Tag Archives: Ewa Siedlecka

Kaczyński Samo Zło

4 Sty

Władza pisowska wprowadziła nowe „standardy”, których nie uświadczysz w zachodnich demokracjach.

Codziennie skandal, który zmiata ze sceny politycznej rządzących, ale nie PiS.

Najważniejsze osoby kłamią w każdym wystąpieniu. Mateusz Morawiecki jest pod tym względem mistrzem. U niego często występuje wyśrubowany rekord kilka kłamstw w jednym zdaniu.

Rządzi nami oszust pisany przez duże O – Oszust Morawiecki.

A Jarosław Kaczyński to tchórz nad tchórze (otoczony kordonem ochroniarzy, których sponsorami jesteśmy myy wszyscy). Trafne jest określenie Kaczyńskiego: Kaczyński Samo Zło.

>>>

– „Pozycja szefa Rady Europejskiej ograniczała mnie, kazała zachować neutralną poprawność, ale słyszałem, że jestem zbyt ekspresyjny i naruszam reguły. To było męczące, bo przecież zaciskałem zęby. Dlatego teraz wracam do nazywania rzeczy po imieniu. Debata musi polegać na wyraźnie ciosanych argumentach. W polityce nie należy się bać walki, kiedy chodzi o poważne sprawy, ale nie powinny temu towarzyszyć pogarda czy brak elementarnego szacunku dla oponenta” – powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Donald Tusk.

Nie mogło więc zabraknąć wątku, dotyczącego największego oponenta. Były premier przypomniał, co powiedział mu prezes PiS po wyborze Tuska na przewodniczącego RE w 2014 r. – „Jarosław Kaczyński podszedł do mnie i nie przeszło mu przez gardło: „Ja ciebie w sumie lubię” czy coś w tym stylu, tylko powiedział: „Ja ciebie nie nienawidzę”. – „Uważam, że ma w sobie dużo zła, jest nieszczęściem dla Polski – co nie oznacza, że czuję nienawiść. Osobiste relacje z Kaczyńskim nie mają dla mnie znaczenia. Mam swoje emocje, jednak w polityce udaje mi się nad nimi panować. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że przed snem modlę się za jego powodzenie” – stwierdził były premier.

A propos modlitwy, zapytany, czy pójdzie do nieba czy do piekła, Tusk odparł: – „Oczywiście, że do nieba. Poszedłbym do piekła, gdybym narzekał, że zostałem politykiem, bo raczej jestem człowiekiem, któremu się udało”.

Odniósł się też do kłamliwej wypowiedzi prezydenta Putina, który oskarżył Polskę o współodpowiedzialność za wybuch II wojny światowej i Holokaust. – „Bezpośrednim powodem propagandowego wzmożenia ze strony Kremla są rocznice wyzwolenia Auschwitz i zakończenia II wojny światowej. Polska jest dziś łatwym celem w tej kampanii. Putin chce być pozytywnym i głównym bohaterem obchodów – w Izraelu może liczyć na pomoc premiera Netanjahu. Poważne błędy w polityce historycznej PiS i europejskie osamotnienie Polski ułatwiają zadanie naszym przeciwnikom oraz tym, którzy chcą uczynić nas współodpowiedzialnymi za Holocaust” – zaznaczył były szef Rady Europejskiej.

Według Tuska, Putinowi chodzi „o dezintegrację Unii Europejskiej i NATO”. – „Ma w tym projekcie sojuszników i pomocników: świadomych, mimowolnych i tzw. pożytecznych idiotów. W PiS można odnaleźć wszystkie trzy kategorie. Sytuacja jest dziś poważniejsza niż w przeszłości. Zmiany w Kijowie, bliska reintegracja Moskwy i Mińska oraz polityka prezydenta Trumpa to wystarczające powody, aby starać się za wszelką cenę odbudować elementarny wewnętrzny konsensus w polityce międzynarodowej i przywrócić Polsce status regionalnego lidera integracji europejskiej. Obawiam się, że rządzący nie do końca rozumieją powagę sytuacji” – stwierdził Tusk.

Jacek Kurski pewnie oblewa jeszcze sukces Sylwestra Marzeń w Zakopanem, a tymczasem TVP pozywa własnego dziennikarza. Piotr Owczarski sugeruje, że na jaw mogą wyjść sekrety telewizji publicznej, których boi się prezes. Zapowiada się medialna masakra!

Więcej o Kurwizji czytaj tutaj >>>

Za tydzień w Warszawie „Marsz Tysiąca Tóg” w proteście przeciwko pisowskiej ustawie „kagańcowej”, która odbiera sędziom prawo oceniania prawidłowości powołania sędziów i wprowadza za to kary dyscyplinarne. Ustawy, która de facto zakazuje sędziom wykonywania wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada – TSUE nakazał badać prawidłowość powołania neo-KRS i powołanej z jej udziałem Izby Dyscyplinarnej SN.

Więcej o milczeniu Marka Zirc-Sadowskiego tutaj >>>

Mam ciche marzenie, by było to ostatnie orędzie w wykonaniu pana Dudy, bo to jedyna szansa, by partia rządząca i jej prezydent przestali karmić nas papką dla idiotów i wciskać nam kit.

O szopce Dudy tutaj >>>

O akcji Lotnej Brygady Opozycji tutaj >>>

Stan wojenny dla sędziów, niedługo dla pozostałych

13 Gru

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. W PRL sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę

Projekt, który posłowie PiS-u wnieśli w czwartek (12 grudnia 2019) wieczorem do Sejmu, jest ogłoszeniem stanu wojennego wobec sędziów. Wprowadza prawo stanu wojennego, które stanowi, co wolno, a czego nie wolno sędziemu orzec. I tak: ciężkim deliktem dyscyplinarnym, za które grozi wydalenie z zawodu, ma się stać stosowanie się przez sędziów do art. 379 pkt 4 kodeksu postępowania cywilnego, który nakazuje każdemu sądowi z urzędu badać prawidłowość obsadzenia sądu w sprawie, którą sądzi.

Sytuację można porównać do tej, w jakiej znaleźli się sędziowie po wprowadzeniu przez Komitet Obrony Narodowej (zwany WRONą) dekretu o stanie wojennym. Dekret zmuszał sędziów do orzekania wbrew prawu, np. do karania za działalność związkową. I odbierał prawo do odwołania od wyroku.

Sędzia Markiewicz już ma 55 zarzutów

PiS zresztą już ściga za działalność związkową: Krystian Markiewicz, szef Iustitii dostał 55 zarzutów dyscyplinarnych właśnie za działalność w imieniu Stowarzyszenia, zgodną z zarejestrowanym w sądzie statutem stowarzyszenia.

Sędziom zakazuje się, pod groźbą kary, badania, czy nominaci neo-KRS są prawidłowo powołanymi sędziami. Zakazuje się im odwoływać do wyroku TSUE i wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego, dotyczących legalności powołania neoKRS i Izby Dyscyplinarnej, a co za tym idzie legalności powołania wszystkich sędziów z nominacja neo-KRS.

Projekt PiS-u stanowi, że „oczywistą i rażącą obrazą przepisów prawa”, czyli ciężkim przewinieniem dyscyplinarnym, będzie odmowa stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z konstytucją lub umową międzynarodową nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

To by znaczyło, że sędziom odbiera się ich konstytucyjne prawo stosowania wprost konstytucji i ratyfikowanych umów międzynarodowych.

Ciężkim deliktem dyscyplinarnym mają być też „działania lub zaniechania mogące uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości”.

Prawdopodobnie chodzi o zawieszanie spraw w celu ustalenia, czy zasiadający w składzie sędzia-nominat neo-KRS jest sędzią, ale przepis jest tak gumowy, że można pod niego podciągnąć np. wzięcie zwolnienia chorobowego.

Wprost badania prawomocności powołania neo-sedziów dotyczy inny przepis: że ciężkim deliktem są „działania kwestionujące istnienie stosunku służbowego sędziego lub skuteczność jego powołania”. Czyli np. kierowanie do Sądu Najwyższego wniosku o rozstrzygnięcie zagadnienia prawnego dotyczącego legalności działania neo-KRS i jej sędziowskich nominacji.

Deliktem mają być też „działania o charakterze politycznym”. Za to wszystko grozić ma wydalenie z zawodu. Wprowadza się też nowe kary: karę pieniężną i przeniesienie na inne miejsce służbowe.

To drugie jest wprost niezgodne z art. 180 konstytucji, który gwarantuje sędziemu nieprzenaszalność (chyba, że w przypadku zmiany struktury sądownictwa). To pierwsze – to praktyka żywcem przeniesiona z PRL-u.

Zastraszyć sędziów, zablokować SN, pominąć TSUE

Po co PiS wnosi tak skandaliczny i nie mieszczący się w cywilizowanych ramach projekt? Wygląda na to, że zorientował się, że sędziowie nie przestraszyli się nasilonych po wyroku TSUE represji i chce podkręcić śrubę.

Drugim celem może być próba postawienia Sądu Najwyższego w sytuacji, gdy orzekanie o statusie neo-sędziów – np. w odpowiedzi na pytania prawne sądów – będzie według nowego prawa nielegalne.

Trzecim celem może być wyścig z TSUE. Jeśli TSUE orzeknie o Izbie Dyscyplinarnej, lub – jak apeluje o to kilkadziesiąt organizacji z całego świata – zawiesi jej działanie do czasu wydania orzeczenia, PiS powoła sobie drugą Izbę, która będzie orzekać na mocy nowego prawa.

Zanim Komisja Europejska je zaskarży a TSUE osądzi, minie wiele miesięcy. PiS już kilka razy bawił się w uchylanie przepisów, które były zaskarżone do TSUE, żeby uniemożliwić Trybunałowi ich ocenę. Nieskutecznie, ale niczego go to nie nauczyło.

Stan wojenny w Unii Europejskiej?!

Cokolwiek planuje PiS i cokolwiek zrobi – w starciu z sędziami skazany jest na porażkę. Sędziowie  mogą – tak, jak powiedział Trybunał Sprawiedliwości w wyroku z 19 listopada – pominąć przepisy krajowe i orzec w zgodzie z unijnymi, jeśli ocenią prawo krajowe jako sprzeczne z prawem UE. Represje PiS-u osiągnęły takie natężenie, że w tej chwili dawanie świadectwa niezawisłości i oparcie się presji stało się kwestią godności zawodu sędziego i osobistej godności sędziów.

Jest różnica pomiędzy stanem wojennym w PRL-u a stanem wojennym wprowadzonym wobec sędziów przez PiS. Wtedy Polska była w obozie komunistycznym, dziś jest w Unii Europejskiej.

W PRL-owskim stanie wojennym sędziowie obchodzili dekret o stanie wojennym cichcem, a dziś działają nie tylko z otwartą przyłbicą, ale też dokumentują i nagłaśniają swoje działania – także na całą Europę. I to im daje dodatkową siłę.

Artykuł prof. Ewy Łętowskiej dostępny także tutaj >>>

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że jest on niekonstytucyjny i niedemokratycznie obraźliwy. Ma zamknąć usta sędziom, zakazuje „krytyki władz”, jak za PRL. Demonstracyjnie idzie w odwrotnym kierunku niż wyrok TSUE i narusza traktatowe zobowiązania Polski. Dokonuje się Polexit – pisze prof. Łętowskiej o „poselskim” projekcie zmian w sądownictwie

„Spokój ma panować w Warszawie”, tak można zatytułować tekst o zmianach ustrojowych sądownictwa przedstawionych w druku nr 69 – pisze prof. Ewa Łętowska* w syntetycznym komentarzu dla OKO.press, tuż po opublikowanym formalnie poselskiego projektu na stronach Sejmu  późnym wieczorem 12 grudnia 2019. I dalej:

„Projekt przechodzi do porządku dziennego nad ideą „podziału i równoważenia” inkorporowaną w obecnym konstytucyjnym ujęciu podziału władz.

Zamykanie ust sędziom, jak w PRL

Projekt zamyka usta sędziom, wprowadzając kauczukowe zakazy „krytyki podstawowych zasad ustroju RP” i uchwał „wyrażających wrogość wobec innych władz RP i jej konstytucyjnych organów”.

Identyczne normy obowiązywały przez wiele lat w PRL. Starsze pokolenie, do którego należę, przeżywa niemiłe déjà vu.

Prezydent powołał – nie do obalenia

Projekt wprowadza nowość: nieobalalne domniemanie legalności pełnienia urzędu przez sędziego, o czym ma przesądzać powołanie przez Prezydenta.

Czego sędziom nie będzie wolno

Pojawiają się kwalifikowane – oprócz widać zbyt mało pojemnych „działań o charakterze politycznym” i „uchybień godności urzędu” – delikty dyscyplinarne (czyny niedozwolone zagrożone wysokimi grzywnami – red.) w postaci:

  • uznania za oczywistą i rażącą obrazę prawa odmowy stosowania ustawy, bez uprzedniego stwierdzenia jej niezgodności z konstytucją przez TK (rozproszonej kontroli konstytucyjności nie zabraniano sądom nawet w PRL!);
  • kwestionowania istnienia stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania;
  • działania lub zaniechania mogącego uniemożliwić lub istotnie utrudnić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości (zwraca tu uwagę elastyczność formuły wyrażającej potencjalność czynu).

(Wszystkie te zakazy miałyby uniemożliwić sędziom stosowanie się do wyroku TSUE i Sądu Najwyższego – red.).

Towarzyszy temu wzmocnienie dyskrecjonalnej władzy rzeczników dyscyplinarnych będących w decernacie (wyłącznej gestii -red.) ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Kontrola sukcesji I Prezes SN

Głównym celem projektu jest zapewnienie płynnej sukcesji na stanowisku I Prezesa SN, aby nie było tu niespodzianek (kadencja prof. Małgorzaty Gersdorf trwa do 30 kwietnia 2020 r. – red.).

Techniczna strona osiągnięcia tego celu przypomina swobodę wyboru koloru samochodu u Forda – istnieje pełna dowolność, pod warunkiem, aby był to kolor czarny.

Niekonstytucyjne zarządzanie strachem

Autorzy projektu z pewnością wiedzą, że projekt jest niekonstytucyjny (co nie znaczy, że zostanie za taki uznany) i niedemokratycznie obraźliwy. Czy okaże się skutecznym przykładem zarządzania strachem – czas pokaże.

Demonstracyjnie przeciw wyrokowi TSUE

W wyroku TSUE, z 19 listopada 2019 r., w sprawie trzech połączonych pytań prejudycjalnych C-585/18,C-624/18,C-625/18, w pkt 124 mowa o konieczności zagwarantowania niezależności sądów względem władzy ustawodawczej i wykonawczej; a w pkt 125, że sędziowie mają być chronieni przed ingerencją lub naciskami z zewnątrz, które mogłoby zagrozić ich niezależności.

Projekt idzie demonstracyjnie w przeciwnym kierunku, mimo wymagań art. 4 ust. 3 TUE, który stanowi, że „Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii”.

Na poziomie standardu niezawisłości sędziów i niezależności sądów Polexit właśnie się dokonuje.

*Ewa Łętowska – profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich w Polsce (1988–1992), sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego (1999–2002) i Trybunału Konstytucyjnego (2002-2011). Zasiada też w Radzie Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

– Projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych PiS ma dyscyplinować sędziów, którzy przekraczają swoje uprawnienia. To odpowiedź na działanie, które podejmuje część środowiska sędziowskiego, które samo nazwało się nadzwyczajną kastą – wypowiadali się w Sejmie posłowie Kanthak, Kaleta i Ozdoba.

– Złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który uchroni przed próbą destabilizacji systemu prawnego realizowaną przez niektórych sędziów. Sędzia nie może oceniać czy inny sędzia jest sędzią, to materia ustrojowa, zastrzeżona dla organów konstytucyjnych; Krajowej Rady Sądownictwa, Prezydenta – dopowiada Kaleta z PiS-u.

Posłowie, którzy podpisali się pod projektem ustawy PiS-u.

– Nazwijmy rzecz po imieniu. Nie mamy do czynienia z ustawą dyscyplinującą sędziów, tylko z ustawą o prześladowaniu sędziów. PiS chciałby, aby sędziowie orzekali tak, jak nakazuje interes partii. Ale sędziowie muszą być niezawiśli. Ich ma wiązać nie partyjna smycz, ale litera prawa – komentuje posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. 

Wojciech Czuchnowski (dziennikarz,”Gazeta Wyborcza”): Posłowie PiS Kanthak, Kaleta i Ozdoba złożyli właśnie projekt zamordyzacji sądów powszechnych dla niepoznaki nazywany projektem nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych. Szykuje się stan wojenny dla wolnych sędziów. Nawet data się prawie zgadza… Brońmy sądów!”.

Borys Budka (poseł): „Skandaliczny projekt ustawy kneblującej sędziów to kolejny krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To standardy państw autorytarnych, próba całkowitego podporządkowania sądów PiS”.

Waldemar Kuczyński (publicysta): Przygotowywana ustawa represyjna wobec sędziów da tylko pogłębienie chaosu i dalsze zaostrzenie konfliktu z zasadami praworządności Unii, a więc i z Komisją Europejską i TSUE„.

Komentarz Tyszkiewicza

„Kiedy wróci praworządność, a wróci, ci, którzy dzisiaj łamią prawo i nawołują do jego łamania, te młode wilczki na usługach partii chcący się za wszelką cenę przypodobać prezesowi, mam nadzieję, że staną przed niezależnym sądem i zostaną sprawiedliwie osądzeni, a kara będzie sroga. Opozycja powinna jasno się określić, że dla przestępców nie będzie litości”. 

Reakcje internautów:

Przez 4 lata PiS krzyczał o usunięciu niewygodnych sędziów typu Igor Tuleya czy Wojciech Łączewski i tego nie zrobił – Łączewski sam przeszedł na stan spoczynku -, więc teraz będzie jeszcze więcej zastraszania sędziów, bo przegrywają”.

PiS już jedzie ostro po bandzie. Wiedzą, że jest bardzo źle, już przeczuwają, że zabawa w dobrą zmianę skończy się dla nich fatalnie, dlatego też w geście rozpaczy próbują nas jeszcze złapać za „mordę”. Musimy obronić sędziów, a po wyborach podstawić taczkę krzykaczowi z miną duce”.

Sędziów na smyczy chce prowadzić PiS władza. Represje w czystej postaci. Opresyjne państwo mamy. Zamordyzm trwa. Kiedy ulica? I gdzie jest opozycja? Snuje fantasmagorie na temat kandydata na prezydenta? Grzegorzu Dyndało, obudź się!”.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia – mówi ekspert po nocnym final szczytu UE. Polska została już sama jako eko-hamulcowy UE

Około godz. 1 w nocy 13 grudnia 2019 przywódcy 28 państw członkowskich Unii Europejskiej po trudnych negocjacjach uzgodnili nowy ambitny cel unijnej polityki klimatycznej. W roku 2050 UE ma stać się pierwszą neutralną klimatycznie gospodarką.

Polska jednak – jako jedyny z 28 krajów – odmówiła akceptacji celu i dojdzie do niego „w swoim tempie”. Na szczycie Rady Europejskiej czerwcu 2019 Polska wetowała już unijny plan redukcji emisji do zera w roku 2050 razem z Węgrami, Czechami i Estonią. Tym razem sąsiedzi podpisali się pod porozumieniem, podobnie jak uboższe od Polski Bułgaria, Rumunia, czy Chorwacja, a także Słowacja, Litwa i Łotwa. I oczywiście wszyscy starsi członkowie UE.

Ta wyjątkowa pozycja rządu Morawieckiego na grudniowym szczycie nie oznacza jednak ani większych problemów dla planów przyspieszenia w polityce klimatycznej UE, ani możliwości zachowania Polski jako węglowego rezerwatu.

Polska zwolniona? Wcale nie

Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania polityki neutralności klimatycznej. Będziemy dochodzić do niej w swoim tempie” – napisał cokolwiek nieprecyzyjnie – na Twitterze Morawiecki. Żadnego „zwolnienia” bowiem nie będzie.

W świetle najnowszej dostępnej wiedzy naukowej i w związku z potrzebą zintensyfikowania globalnych działań na rzecz klimatu Rada Europejska zatwierdza cel polegający na osiągnięciu przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., zgodnie z celami porozumienia paryskiego. Na tym etapie jedno państwo członkowskie nie może zobowiązać się do realizacji tego celu; Rada Europejska wróci do tej kwestii w czerwcu 2020 r.” – czytamy w konkluzjach szczytu.

Najprawdopodobniej więc Polska ostatecznie zgodzi się na rok 2050 za pół roku, być może za cenę dodatkowych ustępstw ze strony unijnej, które władza będzie mogła  sprzedać jako swój sukces.

Jednocześnie konkluzje szczytu jasno pokazują, że już teraz nasz kraj staje się częścią rewolucji w polityce środowiskowej i klimatycznej, czyli Europejskiego Zielonego Ładu. Neutralność klimatyczna – czyli obniżka i pochłanianie emisji gazów cieplarnianych tak, by końcowa emisja netto wyniosła zero – to fundament tej rewolucji.

Ile dla Polski ze 100 miliardów i z biliona euro?

Cały proces dochodzenia do neutralności politycznej będzie wspomagany przez fundusz wysokości 100 mld euro. Znaczna część tego funduszu przypadnie Polsce na sprawiedliwą transformację” – napisał w kolejnym tweecie premier.

Tzw. mechanizm sprawiedliwej transformacji ma ułatwić odejście od gospodarki opartej na spalaniu paliw kopalnych regionom takim, jak Śląsk czy wschodnia Wielkopolska (Konin).

W konkluzjach po szczycie znajdziemy też zapowiedź wsparcia przez Europejski Bank Inwestycyjne (EBI) „wartych 1 bilion euro inwestycji w zakresie działań na rzecz klimatu i zrównoważenia środowiskowego w okresie 2021–2030.”

Wszelkie odpowiednie przepisy i polityki UE muszą być spójne z realizacją celu w postaci neutralności klimatycznej i muszą się do tej realizacji przyczyniać przy poszanowaniu równych warunków konkurencji” – to kolejny punkt konkluzji szczytu. Będzie on mieć potężny wpływ na krajową legislację, bez względu na „weto” premiera.

