Tag Archives: Europejski Trybunał Praw Człowieka

Misiewicz pozazdrościł Andruszkiewiczowi. Gliński i plugawienie Polski. Kaczyńscy średniacy

6 Sty

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, uznający, że Polska przeprowadzając ekshumację Arkadiusza Rybickiego i Leszka Solskiego wbrew woli ich żon naruszały art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, uzyskał statut prawomocnego. Państwo polskie nie odwoływało się od wyroku.

>>>

Awantura wokół nominacji Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji doprowadziła do ponownego przywołania w mediach równie skandalicznych nominacji, których symbolem stał się Bartłomiej Misiewicz. Ten ostatni poczuł się jednak porównaniami do byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej głęboko urażony i postanowił zabrać w sprawie głos. Można powiedzieć, że doszło między politykami do pewnej licytacji, kto bardziej nadaje się do pełnienia funkcji wiceministra. Pupil Antoniego Macierewicza jest przekonany, że to on o wiele bardziej nadaje się na takie stanowisko.

Andruszkiewicz ukończył stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie w Białymstoku i bardzo podkreślał, że posiadanie wyższego wykształcenia jest niezwykle ważną kompetencją na stanowisku wiceministra. Bartłomiej Misiewicz pochwalił się jednak znacznie dłuższą listą “osiągnięć”:

“Widzę, że znów brakuje arg. i wyciera się gęby moim nazwiskiem. Przypomnę: 21 lat: zespoły park. ds kat. smoleńskiej, 24 lata: ds skutków działalności WSI. 25 lat: pomoc przy org. szczytu NATO 2016. CEK NATO. 
Od 2006 asystent, koordynator, szef biura. Szef GP, rzecznik i pełn. MON”.

Zadziwia, że polityk uznał, że CV w postaci samych funkcji politycznych jest to coś, czym warto się w tym momencie pochwalić. Mało kto pomyślałby, że objęcie w wieku 21 lat funkcji w zespole parlamentarnym ds. katastrofy smoleńskiej jest źródłem kompetencji do sprawowania kolejnych wysokich stanowisk publicznych. Skandalem jest bowiem to, że ktoś bez doświadczenia zawodowego i wybitnych kompetencji w takim organie się znalazł. Warto tu także zwrócić uwagę, że Misiewicz na początku swojej kariery nie miał nawet takiej “kompetencji”, którą ma Andruszkiewicz, czyli wykształcenia. Zdobył je bowiem dopiero w 2015 nigdzie indziej jak w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu ojca Rydzyka. W 2018 ukończył tam studia licencjackie i obronił pracę pt. „Szczyt NATO 2016 w Warszawie i jego wpływ na bezpieczeństwo Polski”.

Pewność siebie polityka sugeruje, że ten uważa najwyraźniej, że został nieuczciwe potraktowany i na jakiś stołek tak jak Andruszkiewicz najwyraźniej zasługuje.

Komentarz Misiewicza przywołuje ponownie nie tylko kwestie jego ambicji politycznych, ale także pewnego niefortunnego dla PiS ciągu wydarzeń. W sprawie Misiewicza powstała bowiem w końcu w PiS specjalna komisja, która wydała pismo jedyne w swoim rodzaju – poświadczenie niezdatności do pełnienia jakiejkolwiek funkcji publicznej przez Bartłomieja Misiewicza, oceniając negatywnie jego postawę i uznając brak jego kompetencji. Sprawia to, że dziś można się naigrywać, że Andruszkiewicz ma w sobie nieznane jeszcze opinii publicznej kompetencje albo doszło do udokumentowanej wręcz na papierze degradacji standardów państwa PiS.

Jakkolwiek odpowiemy sobie na powyższe pytanie, jedno pozostaje niezmienne, nazwiska Misiewicza i Andruszkiewicza staną się symbolami obsadzania stanowisk publicznych przez pozbawionych kompetencji partyjnych lizusów, których jedyną zasługą jest zdobycie zaufania jednego z partyjnych wodzów.

Do sieci trafiły sprawozdania merytoryczne Polskiej Fundacji Narodowej z pierwszego roku jej działalności. Spółka wówczas dużo namieszała w polityce, stała się jaskrawym przykładem kumoterstwa rządu Beaty Szydło. PFN miała dbać o wizerunek Polski za granicą, jak się okazało prawie połowa z wyznaczonych na rok 2017 środków przekazanych Fundacji przez spółki Skarbu Państwa przeznaczono na kampanię wymierzoną w autorytet polskiego sądownictwa.

Zaznaczmy – spółka wydała publiczne pieniądze na niestatutowy cel, czym przyczyniła się do postępującego procesu destabilizacji zaufania do państwa prawa. Dziennikarze Konkretu24 jako pierwsi przeanalizowali sprawozdanie. W dokumencie jest jeszcze więcej bulwersujących szczegółów.

