Tag Archives: Francja

Pisowskie zbaranienie. Prezes między swymi baranami, które trzeba wybielić

13 Gru

Pan prezes ma – jak zawsze – rację. Aferzyści zdarzają się wszędzie. W każdej choćby najporządniejszej i najuczciwszej partii musi się trafić jakaś czarna owca. Takie prawo statystyki.

Ale nie znaczy to przecież, że na tej podstawie można mierzyć polityków i działaczy różnych politycznych opcji tą samą miarą. W formacji aktualnie rządzącej żadnych czarnych owiec wszak nie uświadczy, choćby ze świecą szukał. Pan prezes publicznie dał na to w Jachrance swoje słowo.

Gdzie się podziały w takim razie, owieczki o smolistej wełnie i takimż charakterze? Otóż to oczywista oczywistość, że wszystkie pasą się na polach Koalicji Obywatelskiej. Dobrze się jednak maskują, a część z nich usiłuje się nawet na siłę wybielić. Ale wiadomo, że to bezskuteczne. Partii aktualnie rządzącej i jej zwolennikom nie da się zamydlić oczu, a stado „totalsów”, nawet wymoczone w Vizirze, bielsze i tak już nie będzie!

Wprawdzie wrogowie polskości (czytaj: przeciwnicy partii rządzącej) bezczelnie wmawiają opinii publicznej, że niektóre barany z zagrody pana prezesa też są czarne, co – skądinąd – podpada chyba pod paragraf o szerzeniu nienawiści rasowej i w odpowiednim czasie na pewno zajmie się tym pan minister sprawiedliwości. Bo oczernienie choćby jednej niewinnej pisowskiej owieczki nikomu nie ujdzie bezkarnie.

Ale spokojnie. To wszystko są tylko nieudolne prowokacje, z definicji skazane na klęskę. Już rządzonych twardą ręką przez ministra sprawiedliwości prokuratorów w tym głowa.

Gorzej, że rzucająca się w oczy nieobecność czarnych owiec w stadzie PiS, zaczyna budzić niewygodne pytania, bo jak dotąd nie udało się też wskazać ani jednej z nich w obozie „totalsów”. Więc co – w związku z tym – z prawami statystyki?

Bo co pan prokurator generalny już, już dopada jakiejś farbowanej owieczki w zagrodzie KO, ta uporczywie twierdzi, że jest biała, a futro ma tylko lekko przybrudzone od smogu komunikacyjnego. Ciężko doprać, po prostu.

I rzeczywiście – niektóre plamy z medialnego błota schodzą z „platformersów” dopiero po maglowaniu w prokuraturze. A z wywabieniem innych trzeba czasami czekać aż na interwencję sądu. Niemniej, przepuszczone przez wyżymaczkę ministra sprawiedliwości opozycyjne owieczki wychodzą z tego zupełnie czyste. Znaczy – białe.

A czarne gdzie się podziały w takim razie? Przecież miało ich być – lekko licząc – jakieś pół platformerskiej zagrody! Tak przynajmniej wynikało z kampanii przedwyborczej PiS oraz ogłoszonego zaraz po wyborach „audytu”, który miał wyłapać je wszystkie i skutecznie izolować od reszty stada.

Ale wygląda na to, że ani rzeczony audyt, ani liczne kontrole wszystkich możliwych służb niewiele dały i czarnych opozycyjnych owiec ani widu, ani słychu. A jeszcze bezczelni „totalsi” sugerują, że wszystkie czarne barany polityki pochowały się w zagrodzie pana prezesa! Na razie w wyniku tych pomówień na PiS-owskiej łące wytypowano jednego kozła z KNF. Ofiarnego, jak się zdaje. Ale skóry innych owieczek pasących się przy tym samym żłobie i tak nie da się chyba uratować.

Co gorsza, nieudana próba zapędzenia w ten sam kozi róg niektórych platformerskich baranków skończyła się blamażem i jeszcze zwróciła uwagę publiczności na inny, znacznie zasobniejszy żłób w zagrodzie pana prezesa oraz biesiadujące przy nim spasione tryki. W świetle ujawnionych przy tej okazji faktów, ich futro wygląda na mocno nieświeże. No, niestety…

Partia pana prezesa podjęła zatem szeroko zakrojoną akcję masowego wybielania swoich owieczek, wspartą przez firmową Pralnię i Suszarnię: służby, media, kasę z budżetu i prokuraturę. Towarzyszą temu dyskretne zachęty do obywatelskiego demaskowania czarnych owiec opozycji oraz kubły darmowej smoły i błota do oddolnej akcji nurzania w nich stada „totalsów”. Dla uniknięcia dysonansu poznawczego. Suweren bowiem i tak wie swoje.

Bo wszak, żeby nie wiem co, aktualnej władzy i jej zwolenników nic nie przekona, że – by zacytować klasyka – białe owce z KO są białe, a czarne z PiS – czarne.

Po co więc było Morawieckiemu przedstawienie w parlamencie? Wniosek o wotum zaufania to dość nadzwyczajny środek. Szefowie rządu zwykle sięgają po niego w sytuacji głębokiego politycznego kryzysu, kwestionującego ich tytuł do sprawowania władzy. Morawiecki jak dotąd nie znalazł się w takim kryzysie. Wniosek o wotum miał mu jednak pomóc załatwić trzy sprawy. Po pierwsze, uciszyć opozycję przed debatą nad wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności. Po drugie, zewrzeć własne szeregi i potwierdzić pozycję w obozie władzy. Po trzecie wreszcie, wysłać do elektoratu jasny komunikat: w Polsce przełomu 2018 i 19 roku to PiS, a nie jakakolwiek inna siła, ma polityczną inicjatywę i rozdaje karty.

Z tym ostatnim był pewien problem w ostatnich miesiącach. PiS zamiast narzucać tematy dyskusji i osie sporu, zmienił się w partię reaktywną, zdolną jedynie do gaszenia kolejnych pożarów. Przełomowym momentem była tu informacja o wniosku Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z polską konstytucją traktatów o Unii Europejskiej. Wmanewrowało to PiS w pozycję, gdzie partia musiała bronić się przed zarzutami o chęć Polexitu. Biorąc pod uwagę bardzo dalekie od oczekiwań wyniki wyborów samorządowych – średnio skutecznie. Potem były kolejne kryzysy: dalszy ciąg sporu z instytucjami UE, list ambasador USA i afera KNF.

Zwarcie szeregów

O ile dwa pierwsze cele Morawiecki, jak się wydaje, zrealizował, to problem może być z trzecim. By PiS i premier osobiście odzyskali inicjatywę w polskiej polityce, potrzeba znacznie więcej, niż zwycięstwo w głosowaniu, którego nie dało się przegrać.

Głosowanie nad wotum ułatwia za to Morawieckiemu politykę w najbliższych tygodniach. Przede wszystkim wyprzedza wniosek opozycji o konstruktywne wotum nieufności dla rządu. PiS będzie teraz twierdził, że po środzie wniosek jest bezprzedmiotowy – rząd ma wyraźną parlamentarną większość. Nowogrodzka być może w ogóle nie dopuści do procedowania wniosku opozycji. Jeśli nawet do niego dojdzie, będzie to musztarda po obiedzie, PiS i jego media po prostu ośmieszą całą akcję.

