Tag Archives: Emmanuel Macron

Kłamcy do sześcianu. 15 bzdur PiS

3 Lu

Władzę mamy amoralną, etyka w polityce to podstawa. Jak wierzyć kłamcom, mitomanom, a takim jest choćby Mateusz Morawiecki.

Cechy osobowe polityków PiS dyskwalifikują ich z życia towarzyskiego, a oni zajmują się polityką. Tak nisko upadła w Polsce przestrzeń publiczna.

Jeżeli politycy rżną naród, to naród rżnie siebie nawzajem. Taki mamy klimat – zakłamania.

Eksperci Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego udowodnili czarno na białym, jak politycy PS kłamią w kwestii uchwały Sądu Najwyższego, która podważa reformę sądowniczą PiS, a która tak naprawdę jest bezprawiem.

No i weszło na agendę wyjście Polski z Unii Europejskiej (Polexit). Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Kaczyński wyznaczy mapę drogową opuszczenia przez nas Unii. Oczywiście będą zaklinać się, że tak nie jest. Jak to kłamcy do sześcianu.

PiS twierdzi, że Sąd Najwyższy działa bezprawnie, wkracza w kompetencje Sejmu, narusza prawo unijne i próbuje zablokować odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów. To wszystko fałsz – pokazują eksperci Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego. Prawnicy obalają wszystkie (na razie) przekłamania władzy na temat historycznej uchwały SN.

Wszystkie 15 bzdur (ohydnych kłamstw) PiS tutaj >>>

My nauczyliśmy Francuzów jeść widelcem, a oni zrewanżowali się lekcją o poszanowaniu prawa. Chyba jesteśmy kwita, c’nie?

– Czasami czuję się jak Szkot, ale muszę uszanować to, jak ważna (dla Wielkiej Brytanii) jest kwestia suwerenności. Wbrew mojej sympatii (dla Szkocji), nie jest moją rolą interweniowanie w tej debacie – odpowiedział Tusk. Przyznał, że „na poziomie emocjonalnym nie ma wątpliwości, że wszyscy będą entuzjastycznie nastawieni” do ewentualnej akcesji Szkocji jako niepodległego kraju.

Wywiad Donalda Tuska dla BBC tutaj >>>

Choćby nie wiem jak gorącą miłość do Unii deklarował Kaczyński i jego ekipa, to nie mam wątpliwości, że nie zawahają się odtrąbić odwrotu od dyktatu groźnej „zagranicy”.

Aż do 89 procent zwiększył się odsetek Polaków optujących za pozostaniem w Unii Europejskiej. Badanie przeprowadzono po miażdżącej dla rządu PiS rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy o stanie praworządności w Polsce, zaraz po tym jak Rada (stosunkiem głosów 140: 37) wezwała do objęcia Polski procedurą stałego monitoringu, która dotyczy takich krajów jak Rosja, Albania czy Turcja pod butem satrapy Erdogana. Wynik tego sondażu to na pierwszy rzut oka dobra wiadomość. Na drugi rzut oka – niekoniecznie. Trudno bowiem ocenić, jak bardzo przywiązani jesteśmy do obowiązujących w Europie cywilizowanych reguł stanowiących o przynależności do rodziny państw praworządnych, a na ile myślimy wyłącznie o otwartych granicach oraz unijnych dotacjach i dopłatach.

(…)

W dniu Brexitu w Moskwie strzelały szampany. Kiedy Polska odłączy się od europejskiej wspólnoty, gdy stanie się słaba, pozbawiona unijnych funduszy i wsparcia technologicznego, wyłączona z korzystnych projektów, opuszczona nawet przez Orbana, pozostawiona tylko z artykułem 5 umowy NATO, umowy kwestionowanej przez nieobliczalnego egocentryka Trumpa, wtedy, kto wie, co wymyśli wschodni satrapa, który nie ukrywa tęsknoty za dawną strefą wpływów. Tak może być, jeśli pozwolimy na to. Jeśli nie zaakceptujemy jedenastego przykazania: Nie bądź obojętny!

Cały felieton Andrzeja Karmińskiego tutaj >>>

Pisowskie zbaranienie. Prezes między swymi baranami, które trzeba wybielić

13 Gru

Pan prezes ma – jak zawsze – rację. Aferzyści zdarzają się wszędzie. W każdej choćby najporządniejszej i najuczciwszej partii musi się trafić jakaś czarna owca. Takie prawo statystyki.

Ale nie znaczy to przecież, że na tej podstawie można mierzyć polityków i działaczy różnych politycznych opcji tą samą miarą. W formacji aktualnie rządzącej żadnych czarnych owiec wszak nie uświadczy, choćby ze świecą szukał. Pan prezes publicznie dał na to w Jachrance swoje słowo.

Gdzie się podziały w takim razie, owieczki o smolistej wełnie i takimż charakterze? Otóż to oczywista oczywistość, że wszystkie pasą się na polach Koalicji Obywatelskiej. Dobrze się jednak maskują, a część z nich usiłuje się nawet na siłę wybielić. Ale wiadomo, że to bezskuteczne. Partii aktualnie rządzącej i jej zwolennikom nie da się zamydlić oczu, a stado „totalsów”, nawet wymoczone w Vizirze, bielsze i tak już nie będzie!

Wprawdzie wrogowie polskości (czytaj: przeciwnicy partii rządzącej) bezczelnie wmawiają opinii publicznej, że niektóre barany z zagrody pana prezesa też są czarne, co – skądinąd – podpada chyba pod paragraf o szerzeniu nienawiści rasowej i w odpowiednim czasie na pewno zajmie się tym pan minister sprawiedliwości. Bo oczernienie choćby jednej niewinnej pisowskiej owieczki nikomu nie ujdzie bezkarnie.

Ale spokojnie. To wszystko są tylko nieudolne prowokacje, z definicji skazane na klęskę. Już rządzonych twardą ręką przez ministra sprawiedliwości prokuratorów w tym głowa.

Gorzej, że rzucająca się w oczy nieobecność czarnych owiec w stadzie PiS, zaczyna budzić niewygodne pytania, bo jak dotąd nie udało się też wskazać ani jednej z nich w obozie „totalsów”. Więc co – w związku z tym – z prawami statystyki?

Bo co pan prokurator generalny już, już dopada jakiejś farbowanej owieczki w zagrodzie KO, ta uporczywie twierdzi, że jest biała, a futro ma tylko lekko przybrudzone od smogu komunikacyjnego. Ciężko doprać, po prostu.

I rzeczywiście – niektóre plamy z medialnego błota schodzą z „platformersów” dopiero po maglowaniu w prokuraturze. A z wywabieniem innych trzeba czasami czekać aż na interwencję sądu. Niemniej, przepuszczone przez wyżymaczkę ministra sprawiedliwości opozycyjne owieczki wychodzą z tego zupełnie czyste. Znaczy – białe.

A czarne gdzie się podziały w takim razie? Przecież miało ich być – lekko licząc – jakieś pół platformerskiej zagrody! Tak przynajmniej wynikało z kampanii przedwyborczej PiS oraz ogłoszonego zaraz po wyborach „audytu”, który miał wyłapać je wszystkie i skutecznie izolować od reszty stada.

Ale wygląda na to, że ani rzeczony audyt, ani liczne kontrole wszystkich możliwych służb niewiele dały i czarnych opozycyjnych owiec ani widu, ani słychu. A jeszcze bezczelni „totalsi” sugerują, że wszystkie czarne barany polityki pochowały się w zagrodzie pana prezesa! Na razie w wyniku tych pomówień na PiS-owskiej łące wytypowano jednego kozła z KNF. Ofiarnego, jak się zdaje. Ale skóry innych owieczek pasących się przy tym samym żłobie i tak nie da się chyba uratować.

Co gorsza, nieudana próba zapędzenia w ten sam kozi róg niektórych platformerskich baranków skończyła się blamażem i jeszcze zwróciła uwagę publiczności na inny, znacznie zasobniejszy żłób w zagrodzie pana prezesa oraz biesiadujące przy nim spasione tryki. W świetle ujawnionych przy tej okazji faktów, ich futro wygląda na mocno nieświeże. No, niestety…

Partia pana prezesa podjęła zatem szeroko zakrojoną akcję masowego wybielania swoich owieczek, wspartą przez firmową Pralnię i Suszarnię: służby, media, kasę z budżetu i prokuraturę. Towarzyszą temu dyskretne zachęty do obywatelskiego demaskowania czarnych owiec opozycji oraz kubły darmowej smoły i błota do oddolnej akcji nurzania w nich stada „totalsów”. Dla uniknięcia dysonansu poznawczego. Suweren bowiem i tak wie swoje.

Bo wszak, żeby nie wiem co, aktualnej władzy i jej zwolenników nic nie przekona, że – by zacytować klasyka – białe owce z KO są białe, a czarne z PiS – czarne.

Po co więc było Morawieckiemu przedstawienie w parlamencie? Wniosek o wotum zaufania to dość nadzwyczajny środek. Szefowie rządu zwykle sięgają po niego w sytuacji głębokiego politycznego kryzysu, kwestionującego ich tytuł do sprawowania władzy. Morawiecki jak dotąd nie znalazł się w takim kryzysie. Wniosek o wotum miał mu jednak pomóc załatwić trzy sprawy. Po pierwsze, uciszyć opozycję przed debatą nad wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności. Po drugie, zewrzeć własne szeregi i potwierdzić pozycję w obozie władzy. Po trzecie wreszcie, wysłać do elektoratu jasny komunikat: w Polsce przełomu 2018 i 19 roku to PiS, a nie jakakolwiek inna siła, ma polityczną inicjatywę i rozdaje karty.

Z tym ostatnim był pewien problem w ostatnich miesiącach. PiS zamiast narzucać tematy dyskusji i osie sporu, zmienił się w partię reaktywną, zdolną jedynie do gaszenia kolejnych pożarów. Przełomowym momentem była tu informacja o wniosku Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności z polską konstytucją traktatów o Unii Europejskiej. Wmanewrowało to PiS w pozycję, gdzie partia musiała bronić się przed zarzutami o chęć Polexitu. Biorąc pod uwagę bardzo dalekie od oczekiwań wyniki wyborów samorządowych – średnio skutecznie. Potem były kolejne kryzysy: dalszy ciąg sporu z instytucjami UE, list ambasador USA i afera KNF.

Zwarcie szeregów

O ile dwa pierwsze cele Morawiecki, jak się wydaje, zrealizował, to problem może być z trzecim. By PiS i premier osobiście odzyskali inicjatywę w polskiej polityce, potrzeba znacznie więcej, niż zwycięstwo w głosowaniu, którego nie dało się przegrać.

Głosowanie nad wotum ułatwia za to Morawieckiemu politykę w najbliższych tygodniach. Przede wszystkim wyprzedza wniosek opozycji o konstruktywne wotum nieufności dla rządu. PiS będzie teraz twierdził, że po środzie wniosek jest bezprzedmiotowy – rząd ma wyraźną parlamentarną większość. Nowogrodzka być może w ogóle nie dopuści do procedowania wniosku opozycji. Jeśli nawet do niego dojdzie, będzie to musztarda po obiedzie, PiS i jego media po prostu ośmieszą całą akcję.

Oczywiście, od początku nie było szans, by wniosek PO obalił rząd. Debata nad nim oznaczała jednak wystąpienia wszystkich klubów parlamentarnych, walących w rząd jak w bęben. Opozycyjni posłowie powtarzaliby w kółko: KNF, kumulacja roczników w szkołach średnich, wzrost cen prądu, protesty rolników, policjantów, urzędników i nauczycieli, Polexit. Morawiecki musiałby się do tego wszystkiego odnieść – zamiast tego zafundował opozycji i opinii publicznej spektakl propagandy sukcesu.

Głosowanie pomogło też zewrzeć szeregi rządzącej partii. Oponenci premiera we własnym obozie siedzieli cicho i pokornie podnieśli ręce w górę za rządem. Głosowanie wzmacnia Morawieckiego przed zaplanowaną na 15.12. kolejną konwencją rządzącej partii. Być może zostanie na niej ogłoszona rekonstrukcja rządu. Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że z niektórymi ministrami – Krzysztofem Tchórzewskim, Beatą Kempą, Beatą Szydło, Mariuszem Kamińskim, Zbigniewem Ziobrą – premierowi nie współpracuje się dobrze i już od dawna zgłaszał kierownictwu PiS chęć ich zmiany. Jeśli po manewrze z wotum zaufania, Morawiecki ogłosi rekonstrukcję rządu wyśle elektoratowi sygnał: to ja kontroluję sytuację.

