Tag Archives: Dominika Długosz

Ziobro i Kaczyński, czyli Niktson w aferze Waterhejt

25 Sier

„A może Ziobro ma już zbyt wielką wiedzę, także o ludziach obecnego układu rządzącego, aby się go pozbyć? Jeśli przesądza ten ostatni argument, znaczy to, że wszechwładny lider dał się złapać w pułapkę. Postawił na człowieka, którego niespecjalnie cenił i któremu nie ufał. Teraz jego dymisja byłaby symbolicznym podważeniem „reformy wymiaru sprawiedliwości”. A ona jest wciąż na sztandarach”– napisał jeden z prawicowych publicystów Piotr Zaremba. Jego felieton o aferze Piebiaka nosi tytuł: „Ciężko uwierzyć, że Zbigniew Ziobro nie wiedział, co dzieje się w resorcie”.

Publicysta przypomina, że to nie jedyna afera związana z Ziobrą. Wymienia nieopublikowanie list poparcia dla kandydatów do nowej KRS mimo prawomocnego wyroku NSA. – „Jeśli wśród osób zgłaszających kandydatów do KRS przeważali faktyczni urzędnicy ministerstwa, obciąża to tego ministra. Widać gołym okiem, że Ziobrze udaje się, choć pewnie połowicznie, coś, co nie udawało się poprzednikom z innych partii. Że buduje z mniejszości środowiska zwartą grupę gotową na obsługiwanie najbardziej drażliwych i dwuznacznych interesów władzy. Są to kadry dobrze opłacane i uczone dyspozycyjności. To są nowi prezesi sądów, zapewne większość członków nowej KRS, także Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zupełnie jawnie korumpuje się lub uzależnia część sędziów” – twierdzi Zaremba.

„Ciekawy tekst. Szokuje tylko, że napisał go człowiek, który dwa lata temu wygłaszał laudację na cześć Kaczyńskiego, gdy ten dostawał od Sieci nagrodę „Człowieka Wolności.” Bez tego „człowieka wolności” zdegenerowany system nigdy by nie powstał” – podsumował Tomasz Lis z „Newsweeka”.

„Mam tu jakiś dysonans poznawczy, bo sam tekst bardzo rzetelny, za to autor wiele razy dowiódł swego przywiązania do obozu władzy”; – „No to czekamy, kiedy prawa strona nazwie go: psychicznym, targowica, zdradziecka morda, antypolak. Tudzież po prostu odleciał…” – komentowali pozostali internauci.

Najnowszy Newsweek.

„Patrząc z boku i z doświadczenia: Ziobro z całą jego ekipą pokazał, że wie, jak wygląda współczesne pole walki. Dla JK tylko tacy zawodnicy się liczą. Oczywiście ktoś popełnił błąd, że tego nie outsorcował w całości i się wydało. Ludzie nie powinni widzieć jak się robi parówki” – napisał na Twitterze Adam Hofman, były rzecznik PiS. Przypomnijmy, przestał nim być w 2014 r. po tzw. aferze madryckiej. Ówczesny poseł PiS zgłosił wyjazd do Madrytu samochodem i pobrał za niego kilometrówkę, a na miejsce dotarł tanimi liniami lotniczymi. Wykluczony z partii założył firmę public relations.

Wspomniane przez Hofmana outsorcowanie to w dużym skrócie przerzucanie części zadań firmy na zewnątrz. – Outsourcing hejtu „w całości” jest właśnie tym, czego oczekiwał prezes, by się nie wydało, a Ziobro, trójkowy student, nie sprostał”– skwitował jeden z internautów.

Pozostali internauci komentowali jednoznacznie wpis Hofmana: – „Aha, więc gdyby nie ów błąd nic by się nie wydało i wszystko byłoby OK, tak? Porażająco cyniczne i na wskroś pisowskie”; – „Czyli problemem nie jest to, co oni robili? Tylko że robili to mało profesjonalnie”;

„Ufff, dobrze, że pan to napisał. Schudł pan i zaczął się wydawać normalny, ale wciąż jest pan takim samym cynikiem jak wtedy, kiedy pan podatników dymał na kilometrówce do Madrytu. Czyli po staremu – można kraść i dymać, aby się tylko nie wydało”; – „Hofman się nie zmienił. Wg niego każde świństwo, draństwo i sukinsyństwo jest w porządku, BYLE SIĘ NIE WYDAŁO. Qurwa. Pole walki? Z kim? Z sędziami?”; – „Człowiek z PiSu może wyjść, ale PiS z człowieka nigdy!”.

 „Potraktowaliśmy nasze państwo jak skarb, jak najwyższe dobro. Dzięki temu naprawa instytucji publicznych, zwłaszcza podatkowych, doprowadziła do tego, że przeznaczamy duże środki na programy społeczne” – taki cytat z Mateusza Morawieckiego można przeczytać na oficjalnym koncie PiS na Twitterze. Premier wygłosił te słowa podczas dzisiejszej konwencji PiS.

„Rzeczywiście jak skarb i bierzecie z tego skarbca, ile się da”; – „Traktuje Pan rzeczywiście „państwo jak skarb, jak najwyższe dobro” i garściami czerpie z państwa dla WŁASNEGO dobra, używając samolotów rządowych, jak taksówki”;

„Skarby narodowe przez was w ruinie: Puszcza Białowieska, stadnina w Janowie, bohaterzy Solidarności i Powstania Warszawskiego, Konstytucja Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, polscy eksperci, dyplomaci, sędziowie, armia, edukacja, rolnictwo, nauka, kultura, media publiczne…” – komentowali internauci.

O aferze w resorcie Ziobry Morawiecki się oczywiście nie zająknął, za to zapewniał: – „My jesteśmy po prostu rządem patriotycznym”. Ciekawe, jak premier pisowskiego rządu rozumie to pojęcie…

Ośmiornica, która starała się trzymać w głębokim cieniu, nieoczekiwanie dla samej siebie wypłynęła na światło dzienne. Wszyscy ją zobaczyli – i już nie zapomną tego widoku.

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości dotyczące mafijno-gangsterskiej natury systemu budowanego przez PiS? Do niedawna szefowie rządzącej ferajny odwoływali się do sądów i oskarżali ludzi, którzy odważyli się napisać o państwie mafijnym czy o zorganizowanej grupie przestępczej. Los ten spotkał publicystę Wojciech Czuchnowskiego z „Gazety Wyborczej” i prof. Wojciecha Sadurskiego z UW. Czy teraz, po zdemaskowaniu gangu działającego w ministerstwie sprawiedliwości, rządząca sitwa będzie jeszcze miała czelność oskarżać swych krytyków?

Zeznania skruszonej hejterki Emi wydobyły na światło dzienne to, co miało pozostać w ukryciu – opinia publiczna zobaczyła, jak ramiona ośmiornicy oplatają instytucje państwa, prorządowe media i tę część środowiska sędziów, która pomaga władzom niszczyć niezależność wymiaru sprawiedliwości. Widzimy, że żołnierzami gangu są urzędnicy ministerialni, awansowani przez Zbigniewa Ziobrę sędziowie, publicyści rządowych i wspierających rząd mediów. Ta siatka tworzy cały układ, działający w sposób skoordynowany i zaplanowany. Niewątpliwie ma też ośrodek dyspozycyjny, skąd płyną polecenia, instrukcje i wytyczne. W rozmowie z Emi Łukasz Piebiak wyraźnie mówił o „szefie”.

Dlaczego Emilia Sz. to ujawniła?

Motywacje sprawczyni tego zamieszania nie są do końca jasne – ona sama mówi o wyrzutach sumienia i trzeba przyznać, że chwilami brzmi dość wiarygodnie. Z drugiej jednak strony w tle przewijają się fakty, które mogą wskazywać na bardziej osobiste motywacje: słyszymy o jej rozwodzie z sędzią „dobrej zmiany”, o rewizji w domu i konfiskacie nośników pamięci elektronicznej, o braku środków do życia. Mąż, który się z nią rozwodzi, publicznie twierdzi, że żona jest uzależniona od alkoholu i środków psychoaktywnych oraz cierpi na zaburzenia emocjonalne. Nie wiemy, czy to tylko kłamliwe oszczerstwa, czy jest w nich choć ziarno prawdy.

Całkiem możliwe, że jak to w życiu często bywa, mamy tu do czynienia z całym splotem okoliczności i motywacji, z których jedne nie wykluczają drugich, a wręcz mogą je wspierać i wzmacniać.

Ale wszystko to nie ma większego znaczenia – liczą się tylko fakty, które Emilia Sz. ujawniła i które demaskują przestępczą naturę tzw. dobrej zmiany.

Dobra zmiana się miota

Afera wyraźnie zaskoczyła obóz władzy. Rządzący nie byli na nią przygotowani, nie mieli zawczasu sformułowanych odpowiedzi, nie skoordynowali reakcji. Stąd to paniczne, bezładne miotanie się. Najpierw próbowali opowiadać, że sprawa stanowi dowód na to, jak poważnym problemem jest hejt w internecie – ale zaraz potem wyrzucili z ministerstwa Łukasza Piebiaka oraz sędziego Jakuba Iwańca. Cały czas jednak próbują wmówić opinii publicznej: „Polacy, nic się nie stało!”. Ot, pokłócili się sędziowie z sędziami, taka wojenka w środowisku „kasty” – bo tego właśnie słowa używają członkowie gangu, gdy mówią o niezawisłych i odważnych sędziach.

Udający dziennikarzy funkcjonariusze aparatu propagandowego dwoją się i troją, by zamazać prawdziwy obraz sytuacji i by zainteresować opinię publiczną innymi tematami. Trudno się dziwić – walczą wszak o ocalenie własnej skóry. Żołnierze Kurskiego czy Karnowskich doskonale zdają sobie sprawę, że gdy ich mocodawcy i protektorzy stracą władzę, oni sami też wpadną w kłopoty.

Z punktu widzenia grupy trzymającej władzę sytuacja rzeczywiście zaczęła się robić groźna. Wskazują na to nerwowe ruchy: w czwartek wieczorem szef resortu Zbigniew Ziobro stawił się na dywaniku na Nowogrodzkiej. Nie wiemy, jakie słowa padły z ust szefa wszystkich szefów, ale można się domyślić, że nie było to nic przyjemnego. W przedwyborczych notowaniach PiS nastąpiło kilkupunktowe tąpnięcie.