Oczywiście, od początku nie było szans, by wniosek PO obalił rząd. Debata nad nim oznaczała jednak wystąpienia wszystkich klubów parlamentarnych, walących w rząd jak w bęben. Opozycyjni posłowie powtarzaliby w kółko: KNF, kumulacja roczników w szkołach średnich, wzrost cen prądu, protesty rolników, policjantów, urzędników i nauczycieli, Polexit. Morawiecki musiałby się do tego wszystkiego odnieść – zamiast tego zafundował opozycji i opinii publicznej spektakl propagandy sukcesu.

Głosowanie pomogło też zewrzeć szeregi rządzącej partii. Oponenci premiera we własnym obozie siedzieli cicho i pokornie podnieśli ręce w górę za rządem. Głosowanie wzmacnia Morawieckiego przed zaplanowaną na 15.12. kolejną konwencją rządzącej partii. Być może zostanie na niej ogłoszona rekonstrukcja rządu. Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że z niektórymi ministrami – Krzysztofem Tchórzewskim, Beatą Kempą, Beatą Szydło, Mariuszem Kamińskim, Zbigniewem Ziobrą – premierowi nie współpracuje się dobrze i już od dawna zgłaszał kierownictwu PiS chęć ich zmiany. Jeśli po manewrze z wotum zaufania, Morawiecki ogłosi rekonstrukcję rządu wyśle elektoratowi sygnał: to ja kontroluję sytuację.

Rok gaszenia pożarów

Ciągle niemożliwa wydaje się jednak wymiana najbardziej kłopotliwego dla premiera członka rządu: Zbigniewa Ziobro. Przez pierwszy rok swoich rządów Morawiecki zamiast realizować swój program zajmował się gaszeniem pożarów pochodzących z ministerstwa sprawiedliwości, głównie tych wokół ustawy o IPN i sporu z Unią o niekonstytucyjną i niepotrzebną reformę sądów. W dodatku w ostatnich miesiącach Ziobro zachowywał się w sposób, który świadczy albo zupełnej utracie zdolności do racjonalnego politycznego osądu albo o tym, że prokurator generalny prowadzi nielojalną grę na osłabienie swojego obozu politycznego, w celu wywołania w nim przesilenia i zmiany premiera.

Koszty obecności Ziobry w rządzie robią się naprawdę wysokie. Cała akcja z aresztowaniem Wojciecha Kwaśniaka i słowami Ziobry, że były szef KNF został pobity, bo kontrolowana przez niego instytucja „rozzuchwaliła przestępców” wygląda jak powtórka sprawy doktora G. Po jego zatrzymaniu Ziobro powiedział publicznie „ten pan nikogo nie zabije” – za co później kazał mu przepraszać sąd. Sprawa ta stała się symbolem „policyjnego państwa PiS” i jednym z powodów klęski PiS w roku 2007. Także w 2018 kierownictwu partii powinny zapalać się lampki ostrzegawcze – schemat działania ministra sprawiedliwości jest bardzo podobny.

Tak długo, jak długo Ziobro będzie funkcjonował w rządzie na podobnych zasadach, Morawiecki będzie musiał poświęcać większość energii na łagodzenie wywołanych przez niego kryzysów.

Do sukcesji droga daleka

Dlatego warto zachować sceptycyzm wobec analiz wskazujących, że właśnie widzieliśmy namaszczenie Mateusza Morawieckiego na politycznego spadkobiercę Jarosława Kaczyńskiego, następnego przywódcę Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli Kaczyński ma w planie taką sukcesję, droga do niej jest ciągle daleka.

Jak pokazał niedawno przypadek Ewy Kopacz, przywództwo demokratycznej partii to nie jest coś, co można otrzymać w wyniku „feudalnego” nadania od politycznego „seniora”. Przywództwo trzeba sobie wywalczyć. Oponentów – których na prawicy Morawieckiemu nie brakuje – trzeba samemu pokonać, politycznie unieszkodliwić, lub przeciągnąć na swoją stronę. Morawiecki ma tu jeszcze wiele do zrobienia. Ważnym testem będzie dla niego przyszłoroczny maraton wyborczy. Jeśli go wygra, jego tytuł do sukcesji po Kaczyńskim się wzmocni. Z Ziobrą na pokładzie wygrać będzie mu trudno, ale równie trudno w sytuacji otwartej wojny z liderem Solidarnej Polski. Zwłaszcza, jeśli swoją partię odpali ojciec Rydzyk i Ziobro będzie miał gdzie pójść. Bardziej niż od głosowania nad wotum zaufania, polityczna przyszłość Morawieckiego zależy od tego, jak poradzi sobie z tym „paragrafem 22” pisowskiej polityki.

W Sejmie zdecydować się na wspólny klub, poza Sejmem na wspólne zespoły programowe. I muszą już dziś zacząć budować wspólną wyborczą listę opozycji. Ci którzy tego nie chcą, powinni odejść od stołu i przestać udawać. Kryzys w Nowoczesnej, jeśli wydarzyłby się na miesiąc, a nie na dziesięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, oznaczałby gwarantowane zwycięstwo Kaczyńskiego.

Niekończący się proces „jednoczenia demokratycznej opozycji” – będący tak naprawdę agresywną grą o zachowanie własnej, choćby najsłabszej firemki i własnego, choćby najbardziej pokiereszowanego logo – jeśli będzie trwał do ostatnich tygodni kampanii wyborczej, skończy się dla demokratycznej opozycji tak, jak „jednoczenie lewicy” skończyło się w 2015 roku dla Palikota i Millera. Nie można do ostatniego miesiąca przed wyborami atakować się w mediach, podstawiać sobie nogi, przedkładać osobisty interes nad wspólny – aby dopiero w kampanii wyborczej ściskać sobie ręce i mówić: „jesteśmy koalicją”. Nikt w to nie uwierzy. Nikt też nie uwierzy w to, że tak sklecona formacja będzie potrafiła rządzić Polską po swoim ewentualnym zwycięstwie.

Gdyby Kaczyński musiał się użerać z Ziobrą i Gowinem do ostatnich dni kampanii wyborczej 2015 roku, przegrałby zarówno wybory prezydenckie jak i parlamentarne. Jeśli przed wyborami 2019 roku rzeczywiście powstanie Partia Rydzyka, to nawet gdyby natychmiast rozpoczął się spektakl „negocjacji” i „jednoczenia”, czyli targów o kasę i miejsca na listach, Kaczyński przegra wybory. Partia Rydzyka odegrałaby wówczas na prawicy taką samą rolę – czysto destrukcyjną – jaką po stronie liberalnego mieszczańskiego centrum może odegrać partia Roberta Biedronia.

Dlatego także negocjacje koalicyjne po stronie opozycji muszą się skończyć jak najszybciej. Pozostawiając jak najwięcej czasu przed wyborami na faktyczne zaprezentowanie Polakom wspólnej strategii i wspólnego programu na Polskę po rządach PiS-u. Kamila Gasiuk-Pihowicz to rozumie, parę innych osób nieco mniej.

