Tag Archives: Dariusz Rosati

Jarosław Kaczyński na koniu jako Pierwszy Ułan IV RP

12 List

Trzeba dużo zmienić by wszystko zostało po staremu mówi znana nie od dziś zasada… I to ona zadecyduje teraz o kształcie nowego rządu.

Dziś Morawiecki poda swój rząd do dymisji, a na nowym rozdaniu sam najwięcej skorzysta – zdradza Wyborcza.pl.

„Po cichu, w zaciszu gabinetów, znalazł swoich ludzi na stanowiska, w których dzieli się pieniądze. Ministrem finansów będzie jego dobry znajomy z banku” – powiedział dziennikowi polityk PiS, sugerując, że Tadeusz Kościński zastąpi Jerzego Kwiecińskiego, który kierował resortem finansów i rozwoju, a teraz, „ma się realizować w międzynarodowych strukturach finansowych”.

Ministerstwem Zarządzania Funduszami ma kierować Małgorzata Jarosińska-Jedynak, samorządowiec, od 2018 r. wiceminister rozwoju. Wyborcza zwraca uwagę, że przy okazji jednym ruchem Morawiecki przejął też sprawy unijne, które zabrał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych do kancelarii premiera i powierzył wiceministrowi Konradowi Szymańskiemu.

Blisko współpracowaliśmy przy wszelkich eskapadach europejskich na Radzie Europy. Tam są żmudne negocjacje dotyczące przekładania legislacji europejskiej na realną polską gospodarkę” – tłumaczy swoją decyzję premier. Ale politycy PiS mówią, że nic się tu nie zmienia: „To ludzie premiera, a nie MSZ wycofywali się z różnych decyzji bez konsultacji z innymi resortami. To oni odkręcali ustawę o IPN, by zażegnać konflikt z USA i Izraelem, albo wycofywali się z reformy sądownictwa”

Tymczasem nowe rozdanie rządowe nadwyrężyło pozycję byłej premier Szydło, bo stołek stracił jej zaufany ministra środowiska Henryk Kowalczyk.

Najgorzej na obecnych przetasowaniach wyszedł natomiast ważny przeciwnik Morawieckiego – Zbigniew Ziobro. „Przelicytował, gdy jego ludzie publicznie żądali zmiany premiera albo gdy chciał być wicepremierem” – ocenia polityk prawicy. Ziobro zostaje ministrem sprawiedliwości, a kojarzony z nim Michał Woś jednym z dwóch ministrów środowiska. „Woś dostaje Lasy Państwowe, a to kasa i struktury w całym kraju, ale poza Lasami jest sporo ważniejszych obszarów” – ocenia w rozmowie z Wyborczą poseł PiS.

Wpływy zachował Jarosław Gowin. Pozostaje wicepremierem i ministrem nauki, a jego współpracowniczka Jadwiga Emilewicz obejmie Ministerstwo Rozwoju wzbogacone o turystykę i budownictwo. „Nie wiem, czy to takie wzmocnienie, w końcu te mieszkania trzeba będzie budować. To taki krowi placek na srebrnej tacy” – uważa poseł PiS.

Swoją pozycję wzmocni natomiast Jacek Sasin, stając na czele ministerstwa z nadzorem na spółkami skarbu państwa. Z założenia ma być dla Ziobry i premiera rozjemcą w walce o spółki.

Widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Poznaliśmy skład rządu na konferencji premiera w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej. Wielkich niespodzianek nie ma, rząd kontynuacji, jak powiedział sam prezes.

Dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz

EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Rząd kontynuacji – to prawda, ale warto po pierwsze podkreślić miejsce, gdzie został przedstawiony. Już nawet nikt nie udaje, że takie rzeczy dzieją się w parlamencie czy w KPRM, tylko w siedzibie partii. Tam zapadają wszystkie realne decyzje i tam się to ogłasza. To pierwsza zdarta zasłona. Po drugie widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej. Obie partie koalicyjne mają więcej szabel poselskich w tym rozdaniu, a sam PiS ma mniejszą przewagę w parlamencie, niż miał. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez żadnych ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne. Pan wicepremier Gowin ma z czego się cieszyć, pozostał wicepremierem.

PANI EMILEWICZ ZYSKAŁA NOWE KOMPETENCJE I BĘDZIE MIAŁA SPORO DO POWIEDZENIA W RZĄDZIE, A WIADOMO, ŻE NIE ZAWSZE BYŁA Z TYCH GRZECZNYCH.

