Tag Archives: Donald Tusk

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Reklamy

Kaczyński i jego ancymonki łowią wyborców idiotów

13 Maj

„Dzisiejsza wizyta Jarosława Kaczyńskiego na Pomorzu Zachodnim dla dwóch złowionych szczupaków, była wyjątkowo szczęśliwa” – napisał na Twitterze Joachim Brudziński. Prezes PiS w towarzystwie ministra spraw wewnętrznych zajmował się łowieniem ryb, a konkretnie szczupaków, którym łaskawie darował życie, wrzucając je z powrotem do jeziora.

Nie tylko wędkowanie zajmowało szanownego prezesa. Brudziński na Twitterze zamieścił prawdziwą fotorelację z piknikowania Kaczyńskiego na łonie natury. Było więc ognisko, pieczenie kiełbasek i „świeża ryba na brzozowym ogniu”.

Internauci bezlitośnie wyśmiali Kaczyńskiego, który „ułaskawił” szczupaki: – „Ukochany Przywódca daruje życie dwóm lewackim szczupakom” – zdjęcie nadające się na czołówkę północnokoreańskiej prasy”; – „Raczej powinny czuć się wyróżnione, że to „emerytowany zbawca narodu” je złapał”; – „Co robi PiS, by zagłuszyć temat #TylkoNieMówNikomu? Zaczyna robić cyrk obwoźny z Jarosławem Kaczyńskim w roli głównej. Kaczyński na rybach, Kaczyński w Pytaniu na Śniadanie. Może jeszcze zgłoszą go do „Rolnik szuka żony”?”; – „Kapliczkę postawić i pomnik z tablicą pamiątkową. Wódz się zadumał oczywiście na tej łódce?”; – „Zalew imienia Jarosława teraz będzie”.

Wielu powątpiewało w umiejętności wędkarskie prezesa: – „Fajna ustawka. Przecież prezes nawet nie widzi spławika”; – „Ta fajtłapa nie jest w stanie nabrać śledzia z puszki widelcem bez asysty goryli, których mu fundujemy, więc w te ustawki mogą wierzyć wierni fani Wiadomości”;

„Przerażony, pewno pierwszy raz w życiu coś takiego robił… a wszystko dla głosów. Żałość”. Dopytywali też, czy Kaczyński ma kartę wędkarską, czy kłusował.

Film braci Sekielskich wstrząsnął Polakami. Nie pozwolił przejść obojętnie, wzbudził ogromne emocje. Szymon Hołownia nie obejrzał filmu do końca, bo nie dał rady, „zwyczajnie rzygać się chce”, jednak z szacunku dla ofiar, wróci do niego.

Ma on nadzieję, że po tym filmie hierarchowie kościelni wreszcie rozpoczną walkę z patologią i przestaną upolityczniać problem, nazywając go atakiem na kościół.  Zwrócił się do nich bezpośrednio, mówiąc, że „to Wy, swoim tchórzostwem, ignorancją i koniunkturalizmem niszczycie życie nie tylko ofiarom tych przestępstw, ale i setkom uczciwych księży, tysiącom katolików na których spadnie społeczne odium za cały ten bajzel, za ofiary odpowiedzialności zbiorowej”.

>>>

Zapewnił jednocześnie, że mimo tego, co się wydarzyło, mimo postawy duchownych, nie zamierza odejść z kościoła, bo „to mój dom. I właśnie to daje mi prawo do gniewu i do stanowczego domagania się od zarządzających jego instytucjonalnym wymiarem, by wreszcie posprzątali ten syf i przestali chrzanić (by nie powiedzieć mocniej) o tym, że Sekielski jest stronniczy (…)”.

Bardzo ostro na wypowiedź Hołowni zareagowała pisarka Manuela Gretkowska. Nazwała go „Woody Allenem polskiego katolicyzmu”, przypomniała, że od wieków kościół boryka się z ogromnymi problemami, czego przyczyną są jego „przegniłe fundamenty, zmurszałe mury i dziurawy dach” i nie widzi szans na to, by cokolwiek się zmieniło. Według niej słowa Hołowni są „kolejną zapowiedzią pucowania ruiny, w której już nikt normalny nie chciałby zamieszkać (…) Jak bardzo bezdomnym duchowo trzeba być, żeby nie czuć smrodu jej zgnilizny? Lewych finansów, prześladowania kobiet, zakłamania, pychy i chciwości. Ale Polak potrafi. Za pomocą polskiego hydraulika naprawimy watykańskie szambo, które teraz wybiło. Nie życzę nikomu renowacji gówna”.

Więcej Gretkowskiej:

Sekta, smród zgnilizny, watykanskie szambo. O Kościele po filmie „Tylko nie mów nikomu”

Polski katolik to nie tylko wyznawca Polskiej Instytucji Kościelnej

Na śmietnikach „wylądowały” tylko nazwiska hierarchów odpowiedzialnych za krycie pedofilii, nie wizerunek Madonny…

…zapewniała aktywistka Ewa Podleśna w rozmowie z TOK FM i zapowiedziała – Dzisiaj będziemy wysyłać zażalenie na zatrzymanie mnie przez płocką policjęjako bezzasadne, nielegalne.”

Nie rozklejałam naklejek na przenośnych toaletach ani na śmietnikach” – zapewniła, wyjaśniając: „Wlepki nie są skonstruowane w ten sposób, że nie można ich zdjąć i przekleić. Naklejki nie były też rozrzucane. Były naklejane na kierunkowskazach, tak aby wskazywały kościół” – powiedziała pani Ewa.  „Właściwie cały szlak dojścia do kościoła był obklejony, natomiast z zachowaniem odpowiedniej formy”  podkreśliła.

Wyjaśniała: „Ta akcja składała się przede wszystkim z dwóch elementów: jednym był wizerunek z tęczową aureolą, drugim elementem była lista hierarchów kościelnych, którzy dopuścili się krycia czynów pedofilskich w Kościele. Owszem, na koszach na śmieci widniały listy nazwisk hierarchów odpowiedzialnych za krycie pedofilii, ale nie wizerunek Matki Boskiej” – podkreśliła Podleśna.

Teraz, „zmieniają się zarzuty, ponieważ minister Brudziński zdaje sobie sprawę z tego, jak kuriozalny jest zarzut ścigania mnie z powodu tęczowej aureoli” – oceniła Podleśna, dodając, że zarzuty wobec niej zostały sprecyzowane dopiero wówczas, kiedy była przesłuchiwana.

Przegramy wszyscy, jeśli tak bardzo się podzielimy, że połączenie będzie już niemożliwe.

Donald Tusk przekazał Polakom swoje przesłanie. Ważne przesłanie, bo chodziło w nim o ratowanie Polski pękniętej na pół, gdzie wciąż trwają próby palenia mostów przerzuconych nad przepaścią, dzielącą walczące obozy. Tusk przywiózł gałązkę oliwną ludziom, którzy nie chcą ze sobą gadać, a jeśli muszą, to już nie mówią, tylko krzyczą. Wezwał do zgody rodaków, od kilku lat umiejętnie podburzanych i szczutych na siebie wzajemnie. Nawoływał do opamiętania i otrzeźwienia zarówno tych, którzy Polskę traktują jak łup należny im w podbitym kraju, jak i tych, którzy planują wyciąć w pień najeźdźców, bo pozbawieni wolności i godności nie potrafią żyć obok.

Słowa Donalda Tuska skłaniają do myślenia. A jest o czym myśleć. – Zwycięstwo wyborcze to nie anihilacja, wygrana nie może oznaczać eliminacji oponentów – mówił Donald Tusk. Od zawsze był tego zdania. Kiedy został premierem nie zrobił generalnej czystki w urzędach.  Pozwolił, by na ważnych stanowiskach państwowych przetrwało wielu funkcjonariuszy Kaczyńskiego. Pozostawił na czele służb Mariusza Kamińskiego, mimo że ten, wbrew etycznym standardom urzędnika państwowego, publicznie sugerował, że na Platformę głosować nie należy. Donald Tusk nie palił się też do rozliczenia prominentnych działaczy PiS za ich bezprawne decyzje. W konsekwencji ewidentne naruszenia prawa, które dały początek obecnemu bezprawiu, pozostały bezkarne.

Czy nasz były premier chciałby po wyborach powtórnej abolicji? Jeśli tak, ryzykujemy nie tylko przetrwanie antydemokratycznego „układu”, ale także upowszechnienie i praktycznie usankcjonowanie bezkarności za przestępstwa motywowane politycznie. Jeśli nie – chciałbym usłyszeć wyraźną wskazówkę, że „rezygnacja z odwetu” nie oznacza tym razem odpuszczenia grzechów i powszechnej amnestii dla ewidentnych przestępców łamiących prawo i że odstąpienie od rewanżu nie oznacza pozostawienia na stanowiskach państwowych skompromitowanych funkcjonariuszy PiS oraz ich niekompetentnych pociotków.

– Z pokonanym przeciwnikiem trzeba znaleźć nić porozumienia. Musimy wyjść sobie naprzeciw – apelował Donald Tusk.  Niełatwo przychodzi mi wyobrazić sobie to „wyjście naprzeciw”, które złośliwie kojarzy mi się z popularnym hasłem w stanie wojennym: WSTĄP DO ZOMO – WYJDZIESZ NA LUDZI.  Owszem, potrafię zrobić krok w kierunku myślących niesamodzielnie.  Tylko co miałbym powiedzieć stając naprzeciw licznych rodaków ślepo wierzących w idiotyczne teorie smoleńskie, tajne związki Tuska równocześnie z Merkel i Putinem oraz przekonanych, że edukacja seksualna wystawia dzieci i młodzież na pastwę pedofilów?  Jak porozumieć się z tymi, którzy za nic nie chcą odłączyć się od Matrixa? Próbuję też wyobrazić sobie rozmowę z PiS-owskimi inżynierami dusz, z cynicznymi oszustami nazywającymi Polaków „ciemnym ludem”, któremu wcisnąć można najgłupszą nawet ściemę. Kiedy próbuję sformułować przyjazne przesłanie do tych, którzy z premedytacją zaczadzili swoich rodaków oparami absurdu i zapędzili ich w świat alternatywny, to nie potrafię znaleźć innych słów, niż powszechnie uznane za obelżywe.