A to, jaka część funduszu 100 miliardów przypadnie Polsce zależy nie od gromkich deklaracji lecz od konstruktywnych propozycji zmiany polityki energetycznej z prowadzonej obecnie na proekologiczną.

Weto, czyli marnowanie kapitału

Polscy analitycy i eksperci zgodnie uznają, że od nowej polityki klimatycznej nie będzie ucieczki, a „weto” Morawieckiego to bardziej pusty gest pod krajową politykę, niż realne działania. UE chce zachować pozycję lidera światowej polityki klimatycznej. Przyspieszający kryzys klimatyczny powinien – przynajmniej w teorii – tylko spowodować intensyfikację działań.

Można się też zastanawiać, kto jest większym hamulcowym unijnej polityki klimatycznej: Polska z jej retoryką z nocy 12/13 grudnia, czy Niemcy, które planują pozbawić się dziesiątków terawatogodzin zeroemisyjnej energii z elektrowni atomowych do 2022 roku?

Brak zgody Polski na cel neutralności klimatycznej do 2050 r. nie zwalnia jej z obowiązku wdrażania unijnego prawa, w którym ochrona klimatu już stoi bardzo wysoko.

To prawo już teraz przewiduje stałe zwiększanie ambicji w polityce krajowej zgodnie z zasadami Porozumienia Paryskiego, a plan Europejskiego Zielonego Ładu wyznacza nowe, o wiele wyższe tempo zazieleniania wszystkich unijnych polityk i Polska tego nie powstrzyma” – mówi Lidia Wojtal, specjalistka ds. dyplomacji klimatycznej.

Polska znów zmarnowała swój kapitał na bezsensowne weto. Weto, które niczego nie załatwia, ani niczego nie blokuje.

Teraz Komisja Europejska ma wolną rękę do proponowana narzędzi ogłoszonych w ramach inicjatywy Nowego Zielonego Ładu. Zmarnowaliśmy szansę na zostanie bohaterem wieczoru. Pozostaliśmy w roli Czarnego Piotrusia”

– mówi Krzysztof Bolesta z Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych i (w latach 2012-2015) były członek gabinetu ministra środowiska w roli doradcy ds. energii i klimatu.

Oczywiście wszystkie kierunki nowej polityki klimatycznej UE zawarte w konkluzjach muszą przetłumaczone na język dyrektyw, a te – ustaw krajowych. To następne wyzwanie przed Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i krajami członkowskimi.

Polska i tak posłucha Ursuli von der Leyen

Nie chcę psuć zabawy… ale nie ma jeszcze legislacji, brakuje wsparcia co najmniej pięciu grup politycznych w PE i Polski. Tak, ten deal ma swoją wartość oraz tak – nie będzie łatwo wprowadzić go w życie” – napisał na Twitterze Ryan Heath z Politico, który przez lata obserwował niuanse polityki unijnej.

Realizacja Europejskiego Zielonego Ładu oznacza gorący czas w polityce europejskiej, a co za tym idzie – naszej krajowej.

Już w marcu 2020 KE zaproponuje legislację wprowadzającą cel neutralności klimatycznej w 2050 roku. Latem przyszłego roku pojawi się plan zwiększenia redukcji emisji gazów cieplarnianych w roku 2030 w stosunku do 1990 r.: z obecnych 40 proc. do 50-55 proc.

Mimo odmowy przyjęcia celu neutralności, Polska po prostu będzie musiała wziąć udział w pracach nad tymi i innymi inicjatywami według harmonogramu przedstawionego przez KE. Tym samym przyjmując cele rewolucji Ursuli von der Leyen.

Zwłaszcza, że – jak wskazują sondaże – Polacy, a szczególnie Polki w znacznej większości popierają program Zielonego Ładu dla Europy.

Jeżeli się ma takiego np. Jana Pietrzaka lub Zenka Martyniuka, to ktoś taki jak Olga Tokarczuk nie jest już żadnym cudem świata. Tak najwyraźniej rozumują rządzący lekceważąc noblistkę i jej dzieło. Głośno mówią, że nie znają twórczości pisarki…

Nie czytałem żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Mam w ogóle w tej chwili, nad czym bardzo ubolewam, bardzo mało czasu na czytanie” – przyznał w programie #RZECZoPOLITYCE wicepremier Jacek Sasin (PiS), minister aktywów państwowych. Zapytany czy ma zamiar przeczytać którąś z książek Tokarczuk? – Raczej chyba nie, bo to nie jest taka literatura, z tego co wiem, która mnie jakoś szczególnie pociąga – odpowiedział powiedział Sasin.

Uważa, że noblistka nie zrobiła dla dobrego imienia Polski niczego więcej niż taka np. Polska Fundacja Narodowa.

„Każdy ma tutaj swoje zasługi” – ocenił „filozoficznie” Jacek Sasin i w tym kontekście wspomniał o udziale PFN w „dużym projekcie„, produkcji filmu o rotmistrzu Pileckim.

„Tych działań jest rzeczywiście, z tego co wiem, sporo” – mówił i jakby opamiętawszy się wyksztusił: „natomiast oczywiście oddaję tutaj również to, co należne pani Oldze Tokarczuk. Gratuluję jej tej nagrody, myślę, że wszyscy się z tego cieszymy”.

Nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze Wspólnoty nie będzie w stanie powstrzymać obecnie rządzących przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza.

To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie! Jak można tak anarchizować życie społeczne i narażać Polskę na konflikt z Brukselą, a być może nawet na wykluczenie z Unii Europejskiej? I pomyśleć, że szalejący teraz nad Wisłą chaos prawny, wyrok TSUE i zszargana opinia za granicą to dlatego, że prof. Gersdorf uparła się, żeby jeszcze nie odchodzić na emeryturę!

W ogóle cała ta sędziowska kasta jakby zmówiła się przeciwko legalnie wybranej władzy i podkopuje fundamenty praworządności, uparcie twierdząc, że wcale nie pochodzi z nadania komuny. Tymczasem, jak nie pochodzi, skoro pochodzi. Przecież sam pan prezydent tak powiedział i to niejeden raz. A kwestionować słowa pana prezydenta, to kwestionować wolę suwerena, który go na urząd wybrał. Czyli występować przeciwko wyrokom demokracji!

Podobnie, jak  twierdzić, że za komuny miało się tyle samo albo i mniej lat, co pan prezydent. Toż to zwyczajne chamstwo i bezczelność. Podobnie, jak wypominanie prezydentowi zaprzysiężenia na sędziego TK peerelowskiego prokuratora Piotrowicza, co to skazywał opozycję. Bo może i skazywał, ale się nie cieszył. Po drugie, uroczystość była skromna i bez fleszy. No, a po trzecie kto jest, a kto nie jest „komuna” decyduje teraz osobiście sam pan prezes. A  panu prezesowi się nie odmawia.

Władza wie najlepiej, jakich sędziów potrzeba „dobrej zmianie”. A potrzeba jej ludzi dalekowzrocznych, co sięgając w świetlaną przyszłość Polski Dobrobytu nie będą w stanie skupić wzroku na aferach wybuchających na wyciągnięcie ręki (na tym właśnie polega presbiopia, czyli starczowzroczność), takich jak choćby afera GetBack, w której straty dziesiątki razy przekraczają przekręty niesławnej firmy AmberGold. Sięgając, gdzie wzrok nie sięga, ci sami sędziowie nie dopatrzą się też korupcyjnych ofert składanych właścicielom prywatnych banków przez urzędników KNF-u, o SKOK-ach to już nawet nie wspominając. Nie zauważą też problemu pedofilii w Kościele katolickim.

Nie będą w stanie zauważyć faszystowskich haseł na pochodach narodowców, a też „strefy wolne od LGBT”, proklamowane w niektórych gminach, też zupełnie będą im wyglądały na wykluczenie ze względu na orientację, co nie jest niczym innym, jak współczesnym apartheidem w środku Europy. Nie bez powodu – jak widać – kolejki do okulistów liczy się już nie w tygodnie, ale miesiące, a nawet lata.

Po prostu władza pilnie potrzebuje sądów podległych tejże władzy oraz jej posłusznych. I wie, co robi. Dobrze rozumie, że dla „dobrej zmiany”, a zwłaszcza dla jej przodowników, tacy sędziowie to jedyny warunek bezkarności, jak już niewdzięczny Naród zdecyduje się zamienić zmianę „dobrą” na „jeszcze lepszą”. A kiedyś zechcą, bo – jak to nie bez racji mawiają Amerykanie – „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Wobec powyższego oraz coraz wyraźniejszej perspektywy podzielenia się władzą lub nawet jej utraty, jedyne, co może zatrzymać wprowadzenie „jeszcze lepszych zmian”, to niewolne sądy. Bo to one decydują o wyniku wyborów. One rozstrzygają o sposobach interpretacji prawa. One też przesądzają o aresztach, wyrokach oraz apelacjach i to od nich zależy działanie (bądź niedziałanie) wymiaru sprawiedliwości. Nieusuwalność takich sędziów nawet po – odpukać – zmianie władzy, gwarantuje zaś Konstytucja.

Toteż każdy chyba rozumie, że władza wyjścia nie ma. I nawet groźba utraty funduszy unijnych lub wręcz wykluczenia Polski ze wspólnoty nie będzie jej w stanie powstrzymać przed „reformą” sądownictwa według swojego scenariusza. Stawką jest tu bowiem majątek, a w niektórych wypadkach także wolność osobista „dobrozmianowych” „gwałcicieli Konstytucji”. Tym bardziej, że gwałt jest przecież ścigany z urzędu, a minister Ziobro zadbał, by wyroki z tego paragrafu zapadały surowsze niż wcześniej.

W tej sytuacji jest też chyba oczywiste, że aktualni sędziowie, którzy nie popierają PiS-owskiej „reformy sądownictwa”, to niezależnie od wieku i przebiegu kariery – agenci Vichy, komuniści i złodzieje. A może nawet cykliści.

Zmierzch PiS. Kto powinien być przygotowany na odsiadkę w kiciu?

11 Gru

Prof. Antoni Dudek w rozmowie z „Rzeczpospolitą” ocenia, że nadchodzi zmierzch Prawa i Sprawiedliwości, a ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego utraciło pierwotny impet. Ostatnim sprawdzianem dla PiS mają być nadchodzące wybory prezydenckie. – Andrzej Duda nie ma reelekcji w kieszeni. Sam dla siebie jest największym zagrożeniem – ocenia politolog.

Zdaniem politologa prof. Antoniego Dudka PiS nie ma wcale wygranej w kieszeni w nadchodzących wyborach prezydenckich. – Największym zagrożeniem dla Andrzeja Dudy jest on sam. Jak patrzę na wszystkich jego potencjalnych przeciwników, to na razie tak to widzę – mówi politolog w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dodaje wprost, że mimo wygranych przez partię Jarosława Kaczyńskiego wyborów parlamentarnych, dostrzega „zmierzch PiS-u”.

Prof. Dudek o sytuacji PiS-u. „Widać wyraźnie, że prezes ma problemy”

Jak wskazuje Dudek, Andrzejowi Dudzie najprawdopodobniej nie uda się wygrać wyborów prezydenckich w pierwszej turze – wszystko zależy więc od tego, z kim znajdzie się w drugiej. – Wtedy jakieś jego błędy w kampanii plus zmierzch PiS-u, który dostrzegam, mogą go obciążyć – mówi politolog.

Zdaniem Dudka rządzący utracili dawną energię, która towarzyszyła im przez pierwsze cztery lata rządzenia, a sytuacja PiS nie jest obecnie najlepsza.

Stracił Senat, jest sprawa Banasia, a sam Jarosław Kaczyński ma kłopoty ze zdrowiem. Widać wyraźnie, że prezes [Jarosław Kaczyński] ma problemy. Partia utraciła znaczną część impetu, który miała przez pierwsze cztery lata, dlatego że jest bardzo zmęczona władzą

– zaznacza w rozmowie z „Rz”. Jak dodaje, nowym rozdaniem dla PiS-u byłyby wybory prezydenckie i ewentualna wygrana Andrzeja Dudy. Jeśli wywalczy on drugą kadencję, to PiS „podejmie drugą fazę rewolucji”. – To będzie dotyczyło samorządów i mediów, tak podejrzewam – kwituje politolog.

– Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Michał Szczerba.

NIK szykuje 16 zawiadomień do porkuratury ws. programu resortu sprawiedliwości „Praca dla więźniów”. Prowadzący Poranenk Radia TOK FM, Jan Wróbel, zwrócił uwagę, iż można mieć wrażenie, że Najwyższa Izba Kontroli pod kierownictwem Mariana Banasia wyrasta na największego sojusznika partii opozycyjnych. – Najciemniej jest pod latarnią. To oznacza, że Ministerstwo Sprawiedliwości, które powinno przestrzegać prawa, a w szczególności jego jednostki, takie jak służba więzienna, to prawo omijały, naginały, doprowadzając do sytuacji, którą NIK określa jako ryzyko mechanizmów korupcyjnych – komentował poseł.

– Mam wrażenie, że teraz trwa paniczna próba obrony Patryka Jakiego i Zbigniewa Ziobry, bo oni ten układ stworzyli. Oni stworzyli te mechanizmy korupcyjne i dzisiaj jest pytanie kluczowe: kto na tym zarobił. Czy chodziło o pracę dla więźniów, czy kasę dla swoich – zastanawiał się poseł, przypominając sprawę toru przeszkód, za który resort sprawiedliwości zapłacił prawie 400 tys. złotych, podczas gdy rzeczoznawca ocenił, że powinien on kosztować jedynie ok. 60 tys. złotych.

Podkreślił, że mimo, iż zmienia się szefostwo NIK, to ma zaufanie do apolityczności pracujących w niej kontrolerów, a decyzje podejmowane są w sposób kolegialny. – Jeżeli odpowiedź ministra sprawiedliwości, dyrektora generalnego służby więziennej nie rozwiała wszystkich wątpliwości kontrolerów, to ich podstawowym obowiązkiem było skierowanie tych spraw do prokuratury, do rozstrzygnięcia przez organy ścigania – ocenił gość TOK FM.

Zwolnienie lekarskie raz na trzy miesiące?

„Rząd zamierza ograniczyć prawa pracowników” – alarmuje środowa „Gazeta Wyborcza”. Dziennik pisze, że rząd chce by zasiłek chorobowy należał się pracownikom najwyżej raz na trzy miesiące. „Na płatne zwolnienie będzie można iść dopiero po 90 dniach nieprzerwanej pracy u pracodawcy, (…) a zasiłek otrzymamy tylko wtedy, jeśli od poprzedniego L4 minęły również co najmniej 90 dni. Jeśli zachorujemy za wcześnie, staniemy przed wyborem: praca mimo choroby lub chorowanie w domu – i niższa pensja”.  – informuje „GW”.

– Myślę, że budżety tego rządu przestały się po prostu dopinać. Miał być budżet zrównoważony, bez deficytu, a tak naprawdę jest szukanie oszczędności. Tutaj na celownik rządu trafili akurat ci, którzy chorują, ale przecież jest to bardzo często przyczyna losowa, nie jest to zaplanowane – komentował w Poranku Radia TOK FM poseł Koalicji Obywatelskiej Michał Szczerba.

Dodał, że obecnie ZUS ma duże możliwości kontroli chorujących pracowników dzięki elektronicznym zwolnieniom lekarskim. – Nie ma już tutaj wolnej amerykanki. (…). W sytuacji choroby oczekuję, że mój pracodawca będzie mi wypłacał, pomniejszoną (80 proc.), ale pensję, na tym polega umowa społeczna, którą powszechnie akceptujemy – stwierdził polityk oraz dodał, że jeśli taka propozycja rzeczywiście się pojawi, to świadczy ona o problemie budżetowym obecnego rządu.

No proszę, szef NIK, Marian Banaś nie rzuca słów na wiatr i już został opublikowany raport o nieprawidłowościach w Służbie Więziennej oraz do prokuratury skierowano 16 zawiadomień w tej sprawie.

Przykładem finansowym tych nadużyć jest tor przeszkód, wybudowany na terenie Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Jak twierdzi biegły NIK, jego koszt nie powinien przekraczać 65 tys. zł, jakim więc cudem firma, wykonująca to zlecenie, zainkasowała ponad 369 tys. zł? Za takie pieniądze można byłoby postawić komfortowy domek jednorodzinny, a tu tyle kasy za wybudowany tor, który składa się z „kilkunastu rurek i kilku płyt oraz wykopanego w ziemi dołu”.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że wybrany do realizacji projektu POMET Wronki to firma należąca do przywięziennych zakładów pracy, która aktywizuje więźniów, zatrudniając ich u siebie do pracy. Wprawdzie, składając swoją ofertę w przetargu, powoływała się ona na swoją wiedzę i doświadczenie w realizacji tego typu inwestycji, ale faktycznie zajmuje się produkcją odzieży roboczej i ochronnej, sprzętu ochronnego, metalowych nakryć głowy i spawarek, a nie budownictwem. Zapewne dlatego POMET Wronki, jak wyliczył biegły NIK, w 99,6% zlecił prace podwykonawcom.

Komendant COSSW w Kaliszu płk Ryszard Czapracki tłumaczył kontrolerom NIK, że ów tor to „obiekt specjalistyczny, projektowany i wykonywany na indywidualne zamówienie jest obiektem nietypowym i nie ma możliwości zweryfikowania rynkowych cen tego typu obiektu. Komendant stwierdził ponadto, że wysokość kosztów inwestycji została określona wskaźnikowo na podstawie ogólnodostępnych danych budowlanych”.

Według informatora onet.pl sprawa jest prosta. „Załóżmy, że jest pan dyrektorem więzienia, który ma do wydania kilkaset tysięcy złotych na sprzęt elektroniczny, a ja jestem biznesmenem, który chce taki sprzęt sprzedać. Szukamy wspólnie przywięziennego zakładu pracy, który będzie pośredniczył w transakcji. Wszyscy na tym dobrze zarabiają, a przywięzienny zakład nawet nie zobaczy tego sprzętu. To jest bardzo korupcyjny układ”.

Teraz sprawie przygląda się wiceminister Michał Wójcik, a z toru przeszkód nikt nie korzysta. Pewnie dlatego, że zbyt wiele kasy kosztował, więc trzeba uważać, by go nie zniszczyć, nie uszkodzić.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.
Postawienie Banasia przed TS byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, by go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować

Marian Banaś zaczyna pełnienie urzędu od prezentacji raportu przygotowanego przez jego poprzednika: o nieprawidłowościach w programie „Praca dla więźniów” resortu Zbigniewa Ziobry.

Atakuje więc osobę, od której zależy jego los. Ziobro zdecyduje, czy prokuratura postawi mu zarzuty, jakie one będą, kiedy zostaną postawione i kiedy zostanie wniesiony akt oskarżenia. A nawet o wniosku o tymczasowe aresztowanie po uchyleniu immunitetu przez Sejm.

Wie, że PiS i Ziobro nic mu nie zrobią

Dlaczego Banaś prezentuje raport? Prawdopodobnie wie, że PiS i Ziobro niczego mu nie zrobią. Bo w interesie PiS jest raczej pozostawienie Banasia na stanowisku niż wojna.

Dlaczego? Bo i tak bez zgody Senatu nie powoła nowego szefa NIK.

A zaatakowany Banaś może partii zaszkodzić jak nikt. Raport o wydatkowaniu pieniędzy przez Ziobrę to tylko przygrywka.

„Dziennik Gazeta Prawna” przypomina, że spływają do niego inne wyniki kontroli zleconych przez poprzedniego szefa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego, przez lata polityka PO. I że jeszcze w tym roku opublikuje wyniki kontroli, która pokaże, czy działania instytucji państwowych – PiS – wobec GetBack były legalne, rzetelne i skuteczne. Warto przypomnieć, że straty inwestorów szacuje się na ponad 2,5 mld zł. Przy tym afera Amber Gold, z jej 850 mln strat, to pikuś.

A może kontrola Srebrnej?

Bardzo ciekawe byłoby, gdyby Banaś zlecił kontrolę publicznych funduszy (jeśli takie były), jakimi dysponowały spółka Srebrna i Instytut Lecha Kaczyńskiego.

Ciekawy byłby też wątek obiecanego 1,3-miliardowego kredytu na budowę „bliźniaczych wież” przez prezesa Pekao SA Michała Krupińskiego (udziały w Pekao SA ma PZU, w którym z kolei 34 proc. udziałów ma skarb państwa).

Jeśli ktokolwiek wie, z której strony ugryźć Srebrną pod kątem przepływów finansowych między nią a partią PiS, to na pewno Banaś.

Te kontrole to może być polisa ubezpieczeniowa Banasia. Polisa na to, że nie zostaną mu postawione zarzuty karne i że CBA, ABW i inne służby nie będą grzebać w jego majątku i życiu.

Stawiam na to, że tak właśnie ostatecznie ułożą się stosunki między „pancernym Marianem” a partią, która wyniosła go do władzy.

Banaś nie powinien być szefem NIK, ale jest

Ale mimo że Banaś może się przyczynić do poszerzenia wiedzy o faktycznych metodach i skutkach sprawowania władzy przez PiS, nie powinien być szefem NIK. Bo w tym urzędzie nie chodzi o prowadzenie wendetty czy gier strategicznych z władzą, tylko o interes państwa. Nie mówiąc już o tym, że szef instytucji powinien być „nieskazitelnego charakteru”.

Ale mleko się rozlało i Banaś stoi na czele konstytucyjnego ciała kontrolnego. I nie zamierza ustąpić. Może zostać usunięty, gdy nie będzie zdolny do pełnienia funkcji z powodu choroby, za kłamstwo lustracyjne, skazanie prawomocnym wyrokiem i gdy Trybunał Stanu ukarze go zakazem sprawowania funkcji publicznych.

Można oczywiście dopisać do ustawy jeszcze powód w rodzaju: „Sejm stwierdzi, że nie ma kwalifikacji moralnych do pełnienia funkcji”, ale to byłoby de facto zniesienie gwarancji nieusuwalności.

