Tag Archives: Eliza Michalik

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Reklamy

Mateusz Morawiecki to tylko oszust, kłamca, krętacz. Taki właśnie idealnie pasuje Kaczyńskiemu

20 Maj

Jeszcze nie tak dawno Mateusz Morawiecki mówił, że „Wielu ludziom, w tym i mnie, oczy otwierały się coraz szerzej, kiedy patrzyliśmy, jak pod płaszczykiem haseł wolnego rynku następuje uwłaszczenie postkomunistów i osób dokooptowanych do systemu III RP”, piętnował uprzywilejowaną pozycję elit z epoki PRL i wspaniale wpisywał się w retorykę PiS, który na każdym kroku podkreśla nową „dobrą zmianę”, która walczy z reliktami złej przeszłości.

Zdecydowanie bardziej woli pokazywać twarz premiera, zatroskanego o losy zwykłego obywatela, więc bardzo niechętnie mówi o własnym majątku.

Na krótko przed wejściem do polityki dokonał podziału majątku i to jego żona jest współwłaścicielem kilku mieszkań we Wrocławiu oraz willi w Warszawie, której zakup sfinansowano częściowo z kredytu z BZ WBK, gdy to właśnie on był jego prezesem.

Teraz „Gazeta Wyborcza” wpadła na trop kolejnej inwestycji premiera. To działki, w sumie 15 ha gruntu, które Morawiecki kupił w 2002 roku od Sławomira Żarskiego, proboszcza cywilno-wojskowej parafii pw. św. Elżbiety na wrocławskim Oporowie. Trzy lata wcześniej ziemia ta trafiła do parafii na mocy ustawy, pozwalającej dolnośląskim parafiom jako spadkobiercom parafii niemieckich ubiegać się o zwrot maksymalnie 15 ha gruntów z zasobu skarbu państwa. Nad tym procesem czuwała Agencja Nieruchomości Rolnej. Jak się okazało, jej urzędnicy szybko zwietrzyli w tym dobry interes i domagali się łapówek od niektórych duchownych za działki, co do których już były zaplanowane inwestycje. Wybuchła afera, urzędnikom postawiono zarzuty korupcyjne oraz narażenia skarbu państwa na 32 mln zł strat, a jednym ze świadków w sprawie był właśnie dzisiejszy premier.

Jak tłumaczył w prokuraturze, w marcu 2006 roku, „o możliwości nabycia działek na Oporowie dowiedziałem się od księdza kardynała Henryka Gulbinowicza (…) Moja rodzina od wielu lat dobrze zna księdza kardynała i z tego powodu ja czasami bywam u niego w gościnie. Pod koniec lat 90. głośno było o możliwości nabycia nieruchomości od Kościoła i ja, słysząc te informacje, zapytałem w czasie któregoś spotkania z księdzem kardynałem o takie nabycie”. Zapewnił też, że w chwili, gdy kupował owe działki, nie miał żadnej wiedzy o jakimkolwiek planie zagospodarowania przestrzennego tych terenów.

Czy rzeczywiście? Był przecież w tym czasie członkiem zarządy BZ WBK i radnym sejmiku dolnośląskiego z ramienia AWS, dzięki czemu miał dostęp do planów rozwoju miasta. Jak mówi jeden z ówczesnych członków rady miasta, „Wierzycie, że członek zarządu wielkiego banku, radny sejmiku znający funkcjonowanie samorządu kupowałby kota w worku, nie sprawdzając, jakie jest przeznaczenie tych gruntów? (…) Mateusz musiał wiedzieć, że płaci ułamek tej kwoty, którą są warte działki. To był czas inwestycyjnego boomu w mieście. Każdy, kto miał zamiar inwestować w ziemię, przed zakupem biegał do urzędu, by sprawdzić plany i studium”.

Już rok przed zakupem działek przez Morawieckiego rozpoczęły się prace nad planem rozwoju, a w 2003 roku „dziwnym trafem” radni uchwalili, że na terenach, których część stanowi działka premiera, prowadzona będzie aktywność gospodarcza oraz przebiegnie tu „ulica głównego ruchu przyspieszonego”. Mateusz Morawiecki i jego żona od lat zajmująca się nieruchomościami, o tym nie wiedzieli? Niemożliwe.

Wprawdzie Morawiecki przekonuje, że działki kupił razem z żoną i to ona dokonała tego zakupu. To ona dowiedziała się o możliwości kupna tej ziemi, choć w prokuraturze premier mówił jednak coś innego. Przyznał, że o działkach dowiedział się od kardynała Gulbinowicza. Zwraca też uwagę na ustaloną rozdzielność majątkową, choć sam obraca tymi działkami do 2013 roku, kiedy to przepisuje je na żonę. Ktoś więc tutaj kłamie i próbuje mataczyć, prawda?

Cokolwiek i jakkolwiek, ale jedno jest pewne. Kupione za 700 tys. zł działki, warte są dzisiaj nawet 70 mln zł. Pan premier zrobił świetny interes…

PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów.

Standardowy plan każdej kampanii wyborczej PiS, który polega na tym, że najpierw wymyśla się jakieś zagrożenia, a potem ogłasza świetny plan obrony przed nimi, tym razem nie wypalił. Zderzył się z przeszkodą tak poważną, że nawet Kaczyński nie potrafił jej pokonać stosując zwykłą procedurę. Ta procedura polega na tym, że najpierw wmawia się ludziom, że czegoś, co ich bulwersuje, nie ma, potem nazywa się to coś odgrzewanym kotletem, by na końcu problem nadmuchać i wytypować jego rzekomych autorów z krótkiej listy: Tusk, PO i PSL, kasty i układy, obecna opozycja, aktualnie protestująca grupa zawodowa lub społeczna, w ostateczności lewacy i niezidentyfikowani wyznawcy ideologii gender.

Ujawnienie przez braci Siekielskich wierzchołka góry lodowej ozdobionej transparentem „UWAGA – pedofile w koloratkach!” wywołało popłoch w szeregach PiS. Panika ogarnęła nawet ichniejszych speców od propagandy i agitacji. Po raz pierwszy zabrakło spójnego stanowiska partii i rządu, a wytyczne przekazywane funkcjonariuszom Kaczyńskiego zmieniały się z dnia na dzień. Pod naciskiem dziennikarzy prominenci zmuszeni zostali do prezentowania dawno nieużywanego własnego zdania. Beata Kempa pytała z oburzeniem – jak to jest, że atakuje się księdza, a broni Polańskiego? Jan Kanthak (rzecznik ministra Ziobry) poszedł jeszcze dalej twierdząc, że pedofilia to znacznie bardziej problem nauczycieli niż księży. Marek Caryca Suski objaśnił, że to Wałęsa zapalił światło dla pedofilii w Kościele, bo tolerował zboczenia swojego spowiednika, księdza Franciszka Cybuli. Znany powszechnie z gołębiego serca Andrzej Dera zastanawiał się w narodowym radiu, jaki jest sens ścigać 80-letnich pedofilów. Profesor od filozofii politycznej Ryszard Legutko najpierw założył, że 12-letnie chłopaki „same tego chcą”, a następnie wydedukował, że „to nie jest żadna pedofilia, to jest pederastia”.  Nie zmarnował okazji także sam premier Morawiecki głosząc, że winni rozpowszechnienia tej zarazy są esbecy i komuniści.