Donald Tusk namawia mnie, bym nie traktował przeciwników politycznych jak śmiertelnych wrogów, bo niezależnie od wyniku wyborów przyjdzie nam żyć obok siebie.  Mam z tym problem. No bo – jak żyć, panie premierze? Jak żyć w towarzystwie ludzi, dla których partyjne wytyczne są jedynym źródłem norm prawnych i reguł etycznych? Jak żyć obok tych, którzy zdecydowali się przekroczyć granicę zdrowego rozsądku i egzystować odtąd w świecie nierealnych nonsensów? Jak przekonać posła Mularczyka, że jego żądanie wypłacenia Polsce prawie biliona dolarów odszkodowania za straty wojenne są absolutną mrzonką, która może zepchnąć Polskę z powrotem do przedpokoju Europy, w pobliże drzwi wyjściowych? Jaki kompromis mógłbym osiągnąć z europosłem Legutką, pasożytującym na europejskiej wspólnocie, który za unijne pieniądze chciałby Unię rozwalić i na jej gruzach przywrócić dawną wspólnotę węgla i stali? Co miałbym powiedzieć kurator Barbarze Nowak sugerującej, że to ludzie z ZNP wywołują alarmy bombowe w szkołach? Jak rozmawiać z prezesem Kaczyńskim, który zapisał Episkopat do swojej partii, broni Kościoła przed nim samym i odmawia patriotyzmu występującym przeciw zarazie pedofilii wśród kleru? Co miałbym powiedzieć ministrowi Brudzińskiemu, który nie zna podstaw demonstracyjnie głoszonej wiary, nie ma pojęcia, że cześć oddawana obrazom to bałwochwalstwo i który łatwiej kojarzy swastykę z hinduskim symbolem szczęśliwości, niż tęczę z biblijnym znakiem początku nowego życia po zakończenia czasu trwogi? Byłbym wdzięczny za wskazówkę – czy chodzi o to, by rozpocząć debatę z takimi jak Legutko, Nowak, Kaczyński, Brudziński, lub Mularczyk i życzliwie roztrząsać ich „argumenty”, czy o to, by wyjść im naprzeciw, prostować ich kłamstwa, polemizować z propagandowymi idiotyzmami, obnażać cyniczne szyderstwo sentencji „do polityki nie idzie się dla pieniędzy” – czyli stawać przed nimi, z odkrytym czołem, w prawdzie i w języku, który nie wyklucza?

Wątpliwości i pytania do byłego premiera, a przyszłego prezydenta, nie umniejszają wagi jego przesłania dla Polaków. Bo prawdą jest, że najlepsze 30 lat w historii Polski miało swoje źródło w kompromisie między obozami podzielonymi jeszcze bardziej niż obecnie.  Prawdą jest, że nienawidzący się nawzajem usiedli kiedyś do okrągłego stołu i doszli do porozumienia.  I prawdą jest również, że przegramy wszyscy, jeśli tak bardzo się podzielimy, że połączenie będzie już niemożliwe. Tylko jak temu zapobiec? I czy możliwa jest narodowa zgoda, jeśli tylko jedna strona pójdzie drogą kompromisu? A jeśli nie, to jak żyć, panie premierze? Jak żyć?

Tusk na białym koniu? Tak, acz sami damy radę PiS-owi

11 Maj

Jerzy Owsiak i Maciej Stuhr zdominowali galę z okazji 30. rocznicy powstania „Gazety Wyborczej”. Żarty obu panów zapewne nie przypadły do gustu miłośnikom „dobrej zmiany”.

Ja jestem przedstawicielem świata filmu. To jest świat gazety. Te światy czasem się przenikają. Redaktor Michnik spotkał się kiedyś z producentem filmowym i wtedy upadł rząd. Być może po naszym dzisiejszym spotkaniu stanie się coś równie spektakularnego” – mówił w trakcie gali Maciej Stuhr, żartobliwie nawiązując do tzw. afery Rywina.

Komu z państwa nie jest wszystko jedno? Redaktor Michnik nie podniósł ręki. Kto z państwa miał w ręku pierwszy numer »Gazety Wyborczej«? Kto z państwa w minionym roku przeczytał choćby jedną książkę? Czy jest na sali ktoś, kto spalił chociaż jedną książkę? Nie widzę. Czy ktoś z państwa był ze święconką w tym roku? Troszkę mniej. Czy ktoś z państwa w ostatnich dniach rozwiesił jakiś plakat z Matką Boską? Są ręce, nie wiem, czy to dobrze” – kontynuował popularny aktor i stand-uper. Stuhr w wyraźny sposób odwołał się do ostatnich wydarzeń i postępującej w Polsce klerykalizacji.

Równie dobry występ zaliczył założyciel Wielkiej Ostry Świątecznej Pomocy. Jurek Owsiak, który otrzymał nagrodę „Gazety Wyborczej”, mówił o swoim ostatnim konflikcie z posłanką Krystyną Pawłowicz (słynne słowa „Krystyna, wróć na ziemię”).

Skoro nie wyleciała w kosmos, to znaczy, że jest niewinny” – mówił o sobie lider WOŚP. W dalszej części przemówienia Owsiak apelował o solidarność i jedność Polaków. „Niech na tej Srebrnej je*nie dwoma domami, ale naszymi, wspólnymi. To przecież ładne skrzyżowanie jest” – mówił.

Wydaje się, że wszelkie zastrzeżenia, czy wczorajsze doniesienia „SE” były tzw. ustawką zostały dzisiaj rozwiane. Ta sprawa w artykule „Dzieci PMM nie dowiedziały się o adopcji z SE, nie ma wątpliwości. To była zaplanowana akcja”.

W zapowiadanym wywiadzie dla tego tabloidu szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk potwierdza, że dwoje dzieci Morawieckiego, które zostały adoptowane, nie dowiedziały się o tym fakcie – jak to sugerowano – z artykułu „SE”, ani z książki o premierze autorstwa rzecznika banku, którego prezesem był Morawiecki.

Szef Kancelarii Premiera skupił się w tym wywiadzie na atakowaniu autora książki, czyli byłego rzecznika banku BZ WBK Piotra Gajdzińskiego. Jednak, kiedy Dworczyka zapytano, czy zostaną podjęte jakieś kroki prawne wobec byłego współpracownika Morawieckiego, odpowiedź była wymijająca. – „Będzie czas na przeanalizowanie tej książki” – powiedział Dworczyk.

Internauci komentowali: – „Ci, którzy wczoraj dali się nabrać i współczuli premierowi Morawieckiemu nie mają się czego wstydzić. To naturalny odruch ludzi przyzwoitych (poza nielicznymi takimi jak Mazurek, świadomie nawołującymi do współczucia) Niech się wstydzą ci, którzy zorganizowali tę żałosną ustawkę”;

„Polityczny prostytut, sprzedał nawet rodzinę. Tragedia. Co ten Kaczyński ma na Morawieckich, że steruje nimi jak pacynami?”; – „Znam ludzi, którzy adoptowali swoje dzieci. Znam też osoby, które zostały zaadoptowane. Zawsze była otwartość w tym temacie w ich rodzinach. I żadna z tych osób nie przewodniczyła autokratycznemu rządowi, łamiącemu praworządność”.

„Zamiast pozwu i żądania wielomilionowego odszkodowania (choćby na Caritas), jest wywiad szefa kancelarii PMM w brukowcu, który – wczoraj się tak wydawało – naruszył prywatność bezbronnych dzieci. Już nic bardziej obrzydliwego w polskiej polityce nie zobaczycie: – podsumowała Hanna Lis.

Mikołaj Lizut, dziennikarz radia TOK FM obejrzał przedpremierowy pokaz filmu „Tylko nie mów nikomu” w reżyserii Tomasza Sekielskiego. Po seansie nie zostawia suchej nitki na skompromitowanych kościelnych hierarchach.

Ten film jest niezwykle ważny. Dotyka sprawy właściwie kardynalnej, jeśli chodzi o Kościół katolicki. Przede wszystkim na usta cisną się trzy słowa: kłamcy, hipokryci, właściwie diabły. To o Kościele w Polsce” – mówił na łamach TOK FM Lizut.

Pokazuje mechanizm ukrywania tych przestępstw, to że w ten mechanizm zaangażowani są także hierarchowie polskiego Kościoła i to masowo” – recenzował dzieło Sekielskiego dziennikarz.

Pokazuje także to, że właściwie Kościół katolicki zamiata to wszystko pod dywan, że jest on oblężoną twierdzą przesiąkniętą kłamstwem i hipokryzją w tej sprawie” – dodał.

Dziennikarz chwalił formę, w jakiej Sekielski skonfrontował zboczeńców w sutannach z ich dorosłymi już dzisiaj ofiarami. „Widzimy więc sceny, w których z własną przeszłością – diabłów seksualnych – muszą się mierzyć ludzie, którzy właściwie są już u kresu swojego życia” – stwierdził Mikołaj Lizut.

Publicysta przytacza również scenę, w której doszło do spotkania ofiary z księdzem Franciszkiem Cybulą, byłym kapelanem Lecha Wałęsy i pedofilem. Zdaniem Sekielskiego, Cybula do końca nie przeprosił za swoje przewinienia ani nie odczuwał winy.

Komentarze internautów, jakie ukazały się pod artykułem poświęconym recenzji filmu, pokazują brak zaufania części Polaków do skompromitowanej instytucji Kościoła. „Ci biskupi zawsze w brokatach i złocie pozamykani w pałacach; udający wierność i miłość do Boga – to szatańska obłuda i oszukiwanie wiernych” – odważnie napisał jeden z użytkowników. „Panie Tomaszu, powodzenia! Jest Pan w Panteonie »Wyklętych«, a ci w kraiku nad Wisełką, są napiętnowani przez »nowozmianowców«” – dodał inny.

Kolejny atak na Radosława Sikorskiego posłanka PiS Krystyna Pawłowicz przypuściła po jego wpisie na Twitterze, w którym tak skomentował artykuł „Foreign Policy” o ambicjach mocarstwowych Chin: – „Aż dziw, że Prezes nie ogłosił jeszcze, że zbudujemy lotniskowiec”. – „Fantastycznych opowieści o pana afgańskim bohaterstwie na zapleczu walk i „frontowych” fotek w gustownym „wojennym” ubranku nic nie „przebije”… Żaden lotniskowiec” – napisała Krystyna Pawłowicz.