W wyborach samorządowych wyborcy opozycji powiedzieli wyraźnie, że chcą realnej jedności opozycji, a nie trwających bez końca negocjacji zjednoczeniowych. Opozycja wygrała tam, gdzie była naprawdę zjednoczona – wokół jednego kandydata, wokół jednej listy. Czyli przede wszystkim wygrała w miastach. Nie wygrała w sejmikach wojewódzkich, gdzie każdy lider – od zbyt ambitnych samorządowców, po zbyt ostrożnych liderów PSL i SLD – chciał zachować absolutną odrębność. Żeby później, dysponując jednym czy dwoma radnymi, ale za to absolutnie „własnymi”, odegrać w koalicyjnych targach rolę większą, niż by wynikało z jego realnej siły. Gdyby opozycja poszła na jednej liście, uczciwie pracując nad stworzeniem demokratycznego minimum programowego, żeby udowodnić Polakom, iż jednoczenie nie musi być wyłącznie ratowaniem stołków, PiS rządziłoby dalej tylko na Podkarpaciu. We wszystkich innych województwach opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, jeśli mimo to PiS rządzi gdziekolwiek poza Podkarpaciem, to tylko z powodu podziałów opozycji albo – jak na Śląsku – z powodu zwyczajnej korupcji i zdrady.

Walka czy teatr

Kiedy słucham wypowiedzi polityków i komentatorów (tych liberalnych, bo PiS-owcy z zupełnie innych powodów entuzjastycznie bronią „pluralizmu opozycji”) walących zawsze do jednej bramki, orzekających winę Schetyny i PO nawet tam, gdzie ich partnerzy i konkurenci nie wykazują żadnej ochoty do współpracy, wydaje mi się, że cały krzyk na temat zagrożenia demokracji w Polsce dla wielu krzyczących jest tylko teatrem. No bo z jednej strony mamy heroiczne selfies robione sobie na tle kordonu policji pod Sejmem, mamy rytualne teksty i wypowiedzi, jakim to ostatecznym zagrożeniem jest Jarosław Kaczyński, po czym wszystko toczy się po staremu. Dla polityków najważniejsza jest „moja ambicja, mój szyld, choćby przez taki wybór priorytetów Kaczyński miał rządzić kolejną kadencję”. A dla komentatorów najważniejsza jest „moja zemsta za to, że kiedyś Tusk i Schetyna wyszli z Unii Wolności”, albo „moja wizja radykalnej lewicy, dla której głównym przeciwnikiem wcale nie jest populizm Kaczyńskiego, ale liberalizm Platformy”. Cała reszta jest tylko teatrem odgrywanym dla ludzi.

Flaki się też człowiekowi wywracają, kiedy po raz kolejny czyta anielskie komentarze na temat tego, jak opozycja „się” jednoczy lub mogłaby „się” zjednoczyć, tylko Schetyna i PO w tym jednoczeniu „się” opozycji przeszkadzają. „Się szło”, „Się przystanęło”, „Się wypiło wódkę” – to są cytaty z poezji i prozy Edwarda Stachury (zupełnie niezłej i niesłusznie zapomnianej). W polityce żadne „Się” nie istnieje. Istnieją instytucje, istnieją partie, istnieją ich liderzy. Poza tym jest tylko publicystyczna piana.

Wśród opozycyjnych partii czy sił politycznych PO okazało się najtrwalsze, najbardziej zdolne do politycznego działania, jej ludzie okazali się najbardziej profesjonalnymi politykami. Wśród liderów partyjnych Schetyna okazał się politykiem, który obronił i skonsolidował Platformę zdemolowaną po taśmach i wyborczych porażkach. Tymczasem Petru politykiem się nie okazał, a co do Biedronia nie ma żadnej pewności (drogę do polskiej polityki utorował mu Janusz Palikot). Dziś Biedroń ma nadzieję, że jeśli nawet rozbije głosy centrowego elektoratu (on w żaden sposób nie poszerza elektoratu centrum, a tylko próbuje kanibalizować wyborców PO, Nowoczesnej oraz SLD), jeśli nawet opozycja przez to przegra i Kaczyński będzie rządził Polskę przez następne cztery lata, to przynajmniej on sam znajdzie się w Brukseli, a jego inicjatywa stanie się szalupą ratunkową po zniszczeniu przez Kaczyńskiego wszystkiego innego. Otóż jak Kaczyński porządzi kolejne cztery lata, to nie tylko nie będzie już w Polsce niezawisłych sądów, nie tylko nie będzie wolnych mediów, ale nie będzie też miejsca dla odrębnych partii Roberta Biedronia czy Ryszarda Petru.

Dlatego Schetyna powinien rozmawiać z Lubnauer, z Petru, z Kosiniak-Kamyszem, z Czarzastym, a nawet z Biedroniem – proponując im wspólną listę, pracę nad wspólnym minimum programowym, wspólne budowanie Polski po PiS-ie. Ale tylko do pewnego momentu, który już się zbliża. Spektakl jednoczenia się bez zjednoczenia, trwający za długo, do samych wyborów, to dla opozycji samobójstwo.

Prezydent nie tylko bogatych

Macron ogłosił, że Francja znajduje się dziś w „społeczno-ekonomicznym stanie wyjątkowym”. Demokratyczni przywódcy nie sięgają po takie określenia w innych sytuacjach niż głęboki kryzys. Francja znajduje się dziś w takim kryzysie. Choć gospodarka – patrząc na makroekonomiczne wskaźniki – nie radzi sobie tragicznie źle, to cały model społeczno-ekonomiczny przeżywa kryzys legitymacji, być może najgłębszy od roku ’68.

Szeroka klasa średnie ma poczucie, że jej zasoby i możliwości dobrego, godnego życia radykalnie się kurczą za sprawą rosnących cen (głównie nieruchomości) i niedostatecznego tempa wzrostu dochodów. W dodatku Francuzi są przekonani, że rozwój gospodarczy ostatnich lat służy głównie wąskiej grupie najbogatszych. Na co zupełnie obojętni są politycy, odklejeni od potrzeb zwykłych ludzi, zblatowani ze światem żyjących ponad społeczeństwem elit.

Całe poniedziałkowe wystąpienie Macrona wyglądało, jakby miało na celu pozbycie się łatki „prezydenta najbogatszych”. Francuski przywódca wyraźnie zmienił język. Zamiast o Francji start-upów i nieskrępowanej przedsiębiorczości mówił o samotnych matkach, które pod koniec miesiąca mają problem, by domknąć domowy budżet. O seniorach, którzy po cały życiu ciężkiej pracy, nie są w stanie godnie żyć bez pomocy dzieci. O społeczeństwie tracącym nadzieję. O kraju, który słusznie – lecz jak na razie na próżno – pragnie godnie żyć ze swojej pracy.

Zaproponował też kilka środków, mających przynieść ulgę najbardziej potrzebującym. Godziny nadliczbowe mają zostać zwolnione od podatku. Emeryci, dostający mniej niż 2000 euro mają zostać zwolnieni z zaplanowanych na przyszły rok podwyżek składek na ubezpieczenie społeczne, co zwiększy kwotę netto świadczenia. Wreszcie wzrosnąć ma płaca minimalna – o 100 euro miesięcznie. W dodatku – nie znamy szczegółów – ma się to dokonać bez obciążania pracodawców „ani jednym euro więcej”.

To ostatnie to największe ustępstwo prezydenckiego obozu. Jeszcze niedawno rząd przekonywał, że żadna podwyżka płacy minimalnej wyższa, niż wynikająca z ustawy, w ogóle nie wchodzi w rachubę, jest niemożliwa i niepożądana dla gospodarki. Siła społecznego niezadowolenia uczyniła nagle niemożliwe możliwym.

Czy to wystarczy?