Po okresie propagandowego woluntaryzmu PiS-owscy inżynierowie dusz otrząsnęli się w końcu i zaczęli klecić coś na kształt spójnego przekazu. Jest więc tak: generalnie problem pedofilii w Kościele został rozdmuchany, bo podobnie, a właściwie jeszcze gorzej, jest w innych grupach zawodowych, na przykład wśród nauczycieli i murarzy. Dlatego nie ma sensu powoływanie jakiejś cywilnej komisji do zbadania sytuacji w Kościele, to znaczy sens jest, ale trzeba zbadać sytuację we wszystkich środowiskach w całej Polsce. Podkreślać należy przy tym, że obecna władza dotychczas wiele zrobiła dla ukrócenia pedofilii, w odróżnieniu od poprzedników, którzy sprzeciwiali się ujawnianiu pedofilów w specjalnym rejestrze. Co prawda w tym rejestrze prawie nie ma księży, ale to wina korporacji sędziowskiej, która nie chciała skazywać duchownych.  Teraz sędziowie zwalają winę na prokuratorów, którzy nie stawiali przestępców w sutannach przed sądem, ale niby skąd policja i prokuratura mieli wiedzieć o tych przestępstwach, skoro w Kościele nie było dotąd obowiązku zgłaszania przypadków pedofilii organom ścigania?

Kiedy PiS potyka się o jakiś poważniejszy problem społeczny, to często ich jedyny dylemat sprowadza się do wyboru, czy użyć pałki czy rewolweru. Władza uznała, ze pedofilii w polskim Kościele zaradzić można podnosząc kary i ograniczając prawo sędziów do indywidualnej oceny sytuacji, poprzez zaciśnięcie widełek wyznaczających granice orzekania kary. Co prawda, wszyscy profesjonalni eksperci od dawna twierdzą, że o ograniczeniu skali przestępstw nie decyduje wysokość kary, a nieuchronność i szybkość jej wymierzenia, ale Kaczyński z Ziobrą wiedzą swoje. Więc jeśli kiedyś, po następnym filmie braci Siekielskich, okaże się, że 30 lat więzienia nie wystarczy, to pewnie zaproponują za pedofilię dożywotnie więzienie. Potem pozostanie jeszcze możliwość stosowania łącznie kary śmierci oraz grzywny.

Zastosowana przez rządzących terapia pedofilii w Kościele to jak zaordynowanie człowiekowi z uszkodzonym kręgosłupem leków na schizofrenię. Choćby minister Ziobro trzy razy dziennie publicznie deklarował swoje obrzydzenie do pedofilów, to nie przekona mnie, że jego prokuratorzy ścigać będą przestępców w sutannach z większą ochotą niż prokurator Piotrowicz ścigał księdza z Tylawy. Choćby Siekielscy wyprodukowali cały serial wstrząsających relacji o trądzie w polskim Kościele i choćby obejrzeli je wszyscy dorośli Polacy, to nie wyobrażam sobie, by obecna władza zgodziła się na skucie kajdankami choćby jednego biskupa. Już woli kompromitować się do reszty argumentami, że hierarchowie nie mieli dotąd żadnego obowiązku zgłaszania przestępstw podległych im księży. Jakby wycięto z kodeksu karnego cały rozdział XXV, począwszy od art. 197 traktujący o gwałtach. Jakby księdza, który przyczynił się do samobójstwa ministranta, nie dotyczył artykuł 151 KK. I w konsekwencji – jakby w polskim prawie nie było paragrafów karzących za współudział w przestępstwie, za pomoc udzielaną przestępcom, za ukrywanie przestępców i ich czynów.  Pominę konstytucyjny zapis o równości wobec prawa, bo rządzący już dawno uznali, że Konstytucja ich nie dotyczy.

Czemu PiS tak zacięcie broni Polakom dostępu do mrocznych tajemnic purpuratów, ryzykując utratę ostatnich rysów twarzy i resztek wiarygodności oraz narażając się na konflikt z przyzwoitą częścią hierarchów, którzy nie widzą „ręki podniesionej na Kościół”, ani tym bardziej na Polskę? Moim zdaniem jest tak: rządzący nie są zblatowani z całym Kościołem hierarchicznym, a jedynie z jego zaściankowym, zapyziałym odłamem, z tymi właśnie przedstawicielami Kościoła, którzy mają największe zasługi w kryciu przestępców w koloratkach. To sojusz bezczelnych arogantów i egocentryków przekonanych o swojej nieomylności uprawniającej do sprawowania rządu dusz. Łączy ich wizja Polski wolnej od wpływu cywilizowanych krajów, które poradziły już sobie z pedofilią kleru. PiS nie broni ani Kościoła ani wiary. Rządzący bronią podobnych sobie zdemoralizowanych hierarchów, również gotowych do kłamstw i oszustw dla utrzymania swojej władzy oraz przywilejów. Bronią się nawzajem ludzie zdemoralizowani, pazerni na doczesne dobra „które im się należą”, nieczuli na los krzywdzonych przez siebie „maluczkich”. Aroganccy dygnitarze od tronu i ołtarza, nawykli do hołdów i wymuszający posłuch, z konieczności żyją dziś w symbiozie .

Tacy ludzie przeważają dziś zarówno w Kościele, jak i we władzy świeckiej. Jeśli pozwolimy im panoszyć się dłużej, to obawiam się, że demolka Polski, a szczególnie polskich sumień, może okazać się nieodwracalna.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Kaczyński straszy, aby PiS w drugiej kadencji mógł zaprowadzić katolicki szariat

18 Maj

„Ładnie się musi palić, żeby iść już w takie bzdury totalne… To już jest walenie na oślep. Raz weszło straszenie uchodźcami, to pójdziemy jeszcze raz. Mam złą wiadomość: ten temat już wygasł” – skomentował jeden z internatów powrót prezesa PiS do retoryki sprzed prawie czterech lat. Na konwencji w Łodzi Kaczyński znowu wywołał temat zagrożeń, które stanowią uchodźcy.

„Co się dzieje na zachód od naszych granic, to państwo wiecie. Nie chcę tego opowiadać, bo znów będą mówili, że mam jakieś uprzedzenia. A ja mówię po prostu o faktach. Faktach, którym się nie da zaprzeczyć” – twierdził Kaczyński. Jak zwykle – nie przytoczył ani jednego rzekomego faktu. Zapytał działaczy PiS zebranych w sali 4-gwiazdkowego hotelu w Łodzi: – „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Oczywiście, usłyszał chóralnie „Nie”.

Przypomnijmy – w 2015 r. Kaczyński w Sejmie podczas debaty na temat uchodźców stwierdził, że „W Szwecji są 54 strefy, gdzie obowiązuje szariat i nie ma żadnej kontroli państwa”. Tę wypowiedź prostował ambasador tego kraju w Polsce, podkreślając na Twitterze: – „W Szwecji obowiązuje szwedzkie prawo”.

„Im się już naprawdę tematy do straszenia innych skończyły”; – „Znowu ta zdarta płyta… zieeeeew…. Ale swoją drogą to te sondaże na Nowogrodzkiej muszą być naprawdę dramatyczne”; – „Pan Jarek brzmi jak stara, zdarta płyta. Po raz kolejny usiłuje uczynić Polskę zakładnikiem swoich strachów i lęków. Ale to już nie działa:)”; – „Ten znowu ze swoimi wariactwami? Póki co nie grozi nam szariat, tylko mamy coraz bardziej katolickie państwo wyznaniowe” – komentowali internauci.

