Tag Archives: Dariusz Stokwiszewski

Hasła Kaczyńskiego: nieudolność, kłamstwa i obłuda

30 Mar

– Mamy dwa lata na implementację tych przepisów [ACTA2], a w gruncie rzeczy nieco dłużej, bo są jeszcze do tego pewne takie okresy bezwładu, tak to można określić. Razem mniej więcej 2,5 roku. Chciałem powiedzieć, że PiS dokona tego typu implementacji, że wolność będzie zachowana – stwierdził Jarosław Kaczyński na konwencji PiS w Gdańsku.

Nie można zajrzeć człowiekowi w głąb duszy tak samo, jak nie można z całą pewnością stwierdzić, co nim kieruje i jakie są naprawdę jego cele. Można natomiast, w oparciu o jego wcześniejsze i obecne zachowanie, postawę, a zwłaszcza wartości i zasady, którymi się dotąd kierował, podjąć próbę postawienia roboczych tez, które mogą być pomocne w zrozumieniu pewnych kwestii. Ważne jest też to, jakimi wzorcami kieruje się osoba, którą chcemy opisać. Czy owe „wzorce” są pozytywne czy wręcz przeciwnie, czy mogą spełniać rolę autorytetów, czy też na samą myśl o nich winno się odczuwać niepokój, niechęć i strach.

Szczególnie ważne w powszechnej opinii jest to, aby stojący na czele państw i tym samym za nie odpowiadający, byli ludźmi nieskazitelnymi moralnie. Historia pokazuje, że najczęściej bywało odwrotnie, a tylko nieliczni rządzący wyróżnili się przez wieki na tle zwykłych miernot i morderców gotowych dla władzy pozbawić życia nawet osoby sobie najbliższe. Zabójstwa ojców, żon, braci oraz dzieci „stojących komuś na drodze do władzy” nie były w historii Europy niczym szczególnym. Gdyby zatem przeanalizować konkretne przypadki to okazałoby się, że historia ludzkości to historia wojen o władzę, wpływy i pieniądze. Okresy pokoju stanowiły jedynie krótkie przerywniki w nieustannej walce o dominację. Co gorsza, pomimo procesów ewolucji w myśleniu, rządzeniu oraz sposobie sprawowania władzy, to człowiek i ciemne zakamarki jego duszy decydują o tym, jak wyglądać mają państwa i przyszłość ich obywateli.

Już wielokrotnie w swoich artykułach opisywałem sytuację dzisiejszej Polski, zwłaszcza tę najnowszą; od 2015 r., który stanowi cezurę w jej najnowszej historii. Truizmem jest stwierdzenie, że Polska i Polacy (jedynie poza nielicznymi wyjątkami) nie mieli szczęścia do rządzących nimi ludzi. Oczywiście Polska nie jest w tym osamotniona, ale tylko u nas złe rządy doprowadziły do upadku państwowości polskiej pod koniec XVIII w., a samo państwo na długo zniknęło z mapy Europy. Kiedy u nas rozkwitało sobiepaństwo, buta i warcholstwo zachodni władcy umacniali swoją władzę, ale przy tej okazji też i państwa. Tymczasem u nas zawsze liczyły się interesy grupy rządzącej; tak było i tak jest dzisiaj. Mało kto tak naprawdę myśli o państwie, jako dobru wspólnym. Pojęcie to jest na tyle abstrakcyjne, że w niektórych kręgach powoływanie się nań przywołuje na twarze osób słuchających ironiczne uśmiechy.

Niepisana „zasada TKM” nie zrodziła się dopiero w 2015 r., wraz z dojściem do władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego wodzowskiej partii PiS, jednak trudno zaprzeczyć, że tak pazernej i bezideowej władzy Polska nie miały jeszcze nigdy w całej chyba historii. Skąd to się wzięło i dlaczego? Zacznę od tego, że cała pisowska retoryka nie ma według mnie nic wspólnego z tym, co każdą władzę państwową winno obowiązywać: z dążeniem do zapewnienia dobra państwu, w tym zwłaszcza promocją jego interesów narodowych, a więc w konsekwencji też zapewnieniem bezpieczeństwa, niezawisłości i suwerenności. Nigdy jeszcze (nawet w okresie PRL) dobre imię i pozycja Polski nie były tak marginalne, jak dziś. Nikt nigdy tak nie ośmieszył i nie zdeprecjonował tego, co polskie, przy czym najmniejszym problemem jest to, że przy tej okazji ośmieszył sam siebie, bo na to sobie zasłużył.

Dziś jesteśmy, w tym negatywnym sensie, na „ustach świata”, a postrzega się nas jak kogoś, kto na własne życzenie chce podciąć korzenie drzewa, na którym siedzi. Nikt kto myśli racjonalnie takich rzeczy nie robi, ale kto powiedział, że nieformalny przywódca naszego kraju, człowiek nie tyle kompetentny, co cwany musi myśleć racjonalnie? Nikt! Natomiast jeśli racjonalizm będziemy chcieć rozumieć tylko, jako dążenie Kaczyńskiego do władzy absolutnej to możemy go uznać tyle tylko, że nie ma on nic wspólnego z dobrem państwa, a tylko z zaspokojeniem chorych ambicji człowieka niespełnionego życiowo i zawodowo.

Na początku stycznia 2010 r., ówczesny premier (od 2012 ponowny prezydent) Rosji, Władimir Putin powołał Euroazjatycką Unię Celną (Białoruś, Kazachstan i Rosja). Dwa lata później zaproponował już krok kolejny: powołanie Unii Euroazjatyckiej, która miała być przeciwwagą, a właściwie narzędziem do destrukcji Unii Europejskiej. Ta bowiem od zawsze była mu „solą w oku”, a wykluczał możliwość integracji z nią Rosji. Zapyta ktoś dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta. Otóż Putin nie znosi demokracji, która wymaga od władzy wolnych wyborów, ani tłumaczenia się, istnienia niekontrolowanej opozycji, sprzeciwia się patologiom niekontrolowanej władzy i bogaceniu się wąskiej grupy oligarchów, trzymających się klamki władzy. Zdecydował się więc na podjęcie wszelkich kroków do tego, aby pozbyć się konkurencyjnej, a co gorsze demokratycznej UE, poprzez kaptowanie zwolenników swojego projektu. Tym, co gwarantuje kacykom zdecydowanym na zbliżenie z Rosją jest pełnia władzy dla nich, bez ponoszenia żadnych konsekwencji. I Putin jest to w stanie zagwarantować. Jest już kilku chętnych do tego, aby z tej propozycji skorzystać i choć się z tym nie obnoszą, to zapewne oczekują na taką możliwość (najbardziej znanym z Europy jest Wiktor Orban – guru Kaczyńskiego).