Rok gaszenia pożarów

Ciągle niemożliwa wydaje się jednak wymiana najbardziej kłopotliwego dla premiera członka rządu: Zbigniewa Ziobro. Przez pierwszy rok swoich rządów Morawiecki zamiast realizować swój program zajmował się gaszeniem pożarów pochodzących z ministerstwa sprawiedliwości, głównie tych wokół ustawy o IPN i sporu z Unią o niekonstytucyjną i niepotrzebną reformę sądów. W dodatku w ostatnich miesiącach Ziobro zachowywał się w sposób, który świadczy albo zupełnej utracie zdolności do racjonalnego politycznego osądu albo o tym, że prokurator generalny prowadzi nielojalną grę na osłabienie swojego obozu politycznego, w celu wywołania w nim przesilenia i zmiany premiera.

Koszty obecności Ziobry w rządzie robią się naprawdę wysokie. Cała akcja z aresztowaniem Wojciecha Kwaśniaka i słowami Ziobry, że były szef KNF został pobity, bo kontrolowana przez niego instytucja „rozzuchwaliła przestępców” wygląda jak powtórka sprawy doktora G. Po jego zatrzymaniu Ziobro powiedział publicznie „ten pan nikogo nie zabije” – za co później kazał mu przepraszać sąd. Sprawa ta stała się symbolem „policyjnego państwa PiS” i jednym z powodów klęski PiS w roku 2007. Także w 2018 kierownictwu partii powinny zapalać się lampki ostrzegawcze – schemat działania ministra sprawiedliwości jest bardzo podobny.

Tak długo, jak długo Ziobro będzie funkcjonował w rządzie na podobnych zasadach, Morawiecki będzie musiał poświęcać większość energii na łagodzenie wywołanych przez niego kryzysów.

Do sukcesji droga daleka

Dlatego warto zachować sceptycyzm wobec analiz wskazujących, że właśnie widzieliśmy namaszczenie Mateusza Morawieckiego na politycznego spadkobiercę Jarosława Kaczyńskiego, następnego przywódcę Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli Kaczyński ma w planie taką sukcesję, droga do niej jest ciągle daleka.

Jak pokazał niedawno przypadek Ewy Kopacz, przywództwo demokratycznej partii to nie jest coś, co można otrzymać w wyniku „feudalnego” nadania od politycznego „seniora”. Przywództwo trzeba sobie wywalczyć. Oponentów – których na prawicy Morawieckiemu nie brakuje – trzeba samemu pokonać, politycznie unieszkodliwić, lub przeciągnąć na swoją stronę. Morawiecki ma tu jeszcze wiele do zrobienia. Ważnym testem będzie dla niego przyszłoroczny maraton wyborczy. Jeśli go wygra, jego tytuł do sukcesji po Kaczyńskim się wzmocni. Z Ziobrą na pokładzie wygrać będzie mu trudno, ale równie trudno w sytuacji otwartej wojny z liderem Solidarnej Polski. Zwłaszcza, jeśli swoją partię odpali ojciec Rydzyk i Ziobro będzie miał gdzie pójść. Bardziej niż od głosowania nad wotum zaufania, polityczna przyszłość Morawieckiego zależy od tego, jak poradzi sobie z tym „paragrafem 22” pisowskiej polityki.

W Sejmie zdecydować się na wspólny klub, poza Sejmem na wspólne zespoły programowe. I muszą już dziś zacząć budować wspólną wyborczą listę opozycji. Ci którzy tego nie chcą, powinni odejść od stołu i przestać udawać. Kryzys w Nowoczesnej, jeśli wydarzyłby się na miesiąc, a nie na dziesięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, oznaczałby gwarantowane zwycięstwo Kaczyńskiego.

Niekończący się proces „jednoczenia demokratycznej opozycji” – będący tak naprawdę agresywną grą o zachowanie własnej, choćby najsłabszej firemki i własnego, choćby najbardziej pokiereszowanego logo – jeśli będzie trwał do ostatnich tygodni kampanii wyborczej, skończy się dla demokratycznej opozycji tak, jak „jednoczenie lewicy” skończyło się w 2015 roku dla Palikota i Millera. Nie można do ostatniego miesiąca przed wyborami atakować się w mediach, podstawiać sobie nogi, przedkładać osobisty interes nad wspólny – aby dopiero w kampanii wyborczej ściskać sobie ręce i mówić: „jesteśmy koalicją”. Nikt w to nie uwierzy. Nikt też nie uwierzy w to, że tak sklecona formacja będzie potrafiła rządzić Polską po swoim ewentualnym zwycięstwie.

Gdyby Kaczyński musiał się użerać z Ziobrą i Gowinem do ostatnich dni kampanii wyborczej 2015 roku, przegrałby zarówno wybory prezydenckie jak i parlamentarne. Jeśli przed wyborami 2019 roku rzeczywiście powstanie Partia Rydzyka, to nawet gdyby natychmiast rozpoczął się spektakl „negocjacji” i „jednoczenia”, czyli targów o kasę i miejsca na listach, Kaczyński przegra wybory. Partia Rydzyka odegrałaby wówczas na prawicy taką samą rolę – czysto destrukcyjną – jaką po stronie liberalnego mieszczańskiego centrum może odegrać partia Roberta Biedronia.

Dlatego także negocjacje koalicyjne po stronie opozycji muszą się skończyć jak najszybciej. Pozostawiając jak najwięcej czasu przed wyborami na faktyczne zaprezentowanie Polakom wspólnej strategii i wspólnego programu na Polskę po rządach PiS-u. Kamila Gasiuk-Pihowicz to rozumie, parę innych osób nieco mniej.

W wyborach samorządowych wyborcy opozycji powiedzieli wyraźnie, że chcą realnej jedności opozycji, a nie trwających bez końca negocjacji zjednoczeniowych. Opozycja wygrała tam, gdzie była naprawdę zjednoczona – wokół jednego kandydata, wokół jednej listy. Czyli przede wszystkim wygrała w miastach. Nie wygrała w sejmikach wojewódzkich, gdzie każdy lider – od zbyt ambitnych samorządowców, po zbyt ostrożnych liderów PSL i SLD – chciał zachować absolutną odrębność. Żeby później, dysponując jednym czy dwoma radnymi, ale za to absolutnie „własnymi”, odegrać w koalicyjnych targach rolę większą, niż by wynikało z jego realnej siły. Gdyby opozycja poszła na jednej liście, uczciwie pracując nad stworzeniem demokratycznego minimum programowego, żeby udowodnić Polakom, iż jednoczenie nie musi być wyłącznie ratowaniem stołków, PiS rządziłoby dalej tylko na Podkarpaciu. We wszystkich innych województwach opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, jeśli mimo to PiS rządzi gdziekolwiek poza Podkarpaciem, to tylko z powodu podziałów opozycji albo – jak na Śląsku – z powodu zwyczajnej korupcji i zdrady.

Walka czy teatr

Kiedy słucham wypowiedzi polityków i komentatorów (tych liberalnych, bo PiS-owcy z zupełnie innych powodów entuzjastycznie bronią „pluralizmu opozycji”) walących zawsze do jednej bramki, orzekających winę Schetyny i PO nawet tam, gdzie ich partnerzy i konkurenci nie wykazują żadnej ochoty do współpracy, wydaje mi się, że cały krzyk na temat zagrożenia demokracji w Polsce dla wielu krzyczących jest tylko teatrem. No bo z jednej strony mamy heroiczne selfies robione sobie na tle kordonu policji pod Sejmem, mamy rytualne teksty i wypowiedzi, jakim to ostatecznym zagrożeniem jest Jarosław Kaczyński, po czym wszystko toczy się po staremu. Dla polityków najważniejsza jest „moja ambicja, mój szyld, choćby przez taki wybór priorytetów Kaczyński miał rządzić kolejną kadencję”. A dla komentatorów najważniejsza jest „moja zemsta za to, że kiedyś Tusk i Schetyna wyszli z Unii Wolności”, albo „moja wizja radykalnej lewicy, dla której głównym przeciwnikiem wcale nie jest populizm Kaczyńskiego, ale liberalizm Platformy”. Cała reszta jest tylko teatrem odgrywanym dla ludzi.

Flaki się też człowiekowi wywracają, kiedy po raz kolejny czyta anielskie komentarze na temat tego, jak opozycja „się” jednoczy lub mogłaby „się” zjednoczyć, tylko Schetyna i PO w tym jednoczeniu „się” opozycji przeszkadzają. „Się szło”, „Się przystanęło”, „Się wypiło wódkę” – to są cytaty z poezji i prozy Edwarda Stachury (zupełnie niezłej i niesłusznie zapomnianej). W polityce żadne „Się” nie istnieje. Istnieją instytucje, istnieją partie, istnieją ich liderzy. Poza tym jest tylko publicystyczna piana.

Wśród opozycyjnych partii czy sił politycznych PO okazało się najtrwalsze, najbardziej zdolne do politycznego działania, jej ludzie okazali się najbardziej profesjonalnymi politykami. Wśród liderów partyjnych Schetyna okazał się politykiem, który obronił i skonsolidował Platformę zdemolowaną po taśmach i wyborczych porażkach. Tymczasem Petru politykiem się nie okazał, a co do Biedronia nie ma żadnej pewności (drogę do polskiej polityki utorował mu Janusz Palikot). Dziś Biedroń ma nadzieję, że jeśli nawet rozbije głosy centrowego elektoratu (on w żaden sposób nie poszerza elektoratu centrum, a tylko próbuje kanibalizować wyborców PO, Nowoczesnej oraz SLD), jeśli nawet opozycja przez to przegra i Kaczyński będzie rządził Polskę przez następne cztery lata, to przynajmniej on sam znajdzie się w Brukseli, a jego inicjatywa stanie się szalupą ratunkową po zniszczeniu przez Kaczyńskiego wszystkiego innego. Otóż jak Kaczyński porządzi kolejne cztery lata, to nie tylko nie będzie już w Polsce niezawisłych sądów, nie tylko nie będzie wolnych mediów, ale nie będzie też miejsca dla odrębnych partii Roberta Biedronia czy Ryszarda Petru.

Dlatego Schetyna powinien rozmawiać z Lubnauer, z Petru, z Kosiniak-Kamyszem, z Czarzastym, a nawet z Biedroniem – proponując im wspólną listę, pracę nad wspólnym minimum programowym, wspólne budowanie Polski po PiS-ie. Ale tylko do pewnego momentu, który już się zbliża. Spektakl jednoczenia się bez zjednoczenia, trwający za długo, do samych wyborów, to dla opozycji samobójstwo.

Prezydent nie tylko bogatych

Macron ogłosił, że Francja znajduje się dziś w „społeczno-ekonomicznym stanie wyjątkowym”. Demokratyczni przywódcy nie sięgają po takie określenia w innych sytuacjach niż głęboki kryzys. Francja znajduje się dziś w takim kryzysie. Choć gospodarka – patrząc na makroekonomiczne wskaźniki – nie radzi sobie tragicznie źle, to cały model społeczno-ekonomiczny przeżywa kryzys legitymacji, być może najgłębszy od roku ’68.

Szeroka klasa średnie ma poczucie, że jej zasoby i możliwości dobrego, godnego życia radykalnie się kurczą za sprawą rosnących cen (głównie nieruchomości) i niedostatecznego tempa wzrostu dochodów. W dodatku Francuzi są przekonani, że rozwój gospodarczy ostatnich lat służy głównie wąskiej grupie najbogatszych. Na co zupełnie obojętni są politycy, odklejeni od potrzeb zwykłych ludzi, zblatowani ze światem żyjących ponad społeczeństwem elit.

Całe poniedziałkowe wystąpienie Macrona wyglądało, jakby miało na celu pozbycie się łatki „prezydenta najbogatszych”. Francuski przywódca wyraźnie zmienił język. Zamiast o Francji start-upów i nieskrępowanej przedsiębiorczości mówił o samotnych matkach, które pod koniec miesiąca mają problem, by domknąć domowy budżet. O seniorach, którzy po cały życiu ciężkiej pracy, nie są w stanie godnie żyć bez pomocy dzieci. O społeczeństwie tracącym nadzieję. O kraju, który słusznie – lecz jak na razie na próżno – pragnie godnie żyć ze swojej pracy.

