Tag Archives: Ewa Stępniak

Morawiecki i koronawirus. Niczego PiS się nie nauczył

13 Mar

PiS niczego się nie nauczył. „Nauczył” mam na uwadze dla dobra Polaków i Polski. Morawiecki to mistrz rżnięcia, udawania, czysty mitoman.

Udaje, że coś robi. Szpitale są zamykane, środków do walki z koronawirusem mało, dobrze tylko się ma kibel publiczny – kiedyś telewizja publiczna TVP.

Grozi nam scenariusz włoski, zmarło tam już 1000 osób. U nas testów przeprowadza się niewiele, ukrywa prawdę o pandemii, epidemii.

Tak złej sytuacji małych szpitali jeszcze nie było. Koronawirus może nas dobić. Musimy stale prosić właścicieli lub organy założycielskie o pomoc finansową. Koszty stale rosną: ZUS, płaca minimalna, inflacja. A teraz jeszcze wirus. I bankruci w postaci szpitali powiatowych mają ratować Polaków przed zarazą – mówi dyrektor szpitala w Nowym Mieście Lubawskim.

O bankructwie szpitali tutaj >>>

O zarazie Karczewskim tutaj >>>

W najbliższych sondażach zaobserwujemy gromadzenie się ludzi wokół władzy, niczym oddanie się we władanie rządzących ze szczególnym uwzględnieniem Andrzeja Dudy. Tylko że w dłuższym terminie efekt będzie odwrotny. Skoro władza zamknęła państwo na klucz i zachęca, aby zostawać w domach, a mimo tego liczba zachorowań wzrasta i nie daj Bóg pojawią się pierwsze zgony, to będzie to dowód na to, że Andrzej Duda, obóz rządzący, premier Morawiecki przedsięwzięli działania, które nie zapobiegły epidemii – uważa prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego. – Jeśli w kwietniu sondaże spadną, to sądzę, że władza może zagrać w odsunięcie wyborów, gdyby okazało się, że Andrzej Duda ma większe prawdopodobieństwo na przegraną. Nie mam wątpliwości, że nie zawahają się użyć wszelkich sposobów, aby nie przegrać wyborów – dodaje.

Wywiad z Migalskim tutaj >>>

Felieton Zegadły tutaj >>>

Historia daje liczne, poparte archiwaliami świadectwa, że – generalnie – nie warto być bardziej papieskim od papieża, nawet jeśli jest się akurat prawicowym redaktorem.

Po decyzji Watykanu o zamknięciu kościołów do kwietnia, w Polsce prawicowe media urządziły włoskim duchownym małe palenie czarownic. Było o porzuceniu wiernych w potrzebie, o sprzeniewierzeniu się misji i wreszcie o utracie wiary w moc sakramentów i modlitwy. I że nie tak to dawniej w czasach zarazy bywało.

Cały esej Bożeny Chlabicz-Polak tutaj >>>

Więcej >>>

Z powodu epidemii koronawirusa decyzją rządu zostały zamknięte wszystkie placówki kulturalne w Polsce: teatry, muzea i kina, koncerty są odwołane. „Artyści, którzy pracują tylko w teatrze, nie grają spektakli, nie będą mieli za co żyć” – napisała Barbara Kurdej-Szatan. Część środowiska zapowiada, że będzie występować o rekompensatę od ministra Glińskiego.

O sytuacji artystów w czasie zarazy tutaj >>>

W przypadku koronawirusa mamy do czynienia z „kontrolowaną pandemią” – ocenił szef Światowej Organizacji Zdrowia. Tedros Adhanom Ghebreyesus wyraził zaniepokojenie niewystarczającymi w jego ocenie działaniami niektórych państw w związku z wirusem. Zaapelował o przeprowadzanie testów na obecność SARS-CoV-2 we wszystkich podejrzanych przypadkach.

Więcej >>>

Sytuacja  u nas, w Europie i na świecie staje się dramatyczna. Możliwe, że pandemia koronawirusa spustoszy ludzkość, na pewno dojdzie do olbrzymiego kryzysu ekonomicznego.

Co się stanie? Trudno przewidzieć, bo za kryzysem ekonomicznym zawsze idzie jeszcze gorszy – kryzys społeczeństw, kryzys polityczny – w podobnej atmosferze narodził się nazizm.

Strach się bać.

Kronika epidemii. W Hiszpanii scenariusz włoski – dużo zarażeń i wysoka śmiertelność, w Niderlandach spokojnie, w Wielkiej Brytanii zarażona wiceminister zdrowia i szykowane środki nadzwyczajne, Słowacja, Czechy i Węgry wprowadzają stan wyjątkowy.

Niemcy: 2318 wykrytych przypadków, cztery osoby zmarły

Niemcy to jeden z tych krajów, gdzie mimo stosunkowo dużej liczby zarażonych śmiertelność jest bardzo niska. Kanclerz Angela Merkel przygotowuje jednak współobywateli na najgorsze – w środę 11 marca na konferencji prasowej ostrzegła, że wirusem SARS-CoV-2 może zostać zarażonych nawet 70 proc. mieszkańców Niemiec, czyli nawet 58 mln ludzi.

Jej deklaracja jest zgodna z przewidywaniami niektórych epidemiologów, jednak podkreślają oni, że do takiej sytuacji może dojść najwcześniej w ciągu kilku miesięcy i że środki podjęte w celu powstrzymania epidemii mogą zmienić obraz sytuacji.

Więcej o dramatycznej sytuacji dotyczącej koronawirusa w Europie tutaj >>>

 

Polski Kościół idzie w zaparte – choć lekarze apelują, by w dobie epidemii koronawirusa dla dobra wszystkich radykalnie ograniczyć kontakty z innymi, nabożeństwa nadal się odbywają. M.in. msza w Świątyni Opatrzności, podczas której nie przestrzegano podstawowych zasad unikania zakażenia.

„Z całą pewnością nie chcę obrażać niczyich uczuć religijnych, ale uważam, że w obecnej sytuacji należy zamknąć kościoły i ograniczyć do nich dostęp wiernych. Modlić można się wszędzie i na różne sposoby – nie tylko osobiście uczestnicząc w Mszy. Kościół pełen modlących się ludzi, narażonych na bardzo bliski i bezpośredni kontakt, z całą pewnością stanowi doskonałe miejsce do rozprzestrzeniania się wirusa”, mówi rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Mirosław Wielgoś.

Tego samego dnia – w czwartek 12 marca 2020 – minister zdrowia Łukasz Szumowski wprowadził w Polsce stan zagrożenia epidemicznego. A Kościół? Idzie w zaparte.

O ciemnocie Kościoła kat. w kwestii wiedzy o koronawirusie tutaj >>>

 

– Zmierzamy w kierunku modelu włoskiego – stwierdził na antenie TVN24 prof. Robert Flisiak, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Lekarz dodał też, że w jego klinice „sprzętu starczy na trzy dni”, a „dyrekcja szpitala i wojewoda są bezsilni”.

O tym jak rząd PiS jest nieprzygotowany do walki z pandemią koronawirusa tutaj >>>

– Jeśli władza zracjonalizuje oczekiwania wyborców, to później ma większe szanse, żeby zostać przez nich pozytywnie ocenioną – o tym, jak epidemia koronawirusa może wpłynąć na sytuację rządzących rozmawiamy z politologiem dr. hab. Sławomirem Sowińskim z Instytutu Nauk o Polityce i Administracji UKSW.

Więcej >>>

Adwokatka, Ewa Stępniak z Lublina jest jedną z osób, która miała kontakt z pracownicą Sądu Rejonowego w Janowie Lubelskim. Pracownicą, u której w środę potwierdzono obecność koronawirusa i która leży w szpitalu zakaźnym w Lublinie. Kwarantanną objęto pracowników sądu, choć nie tylko.

O kwarantannie tutaj >>>

Zastraszanie sędziów przez PiS jak w czasach PRL-u

27 List

„Prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej” – ogłosił Paweł Juszczyszyn, sędzia z Olsztyna, który został w trybie natychmiastowym odwołany z delegacji po tym, jak wezwał Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia KRS. Jako pierwszy zastosował się do wyroku TSUE. Łętowska: władze próbują efektu mrożącego

„Nazywam się Paweł Juszczyszyn, jestem sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie, do wczoraj delegowanym do orzekania w Sądzie Okręgowym w Olsztynie. W związku z odwołaniem mnie z delegacji do Sądu Okręgowego chcę podkreślić, że

prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej. Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę. Apeluję do koleżanek i kolegów sędziów, aby zawsze pamiętali o rocie ślubowania sędziowskiego, orzekali niezawiśle i odważnie”.

– ogłosił podczas porannej konferencji prasowej 26 listopada 2019 Paweł Juszczyszyn. Ograniczył się do tego oświadczenia, nie chciał odpowiadać na pytania.

„To było właściwe, stonowane, godne zachowanie” – mówi OKO.press prof. Ewa Łętowska.

Sędzia Juszczyszyn został w poniedziałek 25 listopada odwołany przez Ministerstwo Sprawiedliwości z delegacji. OKO.press jako pierwsze podało tę informację.

Przyczyną represji było postanowienie, które sędzia wydał 20 listopada, w którym zobowiązał Kancelarię Sejmu do przedstawienia tzw. list poparcia KRS, czyli:

  • zgłoszeń oraz wykazów obywateli i wykazów sędziów popierających kandydatów na członków KRS, którzy zostali 6 marca 2018 roku wybrani do KRS przez Sejm;
  • oświadczeń obywateli lub sędziów o wycofaniu poparcia dla tych kandydatów.

Znaczenie wyroku TSUE

Sędzia Juszczyszyn jako pierwszy w Polsce zastosował się do wyroku TSUE z 19 listopada, który orzekł, że orzekł, że Sąd Najwyższy musi ocenić m.in. czy Izba Dyscyplinarna SN jest sądem niezawisłym i niezależnym w rozumieniu prawa europejskiego. Kluczową kwestią przy badaniu tej sprawy jest także status KRS. TSUE wymienił, że  SN będzie musiał ocenić m.in. takie czynniki, jak skrócenie kadencji poprzedniego składu Rady, wybór większości obecnego składu przez władzę ustawodawczą oraz utajnienie list poparcia dla kandydatów do KRS.

Wyrok TSUE  jest istotny nie tylko dla Izby Pracy Sądu Najwyższego, która zadała Trybunałowi pytanie prejudycjalne. Zdaniem ekspertów, zgodnie z wyrokiem TSUE

każdy sąd powszechny i administracyjny w Polsce powinien odmówić stosowania tych przepisów krajowych, które skutkowałyby możliwością rozpoznania spraw sądowych przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

I właśnie to zrobił sędzia Juszczyszyn rozpatrując apelację w sprawie cywilnej, w której w pierwszej instancji orzekał sędzia powołany przez neo-KRS.

W poniedziałek 25 listopada zgromadzenia sędziów sądów w całej Polsce wydają uchwały w związku z wyrokiem TSUE, w których decydują o wstrzymaniu się z nominacjami i rekomendacjami sędziów do neo-KRS do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Sąd Najwyższy. Niektóre sądy jednocześnie wzywają Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia.

Wczoraj informowaliśmy o uchwale z PoznaniaGdańskaWrocławia i Białegostoku. Dołączył do nich także Sąd Apelacyjny w Krakowie.

Prof. Łętowska: Władze próbują efektu mrożącego

„Wyrok TSUE, odpowiadający na pytania prejudycjalne SN, formułuje kryteria, jakie trzeba spełnić, aby móc dopatrywać się  zagrożenia niezależności (Krajowej Rady Sądownictwa) i niezawisłości sędziów. Podkreślić trzeba (punkt 121, 125 uzasadnienia), że bierze się pod uwagę nie tylko treść przepisów, lecz także ukształtowanie praktyki organów  i okoliczności faktyczne w ich działaniu oraz oddziaływaniu na wymiar sprawiedliwości. Dotyczy to m.in. także odbioru społecznego rozstrzygnięć podejmowanych przez sędziów, którzy w każdym momencie mogą być odsunięci od sprawy lub przeniesieni do innego sądu przez arbitralne cofnięcie delegacji przez Ministra Sprawiedliwości.

Takie okoliczności jak

  • intensyfikacja działań wobec sędzi już objętej postępowaniem  dyscyplinarnym (zawieszenie jej  w czynnościach plus obniżenie jej uposażenia);
  • publiczne wypowiedzi osób reprezentujących Ministerstwo Sprawiedliwości zawierające sugestie popełnienia „ciężkiego deliktu dyscyplinarnego” przez  sędziego, który w trybie procesowym zażądał ujawnienia list poparcia co KRS;
  • wyrok dyscyplinarny z 23 listopada wobec sędzi Czubieniak

są widomym dowodem na to, że w sferze działań faktycznych rzeczywiście istnieją naciski na wymiar sprawiedliwości, obliczone na wytworzenie efektu mrożącego”.

Politycy naciskają

O tym, że Kancelaria Sejmu nie zamierza zastosować się tak łatwo do zarządzenia sądu, mówił wprost w niedzielę 24 listopada w programie „Kawa na ławę” Michał Wójcik, wiceminister sprawiedliwości:

„To jest prosta droga do anarchii. Nie może być tak, że jeden sędzia kwestionuje status innego sędziego”.