Sam Ziobro, swoim zwyczajem, usiłuje uciec do przodu, zapowiadając przyjęcie przepisów regulujących aktywność sędziów w internecie. To jego stały numer – przy każdej aferze mówi, że przygotuje odpowiednią ustawę, która wprowadzi nowe restrykcje, i zachowuje się tak, jakby to do niego należało uzdrowienie sytuacji. Jakby to nie on był odpowiedzialny za aferę. To też znana metoda, od niepamiętnych czasów stosowana przez cwaniaków wszelkiego autoramentu, którzy krzyczą „łap złodzieja!” i pokazują w drugą stronę, by odwrócić uwagę od siebie.

Miejmy nadzieję, że tym razem już ten numer nie przejdzie. Mafijna natura dobrej zmiany ujawniła się w pełnej krasie i trudno będzie sprawić, by opinia publiczna zapomniała, co zobaczyła.

Ci, którzy nie głosują, nie chcą zrozumieć, że każdego dnia i w każdej chwili dobija się ona do ich drzwi, wpływa na ich codzienność.

Kilka dni temu spotkałam się z dawno niewidzianą młodą osobą. Porozmawiałyśmy o tym, o tamtym, ale nie byłabym sobą, gdybym nie odniosła się do czekających nas 13 października decyzji. Zapytałam więc, czy wybiera się na wybory i w odpowiedzi usłyszałam, że nie. Argument powalił mnie na kolana – nie pójdzie na wybory, bo polityka jej nie interesuje… No właśnie, takich jak ona jest ponad 40% w naszym społeczeństwie. To z reguły młodzi ludzie na tzw. dorobku życiowym. Mieszkają w swoich M-ileś, wziętych na kredyt, mają całkiem dobrą pracę, wychowują albo lada moment będą wychowywali dzieci. Stać ich na wakacje co najmniej raz do roku, wszędzie dojadą własnym samochodem, żyją sobie spokojnie i skupieni są bardzo przede wszystkim na sobie.

Nie mają zielonego pojęcia, że polityka to m. in. działalność instytucji państwowych, co bezpośrednio wpływa na ich możliwości funkcjonowania. To taki układ stosunków społecznych, w których wyraźnie widać kontrolę i wpływ na codzienność władzy lub autorytetu. To system, który zapewnia rozwój społeczny poprzez rozwiązywanie konfliktów. Ale co tam… polityka ich nie obchodzi i nawet sprawy sobie nie zdają, że chcąc czy nie, są częścią tej polityki. Każdego dnia i w każdej chwili dobija się ona do ich drzwi, wpływa na ich codzienność, kreuje obraz ich życia, wspomaga podejmować decyzje. Nie pomoże tutaj żadne zaprzeczenie, bo siedzą w polityce po uszy, choć wydaje się, że są tego zupełnie nieświadomi.

Dzisiaj twardo stoją na stanowisku, że ich jakaś tam polityka obchodzi. Zamiast na wybory wolą pooglądać telewizję, jakąś komedię romantyczną, wyskoczyć za miasto na piwko ze znajomymi. A jednak przyjdzie czas, gdy ta polityka walnie ich ostro i co wtedy? Kogo będą winić, do kogo będą mieli pretensje, gdy ich, tak pięknie poukładany świat, rozsypie się jak domek z kart?

Może zdarzyć się taka sytuacja, gdy wracając sobie spokojnie do domu, zahaczą o kolumnę samochodów rządowych, która wymusi na nich pierwszeństwo i doprowadzi do kolizji. Nagle okaże się, że to oni są winni zdarzeniu, bo przecież nie prominenci władzy. Ich samochód będzie nadawał się do kasacji, a oni stracą mnóstwo kasy na opłacenie adwokata, który przed upolitycznionym sądem będzie chciał dowieść ich niewinności. Dostaną jakiś tam wyrok, w najlepszym przypadku – w zawieszeniu, ale odnotowany w aktach, co utrudni im rozwój kariery zawodowej. Oczywiście, nie musi to być kolumna, wystarczy samochód prowadzony przez kogoś, mocno związanego z partią rządzącą.

Może zdarzyć się tak, że podczas niedzielnego spaceru z rodziną, zupełnie nieświadomie znajdą się w pobliżu protestujących w obronie demokracji w Polsce. Przypadkowo zgarnie ich dość brutalnie policja, zabierze na komisariat, spisze, a za jakiś czas sąd dowali im karę za udział w manifestacji. Karę, która również będzie odnotowana w aktach. Mało tego, odpowiednie służby mogą uznać, że narazili swoje potomstwo na niebezpieczeństwo i zaczną się wywiady środowiskowe, wizyty kuratora, straszenie, że dzieci im się odbierze. Mogliby też, przypadkowo, trafić w sam środek marszu dumnych narodowców, maszerujących sobie ku chwale i z pełnym poparciem rządzących. Tutaj nie policja byłaby dla nich groźna, ale jakaś puszczona raca, rzucony kamień. W takim tłumie agresywnych osiłków łatwo o zranienie, uszkodzenie ciała. A potem płacz, nerwy, koszty leczenia i… zwykły spacer zamieniony w koszmar chichoczącej polityki, którą przecież się nie interesują, bo ona ich nie dotyczy.

W którymś momencie ich dzieci trafią do szkoły. Szkoły, która zdążyła już odejść od modelu instytucji świeckiej, nie podlegającej indoktrynacji, a uczyć w niej będą nauczyciele, odpowiednio zweryfikowani testami na patriotyzm w rozumieniu władzy. Zdobywana wiedza będzie oparta na wartościach tylko chrześcijańskich. Historii będę uczyli chłopcy narodowcy, wciskający kit, że tylko żołnierze przeklęci, ups przepraszam, wyklęci, są warci pamięci, a patriotyzm polega na tym, by dać się zabić za Ojczyznę. Mało tego, biorąc przykład z władzy, dzieci będą dowalały sobie na całego, jeszcze gorzej niż teraz. W końcu jak władza w taki sposób walczy ze swoimi oponentami, to i oni tak mogą, prawda? Hejt, agresja, nienawiść będą na porządku dziennym i jeśli ich dziecko nie wtopi się w tłum, to będzie miało przerąbane. Wystarczy zbyt ciemna karnacja, lekka nadwaga, wiara w innego, nie katolickiego Boga, jakaś dysfunkcja i już pozamiatane. Na ich dziecku skupią się owoce takiej polityki, która sankcjonuje i aprobuje walkę z wszelką innością. Nie chcę nawet myśleć, co się wydarzy, gdy okaże się, że córeczka lub synek mają inną orientację seksualną. Prześladowcy w imieniu obowiązującego prawa i za zgodą władz, będą mogli go spokojnie pobić, zniszczyć mu życie. Ale co tam… ich polityka nie interesuje.

Coraz większe zapotrzebowanie na rozdawanie pieniędzy doprowadzi do nakładania co rusz nowych podatków, które kto będzie płacił? Oczywiście oni. Postępująca inflacja, wynikająca ze złego zarządzania państwem, uderzy ich po kieszeni, jakiś niewielki nawet kryzys gospodarczy spowoduje drastyczny wzrost rat kredytów. Nie dla nich będzie prawo, obejmujące tylko grupę uprzywilejowaną, wiara w sprawiedliwość okaże się fikcją, jeśli nie znajdą się po właściwej, rządowej stronie mocy. W sądach będą traktowani jak obywatele drugiej kategorii. W szpitalach będą umierali w oczekiwaniu na lekarza, a w razie ciężkiej choroby sami będą musieli finansować własne leczenie. Na wakacje zagraniczne odechce im się wyjeżdżać, bo wszędzie będą traktowani jak pariasi, ci gorsi, z wariatkowa, więc nie pasujący do demokracji światowej. Zresztą, czy będzie ich na takie wypady stać? Karmieni papką propagandową, zapomną o dobrej książce, sztuce, którą warto zobaczyć. Swoją biernością dadzą przyzwolenie na łamanie praw człowieka, ale czy to ważne? Ich polityka nie interesuje…

Zadowoleni będą spędzać dzień 13 października po swojemu i z dala od lokali wyborczych, wierząc, że są Bogami swego świata i nikt oraz nic tego nie zmieni. Do czasu…

#Watergate po polsku

Pedofil u Rydzyka i pisowskie zakłamanie Morawieckiego oraz Szydło

22 Maj

Proboszcz z Tylawy – skazany przez sąd za molestowanie 6 dziewczynek – wciąż codziennie odprawia msze – tak wynika z ustaleń reportera TVN 24 Leszka Dawidowicza. Ks. Michał M. w każdy piątek dzwoni też do Radia Maryja, by przeprowadzić poranny różaniec ze słuchaczami rozgłośni Tadeusza Rydzyka.

To ten sam ksiądz, którego sprawę umorzyła prokuratura w Krośnie. Jej ówczesny szef prokurator Stanisław Piotrowicz tak w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” tłumaczył księdza pedofila– „Dla dzieci nocowanie w obcym domu jest atrakcją. Kąpiel wynikała zaś z tego, że dzieci były brudne. Całowanie w usta według niego było na zasadzie „daj ciumka” czy „gilgotanie brodą”.

Proboszcz z Tylawy ostatecznie został skazany w 2004 roku na 2 lata więzienia. Ksiądz w rozmowie z reporterem TVN stwierdził, że Piotrowicz miał mu powiedzieć już po wyroku, że uważa, iż jest niewinny. – „Do dziś jest przekonany” – twierdzi ksiądz Michał M.

