać Grzegorza Schetynę.

Schetyna nawet nie pamiętał swojej „szóstki”. Czy powinien teraz odejść z fotela szefa Platformy?

Nie jestem członkiem PO. Nie dziwmy się, że w demokratycznej partii są krytycy i różnice zdań. Zagłosują i zostawią bądź wybiorą nowego przewodniczącego. Faktem jest, że PiS jednak został zahamowany. Wygrana w Senacie daję wielką nadzieję.

Pan jest zadowolony ze swojej współpracy z PO w sztabie wyborczym?

Ja sobie zawsze pracę znajdę i myślę, że choć miałem mniejszy wpływ na całą kampanie sejmową, to na senacką już zdecydowanie większy. Oczywiście mogę powiedzieć, że mogliśmy zrobić więcej albo „a nie mówiłem”. Wiemy, co poprawić przy wyborach prezydenckich.

Szefem sztabu był Krzysztof Brejza, ale wszyscy wiedzą, że nie on podejmował decyzje. Prawda?

Były dwa etapy kampanii. Na pierwszym etapie Brejza wykonał ogromną pracę i jeździł po Polsce. A w drugim – po wściekłym ataku TVP na niego – już skupił się na własnej kampanii. Lekcja jest taka, że kampanię powinien prowadzić ktoś, kto sam nie startuje w wyborach.

PiS już będzie ogłaszać skład sztabu Andrzeja Dudy, a na opozycji nie wiadomo, jeszcze kto będzie startował. To wygląda na proszenie się o kolejną porażkę?

Na 100 proc. będzie startował Władysław Kosiniak-Kamysz. Na 90 proc. Robert Biedroń albo Adrian Zandberg. I będzie też ktoś z Koalicji Obywatelskiej.

„Ktoś”? By myśleć o zwycięstwie, należałoby już szykować kampanię pod konkretną osobę.

Stawiam na Małgorzatę Kidawę-Błońską. Albo na Rafała Trzaskowskiego.

Ale decyzji KO nie ma. Kiedy będzie?

Będą zapewne zlecane badania społeczne, kto ma większe szanse i jeszcze w tym roku trzeba ogłosić kandydaturę.

A dlaczego nie wymienia pan Donalda Tuska jako potencjalnego kandydata?

Dobrze by było, gdyby zdecydował się na start. Skoro jednak obecnie ubiega się o stanowisko szefa Europejskiej Partii Ludowej (EPL), to nie będzie zaraz potem też startował na prezydenta Polski. Co powie ludziom z EPL za pół roku? „Na chwilę tylko jestem u was, bo chcę startować w Polsce”? Przecież to nielogiczne.

Tusk nie sprawia wrażenia skłonnego do startu na prezydenta?

Wydaje mi się, że nie jest zainteresowany kandydowaniem.

Pan nie wierzy w powrót Tuska, a Radosław Sikorski wcale tego nie wyklucza.

Gdyby Donald Tusk chciał wrócić, toby już wracał, a nie starał się o fotel szefa EPL. Przestańmy się łudzić i zastanawiać, czy Donald Tusk wróci jak Anders na białym koniu. Trzeba brać sprawy we własne ręce. Jeśli będą prawybory w KO, a Donald Tusk zgłosi chęć ubiegania się o nominację od partii, to w nich wystartuje. A badania pokażą, czy ma największe szanse, czy jednak Małgorzata Kidawa-Błońska, Rafał Trzaskowski albo jeszcze ktoś inny.

Łudzenie się, że Donald Tusk wystartuje na prezydenta, jest już niepoważne.

Zastępy ludzi, którzy czekali i może wciąż czekają, aż Tusk osiadła białego konia, są jednak duże. Zwłaszcza w szeregach PO i części środowiskach opiniotwórczych.

Donald Tusk jest odpowiedzialnym człowiekiem. Jeśli będzie decydował, czy startować na prezydenta, to wcześniej spojrzy na badania socjologiczne. Ale ja nie wierzę, że się zdecyduje, choć jako sopocianin cieszyłbym się, że mój krajan ma szansę przejąć Pałac Prezydencki.

Czy prawybory to dobry sposób na wyłonienie kandydata?

Prawybory na całej opozycji – nie. Prawybory w samej Koalicji Obywatelskiej albo na lewicy – tak, to bardzo dobry pomysł, bo mobilizuje całe środowisko. Rywalizacja pomiędzy Bronisławem Komorowskim a Radosławem Sikorskim była bardzo dobrym pomysłem, sprawdziła się.

Czy opozycja powinna rzucić absolutnie wszystkie siły na kampanię prezydencką?

Tak – nie tylko siły, lecz także całą swoją mądrość. KO musi się oprzeć na profesjonalistach.

A czy Władysław Kosiniak-Kamysz byłby dobrym kandydatem? Donald Tusk nieprzypadkowo stwierdził ostatnio, że trzeba wskazać „kandydata, który będzie miał największe szanse przekonać tych, którzy dziś głosują na PiS oraz wahających się, i wygrać”.

Zobaczymy, czy wybory rozstrzygną się w I turze i wygra kandydat opozycji, czy rozstrzygną się w II – wtedy wszystkie ręce na pokład. Według mnie mówienie o jednym kandydacie opozycji już w I turze to błąd i niepotrzebne demobilizowanie części elektoratu. Przecież gdyby wystawić tylko Władysława Kosiniaka-Kamysza, to elektorat lewicowy będzie zdemobilizowany. Albo tylko Małgorzatę Kidawę-Błońską lub Rafała Trzaskowskiego – wtedy elektorat ludowy będzie rozprężony.

Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – jak wynika z rankingów zaufania – nie zna aż 24 proc. Polaków. Jest sporo do zrobienia, jeśli ma walczyć o Pałac Prezydencki?

A ile nie znało Andrzeja Dudy, gdy ruszał z kampanią? Większość. Małgorzatę Kidawę-Błońska zna tymczasem 3/4 wyborców, osiągnęła rekordowy wynik w wyborach, deklasując Jarosława Kaczyńskiego. Według mnie najlepszy scenariusz jest taki: badania socjologiczne, prawybory wyłaniające kandydata Koalicji Obywatelskiej. W pierwszym rzędzie będę kibicował Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, a w drugim Rafałowi Trzaskowskiemu.

Bo?

Obydwoje mają odpowiednie, wysokie kompetencje. Jednak w rozchwianej i brutalnej polskiej polityce kobieta łagodziłaby obyczaje. Sam stawiam z lekką przewagą na panią marszałek, właśnie z tego powodu, że jest kobietą.

Gdyby padła propozycja, toby pan wszedł do sztabu kandydata KO?

Oczywiście, że tak. Nigdy nie pchałem się do sztabów wyborczych, ale teraz walka idzie o demokrację w Polsce.

W wyborach do Sejmu opozycja – nie licząc Konfederacji – zdobyła więcej głosów niż PiS…

…i to wskazuje, że możemy wygrać wybory prezydenckie.

Czego pan się spodziewa po początku rządów PiS?

Chichotem historii są słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że w Senacie będzie trzeba zachować inne standardy niż w Sejmie. Mam nadzieję, że nasza wygrana w Senacie i opozycyjny marszałek Senatu doprowadzą do tego, że dobre zwyczaje parlamentarne wrócą do polityki. Bo wcześniej PiS wysadziło je w kosmos.

Najpierw wygrana w Senacie, a zaraz potem kłótnia o to, kto ma być jego marszałkiem. Kiepsko to jednak wygląda?

To demokracja. Sam miewam dyskusje w radzie miasta Sopotu o tym, kto ma jej przewodniczyć. Nie ma w tym niczego dziwnego.

Ale marszałek stanie się automatycznie jednym z liderów opozycji. Funkcja jest bardzo prestiżowa i politycznie ważna.

Dogadają się. Radzę, aby czterech liderów – KO, PSL, lewicy i samorządowców – spotkało się przy kawie i to ustaliło. Jerzego Buzka też łatwo nie wybierano na premiera. Ostatecznie Marian Krzaklewski wyciągnął pudełko po butach i do niego posłowie wrzucali kartki z nazwiskiem swojego faworyta do objęcia teki premiera.

Schetyna koniecznie chciał Bogdana Borusewicza i miał jego nazwisko jako kandydata na marszałka ogłosić na konferencji prasowej, ale w ostatniej chwili się wycofał. Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział, że bez PSL nie ma decyzji. Przepychanka.

KO ma największy klub w Senacie i powinna proponować marszałka, a z mniejszymi klubami trzeba się porozumieć co do obsady foteli zastępców i szefów komisji senackich. To naturalna rzecz. Osobiście uważam, że Bogdan Borusewicz jest najlepszym kandydatem.

I nie jest dla pana tajemnicą, że „Borsuk” nie jest fighterem, a w polemikach się nie sprawdza.

Jestem przekonany, że – jak wielokrotnie pokazał – jest z jednym z najbardziej odważnych polityków. Ma być marszałkiem, a nie fighterem. Nie może my stosować takich reguł, które wprowadziło PiS.

Na ten moment jak pan ocenia szanse kandydata opozycji?

51 do 49 dla naszego kandydata, że pokona prezydenta Andrzeja Dudę. Czeka nas zapieprz i bardzo ciężka praca. A wcześniej musimy jeszcze – każde z ugrupowań na opozycji: KO, PSL, Lewica – przejść demokratyczne procedury wyłaniania własnych kandydatów. Warto to wszystko zakończyć jeszcze w tym roku i od początku 2020 r. pracować już w kampanii prezydenckiej.

Czyli nie popełniać błędu ze spóźnionym namaszczeniem Kidawy-Błońskiej?

Przepraszam, ale powiem to bardzo po męsku: warto się spotkać kilka razy i nawet dać sobie po gębach. Porozmawiać, nawet ostro. Ale potem pójść do przodu. Byle szybko!

Powyborcze rozliczenia w PO. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak broni szefa partii Grzegorza Schetyny przed gniewem lokalnych działaczy. Jednocześnie prowadzi swoją wojenkę z przewodniczącym PO w Wielkopolsce Rafałem Grupińskim.

