Tag Archives: Franciszek Sterczewski

Fałszywy Duda, prawdziwy katol Macierewicz i normalność prof. Grodzkiego

13 List

Andrzej Bober o  inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu, otwartym przez marszałka seniora Antoniego Macierewicza (PiS).

Macierewicz w Sejmie

Chociaż w poprzedniej kadencji Sejmu przeprowadzono fundamentalne zmiany, odpowiedzialność za ostateczne uporanie się z ciemną spuścizną komunizmu spada na nas. (…) Absolutna większość wyborców wsparła te ugrupowania, które jednoznacznie odwoływały się do wartości narodowych, niepodległościowych, katolickich. (…) Wiemy jaką cenę płacimy za porozumienia Okrągłego Stołu i jak wygląda kolejna faza postmarksistowskiego ataku oraz dokąd prowadzi ideologia gender. (…) Naród, który nie jest w stanie obronić swojej niepodległości i odbudować potencjału demograficznego, musi upaść.

– Ani prezydent, ani Marszałek Senior nie przywitali przedstawicieli sądownictwa, pani Prezes TK, pani Pierwszej Prezes SN, ani Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara. Bardzo wymowne przemilczenie – komentuje poseł Franciszek Sterczewski.

Marcelina Zawisza (posłanka): Macierewicz podczas swojego przemówienia mówił o całkowitym zakazie aborcji. Polska już teraz ma barbarzyńskie prawo. Lewica się nie boi – ani Macierewicza, ani księży, ani PiSu. Posłanki lewicy zgłoszą projekt ustawy wprowadzający europejskie standardy przerywania ciąży”.

Agnieszka Dziemianowicz– Bąk (posłanka): Macierewicz doskonale pokazał, w kim PiS widzi prawdziwą opozycję. Było o zakazie aborcji – to my chcemy go znieść. O zakazie równości małżeńskiej – to my o nią walczymy. To bardzo klarowna deklaracja oglądu sceny politycznej – po jednej stronie PiS, po drugiej Lewica Razem”. 

Komentarz Bobera 

Powiem krótko: nasrał nam Macierewicz na głowy. Nie tym, że śpiewał hymn do mikrofonu, nie dlatego, że zapomniał o byłym prezydencie Kwaśniewskim, ale własnymi fobiami, kłamstwami, Smoleńskiem, agresją. A wszystko to pod skrzydłami PAD, który najpierw go namaścił, a potem wszystkim dziękował i namawiał do przekazywania sobie znaku pokoju (podawanie rąk). Szczyt hipokryzji. Banaś bił brawo. W bufecie podawano parówki i puszki z energetyzującymi napojami. Wstyd, wielki wstyd.

Reakcje internautów:

Sami nic nie umieją, tylko liczą na pomoc Boga tacy oni mądrzy”.

Szambo PiS, hucpa błazenada, banda złoczyńców. Prezydent łgał mówiąc o zgodzie. Kto podzielił rodziny, bliskich, jak nie on i PiS A teraz pasowałoby być następne 5 lat przy korycie, że swą niemową i żyć na koszt ubogich a co!”.

Ten cymbał nawet hymnu nie zna. Zaśpiewał  póki my żyjemy „.

Smutne, że znaczna część Polaków właśnie tak strasznej władzy chce. Macierewicz jako marszałek senior to kpina z wszystkich myślących obywateli. Koszmar stał się naszą codziennością”.

Prezydent Andrzej Duda wygłosił orędzie, jakby chciał zdjąć z Sejmu „klątwę nienawiści”. I tak jak kilka lat temu Ewa Kopacz apelował o podanie sobie rąk. Przekazanie sobie znaku pokoju w polskiej polityce oznacza jednak rozpoznanie wroga i jeszcze więcej wojny. A o to zadbał już marszałek senior Antoni Macierewicz, który wygłosił felieton jak w mediach o. Tadeusza Rydzyka.

Więcej >>>

Antoni Macierewicz jako marszałek senior opisał w Sejmie wizję państwa swoich marzeń. Jego aktem założycielskim jest katastrofa smoleńska, źródłem wartości – ideologia katolicko-narodowa, systemem politycznym – tyrania większości. W tym kraju nie ma miejsca dla tych, którzy wizji Macierewicza nie podzielają. Ich rola jest „nie przeszkadzać”.

„Polacy mają prawo oczekiwać, że ich wola zostanie uszanowana” – mówi marszałek senior Macierewicz i stwierdza, że absolutna większość wyborców poparła „obóz patriotyczny, narodowo-katolicki”, co oznacza, że trzeba taki program wprowadzić w życie. Tymczasem głosów na PiS było o 900 tys. mniej niż na KO, SLD i PSL łącznie. Ci Polacy się nie liczą

Rachunki wyborcze Antoniego Macierewicza są równie precyzyjne, jak jego tezy o katastrofie smoleńskiej.

Więcej >>>

Tolerancyjny, budujący zgodę ponad politycznymi podziałami, rozumiejący ludzi i doceniający pluralizm polityczny – Andrzej Duda na progu kampanii wyborczej ubiera się w szaty arbitra „zgody narodowej”. Przed posądzeniem o przemalowanie się na liberała ma Dudę chronić Jan Paweł II. A także odwołania do chrześcijaństwa i suwerennego narodu

Duda próbował zbudować z obecnymi na sali wspólnotę doświadczeń: też był posłem (2011—2014). Trudno powiedzieć, dlaczego przy tej okazji sporo czasu poświęcił tym, którzy nie dostali się do Sejmu. Nie wymienił ich z nazwiska, ale są wśród nich m.in. Stanisław Piotrowicz, Bernadetta Krynicka i Anna Sobecka.

Za to całemu jego przemówieniu patronowali wymienieni wprost: Jan Paweł II, Tadeusz Mazowiecki i Lech Kaczyński. Papież – uznawany za najbardziej podzielany przez Polki i Polaków autorytet – oraz dwóch polityków z dwóch różnych obozów. Słowa Jana Pawła II i Mazowieckiego były jedynymi cytatami, które padły w sejmowym orędziu prezydenta.

Duda starał się wypaść jak ktoś, kto umie łączyć różne polityczne tradycje i przekroczyć nawet najtrudniejsze podziały.

Pytanie, ile osób uwierzy w tę nagłą przemianę prezydenta, który jeszcze nie tak dawno krytykował Okrągły Stół, a Polskę po 1989 roku nazywał postkomunizmem.

Więcej >>>

Tomasz Grodzki został nowym marszałkiem Senatu. Już na wstępie widać, że ma odmienne podejście do tej funkcji od swojego poprzednika, Stanisława Karczewskiego. W Senacie niemal od razu poajwiły się długo nieobecne flagi UE. Grodzki zapewnia też, że nie zamierza wynajmować rządowej willi.

Nowy marszałek Senatu Tomasz Grodzki był gościem Radia Zet. W czasie wywiadu oznajmił, że w przeciwieństwie do swojego poprzednika z PiS, Stanisława Karczewskiego, nie zamierza wynajmować rządowej willi. Przypomnijmy, były marszałek ciągle zamieszkuje dom przy ulicy Parkowej – jego wynajem kosztuje Kancelarię Senatu ok. 5,6 tys. złotych.

Marszałek Grodzki będzie mieszkać w hotelu poselskim

Tomasz Grodzki powiedział Łukaszowi Konarskiemu:

Willi nie planuję, złożyłem taką deklarację. (…) Jest dość kosztowna i nie wydaje mi się potrzebna.

Póki co marszałek mieszka w hotelu sejmowym, rozważa więc nieco większy metraż na wypadek wizyt rodziny:

Być może zmienię pokój na trochę większy, bo pewnie przybędzie papierów i oczekuję, że rodzina czasem będzie mnie odwiedzać.  Chciałbym więc mieć nieco więcej przestrzeni.

Dodał, że kancelaria Senatu nie będzie w przyszłości opłacać wynajmu rządowej willi. „Marszałek Borusewicz przez kilka kadencji mieszkał cały czas w domu poselskim i korona mu z głowy nie spadła” – skwitował nowy marszałek Senatu. Zapewnił, że senator Karczewski będzie musiał się wyprowadzić z willi przy ulicy Parkowej w Warszawie.

Karczewski żegna się z funkcją marszałka Senatu. „Czuję się osobiście urażony”

Także w Senacie już widać znaczące zmiany. Na korytarzu pojawiły się obok polskich, flagi Unii Europejskiej. Zdjęciem z korytarza podzielił się Sławomir Nitras:

Były marszałek Senatu na antenie RMF FM oznajmił, że ma dwa miesiące na przeprowadzkę i prawdopodobnie wyniesie się ze swojego dotychczasowego domu w przeciągu miesiąca.

Tokarczuk, Tusk, Sterczewski, a naprzeciw pisowski rynsztok. Kto wygra?

19 Paźdź

Dzisiaj mija 2 rocznica jak pod Pałacem Kultury w Warszawie podpalił się w akcie protestu przeciw polityce PIS Piotr Szczęsny – szary człowiek, który kochał wolność ponad wszystko. Trzeba pamiętać o tym wydarzeniu, dlatego przypominam jego list – testament.

Patriotyczni eksperci od turystyki i krajoznawstwa oferują Oldze Tokarczuk atrakcyjne destynacje.

Ze współczuciem trzeba przyznać, że Akademia Szwedzka sprawiła Oldze Tokarczuk wielki problem. Laureatka Nagrody Nobla musi sobie teraz łamać głowę, jaki kraj jako miejsce osiedlenia wybrać. Rodacy, którzy wpisują się na forach internetowych, życzliwie podsuwają jej niezliczone pomysły. Warto kilka wymienić, z szacunku zachowując oryginalną pisownię komentatorów portalu tygodnika „Sieci”.

„Jedź do iSSraela. Idealne państwo dla bydła antypolskiego”.

„Wracaj na Wzgórza Golan”.

„i ona ma taką nagrodę może powinna wyprowadzić się do niemiec”

„Proponuję wyjazd na Krym”.

„Proponuję wyjazd do KRLD”.

„Wyjazd do państw arabskich”.

Propozycji jest tak dużo, że niektórym osobom trudno coś nowego wymyślić. Stąd i taki kategoryczny wpis, bez wskazywania kierunku: „Wstyd, wstyd, wstyd. Jak pani to nie odpowiada, to niech pani wyjedzie z kraju, który pani nie odpowiada!!!!! Żegnam panią”.

Co w patriotach obudziło taką inwencję w dziedzinie turystyczno-krajoznawczej? Przede wszystkim niewiara w to, że prawdziwa Polka mogłaby odebrać wyróżnienie tej rangi, zwłaszcza że „Nikt nie zna szczegółów regulaminu przyznawania nagród”. Stąd mnogie próby zrozumienia tej podejrzanej intrygi.

„Pisz Pani do starszych braci w wierze. Może ci Chazarowie to przeczytają”.

„Tokarczuk wracaj do swoich bo Polską ty nie jesteś”.

„Kim ona jest? Jakie są jej korzenie?”

„Warto zbadać korzenie noblistki”.

„Ona nie jest Ukrainką tylko Niemką”.

„Jude-asze tak mają – Noble, Oskary dostają za pochodzenie”.

„Ukraińska czerń – H. Sienkiewicz”.

„Z tej dziuni taka Polka jak z Tuska, Holland czy Thun. Obywatelstwo nie zawsze określa narodowość”.

„Przecież ukrainka nie będzie popierać Polski. Tylko się zastanawiam po co tu mieszka. Żeby pluć na Polskę?

Niektórzy, bardziej oblatani w kwestii antypolskich spisków, jasno zdają sobie sprawę z istoty rzeczy:

„Czyli jednak coraz bardziej wygląda to na ustawkę – Nobel dla zwolenniczki »totalnej opozycji« na trzy dni przed wyborami w Polsce. Czysty przypadek”.

„Soros dał kasę na tę nagrodę Nobla. Niemra oskarżająca Polaków”.

Rodzi się poważny narodowy problem: jak z tym całym Noblem teraz żyć? I tu cieszy optymizm nielicznych niestety autorów wpisów, którzy nie załamali się do końca i jednak widzą światełko w tunelu:

„Na pewno nie kupię i nie przeczytam żadnej z jej książek. Nie moje klimaty, a dużo czytam”.

„My się otrząśniemy i taką szarańczę jak Tokarska strząśniemy ze zdrowego drzewa jakim jest Polska”.

I na koniec najbardziej szczery, swojski wpis czy wiele wyjaśniające żądanie: „może podzieli się kasą z ludźmi”.

Posłowie Koalicji Obywatelskiej domagają się zwołania Komisji Kontroli Państwowej w sprawie Mariana Banasia. – Komisja jest najwyższym organem kontrolnym w kraju. Musi wyjaśnić swoje oświadczenia i powiązania z przestępcami. Polacy muszą wiedzieć, co się wokół niego dzieje – mówił w Sejmie Sławomir Nitras z PO

Trzeba wyjaśnić sprawę

Posłowie opozycji żądają wyjaśnień ws. oświadczenia majątkowego prezesa NIK Mariana Banasia.

– Nie możemy w tej sprawie czekać. Jak stwierdziła pani marszałek Witek, Sejm może pracować po wyborach, mimo poważnych wątpliwości. Skoro tak, to może też pracować Komisja Kontroli Państwowej. Przypomnę, że to ona kontroluje Najwyższą Izbę Kontroli. Żądamy tego w imieniu klubu PO-KO – mówi na konferencji prasowej Sławomir Nitras.

– Mamy do czynienia z kryzysem państwa. Od kilku tygodni wiemy, że pan Marian Banaś ma problemy, jeżeli chodzi o kontrolę Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Od kilku dni wiemy nieformalnie, że trwają próby nakłonienia pana Banasia do złożenia dymisji – mówił Marcin Kierwiński.

– Pan Banaś jest najwyższym organem kontrolnym w Polsce. Wokół najważniejszej instytucji kontrolnej w Polsce toczy się jakaś dziwna gra. Jeżeli NIK ma działać w sposób transparentny, Polacy muszą wiedzieć, co się dzieje wokół Mariana Banasia. Narosło zbyt wiele podejrzeń, że ta sprawa była zamiatana pod dywan przez służby specjalne – dodaje Kierwiński.

Banaś wraca do NIK-u

Wybrany głosami PiS-u Marian Banaś poinformował w czwartek, że wraca z bezpłatnego urlopu do pracy na stanowisku szefa NIK-u. Na urlop poszedł w wyniku dziennikarskiego śledztwa, które ujawniło, że Banaś wynajmował kamienicę w Krakowie po zaniżonej cenie osobom znanym z krakowskiego półświatka. W kamienicy prowadzono wynajem pokoi na godziny.

W środę zakończyła się trwająca od kwietnia kontrola oświadczeń majątkowych Banasia, prowadzona przez CBA. Niestety, służby nie poinformowały o wynikach kontroli, jednak jak podało RMF FM, kontrola CBA miałaby wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

– Afera Banasia nie jest tylko aferą Banasia, ale jest aferą PiS-u. To PiS zrobił tego pana ministrem finansów i to PiS wybrał go na szefa NIK mimo informacji o prowadzonych przez CBA sprawdzeniach – uważa Marcin Kierwiński.

Zbigniew Ziobro i jego ludzie żądają, by PiS szybko przykręcił śrubę. Ale z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego słychać, że przelicytowali

Powyborczy wtorek, na stronie Państwowej Komisji Wyborczej coraz więcej podliczonych głosów. Pierwsza zdjęcie do sieci wrzuca Solidarna Polska. To galeria 18 nowych posłów partii Ziobry, jego fotografia jest największa i w centrum. Dzień później swoją reprezentacją chwali się Porozumienie Jarosława Gowina. I tu też 18 posłów.

