Tag Archives: Elżbieta Rafalska

Krystyna Pawłowicz dostała zajadów, szczekaniem mając obrzmiałe usta

3 Sty

„6 stycznia ogłosimy projekt dotyczący rozdziału Kościoła od państwa. W Konstytucji jest zapisany rozdział Kościoła od państwa. Doskonale wiemy, że zupełnie nie jest to przestrzegane, dlatego niektóre zapisy trzeba będzie wzmocnić, niektóre trzeba będzie wprowadzić jako nowe rzeczy” – poinformowała w Radiu RMF FM przewodnicząca Inicjatywy Polska Barbara Nowacka. Zapowiedziała zbieranie podpisów pod projektem tej ustawy.

Według Nowackiej, Polacy coraz częściej mówią o rozdziale Kościoła od państwa. – „Społeczeństwo chce uciąć finansowanie Kościoła, chce wyprowadzenia religii ze szkół lub jej niefinansowania. To są coraz głośniejsze postulaty… Rozliczenia przestępstw dokonywanych chociażby przez księży-pedofilii” – argumentowała szefowa Inicjatywy Polska.

Nowacka dodała, że w pracach nad projektem współpracuje z Nowoczesną, która  „też jest bardzo zainteresowana rozdziałem Kościoła od państwa” – stwierdziła Nowacka.

A miała przecież zamilknąć, a przynajmniej się wyciszyć… Jednak Krystyna Pawłowicz po raz kolejny nie wytrzymała. – „To chamstwo lewackie zgłoszę do sejmowej Komisji Etyki” – poinformowała na Twitterze posłanka PiS. Poszło o wpis Joanny Scheuring-Wielgus z Teraz, która tak podsumowała wycofanie projektu pisowskiej ustawy o przemocy domowej: – „To Pan Morawiecki nie wiedział, że taki gniot (zresztą nie pierwszy) wychodzi z Pana Rządu? Pan jest dzbanem czy premierem RP? Powiedzieć wstyd to mało”.

Pawłowicz na tym nie poprzestała. – „Pewnie ta Komisja jej krzywdy nie zrobi, bo lewacy mają w niej większość. 3 do 1 przeciw PiS. Każdy Klub ,są obecnie 4, mają po jednym przedstawicielu w tej całkowicie zbędnej Komisji. Zgłoszę mimo to, by to zachowanie tej chuliganki nagłośnić” – dodała w kolejnym wpisie.

„Szanowna Pani Poseł, mordo moja zdradziecka, jechać po tych lewakach, niech się nauczą kultury. A najlepiej to niech im Pani podręcznik napisze – taki właśnie o kulturze i dobrym wychowaniu, wie Pani, o tym, na czym się Pani tak dobrze zna. Już się nie pozbierają” – kpiąco skomentował wpis Pawłowicz jeden z internautów.

Przypomnijmy  tylko, że słowo „dzban” w plebiscycie Wydawnictwa Naukowego PWN uznane zostało Młodzieżowym Słowem Roku 2018. Stosowane jest przez młodych ludzi na określenie osoby niezbyt inteligentnej, niemiłej, nierozgarniętej.

„Jesteśmy w kraju autorytarnym, bo widać ten moment strachu, widać, co się dzieje z instytucjami, widać w samym PiS-ie i widać poza tym, co się dzieje z instytucjami, z poszczególnymi publicznymi rolami. Ludzie się boją, ci urzędnicy się boją i takie manipulowanie państwem jest oznaką autorytaryzmu” – stwierdziła prof. Jadwiga Staniszkis w TVN24. Dodała, że „widać, że PiS i Kaczyński próbują się cofnąć; widać, że już nie ma takiego rozpędu w niszczeniu państwa”.

Prof. Staniszkis namawia Komisję Europejską na wywieranie ciągłej presji na rząd PiS. – „To jest jedyny czynnik, na jaki PiS jakoś jeszcze reaguje”– powiedziała. Według niej, Polska jest coraz bardziej osamotniona w Europie. – „Zdaniem Zachodu, stajemy się coraz bardziej podobni do Rosji. Ja się z tym zgadzam. I to nawet nie do Rosji współczesnej, ale bolszewickiej” – powiedziała.

Krytycznie podsumowała poczynania Andrzeja Dudy. – Zachowuje się fatalnie, podpisując te ustawy. Jest ignorowany w polityce zagranicznej. Nie sprostał temu zadaniu. Jest ignorowany w polityce międzynarodowej, na Zachodzie, w USA. Gdyby doszło do konkurencji Tusk-Duda, osobiście popierałabym Tuska, bo po prostu jednak on by pewnych rzeczy nie robił, bo już otarł się o Europę, zdaje sobie sprawę, co znaczą rządy prawa,  indywidualizm i szacunek” – stwierdziła Jadwiga Staniszkis.

Projekt pisowskiej ustawy o przemocy domowej został ponoć napisany w fundacji Ordo Iuris.

PiS z hukiem zaczął Nowy Rok, bynajmniej nie fajerwerkami czy też petardami, ale jednym dozwolonym pobiciem w domu. W pisowskiej nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej uznano, że jednorazowy akt agresji jest dopuszczalny. Na tym nie koniec – ustawa dopuszczała naruszenie godności ofiary, ograniczenia jej wolności, szczególnie seksualnej i pozwalała na przemoc psychiczną, znęcanie.

Wcale nie jest to wielka niespodzianka, iż PiS dopuszcza tak rozumiany rejwach w życiu domowym, leży to w filozofii tej partii i wyznawanych wartościach. Mateusz Morawiecki podobno – piszę podobno, bo jednym tweetem – wycofał się z tej ustawy.

Lecz ona zaistniała na papierze, w decyzyjności odpowiedzialnych polityków w rządzie PiS, w świadomości Polek i Polaków żyjących na początku 2019 roku. Projekt tej ustawy został ponoć napisany w sławetnej kościelnej przybudówce, w fundacji Ordo Iuris. Przewędrował przez biurka minister Elżbiety Rafalskiej i Beaty Szydło. Został przez nie klepnięty i czekał swojej procedury parlamentarnej. Z pewnością dostałby błogosławieństwo kleru, bo rodzina jest najważniejsza.

Ta ustawa o przemocy przypomina mi autentyczny dialog, który wieki temu usłyszałem w pociągu. Naprzeciw mnie jechały dwie kobiety, które dzisiaj mogę określić, iż były odpowiednikami pań Szydło i Rafalskiej. Jedna z nich niedawno została wdową i chlipała, jakiego to dobrego pochowała męża. A ta druga miała już dosyć tych wspominek i przypomniała jej, że bił ją i ciągnął za włosy po podwórku. Wdowa się obruszyła na takie dictum: – „A ileż było tego podwórka?”.

PiS w przemocy dopuszcza się wielkości podwórka całkiem sporego. Zostało obcięte  dofinansowanie „Niebieskiej Linii”, prowadzonej przez Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy w Rodzinie. Ministerstwo Sprawiedliwości obcięło dofinansowanie Centrum Praw Kobiet, pomagające ofiarom przemocy, czyli bitym kobietom.

Oczywiście, że Morawiecki przestraszył się, a w zasadzie Jarosław Kaczyński, siły Czarnego Protestu, który szykował się do oprotestowania tej pisowskiej ustawy.  Spointuję niekoniecznie satyrycznie, w konwencji czarnego humoru. Ta ustawa jest nie tylko pisowska, jest wyjęta z mentalności Morawieckiego i jego podwórka rechrystianizacji. W nowelizacji co prawda nie było mowy o paleniu kobiet na stosie, które uznane byłyby za czarownice, lecz to leży w logice podwórka rechrystianizacji Morawieckiego, który gdyby mógł cofnąłby się do tradycji Inkwizycji. Wycofał się, bo obleciał go tchórz.