W odpowiedzi na ten komentarz Sikorski zamieścił zdjęcie artykułu zatytułowanego „Wspólne przedsiębiorstwa polsko-radzieckie”, napisanego przez Pawłowicz. Zestawił go z wykonaną przez siebie fotografią z Afganistanu, którą opublikował brytyjski tygodnik „The Observer”. – W 1987 roku Pani opublikowała ten artykuł, a ja to zdjęcie. Bujaj się, wariatko” – napisał Sikorski, tym samym powtarzając swoje słowa z ubiegłego tygodnia, kierowane do Pawłowicz. O tym w artykule „Bujaj się wariatko” i „Epidemia prostactwa”.

Na tym nie koniec, bo Pawłowicz nie odpuszczała. _ „Nie dość, że jest pan prostym narcyzem, to nie umie pan też czytać. Ten art. był wtedy JEDYNYM prawn.opisem ujawniającym NIEJAWNE uchwały RM,DEMASKUJĄCYM SPOSÓB PASOŻYTOWANIA Rosji na Polsce i zgody PZPR na to. Ambasada USA zrobiła tłumaczenie i spotkali się ze mną w tej spr.w Red” [pisownia oryg. – przyp.red] – usiłowała się odgryźć Pawłowicz. – „Tak, tak, Pani walczyła z komuną, pisząc w komunistycznej prasie” – odpisał Sikorski.

„Pisała, ale się nie cieszyła. Pewnie błędy ortograficzne panna Krysia specjalnie robiła, żeby rozbić system od środka.

No i kolejne KO. Krystyna ma chyba jakieś zapędy masochistyczne, że ciągle szuka u Radka batów” – komentowali internauci. Zastanowił ich jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Zakochała się może? Każdego może dopaść, nawet po 60-tce”; – „Mając nietuzinkową osobowość Pani Pawłowicz, mam wrażenie, że Pana podrywa”.

Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Nie wiem, czy to nasza cecha narodowa, ale dziwni jesteśmy my, Polacy. Jak kogoś wielbimy to darujemy mu wszystko, patrzymy na to, co robi przez różowe okulary i nie chcemy nawet dostrzec jego wpadek. Jak kogoś nienawidzimy to całą gębą, tępimy na wszelkie możliwe sposoby, generalizujemy na maksa. Przykład? Ot chociażby kościół i polscy katolicy. Kościół jest zły, jego wierni to głupcy i oszołomy… i tak sobie z tą retoryką lecą ci, którzy mają serce pełne demokracji oraz tolerancji.

Racja, źle się dzieje z polskim kościołem, ale nie całym, tylko pewną jego częścią. Już kiedyś napisałam, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju schizmą. Podział na Kościół z Watykanem w tle i Polską Instytucję Kościelną. PIK już dawno stracił kontakt ze swoją wiarą, usłużnie kica przed PiS-em, hołubi narodowców, wtrąca się do polityki. Ma swoich wierzących i odsuwa się od tych gorszych, czyli myślących zgodnie z naukami papieża. Jedzie równo po politykach partii opozycyjnych, uważając zapewne, że znacznie niższy w nich poziom katolickości niż w tych swoich, pisowsko – narodowych.

PIK piętnuje osoby o innej orientacji seksualnej, nie słucha papieża Franciszka, według którego „geje nie powinni być marginalizowani i powinni stanowić integralną część społeczeństw, w których żyją” i dodaje – „To, że jesteś gejem nie ma żadnego znaczenia! Bóg Cię kocha takim jakim jesteś. I nie ma żadnego znaczenia to co mówią inni ludzie”. PIK piętnuje nauczycieli, każdego, kto nie wspiera partii rządzącej, śmie przeciwko niej występować, śmie nie zgadzać się na wyznaniowy charakter Polski, który coraz bardziej przez PiS i PIK jest utrwalany.

Żądza władzy i kasy doprowadziła do tego, że PIK przekroczył granice, za którą nie ma już nic z prawdziwie pojmowanego duszpasterstwa i wiary. Im więcej dostaje, tym głośniej krzyczy, jaki jest prześladowany, jaki biedny, niezrozumiały i niedoceniany. I to właśnie PIK powinien być piętnowany za postawę zupełnie niezgodną z naukami kościoła, a jednak często krytycy zapominają o tych katolikach, którzy nie idą na smyczy PIK-u. O księżach, dla których ich misja, uczciwość i pojmowanie wiary, jest znacznie ważniejsze od dóbr doczesnych i politykierstwa. Niestety i im się ostro dostaje, choć na to nie zasłużyli.

To ci katolicy, nasi sąsiedzi, znajomi, koledzy z pracy, również nie odnajdują się w obecnej rzeczywistości, zdominowanej przez duszpasterzy, którzy zapomnieli, kim są i po co. To również oni nie kryją gorzkich słów, potępiają pedofilię w kościele, uczestniczą w protestach przeciwko łamaniu konstytucji i zasad demokracji, nie zgadzają się z kościelną polityką wobec narodowców, wzrastającym przepychem, w jakim żyją polscy hierarchowie i ich wiecznymi roszczeniami finansowymi. To oni napisali ostatnio list do Konferencji Episkopatu Polski, występując przeciwko ściganiu przez policję autorki wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w kolorach tęczy.

W  swoim liście napisali m. in., że „wpisanie tęczy nie jest, naszym zdaniem, obrazą uczuć religijnych, gdyż tęcza nie jest symbolem uwłaczającym – przypominamy, że np. Matka Boska Kodeńska ma także aureolę tęczową, a ikona Maiestas Domini przedstawia Chrystusa, którego stopy spoczywają na tęczy, co ma podkreślać Jego jedność i równość z Bogiem Ojcem Wszechmogącym” i zwrócili uwagę „na brak jakiejkolwiek reakcji ze strony władz Kościoła oraz organów Państwa na przypadki ewidentnej profanacji, jakimi były zjazdy organizacji nacjonalistycznych na Jasnej Górze, podczas których głoszono treści sprzeczne z nauką Kościoła, czy też na skandaliczną wypowiedź ks. bpa Andrzeja Jeża cytującego podczas homilii Wielkoczwartkowej, jako prawdziwe, opinie z antysemickiej fałszywkę”.

Osoby tak ostro krytykujące dzisiejszy, polski kościół, sami żądając dla siebie Polski świeckiej, zapominają, że ten kościół to nie tylko PIK. Wołając głośno o uszanowanie praw obywatelskich, jednocześnie odbierają te prawa innym, negując ich. Nie widząc tutaj żadnej sprzeczności z tym, co sami głoszą, wrzucają katolików do jednego worka, tym samym idealnie wpisując się w budowanie podziału w społeczeństwie.

Demokracja to poszanowanie innych poglądów, wyznania, rasy, orientacji seksualnej. To uznanie, że każdy człowiek ma prawo do bycia, kim chce, życia według swoich norm czy poglądów. Krytykujmy PIK i jego wyznawców, ale nie piętnujmy każdego katolika za to, że jest katolikiem. Odróżniajmy dobro od zła i nie krzywdźmy tych, którzy nie zasługują na złe słowa. Żyjemy w bardzo mrocznej Polsce, ale zachowajmy umiar i odpowiedni poziom człowieczeństwa. Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Kaczyński robi po butach

8 Maj

Poseł Krzysztof Brejza jest w życiowej formie. W gronie czynnych polityków opozycji nikt tak sprawnie nie atakuje partii rządzącej. Teraz oberwało się samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Nowy Napoleon?

Brejza postanowił wyciągnąć trupa z szafy. Trzy lata temu lider PiS starał się w Polsce kreować na lidera europejskiego formatu, który miałby receptę na uzdrowienie – jego zdaniem chorej – Unii Europejskiej. W 2016 r. Kaczyński twierdził, że poprosił prawnika, by ten „przygotował nowe traktaty” dla europejskiego sojuszu.

Poseł PO postanowił powiedzieć „sprawdzam” i zweryfikować, ile wyszło z planów Prezesa. W tej sprawie skierował swoje kroki do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Odpowiedź musiała zmrozić zwolenników PiS. Okazuje się, że resort „nie posiada żadnych nowych informacji w tej sprawie”. Krótko mówiąc: Kaczyński zadeklarował w mediach, że zleci przygotowanie traktatów europejskich, które – ponownie: w jego rozumieniu – uzdrowią Europę. Ostateczna odpowiedź ministerstwa świetnie nadawałaby się jednak na temat nieszczególnie zabawnych filmików z Youtube’a z serii „Oczekiwania a rzeczywistość”.

Lider PiS niczym Napoleon miał wielkie ambicje, ale kończy na wyspie Św. Heleny. Polska dyplomacja jest dziś raczej skłócona z europejskimi potęgami. O sukcesie na miarę Jerzego Buzka czy Donalda Tuska żaden z polityków Zjednoczonej Prawicy nie może nawet marzyć.

Europejska rozgrywka  

Oczywiście powyższe odnosi się do obecnego rozłożenia głosów w Parlamencie Europejskim. Jeśli w kolejnym, majowym rozdaniu większość uzyskają partie eurosceptyczne, pozycja PiS w Europie może się umocnić. Pytanie brzmi jednak, czy nie będzie to oznaczało rozpoczęcia procesu rozpadu eurowspólnoty.

Unia Europejska nie jest oczywiście organizmem idealnym. Jeśli spojrzymy na nią jednak w skali obecnej geopolityki, możemy uznać, że Europa podzielona, będzie zbyt słaba, by być poważnym partnerem dla czołowych mocarstw: USA i Chin. Dlatego istotne jest przetrwanie UE. Czy to się uda? Odpowiedzią na to w sporej mierze będą nadchodzące wybory. To, na kogo Europejczycy zagłosują w tym czasie, może zadecydować o przyszłości kontynentu w wymiarze politycznym i gospodarczym na całe pokolenie.

Nagonka na Donalda Tuska w mediach publicznych, które są pokazową tubą propagandową partii rządzącej, trwa w najlepsze. Pretekstem stał się przyjazd do Polski przewodniczącego KE i wygłoszenie dwóch wykładów, na Uniwersytecie Warszawskim i poznańskim. Nie ma co, PiS boi się Tuska jak diabeł wody święconej, więc nie odpuści.