Pytanie, jakie zdecyduje o najbliższej przyszłości Francji, brzmi: „czy to wystarczy?” Choć takie rozwiązania, jak wyższa płaca minimalna, wychodzą naprzeciw żądaniom protestujących, to kryzys jest znacznie głębszy. Macron zdaje sobie chyba z tego sprawę. Poza doraźnymi reformami zapowiedział także szerokie konsultacje społeczne na temat przyszłości Francji. Prezydent ma przemierzyć cały kraj i spotkać się z każdym urzędującym merem, by wspólnie ustalić co w kraju wymaga naprawy i w jakim kierunku powinny podążać zmiany. Zapowiedział też szerokie konsultacje z liderami biznesu na temat ich udziału w wysiłku ekonomicznej transformacji Francji. Rząd ma się też zająć problemem złośliwego i uporczywego unikania podatków przez najbogatszych.

Problem w tym, że Macron w tym wszystkim może być dla Francuzów zwyczajnie niewiarygodny. Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby rozmowę o tym, jak sprawić, by zwykli ludzie znów poczuli się godnie i bezpiecznie w swoim państwie, zaczął na początku kadencji. Tymczasem pierwszy rok nowego prezydenta przebiegał pod znakiem polityki, która przez szerokie grupy obywateli Francji postrzegana była jako arogancka, monarchiczna, ignorująca potrzeby klasy średniej i ludowej, służąca wyłącznie najbogatszym. Korektę tej polityki wymusił dopiero płonący co tydzień Paryż i fruwające w powietrzu kawałki bruku.

To nie tylko francuski problem

W takich warunkach Macronowi bardzo trudno będzie ubrać w szaty „prezydenta ludowego”. A to wydaje się konieczne, by uspokoić sytuację i rozpocząć poważną rozmowę z partnerami społecznymi na temat tego, co dalej z francuskim modelem społeczno-politycznym. Prezydentowi ciężko też będzie znaleźć partnerów do tej rozmowy wśród politycznej opozycji. Marine Le Pen ze Zgromadzania Narodowego (jak od jakiegoś czasu nazywa się Front Narodowy) i lider lewicowej Francji Nieugiętej, Jean-Luc Mélenchon, będą teraz grać na maksymalną polaryzację polityczną, eskalację konfliktu, wywrócenie rządu i nowe rozdanie, w którym liczą na wzięcie władzy przynajmniej w parlamencie. Francję czeka w najbliższych tygodniach bardzo burzliwy politycznie okres, w którym wiadomo głównie to, że nic nie wiadomo.

Problem, przed jakim staje Francja nie jest przy tym specyficzny wyłącznie dla niej. Podobne problemy ma niemal każde zamożne, zachodnie społeczeństwo. Wszędzie szerokie grupy czują, iż bezpieczeństwo socjalne i względny dobrobyt, jaki kiedyś traktowały jako oczywiste, stają się coraz mniej dostępne. To rodzi gniew, na gruncie którego doskonale wzrastać może populistyczna polityka spod znaku Trumpa, włoskiej Ligii Północnej i Ruchu 5 Gwiazd, Alternatywy dla Niemiec, czy Brexitu.

Zwycięstwo Macrona we Francji miało dowodzić, że Francja jest odporna na podobne zagrożenia. Populizm spod znaku Le Pen – tak jak we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Stanach – był jednak tylko symptomem głębszych, strukturalnych problemów. Upojony zwycięstwem obóz Macrona przez rok udawał, że one nie istnieją. Teraz, przynajmniej chwilowo, nie może udawać.

Cały zachód i każde z tworzących go państw z osobna potrzebuje dziś dyskusji nad nową umową społeczną na XXI wiek. Stara, ustalona pod koniec ubiegłej dekady wyraźnie nie działa. Potrzebujemy wspólnie zdecydować jak usprawnić demokrację, jak dać ludziom realne poczucie wpływu i reprezentacji, jak dzielić zyski, ryzyka i koszty. Spór o to może potrwać kilka dekad, nie wiadomo czy i kiedy uda się dojść do jakiegoś sensownego porozumienia. Ale być obserwujemy właśnie coś, co po latach historycy mogą uznać za początek bardzo ważnego politycznego zwrotu. Nie tylko we Francji.

— SENATOR BIERECKI ROZGRZESZA BANDYTĘ – jedynka GW: “- Czy chodziło o zablokowanie skutecznej działalności, czy o inne okoliczności, to już prokuratura jest w stanie wyjaśnić – tak Grzegorz Bierecki, senator PiS i założyciel SKOK-ów, skomentował zamach na wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Dodał, że prokuratorskie zarzuty wobec urzędnika „są słuszne”.
wyborcza.pl

— JERZY MEYSZTOWICZ W TEKŚCIE DLA RZ PISZE O GROŹBIE PRZEJMOWANIA PRYWATNYCH FIRM NA MODŁĘ ORBANA: “Na horyzoncie rysuje się perspektywa „Budapesztu w Warszawie”, gdzie od dawna środowiska związane z władzą przejmują prywatne firmy. Ostatni przykład to przejęcie wolnych mediów przez ludzi ze środowiska Viktora Orbána i stworzenie konglomeratu związanego z rządem. Metody wykorzystujące zaangażowanie państwa pozwalają na skuteczne zawłaszczanie majątków. Chodzi zatem o to, żeby wraz z powiększaniem zasobów w dyspozycji państwa, zwiększać udziały „swoich” ludzi w gospodarce”.
rp.pl

>>>

>>>

Reklamy

PiS zaatakował państwo polskie. Tak należy rozumieć usprawiedliwienie szubrawców przez Ziobrę

9 Gru

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był na pozór logiczny. Od kilku tygodni z czołówek niezależnych mediów nie schodzi afera KNF – korupcyjna propozycja złożona bankowcowi przez szefa instytucji nadzorującej banki. To duże obciążenie dla PiS, zwłaszcza że wychodzą na jaw kolejne skandale i nie wiadomo, jak daleko sięgnie afera. Ktoś w PiS zadecydował, że aferę Chrzanowskiego trzeba przykryć inną, którą w jakiś sposób da się powiązać z Platformą, a w każdym razie ze środowiskiem dalekim od PiS. Dlatego zatrzymani zostali wysocy urzędnicy KNF, którzy w instytucji tej pracowali do 2016 roku.

Platforma Obywatelska rozpoczyna akcję informacyjną o aferze w Komisji Nadzoru Finansowego. Seria filmów ma być poświęcona poszczególnym jej postaciom i politykom Prawa i Sprawiedliwości.

Materiały mają też przedstawiać fakty na temat afery i powiązania pomiędzy jej bohaterami. Tematem spotów mają być również nadużycia w SKOK-u Wołomin.

Akcja ze spotami o aferze KNF i w SKOK-ach ma szerzyć wiedzę o tym, jaką rolę odegrali w niej poszczególni politycy PiS. Sławomir Neumann przekonuje też, że to swoista odpowiedź na przykład na zatrzymanie między innymi Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa KNF, któremu służby zarzucają niedostateczną kontrolę nad SKOK Wołomin, chociaż w związku z zaangażowaniem w badanie sprawy został cztery lata temu brutalnie pobity.

Filmy o aferze KNF i SKOK Wołomin będą publikowane w internecie i mają być niejako konwojem wstydu bis. To nawiązanie do akcji, w której Platforma informowała o politykach Prawa i Sprawiedliwości przyznających sobie i chętnie biorących rozmaite nagrody.