Reklamy

Ziobro się boi, więc straszy prof. Marcina Matczaka

2 Sty

„Minister Sprawiedliwości polecił wszcząć postępowanie dyscyplinarne wobec radcy prawnego, prof. Marcina Matczaka. To nie zabawa – minister może doprowadzić do usunięcia z zawodu” – poinformowała na Twitterze Ewa Siedlecka z „Polityki”. Zbigniew Ziobro chce ukarania prawnika za jego wpis, dotyczący córki kontrowersyjnego prawicowego blogera Piotra Wielguckiego („Matka Kurka”). – „Matczak przeprosił córkę Wielguckiego. Został publicznie skrytykowany – i słusznie. Ale co ma do tego minister sprawiedliwości? Wypowiedź nie miała nic wspólnego z działalnością prof. Matczaka jako radcy prawnego” – dodała Ewa Siedlecka.

„Jeśli do tego dojdzie, zrobię wszystko by nagłośnić ten skandal w uczelniach światowych, z jakimi mam kontakt. To kampania represji przeciwko wybitnemu prawnikowi za użyty przez niego eksperyment myślowy wyjaśniający trollowi, co to „hate speech” – napisał prof. Wojciech Sadurski.

„Atak na Marcina Matczaka dowodzi, że władza się go boi i uważa, że jest dla niej niebezpieczny. I słusznie uważa. Błyskotliwy, charyzmatyczny, odważny obrońca demokracji i państwa prawa. Ta dyscyplinarka, tylko go wzmocni” – to komentarz Jarosława Kurskiego z „Gazety Wyborczej”.

Prof. Marcin Matczak zaangażował się w obronę polskich sądów i protestował przeciw pisowskiej „reformie” sądownictwa. Na jego temat w artykule „Profesor Matczak „solą w oku” PiS?”.

>>>

Kaczyński, Kościół katolicki i PiS – zgnilizna rozkładająca Polskę

23 Gru

Najważniejsze zadanie polityczne demokratycznej opozycji w nadchodzącym roku to jej wygrana w wyborach.

Najpierw europejskich, a później w parlamentarnych. W europejskich szansa jest coraz większa, w parlamentarnych sukcesem będzie już zabranie „zjednoczonej prawicy” samodzielnej większości. To powinno być celem minimum bloku demokratycznego.

Prezydent Duda mówił w kontrolowanej politycznie przez PiS Trójce, że nic mu nie wiadomo, aby Nowogrodzka szykowała się na przyspieszone wybory parlamentarne. To samo mówią prezes i jego akolici. Tylko że zwykle jest z nimi tak, że jak mówią „białe”, to wychodzi „czarne”.

Jeśli mówią, że nie chcą polexitu, to chcą, tylko na razie czują się za słabi. Jeśli mówią, że żadnych ustępstw w sprawie takiej jak nowelizacja ustawy o IPN czy deforma sądownictwa nie będzie, to znaczy, że nastąpią.

Tak samo z wyborami. Jeśli wszyscy w PiS oficjalnie zaprzeczają, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Że „zjednoczona prawica” – przestraszona wyborami miejskimi, serią afer korupcyjnych z udziałem swych notabli i protestami pracowniczymi przeciwko podwyżkom cen i za podwyżkami wynagrodzeń – rozważa ucieczkę do przodu, póki w sondażach jeszcze nie spada dramatycznie.

Opozycja demokratyczna powinna szykować się na ten scenariusz. Nawet jeśli spietrana zjednoczona prawica pomysłu nie zrealizuje, opozycja może tylko zyskać na zwarciu szeregów, na zabraniu się do tworzenia wspólnych list wyborczych np. w wersji proponowanej przez senatora Marka Borowskiego. Każde ugrupowanie zachowuje swoją tożsamość polityczną, a zarazem startuje ze wspólnej listy. Stawka jest naprawdę wysoka: demokracja albo dyktat jednej partii.

Liderzy opozycji demokratycznej – bo jest też antypisowska opozycja nacjonalistyczna, skrajnie prawicowa, pod protektoratem o. Rydzyka oraz przymiarki do stworzenia partii Biedronia – nie mogą zmarnować szansy, jeśli chcą zmiany „dobrej zmiany” na lepszą. Czyli z z nacjonalistyczno-katolicko-populistycznej na europejsko-demokratyczno-obywatelską.

Warunkiem jest jak najszersza współpraca ponad różnicami i ambicjami. Tego boi się Kaczyński, który zrobi wszystko, by blok demokratyczny rozbić. Ma do dyspozycji propagandę i służby.

Prezes będzie rozgrywał mniejsze grupy opozycyjne przeciwko Koalicji Obywatelskiej. A różnego rodzaju polityczni fantaści będą snuli swoje sny o potędze, działając świadomie lub nieświadomie w interesie Kaczyńskiego, gdyż rozproszenie głosów oddanych na opozycję służy PiS-owi.

Co dalej? Może warto zanalizować obecne protesty na Węgrzech, gdzie arogancja i pycha Orbána połączyły przeciwko niemu niemal wszystkie ugrupowania opozycyjne. To może być zapowiedź innego „Budapesztu w Warszawie”.

Miało być pięknie. Jak na warunki polskie. Albo przynajmniej – bliżej europejskiego standardu. Środowiskowe domy pomocy nowego typu dla dorosłych. To te przypadki, które – choć chodzi o kochanych ludzi – zmieniają życie opiekunów w piekło. Całodobową opiekę nad osobą z ciężkim typem autyzmu, ze sprzężonymi niepełnosprawnościami, skutkującymi np. silną i niekontrolowaną agresją, można porównać do wyprawy na wojnę, na pierwszą linię strzału.

Uwaga jest cały czas napięta, czujność – na sto procent, ciało eksploatowane do granic. Żadna wojna nie trwa w nieskończoność. A życie opiekuna – właśnie tak. Nic nie jest tak potrzebne opiekunom jak podzielenie z kimś tej odpowiedzialności. I jakaś wyręka w codziennej, nieustannej harówce.

Ustawa „Za życiem” miała dawać nadzieję

Wydawało się, że wszystko jest na jak najlepszej drodze. Po trwających rok przygotowaniach, konsultacjach, rozmowach, zebraniu 12 tys. podpisów zainteresowanych osób – opiekunowie byli przekonani, że mają poparcie państwa. Przynajmniej takie były obietnice, zapisane zresztą w programie szumnie nazwanym „Za życiem”. Powstał nawet stosowny projekt ustawy.

Ustawa Za życiem – czy przeciwko?

Fakty dokonały się po cichutku, bez rozgłosu, bez zawiadamiania zainteresowanych. 18 grudnia rodzice odnaleźli na stronach ministerstwa rodziny link, a pod nim zmieniony projekt ustawy, z którego domy pomocy zniknęły. Nawet trudno powiedzieć, że chodzi o pieniądze. Środowisko opiekunów wypracowało model, jak przeprowadzić program właściwe bezkosztowo.

Mówi się, że chodzi o naciski Ministerstwa Finansów w sprawie… dofinansowywanych posiłków. W każdym razie resort negatywnie ocenił ten zapis, uznając, że „nie widzi sensu wydatkowania tych pieniędzy”. Bo i właściwie po co. Matki Polki sobie poradzą. Z uśmiechem, jak to na wojnie.