Prezes PiS o wyniku wyborów wypowiada się wstrzemięźliwie, ale partie koalicyjne triumfują. To już nie są koalicjanci wzięci na pokład po przegranych wyborach do europarlamentu w 2014 r. Teraz decydują o parlamentarnej większości. – Bez nas PiS nic nie zrobi – cieszą się ziobryści i gowinowcy.

Bo Zjednoczona Prawica wprowadziła do Sejmu 235 posłów, tyle samo co cztery lata temu. A bezwzględna większość to 231. – To będzie trudna kadencja. Takie zwycięstwo przyprawia Kaczyńskiego o potężny ból głowy. Bo to on będzie musiał za każdym razem rozstrzygać nawet najmniejszy spór w obozie władzy – mówi nam polityk PiS.

Jaki harcuje

Polityk PiS sięga po „Rzeczpospolitą”, spogląda na wywiad z byłym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim i krzywi się. „Naszym zdaniem najlepszym kandydatem na premiera jest zawsze pan prezes Jarosław Kaczyński – osoba o ogromnej wiedzy, doświadczeniu i sukcesach w polskiej polityce. To właśnie prezes Kaczyński był głównym architektem Zjednoczonej Prawicy” – zachwala Jaki.

Dziś jest europosłem i najbardziej zaufanym człowiekiem Ziobry. W kampanii mocno wspierał kandydatów Solidarnej Polski, zachwalał w wyborczych klipach, pozował z nimi do zdjęć. Teraz domaga się zmiany premiera.

– Te wybory zmieniły sytuację polityczną. Porozumienie i Solidarna Polska są pełnoprawnymi koalicjantami, którzy walnie przyczynili się do zwycięstwa. To dziwne, gdy w rządzie są obaj partyjni przywódcy, a kieruje nimi podwładny lidera innej partii – komentuje żądania Jakiego polityk Solidarnej Polski.

Nasz rozmówca twierdzi, że celem nie jest rozbijanie koalicji, ale powyborcza refleksja i „zapobieżenie sytuacji, w której dobra zmiana ugrzęźnie i przekształci się w prawicową wersję PO”.

Wieczorem wiceprezes PiS Adam Lipiński w TVN przestrzega: – Ważne, żebyśmy sami nie przyczyniali się do tego, by potwierdziła się stara żeglarska prawda, że ci, którzy najmocniej bujają łódką, mogą pierwsi z niej wypaść.

Bo w PiS na wymianę szefa rządu zgody nie ma. – Ziobro przelicytował. Miał mocną wyjściową pozycję negocjacyjną, ale niepotrzebnie pozwolił swoim ludziom, by publicznie podważali mandat Morawieckiego – mówi ważny polityk obozu władzy.

Ziobryści grają nie na powołanie Kaczyńskiego, ale na odwołanie Morawieckiego. – Myśleli, że uwikłają PiS w podwójne negocjacje, ale jeśli Kaczyński czegoś nie znosi, to stawiania go pod ścianą. Ziobro tylko straszy, by w końcu wycofać się ze zmiany premiera i ugrać coś w zamian – twierdzi polityk, który zna kulisy rozmów.

Niechęć Ziobry do Morawieckiego jest legendarna. Zaczęła się w czasach, gdy obaj politycy jako ministrowie zabiegali o wpływy w spółkach skarbu państwa. Wybrzmiała przy rekonstrukcji rządu, gdy Morawiecki zastąpił Beatę Szydło. Wtedy nieufny Ziobro zabezpieczył się przed utratą resortu. Zaproponował aneks do umowy zjednoczeniowej, a w nim konkrety: Ministerstwo Sprawiedliwości dla ziobrystów, resort nauki i szkolnictwa wyższego dla gowinowców. Dodatkowo dla obu sojuszników jeszcze jeden minister w rządzie, niekoniecznie resortowy.

Nocna narada

Rządowa willa przy Parkowej w Warszawie. Wtorkowy wieczór upamiętniają fotografowie „Faktu”. Na jednym ze zdjęć Morawiecki ze sztućcami w ręku siada do kolacji. Chwilę później przed drzwiami parkuje limuzyna Kaczyńskiego. Lider PiS naradza się z premierem. To jasny sygnał, że szef rządu cieszy się pełnym zaufaniem prezesa, nie jest krytykowany za kampanię wyborczą. I że to z nim konsultowane są pierwsze decyzje po wyborach.

Deklarację lojalności złożył już Gowin. – Premierem będzie Mateusz Morawiecki, to poza dyskusją. Tego kandydata wskazała główna partia naszego obozu, czyli PiS – zapewnił w TVN 24.

Kaczyński spotyka się z Gowinem dzień po rozmowie z Morawieckim. – Na gruncie neutralnym – słyszymy w PiS. Rozmawiają długo, kończą nad ranem. W środku nocy dołącza do nich premier.

Kaczyński stosuje starą zasadę „dziel i rządź”. Widać wyraźnie, że to spotkanie było wymierzone w aspiracje Ziobry. Rano poinformował o nim sam Gowin w Wirtualnej Polsce, podkreślając, że co do personaliów zgadza się z prezesem PiS w 100 proc., a co do programu – w 90 proc.

To powtórzenie wcześniejszych deklaracji, że Gowin na rozgrywki personalne razem z Ziobrą się nie pisze. Chciałby jednak ze strony PiS koncesji, które zawierają się w owych 10 proc. różnic w kwestiach programowych.

Na koniec na stronie prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” pojawiają się wypowiedzi polityków PiS prosto z partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej. Wyrażają głębokie oburzenie i niesmak akcją ze strony polityków Solidarnej Polski, która godzi w jedność Zjednoczonej Prawicy.

Ziobro radykał

Solidarną Polskę i Porozumienie łączy sojusz taktyczny – wspierają się, gdy PiS próbuje kogoś z nich ograć. Stoją jednak na dwóch biegunach ideowych.

Gowin to zwolennik złagodzenia polityki PiS, skierowania jej w stronę politycznego centrum i wspierania innowacyjnej gospodarki rynkowej, a tym samym sojusznik Morawieckiego.

– Jesteśmy pozytywistami. Uważamy, że trudniej, ale efektywniej jest przekonywać do swoich racji, niż odgórnie narzucać model i schemat życia – mówi „Wyborczej” Marcin Ociepa, wiceminister przedsiębiorczości, poseł Porozumienia. Jego zdaniem Polska musi gonić świat gospodarczo. – Nikt na nas nie poczeka, aż się wygrzebiemy z naszych sporów światopoglądowych. Kwestie wolności gospodarczej i podejścia do wolności w ogóle są decydujące dla przyszłości prawicy w Polsce.

Ziobro jest radykałem. Chce dokończyć reformę systemu sprawiedliwości, którą firmował. Spieszy się, by zdążyć przed wyborami prezydenckimi. Ale z obozu Gowina dochodzą sygnały, że to nie jest najlepszy pomysł. – Prawie wszystkie reformy Ziobry wyprowadzały Polaków na ulicę. Tym razem też tak będzie, a to na pewno nie pomoże wygrać Dudzie drugiej kadencji, bo jeśli marzy o reelekcji, musi sięgać do centrum – mówi polityk Porozumienia.

We wtorek, tuż po wyborach, Jaki publikuje w mediach społecznościowych manifest. „Trwa proces wrogiej socjalizacji społeczeństwa – zamiany flagi biało-czerwonej na tęczową , społeczeństwa wolnościowo-konserwatywnego na lewackie. Świat wartości społeczeństwa w większości kształtują media liberalno-lewicowe oraz lewicowe uniwersytety. I smutną puentą tego procesu było oświadczenie rektorów polskich uczelni, że trzeba karać za krytykę ideologii LGBT. Jeżeli prawica nie zareaguje na te procesy u fundamentów, to po tej kadencji, za cztery lata, kolejne kilka milionów ludzi skończy ten proces socjalizacji i prawica nie będzie miała czego szukać w Sejmie”.

– Niech każdy reformuje państwo tymi instrumentami, które uważa za najwłaściwsze. Ja za właściwszy uważam skalpel chirurgiczny, a nie maczugę – odpowiedział mu Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego. I zapewnił, że nie odnajduje się w retoryce dzielenia uczelni na „lewicowe” czy „prawicowe”, bo każda z nich jest pluralistyczną wspólnotą. – Nawet jeśli któraś uczelnia jest bardziej lewicowa, są na niej również uczeni i studenci o poglądach konserwatywnych.

Rozprawić się z mediami

Jaki twierdzi, że ziobrystom nie chodzi o stanowiska, ale o „gwarancje, że nowy rząd nie przegapi spraw najważniejszych”.

Polityk z obozu władzy: – Oni chcą Fideszu nad Wisłą. Uważają, że teraz jest czas rewolucji, że wszystkie reformy musimy zrobić do wiosennych wyborów prezydenckich. Z dwóch powodów – to pomoże w reelekcji Dudy, a jeśli jednak zmieni się lokator w Pałacu Prezydenckim, żadnych reform już nie zrobimy. Opozycja zyska prezydenckie weto.

Inny polityk z klubu PiS: – Powielenie węgierskich wzorców to szansa na przetrwanie prawicy.

Z Węgier ziobryści chcieliby przenieść do Polski rozprawę z mediami, przede wszystkim tymi z kapitałem zagranicznym. Na Węgrzech media przejmują oligarchowie bliscy Orbánowi. Jak miałoby to wyglądać w Polsce, ziobryści nie zdradzają.

Z podziwem patrzą na orbánowską reformę samorządów, która uzależniła regiony od rządu. Według naszych rozmówców ludzie Ziobry chcą, by kierunki zmian zostały wskazane i zapisane w nowej umowie zjednoczeniowej. Ale z PiS dochodzą pomruki niezadowolenia.

Politycy Solidarnej Polski uważają, że to właśnie przez fatalną, „skierowaną do centrum” i „przeekonomizowaną” kampanię nie udało się osiągnąć celów – 276 głosów w Sejmie pozwalających odrzucić weto prezydenta i postawić Tuska przed Trybunałem Stanu. Jako jeden z przykładów podają pomysł 4 tys. płacy minimalnej w 2023 r. zgłoszony przez Kaczyńskiego i Morawieckiego na ostatnim zakręcie kampanii.

– Najpierw był entuzjazm, ale później ludzie przyszli do pracy i dowiedzieli się od pracodawcy, że to nie prezes Kaczyński im da te pieniądze, ale właściciel, który twierdzi, że pieniędzy nie ma, i albo ich zwolni, albo zamknie interes – wyjaśnia nasz rozmówca z Solidarnej Polski.

Jako kontrprzykład udanej kampanii podaje właśnie polityków Solidarnej Polski, którzy startowali z dalszych miejsc, ale wspierani na plakatach przez Ziobrę i Jakiego przebojem wdarli się na szczyty. To np. Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości. – Byli ideowi, radykalni, dynamiczni. Głosowali na nas ludzie młodzi, którzy chcieli zmian. Przez taką kampanię, jaką prowadził w tych wyborach PiS, ludzie młodzi głosowali na Konfederację.

Solidarna Polska przypomina, że Jaki jako kandydat na prezydenta miasta miał w Warszawie więcej głosów niż teraz Kaczyński, a Ziobro, startując ze Świętokrzyskiego, miał podobne notowania jak Morawiecki w Katowicach.

Jeden z polityków PiS cieszy się: – Procentowo wynik Morawieckiego jest taki, jaki cztery lata temu zrobił w Katowicach PiS bez niego. A w kampanii nawet święto narodowe na Śląsk przenieśliśmy – drwi z obchodów 15 sierpnia w Katowicach.

Rządu szybko nie będzie

Gra toczy się dalej, jednak już nie o stanowiska premiera, ale o stołki ministrów. Tuż po wyborach z centrali PiS dochodziły wieści, że rząd będzie szybko. Plany pokrzyżowały jednak wyniki wyborów do Senatu, w którym PiS straciło większość. Teraz słychać, że „rząd powstanie w najpóźniejszym możliwym terminie”. Według konstytucji prezydent musi desygnować premiera najpóźniej dwa tygodnie po pierwszym posiedzeniu Sejmu. Nazwisko przyszłego premiera musi więc być znane najpóźniej 26 listopada.

– Dopóki jest stary rząd, mamy szereg różnych możliwości, żeby przekonać osoby, które nie wierzą w geniusz PiS, by jednak nas poparły – mówi polityk PiS.

Ponieważ nie ma żadnych politycznych decyzji, mnożą się spekulacje. Są już pierwsze nazwiska na rządowej giełdzie. Rządową karierę kończy Witold Bańka, wybrany na szefa Światowej Agencji Antydopingowej. Ziobryści chcą tego resortu dla byłego wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia, dziś pełnomocnika ds. pomocy humanitarnej. Gowin chce wzmocnić szefową resortu przedsiębiorczości i technologii Jadwigę Emilewicz. W partii spekulują, że mogłaby stanąć na czele Ministerstwa Energii, którym dziś kieruje Krzysztof Tchórzewski kojarzony z Szydło.

W grze jest też Ministerstwo Środowiska – tym zarządza Henryk Kowalczyk, to również zaufany człowiek byłej premier. – Szydło też będzie miała coś do powiedzenia w rządowej układance. Niech się Gowin tak nie spieszy do wycinania jej ludzi – komentują w PiS.

W Porozumieniu też analizują wyborcze wyniki i niektóre wnioski są podobne do tych, jakie przedstawiają ziobryści – utrata głosów przedsiębiorców. Stąd zapowiedź Gowina, że jego posłowie nie zagłosują za zniesieniem 30-krotności składek ZUS. To oznacza konieczność zmiany budżetu, który PiS przyjął we wrześniu, głosząc, że jest to pierwszy budżet od 30 lat bez deficytu. Bo 30-krotność miała dać 5,1 mld zł.

Gowin w Wirtualnej Polsce: – Myślę, że ten temat zostanie zdjęty z agendy. To uderzenie w wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, najbardziej kreatywną część społeczeństwa. Do takiego uderzenia Porozumienie nie przyłoży ręki.

O tej kandydaturze spekulowano od kilku dni. Właśnie została oficjalnie zgłoszona, a pismo w tej sprawie podpisał Grzegorz Schetyna.

O sprawie jako pierwsza informowała Polityka Insight. „Wyborcza” potwierdziła te doniesienia w Platformie Obywatelskiej. Schetyna zgłosił Tuska podczas szczytu EPL.

Europejscy chadecy wybierają swoje władze pod koniec listopada na zjeździe w Zagrzebiu. – Jest wielka mobilizacja. Jedziemy tam, żeby wybrać Tuska i jestem przekonany, że jego kandydatura przejdzie – mówi „Wyborczej” jeden z europosłów PO. Do tej pory szefem EPL był Francuz Joseph Daul.

Sam Tusk sugerował już, że może zostać szefem EPL.

– Niewykluczone, że tak będzie. Rozstrzygnięcie zapadnie w listopadzie. Zaangażowanie w EPL nie wyklucza zaangażowania w sprawy krajowe, inaczej niż w przypadku szefa Rady Europejskiej. Nie mówię tu o wyborach prezydenckich, ale o powrocie do aktywności w życiu publicznym w Polsce. Ewentualne przywództwo w EPL nie powstrzyma mnie przed pełnym zaangażowaniem w sprawy Polski – powiedział Tusk w rozmowie z dziennikarzami już po wyborach w Polsce.