Reporter TVN24 rozmawiał z ofiarami Michała M. – „Dla mnie to jest potwór. To jest człowiek, który nigdy nie powinien pracować z dziećmi. On szukał ofiar, brał na kolana, ściskał aż się cały trząsł” – mówi dorosła już dzisiaj kobieta. Jak zaznacza dziennikarz TVN24, w świetle prawa świeckiego wyrok ks. Michała M. już się zatarł. W świetle wytycznych kościelnych pojawia się pytanie, dlaczego wciąż jest księdzem…

„Ksiądz z Tylawy odmawia co piątek różaniec w Radiu Maryja. Napisałabym, że czekam na deklaracje polityków, którzy tam masowo bywają, że nie przyjmą zaproszenia, póki to się nie zmieni, ale przecież nie czekam, bo to bez sensu” – podsumowała Dominika Długosz z „Newsweeka”. A prawniczka Dorota Brejza dodała: – „Różaniec na antenie Radia Maryja odprawia ksiądz z Tylawy skazany prawomocnie za molestowanie 6 dziewczynek. Ten sam ksiądz, którego „adwokatem” został prokurator Piotrowicz, ówczesny szef prokuratury w Krośnie (która umorzyła postępowanie). Mariaż tronu i ołtarza”.

„Do PMM: Twierdził Pan w prokuraturze, że o działkach wie od kard. Gulbinowicza. Pańska żona twierdzi, że od pośrednika nieruchomości. – Kto kłamie? Pan do protokołu i pod przysięgą? Czy żona? Czy kłamiecie państwo oboje? Bo oboje nie możecie mówić prawdy” – oznajmił na Twitterze wicenaczelny „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski. To jego komentarz po dzisiejszej konferencji prasowej Mateusza Morawieckiego. A chodzi o „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”.

Premier zawile usiłował się dziś tłumaczyć, głównie atakując dziennikarzy „Gazety Wyborczej”.  – „To atak na moją małżonkę” – mówił Mateusz Morawiecki. Pozwolił też sobie na taki komentarz: – „Jak będę od tej pory czytał wyniki meczów, tabelę ligową w „Gazecie Wyborczej”, to będę również sprawdzał na wszelki wypadek w innych mediach”.

„Złapany za rękę mówi, że to nie jego ręka – klasyk”; – „Sytuacja teoretycznie tylko możliwa w sytuacji, gdy kardynał po godzinach jest pośrednikiem nieruchomości”; – „Gulbinowicz był pośrednikiem, państwo M. słupem. Zaraz pojawi się pewnie jakiś bezdomny z Maybachem…..” – „Obstawiam, że to fachowiec od oszczędnego gospodarowania prawdą”; – „Że też mi nigdy żaden pan kardynał (ani nawet pan biskup, lub chociaż pan proboszcz) nie powiedział, że mogę tanio hektary kupić…” – komentowali internauci.

Nie można bać się hejtu – skuteczną odtrutką na niego jest odwaga i siła własnych przekonań.

Od jakiegoś czasu, a jest to zwłaszcza widoczne w kampanii wyborczej, zauważyłam, że najważniejszym politycznym kryterium zrobienia lub niezrobienia czegoś, zagłosowania za lub przeciw, podjęcia takich czy innych ustaleń jest: co na to powie konkurencja polityczna? Co napiszą rządowe media? Jak będzie można to zmanipulować w oczach opinii publicznej? Czy to, co chcemy zrobić nie zostanie, aby przekręcone i nie posłuży do ataku na nas? Czy nie będzie zbyt łatwe do użycia przeciw nam? I oczywiście nieśmiertelne: czy to się naszej partii opłaca? Czy urośnie nam czy spadnie w sondażach?

Rozumiem tę postawę i rozumiem, że wynika ona z bezprecedensowego w historii pokomunistycznej Polski upadku debaty publicznej, botów, fejków, manipulacji, propagandy i brutalnych, personalnych nagonek, a jednak pozwolę sobie ją skrytykować. Bo moim zdaniem wiele z polskich bolączek wynika właśnie z tego, że już niemal wszyscy (choć nie wszyscy na szczęście!) politycy zapomnieli, że powinno się brać pod uwagę tylko jedno jedyne kryterium: czy to, co chcemy zrobić jest słuszne? Czy jest dobre dla ludzi? Czy przyczyni się do rozwoju obywateli, Polski, także w dłuższej perspektywie?

Wiem, że to trudne i pracochłonne. Znam wszystkie argumenty przeciw, łącznie z tym, że „my będziemy szlachetni i dobrzy, a tymczasem przeciwnicy nie mający takich skrupułów nakradną, nakłamią i wygrają wybory i wtedy żadne z tych szczytnych planów się nie ziszczą”. A jednak uważam, że mam rację.

Nigdy nie sądziłam, że to, że coś jest trudne jest argumentem, żeby tego nie robić. Nigdy nie uważałam, że to, że coś na początku jest niepopularne jest argumentem, żeby tego nie robić. Dla mnie taka sytuacja oznacza tylko tyle, że trzeba włożyć więcej pracy, więcej wysiłku, więcej pomysłów, żeby przekonać do tego ludzi, zarazić ich swoją pasją i swoją wizją. I bardzo bym chciała, żeby tak myśleli także politycy.

Nie oczekujmy od polityków mniejszego zła i przeciętności. Oczekujmy tego, co najlepsze, programu i projektu, jak się rozwinąć kulturowo i cywilizacyjnie, jak żyć w kraju sprawiedliwym, przejrzystym, sprawnym, praworządnym i tolerancyjnym, życzliwym. Oczekujmy, że będą mieli na to plan, pomysły i recepty. Nie przyjmujmy niekompetencji i byle jakich tłumaczeń, bo zawsze tylko to będziemy dostawać.

I na koniec jedna tylko uwaga. Politycy, którzy sądzą, że jak będą „grzeczni”, poprawni politycznie i nie będą się narażać, unikną hejtu, bardzo głęboko się mylą. Istotą hejtu, wbrew angielskiej nazwie, nie jest bowiem nienawiść, tylko władza nad drugim człowiekiem. I ustępowanie hejterom kończy się dokładnie tak, jak ustępowanie terrorystom – zastraszeniem, śmiercią, czasem fizyczną, a czasem cywilną i nieuchronną eskalacją żądań.

Jestem przekonana, że jedyną sensowną strategią wobec hejtu jest składanie doniesień organom ścigania i ograniczanie go metodami prawnymi. Poza tym trzeba robić swoje, nie ustępując na krok. Bo nie tchórzostwo jest skuteczną odtrutką na hejt, tylko odwaga i siła własnych przekonań. A że to trudne? Jak wszystko, co jest coś warte.

Krystyna Pawłowicz, Duda, Jacek Kurski – bliżej im do sowietów, niż do Polaków

4 Maj

„Materiał o Tusku „Wiadomości” zilustrowały zdjęciem Hitlera. Naprawdę nie da się upaść niżej” – skomentował na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki” wczorajszy program „informacyjny” w TVP.  To wydanie prowadziła Danuta Holecka, która od niedawna jest także szefową „Wiadomości”.

Materiał przygotował Krzysztof Nowina-Konopka, który do opowiedzenia o wykładzie Donalda Tuska użył zdjęć z Hitlerem, Stalinem i defiladą żołnierzy nazistowskich Niemiec! Co istotne – tego fragmentu „dziwnym trafem” zabrakło na internetowej stronie TVP. Materiał został przemontowany i w takiej wersji umieszczony w internecie. Nie zabrakło natomiast stwierdzeń, że Tusk jest „na pasku” Angeli Merkel, której – zdaniem TVP – zawdzięcza stanowisko szefa Rady Europejskiej.

„TVP zapakowała Hitlera i Stalina do programu o Tusku. Żeby wnieść do dyskusji nieco – obiektywizmu – zdrowego rozsądku – i chrześcijańskiego pojednania” – sarkastycznie skomentował Marcin Wyrwał z onet.pl.

„Za każdym razem gdy wydaje się, że Wiadomości TVP sięgnęły dna, ludzie z placu Powstańców Warszawy pokazują, że potrafią być jeszcze podlejsi i jeszcze gorsi” – to opinia Patryka Słowika z „DGP”. – Jeśli myślisz, że wszystkie granice zostały przekroczone, TVP podnosi poprzeczkę. Wczorajszy materiał tego przykładem” – to wpis Żanety Gotowalskiej z „GW”.  – I już ponad trzy lata ciągła myśl w głowie: jakim cudem oni są w stanie spojrzeć sobie w lustro?” – napisał Janusz Schwertner z onet.pl.

Najnowszy wpis Krystyny Pawłowicz na Twitterze trudno nazwać inaczej jak zwyczajną konfabulacją, żeby nie użyć mocniejszych słów. – „IDŹMY na wybory 26 V i głosujmy na PIS, by już NIGDY WIĘCEJ na żadne stanowisko w UE nie został przez GER lub FRA WSKAZANY ktoś taki, jak D. TUSK, który dla kasy porzucił funkcję premiera PL, upokorzył i zubożył Polaków, dzieli nas, łamie traktaty i podważa wynik demokrat. wyborów w RP” [pisownia oryg. – przyp. red.] – napisała posłanka PiS.

„Pani poseł, bardzo przepraszam, czy wicepremier Szydło, minister Brudziński i minister Zalewska porzucają Polskę dla kasy i upokarzają Polaków?” – zapytała dziennikarka Dominika Długosz. – „Bardzo ciekawe – a w którym konkretnie miejscu podważył wynik wyborów bądź złamał traktat?” – to z kolei pytanie Dariusza Ćwiklaka z „Newsweeka”. Posłanka Pawłowicz nie raczyła odpowiedzieć.

A Pani Zalewska tam dla kasy czy z powodu swoich wysokich kompetencji w upokarzaniu, dewastowaniu i dzieleniu szkolnictwa? Nie mówiąc o dobru dzieci zwłaszcza z obecnych 8 klas SP i 3 Gimnazjum”; – „Wycie Pawłowicz wyjątkowo bezcenne. Strach przed przegranymi wyborami i odpowiedzialnością karną zagląda pisiakom w oczy? Znakomicie”;

„Fakt. Z PiS nikt by takiego stanowiska nie otrzymał. Nie ta liga droga Pani. Macie się kogo obawiać”; – „Wy fachowcy z PiS-u już pokazaliście co potraficie. To Pani flagę UE nazywała szmatą, a teraz euro do was przemówiło?”; – „Im więcej nienawiści się z Pani wylewa tym bardziej widoczna jest przepaść między PiS-em a normalnością. Donald Tusk to klasa, o której Pani koledzy nawet pomarzyć nie mogą” – podsumowali wpis Pawłowicz internauci.