Co do drugiej partii koalicyjnej, to wielki nieobecny – Zbigniew Ziobro wicepremierostwa nie dostał, co może dziwić ze względów chociażby wizerunkowych. Koalicjanci, tym bardziej, że mają więcej posłów, zazwyczaj wicepremierami zostają. Być może Zbigniew Ziobro nie chciał nim zostać i to tak dalece nie chciał, że od 2 miesięcy nie przychodził na posiedzenia rządu. Ta przyjaźń męska, szorstka między panami jeszcze raz się mocno uwidoczniła.

PIS PRZYGOTOWUJE SIĘ KŁOPOTY Z UE, JEŚLI CHODZI O SPRAWY KLIMATYCZNE I OCHRONĘ ŚRODOWISKA.

Minister Czaputowicz został na stanowisku ministra spraw zagranicznych, ale zabrano mu kompetencje dotyczące spraw związanych z UE. Dlaczego?
Być może pod wodzą tego ministra MSZ chciał się zbytnio emancypować. Na pewno łatwiej będzie kontrolować pana Czaputowicza, jak i pana Szymańskiego, jeśli będą musieli współpracować. Szymański otrzymał spore kompetencje, ale bez tego, co donoszą służby dyplomatyczne pana Czaputowicza, będzie mu trudniej poruszać się na salonach Europy.

Dużo dzieje się też po stronie opozycji. Zarząd PO zdecydował, że odbędą się prawybory. To dobry pomysł?
Nie chcę tego opisywać w takich kategoriach. To na pewno decyzja opóźniająca jeszcze wprowadzenie kandydatury lidera, który stanie do boju z prezydentem Dudą w sytuacji, kiedy i tak nie ma wyraźnego lidera. Żaden z kandydatów nie jest wystarczająco rozpoznawalny, zwłaszcza w tzw. terenie, we wsiach i miasteczkach, zatem już by trzeba te tereny z kandydatem oswajać, a my ciągle nie wiemy, kim będzie kandydat. Opozycja opóźnia ważkie decyzje, co nie rokuje dobrze przyszłej elekcji, zwłaszcza że pan prezydent Duda już jeździ i zyskuje głosy.

Tomasz Grodzki zostanie marszałkiem Senatu, to wynik kompromisu wszystkich klubów opozycyjnych. Dobry znak dla wyborców opozycji?
Gdyby się w tej sprawie nie dogadali, to

DALIBY ELEKTORATOWI SYGNAŁ, ŻE SĄ NIEPOWAŻNI.

Inna sprawa, że pan senator Grodzki odmówił przyjęcia resortu zdrowia, którym był kuszony. Z drugiej strony – po prostu zachował się jak rozsądny człowiek, który odmówił siedzenia na bombie. To dobrze rokuje, ale jednak nie jest to znany polityk, to nie jest senator z ogromnym autorytetem. Oczywiście być może będzie, ale – mówiąc wprost – to nie jest Borusewicz, ani Marek Borowski. Ktoś z ewidentnymi kompetencjami i predyspozycjami osobistymi.

Szymon Hołownia ma być kandydatem obywatelskim na prezydenta. Czy to możliwy scenariusz, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategorii żartu?
Żyjemy w kraju, gdzie kiedyś proponowano, aby na prezydenta startował Tomasz Lis czy Jolanta Kwaśniewska. Na razie jeszcze daleko do tej elekcji, bo i głosy trzeba by zebrać, i sztab, i mieć pieniądze, i to niemałe. Przyznam, że tę kandydaturę traktuję raczej w kategoriach żartu.

Prezydent Andrzej Duda pomimo przysługujących mu uprawnień nie zrealizował ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”, a wręcz wspierał działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju – pisze o grzechach prezydenta dr hab. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego

“Polskie sprawy najważniejsze musimy prowadzić razem i bez oglądania się na podziały i na różne wizje w szczegółach” – mówił 11 listopada na pl. Piłsudskiego prezydent Andrzej Duda. Ten łagodny ton to element rozpoczętej już przez niego kampanii przed wyborami prezydenckimi w maju 2020 roku.

OKO.press relacjonując wystąpienie przypomniało jednak, że jego prezydentura była na usługach rządzącej partii w dziele destrukcji ustroju demokratycznego państwa polskiego. To nie były „różne wizje w szczegółach”, a łamanie Konstytucji i praw obywateli.