„Kaczyński ucieka od problemu kościelnej pedofili i straszy „strefami, gdzie rządzi szariat”! Panie Prezesie, w strefie bezkarności dla co najmniej 380 kościelnych pedofili rządzicie Wy. Macie ich na tacy! Są wymienieni w raporcie! Trzymacie nad nimi i ich szefami parasol ochronny!” – podsumował na Twitterze Michał Szczerba z PO.

Hierarchowie Kościoła katolickiego tuszowali przestępstwa pedofilii wśród księży. Jedną z postaci, która musi mierzyć się z takimi oskarżeniami, jest kardynał Stanisław Dziwisz. Duchowny do tej pory nie zabrał głosu w sprawie.

>>>

Waldemar Kuczyński wypowiedział się na temat pedofilii w Kościele katolickim w kontekście zbliżających się wyborów.

Z takim hasłem absolwenci I LO im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu przywitali dziś abpa Matka Jędraszewskiego przed kościołem św. Michała Archanioła. Zapowiadany protest w artykule „Nauczyciele i absolwenci nie chcą, by abp Jędraszewski odprawił mszę z okazji 100-lecia szkoły”. Metropolita krakowski także uczył się w tym liceum.

Przemówienia protestujących słychać było w kościele. – „Wstydzimy się za Jędraszewskiego i za jego wypowiedzi: o konwencji antyprzemocowej, o in vitro, o raporcie fundacji „Nie lękajcie się”, o skazaniu George Pelle’a, o miłosierdziu wobec sprawców i zadośćuczynieniu ofiarom pedofilów w sułtanach. Powinien podać się do dymisji” – powiedziała jedna z organizatorek pikiety Maria Bąk-Ziółkowska.

„Oficjalne wypowiedzi abp Jędraszewskiego są bardzo krzywdzące dla wielu osób i grup społecznych, ale przede wszystkim stoją w sprzeczności z tymi wartościami, który wynieśliśmy z naszej szkoły. Nam, absolwentom, jest z tego powodu po prostu przykro” – stwierdziła absolwentka poznańskiego liceum Joanna Lorenz. – „Jako absolwentka „Marcinka” nie chcę, aby abp Jędraszewski mnie reprezentował. Razi mnie jego hipokryzja. Ale nie chcę o tym mówić. Myślę, że ostatni film braci Sekielskich mówi na ten temat wszystko” – dodała w rozmowie z onet.pl Jolanta Danielewicz.

Drzwi kościoła zostały zamknięte. Podczas kazania abp Jędraszewski nie odniósł się do trwającego przed świątynią protestu.

PiS liczy na dozgonną wdzięczność i zapewne jeszcze większe zaangażowanie duchownych w ich obie kampanie wyborcze, co przynieść powinno wymierny efekt po wyborach.

Miniony tydzień został zdominowany w Polsce przez film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Do chwili obecnej miał on 18 508 456 wyświetleń na youtube, jest newsem numer jeden we wszystkich mediach. Trudno się po nim otrząsnąć, trudno przejść obok, a jednak odnoszę wrażenie, że politycy PiS starają się ugrać na nim jak najwięcej. Starają się wykorzystać ogólnonarodowy szok, by rozegrać własną gierkę, odwrócić ten koszmar na swoją stronę.

Swoją reakcją wyraźnie przekazują kościołowi, że nie dadzą skrzywdzić tej instytucji. Zrobią wszystko, by odwrócić kota ogonem i wyciszyć emocje. Przekaz jest wyraźny i mówi „Bracie w sutannie! Głowa do góry. PiS nie zostawi ciebie w potrzebie. Nie da na pożarcie”. Przypominają więc na prawo i lewo o wprowadzonym przez siebie rejestrze osób, skazanych za przestępstwa seksualne, w tym i pedofilię. O tym, że obejmuje przestępstwa dokonane po 1 października 2017 roku, że dzieli się na część jawną i tajną, a w tej jawnej księży pedofilii brak, to już nawet nie wspominają. Marek Lisiński z Fundacji „Nie lękajcie się” jest przekonany, że ministerstwo „dzieli pedofilów na złych i dobrych, na równych i równiejszych”. Na pytanie, ilu księży zostało skazanych za gwałty lub molestowanie seksualne, odpowiedź pada krótka „Ustawa o z dnia 13 maja 2016 r. o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym (Dz. U. poz. 862 i 1948), na mocy, której wprowadzony został Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym, nie przewiduje kategoryzowania sprawców według zawodu, czy wykonywanego zajęcia” i koniec tematu. Ważne, że jest rejestr, że można nim pomachać obywatelom przed oczami i pokazać dbałość PiS o ofiary tych przestępstw. A że w niczym on nie pomaga, to już mało istotne.

Jednocześnie, biegusiem politycy PiS wzięli się za poprawkę w prawie karnym, zaostrzając ostro kary za pedofilię. Co niektórzy dają się na to nabrać, ale wielu pyta, po co nowe prawo, jak stare nie było egzekwowane? Co w ogóle da podniesienie kary do 30 lat więzienia? Czy rzeczywiście księża pedofile mogą bać się najwyższego wyroku? PiS nie zamierza odpowiadać na te pytania, bo liczy się sam fakt. Zaostrzone prawo to kolejny wielki plus dla partii rządzącej, tak troskliwej, tak dbającej o dobro obywateli. O tym prezes i jego ludzie są przekonani i święcie wierzą, że ta inicjatywa poniesie ich do zwycięstwa w wyborach do europarlamentu i potem, naszych krajowych.

Warto też zwrócić uwagę na retorykę PiS w tej sprawie. Rzadko który z polityków tej partii odniesie się do księdza pedofila. Jeśli w ogóle zabierają głos to mówią o pedofilii bardzo ogólnie, wskazują na środowiska „pedofilolubne” czyli np. nauczycieli, a ksiądz pedofil ginie w gąszczu informacji. Staje się malutki i prawie niezauważalny. Ot, taki tam tyci wypadek przy pracy i nic więcej.

Oczywiście to podejście do pedofilii w kościele jest bardzo czytelne. PiS liczy na dozgonną wdzięczność i zapewne jeszcze większe zaangażowanie duchownych w ich obie kampanie wyborcze, co przynieść powinno wymierny efekt po wyborach. Można rozgrywać tragedię dzieci na swoją korzyść? Jak widać, można.

Ogólnopolska debata nad pedofilią w kościele ma jeszcze jeden plus dla PiS. To zasłona dymna, temat wiodący, który fantastycznie zakrywa to, czym Polacy powinni być szczególnie mocno zainteresowani. Gdzieś tam rozgrywa się los nauczycieli, których rządzący zamierzają wrzucić do korpusu służb cywilnych, co odbierze im prawo do strajku. Prawie nikt nie zwrócił uwagi na inicjatywę wojewody lubelskiego Przemysława Czarnka, który z okazji Międzynarodowego Dnia Rodziny, przyznał medale i dyplomy osobom, podejmującym działania na rzecz walki z ideologią LGBT. Niewiele mówi się o najpoważniejszym kandydacie na nowego ministra MEN, Dariuszu Piontkowskim, który z ogromnym zapałem chroni dzieci przed ideologią homoseksualną. Ginie gdzieś temat Srebrnej, o SKOK-ach nawet nie wspomnę. Prawie niezauważalnie przeszło odwołanie przez stronę polską spotkania z urzędnikami Izraela, co zapewne pogorszy i tak już nie najlepsze stosunki między nami. Podobnie jak nie komentuje się kolejnej dotacji dla Telewizji Trwam w wysokości 1,5 mln zł, oczekiwania na wyrok TSUE w sprawie uchodźców, przyjacielskich relacji wodza narodu z panią prezes TK, obrona KRS przed Trybunałem Sprawiedliwości UE i opowieści o „złodziejach w togach”, głodowe emerytury dla Polaków czy też wspólny marsz narodowców i rolników pod hasłem „Nie dla roszczeń żydowskich”.