„PAD może być wykorzystywany przez naszych wrogów! Wystarczy, że zacznie przemawiać, a uśpi całą polską armię. Ktoś musi go przed tym ostrzec! Ktoś, kogo jego speeche nie uśpiły. Ale czy jest w narodzie ktoś taki?! Może Krzysztof Szczerski? – ironicznie zapytał na Twitterze politolog Marek Migalski. Tak na marginesie – może jednak nie, zważywszy na jego pomysły, o tym w artykule „Szczerski proponuje katolickie paszporty – By Polacy emigrujący nie ulegli lewicującym modom”.

A wracając do tweeta Migalskiego, chodzi o przemówienie Andrzeja Dudy podczas wczorajszej defilady w Warszawie z okazji 20-lecia Polski w NATO i 15. rocznicy przystąpienia do UE. Prezydent tokował, a w tle widać żołnierza, który zasnął na siedzeniu w wozie bojowym. – „Pan Duda i reakcja rozentuzjazmowanej publiczności” – napisał jeden z internautów.

„Po prostu zamknął oczy, żeby się lepiej skupić i uchwycić treść wystąpienia”; – „I się wyjaśniło, dlaczego PAD tak zawsze krzyczy”; – „Zachwycony sobą, swoim głosem, podniecony tym, co mówi, po chwili zaczyna wrzeszczeć. Tu widzę szansę, jakieś światełko w tunelu. Obudzą się” – komentowali internauci wpis Migalskiego.

Przez ponad trzy lata rządzący wbijali nam do głów, jaka ta UE fatalna, a teraz  politycy PiS dają dyla do Brukseli.

Wyścig do Parlamentu Europejskiego trwa w najlepsze. Przepychanki, obietnice na każdym kroku… Kto da więcej, kto się lepiej sprzeda, ten przez dobrych kilka lat będzie żył jak pączek w maśle. Ech ta kasa, ten prestiż. Czyż można pragnąć czegoś więcej? Jak to się mówi „tylko krowa nie zmienia poglądów”, więc ruszyli do walki eurosceptycy i tak powalczą do tchu ostatniego, bo fucha europosła warta wszystkiego…

Przez ponad trzy lata partia rządząca wbijała nam do głów, jaka ta UE fatalna. Flaga unijna to szmata i nie warto jej eksponować (Krystyna Pawłowicz), polityka unijna skierowana przeciwko interesom Polski ogranicza suwerenność (Gabriela Masłowska), ukrywa informacje o gwałtach na kobietach (Patryk Jaki), to dyktat i podległość (Anna Sobecka), kasa unijna ważna, ale honor i sprawy narodowe ważniejsze (Andrzej Melak), Komisja Europejska ma problem z autorytetem i reputacją (Beata Szydło), UE już upada (Zdzisław Krasnodębski), wyimaginowana wspólnota (Andrzej Duda), Polska jest gonioną ofiarą, na którą poluje UE (Krystyna Pawłowicz), rządy PiS ważniejsze od obecności Polski w UE (Mateusz Morawiecki) – to tylko nieliczne przykłady, czym dla PiS jest, a właściwie była jeszcze niedawno UE. Mówiono, że Unia niczego nam nie daje. Mówiono, że wszystko, co buduje PiS to za nasze, polskie złotówki. Mówiono, że Unia doi nas równo. Niszczy nasz system wartości, nie dba o chrześcijańskie korzenie, niesie za sobą zło.

A teraz nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakaż zmiana nastawienia do Unii. Dzisiaj Duda mówi, że „Unia Europejska to my”, pozostali politycy z kręgu prezesa nie ukrywają, że Unia to też i nasza przyszłość. Dzisiaj Unia jest kochana, cudna i w ogóle naj… Partia przygotowała wspaniały pakiet eksportowy, a w nim politycy z tzw. pierwszej półki. Ci, którzy do tej pory tak ochoczo włączali się w antyunijność, a teraz chętnie ruszą do Brukseli, by wnieść tam „kaganek” polskiego oświecenia i  polskiego myślenia.

To nie żart. Politycy PiS obudowali swoją żądzę pieniądza piękną ideologią i naprawdę trzeba poważnie potraktować słowa Beaty Szydło, która już czuje misję w kościach i woła pełna uniesienia, by Europa ocknęła się, wyszła z mroków i zobaczyła wreszcie „jak można pięknie żyć i wspaniale się rozwijać. Chcemy, żebyś czerpała od nas te wzorce”. Toż to istna krucjata na miarę XXI wieku. Będzie więc walka o krzyże w każdym pomieszczeniu Parlamentu Europejskiego, o przywrócenie chrześcijaństwu godnego miejsca, o zmianę mentalności z tej, tak otwartej na gender, LGBT, imigrantów, na prawdziwie polską, naładowaną zabobonami i wstecznictwem. Będzie walka o umocnienie polskiej złotówki, a może nawet zastąpienie nią tego byle jakiego euro czy też o całkowite podporządkowanie Unii polskiemu interesowi. Będzie walka o wprowadzenie w Europie takiej demokracji, jaką PiS zafundowało nam w Polsce. Koń by się uśmiał…

Do Europarlamentu pchają się też członkowie Konfederacji Korwin Liroy Braun Narodowcy. Swój program wyborczy konfederaci zawarli w pięciu punktach, a w nim wszystko, czego nie chcą, czyli Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej. Jak mówią liderzy Konfederacji, „Idziemy po sukces w imię Polski niepodległej. My jesteśmy tymi, którzy realnie chcą walczyć o suwerenność. Będziemy bić się z Brukselą o naszą niepodległość!”. Jeden z przywódców tego ugrupowania już kilka lat temu straszył, że idzie do Brukseli, by rozwalić UE i co mu z tego wyszło? Wiadomo, że Janusz Korwin-Mikke nie przemęczał się za bardzo. A to sobie przysnął podczas przemówienia włoskiej minister Federiki Guidi, a to w czasie dyskusji na sali Parlamentu Europejskiego podniósł rękę w geście nazistowskiego pozdrowienia. W swoim pierwszym przemówieniu żądał ukarania pseudonaukowców, którzy gadają bzdury o jakimś tam zagrożeniu klimatycznym. Zasłynął stwierdzeniem, iż kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn czy określeniem „czarnuchy”. I to właściwie wszystko. Tak wyglądało to jego rozsadzanie UE od środka.

Nie ma co ukrywać. Żadna, nawet najlepiej przegadana i podana na tacy ideologia nie przykryje faktycznych przyczyn startu eurosceptyków do Brukseli. Politycy PiS dają dyla. Zostawiają swoje ministerstwa w stanie całkowitego rozkładu i uciekają tam, gdzie jeszcze może uda im się zaistnieć, sprzedać swój populizm. Podobnie i ci z Konfederacji. Głupie gadanie nic tu nie da. Chodzi przede wszystkim o kasę, ciepłą posadkę na kilka lat i zaspokojenie swego wygłodniałego ego.

Lud to kupi? Zapewne w jakimś stopniu tak, bo przecież wielu wierzy bezkrytycznie w każde słowo prezesa i spółki. Zupełnie nie przeszkadza im, że dzisiejszy przekaz ich ukochanej partii ma się nijak do tego sprzed kampanii wyborczej. Nawet nie zamierzają się nad tym zastanowić. Tak samo kupi populizm w wykonaniu Konfederacji, bo przecież „Polska, Polska nade wszystko”. Już niebawem przekonamy się, co wygra w Polsce: mądrość czy głupota…

Kiedy jesienią 1981 roku Rolling Stonesi grali koncert w Los Angeles Colloseaum, na rozgrzewkę występował przed nimi jeszcze zupełnie wtedy anonimowy Prince. I tak już trudnej sytuacji nie poprawiał fakt, że ubrany był, jak zwykle, w czerwone koronkowe bikini i prochowiec. Jego występ publiczność nagrodziła gradem obelg, za którymi wkrótce poszły warzywa. Prince na scenie wytrzymał 15 minut. Ale trzeba mu oddać, że wrócił na występ kolejnego wieczoru. 

Cóż, nie jest łatwo być supportem. 

Pozostaje mi mieć nadzieję, że SOP starannie wszystkich zrewidował przy wejściu.

W niecałe cztery i pół roku po uchwaleniu Konstytucji 3 maja Polska zniknęła z mapy. 

Absolutystyczne monarchie, pod rękę z rodzimymi reakcjonistami, powołującymi się na obronę zagrożonych polskich tradycji, zniszczyły próbę odrodzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów w oparciu o oświeconą myśl ustrojową i reformatorskie wysiłki. 

Narodzinom nowoczesnego świata przyglądaliśmy się jakby zza szyby, jako zniewolony naród. Wielkie dylematy – emancypację jednostki, rozwój kapitalistyczny, wreszcie samo pojęcie Boga, przysłoniło pierwsze i najbardziej fundamentalne pytanie: bić się czy nie bić? Ten dylemat ukształtował naszą kulturę po dziś dzień. W dobie Polski niepodległej, stanowi obciążenie, z którym nie potrafimy sobie poradzić. 

Nasze myślenie i nasza polityka są głęboko niegotowe stawić czoła nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. Jak w lunatycznym śnie powtarzamy drogę, która doprowadziła nas poza krawędź upadku.

Tadeusz Konwicki w „Kompleksie polskim” napisał. 

W tym nieszczęsnym kraju rządziły duszami ludzkimi przez wieki zdeprawowana religia i sprzedajny kościół. Religia na usługach państwa, religia kierowana przez głowę państwa. A istotą tej religii była zawsze forma, rozdęta, zmitologizowana, zabsolutyzowana forma. A w tej formie najważniejsze było słowo.(…) Słowo stało się krwawym tyranem, słowo stało się okrutnym zabobonem i bezlitosnym Bogiem. 

Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do sprawowania funkcji sumienia narodu. Ten kto szuka transcendencji i absolutu w kościele będzie zawiedziony. Ten kto szuka moralności w Kościele nie znajdzie jej. Ten kto szuka strawy duchowej w kościele nie zostanie nakarmiony.