Czyżby Jarosław Kaczyński należał do tej grupy polityków europejskich? Być może, bo jedynie on sam to wie to najlepiej. Natomiast ja, jako analityk mogę stwierdzić np., że on i jego partyjna koalicja robią wszystko (być może z politycznej głupoty, co ich jednak nie tłumaczy), aby plan W. Putina się powiódł! Bo czymże innym jest podważanie zasad istniejących i obowiązujących w UE, zaakceptowanych przez poprzednie polskie rządy? Czymże innym jest zniszczenie w Polsce demokracji, pogwałcenie Konstytucji, łamanie prawa powiązane z destrukcją trybunałów i sądów powszechnych w Polsce, ale także zastraszanie sędziów, prokuratorów i/lub adwokatów niechcących się podporządkować pisowskiemu reżimowi w sankcjonowaniu łamania prawa i upolitycznieniu wszystkiego, co się spolityzować dało?

W mojej opinii, porzucenie przez Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę (to druga co do skali odpowiedzialności za łamanie prawa osoba) demokratycznych procedur UE to jawne zlekceważenie, a nawet pogwałcenie zasadniczego kryterium uczestnictwa w strukturach unijnych. Prowadzi wprost do Polexitu, co może w niedługim czasie stać się mniej lub bardziej formalnym efektem takich działań. Oczywiście sama marginalizacja Polski w Unii Europejskiej jest wystarczającym powodem do obaw, a „rozsadzanie” od środka struktur Wspólnoty jest według mnie zdradą polskich interesów i zdradą stanu! Jest także zdradą demokratycznej Europy, o którą walczyły i ginęły pokolenia ludzi!

Być może (zakładam tu jeszcze resztki dobrej woli, ale przy braku odpowiedniej wiedzy i rozeznania Jarosława Kaczyńskiego), rządzący z tylnego siedzenia prezes PiS nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji takiego stanu rzeczy. Prowadzić on może nieuchronnie do nowego podziału świata i odtworzenia sytuacji z lat „zimnej wojny”, kiedy to kwestią najważniejszą będą wzajemne rozgrywki wielkich mocarstw o dostęp np. do terytoriów zasobnych w surowce i ważnych ze strategicznego punktu widzenia. Czy tak trudno jest sobie wyobrazić, że wbrew deklaracjom różnych państw (w tym USA Donalda Trumpa; bi czy też multipolarny, ale już w mniejszej skali) układ sił jest (jeśli już) tak naprawdę jedynie im na rękę. My, co najwyżej, możemy spełniać rolę dawnego „satelity” w tym, bądź innym systemie polityczno – militarnym. Nawet jeśli przypadłoby nam miejsce w tym zachodnim, to nie możemy zapominać o tym, kogo mamy za sąsiadów! Gra jest bardzo niebezpieczna, a stawką jest tutaj bezpieczeństwo i przyszłość Polski / Polaków, czego Jarosław Kaczyński zdaje się nie zauważać.

Rafał Trzaskowski udzielił wywiadu portalowi Onet.pl, w którym odpiera atak episkopatu, który włączył się w narrację PiS uderzającą w stolicę za przyjęcie karty LGBT+. Prezydent Warszawy w pierwszej kolejności postanowił wyjść poza podział sceny politycznej, który sprytnie chce narzucić PiS, aby zmonopolizować elektorat osób wierzących: “Nie jestem żadnym antyklerykałem. To PiS próbuje mnie obsadzić w tej roli”. Co więcej polityk podkreśla, że jako katolik boleśnie przyjął krytykę ze strony polskiego Kościoła wobec karty LGBT. To ostatnie nie przeszkodziło jednak Trzaskowskiemu w ponownym zajęciu twardego stanowiska w sprawie ochrony praw mniejszości i krytyki postawy samego Kościoła w Polsce.

“Mam duży szacunek dla tradycji i dla Kościoła. Natomiast, gdy widzę, jak Episkopat wpisuje się w tezy pisowskiej propagandy to, jako katolik, odbieram to boleśnie”.

Prezydent stolicy wytyka także hipokryzję narracji nazywającej prawa określonych grup do istnienia w życiu publicznym jako “kwestii światopoglądowej”: “To nie jest żaden spór światopoglądowy. Nie rozumiem jak walkę o wartości – obronę mniejszości, walkę z hejtem i nietolerancją, stanie przy potrzebujących opieki – można zakwalifikować jako spór światopoglądowy”.

Rafał Trzaskowski ponownie musiał także tłumaczyć wydawałoby się rzecz oczywistą, że proponowane zajęcia szkolne, tak jak do tej pory, będą dobrowolne, a ich misją będzie nauczenie, że “internet nie jest anonimowy, a dzielenie się intymnymi treściami w sieci może przynieść opłakane skutki, że słowa ranią, tłumaczyć podstawy edukacji seksualnej, aby dzieci mogły się bronić przed pedofilią”.

Prezydent stolic nie pozostawia także złudzeń, że krytycy wewnątrz kościoła nawet nie pochyli się nad dokumentem, który tak radykalnie krytykują w swoim oświadczeniu: “Ubolewam, że Episkopat najwyraźniej nie przeanalizował kartyMyślę, że chłodna analiza doprowadziłaby biskupów do innych konkluzji. Zresztą stanowisko biskupów warszawskich było bardziej wyważone”.

Rafał Trzaskowski jak widać bronił stanowczo swojego programu, ale równocześnie zachowując pojednawczy, nie antagonizujący Kościoła ton. Ta wydawałby się ugodowość nie przeszkodziła jednak politykowi wykazać episkopatowi porzucenia chrześcijańskiej misji szerzenia miłosierdzia wobec wszystkich słabszych i porzuconych:

“Jeszcze raz powtórzę: karta jest elementem szerszego programu, który skupia się na pomaganiu wszystkim tym, którzy są dzisiaj słabsi i spychani na margines państwa. Mówię o osobach z niepełnosprawnościami, seniorach, osobach wychodzących z bezdomności, wszystkich, którzy mają inne poglądy i wyznają inną religię, czy mają inny kolor skóry. Osoby homoseksualne są tylko jedną z mniejszości, której staram się pomóc. W sprawie tych wszystkich grup podjąłem szereg działań. O tym jakoś ani Episkopat, ani PiS ze mną nie chcą rozmawiać. Ubolewam nad tym, bowiem wszyscy wiedzą, że PiS robi to z pobudek czysto politycznych, by ponownie straszyć oraz dzielić Polaków. Co do populistów i cyników nie mam żadnych złudzeń. Od Kościoła katolickiego oczekiwałbym natomiast, aby stał na straży wszystkich mniejszości, wszystkich słabszych i zapomnianych”.