Przedstawiamy autorską analizę konstytucjonalisty dr. hab. Ryszarda Balickiego. Zdaniem redakcji OKO.press świetnie ukazuje jak dalece posunął się Andrzej Duda w sprzeniewierzeniu się swojej prezydenckiej przysiędze. Warto oceniać jego dzisiejsze deklaracje również z tego punktu widzenia.


Przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie

Dzień 6 sierpnia 2015 roku był bardzo ważny w życiu Andrzeja Dudy, może nawet najważniejszy. Tego dnia złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym.

Posłowie i senatorowie wysłuchali wypowiadanych wówczas słów: „(…) uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Dla podkreślenia wagi wypowiadanych słów Andrzej Duda dodał także „Tak mi dopomóż Bóg”.

Wypowiadając słowa roty Andrzej Duda objął urząd, na który wybrali go obywatele i stał się kolejnym prezydentem niepodległej Polski.

Ale składana przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie, które nowy prezydent zaciąga każdorazowo wobec suwerena.

Czy prezydent Andrzej Duda temu zobowiązaniu sprostał?

Grzech pierwszy: Instrumentalne potraktowanie prawa łaski

Już w pierwszych miesiącach urzędowania doszło bowiem do znamiennych wydarzeń, które naznaczyły tę kadencję. 16 listopada 2015 roku, powołując się na prerogatywę określoną w art. 139 Konstytucji, Prezydent RP wydał postanowienie w sprawie zastosowania prawa łaski wobec czterech osób.

Ta – wydawało się – rutynowa decyzja okazała się jednak inna niż wszystkie dotychczasowe.

Prezydent Duda postanowił bowiem zastosować przysługujące mu uprawnienie wobec osób, których proces sądowy jeszcze się nie zakończył. W związku z powyższym pojawiła się uzasadniona wątpliwość czy prezydent mógł tak uczynić.

Konstytucyjna regulacja prawa łaski jest nader lakoniczna – art. 139 Konstytucji RP stwierdza jedynie, że:

„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”.

Ten krótki przepis reguluje zakres podmiotowy i przedmiotowy agracjacji (prawa łaski) w polskim porządku konstytucyjnym. Prawo łaski stanowi zatem wyłączną kompetencję głowy państwa.

Powyższy artykuł wskazuje również katalog wyłączeń – z prawa łaski nie mogą korzystać osoby skazane przez Trybunał Stanu, czyli osoby ponoszące odpowiedzialność konstytucyjną.

Dodatkową normą ustawy zasadniczej, poruszającą problematykę agracjacji, jest art. 144 ust. 3 Konstytucji RP, stanowiący, że wymóg podpisu Prezesa Rady Ministrów pod aktem urzędowym Prezydenta RP nie dotyczy stosowania prawa łaski. Oznacza to zatem, że stosowanie instytucji ułaskawienia nie wymaga kontrasygnaty, jest więc prerogatywą Prezydenta RP.

Tak ograniczona regulacja konstytucyjna jest konsekwencją szczególnego charakteru norm konstytucyjnych, mających jedynie wyznaczyć zakres uprawnień poszczególnych organów.

W takim przypadku konieczne jest odwołanie się do charakteru instytucji, do ukształtowanych zwyczajów konstytucyjnych, doktryny oraz orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego.

Dotychczas w literaturze polskiego prawa konstytucyjnego nie budziło wątpliwości, że prawo łaski to prawo państwa do darowania prawomocnie orzeczonej kary lub innych skutków o podobnym charakterze.

Prawo to nie służy jednak uniewinnieniu skazanego, nie unieważnia wydanego wyroku sądu, nie prowadzi nawet do przebaczenia winy sprawcy.

Jest to wyłącznie możliwość zrzeczenia się – w imieniu państw, przez uprawniony organ – egzekucji wymierzonej już kary.

Nie bez znaczenia w przedmiotowej sprawie będą także skrajnie polityczne pobudki działania głowy państwa. Prezydent nie podejmował swoich decyzji z powodów społecznych czy moralnych, lecz jedynie dążył do – jak sam oświadczył – „wyręczenia sądu”, aby ułatwić swojej byłej partii politycznej obsadę stanowisk rządowych.