Polski Kościół wyparł się Chrystusa, wyparł się Ewangelii. Gdyby dziś Chrystus pojawił się na świecie zostałby ponownie ukrzyżowany – przez tych, którzy na krzyżu zbudowali sobie trony.

„Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” – z tym zostawia nas królewiecki filozof. 

Agendę układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami, zdobędą władzę nad duszami Polaków. 

Rywalizacja na inwektywy i startowanie w konkurencji na wyścig do dna nie ma sensu, bo albo przegra się z ludźmi, którzy nie mają żadnych moralnych hamulców albo trzeba się do nich całkowicie upodobnić. 

Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry.

Nie może być mowy o odnowie polityki jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz?”. Ci, których „łączy tylko matematyka” będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem.

Walka o władzę i jej zdobywanie jest domeną partii politycznych i ich liderów, to na nich spoczywa pełna odpowiedzialność za wynik. Próba wchodzenia w ich rolę byłaby nieodpowiedzialna nierozsądna, nawet jeśli zwycięstwo strony, z którą sympatyzujemy nie wydaje się przesądzone.

Ale siedzenie z założonymi rękami i krytykowanie z kanapy w oczekiwaniu aż polityka zmieni się sama, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie jest opcją! 

Donald Tusk powiedział na Igrzyskach Wolności, gdzie narodził się ten nasz wspólny plan obchodów trzeciomajowych: „nie czekajcie na jeźdźca na białym koniu”. Cytował Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne.” Od siebie już dodam: nie czekajcie na Mesjasza, bo łatwo może się zmienić w czekanie na Godota. 

Gdzie bije źródło nadziei? W Polkach. 

To bunt kobiet przeciwko nieludzkiemu prawu stał się siłą napędzającą zmiany społeczne w ostatnich latach. Choć jest jeszcze tyle do zrobienia w kwestii równości, to przyznam się wam, że po cichu czekam na nową Joannę Szczepkowską, która powie, że „26 września 2016 (początek czarnego protestu) skończył się w Polsce patriarchat”. Na razie chyba nie będzie to jednak w telewizji publicznej.

Poglądy Polaków na rolę Kościoła katolickiego, małżeństwa homoseksualne, legalizację aborcji ulegają radykalnej liberalizacji. Ci, którzy chcą swój punkt widzenia w tych sprawach wyrażać pokrętnie i niejednoznacznie, byleby nikomu nie podpaść, myślą kategoriami ubiegłej dekady.

Każdy dzień rządów opresyjnej, konserwatywnej ideologii przybliża Polskę do obyczajowej rewolucji. Potrzebna jest nam polityka oparta na fundamentalnych wartościach i moralnych wyborach. Polityka, która pozwala na własnych warunkach zmierzyć się z nowoczesnością. 

Jestem niemal pewien, że na tej sali siedzi przyszła prezydentka Polski. Dała nam przykład Zuzana Czaputova jak zwyciężać mamy!

Na koniec, widzę na sali wielu moich znajomych, rówieśników, – trzydziesto i coraz częściej czterdziestolatków, często świeżo upieczonych rodziców. Odwołam się do pewnie znajomego nam wszystkim doświadczenia przestrzeni jaką jest plac zabaw.

Kiedy siedzimy tam z Magdą i naszym Stasiem nie znamy poglądów innych rodziców, może różnić nas wszystko, ale łączy nas miłość do naszych dzieci, troska o ich szczęśliwe i bezpieczne życie. To emocja, która może połączyć nas wszystkich, tak bardzo różnych, a w pewnym sensie tak bardzo podobnych. 

„Wyborcy populistów niekoniecznie sami są populistami”, warto zapamiętać tę pozornie oczywistą uwagę Jan Wernera Mullera

Kiedy nasz dwu i półletni synek z ufnością chwyta nas za ręce, kiedy wychodzimy razem na ulicę, chcę wiedzieć, że z równą ufnością może spoglądać w przyszłość, którą mu tworzymy. 

Jaka będzie, ta Polska z marzeń naszych dzieci, naszych wnuków? Czy naprawdę jesteśmy gotowi powierzyć ją ludziom, którzy myślą w kategoriach, które już dekadę temu wydawały się mocno anachroniczne? Czy pokolenie wyżu demograficznego i Unii Europejskiej nie dojrzało już do tego, żeby w filmie pod tytułem Polska 2019 przestać grać ogony i role drugoplanowe?

Musimy poszukać nowej opowieści o nas samych, o naszych zbiorowych lękach i aspiracjach. O tym jak nasze indywidualne marzenia wpisać w zbiorową opowieść o Polsce i Europie. Zamiast wciąż fedrować ideowy węgiel trzeba rozejrzeć się za energią odnawialną. 

Ten, kto znajdzie siłę do tego, żeby otworzyć polską politykę na zmianę ideową i pokoleniową będzie mógł chodzić w glorii zwycięzcy. 

„Oczywiście jesteśmy romantykami – pisał Juliusz Mieroszewski, porte-parole Jerzego Giedroycia, w liście do redaktora paryskiej „Kultury”. – Ludzie, którzy do czegoś dążą, zawsze są romantykami i dopiero gdy dopną swego, nagle stają się realistami . (…) Faceci, którzy do niczego nie dążą, nie są romantykami ani realistami, tylko zgoła zerami”.

Podejrzewam, że facet, o którym myślę pozostał w głębi serca romantykiem, nawet jeśli jest to romantyzm po przejściach. A już z całą pewnością nie można mu zarzucić, że do niczego nie dąży. Zapraszam na scenę Donalda Tuska. 

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>

Morawiecki, przydupas Kaczyńskiego. Rozdymane ego małych ludzi, którzy niszczą Polskę

21 Mar

„Zamiast lansować się w spocie na tle ćwiczących żołnierzy GROM premier Morawiecki powinien przeprosić żołnierzy tej wspaniałej jednostki za Macierewicza, który powołał skompromitowanego oficera na jej dowódcę. I niszczył pamięć o twórcy GROM gen. Petelickim. Wstydu nie macie!” – napisał były minister obrony Tomasz Siemoniak. To jego komentarz do nagrania, które pojawiło się na Twitterze Kancelarii Premiera.

W spocie premier przez półtorej minuty opowiada o żołnierzach tej elitarnej jednostki. Morawiecki – w stylizowanej na wojskową kurtce i koszulce w kolorze khaki – na potrzeby nagrania zdjął nawet okulary. Być może wzrok nas myli, ale odnosimy wrażenie, że twarz premiera jest lekko… przypudrowana. A całość opatrzona została podpisem: – „Premier o operatorach GROM: Czujni niczym orzeł, szybcy jak błyskawica, potrafią znaleźć się w dowolnym miejscu i są gotowi do prowadzenia działań w każdych warunkach”.

Niektórzy internauci kpili: – „Powszechnie wiadomo, że to Mateusz szkolił operatorów GROM”; – „Mati jak był mały to był w GROMie i z cepem latał za Brucem Lee”; – „Kolega pyta, jaki miał Pan stopień wojskowy, kiedy był pan komandosem w GROM?”.

Pozostali nie kryli oburzenia: – „Dlatego pisowski minister pozbawił GROM emerytur. Z tej waszej dumy: gen. Gromosław Czempiński i płk Andrzej Maronde, dwaj ostatni żyjący dowódcy słynnej operacji „Samum”, zostali objęci ustawą dezubekizacyjną”; – „A Macierewicz dostaje i marnuje olbrzymie pieniądze podatników na podkomisję smoleńską, która nic nie wyjaśniła. Kompromitacja, na co idą nasze pieniądze”.

„Jesteśmy zdeterminowani, żeby odbudować Pałac Saski i odbudujemy, albo przy zgodzie prezydenta Warszawy, albo bez zgody” – stwierdził marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Poinformował, że w jednej części odbudowanego Pałacu miałaby się znaleźć siedziba Senatu, a w drugiej – Muzeum Zniszczenia Warszawy.

Rafał Trzaskowski uważa, że bez zgody władz stolicy rząd PiS nie będzie mógł wybudować czegokolwiek na działce należącej do miasta. – „To są grunty, które są we władaniu m.st. Warszawy, chyba że rząd będzie chciał nacjonalizować grunty, które należą do samorządu” – powiedział prezydent Warszawy. Dodał, że ratusz nie będzie partycypował w kosztach odbudowy Pałacu Saskiego – „Warszawa ma naprawdę mnóstwo innych priorytetów” – podkreślił Trzaskowski.

A jak komentują pomysł Karczewskiego o umieszczeniu w odbudowanym Pałacu Saskim Muzeum Zniszczenia Warszawy? – „Zlikwidować jedyny widomy i wymowny dla każdego, nawet cudzoziemca, znak zniszczenia Warszawy, by włożyć tam Muzeum Zniszczenia Warszawy. Absurd na poziomie stoczni w Radomiu”; – „Muzeum zniszczenia, a nie muzeum odbudowy – to świadczy o charakterystycznym stylu myślenia marszałka”; – „Proponuję muzeum zniszczenia Polski przez PiS, a tam wielkie okolicznościowe ekspozycje: zniszczenia niezależnego sądownictwa, zniszczenia stadnin koni arabskich, zniszczenia Puszczy Białowieskiej, zniszczenia polskiej pozycji międzynarodowej”; – „Stawiam, że tam ma powstać muzeum Lecha Kaczyńskiego” – pisali na Twitterze.

Jarosław Kaczyński przyjął na Nowogrodzkiej lidera skrajnie prawicowej hiszpańskiej partii Vox Santiago Abascala. – „Dużo wspólnych celów i wyzwań w UE a przede wszystkim zgoda, że przyszłość UE to ścisła współpraca suwerennych państw a nie federacja” – podsumował to spotkanie szef sztabu wyborczego PiS Tomasz Poręba.

Vox to nacjonalistyczna partia, opowiadająca się za silnym, scentralizowanym państwem. Chce ograniczyć aborcję, anulować ustawę o przemocy domowej wobec kobiet, jest przeciwna uchodźcom i krytykuje UE.