Przekaz z wczorajszych „Wiadomości” był bardzo jednoznaczny. Donald Tusk pojawił się w Polsce, bo chce namieszać i nie kryje swoich politycznych ambicji. Swoim wystąpieniem w Poznaniu nawiązał do „do ataku na polski Kościół”, bagatelizując słowa Jażdżewskiego. Mało tego, „rzetelni dziennikarze” przywołali fragment wypowiedzi Tuska z 1987 roku, gdy na pytanie, po co nam Polska, odpowiedział, że „po nic. Uważam, że Polska jest wielkim genetycznym i kulturowym obciążeniem” i „Polskość to nienormalność”. Oczywiście był to zabieg celowy, który miał pokazać jak bardzo poglądy i antypolskość przewodniczący KE są zbieżne z tym, co mówi Jażdżewski.

Oczywiście, kolejny już raz podkreślono, że za Donaldem Tuskiem stoją murem Niemcy, którzy uważają go za „najważniejszego polityka opozycji”, a tak w ogóle to ta właśnie opozycja jest winna śmierci rektora Politechniki Gdańskiej, który zmarł na zawał, zdenerwowany krytyką za udostępnienie Sali na konwencję PiS, czyli…. to wina Tuska.

Nieważne, że Donald Tusk nic nie mówi o swoim ewentualnym powrocie do polskiej polityki. Nieważne, że przyznał, iż z pewnymi tezami Jażdżewskiego się nie zgadza. Takich szczegółów Polacy nie muszą znać. Ważne, by przekonać ich, że Donald Tusk to samo zło, a jego powrót to będzie katastrofa.

No proszę, do czego posuwają się pisowskie media, gdy strach zakłóca im logikę myślenia…

Autor dwóch kontrowersyjnych książek demaskujących rzekome powiązania byłego szefa MON, zaufanego Jarosława Kaczyńskiego – Antoniego Macierewicza, nie próżnuje. Tym razem w polu zainteresowania Tomasza Piątka znalazł się obecny szef rządu Mateusz Morawiecki. 9 maja na półki księgarskie trafi książka zatytułowana „Morawiecki i jego tajemnice”.

Autor dowodzi w niej, że obecny premier jest pośrednio związany z Kremlem i Mafią Sołncewską oraz rosyjskim wywiadem dzięki powiązaniom z takimi osobami i organizacjami jak Tomasz Misiak, Adam Andruszkiewicz czy Solidarność Walcząca.

Przekonuje, że za tzw. aferą taśmową stały rosyjskie służby. Nie wyklucza, że premier zna osobiście Marka Falentę i dowodzi, że ich wspólnym znajomym jest wspomniany Misiak – który miał wprowadzać Falentę „na salony”. Pisze, że w willi biznesmena miał mieszkać Pierre Konrad Dadak, przedstawiany jako handlarz bronią i członek mafii sołncewskiej. Jak przekonuje Piątek, rządzi nią Michaił Fridman, ściśle współpracujący z rosyjskim wywiadem GRU i Kremlem.

Piątek sugeruje w swej najnowszej publikacji, że do otoczenia Putina prowadzą też rzekome powiązania Morawieckiego z politykami. Wskazuje na Adama Andruszkiewicza, powołanego niedawno na stanowisko wiceministra cyfryzacji, a który został uznany przez „organizację ekspercką Political Capital za pośrednie narzędzie Rosji”. Podobnie – Sylwester Chruszcz, który razem z nim dostał się do Sejmu z list Kukiz’15, a później dołączył do koła poselskiego „Wolni i Solidarni”, założonego przez ojca premiera. Przypomina, że przed 10 laty Chruszcz współtworzył wraz z Mateuszem Piskorskim zaplecze otwarcie prorosyjskiej partii „Zmiana”. Ten drugi od trzech lat przebywa w areszcie podejrzany o szpiegostwo na rzecz Rosji i Chin.

Na dodatek Piątek przekonuje, że utworzona przez ojca premiera „Solidarność Walcząca” była infiltrowana przez polski, enerdowski i radziecki wywiad. Autor opisuje, jak związki polityczne i biznesowe, które w latach 80. i na początku 90. powstały wokół Mateusza Morawieckiego w dużym stopniu ukształtowały go jako ekonomistę i polityka.

Dwie poprzednie książki Tomasza Piątka o Antonim Macierewiczu wzbudziły liczne kontrowersje. Mimo oskarżeń o kłamstwa i manipulowanie faktami, autor nie został pozwany. Prokuratura nie podjęła też dochodzenia po zawiadomieniu, jakie w sprawie pierwszej publikacji złożył Antoni Macierewicz.

PiS nadaje ton debacie publicznej, a liberalne elity na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie

Wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na Uniwersytecie Warszawskim, przed wykładem Donalda Tuska było ciekawym testem na dwie rzeczy. Po pierwsze na to, czy liberalne media i komentatorzy nauczyli się myśleć samodzielnie i nie biec stadnie, natychmiast, za każdym tematem i emocją, podrzucaną przez sztabowców PiS.

Po drugie, testem dla polityków, jak bardzo wciąż boją się kościoła. Część komentatorów i szef PSL, Władysław Kosiniak Kamysz ten egzamin oblali z kretesem.

Obserwując reakcje na przemówienie szefa magazynu Liberte!, nie mogłam wyjść ze zdumienia. Nie powiedział niczego szokującego, nikogo nie obraził. Powiedział, jak jest i powiedział prawdę, między innymi o zachowaniu kościoła katolickiego w Polsce i jego konsekwencjach dla tej instytucji. Stał się jednak obiektem takiej nagonki, także ze strony liberalnych i lewicowych komentatorów, że nie wierząc własnym oczom, sięgnęłam do tekstu jego przemówienia jeszcze raz i przeczytałam je z wielką uwagą pod kątem wykrycia treści, które najwyraźniej na mnie robią wrażenia, ale mogły zszokować nawet rozsądnych, nowoczesnych ludzi. A nuż wykryję coś, co umknęło mi w ferworze majowych wydarzeń?

Nie znalazłam niczego.

Bo czy jakiegokolwiek rozsądnego i przytomnego człowieka zaszokować może banalne stwierdzenie, że „Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do tego, żeby sprawować funkcję sumienia narodu”?

Czy może zgorszyć skonstatowanie oczywistego faktu, iż „Polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa”, a krzyża używa „jak pałki, żeby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”?

A może, pomyślałam w desperacji, Jażdżewski zasmucił oświecone liberalne głowy stwierdzeniem oczywistości, którą sami przy każdej okazji powtarzają: że trzeba zmienić zasady publicznej debaty, bo „rywalizacja na inwektywy i na negatywne emocje (…) nie ma sensu, dlatego że po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi?”.

Chyba nie…

Cóż, wydumałam, wciąż nie mogąc w przemówieniu wytropić niczego niewłaściwego, zapewne chodzi o to, że Jażdżewski śmiał powiedzieć, że „Nie może być mowy o odnowie polityki, jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz”? . I że „ci, których łączy tylko matematyka, będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem”?

Ale nie, po stokroć nie! – przecież to wszystko jest oczywiste, proste, wręcz banalne i wcale nie powinno być tematem dyskusji! Że jest, jak powiedział, widzimy przecież wszyscy. Wystarczy otworzyć oczy. Jażdżewski nie zaatakował katolików ani kościoła (skrytykował wyłącznie kościół instytucjonalny, który zachowuje się niegodnie i faktycznie dawno już stracił moralny mandat do bycia sumieniem narodu. Zresztą, na marginesie, dlaczego miałby być sumieniem narodu? Jeśli już to najwyżej sumieniem katolików). Był ostry, z pazurem, polemiczny, ale nikogo nie obraził.

O co więc chodzi?

Czemu dostał baty z własnej, wydawałoby się, centrowej, umiarkowanej strony?

Moim zdaniem, krytycy dali się (nieświadomie oczywiście) po raz kolejny ponieść narracji PiS.

Nie chodzi o wymienianie nazwisk (nie chcę, żeby znienawidzili mnie moi szacowni koledzy), tylko o proces, który można prześledzić krok po kroku, i na który niemal natychmiast zwrócili uwagę co bystrzejsi internauci.
Proces atakowania i dezawuowania wystąpienia Donalda Tuska (jako wydarzenia, niezależnie od tego co powie lub zrobi) i jego treści.

Miał on swoją logikę i kolejność. Najpierw posłowie i sympatycy PiS w internecie i mediach próbowali umniejszyć to wydarzenie. „Tusk spodziewa się, że ludzie przyjdą na niego popatrzeć?” – wyśmiewał się na TT poseł PiS, manipulatorsko fotografując pusty placyk pod telebimem, na którym miało być emitowane przemówienie szefa RE. Zapomniał dodać, że fotkę wykonał dużo wcześniej przed planowanym czasem wystąpienia, więc brak publiki niczego nie dowodził.

Kiedy to nie chwyciło i okazało się, że na wykład przybyły tłumy i tłum czekały na wyjście Tuska z uniwersytetu, rządowa machina propagandy wyprodukowała kolejny przekaz: przemówienie miało być nudne, flaki z olejem, jakaś ekologia, nowoczesność, przyszłość, masło maślane, sam Tusk bez charyzmy i polotu, poprawny, ale nudziarz, jednym słowem, Tusk się kończy …

Po kilku godzinach okazało się, że i to nie chwyciło. Internet szalał, Anna Mierzyńska pokazała, że Donald Tusk zrobił 12 milionów „zasięgów”, a defilada wojskowa emitowana w rządowych mediach tylko cztery. Tusk zdecydowanie Polaków ciekawił i chcieli go wysłuchać.

I wtedy dopiero, jako ostatnią deskę ratunku, podrzucono sklecone naprędce z niezbyt nadającego się do tego przemówienia Jażdżewskiego (które było mocne, fajne i słuszne, ale nie padło w nim przecież nic, co dotąd by wiele razy w debacie publicznej nie wybrzmiało) hasło: Jażdżewski zaatakował kościół. W domyśle: To on, Donald Tusk, wróg Polaków pozwolił, by Jażdżewski brutalnie zaatakował kościół!

Mam wrażenie, że sami PiS-owcy podrzucali temat bez przekonania, a jednak… chwyciło! Co za radość!