– Mamy do czynienia z utratą dynamiki, prezentowaną przez Prawo i Sprawiedliwość – tak były premier Leszek Miller skomentował w TVN24 wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego na wyjazdowym posiedzeniu klubu PiS w Jachrance.

Kaczyński w piątek przekonywał, że PiS nie może zgodzić się z narracją iż partia ta jest „tym samym czym Platforma” i przypominał o aferach, które – jego zdaniem – obciążają PO znacznie bardziej niż PiS obciąża afera KNF.

– Obserwując ostatnie wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, odniosłem wrażenie, że jest intelektualnie znużony i bardzo zdesperowany – stwierdził były szef SLD komentując to wystąpienie.

Zdaniem Millera słowa Kaczyńskiego były „czytelnym komunikatem, że PiS może przegrać wybory”, który popłynął do działaczy PiS.

Były premier ocenił, że Kaczyński próbuje przygotować na ewentualną porażkę działaczy PiS. – W samym tym wystąpieniu pana Kaczyńskiego było więcej defensywy niż ofensywy – ocenił.

Miller ocenił, że w PiS politycy mają świadomość, iż „misja premiera (Mateusza) Morawieckiego nie udała się”. Według Millera zamiana Beaty Szydło na Morawieckiego miała pozyskać dla PiS elektorat centrowy. Tymczasem, jak stwierdził, pod rządami Morawieckiego „centrum jest jeszcze bardziej przestraszone”, a UE – relacje z którą Morawiecki też miał poprawić – „jeszcze bardziej nasrożona niż była”.

W Jachrance pod Warszawą trwa plenum KC Partii rządzącej. „Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten?” – myślałem, oglądając transmisję we wrogiej stacji telewizyjnej. I Sekretarz wygłasza referat. Kiedy tylko podniesie głos, zaakcentuje puentę, zaczynają się oklaski, ale nie owacje. Oklaski raczej wymuszone, bez entuzjazmu, twarze nieruchome, znudzone, towarzysze w prezydium, towarzysz premier, towarzysz marszałek, towarzysze koalicjanci – bez ruchu, jak gdyby byli scenografią, którą faktycznie stanowili.

Towarzysz I Sekretarz w zasadzie nie powiedział nic nowego, przemówienie było defensywne, ani porywające, ani inspirujące, ale wskazujące na sposób myślenia. Głównym celem I Sekretarza jest wtrącenie Tuska do więzienia, co mówca właściwie zapowiedział. Mówił, że afera vatowska przybrała taką skalę (60-70 mld dol.), iż byłaby znaczna nawet w USA. Była to – mówił I Sekretarz – afera rządowa, za którą odpowiedzialność musi ponieść szef rządu, także w sensie prawnym.

Wniosek: miejsce Tuska jest w areszcie. (Spotkałem się nawet z opinią, że I Sekretarz odetchnie, poczuje ulgę, wręcz uspokoi się, kiedy Donalda T. spotka kara). Im ostrzejsze były słowa I Sekretarza, tym głośniejsze były brawka, ale twarze uczestników były nieruchome, jak gdyby woskowe, jeden zerkał na drugiego, czy klaszcze, i grzecznie słuchali.

Przemówienie było defensywne. O Smoleńsku ani mru-mru. My łamaliśmy konstytucję? To wy pierwsi łamaliście konstytucję, wybierając „rezerwowych” członków Trybunału Konstytucyjnego. U nas są afery? To wasze afery można by wymieniać bez końca: hazardowa, taśmowa, vatowska, a każda monstrualnych rozmiarów. To my zamiatamy pod dywan? Nieprawda! Na tym właśnie polega różnica między nami a naszymi przeciwnikami. Kiedy u nas pojawia się czarna owca, a taka może się zdarzyć w każdej dużej zbiorowości, to wynika ze statystyki, to my ją natychmiast ujawniamy i z całą surowością prawa rozliczamy, podczas gdy nasi przeciwnicy je tolerują.

I Sekretarz ostrzegał przed jednakowym traktowaniem partii rządzącej i opozycji. Myślenie w rodzaju: obie strony są podobne, jedni warci drugich, wart Pac pałaca itp. – jest bardzo niebezpieczne i niedopuszczalne. Nie ma symetrii, nie ma podobieństwa, my jesteśmy lepsi. (Jak mówił kiedyś, w 1924 r., I Sekretarz: „My jesteśmy ludźmi szczególnego pokroju”).

W sumie dominowała nuta „you too”. U nas są złodzieje? Ale u was więcej.

Jedynym pozytywnym aspektem przemówienia było powtórzenie, że PiS jest partią proeuropejską, jest za „podmiotową obecnością” w UE. Co to znaczy „podmiotowa obecność” można się domyśleć. Sądzę, że ta zbitka pojęciowa przyjmie się w języku PiS, tak jak „opozycja totalna” (innej nie ma).

Sprawy niewygodne, takie jak cofnięcie się w kwestii Sądu Najwyższego pod wpływem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, afera KNF, która zagraża prezesowi NBP, kuriozalne żądanie zakneblowania mediów w tej sprawie – wszystko to I sekretarz w jawnej części referatu pominął. Jak znam życie, to część wewnętrzna, poufna, przecieknie do mediów lada chwila, a większość mediów jest przeciwko nam – nie omieszkał wspomnieć przywódca obozu władzy. Na razie nie miał nic więcej do zaoferowania poza tym, że konieczne jest wygranie wyborów. Szkoda, że opozycja, Platforma i Nowoczesna, swoimi ostatnimi rozgrywkami mu to ułatwiają.

Więcej o wystąpieniu Kaczyńskiego w Jachrance >>>

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Kaczyńskim.

Wrogowie i nienawistnicy twierdzą, że PiS znalazł się w defensywie i nieskutecznie próbuje zasłaniać się przed kolejnymi ciosami w narożniku ringu. Nie słuchajcie tych kłamstw. Słuchajcie pana prezesa.

– „W piątek o godzinie 17:00 będzie miało miejsce bardzo ważne wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego” – nietaktownie zapowiedział w radiowej Trójce marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Nietaktownie, bo kryła się w tym sugestia, że jakieś inne wystąpienia pana prezesa mogły być nie bardzo ważne. A przecież wiemy doskonale, że wszystkie jego słowa są kamieniami milowymi polskiej polityki, nawet te wypowiadane bez żadnego trybu, spontanicznie i niejako mimochodem. Zwłaszcza one. Mord zdradzieckich i kanalii nikt zawczasu nie zapowiadał i nie podkreślał ich wagi, a przecież na trwałe zapisały się w polskich dziejach.

Dziennikarz Trójki dał więc marszałkowi Karczewskiemu szansę wybrnięcia z tej gafy, pytając go, dlaczego akurat to wystąpienie pana prezesa będzie bardzo ważne. – „Bo będzie mówił o ważnych rzeczach” – wyjaśnił marszałek. Tak jakby pan prezes mógł mówić o rzeczach nieważnych. Doskonale wiemy, że każda, nawet najdrobniejsza rzecz w ustach pana prezesa nabiera ciężaru gatunkowego i zyskuje rangę kwestii zasadniczej i przełomowej.