Wójcik nie tylko krytykował postępowanie sądu, ale sugerował też, że wobec sędziego należy wszcząć postępowanie dyscyplinarne.

Redakcja TVN24 zwróciła się do Centrum Informacyjnego Sejmu z prośbą o ustosunkowanie się do kwestii zarządzenia sądu. W odpowiedzi dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka stwierdził, że dopiero oczekują na pisemną korespondencję. Powołał się jednak również na postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, w którym to zakazano udostępniania list poparcia do KRS.

Powołany przez PiS, najprawdopodobniej z naruszeniem ustawy, nowy prezes UODO Jan Nowak wydał postanowienie zaraz po tym, jak Naczelny Sąd Administracyjny prawomocnie orzekł, że listy mają zostać opublikowane. Postanowienie Rzecznika Praw Obywatelskich zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Petycja do podpisania >>>

To pierwszy taki przypadek próby zawieszenia sędziego w obowiązkach z powodu krytyki, czyli – de facto – z przyczyn politycznych. Wniosek rozpatrzy Izba Dyscyplinarna złożona z sędziów, o których TSUE w zeszłotygodniowym wyroku orzekł, że są powody, by wątpić w ich niezależność od politycznych wpływów. Sprawa jest więc wyjątkowo drastyczna.

Rzecznik Dyscyplinarny Przemysław Radzik postawił sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego zarzut naruszenia etyki sędziowskiej polegający na pomówieniu ministra Ziobry i jednego z prokuratorów. I wystąpił do Izby Dyscyplinarnej o zawieszenie sędzi w obowiązkach i obniżenie jej wynagrodzenia. Sprawa może potrwać nawet osiem lat, bo Sąd Dyscyplinarny nie ma żadnego terminu, w jakim musi osądzić. W praktyce zawieszenie może więc trwać do przedawnienia się zarzutu dyscyplinarnego, czyli właśnie lat osiem.

Wypowiedzi, za które Przemysław Radzik ściga sędzię Barańską-Małuszek, dotyczą twitterowych wpisów z sierpnia tego roku, które pojawiły się po ujawnieniu afery hejterskiej. O ministrze Ziobrze sędzia napisała, że jest ministrem, który „wyprodukował aferę” hejterską, a także, że jest „odpowiedzialny za stworzenie systemu korupcyjnego w sądach i prokuraturze uzależniającego wymiar sprawiedliwości od woli politycznej”. Zaś o prokuratorze kandydującym do SN, że „nie ma stażu i łamał prawa człowieka”.

„Oczywistym jest, że obwiniona sędzia Olimpia B.-M., bez narażenia na szwank dobra wymiaru sprawiedliwości, nie może w wiarygodny sposób wykonywać obowiązków służbowych” – napisał rzecznik Radzik w komunikacie o zawieszeniu. Nie wytłumaczył, dlaczego jest „oczywiste”, że sędzia, który skrytykował działania czy zaniechania ministra, nie może „w wiarygodny sposób wykonywać swoich obowiązków”.

Podobnej „oczywistości” rzecznicy dyscyplinarni nie dopatrzyli się w przypadku ujawnienia antysemickich wypowiedzi sędziego, członka neo-KRS Jarosława Dudzicza na twitterze w 2015 r. ( m.in. „Podły, parszywy naród, nic im się nie należy…”). Nie wpadło im do głowy odsuwać go od orzekania.

Wniosek o zawieszenie sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek rzecznik Radzik sporządził kilka dni po wyroku TSUE w sprawie legalności neo-KRS i Izby Dyscyplinarnej SN, gdy sądy zaczynają odmawiać współpracy z neo-KRS i podważać prawo sędziów mianowanych przez neo-KRS do orzekania. Wniosek o zawieszenie sędzi Barańskiej-Małuszek, jednej z najbardziej znanych działaczek Stowarzyszenia Iustitia, często i krytycznie wypowiadającej się w mediach na temat PiS-owskiej „reformy” sądownictwa, może być próbą zastraszenia środowiska. Takie przedłużające się zawieszenie, oprócz ukarania wydaleniem z zawodu, jest chyba najgorszym, co sędziego może spotkać. A wielu sędziów – jak sędzia Barańska-Małuszek – publicznie krytykuje ministra i sędziowskie nominacje neo-KRS-u.

Sam Przemysław Radzik potrafi się wypowiedzieć w bulwersujący sposób. Dziennikarzom TVN-u, którzy robili program o aferze hejterskiej, której był jednym z medialnych bohaterów, zapowiedział do kamery: „Tego wam nigdy nie zapomnę. Nigdy. Jako człowiek i jako sędzia. Nigdy”.

Słowa, że nie zapomni „jako sędzia”, można potraktować jako groźbę karalną – i tak też były komentowane. Być może dlatego po wyemitowaniu materiału przez TVN sędzia Radzik odwołał swoje słowa, przyznając, że się zagalopował.

Teraz dąży do odsunięcia sędzi od orzekania za krytykę ministra.

„PiS swoje obietnice spełniło i w ten sposób odnowiło polską demokrację” – przekonywał w exposé 19 listopada premier Mateusz Morawiecki. „Dziesięć krajów na całym świecie doświadcza obecnie niebezpiecznego regresu demokracji. Najpoważniejsze przypadki to Polska, Węgry, Rumunia, Serbia i Turcja” – czytamy w raporcie International IDEA z tego samego dnia

„Regres demokracji łączy się z nadużyciem władzy przez rządy, które rozbrajają system konstytucyjnych kontroli. Naruszają praworządność, by uniknąć odpowiedzialności, zawłaszczyć środki publiczne i opleść instytucje siatką protegowanych zauszników” – piszą badacze Międzynarodowego Instytutu na rzecz Demokracji i Pomocy Wyborczej w raporcie o stanie światowej demokracji w 2019 roku.

International Institute for Democracy and Electoral Assistance (w skrócie: International IDEA) to międzyrządowa organizacja utworzona w 1995 roku w Sztokholmie, posiada status obserwatora przy ONZ. Jej celem jest pomoc państwom w koordynacji procesów wyborczych, wzmacnianie udziału społeczeństwa w życiu publicznym oraz działanie na rzecz rozwoju i umacniania demokracji. Jej sekretarzem generalnym od sierpnia 2019 jest Kostarykańczyk Kevin Casas-Zamora.

Instytut co roku publikuje raport o globalnym stanie demokracji. Najnowszą edycję z 19 listopada 2019 zatytułowano „Odpowiedź na bolączki, odnowienie obietnicy”. Autorką studium przypadku Polski jest dr Magdalena Solska, politolożka i wykładowczyni na Uniwersytecie we Fryburgu.

Badacze podkreślają, że choć liczba krajów demokratycznych na całym świecie rośnie, część demokracji, zwłaszcza w Europie, jest dziś słabsza niż kiedyś.

„Bardzo trudno żyć w państwie, w którym nie ma praworządności, podziału władz i w którym nie można ufać sądom” – powiedział podczas prezentacji raportu Josep Borrell, nowy szef dyplomacji UE.

Choć Borell nie wypowiedział tego na głos, mowa między innymi o Polsce pod rządami PiS.

Polska demokracja w gorszej formie

Współczynnikami dobrze funkcjonującej demokracji zdaniem badaczy International IDEA są:

  • demokracja przedstawicielska (sprawiedliwe i powszechne wybory, wolne partie polityczne);
  • partycypacja społeczna (zaangażowanie NGO, partycypacja w wyborach, demokracja lokalna);
  • sprawiedliwa administracja (przewidywalne egzekwowanie prawa, brak korupcji);
  • kontrola rządu (skuteczny parlament, niezależne sądownictwo, uczciwe media);
  • prawa podstawowe (prawa społeczne i równość, swobody obywatelskie, prawo do sądu).

Na ich podstawie Instytut dzieli kraje na trzy rodzaje ustrojów politycznych: demokracje, reżimy hybrydowe i nie-demokracje.

Wszystkie kraje europejskie, poza Białorusią, sklasyfikowano jako demokratyczne, ale w niektórych z nich jakość demokracji słabnie.

„Europa musi mierzyć się z regresem demokracji oraz z tendencjami autorytarnymi, które przejawia część rządów w regionie. To Turcja w Europie Południowej, Węgry, Polska i Rumunia w Europie Środkowo-Wschodniej. W tych krajach obserwujemy spadki w największej liczbie współczynników. Widoczne jest znaczące, stopniowe i zaplanowane osłabianie systemu demokratycznej kontroli rządów oraz ograniczanie swobód obywatelskich” – podkreślają badacze.

„Poważny regres demokracji”

Choć Polska zaliczana jest w poczet krajów demokratycznych, badacze zwrócili uwagę, że w latach 2013-2018 doświadczyła poważnego regresu demokracji. Regres ten, to, jak podkreślają w raporcie

„odgórne i zaplanowane wyjaławianie demokratycznych instytucji za pomocą demokratycznego procesu decyzyjnego”.

„Rządzące partie w krajach takich jak Węgry, Polska i Turcja, zręcznie wykorzystały reguły demokracji, by zawłaszczyć demokratyczne instytucje (w tym parlament, sądownictwo i media) i zmieniać zasady (np. prawo wyborcze, wybór sędziów, przepisy konstytucji) w celu utrzymania bezterminowej kontroli nad tymi instytucjami” – czytamy w opracowaniu.

International IDEA podkreśla, że coraz wyraźniejsze wtrącanie się polityków w sprawy sądownictwa, uciszanie parlamentarnej opozycji, ograniczanie przestrzeni obywatelskiej i swobody mediów spowodowało wyraźny spadek w sześciu elementach składowych polskiej demokracji. Odnotowano:

  • ograniczenie swobód obywatelskich, w tym zwłaszcza swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń;
  • słabszą kontrolę rządu poprzez mniej uczciwe media, mniej niezależne sądy i mniej skuteczny parlament.

Badacze zwrócili też uwagę na kwestię równości płci. O ile wyniki krajów takich jak Chorwacja, Polska, Serbia i Turcja nie pogorszyły się dramatycznie, wyraźna i niepokojąca jest tendencja spadkowa w ostatnich pięciu latach.

„Tendencje autokratyczne”

Zdaniem autorów raportu, część partii politycznych w Europie, a zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej, przejawia tendencje autokratyczne. Jedną z nich jest PiS.

„Partie te oraz tworzone przez nie rządy opierają się na platformach ideologicznych będących kombinacją konserwatyzmu, nacjonalizmu i odrzucenia liberalnej demokracji. Typowe przykłady to Prawo i Sprawiedliwość w Polsce, Fidesz na Węgrzech i WMRO-DPMNE w Macedonii Północnej (u władzy do 2016 roku)” – piszą badacze.

W raporcie zwrócono uwagę na fakt, że te partie i rządy chętnie nazywają przeciwników politycznych „zdrajcami” i retorycznie wykluczają z narodowej wspólnoty. Kładą nacisk na narrację historyczną, ideologie natywistyczne i globalne teorie spiskowe.

„Od zdobycia władzy w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość umacnia władzę wykonawczą i zmienia strukturę prawną i konstytucyjną tak, by poszerzać bastion swoich rządów. Aby usprawiedliwić daleko idące zmiany, PiS podkreśla rolę tradycyjnych wartości i moralność. Skupia się na redystrybucji społecznej i odrodzeniu zaufania do instytucji publicznych” – czytamy w raporcie.

Sądy, media…

Zdaniem badaczy International IDEA w Polsce dostrzegalny jest schemat działania, którego celem jest centralizacja władzy i kontrolowanie opozycji. Polska przypomina w tym inne kraje regionu, które w ostatnich latach otarły się o autorytaryzm.

„PiS przejął kontrolę nad mediami. Zmienił zasady wyboru sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Dał sobie kontrolę nad procesem nominacji sędziowskich. Partia ta obsadziła swoimi zwolennikami kluczowe stanowiska w sądach i poddała je ścisłej kontroli ministra sprawiedliwości” – piszą autorzy opracowania.

Sądy to nie wszystko. W raporcie czytamy także o powołaniu Narodowego Instytutu Wolności, w ramach którego scentralizowano finansowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego. O absurdalnych decyzjach kierownictwa Instytutu, w tym wicepremiera Piotra Glińskiego.

International IDEA przypomina o ustawach antyterrorystycznych z 2016 roku. Polski rząd dał sobie w nich prawo do nadzoru komunikacji internetowej z pominięciem nakazu sądowego. Wydłużono okres tymczasowego aresztowania, a Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego uzyskała szerszy dostęp do danych osobowych.

Na poniższych wykresach przedstawiono, jak w latach 1988-2018 ewoluowały wskaźniki swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń oraz kontroli nad rządem w Polsce, na tle innych krajów, Europy i świata.

Prześladowane NGO

W raporcie International IDEA zwrócono szczególną uwagę na ograniczenia narzucane organizacjom społeczeństwa obywatelskiego.