Na większą swobodę działań Tuska zwracają też uwagę politycy PO, z którymi rozmawiała „Wyborcza”. Podkreślają, że jako szef Rady Europejskiej Tusk musiał zachować dystans do sytuacji w Polsce, bo reprezentował całą Unię Europejską. Jeśli zostanie wybrany, będzie nadal ważną figurą w Europie, ale już z pełnym mandatem do angażowania się w polskie sprawy jako szef chadeków.

Europejska Partia Ludowa to ugrupowanie zrzeszające chadeków, ludowe i konserwatywno-liberalne partie z krajów UE. Jej członkami w Polsce są PO i PSL.

Wyniki wyborów 2019. Ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne.

Czwartek wieczorem. Moi znajomi udostępniają na Facebooku najnowszy post Franka Sterczewskiego, nowego posła Koalicji Obywatelskiej z Poznania. Franek to bohater tego tygodnia: z ostatniego miejsca na liście zrobił trzeci wynik, poparło go 25 tys. ludzi, telewizje robią o nim materiały, zapraszają do dyskusji w studiu. A Franek czaruje, zapowiada, że będzie posłem w trampkach, a nie lakierkach, że chce łączyć, a nie dzielić, że marzy mu się wspólne pieczenie pizzy pod Sejmem.

Wybory parlamentarne 2019. Franciszek Sterczewski odrzuca propozycję Kancelarii Sejmu

Czym zachwycił tym razem? Pani z Kancelarii Sejmu zaprosiła go na szkolenie dla nowych posłów. Chciała zarezerwować miejsce w samolocie, ale Franek odmówił. Woli jechać pociągiem i to drugą klasą. Pani w szoku, a internauci zakochani: „Można? Można!”, „Dobrze oddany głos!”, „Nowa klasa polityczna”, „Taki kierunek przywraca nadzieję”. Tysiące lajków, setki udostępnień.

Moja pierwsza myśl: czy naprawdę jest się czym zachwycać? Podróż pociągiem z Poznania do Warszawy, z centrum do centrum, zajmuje niecałe trzy godziny w warunkach dość komfortowych. Samochodem do stolicy jedzie się dłużej. A samolot co prawda leci tylko godzinę, ale trzeba doliczyć odprawę, dojazd na lotnisko i z lotniska.

Poznań to nie Szczecin czy Wrocław, gdzie wybór samolotu mógłby mieć sens, bo zauważalnie skracałby czas podróży. To, że nowy poseł zdecydował się na pociąg, jest zatem racjonalnym wyborem, a nie żadnym heroicznym czynem. Tak podróżują tysiące ludzi.

Wybory parlamentarne 2019. Wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu

Ale potem przychodzi druga myśl – ta ekscytacja czymś normalnym pokazuje tylko, jak bardzo nienormalne jest nasze życie publiczne i jak nisko upadła tzw. klasa polityczna.

Pamiętamy słynne małżeństwo Łyżwińskich, posłów Samoobrony, którzy wyciągali od Sejmu pieniądze na paliwo, choć nie mieli nawet samochodu.

Pamiętamy prezydenta Andrzeja Dudę, który jako poseł nocował za publiczne pieniądze w poznańskich hotelach. Ponoć miało to związek z jego poselskimi obowiązkami, choć dziwnym trafem w tych samych terminach prowadził zajęcia na prywatnej uczelni pod Poznaniem.

Pamiętamy „aferę madrycką”, gdy trzech posłów PiS poleciało do stolicy Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi, jednocześnie biorąc z Sejmu pieniądze za podróż samochodem.

Pamiętamy wreszcie marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który rządowy samolot zamienił w podniebną taksówkę, zabierając do niej rodzinę i znajomych.

To wszystko sprawia, że dla wielu osób coś zwykłego urasta nagle do rangi czegoś niezwykłego. Ekscytuje, budzi szacunek. To dobrze, że Franek Sterczewski już nie w randze ulicznego happenera, lecz posła na Sejm pokazuje nam, że podróż pociągiem to nie powód do wstydu, lecz racjonalny wybór. Spółka Intercity już powinna biec z podziękowaniami. Ale chyba wszyscy byśmy chcieli, by Franek Sterczewski zapisał się w historii parlamentaryzmu jeszcze czymś więcej.

Prezydent Austrii chwalił się podróżą pociągiem na Szczyt Klimatyczny w Katowicach, tak jak nowa prezydentka Słowacji  Zuzanna Czaputova, która koleją wybrała się na szczyt Grupy Wyszehradzkiej. W Nowym Jorku Czaputova szła na Szczyt Klimatyczny pieszo, bo stwierdziła, że nie będzie wsiadać do limuzyny tylko po to, żeby przebyć dystans kilkuset metrów. Teraz do tego grona dołączył pan, chyba jako pierwszy polityk, publikując zdjęcie z wagonu Wars i historię o tym, jak odmówił pan lotu do Warszawy i poprosił o bilet na pociąg.

Franek Sterczewski: – Jestem zaskoczony, że ten wpis przyciągnął aż tyle uwagi. Widocznie jeszcze nasza klasa polityczna jest uważana za odklejoną od społeczeństwa. Ale ważne jest, żebyśmy zwracali uwagę na to, czym się poruszamy po mieście na co dzień i na dłuższych dystansach.

Chcę iść za ciosem i zachęcać innych posłów i posłanki, by publikowali swoje zdjęcia w transporcie publicznym. Niech nas wszyscy zobaczą, przecież nie jestem jedyny. Wiceprezydent Poznania Mariusz Wiśniewski też jeździ tramwajem. Pokażmy, że jest nas więcej, i spróbujmy stworzyć modę na transport zbiorowy. Zaproponowałem nawet hasło, „make zbiorkom [skrót od transportu zbiorowego] great again” [uczyńmy transport zbiorowy znowu wspaniałym].

Zastanawiam się, jaka to oszczędność czasu dla polityków – latanie samolotem zamiast jazdy pociągiem.

Z Poznania do Warszawy jeszcze nie leciałem, ale podejrzewam, że byłbym z 30 minut szybciej niż pociągiem. Nie jest to warte kosztów dla środowiska. Nie wiem, dlaczego tak wielu posłów decyduje się na samolot. W Poznaniu mamy jednak czołówkę lotników sejmowych, polityków latających do Warszawy rekordowo często. Nie chcę demonizować latania, ale powinno ono być ostatecznością.

Poza tym uważam, że gdyby posłowie częściej jeździli pociągami, więcej by wiedzieli o mankamentach kolei i rozumieli wyzwania. Bo transport zbiorowy zasługuje na swoje miejsce wśród priorytetów zamiast autostrad i transportu indywidualnego. Bo jest bardziej ekologiczny i wydajny.

Ale nie skończy się u pana na wpisach w mediach społecznościowych?

Chcę dostać się do komisji infrastruktury i działać w kierunku zwiększenia środków na komunikację zbiorową. Chcę stać się rzecznikiem zbiorkomu. Na kolei połączeń musi być więcej. A w przestrzeni miejskiej? Trzeba postawić na drogi rowerowe, autobusy, tramwaje. Musimy myśleć o komunikacji miejskiej jako o systemie naczyń połączonych. Trzeba liczyć, ile zajmuje mieszkańcom dojście z domu na dany przystanek, ile trwa podróż autobusem i ile jest stojaków rowerowych koło dworca kolejowego, bo część z nas przesiada się z roweru na pociąg. O transporcie trzeba myśleć kompleksowo.

Cieszę się, że  zbiorkom zaczął funkcjonować w kampanii wyborczej. PiS chce powrotu PKS-ów i choć źle się do tego zabiera, zwrócił uwagę na ogromny problem zanikania połączeń autobusowych.

Bo transport to dostęp do normalnego życia, do usług. Jeśli ktoś jest z małej miejscowości, transport to dostęp do lekarza, edukacji, korzystania z kultury. Nie wszyscy mają prawo jazdy, połowa kobiet go nie ma. Są wykluczone nie z przywilejów, tylko z załatwiania zwykłych codziennych spraw, choćby korzystania ze świadczeń zdrowotnych.

Podczas kampanii wyborczej rozdawałem na dworcu kawę wcześnie rano i spotkałem jednego dnia dwie kobiety z Koszalina. Okazało się, że przyjechały do Poznania do lekarza, bo w Koszalinie nie było akurat tego specjalisty, którego potrzebowały. Zdziwiłem się, że były zmuszone podróżować aż pięć godzin, żeby iść do lekarza. To pokazuje, że jak myślimy o dostępie do transportu, to tak naprawdę myślimy też o dostępie do opieki zdrowotnej, szkół czy innych instytucji. Dyskusja o transporcie jest dyskusją o demokracji w państwie: na ile jest ono dostępne równo dla wszystkich, także dla osób biedniejszych, których nie stać na auto?

Dyskusja o transporcie to też dyskusja o smogu i relacjach międzyludzkich. Czy spotykając się z ludźmi w tramwaju, nie jesteśmy bardziej otwarci na drugiego człowieka, niż gdy odizolowani jedziemy samochodem?

Znowu, nie mam pretensji do kierowców i nikogo nie chcę na siłę przesadzać do autobusu. Ale jest masa ludzi, która chce mieć alternatywę.

Czy po nowym rozdaniu, z napływem nowych posłów i posłanek, w tym z list Lewicy, transport zbiorowy ma większą szansę, by stać się priorytetem?

Jest na to szansa, ale nie łączyłbym tego z barwami politycznymi, a bardziej ze zwiększającą się  świadomością posłów i posłanek. W ramach jednego ugrupowania poglądy mogą być bardzo różne. Pamiętajmy, że to konserwatyści, jak Michael Bloomberg czy Boris Johnson, przeprowadzali rewolucje transportowe w Nowym Jorku i Londynie i na przykład wprowadzili drogi rowerowe na wielką skalę. Więc to nie do końca kwestia światopoglądu, tylko umiejętności nowoczesnego zarządzania transportem.

Kurz bitewny opadł, emocje się wyciszyły i można wreszcie ze spokojem podejść do wyników wyborów Roku Pańskiego 2019. Czas więc na pewną refleksję, wolną od skoków adrenaliny. Czas na ocenę.

Zacznijmy od PiS. Choć partia prezesa wygrała i ma większość parlamentarną, to jakoś nie widać euforii wśród polityków i chyba słusznie, bo postawiony cel nie został osiągnięty. Miała być większość konstytucyjna, która pozwoliłaby na demolkę Konstytucji. Miała być większość, która mogłaby zablokować weto prezydenckie w sytuacji, gdy jednak pan Andrzej Duda nie zostanie ponownie prezydentem. Miał być też Senat w odpowiednich rękach, by nie przeszkadzać i wspomagać rujnowanie Polski. Skończyło się tylko na marzeniach, a to bardzo zabolało.

A przecież PiS władował tyle energii i sił w kampanię wyborczą. Korzystając z uprzywilejowanej pozycji partii rządzącej, rozpoczął ją już wtedy, gdy trwał wyścig do ław w Europarlamencie, czyli w okolicach stycznia 2019 roku. Jak pamiętam, na spotkaniach w terenie PiS umiejętnie wplatał w agitację wyborczą do Brukseli wątki polityki wewnętrznej. Spotkania były zdominowane przez sukcesy socjalne, gospodarcze, finansowe i to tylko cud lub zwykły przypadek, że znalazło się tam malutkie miejsce na tematykę związaną z Unią Europejską.

Po wyborach do UE PiS pod pozorem spotkań władzy z wyborcami znowu ruszył w Polskę. Niby chciał pokazać, jak to jest blisko zwykłego obywatela, pogadać o osiągnięciach, wbić do głowy wszystkie sukcesy, na które Polak może liczyć tak długo, jak długo prezes będzie rządził, a tak naprawdę była to nieźle zakamuflowana forma kampanii wyborczej do rodzimego parlamentu. Dzięki pomocy Dudy, który ogłosił termin wyborów na ostatnią chwilę, partia zyskała dobre 3 miesiące przewagi nad pozostałymi partiami i spokojnie, bez zakłóceń mogła prowadzić tę swoją agitkę. Nie ukrywam, że miałam duży problem z tym rozjazdem rządzących po Polsce. Zastanawiałam się, w jakim stopniu za te spotkania płacę ja jako podatnik, a w jakim partia prowadząca już kampanię. Odnoszę wrażenie, że zostałam zrobiona w konia i dołożyłam sporo kasy do tej gierki.

Dodatkowym atutem PiS-u, który miał dać oszałamiające zwycięstwo, to media publiczne, które śmiało możemy nazwać reżimówkami. Złamane zostały wszelkie zasady dotyczące publikowania materiałów i organizowania spotkań z poszczególnymi komitetami wyborczymi. Proporcje totalnie zaburzone, co zauważyli nawet obserwatorzy OBWE, wskazując na te nieprawidłowości.

Nie zapominajmy też o roli Kościoła. Przyglądając się wyborcom PiS, wiemy, że to przede wszystkim mieszkańcy wsi, miasteczek i miast poniżej 500 tys. Wiadomo, kto w tak małych społecznościach odgrywa największą rolę, cieszy się największym zaufaniem. Oczywiście ksiądz… Agitacja z ambony, oddawanie głosu politykom PiS, by mogli przemówić do zgromadzonych na mszy, oplakatowanie parafii, no i wielkie wsparcie ludzi pokroju Jędraszewskiego, którzy mają w nosie, iż złamali artykuł 1 konkordatu. Sytuację mamy więc jasną – Kościół plus reżimówka (bo innej telewizji raczej wyborcy PiS nie oglądają) dają nam taki właśnie wynik PiS-u.

Tyle pracy, tyle wysiłku, tyle kasy partyjnej i naszej, podatników, a efekt daleki od zamierzonego. Mało tego, sojusznicy PiS urośli w siłę, co prezesowi zapewne też spędza sen z oczu. W wyborach 2015 roku partia Gowina zdobyła 12 mandatów, a Ziobry 8, co oznacza, że PiS miało 215 posłów ze swojej formacji. Teraz Gowin ma 18 mandatów, Ziobro 17, a PiS 200, co znacznie umacnia obu panów i zmusza biednego prezesa do większego wysiłku koalicyjnego. A wszyscy świetnie wiemy, że nie cierpi on dzielić się władzą i to dla niego wielka, sromotna wręcz, porażka. O przegranej walce o Senat to już nawet nie wspominam…

Nie można więc dziwić się prezesowi i jego ludziom, że nie tryskają energią, robią dobrą minę do złej gry. No, nie udało się. Na dodatek, na opozycyjne partie zagłosowało w sumie więcej obywateli niż na PiS, co dla Kaczyńskiego zupełnie niezrozumiałe i równie bolesne. Ech, biedny prezes. A już się widział w roli jednowładcy…

Czas teraz na podsumowanie partii opozycyjnych. Czy mają powód do radości i mogą być dumne ze swoich kampanii? Skupmy się na PO, bo PSL jednak może się cieszyć, podobnie jak i Lewica, która wróciła do Sejmu.

Tłumaczenie, że partia Schetyny nie miała możliwości rozwinięcia skrzydeł, bo kampania była bardzo krótka, wydaje mi się bezzasadnym usprawiedliwieniem własnej niemocy. 4 lata! 4 lata miało PO, by dobrze się przygotować, mieć już opracowany dokładnie program, zmobilizowanych członków, którzy na dany sygnał ruszają w teren, świetnie i merytorycznie przygotowani do rozmów z wyborcami. Cała logistyka kampanii powinna być dopracowana do najmniejszego szczegółu, podobnie jak pakiet propozycji czy materiały wspomagające w pełnej gotowości.