PFN w roku 2017 wydała 9,2 mln złotych, lwią część z tego, czyli aż 8,4 mln zł pochłonęła przeprowadzona jesienią kampania „Sprawiedliwe sądy”. Co warte zaznaczenia, w listopadzie 2018 r. stołeczny sąd okręgowy stwierdził, że choć sfinansowanie przez PFN kampanii “Sprawiedliwe sądy” nie naruszyło prawa, było niezgodne ze statutowymi celami Fundacji. W uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził, że „podejmowane w trakcie tej kampanii działania nie tylko nie promują i nie chronią wizerunku Rzeczypospolitej Polskiej, ale wręcz przeciwnie. Wizerunek ten znacznie osłabiają”.

Drugi największy wydatek to projekt noszący wdzięczną nazwę „Promocja wielokulturowości Polski… w świadomości mieszkańców USA. Życzenia świąteczne z Polski”. Na film przeznaczono ponad 3,7 mln złotych. Przy okazji pojawiający się w nim zwrot „Happy Holidays” rozsierdził zwolenników Prawa i Sprawiedliwości za rzekomą „poprawność polityczną”, gdy chodziło w rzeczywistości o życzenia dla świętujących Chanukę.

Całe szczęście, choć dużo mniejsza kwota, bo 2,6 mln trafiła do młodych sportowców z Team100 – projektu stworzonego wraz z resortem sportu, który pomaga i promuje młodych, obiecujących sportowców. Obecnie beneficjentami programu jest 250 osób, które wywalczyły do tej pory 186 medali na różnych imprezach sportowych. 

Mniejsze kwoty trafiły na rejs, którego nie było – jachtem Polska100, wizytę prezydenta USA na pikniku wojskowym, promocję filmu „Niezwyciężeni”, kampanię informacyjną ws. dezubekizacji nazw ulic i album z nauczaniem Jana Pawła II o Europie. 370 tys. złotych kosztowało zaś wydanie śpiewnika żołnierskiego na 150. urodziny Marszałka Piłsudskiego. Śpiewnik wydany w liczbie 361 756 egzemplarzy był dodatkiem do trzech gazet: “Naszego Dziennika”, “Super Ekspressu” i “Gazety Polskiej Codziennie”. Czy promował Polskę za granicą, czy pozwolił komuś zarobić?

Sprawozdanie PFN wymienia też projekty „w realizacji o charakterze otwartym”. Na „Promocję Rzeczpospolitej Polskiej za granicą w tym ochronę jej wizerunku, a także przeciwdziałanie rozpowszechnianiu w kraju i za granicą informacji i publikacji o nieprawdziwych treściach historycznych, krzywdzących lub zniesławiających Rzeczpospolitą Polską i Naród Polski – Reputacja” organizacja wydała 796,9 tys. zł.

Z dokumentu wynika też, że w PFN od 2017 roku trwają prace nad filmem związanym z historią Polski, w omawianym okresie Fundacja wydała na ten cel 104 tys. zł.

Co do kwestii zarobków, 17 zatrudnionych osób w PFN zarabiało średnio 6,3 tys zł miesięcznie, czworo członków zarządu Fundacji wypłacono w sumie ponad 473 tys. zł.

Co PFN robi z resztą z przelanych przez siedemnaście spółek Skarbu Państwa 166 mln zł w latach 2016 i 2017, jeszcze dokładnie nie wiadomo. Póki co, PFN twierdzi, że nie musi przekazywać do wiadomości szczegółów związanych z umowami cywilno-prawnymi. Na szczęście w kwietniu Polska Fundacja Narodowa nieprawomocnie przegrała sprawę przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym z dziennikarzem, który chciał poznać ich szczegóły. Jednak z ujawnionego wraz ze sprawozdaniem zestawienia wynika, że PFN podpisywała umowy m.in. na zakup porcelany, monitoring mediów, prowadzenia kampanii mediowych, promocji medialnej. W roku 2018 na tzw. usługi obce wydano aż 14,1 mln złotych.

Wersal za publiczne pieniądze. Ujawnione dokumenty odkrywają bulwersującą prawdę o powołanej przez rząd instytucji. Z grubych milionów PFN przeznaczyła jedynie ułamek na sensowne działania statutowe, dublując jednocześnie kompetencje choćby Ministerstwa Sportu. Ile przy okazji środków zmarnowano i ile zarobili na tym znajomi polityków Prawa i Sprawiedliwości, jeszcze nie wiemy, ale dowiedzieliśmy się właśnie, że PFN w roku 2017 najwięcej zrobiła w służbie destabilizacji państwa i szargania jego imienia za granicą.

Newsweek: Bracia Kaczyńscy, Marek Safjan, Andrzej Rzepliński, Małgorzata Gersdorf to byli wszyscy pana znajomi z uniwersytetu?