Po kraju rozlewa się fala strajków, których jednak nie można nazwać strajkami. Formalnie nimi nie są, choć każdy wie, o co chodzi. Niezadowolone z niskich płac grupy społeczne zamiast ogłaszać strajk, udają się masowo na zwolnienia lekarskie. Skutek ten sam albo lepszy, bo władza ustępuje. Tyle że przy okazji psuje się i tak słabe państwo.

Zanosi się na gorącą jesień protestów

Przemęczone pielęgniarki i „psia” grypa policjantów

Z L4 jako formy masowego protestu pierwsze skorzystały pielęgniarki. Odejście od łóżek pacjentów byłoby nieetyczne, ale udanie się „na chorobę” jest po prostu koniecznością. Panie są przepracowane, od dźwigania chorych mają nadwerężone kręgosłupy, właściwie każda w każdej chwili mogłaby się udać na zwolnienie – tłumaczyły działaczki związkowe. Wtedy jeszcze wielu z nas było po ich stronie. L4 były gestem rozpaczy, rząd uporczywie ignorował protesty.

„Psia grypa” policjantów już się z takim aplauzem społecznym nie spotkała. Była dowodem siły, a nie słabości tej grupy zawodowej. Policjantom nie wolno strajkować, więc masowo udali się na L4. Wybrali świetnie moment – władza wystraszyła się, że w setną rocznicę odzyskania niepodległości nie będzie miał kto ochraniać marszu, może dojść do tragedii. Skwapliwie zgodziła się nie tylko na podwyżki, ale także na oddanie przywilejów, również emerytalnych, które cofnęli policjantom poprzednicy. Nikt nawet nie próbował sprawdzić celowości wydanych zwolnień.

Rząd mięknie wobec masowych L4

Stało się coś jeszcze ważniejszego – rząd pokazał, że masowe L4 to najlepsza forma walki „o swoje”, o wiele skuteczniejsza niż protesty przewidziane prawem. Można powiedzieć – droga na skróty. I ludzie ten sygnał odebrali. Na L4 udali się pracownicy sądów, prokuratur, nauczyciele. Zawahali się weterynarze, być może kierowani poczuciem odpowiedzialności – więc ich protest nie przyniósł nic, im władza nie ustąpiła. A zastępca głównego lekarza weterynarii został nawet zdymisjonowany. Na drugi raz wyciągną z tego nauczkę.

Dlaczego lekarze masowo wydają lewe zwolnienia?

Wypada jednak zadać kilka pytań. Jak to się dzieje, że to właśnie Polacy wymyślili tak skuteczną formę protestu, a na pomysł ten nie wpadli inni? Niemcy, Czesi, a nawet Francuzi, którzy wymyślili tylko żółte kamizelki? Wygląda na to, że tylko u nas jest ta ogromna łatwość otrzymania zwolnienia, że właściwie każdy z nas może je dostać w każdej chwili i dziwne, że z tego nie korzysta. Jakbyśmy byli najbardziej schorowanym społeczeństwem na świecie. Lekarze wydają te lewe zwolnienia, nie zdając sobie sprawy, że każde L4 to weksel, za którym idą nasze publiczne pieniądze. Ogromne pieniądze. Zwolnienia przecież są płatne, dla policjantów znów w 100 proc., dla reszty w 80. Jeśli będziemy nadal z nich tak masowo korzystać, trzeba będzie podnieść i tak wysokie składki na ZUS.

Belfer Blog: W ramach strajku chorujemy

Do psucia państwa zachęca sam rząd

Rząd, który uparcie odmawia dialogu z protestującymi w sposób przewidziany prawem, mięknie przy masowych zwolnieniach, a więc sam do nich zachęca. Zachęca do psucia państwa i nic z tym nie robi. Lekarzy kontroluje się, ile i jakie refundowane recepty wypisali, czy aby nie pomylili się w stopniu refundacji. Za pomyłki są surowo karani, także finansowo. Ale za wypisywanie lewych zwolnień dla zdrowych ludzi żaden ukarany nie został. Mimo że wszyscy wiedzą, że zwolnienia są lewe. Uczniowie, którzy nie mają lekcji, gdyż ich nauczyciele udali się masowo „na chorobę” – też. Jaki wniosek wyciągną młodzi obywatele z tej lekcji, którą na pewno zapamiętają?

ZNP popiera protest nauczycieli

Patriotyzm? Np. uczciwy stosunek wobec własnego państwa

Zarówno rząd, jak i wielu z nas, ma usta pełne patriotyzmu. Premier publicznie wskazuje tych, którzy Polskę kochają bardziej, i gani tych, którzy mniej, to ten gorszy sort Polaków. Idą święta, warto byłoby się zastanowić, czym naprawdę jest patriotyzm? Czy pustą deklaracją gotowości przelania krwi za ojczyznę, czy raczej uczciwym stosunkiem do własnego państwa? Nasze państwo jest słabe, a lewe zwolnienia osłabiają je jeszcze bardziej. I są dowodem na to, że go nie szanujemy.

Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą forma polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy – mówi prof. Stanisław Obirek, teolog, historyk, antropolog kultury, były jezuita, pracownik Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Mówi nie tylko o polityce. Też o adwencie i zbliżających się świętach Bożego Narodzenia.

JUSTYNA KOĆ: Kończy się adwent, lada dzień święta Bożego Narodzenia. Ile z tej zadumy podczas oczekiwania na narodziny Chrystusa jeszcze zostało?

PROF. STANISŁAW OBIREK:  Zależy w czyim domu i gdzie. Gdzieś na wsiach, w małych miasteczkach mamy do czynienia nawet z renesansem praktyk, które ja pamiętam z dzieciństwa. Mam na myśli roraty, w zewnętrznej formie bardzo atrakcyjne, szczególnie dla dzieci. Roraty obrosły szczególną symboliką światła, bo msza odbywa się przed wschodem słońca, gdy jest ciemno, wiec lampiony w ciemnych kościołach rzeczywiście robią wrażenie. Jeżeli proboszcz mądrze to wpisze w rytm szkolnych katechez, to jest szansa, że to oczekiwanie, jak sama nazwa wskazuje adventus, czyli przyjście, rzeczywiście jest. W miastach jest inaczej, ten rytm jest odsakralizowany, wyznaczany jest zupełnie czymś innym, niż rytmem liturgicznym.

Przynajmniej w Warszawie nie dostrzegam żadnych elementów oczekiwania, poza tym, że przystrojone ulice rozbłyskują światłami, co ma charakter czysto estetyczny, a nie sakralny.

Jaki jest to adwent dla polskiego Kościoła?
Poza kalendarzem powtarzającym się co roku można doszukiwać się każdorazowo wpisywania świąt w doraźny kontekst. Mam wrażenie, że Kościół polski ma z tym kłopot, poczynając od listu na 100-lecie odzyskania niepodległości, który miał być deklaracją ideową, jak to Kościół się cieszy z tego, co stało się 100 lat temu. Okazało się, że po pierwsze list został napisany już w marcu, po drugie jego ton był odklejony od rzeczywistości. List przeszedł bez echa i słusznie. Niektórzy wręcz z zażenowaniem odnotowali ten list. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że

Kościół polski przeżywa dramatyczny moment. Myślę tu o coraz głośniejszych przypadkach nierozliczonej pedofilii wśród księży. Okazuje się, że w większości są to sprawy mające już swoją zaszłość, nie są nowe. Wielu biskupów wyraźnie nie stosuje się do wytycznych Watykanu, czyli nie zgłasza tego ani do Watykanu, ani do prokuratury, wyraźnie gra tu na zwłokę. Zbliżające się święta są doskonałą okazją, aby oczyścić pamięć tej mrocznej strony Kościoła.