Ograniczenia te, jak zauważają badacze, często idą w parze z naruszeniami praworządności, redukcją swobód, praw podstawowych i słabszą kontrolą nad egzekutywą. „Są silnie związane z regresem demokracji m.in. w Polsce, Serbii, na Węgrzech i w Turcji” – czytamy w opracowaniu.

To np. więcej biurokracji przy rejestrowaniu nowych inicjatyw czy poszerzenie definicji tego, co uznaje się za działanie polityczne, czyli niedopuszczalne. NGO cierpią z powodu nowych praw zakazujących „obrażania” rządów i liderów politycznych. A także przez ograniczenia w wolności zgromadzeń i dostępie do finansowania.

Z badań wynika, że mniej swobody działania mają zwłaszcza NGO działające na rzecz praw człowieka, w tym praw migrantów i uchodźców, osób LGBT i mniejszości etnicznych. Wzrost znaczenia prawicowych populistów oraz mowa nienawiści, która zatacza coraz szersze kręgi, de facto ograniczyły przestrzeń obywatelską dla przedstawicieli tych mniejszości.

A organizacje, które ich bronią, stały się obiektem ataków także przestawicieli partii politycznych.

Jak podkreślają badacze tendencję tę widać w całej Europie. Także w krajach, w których dotąd władze wspierały społeczeństwo obywatelskie takich jak np. Austria, Holandia i Wielka Brytania.

Nowy ład w Europie?

Z raportu International IDEA wynika, że polskie „reformy” to nie tylko specyfika kraju nad Wisłą, a fenomen ogólnoeuropejski.

W wielu krajach starego kontynentu rośnie popularność „demokracji nieliberalnej”, polaryzacja społeczeństw i rozczarowanie partiami politycznego mainstreamu. Główne powody? Jest ich wiele, ale kluczowy wydaje się lęk przed globalizacją i rozwojem technologicznym, które uwypuklają nierówności oraz bezbronność wobec kaprysów gospodarki. I zagrażają tradycyjnym wartościom.

„Część partii politycznych wykorzystuje te lęki, dając proste odpowiedzi na skomplikowane pytania. […] To klimat polityczny, w którym ochronie mniejszości i głoszonych przez nie poglądów przeciwstawiany jest wyraźny lęk, że to wartości wyznawane przez większość są zagrożone” – napisano w raporcie.

Takie historie znają nie tylko Polska i Węgry, ale także Austria i Włochy, gdzie do władzy doszły partie o profilu skrajnie prawicowym – FPÖ i Liga.

Jednocześnie obywatele i obywatelki okopują się we wrogich obozach, przede wszystkim politycznych. Coraz częściej tracą kontakt także na poziomie społeczno-kulturowym i konsumują inne treści medialne.

Jest jednak nadzieja – także dla Polski. Badacze wskazują na pozytywne przykłady Armenii i Macedonii Północnej, w których widać demokratycznie ożywienie i pierwsze oznaki zatrzymania regresu demokracji.

Demokracja na świecie

Badacze przyjrzeli się stanowi demokracji z perspektywy globalnej. Odnotowali szereg pozytywnych tendencji:

  • liczba krajów demokratycznych rośnie, dziś jest ich 97, czyli 62 proc., w 1975 roku było to zaledwie 26 proc.;
  • w demokracjach żyje ponad połowa ludności na świecie (57 proc., w porównaniu do 36 proc. w 1975);
  • demokracji domagają się społeczeństwa krajów, które nigdy nie doświadczyły rządów w pełni demokratycznych, np. w Armenii, Malezji, Algierii, Egipcie czy Sudanie;
  • pierwsze oznaki demokratycznych reform w krajach niedemokratycznych, np. w Etiopii;
  • aż 81 proc. z 97 światowych demokracji jest stabilna.

Ale raport International IDEA zawiera też listę ostrzeżeń:

  • choć liczba państw demokratycznych rośnie, jakość demokracji słabnie;
  • mamy coraz więcej krajów, w których niedawne demokratyczne przemiany są odwracane; demokracje są kruche zwłaszcza w Afryce;
  • krajów, które doświadczają erozji demokracji, jest dziś dwa razy więcej niż 10 lat temu;
  • erozja widoczna jest w ponad połowie państw w Ameryki Północnej (w tym w Stanach Zjednoczonych), Europy oraz regionu Azji i Pacyfiku oraz w nieco mniej niż połowie krajów Afryki oraz Ameryki Łacińskiej i Karaibów;
  • rośnie też liczba krajów przejawiających regres demokracji, w których władza rozmontowuje mechanizmy kontroli i ogranicza swobody obywatelskie – jest ich dziś 10 (w tym Polska);
  • najpoważniejszym przypadkiem regresu jest Wenezuela, która z kraju demokratycznego przekształciła się w nie-demokrację;
  • przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego kurczy się na całym świecie i we wszystkich rodzajach rządów;
  • rośnie liczba reżimów hybrydowych, wśród których 71 proc. nigdy nie było demokracjami;
  • osiągnięcie parytetu kobiet i mężczyzn w parlamentach przy obecnym tempie potrwa jeszcze kolejnych 46 lat.

Prezes Kaczyński lubi spotkania w mediach mu przychylnych a teraz, im bliżej wyborów prezydenckich, jego aktywność wzrasta. Ostatnio udzielił wywiadu „Gazecie Polskiej”, w którym odniósł się do Stanisława Piotrowicza i reelekcji Andrzeja Dudy.

Kaczyński nie ukrywa, że po zgłoszeniu kandydatur Piotrowicza i Pawłowicz do TK, spodziewał się ostrego ataku na nich, ale nie zamierza wierzyć w te kłamstwa, głoszone przez nieprzychylne PiS-owi media. Nagonka na Piotrowicza to nic innego jak rodzaj zemsty za przeprowadzenie przez niego reformy sądownictwa, a zarzuty związane z pełnieniem funkcji prokuratora w stanie wojennym, są bezzasadne. Fakt, był w „PZPR, ale należał do tej grupy prokuratorów i sędziów, którzy starali się maksymalnie łagodzić represje”.

Kaczyński nie ukrywa, że jest przekonany, iż „Stanisław Piotrowicz jest zły, ponieważ nie jest po „właściwej stronie” i jednocześnie przypomina, że ci, z tej drugiej strony „z honorami żegnali Wojciecha Jaruzelskiego, oni wysłali do Parlamentu Europejskiego całą ekipę PZPR na czele z Leszkiem Millerem, członkiem Biura Politycznego i sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii (…) Ale Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz aktywista partyjny i Danuta Huebner, która miała podobną przeszłość – są dla nich dobrzy”.

W rozmowie padły też ciepłe słowa dotyczące Andrzeja Dudy.  Prezes wspominał początki jego kampanii wyborczej, które nie były zbyt optymistyczne, jego trudną drogę do zwycięstwa i przyznał, że, według niego, „Andrzej Duda ma tak duże szanse na reelekcję, iż niespecjalnie chcę rozważać sytuację, że przegra”.

Trudno się z nim nie zgodzić, gdy obserwuje się stoicki spokój partii opozycyjnych, którym wydaje się, że mają mnóstwo czasu do wyborów i jakoś się zorganizują, zdążą, przekonają Polaków do swojego kandydata, którego wciąż nie ma.

Pedofilia kleru, xero Dudy i symbol PiS, Banaś

4 List

W wieku 13 lat Kasia przeszła przez piekło – przez kilkanaście miesięcy była przetrzymywana, bita i gwałcona przez księdza. Po latach wywalczyła odszkodowanie, jednak zakon złożył skargę kasacyjną do SN. Wyrok zapadnie w grudniu, a w składzie sędziowskim zasiadają sędziowie z nadania neo-KRS. Podpisz petycję – Sędziowie w togach, nie sutannach!

„Domagamy się dla Katarzyny i pozostałych ofiar pedofilii w kościele sprawiedliwych procesów i składów sędziowskich, które zagwarantują bezstronność procesu.

Upolityczniony skład orzekający nie gwarantuje, że Katarzynę spotka sprawiedliwe traktowanie i budzi obawy, że niesprawiedliwym wyrokiem zostanie ukarana za to, że odważyła się mówić o swojej krzywdzie i dochodzić praw na drodze sądowej”,

pisze w petycji do Sądu Najwyższego i Towarzystwa Chrystusowego Agnieszka Ziółkowska, poznańska aktywistka.

Pod petycją podpisało się już ponad 2 tys. osób.

„Inna szkodliwość przestępstwa”

Chodzi o sprawę Katarzyny, którą ksiądz z Towarzystwa Chrystusowego przetrzymywał i gwałcił przez kilkanaście miesięcy, gdy miała 13 lat. Nikt nie reagował, nikt nie zwracał uwagi na księdza z dzieckiem, śpiących w jednym pokoju. Ksiądz został skazany na osiem lat, potem na cztery i pół. Ostatecznie karę skrócono do czterech lat – sędziowie „mieli po prostu inne spojrzenie na szkodliwość przestępstwa”. Jak pokazał reportaż Justyny Kopińskiej, w 2016 r. po odsiedzeniu wyroku ksiądz nadal odprawiał msze i miał kontakt z dziećmi.

Od tamtej pory 25-letnia dziś Katarzyna kilkakrotnie próbowała odebrać sobie życie, kilka razy trafiła do szpitala psychiatrycznego z diagnozą: zespół stresu pourazowego i zespół depresyjny z objawami psychotycznymi. Do końca życia Kasia będzie potrzebowała wsparcia psychologa.

Na swoim blogu na fb napisała, że w wyniku urazów fizycznych i psychicznych prawdopodobnie nie będzie mogła mieć dzieci.

Kto będzie decydował?

Po latach Katarzyna zdecydowała się pozwać do sądu Towarzystwo Chrystusowe. W styczniu 2018 r. sąd uznał winę zakonu i zasądził milionowe odszkodowanie oraz 800 zł dożywotniej miesięcznej renty. Był to absolutny precedens:

sąd uznał winę nie tylko konkretnego księdza, ale także odpowiedzialność cywilną całego zakonu i to zakonowi kazał płacić.

Sędzia Anna Łosik uzasadniała wyrok: „„Gdyby nie uczył religii, gdyby nie był księdzem, to do jego spotkania z pokrzywdzoną w ogóle nie doszłoby. Gdyby nie wykorzystał swojej funkcji księdza do zdobycia zaufania pokrzywdzonej, szkoda nie zostałaby wyrządzona”.

W październiku 2018 r. wyrok utrzymał sąd apelacyjny.

Zakon złożył skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego.

20 grudnia 2019 r. ma odbyć się rozprawa w SN. Sprawozdawcą będzie Joanna Misztal-Konecka, profesor KUL. Drugą sędzią będzie Beata Janiszewska, która w maju 2019 r. wydała korzystny dla jednej z parafii wyrok o zasiedzenie. Trzeci miał być Marcin Krajewski, który jednak poprosił o wyłączenie ze składu sędziowskiego. Jak tłumaczy Ewa Siedlecka w „Polityce”, cały skład to sędziowie nominowani przez neo-KRS, czyli KRS wybraną przez PiS i Kukiz’15. Legalność wyboru neo- KRS jest kwestionowana i będzie przedmiotem wyroku TSUE 19 listopada 2019 r.

Dlatego też w petycji Agnieszka Ziółkowska zwraca uwagę na upolityczniony skład sędziowski, który nie gwarantuje sprawiedliwego procesu, a także na powiązanie sędzi sprawozdawcy z Kościołem. Apeluje także do Towarzystwa Chrystusowego o wzięcie odpowiedzialności za krzywdę wyrządzoną Katarzynie. Petycję można podpisać tutaj.

Na fb powstało także wydarzenie zachęcające do przyjścia 20 grudnia 2019 r. pod Sąd Najwyższy w Warszawie, gdzie odbędzie się posiedzenie sądu.

Gwałt, aborcja, spowiedź święta – dramat ofiary ks. Romana

„Pedofilia w Kościele. Ksiądz gwałcił 13-latkę. Nadal odprawia msze” – tak zatytułowany był reportaż Justyny Kopińskiej w „Dużym Formacie”, magazynie „Gazety Wyborczej”.

Roman B. uczył Katarzynę religii w szóstej klasie podstawówki. Zauważył i wykorzystał jej sytuację rodzinną. Przekonał rodziców, żeby przenieśli ją do szkoły z internatem, a tak naprawdę jemu. Po raz pierwszy zgwałcił Kasię, gdy miała 12 lat.

Kilka fragmentów reportażu Justyny Kopińskiej:

Rodzina: „Tata bił mamę tak, że krew tryskała po ścianach. Mama często leżała na podłodze, zakrwawiona, w podartych ubraniach. Starałam się ich pilnować. Gdy mama chciała się powiesić, śledziłam każdy jej ruch. Czasem rodzice tak się upijali, że zapominali otworzyć mi drzwi. Musiałam spać na zewnątrz.

Pierwszy gwałt: „Któregoś dnia powiedział: »Nawet nie wiesz, jak o tym marzyłem«. »O czym, proszę księdza?« – zapytałam. »Zaraz zobaczysz, moje słoneczko«. Zasunął zasłony, mocno chwycił mnie za ręce. »Nie krzycz, bo wtedy będzie bolało bardziej« – powtarzał. Zaczął zdzierać ze mnie ubranie. To był taki strach, że nie możesz oddychać. Był silny, ważył sto kilogramów.