Po wyborach w regionalnych strukturach PO – podobnie zresztą jak w całej Polsce – narasta gniew. Platforma odzyskała co prawda Senat, ale wybory do Sejmu z PiS przegrała.

Koalicja Obywatelska niby wygrała, ale przegrała Platforma Obywatelska

Bastion PO został obroniony. W Poznaniu na KO zagłosowało 45 proc. wyborców, na PiS – tylko 25 proc. Ale to pozorny sukces. Bo mandatów jest mniej. Po wyborach w 2015 roku PO miała pięciu posłów, a Nowoczesna dwoje. Apetyty były dużo większe niż pięć mandatów. W kampanii Rafał Grupiński mówił, że KO idzie po sześć, a nawet siedem mandatów w Sejmie. Nic z tego.

Jeden z polityków PO: – Mamy pięć mandatów, ale tylko dwa dla polityków PO – Grupińskiego i Dzikowskiego. Stąd taka wściekłość w naszych strukturach. Wynik liderki też nie powala.

Joanna Jaśkowiak zdobyła 67 tys. głosów. Niby dużo, ale w partii mówią, że lokomotywą listy nie była. Tak naprawdę imponują tylko dwa wyniki – Adama Szłapki (51 tys. głosów) i Franka Sterczewskiego (25 tys.). Za rezultat całej listy odpowiedzialność ponosi Grupiński. Nie pomaga mu to, że sam miał kiepski wynik. Z drugiego miejsca zdobył tylko ponad 17 tys. głosów. Przeskoczył go nawet startujący z czwórki odwieczny rywal poseł Waldy Dzikowski (19 tys.).

Kampania, pieniądze, lista – nic się nie zgadzało

Niezadowolenie rośnie. Działacze chcą nie tylko odejścia Schetyny, ale też Grupińskiego. Tuż po wyborach w partyjnych grupach Platformy na Facebooku wrzało. Lista była źle skonstruowana – pisali działacze.

„Gdyby jedynkę mieli Sterczewski lub Szłapka, wynik byłby lepszy”, „Tylko oni dali nam nowe głosy, reszta to kanibalizm” – to niektóre z komentarzy. „Wygrali polityczni celebryci i nieroby” – stwierdziła żona Szymona Ziółkowskiego, który stracił mandat.

Do tego dochodzi kiepska kampania. I pieniądze. Działacze PO są wściekli, bo choć Joanna Jaśkowiak miała największe finansowe limity na kampanię, to jej kampania była najmniej widoczna. W dodatku Jaśkowiak i Grupiński mieli najwięcej pieniędzy, a reszta musiała radzić sobie inaczej.

Prezydent Jacek Jaśkowiak na wojnie. O co mu chodzi?

W tym wszystkim prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak walczy na dwóch frontach.

Broni Schetyny i krytykuje tych, którzy chcą go rozliczać. „Gdyby nie jego determinacja w dążeniu do wspólnej listy opozycji, PiS zdobyłby również Senat. Przeforsował otwarcie naszych list na osoby spoza partii” – pisał tuż po wyborach.

To jednak głos tych, którzy w Poznaniu są dziś w mniejszości. – To, że te wybory – pod względem wyniku, ale też organizacyjnym – skończyły się klapą, jest dla mnie oczywiste. Każdy, kto myśli, musi wyciągnąć taki wniosek. Jaśkowiak się kompromituje – mówi nam polityk PO.

Prezydent broni Schetyny, bo jest blisko szefa PO. To u niego „wychodził” jedynkę dla swojej byłej żony. Musi stać murem za Schetyną, ale też bronić wyniku całej listy, na której kształt miał wpływ. Jakby na potwierdzenie tych słów mówi „Wyborczej”: – Wynik listy KO w Poznaniu oceniam bardzo dobrze. Liderka zrobiła jeden z najlepszych wyników wśród wszystkich kandydatów KO w Polsce.

Jednocześnie Jaśkowiak grilluje Grupińskiego, swojego politycznego ojca. Od miesięcy obaj są w konflikcie. W PO mówią, że prezydent zerwał się ze smyczy. Jaśkowiak uderza w Grupińskiego, bo daje mu do tego pretekst słaby wynik posła. W piątek krytykował go w telewizji WTK. Grupiński odpowiedział: – Nie rozważam odejścia.

– Startując z dwójki, powinien uzyskać wynik między 52 a 67 tys. głosów. Efekt jest kilka razy gorszy, prześcignęło go trzech kandydatów z dalszych miejsc – mówi „Wyborczej” Jaśkowiak. A pytany o przyszłość Grupińskiego dodaje: – Powinien zadać sobie pytanie, dlaczego z wyborów na wybory uzyskuje coraz gorsze wyniki. Analizie powinien zostać poddany wynik KO w Wielkopolsce. Rafał Grupiński jest za niego odpowiedzialny. Powinien wiedzieć, na ile wywiązał się ze swojego zadania jako lider i co należy zrobić, by ten wynik poprawić. Kolejne pytanie, na które musi sobie odpowiedzieć, to dlaczego kandydaci PO wypadli tak słabo.

Kto zastąpi Rafała Grupińskiego?

Rafał Grupiński rządzi PO od 2010 roku. Czy straci stanowisko? To dziś powszechne oczekiwanie. Czy na rzecz Jaśkowiaka? Możliwe. Ale powalczyć o fotel szefa PO może też kaliski poseł Mariusz Witczak, szara eminencja partii w regionie, skarbnik PO i stronnik Schetyny.

Wszystko zależy od tego, czy Schetyna zachowa stanowisko. Jego przeciwnicy myślą już o swoim kandydacie na szefa wielkopolskiej PO.

Wybory szefa regionu mogą odbyć się w styczniu, razem z krajowymi. O ich terminie zdecyduje rada krajowa.

Kaczyński chce skręcić wyniki wyborów do Senatu, dąży do przelewu krwi Polaków

21 Paźdź

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym a drugim miejscem wyniosła zaledwie 320 głosów.

Gawłowski, formalnie z PO, startował jako kandydat niezależny – z uwagi na ciążące nad nim zarzuty korupcyjne nie otrzymał oficjalnego poparcia Koalicji Obywatelskiej.

Natomiast w okręgu nr 75 obejmującym Mysłowice i Tychy kandydata PiS Czesława Ryszkę pokonała kandydatka Lewicy Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprezeska Wiosny. Tu różnica głosów była dużo większa i wyniosła 2349. Więcej o sytuacji w okręgu >>>>>

PiS: To okręgi, w których oddano sporo głosów nieważnych

Złożenie wniosku do Sądu Najwyższego potwierdza rzecznik PiS Radosław Fogiel, który wyjaśnia „Wyborczej”, dlaczego protest dotyczy akurat tych dwóch okręgów: – Są to okręgi, w których były nieduże różnice między kandydatami oraz oddano sporo głosów nieważnych. Tych głosów nieważnych za każdym razem było więcej niż różnica głosów wśród liderów – tłumaczy Fogiel.

„Protesty trafią do nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP) SN i pewnie będą rozpoznane na posiedzeniach niejawnych tak jak protesty po wyborach do PE” – zauważyła na Twitterze Małgorzata Szuleka, prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

IKNiSP jest jedną z dwóch nowych izb SN obsadzonych od zera przy udziale upolitycznionej KRS. Prezesem Izby została Joanna Lemańska, koleżanka prezydenta Andrzeja Dudy z Katedry Prawa Administracyjnego na UJ. W izbie orzeka m.in. były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel Ordo Iuris Aleksander Stępkowski. W 2019 r. izba wykazywała się niezależnością, uchylając uchwały nowej KRS w sprawie konkursów sędziowskich organizowanych przez Radę.

Sąd Najwyższy rozpatruje protesty w składzie trzech sędziów izby, a później orzeka o ważności wyborów. – Wiemy, po co była reforma w Sądzie Najwyższym. Żeby sprawy dotyczące wyborów mogły być decydowane w Sądzie Najwyższym zmienionym przez PiS – powiedział poseł Koalicji Obywatelskiej Cezary Tomczyk.

PiS znalazł nową strategię na przejęcie przegranego Senatu. Partia Kaczyńskiego zgłosiła protest wyborczy do Sądu Najwyższego w sprawie dwóch okręgów senackich. Domaga się ponownego przeliczenia głosów. Chodzi o okręgi nr 75 (Tychy) i nr 100 (Koszalin). Protest rozpatrywać będzie nowa izba SN, powołana za rządów PiS

PiS chce za wszelką cenę odzyskać władzę w Senacie. Ma na to sporo czasu. Prezydent zarządził, że pierwsze posiedzenie nowego Parlamentu odbędzie się 12 listopada, czyli w ostatnim możliwym terminie. Przypomnijmy: w wyborach 13 października opozycja zdobyła 51 mandatów (43 – KO, 3 – PSL, 2 – SLD, 3 – niezależni), a PiS 49 (48 i popierana przez PiS Lidia Staroń).

Większość jest więc delikatna – wystarczy zmiana dwóch mandatów i Senat zmienia barwy. PiS po pierwszych próbach politycznej korupcji zauważył, że przekonanie dwóch opozycyjnych senatorów do zmiany barw będzie trudne. Szuka więc alternatywy. Tą ma być ponowne przeliczenie głosów w okręgach, gdzie różnica między kandydatem lub kandydatką opozycji a kimś z PiS była niewielka.

Jak donosi PAP, PiS wniósł do Sądu Najwyższego wniosek o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach. Polsat, powołując się na zespół prasowy Sądu Najwyższego precyzuje, że chodzi o okręgi nr 75 i nr 100.

Tychy: losy mandatu ważyły się do ostatniej chwili

Okręg nr 75 znajduje się na Śląsku, gdzie PiS stracił aż sześć mandatów senackich. Okręg obejmuje Tychy i Mysłowice. Nową senatorką została Gabriela Morawska-Stanecka z Wiosny startująca z listy KW SLD/Lewica. Zdobyła 64 172 głosy i pokonała Czesława Ryszkę o 2 349 głosów.