Opozycja zapowiedziała, że nie zgodzi się na tego typu zmiany w prawie. I słusznie. Kłamstwo lustracyjne (gdyby było coś na rzeczy, a nic o tym nie wiadomo) lub skazanie prawomocnym wyrokiem odpadają, bo procesy potrwałyby parę lat.

Dlaczego nie Trybunał Stanu

Więc Lewica zbiera podpisy pod wnioskiem o Trybunał Stanu. To ma być wunderwaffe przeciwko Banasiowi, bo Trybunał Stanu, choć normalnie pracuje latami, a w dorobku ma jeden wyrok na 30 lat, to na polecenie PiS orzekłby zapewne jak Trybunał Konstytucyjny, we wskazanym czasie. Tyle że

to byłoby nadużycie prawa. PiS robi to piąty rok, ale opozycji nie wypada.

Ustawa o Trybunale Stanu jasno stanowi, że wymienieni w niej najwyżsi funkcjonariusze państwa, w tym szef NIK, mogą przed nim odpowiadać za złamanie konstytucji lub ustawy

„w związku z zajmowanym stanowiskiem” (art. 1 ust. 1).

Art. 3 precyzuje: „Odpowiedzialność konstytucyjna obejmuje czyny, którymi osoby wymienione w art. 1 ust. 1, w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swojego urzędowania, chociażby nieumyślnie, naruszyły konstytucję lub ustawę”.

Zatem ustawa o Trybunale Stanu nie pozwala stawiać przed nim kogoś, kto popełni przestępstwo, np. ukradnie coś ze sklepu, ale nie jest to przestępstwo związane z piastowanym przez niego wysokim urzędem.

Banasiowi trzeba by udowodnić, że nie płacił podatków w ramach pełnionych funkcji. Tymczasem

wynajmował kamienicę całkiem prywatnie, jako osoba fizyczna, bez związku z funkcją ministra,

którą zresztą pełnił dopiero od czerwca 2019 roku. Albo przynajmniej trzeba mu udowodnić, że jako minister finansów nakazywał urzędnikom skarbowym zamykać oczy na to, że zaniża płacone podatki. Na razie nikt o niczym takim nie słyszał.

Wniosek o postawienie Mariana Banasia przed Trybunałem Stanu musiałby wskazywać, w jaki sposób wykorzystał stanowisko do popełnienia przestępstwa. Jeśli tego udowodnić się nie da – należy mu się normalny proces karny.

Tak więc postawienie Banasia przed Trybunałem Stanu byłoby takim samym nadużyciem jak zmiana ustawy, żeby go odwołać. Opozycja nie powinna się w nic takiego angażować.

Ks. Tymoteusz Szydło wydał oświadczenie, w którym informuje, że zamierza wystąpić ze stanu duchownego. „Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania” – tłumaczy swoją decyzję duchowny.

Syn byłej premier Beaty Szydło przekazał swoje oświadczenie Katolickiej Agencji Informacyjnej za pośrednictwem swojego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego. W piśmie stwierdza, że do wydania takiego komunikatu czuje się zmuszony ze względu na krzywdzące spekulacje związane z urlopem, na który udał się zgodnie z prawem kanonicznym i za pozwoleniem biskupa bielsko-żywieckiego. Przypomnijmy, że gdy ks. Tymoteusz Szydło skorzystał z tej możliwości, spekulowano m.in., że został ojcem. Duchowny tłumaczy jednak, że urlop był związany z kryzysem wiary i powołania, z którym chciał się zmierzyć.

„Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem” – napisał ks. Tymoteusz Szydło w oświadczeniu cytowanym przez Onet.

Ks. Tymoteusz Szydło: Moja rozpoznawalność związana jest z funkcjami, jakie pełni moja mama

Duchowny wyjaśnił, że w chwili, gdy podjął decyzję o przejściu na urlop, nie uważał, że musi informować o tym opinię publiczną, bo nie jest osobą publiczną i ma prawo od prywatności.

„Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama” – stwierdził w oświadczeniu ks. Tymoteusz Szydło.

Syn Beaty Szydło stwierdził również, że w kontaktach z mediami popełniał błędy, m.in. nie sprzeciwiając się kojarzeniu go z konkretną opcją polityczną.

„Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji” – napisał ks. Tymoteusz, prosząc o uszanowanie jego prywatności i przepraszając tych, którzy są zawiedzeni jego decyzją.

„Wiadomości” TVP poświęciły Noblowi Tokarczuk 149 sekund, m.in. cytując min. Glińskiego: „Doceniam PRZEDE WSZYSTKIM język i warsztat. PEWNIE słusznie dostała nagrodę Nobla”. Minister ocenił, że Tokarczuk „zabrakło odważnego zmierzenia się z wartościami”. Zamiast „czułości” proponował „wspólnotę narodową”. Jakby głosił swoją mowę noblowską.

Wtorkowe „Wiadomości TVP” 10 grudnia 2019 zaczęły od zapowiedzi, że „Ta fuzja przyniesie korzyść obu firmom, jeśli Orlen kupi Energę”. Na materiał pt. „Kolejna Polka z nagrodą Nobla” przypadło równo 149 sekund, w tym gratulacje od prezydenta Dudy, dwuznaczna wypowiedź min. Glińskiego (patrz dalej), migawki z Nobla dla Wisławy Szymborskiej z 1996 roku, informacje o kontrowersjach z Noblem dla Austriaka Petera Handkego i o skandalu molestowania seksualnego w środowisku bliskim szwedzkiej Akademii, który sprawił, że nagrodę za 2018 rok (dla Tokarczuk) przyznano dopiero teraz. Dłuższy (183 sek.) był materiał o „Sylwestrze Marzeń z Dwójką”.

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk _”Czuły narrator” >>>

O ile list prezydenta był uprzejmy i pozbawiony podtekstów, to wypowiedź ministra kultury Piotra Glińskiego należy do gatunku tzw. gratulacji odwrotnych, których autor pragnie przy okazji polemizować, a nawet pouczyć osobę, której składa gratulacje. Minister wygłosił też krytykę wykładu noblowskiego Tokarczuk „Czuły narrator”. Jego wypowiedź stworzyła coś w rodzaju kontr-wykładu noblowskiego wyrażającego ideologię polskiej prawicy i ministra wyobrażenia o dobrej sztuce.

„Składając raz jeszcze gratulacje z okazji uhonorowania Pani Nagrodą Nobla za rok 2018, serdecznie zapraszam Panią, w dogodnym dla Pani terminie, do złożenia wizyty w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – napisał Gliński. I dodał, że będzie mu „niezwykle miło osobiście podziękować Pani za wkład w rozsławienie polskiej literatury w świecie”. Nie jest jasne, czy dla Tokarczuk wizyta u ministra też byłaby „niezwykle miła”, nie tylko zresztą z powodu wypowiedzi Glińskiego dla dziennikarzy.

W ministrze odezwały się ambicje własne i swego środowiska, dla którego Olga Tokarczuk – zadeklarowana feministka i osoba o lewicowych, progresywnych poglądach, która nie raz krytykowała prawicowe rządy w Polsce – jest trudna do przyjęcia. Podobnie jak jej pisarstwo uniwersalistyczne, podważające wszelkie, w tym narodowe, stereotypy i uproszczenia.

To sukces Polski

„To jest piękna uroczystość i piękny moment – Polska otrzymuje nagrodę Nobla, rozsławia nasz kraj, naszą kulturę na całym świecie. Jeszcze raz serdecznie gratuluję pani Oldze Tokarczuk” – mówił dziennikarzom Gliński podtrzymując interpretację sukcesu Tokarczuk, którą wyrażają wszyscy liderzy PiS. Ten wątek pojawił się także w liście prezydenta, który pisze o „polskiej wrażliwości” pisarki.

Warsztat i język są OK, a Nobel PEWNIE zasłużony

Gliński wyraził nadzieję, że jeśli pisarka przyjmie jego zaproszenie, to będzie miał „sposobność porozmawiać z Tokarczuk na te szersze tematy, które poruszała także w swojej noblowskiej mowie”. Podkreślił, że „pięknie pisze i faktycznie operuje językiem szalenie trafnym, syntetycznym. Potrafi nazywać zjawiska, nawet w tej krótkiej mowie noblowskiej to było widać”.

Uderzające, że Gliński uznał mowę Tokarczuk – równe 58 minut, bez oklasków – za „krótką”. Ciekawe, jak określiłby 33 minuty przemówienia Petera Handkego?

Dalej było gorzej:

„Doceniam przede wszystkim język i warsztat. Jest wybitnie utalentowaną osobą i dlatego pewnie słusznie dostała nagrodę Nobla”.

Taki komplement dla pisarki jest dwuznaczny, bo rodzi pytanie, czego minister nie docenia, skoro docenia przede wszystkim stronę formalną twórczości pisarki. Uderza też użycie słowa „pewnie” (słusznie), co podważa zasadność nagrody dla Tokarczuk.

Komplementy Glińskiego na temat warsztatu Tokarczuk stoją w sprzeczności z jego poprzednimi opiniami. 8 października 2019, na dwa dni przed ogłoszeniem Nobla dla Tokarczuk, przyznał  w „Kropce nad i”, że nie przeczytał ani jednej książki pisarki. „Próbowałem, nigdy nie dokończyłem” – dodał, co miało być chyba dowodem, że utwory Tokarczuk są nudne.

Znak zapytania przy nagrodzie dla Tokarczuk przypomina zaś komentarze Glińskiego tuż po ogłoszeniu decyzji szwedzkiej Akademii. TVP info mówił: „wiadomo, że z tą nagrodą Nobla w ostatnich latach jest różnie”. Odnosząc się do przyznania nagrody Dario Fo (1997) ocenił, że dają ją „i innym tam, takim literatom”.

Dodał jednak wspaniałomyślnie, że Tokarczuk „jest na pewno przez wielu uznawana za wybitną pisarkę, i tutaj nie powinniśmy podważać tego rodzaju werdyktów”.

Jak widać formuła jest wciąż ta sama: wielu ją (Tokarczuk) docenia, pewnie zasłużyła, ma dobry warsztat, nie będziemy kwestionować.

Sama czułość to za mało

„Bardzo dobrze by było, żeby ta czułość była częściej widoczna, także w naszym społeczeństwie, także w ocenach naszego życia publicznego, czy rozumienia polskiego społeczeństwa”

– komentował dalej Gliński. Znając jego liczne wypowiedzi trudno nie doszukać się w tym pretensji wobec pisarki, która nie stroni od surowych ocen rządów PiS, że nie docenia wysiłków władzy.

W wywiadzie do 300polityki w sierpniu 2019 mówił o Tokarczuk właśnie z perspektywy niedocenianego władcy: „Dobrze by było, żeby [Tokarczuk] była rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę. To zresztą przesłanie

do wszystkich polskich wybitnych artystów, którzy często używają bardzo mocnych słów i złych emocji w wypowiedziach publicznych. Nie wiem czy Tokarczuk używa, bo nie przypominam sobie, ale wiem, że wielu innych używało bardzo nieadekwatnych określeń dotyczących także ministra kultury”.

Oceniając mowę Tokarczuk Gliński zgodził się z nią, że „świat współczesny jest światem wielu problemów i kryzysów”, ale polemizował:

„Problem jest z egoizmem i zbytnim indywidualizmem, z fragmentaryzacją świata. Natomiast,

czy wystarczy to pojęcie czułości do tego, żeby przezwyciężyć te wszystkie kwestie, to mam wiele wątpliwości”.

Czułość jest niedostateczna, naiwna i maleńka

Minister rozkręcał się przechodząc do własnej prezentacji. W mowie Tokarczuk

„brakowało bardziej odważnego zmierzenia się z wartościami. Nie ma tam pojęcia dobra, nie ma pojęcia instytucji, które kształtują ludzi do wartości, pojęcia wspólnoty. To na pewno by nam pomogło.

Potrzebna jest bardziej wnikliwa diagnoza w wielu innych obszarach”. I dalej:

„Ta czułość, która tam jest definiowana jako coś więcej niż empatia, jako wyjście poza narrację jednostkową, poszukiwanie takiego czwartego punktu widzenia, jest pewnie ciekawa, ale moim zdaniem wciąż jest jeszcze niedostateczna i chyba troszeczkę naiwna”.

„Miłość, miłosierdzie to są pojęcia, które w wielkich systemach filozoficzno-światopoglądowych i religijnych funkcjonują w świecie od 2000 lat. W jakimś sensie ta czułość jest przy tym maleńka”.

Gdyby Gliński dostał Nobla, to mówiłby o polskim narodzie

„Ja na przykład widzę nadzieję w instytucjach, które budują pozytywne systemy wartości, takich jak rodzina, wspólnota na przykład narodowa, lokalna. Bo wciąż nikt nigdzie na świecie nie zastąpił dobrze funkcjonującej wspólnoty narodowej, w sensie kulturowym, dla zaspokajania wszystkich naszych potrzeb społecznych”.

Tym samym Gliński powtórzył swoją radę dla Tokarczuk,  z cytowanego wyżej wywiadu dla 300polityki, by była „rozsądną polską pisarką, która by rozumiała polskie społeczeństwo i polską wspólnotę”.

W narodowej polityce historycznej PiS Tokarczuk nie mieści się zupełnie. Skrajny temu wyraz dali radni PiS w Wałbrzychu, w reakcji na słowa pisarki, że „trzeba stanąć z własną historią twarzą w twarz i spróbować napisać ją trochę od nowa, nie ukrywając tych wszystkich strasznych rzeczy, które robiliśmy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.

Tokarczuk wychodzi z narodowych ramek

Tak zatem minister kultury powitał najwyższe możliwe polskie wyróżnienie w dziedzinie, za którą odpowiada. Zaskakująca – nawet u niego – arogancja tej przemowy nie zmienia faktu, że trafnie wskazał na zasadniczą różnicę między literaturą i osobą Olgi Tokarczuk a ideologią lansowaną przez PiS.

Doskonale tę opozycję uchwycił Per Wästberg, pisarz i członek Szwedzkiej Akademii, który we wtorek 10 grudnia 2019 wygłaszał laudację na cześć Tokarczuk. Mówił, że jej literatura:

„To nadzieja na Europę bez granic, na wiedzę. W opowieści o XVIII wiecznej Polsce widzi paralelę wobec nazizmu i stalinizmu, a nawet współczesnych populistów, którzy historię widzą jak w »chłopięcych książkach«, czyli jako opowieść o bohaterach i zdrajcach”.

Jakby czytał w myślach Glińskiego. I konkludował, że w książkach Tokarczuk: „Nie ma historii, są tylko ludzie i ich życie”.

Istotą wyrażanych publicznie poglądów pisarki, a także jej twórczości jest bowiem wyjście poza narodowy kontekst i uniwersalizacja treści. Deklarowała to wręcz jako credo swego pisarstwa: „Czego nam brakuje, to jak się zdaje, parabolicznego wymiaru opowieści.

Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych, czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się każdym i wszędzie.

Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści może utożsamić się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację, jak swoją. W paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się każdym.

W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność w literaturze jest świadectwem bezradności”.

Jak przebiegała i wyglądała w Sztokholmie ceremonia wręczania Nobla >>>

Morawiecki robi z siebie idiotę

30 List

Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla PAP udowadnia, że albo nie rozumie, czym są pytania prejudycjalne, albo udaje, że nie rozumie. Przedstawia triumfalną narrację o rzekomo korzystnym dla PiS wyroku TSUE z 19 listopada. Zaciekle broni nowej KRS i znów atakuje sędziów

Premier Mateusz Morawiecki w rozmowie z PAP przedstawił zdumiewającą interpretację wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada. Oczerniał też sędziów, którym zarzucał politykierstwo i bronienie swoich przywilejów.

Morawiecki to kolejny obok prezydenta Andrzeja Dudy, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz wiceministra sprawiedliwości Sebastiana Kalety polityk najwyższego szczebla, który nastawia opinię publiczną przeciwko sędziom stosującym się do wyroku luksemburskiego Trybunału.


Politycy i media wspierające „reformę” sądownictwa nasiliły ataki na sedziów po wyroku TSUE. W takiej sytuacji obywatelskim obowiązkiem jest okazanie solidarności z sędziami, którzy są dziś w Polsce poddawani naciskom i represjonowani za orzekanie zgodnie z literą prawa oraz stosowanie się do orzeczeń najważniejszego sądu UE.

W niedzielę 1 grudnia w calym kraju zapowiedziano demonstracje solidarnosci z sędziami. Warto wziąć w nich udział.  O godz. 16:00 w Warszawie OKO.press bedzie na proteście pod Ministerstwem Sprawiedliwości.


Sprawdzamy, jak dalece opinie premiera mijają się z faktami.

Premier w obronie neo KRS

TSUE sam nie ocenił wprost KRS, ale podał Izbie Pracy SN przekrojowe i szczegółowe kryteria oceny czy  sposób powołania KRS nie budzi „wątpliwości co do niezależności organu biorącego udział w procedurze powoływania sędziów”.

Skala i różnorodność udokumentowanych zastrzeżeń co do powołania i funkcjonowania neo KRS uprawdopodobniają, że Izba Pracy SN niebawem oceni, że KRS nie gwarantuje powoływania sędziów niezależnych w rozumieniu prawa unijnego.

Premier o organizacji sądownictwa

TSUE potwierdził, że państwa członkowskie mają kompetencje do decydowania o organizacji wymiaru sprawiedliwości, ale – co w wyroku z 19 listopada kluczowe – efekt organizacji sądownictwa musi zapewniać respektowanie niezależności i niezawisłości sędziów tak, jak je rozumie prawo unijne.

Luksemburski Trybunał w swoich wyroku pokazał związek między organizacją sądownictwa, w tym ciałami biorącymi udział w wyborze sędziów, takimi jak KRS, a niezależnością i niezawisłością sędziów.

Premier Morawiecki utrzymywał jednak, że „Trybunał powiedział też wyraźnie, że z prawa europejskiego nie wynika jeden konkretny model ustroju sądownictwa, a tym bardziej taki model z którym polska KRS byłaby niezgodna”.

Pierwsza część tej wypowiedzi jest prawdziwa: nie ma jednego modelu ustroju sądownictwa, który musi obowiązywać w całej UE. Natomiast każdy kraj musi zapewnić, aby wypracowany w nim model zapewniał prawne i rzeczywiste przestrzeganie niezależności i niezawisłości sądownictwa.

Druga część tej wypowiedzi jest fałszywa. TSUE w wyroku wymieniał, jakie kryteria trzeba wziąć pod uwagę do oceny nowej KRS. Wymienił okoliczności związane z jej powołaniem i udziałem w nim polityków, a także kwestie dotyczące funkcjonowania tego organu.

Przypomnijmy znów szczegółowe wskazania TSUE:

O niezawisłych sądach

Zapowiedź skierowania wniosku do TK po wyroku Izby Pracy SN

Morawiecki ujawnił, że rząd nie przygotuje żadnych propozycji zmian legislacyjnych w związku z wyrokiem. O nową ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa apelowała m.in. I Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf, a także byli sędziowie TK i SN, m.in. Andrzej Rzepliński, Stanisław Biernat, Wojciech Hermeliński, Ewa Łętowska, Jerzy Stępień, Andrzej Zoll i Adam Strzembosz.

Premier stwierdził za to, że wątpliwości co do konstytucyjnego umocowania organów państwa – takich jak KRS – powinien rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny, a nie sądy powszechne czy nawet Sąd Najwyższy.

To zapowiedź, że po wydaniu orzeczeń przez Izbę Pracy SN – co ma się stać przed świętami Bożego Narodzenia – do Trybunału Konstytucyjnego zostanie skierowany wniosek w sprawie KRS. Nie można wykluczyć, że kwestię nowej KRS rozstrzygnie skład TK z nowym sędziami, Stanisławem Piotrowiczem lub prof. Krystyną Pawłowicz.

„Jeśli jakiś sąd ma wątpliwości, czy organy władzy publicznej działają zgodnie z prawem polskim lub międzynarodowym, powinien zwrócić się o rozstrzygnięcie do Trybunału Konstytucyjnego. Konstytucja to nie tylko hasło na koszulce – sądy mają obowiązek jej przestrzegać.” –  mówił PAP premier Morawiecki.

W marcu 2019 roku TK w sprawie z wniosku samej nowej KRS, „zalegalizował” sposób wyboru nowej Rady. Uzasadnienie tego wyroku było „niespójne, nierzetelne, nieuczciwe intelektualnie i brakowało w nim argumentów konstytucyjnych” – komentował konstytucjonalista dr Michał Ziółkowski.

Rewizja historii rad sądownictwa

W wywiadzie dla PAP Morawiecki nawiązywał do tego wyroku TK, mówiąc, że „obecna KRS została powołana zgodnie z Konstytucją RP”. Ocenił też, że poprzednie KRS nie były powoływane zgodnie z Konstytucją, ponieważ, jego zdaniem:

  • ich członkowie wybierani byli na indywidualne kadencje,
  • KRS była niereprezentatywna, nie było w niej prawie w ogóle przedstawicieli sądów rejonowych, a więc ponad 70 procent polskich sędziów.

Premier dokonał nieuprawnionej rewizji historii Krajowej Rady Sądownictwa. Konstytucja nie mówi bowiem, czy kadencje powinny być liczone indywidualnie, czy wspólnie dla wszystkich osób zasiadających w KRS. Natomiast mówi wyraźnie, że kadencja trwa 4 lata. Przerwanie jej przed terminem stoi w sprzeczności z Konstytucją.

Konstytucja mówi również, że sędziowscy członkowie KRS są wybierani przez środowisko sędziowskie, a nie przez polityków. Niezgodność z konstytucją wyboru sędziowskich członków obecnej KRS polega na tym, że zostali oni wybrani przez parlament, czyli polityków.

Jeszcze przed 2015 rokiem, zanim PiS zaczął wprowadzać zmiany w sądach, w dyskusjach sędziów oraz debacie naukowej pojawiały się pomysły, żeby w KRS zasiadali sędziowie reprezentujący sądy różnych instancji. Dyskutowano też nad wprowadzeniem reprezentacji regionalnej.