Po drugie, mieliśmy dość histeryczną reakcję na film „Kler” Smarzowskiego, gdzie również wątek pedofilski się pojawia, ale nie tylko, bo ukazanych jest tam siedem grzechów głównych. To, że już w tej chwili ponad 6 mln ludzi widziało ten film, pokazuje, że był on odpowiedzią na pewne zapotrzebowanie. Tu znowu nie widzę żadnej próby zmierzenia się z tym grzechem w swoich własnych szeregach. Ta lista jest długa, bo warto dodać jeszcze zaangażowanie polityczne po stronie antydemokratycznego reżimu, który od trzech lat wyraźnie demoluje nam demokrację i Kościół bardzo rachitycznie, nieśmiałym, niesłyszalnym głosem, jeśli w ogóle, odnosi się do tego. W większości widzimy, że kler darzy sympatią to, co się dzieje. To napawa niepokojem, bo pokazuje, że

Kościół zatracił taki kompas moralny i polityczny, powtarza błędy, które pojawiły się już po 1989 roku.

Błędy jednoznacznego zaangażowania politycznego po jednej stronie?
A nawet jednej partii. Zresztą społeczeństwo głosowało zawsze nogami, czyli robiło dokładnie na odwrót i dziś już nikt nie pamięta tych ugrupowań, które Kościół wspierał. Myślę, że w przypadku obecnej władzy Kościół także strzela sobie w stopę, bo będzie kojarzony po, mam nadzieję, szybkim odejściu tej formacji z tą antydemokratyczną partią.

Polski Kościół nie potrafi wyciągać wniosków także z doświadczeń w innych państwach, np. w Irlandii?
Ma pani rację. Żyjemy w epoce globalnej i informacje o sytuacji Kościoła katolickiego z całego globu docierają dość szybko. Irlandia w istocie jest najbliższa Polsce, także w sensie struktury katolicyzmu, takiego związanego mocno z tożsamością narodową. Irlandczyk to katolik, to ten w kontrze do silnego Kościoła anglikańskiego. Oczywiście w Irlandii nie było komunizmu, który był w Polsce, co też ukształtowało Kościół i jego pozycję. Natomiast

w bardzo krótkim czasie katolicka Irlandia, gdzie ten Kościół był dosłownie wszędzie, stała się krajem chyba najbardziej w tej chwili antykatolickim. W retoryce polityków to wyraźnie słychać, nie ma już przyzwolenia na mieszanie się Kościoła do polityki.

Premier, który jest otwartym gejem, także otwarcie wypowiada się przeciwko obecności Kościoła w przestrzeni publicznej, a są to ludzie, którzy reprezentują swoje społeczeństwo i mają silne poparcie. Kościół w Irlandii znalazł się na równi pochyłej przez własną niechęć do rozwiązania sprawy pedofilii.

Głośno było o skandalach, gdzie biskupi kryli pedofilów, podobnie jak teraz w Polsce?
Tam, w przeciwieństwie do Kościoła polskiego, doszło do powołania komisji państwowo-kościelnej, która przygotowała kilkusetstronicowy raport, który został opublikowany. Kościół płaci teraz cenę za swoją bierność i brak chęci zmierzenia się z własną ciemną stroną historii.

Nie tylko Kościół irlandzki może być tu lekcją?
Chociażby Kościół w Stanach Zjednoczonych. Tam już od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia z bardzo oporną, ale jednak systemową próbą zmierzenia się z pedofilią. Powstał nawet o tym oscarowy film „Spotlight”. Film jest oczywiście pewną fikcją, ale prawda jest taka, że dużą rolę odegrali tam dziennikarze i ich śledztwo sprzed kilkunastu lat. Na początku XXI wieku komórka śledcza „The Boston Globe” ogromnym wysiłkiem kilku lat pracy doprowadziła do dymisji kardynała Bernarda Lawa z Bostonu, doprowadziła do zdemaskowania procederu przenoszenia z parafii do parafii pedofili, co było największym szokiem dla Amerykanów.

Ostatnio w innej diecezji opublikowano podobne dokumenty, w konsekwencji czego szereg biskupów, a nawet kardynałów zostało pociągniętych do odpowiedzialności. To wszystko powinno dać do myślenia polskim hierarchom.

Warto tu też wspomnieć przykład, może odległy, ale jakże głośny, czyli Chile, gdzie cały episkopat podał się do dymisji, a sam papież przyznał się do braku pełnej informacji. Kościół polski zdaje się nie zauważać tych przypadków. Owszem, w mediach liberalnych coraz częściej się o tym pisze, dyskutuje, ujawnia, organizacja „Nie lękajcie się” działa coraz prężniej, jest obecna w przestrzeni publicznej, ale Kościół mimo wcześniejszych deklaracji nie współpracuje w tej kwestii wystarczająco.

Te deklaracje pojawiły się jeszcze przed premierą filmu „Kler”, kiedy wiadomo było, że ta bomba zostanie odpalona. Kościół przeprosił nawet wtedy i obiecał rozliczenie. To był początek października i nic…
Tych deklaracji było więcej, nawet konkretni biskupi się wypowiadali na temat pedofilii w ich diecezjach. Pamiętam biskupa Czaję z Opola, Liberę z Płocka, biskupa polowego, prymas Polak też o tym mówił, więc tych deklaracji było wiele, trzymam kciuki, aby się udało.

Tu trzeba podkreślić, że nie chodzi o walkę z Kościołem, tylko o zadośćuczynienie ofiarom.

Niestety, moim zdaniem w Polsce mamy do czynienia z hipokryzją w Kościele i dobrze, żeby to słowo wybrzmiało, bo mamy szereg ludzi odpowiedzialnych, ważnych hierarchów, którzy deklarują jedno, a robią drugie. To samo można powiedzieć o pełnomocniku episkopatu ds. zwalczania pedofilii, który publicznie wielokrotnie mówił, że mimo ponawianych próśb żadnych danych na temat konkretnych przypadków pedofilii nie otrzymał.

Trzeba odnotować oczywiście przypadek chrystusowca, który został skazany prawomocnie, a ofiara otrzymała dość znaczną sumę, ale to jednostkowy przypadek, do tego wymuszony, gdzie była niezwykle jednoznaczna wina zakonu, który krył pedofila i nie zrobił nic, żeby ograniczyć jego zbrodniczą działalność. To jest najlepszy dowód, że

wspólne działanie sądu i mediów może coś zmienić w tej sytuacji, bo Kościół niczego się tak nie boi, jak mediów, jak złej opinii.

Słyszał, wiedział pan o tym, co robił ks. Henryk Jankowski?
W Gdańsku, w którym bywam często, to była tajemnica poliszynela, o tym się mówiło, o tym wiedzieli dziennikarze, ludzie, ale nie było woli, żeby o tym pisać czy mówić. Nawet „Gazeta Wyborcza”, która teraz tak bardzo się zaangażowała, wcześniej kroplomierzem dawkowała te informacje. To mi przypomina właśnie film „Spotlight”, o którym już wspominaliśmy. Oglądałem go niedawno po raz kolejny ze studentami, z którymi dyskutuję na tym przykładzie m.in. o tym, jak funkcjonuje demokracja lub nie funkcjonuje i jakie są mechanizmy jej działania w Stanach. Tam jest taka znacząca scena, gdzie sami dziennikarze przyznają, że już 20 lat wcześniej mieli sygnały, ale ich nie widzieli, nie odnotowali.