Zaproponował też kilka środków, mających przynieść ulgę najbardziej potrzebującym. Godziny nadliczbowe mają zostać zwolnione od podatku. Emeryci, dostający mniej niż 2000 euro mają zostać zwolnieni z zaplanowanych na przyszły rok podwyżek składek na ubezpieczenie społeczne, co zwiększy kwotę netto świadczenia. Wreszcie wzrosnąć ma płaca minimalna – o 100 euro miesięcznie. W dodatku – nie znamy szczegółów – ma się to dokonać bez obciążania pracodawców „ani jednym euro więcej”.

To ostatnie to największe ustępstwo prezydenckiego obozu. Jeszcze niedawno rząd przekonywał, że żadna podwyżka płacy minimalnej wyższa, niż wynikająca z ustawy, w ogóle nie wchodzi w rachubę, jest niemożliwa i niepożądana dla gospodarki. Siła społecznego niezadowolenia uczyniła nagle niemożliwe możliwym.

Czy to wystarczy?

Pytanie, jakie zdecyduje o najbliższej przyszłości Francji, brzmi: „czy to wystarczy?” Choć takie rozwiązania, jak wyższa płaca minimalna, wychodzą naprzeciw żądaniom protestujących, to kryzys jest znacznie głębszy. Macron zdaje sobie chyba z tego sprawę. Poza doraźnymi reformami zapowiedział także szerokie konsultacje społeczne na temat przyszłości Francji. Prezydent ma przemierzyć cały kraj i spotkać się z każdym urzędującym merem, by wspólnie ustalić co w kraju wymaga naprawy i w jakim kierunku powinny podążać zmiany. Zapowiedział też szerokie konsultacje z liderami biznesu na temat ich udziału w wysiłku ekonomicznej transformacji Francji. Rząd ma się też zająć problemem złośliwego i uporczywego unikania podatków przez najbogatszych.

Problem w tym, że Macron w tym wszystkim może być dla Francuzów zwyczajnie niewiarygodny. Zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby rozmowę o tym, jak sprawić, by zwykli ludzie znów poczuli się godnie i bezpiecznie w swoim państwie, zaczął na początku kadencji. Tymczasem pierwszy rok nowego prezydenta przebiegał pod znakiem polityki, która przez szerokie grupy obywateli Francji postrzegana była jako arogancka, monarchiczna, ignorująca potrzeby klasy średniej i ludowej, służąca wyłącznie najbogatszym. Korektę tej polityki wymusił dopiero płonący co tydzień Paryż i fruwające w powietrzu kawałki bruku.

To nie tylko francuski problem

W takich warunkach Macronowi bardzo trudno będzie ubrać w szaty „prezydenta ludowego”. A to wydaje się konieczne, by uspokoić sytuację i rozpocząć poważną rozmowę z partnerami społecznymi na temat tego, co dalej z francuskim modelem społeczno-politycznym. Prezydentowi ciężko też będzie znaleźć partnerów do tej rozmowy wśród politycznej opozycji. Marine Le Pen ze Zgromadzania Narodowego (jak od jakiegoś czasu nazywa się Front Narodowy) i lider lewicowej Francji Nieugiętej, Jean-Luc Mélenchon, będą teraz grać na maksymalną polaryzację polityczną, eskalację konfliktu, wywrócenie rządu i nowe rozdanie, w którym liczą na wzięcie władzy przynajmniej w parlamencie. Francję czeka w najbliższych tygodniach bardzo burzliwy politycznie okres, w którym wiadomo głównie to, że nic nie wiadomo.

Problem, przed jakim staje Francja nie jest przy tym specyficzny wyłącznie dla niej. Podobne problemy ma niemal każde zamożne, zachodnie społeczeństwo. Wszędzie szerokie grupy czują, iż bezpieczeństwo socjalne i względny dobrobyt, jaki kiedyś traktowały jako oczywiste, stają się coraz mniej dostępne. To rodzi gniew, na gruncie którego doskonale wzrastać może populistyczna polityka spod znaku Trumpa, włoskiej Ligii Północnej i Ruchu 5 Gwiazd, Alternatywy dla Niemiec, czy Brexitu.

Zwycięstwo Macrona we Francji miało dowodzić, że Francja jest odporna na podobne zagrożenia. Populizm spod znaku Le Pen – tak jak we Włoszech, Wielkiej Brytanii, Stanach – był jednak tylko symptomem głębszych, strukturalnych problemów. Upojony zwycięstwem obóz Macrona przez rok udawał, że one nie istnieją. Teraz, przynajmniej chwilowo, nie może udawać.

Cały zachód i każde z tworzących go państw z osobna potrzebuje dziś dyskusji nad nową umową społeczną na XXI wiek. Stara, ustalona pod koniec ubiegłej dekady wyraźnie nie działa. Potrzebujemy wspólnie zdecydować jak usprawnić demokrację, jak dać ludziom realne poczucie wpływu i reprezentacji, jak dzielić zyski, ryzyka i koszty. Spór o to może potrwać kilka dekad, nie wiadomo czy i kiedy uda się dojść do jakiegoś sensownego porozumienia. Ale być obserwujemy właśnie coś, co po latach historycy mogą uznać za początek bardzo ważnego politycznego zwrotu. Nie tylko we Francji.

— SENATOR BIERECKI ROZGRZESZA BANDYTĘ – jedynka GW: “- Czy chodziło o zablokowanie skutecznej działalności, czy o inne okoliczności, to już prokuratura jest w stanie wyjaśnić – tak Grzegorz Bierecki, senator PiS i założyciel SKOK-ów, skomentował zamach na wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Dodał, że prokuratorskie zarzuty wobec urzędnika „są słuszne”.
wyborcza.pl

— JERZY MEYSZTOWICZ W TEKŚCIE DLA RZ PISZE O GROŹBIE PRZEJMOWANIA PRYWATNYCH FIRM NA MODŁĘ ORBANA: “Na horyzoncie rysuje się perspektywa „Budapesztu w Warszawie”, gdzie od dawna środowiska związane z władzą przejmują prywatne firmy. Ostatni przykład to przejęcie wolnych mediów przez ludzi ze środowiska Viktora Orbána i stworzenie konglomeratu związanego z rządem. Metody wykorzystujące zaangażowanie państwa pozwalają na skuteczne zawłaszczanie majątków. Chodzi zatem o to, żeby wraz z powiększaniem zasobów w dyspozycji państwa, zwiększać udziały „swoich” ludzi w gospodarce”.
rp.pl

>>>

>>>

Nie lękajcie się bolszewików z PiS

10 List

„Mamy w kraju siły, które chcą zmienić ład, będący w mojej ocenie podstawą naszej przyszłości. Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a de facto bronił wspólnoty zachodu przed polityczną barbarią, miał trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików symbolicznie, kiedy wydobywał z nas to, co europejskie, wolnościowe, to miał trudniejszą sytuację. Dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików?” – mówił podczas wykładu w Łodzi Donald Tusk. Przewodniczący Rady Europejskiej wziął udział w zorganizowanych tam Igrzyskach Wolności.

Tusk wygłosił wykład „11 Listopada 2018. Polska i Europa. Dwie rocznice, dwie lekcje”. Apelował do uczestników forum w Łodzi. – „Nie ma co tutaj czekać na żadnego jeźdźca na białym koniu. Pamiętacie, jak to było z generałem Andersem. Miał być generał na białym koniu, jest pani senator business class. Tak się to marzenie skończyło. Liczcie przede wszystkim na siebie. Pamiętajcie, bez waszych, naszych, Polaków praw i wolności nie ma niepodległości. Brońcie tych praw, tej wolności i brońcie polskiej niepodległości” – stwierdził Tusk.

Były premier mocno podkreślał: – „Chcę jeszcze raz dobitnie powtórzyć, bo to będzie bardzo ważne właśnie dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości. Wszak to Piłsudski powiedział, że naród, który nie szanuje swojej przeszłości, nie zasługuje na dobrą przyszłość. Więc podkreślmy to jeszcze raz, tak wyraźnie jak to możliwe. Bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta. Nie zmieni tego żadna odgórnie narzucona polityka historyczna”.

W wykładzie Tuska nie mogło zabraknąć odniesień, dotyczących ewentualnego Polexitu. – „Kto dzisiaj w Polsce występuje przeciwko naszej silnej pozycji w zjednoczonej Europie, tak naprawdę występuje przeciwko polskiej niepodległości. Nie z racji mojej funkcji, ale głębokiego przekonania, że może to sprowadzić na moją ojczyznę znowu największe z możliwych politycznych zagrożeń, chcę też dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości, powiedzieć że to od nas zależy, tu w Polsce, czy politycy doprowadzą do rozbicia UE i do wyprowadzenia Polski z UE” – powiedział Tusk. Ku przestrodze cytował wypowiedzi wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Zdzisława Krasnodębskiego z PiS („Jeśli politycy europejscy nadal będą działać z takim taktem politycznym, wkrótce w Polsce staniemy przed koniecznością referendum w sprawie pozostania w UE”) czy Roberta Winnickiego („Dzisiaj mówimy o tym, że UE w obecnym kształcie się kończy i bardzo dobrze, bo to zły projekt”). Tusk zaznaczył, że ten drugi jest jednym z liderów marszu narodowców, z którym we wspólnym pochodzie przejdą polskie władze. Były premier przypomniał też słowa Dudy, który UE określał wyimaginowaną wspólnotą.

„Działanie ma sens. Lekcja 1918 roku, 1980 i 1988 roku pokazały jednoznacznie, że kiedy działamy, nie narzekamy, wierzymy we własne siły, to przenosimy góry i czynimy rzeczy niemożliwe – możliwymi. Bo rzeczywiście wszystko da się odwrócić. Czcząc bohaterów naszej niepodległości dziś – jutro pomyśleć o tym, co zdarzy się wiosną. Tutaj jestem wierny innemu bohaterowi mojej młodości, Jackowi Kuroniowi i pamiętam do dzisiaj te jego słowa: nie palcie komitetów, tylko twórzcie swoje własne. Spróbujcie nie wykluczając nikogo, pokazując, czym naprawdę jest polska solidarność, spróbujcie w maju pokazać, że wiosną może być wasza, nasza, Polska” – zakończył Donald Tusk swój wykład w Łodzi.

Więcej >>>

Donald Tusk w obszernym wywiadzie, którego udzielił „Gazecie Wyborczej” mówił o historii z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Nie mogło jednak zabraknąć miejsca dla komentarzy, dotyczących obecnej sytuacji, w której znalazła się Polska pod rządami PiS. – „Dzisiaj, choć powodów do podziałów historycznych nie ma, to wzniecanie wzajemnej nienawiści jest jednym z najcięższych politycznych przestępstw tej ekipy. Tak jak niedopuszczalne ze względu na rację stanu jest „budowanie” pozycji Polski na konflikcie ze wszystkimi dookoła, tak moralnie i politycznie niedopuszczalne jest „budowanie” politycznej pozycji na rozniecaniu nienawiści między Polakiem a Polakiem. (…) Wpychanie Polski w izolację, skłócanie jej z sąsiadami i innymi krajami, wyprowadzanie jej z rdzenia Europy, a niebawem w ogóle z Unii, sprawią, że Polska może się stać czyjąś łatwą ofiarą i nie będzie mogła liczyć na pomoc ze strony kogokolwiek. Nie mogę patrzeć na marnotrawienie bezcennej pozycji Polski w świecie, która nie miała analogii w naszych nowożytnych dziejach. To się domaga kary” – powiedział przewodniczący Rady Europejskiej.

Zapytany, czy jego zdaniem PiS chce doprowadzić do Polexitu, Tusk powtórzył to, co mówi w tym kontekście od wielu tygodni: – „To się może wydarzyć, choć to nie jest plan ichniego komitetu centralnego. Politycy rzadko deklarują, że zamierzają zrobić coś złego czy głupiego. Ale politycy robią rzeczy i głupie, i złe. PiS być może nie ma planu wychodzenia z Unii, ale wychodzi. Tak jak Cameron. Są jak lunatycy. Nie wiedzą, że wychodzą. Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować.”.

Były premier ostro podsumował prezesa PiS: – „Kaczyński jest modelowym przykładem polityka niszczącego liberalną demokrację rozumianą jako wolność słowa, wolny rynek, wolne wybory, trójpodział władzy, praworządność, prawa człowieka. Model władzy Putina i Erdogana podoba się i Kaczyńskiemu, i Orbánowi” – powiedział Tusk. Przypomniał, jak zachowywał się prezes PiS podczas niedawnej kampanii wyborczej. – „Jemu każda taktyczna teza przejdzie przez gardło. Po pierwszej turze wyborów samorządowych wybaczył SLD niemal wszystkie zbrodnie i powiedział, że można z nimi robić koalicje w sejmikach. A gdy następnego dnia się okazało, że wynik SLD jest jednak za mały i nie wystarczy do koalicji, to zmienił zdanie” – zauważył Tusk.