Grzech drugi: Odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego

Kolejną decyzją Prezydenta RP, która wzbudziła wątpliwości co do jej zgodności z konstytucją, była faktyczna odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez Sejm VII kadencji. Zaistniała sytuacja stała się także elementem wielomiesięcznej batalii, której częścią – w praktyce przedmiotem – stał się Trybunał Konstytucyjny.

Punktem wyjścia do późniejszych zdarzeń było uchwalenie w dniu 25 czerwca 2015 roku nowej wówczas ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, której art. 137 dawał możliwość Sejmowi VII kadencji dokonanie wyboru sędziów na wszystkie zwalnianie w 2015 roku stanowiska sędziowskie.

Poza materią niniejszego tekstu jest szczegółowa ocena uchwalonej wówczas ustawy. Ale warto przynajmniej krytycznie skomentować zarówno sam fakt uchwalania tak ważnej ustawy pod koniec kadencji Sejmu, jak i szczególnie umieszczenie w niej przepisu pozwalającego w niekonstytucyjny sposób zwiększyć kompetencje kreacyjne Sejmu danej kadencji.   

W dniu 30 sierpnia 2015 ustawa weszła w życie, należy przy tym podkreślić, że prezydent Duda nie zgłosił swoich zastrzeżeń do konstytucyjności ustawy i nie wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w trybie kontroli następczej.

8 października Sejm VII kadencji wybrał pięciu sędziów TK: Romana Hausera, Krzysztofa Ślebzaka, Andrzeja Jakubeckiego, którzy mieli być następcami: Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego i Marka Kotlinowskiego (ich kadencje kończyły się 6 listopada 2015 roku), oraz Bronisława Sitka i Andrzeja Sokalę, którzy mieli być następcami sędziów: Zbigniewa Cieślaka (koniec kadencji 2 grudnia 2015) i Teresy Liszcz (koniec kadencji 8 grudnia 2015).

Jednak prezydent Duda nie umożliwił sędziom wybranym przez Sejm VII kadencji złożenia ślubowania w terminie umożliwiającym rozpoczęcie kadencji.

W tej sytuacji doszło do naruszenia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.

Prezydent RP, poprzez swoje działanie uniemożliwił rozpoczęcie sprawowania funkcji przez osoby legalnie wybrane przez kompetentny organ, w oparciu o obowiązujący akt prawny. Bezspornym jest bowiem, że

wyłączna kompetencja do powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego jest w gestii Sejmu RP,

a art. 21 ust. 1 ustawy o TK – co podkreślił Trybunał w uzasadnieniu do wydanego wyroku – „wyraża normę kompetencyjną, która nakłada na Prezydenta obowiązek niezwłocznego odebrania ślubowania od sędziego Trybunału Konstytucyjnego”.

Trybunał podkreślił także, że „odebranie ślubowania od sędziów TK nie może być postrzegane jako należące do ewentualnego uznania głowy państwa. Prezydent jest obowiązany przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm na podstawie art. 194 ust. 1 Konstytucji. Nie ma w tym zakresie możliwości dokonywania samodzielnej, a przy tym swobodnej – zależnej jedynie od własnego uznania – oceny ani podstaw prawnych dokonanego wyboru, ani prawidłowości procedury, która została w danym wypadku zastosowana przez Sejm.

Prezydent jako organ władzy wykonawczej, nie jest bowiem uprawniony do ostatecznego i wiążącego inne organy państwa wypowiadania się o zgodności norm prawnych z Konstytucją. Nie ma również kompetencji w zakresie oceny legalności działań podejmowanych przez Sejm na podstawie powszechnie obowiązującego prawa.

Przyznanie Prezydentowi niczym nieograniczonej możliwości dokonywania takich ocen oznaczałoby podejmowanie działań bez podstawy prawnej. Wiązałoby się z naruszeniem zasady legalizmu (art. 7 Konstytucji) oraz

pozostawałoby w sprzeczności z zasadą, że Prezydent wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach (art. 126 ust. 3 Konstytucji)”.

Tak więc prezydent winien niezwłocznie przyjąć ślubowanie wybranych przez Sejm sędziów TK, a ostatnim akceptowanym momentem może być taki, który umożliwi rozpoczęcie kadencji nowego sędziego TK bezpośrednio po zakończeniu kadencji sędziego dotychczasowego, czyli najpóźniej w dzień poprzedzający koniec kadencji.