Krzyczałam, błagałam, by przestał. Gdy skończył, owinęłam się w koc, położyłam przy ścianie i płakałam. »Jadę. Mam mszę wieczorną w Stargardzie« – rzucił.

Kazał mi wziąć jakieś dziwne tabletki. Otworzył usta i sprawdził, czy na pewno je połknęłam. Krew spływała mi po nogach. Weszłam do wanny. Zaczęłam ją spłukiwać, ale było jej więcej i więcej. Miałam rozciętą wargę, na udach siniaki. Zaczęłam powtarzać: »Mamusiu, gdzie jesteś? Pomóż mi«. W tej chwili oddałabym wszystko, aby była przy mnie. Kilka godzin siedziałam w wodzie”.

Leki: „Przychodził, kiedy chciał. Zaczął zmuszać mnie do brania leków. Nie mówił ich nazwy. Ale działały jak psychotropy. Byłam otępiała, senna. Miałam zaburzenia równowagi. Pamiętam, że zaczął powtarzać: »Mama i tata już cię nie chcą. Oni cię nienawidzą. Nie masz w życiu nikogo oprócz mnie«”.

Próba samobójcza: „W Sylwestra przyjechał z wódką. Pozasłaniał okna. Pił i powtarzał, że to będzie mój najlepszy sylwester w życiu. Gwałcił mnie przez całą noc. Wtedy zaczęłam się ciąć”.

Reakcje kleru: „Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad ze wszystkimi księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju.

Nie rozumiem, dlaczego nikt nie reagował.

Ja byłam bardzo drobną dziewczynką, wszyscy widzieli, jaka jest między nami różnica wieku, a księża się nie dziwili, że śpię u niego. Jak chciałam skoczyć z okna z ósmego piętra, to powiedział, że opętał mnie szatan. Zabrał mnie do znajomego egzorcysty w Szczecinie i nawet tam poprosił o wspólny pokój na noc”.

Aborcja: „Któregoś dnia rzucił: »Mała, przytyłaś ostatnio i wymiotujesz«. Zrobił mi test ciążowy. Krzyczał: »Nie chcę mieć bachora«.

Potem zabrał mnie do znajomej ginekolog. Zabili moje dziecko.

Długo później krwawiłam, bardzo mnie bolało. Po kilku miesiącach przestałam chodzić do szkoły, miałam lęki, myśli samobójcze”.

Spowiedź: „Kazał mi jechać ze sobą do Częstochowy. On często tam bywał, bo prowadził grupy pielgrzymkowe. Tam, w kościele, kazał mi iść do konfesjonału. »Chodź, powiesz całą prawdę i zobaczymy, jak Bóg zareaguje« – krzyknął. Opowiedziałam księdzu w konfesjonale wszystko.

A ten ksiądz zwyzywał mnie od kurew.

Powiedział, że nigdy nie dostanę rozgrzeszenia i mam się wynosić z kościoła. Pamiętam, że był taki zbulwersowany, czerwony. Wybiegłam z płaczem. Ksiądz Roman za mną. Uśmiechał się przez całą drogę powrotną”.

Po rządami Prawa i Sprawiedliwości rzeczywistość przerasta kabaret, a Kościół zamiast świadczyć miłosierdzie, odgania się od wiernych wołając na pomoc mundurowych.

Po aferze z dzieckiem, które nie przełknęło komunijnego opłatka i w sprawie interweniowały organa sprawiedliwości mamy nowy „kwiatek”…

Oto w czwartek bezdomna starsza kobieta przed poranną mszą w Katedrze św. Stanisława i św. Wacława w Świdnicy weszła do zakrystii z prośbą o pomoc, „gdyż jest osoba bezdomną i jej zdaniem Kościół powinien się nią zaopiekować” – informuje świdnicka straż miejska.

Seniorka nie dała się wyprosić z progów świątyni więc księża – mając już jeden „dobry przykład” wezwali na pomoc straż miejską.

„Gdyby Jezus zapukał do nich o pomoc to też by pogonili. Oni nic nikomu nie dają. Oni tylko biorą” – komentują zdarzenie internauci.

Bo kościół nie jest od pomagania tylko od zarabiania” – piszą internauci, zwracając uwagę: „Przecież na każdym kroku taki Nycz czy Flaszka – glodz, gadają jak to kościół pomaga ubogim. Tak on pomaga ale okradać państwo i baranów” – czytamy pod artykułem w naTemat.

– „Funkcjonariusz Straży Marszałkowskiej, który groził Katarzynie Lubnauer leczył się od 2017 r. psychiatrycznie. Jak na formacje wyposażoną w broń palną – wydaje mi się to zadziwiające” – napisał na Twitterze dziennikarz TVN 24 Konrad Piasecki. W kolejnym wpisie dodał: – „Prokuratura powołała dwóch biegłych, żeby wydali opinię o stanie zdrowia psychicznego podejrzanego funkcjonariusza”.

Piasecki dołączył zdjęcie dokumentu podpisanego przez prokurator Marylę Potrzyszcz-Doraczyńską z Prokuratury Okręgowej w Warszawie. – W niniejszej sprawie zachodzą uzasadnione wątpliwości co do poczytalności podejrzanego, bowiem jak wynika m.in. z protokołu przesłuchania podejrzanego i uzyskanej dokumentacji medycznej ww. leczy się psychiatrycznie od 2017 roku. W celu stwierdzenia okoliczności mających istotne znaczenie dla rozstrzygnięcia przedmiotowej sprawy, wymagane są wiadomości specjalne, dlatego postanowiono jak na wstępie” – czytamy w dokumencie.

– „Lubnauer ty k**** sz**** dz**** s****, trzeba cię zabić jak tego złodzieja Adamowicza” – tak brzmiał mail wysłany przez tego strażnika do szefowej Nowoczesnej.

Przypomnijmy, że to na mocy zarządzenia Marka Kuchcińskiego z 22 maja 2018 roku „w sprawie norm oraz warunków dostępu do wyposażenia i uzbrojenia przysługującego funkcjonariuszom Straży Marszałkowskiej” dostali oni prawo „do noszenia broni palnej z wprowadzonym nabojem do komory nabojowej”. Innymi słowy – gotowej do oddania strzału.

„To nie tylko zadziwiające, to ogromny skandal obciążający bezpośrednio marszałka sejmu. Wiem, ile trzeba się nagimnastykować będąc osobą poczytalną i niekaraną, aby otrzymać pozwolenie na broń, a tu się okazuje że po Sejmie krąży uzbrojony człowiek mający problemy z psychiką”; – „Za chwilę, żeby nie odpowiadać prawnie okaże się, że połowa „dobrej zmiany” leczyła się psychicznie, a druga ma zaoczne ułaskawienie prezydenta”; – „Standardy wg PIS- kolejny przykład, gdzie są służby, aby takim przypadkom zapobiec?”; – „PiS skrzętnie wykorzystuje fakt, że niepoczytalny nie odpowiada karnie. Oczywiście dotyczy to tych, którzy świadomie lub nie działają w interesie PiS” – komentowali internauci.

Obecny prezes NIK Marian Banaś, kiedy był wiceministrem finansów, otrzymał łącznie 67,4 tys. zł premii. W tym samym czasie jego podwładni zajmowali się wyłudzaniem podatku VAT…

O przyznawaniu nagród decydowała ówczesna premier Beata Szydło. W 2016 roku „pancerny Marian” dostał dwie nagrody – w sumie 16 tys. złotych.  Była to najwyższa premia ze wszystkich członków kierownictwa resortu. Ówczesny minister Paweł Szałamacha dostał wtedy „zaledwie” 8 tys. zł.

W 2017 roku natomiast Banaś otrzymał 51,4 tys. zł nagrody. Po ujawnieniu przez posła PO Krzysztofa Brejzę nienależnego wypłacania tych pieniędzy członkom rządu PiS, w 2018 r. nagrody przestały być wypłacane.

Jak pamiętamy, ministrowie na polecenie Jarosława Kaczyńskiego mieli przekazać nagrody na cele charytatywne. Nie wiadomo, czy Banaś zastosował się do tego. – „Ministerstwo Finansów nie posiada informacji w zakresie sposobu dysponowania własnymi środkami pieniężnymi przez poszczególnych pracowników” – napisał w odpowiedzi na interpelację posła PO Cezarego Tomczyka wiceminister finansów Leszek Skiba.

Wracając do współpracowników obecnego prezesa NIK, to po ujawnieniu kierowania przez nich mafią VAT-owska, zostało im zapewnione tzw. miękkie lądowanie. „Podwładni Banasia, wyłudzający VAT, nie dość, że nie zostali zwolnieni dyscyplinarnie, to dostali odprawy!”.

Pewnie wcale nie miał takiego zamiaru, ale Kosiniak Kamysz, potencjalny kandydat opozycji na stanowisko prezydenta RP strzelił sobie w stopę. Najnowszym wpisem na Twitterze wkurzył nie tylko lewicowy i liberalny elektorat, ale naraził się nawet niektórym konserwatystom.

Św. Rita, a właściwie Margarita, patronka spraw trudnych i beznadziejnych. Obrończyni opuszczonych, wierna orędowniczka wszystkich w potrzebie. Przykład łagodności i pokory, wzór cierpliwości i oddania Bogu. Jak jest źle, można na nią liczyć” – napisał szef PSL, nie po raz pierwszy demonstrując swą głęboką religijność.

„Słabo się robi. Kobieta z gwoździem w czole ma naprawdę być reklamą pańskiej kampanii prezydenckiej? Dziękuję za takiego prezydenta”; „Pan tak na poważnie?”; „Mam nadzieję, że jednak nie będzie pan kandydatem na prezydenta. Jeden klęczący już wystarczy, aż nadto” – komentują wpis lidera PSL.

Jeden z użytkowników Twittera ocenił, że Kosiniak-Kamysz „na dewocji drugiej tury nie ugra”. „Puknij się człowieku w czoło. Polityk i takie zabobony, bajki. Jesteś osobą publiczną, a idiotę z siebie robisz” – dodał następny. Wypomniano mu też przy okazji, że na początku maja nie wyszedł z sali, gdy Leszek Jażdżewski atakował Kościół.

Najgorsze dla potencjalnego pretendenta do fotela głowy państwa jest to, że jego religijny wpis jest zupełnie „niestrawny” nawet dla wyznawców konserwatywnych wartości i oni też nie szczędzą Kosiniakowi Kamyszowi kąśliwych uwag:

„Proszę nie podlizywać się do osób wierzących. Pamiętamy komu Pan klaskał. Hańba”; „A gdzie tęczowe kalosze? Już niemodne? Szykujemy narrację na wybory?”; „Jażdżewski, któremu Pan klaskał gdy napluł na Kościół, polubił posta z Pana cudownym nawróceniem?” – szydzą zwolennicy prawicy.

Wyborcom zdaje się nie przeszkadzać, że Andrzej Duda jest pierwszą w historii Polski głową państwa, który wprost zadeklarował, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków.

Andrzej Duda ma mnóstwo wolnego czasu, a do tego pieniądze z budżetu, państwowe środki techniczne, dyspozycyjne media publiczne – i tych zawłaszczonych zasobów nie waha się użyć w kampanii wyborczej, którą na dobrą sprawę rozpoczął już w chwili objęcia urzędu.  Ostatnio przemierza kraj w tempie Forresta Gumpa oferując spektakl, który nazwać można politycznym dniem świstaka. Podobne miejscowości, podobni widzowie o podobnych poglądach, te same teksty, gesty, miny i prymitywne dowcipy na kapralskim poziomie, identyczne obelgi rzucane na opozycję i obietnice manny z nieba, jeśli w najbliższych wyborach zgodzą się, by pan Duda mógł nadal pilnować żyrandola w pałacu prezydenckim.

Wyborcom zdaje się nie przeszkadzać, że Andrzej Duda jest pierwszą w historii Polski głową państwa, który wprost zadeklarował, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków. Nie było to zresztą wielkim zaskoczeniem, bo wcześniej wielokrotnie dowiódł, że jest bezwolnym notariuszem prezesa i czasem tylko udaje, że ma własne zdanie.  Wyborcom nie przeszkadzają żałosne wpadki prezydenta próbującego brylować na krajowych salonach. Nie wadzą im też kompromitacje i błazeństwa dowodzące zagubienia w świecie wielkiej polityki. Poczesne miejsce zajmowane w rankingu zaufania wskazuje, że większość wyborców wybacza doktorowi prawa zaangażowanie w bezprawie i jego ochoczy udział w demolowaniu demokratycznego państwa prawa. Nie jest to jednak zaufanie bezgraniczne. Ostatnie badania opinii dowodzą, że Polacy gotowi są tolerować łgarstwa pana prezydenta o jego wielkim przywiązaniu do praworządności i reguł demokracji, natomiast nie darują nikomu wypowiedzi i działań zagrażających ich życiu i zdrowiu. Pod warunkiem, że się o tym dowiedzą…

Dramatyczny stan służby zdrowia coraz częściej rodzi pytanie, co zrobili rządzący przez cztery lata, by kolejki do lekarzy nie rosły? Dlaczego reforma tego sektora nie przyniosła poprawy sytuacji, a przeciwnie, na SOR-ach umierają ludzie? Dlaczego władza nie dokłada pieniędzy do zdrowia, a trwoni miliardy dotując niewydarzone reklamy, kłamliwą telewizję, wątpliwe inwestycje pana Rydzyka i niebotyczne apanaże coraz liczniejszej kasty nominatów PiS, którym pieniądze „się należą”? I wreszcie: dlaczego dla prezydenta Dudy historyczne postacie rozmaitych niezłomnych ważniejsze były dotąd od chorujących i przedwcześnie umierających współczesnych Polaków? Czemu nie tupnął nogą, nie przyłożył pięścią w odpowiednie biurko, ani nie zająknął się nawet o tych zagrożeniach, dopóki opozycja nie wzięła tematu służby zdrowia na wyborcze sztandary?