Czy PiS-owi rzeczywiście uda się odwrócić uwagę obywateli od tego, co wyprawia? Czy rzeczywiście zasłona z filmu braci Sekielskich jest na tyle szczelna, że ukryje wszystko, o czym PiS głośno mówić nie chce? Przekonamy się już w następną niedzielę.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Gwałty kleru na dzieciach. Komisja ds. ich pedofilii musi powstać

17 Maj

Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że haniebny styl prowadzenia przez marszałka Kuchcińskiego, uniemożliwianie zadawania pytań, zmanipulowane wypowiedzi ministrów, prowadzenie debaty w sposób urągający standardom parlamentarnym i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. To jedno. Ale drugie to bardzo wyraźnie chcę powiedzieć, że nie można traktować tej ustawy jako coś co wystarczy, jako wystarczającą odpowiedź parlamentu polskiego na tę sytuację, która dzisiaj w tak dramatyczny sposób ujawnia się, a która dotyczy ludzkich tragedii, pedofilii, przypadków które dzisiaj dochodzą do świadomości publicznej, wiadomości” – powiedział Grzegorz Schetyna po przyjęciu przez Sejm głosami PiS nowelizacji Kodeksu karnego. Szef PO stwierdził, że „ta ustawa nie po to, żeby skutecznie walczyć z pedofilią. – „Zgłosiliśmy wiele poprawek, mówiliśmy o wielu rzeczach, które nie zostały w tym uwzględnione” – dodał. 

Schetyna zapowiedział złożenie przez PO projektu ustawy o utworzeniu państwowej komisji do spraw pedofilii w polskim Kościele. – „Dzisiaj wiemy, że Kościół jako instytucja nie poradzi sobie sam z tym problemem. Uważamy, że powinna powstać państwowa komisja i taki wniosek przedstawimy w przyszłym tygodniu. Tylko komisja wzorem krajów, które radziły sobie z tym okrutnym problemem i z tymi sprawami, które toczyły Kościół, tak jak w Irlandii czy Chile czy teraz w Niemczech, tylko komisja państwowa może skutecznie odpowiedzieć na pytania, które będą zadawane, które zadają ofiary, opinia publiczna” – stwierdził Schetyna. Dodał, że jeżeli PiS nie poprze utworzenia komisji w obecnej kadencji Sejmu, to Platforma przeprowadzi ustawę o jej utworzeniu po październikowych wyborach parlamentarnych.

„To hańba, że po raz kolejny wykorzystujecie tę sprawę do drastycznego i absolutnie niezgodnego z polską Konstytucją zaostrzenia Kodeksu karnego w innych miejscach. My chcemy rzetelnej i realnej walki z tym problemem. Bez specjalnej komisji, którą chcemy powołać nie ma szans wyjaśnić tej sprawy, bo wy jesteście w ciągłym sojuszu również z tymi, którzy ukrywali te przypadki. Czy stoicie po stronie ofiar, czy stoicie po stronie tych, którzy ukrywali tego typu przestępstwa?” – mówił do posłów PiS Borys Budka. Kilku posłów opozycji podczas obrad trzymało tablice z napisem „Komisja natychmiast” i „Stop pedofilii”.

>>>

Sławomir Nitras, schodząc z mównicy sejmowej, podszedł do miejsca, w którym siedzi Jarosław Kaczyński i położył przed nim dziecięce buciki. Siedzący obok prezesa PiS wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki chwycił je i rzucił w Nitrasa.

Poseł PO je podniósł i próbował ponownie położyć go przy Kaczyńskim. I tu wyrośli przed nim posłowie PiS w roli ochroniarzy Kaczyńskiego, a wśród nich Marek Suski i Mariusz Błaszczak. Patryk Jaki zszedł nawet z położonych wyżej ław rządowych.

Dziecięce buciki to symbol akcji „Baby Shoes Remember”. Zaczęły one być wieszane przed kościołami najpierw w Irlandii jako znak protestu przeciw księżom pedofilom. Od jakiegoś czasu pojawiają się także w naszym kraju.

Wcześniej w Sejmie Nitras mówił, że według raportu Episkopatu w sprawie pedofilii, 382 księży po 1989 roku dopuściło się molestowania nieletnich. Tymczasem w więzieniach za te przestępstwa karę odsiaduje dwóch księży. – „To gdzie jest 380, o których mówi raport kościelny?” – pytał poseł PO. Prowadzący obrady marszałek Marek Kuchciński wyłączył mu mikrofon.

„Ależ się dzielnie rzucili bronić Jarosława. Przed bucikami”; – „Przecież Nitras chciał jedynie postawić symboliczne buciki. Ile agresji jest w posłach PiS. Rzucili się jak secret service chroniąc niepokalanego, kryształowego guru”; – „Co robi JK – biernie siedzi i czeka aż jego świta będzie go chronić. Jakie to żałosne”;

Marek Suski wykidajłem. Wreszcie się odnalazł w roli życia. To jest prawdziwe powołanie!”; – „Kaczyński pewnie płaci swoim dwórkom za ochronę. Stanowiskami. Suski-Caryca nigdy by żadnego stołka nie dostał gdyby nie stał na warcie przed prezesem jak na tym filmie. Żenada” – komentowali internauci.

… internet aż huczy radując się ostatnim sondażem Instytutu Badań Spraw Publicznych, wykonanym na zamówienie „Newsweeka” i Radia ZET.

 

Wynika z niego, że Koalicja Europejska zyskała w ostatnim czasie 10 – procentową przewagę nad partią rządzącą, która w ciągu ostatniego tygodnia straciła aż 6 procent.

I tak oto kończy się „Sojuz” Tronu z Ołtarzem. Dzisiaj Kościół w obliczu swoich grzechów woła „Choj z Pis-em, ratujmy się kto może”– napisał pod artykułem gazeta.pl. ksiadz.teofil.

Sondaż dla Newsweeka: Wielkie tąpnięcie PiS. „To efekt filmu Sekielskiego” dlvr.it/R4slqS

Gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się dziś, KE mogłaby liczyć na 43,63 proc. poparcia, a Prawo i Sprawiedliwość musiałoby się zadowolić tylko 32,93 proc. głosów. „To są słupki, na których można powiesić dziecięce buciki” – komentują internauci na Twitterze.

Jak dowiadujemy się z dalszej części sondażu, próg wyborczy przekroczyłyby jeszcze tylko dwie formacje. Wiosna Roberta Biedronia – 9,06 proc., oraz Konfederacja (koalicja KORWiN, Liroya, Brauna i Narodowców), którą dziś popiera 6,86 proc. potencjalnych wyborców.

W najnowszym sondażu pod progiem znalazło się ugrupowanie Kukiz’15.