Tym samym Rafał Trzaskowski odniósł się do konsekwencji jednej z największych hipokryzji kościoła XXI wieku – zadufanej troski o komfort własnego sumienia, bez względu na cenę jaką za to dobre samopoczucie płacą inni ludzie. Tak jak w sporze aborcyjnym, tak i w sporze o prawa osób LGBT nikogo w episkopacie nie obchodzi bowiem dobro drugiego człowieka, ale układanie świata, który nie będzie burzył ich poczucia samozadowolenia.

Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro (nie wiem już, który spełnia w tym duecie rolę sprawczą, nie wiem też, który jest gorszy) nie ustają w wysiłkach na rzecz całkowitej anihilacji polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nie mogę także nie dodać, że w moim głębokim przekonaniu działanie to jest celowe i prowadzone z pełnym rozmysłem po to, aby umocnić autorytarny system władzy. Kiedy to wszystko się zaczynało miałem jeszcze jakąś nadzieję na to, że ci ludzie w pewnym momencie się opamiętają, że zdadzą sobie sprawę z tego, że niszczą państwo prawa, kraj będący jakby nie było ich ojczyzną. Jednak pomyliłem się boleśnie i zdałem sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z ludźmi, dla których władza jest celem ostatecznym i raz zdobytej nie zechcą dobrowolnie oddać.

Rządzą nami ludzie nieposiadający wystarczającej dawki cech osób cywilizowanych, które by ich predestynowały do rządzenia tak dużym państwem. Niektórych z nich wręcz charakteryzują zachowania socjopatyczne, z czym się nie kryją (ale ja podejrzewam też pewne zaburzenia natury psychologicznej). Nie jestem co prawda specjalistą od tych kwestii, ale moje doświadczenie zawodowe i życiowe, zawód i wiek pozwalają mi na wypowiadanie się w kwestiach ważnych dla Polski. To nie przywilej, a wręcz obowiązek z racji pełnionych w życiu funkcji i wyższej (niż u przeciętnego obywatela) świadomości dziejącego się tu zła. Daje mi do tego mandat moje wykształcenie, które uzyskałem na polskim uniwersytecie, który obdarzył mnie także zaszczytnym stopniem doktora nauk społecznych, z zakresu nauk o polityce! To daje mi wspomniane prawo do oceny!

Znajdujemy się w okresie przedwyborczym do Parlamentu Europejskiego (maj), Sejmu i Senatu RP (jesień b.r.), w przyszłym natomiast roku dokonamy wyboru osoby na urząd Prezydenta RP. To ważne, aby one były przeprowadzone w sposób zgodny z prawem RP, którego najwyższą wykładnią jest bez wątpienia nasza Konstytucja. Ta sama, którą wiele razy złamał obecny prezydent Andrzej Duda oraz jego pisowscy akolici (kolejność tę można odwrócić). Władza PiS i SP nie przestaje jednak działać, i w gwałceniu prawa posuwa się coraz dalej.

Aktualnie poza działaniami skierowanymi przeciwko przyzwoitym, nieugiętym sędziom, prokuratorom, a nawet adwokatom i radcom prawnym, którzy nie chcą wejść na drogę łamania prawa (nazwijmy jednak tę rzecz po imieniu: przestępstwa), toczą się liczne postępowania przed tzw. Izbą Dyscyplinarną SN – tworem Zbigniewa Ziobry, który wręcz zdemolował polski wymiar sprawiedliwości i prokuraturę! Nie wiem tylko czemu wszyscy, którzy „coś mogą” przyglądają się temu bezczynnie (oczywiście jest to pewne uproszczenie, bo coś jednak się dzieje). Czy liczą oni na to, że praworządność obroni się sama, a ci, którzy ją łamią wyrażą skruchę i odejdą?! Jeśli ktoś na to liczy, to nawet nie jest nawet naiwny, tylko po prostu głupi!

Po raz „ent” zwracam się do polityków (bo ruchy społeczne działają prężnie) o to, aby nie czekali z „założonymi rękoma,” tylko zorganizowali społeczeństwo do zgodnego z prawem sprzeciwu wobec władzy gwałcącej prawo i niszczącej państwo. Nic samo się nie zrobi, a czekanie powoduje tylko zwiększenie i nieodwracalność szkód. Pamiętajmy, że w Polsce nic już nie funkcjonuje tak, jak powinno:

  • Trybunały zostały pozbawione narzędzi do działania: Trybunał Konstytucyjny i Trybunał Stanu to fikcja – szczególnie szkodliwy jest ten pierwszy;
  • Sądy powszechne przejęła pisowska władza i obsadza je swoimi ludźmi;
  • Wojsko, Policja i inne formacje zmilitaryzowane są w rękach PiS/SP;
  • Służby (a na pewno ich szefowie) są raczej w większości dyspozycyjne;
  • Trwają zakusy na PKW, co pewnie zakończy się „sukcesem koalicji rządzącej”, a skoro tak, to już nawet nie będzie potrzeby fałszerstw (choć ich nie wykluczam), bo mając swoich sędziów i komisarzy można „legalnie po pisowsku” unieważnić listę każdego komitetu wyborczego, podnosząc tym samym niezbędny do osiągnięcia próg wyborczy, że już o machinacjach w wytyczaniu granic okręgów i obwodów nie wspomnę.

Tak można byłoby jeszcze długo wyliczać, ale po co skoro dobrze wiemy czego mamy się obawiać? Tym, co najgorsze jest kończący się czas, a nie dostrzegłem dotąd żadnych działań przygotowawczych, mogących zapobiec szalbierstwom władzy. Czy ktoś myśli, że na pstryknięcie palcem zjadą się do nas w maju i na jesieni przedstawiciele wszelkich organizacji mogących kontrolować wybory? Czy OBWE, UE, Rada Europy mają już jakąś agendę do działań, o których można byłoby poinformować społeczeństwo RP? Proszę tylko nie kpić mówiąc, że to sprawy tajne i nie można o tym mówić! Można i trzeba, ale poza tym trzeba głośno o tym mówić, bo tu o Polskę idzie, a nie partie te czy inne oraz ambicje ich liderów.