Słowa premiera Morawieckiego, że poprzednie Rady naruszały konstytucję, ponieważ nadreprezentowani byli w nich sędziowie sądów wyższych instancji, jest nadużyciem.

Antysędziowska propaganda

Mateusz Morawiecki jest z wykształcenia historykiem, a z pasji – ekonomistą, a nie znawcą prawa europejskiego. Nie usprawiedliwia to jednak, dlaczego premier polskiego rządu, zamiast odpowiadać merytorycznie na pytania o znaczenie wyroku luksemburskiego Trybunału (pomogłaby mu w tym lektura Stanowiska 13 organizacji broniących praworządności), atakuje sędziów.

Premier kreśli wizję sędziokracji i sędziowskiej rebelii. Zapowiedział też, że za ewentualny chaos prawny po wyroku TSUE będą odpowiadać sami sędziowie.

W rozmowie z PAP mówił: „Sędziowie są powołani po to, aby przestrzegać prawa i je stosować. Może im się to prawo nie podobać, mogą być niezadowoleni, że pewne decyzje, dotyczące na przykład nominacji sędziowskich spraw dyscyplinarnych przestały być wyłączną domeną sędziowskiej korporacji – ale muszą postępować zgodnie z tymi przepisami”.

To kolejna wypowiedź polityka najwyższego szczebla sugerująca, że protesty sędziów przeciwko systemowi odpowiedzialności dyscyplinarnej i innym represjom to reakcja na odebranie „kaście” części przywilejów i wprowadzenia obiektywnych, zewnętrznych kryteriów oceny pracy sędziów.

Podobną narrację przedstawił prezydent Andrzej Duda na spotkaniu z wyborcami w Brojcach.

Wiceminister Sprawiedliwości Sebastian Kaleta bagatelizował zaś kwestie udokumentowanych represji wobec sędziów. Apel Prezesa Izby Cywilnej SN o niewyznaczanie do orzekania sędziów tej izby, którzy zostali rekomendowani przez nową KRS, skomentował słowami: „Kolejka sędziów, którzy chcą zostać męczennikami, jest bardzo długa”.

Nastawianie społeczeństwa przeciw sędziom przed wyrokiem TSUE w 2020 roku

Politycy i media sympatyzujące z większością rządzącą przygotowują już grunt przed ważnym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

W połowie 2020 roku TSUE rozstrzygnie, czy wprowadzony przez PiS system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów jest do pogodzenia z unijnymi standardami niezawisłości i niezależności sędziów. W październiku skargę do TSUE w tej sprawie złożyła Komisja Europejska.

Pytania o model dyscyplinarny Komisja zakreśliła bardzo szeroko. Zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich dr Maciej Taborowski wyjaśniał, że skarga „dotyczy bardzo wielu elementów systemu dyscyplinarnego – Izby Dyscyplinarnej SN, działalności rzeczników dyscyplinarnej, możliwości wykorzystania przepisów dyscyplinarnych do karania za treść wyroków sądowych, możliwości wszczynania postępowań dyscyplinarnych za zadawanie pytań prejudycjalnych, braku gwarancji procesowych w postępowaniu dyscyplinarnych, wywierania na sędziów efektu mrożącego oraz połączenie tego z istotnym wpływem władzy wykonawczej na system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. W skardze chodzi o strukturalne naruszenie niezawisłości sędziów przez ten wieloaspektowy, skomplikowany system odpowiedzialności dyscyplinarnej, skonstruowany za Sejmu VIII kadencji.”

TSUE rozstrzygnie m.in. kwestię sędziów Izby Dyscyplinarnej SN. W tym celu będzie musiał się wypowiedzieć o nowej KRS. Luksemburski Trybunał wyłożył kryteria tej oceny w wyroku 19 listopada.

To postępowanie ze skargi o naruszenie prawa unijnego, a nie postępowanie w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne. Oznacza to, że TSUE orzeknie, czy konkretne przepisy polskiego prawa naruszają prawo unijne. Polski rząd będzie musiał zastosować się do tego wyroku. Jeśli tego nie zrobi, TSUE może nawet nałożyć na Polskę kary finansowe.

Do ogłoszenia tego wyroku, politycy i media wspierające „reformę” sądownictwa zapewne będą nadal przedstawiać sędziów w negatywnym świetle i nastawiać część społeczeństwa przeciwko nim.

W takiej sytuacji obywatelskim obowiązkiem jest okazanie solidarności z sędziami, którzy są dziś w Polsce poddawani naciskom i represjonowani za orzekanie zgodnie z literą prawa oraz stosowanie się do orzeczeń najważniejszego sądu UE.

Warto być z sędziami w niedzielę 1 grudnia o godz. 16:00 na proteście pod Ministerstwem Sprawiedliwości.

„Będę już nie tylko sercem, ale też coraz bardziej fizycznie obecny w Polsce. Mam pewne zobowiązania, pewne pomysły. Jako szef Europejskiej Partii Ludowej będę miał obowiązki i odpowiedzialności takie ogólnoeuropejskie, ale będę miał dużo więcej czasu i wykorzystam ten czas bardzo intensywnie dla polskich spraw” – powiedział odchodzący szef Rady Europejskiej Donald Tusk. Dzisiaj kończy się jego druga kadencja na tym stanowisku.

Tusk był szefem Rady Europejskiej w latach 2014-2019. W symboliczny sposób przekazał dziś stery w Radzie byłemu belgijskiemu premierowi. Charles Michel otrzymał od Tuska dzwonek.

„Trudne, fajne, no, takie intensywne pięć lat. Rzeczywiście duże wyzwania. Jakoś daliśmy radę. Na pewno nie wszystko było idealnie. Jak porównam sobie mój pierwszy dzień i ten ostatni i to, co udało się zrobić, także dla Polski, ale przede wszystkim utrzymać UE mimo kryzysów w takiej autentycznej solidarności, to jest to na pewno powód do satysfakcji” – podsumował Tusk. Dodał, że jeśli „siedem lat premierostwa minęło jak jeden tydzień, to pięć lat w Radzie – jak jeden dzień”.

Tusk stwierdził, że nie podejrzewał, iż scenariusz jego kadencji będzie napisany przez Alfreda Hitchcocka, czyli na początek trzęsienie ziemi, a później wzrost napięcia. – „Udało się utrzymać Unię Europejską, mimo kryzysów, rzeczywiście w autentycznej solidarności. Udało się utrzymać pełną jedność i wobec Rosji, i w sprawie brexitu. Tych kryzysów można by opisać wiele, ale wszyscy mają poczucie, że Europa przetrwała je dzięki solidarności, co jest polską specjalnością, więc jestem zadowolony” – powiedział odchodzący szef Rady. Europę określił jako „najlepsze miejsce na ziemi”.

20 listopada podczas kongresu Europejskiej Partii Ludowej w Zagrzebiu Tusk został wybrany przewodniczącym tego ugrupowania. Jego trzyletnia kadencja oficjalnie rozpocznie się 1 grudnia.

„Panie Marianie niech się Pan nie martwi zawiadomieniem do prokuratury. Gdy złożył Birgfellner na JK to czekaliśmy 9 miesięcy na decyzję, a na koniec odmówili wszczęcia. Tu pewnie będzie tak samo” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Chodzi o powiadomienie przez CBA prokuratury w sprawie oświadczeń majątkowych prezesa NIK.

CBA we wniosku napisało, że podejrzewa Mariana Banasia o złożenie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.  

A Giertych ma oczywiście na myśli sprawę złożonego przez austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera zawiadomienia o możliwości popełnienia oszustwa przez Jarosława Kaczyńskiego. O decyzji podwładnych Zbigniewa Ziobry: „Prokuratura odmówiła śledztwa dot. dwóch wież Kaczyńskiego – sprawa trafi do sądu”.

Internauci w komentarzach wtórowali Giertychowi: – „Może niech tylko pójdzie na urlop i niech wpłaci cosik na Caritas i już kryształ gotowy”; – „Gdyby nasza flota była tak „pancerna” jak Marian, to byśmy panowali nawet na Morzu Południowo-Chińskim”; – „A ja mam nadzieję, że Marian będzie wpadał do więzienia przynajmniej na godzinki”; – „Duda już obiecał, że Banasia ułaskawi jeszcze przed świętami”.

Zamieszczali też wymowne w obecnej sytuacji zdjęcia, na których widać m.in. Andrzeja Dudę, ściskającego dłoń Mariana Banasia i pozującego z nim do pamiątkowej fotografii.

Nadchodzi czas, gdy wszyscy zapłacimy za politykę partii rządzącej.

Moi drodzy wielbiciele Zjednoczonej Prawicy i ci tzw. obojętni obywatelsko, mam dla Was „świetną” wiadomość. Nadchodzi czas, gdy my wszyscy, również i Wy, odczujecie na własnej skórze, piękno „dobrej zmiany”. Przed nami rok 2020 i planowanie budżetów samorządowych, które na pewno odbiją się mieszkańcom miast, miasteczek i powiatów ostrą czkawką. Koniec ze spokojną egzystencją, jaką zapewniają w miarę pełne portfele. Koniec z wiarą, że życie jest idealne na naszą kieszeń, a czego sami sobie nie załatwimy to samorządy nam dadzą i będzie super.

Niestety, to właśnie samorządy poniosą koszty obietnic PiS, a tym samym i my. Spójrzmy! Zmniejszenie stawki PIT z 18 do 17% i wprowadzenie zerowego podatku dla osób do 26 roku życia to ponad miliard zł straty dla 12 najbogatszych miast. I tak Warszawa będzie o 894,2 mln zł do tyłu, Kraków 253 mln zł, Wrocław 208,8 mln zł i Poznań 172,9 mln zł.  W sumie dwanaście polskich miast straci 2,3 mld zł. Dorzućmy do tego ok. 9,5 mld zł, które stracą samorządy w wyniku zmian w OFE. Nie zapominajmy też o zwiększeniu pensji minimalnej i niewystarczającej subwencji oświatowej, która w 2020 roku ma wynieść ok. 50 mld zł, ale według samorządowców jest zdecydowanie za niska, o wzroście cen usług budowlanych, drogowych oraz materiałów budowlanych. Drastycznym wzroście cen energii, opłat za wodę pobieraną m.in. przez wodociągi, cen za wywóz śmieci czy wreszcie wzrost kosztów pracy.

To są wyzwania, przed którymi stoją dzisiaj samorządy, opracowując budżet na 2020 rok. Co więc w tej sytuacji zrobią nasi włodarze? Zaczną ostro oszczędzać, gdzie tylko się da.

Przychody Poznania zmniejszą się o 175 mln zł, stąd mniejsze dotacje dla przedszkoli i żłobków, ograniczenie wydatków na programy dla seniorów, sport, kulturę i bieżące utrzymanie dróg oraz zieleni. Mniej pieniędzy przeznaczy się też na renowacje budynków, zostanie zawieszona część zajęć dodatkowych w szkołach, a część planowanych inwestycji, tych, na które nie ma dotacji unijnych, zostanie przesunięta w czasie. Nie będzie pieniędzy na poprawę jakości powietrza, powstanie mniej nowych dróg, chodników, parków.

W Rudzie Śląskiej cięcia dotkną promocji miasta, kultury i sportu. W Chorzowie nie rozpocznie się, tak oczekiwana, budowa stadionu Ruchu Chorzów. W Szczecinie już uchwalono maksymalny wzrost podatku od nieruchomości. Podatki lokalne planuje podwyższyć również Kraków, podobnie jak zablokować planowane wcześniej inwestycje. Burmistrz Opola Lubelskiego, w związku ze wzrostem płacy minimalnej, wypowie pracownikom pomocniczym 90 pełnoetatowych umów i zatrudni ich na 3/4 etatu, bo nie jest w stanie wypełnić zobowiązań, które wynikają ze wzrostu tej płacy. W Białymstoku już wiadomo, że zmniejszy się znacznie wydatki na promocję miasta oraz imprezy i wydarzenia kulturalne. Pabianice ograniczą częstotliwość kursów autobusów pomiędzy godzinami szczytu, w Bolesławcu zostanie przywrócony podatek od lokali mieszkalnych, a w Ustrzykach Dolnych samorząd zlikwiduje dopłatę do wody i ścieków dla mieszkańców, ograniczy zakres organizowanych wydarzeń kulturalno-sportowych, w jednostkach organizacyjnych, w szkołach oraz w urzędzie wstrzyma jakiekolwiek remonty, zakupy publikacji książkowych do bibliotek i planuje likwidację m.in. dwóch szkół. Gdzie nie spojrzymy, tam cięcia, oszczędności i walka o każdy grosz. Od Warszawy po Pcim Dolny. Od Bałtyku do Tatr. Wszędzie samorządy zaciskają ostro pasa.

Oczywiście, prezes i jego Zjednoczona Prawica pójdą w zaparte. Będą mówić, że wszystko jest super, kasy mamy jak lodu i tylko te wredne samorządy piętrzą trudności, a to przecież nic innego jak sabotaż i czysta polityka. I gdzieś tam, w zaciszu, PiS będzie zacierać rączki z radości, licząc, że gniew narodu skieruje się przeciwko włodarzom miast, miasteczek, powiatów i gmin, których sami nieopatrznie wybrali, a w efekcie w kolejnych wyborach samorządowych wygrają już tylko kolesie Kaczyńskiego.

Zanim jednak zaczniemy obrzucać samorządy kalumniami, obwiniać o zaistniały stan i wkurzać się o to, że nikt nam nie dopłaci do przedszkola, że więcej płacimy za komunikację miejską, że w parku jest brudno, a na spacerze straszą nas zdewastowane kamienice, że żyje się gorzej, że kasy brakuje, proponuję przypomnieć sobie jedno. Na prezesa i jego ugrupowanie zagłosowało ponad 8 milionów obywateli. Z kolei prawie 11 milionów w ogóle odpuściło sobie wybory, bo przecież polityka ich nie interesuje i fajnie im się żyje we własnym kokonie.

Wychodzi więc na to, że prawie 20 mln Polaków, z tych trzydziestu milionów z prawem wyborczym, postawiło na partię, która rozdaje kasę na prawo i lewo. Prawie ¾ Polaków wykazało się nieznajomością zasady, która mówi, że żeby komuś coś dać, to trzeba komuś zabrać. No i właśnie ten czas bolesnego zderzenia z rzeczywistością, jaką zafundował nam PiS, nadchodzi. Był czas rozdawania, nadszedł czas zabierania… i tyle w temacie.

Zastraszanie sędziów przez PiS jak w czasach PRL-u

27 List

„Prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej” – ogłosił Paweł Juszczyszyn, sędzia z Olsztyna, który został w trybie natychmiastowym odwołany z delegacji po tym, jak wezwał Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia KRS. Jako pierwszy zastosował się do wyroku TSUE. Łętowska: władze próbują efektu mrożącego

„Nazywam się Paweł Juszczyszyn, jestem sędzią Sądu Rejonowego w Olsztynie, do wczoraj delegowanym do orzekania w Sądzie Okręgowym w Olsztynie. W związku z odwołaniem mnie z delegacji do Sądu Okręgowego chcę podkreślić, że

prawo stron do rzetelnego procesu jest dla mnie ważniejsze od mojej sytuacji zawodowej. Sędzia nie może bać się polityków, nawet jeśli mają wpływ na jego karierę. Apeluję do koleżanek i kolegów sędziów, aby zawsze pamiętali o rocie ślubowania sędziowskiego, orzekali niezawiśle i odważnie”.

– ogłosił podczas porannej konferencji prasowej 26 listopada 2019 Paweł Juszczyszyn. Ograniczył się do tego oświadczenia, nie chciał odpowiadać na pytania.

„To było właściwe, stonowane, godne zachowanie” – mówi OKO.press prof. Ewa Łętowska.

Sędzia Juszczyszyn został w poniedziałek 25 listopada odwołany przez Ministerstwo Sprawiedliwości z delegacji. OKO.press jako pierwsze podało tę informację.

Przyczyną represji było postanowienie, które sędzia wydał 20 listopada, w którym zobowiązał Kancelarię Sejmu do przedstawienia tzw. list poparcia KRS, czyli:

  • zgłoszeń oraz wykazów obywateli i wykazów sędziów popierających kandydatów na członków KRS, którzy zostali 6 marca 2018 roku wybrani do KRS przez Sejm;
  • oświadczeń obywateli lub sędziów o wycofaniu poparcia dla tych kandydatów.

Znaczenie wyroku TSUE

Sędzia Juszczyszyn jako pierwszy w Polsce zastosował się do wyroku TSUE z 19 listopada, który orzekł, że orzekł, że Sąd Najwyższy musi ocenić m.in. czy Izba Dyscyplinarna SN jest sądem niezawisłym i niezależnym w rozumieniu prawa europejskiego. Kluczową kwestią przy badaniu tej sprawy jest także status KRS. TSUE wymienił, że  SN będzie musiał ocenić m.in. takie czynniki, jak skrócenie kadencji poprzedniego składu Rady, wybór większości obecnego składu przez władzę ustawodawczą oraz utajnienie list poparcia dla kandydatów do KRS.

Wyrok TSUE  jest istotny nie tylko dla Izby Pracy Sądu Najwyższego, która zadała Trybunałowi pytanie prejudycjalne. Zdaniem ekspertów, zgodnie z wyrokiem TSUE

każdy sąd powszechny i administracyjny w Polsce powinien odmówić stosowania tych przepisów krajowych, które skutkowałyby możliwością rozpoznania spraw sądowych przez sędziów nominowanych przez neo-KRS.

I właśnie to zrobił sędzia Juszczyszyn rozpatrując apelację w sprawie cywilnej, w której w pierwszej instancji orzekał sędzia powołany przez neo-KRS.

W poniedziałek 25 listopada zgromadzenia sędziów sądów w całej Polsce wydają uchwały w związku z wyrokiem TSUE, w których decydują o wstrzymaniu się z nominacjami i rekomendacjami sędziów do neo-KRS do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Sąd Najwyższy. Niektóre sądy jednocześnie wzywają Kancelarię Sejmu do ujawnienia list poparcia.

Wczoraj informowaliśmy o uchwale z PoznaniaGdańskaWrocławia i Białegostoku. Dołączył do nich także Sąd Apelacyjny w Krakowie.

Prof. Łętowska: Władze próbują efektu mrożącego

„Wyrok TSUE, odpowiadający na pytania prejudycjalne SN, formułuje kryteria, jakie trzeba spełnić, aby móc dopatrywać się  zagrożenia niezależności (Krajowej Rady Sądownictwa) i niezawisłości sędziów. Podkreślić trzeba (punkt 121, 125 uzasadnienia), że bierze się pod uwagę nie tylko treść przepisów, lecz także ukształtowanie praktyki organów  i okoliczności faktyczne w ich działaniu oraz oddziaływaniu na wymiar sprawiedliwości. Dotyczy to m.in. także odbioru społecznego rozstrzygnięć podejmowanych przez sędziów, którzy w każdym momencie mogą być odsunięci od sprawy lub przeniesieni do innego sądu przez arbitralne cofnięcie delegacji przez Ministra Sprawiedliwości.

Takie okoliczności jak

  • intensyfikacja działań wobec sędzi już objętej postępowaniem  dyscyplinarnym (zawieszenie jej  w czynnościach plus obniżenie jej uposażenia);
  • publiczne wypowiedzi osób reprezentujących Ministerstwo Sprawiedliwości zawierające sugestie popełnienia „ciężkiego deliktu dyscyplinarnego” przez  sędziego, który w trybie procesowym zażądał ujawnienia list poparcia co KRS;
  • wyrok dyscyplinarny z 23 listopada wobec sędzi Czubieniak

są widomym dowodem na to, że w sferze działań faktycznych rzeczywiście istnieją naciski na wymiar sprawiedliwości, obliczone na wytworzenie efektu mrożącego”.

Politycy naciskają

O tym, że Kancelaria Sejmu nie zamierza zastosować się tak łatwo do zarządzenia sądu, mówił wprost w niedzielę 24 listopada w programie „Kawa na ławę” Michał Wójcik, wiceminister sprawiedliwości:

„To jest prosta droga do anarchii. Nie może być tak, że jeden sędzia kwestionuje status innego sędziego”.

Wójcik nie tylko krytykował postępowanie sądu, ale sugerował też, że wobec sędziego należy wszcząć postępowanie dyscyplinarne.

Redakcja TVN24 zwróciła się do Centrum Informacyjnego Sejmu z prośbą o ustosunkowanie się do kwestii zarządzenia sądu. W odpowiedzi dyrektor CIS Andrzej Grzegrzółka stwierdził, że dopiero oczekują na pisemną korespondencję. Powołał się jednak również na postanowienie Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, w którym to zakazano udostępniania list poparcia do KRS.

Powołany przez PiS, najprawdopodobniej z naruszeniem ustawy, nowy prezes UODO Jan Nowak wydał postanowienie zaraz po tym, jak Naczelny Sąd Administracyjny prawomocnie orzekł, że listy mają zostać opublikowane. Postanowienie Rzecznika Praw Obywatelskich zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.

Petycja do podpisania >>>

To pierwszy taki przypadek próby zawieszenia sędziego w obowiązkach z powodu krytyki, czyli – de facto – z przyczyn politycznych. Wniosek rozpatrzy Izba Dyscyplinarna złożona z sędziów, o których TSUE w zeszłotygodniowym wyroku orzekł, że są powody, by wątpić w ich niezależność od politycznych wpływów. Sprawa jest więc wyjątkowo drastyczna.

Rzecznik Dyscyplinarny Przemysław Radzik postawił sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek z Gorzowa Wielkopolskiego zarzut naruszenia etyki sędziowskiej polegający na pomówieniu ministra Ziobry i jednego z prokuratorów. I wystąpił do Izby Dyscyplinarnej o zawieszenie sędzi w obowiązkach i obniżenie jej wynagrodzenia. Sprawa może potrwać nawet osiem lat, bo Sąd Dyscyplinarny nie ma żadnego terminu, w jakim musi osądzić. W praktyce zawieszenie może więc trwać do przedawnienia się zarzutu dyscyplinarnego, czyli właśnie lat osiem.