Odniósł się też do reakcji, a właściwiej jej braku Kościoła na obecną sytuację w Polsce. – „Dziś mamy do czynienia z agresją i pogardą wobec oponentów i wobec obcych, innych. Ile szkód ta narracja wyrządziła! A Kościół milczy. Niekiedy tylko nieśmiały szept kilku biskupów. Nigdy nie zabiegałem o polityczne poparcie Kościoła, ale dziś dopominam się, by stawał po stronie słabszych, pogardzanych, by wzywał, żeby nie było nienawiści. Ta cisza jest tak głośna, że aż nie do zniesienia” – powiedział były premier.

Nie odpowiedział na pytanie, dotyczące jego powrotu do polskiej polityki. – „Zgłaszając jakąkolwiek deklarację zaangażowania politycznego w kraju, jutro powinienem zrezygnować z pełnionej tutaj funkcji. (…) Nie mogę być dobrym organizatorem pracy Rady Europejskiej, zachowującym bezstronność, jeśli będę występował w charakterze konkurenta jednego z członków tej Rady. Niezależnie od tego, co się zdarzy za rok, dyskrecja jest jedynym dopuszczalnym sposobem postępowania” – zakończył Tusk.

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

PiS to spadkobiercy endeków. W Polsce odżywa haniebny projekt nacjonalistyczny

Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle. Fragment nowej książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”.

Ledwie zdążyli sami się policzyć, polscy aryjscy doktorzy, kiedy z zachodu wjechali jeszcze lepsi Aryjczycy i rozpędzili ich związek. Było ich wtedy 4 161, jedna trzecia ogółu lekarzy, członków ZLPP. W programie: rugowanie Żydów ze wszystkich fachów mających cokolwiek wspólnego z medycyną. Nie będzie im wolno pracować w aptekach, produkować stetoskopów, drukować podręczników ani recept.

W związkowym piśmie „Życie Lekarskie” doktor Ludwik Dydyński naucza, jak wytropić Żydów. Rejestr lekarzy, ku jego ubolewaniu, nie wyszczególnia rasy ani religii. Ale jeżeli ktoś nazywa się Weinberg, Rotberg, Rabinowicz albo Zelman, to sprawa jest oczywista. Także imiona mogą być wskazówką: Szymon, Bernard, Dawid. I, oczywiście, Aron albo Chana. Doktor Dydyński policzył ich wszystkich, od Poznania na zachodzie po Wilno na wschodzie. 4839. Cztery tysiące osiemset trzydzieści dziewięć osób, jedna trzecia ogółu lekarzy. Lecz przypuszczalnie jest ich więcej, wielu nosi dziś polskie nazwiska.

Na dwa tygodnie przed napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę związek lekarzy wysyła dramatyczny apel do rządu: trzeba koniecznie zabronić żydowskim lekarzom przybierania chrześcijańskich imion! Jeżeli ktoś urodził się jako Alter, to nie ma prawa nazywać się Artur. Polscy pacjenci nie mogą być oszukiwani i szukać porad lekarskich u wroga. Związek lekarzy rozkleja plakaty: Oto prawdziwi polscy lekarze! Unikajcie innych! Zdarza się, że afisze są zrywane. Związek domaga się, aby policja położyła kres temu niszczeniu. Niestety są chrześcijańscy lekarze, którym brakuje patriotyzmu i którzy protestują przeciw nowym zasadom. Tych trzeba publicznie napiętnować. Ludzie muszą poznać nazwiska tych zdrajców.

Doktorzy zamieszczają w swoim piśmie ogłoszenia: „Doktór Alkiewicz poszukuje kolegi współpracownika, nieżonatego, Aryjczyka”.

Poświęcam temu trochę miejsca, bo opowiadam nowość. Gdy rozpytuję polskich historyków, żaden o tym nie wie. „Związek lekarzy? Paragraf aryjski? Jest pan pewien? Czemu nikt wcześniej o tym nie napisał?”

Ktoś spytał, czy widziałem to czarno na białym. Tak, lecz nie było to łatwe. Na stronach Biblioteki Narodowej są wszystkie kolejne statuty związku lekarzy, z wyjątkiem akurat tego, z 1937 roku. Aby przeczytać to czarno na białym, trzeba pojechać do Warszawy, wypełnić formularz i zaczekać, aż sprowadzą rarytas z piwnicy. We własnym rysie historycznym związku nie wspomina się o sprawie ani słowem. Nikogo jednak nie można oskarżyć o fałszowanie historii. Dziejopis pomija wszystko, co zaszło w latach 1937–1939.

Żaden prawdziwy antysemita nie mógł być zadowolony ze związkowej definicji „żyda”. Najpierw pisano niedbale: Członkiem ZLPP nie może być lekarz żyd. Oczywiście zaczęły się dyskusje, jak to należy rozumieć. Skończyło się na: Członkiem związku może być tylko lekarz chrześcijanin z urodzenia, być może najoryginalniejszej definicji w historii antysemityzmu, nie do przyjęcia ani dla mistyków krwi, ani dla chrześcijan. Dla tych pierwszych zbyt lekko traktuje rasę, dla drugich podważa sens chrztu. Jezus nie miałby wstępu do związku polskich lekarzy, bo nie urodził się niestety katolikiem. Niezależnie od tych logicznych usterek, czy może właśnie dzięki nim, definicja była strzałem w dziesiątkę: dotknęła co trzeciego polskiego lekarza.

*
Czytam z rosnącym poczuciem absurdu. Odrodzona Polska stoi u progu lat dwudziestych zeszłego wieku przed gigantycznym problemem. Trzy zabory, które przez przeszło sto lat były od siebie oddzielone, każdy z własnym systemem szkolnictwa, językiem urzędowym, walutą, gospodarką i systemem prawnym, należy scalić w jeden kraj. Nowo wytyczone granice amputują dawne rynki – a na nowych drogi biegną w złą stronę. Są kopalnie i są stalownie, ale nie łączy ich kolej. Prawo cywilne jest w chaosie, pięć różnych systemów działa równolegle. Mieszkańców Kalisza obowiązuje ślub kościelny i zakaz rozwodów, trzydzieści kilometrów dalej na zachód ważny jest tylko ślub cywilny. Co trzeci obywatel w nowym kraju nie umie czytać ani pisać, co piąte dziecko umiera w kołysce. Co nie powinno dziwić, bo kraj cierpi na dramatyczny brak lekarzy. Ale co druga gazeta utrzymuje, że głównym obowiązkiem Polaka jest tak obrzydzić życie co trzeciemu doktorowi, żeby z Polski uciekł.

*
„HAMAS, HAMAS, JUDEN AUF DEN GAS!”, skandują kibice piłki nożnej podczas meczu w Warszawie w kwietniu 2011 roku. Siedemnastu z nich rozpoznano na zdjęciach i zostali skazani. Z przesłuchań:

Magazynier: Nie znam historii Żydów. Nie zastanawiałem się, po co to się krzyczy na meczu. Śmiałem się z tego.

Student uczelni technicznej: Z hasła „Hamas…” nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy „gas”. „Juden” nie było mi znane. Nie robiłem hitlerowskiego pozdrowienia, tylko coś pokazywałem.

Uczeń technikum informatycznego: Wiem, że Żydzi byli mordowani w komorach gazowych. Skandowałem przeciwko kibicom Widzewa. Kojarzą się oni w środowisku kibiców jako klub żydowski, nie wiem dlaczego. Nie wiedziałem, że to przestępstwo.

Fryzjer: Wiem, co znaczy to hasło, ale krzyczała cała trybuna. Krzyczałem: „Humus”. Nie chciałem, żeby ktoś zauważył, że nie dopinguję drużyny.

Student politologii:  Nie rozumiałem, bo to było po niemiecku.

Bezrobotny elektryk: Wiem, co znaczy „Hamas, Hamas…”, to „Żydzi do gazu”. Nie jestem rasistą. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Wszyscy to krzyczeli.

Fizjoterapeuta: Dałem się ponieść emocjom. Zrobiłem to nieświadomie.

Zawodowy żołnierz: Łódź była traktowana jako żydowskie miasto. Jak ktoś zapowiada doping, to krzyczę.

Wśród skazanych są także magister historii, pracownik sądu i dwaj prywatni przedsiębiorcy. Odmówili składania zeznań. Prokurator nie spytał, czy którykolwiek z nich widział kiedyś Żyda. Chyba dlatego, że z góry znał odpowiedź.

*
Śni mi się, że popełniam fatalną pomyłkę. Zapałałem sympatią do chłopca, chociaż wiem, że nie powinienem. Jest uroczy, ale jego uśmiech powinien był mnie ostrzec. Wraz z nim wdzierają się potwory. Mrówki, wielkie jak szczury, przysysają się do mego ciała. On stoi i przygląda się, nieporuszony. Tak jakby chciał powiedzieć: Dziwisz się? Udaje mi się pozrywać mrówki, ale pozostawiają otwory w skórze. Z niektórych wystają jakieś nici. Z innych coś, co wygląda na robaki. To obrzydliwe, wyciągam je, w bólu jest nuta zmysłowej rozkoszy, tak jak przy wyciąganiu szwów. Największy ma sześć metrów długości. Gdy już się od nich uwolniłem, moje ciało jest pełne wydrążonych kawern i korytarzy, jak gniazdo termitów.

*
„Polski antysemityzm”, tak należy mówić. Nie „antysemityzm w Polsce”. Zupełnie własna paranoja, uszyta na miarę dla Polski. Ekstremalnie odporna na zużycie. Przeżywa, jak się okazuje, w każdych warunkach, nawet bez Żydów. Tak dopasowana, że musiała powstawać w laboratorium.

Nazywał się Roman Dmowski, nasz polski Frankenstein. W grudniu 1919 roku odrodzona Polska ma rok. W Londynie John Maynard Keynes pisze książkę o Europie po wielkiej wojnie. Nie wierzy, że nowej Polsce uda się przetrwać zbyt długo. „Polska to gospodarcza niemożliwość, w której jedyny przemysł to judzenie przeciw Żydom”.

John Maynard Keynes jest niesprawiedliwy, a oprócz tego nie ma racji: istniało wiele innych gałęzi gospodarki. Jednak Keynes spotkał Romana Dmowskiego i mógł odnieść wrażenie, że sensem wolnej Polski było, aby Polacy mogli poniewierać swoje mniejszości bez wtrącania się obcych. Keynes nie był w tym odosobniony. Brytyjski minister Robert Cecil uznał ataki Dmowskiego na Żydów za „odrażające” (repugnant). Pisarz Gilbert Keith Chesterton zapamiętał tylko jedną replikę z rozmów z polskim politykiem. „Żydzi zabili naszego Jezusa”. Brzmiało to, jakby Jezus był Polakiem. Czechosłowacki Edvard Beneš dziwił się, że reprezentant Polski nieomal chełpi się swoimi przesądami.

Mawia się, że historia to suma zdarzeń, z których każdego można było uniknąć. Czemu los musiał wysłać do Wersalu najzdolniejszego z polskich antysemitów, choć tylu było głupich, a jeszcze więcej ani takich, ani takich?

W mojej fantazji Dmowski nie dojeżdża do Paryża. Podobno często chorował w dzieciństwie, choroba mu się odnawia. Sanatoryjne łóżko, exitDmowski. Ktoś inny w naszym imieniu podpisuje traktat wersalski, zabezpiecza granice, zostaje bohaterem narodowym i dożywotnim mężem opatrzności. Dmowski zostaje w cieniu, polski antysemityzm niczym się nie wyróżnia, my zostajemy w Polsce i ta książka nie zostaje napisana.

„Antysemita to osoba nienawidząca Żydów bardziej niż to konieczne”, mówi żydowskie porzekadło. Gdy Roman Dmowski wkracza na scenę około 1890 roku, ludzie z terenów, które kiedyś były Polską, mogą mieć wiele powodów, aby krzywo patrzeć na Żydów. Księża – z troski o swoje zbawienie. Szewc – bo buty Abrama lepiej się sprzedają. Chłop – gdy wyliczył, ile mógłby dostać za żyto, gdyby pośrednik Szymon nie wziął swego. W mieście pan hrabia Kociubiński jest zblamowany w towarzystwie, ponieważ wpuścił Singera do salonu, ale od kogo miałby pożyczać? Nie zapomnijmy też o cierpieniach duchowych: poety wyśmianego przez krytyka z haczykowatym nosem i kuracjusza w uzdrowisku, którego spokój zakłóciła banda hałasujących parweniuszy. „Widać, jak rozmawiają i słychać, jak jedzą!”