Partie nie mogą zapominać tego, że najważniejsza jest właśnie Polska, nie one! Ich rolą jest służyć ojczyźnie, która za tę służbę niezwykle hojnie je nagradza. Fundusze roczne rzędu kilkunastu milionów złotych powinny być racjonalnie wykorzystane dla dobra Polski. Wydawanie ich na bilbordy i inne fanaberie, a przy tym ograniczenie działań rzeczywiście skutecznych oraz zamykanie się we własnej bańce to chyba jakaś pomyłka panowie. Społeczeństwo wam płaci i chce efektów za te płace! To ono jest waszym pracodawcą, a skoro chcecie być zawodowymi politykami, to wyjdźcie na ulice do ludzi, zamiast reklamować się w tej, czy innej telewizji! Najwyższy już ku temu czas!

Reklamy

Reforma Ziobry – dewastacja śledztw. Czerwińska nie zgadza się na populizmy pokrak Kaczyńskiego i Morawieckiego

19 Mar

W minionym tygodniu resort sprawiedliwości ogłosił drugi etap “reformy” wymiaru sprawiedliwości, w ramach którego zlikwidowane mają zostać sądy apelacyjne, a drobne wykroczenia i przewinienia rozstrzygać mają tzw. “sędziowie pokoju”, osoby z doświadczeniem życiowym, które orzekać mają na zasadzie słuszności. Krytycy nie mają wątpliwości, że Zbigniew Ziobro kolejną radykalną zmianę struktury sądownictwa wykorzysta w tym samym celu, co wszystkie dotychczasowe zmiany w tym obszarze, czyli do czystek kadrowych i wstawienia do wymiaru sprawiedliwości “swoich” ludzi. O tym, do czego to może prowadzić, świadczyć może tragiczna sytuacja w polskiej prokuraturze po tzw. “reformie” z 2016 roku, którą dziś bezlitośnie przedstawiła “Gazeta Wyborcza”, przytaczając na uzasadnienie tej tezy konkretne dane o osiągnięciach jego nominatów. Są one efektem wielomiesięcznej pracy prokuratorów ze stowarzyszenia Lex Super Omnia, które zrzesza śledczych, którzy nie poddali się czystce Ziobry i wciąż walczą o prokuraturę, która rzeczywiście stoi na straży sprawiedliwości, a nie interesów obozu władzy.

Jak wylicza dziennik,  jeszcze w 2014 r. – za czasów prokuratura generalnego Andrzeja Seremeta – spraw prowadzonych ponad sześć miesięcy było w prokuraturze około 3,8 tys. Tymczasem pod rządami Ziobry w 2018 r. było ich już 13,1 tys. Jest to wzrost o prawie 350 proc.! Nie lepiej jest w przypadku spraw trwających ponad 2 lata. Wzrost wynosi od 927 w 2014 r. do 3,4 tys. w 2018, a spraw trwających od dwóch do pięciu lat w 2018 roku było 360 proc. więcej niż w 2014 roku. Obrazu totalnej katastrofy dopełniają liczby dotyczące spraw trwających najdłużej, czyli powyżej pięciu lat – w 2014 r. było ich 75, a w roku ubiegłym już 263. 

Żeby w pełni zrozumieć, dlaczego tak olbrzymi wzrost ilości postępowań długotrwałych jest w gruncie rzeczy wypaczeniem nadrzędnego celu prokuratury, wystarczy spojrzeć choćby na sprawy o zabarwieniu politycznym, w których pojawiają się wątki polityków partii władzy. W zasadzie w żadnym ze śledztw w licznych aferach (od afery billboardowej z udziałem spółki Solvere, poprzez nielegalne uchwalenie budżetu w Sali Kolumnowej Sejmu czy brak wydrukowania wyroków Trybunału Konstytucyjnego, aferę w dolnośląskim PCK, finansowanie konwencji Solidarnej Polski ze środków UE, układ radomski czy na aferze wokół spółki Srebrna z udziałem Jarosława Kaczyńskiego) nie tylko nie postawiono zarzutów, ale przede wszystkim nie skierowano aktów oskarżenia i akt śledztwa do sądów, by mogły tam zostać ocenione. W takich sytuacjach wymiar sprawiedliwości został w zasadzie sparaliżowany na etapie “dochodzenia do sprawiedliwości” rozumianej we właściwy dla obozu władzy sposób.

 – To może być siedem lat, ale może być też dziesięć. A to oznacza, że ktoś na przykład może przez ten okres mieć zarzuty, ale nie ma możliwości poddania ich pod ocenę sądu. Albo może być tak, że przez tyle lat ofiara nie może się doczekać, aż sprawca poniesie odpowiedzialność karną – wyjaśnia istotę patologii prokurator Iwona Palka z Lex Super Omnia. Warto też pamiętać, że czasami sam fakt “postawienia w stan oskarżenia”, zwłaszcza polityków opozycji czy kojarzonych z nimi menadżerów spółek Skarbu Państwa jest celem samym w sobie, bo pozwala sprawę wykorzystywać dla politycznych profitów bez realnej odpowiedzialności i kontroli.

Kuriozalne są też tłumaczenia takiego wzrostu postępowań długotrwałych. Obecne kierownictwo prokuratury twierdzi, że jest ona zmuszona do wznawiania śledztw umorzonych niezasadnie. Choć nie przedstawia na potwierdzenie tych słów żadnych konkretnych danych, to jednak warto zauważyć, że bardzo wiele medialnych spraw przeciwko politykom i działaczom związanym z opozycją dotyczy właśnie takich sytuacji. Śledczy w czasie, gdy prokuratura była od rządu niezależna badali sprawę i uznawali, że do wypełnienia znamion przestępstwa nie doszło. Gdy prokuratury dostały się w ręce aktywnego polityka, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, nagle za wszelką cenę postanowiono sprawy “odkopać” i wykorzystać je przeciwko politycznym przeciwnikom. A te dotyczące abstrakcyjnego “Kowalskiego” niech leżą, przecież priorytety są inne. Trudno o lepsze zobrazowanie prawdziwego celu “reformy” Zbigniewa Ziobry.