Światowa Organizacja Zdrowia poinformowała o wynikach badania skutków zanieczyszczenia powietrza w poszczególnych krajach. Polska należy tu do europejskich outsiderów, w ubiegłym roku wskutek zatrutej atmosfery zmarło przedwcześnie 46 tys. rodaków.  Co na to prezydent Duda? Jasno sformułował swoją opinię na spotkaniu sumującym kampanię Ministerstwa Środowiska: „Ja nie wiem, na ile w rzeczywistości człowiek przyczynia się do zmian klimatycznych. Głosy naukowców są bardzo różne”… Trzeba wyjątkowego cymbała, by zanegować wyniki tysięcy potwierdzonych badań wpływu człowieka na zatruwanie środowiska. Prezydent Duda wyjątkowym cymbałem nie jest (choć ta teza może się komuś wydać nęcąca), a zatem dlaczego mówi głupstwa? To proste. Wszystkie liczące się projekty zahamowania degradacji atmosfery ziemskiej mówią o konieczności natychmiastowej rezygnacji z energetyki opartej na spalaniu węgla. A dla środowiska politycznego Andrzeja Dudy jest to niewyobrażalne i wcale nie dlatego, ze ekonomicznie niemożliwe w realizacji. Polski węgiel należy do kolekcji amuletów chroniących rządy zakonserwowanych dinozaurów, którzy źle się czują w nowoczesnym państwie. A poza tym – jeśli rządzący tak naprawdę czegoś się boją, to wizyty rozwścieczonych górników pod Sejmem i Belwederem. Dlatego prezydent Duda ogłosił w małopolskich Brzeszczach, co następuje: „Proszę się nie martwić: dopóki ja pełnię w Polsce urząd prezydenta, nie pozwolę na to, aby ktokolwiek zamordował polskie górnictwo”.

Raport WHO informuje również o milionach ofiar globalnego ocieplenia, nie tylko wskutek przegrzania i odwodnienia. Rośnie liczba zabitych podczas kataklizmów i powodzi . Zmiany klimatu są przyczyną 20% zawałów serca. Zastraszająco rośnie statystyka chorób zakaźnych, w tym boreliozy i zbliżających się do granic Polski malarii, żółtej febry oraz groźnego wirusa zikaW Polsce doświadczamy zjawisk do niedawna nieznanych: huraganów, trąb powietrznych, nagłych skoków temperatury, wysychania rzek i pustynnienia terenów rolnych, gwałtownych załamań pogody. Wielkie wrażenie wywarła publikowana ostatnio symulacja skutków podniesienia poziomu wód: na mapie Polski zabraknie Żuław i sporej części Niziny Szczecińskiej. Nie wiadomo kiedy, ale wiadomo, że na pewno. A co na to wszystko pan prezydent Duda?  „Wiemy doskonale o tym, że mamy do czynienia też ze skrajnościami, ale patrząc obiektywnie, historycznie, według takiej wiedzy, która jest pewna: zmiany klimatu były w historii świata”…  Cóż, to prawda, że do zmian klimatu dochodziło także przed pojawieniem się człowieka na ziemi, ale odbywały się one na przestrzeni tysiącleci, całych epok. Obserwując obecne tempo zmian nikt o zdrowych zmysłach nie może zanegować intensywnego wpływu ludzkości na zaburzenia klimatyczne.

Andrzej Duda nie jest odosobniony w swoich wątpliwościach.  Korwin Mikke spytany czy nie obawia się skutków globalnego ocieplenia zadrwił: – „To dobrze, bo ja lubię ciepło”. Czołowy publicysta „dobrej zmiany” Stanisław Michalkiewicz wyjaśnił natomiast, ze cała ta panika jest świadomym i celowym działaniem, spiskiem bliżej niesprecyzowanego lobby, które opłaca propagandowe pseudobadania. Nie wiadomo komu i w jaki sposób ma się to opłacać, wiadomo natomiast, że zmiany klimatyczne wiążą się z ogromnymi kosztami. Obliczono, że jeśli nie kiwniemy palcem, to do końca dekady zmiany klimatu będą nas kosztowały 86 miliardów. Nie wierzy w tę prognozę prezydent Duda, który na konferencji klimatycznej woli biadać nad stosunkowo niewielkimi wydatkami na pudrowanie skutków globalnego ocieplenia w Polsce: „ Jak sobie pomyślę ile płacimy na to globalne ocieplenie, to mnie szlag trafia…”.

Prezydent woli o tym nie myśleć, ale przypominają mu o klimacie rozmaici „zieloni” pytając, co zrobił dla bezpieczeństwa Polaków i zapewnienia nam zdrowych warunków życia, za co jest przecież współodpowiedzialny, mając do dyspozycji inicjatywę ustawodawczą? Bo tymczasem wjeżdżają do Polski tysiące rzęchów trujących spalinami, zdyskwalifikowanych już na Zachodzie, a bez przeszkód rejestrowanych u nas. Nie ma komu podnieść prawie najniższych mandatów w Europie, choć w Polsce zdarza się prawie najwięcej śmiertelnych wypadków drogowych.  Średnio co drugi dzień pali się jakieś wysypisko trujących odpadów sprowadzanych przez firmy, które dostały zezwolenie bez sprawdzenia , czy są w stanie bezpiecznie cokolwiek zutylizować.  Wspieranie równie kosztownych, co chybionych, inwestycji geotermalnych w Toruniu jest dla władzy ważniejsze niż dopłata do wymiany setek tysięcy kopciuchów wysyłających w atmosferę całą tablicę Mendelejewa.

Prezydent ma ważniejsze sprawy na głowie niż wątpliwe zmiany klimatu i zagrożenia zdrowia wymyślane przez farmaceutyczne lobby. Widziałbym w tej sprawie wpływ prezydenckiej małżonki, byłej nauczycielki, która być może wyjaśniła Andrzejowi Dudzie, że nie powinien się przejmować: zagrożeń klimatycznych nie ma, bo gdyby były, to uczyłyby się o nich dzieci w szkołach, ale się nie uczą, ponieważ temat „globalne ocieplenie” wycofano właśnie z podstawy programowej.

Pisowski senator Bierecki chce, aby PiS stało się jak NSDAP

11 Kwi

Polityka dzielenia społeczeństwa i nastawiania jednych przeciwko drugim nie jest w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości żadną nowością. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że do postawienia silnego akcentu w tej kwestii dojdzie akurat w czasie kampanii wyborczej, w której to zwykle partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje grać o wyborców centrum, a sam lider partii nakłada maskę “miłego wujka”, który łączy, a nie dzieli.

Tym razem w roli głównej wystąpił jednak nie naczelnik z Żoliborza, tylko szara eminencja Prawa i Sprawiedliwości, twórca SKOK-ów i senator PiS Grzegorz Bierecki, który wziął udział w obchodach 9. rocznicy katastrofy w Smoleńsku w Białej Podlaskiej.

– Nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej – powiedział.

Słowa niewątpliwie skandaliczne, jednak wpisujące się w retorykę nienawiści do przeciwników politycznych, uznające osoby nie popierające partii rządzącej, jako gorsze i pozbawione pewnych praw, które przysługują wyłącznie “prawdziwym Polakom” na modłę Prawa i Sprawiedliwości. 

Warto zauważyć, że w tym samym czasie, gdy Bierecki wypowiadał swoje oburzające słowa, w Warszawie prezes Jarosław Kaczyński znów próbował przekonywać, że celem jego partii jest budowanie zwartego narodu.

– Pamiętajcie o tej tragedii. Pamiętajcie o tych, którzy zginęli, bo choć różniło ich wiele, to w tym momencie byli zjednoczeni w tym jednym celu, tak ważnym dla naszego narodu. Ale pamiętajcie także o tym, że musimy jeszcze bardzo wiele uczynić, by nasze społeczeństwo, nasz naród był zwarty, miał poczucie siły, miał poczucie znaczenia, miał poczucie wewnętrznej sprawiedliwości – powiedział Kaczyński.

Sprawa słów senatora PiS wywołała falę komentarzy na portalach społecznościowych, gdzie nie przebierano w słowach by opisać ogromne oburzenie.

Tego jeszcze nie wiadomo, na razie prezydent nadał bieg wnioskowi o ułaskawienie biznesmena – podaje RMF FM.

Procedury są takie: Prezydent przekazuje prośbę o ułaskawienie, która do niego wpłynęła, do Prokuratury Krajowej, następnie dokumenty trafiają do sądu, który w tej sprawie orzekał, a sąd wydaje opinię w sprawie wniosku. Jeśli okaże się pozytywna, zostanie przekazana prezydentowi. Jeśli negatywna, sprawie nie będzie nadany dalszy bieg.

Minister w Kancelarii Prezydenta Błażej Spychalski twierdzi, że jest to standardowa procedura i wszczęcie jej nie oznacza, że prezydent zamierza ułaskawić Marka Falentę.

Jak podaje w ogólnym informatorze Kancelaria Prezydenta RP: „Nadanie prośbie skazanego biegu (…) nie przesądza jednak o decyzji Prezydenta RP dotyczącej ułaskawienia. Prezydent – po analizie wszystkich przedstawionych dokumentów – podejmuje merytoryczną decyzję w sprawie ułaskawienia, pozytywną bądź negatywną”.

Marek Falenta w styczniu 2017 roku został prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia, za zlecenie nagrywania rozmów polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach. Obecnie przebywa w Walencji w Hiszpanii, gdzie został zatrzymany.  Na początku lutego nie stawił się w zakładzie karnym i był poszukiwany przez policję od prawie dwóch miesięcy.

Polskie władze zwrócą się o przekazanie biznesmena do Polski, aby tu odbył karę pozbawienia wolności.

Nauczyciele ze szkoły, w której uczyła Pierwsza Dama, piszą gorzki list otwarty. II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie jest jedną ze szkół, która bierze udział w strajku. Nauczyciele piszą w mocnych słowach o wstydzie za postawę Pierwszej Damy. – W obecnej sytuacji nazwa „Szkoła Prezydencka”, która wyróżniała nas spośród innych placówek, przestała już być powodem do chluby – piszą nauczyciele.

Nauczyciele z II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie w liście otwartym do Agaty Kornhauser-Dudy zarzucają jej, że jako Pierwsza Dama nie okazuje solidarności ze strajkującymi. Nauczyciele z krakowskiego liceum piszą o rozczarowaniu i żalu do dawnej koleżanki. Przekonują także, że ich list nie jest inspirowany przez żadne środowiska zewnętrzne.

List na swoich stronach opublikowało Radio Kraków.

„List otwarty do Koleżanki, Pierwszej Damy, Pani Agaty Kornhauser-Dudy.

Zwracamy się do Ciebie, pragnąc wyrazić nasz żal, rozczarowanie i narastający gniew. Decyzja o rozpoczęciu strajku w dniu 8 kwietnia 2019 r. w II Liceum Ogólnokształcącym im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie nie była dla nas łatwa.

Przez długi czas mogłaś liczyć na nasze wsparcie. Cieszyliśmy się Twoim sukcesem, a nawet byliśmy dumni, że mogliśmy z Tobą pracować. Tym większe jest nasze rozgoryczenie Twoim brakiem solidaryzmu ze środowiskiem nauczycielskim, z którego się wywodzisz i do którego tak często deklarujesz swoje przywiązanie. W obliczu obecnego kryzysu, związanego nie tylko ze strajkiem nauczycieli, lecz także z całkowitym załamaniem systemu szkolnictwa, a w konsekwencji podzieleniem i skłóceniem nauczycieli, rodziców oraz uczniów, nie możemy już dłużej milczeć.

Czujemy wstyd i upokorzenie, będąc zmuszonymi do tłumaczenia się, w jaki sposób traktujesz całe środowisko nauczycielskie, a między innymi nas, swoje koleżanki i kolegów, wyrażając milczeniem aprobatę dla destrukcyjnych działań i przekłamań rządu, w obliczu największego powojennego kryzysu edukacji. Jesteśmy zbulwersowani sposobem, w jaki degradowany jest cały system szkolnictwa, tak ciężko wypracowany przez ostatnie dekady. Czy naprawdę nie czujesz potrzeby zabrania głosu w naszej obronie i przeciwstawienia się medialnej fali nienawiści uderzającej w godność zawodu nauczyciela?