To oznacza, że jest taki martwy punkt, martwe pole, jak w przypadku kierowcy, który w lusterku bocznym w jednym miejscu nie widzi pojazdu, gdy ten go mija. Gdy wszystko każe nam wierzyć, że Kościół jest ostatnią instancją moralną.

Przecież wielu ludzi dawnej opozycji bywało u księdza Jankowskiego, bo to była instytucja. Od 1980 roku, kiedy biskup Kaczmarek wysłał go do stoczniowców, on stał się ważnym punktem odniesienia, niemalże jak Wałęsa. Wszyscy u niego bywali, a jednocześnie mówiło się, półżartem, że „woli blondynów”. Natomiast myślę, że nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to jest trwająca kilkadziesiąt lat historia pedofilii, z tragicznymi również przypadkami, opisanymi w reportażu „Dużego Formatu”.

Pomnik ks. Jankowskiego powinien zostać?
Może rację ma prof. Magdalena Środa, która napisała, że

pomnik powinien zostać jako pomnik wstydu, bo społeczeństwo polskie było i jest nadal ślepe na nadużycia, jakie się dzieją w Kościele, dla ratowania „większego dobra”.

Czy redemptorysta Tadeusz Rydzyk, który zakłada partię, wszedł na drogę amerykańskich pastorów, kaznodziejów, bogaczy zaangażowanych w politykę i sponsorujących kampanie?
Tadeusz Rydzyk to temat na oddzielną rozmowę. Na podstawie lektury świetnej książki Tomasza Piątka o Macierewiczu możemy wysnuć wniosek, że powstanie partii Rydzyka ma związek z odsunięciem Antoniego Macierewicza od władzy.

Moim zdaniem tu problem jest szerszy, bo to nie jest tylko tak, że mamy do czynienia z finansjerą i politykami, którym konserwatywny katolicyzm jest bliski, więc trzeba go wspierać, bo świat się rozpada, panuje relatywizm, nihilizm, a tylko ojciec Rydzyk gwarantuje ochronę prawdziwych wartości. Sprawa jest głębsza. Po pierwsze, przyznać rację trzeba prof. Ireneuszowi Krzemińskiemu, który coraz częściej się wypowiada na temat fenomenu konglomeratu, jak nazywa imperium Rydzyka, bo to przecież nie tylko radio, prasa, ale i telewizja i szkoła.

To jest państwo w państwie, on jest nawet ponad prezesem, który wydawałoby się, że rządzi niepodzielnie Polską. Nawet ponad Jarosławem Kaczyńskim jest jeszcze Tadeusz Rydzyk, ojciec dyrektor. Nie chcę powiedzieć, że to przypomina struktury mafijne z południa Włoch, republik bananowych czy krajów latynoamerykańskich, które z trudem przezwyciężają swoją przeszłość dyktatorską, ale na naszych oczach po 1989 roku wyrosły jakieś bardzo tajemnicze ośrodki władzy, które coraz śmielej domagają się obecności w przestrzeni publicznej, delegują swoich ludzi, żeby zakładali swoje partie – to jest osobliwe.

Zresztą to kolejny wątek, który możemy dołożyć do naszej rozmowy w kontekście Bożego Narodzenia i roli Kościoła. Kościół nie tylko nie radzi sobie z pedofilią, z rozpolitykowanym klerem, który jawnie popiera tylko jedną partię, nie radzi sobie także z Rydzykiem i jego działalnością. Ja przynajmniej nie słyszałem głosu biskupów w tej sprawie, a przecież po Soborze Watykańskim II, na ile ja rozumiem obecną doktrynę Kościoła katolickiego, Kościół słowami swoich papieży od kilkunastu lat głosi autonomię rzeczywistości ziemskiej. Kościół bezpośrednio, co bardzo podkreślał Jan Paweł II, choćby wyrzucając kapłanów z kapłaństwa za nadmierne zaangażowanie polityczne, np. w Nikaragui, nie powinien zajmować się polityką. Tymczasem

wygląda na to, że w Polsce Sobór Watykański II nie obowiązuje.

Jesteśmy w sercu Kościoła średniowiecznego, gdzie teokracja była przyjętą formą polityczną, gdzie polityka ma pokrywać się z Kościołem. To jest kuriozalne, ale też niebezpieczne, bo to prosta droga do schizmy. Jeżeli dalej to będzie tolerowane, a wszystko na to wskazuje, to schizma gotowa. Być może to jest tylko blef, którym Rydzyk chce wymusić na Kaczyńskim konkretne ustępstwa, tego do końca nie wiemy, ale na pewno nie jest to w duchu kościoła Jana Pawła II czy Sobory Watykańskiego II.

Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu – mówi ks. Wacław Oszajca, jezuita, teolog, publicysta i poeta. – Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Święta Bożego Narodzenia to czas wyciszenia i refleksji. Przyszedł czas na refleksję także w polskim Kościele?

KS. WACŁAW OSZAJCA: Chrześcijanin nie może się bać prawdy o sobie, nawet tej najtrudniejszej. Święta to dobry czas, aby znaleźć chwilę, a może nawet więcej niż chwilę, na podsumowanie tego, co wydarzyło się w tym roku. Najważniejsza dla katolika w każdy dzień świąteczny powinna być msza, na której początku robimy rachunek sumienia. My tego momentu nie doceniamy. Powinniśmy pamiętać, że zło w Kościele było, jest i będzie. To nie jest nic nowego. Pytanie: co z tym zrobimy?

Co zrobimy w przypadku ofiar pedofilii? Powinniśmy przede wszystkim zająć się tymi, których skrzywdziliśmy. Nie tylko przeprosić, ale także starać się wynagrodzić zło, które zaistniało. To będzie świadczyło o tym, że sami zrozumieliśmy nasze grzechy.

W samym Kościele nie wszyscy to zło nazywają złem. Niektórzy próbują rozgrzeszać księży pedofili. Jak sobie z tym poradzić?
Dostrzeżenie takiego zła burzy święty spokój, psuje komfort życia i to, co ceni sobie współczesny świat, czyli dobre mniemanie o sobie. Ono polega nie na realnej ocenie kondycji własnego umysłu i sumienia, ale udawaniu, że to mnie nie dotyczy. Takie myślenie jest rozpowszechnione w społeczeństwie, więc dociera także do Kościoła.

Stąd też bierze się niechęć do papieża Franciszka, który niepokoi nasze sumienia i mówi, żeby patrzeć nie w niebo, ale na drugiego człowieka. To jest niewygodne, ale musimy zrozumieć, że to nie jest atak, tylko chęć pomocy. Powinniśmy się w ten głos wsłuchać i odpowiedzieć po chrześcijańsku, czyli przyznać się do winy i zadośćuczynić.

Według byłego rzecznika Watykanu wśród zwierzchników kościelnych panuje w sprawie pedofilii „niewiarygodna naiwność”. To tylko naiwność czy jednak coś więcej?
Przez lata ważniejsza była instytucja i ideologia od dobra człowieka. Chcemy udawać przed światem, tak jakbyśmy byli firmą, której zależy na dobrym PR, a nie na prawdzie.

Niektórzy próbują bronić za wszelką cenę niby dobrego imienia Kościoła, ale to do niczego dobrego nie prowadzi. To będzie nas tylko jeszcze bardziej demoralizować. To zresztą nie jest choroba tylko Kościoła, ale wielu innych instytucji, także rodziny.