W zeszłym tygodniu Dziennik Gazeta Prawna informował, że minister finansów Teresa Czerwińska z dużym dystansem przyjęła rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko oraz 13. emeryturę. O skonkretyzowanych propozycjach rzuconych przez Jarosława Kaczyńskiego na konwencji dowiedziała się dzień wcześniej, co wywołało w ministerstwie falę krytycznych komentarzy. Zderzenie przygotowanych za plecami resortu finansów pomysłów z twardymi wymaganiami budżetowymi musiało prędzej czy później nastąpić. Dzisiejsze wydanie DGP kontynuuje opowieść o rafach, na jakie wepchnął lider Prawa i Sprawiedliwości Czerwińską.

Jest takie ustrojstwo nazywające się regułą wydatkową, której wyliczenia precyzują, na jakie wydatki stać państwo. Do tej pory był to oręż broniący ministerstwo przed naciskami finansowymi ze strony innych resortów, a także gwarantujący stabilną politykę fiskalną. Z informacji Dziennika Gazety Prawnej wynika, że szefowa trzymająca rękę na pieniądzach – “(…) nie godzi się na złamanie, zawieszenie czy likwidację umocowanej w prawie zasady powstrzymującej państwo przed nadmierną hojnością. To oznacza, że zmieszczenie w przyszłorocznym budżecie całej piątki Kaczyńskiego, w tym 500+ na pierwsze dziecko czy trzynastej emerytury, może być niemożliwe” – pisze dziennik.

Gazeta wieszczy konflikt przy tworzeniu budżetu na 2020 rok – “Wiarygodność naszej polityki fiskalnej wspiera wysoko oceniania przez otoczenie międzynarodowe stabilizująca reguła wydatkowa (…). Reguła ta jest kluczowym narzędziem konstrukcji budżetu obok przestrzegania norm fiskalnych zawartych w pakcie stabilności i wzrostu” – mówiła Czerwińska w ubiegłym tygodniu na Forum Bankowym. DGP zwraca uwagę, że do pogodzenia reguły wydatkowej z nowymi obciążeniami budżetowymi na poziomie 40 mld zł rząd może zastosować różne triki – “(…) np. podnosząc prognozę PKB albo wypychając część wydatków do funduszy, których budżety nie podlegają regule, ale w ocenie ekonomistów to nie wystarczy. Nie mają oni wątpliwości, że pakiet wyborczych obietnic tworzy napięcia w finansach publicznych w kolejnych latach” – objaśnia DGP.

Problem Teresy Czerwińskiej nie polega na tym, że relacje z Nowogrodzką zaczynają być napięte, ale na tym, że jak pod wpływem nacisków przyłoży rękę do złamania kręgosłupa regule wydatkowej, to będzie się za nią ciągnęło do końca kariery. Już zawsze będzie postrzegana jako osoba nieodpowiedzialna, która wbrew posiadanej wiedzy ekonomicznej położyła na szali swój życiowy dorobek w imię partyjnego interesu. Prezesa Prawa i Sprawiedliwości przekonanego o swoim geniuszu ekonomicznym oraz wspartego nagrodą “Człowieka roku” Forum Ekonomicznego w Krynicy nie interesuje, co dzieje się w budżecie, bo on wie lepiej albo nie przykłada do tego zbytniej uwagi. Za to Teresa Czerwińska powinna pamiętać o tym, że ministrem się tylko bywa.

Niedawno na jednym z pisowskich „spędów” w Katowicach bezdzietny „Ojciec Narodu Polskiego” – nieoficjalny i nielegalny przywódca, którego na tych wyreżyserowanych uroczystościach wita się równie uroczyście, jak północnokoreańskich Kimów, przekazał Polakom „dar serca” – obietnice w postaci tzw. „piątki Kaczyńskiego”! Obietnice puste, co ludzie światli wiedzą, a zaprogramowani i bezkrytyczni fani „wodza” (ciemna masa i ludzie interesowni, no bo jak to inaczej nazwać) „kupują” z zachwytem! Wspomniany „wódz” obieca nam zresztą jeszcze więcej, a liczba tych obietnic może być w efekcie odwrotnie proporcjonalna do czasu, jaki nam pozostał do wyborów – tzn., im krócej do nich, tym więcej obietnic! No cóż; tak jest zawsze wtedy, kiedy traci się grunt pod nogami i wyczuwa nadchodzący czas rozliczeń przed wymiarem sprawiedliwości!

W „Gazecie Prawnej” ukazał się ciekawy i fachowy artykuł, który opisuje to w sposób w pełni profesjonalny, stąd tutaj pozwolę sobie jedynie na podanie myśli przewodniej, a ta brzmi, jak następuje:

„Obietnice PiS oznaczają przekroczenie reguły wydatkowej. Sytuacja jest trudna i będzie wymagała wielu ryzykownych zabiegów księgowych”! Wiem, na czym to może polegać!

Co najciekawsze; z informacji autorów artykułu (M. Chądzyńskiego, G. Osieckiego, B. Godusławskiego) wynika, że minister finansów nie godzi się na złamanie, zawieszenie i/lub likwidację zawartej w prawie zasady powstrzymującej państwo przed nadmierną „hojnością”.

Mój komentarz do treści artykułu jest następujący: Co to może i będzie oznaczać dla naszego państwa? Otóż ni mniej, ni więcej jak tylko to, że zrealizowanie w oparciu o przyszłoroczny budżet „piątki Kaczyńskiego”, w tym 500 + na pierwsze dziecko, ale i trzynastej emerytury dla seniorów prawdopodobnie „spali na panewce”!

Planowany budżet zostanie przekroczony aż o 58 mld zł! Na to nie chce się zgodzić pani minister finansów w rządzie premiera Morawieckiego, która zdawać sobie musi sprawę z odpowiedzialności, jaką na siebie bierze i z tego, że prawdopodobnie stanie się przysłowiowym „kozłem ofiarnym” działań Kaczyńskiego, który skrupułów nie posiada; to dla niego pojęcie abstrakcyjne, co łatwo i przystępnie wyjaśnia nauka psychologii!