„Jeśli rzeczywiście KE wygra wybory z taką przewagą, będzie to znak, że przyzwoici Polacy dali im zielone światło do wysprzątania stajni Augiasza i oddzielenia ziarna od plew w instytucji pt. Kościół…”– napisał pod artykułem gazeta.pl czytelnik podpisujący się biesczad1.

Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

No, nareszcie. Po trzech długich dniach milczenia mamy w końcu oficjalne stanowisko rządu w kwestii pedofilii. Otóż według premiera Morawieckiego, który zaprezentował w Sejmie projekt zmian w Kodeksie karnym, winni rozprzestrzenienia się w Polsce tego obrzydliwego zboczenia są „esbecy” i ich protektorzy – komuniści. Lewactwo znaczy. Oraz – osobiście – profesor Jan Hartman, autor obrazoburczej tezy, że poziom moralności społeczeństw nie jest wcale pochodną ich pobożności, a już zwłaszcza gorliwego katolicyzmu.

Teraz po zmianie prawa wszyscy oni – bez przedawnienia i bez wyjątku, zostaną przykładnie ukarani. Podobnie, jak murarze, którzy – jak wyszło panu premierowi za statystyk – są grupą zawodową o szczególnej skłonności do molestowania małoletnich.

Członkowie, zwolennicy i sympatycy partii aktualnie rządzącej nareszcie mogą więc odetchnąć z ulgą. Nie będą już dłużej musieli „iść w zaparte” i wygłaszać komentarzy w sprawie „pedofilii w Kościele”, unikając – jak diabeł święconej wody – słów „Kościół” i „księża”. Bo po wypowiedzi premiera – który też nie użył inkryminowanych zwrotów ani razu – już wiadomo, że coś takiego po prostu nie istnieje. Jest, owszem, pedofilia na placach budowy, wydziałach filozofii oraz wiecach PO.

Teraz wszystko jest już jasne i – jak zwykle – winni są inni. Kto? Profesor Hartman! A poza tym ofiary, bo prowokowały, wodząc duchownych na pokuszenie. Zresztą, jak był uprzejmy objaśnić Narodowi prof. Legutko, w przypadku 12–letnich chłopców nie ma już mowy o żadnej tam „pedofilii”, zwłaszcza że chłopaki „same tego chciały”. Po drugie, winne jest liberalno-lewackie zepsucie i „seksualizacja”. A po trzecie – opozycja, która za pomocą brudnych oskarżeń prowadzi bezpardonowy atak na Kościół – „gwaranta naszej tożsamości i szafarza wartości”.

Natomiast co do dokumentu braci Sekielskich to beneficjentom sojuszu tronu z ołtarzem nikt przecież nie wmówi, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Więc te wszystkie opowiedziane w filmie historie to są albo kłamstwa albo zwykłe nieporozumienia. Poza tym coś się przecież kapłanom za lata walki o wolność i demokrację od życia należy. Restytucja mienia, dokonana za sprawą Komisji Majątkowej oraz sute dotacje z budżetu to jedno, ale pozostaje jeszcze cała niezaspokojona sfera potrzeb – nazwijmy to – „emocjonalnych”. Toteż jak ksiądz małoletniego na kolanach posadził, a nawet „dał ciumka”, to czymże są te drobne i opacznie zrozumiane gesty osobistej sympatii wobec ogromu zasług tej szacownej instytucji i jej tytanicznej pracy dla dobra Narodu.

Takie rzeczy rozumieli nawet starożytni krakowianie, kiedy co roku składali Smokowi w Jamie dziewicę na pożarcie. Cudza cnota (i sumienie) nieraz bywała u nas poręczną walutą w rozliczeniach między tronem i ołtarzem. Taka tradycja, a tradycję szanujemy. Bo skoro nawet sam Adam Michnik uznał za stosowne przypomnieć wszystkim, że Kościół to filar polskości, a bez wiary nie ma moralności…

W tej sytuacji nawet i rzeczywiste molestowanie to kwestia bez znaczenia w obliczu domyślnych (tylko profesor Hartman pisze otwarcie, że raczej domniemanych) zasług Kościoła – strażnika nadwiślańskiej tożsamości i szafarza „wartości”. No nijak, sami przyznacie. Z wypowiedzi niektórych polityków prawicy można by wręcz wyciągnąć wniosek, że tolerowanie pedofilii w Kościele to działanie dla dobra Narodu.

Na pociechę ofiarom warto więc może przypomnieć, że przez całe lata najbardziej znani „kremlinolodzy” opowiadali i pisali o komunizmie, że historyczna konieczność i geopolityka, no i „głową muru nie przebijesz”, więc niech już bierze te swoje „dziewice na pożarcie”. I nawet nie zauważyli, kiedy upadł Związek Radziecki.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Osądzić Kościół, nie pozwolić mu stać ponad prawem

15 Maj

Kolejny, który idzie w zaparte i udaje, że nie ma problemu pedofilii w polskim kościele. To ksiądz Sławomir Marek, proboszcz parafii w Stanowicach na Dolnym Śląsku.

Duchowny wyrobił sobie opinię o filmie, choć nawet go nie obejrzał. Po co, jeśli on i tak wie, że „w filmie WSZYSCY zboczeńcy to księża. w życiu 1 na 1000… Nie będę oglądał tego gniota, bo nie ma tam dziennikarzy, lekarzy, sędziów itd. A zboczonych księży nie bronię”.

Ksiądz Marek należy do tych, którzy usiłują przekonać opinię publiczną, iż pedofilia w kościele to tylko malutki margines, a tak naprawdę problemem są ci, którzy „dziś walczą z pedofilią Sekielski, Morozowski, Kopacz, Schetyna i Biedroń… promując pederastię, aborcję, upadek sztuki i moralności. Chodzą w pochodach dla zboczeńców a przechodząc koło kościoła głośno krzyczą no pasaran! Żałosne to i tyle!”.

Kiedy jedna z internautek zareagowała na wpisy księdza, ten w swej odpowiedzi przekroczył wszelkie granice, pisząc „A pani jest wstyd za prostytutki z Grójca??? powinno pani być przecież jest pani kobietą! mało tego jako kobieta jest pani potencjalna prostytutką”.

Reakcja Diecezji Świdnickiej była natychmiastowa. Ksiądz Marek obiecał panować nad swoimi emocjami, a „Świdnicka Kuria Biskupia oświadcza, iż Ksiądz Proboszcz Parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stanowicach po rozmowie z Księdzem Biskupem Ignacym Decem, Biskupem Świdnickim, przeprasza wszystkich, którzy mieli prawo poczuć się tymi wypowiedziami urażeni”.

Prawdziwą burzę wywołał na Twitterze artykuł Jacka Karnowskiego („Jażdżewski „antycypował”? Dobry żart. Scenariusz jest więcej niż precyzyjny, to poważna operacja socjotechniczna”),opublikowany w portalu wpolityce.pl, który nawiązując do obecnej kryzysowej sytuacji w polskim Kościele, znalazł proste jej wytłumaczenie:

„Scenariusz jest więcej niż precyzyjny: najpierw Jażdżewski, z błogosławieństwem Donalda Tuska, przygotowuje grunt, później profanacje Matki Bożej Jasnogórskiej, a teraz film Sekielskiego i towarzysząca mu histeria z elementami zorkiestrowanej nagonki” – pisze Karnowski.