„Jeśli Kościół katolicki nie zajmie się tą sprawą szczegółowo i we wszystkich aspektach, będzie popadał z jednego kryzysu w drugi” – to ciąg dalszy artykułu Federico Lombardiego na łamach najnowszego numeru jezuickiego czasopisma „La Civiltà Cattolica”. Możliwe jest pełne i jawne rozliczenie Kościoła?
Znamy przecież taką instytucję jak spowiedź. Powinniśmy być przyzwyczajeni do tego, że jeżeli dostrzegamy w sobie zło, to po to, aby je wyrzucić i zmienić sposób myślenia. Łatwo jest ludziom wziąć zło za dobro, bo zawsze na początku wydaje się czymś korzystnym i godnym pożądania, a później okazuje się, że brniemy z jednego nieszczęścia w drugie.

Ale mam też jedno zastrzeżenie: do wszystkiego powinniśmy podchodzić po chrześcijańsku – ten, który zawinił, nie przestał być naszym bratem, powinniśmy się także nim zająć.

Ojciec Tadeusz Rydzyk broni kościelnych pedofilów twierdząc, że za ujawnianiem przestępstw wobec dzieci stoi chęć zniszczenia Kościoła. Co by mu ksiądz odpowiedział?
To pomylenie z poplątaniem, o ile nie coś gorszego. Może ma jakąś tajemną wiedzę i wie więcej niż wszyscy. Mówię to oczywiście ironicznie.

Nie tylko w tej sprawie ksiądz Rydzyk ma przedziwne poglądy. Poza tym uprawia nawet nie politykę, ale politykierstwo. A nie da się połączyć chęci bycia politykiem i księdzem. On zaczyna służyć dwóm panom.

To jest też problem dla Kościoła?
Oczywiście. Rozumiem, że Kościół nie może być monolitem, ale nie może być mowy o przekraczaniu granic, zamienianiu wiary, religii i Kościoła w narzędzie polityczne. Nie ma zgody na przymierze tronu z ołtarzem. A tym bardziej nie może być tak, że cesarza posadzimy na ołtarzu.

Co można zrobić, aby do tego nie doszło?
Z jednej strony widzę zaniechania ze strony biskupów i księży, ale z drugiej także ludzi świeckich. Kościół to są przecież wszyscy ochrzczeni.

Świeccy muszą się wreszcie odważyć i domagać swoich praw. Duchowni nie są ponad Kościołem, my jesteśmy dla Kościoła. Jeżeli ustawimy się ponad Kościołem, a świeccy będą temu sprzyjać i traktować nas jak bogów, to nie ruszymy z miejsca. Czekam na to, kiedy laikat w Kościele się obudzi. Mam nadzieję, że wpłynie na to kryzys, który przeżywamy.

Laikat też jest podzielony. Część zapewne nie chce żadnych zmian.
Patrząc na historię Kościoła widzę, że po każdym kryzysie przychodzi odrodzenie. Kościół nie tylko potrafi się pozbierać, ale także zrozumieć, w jakim świecie żyje i jakiemu światu ma służyć. Nie obawiam się tzw. kryzysu w Kościele, związanego ze spadkiem powołań. Niewykluczone, że czeka nas w ogóle głęboka zmiana.

Kościół nie musi być cały czas taki, jakim go znamy. Może powstaną niewielkie grupy ludzi, którzy sobie ufają, tak jak było w pierwszych wiekach – to też będzie Kościół, może prawdziwszy od dzisiejszego…

Kościół zamiast się dystansować i milczeć powinien stanowczo bronić podstawowych wartości – wolności, demokracji, prawa?
Jeżeli ktokolwiek występuje przeciwko prawom obywatelskim, powinniśmy protestować, a Kościół jako pierwszy. Tak było przecież w okresie komunizmu. Nie chciałbym idealizować tamtego czasu, bo byli też księżą, którzy współpracowali albo milczeli, ale jako całość potrafiliśmy stawić opór. Mogliśmy protestować tylko dlatego, że czuliśmy oparcie w wiernych. W tym sensie za komunizmu było łatwiej. Jeżeli stracimy oparcie w laikacie, to zostaniemy sami i nie będziemy nikomu potrzebni.

Nie możemy ograniczać autonomii ludzi świeckich, ale mamy prawo do tego, żeby pokazywać gdzie dzieje się źle. Ale nie możemy przy okazji pod pozorem oceny moralnej i propozycji rozwiązywania problemów uprawiać polityki.

Brakuje księdzu stanowczego głosu Kościoła w obronie demokracji?
Nie tylko tego mi brakuje… Szczególnie boli mnie milczenie w sprawie uchodźców i to właśnie w tym świątecznym czasie. Przypomnę, że Chrystus był uchodźcą, migrantem, uciekinierem. Brakuje mi wyraźnego głosu Kościoła w obronie ludzi, którym powinniśmy pomóc.

Dlaczego tak łatwo wzbudzić w społeczeństwie lęk przed uchodźcami? Przecież chodzi o pomoc drugiemu człowiekowi.
Jeżeli człowieka spotyka coś nowego, co wymaga od niego wysiłku i wyciągnięcia portfela, to zawsze rodzi się opór. A politycy czy inni ideologowie mogą łatwo zbijać na tym interes.

Ci, którzy nie chcą przyjąć uchodźców mówią, że są katolikami, kierują się nauką społeczną Kościoła, że to wynika z ich przekonań religijnych i nie widzą w tym żadnej sprzeczności. A twarzą Chrystusa dzisiaj jest przecież twarz uchodźcy.

Obowiązkiem chrześcijanina jest niesienie pomocy, takiej na jaką go stać. Patrząc od strony moralnej, to coś złego się z nami stało, że nasze sumienia tak łatwo kupują niechrześcijańskie uzasadnienia w sprawie uchodźców.

Czy są jeszcze jakieś granice walki politycznej o dusze wyborców?
Do nas duchownych należy zwracanie uwagi, kiedy polityk zaczyna wkraczać na płaszczyznę moralną i wiemy, że może to prowadzić do nieszczęścia.

Tak się stało w okresie międzywojennym z Niemcami, kiedy Kościoły milczały albo popierały te działania. Jeżeli czegoś się boję, to tego, że nie zauważymy, jak zaczyna kiełkować zło, które szybko znajdzie sobie zwolenników.

To jest taki moment?
Patrząc na świat, zaczynam się obawiać, że do głosu zaczynają dochodzić ludzie, dla których nie liczy się odpowiedzialność za drugiego człowieka i jego dobro, tylko władza i jej utrzymanie za wszelką cenę. Polska nie jest wyjątkiem. Od paru lat rządzący ulegają takiej pokusie.

Co może zadziałać otrzeźwiająco?
To, co można zrobić, to nie unosić się pychą, nie myśleć, że mnie to nie dotyczy, bo ja tak nie grzeszę, tylko dokładnie się przyjrzeć i poszukać sposobów na rozwiązanie tego kryzysu.

Powinniśmy uwierzyć, że to, co się dzieje, to nie jest tylko diabelskie działanie, chociaż posiada wszystkie cechy diabelskości. A może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć.