Jako wieloletnia nauczycielka doskonale znasz realia szkolne, wiesz ile czasu i pracy należy poświęcić, aby być dobrym nauczycielem i sprostać oczekiwaniom uczniów i rodziców. Pamiętamy doskonale, że mając w sercu dobro szkoły umiałaś zajmować stanowisko w rozwiązywaniu problemów i bronić go rzeczowymi argumentami.

Szanowna Pierwsza Damo, nauczyciele V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowie w sposób precyzyjny wypunktowali najważniejsze kwestie oświatowe, pod którymi i my się podpisujemy. Chcemy wierzyć, że nasz list i zawarte w nim emocje skłonią Panią do przemyśleń i podjęcia stosownych działań. W obecnej sytuacji nazwa „Szkoła Prezydencka”, która wyróżniała nas spośród innych placówek, przestała już być powodem do chluby.

Chcielibyśmy też podkreślić, że nasz list nie jest inspirowany przez nikogo z zewnątrz.

„Semper fidelis” (Zawsze wierny)

Strajkujący Nauczyciele
II Liceum Ogólnokształcącego
im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie

Symboliczne kary i parasol ochronny nad prawdziwymi bohaterami seksafery, która dziś wstrząsa polską polityką.

Sprawa rzekomych sekstaśm z agencji towarzyskich na Podkarpaciu, na których nagrani mają być m.in. ważni politycy, to pokłosie tajnego śledztwa, w którym dzieją się zaskakujące rzeczy. Główny podejrzany – policjant CBŚP – został otoczony wyjątkową „opieką” i jakby nigdy nic jest dziś nadal detektywem. Z kolei Ukraińcy mający trudnić się sutenerstwem zostali skazani na zaledwie rok więzienia – ustaliła „Rzeczpospolita”. To wszystko zdumiewa – dlatego konieczne jest pełne wyjaśnienie wszystkich faktów w tej sprawie.

Skala ma być szokująca – według nieoficjalnych informacji jest 4 tys. nagrań, na których utrwalono wizyty w agencjach towarzyskich m.in. polityków, wiceministra obrony, arcybiskupa i szefa jednej z komend policji. Taśmy miały trafić na Ukrainę, a do jednej z nich dotarł były agent CBA Wojciech J. (co ujawniło Radio Zet). Teraz między nim a szefostwem CBA trwa otwarta wojna, w której obie strony przerzucają się argumentami.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że sprawy taśm – jeśli nośniki istnieją – mogą zagrażać bezpieczeństwu państwa, ale nikt tego nie bada. A prawdziwi „bohaterowie” seksafery – jak ustaliła „Rzeczpospolita” – wychodzą z niej obronną ręką.

Cofnijmy się do lutego 2016 r., kiedy to funkcjonariusze ABW urządzili spektakularny nalot na agencje towarzyskie prowadzone przez dwóch braci Ukraińców – Aleksieja i Jewgienija R. Zatrzymali także dwóch naczelników Centralnego Biura Śledczego Policji, w tym Daniela Ś. – szefa wydziału gospodarczego.

Prowadząca wtedy śledztwo Prokuratura Okręgowa w Krakowie ujawniła, że Daniel Ś. miał przyjmować korzyści majątkowe, pomagał lub obiecywał pomoc w czerpaniu korzyści z nierządu – mówiąc wprost, miał ochraniać biznes Ukraińców.

Śledztwo szybko jednak przejął małopolski wydział ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej. Dziś nie odpowiada nam na żadne z pytań – milczy o tym, czy Daniel Ś. ma utrzymane zarzuty i czy badana jest kwestia nagrań.

A to ważne, bo właśnie z agencji braci R. miały pochodzić sekstaśmy z VIP-ami, m.in. z Podkarpacia, którzy byli klientami domów publicznych (m.in. agencji Olimp z Budziwoja i Imperium ze Świlczy).

Według wersji Wojciecha J. służby wiedzą o taśmach i, co więcej, to jemu szef CBA miał polecić zweryfikowanie krążących na ich temat informacji.

Wojciech J. twierdzi dziś, że widział jedno z 4 tys. nagrań powstałych w latach 2013–2015. Taśmę przekazał mu OZI (informator). Potwierdza to mec. Beata Bosak-Kruczek, pełnomocniczka J. – Mój klient widział nagranie. Był to oryginał. Kopia zapewne jest zabezpieczona, ale dla dobra śledztwa nie możemy udzielić żadnych informacji – twierdzi mec. Bosak-Kruczek. Dodaje, że dziewczyna miała ok. 14–15 lat. „O tym, że jest nieletnia, powiedział OZI , tj. on zwrócił uwagę na jej wiek, odtwarzając mojemu klientowi nagranie. On także poinformował, że to nagranie dotyczy posła PiS” – odpowiada nam mec. Bosak-Kruczek. Podaje również jego inicjały. J. twierdzi, że nagranie skradziono mu z sejfu w CBA.

CBA zaprzecza wersji byłego agenta. „31 sierpnia 2017 r. w obecności Wojciecha J. została otwarta szafa pancerna, w której nie było opisywanej przez byłego funkcjonariusza koperty z nagraniami” – twierdzi Temistokles Brodowski, rzecznik CBA. Podkreśla, że agent „nie informował przełożonych o tym, że wszedł w posiadanie takich informacji, jak i nośników. Nie sporządził także żadnych dokumentów na tę okoliczność. CBA zweryfikowało informacje kolportowane przez J., które okazały się kłamstwem” – stwierdza CBA.

Dziś trudno ocenić, kto ma rację. Co jest pewne?

Według naszych informacji w prokuratorskim śledztwie potwierdzono, iż bywalcami agencji towarzyskich braci R. były VIP-y z różnych kręgów – m.in. polityki i biznesu, nie tylko lokalni. Z naszych dziennikarskich ustaleń wynika, że małopolska prokuratura nie posiada jednak żadnych nagrań z agencji. Czy o nich wie i czy próbuje je odnaleźć? To całkiem prawdopodobne, że biznes kręcił się latami właśnie dzięki nagraniom, które mogły służyć do szantażu.

Prokurator prowadzący śledztwo nie zgadza się na przekazanie żadnej odpowiedzi – słyszymy w Prokuraturze Krajowej. Nam udaje się ustalić zaskakujące fakty.

Daniel Ś., były oficer CBŚP, który dostał zarzuty zagrożone karą dziesięciu lat więzienia, szybko wyszedł z aresztu. Jest obecnie prywatnym detektywem w agencji licencjonowanej przez MSWiA. Nie chce rozmawiać o sekstaśmach i swoich kłopotach z prawem. – Proszę kierować pytania do prokuratury. Śledztwo jest tajne, nie mogę ujawniać żadnych informacji – mówi nam Ś.

Według Wojciecha J. to właśnie Daniel miał stać za całym procederem nagrywania VIP-ów w przybytku braci R.

Obronną ręką ze sprawy, do której na wstępie zaangażowano nawet ABW, wychodzą inni „bohaterowie” – czyli bracia R. Jak ustaliliśmy, ich wątek wyłączono ze śledztwa i już zostali skazani. Wyrok jest prawomocny – zapadł 8 maja 2018 r. Wobec JewgienijaR. prokuratura wnioskowała o dobrowolne poddanie się karze (w przypadku Aleksieja wniosek złożył jego obrońca), a sąd się do tego przychylił. Mimo że za te przestępstwa grozi od minimum trzech (nie może być niższa) do dziesięciu lat pozbawienia wolności.

R. zostali skazani za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą czerpiącą zyski z handlu ludźmi (sutenerstwa i stręczycielstwa, zmuszanie do nierządu), a także za przekupstwo funkcjonariusza publicznego (były to m.in. darmowe usługi hotelowe). Tymczasem Aleksiej został skazany na 1,5 roku więzienia, jego brat – za udział w grupie przestępczej – na rok. Do tego m.in. grzywny (40 tys. zł i 50 tys. zł) oraz wypłaty nawiązek dla prostytutek zmuszanych do nierządu. Skąd tak niskie kary?

– Uzasadnienie wyroku ma klauzulę ściśle tajne – mówi sędzia Tomasz Kozioł, rzecznik ds. karnych Sądu Okręgowego w Tarnowie. Potwierdza, że wobec Aleksieja R. wykorzystano art. 60 par. 3 kodeksu karnego, a więc instytucję tzw. małego świadka koronnego. To przepis, który pozwala wymierzyć łagodniejszą karę temu, kto ujawni „informacje dotyczące osób uczestniczących w popełnieniu przestępstwa oraz istotne okoliczności”.

Jaką wiedzą podzielił się ze śledczymi Aleksiej R.? – Sprawa jest tajna, nie mogę wyjaśnić tych okoliczności. Powiem tylko, że w swojej wieloletniej karierze jako sędzia karny nie spotkałem się z taką sprawą jak ta. Zawiera ona wyjątkowe materiały – mówi nam sędzia Kozioł, który skazywał braci R.

Bracia R. nie trafili do więzienia – zaliczono im areszt na poczet kary, a Aleksiej wystąpił o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Nadal prowadzą biznes w Polsce (czynią to od lat 90., dotąd dorobili się hoteli). Dlaczego nie zostali wydaleni? Bo, jak ustaliła „Rzeczpospolita”, mają polskie obywatelstwo.

Pytań jest więcej. Np. dlaczego wszystko w tej sprawie – łącznie z wyrokiem – jest ściśle tajne. Tego nikt – prokuratura ani sąd – nie wyjaśnia.

Wojciech J., który wyciągnął na światło publiczne sprawę taśm, będzie musiał udowodnić, że nagrania istnieją. – Musiałby być samobójcą, żeby odpalać takie petardy, a nie mieć kopii nagrania – zaznacza nasze źródło.

PiS nie rozwiązuje problemów. PiS je zwalcza. W tej chwili zwalcza strajk nauczycieli. Kontynuuje zwalczanie niezawisłości sędziów i niezależności systemu wymiaru sprawiedliwości. Udało mu się zwalczyć Trybunał Konstytucyjny, zwalcza Komisję Europejską.

Ale to, jak zwalcza strajk nauczycieli, może być gwoździem do jego wyborczej trumny. Popełnił wszelkie możliwe błędy, poczynając od tzw. wizerunkowych, jak porady, by nauczyciele się mnożyli, to dostaną 500 zł na każde dziecko, czy ogłoszenie programu „tucznik plus” (dość niefortunne, zważywszy na to, jak już utuczył się u władzy). Czyni sobie wrogów z kolejnych grup społecznych: nauczycieli, rodziców i uczniów, czyli przyszłych wyborców – uczniowie zorganizowali we wtorek protest przed MEN, popierając postulaty nauczycieli. Rośnie lista grup zaliczanych przez PiS do „obywateli gorszego sortu”.

Nauczyciele to akurat grupa zawodowa, o którą PiS powinien dbać szczególnie, bo na szkole, realizującej narodowo-katolicki program kształcenia i wychowania, oparł ideę mentalnej przebudowy społeczeństwa. Tymczasem zamiast ich dopieszczać – potraktował gorzej niż wspomniane tuczniki, na które obiecał (co prawda nie swoje, ale zawsze) pieniądze. Teraz wygląda na to, że powtórzy się scenariusz wobec sędziów: miał ich skłonić do posłuszeństwa, mamiąc awansami, strasząc postępowaniami dyscyplinarnymi i napuszczając na nich opinię publiczną, a sprowokował ruch oporu: sędziowski i społeczny. Miał podzielić, a scementował.

Argument „brak pieniędzy” przypomina ten z protestu osób niepełnosprawnych i ich rodziców w Sejmie rok temu. Całkowicie niewiarygodny, skoro jednocześnie PiS rozdaje „prezenty Kaczyńskiego” innym grupom, na których wyborczym poparciu więcej zyska. Podobna jest też metoda rozwiązania sporu: rok temu było to zawarte pokątnie „porozumienie” z własnym organem opiniodawczo-doradczym działającym przy pełnomocniku rządu ds. osób niepełnosprawnych. Tym razem jest to porozumienie z własnym politykiem (Ryszardem Proksą) działającym w imieniu posłusznej PiS centrali związkowej.

Historia zatoczyła koło: „Solidarność” powstała w PRL jako odpowiedź na marionetkową CRZZ (Centralna Rada Związków Zawodowych), realizującą interesy PZPR. Teraz to „Solidarność” stała się CRZZ III RP.

PiS może się więc okazać grabarzem „Solidarności”. Rozbił solidarność: tę przez małe, ale też tę przez duże „S”. Posłużył się związkiem „Solidarność” jako łamistrajkiem, obnażając publicznie wasalną rolę, jaką „S” pod przewodnictwem Piotra Dudy pełni wobec rządzącej partii.