Mówiąc jeszcze inaczej „szanowny i dobroduszny prezes” po pierwsze: „dał” nam z naszych pieniędzy przedwyborczy „prezent – łapówkę” (bo budżet na dłuższą metę tego nie wytrzyma), po drugie nie zapomni tego odebrać (to już się dzieje w formie ukrytych podwyżek, opłat za media, podatków, które rosną w zastraszającym tempie)! Po trzecie, „łże jak pies” udając patriotę i męża stanu, którym nie był nigdy, nie jest, i nigdy nie będzie! Człowiek to bowiem totalnie odrealniony pozbawiony według mnie jakichkolwiek uczuć wyższych, stąd niezdolny do postępowania ukierunkowanego na coś innego, niż własna, chora wizja wielkości i mania władzy, która stała się już obsesją.

Nie ma sensu rozpisywać się obszerniej, gdyż czytelnicy nie lubią (co wynika z moich dokładnych obserwacji) czytać zbyt długo, nawet jeśli tekst jest ważny; większość woli wytłuszczone i kolorowe hasła, co ja potępiam i nie dbam o popularność, choć bardzo przykre jest dla mnie to, że wielu tak lekceważy sobie sprawy państwa, choć tłumaczę sobie też, iż każdy z nas ma inną percepcję, ale też i potrzeby zmysłowe. Stąd jedynym moim przekazem niech będzie poniższe, wytłuszczone zdanie, które nie po raz pierwszy wygłaszam:

PiS działa na szkodę państwa polskiego i Polaków. Ta partia (choć może nie zwyczajni członkowie i fani, którzy z różnych względów się z nią utożsamiają), chce za wszelką cenę utrzymać permanentną władzę, co gdyby miało się spełnić, będzie jednoznaczne z unicestwieniem Polski, jak państwa cywilizowanego – członka elitarnego Klubu Państw Demokratycznych w tym UE i NATO! Apeluję więc o to, aby nikt nie uległ jej demagogom rodzaju Jarosława Kaczyńskiego (emanacji zła), Zbigniewa Ziobry, osoby współodpowiedzialnej (podobnie jak Andrzej Duda, którego wymieniam na trzecim miejscu, bo jego realna rola w rządzeniu sprowadza się tylko do sygnowania tego, co Kaczyński i Ziobro wymyślą) i pozostałej hierarchii układu rządzącego! Musimy zdać sobie też sprawę z tego, że rządy premiera obecnego rządu są czysto ceremonialne. Oddawanie więc głosu na taką władzę jest przykładaniem ręki do zdrady i niszczenia własnej ojczyzny!

Prawo i sprawiedliwość obronić przed PiS-em

16 Lu

Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim – Oddział Zamiejscowy w Hajnówce wydał wyrok uniewinniający Obywateli RP, którym zarzucono zakłócanie III Hajnowskiego Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych organizowanego przez nacjonalistów dla uczczenia Romualda Rajsa „Burego”, którego oddział w 1946 r. zamordował 79 niewinnych osób podczas pacyfikacji wsi na Białostocczyźnie. IPN uznał ten mord za ludobójstwo.

Przypomnijmy, przed ubiegłorocznym hajnowskim marszem Obywatele RP wraz z mieszkańcami Hajnówki oddali cześć pomordowanym przez oddział „Burego”, a następnie stanęli na trasie przemarszu nacjonalistów.

Policja potraktowała protest Obywateli RP jako zakłócanie pochodu organizacji nacjonalistycznych. Protestujący zostali wylegitymowani, a część z nich trafiła na komendę w Hajnówce. Policja uznała protest Obywateli RP za wyjątkowe naruszenie porządku publicznego i skierowała sprawę do sądu. Na szczęście sąd uznał prawo protestujących do „organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich, wynikające bezpośrednio Konstytucji, a także m.in. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Stwierdził, że przebieg jednego zgromadzenia w przestrzeni publicznej nie wyklucza obecności innego zgromadzania w tej samej przestrzeni, oczywiście pod warunkiem braku kolizji zgromadzeń, czyli nienaruszania wolności do zgromadzania się uczestników poszczególnych zgromadzeń czy manifestacji.”

W tym roku burmistrz Hajnówki wydał zakaz organizacji marszu pamięci, ale organizacje nacjonalistyczne odwołały się w tej sprawie do Sądu Okręgowego w Białymstoku. Decyzja ma zapaść 18 lutego, a sprawą zajmie się sędzia Piotr Kozłowski, który dwa lata temu uchylił podobny zakaz burmistrza dotyczący marszu.

Polacy,

w związku z nieustannie postępującym procesem niszczenia państwa polskiego, szczególnie uwzględniając eliminację przyzwoitych sędziów, prokuratorów, adwokatów etc., tj.: wymiarów sprawiedliwości i organów ścigania Polski, apeluję do wszystkich sił politycznych parlamentarnych i pozaparlamentarnych, którym zależy na dobru naszego państwa, o podjęcie stosownych działań, mających na celu ukrócenie barbarzyńskiego, a według mnie też przestępczego – skierowanego przeciw naszej ojczyźnie – procederu psucia tego, co pokolenia Polaków zbudowały także przelewając krew!

Obowiązująca wciąż w Polsce Konstytucja z 1997 roku pozwala narodowi na wyrażenie publiczne swego niezadowolenia i zamanifestowania sprzeciwu przeciwko tym, którzy nie sprawdzili się jako przywódcy państwa oraz narodu. Rządząca od ponad trzech lat „koalicja zła” doprowadziła Polskę nad skraj przepaści nie tylko cywilizacyjnej, ale także sprowadziła niebezpieczeństwo utraty jej suwerenności, a przynajmniej zredukowała rolę Polski w świecie do takiej, jaką pamiętamy z lat 50. XX wieku. To niedopuszczalne i grozi zapaścią państwa! Szczególnie istotne są wymienione przeze mnie instytucje bez których, ojczyzna nasza zamienić się może w bezbronny step, po którym (jak pisał w XIX wieku Carl von Clauzewitz) będą hasać obce wojska. Tak już bowiem bywało!

Proszę więc o rozważenie wszelkich możliwych, zgodnych z obowiązującą konstytucją Kodeksem karnym (nieustannie zmienianym tak, aby „pasował” tej władzy) środków, mających na celu odsunięcie od najważniejszych stanowisk w naszym państwie ludzi godzących w jego i narodu bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne! Czynię to tylko z troski o dobro mojej Ojczyzny narażanej od czterech lat (także w latach 2005-2007) na przekleństwo konfliktów społecznych, a być może i zbrojnych! Działalność rządu, o znaczącym stopniu szkodliwości, spowodowała bowiem utratę naszej wiarygodności na arenie międzynarodowej oraz zdystansowanie się dotychczasowych sojuszników Polski. Państwo zostało wystawione na śmiech i hańbę przez ludzi, którzy nie mają absolutnie niezbędnych (merytorycznych ani moralnych) cech do tego, aby władza nadal pozostawała w ich rękach! Muszą zatem odejść!