O 17:00 w piątek naród masowo zasiadł więc przed telewizorami, by wysłuchać bardzo ważnego wystąpienia o ważnych rzeczach. I rzeczywiście. Przez kilkadziesiąt minut pan prezes mówił o tym, że:

1. Nie ma mowy o żadnym Polexicie, podmiotowa obecność Polski w Unii Europejskiej jest dla Polski bardzo ważna. Ale właśnie podmiotowa – i w tym kierunku zmierzamy. Bo wcześniej była przedmiotowa. Tu już każdy sam musi sobie dośpiewać, co to znaczy. Na przykład wybranie Polaka Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej niewątpliwie było przejawem przedmiotowego traktowania Polski przez brukselskie elity (to już moja interpretacja, a nie słowa pana prezesa);

2. PiS nie łamie Konstytucji. Konstytucję łamały PO i PSL, a PiS to teraz naprawia.

3. PiS nie dokonał bezprawnego wyboru członków Trybunału Konstytucyjnego. To Platforma wcześniej dokonała bezprawnego wyboru członków Trybunału Konstytucyjnego.

4. PiS nie łamie praw człowieka. Prawa człowieka łamał rząd PO i PSL, który organizował uliczne łapanki na kibiców piłkarskich, strzelał do górników i przeprowadzał naloty na redakcje.

5. PiS nie ma na koncie żadnych afer. Przeciwnie – PiS afery rozlicza. Poważne, ale to naprawdę bardzo poważne afery są dziełem Platformy. Przykładem afera Amber Gold i Olt Express, z którą – jak donosiły media – niektórzy politycy PO mieli związki rodzinne. – „Oczywiście nie mnie przesądzać o tym, jaki jest stopień ich winy” – stwierdził prezes.

Z grubsza tyle. Przyznacie państwo, że to bardzo ważne wystąpienie, które wiele wniosło do naszego życia publicznego i rzuciło snop światła na sprawy dotychczas kryjące się w mroku.

Oczywiście wrogowie i nienawistnicy od Tuska próbują teraz umniejszyć znaczenie tych słów i starają się wmówić opinii publicznej, że wystąpienie miało charakter defensywny. Że pan prezes nie powiedział niczego nowego, a tylko odpierał zarzuty sypiące się na PiS ze wszystkich stron. Że brzmiał i wyglądał jak uosobienie bezradności, próbując zaklinać rzeczywistość i negować oczywiste fakty. Że obóz „dobrej zmiany” nie jest już w stanie kontrolować debaty publicznej – dziś to opozycja decyduje o tematach i kwestiach, wokół których ogniskuje się spór, PiS może na to jedynie reagować i biernie się dostosowywać. Że władza jest jak bokser zepchnięty do narożnika ringu, który bezładnie wymachuje rękami, próbując się zasłonić przed kolejnymi celnymi ciosami, ale jest już lekko zamroczony, brakuje mu siły, refleksu, skuteczności. Jeszcze chwila – i padnie na deski.

To oczywiście wszystko nieprawda i wroga propaganda. Dodajmy więc do listy pana prezesa jeszcze dwa punkty:

6. PiS wcale nie został zepchnięty do narożnika i nie znalazł się w defensywie. W defensywie jest totalna opozycja, a PiS prze do przodu jak burza.

7. PiS wcale nie straci władzy w przyszłorocznych wyborach. PiS w przyszłorocznych wyborach się umocni.

Waldemar Mystkowski pisze też o Kaczyńskim.

Piątkowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w Jachrance w ogóle nie było oryginalne, prezes powtarzał swoje banały – by nie rzec banialuki – ale wskazuje, jaką drogą powiedzie swoje owieczki przez następny rok do wyborów parlamentarnych, acz te do PE nie są dla niego ważne, niemniej mogą pociągnąć za sobą konsekwencje topielca znajdującego się w wirze wodnym, który może wciągnąć i PiS zatopić.

Przemowę swoją prezes zbudował na najprostszym schemacie narracyjnym: my – oni. Zauważmy – nie było to: my i Polska, my i Unia Europejska, bądź my i przyszłość, ale stosunek „naszego” pisowskiego posiadania do onych. Jest to podstawa myślenie feudalnego, w którym pan decyduje, co jest dobre i co jego podwładnym (suwerenowi) się należy. Ponadto prymitywizm tej narracji polega na tym, że „my” pisowcy jesteśmy zawsze lepsi. Dante tak zbudował „Komedię boską”: my z piekła rodem (w tym wypadku kler) jesteśmy dla was dobrem – i wraz z nami wylądujecie na dnie, w którymś z kręgów piekieł. Uczulam na to, bo mamy do czynienia z formacją polityczną, która prowadzi nasz kraj do katastrofy. Kaczyński nie musi być tego świadomy, bo to człowiek ograniczony.

Prezes zrezygnował z repolonizacji mediów, co mu skutecznie wybiła z głowy ambasador USA Georgette Mosbacher. I za to należy jej się wielkie dzięki, gdyż wolne i niezależne media nie pozwolą PiS-owi na ukrywanie swoich afer, a te są podstawą rządzenia feudalnego. Takiego skutku nie odniosłyby żadne instytucje unijne, bo z nimi PiS niespecjalnie się liczy.

W dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z przykrywaniem afery Komisji Nadzoru Finansowego, która musi pogrążyć PiS, bowiem wszelkie działania maskujące prowadzą do odkrywania kolejnych kręgów korupcji, upartyjnienia państwa. Znowu mamy do czynienia z narracją dantejską. Jakikolwiek skrawek opowieści się odsłoni, pokazuje piekło PiS.

Kaczyński skupił się na onych z Platformy Obywatelskiej, politykom partii Grzegorza Schetyny zostanie sporządzone piekło, czasami przy pomocy innych podmiotów opozycyjnych, które mogą być nieodporne na manipulacje prezesa. I znowu możemy mówić o szczęściu, bo rdzeń sądownictwa zachował niezależność i nie pójdzie na żaden dyktat bezprawia.

Kaczyński będzie się pienił, tak samo jak desygnowany przez niego premier Mateusz Morawiecki. Zdani są więc na bicie głową w mur. Raczej go nie przebiją, najwyżej głowy sobie rozbiją, nie ucierpi na tym rozum, bo go za wiele nie mają.

Na powyższych polach PiS jest na przegranych pozycjach, może nadrobić tylko w sferze socjalnej, fundując prezenty grupom społecznym, ale i to nie będzie możliwe do zaspokojenia, bo nierządzenie – po raz pierwszy mamy partię u władzy, która nie rządzi, tylko rozdaje – przyniesie efekty (o czym przekonali się komuniści) w drożyźnie, a ta musi być konsekwencją podniesienie ceny energii. Nawet gdyby budżet rekompensował podwyżkę indywidualnym odbiorcom prądu, to nie jest w stanie tego samego zrekompensować przedsiębiorcom, a ci z kolei – by nie zbankrutować – podniosą ceny za produkty i usługi. PiS może tę drożyznę przesunąć na czas po wyborach, wątpię jednak by tak długo udawało im się odwlec.

Politycy PiS nie należą do żadnych orłów, to drób rzędu nielotów, ale i oni wyczuwali pismo nosem podczas przemówienia prezesa – swąd porażki piekielnej krążył nad nimi jak swego czasu widmo komunizmu. Joachim Brudziński nawet przyznał się, że dobra zmiana uczyniła z niego potencjalną skwarę, którą zostanie po porażce.