W 2015 roku to Ryszka tutaj wygrał. Wówczas różnica była jeszcze mniejsza. Tak jak w 2019 roku, również rywalizowały tylko dwie osoby. Ryszka zdobył 54 718 głosów i pokonał Marka Spyrę z PO o 1042 głosy.

Okręg 75 był jednym z tych, w których do ostatniej chwili ważyły się losy mandatu senackiego. Cząstkowe wyniki pokazywały, że prowadzi kandydat PiS. Ale cząstkowe wyniki faworyzowały PiS – wyniki wyborów do Sejmu z 43 proc. obwodowych komisji dawały PiS 49,3 proc. głosów. Działo się tak, ponieważ do PKW szybciej spływały wyniki z gmin wiejskich – a tam PiS ma ogromną przewagę. Według sondażu exit poll Ipsos PiS wygrał na wsi z wynikiem 56,2 proc. głosów. To samo miało miejsce w wyborach do Senatu, dlatego kilka okręgów, z których cząstkowe wyniki wskazywały na zwycięstwo PiS, ostatecznie przeszło na stronę opozycji.

To jednak spora różnica – nieco ponad dwa tysiące głosów w okręgu, gdzie oddano prawie 126 tysięcy głosów to 1,86 proc. wszystkich

Koszalin: chodzi o 320 głosów

W okręgu numer 100 (Koszalin) padła najmniejsza różnica między pierwszym i drugim kandydatem. Zwycięskiego Stanisława Gawłowskiego (44 956 głosów) od Krzysztofa Nieckarza z PiS (44 636) dzieliło zaledwie 320 głosów. Trzeci Krzysztof Berezowski miał zaledwie 1023 głosy mniej od zwycięzcy. W okręgu oddano 133 525 głosów ważnych, więc różnica między pierwszym a drugim stanowi zaledwie 0,24 proc. głosów.

To też ważny z punktu widzenia narracji PiS okręg. Swoją porażkę PiS tłumaczy między innymi w ten sposób: nie wystawiamy do walki wyborczej osób z wyrokami. Na Stanisławie Gawłowskim, który pokonał kandydata PiS, ciąży siedem zarzutów, w tym cztery korupcyjne. Jest byłym sekretarzem generalnym Platformy Obywatelskiej. Startował z własnego komitetu wyborczego, ale Koalicja Obywatelska nie wystawiła kontrkandydata.

Różnica w okręgu nr 100 była najmniejsza w kraju. Ale okręgów, gdzie różnica jest mniejsza niż w Tychach, jest kilka:

  • Okręg numer 92 (Gniezno) – 1484 głosy różnicy przy 184 366 głosach ważnych;
  • Okręg numer 95 (Ostrów Wielkopolski) – 2304 głosy różnicy przy 157 864 ważnych głosach;
  • Okręg numer 96 (Kalisz) – 1586 głosów różnicy przy 143 572 ważnych głosach.

W każdym z nich w 2015 roku wygrał kandydat PiS.

Chodzi o głosy nieważne?

Jak podaje zespół prasowy SN, w okręgach, w których PiS składa protesty,

chodzi o stosunkowo dużą liczbę głosów nieważnych. W okręgu nr 100 było ich 3 344, a w okręgu nr 75 – 3 749.

Jednak w wielkopolskich okręgach, gdzie różnica między pierwszym i drugim kandydatem nie była duża, liczba głosów nieważnych była nawet większa. W Gnieźnie było ich 3064, ale w Ostrowie Wielkopolskim – 6 221, a w Kaliszu – 5 444.

PiS chciałoby, żeby protest zaowocował większością w Senacie. To znaczy, że oba protesty musiałyby zakończyć się ponownym przeliczeniem głosów i innym werdyktem niż dotychczasowy. W okręgu nr 75 różnica wynosi 2 349 głosów a głosów nieważnych padło 3 749. PiS uzasadnia protest ilością głosów nieważnych. Oznacza to, że nieważność większości z nich musiałaby zostać zakwestionowana i sąd musiałby uznać, że były to w rzeczywistości głosy na PiS. Wydaje się to bardzo mało prawdopodobne.

Protest wyborczy rozpatrywać będzie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Jest to nowe ciało, utworzone za rządów PiS.

– Przed chwilą dostaliśmy zawiadomienie z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, że sprawa dwóch wież w związku z naszym zawiadomieniem trafia do kosza. Prokuratura odmawia wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież – powiedział na konferencji w Sejmie poseł Cezary Tomczyk z PO.

– To jest sprawa wyjątkowa dlatego, że sprawa dwóch wież, sprawa Srebrnej, jak w soczewce pokazuje całe państwo PiS. Dzisiaj ponad wszelką możliwość możemy udowodnić, że państwo polskie przestało funkcjonować, że prokuratura nawet bez przesłuchania głównego świadka, a być może nie tylko świadka jest w stanie odmówić wszczęcia postępowania w sprawie tak bulwersującej – mówił Tomczyk.

I dalej: – Na odmowie wszczęcia postępowania jest data. 11 października w piątek przed wyborami sprawa została wyrzucona do kosza. Po to żeby Polska nie mogła się dowiedzieć o tym, że prokuratora pod wodzą PiS i Zbigniewa Ziobry umorzyła sprawę dwóch wież Jarosława Kaczyńskiego.

Tomczyk stwierdził, że „tak wygląda republika banasiowa, tak wygląda sytuacja, w której na czele państwa stoi paradyktator Jarosław Kaczyński”. I dodał: – Nawet prokuratura nie może go przesłuchać.

Z kolei poseł Marcin Kierwiński (PO) mówił: – To kolejna sprawa, która nie mogła się rozgrywać przed wyborami, bo mogła mieć wpływ na wynik wyborów – stwierdził. I dodał: – Okazuje się, że Jarosław Kaczyńskie jest człowiekiem wyjętym spod polskiego prawa.

W zawiadomieniu czytamy: „Prokuratura Okręgowa w Warszawie (…) uprzejmie zawiadamia, że w sprawie Pańskiego zawiadomienia z dnia 30 stycznia 2019 roku o możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego, postanowieniem z dnia 11 października 2019 roku (..) odmówiono wszczęcia śledztwa, wobec braku znamion czynów zabronionych”.

O tym, że prokuratura odmówiła wszczęcie śledztwa poinformował na Facebooku też adwokat Birgfellnera Roman Giertych.

– Możemy się teraz zażalić, ale jak prokurator ponownie odmówi, to nie możemy sami skierować własnego aktu oskarżenia, to się nazywa subsydiarny akt oskarżenia. Jeszcze tydzień temu byśmy mogli, bo 5 października weszły w życie przepisy, które wprowadziły nowelę do artykuł 330 kpk. Ogranicza ona prawo pokrzywdzonego – mówił na antenie TVN 24 Giertych.

Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel stwierdził przed siedzibą partii na ul. Nowogrodzkiej, że „nie ma żadnej wiedzy na temat tego postępowania”.

„Taśmy Kaczyńskiego” pod koniec stycznia ujawniła „Wyborcza”. Opublikowaliśmy nagrania rozmów prezesa PiS z Geraldem Birgfellnerem, austriackim biznesmenem, który na zlecenie Kaczyńskiego od maja 2017 do lipca 2018 r. pracował nad projektem budowy dwóch wież, czyli 190-metrowego budynku mającego powstać na działce zajmowanej w centrum Warszawy przez powiązaną z PiS spółkę Srebrna. Za swoją pracę Birgfellner nie dostał pieniędzy. Gdy nie udało mu się niczego uzyskać w drodze negocjacji, zawiadomił prokuraturę, że został oszukany przez prezesa Kaczyńskiego.

Po dubeltowym zwycięstwie PiS w 2015 r. Platforma miała cztery szanse na wygraną. Trzy już przespała. Dlaczego ma jej się udać teraz, skoro za wszystkie porażki odpowiada ta sama ekipa?

Koniec czerwca, upał, Schetyna w plenerze ogłasza, że Koalicja Obywatelska ma sztab. Przed opozycją najważniejsze wybory od 1989 r. Na czele sztabu staje Krzysztof Brejza, bardzo popularny poseł opozycji. – Temperatura jest gorąca i tak my będziemy pracować. Ciężka praca to jedyna rzecz, którą możemy państwu obiecać – mówi Brejza podczas prezentacji.

Od porażki w wyborach europejskich mija drugi miesiąc. Schetyna rzuca kilka haseł: nowy początek, nowa jakość w polityce, jedność opozycji. Chce zatrzeć fatalne wrażenie po ostatniej kampanii. Oddał ją ludziom odpowiedzialnym za podwójną przegraną Platformy w 2015 r. i w wyborach samorządowych 2018. Zapewnia, że Platforma wyciągnęła wnioski: „Tam gdzie okazaliśmy się słabsi, jutro będziemy dwa razy silniejsi”.

Odsunął autorów słabej kampanii, zapowiadał udział wybitnych fachowców, analizę danych, efektywną strukturę – to, czego brakowało przed majowymi eurowyborami.

Do sztabu Brejzy dołączają Bartosz Arłukowicz, Adam Szłapka, sekretarz Nowoczesnej, Barbara Nowacka, liderka Inicjatywy Polskiej, wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, prezydent Łodzi Hanna Zdanowska.

Szefem sztabu Koalicji Obywatelskiej miał zostać Bartosz Arłukowicz – na fali po brawurowej wygranej w eurowyborach, którą sam sobie wychodził, bez pomocy centralnego sztabu. Szef PO Grzegorz Schetyna nie dał mu szansy, za duże ryzyko, że urośnie mu konkurencja.

Schetyna zbiera komplementy. Postawił się wpływowym działaczom PO, nowe nazwiska zapowiadają, że strategia się zmieni.

„Cygara i wino” na piątym piętrze

Gdy drużyna Brejzy urządza się na czwartym piętrze kamienicy przy Wiejskiej, gdzie PO ma biuro krajowe, działacze zaczynają opowiadać w kuluarach, że Schetyna dał krytykom tylko opakowanie. Ale będzie słuchał tych co zawsze.