Taka jest socjologia w kraju, który przez pięć wieków przyjmował Żydów, ale odmawiał im dostępu do własności ziemskiej, urzędów i cechów. Ale właśnie dlatego, że ludzie nie lubią Żydów z tak różnych powodów, da się żyć. Zawsze się znajdzie ktoś przyjazny czy potrzebujący żydowskich usług. Najprzyzwoitsi są, Bogu dzięki, ci najmożniejsi. To ziemianie, potrzebujący Żydów, aby brali w pacht ich majątki i sprzedawali ich pszenicę.

Stawianie kwestyi żydowskiej, jako całości, ma ten skutek, że się o niej tak traktuje, jakby chodziło o to, czy żydów zasymilować, czy wypędzić lub wymordować. Tymczasem o to chodzić nie może, bo żadne z tych rozwiązań nie leżałoby w naszej mocy, chociażby było najbardziej pożądane. Traktując rzecz realniej, trzeba przyjąć istnienie pewnego odsetku ludności żydowskiej w naszym kraju jako fakt, a wszelkie zagadnienia społeczne i polityczne ztąd wynikające rozpatrywać możliwie przedmiotowo, wyprowadzając z ich oceny wskazania praktyczne, niezależnie od sympatyi lub wstrętu do zakrzywionych nosów i odstających uszów.

Czytam człowieka, którego nauki zrobiły ze mnie uchodźcę, i jestem zdumiony. W jego myśli nie ma porządku. Czasami Żydzi są obcą rasą, czasami tylko kulturą albo religią. Jest w jego antysemityzmie coś wymuszonego. Nie brzmi jak prorok nienawiści, raczej jak księgowy z zatwardzeniem. Bez polotu, bez werwy. Kiedy dochodzę do połowy jego dzieła, nie jestem przekonany o przebrzydłości Żydów, za to pojmuję, że powinienem być, by móc nazywać się Polakiem. I zaczynam rozumieć, że to nie Żydzi są największym problemem Dmowskiego. To Polacy. Jest nas o wiele za mało.

To szczególny gatunek, szukanie najgłębszych motywów antysemity. Czarna pedagogika? Może jakaś trauma z dzieciństwa? Szkodliwa młodzieńcza lektura? Albo coś, co wyłącznie uczniowie Freuda mogliby wyjaśnić? W przypadku Dmowskiego to zbędne pytania. Cechą szczególną jego żydowskiej paranoi jest to, że da się ją zrozumieć także bez namiętności. To nie obsesja jak u Hitlera, nie kategoryczny wniosek jak u Gobineau, nawet nie chrześcijański obowiązek. Dmowski wprawdzie oskarża Żydów o ukrzyżowanie Jezusa, ale sam nie jest chrześcijaninem. To Karol Darwin jest jego prorokiem.

Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.

Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.

Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?

Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.

„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.

Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.

Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?

Tako rzecze Roman Dmowski:

Nie wiesz sam, kim jesteś, magistrze Dobrowolski, służąca Jadwigo, szewcze Gontarzu… Ale masz pewnie problem z jakimś Żydem? No, zdarza się – kto nie ma… Więc jesteś Polakiem! Czy te przybłędy nie panoszą się od wieków w kraju, który jest nasz? Kiedyś zwali się Szmul i pasożytowali na tym, co zebrałeś z pola, dziś nazywają się Słonimski i wyśmiewają twoje wiersze w swoim plugawym piśmie. I jest gorzej, niż sądzisz: trzymają sztamę i knują przeciw nam, Żydzi stoją za Stalinem i Żydzi stoją za Hitlerem. I za Haroldem Wilsonem, który zmusił Polskę, by zapisała w konstytucji poszanowanie dla mniejszości. Żeby osłabić nas, rzecz jasna. Dlaczego nas nienawidzą? Czy to nie oczywiste? Bo jesteśmy szlachetni, wielkoduszni i uczciwi, jesteśmy ich przeciwieństwem. Oni nie są Polakami i nigdy nie będą, nawet jeżeli niektórzy udają. Nie, oni mają inny plan. Najpierw wezmą Warszawę, potem wezmą Berlin. A do tych z was, którzy jesteście katolikami: Oni zabili naszego Jezusa!

Tak rozumiem antysemityzm Romana Dmowskiego. Jako projekt integracyjny. John Maynard Keynes może nie całkiem błądził, określając to jako przemysł. Mógł dodać: do produkcji „prawdziwych Polaków”.

Nie jest prawdopodobne, aby Hitler czytał Dmowskiego, chociaż tak mogłoby się zdawać. Podstawową tezę w Mein Kampf, że prawo dżungli jest w stosunkach między narodami prawem najwyższym, nasz narodowy bohater głosi, kiedy mały Adolf jeszcze chodzi do szkoły. W roku 1903 Dmowski ustala to, co po dziś dzień stanowi credo polskich narodowców: że Polak może sobie jeść nożem i widelcem, używać czystej bielizny i słuchać Chopina. Jesteśmy wszak Europejczykami. Lecz gdy natkniemy się na inny sort, to mamy postępować tak jak pawian, gdy spotka szympansa. Bo między plemionami (tak, Polacy są plemieniem) obowiązuje prawo Darwina. „Jesteśmy Polakami i chcemy Polski przede wszystkim dla siebie, chcemy wtedy nawet, gdybyśmy tą Polskę mieli mieć tylko ze szkodą dla wolności ludów i dla postępu, dla cywilizacji i sprawiedliwości społecznej”, głoszą jego uczniowie w „Przeglądzie Wszechpolskim”.

Nieszczęściem Polaka jest, według Dmowskiego, jego kobieca natura. Miękkie serce i słabość do pięknych słówek. Wiara w cywilizację. Wspaniałomyślność i szlachetne gesty. Ogłada i liberalizm. Lecz czym jest humanitaryzm? Oznaką słabości. Tolerancja? Dobra dla pięknoduchów, ale zabójcza dla nacji. Jeśli ma powstać Polska, musimy wpierw nauczyć się deptać inne narody. Rozejrzyjcie się wokół po świecie, czy to nie o to chodzi? Drodzy rodacy, wstyd wam, że życzycie sobie, aby spłonął tartak Abrama i żeby sędzia Izaak Wilhelm skręcił kark. Zawiść, myślicie, to nie po chrześcijańsku. Ale mylicie się! To nie są niskie uczucia. Czujecie patriotyzm, troskę o własny naród!

Jeśli ją obrać z wszelkich dekoracji, myśl Dmowskiego można sprowadzić do następującej tezy: ponieważ jeszcze jesteśmy za słabi, by wierzgać w górę, przeciwko imperiom, wierzgajmy w dół, przeciw mniejszościom, to nabierzemy przynajmniej pewnej wprawy w walce o byt, a przy okazji staniemy się trochę bardziej polscy.

Najoryginalniejsze w antysemicie Dmowskim jest jego uznanie dla żydowskiej kultury. W porównaniu z nią kultura polska jest taka krucha i niepewna siebie samej, że nie znosi bliskości żadnej innej, a już na pewno takiej starej i zahartowanej jak żydowska. Jeżeli Polak ma mieć szansę, by urosnąć, musi zamarynować się we własnym sosie. Bez Żydów, ale też w bezpiecznej odległości od tych, co mówią językiem Tołstoja czy Goethego. Lepiej, by polskie wiejskie dzieci w ogóle nie umiały czytać, niż gdyby miały czytać po rosyjsku, głoszą wyznawcy Dmowskiego.

W uszach wielu brzmiało to oczywiście skandalicznie. Narodowy egoizm, to takie niepolskie, obskuranckie, zupełnie obce naszym tradycjom… I takie niechrześcijańskie! Lecz co, jeżeli właśnie to pogańskość jest najbardziej nęcąca, i wtedy, i teraz?

Jest coś z onanizmu w studiowaniu filozofii nienawiści. Człowiek odnotowuje absurdy, obśmiewa fantazmaty i delektuje się pogardą dla klienteli autora. Żydzi za Stalinem – to może jeszcze ludzie kupią. Ale ile głupoty trzeba, by uwierzyć, że to Żydzi manipulują Hitlerem?

Co za nieporozumienie. Dmowski nie dostarcza ideologii. Dmowski udziela rozgrzeszenia. Sumienie, które potrzebuje ukojenia, nie wymaga logiki ani konsekwencji. Partia Dmowskiego obiecuje wypędzić trzy miliony Żydów, co trzeciego mieszkańca miast. Ile sklepów, młynów, biur adwokackich, gospód, gabinetów lekarskich, gorzelni, mieszkań, warsztatów, kredensów i straganów muszą po sobie pozostawić? Każdy to sobie może wyobrazić, także ci, którzy nie umieją napisać „mojżeszowy”.

Istnieje jakiś inny naród, który ma podobnie? Którego niemal całe narodowe skrzydło, by móc się samookreślić, musi odbić się od „żydowskości”? Po dziś dzień „prawdziwy Polak” nie może chwycić za pióro, nie myśląc zaraz o Semitach, ponieważ polskość jego tekstu wynika z tego, że jest nieżydowski. Wolny od paradoksów, przyziemny, stateczny, pełen szacunku dla przodków. Lecz przede wszystkim platoniczny. „W poezji poznaje się żydów po tym, że wszystkie ich metafory są mięsiste, wilgotne, lepkie, soczyste, woniejące, smakowite”, ustalił już w latach trzydziestych ubiegłego wieku Zygmunt Wasilewski, wyrocznia narodowców w sprawach poetyki.

Niewiele tego na tożsamość, być negatywem fantazmatu. Szczególnie trudno być anty-czymś, czego już nie ma. I trochę niewygodnie, kiedy się pomyśli, jak i dlaczego to zniknęło. Ale nic na to nie poradzisz. Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle.

Fe, ależ jestem niesympatyczny.

*
Fragment książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

PiS ponosi odpowiedzialność za pospolitą chuliganerię, kiboli, naziolstwo i ekstremistów

„Ho, ho! Narracja, jak widzę już przygotowana i przekaz w świat puszczony, że jakby co, to nie my, to oni! Słabe to, bardzo! Legitymujecie marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!” – to reakcja jednego z internautów na wpis Beaty Mazurek na Twitterze.

Rzeczniczka PiS napisała: – „Apel i prośba, aby każdy z uczestników był jednocześnie STRAŻNIKIEM MARSZU. Wszelkie prowokacje natychmiast zgłaszać Policji, ŻW i SM. Nie pozwólmy totalnym zepsuć wielkiego Święta Naszej Ojczyzny. Zapraszamy na Marsz Polskich Patriotów. NIECH ŻYJE WIELKA NIEPODLEGŁA POLSKA”.

„Jeśli dla was naziole są przyjaciółmi, a wybrana w demokratycznych wyborach przez Suwerena opozycja jest wrogiem to komentarz zbędny”; – „Znowu pani dzieli i obraża Polaków! Z pani wypowiedzi wynika, że polscy patrioci to wy-nierząd, kibole i nacjonaliści. A reszta społeczeństwa? – morda w kubeł, bo policja się Wami zajmie.. HAŃBA że „prezydent” został twarzą marszu nacjonalistów. TOTALNA kompromitacja rządzących!!!”;

„Czyli to marsz wszystkich Polaków ale jakby coś się działo to narracja już jest: „prowokacja totalnej opozycji”; – „Już bardziej zepsuć się nie da. Wszystko co było do zepsucia to zrobiliście wy -pisowcy. Naprawdę największe zagrożenie widzicie w opozycji. Nie obawiacie się tych, którzy krzyczeli do PAD: zdejmij jarmułkę i podpisuj? Serio?” – komentowali wpis Mazurek oburzeni internauci.

PiS legitymuje marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!”

Kaczyński, Duda, Morawiecki fałszują rzeczywistość i historię

10 List

W piątek przed północą poinformowano o tym, że rząd i narodowcy doszli do porozumienia w sprawie organizacji wspólnego marszu w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Do działań obu stron w tej sprawie krytycznie odniósł się Władysław Frasyniuk.