Porażka PiS jest w rękach opozycji, oby nie popełniała błędów, nie rozdrabniała się i nie formułowała programu na prymitywnej dychotomii – my i oni. Prezesa przemówienie w Jachrance należy do narracji diabelskiej alternatywy, co by nie zrobił, czego by nie zmanipulował, zawsze wyjdzie mu diabelski ogon. I tak jest zwykle z ludźmi, którzy nie mają predyspozycji do rządzenia, ale mają ambicje i wizje. Kończą w piekle niemocy, w imposybilizmie, który to termin prezes niespecjalnie rozumiał, gdy kiedyś go nadużywał. A teraz go dopadł.

„W kwietniu 2014 roku padłem ofiarą zamachu na moje życie. Obecnie padam ofiarą zamachu na moj dorobek zawodowy i dobrę imię.”

Od kilku dni radykalne skrzydło „żółtych kamizelek” wzywa do zdobycia broni i przeprowadzania zamachów na członków rządu, parlamentarzystów oraz policjantów. Eric Drouet, jeden z nieformalnych przywódców ruchu, planuje „wzięcie Pałacu Elizejskiego szturmem”. Tak jak w czasie rewolucji francuskiej szturmem wzięto pałac Ludwika XVI.

„Żółte kamizelki” popiera ponad 70 proc. Francuzów. Według ostatnich sondaży prezydenta popiera tylko 23 procent. Macron był już bardzo niepopularny wcześniej, ale protesty sprawiły, że znowu stracił kilka punktów. „Od samego początku prezydentury był na pierwszej linii. To on firmował wszystkie reformy, premiera i rząd odsyłając do roli podwykonawców. Rządził sam. Było więc nieuniknione, że cała wściekłość skupi się na nim”- tłumaczy publicysta Gerard Courtois.

Rewolta „żółtych kamizelek” stanowi dalszy ciąg tych samych przemian, które wyniosły Macrona do prezydentury. Najpierw nastąpił upadek partii mainstreamowych: socjalistów i centroprawicy. Na ruinach dotychczasowej polityki wszechwładzę zdobył Macron. Teraz następuje etap drugi: rewolta ludu.

„Żółte kamizelki” nie mają choćby cienia programu, są ruchem niezadowolenia w postaci czystej. Ale we Włoszech Ruch Pięciu Gwiazd też tak zaczynał: od czystego niezadowolenia oraz licznych manifestacji „Vaffanculo” (Pierdolcie się) wymierzonych w polityków.

Dziś Włochy są pierwszą demokracją w Europie Zachodniej, w której rządzą populiści. Teraz czas na pytanie, które Francuzi zadają sobie coraz częściej. Czy ich również pójdzie włoską drogą?

Krystyna Pawłowicz, Tadeusz Rydzyk, Antoni Macierewicz – trójkąt bermudzki paranoi

4 Gru

Każdy z nas ma prawo do wyborów zgodnie ze swoim poglądem na świat. Jasne jest też, że wolno nam również się w swoich wyborach mylić. Powstaje pytanie, czy jakikolwiek wybór można nazwać całkowicie wolnym. Niestety, jeśli chodzi o wybór, którego dokonujemy przy urnach wyborczych, konsekwencje ewentualnego błędu mogą godzić w wolność innych. Nieodpowiedzialna wobec tak ważnej decyzji jest ignorancja i brak refleksji, gdy media przypominają.

Rok 2010 – kampania prezydencka. Po osobistej traumie Jarosława Kaczyńskiego, miliony wyborców o umiarkowanych poglądach uwierzyło w ocieplenie wizerunku prezesa Prawa i Sprawiedliwości zafundowane nam przez lewicującą szefową kampanii, Joannę Kluzik-Rostkowską i rzecznika kampanii – liberała Pawła Poncyliusza (oboje dziś szczęśliwie poza PiS). Schowano odstraszających elektorat umiarkowany Zbigniewa Ziobrę i Jacka Kurskiego. Sam Kaczyński zaś pozwalał robić sobie zdjęcia z bratanicą i jej dziećmi; Józefa Oleksego nazwał „lewicowym politykiem ze średnio-starszego pokolenia”. Przykładów skutecznej i niepokojącej dla partii stojących w opozycji do Prawa i Sprawiedliwości polityki miłości można by było jeszcze długo wymieniać. Zmiana wizerunkowa zmyliła nawet najwierniejsze jądro prawicy, o tym, że to była „ściema”, musiał przekonywać sam Joachim Brudziński.

Ta „ściema” dała Jarosławowi Kaczyńskiemu 46,99% głosów. Szczęśliwie sztab uznał wtedy butnie, że ocieplenie wizerunku prezesa wpłynęło negatywnie na wyborczy wynik.

Do właściwych wniosków partia doszła 5 lat później. Schowani Macierewicz z Kaczyńskim i „w iście amerykańskim stylu” Duda – zdobyli pełnię władzy w Polsce. Bo… „Straszenie PiSem już nie działa”.

W ostatnich wyborach samorządowych rządzący uwierzyli we własną propagandę. Idąc z Unią Europejską na noże, gwałcąc konstytucyjny ład w Polsce, czy wreszcie publikując obleśny antyuchodźczy spot pokazali, kim naprawdę są. Bo ileż można udawać…

Tyle że się na tym, jak wiemy z wyborczego rezultatu, srogo przejechali. Wniosek – retorykę PiS można określić sinusoidą nastrojów. Dziś, ani podczas konferencji „Praca dla Polski”, ani na 27. urodzinach Radia Maryja nie pojawił się Jarosław Kaczyński. Wg PiS i jej mediów to „Platforma wypycha Polskę z Unii”. Krótko pisząc – PiS znów zabiega o wyborców centrum.

Czy wyborcy znów dadzą się nabrać? Ostrzegam…

„TVN tego [podrzynania gardeł] chce,my – NIE”. Kim to jest rzeczone „my”?

O tym, jak te słowa są obrzydliwe i kłamliwe, mam nadzieję, nie muszę dywagować. Chcę powiedzieć tylko, że jeśli w tak ważnej sprawie wypowiada się współodpowiedzialna za stan prawny w Polsce posłanka, to nie ma mowy o wypowiadaniu się w swoim imieniu. Tak! Pawłowicz firmuje stanowisko swojej partii. Tak! „My” oznacza Prawo i Sprawiedliwość. Oznacza też i „jego wyborcy”…

Do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynął wniosek o rejestrację nowej partii politycznej, za którą stoi ojciec Tadeusz Rydzyk – informuje Wirtualna Polska.

Z ustaleń Wirtualnej Polski wynika, że dokumenty o rejestracji partii wpłynęły do Sądu Okręgowego w Warszawie we wtorek ubiegłego tygodnia, a pełnomocnikiem partii, za którą ma stać Tadeusz Rydzyk, został europoseł Mirosław Piotrowski. Nowe ugrupowanie ma nosić nazwę „Ruch Prawdziwa Europa”. Podstawą programową nowej partii mają być założenia inicjatywy „Europa Christi”, która chce odbudować chrześcijańskie myślenie w Europie.

Powstanie nowa partia? Ruch Prawdziwa Europa ma być partią ojca Rydzyka

„Szczegółowych informacji chętnie udzielę po wpisaniu Ruchu Prawdziwa Europa przez sąd do rejestru partii politycznych. Na tym etapie nie chciałbym się wypowiadać” – powiedział Wirtualnej Polsce Mirosław Piotrkowski.