Spotykają się piętro wyżej, u Schetyny. Kiedyś był tu gabinet Juliana Tuwima. Na 30 m kw. dwie skórzane sofy, ława, biurko, stół do narad, wielki telewizor. W powietrzu woń cygar. Przewodniczący z wianuszkiem najbliższych ogląda mecze. – Aha, koniecznie napiszcie, że portret Schetyny tam nie wisi – prosi bywalec.

Kampania dopiero się zaczyna. Brejza ma wielkie plany, sądzi, że się uda. Schetyna na spotkaniach wyborczych obiecuje, że KO odbierze PiS większość.

W lipcu Hanna Zdanowska odchodzi ze sztabu obrażona, bo Schetyna wtrącił się w łódzką listę Koalicji. W połowie sierpnia okazuje się, że Brejza ma startować do Senatu, więc przed nim trudna indywidualna kampania. Dwa tygodnie później Kidawa-Błońska zostaje kandydatką KO na premiera. Nie ma już czasu na sztab.

– Sztab Brejzy nigdy nie wystartował. Schetyna nie dał nam szansy. Nie mieliśmy przełożenia na biuro krajowe PO – przyznaje uczestnik kampanii.

Za to piąte piętro jest w formie. Goście szefa PO mają wpływy w strukturach i pieniądze, zaczynają przejmować kampanię. Na oficjalnej liście sztabowców ich nazwisk nie ma. Ale są partyjnymi szychami.

– O wszystkim ostatecznie decydowała góra, „cygara i wino”, ludzie z piątego piętra – mówi człowiek od Brejzy.

Nasi rozmówcy twierdzą, że główne role dostali Piotr Borys, Robert Tyszkiewicz i Mariusz Witczak.

– Ostrzegaliśmy Schetynę, że kampania prowadzona przez tę samą ekipę musi przynieść taki sam efekt, czyli przegraną – mówi „Wyborczej” członek sztabu KO. Błędy to brak autonomii sztabowców, chaos, brak planu, frakcyjne potyczki w samej PO.

– Brejza widział, że sztab jest udawany, a on sam malowany. Bez władzy wykonawczej, bez pieniędzy. Żeby było jasne, on bardzo chciał pracować, ale V piętro nie pozwoliło – irytuje się jego współpracownik. – Po pewnym czasie pojechał do siebie, do Inowrocławia, robić sobie kampanię.

Ekipa Brejzy już widzi, jakie Schetyna dał im role. – Starałem się bywać codziennie, ale nie było rozpisanej strategii, więc wynajdywałem sobie zajęcia – opowiada pracownik sztabu.

Szłapka zajął się banerami kandydatów wywieszanymi przez wyborców. – Ogromny sukces, wisiały na płotach, balkonach, w sumie z pięć tysięcy. W całej Polsce, od Stargardu po Przemyśl i od Zamościa po Poznań – mówi polityk KO. Akurat ten pomysł wolontariuszy piąte piętro zaakceptowało.

Sztab był w rozsypce. Arłukowicz pomagał kandydatom na swoim terenie, Szłapka, Brejza, Nowacka pracowali na swój wynik.

LGBT czyli panika

W kampanii nie wystarczają tylko hasła, ulotki, konwencje, program, chodzenie od drzwi do drzwi. Niezbędny jest precyzyjny plan, który wszystko spina w całość. W tej kampanii nic z tego nie zagrało.

– W najważniejszej kampanii nikt nie powiedział, o co walczymy i po co idziemy, skoro już mieliśmy unikać konfrontacji z PiS – komentuje polityk Koalicji.

Daje przykład związków partnerskich. Gdy PO wzięła hasło na sztandary, w kampanię profrekwencyjną chciały się zaangażować środowiska LGBT. – Ale wtedy Kaczyński już atakował, straszył adopcją dzieci. Co zrobiła PO? Spanikowała, do szuflady poszła karta LGBT, którą wprowadził w Warszawie Trzaskowski. Daliśmy sobie narzucić przekaz, zamiast przestawić akcenty. Nikt przecież nie kazał Schetynie trąbić o LGBT, ale stanąć twardo w obronie wartości. Powiedzieć, że walczy o ludzką godność, o słabszych, o tolerancję – opowiada polityk KO.

Magdalena Środa, Henryka Bochniarz proponowały Schetynie, że włączą ich środowiska w kampanię. Nic z tego nie wyszło.

Na starcie liderzy deklarowali: cała partia bierze się do roboty. Mała aktywność była głównym zarzutem od kampanii europejskiej. Teraz miała rządzić zasada: „Wszystkie ręce na pokład”.

Już na początku kampanii okazało się, że nie wszystkie. – Niektórzy kandydaci nie chcieli zbierać podpisów pod swoją kandydaturą. Wpadali na chwilę z 30 podpisami rodziny i zostawiali wolontariuszy samych – opowiada „Wyborczej” wolontariusz współpracujący ze sztabem KO. – Dawali do zrozumienia, że „ktoś tak znany jak ja” nie będzie przecież stał na ulicy.

Byli też kandydaci obrażeni. Wypadli poniżej oczekiwań, więc nie mieli ochoty zbierać podpisów.

Wolontariusze zostali sami

– Ale ci, którzy umieli wyjść do ludzi, dostali premię: Katarzyna Lubnauer – około 30 tys. głosów, Kamila Gasiuk-Pihowicz – prawie 35 tys., debiutujący Tomasz Zimoch – prawie 48 tys. – słyszymy.

Twitter PO pękał od zdjęć kandydatów krążących po bazarach, ściskających dłonie na ulicach. Uśmiechnięci, zadowoleni. Ale działo się różnie. Bez drobiazgowej strategii kandydaci działali na własną rękę, zwykle bez pomocy finansowej i organizacyjnej. – Kandydat jechał na spotkanie w terenie, a tu nie ma żadnego z lokalnych działaczy PO. Gdyby nie wolontariusze, nie miałby żadnego wsparcia – opowiada „Wyborczej” osoba startująca do Sejmu.

Eksperci zauważają, że KO położyła kampanię w sieci. – Ich strona na FB była martwa, a koalicja z partią, która ma w nazwie słowo „nowoczesność”, nie miała prawa być tak nienowoczesna. Koalicja miała niezłą stronę z kandydatami, ale nie potrafiła ludzi na nią doprowadzić. Sztab nie wykorzystał mediów społecznościowych. A to jeden z najtańszych sposobów przekonywania młodych.

Sztab nie przygotował też niczego mocnego na koniec, a jest to standard każdej kampanii. Czegoś, co wyborcy na długo by zapamiętali, np. jakiś emocjonalny klip. – To pomogłoby zminimalizować straty, jakie ponieśliśmy po wystąpieniu Lecha Wałęsy na konwencji i ujawnieniu taśm Neumanna – twierdzi kandydat KO.

Padł mit Schetyny

Na początku września Schetyna zdołał zaskoczyć PiS: kandydatką KO na premiera jest Kidawa-Błońska. Zrobił z niej liderkę kampanii. Ale politycy KO mówią, że zagrało to w Warszawie, gdzie Kidawa-Błońska zdobyła ponad 400 tys. głosów. Zabrakło czasu, by zmobilizowała kraj. – Idea świetna, ale budowania polityka w nowej roli nie zaczyna się na chwilę przed wyborami. Kidawa-Błońska powinna być promowana od miesięcy, ściskać ręce, spotykać się z liderami opinii, a nie widziałem jej na kongresie w Krynicy – mówi osoba związanaz PO.

Sztabowiec od Brejzy: – Ludzie przewodniczącego PO pracowali z kilkoma specami od kampanii, nie bywaliśmy na tych spotkaniach. Mieli badania, ale ich nie dostaliśmy. Wiedzieliśmy ogólnie, że Schetyna jest słabo odbierany. Może nie chcieli, żebyśmy widzieli jego problem wizerunkowy? Nie mam pojęcia. W sprawie marszałek Kidawy-Błońskiej nie było konsultacji ze sztabem, wspólnej szerszej akcji. Zdecydował Schetyna, my zostaliśmy poinformowani.

Pytamy Mariusza Witczaka, czy wpływał na sztab. – Ja? To kłamstwo.

Piotr Borys: – W jakiejś części miałem wpływ na sztab, bo jestem szefem biura krajowego i odpowiadam za partyjne eventy. Kampania była poprawna, został zrealizowany plan minimum, czyli 27,4 proc. w wyborach do Sejmu i odebranie Senatu.

Obrońcy przewodniczącego mówią, że przegrali przez d’Hondta, system liczenia głosów premiujący największe komitety. Wyborców opozycji jest o blisko milion więcej. Gdyby więc nie trzy komitety…

– A co mają powiedzieć? Że w KO położyli kluczową kampanię? – zżyma się polityk opozycji.

– Za czasów Sławka Nowaka w sztabie było łóżko polowe, bo pracowaliśmy non stop. Teraz sztab nie spotykał się nawet dwa razy dziennie – mówi inny. – Dla mnie padł mit Schetyny jako świetnego organizatora.

Cztery hasła, i to słabe

Jeden z fundamentalnych błędów marketingowych to aż cztery hasła, i to przy kampanii rekordowo krótkiej: „Jutro może być lepsze”, „Uzdrowimy Polskę”, „Współpraca, nie kłótnie”, „Silni razem”. Efekt? Dezorientacja. Na konwencji w połowie lipca Koalicja wysunęła hasło „Uzdrowimy Polskę”, potem na banerach i plakatach uwodziła wyborców sloganem „Jutro może być lepsze”, ale na Facebooku hasło Małgorzaty Kidawy-Błońskiej głosiło: „Współpraca, nie kłótnie”.

Pozbawiony władzy sztab oganiał się od wszystkich, którzy chcieli pomóc. Władysław Frasyniuk opowiada „Wyborczej”, że sam się zgłaszał. Nie chcieli. Podsyłał sztabowi ludzi, którzy mieli pomysły, czas i którym się chciało walczyć o zwycięstwo. Sztab nie był zainteresowany.