Nagle przegrzał się internet i twitter, facebook i portale, rozemocjonowani liderzy opinii komentowali w studiach tv (sądząc po jakości opinii, większość z nich przemówienia Jażdżewskiego nie słyszała, ani nie czytała) – powtarzając propagandowe wrzutki sympatyków władzy.

Bo – niestety – te same argumenty, których na skrajnie prawicowych forach używali fani PiS, zostały powtórzone przez część najważniejszych liberalnych komentatorów.

A więc: moment był niewłaściwy (wiadomo, że przed wystąpieniem Donalda Tuska można było albo wygłosić pean na jego cześć, tak jak w PiS wygłasza się peany na cześć prezesa albo mówić o niczym, żeby uśpioną salę obudził dopiero DT).

Metafora o świniach (znana przecież i powszechnie używana) to atak na kościół! Obraza katolików (z tego powodu od przemówienia odciął się właśnie Kosiniak – Kamysz, który w trakcie przecież klaskał i przyznam, że byłam zażenowana patrząc na to).

Cała ta sytuacja pokazała, że ciągle jeszcze PiS nadaje ton debacie publicznej, a mające aspiracje do pokonania go liberalne elity choć werbalnie stroszą piórka, na najlżejsze tupnięcie prezesa czmychają, gdzie pieprz rośnie.

Radziłabym zyskać nieco odwagi i wziąć sobie do serca niedawne słowa Christine Amanpour, że dziennikarz nie powinien być neutralny, tylko mówić prawdę. Ja rozszerzyłabym to po prostu na ludzi, zwłaszcza tych, którzy kształtują opinię publiczną. Nie bądźcie neutralni, poprawni. Mówcie prawdę, a wszystko będzie dobrze.

Tusk o zatrzymaniu Podleśnej: w głowie mi się nie mieści

7 Maj

Po prawie 4 latach rządów Prawa i Sprawiedliwości coraz mniej spraw nas dziwi, choć nie przestaje bulwersować. Zarówno bezceremonialne przejęcie mediów publicznych, skok na spółki Skarbu Państwa, czy kolejne kompromitacje ministrów z byłym już szefem MSZ Witoldem Waszczykowskim na czele sprawiają, że do naszej krajowej polityki nie sposób jest podejść obojętnie.

Biorąc pod uwagę, że w tym roku doczekamy się prawdziwej wyborczej kumulacji, już 26 maja wybierzemy naszych reprezentantów do Parlamentu Europejskiego, a jesienią posłów i senatorów, jak na dłoni widać, że emocje politycznego sporu nie tylko nie maleją, ale wręcz znacznie rosną. Znaczna w tym rola miłościwe nam rządzących, którzy lubują się w podkręcaniu temperatury, napuszczaniu ludzi na siebie, czy bezlitosnym atakowaniu opozycji.

Ostatnie wydarzenia nie tylko nie dają nadziei na to, że nad Wisłą może być normalnie, co pokazują, że rządzący nie cofną się przed niczym, by utrzymać władzę, bujając przy tym w oparach absurdu.

Okazuje się, że poważną obrazę majestatu rządzących konstytuuje nie tylko publiczne skandowanie słowa Konstytucja, za co można przecież dostać w twarz, ale również chodzenie w koszulkach z takim samym nadrukiem, stanie z białą różą, czy jedzenie banana, co zresztą spotkało się z zabawną reakcją internautów.

Nie ma się co zatem dziwić, że na poważnie polskiej polityki komentować się nie da. Należy to robić z uśmiechem na ustach, nawet jeżeli jest to śmiech przez łzy. Pozostaje cały czas piętnować te niedorzeczne zachowania i pokazać rządzącym czerwoną kartkę przy urnach wyborczych.

PiS mistrzowie czarnego PR-u. Znowu ostro „wypromowali” Polskę na całym świecie.

Takie ostateczne dobicie wizerunku, opinii o Polsce PiS. Gdyby ktoś w Australii lub Nowej Zelandii miał jakieś wątpliwości.

„Polska będzie wolnościową demokracją, o jaką walczyliśmy, dopóki nikt nikogo nie będzie prześladował i więził za przekonania, ekspresję myśli czy artystyczną wrażliwość. Burza wokół uniwersyteckiego wystąpienia na UW nie została zauważona w Brukseli czy innych stolicach. Może dlatego, że w innych miejscach ludzie dzielą się na uczelniach swoimi poglądami. Inna informacja obiegła praktycznie cały świat – że została zatrzymana i przez wiele godzin przesłuchiwana autorka pewnej grafiki Matki Boskiej z tęczą w tle. Wszyscy zauważyli ten dziwny fakt. Ja odnotowałem, że zatrzymana, dziękując za wsparcie, napisała: „W głowie mi się to wszystko nie mieści”. Powiem szczerze, mi też to się nie mieści w głowie” – powiedział w Poznaniu Donald Tusk.

Przewodniczący Rady Europejskiej wziął udział w uroczystych obchodach 100-lecia Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. – „Jestem przekonany, że wasz uniwersytet przetrwał i przetrwa wszystkie wahnięcia w historii tak długo, jak będzie tę misję różnorodności i wiarę w sens różnorodności i wolności respektował i praktykował. W końcu stoi za tym przekonaniem i misją precyzyjny artykuł naszej Konstytucji, która mówi, że każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury” – mówił w swoim przemówieniu Tusk.

„Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do ich głoszenia” – przypomniał Tusk podczas swojego wystąpienia znane powiedzenie. – „Myślę, że wszyscy bez wyjątku, niezależnie od poglądów politycznych, miejsca pracy, podpisalibyśmy się także dziś pod tymi słowami, a przynajmniej mam taką nadzieję” – dodał.

Przywołał też osobiste wspomnienie. Opowiedział, jak nieżyjący już rektor Uniwersytetu Gdańskiego prof. Roman Wapiński, gdy przyszła do niego SB i naciskała, by „relegować Tuska i innych studentów za działalność polityczną”, miał powiedzieć: – „Mówicie, że studenci przekroczyli pewne granice, a ja chcę powiedzieć, że uniwersytet jest właśnie od tego, żeby przekraczać pewne granice – dogmatu, granice doktryny, granice rutyny”. A do Tuska prof. Łapiński powiedział: – „Nie wiem, czy pana uchronię przed usunięciem z uczelni, nie wiem, czy sam zachowam swoje stanowisko, ale niech pan przekracza granice”. 

Na koniec swojego wystąpienia Donald Tusk przytoczył słowa Ignacego Jana Paderewskiego, w które – jak podkreślił – głęboko wierzy. – „Powiedział, że żadne stronnictwo ojczyzny nie zdoła odbudować, do tego dzieła trzeba jedności i zgody wszystkich, miłości i siły, wiary i zaparcia się samego siebie, do tego dzieła potrzeba wszystkich sił i wszystkich serc zespołu; niech żyje Polska, zgoda, jedność, a ojczyzna nasza wolna żyć będzie po wsze czasy” – podkreślił szef Rady Europejskiej.

Więcej Tuska w Poznaniu >>>

„Certyfikowany sądownie kłamca będzie budował port… port lotniczy w Radomiu, nieczynny od kiedy go wybudowano. Z Radomia ma latać 3 miliony pasażerów rocznie, podobnie jak 1 milion samochodów elektrycznych ma jeździć po Polsce i Europie, pochodzących z Polski. A i owszem” – tak skomentował jeden z internautów rozpoczęcie przez Mateusza Morawieckiego budowy lotniska w Radomiu.

Premier z tej okazji dokonał pierwszego wbicia łopaty, a także odsłonił nową nazwę lotniska: Warszawa – Radom im. Bohaterów Radomskiego Czerwca 1976 Roku.

Morawiecki po wbiciu rzeczonej łopaty stwierdził m.in., że lotnisko w Radomiu będzie portem zapasowym dla Lotniska Chopina i dla CPK. Jego rozbudowa ma pochłonąć około pół miliarda złotych. – „Walczył jako dziecko w opozycji, wprowadzał nas do Unii w przebraniu Millera, dziś wybuduje dawno wybudowane lotnisko w Radomiu! Harry Potter polskiej polityki” – skomentował Andrzej Rozenek.

W uroczystości uczestniczyli także Marek Suski i Adam Bielan. Ten drugi tak „popłynął” podczas swojego przemówienia: – „Tu na razie jest ściernisko, ale już niedługo będzie wielkie międzynarodowe lotnisko. Lotnisko, tak jak powiedział premier Morawiecki, w pierwszej razie oddane do użytku już w październiku przyszłego roku. Na początku na trzy miliony pasażerów, ale druga faza zaprojektowana na 10 mln pasażerów. To potencjalnie drugie największe lotnisko w Polsce. Jestem wzruszony, bo to historyczna chwila dla Radomia, porównywalna z doprowadzeniem do Radomia kolei żelaznej pod koniec XIX wieku”.

 „Proszę mi wytłumaczyć jak prostemu człowiekowi. W jakim celu rozbudowuje się Radom, z którego nikt nie chciał latać, mając w sąsiedztwie lotniska w Warszawie, Modlinie i w planach CPK. Przecież to się nie trzyma kupy”; – „Władza cichcem włączyła Radom do Warszawy. Na razie lotnisko, ale kierunek słuszny. Niedługo powstanie port Radom-Szczecin-Świnoujście ze stocznią w Radomiu i wtedy zobaczycie, jak z kopyta ruszy rozbudowa stępki promu…”;

Warszawę i Radom dzieli 100 km, a Morawiecki bredzi, że lot z Radomia skróci podróż do niektórych państw… Ku**a, poziom Suskiego” – pisali internauci na Twitterze. Ten ostatni komentarz dotyczy wypowiedzi szefa Gabinetu Politycznego Premiera w artykule „Gdyby głupota umiała latać – latałaby z Radomia. Suski znowu w formie!”.

Kaczyńskiemu nawala zdrowie. Do końca walczy o to, aby zniszczyć Polskę

5 Maj

Wydaje się, że prezes Kaczyński uważa siebie za człowieka, którego nikt nie może zastąpić, szczególnie w czasie kampanii wyborczej.

Świadczyć o tym może lekceważenie zaleceń lekarzy i nieustanne odkładanie koniecznych zabiegów. Jednym z nich jest wszczepienie endoprotezy stawu kolanowego, któremu Jarosław Kaczyński miał poddać się jeszcze w styczniu.