Jaki interes mają teraz w trwaniu w tym związku szeregowi członkowie? Liczyli, że „S” – dzięki bliskim relacjom z władzą polityczną – będzie skuteczniej niż inne związki realizować pracownicze postulaty. Tymczasem kierownictwo centrali „S” ponad głowami przedstawicieli strajkujących nauczycieli podpisało kwit przywieziony w teczce przez rząd. Do tej pory najliczniejszy związek zawodowy w Polsce został zredukowany do grupy związkowych bossów dysponujących majątkiem i prawami do logo „Solidarności”. Logo, które po autokompromitacji związku nie będzie już wiele warte.

Trudno się dziwić, że nauczyciele składają rezygnację z członkostwa w „Solidarności” (w Widuchowej rozwiązano nauczycielską „S”, bo po poniedziałkowym „porozumieniu” wystąpili z niej wszyscy nauczyciele).

PiS – jak PZPR w PRL – wasalizując partnerów społecznych, unieważnia mechanizmy dialogu społecznego i hoduje sobie ruch społecznego oporu. Uczynił kpinę z idei dialogu społecznego. Reklamuje się jako partia, która „słucha ludzi”, w odróżnieniu od opozycji, która słucha ponoć bliżej nieokreślonych „elit”. Tymczasem szef kancelarii premiera Michał Dworczyk przyznał w TVN24, że możliwości „dosypywania” pieniędzy do systemu oświaty się wyczerpały. Tym samym przyznał, że rozmowy na forum Rady Dialogu Społecznego – ustawowego ciała powołanego do dialogu władzy z interesariuszami społecznymi w celu „realizacji zasady partycypacji i solidarności społecznej w zakresie stosunków zatrudnienia” – były teatrem i polityczną hucpą.

PiS liczy zapewne, że przedłużający się strajk nauczycieli spowoduje zniecierpliwienie społeczne: rodzice będą mieli dość, że muszą organizować opiekę nad dziećmi. Do tego nieprzeprowadzone egzaminy, niezrealizowany program nauczania. Więc uda się jednak napuścić opinię publiczną na nauczycieli.

Zniecierpliwienie może nastąpić. Ale pojawiło się nowe zjawisko: samorząd lokalny zaczyna brać odpowiedzialność za „zagospodarowanie” uczniów. Organizuje zajęcia kulturalne i edukacyjne. To może być np. świetna okazja do edukacji obywatelskiej. I to niekoniecznie zmierzającej do sformatowania uczniów według planu PiS. Zajęcia dzieją się poza szkołami, więc nie trzeba na nie zgody politycznie podporządkowanych PiS kuratorów oświaty. Na przykład prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak prowadził zajęcia z religii w Teatrze Polskim. Razem z poznańskim imamem Youssefem Chadidem. Będą zajęcia z języka migowego, czytanie książek o Harrym Potterze i „Ślimaku Samie” – wyklętym, bo jest jednocześnie chłopcem i dziewczynką, więc ucieleśnia „gender”.

Fundacja Szkoła z Klasą przewrotnie proponuje scenariusze zajęć edukacyjnych o roli strajków w najnowszej historii Polski. Bo warto pamiętać, że strajk jest przewidzianą prawem formą rozwiązywania sporów zbiorowych pomiędzy pracownikami a pracodawcami. Dla nauczycieli pracodawcą jest państwo. A prawo nie odbiera im tej formy walki o swoje prawa.

PiS jest na najlepszej drodze do zmobilizowania przeciwko sobie kolejnych grup i struktur społecznych. Ma wmontowany gen autodestrukcji.

Walka w PiS. Ziobro z Morawieckim walczą o stołek prezesa. Opozycja musi myśleć, jaka Polska po PiS

10 Gru

Prokuratura Regionalna we Wrocławiu postawiła zarzuty Markowi P., byłemu współpracownikowi Kornela Morawieckiego. Chodzi o defraudację 96 tys. zł, które szef fundacji „SOS dla życia” ks. Tomasz Jegierski pożyczył „Solidarności Walczącej”, której liderem jest ojciec premiera – informuje onet.pl. Pieniądze nigdy nie wróciły do fundacji.

O sprawie zrobiło się głośno w marcu tego roku, o czym w artykule „Panie premierze Morawiecki, stawiam publiczne pytania, czy pan jest skorumpowany?”.

„Tak, poinformowano mnie, że Marek P. ma status podejrzanego. Wybieram się do Wrocławia na konfrontację” – powiedział w rozmowie z onet.pl ksiądz Jegierski. W oświadczeniu, które na Twitterze udostępnił reporter Radia Zet Mariusz Gierszewski, szef fundacji „SOS dla życia” napisał: – „Od agenta CBA wiem, że zabezpieczono już majątek Marka P. (…) Z CBA była zrobiona wizja lokalna i ustalono, gdzie Marek P. z Kornelem Morawieckim rozwieźli tę gotówkę, którą otrzymali ode mnie w mojej obecności. Wierzę, że wkrótce premier Morawiecki i Kornel Morawiecki usłyszą zarzuty i sprawiedliwości stanie się zadość” – czytamy w oświadczeniu ks. Jegierskiego.

A na razie były współpracownik ojca premiera Marek P. usłyszał zarzut z artykułu 286 par. 1 Kodeksu karnego: „Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8” – informuje onet.pl.

W niedzielnym programie „Kawa na ławę” w TVN24 było, jak zwykle, bardzo gorąco. Najwięcej emocji wzbudził temat zatrzymania przez CBA byłego szefa KNF i jego współpracowników. Zarzucono im, że mimo posiadanej wiedzy, zbyt długo zwlekali z ustanowieniem zarządu komisarycznego dla SKOK-u Wołomin.

Patryk jaki, który był gościem programu, broniąc stanowiska śledczych w tej sprawie zdradził, że prokuratura „dopiero teraz porządnie się wzięła za sprawę, zabezpieczyła dowody, m.in. na komputerach ludzi z KNF-u, którzy otrzymali zarzuty. Co było na tych komputerach? Informacja o tym, że panowie wiedzieli i to twardo wiedzieli już w 2013 r., że jest tam gigantyczne złodziejstwo”, co wzbudziło pewne zdziwienie Konrada Piaseckiego, który kilkakrotnie upewniał się, czy ta informacja nie powinna być objęta tajemnicą śledztwa.

Jaki stwierdził, że miał prawo ujawnić te informacje i dodał jeszcze, że „był wniosek o to, aby wprowadzić zarząd komisaryczny, wniosek przygotowany w Komisji Nadzoru Finansowego, właśnie do SKOK-u Wołomin, żeby przestali kraść. Ten wniosek był przygotowany już w 2013 r. Mimo to ci panowie, z których robi się bohaterów, czekali ponad rok czasu, aż zostaną wyprowadzone wszystkie pieniądze”.

Eliza Michalik, dziennikarka zastanawia się, czy rzeczywiście Jaki mógł podzielić się z posiadanymi informacjami w tej sprawie. Zadaje przy tym pytania, czy nie został złamany art. 241 kk („kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia”) i czy istnieje jakaś podstawa prawna, która pozwala wiceministrowi na posiadanie takiej wiedzy?

Z kolei dziennikarka „Polityki” Ewa Siedlecka uważa, że „PiS-owska ustawa o prokuraturze pozwala przekazywać mediom takie informacje, ale może to robić prokurator generalny albo szef danej prokuratury”, a Jaki jest tylko wiceministrem, więc nie miał prawa upubliczniać informacji z tego etapu śledztwa.

Ewa Stępniak, adwokat i działaczka Obywateli RP już wie, jak Jaki będzie bronił się przed zarzutem ujawnienia informacji. Ustawa o prokuraturze mówi wyraźnie, że „Prokurator Generalny, Prokurator Krajowy lub inni upoważnieni przez nich prokuratorzy mogą przedstawić organom władzy publicznej, a w szczególnie uzasadnionych przypadkach TAKŻE INNYM OSOBOM, informacje dotyczące działalności prokuratury, w tym także informacje dotyczące konkretnych spraw” i na nią powoła się pan wiceminister, broniąc własnej skóry.

To nie jedyna „wpadka” Jakiego w „Kawie na ławę”. Tak bardzo chciał przekonać uczestników spotkania i telewidzów, iż PiS i jego ludzie mają czyste ręce w tej sprawie, że posunął się do kłamstwa. Stwierdził, że problemy SKOK-u zaczęły się dopiero w 2012 roku, czyli w okresie, gdy był on już pod nadzorem KNF. Wcześniej, gdy zarządzał nimi Grzegorz Bierecki, od 2011 senator z listy PiS, żadnych kłopotów ze SKOK-ami nie było.

Bardzo szybko tę informację skorygowała Izabela Leszczyna, była wiceszefowa Ministerstwa Finansów w rządzie PO/PSL, przypominając, że to właśnie za rządów Biereckiego wyprowadzono ze SKOK-ów pieniądze deponentów.

Niesamowite, skąd to przekonanie w politykach partii rządzącej, że „lud głupi, wszystko kupi”? Ta wiara, że można patrząc ludziom w oczy kłamać i manipulować faktami, jest zadziwiająca. Czy to tylko kwestia buty i arogancji czy jednak całkowite oderwanie od rzeczywistości?

Gdyby ktoś oczekiwał politycznych fajerwerków po weekendowym posiedzeniu klubu PiS w Jachrancepod Warszawą, to mógłby poczuć zawód. Żadnych rewelacji w rodzaju zapowiedzi rekonstrukcji rządu nie było, a większość tematów wałkowały już wcześniej media. Obieg informacji w PiS to zresztą sprawa na osobny tekst; nie od dziś szeregowi posłowie dowiadują się o wszystkim na końcu.

Jachranka na poprawę morale

Partie są trochę jak sportowcy, forma raz jest, a raz jej nie ma. PiS zalicza jej spadek. Na pytanie, dlaczego partia rządząca nie prezentuje się jak dumny zwycięzca wyborów samorządowych, moi rozmówcy odpowiadali ostatnio rozmaicie: „wrażenie zepsuła druga tura w miastach”, „afera KNF”, „problemy z komunikacją” itp. Ale żaden nie zaprzeczył. Spotkanie w Jachrance miało poprawić te nastroje. Strapionych pocieszyć, leniwych zdyscyplinować, wątpiących umocnić w wierze. Niech się posłowie wygadają, niech spotkają się z prezesem, premierem, ministrami, niech pobiesiadują przedświątecznie.

Prezes PiS zapowiada złagodzenie kursu

Jarosław Kaczyński miał dwa wystąpienia – najpierw publiczne, potem skierowane do posłów. W tym drugim zapowiedział złagodzenie kursu partii. Polacy mają się cieszyć wzrostem gospodarczym, mają go poczuć osobiście w swoich portfelach i domach, a nie niepokoić się jakimiś politycznymi awanturami. Dlatego Kaczyński mocno zadeklarował, że nie ma mowy o zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej, o co zabiegało ostatnio kilkudziesięciu posłów PiS.

Prezes uczulił też posłów, że mają unikać knajackiego języka, zwłaszcza w mediach społecznościowych, bo obciąża to konto całego ugrupowania.

Rekonstrukcja rządu? Przyspieszone wybory? Skutki afery KNF

Jarosław Kaczyński defensywnie

W wystąpieniu publicznym Kaczyński wszedł zaś w nietypową dla siebie rolę pierwszego obrońcy praworządności. „To nie my strzelaliśmy do górników” – to chyba najgłośniejszy cytat z mowy oskarżycielskiej pod adresem Platformy. Prezes PiS podkreślił, że to PO odpowiada za kryzys w Trybunale Konstytucyjnym, że to PO tolerowała aferzystów w swoich szeregach, że PiS zdecydowanie reaguje na swoje „czarne owce”. Brzmiało to raczej defensywnie niż ofensywnie; trudno w ten sposób, mówiąc „to oni zaczęli, to oni są gorsi”, przejść do ataku i narzucić temat debaty publicznej. Jak tłumaczy uczestnik spotkania, ten fragment wystąpienia Kaczyńskiego miał jednak inny cel – uspokoić żelazny (i jastrzębi) elektorat PiS, który może się zaniepokoić złagodzeniem linii partyjnej.

Za zamkniętymi drzwiami w Jachrance

W części zamkniętej dla mediów posłowie mieli ok. dwóch godzin na pytania – do prezesa i ministrów. Były głosy narzekające na jakość komunikacji, na politykę medialną partii. Nikt nie wymienił wprost nazwiska rzeczniczki PiS Beaty Mazurek, ale – jak twierdzi jeden z posłów – wszyscy i tak wiedzieli, że to o nią chodzi.

Później, do północy albo i dłużej, trwała kolacja. Tu główną rolę odgrywał Mateusz Morawiecki, krążący od stołu do stołu i cierpliwie rozmawiający z szeregowymi posłami.

Modernizacyjny pic Morawieckiego

Konflikty wewnętrzne trwają, rekonstrukcja rządu – „na kiedyś”

Nic wielkiego się zatem w samej Jachrance nie wydarzyło. Rekonstrukcja rządu została przełożona na bliżej nieokreślone „kiedyś”, prawdopodobnym terminem będzie czerwiec, po wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Coraz bardziej widoczne problemy wewnątrz obozu władzy pozostały nierozwiązane. Konflikt Zbigniewa Ziobry z Mateuszem Morawieckim się nie skończył, nie zelżało też napięcie między częścią ministrów (np. Jadwigi Emilewicz spór z Krzysztofem Tchórzewskim o program rekompensat za podwyżki cen energii). Złagodzenie kursu pozostaje na razie w warstwie deklaracji; to tuż przed Jachranką nastąpiło zatrzymanie poprzedniej ekipy KNF z czasów rządów PO.