A tu co? Hasło do ruszenia z kampanią rzucone, a tu dopiero pierwsze, dość nieporadne próby zbudowania wspólnej koalicji, tworzenie programu, wrzucanie haseł o charakterze antyPiS, które chyba miały zastąpić brakujące ogniwa, wskazanie osoby na premiera na krótko przed samymi już wyborami, jakiś taki marazm w terenie i przegrane bitwy na ulotki, plakaty czy banery. Odniosłam wrażenie, jakby ta kampania przerosła liderów PO, zabrakło na nią pomysłu. Było dużo chaosu, jakiegoś bałaganu, co na pewno odbiło się na wyniku końcowym.

Tak naprawdę największą robotę dla PO zrobili ludzie, członkowie opozycji ulicznej, stowarzyszeń obywatelskich i ci, dla których rządy PiS-u to wielka porażka Polski. To oni biegali z ulotkami, rozmawiali na ulicach miast i miasteczek z ich mieszkańcami. Wszędzie ich było pełno, nawet tam, gdzie polityków PO praktycznie nie widziano. To oni wzięli na swoje barki całkowitą odpowiedzialność za kampanię PO i tylko zastanawia mnie jedno. Co by było, gdyby nie ten ogromny wysiłek samych obywateli? Ludzi, którzy wzięli sprawę w swoje ręce i nie tyle wsparli PO, ile przejęli na siebie większy ciężar jej kampanii? Jakoś nie widzę i nie słyszę, by politycy PO zdawali sobie sprawę, kto tak naprawdę wypracował ich wynik w wyborach. Idealnie wykorzystali ludzi, by móc ogłosić SWÓJ sukces. A czy zdobycie nieco ponad 27% poparcia to rzeczywiście powód do dumy?

No i na koniec chciałabym słów kilka o nas, Polakach, mieniących się obrońcami demokracji, którzy chcą zbudować nową, demokratyczną Polskę, w oparciu o odpowiednie zasady i nową jakoś
w polskiej polityce, wolną od hejtu, agresji i wręcz chamstwa. Hm… uważam, że przegraliśmy na całej linii i to na własne życzenie.

Demokratów portret własny pokazany w mediach społecznościowych aż zmusza do zastanowienia się, czy to rzeczywiście grupa, której Polska leży bardziej na sercu niż własne wizje i prawdy. Przypominam, że media społecznościowe odgrywają wielką rolę opiniotwórczą, a ten pokaz, jaki sami sobie Polacy zafundowali, wołał o pomstę do nieba. Były ostre kłótnie z niewybrednymi epitetami, obrażanie się, dowalanie. Była bezpardonowa walka z każdym, kto miał inne zdanie czy też obstawiał inną partię opozycyjną. Było blokowanie dotychczasowych znajomych, z którymi spędziło się wiele czasu na protestach i manifestacjach ulicznych, a nawet wywalanie ich z grupy swoich znajomych. Piętnowanie za samodzielne myślenie i niewpisywanie się w jedyną „słuszną” prawdę.

Opozycja pokazała swoją twarz, która do najładniejszych nie należy. Czemu miała służyć ta jazda po kandydatach do parlamentu czy ostra krytyka liderów? To czarnowidztwo z góry zakładające, że opozycja partyjna nie ma szans, bo i tak przegra z kretesem? Ta retoryka, często rodem z szamba? Totalne skłócenie, wzajemna niechęć, na siłę forsowanie własnych racji, dzielenie opozycji na tę lepszą i gorszą, rynsztokowe wielokrotnie słownictwo… czy to miało zachęcić do udziału w wyborach, czy przyciągnąć tych niezdecydowanych? Kto poprze tak zwalczające się środowisko, pełne wzajemnych pretensji, chwilami wręcz nienawiści?

Ech… czas na podsumowanie. Ani PiS, ani PO nie mogą odtrąbić swojego zwycięstwa, bo żadna z tych partii nie osiągnęła zamierzonego celu. Warto też uzmysłowić sobie, że za wyniki wyborów odpowiadamy my wszyscy, tylko nie każdy ma odwagę dostrzec, jaką rolę odegrał w tym spektaklu i woli szukać winnych wśród liderów partyjnych. Opozycji przez 4 lata nie udało się zjednoczyć sił i stanąć ponad swoją prywatą. Nie udało się na tyle przesiąknąć demokracją, by móc z otwartą przyłbicą o nią powalczyć. Partie opozycyjne, choć udało im się dostać do parlamentu, nie przełamały przewagi PiS, bo również nie wykorzystały tych 4 lat, by wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów, solidnie przygotować się do wyborów, zrozumieć, że to one są dla obywateli, a nie odwrotnie.

Nikt nie wygrał 13 października, ale za to jest jedna wielka przegrana. To Polska.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Ruja i poróbstwo. Pisowski stygmat amoralności i korupcji

18 Paźdź

BEATA I MAŁOLATA

Jeśli matka powie swojej 17-letniej córce o tym, co to jest prezerwatywa i że niekoniecznie używa się jej podczas balu maskowego, może dostać pięć lat więzienia. Takie kary za „edukację seksualną skierowaną do osoby poniżej 18 roku życia” przewiduje popierany przez PiS projekt, fałszywie przedstawiany jako oręż do „walki z pedofilią”.

Ciekawe, co na ten temat powie Beata „Brocha” Szydło, której syn ksiądz, jak głosi internetowa „wieść gminna”, uwiódł 16-letnią parafiankę i zrobił jej dzidziusia?

W rodzinie Szydło pewne zamieszanie, ale przecież z księdzem to nie grzech, a poza tym jaka radość, bo w Brzeszczach urodzi się kolejny wyborca PiS! Może Prezes, dla ocieplenia swego wizerunku zgodzi się być matką chrzestną potomstwa?

JANUSZ W RUI

Zakała polskiej polityki Janusz Korwin Mikke, po latach wraca do parlamentu i to w otoczeniu dziarskiej młodzieży. Gdy po ogłoszeniu wyników wyborów TVN nadawał relacje z siedziby Konfederacji, byłem przekonany, że to jest jakiś reportaż z przedszkola.

Korwin, aby się przypodobać kibolom zamienił muszkę na szalik, ale własnego wieku i tak nie przeskoczy i to choćby miał żonę w wieku własnej wnuczki. Korwin wśród narodowców wygląda jak stara opiekunka do dzieci na spacerze z podopiecznymi. Korwin już taki jest, po prostu lubi, gdy pcha go młodzież.

ZA MAŁO WAZELINY!

Odlot w stylu PiS! Weteran opozycji z lat 80. Krzysztof Wyszkowski oskarżył w Internecie szefa TVP Jacka Kurskiego o to, że PiS nie zdobył większości konstytucyjnej w sejmie. Wyszkowski liczył na 350 posłów, a tymczasem się nie udało. W opinii Wyszkowskiego winna jest PUBLICZNA telewizja. No to pięknie! Nikt już nawet nie udaje, że materiały TVP to rzetelna robota dziennikarska, bo wiadomo, że moloch z Woronicza, to utrzymywane z naszych podatków i abonamentu Ministerstwo Propagandy Rządu, ale jak widać dla niektórych szpakowatych jastrzębi, wazeliny i agitki było jeszcze za mało.

Wniosek? Prezesie Kurski! Zwiększyć smarowanie, bo się machina zacina.

ZAKUPY TRWAJĄ

PiS zatkał się w senacie. Nie ma tam większości i próbuje przekupić stanowiskiem oraz pieniędzmi posłów z opozycji do przejścia w szeregi Jedynej Słusznej Partii. Zakupy idą szerokim frontem. Podobno jednemu obiecali ministerstwo, drugiemu burdel po Banasiu.

ANTONI NA POWIERZCHNI

Po raz setny z piwnicy wyszedł (ukrywany tam na czas wyborów) Antoni Macierewicz. Po otrzepaniu piwnicznej pleśni, Antoni i jego topowy produkt rozrywkowy, czyli Komisja Smoleńska Fun Company ruszą zapewne jak ferrari na wiejskiej autostradzie pod Lubartowem.

Na zakończenie środowego 86 posiedzenia Sejmu VIII kadencji marszałkini Elżbieta Witek i wicemarszałek Stanisław Tyszka podziękowali posłom za pracę.

„Chciałbym przeprosić obywateli za to, że może nie do końca są zadowoleni ze swoich pracowników, czyli nas (posłów) i wyrazić nadzieję, że może uda się poprawić jakość pracy Sejmu i jego wizerunek w przyszłej kadencji” – mówił samokrytycznie Tyszka.

Jakie konkretne zdarzenia z minionej kadencji Sejmu wzbudziły refleksję odchodzącego wicemarszałka – nie wiemy. Wszystkie kompromitacje z pewnością nie zmieściłyby się w jednym artykule. Wśród posłów, za których zachowanie niewątpliwie należałoby przeprosić, palmę pierwszeństwa przyznać należy „szaremu posłowi”, który nawet na wczorajszym posiedzeniu popisał się pychą, lekceważeniem i pogardą,  opuszczając salę obrad w momencie, gdy na mównicy pojawił się jeden z Prezesów Sądu Najwyższego

Wejścia i wyjścia stały się w czasie VIII kadencji, specjalnością poruszającego się nawet po korytarzach sejmowych, w towarzystwie uzbrojonego ochroniarza – „emerytowanego zbawcy narodu”.

Wchodzi do Sejmu drzwiami przeznaczonymi dla Marszałka po czym, wkracza na mównicę, kiedy tylko chce – bez żadnego trybu i obraża posłów opozycji, by w końcu ostentacyjnie wyjść z sali, w czasie gdy czci się pamięć Wajdy, Szczęsnego czy Adamowicza.

Jest więc za co przepraszać, bo takiego pokazu buty, chamstwa i arogancji jeszcze nie było w historii naszego parlamentaryzmu.

Nie mogę się doczekać chwili, kiedy wyjdzie…  zatrzaśnie za sobą drzwi i już nie wróci!!!

czyli żul z gigantycznym majątkiem, pochodzącym cholera wie skąd, wmieszany w prowadzenie burdelu stoi na czele, uwaga, Najwyższej Izby Kontroli, a czytam tu, że włosy są rwane z głowy bo się tańczy przed kościelnym budynkiem, uwaga, w rocznicę wyboru Wojtyły na papieża…

„W czwartek przystąpiłem do wykonywania konstytucyjnych i ustawowych obowiązków w NIK; będę bronił niezależności i bezstronności Najwyższej Izby Kontroli jako naczelnego organu kontroli państwowej” – zapowiedział Marian Banaś.

Szef NIK, który dotychczas przebywał na bezpłatnym urlopie, pojawił się dziś w siedzibie Najwyższej Izby Kontroli. Poinformował o tym w komunikacie przekazanym PAP.

W ostatnich dniach, jeszcze przed wznowieniem posiedzenia Sejmu w tym tygodniu, pojawiły się sprzeczne informacje związane z ewentualną dymisją Banasia – jakoby szef NIK miał ją złożyć osobiście. Jednak Izba zdementowała te doniesienia medialne. CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia.

Jak czytamy w portalu GW, postępowanie obejmowało oświadczenia majątkowe złożone w latach 2015-2019. Teraz CBA prowadzi czynności pokontrolne. Zgodnie z prawem, kontrolowany może złożyć teraz zastrzeżenia do protokołu kontroli, ma na to siedem dni.

Formalnie, jeśli szef NIK sam nie złoży rezygnacji, Sejm może go odwołać tylko w wyjątkowych sytuacjach, m.in. jeśli z wyniku choroby zostanie uznany za trwale niezdolnego do pełnienia funkcji lub zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo.

– „Ależ to jest fajne – PiS wsadził Banasia do NIK, a teraz nie chce mieć z tym nic wspólnego!” – napisał na Twitterze jeden z internautów. Trudno się z nim nie zgodzić, kiedy słyszy się choćby wypowiedź Joachima Brudzińskiego, europosła PiS i szefa kampanii wyborczej tej partii.

– „Wierzę, że prezes NIK Marian Banaś w sytuacji, w której okazałoby się, że są poważne zastrzeżenia i zarzuty wobec niego, zachowa się tak, jak trzeba. Prezes NIK pracuje już na swój wizerunek” – powiedział Brudziński. Dziennikarze zapytali europosła o doniesienia „Rzeczpospolitej”, która napisała, że Marian Banaś miał złożyć dymisję, ale „postawił się”. – „Nie wiem, co to znaczy „postawił się”, bo pan Marian Banaś nie jest członkiem PiS i z tego co wiem nigdy nie był” – odpowiedział Brudziński. Stwierdził także, że „nie ma takiej wiedzy, aby ktoś z kierownictwa partii, czy pan premier, czy prezes w tej sprawie z panem prezesem Banasiem rozmawiał i takie oczekiwania stawiał”.

– „W sytuacji, w której funkcjonuje takie prawo jak obecnie, możliwości odwołania prezesa NIK są naprawdę właściwie niemożliwe. Trzeba by tu zmieniać prawo. Jak sytuacja by tego wymagała, to absolutnie takich działań nie wykluczam” – dodał Brudziński.

– „Pan Brudziński jest w głębokim błędzie, otóż pan Banaś pracuje na wizerunek PiS, bo to PiS wsadził go na stanowisko prezesa NIK i PiS ponosi za to odpowiedzialność”; – „Kim jest Banaś dla PiS? Od dziś: NIKim”;  – „A to nie jest według takiego scenariusza: To my Cię teraz tak na niby wezwiemy do rezygnacji, ty powiesz, że zarobiony jesteś. My wzruszymy ramionami, bo co tu można zrobić. A za miesiąc jakoś się uklepie i ludzie zapomną?”; – „Ewolucja banasiowa. Wczoraj – Banaś to kryształ Dzisiaj – Banaś nie jest z PiS i działa na własny rachunek Jutro – Banaś? Coś słyszałem, ale nie znam człowieka” – komentowali internauci.

Dodajmy tylko, że Marian Banaś do kręgu bliskich współpracowników braci Kaczyńskich należał jeszcze w epoce Porozumienia Centrum, poprzedniczki PiS. Doradzał też Antoniemu Macierewiczowi jako szefowi MSW w rządzie Jana Olszewskiego. A w obecnie urzędującym rządzie PiS najpierw był wiceministrem, a potem ministrem finansów. Głosami posłów i senatorów PiS został powołany na szefa NIK.

Po dokonaniu analizy doniesień medialnych oraz wyjaśnień złożonych na posiedzeniu plenarnym KRS przez sędziów KRS, Rada przyjmuje, że nie ujawniono w dostępnych i analizowanych źródłach wypowiedzi sędziów członków KRS, które pozwalałyby na sformułowanie wobec nich zarzutów naruszenia prawa, ślubowania sędziowskiego ani zasad etyki sędziowskiej” – brzmi przyjęte w czwartek przed południem stanowisko Krajowej Rady Sądownictwa.

Jednocześnie potępiła ona i uznała za naganne zachowanie sędziego, który mając uzasadnione podejrzenie czynu naruszającego prawo i zasady etyki sędziowskiej przez innego sędziego, poinformował o tym media bez jednoczesnego zawiadomienia organów ścigania. W stanowisku Rada podkreśliła, że uważa za naganne zachowanie sędziego, który uczestniczy w zorganizowanej akcji insynuacji i fałszywych oskarżeń – czytamy w portalu Polsat News.

Przypomnijmy: chodzi o członków KRS Jarosława Dudzicza, Macieja Nawackiego i Dariusza Drajewicza, którzy mieli brać udział w koordynowanej w resorcie akcji dyskredytowania i hejtowania sędziów sprzeciwiającym się zmianom w sądownictwie. Proceder ten opisał w sierpniu portal Onet.