Wypowiedzi, za które Przemysław Radzik ściga sędzię Barańską-Małuszek, dotyczą twitterowych wpisów z sierpnia tego roku, które pojawiły się po ujawnieniu afery hejterskiej. O ministrze Ziobrze sędzia napisała, że jest ministrem, który „wyprodukował aferę” hejterską, a także, że jest „odpowiedzialny za stworzenie systemu korupcyjnego w sądach i prokuraturze uzależniającego wymiar sprawiedliwości od woli politycznej”. Zaś o prokuratorze kandydującym do SN, że „nie ma stażu i łamał prawa człowieka”.

„Oczywistym jest, że obwiniona sędzia Olimpia B.-M., bez narażenia na szwank dobra wymiaru sprawiedliwości, nie może w wiarygodny sposób wykonywać obowiązków służbowych” – napisał rzecznik Radzik w komunikacie o zawieszeniu. Nie wytłumaczył, dlaczego jest „oczywiste”, że sędzia, który skrytykował działania czy zaniechania ministra, nie może „w wiarygodny sposób wykonywać swoich obowiązków”.

Podobnej „oczywistości” rzecznicy dyscyplinarni nie dopatrzyli się w przypadku ujawnienia antysemickich wypowiedzi sędziego, członka neo-KRS Jarosława Dudzicza na twitterze w 2015 r. ( m.in. „Podły, parszywy naród, nic im się nie należy…”). Nie wpadło im do głowy odsuwać go od orzekania.

Wniosek o zawieszenie sędzi Olimpii Barańskiej-Małuszek rzecznik Radzik sporządził kilka dni po wyroku TSUE w sprawie legalności neo-KRS i Izby Dyscyplinarnej SN, gdy sądy zaczynają odmawiać współpracy z neo-KRS i podważać prawo sędziów mianowanych przez neo-KRS do orzekania. Wniosek o zawieszenie sędzi Barańskiej-Małuszek, jednej z najbardziej znanych działaczek Stowarzyszenia Iustitia, często i krytycznie wypowiadającej się w mediach na temat PiS-owskiej „reformy” sądownictwa, może być próbą zastraszenia środowiska. Takie przedłużające się zawieszenie, oprócz ukarania wydaleniem z zawodu, jest chyba najgorszym, co sędziego może spotkać. A wielu sędziów – jak sędzia Barańska-Małuszek – publicznie krytykuje ministra i sędziowskie nominacje neo-KRS-u.

Sam Przemysław Radzik potrafi się wypowiedzieć w bulwersujący sposób. Dziennikarzom TVN-u, którzy robili program o aferze hejterskiej, której był jednym z medialnych bohaterów, zapowiedział do kamery: „Tego wam nigdy nie zapomnę. Nigdy. Jako człowiek i jako sędzia. Nigdy”.

Słowa, że nie zapomni „jako sędzia”, można potraktować jako groźbę karalną – i tak też były komentowane. Być może dlatego po wyemitowaniu materiału przez TVN sędzia Radzik odwołał swoje słowa, przyznając, że się zagalopował.

Teraz dąży do odsunięcia sędzi od orzekania za krytykę ministra.

„PiS swoje obietnice spełniło i w ten sposób odnowiło polską demokrację” – przekonywał w exposé 19 listopada premier Mateusz Morawiecki. „Dziesięć krajów na całym świecie doświadcza obecnie niebezpiecznego regresu demokracji. Najpoważniejsze przypadki to Polska, Węgry, Rumunia, Serbia i Turcja” – czytamy w raporcie International IDEA z tego samego dnia

„Regres demokracji łączy się z nadużyciem władzy przez rządy, które rozbrajają system konstytucyjnych kontroli. Naruszają praworządność, by uniknąć odpowiedzialności, zawłaszczyć środki publiczne i opleść instytucje siatką protegowanych zauszników” – piszą badacze Międzynarodowego Instytutu na rzecz Demokracji i Pomocy Wyborczej w raporcie o stanie światowej demokracji w 2019 roku.

International Institute for Democracy and Electoral Assistance (w skrócie: International IDEA) to międzyrządowa organizacja utworzona w 1995 roku w Sztokholmie, posiada status obserwatora przy ONZ. Jej celem jest pomoc państwom w koordynacji procesów wyborczych, wzmacnianie udziału społeczeństwa w życiu publicznym oraz działanie na rzecz rozwoju i umacniania demokracji. Jej sekretarzem generalnym od sierpnia 2019 jest Kostarykańczyk Kevin Casas-Zamora.

Instytut co roku publikuje raport o globalnym stanie demokracji. Najnowszą edycję z 19 listopada 2019 zatytułowano „Odpowiedź na bolączki, odnowienie obietnicy”. Autorką studium przypadku Polski jest dr Magdalena Solska, politolożka i wykładowczyni na Uniwersytecie we Fryburgu.

Badacze podkreślają, że choć liczba krajów demokratycznych na całym świecie rośnie, część demokracji, zwłaszcza w Europie, jest dziś słabsza niż kiedyś.

„Bardzo trudno żyć w państwie, w którym nie ma praworządności, podziału władz i w którym nie można ufać sądom” – powiedział podczas prezentacji raportu Josep Borrell, nowy szef dyplomacji UE.

Choć Borell nie wypowiedział tego na głos, mowa między innymi o Polsce pod rządami PiS.

Polska demokracja w gorszej formie

Współczynnikami dobrze funkcjonującej demokracji zdaniem badaczy International IDEA są:

  • demokracja przedstawicielska (sprawiedliwe i powszechne wybory, wolne partie polityczne);
  • partycypacja społeczna (zaangażowanie NGO, partycypacja w wyborach, demokracja lokalna);
  • sprawiedliwa administracja (przewidywalne egzekwowanie prawa, brak korupcji);
  • kontrola rządu (skuteczny parlament, niezależne sądownictwo, uczciwe media);
  • prawa podstawowe (prawa społeczne i równość, swobody obywatelskie, prawo do sądu).

Na ich podstawie Instytut dzieli kraje na trzy rodzaje ustrojów politycznych: demokracje, reżimy hybrydowe i nie-demokracje.

Wszystkie kraje europejskie, poza Białorusią, sklasyfikowano jako demokratyczne, ale w niektórych z nich jakość demokracji słabnie.

„Europa musi mierzyć się z regresem demokracji oraz z tendencjami autorytarnymi, które przejawia część rządów w regionie. To Turcja w Europie Południowej, Węgry, Polska i Rumunia w Europie Środkowo-Wschodniej. W tych krajach obserwujemy spadki w największej liczbie współczynników. Widoczne jest znaczące, stopniowe i zaplanowane osłabianie systemu demokratycznej kontroli rządów oraz ograniczanie swobód obywatelskich” – podkreślają badacze.

„Poważny regres demokracji”

Choć Polska zaliczana jest w poczet krajów demokratycznych, badacze zwrócili uwagę, że w latach 2013-2018 doświadczyła poważnego regresu demokracji. Regres ten, to, jak podkreślają w raporcie

„odgórne i zaplanowane wyjaławianie demokratycznych instytucji za pomocą demokratycznego procesu decyzyjnego”.

„Rządzące partie w krajach takich jak Węgry, Polska i Turcja, zręcznie wykorzystały reguły demokracji, by zawłaszczyć demokratyczne instytucje (w tym parlament, sądownictwo i media) i zmieniać zasady (np. prawo wyborcze, wybór sędziów, przepisy konstytucji) w celu utrzymania bezterminowej kontroli nad tymi instytucjami” – czytamy w opracowaniu.

International IDEA podkreśla, że coraz wyraźniejsze wtrącanie się polityków w sprawy sądownictwa, uciszanie parlamentarnej opozycji, ograniczanie przestrzeni obywatelskiej i swobody mediów spowodowało wyraźny spadek w sześciu elementach składowych polskiej demokracji. Odnotowano:

  • ograniczenie swobód obywatelskich, w tym zwłaszcza swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń;
  • słabszą kontrolę rządu poprzez mniej uczciwe media, mniej niezależne sądy i mniej skuteczny parlament.

Badacze zwrócili też uwagę na kwestię równości płci. O ile wyniki krajów takich jak Chorwacja, Polska, Serbia i Turcja nie pogorszyły się dramatycznie, wyraźna i niepokojąca jest tendencja spadkowa w ostatnich pięciu latach.

„Tendencje autokratyczne”

Zdaniem autorów raportu, część partii politycznych w Europie, a zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej, przejawia tendencje autokratyczne. Jedną z nich jest PiS.

„Partie te oraz tworzone przez nie rządy opierają się na platformach ideologicznych będących kombinacją konserwatyzmu, nacjonalizmu i odrzucenia liberalnej demokracji. Typowe przykłady to Prawo i Sprawiedliwość w Polsce, Fidesz na Węgrzech i WMRO-DPMNE w Macedonii Północnej (u władzy do 2016 roku)” – piszą badacze.

W raporcie zwrócono uwagę na fakt, że te partie i rządy chętnie nazywają przeciwników politycznych „zdrajcami” i retorycznie wykluczają z narodowej wspólnoty. Kładą nacisk na narrację historyczną, ideologie natywistyczne i globalne teorie spiskowe.

„Od zdobycia władzy w 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość umacnia władzę wykonawczą i zmienia strukturę prawną i konstytucyjną tak, by poszerzać bastion swoich rządów. Aby usprawiedliwić daleko idące zmiany, PiS podkreśla rolę tradycyjnych wartości i moralność. Skupia się na redystrybucji społecznej i odrodzeniu zaufania do instytucji publicznych” – czytamy w raporcie.

Sądy, media…

Zdaniem badaczy International IDEA w Polsce dostrzegalny jest schemat działania, którego celem jest centralizacja władzy i kontrolowanie opozycji. Polska przypomina w tym inne kraje regionu, które w ostatnich latach otarły się o autorytaryzm.

„PiS przejął kontrolę nad mediami. Zmienił zasady wyboru sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Dał sobie kontrolę nad procesem nominacji sędziowskich. Partia ta obsadziła swoimi zwolennikami kluczowe stanowiska w sądach i poddała je ścisłej kontroli ministra sprawiedliwości” – piszą autorzy opracowania.

Sądy to nie wszystko. W raporcie czytamy także o powołaniu Narodowego Instytutu Wolności, w ramach którego scentralizowano finansowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego. O absurdalnych decyzjach kierownictwa Instytutu, w tym wicepremiera Piotra Glińskiego.

International IDEA przypomina o ustawach antyterrorystycznych z 2016 roku. Polski rząd dał sobie w nich prawo do nadzoru komunikacji internetowej z pominięciem nakazu sądowego. Wydłużono okres tymczasowego aresztowania, a Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego uzyskała szerszy dostęp do danych osobowych.

Na poniższych wykresach przedstawiono, jak w latach 1988-2018 ewoluowały wskaźniki swobody wypowiedzi, zrzeszania się i wolności zgromadzeń oraz kontroli nad rządem w Polsce, na tle innych krajów, Europy i świata.

Prześladowane NGO

W raporcie International IDEA zwrócono szczególną uwagę na ograniczenia narzucane organizacjom społeczeństwa obywatelskiego.

Ograniczenia te, jak zauważają badacze, często idą w parze z naruszeniami praworządności, redukcją swobód, praw podstawowych i słabszą kontrolą nad egzekutywą. „Są silnie związane z regresem demokracji m.in. w Polsce, Serbii, na Węgrzech i w Turcji” – czytamy w opracowaniu.

To np. więcej biurokracji przy rejestrowaniu nowych inicjatyw czy poszerzenie definicji tego, co uznaje się za działanie polityczne, czyli niedopuszczalne. NGO cierpią z powodu nowych praw zakazujących „obrażania” rządów i liderów politycznych. A także przez ograniczenia w wolności zgromadzeń i dostępie do finansowania.

Z badań wynika, że mniej swobody działania mają zwłaszcza NGO działające na rzecz praw człowieka, w tym praw migrantów i uchodźców, osób LGBT i mniejszości etnicznych. Wzrost znaczenia prawicowych populistów oraz mowa nienawiści, która zatacza coraz szersze kręgi, de facto ograniczyły przestrzeń obywatelską dla przedstawicieli tych mniejszości.

A organizacje, które ich bronią, stały się obiektem ataków także przestawicieli partii politycznych.

Jak podkreślają badacze tendencję tę widać w całej Europie. Także w krajach, w których dotąd władze wspierały społeczeństwo obywatelskie takich jak np. Austria, Holandia i Wielka Brytania.

Nowy ład w Europie?

Z raportu International IDEA wynika, że polskie „reformy” to nie tylko specyfika kraju nad Wisłą, a fenomen ogólnoeuropejski.

W wielu krajach starego kontynentu rośnie popularność „demokracji nieliberalnej”, polaryzacja społeczeństw i rozczarowanie partiami politycznego mainstreamu. Główne powody? Jest ich wiele, ale kluczowy wydaje się lęk przed globalizacją i rozwojem technologicznym, które uwypuklają nierówności oraz bezbronność wobec kaprysów gospodarki. I zagrażają tradycyjnym wartościom.

„Część partii politycznych wykorzystuje te lęki, dając proste odpowiedzi na skomplikowane pytania. […] To klimat polityczny, w którym ochronie mniejszości i głoszonych przez nie poglądów przeciwstawiany jest wyraźny lęk, że to wartości wyznawane przez większość są zagrożone” – napisano w raporcie.

Takie historie znają nie tylko Polska i Węgry, ale także Austria i Włochy, gdzie do władzy doszły partie o profilu skrajnie prawicowym – FPÖ i Liga.

Jednocześnie obywatele i obywatelki okopują się we wrogich obozach, przede wszystkim politycznych. Coraz częściej tracą kontakt także na poziomie społeczno-kulturowym i konsumują inne treści medialne.

Jest jednak nadzieja – także dla Polski. Badacze wskazują na pozytywne przykłady Armenii i Macedonii Północnej, w których widać demokratycznie ożywienie i pierwsze oznaki zatrzymania regresu demokracji.

Demokracja na świecie

Badacze przyjrzeli się stanowi demokracji z perspektywy globalnej. Odnotowali szereg pozytywnych tendencji:

  • liczba krajów demokratycznych rośnie, dziś jest ich 97, czyli 62 proc., w 1975 roku było to zaledwie 26 proc.;
  • w demokracjach żyje ponad połowa ludności na świecie (57 proc., w porównaniu do 36 proc. w 1975);
  • demokracji domagają się społeczeństwa krajów, które nigdy nie doświadczyły rządów w pełni demokratycznych, np. w Armenii, Malezji, Algierii, Egipcie czy Sudanie;
  • pierwsze oznaki demokratycznych reform w krajach niedemokratycznych, np. w Etiopii;
  • aż 81 proc. z 97 światowych demokracji jest stabilna.

Ale raport International IDEA zawiera też listę ostrzeżeń:

  • choć liczba państw demokratycznych rośnie, jakość demokracji słabnie;
  • mamy coraz więcej krajów, w których niedawne demokratyczne przemiany są odwracane; demokracje są kruche zwłaszcza w Afryce;
  • krajów, które doświadczają erozji demokracji, jest dziś dwa razy więcej niż 10 lat temu;
  • erozja widoczna jest w ponad połowie państw w Ameryki Północnej (w tym w Stanach Zjednoczonych), Europy oraz regionu Azji i Pacyfiku oraz w nieco mniej niż połowie krajów Afryki oraz Ameryki Łacińskiej i Karaibów;
  • rośnie też liczba krajów przejawiających regres demokracji, w których władza rozmontowuje mechanizmy kontroli i ogranicza swobody obywatelskie – jest ich dziś 10 (w tym Polska);
  • najpoważniejszym przypadkiem regresu jest Wenezuela, która z kraju demokratycznego przekształciła się w nie-demokrację;
  • przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego kurczy się na całym świecie i we wszystkich rodzajach rządów;
  • rośnie liczba reżimów hybrydowych, wśród których 71 proc. nigdy nie było demokracjami;
  • osiągnięcie parytetu kobiet i mężczyzn w parlamentach przy obecnym tempie potrwa jeszcze kolejnych 46 lat.

Prezes Kaczyński lubi spotkania w mediach mu przychylnych a teraz, im bliżej wyborów prezydenckich, jego aktywność wzrasta. Ostatnio udzielił wywiadu „Gazecie Polskiej”, w którym odniósł się do Stanisława Piotrowicza i reelekcji Andrzeja Dudy.

Kaczyński nie ukrywa, że po zgłoszeniu kandydatur Piotrowicza i Pawłowicz do TK, spodziewał się ostrego ataku na nich, ale nie zamierza wierzyć w te kłamstwa, głoszone przez nieprzychylne PiS-owi media. Nagonka na Piotrowicza to nic innego jak rodzaj zemsty za przeprowadzenie przez niego reformy sądownictwa, a zarzuty związane z pełnieniem funkcji prokuratora w stanie wojennym, są bezzasadne. Fakt, był w „PZPR, ale należał do tej grupy prokuratorów i sędziów, którzy starali się maksymalnie łagodzić represje”.

Kaczyński nie ukrywa, że jest przekonany, iż „Stanisław Piotrowicz jest zły, ponieważ nie jest po „właściwej stronie” i jednocześnie przypomina, że ci, z tej drugiej strony „z honorami żegnali Wojciecha Jaruzelskiego, oni wysłali do Parlamentu Europejskiego całą ekipę PZPR na czele z Leszkiem Millerem, członkiem Biura Politycznego i sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii (…) Ale Leszek Miller, Włodzimierz Cimoszewicz aktywista partyjny i Danuta Huebner, która miała podobną przeszłość – są dla nich dobrzy”.

W rozmowie padły też ciepłe słowa dotyczące Andrzeja Dudy.  Prezes wspominał początki jego kampanii wyborczej, które nie były zbyt optymistyczne, jego trudną drogę do zwycięstwa i przyznał, że, według niego, „Andrzej Duda ma tak duże szanse na reelekcję, iż niespecjalnie chcę rozważać sytuację, że przegra”.

Trudno się z nim nie zgodzić, gdy obserwuje się stoicki spokój partii opozycyjnych, którym wydaje się, że mają mnóstwo czasu do wyborów i jakoś się zorganizują, zdążą, przekonają Polaków do swojego kandydata, którego wciąż nie ma.

Kaczyński, seks i Ciemnogród. Sisiorki i piczki

16 Paźdź

W normalnym państwie można by taki pomysł obśmiać. Ale PiS ze środowisk postulujących taką edukację zrobił wroga publicznego, niszczycieli polskiej rodziny, deprawatorów dzieci i nihilistów.

To do nich wołał prezes Kaczyński: „Ręce precz od naszych dzieci”. To także ich miał na myśli abp Jędraszewski, głosząc o „tęczowej zarazie”. W takiej sytuacji można się spodziewać, że obywatelska inicjatywa mająca błogosławieństwo Kościoła zostanie przez parlament uchwalona. Będziemy wtedy chyba jedynym krajem w Europie i ewenementem na skalę światową, gdzie edukacja seksualna nie tylko nie jest w szkołach wykładana, ale jest zakazana i karana więzieniem.

Nauczanie seksualne jako przestępstwo

Na wznowionym po wyborach posiedzeniu Sejmu jednym z punktów było pierwsze czytanie projektu obywatelskiej inicjatywy Stop Pedofilii, który wprowadza do kodeksu karnego nowe przestępstwo: nauczania seksualnego. Przepis ma brzmieć tak: „Kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Uzasadnienie projektu wprost mówi o edukacji w szkole: „Proponowana zmiana zapewni prawną ochronę dzieci i młodzieży przed deprawacją seksualną i demoralizacją, która rozwija się w niebezpiecznym tempie i dotyka tysięcy najmłodszych Polaków za pośrednictwem tzw. edukacji seksualnej. Odpowiedzialne za »edukację« seksualną środowiska wchodzą do kolejnych placówek oświatowych w Polsce, rozbudzając dzieci seksualnie oraz promując wśród uczniów homoseksualizm, masturbację i inne czynności seksualne”.

Dalej autorzy powołują się na słynną już, lansowaną przez PiS i Kościół po podpisaniu przez prezydenta Warszawy Deklaracji LGBT plus, interpretację Standardów Edukacji Seksualnej WHO, że od czwartego roku życia należy prowadzić naukę masturbacji.

Jak przeciwnicy edukacji seksualnej widzą świat

W uzasadnieniu projektu uderza przede wszystkim przerażający opis współczesności, pełnej zagrożeń dla dzieci i rodziny, gdzie seksualność człowieka służy do zniszczenia obecnego porządku i jest narzędziem sił ciemności walczących o dusze i ciała. Przerażający jest obraz dziewczynek wpychających sobie do pochwy ostre przedmioty lub masturbujących się tak intensywnie, że ich „łona” stają się sine. Przyczyną takich zachowań jest, oczywiście, edukacja seksualna. Także prowadzona przez rodziców, którzy nie reagują właściwie (czyli zakazami i zawstydzaniem) na masturbowanie się przez dzieci.

Nie dziwię się przerażeniu i determinacji ludzi, którzy tak widząc świat, napisali ten projekt, ani tym, którzy go podpisali. Ta wizja jest w istocie koszmarna. Mało tego, uzasadnienie projektu przywołuje dowody, przykłady z życia na to, że edukatorami seksualnymi są pedofile, którzy w ten sposób rekrutują swoje ofiary.

„Benjamin Levin był wiceministrem edukacji kanadyjskiej prowincji Ontario i doradcą premier Ontario Kathleen Wynne, lesbijki i działaczki LGBT. Pod ich kierownictwem napisano program »edukacji« seksualnej dla dzieci, w ramach którego uczniowie mieli opanować takie tematy jak masturbacja, stosunek analny, seks oralny, nawilżanie pochwy i homoseksualizm. Gdy program wprowadzano do szkół, Benjamin Levin został aresztowany przez policję. W jego domu znaleziono dziecięcą pornografię. Levin był bardzo aktywny na pedofilskich stronach internetowych, gdzie jako ekspert z zakresu »edukacji« seksualnej »doradzał« innym pedofilom. Udzielał instrukcji, jak przygotować dzieci na seks i jakich technik manipulacji użyć, aby obejść naturalne u dzieci blokady i zahamowania”.