To już pewne. W niedzielę 11 listopada we wspólnym marszu pójdą rządzący oraz narodowcy. Inicjatywa to efekt rozmów obu stron, która kończy kilkudniowe zamieszanie związane z organizacją obchodów. Zachowanie rządu i Stowarzyszenia Marsz Niepodległości skrytykował w rozmowie z TVN24 Władysław Frasyniuk, który stwierdził, że „profesjonalizmu w tych uroczystościach w ogóle nie ma”. – Ze zdumieniem dowiedziałem się, że narodowcy rozmawiali siedem razy z marszałkiem Senatu i ministrem Brudzińskim w sprawie wspólnej organizacji marszu – dodał.

„Znika nam z oczu to wielkie święto”

Były opozycjonista odniósł się także do udziału w marszu głowy państwa. – Wierzę w to, że Andrzej Duda zrobi sobie zarąbiste selfie z jakimś faszystą w kominiarce. Czekam bardzo na takie selfie – stwierdził Frasyniuk. Dodał, że przez ciągłe rozmowy o marszach „znika nam z oczu to wielkie święto, które powinno być radosnym świętem”.

Pytany o to, czy wziąłby udział we wspólnym śpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego 11 listopada stwierdził, że zrobiłby to pod jednym warunkiem. Musiałyby być to „poważnie przygotowane uroczystości, uroczystości, w których jest polski rząd, polski prezydent, ale także Lech Wałęsa, Donald Tusk, liderzy wszystkich partii politycznych”.

Porozumienie obu stron

„Po negocjacjach z Rządem w osobie Joachima Brudzińskiego i Mariusza Błaszczaka udało się dojść do porozumienia. 11 listopada ulicami Warszawy przejdzie wielki, społeczny Marsz Niepodległości z udziałem władz! Rozpoczynamy planowo o 14:00. Przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy o godz.15!” – napisał na Twitterze Damian Kita, rzecznik Stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

Podobne informacje przekazał Szef Kancelarii Premiera. „Wygrała Polska. 11 listopada odbędzie się wielki, wspólnotowy marsz, który uczci setną rocznicę odzyskania Niepodległości!” – napisał na Twitterze Michał Dworczyk.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o tym, co nas czeka.

PiS sprowadził ten najważniejszy dla Polaków dzień do poziomu kiepskiej sztuki z elementami surrealizmu.

Zamiast cieszyć się z obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości Polski, delektować kolejnym dniem wolnym, który dostaliśmy w prezencie, to siedzimy wszyscy jak na szpilkach i z zapartym tchem oglądamy żenujący spektakl. Jaki tego efekt? Ano gdzieś w dal poszedł sobie podniosły nastrój, refleksja, nawet duma, że przed nami takie święto. Pozostał niesmak, lekki szok, zdziwienie, że komuś udało sprowadzić się ten najważniejszy dla nas Polaków dzień do poziomu kiepskiej sztuki z elementami surrealizmu.

Od ponad dwóch tygodni nasze życie zdominował marsz w stolicy. Warszawę zaklepali sobie, dzięki pisowskiemu prawu do cykliczności imprez, narodowcy. Rząd najpierw chciał się do Marszu Niepodległości podłączyć, narzucając organizatorom swoje warunki. Prezydent, z radosnym uśmiechem na twarzy, zachęcał wszystkich do udziału w imprezie narodowców, roztaczał wizję zgody narodowej. Coś jednak w rozmowach poszło nie tak i nagle okazało się, że pan prezydent ma inne zobowiązania, premier również, więc marsz sobie przejdzie ulicami miasta, ale już bez oficjeli partii rządzącej.

Ponieważ od trzech już lat teorie spiskowe rządzą Polakami, walcząc o zaszczytne miano absurdu, postanowiłam przyłączyć się do tego trendu i przedstawić swoje zdanie. Tak więc… cały ten bajzel został szczegółowo zaplanowany przez PiS. Warszawa miała być oddana w ręce narodowców, politycy partii rządzącej wraz z rządem i prezydentem mieli uciec ze stolicy, by radośnie oddać się obchodom Święta w terenie i na licznych mszach modlić się, by w Warszawie burda goniła burdę. Stolica miała zapłonąć od rac, hasła rodem z faszyzmu miały przesłonić piękno obchodów, faszyści europejscy, goszczący na Marszu Niepodległości, mieli dorwać się do głosu z tą swoją ideologią „miłości” i zalać nas mieli banderowcy, którzy nie wiadomo po jakie licho pakują się w nasz 11 listopada.

Ależ na rękę prezesowi i spółce był ten strajk policjantów i pandemia jakaś, która rozłożyła mundurowych na cztery łopatki. Ależ miało być cudnie. Warszawa w ruinie, brak zabezpieczenia przed hordą narodową, totalna demolka, może nawet krew na ulicach i… czyja to wina? Oczywiście Hanny Gronkiewicz-Waltz, całego PO, Rafała Trzaskowskiego, Donalda Tuska, bo on winien nawet niestrawności prezesa. Ależ piękny pretekst, by zniszczyć partyjnych „wrogów”, pokazać ich „teoretyczność”, wykosić i dać sobie szansę na całkowitą wygraną w wyborach parlamentarnych.

Ech, rozmarzyło się towarzystwo, wszystko dograne na ostatni guzik, dokładnie ustalone, zaklepane, a tu… bach… i prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła, że władze miasta na ten marsz nie dają swojej zgody. Cały misterny plan legł w gruzach. Naród znowu podzielił się na tych, którzy z zadowoleniem przyjęli decyzję pani prezydent i tych, niesamowicie na nią wkurzonych. Politycy PiS udają, że są oburzeni, jednocześnie informując, że sami chcieli ten marsz odwołać, a co robi Duda i Morawiecki? Muszą biegiem znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, bo teraz to na nich pójdzie nagonka, że zlekceważyli tak ważny dla Polaków dzień. Robią więc panowie dobrą minę do złej gry i w ciągu kilku godzin udowadniają, że niemożliwe staje się bardzo możliwe, proponując Polakom swój własny marsz dla „Biało – Czerwonej”. W równie błyskawicznym tempie Brudziński dogaduje się z policją, licząc, że ok. 35 tysięcy policjantów natychmiast zrezygnuje ze zwolnień lekarskich i zapewni bezpieczeństwo pisowskiego marszu. Mało tego, tak na wszelki wypadek pojawi się na ulicach wojsko i Żandarmeria Wojskowa.

Można powiedzieć, że „kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada”, prawda? Miała być pełna kompromitacja włodarzy Warszawy, a jest totalny bałagan i chaos autorstwa rządzącej partii.

Muszę przyznać, że sama jestem zachwycona swoją fantazją. PiS może mnie spokojnie zatrudnić do tworzenia i głoszenia teorii spiskowych, które mają dać im władzę na wieki wieków. Jednak fantazja fantazją, a co nam się szykuje 11 listopada w Warszawie?

Sąd uchylił decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz. Trzeba się liczyć z tym, że i odwołanie pani prezydent również zostanie odrzucone. To jednak niczego już nie zmienia. Prezydent z premierem nie mają wyjścia i muszą zorganizować swój marsz. Ma on ruszyć o godzinie 15 z ronda Dmowskiego. Obaj panowie ogłosili też, że zgodnie z prawem ich marsz jest priorytetem i nikt inny nie może pomaszerować jego trasą w swoim pochodzie. Tego nie przyjmują do wiadomości narodowcy, którzy po mszy za ojczyznę i różańcu o godzinie 11 przed Sejmem przemieszczą się na rondo Dmowskiego, by o godzinie 14 ruszyć i czcić 100-lecie odzyskania  niepodległości.

Kto pójdzie z PiS-em, a kto z narodowcami? Czy posłanka Pawłowicz wzmocni swoją osobowością Marsz Niepodległości, czy też pokornie stanie w tym dla „Biało – Czerwonej”? A może oba marsze się wymieszają i nagle prezydent będzie szedł pod transparentem z hasłem „Polska dla Polaków” czy też „Biała Europa”, a premier otoczony faszystowskimi gośćmi z Europy będzie machał rączką do tłumów? A może kto pierwszy ten lepszy, więc najpierw ruszą narodowcy, a dopiero za nimi, odgrodzeni wojskiem, celebryci?

Słowo daję, nie wiem, czy śmiać się, czy płakać…

Andrzej Friszke: Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak mamy razem świętować 11 Listopada?

NEWSWEEK: Jarosław Kaczyński snobuje się na marszałka Piłsudskiego?

PROF. ANDRZEJ FRISZKE: I chyba tego specjalnie nie ukrywa. Ale istotne jest, który okres życia marszałka imponuje Kaczyńskiemu najbardziej.

Który?

– Wygląda na to, że ten po zamachu stanu w maju 1926 r. Operacja, którą przeprowadza w sądownictwie, narzuca porównanie właśnie z tym okresem.

Marszałek walczył z partiokracją. Mówił: „konstytuta – prostytuta; pierdel, serdel, burdel”. A prezes Kaczyński walczy z układem w sądach.

– Pan się odwołuje do dosadnych i brutalnych określeń marszałka, ale porównanie jest ułomne z prostego powodu: Piłsudski to Piłsudski, zaś Kaczyński to Kaczyński. Piłsudski to twórca niepodległego państwa, przywódca Legionów…

A Jarosław Kaczyński?

– Działacz opozycji demokratycznej w PRL, jeden z wielu.

W lutym 2016 r. prezydent Andrzej Duda zastanawiał się wraz z gośćmi nad strategią polityki historycznej. Co to jest taka strategia?

– Dla mnie historia to nauka, opisywanie przeszłości. Dla nich to coś innego – element ideologii potrzebnej do wychowania narodowego. Rozmawiali więc pewnie o tym, jak wychowywać naród. I jest to – jak widać – wychowywanie w duchu nacjonalizmu i militaryzmu.

Pan prezydent wyraził uznanie dla niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”: Niemcy nakręcili obraz pokazujący ich wersję historii – co jest przebiegłe i godne naśladowania. Zgadza się pan?

– Historia to archiwa, roczniki starych gazet, relacje świadków, porównania, analizy. Ja jestem zawodowym historykiem. A film to sztuka, wizja reżysera. „Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”. Pamięta pan?

To błąd, że w III RP nie kręcono filmów historycznych?

– Ależ kręcono, przypomnę serial o życiu marszałka Piłsudskiego w latach 90., z Zapasiewiczem w roli głównej…

Panie profesorze, teraz będą wysokobudżetowe filmy z Danielem Craigiem i Angeliną Jolie.

– Chodzi nie o historię, tylko o narrację. Taki dobór wątków, postaci, elementów, żeby można było utkać opowieść pożądaną przez władzę, trafiającą do przekonania odbiorców.

Narracja wymusza opowieść w barwach czarno-białych. Gubią się szarości. Uchwałę o upamiętnieniu 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął przez aklamację, bez żadnej dyskusji.

– Opozycja kompletnie przespała tę sprawę. Nie zorientowała się, że wcale nie chodziło o upamiętnienie NSZ, ale o obalenie mitu Armii Krajowej. To AK była główną siłą walczącą z Niemcami, była armią państwową, skupiającą wszystkich od lewicy do prawicy. Kto nie był w AK? Komuniści i skrajni nacjonaliści. Uchwała rozbija ten obraz.

Przeciwstawia twardych patriotów NSZ żołnierzom z AK, którzy zaprzestali oporu i zaczęli się ujawniać Sowietom?

– Przesuwa akcent z wojny na powojnie i to ma bardzo krótkie nogi. Bo dla milionów polskich rodzin to wojna była najważniejszym, kluczowym doświadczeniem. W czasie wojny Polacy byli zjednoczeni. Rząd Polski był w Londynie, Armia Krajowa w podziemiu. Tymczasem uchwała eksponuje grupę radykalnych nacjonalistów i antysemitów, w 1944 r. zwolenników kolaboracji z Niemcami.

Ostre słowa.

– One opisują NSZ.

Do uchwały sejmowej trafiła Brygada Świętokrzyska. To fakt, że akurat oni mieli za sobą współpracę z Niemcami: oficerowie łącznikowi z SS czy przerzucanie dywersantów z terenu III Rzeszy na tyły armii sowieckiej.

– Na emigracji tym ludziom odmawiano praw kombatanckich. Akowcy nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Fundamentalna zasada brzmiała: „Nie kolaboruje się z Niemcami”. A oni ją złamali. Dziś się ich wybiela. Zrównywanie NSZ z AK to rozbijanie opowieści o polskim oporze, niezłomnej postawie wobec niemieckiego nazizmu.

W książce „Przeciwko Pax Sovietica” Mariusz Bechta i Wojciech J. Muszyński piszą o kapitanie Romualdzie Rajsie, ps. Bury, usprawiedliwiając spalenie przez jego oddział białoruskiej wsi.