Zaangażowany miał być w niego m.in. także ówczesny wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz Tomasz Szmydt z biura prawnego Rady. Po medialnych doniesieniach o kontaktach Piebiaka z kobietą o imieniu Emilia, która miała prowadzić akcje dyskredytujące za wiedzą wiceministra, podał się on do dymisji. Z kolei sędzia Szmydt został odwołany z funkcji dyrektora i czasowo odsunięty od orzekania przez prezesa WSA, a następnie przywrócony do obowiązków przez Sąd Dyscyplinarny NSA.

Tymczasem do działania przystąpił także minister Zbigniew Ziobro, tyle że wcześniej. Dziesięć dni po pierwszych tekstach o działalności hejterskiej sędziów, czyli 29 sierpnia 2019 r. bez rozgłosu podjął decyzję w sprawie zespołu, który zajmował się dyscyplinarkami dla niepokornych sędziów. Dlaczego? Otóż większość sędziów uczestniczących w procederze oczerniania innych sędziów była także członkami tego zespołu.

Minister sprawiedliwości powołał go 10 września 2018 r. na mocy zarządzenia, pod kierownictwem wspomnianego Łukasza Piebiaka. Nazwano go „zespołem do spraw czynności Ministra Sprawiedliwości podejmowanych w postępowaniach dyscyplinarnych sędziów i asesorów sądowych”.

Jak czytamy w portalu GW, początkowo chciano, aby zajął się weryfikacją sędziów nadal aktywnych zawodowo, a w przeszłości orzekających w sprawach politycznych. Wkrótce jednak poszerzono zakres zainteresowań specgrupy tak, aby zajmowała się wszystkimi sędziami, których zachowania naruszały zasady etyczne. Decyzją Ziobry zespół został rozwiązany.

Prezes PiS jest dziś słabszy niż kiedykolwiek i nie tylko opozycja, ale ludzie z jego otoczenia, jego najbliżsi dotąd współpracownicy jak Zbigniew Ziobro, próbują na tej słabości coś ugrać.

Słabość Jarosława Kaczyńskiego to coś, co widzimy niezwykle rzadko. Szef PiS konsekwentnie nosi maskę stratega i ojca narodu, spod której jego prawdziwa natura wyziera niezwykle rzadko: jak wtedy, gdy krzyczał o zdradzieckich mordach i posłowie PiS musieli otoczyć go szpalerem, żeby ukryć przed społeczeństwem jego gniew i histerię oraz jak dziś, po wyborach, kiedy niezadowolenie, irytacja i frustracja widoczne były w każdym niemal słowie i geście pierwszego powyborczego przemówienia.

Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński jest dziś słabszy niż kiedykolwiek i nie tylko opozycja, ale ludzie z jego otoczenia, jego najbliżsi dotąd współpracownicy jak Zbigniew Ziobro, próbują na tej słabości coś ugrać. Jeśli im się uda, zmieni się nie tylko układ sił w Prawie i Sprawiedliwości, ale (także z tego powodu) układ sił politycznych i sytuacja w Polsce. I pierwsze tego symptomy już się pojawiły.

Wybory nie przebiegły tak jak chciał PiS. Udało się zdobyć tyle samo mandatów co cztery lata temu, ale zważywszy na ilość wydanych kosztem zadłużania Polski pieniędzy, zmasowaną, nachalną, łamiącą wszelkie standardy propagandę TVP, liczbę nadużyć i przypadków złamania czy obejścia prawa przez członków i nominatów PiS, skalę kompromitacji tego ugrupowania wewnątrz i na zewnątrz Polski, nie jest to wynik, z którego PiS może się cieszyć.

Mówiąc najprościej: najgorsze już zrobiono. Upodlono kraj i własną partię, wyrzucono publiczne pieniądze w błoto, złamano prawo, narażając partię na delegalizację, a konkretnych jej członków na odpowiedzialność karną lub konstytucyjną w przyszłości, kłamano rano, w południe i wieczorem także za pomocą skrajnie zepsutych i upolitycznionych mediów, których misję zaprzepaszczono – i nic. Nie zrobiono ani jednego kroku do przodu! Nic więcej już zrobić się nie da, teraz PiS może tylko starać się utrzymać zdobyte wcześniej pozycje, ale wobec nowego składu parlamentu (lewica – agresywna, recenzująca PiS i kłótliwa, infantylna Konfederacja), będzie to skrajnie trudne.

Jeśli do tego dodamy nikłą co prawda, ale jednak większość opozycyjną w Senacie i niepewny dla PiS wynik wyborów prezydenckich, nerwowość prezesa i niepewność posłów PiS, którzy w sposób widoczny złagodnieli w mediach, stają się w stu procentach zrozumiałe.

Oczywiście, nie oznacza to że opozycja może spocząć na laurach, przeciwnie, teraz właśnie zaczyna się jej prawdziwa praca. Rozliczenie winnych wyborczej porażki, szybkie wyciągnięcie z niej wniosków, stworzenie długoterminowej politycznej strategii, współpraca i zjednoczenie w czasie kolejnych wyborów, postawienie (czego dotąd wyraźnie brakowało) dobra kraju ponad dobrem szefów partii, konkretna, pozytywna wizja Polski, stanowczość, konsekwencja w działaniu i wymiana liderów na nowych, młodszych, bardziej lotnych i energicznych – to jest moim zdaniem plan niezbędny.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Kiedy Kancelaria Sejmu zapytała, czy kupić mu bilet na lot z Poznania do Warszawy, nowo wybrany poseł-elekt Koalicji Obywatelskiej Franciszek Sterczewski odpowiedział: „Wystarczy PKP, druga klasa”. W swoim wpisie na Instagramie i w rozmowie z Polsat News wytłumaczył, że to rozwiązanie bardziej ekologiczne.

Franciszek Sterczewski w wyborach startował z ostatniego miejsca na liście KO w Poznaniu. Uzyskał ponad 25 tys. głosów, co dało mu trzeci wynik wśród jego partyjnych kolegów. W rozmowie z polsatnews.pl powiedział, że lubi latać samolotem, jednak jest świadomy, że nadmiar lotów oznacza zwiększenie emisji dwutlenku węgla, co przyczynia się do ocieplenia klimatu. Stwierdził, że jest ono wielkim wyzwaniem dla Polski i świata.

Franciszek Sterczewski stawia na kolej

– Chciałbym się poruszać głównie koleją, która w ciągu ostatnich 30 lat była zaniedbana. Jako poseł w swojej pracy chciałbym przyczynić się do odbudowy i rozwoju dworców w całej Polsce z Dworcem Głównym w Poznaniu na czele – dodał Sterczewski.

Nowy poseł-elekt Koalicji Obywatelskiej stwierdził również, że kolej to najtańszy i najbardziej przyjazny środowisku środek transportu. Po mieście natomiast porusza się na rowerze. Nie wyklucza jednak, że w przyszłości będzie korzystał również z samolotu. – Zrobię to w ostateczności. Imponuje mi Greta Thunberg, która do Stanów Zjednoczonych popłynęła zeroemisyjnym jachtem – powiedział.

Senat w rękach opozycji to nowa jakość polityki

15 Paźdź

Zwycięstwo w Senacie tworzy nową jakość, jeśli chodzi o możliwości legislacyjne, możliwości kontroli nad pracą rządu, jest to szansa na przywrócenie prawdziwego parlamentaryzmu przynajmniej w jednej izbie po 4 latach tłamszenia i duszenia – mówi Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO, były szef MON. – Przed nami posiedzenie Sejmu w starym składzie – to przedziwna sytuacja. Podejrzewam, że chodzi tu o plan PiS-u związany z jakąś operacją o złych intencjach. Być może będą chcieli ominąć to, że nie mają większości w Senacie i jeszcze w starym składzie coś przeprowadzić, jak wymianę prezesa NIK-u – dodaje. – To jest czas, w którym w pełni powinniśmy wspierać Grzegorza Schetynę jako przewodniczącego. Kto chce kandydować, powinien za jakiś czas te aspiracje zgłosić, natomiast kto dziś podważa przywództwo czy atakuje Grzegorza Schetynę, działa na szkodę opozycji i Koalicji Obywatelskiej. To nie jest moment na rozliczenia i wewnętrzne napięcia – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: PKW podała oficjalne wyniki wyborów. Jak pan je ocenia?

TOMASZ SIEMONIAK: Po raz pierwszy w historii kto inny wygrał wybory do Sejmu, a kto inny do Senatu. PiS przegrał w jednomandatowych okręgach, gdzie wygrali kandydaci wspierani przez tzw. pakt senacki, czyli KO, Lewicę i PSL. Po drugie, zbiorcze poparcie dla kandydatów opozycji jest o prawie 800 tys. głosów wyższe, niż poparcie dla PiS-u. Zatem niezależnie od tego, że PiS wygrał i ma większość w Sejmie, pokazaliśmy, że opozycja w Polsce jest silna i jest gotowa do wypełniania swojej roli.

OCZYWIŚCIE POZOSTAJE PYTANIE, CZY GDYBY UTRZYMAĆ FORMUŁĘ KOALICJI EUROPEJSKIEJ, TO WYNIK NIE BYŁBY LEPSZY, ALE TERAZ NIE MA CO GDYBAĆ, TYLKO TRZEBA ZAPEWNIĆ DOBRĄ WSPÓŁPRACĘ OPOZYCJI.

Tym bardziej, że zwycięstwo w Senacie tworzy nowa jakość, jeśli chodzi o możliwości legislacyjne, możliwości kontroli nad pracą rządu. Jest to szansa na przywrócenie prawdziwego parlamentaryzmu przynajmniej w jednej izbie po 4 latach tłamszenia i duszenia.

Oczywiście życzylibyśmy sobie zwycięstwa z PiS-em, ale jak powiedział w wieczór wyborczy Grzegorz Schetyna, szanse nie były równe. To nie była uczciwa rywalizacja; zaprzęgnięto media publiczne do ataku na opozycję, głównie na Koalicję Obywatelską, cała machina państwowa też wspierała kandydatów PiS-u, np. spółki państwowe. Sami kandydaci PiS-u za nic mieli wyroki sądowe – minister gospodarki morskiej, lider listy PiS-u nie wykonał prawomocnego wyroku, który zapadł w trybie wyborczym. Zatem nie było mowy o uczciwej rywalizacji. Mimo tego wszystkiego

NASI WYBORCY ZA NAMI STANĘLI, DOCENIAJĄC TEŻ FORMUŁĘ KOALICJI, WIELE NOWYCH TWARZY I OTWARCIE NA NOWE ŚRODOWISKA, NP. NA ZIELONYCH.

Macie już pomysł na to, jak będzie wyglądać praca Senatu? PiS już mówi o poszukiwaniu dialogu.
Zapamiętałem mocno słowa prezesa, że pierwsze 4 lata to było ubijanie ziemi do pojedynku, który nastąpi teraz. Ja nie wierzę w deklaracje współpracy ze strony PiS-u. Wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego w kampanii wyborczej, zwłaszcza w jej ostatniej fazie, o piętnowaniu inaczej myślących, przyznawaniu sobie monopolu na jedynie słuszną rację rokują jak najgorzej; praktyka 4 lat w Sejmie odbierania głosu opozycji, przepychania projektów w ciągu kilku godzin bez dyskusji, ogrodzenia Sejmu, wieszania kotar rokuje jak najgorzej. Nie ma żadnych przesłanek, aby sądzić, że cokolwiek miałoby się zmienić. Oczywiście życzylibyśmy sobie normalnej pracy Sejmu, w którym jest dyskusja, ale trudno uwierzyć, że ci sami ludzie, którzy przez 4 lata niszczyli parlamentaryzm, mieliby do tego wrócić.

NA PEWNO WIĘKSZOŚĆ OPOZYCJI W SENACIE ZMIENI LOGIKĘ DZIAŁANIA PIS-U, TYM BARDZIEJ, ŻE W KWIETNIU CZEKAJĄ NAS WYBORY PREZYDENCKIE. TO WSZYSTKO TWORZY OKAZJĘ DO SPRAWDZENIA PIS-U, CZY RZECZYWIŚCIE ŻYCZY SOBIE WIĘCEJ DIALOGU.

Jest pan pewny wszystkich opozycyjnych senatorów?
Oczywiście tak mała większość – jednego głosu – jest zawsze pewnym ryzykiem, bo istnieje pokusa, zwłaszcza w partii, która bez cienia skrępowania takie metody stosuje, aby próbować przeciągać na swoją stronę któregoś z senatorów. Uważam jednak, że mają oni świadomość odpowiedzialności i tego, jak bardzo wyborcy patrzą im na ręce. To ludzie wybrani w okręgach jednomandatowych, pokonali kandydatów PiS-u w często bardzo ostrej walce. To inny poziom, niż przeciąganie kogoś z gminy w zamian za stanowisko, tylko niesłychanie poważna sprawa, bo los kraju jest w tym momencie w ich rękach. Myślę, że wszyscy czują tę odpowiedzialność na sobie, bo nagle Senat stał się kluczowym miejscem. Nie wiem, czy komuś uśmiecha się los pana Kałuży, który stał się synonimem sprzedania się za stanowisko.

Czyli “wasz Sejm, nasz Senat”?
To nowa sytuacja, choć w wielu demokracjach ma miejsce. W Stanach w Izbie Reprezentantów dominują Demokraci, a w Senacie Republikanie, z tym że tam te izby są sobie równe, u nas jednak Sejm ma większe kompetencje. Na pewno to bardzo wyraźny sygnał dla PiS-u. Te funkcje, które Senat posiada – jak funkcje kontrolne – będzie na pewno wykonywać.

UWAŻAM, ŻE BĘDZIE TEŻ W SENACIE PRAWDZIWA KONTROLA RZĄDU, CZEGO DO TEJ PORY W OGÓLE NIE BYŁO.

Kurz wyborczy opadł, czas na powyborcze stanowiska. Kto zostanie szefem klubu, marszałkiem Senatu i wicemarszałkiem Sejmu?
Na razie na to za wcześnie. Przed nami posiedzenie Sejmu w starym składzie – to przedziwna sytuacja. Podejrzewam, że chodzi tu o plan PiS-u związany z jakąś operacją o złych intencjach. Być może będą chcieli ominąć to, że nie mają większości w Senacie i jeszcze w starym składzie coś przeprowadzić, jak wymianę prezesa NIK-u. W Sejmie na korytarzach mówiło się w poniedziałek o tym. Oczywiście takie działanie nie narusza prawa, ale kompletnie łamie dobre obyczaje. Skupiamy się zatem nie na personaliach w nowym parlamencie, tylko na tym, co będzie się działo we wtorek i w środę. Zgodnie ze zwyczajami PiS-u nie wiadomo, co się pojawi w porządku obrad i jakie projekty PiS będzie chciał we wtorek i w środę przeprowadzić.

Czy opozycja wystawi wspólnego kandydata na prezydent? Rozmawiacie już o tym?
Nie da się uniknąć tego, że w następnych dniach cała uwaga będzie skupiona na parlamencie i wyłonieniu jego władz. Na pewno dojdzie do rozmów na temat wspólnego kandydata i dobrym punktem wyjścia do rozmów na ten temat jest wzajemne zapewnienie się, że

JEŚLI NAWET NIE BĘDZIE WSPÓLNEGO KANDYDATA W PIERWSZEJ TURZE, TO W DRUGIEJ JUŻ TAK. SUKCES PAKTU SENACKIEGO POKAZUJE, ŻE ZJEDNOCZONA DEMOKRATYCZNA OPOZYCJA, JEŚLI DZIAŁA RAZEM, MA DUŻE SZANSE NA ZWYCIĘSTWA.