Kim jest europoseł, który złożył wniosek o rejestrację nowej partii? Mówi się, że jest człowiekiem ojca Tadeusza Rydzyka, założyciela Radia Maryja. Pełni funkcję europosła trzecią kadencję. W 2004 roku został wybrany z listy Ligi Polskich Rodzin, z kolei w wyborach w 2009 i 2014 roku startował jako kandydat Prawa i Sprawiedliwości, choć nie był członkiem partii. „Wysokie miejsca na listach zawdzięczał głównie ojcu Tadeuszowi Rydzykowi” – pisze Wirtualna Polska.

Przedstawiciele Ruchu Prawdziwa Europa. Wśród kandydatów Andrzej Jaworski i Jan Szyszko?

Informator Wirtualnej Polski powiedział, że pierwszym celem Ruchu Prawdziwa Europa mają być wygrane wybory do Parlamentu Europejskiego w 2018 roku. „Według wewnętrznych sondaży mamy ok. 18 proc. poparcia. Dostaniemy ok. 7-8 mandatów w Parlamencie Europejskim” – cytuje słowa informatora portal wp.pl. Znane są także nazwiska pierwszych kandydatów Ruchu Prawdziwa Europa. Wśród najważniejszych polityków tego ugrupowania wymienia się m.in. byłego posła PiS Andrzeja Jaworskiego oraz byłego ministra środowiska Jana Szyszkę. Kandydatami nowej partii mają zostać także europosłanka Urszula Krupa, posłanka Gabriela Masłowska, posłanka Anna Sobecka oraz europoseł Mieczysław Piotrowicz.

Dyrektor Radia Maryja „grozi palcem” Prawu i Sprawiedliwości?

Przypomnijmy, że w miniony weekend odbyły się 27. urodziny Radia Maryja, na których nie pojawił się prezes Jarosław Kaczyński. Zdaniem niektórych polityków PiS, Jarosław Kaczyński usuwa się w cień, ponieważ zdecydował, że im mniej będzie go w mediach i przestrzeni publicznej w dwóch najbliższych kampaniach, tym większe szanse, że PiS ponownie zdobędzie głosy wyborców „centrum”. Wirtualna Polska sugeruje, że próba założenia partii, za którą stoi Tadeusz Rydzyk, może być próbą nastraszenia Prawa i Sprawiedliwości.

– Rosja nie zawaha się naruszyć terytorium na przykład naszego kraju, właśnie pod hasłem niesienia pomocy swoim rodakom za granicą. Na to powinniśmy być przygotowani – z generałem Mirosławem Różańskim rozmawia Łukasz Kijek.

W wyobrażeniu wielu osób wojna jest utożsamiana z obrazami czy wspomnieniem II wojny światowej. Takiego konfliktu klasycznego, gdzie mamy karabiny, czołgi, samoloty. Sytuacja się zmienia. Sytuacja, w której jedno państwo oddziałuje na drugie z niecnym zamiarem, że zostanie kwestia niezależności, czy suwerenności. To już jest wojna. Czym tłumaczyć te zdarzenia, których dziś Rosja dokonuje? Czy to na Ukrainie, czy w krajach bałtyckich, czy w Gruzji. To dzieje się cały czas. 

– mówi generał Mirosław Różański.

Według byłego dowódcy generalnego rodzajów sił zbrojnych o poważnym zagrożeniu świadczy strategię bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, którą przyjęto w 2015 roku. Zapisano w niej, że Rosja będzie dbała o interesy rodaków poza granicami kraju.

Rosja nie zawaha się naruszyć terytorium na przykład naszego kraju, właśnie pod hasłem niesienia pomocy swoim rodakom. Na to powinniśmy być też przygotowani.

– dodaje generał Różański.

Analityk ds. bezpieczeństwa Marek Świerczyński podzielił się na łamach „Polityki Insight” (z 3 grudnia) informacją o wstrzymaniu przez francuską rządową agencję ds. uzbrojenia DGA (Direction générale de l’Armament) wsparcia dla koncernu stoczniowego Naval Group w zakresie sprzedaży Polsce pocisków samosterujących MdCN. Właśnie te rakiety miały być uzbrojeniem odstraszającym, przenoszonym przez okręty typu Scorpène, które Francuzi oferowali dotąd Polsce w programie Orka.

„Ponieważ bez wsparcia rządu sprzedaż pocisków nie jest możliwa, a towarzyszyły one propozycji wspólnej budowy okrętów podwodnych Scorpène, należy uznać, że francuska oferta w programie Orka załamała się”, czytamy w „Polityce Insight”. Według analityka ds. bezpieczeństwa Marka Świerczyńskiego, decyzja ta jest wyrazem „pogorszenia stosunków politycznych na linii Paryż-Warszawa i utraty zaufania ze strony Francuzów po skasowaniu zamówienia na śmigłowce wielozadaniowe, wypchnięciu Francji z segmentu uzbrojenia rakietowego oraz przedłużającego się braku decyzji co do okrętów podwodnych”.

Francuski koncern Naval Group był jedynym oferentem zdolnym dostarczyć okręty podwodne wraz z rakietami manewrującymi. Nie dziwi więc, że stąd wymóg wyposażenia Orek w skrzydlate pociski stanowił główny nurt narracji francuskiej oferty dla Polski. Na łamach mediów Francuzi przekonywali, że zakup Scorpène wraz z rakietami MdCN zapewni Polsce dostęp do dysponowania bronią o strategicznym potencjale odstraszania. Kusili też wizją włączenia Polski – obok takich mocarstw jak USA, Wielka Brytania i Francja – do elitarnego klubu użytkowników pocisków manewrujących.

Jeszcze w lipcu 2018 r. prezes Naval Group w rozmowie z dziennikiem „Rzeczpospolita” mówił: „Przede wszystkim oferta zakłada dostarczenie okrętów podwodnych nowej generacji typu Scorpène, uzbrojonych w pociski manewrujące o zasięgu tysiąca kilometrów. Nikt inny nie jest w stanie tego zaoferować. Jest to propozycja na zasadzie wyłączności, mająca pełne poparcie ze strony francuskiego rządu”. To mogło działać na wyobraźnię polskich decydentów, ale jednocześnie usypiać ich czujność w tak newralgicznych kwestiach, jak znane słabości taktyczno-techniczne Scorpène, czy też brak wiarygodnych danych co do zasięgu i faktycznych możliwości operacyjnych rakiety MdCN, której do tej pory jeszcze nigdy nie odpalono z okrętu podwodnego. Polska mogła się więc stać poligonem dla nowego francuskiego uzbrojenia, ale ostatnia decyzja Paryża zażegnała niebezpieczeństwo ponoszenia przez polskiego podatnika konsekwencji, wynikających z ewentualnych niedoskonałości oferowanego nam uzbrojenia.

Sensacyjna informacja redaktora Świerczyńskiego zbiegła się w czasie z jeszcze jednym wydarzeniem, które może popierać jego tezę o pogorszeniu się stosunków w relacjach Warszawy z Paryżem. Francuzi odwołali bowiem wizytę w Gdyni fregaty FREMM, którą planowano na 4 grudnia. Według naszych informacji, wizycie okrętu miały towarzyszyć rozmowy polsko-francuskiego komitetu technicznego, z udziałem wysokiej rangi przedstawicieli obu stron. Nie udało nam się jednak ustalić, czy przyjazd francuskiej delegacji również został odwołany.

>>>