Wynik głosowania nie pozostawia wątpliwości działacze Sojuszu podzielają zdanie Włodzimierza Czarzastego. Uchwałę o współpracy przegłosowano 111 głosami. Przeciw było 3 delegatów, a 6 się wstrzymało.

– Nie ma innej możliwości – powtarzali wychodząc z konwencji.

Były premier Leszek Miller w czasie – zamkniętej dla mediów – konwencji mówił, że pojawienie się 3 premierów na konferencji z Grzegorzem Schetyną było ustalone z Włodzimierzem Czarzastym i że szef SLD od początku wiedział o planie budowy Koalicji Europejskiej. Leszek Miller też ma startować. Chociaż jak mówi, nie jest jeszcze pewien.

– Wie pani, ja muszę zapytać mojej małżonki, czy się zgodzi – żartuje były premier.

Jedynki mają także dostać dwaj inni byli premierzy Marek Belka i Włodzimierz Cimoszewicz. Podobno – jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek” – Cimoszewicz ma być jedynką z Warszawy. Jak słyszymy, Platforma już się zgodziła na taki układ, bo ma w stolicy kłopot z wyborczą lokomotywą. Jednak rozmowa o budowaniu list jak zawsze będzie trudna.

– Podjęłam decyzję, że to jest moja ostatnia kadencja – mówi „Newsweekowi” Krystyna Łybacka, była minister edukacji i obecnie europosłanka SLD. – Ale moja decyzja nie ma nic wspólnego z tą decyzją Sojuszu. Jesteśmy przed rozmowami z koalicjantami i to będzie miara wiarygodności tej koalicji, żeby myśleć nie o tym, kto skąd pochodzi, tylko jaka jest największa szansa dobrego rozegrania tych wyborów. Z tym głównym przesłaniem jesteśmy proeuropejscy, chcemy się jednoczyć, chcemy być silnym partnerem dla Europy, a zatem wybierajmy takich ludzi, którzy potrafią ten przekaz wystarczająco mocno wyartykułować – dodaje.

To był najczarniejszy tydzień PiS od lat. Czy Kaczyńskiemu słupki w końcu zaczną spadać?

Nie będzie też raczej dyskusji o miejscu dla Bogusława Liberadzkiego. Obecny wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego ma być jedynką w Zachodniopomorskiem. Tam prawdopodobnie spotka się z Robertem Biedroniem, który ze Szczecina chce startować do Brukseli. Na pytania o lidera Wiosny działacze Sojuszu rozkładają ręce i jak jeden mąż powtarzają: „Chcieliśmy iść razem, ale on nie chce”.

– Zalecałbym przewodniczącemu Biedroniowi, aby lepiej słuchał głosu swoich potencjalnych wyborców. Na przykład badanie CBOS-u z połowy stycznia pokazuje, że większość jego wyborców chciałaby, żeby poszedł do Parlamentu Europejskimi w szerokiej koalicji – mówi dawny kolega Roberta Biedronia z Ruchu Palikota, Wincenty Elsner.

Już wczoraj na Twitterze przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna wrzucił wiele mówiący post:

Po decyzji SLD politycy Platformy powtarzają, że dobrze się stało.

– Z radością witamy europejską lewicę, przyjmujemy tę decyzję z zadowoleniem i mamy nadzieję, że śladem SLD pójdą kolejne partie i formacje polityczne oraz środowiska demokratyczne i obywatelskie w Polsce – mówi „Newsweekowi” Sławomir Neumann, szef klubu Platformy Obywatelskiej.

– A czy nie przeszkadza panu, że to byli członkowie PZPR? – dopytuję.

– Dzisiaj jest czas na budowanie koalicji ludzi, którzy obronią Polskę przed polexitem, który proponuje PiS. I tak jak Leszek Miller był w PZPR, tak Leszek Miller wprowadzał Polskę do UE. I dzisiaj ludzie, którzy chcą silnej i demokratycznej Polski w Unii od lewa do prawa, powinni być na jednej liście – wyjaśnia Neumann.

A były polityk Sojuszu Bartosz Arłukowicz dodaje, że w SLD są nazwiska, które bardzo chętnie powita na listach Koalicji. – Wszyscy, którzy chcą demokratycznej Polski w Europie muszą być dzisiaj razem. Rok 2019 to rok w którym zdecydujemy o losach Polski na najbliższe kilkanaście lat – mówi.

Jak nieoficjalnie dowiaduje się „Newsweek”, podobną decyzję co SLD mogą jutro podjąć Zieloni.

Rządząca partia dała w nim pokaz instrumentalizacji państwa i prawa, która nawet wśród części jej zwolenników musiała wywołać refleksję, że coś jest nie tak. Nawet, sprzedawany jako wielki sukces polskiej dyplomacji, szczyt bliskowschodni w Warszawie okazał się serią wizerunkowych porażek – także w oczach prawicowego elektoratu. Tydzień zakończyły kolejne rewelacje „Gazety Wyborczej” – o kopercie z 50 tysiącami złotych, których Kaczyński miał się domagać od Geralda Birgfellnera dla zasiadającego w radzie Instytutu Lecha Kaczyńskiego tajemniczego ks. Sawicza.

„Kler” na żywo

Birgfellner zeznawał w prokuraturze, pod sankcją odpowiedzialności karnej. Nie znaczy to, że na pewno mówi prawdę – przedstawił na razie dowód, że faktycznie podjął ze swojego konta taką kwotę. Trudno też wyjaśnić czemu, ryzykując odpowiedzialność karną miałby kłamać akurat w tej sprawie. Cała sytuacja stwarza stawia Kaczyńskiego w bardzo niekorzystnej sytuacji.

Dlaczego ksiądz żądał takich pieniędzy? Wiemy, że jego zgoda była konieczna dla uruchomienia budowy. Wręczenie korzyści pieniężnej, by przekonać go do podjęcia decyzji nosiłoby znamiona – jak określa to „Gazeta” – „współsprawstwa w przestępstwie korupcji menedżerskiej”. To bardzo poważny zarzut wobec prezesa PiS. Kaczyński na razie milczy w tej sprawie. Zeznaniom Birgfellnera zaprzecza rzeczniczka PiS, Beata Mazurek. Bracia Karnowscy dość rozpaczliwie apelują do Adama Michnika, by zostawił uczciwego Kaczyńskiego w spokoju.