Z naszych informacji wynika, że już na początku rządów PiS w 2016 r. w Platformie istniał plan spójnej strategii na cztery elekcje – samorządową, europejską, parlamentarną i prezydencką. Wszystkie kampanie łączyło jedno hasło z lekką modyfikacją zależną od rodzaju wyborów. Kolejne kampanie miałyby własne tematy, które potem można zebrać w całość, pokazać program i wartości, do których PO przekonuje Polaków w każdych wyborach.

Latem 2018 r. spisaną strategię na cztery kampanie wyborcze dostał do ręki Schetyna. Pochwalił, ale szybko odłożył na półkę. Żaden z jego współpracowników nie potrafi wyjaśnić dlaczego.

Kim są Borys, Tyszkiewicz i Witczak?

Piotr Borys, człowiek z wrocławskiego matecznika przewodniczącego, w PO zrobił błyskotliwą  karierę od asystenta, przez wicemarszałka Dolnego Śląska, eurodeputowanego, doradcę od dyplomacji samorządowej w czasach,  gdy Schetyna rządził MSZ.

O Robercie Tyszkiewiczu mówią w PO: „od zawsze schetynowiec”, sekretarz generalny PO, baron na Podlasiu, w 2015 r. kierował sztabem wyborczym Bronisława Komorowskiego.

Mariusz Witczak, skarbnik PO, od 2016 r. trzyma partyjną kasę i na co dzień jest najbliżej przewodniczącego. Z tego, co słyszymy, to on miał najwięcej do powiedzenia. Ludzie od Brejzy opisują: – Rano sztab podejmował decyzje, po południu Witczak je blokował.

Przykład – akcja lekarzy, którzy mieli specjalnymi autobusami ruszyć w Polskę. Koalicja mogła zarobić na tym kilka punktów, bo zapaść w służbie zdrowia  to temat nośny i niewygodny dla PiS.  – Witczak akcję odwołał – opowiadają nam członkowie sztabu.

Władysław Frasyniuk: partia przegrała, obywatele nie zawiedli

– Koalicja Obywatelska nie zrobiła porządnej kampanii wyborczej. Znowu. Ale obóz anty-PiS zgarnął blisko milion głosów więcej. To fenomen – mówi „Wyborczej” Władysław Frasyniuk. – Widzę trzy przyczyny. Po pierwsze, Nobel dla Tokarczuk to był największy zastrzyk adrenaliny, żaden polityk nie potrafi tak opowiadać o współczesnym patriotyzmie jak ona. Po drugie, niebywałe zaangażowanie twórców i celebrytów, w tym raperów, co miało znaczenie zwłaszcza dla młodych. Po trzecie, zawsze można liczyć na Kaczyńskiego, który swoimi planami wykreowania nowego człowieka i napiętnowania wrogów zmobilizował wielu Polaków.

W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.

Wiodącym hasłem kampanii wyborczej PiS była WIARYGODNOŚĆ. Sformułowanie to tak bardzo spodobało się rządzącym, że używają go do dzisiaj przy każdej okazji. Wiarygodny zatem jest dla nich prezes, prezydent, premier i cała partia władzy, która dzięki wiarygodności właśnie wygrała wybory do Sejmu (w odróżnieniu od opozycji, która wiarygodności nie ma za grosz, a jednak odbiła Senat). Słowo „wiarygodność” wypowiadane jest przez funkcjonariuszy partii władzy ze śmiertelną powagą i namaszczeniem dowodzącym, że tej definicji nauczyli się na pamięć. Tymczasem nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że sformułowanie „wiarygodność PiS” to tylko przygodna koincydencja dwóch słów, z których pierwsze pochodzi ze słownika języka obcego całkowicie funkcjonariuszom Prawa i Sprawiedliwości. „Wiarygodny PiS” brzmi równie żartobliwie jak przypadkowe zbitki słów: „demokrata Kaczyński”, „praworządny prezydent Duda”, „prawdomówny premier Morawiecki”, czy „uczciwy najwyższy kontroler Banaś”.

Lista niezrealizowanych zapowiedzi Kaczyńskiego jest równie długa jak spis jego niezapowiedzianych i niespodziewanych realizacji, demolujących państwo bez upoważnienia wyborców ani konstytucji.  Szczególarze obliczyli, że wszystkich publicznych obietnic prezesa i jego dworu padło już prawie dwieście, a wykonano ledwie kilkanaście, w tym część jest dopiero „w trakcie” . Pozostałe są bez szans. Wyborcy wybaczali dotąd rządzącym rozmaite fantasmagorie, choć z trudem łykali wyjaśnienie, że realizację obietnic blokuje totalna opozycja, jakby w państwie PiS opozycja miała cokolwiek do gadania. Wygląda jednak na to, że mimo sowitych transferów socjalnych tolerancja wyborców powoli się wyczerpuje. Sam prezes przyznał w pierwszym powyborczym komentarzu, że jego partia przelicytowała, że w porównaniu z nakładem i kosztem kampanii wynik powinien być dużo lepszy.

Kaczyński sprawia wrażenie jakby wpadł w lekki popłoch. Przed wyborami gotów był obiecać Polakom gwiazdkę z nieba za większość konstytucyjną, która zapewniłaby mu pełnię autokratycznej władzy, uwalniając jednocześnie od konieczności realizowania nierealnych zobowiązań – na wzór kierownika szatni, który powinien mieć twój płaszcz, ale go nie ma i co mu zrobisz.  Po wyborach to marzenie prysło, prezes wbrew swej naturze musi być znowu sympatyczny i koncyliacyjny. W obawie, że nie zdąży dokończyć zawłaszczania Polski, zanim Unia całkiem straci cierpliwość, zmuszony jest teraz apelować do „wściekłej opozycji” o zgodę, kompromis i wspólną pracę nad ustawami „dobrej zmiany”. Przywykły, że do jego partii garną się tłumnie politycy skuszeni stanowiskami i apanażami, które ludziom PiS po prostu się należą, musi teraz żmudnie i z marnym dotąd skutkiem poszukiwać dwóch brakujących senatorów podatnych na korupcję. Co gorsza – wbrew swemu głębokiemu przekonaniu, że demokracja jest zjawiskiem mocno przereklamowanym – Kaczyński zmuszony został nawet do deklaracji, że teraz „będziemy musieli postępować zgodnie z prawem!”. Z pewnością wiarygodności mu to nie poprawiło.

A to dopiero początek. W najbliższym czasie można się spodziewać serii testów na wiarygodność Prawa i Sprawiedliwości. Jednym z nich jest budżet – zdaniem premiera sensacyjny na europejską skalę, bo po raz pierwszy wydatki i wpływy zbilansują się tam co do złotówki.  Premier nie byłby Mateuszem Morawieckim (i odwrotnie), gdyby nie nagiął rzeczywistości w kierunku oczekiwanym przez prezesa Kaczyńskiego. Bo po pierwsze jakaż to sensacja, jeśli większość krajów unijnych pochwalić się może zrównoważonym budżetem, a czternaście państw miało nawet budżetową nadwyżkę? A po drugie i przede wszystkim – wizja „zero zadłużenia” jest tylko przedwyborczą projekcją, bo na sto procent w przyszłym roku polski budżet będzie na minusie. Chyba że Kaczyński wycofa się z obietnic, którymi w ostatniej chwili starał się kupić konstytucyjną większość.

Już nie tylko przewidywania, ale twarde fakty dowodzą, że kończy się okres światowej prosperity. Unia rozważa dalsze ograniczenie już wcześniej zmniejszonego budżetu. I trudno oczekiwać jakichś specjalnych względów dla Polski, skoro nasza dyplomacja nie ma dobrej odpowiedzi na pytania o praworządność, już prawie na pewno powiązaną z wypłatami dotacji. Jak można liczyć na powtórzenie sukcesu negocjacyjnego Platformy w poprzednim rozdaniu, jeśli rząd PiS – zamiast prezentować potrzeby i pozytywne skutki zwiększenia dotacji – jedynie powtarza jak mantrę: „płaćcie więcej, bo nam się należy!”. Wszystko wskazuje na to, że pieniędzy z Unii będzie mniej, niż oczekiwał premier Morawiecki, który w dodatku założył, że światowe spowolnienie gospodarcze nie dotyczy polskich firm, bo nasz przemysł będzie się rozwijał nawet szybciej niż dotąd i do budżetu wpłynie o 5 miliardów więcej w podatku CIT. A na dokładkę – spytać trzeba czy jeśli PiS uchwalił skokowe podwyżki wynagrodzeń, to przedsiębiorstwa będą zwiększać produkcję i inwestować – czy raczej hamować, zwalniać ludzi i oszczędzać?

Jeszcze bardziej spektakularną hucpą niż dochody są budżetowe wydatki.  W zrównoważonym rzekomo budżecie nie ma śladu po dziesięciu miliardach niezbędnych na wypłatę trzynastej emerytury w marcu przyszłego roku, nie wspominając o trzynastej i czternastej emeryturze w roku kolejnym. Nie ma też śladu „piątki Morawieckiego” – obietnicy wsparcia małych i średnich firm za ok. pięć miliardów rocznie. Nie ma też ani grosza na „szybką i znaczącą poprawę” funkcjonowania służby zdrowia. Tych wydatków (i kilku innych, wynikających z obietnic rzucanych bez opamiętania) ukryć się nie da. Zaoszczędzić też nie ma na czym, bo zamiłowanie obecnie rządzących do luksusów jest nieodwracalne, a po wyborach jeszcze przybyło oczekujących na intratne posady, apanaże, wypasione samochody, służbowe wycieczki turystyczne po świecie, a także przybyło krewnych, zatrudnianych na stołkach mnożonych ponad rozsądek i potrzeby. Nie da się również dokonać przesunięć w budżecie, bo wszystkie jego sektory i tak już ledwo się spinają, wiązane na drucik, gumkę i słowo honoru premiera.