Stanie pan do wyborów o przywództwo w partii z Grzegorzem Schetyną na początku przyszłego roku?
Za wcześnie, żeby o tym mówić. To jest czas, w którym w pełni powinniśmy wspierać Grzegorza Schetynę jako przewodniczącego. Kto chce kandydować, powinien za jakiś czas te aspiracje zgłosić, natomiast kto dziś podważa przywództwo czy atakuje Grzegorza Schetynę, działa na szkodę opozycji i Koalicji Obywatelskiej. To nie jest moment na rozliczenia i wewnętrzne napięcia. Przyjdzie na to czas i każdy w demokratycznej partii, jaką jest PO, może się zgłosić i rywalizować o fotel przewodniczącego. Nie jesteśmy partią wodzowską.

 

Zwycięstwo w Senacie tworzy nową jakość, jeśli chodzi o możliwości legislacyjne, możliwości kontroli nad pracą rządu, jest to szansa na przywrócenie prawdziwego parlamentaryzmu przynajmniej w jednej izbie po 4 latach tłamszenia i duszenia.

Xerofas

Zjednoczona Prawica ma najprawdopodobniej bezwzględną większość w Sejmie, ale opozycja odbiła Senat. To najważniejszy polityczny efekt tych wyborów. Oznacza, że dobrze naoliwiony mechanizm sprawowania władzy przez PiS lekko się zatarł. Czy nastąpi także odpływ fali populizmu w Polsce?

Stonowane wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego podczas wieczoru wyborczego świadczyło o tym, że zdaje on sobie sprawę, iż rządzić przez następne cztery lata będzie trudniej. Nie tylko z powodu obietnic socjalnych, nadchodzącego kryzysu i pytania o wewnętrzną jedność ugrupowania z racji dobrych wyników partii Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina.

Wbrew nadziejom polityków PiS partia rządząca nie uzyskała w Sejmie większości konstytucyjnej ani większości trzech piątych, która pozwala odrzucać weto prezydenta. Zatem w kolejnych wyborach – wiosną 2020 r. na prezydenta RP – bój ponownie będzie się toczył o wszystko. A przegrana może być dla PiS katastrofą.

8 mln kontra 8,8 mln

Zdobycie Senatu (o ile PiS nie zdoła podkupić któregoś z senatorów opozycji) oznacza…

View original post 2 781 słów więcej

 

Fuerer Kaczyński i jego Goebbels Jacek Kurski

10 Paźdź

– „Jesteście obrzydliwi. Tak, do was z TVP mówię. Po ludzku jesteście po prostu zerami” – ostro skomentował na Twitterze Kamil Dziubka z onet.pl tzw. pasek w TVP Info. Dołączył do wpisu zdjęcie, na którym widać napis: „Prof. Szyszko źle znosił ataki na jego osobę”, a na jego tle widać relację reporterki TVN 24.

Na Twitterze pojawiły się komentarze innych dziennikarzy. – „Z zasady nie komentuję śmierci i reakcji na nią. Ale to co zrobiła TVP Info, jest po prostu hańbą. Pracujący obecnie w TVP ludzie powinni kiedyś odpowiedzieć za to, co robią za publiczne pieniądze, podszywając się pod dziennikarstwo” – Mariusz Kowalczyk z „Press”.

– „Każdy, kto wykorzystuje śmierć do partyjnych rozgrywek wyborczych, powinien być bezwzględnie potępiony. Ci, którzy starają się zbić kapitał polityczny na graniu tragedią i nie szanują żałoby, stawiają się poza polską tradycją i kulturą” – Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”. – „W związku z pojawiającymi się w domenie publicznej sugestiami, oświadczam, że łączenie śmierci prof. Jana Szyszki z pracą dziennikarzy jest niegodziwym wykorzystywaniem śmierci do bieżącej polityki” – redaktor naczelny TVN24 Adam Pieczyński.

– „Ludzie z TVP Info wielokrotnie pokazali, że zrobią wszystko w ramach misji, jaką im zlecił im Jacek Kurski, a jemu Kaczyński. Nadgorliwość z jaką to robią jest proporcjonalna do strachu przed życiem bez PiS. Propagandyści Stalina i Hitlera czuliby onieśmielenie, patrząc na tych z TVP”;

– „TVP straciła moralne prawo do przedstawienia jakichkolwiek informacji”; – „Szkoda, że wrażliwość członków PIS i ich zwolenników kończy się, gdy przychodzi obrzucać błotem innych. Wtedy jakoś i błoto nie brudzi ich rąk i sumienie wyrzutem nieskalane. Fenomen jakiś” – komentowali internauci.

Do pełni obrazu dodajmy dzisiejszą wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o Janie Szyszce. – „Odszedł przedwcześnie i odszedł w szczególnych okolicznościach. Majestat śmierci nie pozwala mi dzisiaj o tym mówić, ale trzeba będzie o tym powiedzieć, bo to nie był przypadek, że akurat dzisiaj, że akurat teraz” – powiedział prezes PiS na konwencji w Kielcach. Zostawiamy bez komentarza…

– „Miałem nadzieje, że kampanię uda mi się zakończyć bez sądu, ale nie da się. Na kłamstwa pana Gróbarczyka muszę zareagować. Złożyłem do szczecińskiego sądu wniosek o wydanie orzeczenia w trybie wyborczym. Ministrowi nie wypada tak kłamać” – poinformował na Twitterze Sławomir Nitras z PO. Pisowski minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej powiedział bowiem, że politycy PO zlikwidowali Stocznię Szczecińską.

Gróbarczyk w wywiadzie dla Radia Szczecin stwierdził: – „Poseł Nitras ze swoimi kolegami po prostu zdemontował stocznię”. Na antenie regionalnej rozgłośni zapewniał, że PiS ją „odbudowuje”.

Politycy PO przypomnieli więc „pasmo sukcesów” ministra Gróbarczyka, na czele z budową promu. – „Projekt o nazwie „Batory” miał być wielką chlubą ministra Gróbarczyka. Miał uratować przemysł stoczniowy. Były to tylko huczne i puste zapowiedzi. To, co mówił pan Gróbarczyk wielokrotnie okazało się nieprawdą” – powiedział poseł PO Arkadiusz Marchewka

Nitras stwierdził, że Stocznia Szczecińska upadła w roku 2002. – „Później rządy SLD i PiS utrzymywały ją tylko na kroplówce państwowej, kiedy ona była ani nie rentowna, ani nigdy nie osiągnęła zdolności do tego, żeby samodzielnie funkcjonować. Myśmy po prostu przecięli ten żenujący spektakl i dali szansę prywatnym firmom, z którymi dzisiaj oni walczą w stoczni” – stwierdził poseł PO.

Podczas procesu zeznawać będzie minister gospodarki morskiej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. – „On dokładnie wie, jaka była polityka rządu Jarosława Kaczyńskiego w kwestii m.in. stoczni w Szczecinie i Gdańsku” – dodał Nitras. Chodzi o Rafała Wiecheckiego, ministra w latach 2006-2007.

Marek Gróbarczyk jest „jedynką” listy PiS w okręgu szczecińskim. Sławomir Nitras w tym samym okręgu otwiera listę Koalicji Obywatelskiej.

Małgorzata Kidawa-Błońska – więcej >>>

Odtwórczyni roli Idy Lebenstein w nagrodzonym Oscarem filmie Ida, Agata Trzebuchowska została wezwana na komendę policji ws. antysemickich wpisów w internecie. Okazało się, że kadr z filmu przedstawiający Trzebuchowską został umieszczony w miejscu zdjęcia profilowego na stronie „Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara dla Idy”. Strona ta  opublikowała zdjęcie plakatu na którym – zdaniem Policji –  obecne były antysemickie treści.

Strona „Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara dla Idy” umieściła w internecie wpis ze zdjęciami przedstawiającymi ksenofobiczne plakaty, które rozklejono na warszawskich przystankach autobusowych. „Uwaga, pasożydy. Stop mafii roszczeniowej, stop żydowskiej okupacji. Nigdy więcej przepraszania, nigdy więcej syjonizmu” – napisano na neofaszystowskich materiałach. Informacja na ten temat zostały potem zamieszczone na jednym ze skrajnie prawicowych portali.

Profil „Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara dla Idy” nie miał na celu propagowania antysemickich treści. Chciał jedynie zaprotestować przeciwko antysemityzmowi i pokazać skalę tego zjawiska w kraju. Cała sytuacja przypomina więc ponury żart. „Celem umieszczenia plakatu przez wspomnianą stronę nie jest propagowanie zawartych na nim nienawistnych treści, tylko poinformowanie o haniebnym incydencie i nagłośnienie sprawy” – wytłumaczyła potem aktorka.

Pomimo tego Trzebuchowska została wezwana na komisariat, gdzie musiała składać wyjaśnienia. Dwie godziny spędziłam, tłumacząc, swoją drogą bardzo uprzejmej i chyba równie co ja skonsternowanej całą sytuacją policjantce, następujący fakt: Umieszczenie kadru z filmu “Ida”, w którym zagrałam tytułową rolę, w miejscu zdjęcia profilowego strony “Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara…” nie czyni ze mnie jej administratorki ani innej osoby mającej wpływ na publikowane treści.”

Nie wiadomo więc, jak sprawa potoczy się dalej. Znając absurdy polskiego państwa do „wyjaśnienia” sytuacji, może nie dojść zbyt szybko. Oburzenia nie kryją liberalni i postępowi internauci, którzy są po prostu zaszokowani sposobem, w jaki postępują organy ścigania.

Niektórzy z użytkowników sieci wiążą sytuację z wpływami partii rządzącej i Kościoła katolickiego, który – jak wiadomo – nie od dziś propaguje radykalnie prawicowe treści. „Podziękujmy Kościołowi katolickiemu i prezespanu wraz z całym jego dworem. Niestety polski kołtun – plica polonica – ma się wyjątkowo dobrze. Straszno i nieśmieszno”, „O k…wa. czytam i nie wierzę własnym oczom. Przecież to Orwell w pigułce” – to tylko przykładowe opinie czytelników „Wysokich Obcasów”, gdzie opublikowano artykuł o tej nietypowej sytuacji.

Nie ma już „zagrożenia” zmiany ustroju. Zmiana została dokonana za pomocą zwykłych ustaw. Żywioł polityczny doprowadził do klęski demokratycznego państwa prawnego i rządów prawa

Kiedy w lipcu 2017 roku, pośród obywatelskich protestów przeciwko ustawom sądowym PiS, organizowaliśmy Archiwum Osiatyńskiego, prof. Mirosław Wyrzykowski przestrzegał, że większość rządząca, choć brakło jej większości konstytucyjnej, zwykłymi ustawami ekspresowo zmieni porządek ustrojowy w Polsce.

„Od listopada 2015 roku mamy do czynienia z sytuacją, w której formalnie obowiązuje Konstytucja RP, faktycznie jednak następuje zmiana porządku konstytucyjnego przy pomocy zwykłych ustaw” – mówił wtedy prof. Wyrzykowski, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, profesor nadzwyczajny i były dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący Komitetu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk (2011-2015), a także członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

Od 2015 roku trwał kryzys w Trybunale Konstytucyjnym, którym od końca 2016 roku kierowała już Julia Przyłębska.

Lipcowe protesty w 2017 roku w obronie niezależności sądownictwa przyniosły efekt – dwa weta Prezydenta Andrzeja Dudy wobec parlamentarnego projektu zmian w ustawie o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Prezydent podpisał jednak ustawę o sądach powszechnych. Próbował też narzucić dyskusję o zmianie Konstytucji (przypomnijmy: ostatecznie z planowanego na 11 listopada 2018 roku referendum konsultacyjnego o ewentualnej potrzebie zmian Konstytucji nic nie wyszło; ambicji Dudy nie poparł obóz rządzący).

W sierpniu 2017 Prezydent Duda zaproponował projekty ustaw, wprowadzające niezgodne z Konstytucją zmiany w SN i KRS.

Wówczas prof. Wyrzykowski przypominał, że „porządek konstytucyjny to nie tylko przepisy ustawy zasadniczej. To także orzecznictwo sądów i trybunałów, jak również elementy porządku prawa międzynarodowego. Elementem porządku konstytucyjnego jest również sposób działania parlamentu, przestrzeganie zasad procesu legislacyjnego. Tymczasem te zasady są naruszane i naginane”.

Prezydenckie projekty, po poprawkach, zostały przyjęte przez parlament. Prezydent, mimo zastrzeżeń gremiów prawniczych, podpisał ustawy o SN i KRS w grudniu 2017 roku.

Od tej pory zaszły dalsze zmiany w funkcjonowaniu i obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego; nastąpiła wymiana sędziów w Sądzie Najwyższym – jedynie częściowo zastopowana przez Trybunał Sprawiedliwości UE, a w SN utworzono nowe izby; w sposób niezgodny z Konstytucją i nietransparentny powołano nową Krajową Radę Sądownictwa, która wzięła udział w procesie powoływania sędziów do SN i sądów powszechnych. Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny w jednej osobie w arbitralny sposób wymienił prezesów sądów. Zaszły zmiany w funkcjonowaniu Prokuratury. Nasiliły się represje i szykany wobec sędziów i prokuratorów.

Na koniec VIII kadencji Sejmu poprosiliśmy prof. Mirosława Wyrzykowskiego o ocenę, na jakim etapie zmian ustrojowych się znajdujemy. Jego diagnoza jest jednoznaczna:

Nie możemy już mówić o „zagrożeniu” porządku konstytucyjnego. Zmiana stała się faktem. Odpowiedzialne są za nią konstytucyjne organy państwa (Prezydent, Sejm i Senat, Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa). Te organy nie pełnią swoich konstytucyjnych powinności. Konstytucji Rzeczpospolitej w ich miejsce bronią sędziowie Sądu Najwyższego, RPO, obywatele, Trybunał Sprawiedliwości UE i Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Nastąpiła zmiana porządku konstytucyjnego

W październiku 2019 roku jesteśmy w sytuacji paradoksalnej z punktu widzenia konstytucyjnego.

Dlatego, że na ulicach nie ma czołgów, nie ma uzbrojonych jednostek wojskowych.

Ale przecież z perspektywy konstytucyjnej znajdujemy się w stanie nadzwyczajnym.

Bo jakie mamy stany nadzwyczajne? Stan klęski żywiołowej. To obserwujemy od trzech lat.

Żywioł polityczny doprowadził do klęski demokratycznego państwa prawnego i rządów prawa.

Mamy stan wojny. I wiemy, z analizy dokonanej przez wybitnego specjalistę prof. Włodzimierza Wróbla, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego jest sądem szczególnym, a sądy szczególne są dopuszczalne jedynie w stanie wojny.

Mamy stan nadzwyczajny, który może być wprowadzony tylko wtedy, kiedy jest zagrożony konstytucyjny ustrój państwa.

Otóż wielokrotne działania konstytucyjnych organów państwa, łamiące Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej, doprowadziły do sytuacji, w której już nie ma zagrożenia porządku konstytucyjnego w państwie. Mamy fakty dokonane. Ich efektem jest zmiana porządku konstytucyjnego.

Dotyczy to, przykładowo jedynie, Krajowej Rady Sądownictwa z działaniami, których elementem podstawowym było przerwanie kadencji sędziów będących członkami Krajowej Rady oraz wybór członków Krajowej Rady przez Sejm, a nie przez sędziów.

Przykładem takiej zmiany jest też ustawa o Sądzie Najwyższym, która w założeniu miała na celu pełną wymianę kadry sędziów SN. Koniec końców, w wyniku działania Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, mamy zastopowanie czystki w SN.

Nie ma służby cywilnej, ponieważ ustawa o służbie cywilnej doprowadziła do dramatycznej degradacji warunków i przesłanek uczestniczenia w procesie dochodzenia do służby cywilnej, bo nie ma konkursów, nie trzeba wykazywać się merytorycznymi umiejętnościami, nie trzeba znać języków obcych. Nie ma, co ważne, gwarancji stabilności pracy w służbie cywilnej.