Ta historia jest prawdziwa, tyle że jednostkowa – takich mogą być na świecie może dziesiątki, ale nie dziesiątki tysięcy. Tymczasem – jak pokazują doświadczenia wielu krajów, które zdobyły się na uczciwe potraktowanie tematu – pedofilia duchownych i ukrywanie jej przez kościelną hierarchię, łącznie z Watykanem, to zjawisko masowe, a nie jednostkowe. Ale to samo środowisko, które chce karalności edukacji seksualnej, nie przyjmuje do wiadomości zagrożenia ze strony księży (a precyzyjniej mówiąc: zagrożenia polegającego na przedkładaniu przez Kościół interesu tych księży i Kościoła nad dobro dzieci).

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”

Argumenty przeciwników edukacji seksualnej

Kolejny przykład, który dowodzi, że dzieciom grozi poważne niebezpieczeństwo ze strony edukatorów seksualnych, to organizacja LGBT Youth Scotland. Podobno miała prowadzić zajęcia w szkołach (nie znalazłam potwierdzenia – szkoliła, owszem, ale fachowców), a jej szef James Rennie został skazany na dożywocie za wielokrotne molestowanie dziecka znajomych. Rzeczywiście, został skazany, ale czy dowodzi to pedofilskiego charakteru organizacji? Czy to, że były prezes fundacji Nie lękajcie się oszukał jedną z podopiecznych, wyłudzając od niej pieniądze, oznacza, że problem pomocy ofiarom księży pedofilów jest wymyślony? I że unieważnia dorobek fundacji w sprawie udzielania pomocy i nagłaśniania problemu?

Dalej czytamy, że edukacja seksualna prowadzi do legalizacji adopcji przez pary jednopłciowe, a to do wykorzystywania seksualnego adoptowanych dzieci. Tu autorzy projektu opisują parę australijskich gejów, Petera Truonga i Marka Newtona, którym matka surogatka urodziła dziecko, a oni je seksualnie wykorzystywali. Znowu: historia prawdziwa, tyle że w Australii (i nie tylko) są tysiące przypadków takich „adopcji”, a tak patologiczny okazał się jeden. 90 proc. dzieci wykorzystywanych jest w rodzinach heteroseksualnych. Zaś jeśli już pozostać przy przykładzie Australii, to znacznie większym echem odbiło się tam skazanie za pedofilię abp. George′a Pella, metropolity Melbourne, gdzie przy okazji ujawniono skalę pedofilii w Kościele i system ukrywania problemu.

Uzasadnienie projektu wiąże edukację seksualną nie tylko z masturbacją, ale też z uzależnieniem od pornografii. Kwestia punktu widzenia, bo równie dobrze można powiedzieć, że uzależnienie od pornografii jest efektem braku edukacji seksualnej, braku otwartej rozmowy na temat seksu i wychowania przez zawstydzanie.

Uzależnienie od pornografii to choroba

Deprawacja czai się wszędzie

Ściganie edukacji seksualnej jest, zdaniem autorów projektu, konieczne dlatego, że owa edukacja – czyli deprawacja – czai się wszędzie, używając rozmaitego kamuflażu: „Tematy inspirowane Standardami Edukacji Seksualnej w Europie pojawiają się w polskich szkołach między innymi w trakcie lekcji, apeli, zajęć i warsztatów na takie tematy jak: edukacja seksualna, antykoncepcja, profilaktyka ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS), dojrzewanie i dorastanie, równość, tolerancja, różnorodność, przeciwdziałanie dyskryminacji i wykluczeniu, przeciwdziałanie przemocy, homofobia, tożsamość płciowa, gender. Tematyka o charakterze deprawacji seksualnej pojawia się również w trakcie wyjść pozaszkolnych, m.in. na pokazy filmów, sztuk teatralnych oraz wycieczek do siedzib stowarzyszeń, fundacji i organizacji zajmujących się tematyką »edukacji« seksualnej. Zamieszanie i dezorientację potęguje fakt, iż »edukatorzy« seksualni zakładają w Polsce liczne stowarzyszenia i fundacje o pozytywnie brzmiących nazwach, które dobrze się kojarzą i nie budzą podejrzeń. Podają się za wychowawców, psychologów i pedagogów, którzy w swojej ofercie mają przeprowadzanie ciekawych zajęć na terenie szkoły lub przedszkola. Często legitymują się dyplomami wyższych uczelni lub zaświadczeniami o ukończeniu kursów na temat wychowania i edukacji. W rezultacie zarówno rodzicom, jak i nauczycielom ciężko jest rozpoznać zagrożenie i podjąć adekwatne działania”.

Przypomina mi się koniec lat 90. i wzmożenie pod hasłem walki z „sektami” – sekty widziano ukryte m.in. w kursach angielskiego, jogi i medytacji, w rozmaitych terapeutycznych metodach pracy z ciałem, a także w wegetarianizmie nazywanym „wyniszczającą dietą”.

Na koniec autorzy przekonują, że zakaz edukacji seksualnej realizuje ochronę praw dziecka, w tym ochronę jego prywatności i wolności od demoralizacji. A także broni praw rodziców do wychowania dzieci w zgodzie z własnym światopoglądem.

Edukacja seksualna i standardy WHO. Czy jest się czego bać?

Co z wychowaniem w zgodzie z poglądami

Jeśli uchwalone zostanie prawo, w założeniu którego edukację seksualną uznaje się za demoralizację, to spokojnie można sobie wyobrazić odbieranie czy ograniczanie władzy rodzicielskiej z powodu demoralizacji przez edukację seksualną. Zdarzało się, że sądy orzekały ograniczanie praw rodzicielskich z powodu diety wegetariańskiej i to bynajmniej nie z powodu stwierdzenia u dziecka niedożywienia. A więc prawo rodziców do wychowania dziecka w zgodzie z własnym światopoglądem nie byłoby wspierane, ale zagrożone. A naruszone będzie wprost, jeśli np. rodzice poślą dziecko do społecznego lub prywatnego przedszkola czy szkoły, gdzie będzie edukacja seksualna. Taka placówka mogłaby bowiem zostać decyzją kuratora (podlegającego ministerstwu edukacji) zamknięta, a dyrekcja i nauczyciel – skazani.

Można to wszystko obśmiać. Można współczuć autorom życia w wyobrażonym świecie opresji. Ale można sobie spokojnie wyobrazić, że to prawo zostanie uchwalone. A wtedy realnie znajdziemy się w opresji.

Edukacja seksualna według katolickich ortodoksów

>>>

Niezłe zamieszanie w sieci wywołało zdjęcie, które jedna z internautek opatrzyła takim podpisem: – „Nostalgicznie…. Białystok, końcówka lat 70-tych. Przyszły naczelnik Polski wybiera się na pochód pierwszomajowy (od Marek Skwarski fb)”. – „Kaczyński od roku akademickiego 1976/77 był przez kilka lat adiunktem w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego. To by się zgadzało” – skomentował ktoś inny.

I nawet jeśli to tylko żart, to fotografia stała się dla internautów inspiracją do wielu komentarzy. – „Oczywiście; symbolicznie stał półkroczek z tylu podkreślając tym samym osobista pogardę”; – „Ech… jak ten czas leci. Toż to już 50 lat jak walczy z komuną… I ta walka była i jest tak zacięta, że nawet nie pozwoliła mu znaleźć normalnego zatrudnienia…”; – „Jarek w każdym systemie potrafi się ustawić. III RP głównie ze względów ambicjonalnych i osobistych bardzo go uwierała. PRL to taka arkadia młodości i miłości. On PRL kochał, ale na użytek wyborców, twierdzi że nienawidził”; – „Jaśniejące Słońce XXI wieku, Wieczny Marszałek, Król Porannej Gwiazdy, Wskazujący Drogę Promieniowi Słońca”.

– „Maszerując z czerwoną kokardą na pochodzie z okazji 1 Maja nasz najdroższy przywódca wykonywał misję Wallenroda odstraszając innych swoim płaszczem. To był element jego ukrytej, ale skutecznej walki z komunizmem” – podsumował na Twitterze Roman Giertych.

Internauci komentowali też szczegóły garderoby Kaczyńskiego: – „Ten płaszczyk taki chińsko-północnokoreański. Jakby żywcem ściągnięty z Przewodniczącego Mao lub szlachetnych pleców Umiłowanego Przywódcy”; – „On od zawsze chodził w ubraniach o kilka numerów większych?”; – „O, już wówczas miał słabość do butów”.

Pojawił się też wątek innego „zasłużonego” w walce z komuną: – „Podobnie jak Piotrowicz, on też będąc prokuratorem pomagał Solidarności”. „Piotrowicz i Krynicka nie mają sobie nic do zarzucenia. „Przeszłość mam piękną, przysłużyłem się Polsce”.

Po przejęciu przez opozycję Senatu dotychczasowy marszałek Stanisław Karczewski w niedługim czasie przestanie nim być. A to oznacza na przykład, że będzie musiał wyprowadzić się z zajmowanej przez niego w Warszawie połowy wilii przy ul. Parkowej, której wynajęcie kosztuje nas podatników prawie 6 tys. zł miesięcznie.

W sieci pojawiło się nagranie, na którym widać, jak obywatele w „czynie społecznym” postanowili pomóc marszałkowi Karczewskiemu w wyprowadzce. „Lotna brygada opozycji” stawiła się przed bramą willi przy Parkowej. Działacze przynieśli kartony oraz drabinkę, żeby mógł zdjąć obraz ze ściany.

Portret Karczewskiego niezbędny dla „dobrego funkcjonowania państwa”.

– „Panie hrabio Karczewski! Pan nie zapomni zabrać portretu za 7.700 złotych polskich z pałaców senackich! Szkoda by się zmarnował” – radził jeden z internautów.

Internauci mieli też inne rady dla Karczewskiego: – „I może popracuje na jakimś SORze dla idei. Lekarzy brakuje w Ojczyźnie naszej przecież…”. Jak pamiętamy, Karczewski „radził” protestującym młodym lekarzom rezydentom, żeby pracowali dla idei.

Posłanka PO Izabela Leszczyna przypomniała o jeszcze jednej sprawie. – „Pan marszałek Karczewski nie rozliczył jeszcze usług gastronomicznych z willi przy ul. Parkowej, do korzystania z których nie przyznał się, wmawiając nam, że sam kupuje bułki dla Żony” – napisała na Twitterze. A chodzi o doniesienia medialne, z których wynikało, że marszałek z budżetu Kancelarii Senatu miał wydać ponad 300 tys. na „greckie frykasy”.

Spójrzmy szerzej i głębiej. Wynik tych wyborów może zacząć powoli zmieniać scenę polityczną w Polsce. Wzrośnie znaczenie nowoczesnej Lewicy, jej aspiracji, odważnej artykulacji problemów i chęci prawdziwej walki o nowe prawa, rozwiązania oraz przyszłość, na miarę wyzwań roku 2030/2040. Ważne – by zachować demokratyczną otwartość na dyskusję i nie zajechać się na śmierć nieadekwatnymi już dziś niektórymi spojrzeniami na świat.

PSL ma szanse przeobrazić siebie w ugrupowanie centrowe, z nowoczesnym rozumieniem konserwatyzmu, osadzone w miastach i wśród liderów w końcu emancypującej się wsi. Ale musi też pamiętać, że kluczem do politycznych celów jest utrzymywanie siły i sprawności całego obozu demokratycznego, który w tej kadencji znalazł się w Sejmie, i głównie w Senacie. Na razie widać niedobre napięcia dotyczące przywództwa w Senacie – co szczerze mówiąc może przekreślić szanse tej Izby na udział w odnowie demokratycznej Polski.

PiS pozostanie partią wspólnoty czujących kiedyś swoje przegrane, dumę ze spowolnienia procesu zmian, silnie tożsamościowo osadzoną w przeszłości.

Koalicja Obywatelska, jeśli nie zmieni wizerunku, programu i przywództwa – stanie się po 20 latach od powstania Platformy odpływającym w niebyt kontynentem. Najlepsze w jej kampanii były kobiety i Małgosia Kidawa-Błońska, ale to na przyszłość może nie wystarczyć.

Wynik tych wyborów utrwalił polaryzację w Polsce – i to jest największe wyzwanie.

Nie chodzi o to, by dezawuować którąkolwiek ze stron. Ale zrozumieć, iż polaryzacja w takiej skali zabija szanse rozwojowe Polski. Jeżeli po jednej stronie trwa rewolucja narodowo-katolicka małych miast i wsi (w symbolicznym, choć nie tylko ujęciu), której celem jest leczenie po-transformacyjnych cierpień i doświadczeń związanych z utratą busoli oraz poczucia pewności i stabilności, bolesnością zbyt szybkich zmian (i nie chodzi o powiedzenie, że one były niepotrzebne – były niezbędne) – to rewolucja spowolnienia, zatrzymania procesów, także np. zmian obyczajowych będzie dalej kontynuowana. A socjalne rozdawnictwo jest tej rewolucji nie tylko ozdobą, nagrodą, ale i paliwem.

 

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego będzie trwała. Ludzie żyjący w tym świecie są i będą Polsce potrzebni. Dziś ufają Prezesowi, telewizji państwowo-propagandowej i proboszczom. Czy tak musi być zawsze….

Co więc można zrobić – wśród tych, którzy zbudowali sukces Polski po 1989 roku, którzy stali się pracowitymi nosicielami sukcesu (to ludzie różnych grup społecznych i dochodów, też nie zawsze przez te 30 lat doceniani), dla których tożsamościowym symbolem jest równocześnie flaga europejska i polska, którzy uczą się żywego uczestnictwa w codziennej demokracji, którzy wygenerowali wielki po 2015 zryw obywatelskiego oporu, a teraz mówią, że potrzebna im będzie odporność ?

Nie mogą się zniechęcić i odpuścić.

Ale partie polityczne muszą stać się ich partnerami, a nie fałszywymi ojcami chrzestnymi. Partie, jeśli chcą odnowić demokrację – muszą same stać się demokratyczne, bo nie są. Muszą uczyć się, jak obywatele mogą uzupełniać politykę, bo to obywatele są źródłem wiedzy władz i administracji. Wtedy będzie szansa na odnowienie demokracji. A o to dzisiaj chodzi, a nie już tylko o prostą obronę demokracji. Lata ostatnie nauczyły nas, część z nas – szacunku dla Konstytucji, jakiego w historii Polski nigdy na taką skalę nie było. Więc rozsiewajmy tę wartość dalej.

Ta strona spolaryzowanego świata polskiego musi się odnowić. Ale przede wszystkim musi się otworzyć na potencjał rozmowy z tą Polską, która stoi koło sklepu wiejskiego, jest obecna w aktywności kół gospodyń wiejskich, jeszcze stara się spotykać wokół Orlików, walczy o drogę i szkołę gminną, czy średnią szkołę zawodową i dobry szpital w powiecie.

Tam trzeba być na co dzień i siać wartość rozmowy, wysłuchiwania się wzajemnego, ale też i może wspólnego rozwiązywania wspólnych problemów, małych problemów.
Tam trzeba być i żyć. Ale nie w formie odwiedzin, by strzelić sobie fotkę z bazarku. Tylko z zadaniem i poczuciem sensu budowy wspólnej tożsamości – przez małe kina, małe lokalne radia internetowe, dostępność sieci w każdej zagrodzie i uczestnictwo w Internecie, aktywność domów kultury. Ktoś powie – utopia. Nie da się, nie odzyskamy tej Polski.

Pewnie, że to nie jest łatwe. Partyjniacy tego nie zrobią. Ale obywatele z samorządowcami – tak. A partie muszą zacząć nadążać. Wektor się musi zmienić – to machiny partyjne muszą zacząć nadążać za społecznościami, a nie na odwrót.

To zajmie czas – jak kluby Gazety Polskiej, które potrzebowały 10 co najmniej lat, a Radio Maryja prawie 25, by budować swoistą i swoją tkankę społeczną.

Dlaczego to jest potrzebne, dlaczego należy pochylić się nad ludźmi oraz razem zresztą z nimi samymi nad sobą ! By osłabić dawne lęki transformacyjne… i zacząć odbudowywać demokratyczną tkankę społeczną oraz wiarygodność świata przyszłości.

Bo w świecie, w cywilizacji idą takie czasy, że zmiany będą musiały zachodzić coraz szybciej – przyjdzie konieczność turbotransformacji.

I jeśli chcemy świadomie ją wykorzystać ( zamienić niepewności na szanse), bez błędów, z których lekcję z przeszłości powinniśmy wyciągnąć – to trzeba iść do przodu mądrze i z ludźmi, a nie przeciw nim.

A jakie to wyzwania niesie świat, które musimy w Polsce naprawdę usłyszeć, by nie spaść na margines Historii ?

To potrzeba odnowienia ładu demokratycznego w jego nowej, sprawiedliwej wersji. To potrzeba naprawdę poważnej odpowiedzi na rewolucję cyfrową i nie odpuszczenia kontroli człowieka nad technologiami. To konieczność radykalnego odwrócenia zabójczych trendów w środowisku, które zabiją człowieka i mogą zniszczyć Ziemię. To wreszcie konieczność odbudowania ładu demograficznego, a przynajmniej osłabienia zagrożeń w tej dziedzinie, co wymaga innego podejścia do współpracy między pokoleniami oraz otwarcia w mądry sposób na migracje.

No, to startujemy !

Przejęcie Senatu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji. Do jej pełnej formy potrzebny jest jeszcze opozycyjny prezydent. Była wicemarszałek Sejmu ma największe szanse w starciu z Andrzejem Dudą.

Zdobycie 408 766 głosów i najwyższy wynik wyborczy to nie czysta statystyka, tylko realna decyzja indywidualnych ludzi, którzy postawili na Małgorzatę Kidawę-Błońską. W tym sensie jest ona drugim obok Jarosława Kaczyńskiego zwycięzcą wyborów. Jarosław Kaczyński wygrał Sejm. Wygrał mocą swojego autorytetu. Ale zabrakło tego autorytetu na Senat. W tym sensie Senat wygrał Grzegorz Schetyna, bo nie byłoby formalnej czy niedopowiedzianej koalicji senackiej, gdyby nie lider Platformy Obywatelskiej.

Ale oderwijmy się na chwilę od personaliów. Wynik wyborczy powoduje wyłom w systemie monowładzy Prawa i Sprawiedliwości. Nie przeceniając ustrojowej roli Senatu, sam fakt przejęcia wyższej izby parlamentu przez opozycję oznacza powrót Polski na ścieżkę kohabitacji, o czym pisałem już na łamach „Plusa Minusa na wybory”. A kohabitacja odzwierciedla ducha naszego systemu konstytucyjnego i chroni państwo przed pokusą nadmiernej dominacji i autokratyzmu. Dziś wiemy, że pojawiła się szansa, by niezależny Senat uczestniczył w poprawianiu jakości legislacji, czynnym obsadzaniu stanowisk państwowych czy rozliczaniu instytucji, których sprawozdania mocą konstytucji akceptuje.

Ale niezależny Senat to nie jest pełna forma kohabitacji. Pełna – to niereprezentujący monopartii władzy prezydent. Czy pierwszy obywatel Andrzej Duda spełnia to kryterium? Jeśli będzie startował z poparciem partii rządzącej, to nie. Jedynym więc wyjściem dla opozycji jest prezydent wywodzący się z jej szeregów. A tu mamy praktycznie dwie kandydatury. Były premier i aktualny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk i liderka wyników wyborczych Małgorzata Kidawa-Błońska. Oboje mają zalety, ale nie mam wątpliwości, że to właśnie była wicemarszałek Sejmu ma większe szanse. Po pierwsze, po wyborach parlamentarnych ma wysoką rozpoznawalność i realny mandat demokratyczny, podobny do tego, jaki niedawno miała wybrana do Parlamentu Europejskiego z gigantycznym, półmilionowym, poparciem Beata Szydło. Po drugie, MKB, w przeciwieństwie do wiecznie hamletyzującego Donalda Tuska, może wystartować z kampanią już jutro, a nie w grudniu, co byłoby możliwe w wypadku przewodniczącego Rady Europejskiej. A data startu kampanii jest kluczowa. Prawo i Sprawiedliwość zaczęło ją dzień po wyborach. Zatem i opozycja nie powinna się ociągać.

Po trzecie i najważniejsze, MKB jest dużo trudniejsza do „ustrzelenia” przez przeciwników niż „czarny Piotruś” z politycznej narracji PiS – były lider Platformy. Tusk jest i zawsze będzie obciążony nie tylko swoim sukcesem, ale też błędami. Nie wydaje się, że w kampanii mógłby się wyzwolić z negatywnego wizerunku, jakim obciążali go przez lata przeciwnicy. I sprawa ostatnia. W drugiej turze wyborów prezydenckich (w pierwszej pewnie konkurować będą również Władysław Kosiniak-Kamysz i Robert Biedroń) sukces kandydata opozycji będzie możliwy tylko z poparciem wszystkich formacji kontestujących kandydata PiS, a do tej roli zdecydowanie bardziej nadaje się MKB niż Donald Tusk. I to właściwie tyle, prócz pełnej świadomości tego, że MKB ma jako kandydat pewne słabości. Są jednak moim zdaniem do pokonania, kiedy otoczy się ją sztabem profesjonalistów i dobrze zaplanuje kampanię. Bez wątpienia mają szanse wygrać jej atuty. Jeśli oczywiście kampania zacznie się dostatecznie szybko i będzie, co nawet w PO jest możliwe, pełna wigoru i profesjonalna.

Te wybory to dopiero wstęp. W niedzielę wieczorem Lewica zaczęła rozbieg do najważniejszego skoku, który wykona za cztery lata.

Jeszcze w wakacje nie było wiadomo, czy w Sejmie IX kadencji znajdzie się w ogóle lewicowa reprezentacja. Dziś Lewica zjednoczona na listach SLD wraca do parlamentu z dwucyfrowym wynikiem jako trzecia siła polityczna w kraju. Jeden z jej liderów Adrian Zandberg w kluczowym stołecznym okręgu osiąga rewelacyjny wynik 137 tysięcy głosów.