Dopóki oskarżenia się nie wyjaśnią historia z działającą na wyobraźnię kopertą będzie osłabiać wizerunek Kaczyńskiego, jako niezłomnego szeryfa. Cała historia wygląda jak wprost wyjęta z „Kleru” Smarzowskiego. Ks. Sawicz wchodzi do rady Instytutu Lecha Kaczyńskiego jako wykonawca testamentu arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego, metropolity gdańskiego. Dziś nikt nie potrafi powiedzieć gdzie ksiądz przebywa, gdańska kuria oficjalnie uznaje go za „księdza zaginionego”, który faktycznie wystąpił ze stanu duchownego.

Poza podejrzeniem korupcji opinia publiczna może z całej sprawy wysnuć wniosek, że ks. Sawicz, Jarosław Kaczyński i ludzie skupieni wokół Instytutu Lecha Kaczyńskiego uwikłani są w jakiś dziwny, podejrzany układ.

Państwo bez żadnego trybu

Ujawnione przez „Gazetę” zeznania Birgfellnera rzuciły też nowe światło na niespodziewaną wizytę Jarosława Kaczyńskiego u Zbigniewa Ziobry. Jak się okazało, miały one miejsce dzień po tym, gdy Austriak złożył zeznania na temat tajemniczej koperty.

Dzięki przyjętej przez PiS reformie prokuratury, Ziobro jest też prokuratorem generalnym. Ma wgląd w toczące się śledztwa. Może ujawniać informacje na ich temat osobom trzecim.

Oczywiście, Ziobro zaprzecza, by wizyta Kaczyńskiego dotyczyła sprawy Birgfellnera. Panowie mieli rozmawiać wyłącznie o sprawach koalicji i rządu – głównie o przygotowywanych przez resort Ziobry przepisom antylichwiarskim. Te tłumaczenia mogą okazać się średnio przekonujące dla opinii publicznej. Ta jej część, która już dziś określa się jako przeciwnicy PiS, w spotkaniu Kaczyńskiego z Ziobrą dostrzeże kolejny dowód państwa działającego bez żadnego trybu, gdzie wszystkie państwowe organy odpowiadają przed nieponoszącym za nic odpowiedzialności „szeregowym posłem”.

Szczyt dyplomatycznych katastrof

Dla PiS ten tydzień okazał się też ciężki w tym obszarze, który miał być triumfem: w polityce zagranicznej. Najpierw rządzący znów dali popis działania bez żadnego trybu, bez przetargu zakupując od Amerykanów system obrony przeciwrakietowej HIMARS. Krytycy zakupy wskazują na wysoką cenę, brak offsetu, fakt, że Polacy nie będą mogli nawet samodzielnie naprawiać sprzętu. Trudno to uznać za dobry deal.

Prawdziwą katastrofę przyniósł jednak szczyt bliskowschodni. Wbrew zapowiedziom okazał się wydarzeniem o silnie anty-irańskiej wymowie. Amerykański wiceprezydent Mike Pence mówił o Iranie w wojennym tonie – tak jakby jego kraj już szykował się do inwazji na państwo nad Zatoką Perską.

Polska nie ma żadnego interesu w intensyfikacji konfliktu z Iranem. Organizacja szczytu w Warszawie popsuła nasze stosunki z Teheranem – reżimem, który ma wiele na sumieniu, ale jest ważnym, stabilnym graczem na Bliskim Wschodzie, z którym nie ma sensu bez potrzeby wchodzić na wojenną ścieżkę.

Co gorsze, polityce intensyfikacji konfliktu z Iranem przeciwnych jest większość kluczowych państw UE. W Warszawie zabrakło ich przedstawicieli najwyższego szczebla. W sprawie Iranu Polska znów zachowuje się jak w 2003 w sprawie Iraku – wbrew Europie sprzymierza się z szukającą konfliktu Ameryką.

Część strategów PiS liczyła zapewne na to, że w zamian za szczyt dostaniemy od Amerykanów twarde gwarancje konkretnej obecności amerykańskich wojsk w Polsce. Nic takiego się jednak nie stało. Zamiast tego prezydent Pence pouczał nas w sprawie konieczności restytucji żydowskiego mienia, a dziennikarka amerykańskiej telewizji mówiła o „polskim faszystowskim reżimie”, przeciw któremu walczyli. powstańcy z Getta. Wreszcie premier Izraela, Benjamin Netanjahu, miał – jak doniósł „Jerusalem Post” – powiedzieć o narodzie polskim biorącym udział w zagładzie.

Słowa Netanjahu zostały zdementowane, zanim zdążono im zaprzeczyć wybuchła awantura. Niedobra dla relacji z Izraelem, ale i wewnętrznie dla PiS. Pence i premier Izraela nacisnęli na klawisze, która działają na elektorat PiS jak płachta dla byka. Wyborcy partii mogą się poczuć autentycznie oburzeni, że PiS zorganizował imprezę, która stała się okazją do czegoś, co w ich oczach jest festiwalem wymierzonych w Polskę zniewag.

Czyżby przesilenie?

Wszyscy – niezależnie od sympatii – będą teraz patrzyć na sondaże. Czy PiS w końcu spadnie? Nie spadło radykalnie po pierwszym rzucie taśm Kaczyńskiego. Morawiecki ciągle jest dość dobrze oceniany przez wyborców. W kryzysie wizerunkowym i politycznej defensywie partia Kaczyńskiego znajduje się na dobrą sprawę od wyborów samorządowych. A jednak im nie spada.

Czy to oznacza, że PiS jest niezatapialny? Niekoniecznie, wbrew temu czego obawia się opozycja, a przed czym drży Nowogrodzka. Do odwrócenia sondażowych tendencji trzeba czasu. Niezależnie od afer widać zużycie się obozu władzy. PiS ciągle nie ma pomysłu jak przejść do ofensywy. Sondaże mogą tego nie wyłapać przed wyborami, ale w połączeniu z dynamiką, jaką wnosi Wiosna Biedronia, nie da się dziś wykluczyć niespodzianki przy urnie. Choć PiS ciągle wygrywa wszystkie sondaże i pewnie też wybory, to pewność tego, że zdobędzie drugą kadencją zaczyna się pomału kruszyć.