Prof. Wojciech Sadurski: Krystyna Pawłowicz również. Z tym, że akurat z Markiem Safjanem i Andrzejem Rzeplińskim w czasie studiów znałem się stosunkowo najsłabiej, bo byli starsi ode mnie. Małgorzata Gersdorf była podobnie jak Krystyna Pawłowicz młodsza ode mnie, natomiast Jarek i Lech Kaczyńscy byli ode mnie o rok starsi, ale razem chodziliśmy na prywatne seminarium do prof. Stanisława Ehrlicha.

I jak było na tym seminarium?

– Bardzo ciekawie. Tam byli ciekawi ludzie. Muszę powiedzieć, że akurat ani Jarek, ani Leszek nie błyszczeli. I nie mówię tego, żeby ich teraz jakoś zdezawuować, ale być może ich inteligencja miała charakter troszkę mniej błyskotliwy. Raczej siedzieli dość cicho. Profesor Ehrlich miał taki pomysł, żeby do tej późnej polskiej komuny wprowadzać ostrożnie elementy pluralizmu.

Czyli odrzuciłby pan taką kalkę, że „Ehrlich to były stalinista i być może z tego chowu jest Jarosław Kaczyński – chciałby jednolitej władzy, która niby zachowuje jakieś pozory pluralizmu, ale tak naprawdę ma wszystko w garści”?

– Odrzucałbym takie określenie. Rzeczywiście Ehrlich był byłym stalinistą, pełnił wyjątkowo paskudną rolę w polskim środowisku prawników. Ale przeszedł pewną transformację. Kiedy Kaczyńscy go poznali, to on nie miał już żadnych stalinowskich ciągot. To z Ehrlicha Kaczyński pewnie wziął pojęcie „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej”. On naprawdę uważa, że w państwie władza powinna mówić jednym głosem, powinna być scentralizowana i skonsolidowana. Więc ten ośrodek, o którym on mówi, obecnie istnieje. Istnieje na ulicy Nowogrodzkiej.

W polskim wydaniu to coraz bardziej przypomina chyba Ludwika XIV: „Państwo to ja”?

– Dokładnie tak! Albo – ale mówię to z pewnym przerażeniem – przypomina to coś w rodzaju mafii, albo zorganizowanej grupy przestępczej, dlatego że – notabene za to pojęcie mam przed sądem beknąć niedługo, bo mnie PiS o to pozywa – ale chcę powiedzieć…

Sam się pan będzie bronił?

– Nie, nie. Będę miał adwokata (śmiech).

A jednak.

– Ze względów czysto praktycznych.

To musi pan mieć dylemat, czy mówić, że został pan źle zrozumiany, czy twierdzić, że został pan doskonale zrozumiany i udowodnić słuszność swojej tezy.

– (śmiech) Pozwoli pan, że tego nie skomentuję, bo sprawa może przyjść do sądu i adwokat mi zabronił o tym mówić. Mogę natomiast posłużyć się pewną analogią. Gdy pan prezes Kaczyński rzuca w stronę opozycji parlamentarnej słowa „zamordowaliście mojego brata”, czy oznacza to, że on każdego z nich z osobna oskarża o zabójstwo tak, jak jest ono rozumiane przez kodeks karny? Albo gdy Joachim Brudziński wrzeszczy do swoich zwolenników pod adresem opozycji „komuniści i złodzieje”, to czy oznacza to, że on wszystkim członkom opozycji zarzuca przywłaszczanie sobie dóbr prywatnych innych osób? Jest oczywiste, że często w retoryce, nazwijmy to publicystycznej czy politycznej, stosujemy pewne metafory zapożyczone także z kodeksu karnego.

Nie uważa pan, że ryzykowną taktyką jest linia obrony utkana ze słów Kaczyńskiego i Brudzińskiego?

– (śmiech) To zabieg mający na celu pokazanie, że po wszystkich stronach barykady politycznej stosujemy podobny zabieg o charakterze publicystycznym. To na pewno ostre, ale taka jest poetyka debaty publicznej.

Mamy w Polsce fundamentalny spór prawny, a strony tego sporu doskonale się znają. Kaczyńscy byli z Safjanem i Rzeplińskim na szkoleniu wojskowym, panią Gersdorf Kaczyński zna z podwórka, pana z seminarium. Czyli cały ten dramat rozgrywa się w jakimś sensie w ramach grupy znajomych.

– Tylko widać na liście dużą asymetrię. Wszystkie z osób przez pana wymienionych, poza jedną, są po stronie liberalno-demokratycznej. Po tej drugiej stronie jest tylko Jarosław Kaczyński. To on zainfekował życie polityczne Polski swoimi kompleksami, niepewnościami, ale także nienawiścią i podejrzliwością. To on stworzył obecny system monowładzy. Natomiast Leszka Kaczyńskiego bym do tego nie mieszał, bo Leszek był zupełnie innym człowiekiem.

Reklamy