PiS wciąż nie ma klucza do wyborców w miastach, którzy w wyborach europejskich i parlamentarnych odegrają większą rolę niż w kampanii samorządowej, bo frekwencja w miastach będzie wyższa niż na wsi.

To tylko zadyszka

Nie znaczy to bynajmniej, że lada dzień Platforma prześcignie PiS w sondażach; bałagan po stronie opozycji jest nie mniejszy niż w partii rządzącej. Zadyszka PiS – o czym piszą także bliscy mu komentatorzy – jest jednak faktem i Jachranka tego nie zmieniła.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl  pisze co po zwycięstwie opozycji.

Wyborca musi wiedzieć, czy po zwycięstwie koalicji Polska wróci do stanu przed PiS, czy zostanie naprawiona, a jeśli naprawiona – to jak?

Huknęło i zadymiło się z obu stron monstrualnej barykady im. Jarosława Kaczyńskiego, głównego twórcy tej fortyfikacji. W szeregach obrońców zauważono nerwowe ruchy, nazwane przez jednych „łączeniem przez podział”, a przez innych „rozłamem w koalicji”. Od strony najeźdźców natomiast już od dłuższego czasu dobiegały pomruki zaniepokojonych przegranymi potyczkami, błędami dowództwa i niedoborem amunicji, zastępowanej coraz częściej kapiszonami. A kiedy eksplodowała bomba, którą prezes Komisji Nadzoru Finansowego osobiście podłożył we własnym gabinecie, niepokój przerodził się w panikę. Bo tylko bezrozumnym popłochem wytłumaczyć można atak harcowników Ziobry na poprzedników prezesa KNF, których jedyną winą było ściganie przekrętów w PiS-owskim parabanku.

Nie podejmuję się komentowania sytuacji w szeregach opozycji i objaśniania posunięć, których nie rozumiem i obawiam się ich konsekwencji. Zresztą i beze mnie w przestrzeni publicznej roi się od najrozmaitszych opinii w tej sprawie. Jedni radują się z pęknięcia w Koalicji Obywatelskiej wieszcząc jej rychły koniec. Inni cieszą się z łączenia opozycji w monopartię. Jeszcze inni biadają nad mentalnością rodaków, którzy nawet w obliczu śmiertelnego zagrożenia demokracji nie potrafią powściągnąć ambicji. A są i tacy, którzy już tworzą listę odpowiedzialnych za przedłużenie rządów PiS o kolejną kadencję i wygrażają tym politykom, którzy chwilowe korzyści własne lub swojego ugrupowania przedkładają nad interes kraju.

Pewnym pocieszeniem jest rozgardiasz w obozie prawicy. Pan prezydent w duecie z premierem miotają się między krańcowymi uczuciami do Unii Europejskiej, która raz jest wielką szansą i wsparciem, a innym razem IV Rzeszą i siedliskiem „obcych niepolskich interesów”. Nie wiadomo co robić z ujawnionymi przykładami pazerności i nepotyzmu. Partyjne przekazy dnia próbują przykryć niebezpiecznie bulgoczącą aferę KNF, ale proponowane pokrywki okazują się tandetne i dziurawe. W szeregi PiS wdarło się zwątpienie, tu i ówdzie zaświtały nawet refleksje – a co, jeśli prezes nie ma racji? I co ze mną będzie, kiedy jednak przegramy wybory?

Sytuację musiał ratować Jarosław Kaczyński. Na posiedzeniu klubu w Jachrance nie był już sympatycznym softpolitykiem starszego pokolenia w wersji wyborczej, z obiema rękami wyciągniętymi do zgody. Był sobą: nadętym bufonem, fałszywą wyrocznią, a przede wszystkim mistrzem świata w odwracaniu kota ogonem. PO zostawiła kraj w ruinie, a PiS prowadzi kraj do dobrobytu. Afera KNF nie jest żadną aferą, ponieważ prawdziwą aferą jest afera tych, którzy walczyli z aferą w wołomińskim SKOK-u, natomiast za rządów PiS nie zanotowano żadnej afery, a co najwyżej drobne incydenty, natychmiast likwidowane przez nasze sprawne i rzetelne służby, tymczasem prawdziwym siedliskiem afer było środowisko PO, na czele z głównym macherem Donaldem Tuskiem! Więc niech on sobie wybije z głowy mrzonki o powrocie do polityki, bo jak tylko skończy kadencję w Unii, to od razu stanie przed prokuratorem. Kłamliwy jest zarzut, jakoby PiS naruszał prawa obywatelskie, bo to właśnie Tusk i Platforma łamali prawa człowieka – w szczególności kibiców.  Ciemne sprawki PO-PSL nie docierają do społeczeństwa, ponieważ opozycja ma poparcie mediów, które stanęły po stronie kłamców. Dziś oczerniają PiS, że łamie konstytucję, a przecież czyniła to tylko poprzednia władza. PiS w pełni przestrzega prawa, w odróżnieniu od PO troszczy się o ustawę zasadniczą i dlatego Beata Szydło nie publikowała nielegalnych wyroków Trybunału Konstytucyjnego, bo gdyby opublikowała, to mogłaby trafić do więzienia…

Słowotok Jarosława Kaczyńskiego wydał mi się jękiem rozpaczy zawodowego kuglarza, który nagle stracił czucie w dłoniach. Wielkiego stratega logika opuściła na dłużej. No bo jeśli premier Beata Szydło obroniła się przed więzieniem, nie dopuszczając do publikacji wyroków TK, to znaczy, że premier Morawiecki publikując te wyroki złamał Konstytucję i powinien siedzieć.  Jeżeli za czasów PO-PSL afery mnożyły się jak króliki, a służby PiS były „nareszcie rzetelne i sprawne”, to gdzie są ci aferzyści? W ciągu trzech lat rządów PiS więzienia powinny być pełne, a tymczasem dopiero teraz, w chwili zagrożenia, rozpoczęły się aresztowania i to na ślepo, na podstawie odgrzewanych zarzutów dawno sprawdzonych i odrzuconych lub umorzonych przez sądy.  A jeśli potraktować serio lament prezesa, że PiS nie ma możliwości dotrzeć do narodu z braku przychylnych mu mediów, to Jacek Kurski już dawno powinien zaprezentować się w TVPInfo w koszulce z napisem KONSTYTUCJA.

Przykro było patrzeć na starszego człowieka, który stał przed kamerami i bezładnie międlił słowa zmyślonych opowieści. Kiedyś lepiej kłamał. Teraz plótł bez sensu, przywoływał zjełczałe kalumnie i dawno zużyte łgarstwa, obficie skrapiając je jadem nienawiści.  Smutne.

Mimowolne wsparcie opozycji przez prezesa Kaczyńskiego nie może być dla koalicji powodem do radości. Do kolejnych wyborów daleko i Kaczyński potrafi jeszcze przeobrazić się w dziarskiego staruszka z gwarantowaną receptą na wszystkie kłopoty Polaków. Nie wolno wpadać w euforię, gdy sondaż daje zjednoczonej opozycji walne 50-procentowe zwycięstwo. Po pierwsze to tylko sondaż. Po drugie prognoza dotyczy opozycji ZJEDNOCZONEJ. Po trzecie w tych 50 procentach jest bonus za tzw. efekt politycznej nowości. A przede wszystkim: ile procent poparcia miałaby opozycja, gdyby w sondażu nie było premii za dążenie do zgody i wolę porozumienia?

Nie ma gwarancji odsunięcia PiS od władzy nawet wtedy, gdy przeciw okupantom staną wszystkie ugrupowania opozycyjne deklarując pełną zgodę. Potrzebny jest czytelny projekt takiej koalicji. Taki, który wyjaśni, dlaczego wyborca, głosując na swoją partię, musi równocześnie głosować na ugrupowanie, którego organicznie nie znosi. Wyborcy trzeba jasno powiedzieć, za czym tak naprawdę i przeciw czemu głosuje, czego jego ulubione ugrupowanie na pewno nie zrobi „dla dobra koalicji” oraz kiedy „odzyska” swoją partię. Nie wystarczy oświadczyć: zebraliśmy się tylko po to, żeby przegonić PiS, a po wyborach się rozchodzimy. Wyborca musi wiedzieć, czy po zwycięstwie koalicji Polska wróci do stanu przed PiS, czy zostanie naprawiona, a jeśli naprawiona – to jak?

Jest jeszcze czas, by ambicje liderów ugrupowań opozycyjnych ulokować w tworzenie takiego porozumienia, które zapewni siłom demokratycznym zwycięstwo wyborcze, a potem być może stanie się projektem założycielskim lepszej Polski zabezpieczonej przed recydywą populizmu, Polski niedostępnej dla kolejnych Prezesów obiecujących wszystko wszystkim w zamian za nieograniczoną władzę.

Waldemar Mystkowski pisze o mózgu Morawieckiego.

Władza PiS powiela schematy zarządzania z bliskiej jej kulturowo i ideowo przestrzeni politycznej. Niestety, nie korzysta z metodologii poszerzania demokracji wykuwanej w think tankach na wzór zachodni, ale przenosi sztance dosłownie ze Wschodu. Widać to bardzo konkretnie na przykładzie jednego bardzo ważnego ośrodka zlokalizowanego przy Kancelarii Premiera, chodzi mianowicie o Centrum Analiz Strategicznych (CAS).

CAS, zwane też „mózgiem rządu”, to jeden ze sztandarowych projektów PiS, który został zapowiedziany przez Mateusza Morawieckiego w jego expose. Niby rząd powinien mieć strategię, która pozwala mu prowadzić sensowną politykę wewnętrzna i zewnętrzną, ale gdy przyjrzymy się bliżej temu tworowi, wygląda to na właściwą PiS-owi prowizorkę.

CAS można porównać do kremlowskich technologów władzy, którzy podrzucają Putinowi pomysły zarządzania państwem, a jak jest jakiś problem, piszą przystępne elaboraty, których wykładnia obowiązuje w rosyjskich mediach.

Od pewnego czasu w naszych mediach pojawia się postać prof. Waldemara Parucha, który ma ambicje, aby zostać politykiem, ale nawet z dobrych miejsc na listach wyborczych PiS nie dostaje się do żadnego ciała przedstawicielskiego. Dziwna to postać, by nie napisać dziwaczna, bowiem nie udało mu się dostać z pierwszego miejsca pisowskiej listy do PE, a startował z twierdzy PiS, z okręgu lubelskiego.

Jego stan intelektualny definiuje całkiem dobrze to, że był członkiem komitetu naukowego II i III Konferencji Smoleńskiej z lat 2013–2014. No i jest politologiem. Z dotychczasowej kariery medialnej Paruch przedstawia się bardziej, jako profesor propagandy, a nie politolog, czy też strateg, wszak nawet strategicznie nie potrafił się przeszwarcować do Brukseli na świetnie płatną synekurę.

Paruch ostatnio chodzi wokół pisowskiego gorącego kartofla, albo też zbuka (matafory do wyboru), jaką jest afera KNF, mająca przerzuty na coraz większą sferę świata finansów, ujawnił się przerzut na Narodowy Bank Polski, na SKOK-i, w tym odświeżony został spektakularny upadek SKOK Wołomin. Najnowszy przerzut dotyczy banku Zygmunta Solorza, z którym kilka dni przed ujawnieniem afery KNF spotkał się Morawiecki.

Otóż „technolog” prof. Paruch twierdzi, że Polacy aferą KNF się „nie przejęli, bo nic to w ich życiu nie zmieniło”. Co nie jest prawdą, bo badania dla „Faktu” i Onetu mówią coś innego. Zastanawia przy okazji coś innego, mianowicie władze PiS nie myślą, jak zażegnać zdegenerowanie niezależności takich instytucji, jak KNF i NBP, ale obchodzi ich jedynie to, jak pozamiatać afery pod dywan, jak wmówić społeczeństwu, że nic się nie stało.

Sama postać Parucha pokazuje, jakimi PiS dysponuje kadrami i jakie wzorce kulturowe partia Kaczyńskiego asymiluje na naszym gruncie. Nie powinno to dziwić, bo tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel odczuwa szczególną miętę do Kremla.

Od poniedziałku w mediach krążyć będzie kolejny zbuk wysiedziany przy okazji afery KNF. Roman Giertych zapowiedział złożenie wniosku o przesłuchanie premiera Morawieckiego w śledztwie dotyczącym KNF, w związku z jego spotkaniem z Solorzem, właścicielem Polsatu, którego telewizja to kolejna tuba PiS.

Spointuję: gnije nam Polska, wolny umysł źle się w niej czuje, bo jest zatruwany w przestrzeni publicznej przez zniewolone umysły Morawieckiego i jego „mózg” Parucha.

Dziś 37 miesięcznica nieodzyskania wraku, niepowołania komisji międzynarodowej i niepojmania zamachowców spod Smoleńska.