– To, że oddział Rajsa „Burego” dopuścił się zbrodni wojennej w Zaleszanach i nie tylko tam, to sprawa oczywista. Był zresztą werdykt IPN w tej sprawie. Trudno na to patrzeć inaczej.

Można. Wspomniani autorzy piszą, że zginęli tylko ci, którzy się nie podporządkowali rozkazom i zostali w domach. A było to tak, że matka zostawiała niemowlę, „bo zaraz wrócę, co mam z dzieckiem chodzić po mrozie”. Jakaś rodzina nie miała butów, więc została w domu. Potem wszyscy spłonęli żywcem, leżą na wiejskim cmentarzu.

– A więc ofiary same sobie są winne? Obrzydliwe! Działania partyzanckie często łączyły się ze zbrodniami. Bury jest tu klinicznym przypadkiem, ale przecież daleko niejedynym. Mówienie, że ktoś walczył z Niemcami czy z Sowietami i samo to czyni go bohaterem bez skazy, jest nadużyciem, kłamstwem historycznym. Ich nie obchodzi to, że kłamią – to dla mnie jasne. Jednak trudno mi zrozumieć tę logikę. Jaki walor wychowawczy może mieć eksponowanie Rajsa „Burego”?

Patronem 1. Brygady Wojsk Obrony Terytorialnej został płk Władysław Liniarski ps. Mścisław…

– Komendant białostockiego okręgu AK.

Pułkownik Liniarski złożył zeznania obciążające generała Emila Fieldorfa „Nila”, który potem został stracony. Liniarski był potwornie skatowany, na salę sądową nie mógł wejść o własnych siłach, po latach odwołał te zeznania, ale… I jak to oceniać?

– Tu dotykamy czegoś, co jest prawdziwą historią. Opowieść o dylematach, osobistej tragedii oficera i człowieka. Czy my możemy go oceniać? Albo potępiać? Bo nie wytrzymał bestialskich tortur i powiedział za dużo? Historia tamtych czasów powinna skłaniać do namysłu. A Liniarski to dobry przykład dramatu, niejednoznaczności tamtego czasu. Ale można jego historię opowiedzieć inaczej. Zrobić z niej szopkę. Historię kukiełkową. W sumie to proste – wystarczy wyciągnąć jeden fragment życiorysu, napompować i już mamy gotową konstrukcję ideologiczną. Tyle że to nie jest historia, a fałsz.

Jarosław Kaczyński mówił kiedyś, że wobec kompromitacji postaci Wałęsy to jego brat Lech stanie się postacią symboliczną dla ruchu Solidarność.

– No, niech pan da spokój. Musiałby spalić archiwa, gazety z tamtego czasu i jeszcze wypalić wspomnienia z głów ludzi. To Orwell! Jakaś głupota! Wszyscy wiedzą, kto był przywódcą Solidarności!

Poseł PiS Janusz Śniadek, były szef S, mówi, że z Lechem Kaczyńskim jako symbolem związku to jest dobry pomysł.

– Pamiętam takich jak pan Śniadek jeszcze z PRL. Byli gotowi potwierdzić każde kłamstwo, byle się przypodobać władzy.

Lech Wałęsa mocno pracował na erozję swojego mitu: w latach 70. podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, a w latach 90. robił wszystko, by zlikwidować obciążające go papiery.

– Prawda. Ale to kolejny dowód na to, że historia nie jest czarno-biała; rzadko trafiają się ludzie ze spiżu. Ale to, co oni robią z postacią Wałęsy, to jakiś absurd. Próbują zniszczyć przywódcę, bez którego nie byłoby Solidarności. Gdyby nie on, mielibyśmy kilka związków dowodzonych przez ambitnych działaczy. Po 13 grudnia SB chciała nakłonić Wałęsę do zdrady; niech stanie na czele fasadowej Solidarności, a ekstremiści zostaną w podziemiu i zakłócą się na śmierć. Ale Wałęsa Solidarności nie zdradził, nie poszedł na kolaborację. Można mieć do niego mnóstwo pretensji, ale – że zaryzykuję karkołomne porównanie – co jest istotniejsze w życiu Pawła z Tarsu? To, że w młodości prześladował chrześcijan, czy to, że był apostołem, męczennikiem, że stał się święty?

Jarosława Kaczyńskiego można chyba zrozumieć. Robi to dla pamięci brata.

– Nie, tego nie można zrozumieć. Lech Kaczyński nie był przywódczą postacią w Solidarności. Był doradcą WZZ i Regionu Gdańskiego, zajmował się prawem pracy. Nawet nie aspirował do roli politycznego doradcy, jakimi byli Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. Od 1983 r. pracował w biurze Wałęsy i dlatego awansował w hierarchii. Po 1989 r. zawalczył o przywództwo, ale przegrał z Marianem Krzaklewskim. I to koniec tej historii. Nie może być symbolem S. To bzdura.

Czy „tamta strona” nie ma prawa do poczucia krzywdy? W III RP mieliśmy do czynienia z wieloma zapomnianymi bohaterami, o Annie Walentynowicz czy małżeństwie Gwiazdów wspominało się rzadko i z dopiskiem, że trochę odjechali.

– Odbywały się dyskusje, pisano artykuły w gazetach, kręcono filmy dokumentalne. Ale ludzie bardziej interesowali się sprawami bieżącymi: transformacją ustrojową, dramatami robotników z zamykanych zakładów, wzrostem bezrobocia, fascynacją możliwościami nieskrępowanego wyjazdu na Zachód…

I co się teraz stało?

– Zmienił się klimat społeczny. Dziesięć lat temu zwykłych ludzi nie podniecała historia, a teraz stała się tak ważna. Dlaczego? Tego nie jestem w stanie powiedzieć. Dobre pytanie do psychologa społecznego.

Bronisław Wildstein mówi, że w III RP też była polityka historyczna, ale dominowała pedagogika wstydu.

– Ale co ma być tą pedagogiką wstydu? Że wstydzimy się tego, że Polacy mordowali w Jedwabnem? To chyba nie jest powód do chwały. Ale równolegle opowiadano o AK, o powstaniu warszawskim, przypominano Katyń, można mnożyć przykłady.

Profesor Legutko uważa, że jest u nas silna tradycja wyrzekania się polskości.

– Jakaś obsesja. Nie spotkałem nikogo, kto by się jej wyrzekał. Tu chodzi o coś innego – o wykreowanie opowieści o tym, jacy to jesteśmy wspaniali. O tym, że Polacy albo byli bohaterami, albo ofiarami. W taką opowieść Jedwabne czy pogrom kielecki wpisują się słabo. Słyszał pan słowa minister edukacji? Jedwabne: „ta dramatyczna sytuacja jest kontrowersyjna”. Kielce: „różne były zawiłości historyczne”. Według nich Polska jest bezgrzeszna. A tego historycznie udowodnić się nie da.

Wy mówiliście Gombrowiczem, to oni mówią Sienkiewiczem.

– Jaka wymyślna konstrukcja! Tylko że to żaden Sienkiewicz, ale egoizm: „Myśmy cierpieli, a inni mają to uznać”.

A „Polska to brzydka panna bez posagu” – jak powiedział Władysław Bartoszewski? Tak?

– Rozumiem, że tamtą stronę obraża określenie „brzydka panna”. Cóż, nie jesteśmy pępkiem świata.

Bartoszewski nawet po śmierci jest za to atakowany.

– Mowa o tym panu z telewizji publicznej, który dziwił się, że Bartoszewski przeżył Auschwitz? Co ja mam powiedzieć? Ręce opadają! A wracając do tematu, to przecież chyba jasne, że nie jesteśmy bardzo ważni z punktu widzenia Wielkiej Brytanii czy Stanów. Czyli sami musimy zabiegać o to, by rozumiano nasze prawo do bezpiecznej egzystencji, uczestniczenia w życiu międzynarodowym, wymianie kulturalnej. To także nakłada na nas pewne obowiązki – choćby takie, by sobie samemu nie szkodzić.

Czym sobie szkodzimy?

– Pompowanie NSZ skończy się tym, że będziemy musieli tłumaczyć, że w czasie wojny nie kolaborowaliśmy z Hitlerem. Sami na własne życzenie wyprowadzamy się ze świata demokratycznych wartości. Robi się z tego pułapka, bo mówimy Ukraińcom: „Wy nie macie prawa powoływać się na UPA”. A oni odpowiedzą: „A Polacy mogą powoływać się na NSZ?”.

Prezes IPN Jarosław Szarek przyznaje, że w stosunkach z Ukraińcami mamy zimną wojnę. Mówi, że Ukraińcy muszą przejść taką drogę jak Niemcy.

– Ukraińcy mają niezależne państwo i pan Szarek nic nie może im narzucić. To dziecinada. A odpowiedzią na nasz egoizm narodowy będzie ich egoizm narodowy. I drastyczne pogorszenie stosunków z ważnym sąsiadem.

Paradoksalnie to akurat podważa dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego, który potrafił sporo znieść dla poprawy relacji z Ukrainą czy Litwą.

– Lech Kaczyński te sprawy miał głęboko przepracowane. Trudne relacje z Ukrainą, Litwą, Niemcami, Żydami. Potrzeba uśmierzania napięć. Problem stosunku do własnej przeszłości – to wszystko nie dość, że atrakcyjne intelektualnie, to jeszcze pozwalające budować wspólną przyszłość z innymi narodami. Lech Kaczyński wiedział, że jeśli mamy budować przyszłość, to należy być nieco powściągliwym w mówieniu o swoich krzywdach. Aby dialog nie kończył się na licytacji, kto wycierpiał więcej. Obóz dzisiejszej władzy niszczy dorobek Lecha Kaczyńskiego.

Dzieli nas niemal wszystko. Gwizdy przy mogiłach powstańców, Muzeum II Wojny Światowej, Lech Wałęsa, okrągły stół. Czy Polacy są jeszcze w stanie rozmawiać na temat wspólnej historii?

– Rozmowa? Przecież trwa rewolucja! Ma doprowadzić do zmiany elit, do zmiany miejsca Polski w Europie. Ma zniszczyć państwo liberalne i zastąpić go jakimś tworem ludowo-plebejskim. Chcą stworzyć Polskę alternatywną do tej, jaką znamy od 1989 roku.

Prezydent Andrzej Duda mówi, że trzeba odbudowywać wspólnotę.

– Prezydent już podzielił nas na bohaterów i zdrajców. Zarzucił elitom III RP, że uprawialiśmy postkomunizm, że nie dbaliśmy o bohaterów. Te oszczerstwa raczej wykluczają możliwość dialogu.

11 Listopada Polacy będą świętować podzieleni?

– Na nic innego się nie zanosi. Bo niby jak mamy świętować razem? Nie wyrzeknę się wolnej, demokratycznej Polski, którą odbudowaliśmy po 1989 roku. A oni ten ideał opluwają. Nie tylko. Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak świętować razem?

Mamy 100-lecie niepodległości. Może prezydent stanąć w szeregu z Lechem Wałęsą, Aleksandrem Kwaśniewskim, Bronisławem Komorowskim?

– To niemożliwe w świetle tego, co się dzieje w Polsce. Oni rozmontowują niezawisłe sądy, a my mamy spuścić na to zasłonę milczenia na jeden dzień i powiedzieć: „Dobra, maszerujmy”?! Nie ma na to zgody.

Na czym polega nasz spór?

– W naszej tradycji są dwa alternatywne sposoby patrzenia na Polskę i polskość. Jedna to tradycja nacjonalistyczna: emocjonalna i egocentryczna. Taki Dmowski, ale w wersji populistycznej – uproszczony, ludowy. A tradycja przeciwna jest obywatelska – przed wojną obóz Piłsudskiego, w okresie tworzenia państwa – chce jak najszerszego konsensusu dla budowania państwa i jest otwarta na modernizację. Te wizje się trudno spotykają, bo mówią zupełnie różnymi językami.

Czyli – jak to mamy w polskiej tradycji – porozmawialiśmy sobie o dwóch trumnach: Piłsudskiego i Dmowskiego?

– Oczywiście. Trzecia RP była obywatelska. A teraz mamy próbę budowania Polski plebejskiej i nacjonalistycznej.

Stulecie odzyskania niepodległości szykuje się nam raczej smutne?

– Niestety, na to wygląda.

Wywiad pochodzi z listopada 2017 r.

(fragment wywiadu)

Donald Tusk: Naprawdę nie musimy dać się nieść trendom. Zawsze byli antysemici i nacjonaliści, socjaliści i liberałowie, ludzie mroku i oświecenia. Ale na końcu są zawsze konkretne decyzje konkretnych polityków. I one przeważają.