Co w obecnych czasach jest dla nas największym zagrożeniem?
Jeżeli wyzbędziemy się umiejętności rozróżniania zła od dobra i poczucia winy, to wtedy stworzymy ogromne zagrożenie dla ludzkiej kultury i ludzkiego istnienia. Stajemy się w pełni ludźmi, kiedy bierzemy odpowiedzialność za nasze myśli, słowa, uczynki i zaniedbania. Jeżeli tego zabraknie, to wszystko ulegnie rozprężeniu, będzie tak samo ważne i nieważne, równie dobre i niedobre. Kolejnym zagrożeniem jest konsumpcjonizm, czyli podejście czysto użytkowe, w którym najważniejsze jest to, że nam się wszystko należy. W takiej sytuacji nie ma miejsca dla drugiego człowieka. A przecież nie możemy żyć w pojedynkę. Widać to chociażby w sposobie organizowania miast, grodzeniu osiedli, lęku przed sąsiadem, współpracownikiem.

Kolejnym zagrożeniem jest także próba skompromitowania ludzkiego rozumu i serca, czyli populizm.

Dlaczego polskie społeczeństwo jest tak bardzo podzielone? Polacy żyją w dwóch rzeczywistościach?
Najgorsze jest to, że zaczynamy się nienawidzić. Na tym polegał komunizm – czy człowiek chciał, czy nie chciał, musiał być wrogiem wszystkich i wszystkiego. Cały system nastawiony był na to, żebyśmy sobie nie ufali i ze sobą walczyli, za to dbali tylko o własny interes. Mam wrażenie, że teraz dzieje się coś podobnego. Coś, co nas łączy, to tylko wrogość. Niestety, trudno się przed tym bronić, bo

nienawiść jest wygodnym sposobem urządzenia się w społeczeństwie. Można ją zawsze nazwać konkurencją, rywalizacją, a nawet troską, ale będzie podszyta innymi uczuciami, tak aby zapanować nad drugim człowiekiem. Chęć dominacji i rządzenia jest czymś porażającym.

Czym powinna być polityka?
Polityka powinna być sztuką szlachetną, tak czytamy w dokumentach soborowych. Ale też ci, którzy czują powołanie, powinni się do tego przygotować i ponosić odpowiedzialność za to, jak wykonują swój zawód. Motywem ich działania nie może być chęć wzbogacenia się i robienia kariery.

Jeżeli politykę sprowadzi się tylko do socjotechniki, to staje się zaprzeczeniem samej siebie, bo nie służy dobru wspólnemu, za to interesom grupy społecznej, partii czy jednego człowieka.

To dzisiejsza polityka?
Polityka rządzi się oczywiście swoimi prawami, spór jest czymś koniecznym, ale trzeba go prowadzić po ludzku i z poszanowaniem drugiej strony. Mam wrażenie, że są politycy, którzy próbują pilnować swojego sumienia i języka, ale są też tacy, dla których spór to zawzięta walka, która ma doprowadzić do zatriumfowania nad innymi.

Do tego dorabia się ideologię o miłości do ojczyzny, patriotyzmie i opakowuje w hasło „Bóg, honor, ojczyzna”, ale istota rzeczy pozostaje paskudna.

Niebezpieczny nacjonalizm staje się bezkarny i podnosi głowę?
To, co nazywamy nacjonalizmem, ma korzenie wewnątrz nas. Pozwoliliśmy dojść do głosu czemuś niedobremu, sami siebie przekonaliśmy, że jesteśmy najlepsi. To wyrasta z pychy i przybiera różne formy. A właśnie na tym, co najgorsze próbuje ubijać się interes polityczny. W Polsce jest cały czas obecny antysemityzm, rasizm, potworna znieczulica, jeśli chodzi o bezdomnych.

Jeżeli zabraknie ludzi, którzy będą o tym przypominać, a zaczniemy hołubić rasistów czy antysemitów, nazywając ich patriotami, to wyhodujemy sobie jakąś falangę. To z kolei łatwo może się spodobać ludziom młodym, dla których liczy się bardziej siła niż racja. To też da się politycznie wykorzystać.

Niedostatecznie dokładamy starań, aby z tym walczyć. W tym wypadku niewiele pomogą zakazy, powinniśmy też uczyć młodych ludzi nazywać zło złem i przypominać, że to jest grzech.

Więcej empatii, zrozumienia i rozsądku – tego powinniśmy życzyć sobie na Święta?
Święta Bożego Narodzenia są piękne i rodzinne, to trzeba zachować na jeden wieczór. Ale trzeba mieć świadomość, że ten obraz był podszyty ludzkim nieszczęściem. Maria nie miała gdzie urodzić syna, bo zabrakło dla niej miejsca i ludzkiego serca. Warto o tym pamiętać, ale to nie musi psuć radości świętowania, a nawet może ją pogłębić, bo „większa jest radość w dawaniu niż braniu”.

Nie szukajmy daleko, po prostu rozejrzyjmy się wokół siebie.

Możemy zamknąć oczy i udawać, że niczego nie dostrzegamy, ale możemy też nieść pomoc i czerpać z tego radość. Spróbujmy nie zamykać się na świat i potraktować ten czas także jak wyzwanie.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Mało znany incydent z 13 grudnia demaskuje osobowość Jarosława Kaczyńskiego i stanowi zły polityczny prognostyk dla całego kraju.

13 grudnia mała grupka obywateli oburzonych łamaniem Konstytucji postanowiła odwiedzić Jarosława Kaczyńskiego, by osobiście powiedzieć mu, co o nim myśli. Zresztą nie pierwszy raz. Demonstracja przed warszawskim domem pana prezesa na Żoliborzu w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego po raz pierwszy odbyła się w 2015 roku. Przyszło wówczas kilkaset osób, które skrzyknęły się na Facebooku. Dom był pilnowany przez kordony funkcjonariuszy policji, a ciemne okna wskazywały, że Kaczyńskiego nie ma w środku. Najprawdopodobniej nie chciał słuchać skandowania „13 grudnia spałeś do południa” i na tę noc przeniósł się gdzieś indziej.

W tym roku jednak pan prezes był u siebie, bo pewnie nie spodziewał się gości – w internecie nie było wezwań do demonstrowania i nikt nie zapowiadał, że zamierza tu przyjść. Mimo to kilkoro mieszkańców Warszawy zebrało się przy ogrodzeniu posesji szefa PiS. Jedna z uczestniczek opisuje na Facebooku: – „Pod domem prezesa zebrało się nas 9 osób i kilkanaście świeczek. W pewnym momencie wybiegł do nas sam prezes, nakrzyczał na nas („tacy jak wy wsadzali AK-owców”) i policjantów („jak można pozwalać na to, by ludzie tak świeczki palili???”), przepchnął się łokciami i bezdusznie skopał świeczki. Zagadnięty, że „Pan przecież spał do południa” powiedział: „Ja może i spałem, ale brata mi internowali”. I poszedł”.

Ten niekontrolowany wybuch wściekłości Jarosława Kaczyńskiego domaga się komentarza.

Po pierwsze – czy nie jest zdumiewające, że szef wielkiej partii, mającej swój rząd, prezydenta, kontrolującej prawie wszystkie najważniejsze instytucje państwowe, media, spółki skarbu państwa, pod wpływem impulsu wybiega z domu, by osobiście nawrzucać grupce krytycznie nastawionych obywateli?

Mógł ich zignorować i udać, że jest ponad to. To byłoby zrozumiałe. Mógł też do nich wyjść i uprzejmie podyskutować, demonstrując, że jest otwarty na dialog i nie obraża się na oponentów. To już wymagałoby od niego większej klasy, ale są politycy, którzy potrafią się na coś takiego zdobyć. By daleko nie szukać – Donald Tusk wielokrotnie zaprezentował taką odwagę cywilną. Jednak Kaczyński ani demonstrantów nie zignorował, ani nie podjął z nimi uprzejmej dyskusji. On ich zwymyślał, pokazując, że spory polityczne traktuje osobiście i nie potrafi się zdobyć na chłód ani dystans.