W przypadku wyboru sędziego na skutek powstałego wakatu w składzie TK, ślubowanie winno nastąpić w najbliższym dogodnym momencie po dokonanym wyborze. Jak stwierdził Trybunał: „Prezydent ma swoim działaniem stworzyć warunki ku temu, aby sędzia wybrany przez Sejm mógł niezwłocznie rozpocząć wykonywanie powierzonej mu funkcji urzędowej. Rola Prezydenta jest więc wtórna, a zarazem podporządkowana w swej istocie temu skutkowi, jaki wynika z wykonania przez Sejm powierzonej mu kompetencji wyboru sędziów TK”.

Nie realizując powyższego obowiązku Prezydent RP uniemożliwia sprawne funkcjonowanie organu konstytucyjnego oraz narusza postanowienia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, co może być podstawą do pociągnięcia go do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu.

W przypadku będącym przedmiotem dokonywanej analizy, jedynie w sytuacji, w której głowa państwa złożyłaby wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy z 25 czerwca 2015 roku o Trybunale Konstytucyjnym kwestionując zgodność z Konstytucją art. 137 (będącego podstawą prawną wyboru dokonanego przez Sejm VII kadencji) powstałaby możliwość odroczenia momentu przyjęcia ślubowania.

Jednak nawet w takiej sytuacji – jak podkreślał Trybunał: „Podejmując taką decyzję, Prezydent bierze na siebie pełną, przewidzianą w Konstytucji odpowiedzialność za jej skutki”.

Należy więc uznać, że w analizowanej sytuacji nie wystąpiły żadne okoliczności uzasadniające możliwość odroczenia momentu przyjęcia przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę ślubowania sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji. Prezydent winien więc niezwłocznie przystąpić do realizacji swojego obowiązku. Jednak w związku z wydanym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2015 roku, obecnie Prezydent winien przyjąć ślubowanie od 3 sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji w miejsce sędziów TK, których kadencja kończyła się 6 listopada 2015 roku.

Smutnym podsumowaniem powyższych rozważań stały się niedawne komunikaty prasowe wygłaszane przez przedstawicieli Kancelarii Prezydenta po ujawnieniu, że PiS zgłosiło jako kandydatów do TK m.in. byłych posłów Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.

Rzecznik prezydenta oświadczył, że „to parlament podejmuje decyzję o tym, kto jest wybierany na sędziów TK”. To oczywiście prawda, szkoda jednak, że taka refleksja pojawiła się tak późno. Ale może warto przypomnieć prezydentowi, że trójka prawidłowo wybranych sędziów TK nadal oczekuje na możliwość złożenie ślubowania…    

Grzech trzeci: Aktywny uczestnik nocnego przejęcia Trybunału Konstytucyjnego przez PiS

W działaniach podejmowanych przez partię rządzącą w celu politycznego przejęcia Trybunału prezydent Andrzej Duda był – niestety – aktywnym uczestnikiem. Zaakceptował, nieznajdujący uzasadnienia w normach Konstytucji, „wybór” dokonany przez Sejm VIII kadencji osób na miejsca zajmowane przez prawidłowo wybranych sędziów, a następnie – pod osłoną nocy – przyjął od nich ślubowanie. Wszystko po to, aby osoby te mogły zostać wprowadzone do siedziby Trybunału.

Prezydent sankcjonował również kolejne ustawy dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, w tym także podpisał 19 grudnia 2016 – w nocy! – ustawy: „Przepisy wprowadzające ustawę o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym” oraz „O statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego”.

Żadna z nich nie przewidywała vacatio legis i obie weszły w życie już kolejnego dnia. Tak nadzwyczajny tryb był podyktowany chęcią uniemożliwienia przeprowadzenia zbadania ich zgodności z Konstytucją.

Na mocy przyjętej ustawy wprowadzone zostało – nieznane Konstytucji i naruszające zawarte w niej postanowienia o wiceprezesie Trybunału – stanowisko „sędziego pełniącego obowiązki Prezesa Trybunału”. Na to stanowisko prezydent powołał sędzię Julię Przyłębską.

Z uwagi na brak takiej kompetencji w konstytucyjnym katalogu aktów zwolnionych z obowiązku uzyskania kontrasygnaty, zgodę na jej powołanie musiał wyrazić także Prezes Rady Ministrów. Należy jednak uznać, że uzależnienie możliwości działania sądu konstytucyjnego od decyzji organu władzy wykonawczej stanowi naruszenie art. 173 Konstytucji, w którym jest zawarta zasada odrębności i niezależności Trybunału od innych władz.