Dalej, mamy problem z tym co nazywam od ponad trzech lat bypassem konstytucyjnym. Mamy Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, konstytucyjny organ stojący na straży wolności słowa oraz Radę Mediów Narodowych – organ, który został powołany na mocy ustawy i nastąpiło przeniesienie kompetencji z konstytucyjnego organu państwa na organ utworzony na mocy ustawy po to, żeby obsadzić nowy organ przez ludzi, którzy są lojalni wobec władzy politycznej i aby zrealizować cele, których nie można byłoby zrealizować, gdyby rzetelnie funkcjonował konstytucyjny organ państwa, jakim jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

Mamy też wiele przykładów, które pokazują, w jaki sposób przy pomocy ustawodawstwa zwykłego zmienia się konstytucyjny charakter państwa.

Strażnikiem Konstytucji są sędziowie Sądu Najwyższego, RPO, obywatele, Trybunał Sprawiedliwości UE, Europejski Trybunał Praw Człowieka

Powstaje pytanie: kto jest strażnikiem Konstytucji?

Myślę, że dziś strażnikiem Konstytucji jest po pierwsze, stary skład Sądu Najwyższego. Czyli te Izby Sądu Najwyższego, które pozostały i sędziowie, którzy zostali mianowani sędziami SN w konstytucyjnym porządku prawny.

Obrońcą i strażnikiem Konstytucji jest Rzecznik Praw Obywatelskich.

Następnie, obrońcą i strażnikiem Konstytucji są obywatele. Ci, którzy mają świadomość szkód i dramatycznych zmian, które wynikają z łamania Konstytucji. Wyjście na ulice, czy na place jest prawem obywatela, świadomego tego, co się dzieje w państwie. I milczenie, które krzyczy, albo krzyk, który jest tłumiony „KonsTYtucJA to my” jest wyrazem obywatelskiej troski, obywatelskiej postawy – kobiet, mężczyzn, młodych, w średnim wieku, w wieku zaawansowanym.

Wreszcie, obrońcą i strażnikiem konstytucji, jak się wydaje, najbardziej skutecznym, jest mechanizm międzynarodowy, przede wszystkim w postaci Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości oraz Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

I co się okazuje?

Że te bezpieczniki, które miały na celu niedopuszczenie do włamania się do Konstytucji, okazały się słabe. I okazuje się, koniec końców, że nie to, co było bezpośrednio zapisane w Konstytucji, ale to, co wynika z  miejsca Polski w środowisku międzynarodowym, zwłaszcza w Unii Europejskiej, jest w tej chwili gwarancją suwerenności państwa. Bo nie jest suwerennym państwo, w którym naruszana jest świadomie i celowo Konstytucja, przez konstytucyjne organy państwa.

Jak wiadomo, suwerenowi nie wolno wszystkiego. Bo jest ograniczony międzynarodowymi zobowiązaniami, klauzulami wieczności takimi jak demokracja, rządy prawa, prawa i wolności obywatelskie. A skoro suwerenowi nie wolno wszystkiego, to jeszcze mniej wolno reprezentantom suwerena.

Za chwilę będziemy wybierali reprezentantów suwerena.

„Nie wolno nam się poddawać, piłka jest w grze” – mówi OKO.press Franciszek Sterczewski, który kandyduje z listy Koalicji Obywatelskiej w Poznaniu. „Chcę dostać się do Sejmu i wprowadzić tematy, którymi inni politycy się nie zajmują lub zajmują się powierzchownie, chcę uświadamiać ludziom ich siłę, łączyć ponadpartyjnie”

„Nie grozi nam bieda, tylko feudalizacja państwa. Są sprawy takie jak czyste powietrze, klimat, edukacja, niezawisłość sądów, służba zdrowia, które bolą wszystkich Polaków, niezależnie od tego, na kogo głosują i jaki mają numer buta, kołnierzyka, z jakiego miasta pochodzą. Chcę szukać wspólnych mianowników i próbować zmienić Polskę”.

Franciszek (Franek) Sterczewski organizował w Poznaniu wielotysięczne „łańcuchy światła” w obronie praworządności, w tym ten najsłynniejszy – ułożony z ludzi i świateł napis „VETO”. Podczas strajku nauczycieli znów zwołał ludzi na „łańcuch światła z wykrzyknikiem”. Jest radnym dzielnicowym, a z zawodu architektem i urbanistą. Mówi OKO.press:

  • Klasa polityczna, nie tylko w Polsce – wszędzie na świecie – straciła łączność ze społeczeństwem. Polityka odkleiła się od ludzi, od prawdziwych problemów, a sukces osiągają ci, którzy tą łączność próbują nawiązać.
  • Na Węgrzech ludzie nie głodują, dobrze zarabiają, ale nie ma też wolności słowa. Jeśli ktoś nie jest z partii Orbána, a chciałby robić karierę w polityce, w mediach, w jakimkolwiek sektorze, to w zasadzie może emigrować. Nam to również grozi. Jeśli ktoś nie będzie z PiS, będzie mógł rozwijać się za granicą. A ja bym chciał, żeby Polacy mogli rozwijać się w Polsce.
  • Denerwuje mnie narracja pogardliwa wobec ludzi, którzy głosują na PiS, uważam, że ci ludzie zasługują na lepszą ofertę i ja chcę im lepszą ofertę dostarczyć.
  • Powinniśmy rozmawiać o mieszkaniach. Jednym ze sztandarowych projektów PiS było mieszkanie plus, miał być 100 tys. mieszkań, powstało około tysiąca. To skandal. Opozycja za mało podkreśla ten fakt. Chciałbym stworzyć program mieszkaniowy, bazując na doświadczeniach poznańskich.
  • Samochód to wolność dla niektórych, a mi zależy na tym, żeby wolność i swoboda transportu dotyczyła wszystkich obywateli. Trzeba wrócić do kolei, do komunikacji zbiorowej, przywracać połączenia.

Rozmowa z Frankiem Sterczewskim jest kolejną w naszym przedwyborczym cyklu rozmów politycznych.

Wkrótce rozmowy z Tomaszem Leśniakiem (Lewica, Kraków), Jolantą Banach (Lewica, Gdańsk), Moniką Mamulską (Koalicja Obywatelska, Łódź), Myroslavą Keryk (Koalicja Obywatelska, Warszawa), Dorotą Łobodą (Koalicja Obywatelska, Warszawa).

Agata Szczęśniak, OKO.press: Po co kandydujesz?

Franciszek Sterczewski, kandydat z 20. miejsca Koalicji Obywatelskiej w Poznaniu: Bardzo przejmuję się tym, co się dzieje w Polsce w ostatnich latach. Od prawie 10 lat działam społecznie, współpracowałem z festiwalami kulturalnymi, organizowałem łańcuchy światła w obronie niezawisłości sądów. Aż poczułem, że samo protestowanie nie wystarcza. Żeby móc uratować prawo obywateli do niezawisłego sądu, żeby uratować dobre rzeczy, które są w Polsce, a które są zagrożone, trzeba się zaangażować inaczej.

Chcesz być ratownikiem Polski?

Po eurowyborach, poczułem że jesteśmy na dziejowym zakręcie i być może to ostatnia chwila, żeby uratować Polskę od autorytaryzmu, od węgierskiego kierunku. Chcę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby było lepiej. Podczas kampanii do PE zobaczyłem, że opozycja potrzebuje nowego ducha. Nie spodziewałem się, że te wybory będą przegrane.

Dlaczego opozycja przegrała?

Wygrały takie osoby, jak Bartosz Arłukowicz w Szczecinie czy Elżbieta Łukacijewska na Podkarpaciu. Biegali od drzwi do drzwi, po ryneczkach, po ulicach, rozmawiali z ludźmi, budując na nowo relacje. W ten sposób można zwyciężyć. Poczułem, że to ostatni moment, żeby pokazać na własnym przykładzie, jak taka kampania wyglądać powinna i zawalczyć o jak najlepszy wynik.

Tacy aktywiści jak ja, w całej Polsce, w małych, dużych miasteczkach mogli zajmować się festiwalami, kinami plenerowymi, mogli budować lokalne wspólnoty, ale będziemy mogli to robić tylko pod warunkiem, że będziemy żyli w praworządnym, demokratycznym kraju, wspierającym kulturę.

To główny błąd opozycji: że nie umie rozmawiać z ludźmi?

Tych błędów i wyzwań jest sporo. Podstawowym problemem jest utrata łączności nie tylko ze swoimi wyborcami, ale po prostu ze społeczeństwem. To nie dotyczy tylko opozycji, to problem całej klasy politycznej, i nie tylko w Polsce – wszędzie na świecie. Polityka odkleiła się od ludzi, od prawdziwych problemów, a sukces osiągają ci, którzy tą łączność próbują nawiązać.

Węgry w Polsce

Jak Donald Trump i Jarosław Kaczyński?

To, co oni robią, to iluzja kontaktu z ludźmi. Udaje im się wygrywać wybory dzięki sprawnemu PR. Prowadzą badania i w oparciu o nie szykują ofertę dla wyborców. Traktują politykę marketingowo, mają sprawne kampanie, ale przemycają niedemokratyczne rozwiązania, które szkodzą obywatelom. Zawłaszczanie sądów, ograniczanie praw człowieka, próba izolacji swoich krajów.

Na czym polega ten zwrot dziejowy, o którym mówisz? Dlaczego moment, w którym jesteśmy, jest taki szczególny i ważny?

Od wyników tych wyborów będzie zależało, czy kolejne będą wolne. PiS dąży do tego, żeby zaprowadzić w Polsce podobne rządy, jak na Węgrzech czy w Rosji. Tam nie ma mowy o wolnych mediach, o wolnych wyborach czy prawdziwej demokracji, jest atrapa państwa. Państwo feudalne, które działa pod dyktando jednej partii, a w zasadzie pierwszego sekretarza partii. Znamy to z historii.

To ostatnia chwila, żeby się zjednoczyć, zmobilizować i zastanowić się, co zrobić, żeby naprawiać demokrację, a nie zastępować ją autorytaryzmem. Na Węgrzech ludzie nie głodują, dobrze zarabiają, mają piękne samochody, nie ma problemów ekonomicznych, ale nie ma też wolności słowa, wolnych mediów, nie ma otwartej dyskusji politycznej. Jeśli ktoś nie jest z partii Orbána, a chciałby robić karierę w polityce, w mediach, w jakimkolwiek sektorze, to w zasadzie może emigrować. Nam to również grozi. Jeśli ktoś nie będzie z PiS, będzie mógł rozwijać się za granicą. A ja bym chciał, żeby Polacy mogli rozwijać się w Polsce, żeby nie było ważne, czy ktoś ma poglądy konserwatywne czy lewicowe, żeby Polska dawała szanse wszystkim, niezależnie, kto do jakiej partii należy.

Prowadzisz imponującą kampanię. I jej trakcie rozmawiasz z ludźmi o Rosji i Węgier?

Mówią o tym osoby najbardziej zaangażowane, mniejszość, ale to ważne, opiniotwórcze osoby. Mijają właśnie dwa miesiące od kiedy prowadzę swoją kampanię, najpierw zbierając podpisy, a od początku września chodząc od drzwi do drzwi po całym okręgu — powiecie poznańskim. Razem z „załogą Franka” rozmawiamy z setką osób codziennie, myślę, że rozmawiałem już z ok 3 tys. osób. To skala badań socjologicznych.

Drzewa, pociągi i cena ziemniaków

I co z tych Twoich badań wynika?

Jest masa tematów, które naprawdę ludzi interesują. Problemem jest smog. Szczególnie w zabytkowych kamienicach w Poznaniu, ale też na przedmieściach z domkami jednorodzinnymi. Problemem jest kryzys klimatyczny. To martwi mnóstwo ludzi, nie tylko młodych. Brakuje drzew, w wielu małych miasteczkach w całej Polsce, kiedy remontowane były place, rynki, wszystko zostało wybetonowane, za mało było starań, żeby w takim miejscu posadzić wysoką zieleń, która może czyścić powietrze ze smogu.

Dzwonisz do drzwi i nie słyszysz: „Panie Sterczewski, czynsz jest za wysoki, a w pracy mnie mobbingują”, tylko: „Przejmuje mnie katastrofa klimatyczna”?

To się nie wyklucza. Ludzi interesuje wiele rzeczy na raz, ale każdy ma inną hierarchię wartości. Dla większości osób najważniejsze jest wynagrodzenie i mieszkanie, ale świadomość społeczna rośnie i coraz bardziej rozumiemy wagę zieleni w mieście.

Wielkopolska pustynnieje, Warta w tym roku miała tak niski stan wody, że przez dużą część lata nie można było żeglować, co jest katastrofą. W Wielkopolsce mieliśmy najbardziej suche lato od 13 lat, to powoduje suszę i wpływa na uprawy. Rolnicy muszą włożyć więcej wysiłku w to, żeby nawadniać uprawy. Rośnie cena ich pracy, a za tym i cena warzyw, ziemniaków.

Ocieplenie klimatu przekłada się na ceny tego, co znajdujemy potem na półkach. Coraz więcej osób rozumie tą zależność. Kwestie klimatyczne, ekologia, zieleń w mieście, retencja wody, zbieranie deszczówki — to interesuje ludzi zarówno z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej. Podobnie jest z edukacją, z wymiarem sprawiedliwości. Są wartości, które należą się wszystkim obywatelom.

Rozmawiasz też z wyborcami PiS?

Oczywiście. Codziennie ich spotykam. To trudne rozmowy, ale słucham, co mówią. Często narzekają, że transport w małych miejscowościach został zlikwidowany. 30 lat temu w Polsce było prawie miliard pasażerów kolei rocznie. Teraz ta liczba oscyluje w okolicach 300 mln pasażerów na rok. 30 lat temu mieliśmy ok. 26 tys. km linii kolejowych, teraz mamy około 18 tys., przez to, że w bezsensowny sposób były likwidowane połączenia, dworce. To miało związek z likwidacją przemysłu, ale to oznacza odcięcie ludzi na prowincji, w małych miasteczkach od służby zdrowia, od edukacji, od miejsc pracy. Wiele osób musiało zainwestować w samochód. Transport został oparty o samochody, co generuje smog, korki, stres. Codziennie ludzie stoją w korkach zamiast szybko, sprawnie przemieścić się koleją podmiejską.

Co z tym zrobić?

Wrócić do kolei, do komunikacji zbiorowej. Inwestować w kolej, przywracać połączenia. Słuchać takich ekspertów, jak Karol Trammer, który właśnie wydał świetną książkę „Ostre cięcie”. Bardzo mnie wzruszyła i uświadomiła skalę tego zagadnienia.

Warto słuchać lokalnych ekspertów. W Poznaniu to stowarzyszenie „Inwestycje dla Poznania”, od 2011 roku walczy o dworzec w Poznaniu, który został zastąpiony chlebakiem, który nie spełnia swoich funkcji.

Jak pomoże poseł Sterczewski?

Poznański dworzec jest drugim dworcem w Polsce, jeśli chodzi o liczbę pasażerów. Co roku mamy prawie 20 mln pasażerów i najmniej funkcjonalny dworzec. To wstyd.

Jako poseł chcę zabrać wiedzę ekspertów, walczyć o ponad 2 mld złotych na odbudowę tego dworca. Chcę pilnować PKP i wszystkich jednostek zajmujących się tą sprawą i informować mieszkańców całej Wielkopolski o stanie prac nad dworcem. Ten dworzec jest sercem regionu. Gdyby dobrze funkcjonował, mógłby oferować połączenia z ościennymi gminami co 15 minut, jak we Frankfurcie. Wówczas wiele osób mogłoby się przesiąść z samochodów do pociągów. Powietrze byłoby czystsze. Pasażerowie zaoszczędziliby czas, mniej byłoby stresu, zamiast stać w korku mogliby czytać książkę.