Jak udało się ustalić dziennikarzom „Super Expressu” zabieg został przełożony na koniec tego roku lub początek przyszłego. „Bardzo chcemy wygrać wybory, a zabieg w połączeniu z rehabilitacją wyłączyłby Jarosława z codziennego funkcjonowania i z kampanii” – powiedział dziennikowi jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości.

Polityk zdradził przy okazji, że w ostatnich miesiącach Kaczyński zmagał się również z infekcją i gronkowcem.

Są takie momenty kiedy wszystkiego mi się odechciewa, jestem zdemotywowany i zmęczony. I wtedy wchodzi Pawłowicz, cała na, no cała po prostu. Sukces mnie kopnął normalnie. Raciczką” – napisał na swoim Twitterze Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny pisma „Liberte!”, które we współpracy z Uniwersytetem Warszawskim współorganizowało spotkanie z szefem Rady Europejskiej, po tym jak posłanka Pawłowicz nazwała go „satano-faszystą”.

Jażdżewski, przemawiający w piątek przed Donaldem Tuskiem, ostro skrytykował polski Kościół. W jego opinii „Kościół katolicki w Polsce nie ma prawa moralnego, by sprawować funkcję sumienia narodu. […] obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze. […] zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa i gdyby dzisiaj Chrystus był ponownie ukrzyżowany, to prawdopodobnie przez tych, którzy używają krzyża jako pałki do tego, aby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”.

Słowa Jażdżewskiego spotkały się z ostrą krytyką prawicowych mediów i przedstawicieli Kościoła. Ks. Daniel Wachowiak napisał, że słysząc takie słowa jako chrześcijanin, wyszedłby ze spotkania.

Z kolei w opinii Piotra Semki przemówienie Jażdżewskiego było zaplanowaną strategią Donalda Tuska. „Używa Jażdżewskiego dokładnie tak samo jak kiedyś spuszczał że smyczy Palikota. Do gryzienia oponentów i mówienia rzeczy, których samemu nie chce mówić na głos” – napisał na Twitterze dziennikarz.

Jednak największy atak na naczelnego „Liberte!” spadł ze strony Krystyny Pawłowicz, która uznała, że samo przemówienie Jażdżewskiego, obecność szefa RE, jak i skład słuchaczy, to niezbity „DOWÓD na realne zagrożenie dla katolicyzmu ze strony opozycji.”

Posłanka domaga się reakcji hierarchów kościelnych: „Czy będzie reakcja ze strony polskiego Kościoła na pokaz nienawiści i pogardy dla polskich katolików na spotkaniu D.TUSKA z jego intelektualnymi elitami? Wiem, że niejaki Jażdżewski to nie partner do rozmowy, ale na wulgarny publiczny atak na katolików NIKT nie zareagował, też D.Tusk. Brońcie nas!”

Prezes PiS, kierując się cyniczną kalkulacją, wyhodował monstrum skrajnej prawicy. I stracił nad nim kontrolę.

Nacjonalistyczny marsz przeciwników UE w Warszawie 1 maja pokazał, że na prawo od PiS-u rośnie nowa siła. Nie pierwszy to taki sygnał – wyraźnie widzieliśmy to już 11 listopada zeszłego roku, kiedy PiS-owi nie udało się przejąć kontroli nad Marszem Niepodległości i w efekcie ulicami Warszawy najpierw przeszła nieduża grupka zwolenników rządu z politykami partii rządzącej na czele, a dopiero później w pewnym oddaleniu od oficjeli na ulice wylał się znacznie większy tłum skrzyknięty przez nacjonalistycznych radykałów.

Trendy ujawniające się w wystąpieniach ulicznych zaczynają już też być widoczne w sondażach – prawicowa Konfederacja od jakiegoś czasu ociera się o próg wyborczy, a ostatnio czasami go nawet przekracza. Wydaje się więc, że stało się to, czego Jarosław Kaczyński bardzo chciał uniknąć: konkurenci zaszli PiS z prawej strony. To oznacza wyrok śmierci dla Kukiza, który pozbawiony wsparcia narodowców raczej nie ma większych szans na utrzymanie się na powierzchni, ale także zagrożenie dla partii rządzącej, która chciała mieć monopol na narrację prawicowo-nacjonalistyczną.

Nacjonalistyczne mięso armatnie PiS-u

Przez lata Kaczyński dokładał starań, by nie pójść drogą węgierskiego Fideszu, który od samego początku musiał rywalizować o głosy nacjonalistycznego elektoratu ze skrajnie prawicową partią Jobbik (dopiero ostatnio Jobbik zmienił wizerunek, przesuwając się do centrum). Prezes PiS chciał, by jego partia nie miała na prawicy rywali – w tym celu wasalizował i wchłaniał potencjalnych konkurentów, oddając ich liderom (Gowinowi, Ziobrze) stanowiska w rządzie.

Natomiast narodowców, faszyzujących zadymiarzy, ONR-owców, Wszechpolaków i nacjonalistycznych kiboli zlekceważył. Uznał, że to tylko podatne na manipulację „mięso armatnie” polityki, którym można się posłużyć do swoich celów. Najwyraźniej nie sądził, że środowiska te mogą kiedykolwiek na tyle się wzmocnić, by zakwestionować jego monopol na prawicy.

Przez lata więc PiS flirtował ze skrajną prawicą, dopuszczał jej przedstawicieli do głosu, otaczał antysemitów, nacjonalistów i zwykłych faszystów dyskretną opieką, dbał, by nie spotkały ich zbyt poważne konsekwencje prawne. Śledztwa prokuratury wobec tych środowisk były umarzane lub wlokły się latami, nie mogąc dojść do końca, sprawy były cofane do uzupełnienia materiału dowodowego, a gdy już dochodziło do procesów, prokuratura występowała o złagodzenie wymiaru kary – i tak dalej. W intencji rządzących wszystko to miało być czytelnym sygnałem wypuszczonym w kierunku elektoratu skrajnej prawicy: my jesteśmy waszymi prawdziwymi przyjaciółmi, głosujcie więc na nas.

Zeszłoroczny Marsz Niepodległości był pierwszym zwiastunem kłopotów – pokazywał, że nacjonalistyczna prawica emancypuje się i zyskuje pozycję pozwalającą jej myśleć o odegraniu samodzielnej roli w polskiej polityce.

Oczywiście Kaczyński sam jest odpowiedzialny za sprokurowanie sobie – i całej Polsce – tych kłopotów. Kierując się cyniczną kalkulacją i żądzą władzy, niczym doktor Frankenstein przez lata hodował skrajnie prawicowe monstrum, sądząc, że zawsze je będzie kontrolować. Teraz potwór wyrwał się na wolność i zagraża swojemu stwórcy.

Kaczyński nie uczy się na własnych błędach

Swoją drogą, wystawia to kiepskie świadectwo Kaczyńskiemu jako politykowi zdolnemu do przewidywania konsekwencji swych działań. Zwłaszcza, że raz już miał z podobną sytuacją do czynienia – w 1990 roku podczas wyborów prezydenckich. To przecież on był wówczas inicjatorem i mózgiem kampanii Lecha Wałęsy. I to on wymyślił, by flirtować z antyestablishmentowym populizmem i antysemityzmem, rozbujać nastroje społeczne, podsycać wrogość do wielkomiejskich elit, kwestionować kształt reform rynkowych, kreować wrogość do warstw wykształconych i przedsiębiorców. To Jarosław Kaczyński, kryjąc się w cieniu Lecha Wałęsy, był motorem kampanii, w której padały słowa o wymachiwaniu siekierą i puszczaniu „wrogów ludu” w skarpetkach.

Efektem tego odwołania się do populizmu było pojawienie się Stana Tymińskiego, który w tej konkurencji okazał się zawodnikiem znacznie lepszym. Wałęsę przed klęską w drugiej turze uratowało wsparcie ze strony tych, którzy mieli być puszczani w skarpetkach – wyborcy lewicowi, centrowi i liberalni zacisnęli zęby i kierując się odpowiedzialnością za kraj zagłosowali na tego, który jeszcze wczoraj ich obrażał.

Najwyraźniej Kaczyński nie uczy się na błędach. Po prawie trzydziestu latach od tamtej kampanii zastosował tę samą metodę „kontrolowanego” rozhuśtywania nastrojów i flirtowania z nacjonalizmem. I efekty są takie same – pojawił się rywal, który w tej konkurencji jest znacznie lepszy.

Spóźniony alarm w obozie władzy

W obozie PiS-u najwyraźniej już zdają sobie sprawę, że skrajnie prawicowa Konfederacja jest w tych wyborach groźnym konkurentem – może pokonać próg, odbierając PiS-owi mandaty i przyczyniając się w ten sposób do zwycięstwa Koalicji Europejskiej. Oficjalna propaganda przestała więc nacjonalistów oszczędzać i szuka na nich wszelkich możliwych haków: „Marek Bosak, brat jednego z liderów Konfederacji Krzysztofa Bosaka, należy do kadry zarządzającej w firmie Vivus, której większościowym udziałowcem jest rosyjski oligarcha Oleg Wiktorowicz Bojko” – podaje Niezależna.pl, a w ślad za nią TVP.Info. „Kandydatka Konfederacji broniła sowieckich pomników w Polsce i odwiedziła Krym” – ujawniają te same portale. „Kandydat Konfederacji profesor Włodzimierz Osadczy był promotorem Ludmiły Kozłowskiej” – dodaje portal wpolityce.pl.

Wydaje się jednak, że już jest za późno. Doktor Frankenstein Kaczyński nie zdoła zagnać z powrotem do klatki potwora, którego wyhodował. A skoro tak, to liczyć się trzeba z dwoma rodzajami konsekwencji.

Po pierwsze, w obozie władzy nasilą się podskórne napięcia i tendencje odśrodkowe. Od dawna widać wyraźnie, że Zbigniew Ziobro z trudem pohamowuje wybujałe ambicje i podporządkowuje się liderowi. I to właśnie on odgrywa rolę głównego mecenasa i adwokata nacjonalistów. Teraz może uznać, że pojawienie się nowego ośrodka na skrajnej prawicy wzmacnia jego pozycję przetargową wewnątrz obozu władzy i pozwala mu postawić prezesowi twardsze warunki.