Kolejnego dnia – 20 grudnia 2016 roku – sędzia Julia Przyłębska, naruszając konstytucyjne uprawnienia wiceprezesa TK, zwołała Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK. Do udziału w nim dopuściła także osoby nieuprawnione („dublerzy”).

Przeprowadzono wówczas głosowanie, podczas którego na czternaście obecnych osób, jedynie sześć – w tym trzech dublerów – opowiedziało się za wyborem sędzi Przyłębskiej na prezesa Trybunału. Jednak – wbrew wymogowi zawartemu w ustawie – nie została przedstawiona zebranym i przegłosowana uchwała o wyborze Prezesa Trybunału Konstytucyjnego! Pomimo tych uchybień prezydent powołał Julię Przyłębską na Prezesa TK.

Grzech czwarty: sankcjonował naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności sądów

Prezydent Andrzej Duda akceptował również i niezwłocznie podpisywał przedkładane mu ustawy zawierające normy literalnie sprzeczne z Konstytucją (m.in. ustawy o KRS, SN i sądownictwie powszechnym).

Działania głowy państwa sankcjonowały w ten sposób naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności i odrębności sądów i Trybunałów.

Prezydent Andrzej Duda, pomimo przysługujących mu uprawnień, nie zrealizował więc ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”.

Akceptował, a nawet publicznie wspierał swoimi wypowiedziami działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju. Nie sprostał obowiązkom, które na swoje barki przyjmuje Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wraz z objęciem urzędu i które tak pięknie zostały ujęte w rocie prezydenckiej przysięgi…

„dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Szanowny Panie Ministrze!

Dowiedziałem się, że zamierza Pan poprzez prokuraturę ścigać terrorystów z grupy Lotnej Brygady Opozycji. Brawo, brawo, po trzykroć brawo panie Ministrze! Nie można pozwolić, aby wrogie czołgi bezkarnie buszowały po głównym placu Warszawy. Plac na którym spoczywa spiżowy wzrok pomnika profesora Prezydenta RP Lecha Aleksandra Kaczyńskiego musi na zawsze być wolny od wrogich sił pancernych!

Jeszcze bardziej niepokojące było przenikanie obcej marynarki wojennej do fontann placu, gdzie zdaje się na stałe zainstalowała się łódź podwodna w/w brygady. Ta hańba polskiej marynarki wojennej może być zmyta tylko krwią! A przynajmniej zarzutami prokuratorskimi.

Nie może być tak, że po stolicy pływają sobie bezkarnie łodzie podwodne, a okręty podwodne Marynarki Wojennej stoją nadal uziemione ze względu na potrzebę wymiany części do kotłów parowych (trudno dostępnych w obecnych czasach).

Apeluję do Pana, aby następnym razem, przed kolejną miesięcznicą, nasze stawiacze min zaminowały akweny w stolicy, aby uniemożliwić wrogie przenikanie. Nadto w tej sytuacji pomysł Pańskiego Wielkiego Poprzednika – Marszałka-Seniora Antoniego Macierewicza, aby przenieść siedzibę Marynarki Wojennej do Radomia wydaje się w pełni uzasadniony.

Skoro już stolica jest wystawiana na ryzyko wrogich odwiedzin obcych okrętów podwodnych, to czas bazę marynarki wycofać dalej na południe (nadto jak powiedział pan minister Suski ewentualna ewakuacja samolotami marynarzy do Afryki byłaby szybsza z Radomia, niż z Warszawy).

Panie Ministrze!

Bez Pana nasz kraj zostałby bezbronny wobec ataków tej lotnej brygady. Można powiedzieć o Panu i Pana współpracownikach słynne zdanie Churchilla: jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewieluNiech Pan ratuje naszą stolicę! Tylko w Panu nadzieja!

Tekturowy czołg Lotnej Brygady Opozycji stoczył 10 listopada bitwę z przywódcami republiki banasiowej. Wzmożony Błaszczak zgłasza przestępstwo znieważenia żołnierzy. Czołgista, który prowadził czołg na swym wózku inwalidzkim, liczy na proces. Chciałby wygarnąć PiS o oligarchii państwa. Sienkiewiczowi nie podoba się happening, a Niemczykowi – Sienkiewicz

„Tzw. happening KOD-u pod Grobem Nieznanego Żołnierza to absolutny skandal. Nie ma akceptacji dla takich zachowań. MON złoży zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znieważenia żołnierzy Wojska Polskiego” – zagrzmiał na twitterze 11 listopada minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak.