Senator Bogdan Klich z PO powiedział, że to spotkanie jest naturalną konsekwencją wcześniejszych rozmów Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim oraz premierem Węgier Viktorem Orbanem. – „Na naszych oczach tworzy się sojusz, który zamierza wysadzić Unię Europejską od środka. To partie, które mają charakter populistyczny, które często mają charakter nacjonalistyczny. PiS nie afiszuje się współpracą z tymi partiami, ale uczestniczy w takim zawiązywaniu sojuszu” – stwierdził Klich.

Dodał, że prezes PiS liczy na to, „że poprzez współpracę z takim ugrupowaniem jak Vox, doprowadzi do tego, że główne zdobycze Unii Europejskiej – z których korzystają w tej chwili wszyscy Polacy – zostaną zepchnięte na boczny plan, a niektóre nawet zlikwidowane”.

„Jest to element budowania nowej międzynarodówki w Parlamencie Europejskim, opartej o jeden wspólny cel: rozmontowanie Unii Europejskiej” – powiedział poseł Andrzej Halicki z PO. Jego zdaniem, PiS szukając sprzymierzeńców takich jak Abascal czy Salvini, „działa na rzecz braku inwestycji ze środków europejskich lub ich ograniczenia oraz braku środków dla polskich samorządów”. – „To jest działanie wbrew interesowi Polski i wbrew polskiej racji stanu, bo tak naprawdę ogranicza to polskie bezpieczeństwo” – dodał Halicki.

Jak dowiadujemy się z portalu wPolityce, po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego tzw. „nowej piątki PiS”, minister finansów Teresa Czerwińska podała się do dymisji. Szef rządu jej jednak nie przyjął.

Powołując się na swoich informatorów portal podaje, że Czerwińska od trzech tygodni nie pojawia się na wtorkowych posiedzeniach rządu. Pytany o to w „Kwadransie Politycznym” w TVP1 szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin bagatelizuje jednak te doniesienia.

„Pani minister ma też różnego rodzaju inne zadania, nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Uczestniczy w różnego rodzaju gremiach, które skupiają ministrów finansów” – mówi i uspokaja: „Mamy zabezpieczenie finansowe na te programy. Nie tylko na ten rok, ale również na przyszłe lata. (…) Jeśli będziemy rządzić w następnej kadencji, wszystkie te programy społeczne zostaną utrzymane i nie będzie to miało negatywnego wpływu na finanse publiczne, a wręcz przeciwnie”.

Dzień później dementując informacje Gazety Prawnej jakoby minister dystansowała się od nowych propozycji finansowych, szef KPRM Michał Dworczyk zapewniał, że Czerwińska brała udział w pracach wąskiej grupy osób, które opracowywały te propozycje programowe i od początku te wszystkie plany, które były przygotowywane, były analizowane pod kątem możliwości budżetu.

Portal zauważa jednak, że pani Czerwińska od kilku tygodni unika spotkań z dziennikarzami. Osobiście ani razu nie zabrała głosu w sprawie „nowej piątki PiS”.

Jeden z członków Rady Ministrów, potwierdził w rozmowie z portalem pogłoski o rezygnacji pani minister, choć dodał, że „w najbliższych tygodniach” nie należy spodziewać się ogłoszenia zmian na czele resortu finansów. Wskazał natomiast na możliwe konsekwencje wyborów do PE, przewidując głęboką rekonstrukcję rządu. A wtedy…?

„Złożyliśmy dziś zażalenie na bezczynność prokuratury w spr. zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa złożonego przez G. Birgfellnera. Przekroczone zostały terminy kodeksowe. Prokuratura mimo 6-krotnych przesłuchań pokrzywdzonego nie potrafi podjąć decyzji” – poinformował na Twitterze jeden z pełnomocników austriackiego biznesmena Roman Giertych.

O wielogodzinnych przesłuchaniach Gerarda Birgfellnera, który jest osobą poszkodowaną w tej sprawie m.in. w artykule „Prokuratura wciąż nie chce podjąć decyzji w sprawie taśm Kaczyńskiego”. Austriacki biznesmen na początku lutego złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia oszustwa przez Jarosława Kaczyńskiego.

„Czas na ocenę sądu. Podejrzewam, że będzie druzgocąca dla prokuratury. Liczę, że będzie szansa na publikację uzasadnienia”; – „Przesłuchują, następnie czyszczą ślady. Ponownie przesłuchanie i ponowne czyszczenie kolejnych wątków. PIS stworzył państwo, w którym prokuratura jest od ochrony polityków PIS, a docelowo mają być w układzie również sędziowie”; – „Super! Jedyna nadzieja to sąd austriacki, tu nie znajdzie pan sprawiedliwości, szkoda czasu”; – „Panie Romanie ci prokuratorzy boją się własnego cienia” – komentowali internauci.

W UE prawa osób homoseksualnych stały się częścią praw człowieka.

Atak PiS na środowiska LGBT, pokrzykiwania Jarosława Kaczyńskiego „wara od naszych dzieci”, wykorzystywanie decyzji Rafała Trzaskowskiego oraz wypowiedzi jego zastępcy w sprawie możliwej adopcji dzieci przez pary homoseksualne wyznaczyły jedną z najważniejszych linii podziału w obecnej kampanii. Czy tego chcemy, czy nie, ta tematyka będzie aż do 26 maja jednym z najistotniejszych pól sporu w polskiej debacie publicznej. Fakt ten spycha nas na obrzeża Unii Europejskiej oraz skłania do refleksji, że polska prawica wybrała drogę, którą wcześniej kroczył Władimir Putin.

W państwach unijnych prawa osób homoseksualnych stały się częścią praw człowieka. Zresztą nie tylko tam – także w Stanach Zjednoczonych są one oczywiste i powszechnie akceptowane. Nawet Donald Trump, któremu zdarzały się wypowiedzi prawie rasistowskie, a na pewno seksistowskie, nie pozwoliłby sobie na to, na co pozwalają sobie Kaczyński i jego partia. W Europie nawet ugrupowania prawicowe, konserwatywne i chadeckie są zwolennikami włączenia praw osób LGBT do rezerwuaru praw człowieka obok praw kobiet czy mniejszości narodowych lub religijnych. To sojusznicy PiS w Parlamencie Europejskim, brytyjscy torysi, wprowadzili instytucję małżeństw jednopłciowych na Wyspach, a wszystkie formacje zrzeszone w EPP, czyli frakcji chadeckiej, są zwolennikami uznania tego typu rozwiązań za oczywiste. W wielu prawicowych, a nawet nacjonalistycznych, partiach zachodnich ta tematyka została już włączona do programów, a część polityków otwarcie przyznaje się do homoseksualnych preferencji.

To się już stało, o tym się już na Zachodzie nie dyskutuje – tak jak i o tym, czy warto przywrócić niewolnictwo lub odebrać prawa wyborcze kobietom. Społeczeństwa katolickich krajów, takich jak Hiszpania, Portugalia, Włochy czy Irlandia, już te kwestie rozwiązały i zgodziły się z tym, że prawa osób LGBT są częścią praw obywatelskich. Z ich punktu widzenia to, co dzieje się obecnie w Polsce, jest aberracją i horrendum – widowiskiem z poprzedniej epoki. Muszą przyglądać się nam z mieszaniną zdumienia i obrzydzenia, a to jeszcze bardziej marginalizuje nas w Europie.

Antyhomoseksualna szarża PiS czyni tę partię w oczach Zachodu jeszcze dzikszą niż do tej pory. I nie mam tu na myśli widzów jedynie lewicowych czy liberalnych – obraz ugrupowania Kaczyńskiego staje się także dziwaczny i pokraczny w oczach wyborców i polityków prawicowych. Dla nich także to, co się obecnie dzieje w Polsce, jest gorszącym widowiskiem. Nie ma dziś w tzw. starej Unii ani jednej partii, która retorykę i język PiS w sprawie edukacji seksualnej czy LGBT uznawałaby za akceptowalną. Nawet dla Marine Le Pen czy Nigela Farage’a to, co pada z ust Kaczyńskiego, jest oburzające.

Jedynie na wschodzie Europy ten język może znaleźć zrozumienie, bo właśnie tam przećwiczono stygmatyzowanie homoseksualistów do atakowania opozycji i umacniania władzy. Pisze o tym dość szczegółowo w ostatniej książce „Droga do niewolności” Timothy Snyder: „Pod koniec 2011 roku, gdy Rosjanie protestowali przeciwko sfałszowanym wyborom, ich przywódcy powiązali demonstrantów z homoseksualizmem. W obliczu ukraińskiego Majdanu pod koniec 2013 roku Kreml zdecydował się na ten sam krok. Po dwóch latach antygejowskiej propagandy w Federacji Rosyjskiej tamtejsi ideolodzy i showmani zyskali pewność siebie. Punktem wyjścia było to, że UE jest homoseksualna, więc ukraiński ruch dążący do zbliżenia z Europą też musi mieć taki charakter. Klub Izborski dowodził, że UE ugina się pod ciężarem dominującego lobby LGBT”.

Uderzono młotkiem tego typu oskarżeń w głowy i tak rachitycznej moskiewskiej opozycji. Te ataki zarówno na Ukrainie, jak i w Rosji okazały się po części skuteczne. Dlaczego tak się stało? Ponieważ tamtejsze społeczeństwa są w znacznej mierze homofobiczne. To jedna z cech odróżniających narody Europy Wschodniej od narodów Europy Zachodniej. Wśród tych pierwszych nadal powszechna jest postawa otwarcie wroga, podczas gdy wśród tych drugich ich prawa są czymś powszechnie zaakceptowanym. I dlatego polityka Putina może przynosić mu spodziewane korzyści oraz poparcie społeczne.

Trudno dziś przewidzieć, czy strategia PiS będzie owocna i zapewni partii dobry wynik 26 maja. Patrząc na postawy polskich wyborców, można zaryzykować twierdzenie, że może się ona zakończyć sukcesem. Antygejowski komunikat może zmobilizować uśpione masy wyborcze Zjednoczonej Prawicy.

Jeśli jednak będą przekonane, że muszą ratować „nasze dzieci” przed „homopropagandą”, to prawdopodobne staje się to, że jednak zdobędą się na wysiłek i wezmą udział w eurowyborach.