Kaczyński ogłosił, że nasza gospodarka ma się tak świetnie jak nigdy dotąd oraz że PiS posiada najlepszą kadrę zarządzającą i dysponuje nową elitą ekonomistów, o których opozycja może tylko pomarzyć. Wiarygodność takiej opinii weryfikuje nie tylko niewiarygodny budżet, ale również zagrożona ocena ratingowa Agencji Moody’s, która dostrzega i budżetowe dziury, i kryzys w stosunkach z UE, i zawłaszczanie sądownictwa przez partię rządzącą, a także tromtadrackie przechwałki ojca, wujka i szwagra narodu. Ciekawe, że 11 października, tuż przed wyborami, Ministerstwo Finansów informowało, że agencja Moody’s wcale nie dokonała rewizji ratingu Polski i nie opublikowała żadnego raportu na temat Polski, a PAP zawiadomił, że  „ocena ratingowa Polski pozostała niezmieniona na poziomie A2/P-1 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej i krajowej z perspektywą stabilną”.

PiS sam zapędził się do narożnika. Albo nie zrealizuje obietnic wsparcia zamierzeń i tych grup ludzi, którym obiecał konkretne pieniądze w ustalonym czasie, albo nie dotrzyma najważniejszej obietnicy – że wszystkie plusy rozdawane Polakom przez Kaczyńskiego nie grożą zapaścią kraju na wzór grecki. Warto pamiętać, że w Grecji przed kryzysem mówiono ludziom dokładnie to samo, co PiS mówi Polakom: że jest dobrze, że się należy, że zasługujemy na więcej, że damy radę i że wystarczy nie kraść.

Prokurator stanu wojennego Piotrowicz kończąc swoją karierę poselską radośnie oznajmił zdumionym dziennikarzom: „- Przeszłość mam piękną!”. W polskiej praktyce parlamentarnej coraz częściej rzeczywistość kreowana jest oświadczeniami i uchwałami, jakby rozmaite niedomogi życia publicznego można było uleczyć ustawami nakazującymi likwidację problemu . W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.  Gdy państwo PiS zacznie się sypać, gdy już nie da się ukryć niekompetencji rządzących, gdy obietnice wyborcze dla wszystkich okażą się oszustwem i nie będzie już wątpliwości, że król (i naród) jest goły – wtedy pozostanie tylko przegłosować w parlamencie, że po pierwsze Polska ma się znakomicie, a po drugie – że uczciwość i prawdomówność PiS oraz wiarygodność ich przedstawicieli nie budzą najmniejszych wątpliwości.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Szwedzka Akademia Nauk doceniła Olgę Tokarczuk  za „narracyjną wyobraźnię, która wraz z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Jak relacjonuje RMF FM Classic, pisarka w trakcie poniedziałkowego spotkania z czytelnikami zdradziła, że już od dłuższego czasu pracuje nad kolejną powieścią:

Mam rozpoczętą nową książkę, tylko od jakiegoś czasu nie mam kiedy do niej wrócić; ta książka wszystkich zaskoczy.

Jak nas zaskoczy? I na to miała gotową odpowiedź:

Na poziomie literackim, głębokiego kontekstu literackiego, do którego ta nowa książka nawiązuje.

Wiemy także, że premiera najnowszej powieści jest zaplanowana na przyszły rok, prawdopodobnie odbędzie się jesienią.

Setki ludzi pod wrocławskim Narodowym Forum Muzyki. To kolejka po wejściówki na spotkanie z Olgą Tokarczuk

Jak z kolei relacjonuje Onet, pisarka ma też obawy, że czytelnicy będą mieli „niesamowite oczekiwania” wobec jej kolejnych powieści. Także do samego Nobla ciągle podchodzi z rezerwą:

Cieszę się, że dostałam tę nagrodę jako osoba młoda i mogę jeszcze porządzić. (…) Nie mogę ciągle powiedzieć o sobie „noblistka” – to dla mnie ciągle Wisława Szymborska.

Olga Tokarczuk na pierwszej konferencji prasowej, która odbyła się po ogłoszeniu, że zdobyła Nobla, tłumaczyła dziennikarzom, dlaczego literatura jest dziś potrzebna:

Ja uważam, że powieść jest jednym z największych wynalazków człowieka, być może porównywalnym do wynalezienia koła albo maszyny parowej. Bo jest to bardzo wyrafinowany sposób komunikacji międzyludzkiej. Taki, który nie opiera się na przekazywaniu wprost informacji o jakichś faktach, ale komunikuje nas na dużo głębszym poziomie.

Co najważniejsze:

A przede wszystkim uczy nas empatii. Dzięki powieści możemy przez jakiś czas w swoim życiu żyć życiami innych ludzi. Stać się po prostu kimś innym i popatrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy.

Nic dziwnego, że jej zdaniem powieści wcale nie odchodzą do lamusa:

I nie wierzę w koniec powieści, ja myślę, że powieść po prostu zmienia formę. Ta forma się dostosowuje do współczesnego czasu, do tempa życia, do wrażliwości. (…) Od kiedy wynaleźliśmy już tę powieść jako społeczeństwo czytające, (…) to ona przetrwa, tylko musimy szukać nowych form powieści.

Zwróciła uwagę, że sama podjęła taką próbę. „Jedną z takich prób, na którą ja się odważyłam to byli właśnie „Bieguni”, czyli szukanie opowiadania o tym, co nas otacza, o tym, jak my w tym istniejemy, ale na innych zasadach, w inny sposób. Wtedy wymyśliłam sobie tę powieść konstelacyjną i jeżeli mogę dobrze ocenić powodzenie tej powieści, to zdaje się, że ta forma działa”. I jak potwierdziła w poniedziałek, takiej nowatorskiej formy możemy się spodziewać po jej następnej książce.

Kaczyński będzie premierem, gdyby PiS miało wygrać wybory

28 Sier

120 tys. zł – tyle właśnie wynosi koszt postawienia stoiska podczas pikniku Rodziny Radia Maryja w Toruniu. Taką kwotę na trwającą kilka godzin imprezę przeznaczyło Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej – dowiedział się onet.pl.

To już jedenasta edycja pikniku Radia Maryja. Odbędzie się on 7 września pod hasłem „Dziękczynienie w Rodzinie”. I to podczas takiej właśnie imprezy resort zamierza promować… unijny program „Rybactwo i morze” na lata 2014-2020. To, że Toruń dzieli od morza 179 km też nie ma znaczenia dla resortu kierowanego przez Marka Gróbarczyka.

„Państwowe pieniądze, żeby na jakimś świętym pikniku się pokazać…”; – „Wypromować program na lata 2014-2020. Po co promować taki program? Przecież on już się kończy!”;

„Znając pisowskie „umiejętności i możliwości” mogliby przecież za 120 tysięcy naszych, czyli podatników złotych promować rybactwo i morze na lata 1947-1953”; – „A czy Ministerstwo Sprawiedliwości też będzie miało tam stoisko? Z łatwymi do złożenia nawet dla seniora zestawami „Trollownia dla każdego” – komentowali internauci.

„Mam wrażenie, że zaczynamy żyć w państwie, które jest zbudowane na potrzeby pewnej grupy. We Włoszech nazwaliby to mafią. Minister Ziobro mówi „mieliśmy rację, że to środowisko, które chcieliśmy zreformować okazało się zdemoralizowane i ci sędziowie, którzy z nami współpracowali też są zdemoralizowani”.

Jest dokładnie odwrotnie. Ci ludzie dlatego współpracują z Ziobrą, że przez środowisko sędziowskie byli eliminowani jako nieudacznicy, jako ludzie nieetyczni, jako ludzie, którzy mieli jakieś wady charakteru, które powodowały, że nie byli w stanie być dobrymi sędziami. Z tego powodu zaczęli współpracę z PiS-em, licząc na to, że uzyskają karierę i ją uzyskali” – powiedział Roman Giertych w TVN 24.

Dodał, że jeśli Ziobro nie wiedział o akcji szkalowania niektórych sędziów przez pracowników resortu sprawiedliwości, to powinien odpowiedzieć za to, że mianował niewłaściwych ludzi.

Odniósł się do apeli wielu środowisk o zdymisjonowanie Ziobry po ujawnieniu afery hejterskiej w kierowanym przez niego resorcie. – „Jarosław Kaczyński nie może odwołać pana Ziobry, dlatego, że ten układ jest pozamykany. Wyciągnięcie jednego poważnego klocka może spowodować efekt domina.  To jest klocek „Zbigniew Ziobro” i cztery lata w Ministerstwie Sprawiedliwości, wszystkie informacje ze wszystkich ważnych postępowań, które do niego trafiały. Liczą się informacje, które on posiada i możliwości, które są związane z tymi informacjami” – stwierdził Giertych.

Poruszona została też kwestia niewszczęcia przez prokuraturę postępowania w sprawie zawiadomienia Geralda Birgfellnera. Austriacki biznesmen twierdzi, że został oszukany przez prezesa PiS, bo nie otrzymał wynagrodzenia za pracę przy projekcie budowy dwóch wieżowców na działce zajmowanej przez związaną z PiS spółkę Srebrna. Od złożenia tego zawiadomienia minęło ponad pół roku. Prokuratura nie przesłuchała nikogo poza Birgfellnerem. Nie zabezpieczono też żadnych dowodów. Na pytanie: – „Kto decyduje, czy i kiedy przesłuchać Jarosława Kaczyńskiego”, Giertych odpowiedział krótko i dosadnie: – „On”.

Nie tylko taka, jakiej nie było w Polsce od kilkudziesięciu lat, ale taka, jakiej nie było również w żadnym kraju Unii. Nigdzie nie zdarzyło się, żeby szajka złożona z urzędników państwowych, celowo i systemowo nękała i niszczyła ludzi za to, że krytykują władzę.

Ale oprócz afery w Ministerstwie Sprawiedliwości jest jeszcze coś – to nękanie. To nie jest pierwsza sprawa tego typu, choć słuchając komentarzy w mediach, można by tak pomyśleć. Prawda jest taka, że atakowanie i oczernianie ludzi, łamanie karier i rujnowanie życia osobistego Prawo i Sprawiedliwość przekształciło w regularną metodę walki z krytykami i przeciwnikami politycznymi.