Po drugie – Kaczyński nie tylko zwymyślał pikietujących obywateli, ale powiedział im rzeczy absurdalne, wskazujące, że żyje w urojonym świecie swoich megalomańskich wyobrażeń, w którym czuje się spadkobiercą tradycji AK, a w swoich przeciwnikach widzi kontynuatorów reżimu stalinowskiego. Takie postrzeganie polskiej rzeczywistości przez lidera obozu rządzącego stanowi dla nas wszystkich zły prognostyk. W tej sytuacji trudno bowiem spodziewać się racjonalnych, obliczalnych i cywilizowanych zachowań z jego strony – rywalizację polityczną, która w normalnych warunkach powinna być tylko grą konkurentów, traktuje on jak walkę śmiertelnych wrogów, w której stawką jest niemal przetrwanie narodu. A w takiej walce wszystkie chwyty są dozwolone.

Po trzecie – Kaczyński nie tylko zwymyślał demonstrantów, ale też użył siły fizycznej, kopiąc ustawione przez nich świeczki. To jeszcze gorszy prognostyk. Ten gest po raz kolejny pokazał, że pan prezes nie panuje nad emocjami i w gniewie zachowuje się jak mały chłopczyk kopiący zabawki. Doskonale zaś wiemy, że kłótnie w piaskownicy nader często kończą się biciem – od kopania zabawek do dania w mordę ich właścicielowi jest tylko jeden mały krok. I pan prezes prędzej czy później ten krok zrobi.

Po czwarte – Kaczyński wezwał policję, by uniemożliwiła obywatelom demonstrowanie i przeszkodziła im w zapalaniu świeczek. W ostatnich latach w całym kraju toczyło się i toczy ok. tysiąca postępowań przeciwko uczestnikom różnych wystąpień opozycyjnych. Ich uczestnicy są nękani i oskarżani o najróżniejsze przewinienia – od używania brzydkich słów („jesteśmy wkurwieni”) przez umieszczanie napisów i ulotek w miejscach do tego nieprzeznaczonych po łamanie przepisów dotyczących ochrony środowiska (tj. używanie urządzeń nagłaśniających). Od początku było oczywiste, że ta fala represji jest efektem poleceń płynących z góry, jednak nie było na to jednoznacznych dowodów. Nikt nie jest w końcu taki głupi, by w sposób jawny wydawać bezprawne rozkazy, każące funkcjonariuszom łamać prawa obywatelskie i tłumić wolność słowa oraz demonstrowania. Inicjatorzy tej nielegalnej praktyki starają się pilnować, by nie dostarczać dowodów oskarżycielom w przyszłych procesach. Jednak apel Kaczyńskiego do policjantów jednoznacznie wskazuje, skąd płyną polecenia.

Warto o tym wszystkim pamiętać, słuchając świąteczno-noworocznych życzeń szefa PiS. Na nagraniu rozpowszechnianym w internecie pan prezes prezentuje łagodne i życzliwe oblicze. – „Chciałem państwu złożyć najserdeczniejsze, najlepsze życzenia” – mówi. – „Miłych, wesołych, rodzinnych, szczęśliwych świąt. Chciałem także życzyć jak najlepszego nowego roku. Żeby kolejny rok spełnił jak najwięcej naszych nadziei, tych wspólnych i tych indywidualnych. By przybliżył taką Polskę, jakiej wszyscy chcemy. Polskę silną, sprawiedliwą, dostatnią i sprawiedliwą. Jeszcze raz powtarzam to słowo – dla wszystkich”.

Miejmy świadomość, że prawdziwe oblicze pan prezes demonstruje nie w nagraniach wyreżyserowanych przez partyjnych speców od propagandy, lecz w spontanicznych zachowaniach, które wypływają z jego autentycznych emocji. To, kim jest naprawdę, widzimy, gdy wyskakuje na mównicę i z grymasem wściekłości bluzga: „Kanalie, mordy zdradzieckie”. Albo wybiega przed furtkę, kopie świeczki i urąga swym oponentom, mówiąc, że są spadkobiercami reżimu stalinowskiego.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

Nie jestem zdziwiony, że Andrzej Duda jest fundamentalnym katolikiem. I nie chodzi mi o chrześcijaństwo ze swoimi wartościami, które są wtórne do wartości humanistycznych, ale o wiarę, jaką wyznają hierachowie Kościoła w Polsce i w którą każą wierzyć swoim owieczkom.

Duda, którego coraz więcej osób nie nazywa prezydentem, ale panem (piszą: pan Duda), popełnia fundamentalny błąd, jaki jest udziałem nuworyszy, którzy zostali wywyższeni przez przypadek, a nie wznieśli się dzięki własnym talentom, zaletom, pracowitości.

Nuworysz swoją pozycję utożsamia ze sobą, a nie z funkcją. W tym wypadku funkcja prezydenta powinna nakazywać pilnowania Konstytucji i praw, które są stanowione i aby nie były kolizyjne do Konstytucji. Duda jednak przeflancował myślenia nuworysza na siebie i uważa, iż on jest Konstytucją.

Duda do tego jest słabym na umyśle i charakterze, bo podporządkuje się temu, kto go wywyższył. Prezes Kaczyński stanowi, jaką funkcję ma Duda wypełniać, a zatem swoją funkcją prezydenta sprowadził do roli ust prezesa. Co prezes powie – a nawet pomyśli – Duda wypowie.

I oto mamy prawdę nie tyle o Dudzie, co o prezesie, a Duda wypowiedział, że Trybunał Sprawiedliwości UE orzekając w sprawie Sądu Najwyższego „posuwa się za daleko i zbyt dalece ingeruje w wewnętrzne sprawy krajów członkowskich’. A zatem usta Kaczyńskiego uznały prawo europejskie jako wrogie i sprzeczne z jego osobą, bo nie z Konstytucją RP, wszak TSUE zachowało staranność orzeczenia o niezależności Sądu Najwyższego, który to standard demokratyczny jest zapisany w naszej Konstytucji.

Wypowiedź Dudy świadczy o czymś zgoła niebezpiecznym dla Polski, mianowicie wypowiedzenie się przeciw orzeczeniu TSUE spowoduje w przyszłości, że nie podporządkuje się jego decyzjom, a w konsekwencji doprowadzi do wyjścia Polski z UE – do Polexitu. Duda wypowie wszystko, co pomyśli głowa prezesa (że strawestuję Juliana Słowackiego).

Wypowiedź Dudy jest tak samo absurdalna, jak hierarchów Kościoła katolickiego. Oto abp Stanisław Gądecki wypowiedział się na temat ofiar pedofilii kleru, którym powie (bo tak nakazał papież Franciszek): „… jest coś ważniejszego, aniżeli grzech, że istnieje i odkupienie, i przebaczenie, i możliwość tego, co nazywamy cierpieniem za kogoś innego”.

Ale jeszcze fajniejsze jest stwierdzenie hierarchy poznańskiego, iż „Kościół potrzebuje cierpienia za swoją egzystencję”. Przepraszam, da się to przełożyć na alegoryczny obrazek z udziałem Gądeckiego, który – cofając się dwa tysiące lat – znajduje się na Golgocie, właśnie krzyżują Joszuę z Nazaretu, a on wchodzi na drabinkę i zamiast ulżyć cierpieniem Jezusa, wbija mu jeszcze jeden gwóźdź ze słowami, że to „cierpienia za egzystencję”.