Ale może też się okazać, że strategia PiS ożywi elektorat mu przeciwny, który czuje się obrażany prostacką i brutalną kampanią wobec osób LGBT. A jeśli tak – wkurzony wyborca mógłby przesądzić o zwycięstwie opozycji.

Bez względu na to, jak zakończy się wprowadzenie do życia politycznego antyhomoseksulanych wątków, warto zauważyć, że przekroczona została kolejna granica i że fakt ten oddala nas od tego, co dziś charakteryzuje społeczeństwa zachodnie, natomiast upodabnia nasze życie publiczne do tego, które jest udziałem Rosjan czy Ukraińców. Kampania ożywiła zatem dalece nieeuropejskie demony i otworzyła nas na argumenty bliskie putinowskim polittechnologom.

Prawo i sprawiedliwość obronić przed PiS-em

16 Lu

Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim – Oddział Zamiejscowy w Hajnówce wydał wyrok uniewinniający Obywateli RP, którym zarzucono zakłócanie III Hajnowskiego Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych organizowanego przez nacjonalistów dla uczczenia Romualda Rajsa „Burego”, którego oddział w 1946 r. zamordował 79 niewinnych osób podczas pacyfikacji wsi na Białostocczyźnie. IPN uznał ten mord za ludobójstwo.

Przypomnijmy, przed ubiegłorocznym hajnowskim marszem Obywatele RP wraz z mieszkańcami Hajnówki oddali cześć pomordowanym przez oddział „Burego”, a następnie stanęli na trasie przemarszu nacjonalistów.

Policja potraktowała protest Obywateli RP jako zakłócanie pochodu organizacji nacjonalistycznych. Protestujący zostali wylegitymowani, a część z nich trafiła na komendę w Hajnówce. Policja uznała protest Obywateli RP za wyjątkowe naruszenie porządku publicznego i skierowała sprawę do sądu. Na szczęście sąd uznał prawo protestujących do „organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich, wynikające bezpośrednio Konstytucji, a także m.in. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Stwierdził, że przebieg jednego zgromadzenia w przestrzeni publicznej nie wyklucza obecności innego zgromadzania w tej samej przestrzeni, oczywiście pod warunkiem braku kolizji zgromadzeń, czyli nienaruszania wolności do zgromadzania się uczestników poszczególnych zgromadzeń czy manifestacji.”

W tym roku burmistrz Hajnówki wydał zakaz organizacji marszu pamięci, ale organizacje nacjonalistyczne odwołały się w tej sprawie do Sądu Okręgowego w Białymstoku. Decyzja ma zapaść 18 lutego, a sprawą zajmie się sędzia Piotr Kozłowski, który dwa lata temu uchylił podobny zakaz burmistrza dotyczący marszu.

Polacy,

w związku z nieustannie postępującym procesem niszczenia państwa polskiego, szczególnie uwzględniając eliminację przyzwoitych sędziów, prokuratorów, adwokatów etc., tj.: wymiarów sprawiedliwości i organów ścigania Polski, apeluję do wszystkich sił politycznych parlamentarnych i pozaparlamentarnych, którym zależy na dobru naszego państwa, o podjęcie stosownych działań, mających na celu ukrócenie barbarzyńskiego, a według mnie też przestępczego – skierowanego przeciw naszej ojczyźnie – procederu psucia tego, co pokolenia Polaków zbudowały także przelewając krew!

Obowiązująca wciąż w Polsce Konstytucja z 1997 roku pozwala narodowi na wyrażenie publiczne swego niezadowolenia i zamanifestowania sprzeciwu przeciwko tym, którzy nie sprawdzili się jako przywódcy państwa oraz narodu. Rządząca od ponad trzech lat „koalicja zła” doprowadziła Polskę nad skraj przepaści nie tylko cywilizacyjnej, ale także sprowadziła niebezpieczeństwo utraty jej suwerenności, a przynajmniej zredukowała rolę Polski w świecie do takiej, jaką pamiętamy z lat 50. XX wieku. To niedopuszczalne i grozi zapaścią państwa! Szczególnie istotne są wymienione przeze mnie instytucje bez których, ojczyzna nasza zamienić się może w bezbronny step, po którym (jak pisał w XIX wieku Carl von Clauzewitz) będą hasać obce wojska. Tak już bowiem bywało!

Proszę więc o rozważenie wszelkich możliwych, zgodnych z obowiązującą konstytucją Kodeksem karnym (nieustannie zmienianym tak, aby „pasował” tej władzy) środków, mających na celu odsunięcie od najważniejszych stanowisk w naszym państwie ludzi godzących w jego i narodu bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne! Czynię to tylko z troski o dobro mojej Ojczyzny narażanej od czterech lat (także w latach 2005-2007) na przekleństwo konfliktów społecznych, a być może i zbrojnych! Działalność rządu, o znaczącym stopniu szkodliwości, spowodowała bowiem utratę naszej wiarygodności na arenie międzynarodowej oraz zdystansowanie się dotychczasowych sojuszników Polski. Państwo zostało wystawione na śmiech i hańbę przez ludzi, którzy nie mają absolutnie niezbędnych (merytorycznych ani moralnych) cech do tego, aby władza nadal pozostawała w ich rękach! Muszą zatem odejść!

Wynik głosowania nie pozostawia wątpliwości działacze Sojuszu podzielają zdanie Włodzimierza Czarzastego. Uchwałę o współpracy przegłosowano 111 głosami. Przeciw było 3 delegatów, a 6 się wstrzymało.

– Nie ma innej możliwości – powtarzali wychodząc z konwencji.

Były premier Leszek Miller w czasie – zamkniętej dla mediów – konwencji mówił, że pojawienie się 3 premierów na konferencji z Grzegorzem Schetyną było ustalone z Włodzimierzem Czarzastym i że szef SLD od początku wiedział o planie budowy Koalicji Europejskiej. Leszek Miller też ma startować. Chociaż jak mówi, nie jest jeszcze pewien.

– Wie pani, ja muszę zapytać mojej małżonki, czy się zgodzi – żartuje były premier.

Jedynki mają także dostać dwaj inni byli premierzy Marek Belka i Włodzimierz Cimoszewicz. Podobno – jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek” – Cimoszewicz ma być jedynką z Warszawy. Jak słyszymy, Platforma już się zgodziła na taki układ, bo ma w stolicy kłopot z wyborczą lokomotywą. Jednak rozmowa o budowaniu list jak zawsze będzie trudna.

– Podjęłam decyzję, że to jest moja ostatnia kadencja – mówi „Newsweekowi” Krystyna Łybacka, była minister edukacji i obecnie europosłanka SLD. – Ale moja decyzja nie ma nic wspólnego z tą decyzją Sojuszu. Jesteśmy przed rozmowami z koalicjantami i to będzie miara wiarygodności tej koalicji, żeby myśleć nie o tym, kto skąd pochodzi, tylko jaka jest największa szansa dobrego rozegrania tych wyborów. Z tym głównym przesłaniem jesteśmy proeuropejscy, chcemy się jednoczyć, chcemy być silnym partnerem dla Europy, a zatem wybierajmy takich ludzi, którzy potrafią ten przekaz wystarczająco mocno wyartykułować – dodaje.

To był najczarniejszy tydzień PiS od lat. Czy Kaczyńskiemu słupki w końcu zaczną spadać?

Nie będzie też raczej dyskusji o miejscu dla Bogusława Liberadzkiego. Obecny wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego ma być jedynką w Zachodniopomorskiem. Tam prawdopodobnie spotka się z Robertem Biedroniem, który ze Szczecina chce startować do Brukseli. Na pytania o lidera Wiosny działacze Sojuszu rozkładają ręce i jak jeden mąż powtarzają: „Chcieliśmy iść razem, ale on nie chce”.

– Zalecałbym przewodniczącemu Biedroniowi, aby lepiej słuchał głosu swoich potencjalnych wyborców. Na przykład badanie CBOS-u z połowy stycznia pokazuje, że większość jego wyborców chciałaby, żeby poszedł do Parlamentu Europejskimi w szerokiej koalicji – mówi dawny kolega Roberta Biedronia z Ruchu Palikota, Wincenty Elsner.

Już wczoraj na Twitterze przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna wrzucił wiele mówiący post:

Po decyzji SLD politycy Platformy powtarzają, że dobrze się stało.

– Z radością witamy europejską lewicę, przyjmujemy tę decyzję z zadowoleniem i mamy nadzieję, że śladem SLD pójdą kolejne partie i formacje polityczne oraz środowiska demokratyczne i obywatelskie w Polsce – mówi „Newsweekowi” Sławomir Neumann, szef klubu Platformy Obywatelskiej.

– A czy nie przeszkadza panu, że to byli członkowie PZPR? – dopytuję.

– Dzisiaj jest czas na budowanie koalicji ludzi, którzy obronią Polskę przed polexitem, który proponuje PiS. I tak jak Leszek Miller był w PZPR, tak Leszek Miller wprowadzał Polskę do UE. I dzisiaj ludzie, którzy chcą silnej i demokratycznej Polski w Unii od lewa do prawa, powinni być na jednej liście – wyjaśnia Neumann.

A były polityk Sojuszu Bartosz Arłukowicz dodaje, że w SLD są nazwiska, które bardzo chętnie powita na listach Koalicji. – Wszyscy, którzy chcą demokratycznej Polski w Europie muszą być dzisiaj razem. Rok 2019 to rok w którym zdecydujemy o losach Polski na najbliższe kilkanaście lat – mówi.

Jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek”, podobną decyzję co SLD mogą jutro podjąć Zieloni.

Rządząca partia dała w nim pokaz instrumentalizacji państwa i prawa, która nawet wśród części jej zwolenników musiała wywołać refleksję, że coś jest nie tak. Nawet, sprzedawany jako wielki sukces polskiej dyplomacji, szczyt bliskowschodni w Warszawie okazał się serią wizerunkowych porażek – także w oczach prawicowego elektoratu. Tydzień zakończyły kolejne rewelacje „Gazety Wyborczej” – o kopercie z 50 tysiącami złotych, których Kaczyński miał się domagać od Geralda Birgfellnera dla zasiadającego w radzie Instytutu Lecha Kaczyńskiego tajemniczego ks. Sawicza.