Ponieważ zbyt wielu dziennikarzy i polityków zdaje się mieć pamięć złotej rybki, pozwólcie, że przypomnę. Towarzystwo Dziennikarskie policzyło dziennikarzy zwolnionych z pracy, głównie, choć nie tylko z TVP, za krytykę rządu. Wiecie, że tylko w 2016 roku było ich ponad 100 – wszyscy za krytykę rządu? Na niektórych trzeba było robić zbiórki, bo stracili pracę z dnia na dzień, mając rodziny, dzieci i kredyty do spłacenia i gdyby nie pomoc kolegów, ich sytuacja byłaby bardzo ciężka.

Pamiętam rozmowy, jeszcze na antenie Superstacji, z sędzią Waldemarem Żurkiem, który opowiadał, jaką gehennę mu zgotowano, jak CBA wpadało na posiedzenia sędziów rzekomo po to, żeby poprosić sędziego o jakieś wyjaśnienia – tyle, że były to sprawy tak błahe, że można by je spokojnie wyjaśnić, wzywając go do CBA, a nie próbując zastraszyć jego samego i jego środowisko.

Pamiętam zatrzymywanie i legitymowanie ludzi, których jedyną winą było wejście na spotkanie z politykiem PiS i zadawanie niewygodnych pytań. Szarpanie ludzi podczas protestów przed Sejmem, absurdalne miesięcznice, w czasie których policja była agresywna wobec ludzi, którym się one nie podobały. Kobiety skazane za puszczanie baniek mydlanych podczas wystąpienia rasisty i nacjonalisty Międlara, którego nienawistne i antysemickie hasła policji nie przeszkadzały, choć są złamaniem prawa i są w Polsce penalizowane. Spoliczkowanie „Rudej”, po której wielu sympatyków PiS uznało, że „się jej należało”. Regularne, porównywalne z faszystowskimi gadzinówkami, uporczywe szczucie najpierw na prezydenta Pawła Adamowicza, później na Aleksandrę Dulkiewicz, teraz na Krzysztofa Brejzę. Wieszanie na szubienicy wizerunków europosłów PO, które pisowska prokuratura uznała za „wyrażanie poglądów”. Skopanie dziewczyny na marszu nacjonalistów, które także uznano za „wyrażanie poglądów”. Akty agresji na marszach równości w Płocku i Białymstoku. Nękanie Obywateli RP. Że nie wspomnę o atakowaniu i oszczerstwach w prorządowej prasie na każdego, komu nie podoba się cokolwiek, co robi PiS.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, ale sami Państwo znają to doskonale. Afera Ziobry jest wielka i wyjątkowa przez fakt, że zamieszani są w nią urzędnicy państwowi, wiceminister i sędziowie Sądu Najwyższego oraz pisowskiej neo-KRS, ale nie jest wyjątkowa ze względu na metodę działania. Wręcz przeciwnie, jest bardzo typowa dla tej partii.

Wielu ludzi przymykało na to oczy, bo te różne sprawy były rozproszone i nie działy się od razu, tylko w pewnych odstępach czasu, przez co nie były tak uderzające, w przeciwieństwie do szajki działającej w rządzie, niemniej są faktem. To nie jest odosobniony wypadek przy pracy, to jest celowo i świadomie stosowana metoda. I jeśli dłużej będziemy na to pozwalać, poniesiemy tego bardzo bolesne konsekwencje.

Więcej komentarzy Elizy Michalik w wersji Video na YouTube  – Eliza Michalik

– Nie ma żadnych dowodów na to, że minister Ziobro wiedział o tym procederze, wiedział o czymś takim, co się tam miało dziać – powiedział premier Mateusz Morawiecki, komentując aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości.

– W dużej bardzo instytucji, tam gdzie są tysiące ludzi, dziesiątki tysięcy ludzi, nie zawsze jest pani w stanie jako szefowa tej instytucji (…) określić w którym miejscu się dzieje coś złego. Trzeba po prostu wyciągać konsekwencje – mówił Morawiecki w rozmowie z Anitą Werner w TVN24.

Komentując sondaże dotyczące dymisji Zbigniewa Ziobry szef rządu wykluczył w tym momencie taką możliwość. – Będzie postępowanie sprawdzające. Będą podjęte odpowiednie kroki, będę podjęte odpowiednie decyzje. Teraz na razie trzeba wyjaśnić – przekonywał. – Pan minister Ziobro powiedział, że wyłączy się z tej sprawy – zaznaczył, oceniając, że rząd zareagował we właściwy sposób.

– Z tej sprawy zostały wyciągnięte konsekwencje. Jeżeli się będą pokazywać fakty dotyczące innych osób zamieszanych w tę sprawę, w tę niedobrą, brudną sprawę, to oczywiście będą wyciągnięte również konsekwencje – zastrzegł.

Morawiecki był pytany w TVN24 także o to, kto będzie szefem rządu, jeśli Prawo i Sprawiedliwość ponownie wygrywa wybory parlamentarne. – Skupiamy się teraz na tym, żeby rzeczywiście te wybory wygrać, bo trzeba z pokorą powiedzieć, że przeciwnik jest bardzo silny i my szanujemy wszystkich naszych konkurentów politycznych – odpowiedział premier.

– A jeżeli Prawo i Sprawiedliwość wygra i będzie miało większość parlamentarną – co mam nadzieję, że nastąpi, bo pokazujemy, że można łączyć politykę społeczną z polityką rozwojową i ze zrównoważonym budżetem – to wtedy kierownictwo polityczne podejmie odpowiednie decyzje w swoim czasie – mówił szef rządu.

– Dzisiaj nie ma decyzji, co będzie po wyborach, ponieważ wtedy jeszcze werdykt swój dopiero wydadzą wyborcy i odpowiednie decyzje zapadną w kierownictwie politycznym, tak jak to się odbywa we wszystkich krajach na całym świecie, we wszystkich partiach – mówił Morawiecki. Pytany o to, czy lepszym szefem rady ministrów byłby on, czy prezes PiS Jarosław Kaczyński, Morawiecki stwierdził, że ten drugi „byłby znakomitym i najlepszym premierem”. – Pokazał zresztą to, jak był premierem (w latach 2006-2007 – red.) – ocenił. – Jestem przekonany i pewny o tym, że tutaj pan prezes byłby lepszym premierem – podsumował Mateusz Morawiecki.

Mafijne państwo Corleone Kaczyńskiego. Z życia pasqud 31

26 Lip

„Mija pół roku od złożenia przez G. Birgfellnera zawiadomienia w spr. oszustwa. Do dziś nie wszczęto śledztwa, ani nie przesłuchano nikogo poza pokrzywdzonym. Nie zabezpieczono też żadnych dowodów. Ta sprawa na zawsze będzie stanowić plamę na honorze polskiej prokuratury” – przypomniał na Twitterze Roman Giertych, pełnomocnik austriackiego biznesmena.

Birgfellner twierdzi, że został oszukany przez prezesa PiS, bo nie otrzymał wynagrodzenia za pracę przy projekcie budowy dwóch wieżowców na działce zajmowanej przez związaną z PiS spółkę Srebrna.

Zawiadomienie Birgfellnera zostało złożone w prokuraturze pod koniec stycznia tego roku, więc wszelkie przewidziane prawem terminy, dotyczące rozpoczęcia przez prokuraturę postępowania lub umorzenia sprawy, już dawno zostały przekroczone. Cóż, Jarosław Kaczyński jeszcze w marcu podczas wywiadu dla RMF FM zadekretował: – „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma”.

„Jak można wszczynać śledztwo w sprawie naczelnika państwa, chodzącego kryształu, lekko tylko przysypanego łupieżem, krynicy mądrości i uczciwości? Nie po to przejął wymiar sprawiedliwości i służby, żeby go straszyć jakimiś śledztwami”; – „Bo w republice bananowej „władcuf” się nie przesłuchuje”; – „Trzeba czekać, do wyborów Ziobro tego nie tknie” – komentowali internauci.

Ja, Gdańszczanin (ur. 6 października 1953 roku w szpitalu przy ulicy Kartuskiej), zwracam się z uprzejmą prośbą do wszystkich Gdańszczan w Polsce i na całym świecie, abyśmy jednym, wspólnym czynem, raz na zawsze WYŁĄCZYLI W SWOICH TELEWIZORACH PROGRAMY TELEWIZJI POLSKIEJ” – napisał na Facebooku Jerzy Owsiak. To jego reakcja na „Obrzydliwy atak w „Wiadomościach” TVP na opozycję i prezydent Gdańska Aleksandrę Dulkiewicz”.

Szef Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z pełną mocą skrytykował ten materiał. – „Telewizja Polska rozpoczęła kampanię nienawiści w stosunku do Pani Prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz i generalnie w stosunku do Gdańszczan. Wydaje mi się nawet, że nie powinienem napisać „Telewizja rozpoczęła”. Bardziej pasuje określenie, że na moment, po tragicznej śmierci Prezydenta Adamowicza, trochę „przyhamowała”, aby teraz ruszyć z jeszcze większą mocą propagandy, która o dziesięć długości wyprzedziła tą PRL-owską z Dziennika Telewizyjnego. Jak można powiązać zabytkowy tramwaj z Wolnego Miasta Gdańska z nazistowskimi ideami sugerując, że uruchamiając ten piękny pojazd pragniemy tej nazistowskiej rzeczywistości?” – pytał Owsiak.

Przypomniał m.in., że 3 lata temu wymazano serduszko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy naklejone na kurtce gościa programu TVP. – „Jesteście telewizją polityczną, jednokierunkową i w żaden sposób nie próbujecie uspokajać polskich nastrojów, wręcz przeciwnie – napuszczacie ludzi na siebie, często mijacie się z prawdą, dyskredytujecie, zniesławiacie, a czasem, jak w przypadku Gdańska, robicie rzeczy podłe. Gdańszczanie, gdziekolwiek jesteście w Polsce i na świecie – trzymajmy się razem, wspierajmy Panią Prezydent Aleksandrę Dulkiewicz, która tak jak jej poprzednik pragnie, aby Gdańsk był miejscem radosnym, kolorowym, wspaniałym, pełnym przyjezdnych, którzy podziwiają jego architekturę oraz fantastyczny klimat. Nie dajmy sobie tego odebrać!!!” – zaapelował szef WOŚP. Pod postem Owsiaka pojawiły się podziękowania od prezydent Gdańska. – „To jest ta solidarność codziennie, której wiem, że pragniesz Ty, bardzo pragnął jej mój Szef Paweł Adamowicz i to jest także moje marzenie… Nie damy sobie odebrać takiego myślenia o Gdańsku!” – napisała Aleksandra Dulkiewicz.