PiS i Koalicja Europejska powtarzały w tej kampanii, że to najważniejsze wybory od 1989 roku. Dla Lewicy jednak najważniejsze będą nie te, ale następne. W tych pokazała, że ciągle liczy się jako istotna polityczna siła. W przyszłych pokaże, czy jest w stanie podjąć realną walkę o udział we władzy i przekształcenie kraju zgodnie z własnymi wartościami i poglądami. W niedzielę wieczorem Lewica tyleż zamknęła kampanię, co rozpoczęła rozbieg do nowej – do kluczowego dla własnej przyszłości skoku.

Jakie ma szanse, by odnieść sukces? Na jej korzyść przemawia kilka aktywów, choć jednocześnie będzie musiała wykonać dużo pracy, by poradzić sobie z już dziś widocznymi ograniczeniami jej potencjalnego wzrostu.

Aktywa Lewicy: ludzie i słabość rywali

Na pewno zasobem jest to, kogo Lewica wprowadziła do parlamentu. Do Sejmu wchodzi wyrazista reprezentacja pokolenia trzydziesto- i czterdziestolatków, grupa świetnie wykształconych ludzi, sprawnie posługujących się językiem nowoczesnej Lewicy. Do tej pory działali poza parlamentem: w trzecim sektorze, akademii, ruchach społecznych, samorządzie. Dzięki obecności w Sejmie zyskają nowe narzędzia działania i niedostępną wcześniej widoczność. Ich doświadczenie z aktywności społecznej przyda się w umacnianiu przyczółków Lewicy w społeczeństwie obywatelskim.

Wiele tych młodych osób ma też ekspercką wiedzę – Magdalena Biejat na temat trzeciego sektora, Agnieszka Dziemanowicz-Bąk – edukacji, Maciej Gdula – nauki i szkolnictwa wyższego, Hanna Gill-Piątek – mieszkalnictwa i samorządu, Krzysztof Śmiszek – polityki antydyskryminacyjnej. To może się przełożyć na bardzo merytoryczną opozycję wobec PiS zdolną szachować rządzącą partię przemyślanymi, obchodzącymi ją z lewa pomysłami.

Kolejnym atutem Lewicy jest słabość KO. Nie oszukujmy się – to ona jest głównym przegranym tych wyborów. Tworzącą trzon KO Platformę czeka teraz trudny czas powyborczych rozliczeń. Ich efektem będzie albo walka o schedę po Grzegorzu Schetynie, albo dalsze dryfowanie partii pod jego przywództwem. W tej sytuacji wielu centrowych wyborców będzie naturalnie patrzyć w kierunku lewicy jako głównej siły zdolnej potencjalnie powstrzymać PiS. W takiej sytuacji wybrani z list KO Zieloni czy aktywiści obywatelscy będą spoglądać ku lewej stronie parlamentu, szukając tam przestrzeni dla swoich przyszłych działań.

To nie Balcerowicz jest teraz wrogiem

Tu jednak pojawia się pierwsze stojące przed Lewicą w najbliższych czterech latach wyzwanie: prawidłowego zdefiniowania tego, kto jest jej politycznym wrogiem. Wyniki z niedzieli wyraźnie pokazują jedno: nie jest, a przynajmniej nie powinna być nim Polska liberalna. Antagonistą w najbliższych czterech latach będzie nie Balcerowicz, ale Kaczyński. Nie polski neoliberalizm rodem z lat 90., ale konserwatywno-paternalistyczny projekt „polskiego państwa dobrobytu”, gdzie selektywne transfery socjalne służą umocnieniu głęboko reakcyjnego porządku społecznego.

Jeśli Lewica chce kiedyś wrócić do władzy w Polsce, jeśli chce przebić szklany sufit kilkunastu procent, musi lepiej komunikować się także z elektoratem liberalnym. Co oznacza z jednej strony współpracę z konserwatywno-liberalnym centrum w takich kwestiach jak np. praworządność, z drugiej zaś cierpliwe wychowywanie sobie potencjalnych wyborców z liberalnego centrum. Do czego? Po pierwsze, do tego, by w takich kwestiach jak prawa osób LGBT czy zdrowie reprodukcyjne byli faktycznie liberalni, a nie konserwatywni. Po drugie, do tego, by zrozumieli, że system wymaga głębokiej solidarystyczno-socjalnej korekty – ta nie zawsze oznacza „populizm” i „nieodpowiedzialne rozdawnictwo”.

Tu pojawia się kolejne wielkie zadanie dla Lewicy: musi ona znaleźć język, który pozwoli sformułować jej cywilizacyjną propozycję nowoczesnego państwa dobrobytu w taki sposób, by dotarła do szerokich grup wyborców. Będzie to wymagało połączenia wiedzy, intuicji, instynktu, szczęścia. Trudno powiedzieć dziś, jak konkretnie miałby ten projekt wyglądać. Na pewno musi zawierać modernizacyjne aspiracje, przedstawiając wydatki na usługi społeczne i infrastrukturę jako długofalowe inwestycje w rozwój. Z drugiej strony powinien też się odwoływać do języka praw człowieka i godnościowych rewindykacji, który tak sprawnie w ostatnich czterech, pięciu latach nauczył się politycznie obsługiwać PiS.

Wyjść ze swojej bańki

Kolejne wyzwanie stojące przed Lewicą to, paradoksalnie, konieczność nawiązania kontaktu z ludowym wyborcą. Exit poll pokazały, że po Koalicji Obywatelskiej to Lewica ma w swoim elektoracie najwięcej absolwentów wyższych uczelni. Lepiej niż wśród bezrobotnych czy emerytów radzi sobie wśród specjalistów i przedsiębiorców.

Nie jest to wyłącznie cecha polskiej lewicy. Badania Thomasa Piketty’ego z 2018 roku, oparte na analizach przepływów elektoratów w Stanach Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii w ostatnich kilku dekadach, wyraźnie pokazały, że o ile prawica na Zachodzie reprezentuje osoby zamożniejsze, to lewica nie tyle ubogie, ile lepiej wykształcone.

Także w Polsce centrolewica nie będzie wyłącznie partią plebejską. Jako taka nigdy nie usadowi się w miejscu, z którego można efektywnie sprawować władzę. Musi postarać się budować ponadklasowy pakt na rzecz bardziej społecznie sprawiedliwej, inkluzywnej, egalitarnej, a przy tym szanującej prawa człowieka i osobiste wolności Polski. By to się udało, trzeba połączyć ogień z wodą, połączyć w jednym bloku część ludowego elektoratu PiS i wyborców odebranych liberalnemu centrum.

Sukces takiego projektu jest kluczowy nie tylko z punktu widzenia szans Lewicy, ale także przyszłości demokracji w Polsce. Dzisiejsze związanie uboższego elektoratu nastawionego na sprawiedliwość społeczną i transfery, z partią kierującą się populistyczną, skrajnie konserwatywną, mniej lub bardziej autorytarną agendą jest głęboko toksycznym splotem zdolnym generować wyłącznie kryzysy.

Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna

Zanim jednak Lewica zabierze się do pracy na wszystkich tych polach, musi poradzić sobie z jednym problemem, bez rozwiązania którego nie ma co marzyć o dalszych sukcesach: jednością. Lewica wróciła do parlamentarnej gry, bo na czas kampanii była w stanie zakopać historyczne, personalne i polityczne spory. Jeśli w Sejmie IX kadencji spory te ponownie odżyją, jeśli Lewica zajmować się w nim będzie wyłącznie sobą, błyskawicznie zaprzepaści szansę, jaką dostała w niedzielę.

Pewnie tworzenie od razu jednej partii z Razem, Wiosny i SLD byłoby przedwczesne. Być może ma nawet sens – choć osobiście bym tego Lewicy nie doradzał – utworzenie przez szóstkę posłów i posłanek Razem własnego koła w Sejmie. Niezależnie od tego, czy ono powstanie, czy nie, Lewica musi grać politycznie jako jedna drużyna w parlamencie i poza nim – przede wszystkim w wyborach prezydenckich. Wystawienie więcej niż jednego kandydata skończy się bowiem zupełną, bardzo politycznie kosztowną katastrofą. Jeden lewicowy kandydat – dziś najpewniej Robert Biedroń, choć może warto byłoby pomyśleć o jakiejś kandydatce – ma zaś szansę na co najmniej mocne trzecie miejsce.

Polska to nie Portugalia, gdzie rząd tworzą trzy startujące osobno lewicowe i centrolewicowe partie. Nawet jeśli zachowanie organizacyjnej odrębności Partii Razem czy SLD ma swoje racjonalne przesłanki, partie te nie mogą startować przeciw sobie w wyborach. Grają o zbyt podobny elektorat. Liderzy lewicy muszą teraz zrozumieć, że są na siebie skazani, a elektorat nie wybaczy im frond i rozłamów. Jeśli Lewica wróci kiedyś do gry o władzę, to tylko jako bardzo wielki namiot gromadzący ludzi o bardzo różnych biografiach, priorytetach i wrażliwościach.

Opozycja ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – W przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia “sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Oficjalne wyniki wyborów pokazują, że będzie samodzielnie rządzić nami ugrupowanie, które nie ma większości.

PROF. UW RAFAŁ CHWEDORUK: W demokracji trudno wyobrazić sobie inną sytuację, może poza krajami, gdzie mamy system dwupartyjny, jak Malta. Gdyby korzystać z tego argumentu, to w zasadzie żaden rząd po 89 roku nie cieszył się poparciem większości Polaków, nawet tylko tych uczestniczących w wyborach. Prawdą jest, że przy rekordowej frekwencji PiS zrobił rekordowy wynik.

Mamy natomiast do czynienia z innym paradoksem. PiS wygrał przy rekordowej frekwencji i takim rezultatem, a mimo to najwyraźniej w tej partii dominuje ambiwalencja w ocenie wyniku. Trochę to przypomina sytuację po wyborach samorządowych rok temu. Co do pozostałych partii opozycyjnych, to one przegrały wybory, ale każda z osobna ma powody do zadowolenia. Konfederacja, bo weszła, Lewica, bo wróciła, PSL, bo przeżył i nawet się wzmocnił, a PO, bo ma lepszy wynik i nie ma  żadnej mitycznej mijanki, o której w ostatnich tygodniach zaczęto mówić. Nie ulega też wątpliwości, że tak jak

PIS DOSTAŁ MOCNY MANDAT DO RZĄDZENIA, TAK OTRZYMAŁ SŁABSZE NIŻ POPRZEDNIO PODSTAWY DO SPRAWOWANIA WŁADZY. TA SYTUACJA BĘDZIE WYMAGAŁA BARDZO DUŻEJ EKWILIBRYSTYKI OD PIS-U.

I jeszcze jedno: mieliśmy rekordową frekwencję, ale mało kto zauważył, że mieliśmy też najniższą w historii ilość ogólnokrajowych komitetów. Zatem do wielkiego pulchnego wyborczego tortu było zaledwie 5 chętnych konsumentów i myślę, że największe partie nie uwzględniły tego w swojej kalkulacji.

Problem PiS-u polega na tym, że mając niewielką większość mandatów będzie miał do czynienia z dwoma biegunami po obu stronach. Z jednej strony będzie Konfederacja, która choć dostała się, korzystając głównie z retoryki libertariańskiej, skoncentrowana na kwestiach ekonomiczno-społecznych, to będzie w kwestiach kulturowych atakowała PiS i to z radykalnie konserwatywnej pozycji – np. aborcja, migranci, ustawa 447, prowokując PiS do licytacji. Jeżeli partia rządząca wejdzie w taką licytację, to z pewnością utraci poparcie olbrzymiej części umiarkowanych wyborców, którzy doszlusowali do PiS-u, zainteresowanych bardziej kwestiami społecznymi. Jeżeli nie podejmie, to Konfederacja będzie próbowała tych najbardziej radykalnych prawicowo-konserwatywnych wyborców od PiS-u oderwać. Na drugim biegunie znajdzie się PSL, którego zwycięski lider zapewniał o szacunku dla wszystkich, nie przedstawiał w wielu kwestiach konkretów, a jedynie dystansował się od głównych podmiotów politycznych w kraju i to, jak się okazuje, wystarczyło na przyzwoity wynik wyborczy i solidny klub. PSL będzie atrakcyjny dla wahających się wyborców.

PIS ZNAJDZIE SIĘ ZATEM MIĘDZY DWOMA BIEGUNAMI, CO BARDZO UTRUDNI FUNKCJONOWANIE TEJ PARTII NA CO DZIEŃ, ZWŁASZCZA ŻE WKRÓTCE WYBORY PREZYDENCKIE I PRAWIE Z MARSZU PRZYSTĄPIMY DO KAMPANII PREZYDENCKIEJ.

W mijającym Sejmie ze względu na obecność Kukiza i kryzys PSL, który dostał dużo gorszy wynik poprzednio, a także ze względu na upadek Nowoczesnej, większe partie miały skąd czerpać posłów, teraz tak prosto nie będzie.

Czyli dobrze i łatwo dla partii rządzącej już było. Ja dołożyłabym do tego jeszcze kryzys gospodarczy, który widać na horyzoncie. Czy ten Sejm przetrwa zatem 4-letnią kadencję?
Mogę sobie wyobrazić sytuację, że gdyby kryzys gospodarczy nieuchronnie do Polski zmierzał, PiS mógłby spróbować wcześniejszych wyborów, aby ponowić swój mandat. Tym bardziej, że każdy z 3 podmiotów opozycyjnych będzie dążył do przedstawienia swojego kandydata na prezydenta. To będzie rodziło konflikt na stronie opozycji i sprzyjało PiS-owi. Ale to jedyny czynnik, który działać może na plus tej partii w obecnym składzie parlamentu.

Dodajmy jeszcze, że

PIS BĘDZIE MIAŁ TAKŻE BARDZIEJ SKOMPLIKOWANĄ SYTUACJĘ WEWNĘTRZNĄ: PARTIE GOWINA I ZIOBRY DYSPONUJĄ WIĘKSZĄ ILOŚCIĄ POSŁÓW NIŻ W POPRZEDNIEJ KADENCJI. TEGO PROBLEMU PIS KOMPLETNIE NIE MA JAK OBEJŚĆ. A TO OZNACZA, ŻE KOSZTY SPRAWOWANIA WŁADZY BĘDĄ DUŻO WIĘKSZE.

Po raz pierwszy od czasów Sejmu kontraktowego mamy inną większość w Senacie niż w Sejmie. Na ile to ważne?
Myślę, że ze wszystkich pozytywnych aspektów dla opozycji ten ma wymiar bardziej symboliczny. Wobec wyzwań, przed którymi stanie PiS, to nie jest największy problem dla tej partii.

Czyli bardziej porażka wizerunkowa niż faktyczna?
Tak, to coś, co kierownictwo PO może przedstawiać jako nadzieję na przyszłość.

Do Sejmu wraca lewica. Na ile to znaczący powrót?
Przyznam, że dla mnie ten powrót jest zaskoczeniem, bo choć od wejścia SLD do sejmików rok temu było jasne, że ta partia wróci, natomiast wynik ponad miliona innych niż SLD-owskich wyborców jest moim zdaniem niespodzianką. Lewica zawdzięcza to zarówno wysokiej frekwencji, ale też temu, że wiele środowisk opiniotwórczych, które od lat wspierały PO przeciw Lewicy, tym razem zachowała względną neutralność w tym sporze. Dla Włodzimierza Czarzastego i pozostałych to niewątpliwie olbrzymi sukces. Wszelkie narzekania, że to 12 proc., a nie 15 czy 16, nie mają żadnych podstaw bytu. Przypominam, że Lewica przystępowała do kampanii z realnym poparciem w przedziale 7-9 proc.

DO WYBORÓW PREZYDENCKICH NA PEWNO WSZYSTKO BĘDZIE PROSTE, JEDNAK JEŻELI ROBERT BIEDROŃ ZAJĄŁBY NIŻSZE NIŻ TRZECIE MIEJSCE, TO MOGĄ POJAWIĆ SIĘ STRUKTURALNE PROBLEMY WEWNĘTRZNE.

Lewica trafiła na dobry moment?
Niewątpliwie wielkim sukcesem jest wykorzystanie okazji. W polityce to jest bardzo ważna umiejętność. Pamiętajmy, że ta koalicja powstała niejako z przymusu, a nie w zaplanowany sposób. Na pewno Lewica w Polsce, jak i w całej Europie stoi przed dylematami dotyczącymi tego, czy bardziej iść w stronę lewicowości kulturowej czy społeczno-gospodarczej. W Polsce to dodatkowo musi być skorelowane ze stosunkiem do historii, tym razem udało się różne grupy wyborców, często od siebie odległe, połączyć. Już na podstawowych analizach na poziomie geografii wyborczej widać, że to już nie tylko tradycyjny elektorat SLD. W przypadku ostrej konkurencji z PO i PSL dużo pracy będzie wymagało utrzymanie wspólnego mianownika wśród tych wyborców. Warto zwrócić uwagę, że Lewica powinna dbać o kwestie programowe, tożsamościowe, pracować cały czas z grupami społecznymi, które ją wsparły, a nie orientować się na wielki przełom, bo póki co

TO PLATFORMA ZDUBLOWAŁA WYNIK LEWICY. NAJPRAWDOPODOBNIEJ SAMA PO SKRĘCI WYRAŹNIE W LIBERALNĄ STRONĘ W KWESTIACH GOSPODARCZYCH, CZEGO OCZEKUJE ZNACZNA CZĘŚĆ KLASY ŚREDNIEJ W POLSCE.

Czy możemy spekulować, że PiS osiągnął maksimum swoich możliwości, czyli niewiele ponad 8 mln wyborców?
Moim zdaniem tak – w przypadku PiS-u możemy użyć pojęcia „sufitu”. Wydawało się, że PiS wszystkie te sufity pokonuje i aż wspiął się na sam szczyt i osiągnął apogeum poparcia. Zaangażowanie ludzi i środków, bardzo mocne argumenty, jakie PiS miał za sobą, bo oprócz obietnic miał też argument sprawstwa; to wszystko pozwoliło zmobilizować rekordową liczbę wyborców, także tych biernych. Teraz powstaje oczywiste pytanie, czy sprawując dalej władzę uda się ponawiać taką mobilizację.

Do tej pory PiS był teflonowy i wychodził ze wszystkiego niemal bez szwanku. Teraz to się zmieni?
Z dzisiejszej perspektywy rywalizacja PiS-u z KOD-em czy z ówczesnymi partiami opozycyjnym z udziałem PO i Nowoczesnej wydaje się wyzwaniem jednak trochę mniejszym.

PIS PRZETRWAŁ I POKONAŁ OPOZYCJĘ WYBORCZO, DZIŚ JEDNAK SKALA WYZWAŃ JEST ZDECYDOWANIE WIĘKSZA.

Problem PiS-u nie bierze się ze słabego wyniku tej partii czy super wyniku PO czy SLD. Problem tej partii bierze się stąd, że są w Sejmie dwie partie mniejsze. Absencja chociaż jednej z nich podwyższyłaby wynik PiS-u w mandatach. Partii Kaczyńskiego nie udało się pozbawić podmiotowości PSL, a wręcz przeciwnie. Okazało się, że zagnanie na polityczne meandry Kukiza nie wystarczyło. Sądzę, że dla wszystkich obserwujących politykę ta kadencja Sejmu będzie o wiele ciekawsza niż poprzednia, i to nie tylko dlatego, że rząd będzie miał mniejszą przewagę mandatów nad opozycją w Sejmie niż poprzednio.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Jędraszewski i Kaczyński idą drogą fanatycznych imamów

7 Paźdź

Na Marszu Równości w Lublinie tydzień temu zatrzymano małżeństwo z domowej roboty ładunkiem wybuchowym. Miał zostać użyty przeciwko uczestnikom manifestacji. Czyżby głoszenie z ambon o „tęczowej zarazie” wywołało efekt „samotnych wilków” prowadzących prywatny dżihad po tym, czego nasłuchali się od radykalnych imamów w meczetach Londynu czy Paryża?

„Przyzwolenie na język pogardy stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa”

RPO Adam Bodnar czuje rosnące zagrożenie homofobicznym terroryzmem. Zaraz po zatrzymaniu małżeństwa z Lublina wydał oświadczenie „STOP homofobicznej i transfobicznej przemocy!”:

„Wzywam do zaprzestania działań, które prowadzą do realnego zagrożenia osób LGBT. (…) Nie możemy nadal tolerować wykluczania ze wspólnoty tworzonej przez wszystkich mieszkańców naszego kraju całej grupy społecznej. Pamiętajmy też, że nieprzekraczalną granicą wolności słowa jest godność drugiego człowieka. (…)

Z wielkim niepokojem obserwuję narastanie uprzedzeń, nienawiści, a także słownej i fizycznej agresji wobec osób LGBT. Moje obawy i stanowczy sprzeciw tym bardziej wzbudza fakt, że te niebezpieczne napięcia społeczne nie tylko nie są postrzegane jako wymagające reakcji i eliminacji zagrożenia, ale zdają się być podsycane i potęgowane w toku debaty publicznej – w tym również przez osoby pełniące wysokie funkcje publiczne.

(…) Przyzwolenie na język pogardy i wykluczenia zawsze stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa i fundamentalnych praw człowieka. Prowadzi do eskalacji nienawiści, agresji fizycznej i społecznej zgody na zachowania bezsprzecznie nieakceptowalne i przekraczające przyjęte normy”.

Adam Bodnar przypomina zamieszki wywołane przez katolickich nacjonalistów w Białymstoku:

„Niestety, wydarzenia związane z II Marszem Równości w Lublinie pokazały, że zagrożenie dla bezpieczeństwa i podstawowych praw człowieka wzrasta, zamiast maleć. Zabezpieczone przez policję ładunki wybuchowe mogły bowiem pozbawić życia lub zdrowia osoby uczestniczące w zgromadzeniu. Zdarzenie to powinno skłonić nas wszystkich do głębokiej refleksji i pozytywnej reakcji”.