Po drugie zaś, środowiska opozycyjne muszą się liczyć ze zmianą narracji w obozie władzy. Pojawienie się rywala na prawo od PiS-u pozwoli tej partii zastosować ten sam zabieg socjotechniczny, którym posługiwał się na Węgrzech Orbán – puszczał oko do umiarkowanego elektoratu konserwatywnego i wskazywał na Jobbik, mówiąc: widzicie tych ekstremistów? To wielkie zagrożenie dla kraju, a ja jestem najlepszym gwarantem, że nie dojdą do władzy. Głosujcie więc na Fidesz, który w przeciwieństwie do Jobbiku jest cywilizowaną prawicą.

Prędzej czy później (raczej prędzej) PiS zastosuje ten sam chwyt propagandowy. Pytanie, czy Polacy dadzą się na to nabrać tak, jak dało się nabrać wielu Węgrów.

Krystyna Pawłowicz, Duda, Jacek Kurski – bliżej im do sowietów, niż do Polaków

4 Maj

„Materiał o Tusku „Wiadomości” zilustrowały zdjęciem Hitlera. Naprawdę nie da się upaść niżej” – skomentował na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki” wczorajszy program „informacyjny” w TVP.  To wydanie prowadziła Danuta Holecka, która od niedawna jest także szefową „Wiadomości”.

Materiał przygotował Krzysztof Nowina-Konopka, który do opowiedzenia o wykładzie Donalda Tuska użył zdjęć z Hitlerem, Stalinem i defiladą żołnierzy nazistowskich Niemiec! Co istotne – tego fragmentu „dziwnym trafem” zabrakło na internetowej stronie TVP. Materiał został przemontowany i w takiej wersji umieszczony w internecie. Nie zabrakło natomiast stwierdzeń, że Tusk jest „na pasku” Angeli Merkel, której – zdaniem TVP – zawdzięcza stanowisko szefa Rady Europejskiej.

„TVP zapakowała Hitlera i Stalina do programu o Tusku. Żeby wnieść do dyskusji nieco – obiektywizmu – zdrowego rozsądku – i chrześcijańskiego pojednania” – sarkastycznie skomentował Marcin Wyrwał z onet.pl.

„Za każdym razem gdy wydaje się, że Wiadomości TVP sięgnęły dna, ludzie z placu Powstańców Warszawy pokazują, że potrafią być jeszcze podlejsi i jeszcze gorsi” – to opinia Patryka Słowika z „DGP”. – Jeśli myślisz, że wszystkie granice zostały przekroczone, TVP podnosi poprzeczkę. Wczorajszy materiał tego przykładem” – to wpis Żanety Gotowalskiej z „GW”.  – I już ponad trzy lata ciągła myśl w głowie: jakim cudem oni są w stanie spojrzeć sobie w lustro?” – napisał Janusz Schwertner z onet.pl.

Najnowszy wpis Krystyny Pawłowicz na Twitterze trudno nazwać inaczej jak zwyczajną konfabulacją, żeby nie użyć mocniejszych słów. – „IDŹMY na wybory 26 V i głosujmy na PIS, by już NIGDY WIĘCEJ na żadne stanowisko w UE nie został przez GER lub FRA WSKAZANY ktoś taki, jak D. TUSK, który dla kasy porzucił funkcję premiera PL, upokorzył i zubożył Polaków, dzieli nas, łamie traktaty i podważa wynik demokrat. wyborów w RP” [pisownia oryg. – przyp. red.] – napisała posłanka PiS.

„Pani poseł, bardzo przepraszam, czy wicepremier Szydło, minister Brudziński i minister Zalewska porzucają Polskę dla kasy i upokarzają Polaków?” – zapytała dziennikarka Dominika Długosz. – „Bardzo ciekawe – a w którym konkretnie miejscu podważył wynik wyborów bądź złamał traktat?” – to z kolei pytanie Dariusza Ćwiklaka z „Newsweeka”. Posłanka Pawłowicz nie raczyła odpowiedzieć.

A Pani Zalewska tam dla kasy czy z powodu swoich wysokich kompetencji w upokarzaniu, dewastowaniu i dzieleniu szkolnictwa? Nie mówiąc o dobru dzieci zwłaszcza z obecnych 8 klas SP i 3 Gimnazjum”; – „Wycie Pawłowicz wyjątkowo bezcenne. Strach przed przegranymi wyborami i odpowiedzialnością karną zagląda pisiakom w oczy? Znakomicie”;

„Fakt. Z PiS nikt by takiego stanowiska nie otrzymał. Nie ta liga droga Pani. Macie się kogo obawiać”; – „Wy fachowcy z PiS-u już pokazaliście co potraficie. To Pani flagę UE nazywała szmatą, a teraz euro do was przemówiło?”; – „Im więcej nienawiści się z Pani wylewa tym bardziej widoczna jest przepaść między PiS-em a normalnością. Donald Tusk to klasa, o której Pani koledzy nawet pomarzyć nie mogą” – podsumowali wpis Pawłowicz internauci.

„PAD może być wykorzystywany przez naszych wrogów! Wystarczy, że zacznie przemawiać, a uśpi całą polską armię. Ktoś musi go przed tym ostrzec! Ktoś, kogo jego speeche nie uśpiły. Ale czy jest w narodzie ktoś taki?! Może Krzysztof Szczerski? – ironicznie zapytał na Twitterze politolog Marek Migalski. Tak na marginesie – może jednak nie, zważywszy na jego pomysły, o tym w artykule „Szczerski proponuje katolickie paszporty – By Polacy emigrujący nie ulegli lewicującym modom”.

A wracając do tweeta Migalskiego, chodzi o przemówienie Andrzeja Dudy podczas wczorajszej defilady w Warszawie z okazji 20-lecia Polski w NATO i 15. rocznicy przystąpienia do UE. Prezydent tokował, a w tle widać żołnierza, który zasnął na siedzeniu w wozie bojowym. – „Pan Duda i reakcja rozentuzjazmowanej publiczności” – napisał jeden z internautów.

„Po prostu zamknął oczy, żeby się lepiej skupić i uchwycić treść wystąpienia”; – „I się wyjaśniło, dlaczego PAD tak zawsze krzyczy”; – „Zachwycony sobą, swoim głosem, podniecony tym, co mówi, po chwili zaczyna wrzeszczeć. Tu widzę szansę, jakieś światełko w tunelu. Obudzą się” – komentowali internauci wpis Migalskiego.

Przez ponad trzy lata rządzący wbijali nam do głów, jaka ta UE fatalna, a teraz  politycy PiS dają dyla do Brukseli.

Wyścig do Parlamentu Europejskiego trwa w najlepsze. Przepychanki, obietnice na każdym kroku… Kto da więcej, kto się lepiej sprzeda, ten przez dobrych kilka lat będzie żył jak pączek w maśle. Ech ta kasa, ten prestiż. Czyż można pragnąć czegoś więcej? Jak to się mówi „tylko krowa nie zmienia poglądów”, więc ruszyli do walki eurosceptycy i tak powalczą do tchu ostatniego, bo fucha europosła warta wszystkiego…

Przez ponad trzy lata partia rządząca wbijała nam do głów, jaka ta UE fatalna. Flaga unijna to szmata i nie warto jej eksponować (Krystyna Pawłowicz), polityka unijna skierowana przeciwko interesom Polski ogranicza suwerenność (Gabriela Masłowska), ukrywa informacje o gwałtach na kobietach (Patryk Jaki), to dyktat i podległość (Anna Sobecka), kasa unijna ważna, ale honor i sprawy narodowe ważniejsze (Andrzej Melak), Komisja Europejska ma problem z autorytetem i reputacją (Beata Szydło), UE już upada (Zdzisław Krasnodębski), wyimaginowana wspólnota (Andrzej Duda), Polska jest gonioną ofiarą, na którą poluje UE (Krystyna Pawłowicz), rządy PiS ważniejsze od obecności Polski w UE (Mateusz Morawiecki) – to tylko nieliczne przykłady, czym dla PiS jest, a właściwie była jeszcze niedawno UE. Mówiono, że Unia niczego nam nie daje. Mówiono, że wszystko, co buduje PiS to za nasze, polskie złotówki. Mówiono, że Unia doi nas równo. Niszczy nasz system wartości, nie dba o chrześcijańskie korzenie, niesie za sobą zło.

A teraz nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakaż zmiana nastawienia do Unii. Dzisiaj Duda mówi, że „Unia Europejska to my”, pozostali politycy z kręgu prezesa nie ukrywają, że Unia to też i nasza przyszłość. Dzisiaj Unia jest kochana, cudna i w ogóle naj… Partia przygotowała wspaniały pakiet eksportowy, a w nim politycy z tzw. pierwszej półki. Ci, którzy do tej pory tak ochoczo włączali się w antyunijność, a teraz chętnie ruszą do Brukseli, by wnieść tam „kaganek” polskiego oświecenia i  polskiego myślenia.

To nie żart. Politycy PiS obudowali swoją żądzę pieniądza piękną ideologią i naprawdę trzeba poważnie potraktować słowa Beaty Szydło, która już czuje misję w kościach i woła pełna uniesienia, by Europa ocknęła się, wyszła z mroków i zobaczyła wreszcie „jak można pięknie żyć i wspaniale się rozwijać. Chcemy, żebyś czerpała od nas te wzorce”. Toż to istna krucjata na miarę XXI wieku. Będzie więc walka o krzyże w każdym pomieszczeniu Parlamentu Europejskiego, o przywrócenie chrześcijaństwu godnego miejsca, o zmianę mentalności z tej, tak otwartej na gender, LGBT, imigrantów, na prawdziwie polską, naładowaną zabobonami i wstecznictwem. Będzie walka o umocnienie polskiej złotówki, a może nawet zastąpienie nią tego byle jakiego euro czy też o całkowite podporządkowanie Unii polskiemu interesowi. Będzie walka o wprowadzenie w Europie takiej demokracji, jaką PiS zafundowało nam w Polsce. Koń by się uśmiał…

Do Europarlamentu pchają się też członkowie Konfederacji Korwin Liroy Braun Narodowcy. Swój program wyborczy konfederaci zawarli w pięciu punktach, a w nim wszystko, czego nie chcą, czyli Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej. Jak mówią liderzy Konfederacji, „Idziemy po sukces w imię Polski niepodległej. My jesteśmy tymi, którzy realnie chcą walczyć o suwerenność. Będziemy bić się z Brukselą o naszą niepodległość!”. Jeden z przywódców tego ugrupowania już kilka lat temu straszył, że idzie do Brukseli, by rozwalić UE i co mu z tego wyszło? Wiadomo, że Janusz Korwin-Mikke nie przemęczał się za bardzo. A to sobie przysnął podczas przemówienia włoskiej minister Federiki Guidi, a to w czasie dyskusji na sali Parlamentu Europejskiego podniósł rękę w geście nazistowskiego pozdrowienia. W swoim pierwszym przemówieniu żądał ukarania pseudonaukowców, którzy gadają bzdury o jakimś tam zagrożeniu klimatycznym. Zasłynął stwierdzeniem, iż kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn czy określeniem „czarnuchy”. I to właściwie wszystko. Tak wyglądało to jego rozsadzanie UE od środka.