Następnie pomijając sedno sprawy i tragedię ofiar ludzi Kościoła, autor insynuuje: „Tu chodzi o sprzężenie zmiany kulturowej, cywilizacyjnej, ze zmianą polityczną…”

Przenosząc się z kolei na Twittera Karnowski apeluje do społeczeństwa: „Najbliższa niedziela to będzie ważna data w historii Polski. Nie zawiedziemy naszych kapłanów, i będziemy tam, gdzie należy być w niedzielę, prawda? Nie zagramy w scenariuszu Sorosa, prawda? PODAJ DALEJ” –zwraca się do użytkowników portalu.

W odpowiedzi, na Twittere zawrzało:

„Ci co pójdą do kościoła, pójdą do kościoła. I nie zagrają tym ani w scenariuszu Sorosa, co jest czystym kretynizmem, ani w scenariuszu Kaczyńskiego/Karnowskiego” – zareagował Tomasz Lis.

„Kompletna kpina z wiernych. Tak jak gdyby chodzenie do Kościoła nie było pójściem na spotkanie z Bogiem, ale manifestacją tego albo owego. Wyjątkowy cynizm plus wredny emocjonalny szantaż” – dodał w innym wpisie szef Newsweeka.

Nie zawiedli w tej polemice duchowni: „Co to znaczy: idźmy się pomodlić, nie zawiedźmy naszych kapłanów?” – napisał o. Grzegorz Kramer „Eucharystia jest jakimś manifestem poparcia? Na serio chce Pan teraz rozgrywać świat Eucharystią? Na serio uważa Pan, że za pedofilami w sutannach stoi mityczny Soros? Przecież to jest kpina z ofiar.”

„… to jest potwierdzenie tego, czego tak się wypiera kościół i PiS – że żyją w symbiozie, obleśnym konkubinacie. PiS sponsoruje kościół i systemowo ukrywa kościelne brudy a kościół gna owieczki do urn wyborczych. W oparach antysemityzmu, walki z LGBT i neofaszyzmu” – zareagował na to Paweł Kania,

a Mszwed mocno podsumowuje tę dyskusję:

„Jesteśmy 4 dni po emisji „Tylko nie mów nikomu”. Dowody są bardzo mocne. Osób, które czują się odpowiedzialne w ramach episkopatu – zero. Nikt. Liczba dymisji – zero. Wierni powinni raczej pokazać KK żółtą kartkę i w niedzielę zostać i pomodlić się w domu zamiast w kościele”.

Dostaje się też przy okazji osobiście samemu autorowi:

„Jesteś przykładem tego, jak nisko może upaść dziennikarz dla paru groszy. Przypominam, że twarz ma się jedną, co w zawodzie dziennikarza jest dość istotne. Chyba zostanie wam tylko tv Republika albo Trwam. Niestety obie chyba nie będą tak hojne, jak podatnik” – skomentowała postawę autora Agnieszka Kobylarz, a Andrzej Jeczen rozwiewa jej ewentualne wątpliwości:

„Karnowski akurat ma dwie twarze. Nigdy nie wiem, kto jest kto :)” – ocenił.

Marek Lisiński, prezes Fundacji „Nie Lękajcie Się” powiedział w środę w „Rozmowie Piaseckiego”, że „instytucji Kościoła nic nie oczyści”. „Im trzeba wszystko wyrwać” – ocenił, mówiąc o potrzebie społecznej i politycznej presji. Podkreślił, że „dopiero wtedy Kościół daje jakieś dokumenty…”

Odwołał się do przykładu Stanów Zjednoczonych, przypominając, że w zeszłym roku sąd w Pensylwanii opublikował raport, w którym opisał przypadki molestowania seksualnego w tamtejszym Kościele katolickim i niewiele to pomogło, bo w dalszym ciągu ukrywa akta, boi się pokazania skali zjawiska. „W Polsce jest podobnie” – ocenił prezes Fundacji „Nie Lękajcie Się”.

Pytał „gdzie do tej pory byli hierarchowie”. „Dlaczego do tej pory dawali przyzwolenie na to, a wiedzieli doskonale o tym, co się dzieje w Kościele?”

Opowiadał, że teraz do fundacji dzwonią ludzie, skarżąc się, iż 20, 10 lat temu zgłaszali swoje problemy do lokalnych biskupów, a oni pozostawali na to głusi. „Mamy dowody, że biskupi ukrywali (przypadki nadużyć seksualnych – red.) i przenosili (księży – red.)” – powiedział.

Lisiński pytany, czy spodziewa się, że teraz nastąpi jakiś zwrot w podejściu do pedofilii w Kościele, ocenił, że „wszystko będzie inaczej wyglądało, ale w społeczeństwie” i wielką zasługę przypisał w tym względzie braciom Sekielskim.

Powiedział, że ludzie już mają odwagę mówić, co ich spotkało.

Mówiąc o danych dotyczących pedofilii w polskim Kościele przedstawionych przez Konferencję Episkopatu Polski 14 marca stwierdził, że te liczby są dalekie od prawdy. „Nie ma to przełożenia na to, co mamy (w zgłoszeniach – red.) w fundacji” – oświadczył.

Jak powiedział, obawia się, że na tysiąc księży, „10 procent” ma na sumieniu nadużycia seksualne.

Jego zdaniem, „95 procent przypadków nie było zgłoszonych, a jedynie 5 procent”.

W tej sytuacji uważa, że „skali zjawiska pedofilii w Kościele nikt nie zbada, dopóki nie powstanie niezależna komisja” i dlatego mówi: „chcemy powołania komisji eksperckiej (…) Chcemy, żeby ta komisja miała nawet uprawnienia prokuratorskie”.

Uważa, że powinno się „zmienić wewnętrzne prawo tak, żeby ofiary miały wgląd w akta” i że nie jest rozwiązaniem wydalenie księdza ze stanu kapłańskiego oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. „Oni trafiają w różne miejsca. A też nie wiemy, czy nie trafiają do Brazylii, Afryki (…) czy Dominikany” – zauważył.

Lisiński oczekiwałby ponadto oddania się biskupów do dyspozycji papieża, bo uważa, iż „na pewno dałoby to poczucie ofiarom, że Kościół zareaguje w taki sposób, jaki one oczekują”.

Powiedział, że spodziewa się, iż Kościół utworzy fundusz, żeby wypłacać zadośćuczynienie ofiarom.

„Wg IMF polska gospodarka po raz pierwszy w historii jest większa od szwedzkiej, nasz PKB to 586 mld US, Szwecji 551. Rozwój jest dla nas najważniejszy” – napisała pani Szydło na Twitterze, podkreślając w jak dobrym Polska zmierza kierunku – oczywiście pod rządami PiS i że „to pomaga polskim rodzinom”.

Dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego są jak najbardziej prawdziwe, ale była premier nie uwzględniła ważnych szczegółów.

Sęk w potraktowaniu wskaźnika PKB.

Uwzględniając ten sam wskaźnik w przeliczeniu na głowę mieszkańca jednego i drugiego kraju, okazuje się, że pani Szydło uciekła się do nieprzyzwoitej manipulacji, którą wytknęli jej internauci.

Zwrócili oni uwagę na fakt, że w Szwecji żyje niecałe 10 mln obywateli, zaś w Polsce mieszkańców jest aż 38 mln.

Faktycznie według wskaźnika PKB per capita – prezentowanego na stronie Międzynarodowego Funduszu Walutowego w 2018 r.- w Szwecji to 53 870 dol. na mieszkańca, zaś w Polsce to zaledwie 15 430 dol. Ciekawe jak pani Szydło zechce wytłumaczyć tę wpadkę?