RPO dziękuje policji za udaremnienie zamachu i ochronę uczestników marszu. I trzeba przyznać, że po doświadczeniach z Białegostoku policja wywiązuje się ze swoich obowiązków wzorowo.

Adam Bodnar swoje oświadczenie sformułował w sposób wyważony, językiem praw człowieka i dialogu. Tak jak powinien, bo jest rzecznikiem praw wszystkich, także tych wsłuchanych w słowa abp. Jędrzejewskiego i Jarosława Kaczyńskiego. I rolę bycia rzecznikiem wszystkich obywateli traktuje poważnie.

Idą drogą radykalnych imamów

Ale niepokojąca analogia z dżihadem samotnych wilków sama się nasuwa. Do tej pory mieliśmy pojedyncze akty agresji: wyzwiska i ataki fizyczne na osoby rozpoznawalne, jak Robert Biedroń, na dwóch mężczyzn trzymających się za ręce, dewastacje pomieszczeń Kampanii Przeciw Homofobii czy Lambdy, hejt i groźby karalne (zgwałcenia, zamordowania) wobec poszczególnych działaczy ruchu LGBT.

Teraz mamy typowy zamach terrorystyczny przeciwko nieokreślonej liczbie przypadkowych osób. Na szczęście udaremniony, ale następny może się powieść. Osoby nieheteroseksualne nie tylko są ustawiane w roli wrogów narodu, rodziny i wiary. Są też odczłowieczane – by przypomnieć pomysł ks. Tomasza Kancelarczyka „odkażania” miejsc, po których miał przejść Marsz Równości w Szczecinie. Wtedy Kościół zorientował się, że taka dehumanizacja to krok za daleko i nakazał księdzu wycofać się z akcji. Odbyło się jednak „sprzątanie” po marszu polegające na szorowaniu chodnika.

Czy abp Jędraszewski i Kościół katolicki w Polsce, czy Jarosław Kaczyński i jego partia zdają sobie sprawę, że idą drogą radykalnych imamów?

Prokuratura w Londynie czy Paryżu stawia takim imamom zarzuty. Sprawy trafiają przed sąd i niektórzy imamowie mają zakaz publicznych wystąpień. W Polsce prokuratura jest pod kontrolą partii rządzącej. A hierarchowie Kościoła utworzyli coś w rodzaju partii sojuszniczej. Telewizja rządowa zaś ma, w dużym stopniu, monopol informacyjny.

Nie ma więc mechanizmów powściągających. W tej sytuacji przywódcy Kościoła i partii powinni – w imię odpowiedzialności – zastosować autokontrolę, bo ich przekaz ma nieporównanie większą siłę rażenia niż radykalnych imamów w Londynie czy Paryżu.

Małgorzata Kidawa-Błońska – miodzio. Czytaj tutaj >>>

„Dzisiaj jest czas, żeby złożyć hołd polskim nauczycielom, polskim przedsiębiorcom, polskim lekarzom” – mówił Paweł Kowal podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej. Małgorzata Kidawa-Błońska obiecała, że połowę tek w swoim rządzie odda kobietom, a Katarzyna Lubnauer, że KO zakręci kurek dla Rydzyka

Pod sam koniec kampanii parlamentarnej Koalicja Obywatelska popełniła być może największy błąd: pozwoliła Lechowi Wałęsie wygłosić przemówienie. Ponieważ były prezydent mówi co chce, można zakładać, że jego treść nie była uzgodniona z organizatorami. A mówił rzeczy, od których odcięli się nawet kandydaci KO. Przede wszystkim nazwał pochowanego z państwowymi honorami w sobotę Kornela Morawieckiego zdrajcą, co w niedzielę stało się głównym tematem w wielu mediach.

Dzień wcześniej inny były prezydent, Aleksander Kwaśniewski, był gościem Lewicy. Pisaliśmy o tym w tekście „Ole, Olek!”: Kwaśniewski mobilizuje elektorat Lewicy i wzywa, by przewietrzyć Polskę.

Wybraliśmy najciekawsze naszym zdaniem momenty z konwencji Koalicji Obywatelskiej. O tym, co powiedział Lech Wałęsa, przeczytacie na samym końcu.

1. „Więcej kobiet w rządzie”. Kidawa-Błońska i Nowacka

„Rząd przełomowy pod względem liczby resortów, jakie obejmą kobiety”, czyli połowę – obiecała Małgorzata Kidawa-Błońska. Podkreślała, że to Polki i Polacy obiecują większej liczby kobiet u władzy, a KO odpowiada na te oczekiwania, bo ma w swoich szeregach kompetentne kandydatki. Kobiety są przygotowane i umieją powściągnąć swoje ego – zapewniała kandydatka KO na premiera.

Koalicja, która ma wysokie poparcie wśród kobiet (zwłaszcza wśród tych przed czterdziestką – 38 proc.), walczy dziś o to, by poszły one zagłosować.

O kobietach było na konwencji bardzo dużo. Do kobiet zwracały się i Katarzyna Lubnauer: „Kobiety, dziewczyny, siostry, idziemy na wybory!”, i Barbara Nowacka: „Wierzymy w kobiety, w ich siłę i mądrość, bo Koalicja jest kobietą, bo Polska jest kobietą, bo Małgorzata Kidawa-Błońska jest kobietą”

Postulat, by połowę składu rządu stanowiły kobiety, nie wyróżnia KO – pisze o tym w swoim programie również Lewica. Ale nie uczyniła z tej obietnicy pierwszoplanowego postulatu, a wystawiając na front mężczyzn (Biedronia Czarzastego, Zandberga), naraża się na łatwe ataki i zarzuty o hipokryzję. W niedzielę wykorzystała to Barbara Nowacka, ironizując: „Nie da Wam tego trzech tenorów, którzy obiecają, a potem zostanie Ogórek”.

2. „Zakręcimy kurek dla Rydzyka”. Bon moty Katarzyny Lubanuer

Katarzyna Lubnauer zapowiedziała „Dość kreatywnej księgowości” i obiecała, że państwo nie będzie już dotować Tadeusza Rydzyka. Obietnica znalazła się punkcie „F jak forsa”,  przemówienie Lubnauer było bowiem zbudowane wokół kolejnych liter alfabetu.

Było bardzo żywe, momentami zabawne i zawierało najwięcej bon motów:

„Listy wyborcze PiS przypominają drzewa genealogiczne”.

„Polska to nie może być interes w stylu hoteliku na rodziny”.

Lubnauer po raz kolejny obiecała przywrócenie handlu w niedziele, ale zarazem zagwarantowanie dwóch wolnych niedziel dla pracowników.

3. „Złowrogie hasło nowej elity”. Mocny występ Pawła Kowala

Paweł Kowal, kiedyś związany z PiS, a dziś jedynka KO w Krakowie, wygłosił poruszające przemówienie, w którym odnosił się do zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że powstanie „nowa, inna elita ekonomiczna„.

„Zastanówmy się, do kogo to było powiedziane? Do przedsiębiorców, do firm rodzinnych, do tych, którzy w wielkim trudzie 30 lat – a czasem więcej – wolnej Polski tworzyli 40 procent polskiego PKB. Do tych, którzy zatrudniają połowę polskich pracowników. Do tych, którzy sprzedawali w tych słynnych szczękach, stali przed łóżkami polowymi, marzli i liczyli na lepszą Polskę. I wyśnili tę Polskę. A dzisiaj słyszą, że będą wymienieni, że to nie jest już ich Polska.

Zastanówcie się państwo wszyscy: tu nie chodzi o interes przedsiębiorców, tu chodzi o tych, którzy dzięki nim mają pracę.

Hasło nowej elity to jest złowrogie hasło dla polskich nauczycieli. Widzieliśmy w ostatnich latach nagonki na polskich nauczycieli. Niech sobie każdy dzisiaj przypomni swoją najlepszą nauczycielkę, swojego najlepszego nauczyciela. Dzisiaj jest czas, żeby złożyć hołd polskim nauczycielom, polskim przedsiębiorcom, polskim lekarzom.

(…) Dzięki pracy tych ludzi można dziś dzielić 500 plus. Dlatego dziś zaczynamy od głębokiego pokłonu wobec tych ludzi, ludzi pracy (…)

My jesteśmy po stronie sprawiedliwości, a oni są po stronie władzy partii. My tworzymy szanse dla wszystkich, dla tych, którzy chcą się wykształcić, chcą pracować, chcą wstawać godzinę wcześniej. Chcą stać za barem i nalewać piwo, chcą tworzyć nowe miejsca pracy. A oni mówią: elitą będziesz, jeśli będziesz popierać naszą partię.

My mówimy tym, którzy pracowali: dziękujemy.
A oni mówią: my cię zweryfikujemy”.

4. „Idziemy na rekord w dużych miastach”

Konwencję otworzyli i zamknęli samorządowcy.

„Tak jak w boksie najważniejsza jest ostatnia runda. Dajcie z siebie wszystko. Patrzy na nas cała Europa, cała Europa patrzy na was” – zagrzewał działaczki i działaczy Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania.

„Pełna mobilizacja!” – ogłosił Rafał Trzaskowski.

To właśnie prezydent Warszawy zapowiedział bicie rekordu frekwencji. Przypomnijmy, że w wyborach samorządowych w Warszawie frekwencja wyniosła 66,59 proc., a w Poznaniu 57,19 proc. (w całym kraju: 48,83 proc.)

5. „Dziękujemy”.

Tym, którzy udostępniają swoje płoty i balkony na banery Koalicji Obywatelskiej, podziękowała Małgorzata Tracz, współprzewodnicząca Zielonych. „Jesteście zmianą” – mówiła. To ważne słowa, bo osoby angażujące się w kampanię opozycji, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, muszą się liczyć z tym, że plakaty będą zrywane. Nierzadko takie osoby są narażone na akty agresji. Takie sygnały docierają też do redakcji OKO.press.

O wolontariuszach wspomniał też Paweł Kowal: „To jest najważniejsze zadanie tych, którzy dzisiaj na placach polskich miast rozdają ulotki, niosą ludziom pokrzepienie.

To jest nasze najważniejsze zadanie: zanieść ludziom nadzieję. Powiedzieć: Polska naprawdę może być lepsza, to nie jest puste hasło”.

Podczas konwencji pojawił się też Rafał Lipski, kandydat KO wyrzucony w sobotę ze studia TVP. Zarzucił prowadzącym, Magdalenie Ogórek i Jackowi Łęskiemu, że szczują na osoby LGBT. Ogórek najpierw powiedziała: „Jest pan bezczelny”, potem zaczęła krzyczeć: „‚Moment, teraz ja mówię człowieku!”. W końcu Jacek Łęski wyprosił Lipskiego ze studia. „Takie osoby mają prawo być szanowane i wysłuchane w mediach publicznych” – mówiła Barbara Nowacka o Lipskim. O TVP wspomniał też Paweł Kowal: „Patrzcie w swoje sumienia, myślcie o Polsce, nie czytajcie tych pasków”.

Co powiedział Lech Wałęsa

  • Kornelu Morawieckim: „Co oni z niego robią? Bohatera! A on w środku – stan wojenny, atakują nas ze wszystkich stron – a on kozak zakłada Solidarność Walczącą. Co to było? Zdrada proszę panów. Zdrajca. Taka jest prawda. Wybaczamy mu to”.
  • fałszerstwach wyborczych: „Nie wierzcie, że oni oddadzą wam władzę. Jak oni zamach robili. Pytanie, w jaki sposób oni was oszukają i nie dadzą wam zwycięstwa, mimo że wygracie. Mam informację, że oni w internecie was przekręcą. Że w wyborach do PE już was przekręcili”.
  • błędach Koalicji Obywatelskiej: „daliście się wciągnąć na pola niewygodne. Na aborcję, na konkordat. Specjalnie was na to wciągnęli. Nie tak się zwycięża. To się załatwia w inny sposób, nie w wyborczy”.

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

Podczas warszawskiej konwencji Koalicji Obywatelskiej kandydatka na premiera, Małgorzata Kidawa-Błońska, wystąpiła z bardzo mocnym przemówieniem.

Liderka KO powiedziała m.in., że rząd PiS jest niczym Tytanic, który tonie, choć wciąż jeszcze gra na nim orkiestra. W wystąpieniu nie zabrakło odwołań do głośnych afer. „Jeśli ktoś urządza dom schadzek, okłamuje urząd podatkowy i zadaje się z gangsterami, to w swych mętnych tłumaczeniach niech nie odwołuje się do Armii Krajowej, bo to niegodne, obrzydliwe i ludziom pęka serce!” – słowa Kidawy-Błońskiej o aferze prezesa NIK spotkały się z ogromnym aplauzem.

Podobnie zresztą, jak krytyka ministra sprawiedliwości: „jeśli prokurator generalny nadzoruje postępowanie wobec samego siebie, to polityka nie może tego usprawiedliwić. To też jest niegodne.”

Wicemarszałek Sejmu obiecała, że rząd KO będzie oparty na równym podziale resortów pomiędzy kobiety i mężczyzn, a do poprawy sytuacji życiowej będzie dążyć pracą a nie samymi dekretami.

Bez względu na region, zarobki, poglądy, ludzie w kraju mają podobne obawy i troski. Nam, w Polsce, potrzebny jest polityczny detoks. Dlatego tu jestem. Mamy dość politycznej masakry. Wszyscy zasługujemy na dobre państwo” – mówiła do zebranych w Warszawie Małgorzata Kidawa-Błońska.

Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać może ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy

Program PiS ma 232 strony. Ponad 90% tego tekstu to propagandowe opowiastki o niebotycznych osiągnięciach partii Kaczyńskiego, która podniosła Polskę z kolan, dźwignęła kraj z marazmu gospodarczego i ratuje nas przed moralną degrengoladą. Jeśli na cokolwiek warto tu zwrócić uwagę, to na wyjątkowo bezczelne nicowanie rzeczywistości i przypisywanie oponentom swoich własnych ułomności. Bo okazuje się, że to rządy PO-PSL zniszczyły dobre obyczaje parlamentarne, które PiS stara się pieczołowicie chronić. Poprzednia władza zawłaszczyła też media publiczne, ograniczała wolność słowa, manipulowała propagandą, szczuła na politycznych przeciwników i była siedliskiem wszelakich afer, które przy uczciwej obecnej władzy zdarzyć by się nie mogły, bo obecnie wszelkie naruszenia prawa (ludzie są ułomni) tępione są w zarodku.

W powodzi półprawd i zwykłych kłamstw trafiają się sformułowania prawdziwe – jak choćby takie, że podczas rządów PiS dobór kadr na kluczowe stanowiska „zyskał nowy standard”. Rzeczywiście – takich standardów polityki personalnej nigdy dotąd w Polsce nie było. Nawet za komuny, która utworzyła tzw. „nomenklaturę” obsadzającą towarzyszami wszystkie ważne stanowiska w gospodarce i administracji, nie było tylu bezczelnych cyników, pazernych kombinatorów i niedouczonych amatorów jak obecnie.

Jedynie 12 stron programu PiS nie zawiera propagandowego bełkotu. W części jest to jakby mapa drogowa powrotu do planowej gospodarki PRL. Projektowany jest więc rozwój przemysłu ciężkiego, inwestycje w zakłady zbrojeniowe, repolonizacja (czyli po raz kolejny nacjonalizacja) banków, reindustrializacja przemysłowa i wsparcie dla wybranych terenów kraju – tym razem nie Górnego Śląska jak w epoce Gierka, ale jednak rejonów, gdzie partia rządząca cieszy się największym poparciem.   Dalszą część fragmentu, zawierającego rzeczywiste tezy programowe PiS, nazwać można listą przyczajonych zagrożeń demokracji. Te niebezpieczeństwa trafnie zidentyfikował prof. Wojciech Sadurski, publikując w Wyborczej swoje „Ostatnie poważne ostrzeżenie przed wyborami parlamentarnymi”.

Pomysły partii Kaczyńskiego nie są groźbami wprost i na pierwszy rzut oka miewają nawet pozory sensu. Od dawna mówiło się na przykład o ograniczeniu immunitetu posłów i senatorów, którzy czasem łamią przepisy drogowe, wszczynają awantury, stosują przemoc domową i nie ponoszą za to konsekwencji, bo koledzy mają sejmową większość i nie pozwolą odebrać swojakowi przywileju nietykalności. Program PiS przewiduje teraz, że o odebranie immunitetu występował będzie prokurator generalny. A zatem to Zbigniew Ziobro oceni, czy np. w wystąpieniu Michała Szczerby („panie marszałku kochany”) lub śledczego posła Krzysztofa Brejzy zawarte było coś karygodnego, jakieś – powiedzmy – pomówienie. Kiedy minister wytypuje już odpowiedni paragraf, wystąpi z wnioskiem do Sejmu, gdzie większość stanowią ludzie alergicznie reagujący na obu wymienionych parlamentarzystów. Po przewidywalnym głosowaniu przeciwnik polityczny stanie bezbronny przed obliczem prokuratora, wyznaczonego przez prominentnego polityka partii rządzącej i przypadkowo prokuratora generalnego. Prokurator uszczęśliwiony zadaniem zleconym mu w zaufaniu przez głównego szefa, podejmie właściwą decyzję. Ściganych przez Ziobrę opozycjonistów może uniewinnić sąd, ale droga na salę rozpraw może być tak długa, że i do końca kadencji niewygodny parlamentarzysta chodzić będzie z etykietką OSKARŻONY.

Podobny bat kręcony jest na nieposłusznych sędziów i prokuratorów, których zakres ochrony prawnej również budził dotychczas pewne wątpliwości. Na oko zmiana nie wygląda groźnie: prokurator generalny kieruje wniosek o pozbawienie immunitetu do Sądu Najwyższego i ostateczną decyzję o ewentualnym odebraniu przywileju podejmą sędziowie. Haczyk jest w tym, że wniosek prokuratora Ziobry, oskarżającego np. znienawidzonego przez funkcjonariuszy „dobrej zmiany” sędziego Tuleję, nie trafi pod obrady „plenarne” Sądu Najwyższego, ale do Izby Dyscyplinarnej SN, gdzie sprawy nie rozpatrzą niezależni sędziowie, ale prokuratorzy i ministerialni prawnicy, którymi wiceprezes PiS Zbigniew Ziobro obsadził ten nowy niekonstytucyjny organ.

Przeszkodą w zagarnięciu pełni władzy są wolne media – w większości spółki z kapitałem zagranicznym. Nie udało się ich „zrepolonizować”, bo nawet sojusznik zza oceanu stanął sztorcem przeciw przejęciu amerykańskich firm przez partię rządzącą w Polsce. Kaczyński wymyślił więc inny sposób na okiełznanie dziennikarzy. W programie sformułował to niewinnie: dla podkreślenia rangi i specyficznej misji zawodu dziennikarze powinni się stowarzyszyć w nowej organizacji, która dbałaby o status profesji i rzetelność publikacji. Ot, taka samoregulacja poprzez dziennikarski samorząd. Tyle tylko, że jeśli wczytać się w treść projektu, to okazuje się, że wcale nie chodzi o to, by ów samorząd wprowadził jakieś tam regulacje wymyślone przez dziennikarzy. Regulacje mają być TAKIE, które wykluczą stosowanie art. 212 KK przewidujący karanie za pomówienie. Wyraźnie zapisano: regulacje nowego samorządu muszą być takie właśnie, a zadaniem nowej korporacji MUSI być zwalczanie pomówień, a w praktyce tego, co władza za pomówienie uważa. Oczywiście przynależność do tej rządowej korporacji będzie dobrowolna, ale wyobrazić można sobie sto sposobów, by dziennikarzom nie opłacała się nieobecność w szeregach stowarzyszenia.

Prof. Sadurski, a także inni obserwatorzy życia politycznego zaniepokojeni są szczególnie enigmatycznym sformułowaniem z programu PiS, że „dokończona zostanie reforma sądownictwa”. Bo jest się czego bać. Wystarczy uświadomić sobie dotychczasowe skutki owej pożal się Boże reformy, która miała na celu skrócenie procedur, sprawniejsze zarządzanie i transparentne, bardziej sprawiedliwe orzecznictwo. Po czterech latach wdrażania szalonego projektu skutek jest odwrotny: procedury i procesy trwają znacznie dłużej , nowi prezesi bez doświadczenia i kwalifikacji mnożą bezsensowne decyzje konfliktując się z sędziami, a obywatele obawiają się, że wyroki zależą od tego, czy sądzi „normalny” sędzia, czy funkcyjny nominat ministra. Prawdziwym celem nibyreformy okazało się podporządkowanie sądów woli partii rządzącej, na wzór wcześniej przejętej przez PiS prokuratury. Kontynuacja, którą PiS grozi w swoim programie, oznaczać więc może jedynie przejęcie przez rządzących pełnego nadzoru nad wymiarem sprawiedliwości, dokończenie procesu obsadzenia „swoimi” wszystkich stanowisk w wymiarze sprawiedliwości i ostateczną likwidację konstytucyjnego trójpodziału władzy.

Groźba kontynuacji pseudoreform ustrojowych jest moim zdaniem największym zagrożeniem dla Polski. Kaczyński nie jest człowiekiem niepoczytalnym ani ostatnim durniem, już wie, jak reaguje Unia na osłabianie praworządności, i musi przewidywać, co czeka Polskę, jeśli nie zawróci z drogi wiodącej od demokracji do dyktatury. Jeśli mimo to w ogłoszonym publicznie programie otwarcie planuje kontynuację demolki państwa prawa, to znaczy, że już się zdecydował pójść z Unią na zderzenie czołowe. Choćby teraz sto razy deklarował swoje najgłębsze przywiązanie do członkostwa w UE, choćby na spotkania w terenie jeździł spowity szczelnie w błękitną gwiaździsta flagę, to mało kto uwierzy, że nie planuje wyprowadzenia Polski z zachodniej wspólnoty cywilizowanych krajów europejskich – gdzieś na wschód, bliżej Azji. Między Rosję, której Kaczyński jakoś się nie czepia i nie żąda od niej reparacji, a Białoruś, gdzie chętnie jeździli funkcjonariusze PiS i wracali z przeświadczeniem, że tym ciekawym krajem rządzi „miły, ciepły człowiek”.