Nie ma co ukrywać. Żadna, nawet najlepiej przegadana i podana na tacy ideologia nie przykryje faktycznych przyczyn startu eurosceptyków do Brukseli. Politycy PiS dają dyla. Zostawiają swoje ministerstwa w stanie całkowitego rozkładu i uciekają tam, gdzie jeszcze może uda im się zaistnieć, sprzedać swój populizm. Podobnie i ci z Konfederacji. Głupie gadanie nic tu nie da. Chodzi przede wszystkim o kasę, ciepłą posadkę na kilka lat i zaspokojenie swego wygłodniałego ego.

Lud to kupi? Zapewne w jakimś stopniu tak, bo przecież wielu wierzy bezkrytycznie w każde słowo prezesa i spółki. Zupełnie nie przeszkadza im, że dzisiejszy przekaz ich ukochanej partii ma się nijak do tego sprzed kampanii wyborczej. Nawet nie zamierzają się nad tym zastanowić. Tak samo kupi populizm w wykonaniu Konfederacji, bo przecież „Polska, Polska nade wszystko”. Już niebawem przekonamy się, co wygra w Polsce: mądrość czy głupota…

Kiedy jesienią 1981 roku Rolling Stonesi grali koncert w Los Angeles Colloseaum, na rozgrzewkę występował przed nimi jeszcze zupełnie wtedy anonimowy Prince. I tak już trudnej sytuacji nie poprawiał fakt, że ubrany był, jak zwykle, w czerwone koronkowe bikini i prochowiec. Jego występ publiczność nagrodziła gradem obelg, za którymi wkrótce poszły warzywa. Prince na scenie wytrzymał 15 minut. Ale trzeba mu oddać, że wrócił na występ kolejnego wieczoru. 

Cóż, nie jest łatwo być supportem. 

Pozostaje mi mieć nadzieję, że SOP starannie wszystkich zrewidował przy wejściu.

W niecałe cztery i pół roku po uchwaleniu Konstytucji 3 maja Polska zniknęła z mapy. 

Absolutystyczne monarchie, pod rękę z rodzimymi reakcjonistami, powołującymi się na obronę zagrożonych polskich tradycji, zniszczyły próbę odrodzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów w oparciu o oświeconą myśl ustrojową i reformatorskie wysiłki. 

Narodzinom nowoczesnego świata przyglądaliśmy się jakby zza szyby, jako zniewolony naród. Wielkie dylematy – emancypację jednostki, rozwój kapitalistyczny, wreszcie samo pojęcie Boga, przysłoniło pierwsze i najbardziej fundamentalne pytanie: bić się czy nie bić? Ten dylemat ukształtował naszą kulturę po dziś dzień. W dobie Polski niepodległej, stanowi obciążenie, z którym nie potrafimy sobie poradzić. 

Nasze myślenie i nasza polityka są głęboko niegotowe stawić czoła nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. Jak w lunatycznym śnie powtarzamy drogę, która doprowadziła nas poza krawędź upadku.

Tadeusz Konwicki w „Kompleksie polskim” napisał. 

W tym nieszczęsnym kraju rządziły duszami ludzkimi przez wieki zdeprawowana religia i sprzedajny kościół. Religia na usługach państwa, religia kierowana przez głowę państwa. A istotą tej religii była zawsze forma, rozdęta, zmitologizowana, zabsolutyzowana forma. A w tej formie najważniejsze było słowo.(…) Słowo stało się krwawym tyranem, słowo stało się okrutnym zabobonem i bezlitosnym Bogiem. 

Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do sprawowania funkcji sumienia narodu. Ten kto szuka transcendencji i absolutu w kościele będzie zawiedziony. Ten kto szuka moralności w Kościele nie znajdzie jej. Ten kto szuka strawy duchowej w kościele nie zostanie nakarmiony.

Polski Kościół wyparł się Chrystusa, wyparł się Ewangelii. Gdyby dziś Chrystus pojawił się na świecie zostałby ponownie ukrzyżowany – przez tych, którzy na krzyżu zbudowali sobie trony.

„Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” – z tym zostawia nas królewiecki filozof. 

Agendę układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami, zdobędą władzę nad duszami Polaków. 

Rywalizacja na inwektywy i startowanie w konkurencji na wyścig do dna nie ma sensu, bo albo przegra się z ludźmi, którzy nie mają żadnych moralnych hamulców albo trzeba się do nich całkowicie upodobnić. 

Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry.

Nie może być mowy o odnowie polityki jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz?”. Ci, których „łączy tylko matematyka” będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem.

Walka o władzę i jej zdobywanie jest domeną partii politycznych i ich liderów, to na nich spoczywa pełna odpowiedzialność za wynik. Próba wchodzenia w ich rolę byłaby nieodpowiedzialna nierozsądna, nawet jeśli zwycięstwo strony, z którą sympatyzujemy nie wydaje się przesądzone.

Ale siedzenie z założonymi rękami i krytykowanie z kanapy w oczekiwaniu aż polityka zmieni się sama, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie jest opcją! 

Donald Tusk powiedział na Igrzyskach Wolności, gdzie narodził się ten nasz wspólny plan obchodów trzeciomajowych: „nie czekajcie na jeźdźca na białym koniu”. Cytował Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne.” Od siebie już dodam: nie czekajcie na Mesjasza, bo łatwo może się zmienić w czekanie na Godota. 

Gdzie bije źródło nadziei? W Polkach. 

To bunt kobiet przeciwko nieludzkiemu prawu stał się siłą napędzającą zmiany społeczne w ostatnich latach. Choć jest jeszcze tyle do zrobienia w kwestii równości, to przyznam się wam, że po cichu czekam na nową Joannę Szczepkowską, która powie, że „26 września 2016 (początek czarnego protestu) skończył się w Polsce patriarchat”. Na razie chyba nie będzie to jednak w telewizji publicznej.

Poglądy Polaków na rolę Kościoła katolickiego, małżeństwa homoseksualne, legalizację aborcji ulegają radykalnej liberalizacji. Ci, którzy chcą swój punkt widzenia w tych sprawach wyrażać pokrętnie i niejednoznacznie, byleby nikomu nie podpaść, myślą kategoriami ubiegłej dekady.

Każdy dzień rządów opresyjnej, konserwatywnej ideologii przybliża Polskę do obyczajowej rewolucji. Potrzebna jest nam polityka oparta na fundamentalnych wartościach i moralnych wyborach. Polityka, która pozwala na własnych warunkach zmierzyć się z nowoczesnością. 

Jestem niemal pewien, że na tej sali siedzi przyszła prezydentka Polski. Dała nam przykład Zuzana Czaputova jak zwyciężać mamy!

Na koniec, widzę na sali wielu moich znajomych, rówieśników, – trzydziesto i coraz częściej czterdziestolatków, często świeżo upieczonych rodziców. Odwołam się do pewnie znajomego nam wszystkim doświadczenia przestrzeni jaką jest plac zabaw.

Kiedy siedzimy tam z Magdą i naszym Stasiem nie znamy poglądów innych rodziców, może różnić nas wszystko, ale łączy nas miłość do naszych dzieci, troska o ich szczęśliwe i bezpieczne życie. To emocja, która może połączyć nas wszystkich, tak bardzo różnych, a w pewnym sensie tak bardzo podobnych. 

„Wyborcy populistów niekoniecznie sami są populistami”, warto zapamiętać tę pozornie oczywistą uwagę Jan Wernera Mullera

Kiedy nasz dwu i półletni synek z ufnością chwyta nas za ręce, kiedy wychodzimy razem na ulicę, chcę wiedzieć, że z równą ufnością może spoglądać w przyszłość, którą mu tworzymy. 

Jaka będzie, ta Polska z marzeń naszych dzieci, naszych wnuków? Czy naprawdę jesteśmy gotowi powierzyć ją ludziom, którzy myślą w kategoriach, które już dekadę temu wydawały się mocno anachroniczne? Czy pokolenie wyżu demograficznego i Unii Europejskiej nie dojrzało już do tego, żeby w filmie pod tytułem Polska 2019 przestać grać ogony i role drugoplanowe?

Musimy poszukać nowej opowieści o nas samych, o naszych zbiorowych lękach i aspiracjach. O tym jak nasze indywidualne marzenia wpisać w zbiorową opowieść o Polsce i Europie. Zamiast wciąż fedrować ideowy węgiel trzeba rozejrzeć się za energią odnawialną. 

Ten, kto znajdzie siłę do tego, żeby otworzyć polską politykę na zmianę ideową i pokoleniową będzie mógł chodzić w glorii zwycięzcy. 

„Oczywiście jesteśmy romantykami – pisał Juliusz Mieroszewski, porte-parole Jerzego Giedroycia, w liście do redaktora paryskiej „Kultury”. – Ludzie, którzy do czegoś dążą, zawsze są romantykami i dopiero gdy dopną swego, nagle stają się realistami . (…) Faceci, którzy do niczego nie dążą, nie są romantykami ani realistami, tylko zgoła zerami”.

Podejrzewam, że facet, o którym myślę pozostał w głębi serca romantykiem, nawet jeśli jest to romantyzm po przejściach. A już z całą pewnością nie można mu zarzucić, że do niczego nie dąży. Zapraszam na scenę Donalda Tuska. 

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>