Adam Michnik: W 1989 r., już na paszportach dyplomatycznych, pojechaliśmy ze Zbigniewem Janasem, Zbigniewem Bujakiem i Janem Lityńskim do Pragi. Tam reżim jeszcze trzymał się mocno. Jirzi Dienstbier, późniejszy minister spraw zagranicznych Czechosłowacji, mówi: – U nas rządzi taki Milosz Jakesz, najuczciwszy polityk na świecie, bo wygląda jak idiota, mówi jak idiota i jest idiotą.

Donald Tusk: Chcesz powiedzieć, że to znak czasu. Przewrotny początek. Ale rzeczywiście dziś w polityce szczery i autentyczny idiota wzbudza w niektórych więcej zaufania niż mędrzec hipokryta. Ktoś, kto z przekonaniem i zaangażowaniem mówi bzdury, ma dziś większe szanse niż rozsądny nudziarz. Można wygadywać bezkarnie rasistowskie i ksenofobiczne brednie, szczuć na mniejszości, obrażać ludzi i całe narody… I wygrywać. Najgorsze, że dla populistów naszych czasów często nie ma alternatywy. A może zawsze tak było?

STYL TRUMPA I FASCYNACJA PUTINEM

A.M.: Jakie są dziś z punktu widzenia przewodniczącego Rady Europejskiej największe zagrożenia dla demokracji? Fundamentalizm islamski? Terroryzm? Populizm? Rosja? Putin?

– Z demokracją liberalną mamy ten problem, że pojawili się w Europie przywódcy polityczni, tu Viktor Orbán jest najbardziej spektakularnym przykładem…

Jarosław Kurski i Adam Michnik (jednocześnie): Twój przyjaciel Orbán!

– Tak, mój przyjaciel Orbán jest spektakularnym przykładem przywódcy, który potrafił przekonać swoich wyborców, że to liberalna demokracja jest źródłem naszych słabości i porażek, że albo wolność i bałagan, albo silna władza i porządek. I kryzys migracyjny dostarczył mu sporo argumentów. Opłaciło mu się – nie tylko jemu – wrócić do narracji znanej z przeszłości, że wolność i bezpieczeństwo są w opozycji. Za nielegalną imigracją idzie lęk o utratę tożsamości. Lęk obiektywny, nie musi mieć nic wspólnego z rasizmem czy ksenofobią. W Europie postępuje zwątpienie w demokrację – myśl, że jedyną odpowiedzią na terroryzm i nielegalną imigrację jest silne, autorytarne państwo. I jak się uda ludzi przekonać, że „albo-albo”, to większość zawsze wybierze bezpieczeństwo. Ale to fałszywa opozycja.

Nie muszę czytelników „Wyborczej” przekonywać, że wolność słowa, wolne wybory, wolny rynek, równowaga władz, praworządność nie mają nic wspólnego ze skutecznością straży granicznej. To, że tak trudno kontrolować granice na Morzu Śródziemnym – miękkie podbrzusze Europy – nie wynika z ustroju politycznego Grecji i Włoch. Liberalna demokracja jest w stanie skutecznie walczyć z nielegalną migracją i terroryzmem. Autokratyczna demokracja typowa dla Wschodu nie jest żadnym rozwiązaniem.

Na szczęście dzisiaj już wszyscy rozumieją, że kontrola granicy zewnętrznej to nie ideologiczny wybór, tylko fundamentalny obowiązek każdej władzy. Nic nowego. Nowe jest zupełnie inne, bardzo poważne zjawisko. To nowa strategia geopolityczna Waszyngtonu i prezydenta Trumpa. Po raz pierwszy w historii mamy Amerykę nieprzychylną idei zjednoczonej Europy. To manifestacyjnie okazywany fakt – w słowach, gestach i czynach. Trump uznał, że USA będą się miały lepiej, jeśli uporządkują świat na zasadzie: my, Ameryka, a z drugiej strony jednostkowe państwa. Tak jakby chciał rozłożyć świat na czynniki pierwsze, bo wówczas USA mogą zyskać więcej korzyści.

Paradoks jest taki, że nie może tego zrobić wobec najpoważniejszego konkurenta, jakim są Chiny, więc robi to wobec jedynego prawdziwego alianta, jakim jest zjednoczona Europa. To niesie wielorakie ryzyko. Biorąc pod uwagę styl władzy Trumpa i fascynację niektórych polityków europejskich Putinem, obawiam się infekcji wschodniego sposobu myślenia o polityce. Ona dotarła już do wielu miejsc w Europie. W tym sensie Rosja nie jest dziś dla Europy zagrożeniem militarnym, tylko ideowym. To, co Aleksander Dugin mówi Putinowi – jak powinna wyglądać rosyjska geopolityka i rosyjski ustrój – znajduje klientów intelektualnych także w Europie. I to uważam za bardzo poważne zagrożenie.

A.M.: Także w Polsce.

– Kaczyński jest modelowym przykładem polityka niszczącego liberalną demokrację rozumianą jako wolność słowa, wolny rynek, wolne wybory, trójpodział władzy, praworządność, prawa człowieka. Model władzy Putina i Erdogana podoba się i Kaczyńskiemu, i Orbánowi.

ZNOWU TE DWIE TRUMNY

J.K.: Ta władza ma na twoim punkcie obsesję. Jeden tweet wytrąca ją z równowagi, zaraz komentarze i kanonada rządowej propagandy.

– Tak sądzicie?

J.K.: No jednak – przyjeżdżasz do Warszawy na przesłuchanie, na dworcu tłumy. Tłumy w Krakowie, we Wrocławiu…

– Emocje rządzą dziś polityką nie tylko w Polsce. Dożyliśmy czasów, że w polityce są ważniejsze niż racjonalne argumenty. Miłość, nienawiść, rozpacz, nadzieja stały się solą polityki. Nie akademicki wykład. Źle się czuję w atmosferze tego ostrego konfliktu, w dodatku bardzo spersonalizowanego. Bo tak się złożyło, że ten wielowymiarowy i historyczny spór polityczny dziś ma twarze Kaczyńskiego i Tuska. Ale to tylko współczesna forma czegoś, co ma głębokie i zadawnione źródła.

J.K.: Władza się ciebie boi, bo definiuje jako realne dla niej zagrożenie. A nuż on wróci…

– Dla oponentów dzisiejszej władzy pamięć o nieodległych w czasie zwycięstwach Platformy jest znakiem nadziei. Że skoro można było wtedy, to może da się też wygrać jutro. I że jestem człowiekiem, który ma na to patent. Ale to za proste.

Donald Tusk, zawód: polityk

J.K.: Przyjechaliśmy tu, do Brukseli, na rozmowę o stuleciu niepodległości do wydania gazety „Wyborcza na Drugą Setkę”. Nie uciekniesz więc od przyszłości i teraźniejszości.

A.M.: Napisałeś kiedyś w „Znaku” tekst nasycony goryczą: „Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi”.

Europa przed nadchodzącymi wyborami nie ma lidera. Jeśli nie Angela, to kto ma jej przewodzić, czyli bronić Unii Europejskiej przed jej destruktorami? Czy Merkel może zastąpić w tej roli Macron?

Siły destrukcji to populiści i skrajna prawica ze wsparciem Putina. Odgrażają się, że w wyborach europejskich zdobędą większość. Po co im większość? Przecież nie do tego, by przedłużyć żywot Unii, tylko żeby ją wycisnąć finansowo i wykończyć politycznie. Taka jest stawka wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. Partie proeuropejskie powinny wystawić kandydatów świadomych, jak ważne są te wybory. Muszą umieć kontrować i demaskować hasła nacjonal-socjalistów.

Prezydent Francji akurat w tym jest dobry. W związku ze stuleciem zakończenia I wojny światowej – a to wydarzenie ważniejsze niż powstanie na gruzach trzech imperiów nowych państw narodowych, w tym Polski – odwiedzał miejsca bitew, które kosztowały życie setek tysięcy młodych ludzi. Nazywał rzeczy po imieniu. Trąd nacjonalizmu i ingerencje sił zewnętrznych zagrażają pokojowi w Europie.

Po odejściu Angeli Macron zostanie sam jako rzecznik i obrońca Europy. Ma talent, nie ma sojuszników. Nie boi się populistów, ale we Francji idą oni łeb w łeb w sondażach z jego partią. Jeśli nie wzmocni się we własnym kraju, nie będzie silnym liderem Europy.

Złote lata „europejskie marzenie” ma za sobą. Niechętny Unii jest zarówno Trump, jak i Putin. Wielka Brytania poszła za fletem eurosceptycznych szczurołapów. Pokojowo-demokratyczna europejska wspólnota otwartych granic i praw człowieka nie inspiruje prezydenta Chin Xi. Turcja Erdoğana już do Unii drzwi sama dla siebie ostatecznie zamknęła po rozprawie z „puczystami”.

Trzeba się liczyć z rozpadem, w tej czy innej formie, Unii w jej obecnym kształcie. Ekipa Macrona patrzy złym okiem na Kaczyńskiego, Orbána i innych przywódców postkomunistycznej „nowej Unii”, którzy rozbijają UE od wewnątrz. „Stara” ma większe szanse poradzić sobie z populistycznym kryzysem, dawne „demoludy” – mniejsze. Nikt z liczących się przywódców na Zachodzie nie będzie o nas walczył. Jak zwykle musimy poradzić sobie sami. I w Polsce sobie poradzimy.

Waldemar Mystkowski pisze o tragifarsie przygotowań do marszu.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz w apelu o odzyskanie 11 listopada jasno wyraża się, w jakim miejscu znajduje się państwo polskie. Sienkiewicz zasłynął określeniem „państwo teoretyczne”, które dostało wykładnię w książce o tym samym tytule. Minister rządu PO-PSL apeluje o podpisanie petycji, wg której na mocy spec-ustawy winno się ustanowić święto 11 listopada organizowane tylko przez państwo polskie, abyśmy nie kompromitowali się zgodą na „na ponure marsze ludzi w kominiarkach, nienawistne, rasistowskie, ksenofobiczne transparenty i okrzyki”.

PiS miał 3 lata, aby do postulowanej sytuacji doprowadzić. Ale zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i premier Mateusz Morawiecki obudzili się 4 dni przez obchodami 100 rocznicy odzyskania niepodległości, gdy Marsz Niepodległości nacjonalistów i neofaszystów został zakazany przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Zakaz został przez sąd anulowany, bo ma podstawy prawne w ustawie o zgromadzeniach cyklicznych, której autorem są orły PiS. Ustawa pisana była pod miesięcznice smoleńskie, które już się nie odbywają. Zarówno rząd, jak i kancelaria Dudy mogły napisać spec-ustawę, o którą apeluje Sienkiewicz, lecz były zajęte innymi sprawami demolującymi państwo polskie.

W tej chwili sytuacja z obchodami przedstawia się absurdalnie, operetkowo. Joachim Brudziński w ostatniej chwili podpisał porozumienie ze służbami mundurowymi. Funkcjonariusze gremialnie zapadli na zdrowiu, którego odzyskanie stało się możliwe tylko w wypadku podwyżki pensji i licznych przywilejów socjalnych. Brudziński dostał prikaz od Kaczyńskiego, aby iść na wszelkie ustępstwa i poszedł. Policji w ochronie marszu ma pomóc wojsko, które ściąga do Warszawy najnowocześniejszy sprzęt i „ochotników”.

Nadal Kancelarie Prezydenta i Premiera negocjują z narodowcami warunki wspólnego marszu. Szantaż nacjonalistów jest skuteczny, nikt nie będzie w stanie kontrolować ekscesów. Podczas marszu najpierw przemawiać będzie prezydent, ale ostatnie słowo ma należeć do przedstawiciela nacjonalistów.

Szef Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski chwali się na Twitterze, że w dniu Święta Niepodległości budynki w wielu krajach będą podświetlone na biało-czerwono. I tak najbardziej spektakularnie uroczystości za granicą organizuje Sławomir Nowak – były minister rządu PO-PSL, a obecnie pracujący dla rządu ukraińskiego. W Kijowie w tamtejszym Teatrze  Narodowym odbędą się uroczyste obchody, na których obecna będzie elita polityczna naszego wschodniego sąsiada.

Uroczystości państwowe z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości to istny dramat dla władzy PiS, której indolencja może doprowadzić do tragedii. Na razie prezentuje się w wymiarze tragifarsy.

>>>