„Kler” na żywo

Birgfellner zeznawał w prokuraturze, pod sankcją odpowiedzialności karnej. Nie znaczy to, że na pewno mówi prawdę – przedstawił na razie dowód, że faktycznie podjął ze swojego konta taką kwotę. Trudno też wyjaśnić czemu, ryzykując odpowiedzialność karną miałby kłamać akurat w tej sprawie. Cała sytuacja stwarza stawia Kaczyńskiego w bardzo niekorzystnej sytuacji.

Dlaczego ksiądz żądał takich pieniędzy? Wiemy, że jego zgoda była konieczna dla uruchomienia budowy. Wręczenie korzyści pieniężnej, by przekonać go do podjęcia decyzji nosiłoby znamiona – jak określa to „Gazeta” – „współsprawstwa w przestępstwie korupcji menedżerskiej”. To bardzo poważny zarzut wobec prezesa PiS. Kaczyński na razie milczy w tej sprawie. Zeznaniom Birgfellnera zaprzecza rzeczniczka PiS, Beata Mazurek. Bracia Karnowscy dość rozpaczliwie apelują do Adama Michnika, by zostawił uczciwego Kaczyńskiego w spokoju.

Dopóki oskarżenia się nie wyjaśnią historia z działającą na wyobraźnię kopertą będzie osłabiać wizerunek Kaczyńskiego, jako niezłomnego szeryfa. Cała historia wygląda jak wprost wyjęta z „Kleru” Smarzowskiego. Ks. Sawicz wchodzi do rady Instytutu Lecha Kaczyńskiego jako wykonawca testamentu arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, metropolity gdańskiego. Dziś nikt nie potrafi powiedzieć gdzie ksiądz przebywa, gdańska kuria oficjalnie uznaje go za „księdza zaginionego”, który faktycznie wystąpił ze stanu duchownego.

Poza podejrzeniem korupcji opinia publiczna może z całej sprawy wysnuć wniosek, że ks. Sawicz, Jarosław Kaczyński i ludzie skupieni wokół Instytutu Lecha Kaczyńskiego uwikłani są w jakiś dziwny, podejrzany układ.

Państwo bez żadnego trybu

Ujawnione przez „Gazetę” zeznania Birgfellnera rzuciły też nowe światło na niespodziewaną wizytę Jarosława Kaczyńskiego u Zbigniewa Ziobry. Jak się okazało, miały one miejsce dzień po tym, gdy Austriak złożył zeznania na temat tajemniczej koperty.

Dzięki przyjętej przez PiS reformie prokuratury, Ziobro jest też prokuratorem generalnym. Ma wgląd w toczące się śledztwa. Może ujawniać informacje na ich temat osobom trzecim.

Oczywiście, Ziobro zaprzecza, by wizyta Kaczyńskiego dotyczyła sprawy Birgfellnera. Panowie mieli rozmawiać wyłącznie o sprawach koalicji i rządu – głównie o przygotowywanych przez resort Ziobry przepisom antylichwiarskim. Te tłumaczenia mogą okazać się średnio przekonujące dla opinii publicznej. Ta jej część, która już dziś określa się jako przeciwnicy PiS, w spotkaniu Kaczyńskiego z Ziobrą dostrzeże kolejny dowód państwa działającego bez żadnego trybu, gdzie wszystkie państwowe organy odpowiadają przed nieponoszącym za nic odpowiedzialności „szeregowym posłem”.

Szczyt dyplomatycznych katastrof

Dla PiS ten tydzień okazał się też ciężki w tym obszarze, który miał być triumfem: w polityce zagranicznej. Najpierw rządzący znów dali popis działania bez żadnego trybu, bez przetargu zakupując od Amerykanów system obrony przeciwrakietowej HIMARS. Krytycy zakupy wskazują na wysoką cenę, brak offsetu, fakt, że Polacy nie będą mogli nawet samodzielnie naprawiać sprzętu. Trudno to uznać za dobry deal.

Prawdziwą katastrofę przyniósł jednak szczyt bliskowschodni. Wbrew zapowiedziom okazał się wydarzeniem o silnie anty-irańskiej wymowie. Amerykański wiceprezydent Mike Pence mówił o Iranie w wojennym tonie – tak jakby jego kraj już szykował się do inwazji na państwo nad Zatoką Perską.

Polska nie ma żadnego interesu w intensyfikacji konfliktu z Iranem. Organizacja szczytu w Warszawie popsuła nasze stosunki z Teheranem – reżimem, który ma wiele na sumieniu, ale jest ważnym, stabilnym graczem na Bliskim Wschodzie, z którym nie ma sensu bez potrzeby wchodzić na wojenną ścieżkę.

Co gorsze, polityce intensyfikacji konfliktu z Iranem przeciwnych jest większość kluczowych państw UE. W Warszawie zabrakło ich przedstawicieli najwyższego szczebla. W sprawie Iranu Polska znów zachowuje się jak w 2003 w sprawie Iraku – wbrew Europie sprzymierza się z szukającą konfliktu Ameryką.

Część strategów PiS liczyła zapewne na to, że w zamian za szczyt dostaniemy od Amerykanów twarde gwarancje konkretnej obecności amerykańskich wojsk w Polsce. Nic takiego się jednak nie stało. Zamiast tego prezydent Pence pouczał nas w sprawie konieczności restytucji żydowskiego mienia, a dziennikarka amerykańskiej telewizji mówiła o „polskim faszystowskim reżimie”, przeciw któremu walczyli. powstańcy z Getta. Wreszcie premier Izraela, Benjamin Netanjahu, miał – jak doniósł „Jerusalem Post” – powiedzieć o narodzie polskim biorącym udział w zagładzie.

Słowa Netanjahu zostały zdementowane, zanim zdążono im zaprzeczyć wybuchła awantura. Niedobra dla relacji z Izraelem, ale i wewnętrznie dla PiS. Pence i premier Izraela nacisnęli na klawisze, która działają na elektorat PiS jak płachta dla byka. Wyborcy partii mogą się poczuć autentycznie oburzeni, że PiS zorganizował imprezę, która stała się okazją do czegoś, co w ich oczach jest festiwalem wymierzonych w Polskę zniewag.

Czyżby przesilenie?

Wszyscy – niezależnie od sympatii – będą teraz patrzyć na sondaże. Czy PiS w końcu spadnie? Nie spadło radykalnie po pierwszym rzucie taśm Kaczyńskiego. Morawiecki ciągle jest dość dobrze oceniany przez wyborców. W kryzysie wizerunkowym i politycznej defensywie partia Kaczyńskiego znajduje się na dobrą sprawę od wyborów samorządowych. A jednak im nie spada.

Czy to oznacza, że PiS jest niezatapialny? Niekoniecznie, wbrew temu czego obawia się opozycja, a przed czym drży Nowogrodzka. Do odwrócenia sondażowych tendencji trzeba czasu. Niezależnie od afer widać zużycie się obozu władzy. PiS ciągle nie ma pomysłu jak przejść do ofensywy. Sondaże mogą tego nie wyłapać przed wyborami, ale w połączeniu z dynamiką, jaką wnosi Wiosna Biedronia, nie da się dziś wykluczyć niespodzianki przy urnie. Choć PiS ciągle wygrywa wszystkie sondaże i pewnie też wybory, to pewność tego, że zdobędzie drugą kadencją zaczyna się pomału kruszyć.

Krystyna Pawłowicz rozjuszona

29 Gru

„Prokuratura nie ma uprawnień do zwolnienia mnie z tajemnicy tłumacza. Jeśli p. Morawiecki zwolni mnie z tajemnicy, to ryzykuje, że w przyszłości np. tłumacze pracujący z nim przy negocjacjach nowej unijnej perspektyw budżetowej mogą zostać przesłuchani” – powiedziała w wywiadzie dla rp.pl. tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska. Ma ona zeznawać w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej Donalda Tuska po katastrofie smoleńskiej.

Na tę wypowiedź na Twitterze zareagowała posłanka PiS Krystyna Pawłowicz. – „Takiej tajemnicy w pr nie ma. Tłumacz jest TYLKO technicz przekaźnikiem.A Tuska nie dotyczy żadna tajemnica wobec zasady przejrzystości władzy,jej kontroli przez Naród,brak ochrony dla działań przeciwko Państwu i ich karalności w K.K.Spr.PUBL to NIE spr PRYW” [pisownia oryg.]. Dziennikarka Dominika Długosz w odpowiedzi przesłała Pawłowicz jeden z artykułów ustawy o tłumaczu przysięgłym, który stanowi, że jest on obowiązany do zachowania tajemnicy zawodowej.

To oczywiście nie przekonało posłanki PiS, która zaatakowała dziennikarkę. – „Pani prymitywizuje. Przedstawiałam Pani zasady. Czyich interesów Pani usiłuje bronić? Chcecie blokować swą ignorancją i chyba złą wolą próby ustal. prawdy o Smoleńsku. Dlaczego Pani wymyśla przeszkody, których nie ma. Konstytucja i Kod. Karny otwierają drzwi” – napisała Pawłowicz. W kolejnym wpisie dodała: – „A poza tym, czego,jakich wartości,czyich interesów usiłuje Pani bronić cytując bez zrozumienia wyrwane pojedyn. przepisy ? Interesów Polski,jej bezpieczeń czy uniemożliwienia ustal prawdy o Smoleńsku i roli w tej tragedii Tuska,a nawet Putina?”.

„O wow. Szybko poszło. A może mi pani poseł przytoczyć co tu jest do rozumienia? Dalej w ustawie, która w pani przekonaniu nie istnieje, są sankcje za złamanie tajemnicy.  Czy pani zdaniem każdy tłumacz ma sam rozważyć co może opowiadać a czego nie? Czy po prostu rozmowy Tuska może?” – napisała Dominika Długosz. W następnym wpisie dodała: – „Pani poseł. Czego to chyba proste – przestrzegania prawa. Pani się upiera, że prawo jest bez znaczenia, ja uważam, że jednak należy go przestrzegać. Skoro wina Tuska jest bezsporna to dlaczego po 3 latach prokurator potrzebuje zeznań tłumacza?”.