Powołajmy do życia niezależną komisję do sprawy zbadania rozmiarów i skali pedofilii w Kościele, a później postawmy przestępców w sutannach przed sądami. Tego wymaga szacunek do ofiar.

Nie istnieje w Polsce grupa społeczna czy zawodowa, nie istnieją ludzie, którzy w sytuacji takiej, jak pokazana w filmie „Tylko nie mów nikomu”, mogliby pozostać bezkarni. Nie pójść do więzienia. Oprócz księży. Oprócz biskupów. O tym, jak bardzo Kościół stoi ponad prawem, świadczy fakt, że tak przyzwyczailiśmy się do rzeczy kompletnie nienormalnych i bezprawnych w funkcjonowaniu tej instytucji, że już nawet nie zwracamy na nie uwagi, przestaliśmy je zauważać.

Wiele wymiarów działań Kościoła to kompletna patologia, którą, o zgrozo, traktujemy jak zwykłą codzienność.

Wyobrażacie sobie na przykład, że w mojej redakcji działa szajka pedofilów, wychodzi to jaw i okazuje się, że ja, podobnie jak większość pracowników stacji, o tym wiedziałam i pomagałam kryć sprawcę moim milczeniem? Że mój szef, zamiast wyrzucić pedofilów z pracy i zgłosić sprawę policji, po prostu przeniósł ich do gdańskiego albo krakowskiego oddziału firmy, gdzie pedofile nadal bezkarnie gwałcili dzieci?

I że po tym wszystkim, po wyjściu sprawy na jaw, wszyscy mówią: – „Liczymy na to, że Superstacja sama się oczyści, że stworzy specjalną komisję złożoną z pracowników Superstacji do zbadania przestępstw swoich kolegów i swoich szefów?”. Że prezes Superstacji robi konferencję prasową, na której ogłasza, że ujawnienie tej sprawy to atak na media i wolność prasy? Że pyta, jakie właściwie intencje mieli ci, którzy ośmielili się ujawnić te przestępstwa? Że on sam nie traci pracy i nie trafia do aresztu? A później do więzienia? Że dziennikarze, którym udowodniono pedofilię nadal pracują? I pouczają opinię publiczną o tym, co jest słuszne? A policja i prokuratura, mimo, że znają nazwiska przestępców z mikrofonami i ich szefów, którzy te przestępstwa kryli, nie robią kompletnie nic?
Wyobrażacie sobie, że ci pedofile z mojej redakcji mogliby pozostać na wolności?
Nie. Prawda? Bo to jest niewyobrażalne.

Nie istnieje w Polsce grupa społeczna czy zawodowa, nie istnieją ludzie, którzy w takiej sytuacji mogliby pozostać bezkarni. Nie pójść do więzienia.

Oprócz księży. Oprócz biskupów. Wiecie, co to jest pomocnictwo? W prawie karnym pomocnictwo jest jedną z form popełnienia przestępstwa, polegającą na ułatwieniu innej osobie popełnienia czynu zabronionego. Kodeks karny wyraźnie mówi, że pomocnictwo jest zachowaniem umyślnym, karanym tak samo surowo jak sprawstwo. Pomocnictwo może przybierać różne formy: działania lub zaniechania działania, może być aktywną pomocą w zbrodni lub po prostu chronieniem zbrodniarza poprzez milczenie, ułatwienie i pomoc w ukryciu się lub/i uniknięciu kary. Pomocnictwo zachodzi także wtedy, gdy poprzez swoje milczenie i ochronę ułatwia się komuś popełnianie kolejnych przestępstw.

I najważniejsze: w przypadku, kiedy rola osoby ułatwiającej innemu popełnienie czynu zabronionego była tak istotna, że bez jej udziału przestępstwo nie byłoby możliwe.

Zgodnie z art. 200 Kodeksu karnego uprawianie seksu z małoletnim poniżej lat 15 roku życia, nakłanianie go do poddania się innym czynnościom seksualnym lub masturbowanie się w jego obecności jest zagrożone karą więzienia od 2 do 12 lat. W artykule 200 b jest nawet mowa o tym, że za same wypowiedzi przychylne pedofilii lub w jakiś sposób ją propagujące można iść do więzienia nawet na 2 lata.

To wszystko oznacza, że nie tylko księża gwałcący dzieci, ale wszyscy biskupi, o których wiemy (a po raporcie Fundacji Nie Lękajcie Się i dokumencie braci Sekielskich znamy częściowo ich nazwiska), powinni stanąć przed sądem, a po udowodnieniu im winy i skazaniu trafić za kratki. To oznacza, że powinni tam również trafić pracownicy, duchowni i świeccy, ze wszystkich parafii i diecezji, którzy nie zgłosili na policję wiadomych sobie przypadków pedofilskich zachowań wśród księży (wiemy, że takie diecezje były, bo biskupi wprost przyznali to na niesławnej konferencji prasowej Episkopatu Polski).

To także oznacza, że prokuratura ma obowiązek zbadać, czy słowa arcybiskupa Michalika: – „Słyszymy nieraz, że często wyzwala się niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego wciąga” – nie były usprawiedliwianiem i propagowaniem pedofilii. A słowa księdza Ireneusz Bochyńskiego, rektora kościoła akademickiego Panien Dominikanek w Piotrkowie Trybunalskim, na co dzień pracującego z dziećmi i młodzieżą (!): – „Postawienie tezy, że czasem dzieci prowokują do czegoś, nie jest tak do końca bezpodstawne. (…) Mamy dzieci dziesięcioletnie i znam przypadki, gdzie ich życie intymne potrzebowało wcześniejszego zaspokojenia. Same wchodziły do łóżek dorosłych, chcąc być spełnionym. I to był wybór dziecka” – czy nie są pochwałą pedofilii i jawnym nawoływaniem, namawianiem do niej? Czy po takiej wypowiedzi policja i prokuratura nie powinny wziąć tego księdza pod lupę i zmusić go, że opowiedział o tych dorosłych, o których wie, że dziesięcioletnie dzieci wchodziły im do łóżek?

Nie mówiąc o tym, że te słowa brzmią, jakby sam miał pedofilskie inklinacje i moim zdaniem, nikt przy zdrowych zmysłach po tej wypowiedzi nie zostawiłby z nim dzieci sam na sam i nie pozwolił mu z dziećmi pracować.

Tymczasem ani arcybiskupowi Michalikowi, ani księdzu Bochyńskiemu, ani żadnemu innemu księdzu, który wiedział o przypadkach pedofilii i nie zawiadomił o nich organów ścigania nie spadł włos z głowy. Funkcjonariusze Kościoła katolickiego stoją w Polsce ponad prawem, łamiąc konstytucyjną zasadę równości obywateli wobec prawa, podobnie zresztą jak policjanci i prokuratorzy, którzy im na to pozwalają, mimo że przepisy zobowiązują ich do działania i do traktowania duchownych tak samo, jak wszystkich innych obywateli.

Prawda jest taka, że przed ową, słusznie postulowaną niezależną komisją do sprawy zbadania rozmiarów i skali pedofilii w Kościele, powinni stawać nie tylko księża i biskupi, ale także policjanci i prokuratorzy, którzy mając informacje, choćby z mediów, o możliwych przestępstwach duchownych, nic w tych sprawach nie zrobili. Lub politycy, którzy zabraniali im podejmowania takich działań – bo taka wersja zdarzeń także powinna być brana pod uwagę.