Wielu Polaków mówi, że oszczędzają czas, jeżdżąc samochodami, bo pociągi się spóźniają. Poza tym cenią wolność, jaką daje samochód.

Samochód to wolność dla niektórych, a mi zależy na tym, żeby wolność i swoboda transportu dotyczyła wszystkich obywateli. Zależy mi na tym, żeby było mniej korków. Absurdem jest to, że jest sznur samochodów, w których siedzi jeden kierowca.

Karałbyś takich kierowców?

Nie należy nikogo karać, lecz zachęcać do transportu publicznego jego lepszą jakością. Bardzo lubię motoryzację, doceniam ten wynalazek, ale musimy przywrócić równowagę. Gdyby komunikacja publiczna była dobrej jakości, była sprawna sieć połączeń kolejowych, tramwajowych i autobusowych, wówczas część kierowców mogłoby się przesiąść do zbiorowej komunikacji, a na ulicach byłoby więcej miejsca dla pozostałych. Ci kierowcy, którzy nie mają wyboru, bo muszą coś przewieźć, albo w ich okolice nie dojeżdża żaden autobus, tramwaj, skorzystaliby na tym. To sprawy miejskie, które wymagają wsparcia centralnego. Potrzebujemy centralnych pieniędzy na dworzec w Poznaniu, na tego rodzaju inwestycje w całej Polsce.

Feudalne państwo przyszłości

Przez lata byłeś aktywistą, który de facto walczył z rządzącymi miastami politykami PO, teraz startujesz z KO.

W Poznaniu przez lata walczyłem z technokratyczną polityką poprzedniego prezydenta, Ryszarda Grobelnego, który nie był w PO, bliżej mu do PiS. Pięć lat temu aktywistom miejskim o bardzo różnych poglądach, w tym mnie, udało się przyczynić do zmiany prezydenta. Poznań jest wyjątkowym miastem. Wiele rzeczy może mi się nie podobać w Platformie Obywatelskiej na poziomie kraju, ale w Poznaniu postulaty ruchów miejskich realizuje lokalne PO. Szczególnie Mariusz Wiśniewski, wiceprezydent miasta.

Jak zostaniesz posłem, będziesz współpracował z Platformą na poziomie centralnym, a nie lokalnym.

Doceniam to, co się dzieje w dużych miastach, innowacyjną politykę, dotyczącą klimatu, praw człowieka, transportu prowadzą duże miasta zarządzane przez polityków związanych z PO.

Europosłowie PO głosowali przeciwko niemal wszystkim uchwałom Parlamentu Europejskiego, które popychały sprawy klimatu do przodu. Wiemy, jak głosowali w polskim parlamencie np. sprawie w aborcji.

Wielu aktywistów przede mną i wielu młodych polityków próbowało zakładać nowe partie, nowe ruchy, które miały startować w różnych wyborach. Przepadli. Trzeba sobie zdawać sprawę z okoliczności, w jakich się znajdujemy. Obserwujemy wielką polaryzację społeczną, która mnie osobiście martwi, ale niestety wpływa na wyniki wyborów. Ludzie czują strach przed autorytaryzmem. Zawłaszczona została telewizja, radiowa Trójka, zawłaszczane są instytucje kultury, Muzeum II Wojny, są próby wpływu na obsady dyrektorów, jak w Muzeum POLIN, próby cenzury sztuki, poznańskiego festiwalu Malta, odbierane są dotacje. Masa ludzi boi się tego, że zaraz będziemy w kraju podobnym do Węgier.

Nie grozi nam bieda, tylko feudalizacja państwa. Grozi nam z jednej strony powrót do systemu średniowiecznego, jeśli chodzi o prawa człowieka, hierarchię wartości z hegemonem na szczycie piramidy zależności, a z drugiej strony nowoczesnego, jeśli chodzi o technologie, czy architekturę…

Akurat z tą nowoczesnością PiS nie bardzo sobie radzi. Obiecanych samochodów elektrycznych nie ma.

To kwestia czasu. PiS będzie łączył średniowiecze z nowoczesnością. To bardzo groźne. Tu nie chodzi o żaden powrót do PRL-u. Zresztą, porównania do PRL-u dla wielu młodych ludzi to są niezrozumiałe, to tak jakby mówić o powrocie do Polski Piastów. Trzeba pokazywać przykłady, które są niedaleko nas, jak Węgry, Rosja, Turcja. Jeszcze niedawno ludzie mogli się tam cieszyć wolnością, a teraz opozycyjni dziennikarze, politycy, sędziowie są więzieni.

Twoje poglądy są w 90 procentach zgodne z poglądami polityków startującymi z list Lewicy, a nie KO — wynika z serwisu Mam Prawo Wiedzieć.

To prawda, mam poglądy prospołeczne. Jedną z moich idolek jest Alexandria Ocasio Cortez — ona nie startowała z lewicową partią, tylko z demokratami, takimi jak Hillary Clinton, którzy w pewnym sensie przypominają nasze PO. Dzięki temu teraz jest w Kongresie i ma wpływ na politykę, jej głos jest ważny. Chcę pójść w jej ślady, dostać się do Sejmu i wprowadzić tematy, którymi inni politycy się nie zajmują lub zajmują się powierzchownie, nawiązywać łączność ze społeczeństwem, uświadamiać ludziom ich siłę, chcę łączyć ludzi ponadpartyjnie.

Wydaje mi się, że tylko szukając współpracy i porozumień ponad podziałami, możemy wygrać z każdym wyzwaniem.

Jestem z Poznania, Poznań to jest pierwsze polskie miasto, w którym prezydent (Jacek Jaśkowiak) poszedł w Paradzie Równości. To jest pierwsze miasto, które stworzyło program wspierający in vitro. Poznań jest pionierem w wielu dziedzinach i to dzięki udanej współpracy ponad podziałami partyjnymi. Ja chcę być łącznikiem pomiędzy światami.

Między Koalicją Obywatelską a Lewicą?

Nie tylko. Są sprawy takie jak czyste powietrze, klimat, edukacja, niezawisłość sądów, służba zdrowia, które bolą wszystkich Polaków, niezależnie od tego, na kogo głosują i jaki mają numer buta, kołnierzyka, z jakiego miasta pochodzą. Chcę szukać wspólnych mianowników i próbować zmienić Polskę.

Wyborcy PiS widzą, że partia Kaczyńskiego niszczy niezawisłość sądów, ale mówią: trudno, zgadzamy się, bo robią wiele innych, dobrych rzeczy. To wynika z badań Sadury i Sierakowskiego.

Mnie osobiście to martwi. Ale jestem osobą w pewnym sensie uprzywilejowaną. Jestem chłopakiem z dużego miasta, wykształconym, pochodzę z rodziny prawników i rozumiem niebezpieczeństwa przejmowania wymiaru sprawiedliwości przez partię rządzącą. Ale zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie do końca rozumie te mechanizmy. Nie obrażam się na nich, bo to też pokazuje niewydolność naszego systemu edukacji. Z powodu braku świadomości ludzie są w stanie oddawać swoją władzę w zamian za rzeczy materialne.

Dla ludzi najważniejsze jest to, co się dzieje tu i teraz. Krótkowzroczność nie jest grzechem, tylko objawem, że ktoś potrzebuje okularów pokazujących szerszą perspektywę.

Zgadzasz się ze zdaniem, że PiS kupił Polaków?

Nie zgadzam się. To określenie obraźliwe wobec wyborców, którzy nie są klientami, nie da się ich kupić.

PiS przygotował ofertę, która spotkała się z pozytywną reakcją 30 proc. wyborców, ci ludzie mają do tego prawo. Denerwuje mnie narracja pogardliwa wobec ludzi, którzy głosują na PiS, uważam, że ci ludzie zasługują na lepszą ofertę i ja chcę im lepszą ofertę dostarczyć. Program 500 plus był potrzebny, ale to nie wszystko. Niestety PiS używa tego programu tylko w celach propagandowych. Procent skrajnego ubóstwa się powiększa. Należy się zastanowić, co zrobić, żeby programy społeczne realnie pomagały ludziom i wspierały polskie rodziny.

Powinniśmy też rozmawiać o mieszkaniach. Jednym ze sztandarowych projektów PiS było mieszkanie plus, miał być 100 tys. mieszkań, powstało około tysiąc. To skandal. Opozycja za mało podkreśla ten fakt. Chciałbym stworzyć program mieszkaniowy, bazując na doświadczeniach poznańskich, które dzieją się dzięki współpracy prezydenta Jaśkowiaka i Tomasza Lewandowskiego, wiceprezydenta w poprzedniej kadencji, aktualnie szefa zarządu lokali komunalnych, znowu udana współpraca ponadpartyjna. Dzięki temu mamy ciekawy program mieszkaniowy i na tych doświadczeniach trzeba budować prawdziwy program, który mógłby zwiększać ilość lokali na wynajem.

Dlaczego w krajach zachodnich cena mieszkań jest niska, niższa w porównaniu do zarobków od Polski?

Dlaczego?

Bo jest duży rynek mieszkań na wynajem. Jeśli chcemy, żeby mieszkania w Polsce były tańsze, powinniśmy w to inwestować. Państwo i samorządy powinny mieć dużo bardziej aktywną rolę. Jako poseł chcę wspierać samorządy i przyczynić się do tworzenia programów, które spowodują, że będą powstawały mieszkania, a ludzie będą mieli swoje cztery kąty i poczucie bezpieczeństwa.

Zagłosujesz za prawem do aborcji do 12. tygodnia?

Tak.

Będziesz w klubie KO w przyszłym Sejmie?

Staram się nie dzielić skóry na niedźwiedziu. Do wyborów zostało kilka dni. Skupiam się na tym, żeby cały blok opozycji miał jak najlepszy wynik, bo wierzę, że jesteśmy w stanie wspólnymi siłami przywrócić w Polsce praworządność. Być może PiS będzie miał więcej procent, ale mam nadzieję, że wszystkie partie opozycyjne w sumie zwyciężą.

Będzie rząd KO i Lewicy?

Jestem otwarty na takie rozwiązanie. Byłoby bardzo korzystne. Ale za wcześnie na takie rozmowy koalicyjne.

Niezależnie od wyników wyborów, ja będę walczył o sprawy dla miast, o prawa człowieka, o czyste powietrze, o ekologię, o drzewa w mieście, o lepszy transport. Będę walczył z kryzysem klimatycznym w każdej możliwej sytuacji. Nie ma sytuacji beznadziejnej, nawet, jeśli PiS wygra z dużą większością, to zrobię wszystko, żeby patrzeć mu na ręce, żeby walczyć o ważne sprawy, współpracować z każdą partią, z każdym posłem, niezależnie od tego, czy będzie w opozycji, czy będzie w rządzie, po to, żeby sprostać tym wyzwaniom, które przed nami stoją.

Koalicja ma szanse wygrać?

Uważam, że tak. Nie wolno nam się poddawać, piłka jest w grze. Dwa miesiące poświęciłem na kampanię, z masą cudownych ludzi walczymy o to, żeby wynik był najlepszy, nie tylko nasz w Poznaniu, ale w całej Polsce. Zachęcam do podobnej aktywności wszystkich, którym zależy nie tylko na wygranej, ale na realnych, pozytywnych zmianach w tym państwie.

W przedwyborczą środę mogę tylko powiedzieć, że wszystko już wiemy o wszystkich partiach i jakikolwiek będzie wynik wyborów, nie będziemy mogli narzekać, że coś przed nami ukryły.

Zróbmy szybki przegląd. Plan PiS jest jasny, ogłoszony niemal wprost: zrujnować do końca niezależne sądownictwo i całkowicie zlikwidować trójpodział władzy w Polsce, nie zważając na protesty Unii Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości. Podporządkować wymiar sprawiedliwości władzy. W tym celu wprowadzone zostaną przepisy ułatwiające zaaresztowanie posła i można się spodziewać, patrząc na to, jak PiS wygaszał prace Sejmu w tej kadencji i jak brutalnie traktował opozycję, że nie będzie to przepis martwy, a przeciwnie – intensywnie politycznie wykorzystywany.

Wiemy też, że powstanie, a raczej umocni się super resort spraw wewnętrznych, dający niewyobrażalną władzę jednemu człowiekowi – Mariuszowi Kamińskiemu, oskarżonemu już raz o nadużywanie uprawnień. Wszechwładzę ministra Ziobry już mamy, więc to akurat nie będzie żadnym newsem.

PiS „weźmie się” także za wolne media. Z pierwszych zapowiedzi wiemy, że może chodzić o reglamentowanie dostępu do zawodu dziennikarza, o którym decydowaliby medialni reprezentanci PiS w rodzaju braci Karnowskich.

Kobiety – do domu, do garnków i dzieci. Tę wizję przedstawił jasno zmarły nagle Jan Szyszko: chodzi o forsowanie jedynego według PiS normalnego modelu rodziny, czyli „siedzącej” w domu matki, wychowującej kilkoro dzieci, z mężczyzną w roli dostarczyciela pieniędzy. To plus całkowity zakaz aborcji i katolicko-narodowa dyktatura prawna i instytucjonalna równa się w praktyce ubezwłasnowolnieniu kobiet i pozbawieniu ich wpływu na życie publiczne.

Zacieśnienie więzów z Rosją – mentalnych i gospodarczych – bo wiele wskazuje na to, że PiS będzie kontynuował marsz na wschód.

Po stronie KO mamy umiarkowany konserwatyzm. Utrzymanie status quo w sprawach obyczajowych, np. aborcji, akt naprawczy RP, przywracający praworządność i porozumienie dla naprawy służby zdrowia, powściągliwość w sprawach LGBT i obecności Kościoła katolickiego w życiu publicznym, liberalizm gospodarczy i umiarkowany ton w większości spraw poruszających opinię publiczną. Ekologia i walka ze smogiem tak, ale nie na pierwszym planie. Umacnianie niezależności samorządów. Silny przekaz proeuropejski. Unia jako wartość, Polska jako mocna i wartościowa jej część. Plany naprawy zrujnowanej – zdaniem KO – dyplomacji.

No i wreszcie lewica. Wyrazistość. Opowiedzenie się po stronie zdecydowanego rozdziału Kościoła od państwa, przeciw zupełnie wolnej, liberalnej gospodarce. Prawa kobiet, liberalizacja aborcji, związki partnerskie. Idee dialogu społecznego.

PSL jak zawsze, pełni rolę języczka u wagi. Jaką odegra rolę, nie wiadomo. Bo poglądy miewa różne, w zależności od sytuacji.

Wszystkie ugrupowania opozycyjne łączy rzecz jasna mocna retoryka antypisowska, choć w praktyce partia Jarosława Kaczyńskiego flirtuje czasem delikatnie z PSL.

Ciekawe jest to, że pierwszy chyba raz do wyborów nie idą właściwie partie, ale koalicje: Zjednoczona Prawica, Koalicja Obywatelska, Lewica i Ludowcy z Kukiz 15.

Co z tego będzie, nie wiemy, ale wszystkim koalicjom oddaję sprawiedliwość: jak na standardy polityczne zachowują się bardzo przyzwoicie, w zasadzie mówiąc wyborcom prawdę, jeśli nie wprost, to swoimi czynami. Kto jest przytomny i uważny, nie będzie mógł powiedzieć, że nie wiedział, co wybiera.

I znów: Jerzy Janiszewski (autor logo Solidarności)