“Ty ziom, obczaj jaka się awantura zrobiła. Idę se bulwarem przy Trzebnickiej, a tu jakiś lewak ze swoją laską jadą rowerami. Pedałowali (wiadomo, jak to lewactwo, gender LGBT i inne dewianty) powoli, więc podsłuchałem o czym gadali. I słyszę, że temu lewakowi (bo wiadomo, że to lewak) nie podobają się wpisy na murze o inwazji zboczeńców i pederastów, którzy chcą dzieci adoptować, by je następnie gwałcić. Przecież nasze dzieci trzeba przed nimi chronić, co nie? Bo to lewactwo się panoszy, zagraża polskiej rodzinie i tradycji, bo LGBT+ to zło wcielone i pedofile. No to stwierdziłem, że mu zajebie. A co, w końcu jestem u siebie.

Normalnie to bym w pojedynkę nie zaczepiał, wiesz jak jest, ale po ostatnich wydarzeniach z Białegostoku wiem już, że władzę mamy po swojej stronie. Pały w niebieskich uniformach tylko pozorują działania przeciwko nam, a my przecież rośniemy w siłę. Najwyższa pora to pokazać i bić mordę każdego, kto wygląda na lewaka. Nawet profilaktycznie i prewencyjnie. Wiesz, wsłuchiwałem się w głosy polskich biskupów i wychodzi na to, że realizujemy boski plan pozbycia się zagrożenia dla tradycyjnego, katolickiego modelu społeczeństwa. Zobaczysz, nic mi nie zrobią, a u ziomali zyskam większy szacunek. W końcu właśnie pokazałem, że można lewaka pobić w biały dzień, złamać mu nos, zwyzywać, a nikt w zasadzie nawet nie zareaguje. Policja niby przyjęła zgłoszenie, ale w końcu poudawać muszą, że z góry nie mają przykazu odpuszczania nam takich wybryków. To co? Jutro też idziemy zapolować na lewactwo? Teraz to już z górki”.

Drodzy czytelnicy, najwyższa pora bić na alarm, bo radykalni bojówkarze z katoprawicy, wsparci chórem hierarchów kościelnych i milczącą aprobatą polityków partii rządzącej podnieśli już łby bardzo wysoko i zaczynają traktować siebie jako armię, realizującą naczelne zadanie państwa, czyli tępienie odmienności od ich wykrzywionego modelu społeczeństwa. Cytat powyżej jest oczywiście zmyślony, ale nietrudno przewidzieć, że właśnie tak pewien prawicowy bojówkarz dziś wieczorem przy browarze chwalił się kolegom z oenerowskiej brygady. Czują się silni, bo państwo zdezerterowało z obszaru walki z patologiami, zwłaszcza tymi w brunatnych odcieniach. Zaostrzanie konfliktu to woda na młyn partyjnej propagandy PiS i najskuteczniejsze narzędzie mobilizacji własnego elektoratu przed nadchodzącymi wyborami. W 2015 roku straszono uchodźcami, dziś straszy się każdym, kto nie odmawia podstawowych praw obywatelskich osobom z mniejszości seksualnych.

O tym, że zagrożenie jest realne, a neofaszyści i nacjonaliści czują się bardzo silni, przekonał się dziś współpracownik portalu OKO.press Przemysław Witkowski, zajmujący się opisywaniem właśnie kwestii rosnących w siłę środowisk radykalnych we Wrocławiu.

Tak opisuje to zdarzenie on sam:

Obrazki straszne i wywołujące gęsią skórkę. Policja wydała oświadczenie, że sprawca pobicia jest poszukiwany, ale trudno uwierzyć, by robiła to z pełnym zaangażowaniem. Ostatnie lata dobitnie pokazały, że karanie sprawców wieszania na szubienicach wizerunków polityków opozycji, hejterów internetowych czy bandytów ze stadionów i ulicznych kontrmanifestacji, takich jak ostatnio w Białymstoku, to ułuda. Konsekwencji nie ma, bo władza woli żyć z tymi radykałami w zgodzie. Woli ich wykorzystywać do walki politycznej, zaogniać nastroje i prowokować ich do działania.

Jedno jest pewne. Robi się coraz bardziej duszno i coraz bardziej brunatno. Uważaj, co mówisz głośno na ulicy, bo jutro to Ty możesz zostać “naprostowany” przez samozwańczego “prawdziwego Polaka”. To już nie jest czcze gadanie, tylko smutna rzeczywistość.

>>>

Mimo wcześniejszych zaprzeczeń Marek Kuchciński regularnie wozi żonę i dzieci samolotem specjalnym, przeznaczonym dla najważniejszych osób w państwie. Rodzinne loty do domu nazywane są „misją oficjalną”

>>>

– To informacje od urzędników, którzy napisali do mnie, że to, co się dzieje, to absolutny skandal. Bo pan marszałek Kuchciński praktycznie co tydzień lata w celach prywatnych do Rzeszowa rządowym gulfstreamem – mówił w czwartek na konferencji w Sejmie Sławomir Nitras, poseł PO-KO.

I przedstawił dowody na co najmniej pięć lotów marszałka Sejmu w towarzystwie rodziny. To kopie zamówień na „loty specjalne” do dowódcy generalnego rodzajów sił zbrojnych, które odbyły się od 5 stycznia do 5 lipca 2019 r. Składała je Aleksandra Ochmańska, wicedyrektor gabinetu Kuchcińskiego. Za każdym razem podkreślała: „Informuję, że marszałek Sejmu RP Marek Kuchciński zamierza udać się w misji oficjalnej z Warszawy do Rzeszowa, a następnie powróci z wykorzystaniem wojskowego specjalnego statku powietrznego”.

Cóż – parafrazując klasyka – taki katolicyzm, jacy jego biskupi.

Polskę zalewa fala. Fala oświecenia. I tylko patrzeć, jak wszyscy zginiemy w potopie postępu, relatywizmu i tolerancji. Ocean laicyzacji rozlał się po całym kraju i już podchodzi pod mury Częstochowy, o czym świadczy Marsz Równości, który odbył się niedawno u stóp Jasnej Góry.

Kto tak pięknie, metaforycznie i historycznie zarazem, ostrzega przed grożącym Ojczyźnie kataklizmem wolności? Ordynariusz diecezji świdnickiej – biskup Ignacy Dec, który o zagrożeniach racjonalizmu nauczał w obecności ponad stu tysięcy zgromadzonych w Częstochowie Polaków-katolików. Zagłada – mówił biskup – nadchodzi z Zachodu, „wspierana przez zagraniczne ośrodki usiłujące narzucić Polsce neopogańską ideologię gender”. I LGBT, oczywiście. A wszystko to prowadzi do upadku „tradycyjnej rodziny”, a zaraz po niej – Narodu.

Bo – jak logicznie wynikałoby z wywodu kapłana – każdy mężczyzna to potencjalny gej, a dziewczyna – lesbijka, więc od ucieczki spod ołtarza pod tęczowe parasole chronił ich dotąd wyłącznie brak wiedzy na temat prawdziwej orientacji. Toteż pod religijno-społecznym przymusem podejmowali tradycyjne role żon i mężów, matek i ojców kolejnych pokoleń, ale wyłącznie z braku lepszych alternatyw. No, ale teraz, jak już – za sprawą „ideologii gender” – wszyscy odkryją, jak jest naprawdę, Polska zginie marnie. A w zasadzie, to wyginie z braku chętnych do kultywowania tradycji. I z czego wtedy będą budować swoje religijno-biznesowe imperia nasi biskupi?

Toteż z tolerancją nie należy przesadzać. Owszem, w każdym społeczeństwie trafiają się odmieńcy, ale niechby sobie spokojnie kultywowali swoje osobliwe obyczaje we własnych czterech ścianach, zamiast publicznie obnosić się z feminizmem, homoseksualizmem czy legitymacją PO, zboczeńcy jedni. Ale nie – muszą łazić po ulicach i siać publiczne zgorszenie.

Na szczęście dla zgromadzonych w murach, które ostały się już niejednemu potopowi, teraz budujemy w Polsce Polskę tylko dla Polaków. Strefę (przynajmniej w założeniu pewnej gazety, kształtującej opinię wyborców partii rządzącej) wolną od LGBT i innych zboczeń. A już wkrótce, najdalej po wyborach, wolną także od nie-katolików oraz wszelkich typowych dla nich „izmów” i „-cji”, w tym laicyzacji czy merytokracji. Zwłaszcza merytokracji. Bowiem – zdaniem biskupa – najgorsi ze wszystkich wrogów katolicyzmu i Kościoła są nawet nie geje, tylko naukowcy. A to dlatego, że utrwalają dyktaturę racjonalizmu i relatywizmu zarazem, podkopując korzenie prawdziwej wiary. Mówiąc inaczej – zalecają, by przestać wierzyć (biskupom na słowo), a zacząć myśleć. I to myśleć samodzielnie. No, naprawdę…

Na szczęście Polacy, zwłaszcza ci prawdziwi, czyli głosujący na formację pana prezesa, bękartom Oświecenia mówią swoje stanowcze „nie”, w czym wspiera ich wydatnie partia aktualnie rządząca, która promuje jak może właściwe wartości. A w zasadzie to tylko jedną – wierność Kościołowi i jego nauce. Bo jak się tak zastanowić (znów ten przebrzydły racjonalizm), to wrogość wobec wymienionych wyżej – izmów, panująca między Wisłą a Bugiem (oraz w Świdnicy, która leży nieopodal Odry), jest ufundowana na podwalinach chrześcijańskiej wiary właśnie. Z tym, że takiej swojskiej, naszej, rdzennie polskiej, zdecydowanie odmiennej od zachodnich wersji tej religii. Cóż – parafrazując klasyka – taki katolicyzm, jacy jego biskupi.