Kościół katolicki w Polsce jest głęboko zdegenerowaną i zdemoralizowaną instytucją, dla której nie ma już najmniejszej nadziei na samodzielną poprawę, a dowodzą tego systemowe, konsekwentne i wieloletnie działania: popełnianie przestępstw przez księży i celowe ich ukrywanie oraz ochronę sprawców przez biskupów.
Mało tego – Kościół nie powinien mieć szansy na samodzielną poprawę poza państwowym systemem wymiaru sprawiedliwości, ponieważ nie ma jej żadna inna instytucja. Zgodnie z polskim prawem, każdy przestępca musi zostać osądzony i skazany, ksiądz i biskup też. Skończmy więc z bezprawiem i zacznijmy traktować księży i biskupów tak, jak wszystkich innych obywateli. Powołajmy do życia komisję, a później postawmy przestępców w sutannach przed sądami.

Tego wymaga szacunek do ofiar. Tego wymaga prawo i sprawiedliwość.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Kościół katolicki w PL w ruinie i zgliszczach. Jeszcze wierni się pałętają po nim, ale odchodzą od tej szatańskiej instytucji z przekonaniem, że nie będą firmować pedofilii kleru

12 Maj

 

Przykładem cynicznej i wyrachowanej manipulacji po ujawnieniu przypadków pedofilii w polskim kościele jest postawa TVP i przyjęta narracja „Wiadomości”, przypominająca stara radziecką technikę propagandową. Na zarzut odpowiada się niewygodnym dla pytającego stwierdzeniem, które ma go zdyskredytować Kiedyś brzmiało to tak „…a w USA biją murzynów”.

Widać wyraźnie, że „argument murzyński” do dziś nie stracił na swojej aktualności i objawił się w całej krasie przy okazji premiery dokumentu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”.

Telewizja publiczna w materiale „Podwójne standardy opozycji”, nie wspominając o nim w ogóle, skupiła się ni z tego, ni z owego, na osobach trzech pedofilów, którzy – zdaniem PiSowskich dziennikarzy – byli związani z opozycją.

Zaprezentowano więc sylwetkę Piotra Z., byłego radnego PO ze Słupska, który został skazany w 2012 r. za czyny pedofilskie na dwa lata więzienia oraz Rafała P., byłego działacza PO z Gniezna, skazanego za to samo w 2016 r. Nie wspomniano, że drugi mężczyzna był katechetą, ani że Platforma zaraz po aresztowaniu mężczyzn, wyrzuciła ich partii.

Później przypomniano specjalistę ds. wizerunku Piotr T., określanego w materiale „doradcą Palikota” i „jednym z najbliższych współpracowników Donalda Tuska”. Na dodatek środowisko Platformy Obywatelskiej jawnie broniło oskarżonego o seks z nastolatką Romana Polańskiego”.

Najbardziej szokujące jest jednak zamieszanie w pedofilskie skandale imienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzty Gersdorf. Pani prezes otrzymała bowiem tę samą nagrodę, co sześć lat temu niemiecki polityk Daniel Cohn-Bendit oskarżony później o pedofilię.

Chodzi o nagrodę im. Theodora Heussa, którą pierwsza prezes SN odebrała w sobotę za „wzorową niezłomność, jednoznaczną postawę i odwagę cywilną, z którą broni nieodzownych warunków demokracji”.

Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna pojawił się dzisiaj w Szczecinie. Nie zabrakło odniesienia do filmu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” na temat pedofilii wśród polskich duchownych.

Abp Sławoj Leszek Głódź skomentował głośny film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego na temat pedofilii w polskim Kościele katolickim.

>>>

Wszyscy podatnicy zrzucają się na sfinansowanie politycznych represji w Polsce pod rządami PiS. Należy się im wiedza, ile ich to kosztuje.

Na same tylko ekspertyzy, mające ujawnić tożsamość osób malujących antypisowskie napisy na chodnikach w Przemyślu policja wydała co najmniej 10 tys. zł – informuje „Gazeta Wyborcza”. Śledztwo trwało rok, zaangażowano w nie tłumy funkcjonariuszy, dzielnicowych, śledczych, dokumentacja liczy 270 stron. Dzielni policjanci ustalili domniemaną tożsamość dwóch sprawczyń i skierowali sprawę do sądu, który obie kobiety uniewinnił. – „Zatrzęsło mnie, gdy zobaczyłam koszty ekspertyzy” – mówi cytowana przez „Wyborczą” Anna Grad-Mizgała. – „Bo kto za to zapłaci? Oczywiście podatnicy, czyli także ja. Wychodzi na to, że jestem prześladowana za moje własne pieniądze”.

Tak jest. Pani płaci, pan płaci, wszyscy płacimy za działania pisowskiej władzy, która nadużywa swych uprawnień, ścigając i represjonując politycznych oponentów. Warto by policzyć, ile w sumie nas to kosztuje. Ile np. wyniósł koszt operacji, polegającej na zidentyfikowaniu i zatrzymaniu w lipcu 2018 r. Elżbiety Podleśnej, która napisała „PZPR” na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego. W trybie nagłym powołano wówczas specjalny zespół, który pracował w środku nocy. – „Musieli do tego podejść profesjonalnie, jak do ścigania groźnego przestępcy, i zaangażować spore środki. Siódemka, która po mnie przyjechała, przedstawiła się: są z wydziału kryminalnego z Bydgoszczy, Golubia-Dobrzynia i Wąbrzeźna. To wspólna akcja policji z tych miast” – opowiadała mi Podleśna w wywiadzie, który wówczas z nią przeprowadziłem. Doliczmy do tego jeszcze koszty działania zespołu, tropiącego tę samą Podleśną po rozwieszeniu tęczowych Madonn w tym roku.

A pamiętacie sprawę Franciszka Jagielskiego „Farmazona”, który powiedział parę słów do słuchu – skądinąd słusznie – dziennikarzom TVP przed Sejmem w grudniu 2017 r.? Policja zorganizowała przeciw niemu operację, jak przeciw wielkiemu terroryście – przeprowadziła u niego rewizję, skuła kajdankami, przewiozła na przesłuchanie z Wrocławia do Warszawy, ponosząc koszty paliwa, sprzętu etc. i angażując funkcjonariuszy, którzy mogliby w tym czasie zajmować się ściganiem prawdziwych przestępstw.

Takich spraw i śledztw od początku rządów PiS mieliśmy dziesiątki, jeśli nie setki czy wręcz tysiące. Ich łączny koszt obciąża „dobrą zmianę”, ale w ostatecznym rozrachunku i tak płacimy za to my, podatnicy.

Dobrze byłoby przynajmniej z grubsza to oszacować. Nawet jeśli nie ma prawnej możliwości domagania się od PiS-u zwrotu kosztów złego gospodarowania środkami publicznymi, chciałbym przynajmniej wiedzieć, ile tego jest. Ta wiedza należy się nam wszystkim, bo wszyscy się na to zrzucamy.

To zadanie dla Najwyższej Izby Kontroli, która ma uprawnienia i możliwości, by wszcząć kontrolę w policji, ustalając, ile wydano na polityczne śledztwa w sprawach błahych wykroczeń, które zakończyły się uniewinnieniem oskarżonych krytyków władzy.