W ten sposób pierwszy obrońca Rzeczpospolitej zareagował na kolejną akcję grupy aktywistów, którą „Gazeta Polska” nazwała Lotną Brygadą KOD demaskując ich niecne zamiary podczas wyborów samorządowych 2018 roku. Jeździli na spotkania wyborcze kandydatów PiS, zadawali trudne pytania i w ogóle nie zachowywali się jak należy. Od tego zaczęli.

Lotna Brygada Opozycji (z wdzięcznością przyjęli to przezwisko „Gazety Polskiej”) szczególnie uaktywniła się po aferze z Marianem Banasiem. Najsłynniejszą ich akcją (ponad 1,5 mln wyświetleń) było wejście „Pracowni Architektury Wnętrz LUPANAR” do siedziby NIK w Warszawie. Wtaszczyli drabinę, abażur, zegar, czerwone zasłony i materace i oświadczyli, że przyszli urządzić „pokoje na godziny”. Powtarzali  portierom: „Pan zadzwoni do Banasia”, cytując obwieszonego złotem „biznesmena”, który urzędował w kamienicy Banasia.

10 listopada 2019 roku Lotna Brygada Opozycji (dalej LBO) przystąpiła do kolejnego ataku na pozycje „banasiowców” okupujących Plac Piłsudskiego, gdzie – pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego – trwały „społeczne obchody w przededniu Narodowego Święta Niepodległości z udziałem Jarosława Kaczyńskiego”.

Jako ludzie honoru wezwali czołówkę PiS przez magefon:

„Republika banasiowa, poddajcie się, jesteście otoczeni!”.

Całą akcję dokumentuje filmik ze strony LBO Wolne Media.

Nieco inna jest relacja filmowa Roberta Kowalskiego na stronie OKO.press, która opowiada równolegle o siłach LBO i o uroczystości „banasiowców” pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego.

Akcja LBO zakończyła się pełnym sukcesem, może dlatego, że po raz pierwszy Brygada użyła broni pancernej w postaci czołgu. Prowadził go przybyły ze wsparciem z Górnego Śląska Leszek Piątkowski (rozmowa – dalej).

Czołg ozdobiony był napisem „Gdzie jest wrak?”, podobnie jak płaszcze żeńskiej piechoty, która atakowała pod jego osłoną.

Sienkiewicz oburzony jak Błaszczak, a Niemczyk oburzony na Sienkiewicza

Na szturm LBO kategorycznie zareagował poseł PO Bartłomiej Sienkiewicz, przez rok (2013-2014) minister spraw wewnętrznych w rządzie Donalda Tuska, którego piękną karierę przerwała akcja kelnerów restauracji „Sowa i Przyjaciele” (a dokładniej publikacja taśm z podsłuchanych rozmów). Za komuny – aktywista-pacyfista i sygnatariusz oświadczenia ruchu Wolność i Pokój z 1988 roku.

Ton Sienkiewicza z kolei nie spodobał się Piotrowi Niemczykowi, koledze jeszcze z ruchu Wolność i Pokój. Mówi OKO.press: „Wypowiedź Bartłomieja Sienkiewicza wydaje mi się skandaliczna. Nie może być tak, że demokratyczny polityk, w dodatku współzałożyciel naszego Ruchu Wolność i Pokój,

nie rozumie na czym naprawdę polega godność żołnierza i nie widzi, jak absurdalne jest to, że broni jej ta operetkowa formacja, którą reprezentuje minister Błaszczak.

To przecież władza PiS manipuluje żołnierskim honorem. Pułkownicy Wojska Polskiego salutowali Bartłomiejowi Misiewiczowi, a policjanci Błaszczaka – jako ministra spraw wewnętrznych – cięli tekturę na konfetti, by sypać je z helikoptera na wiceministra Jarosława Zielińskiego.

Pomysł Błaszczaka, by stawiać kryminalny zarzut za ten zabawny i inteligentny happening obywatelski, zasługuje po prostu na wyśmianie. Moralne oburzenie Sienkiewicza jest jakimś nieporozumieniem.

Takie przecież były tradycje ruchu Wolność i Pokój – wolność wypowiedzi, wolność żartu z każdej nadętej, tekturowej władzy”.

Leszek Piątkowski, kierowca czołgu: Atakujemy republikę banasiową

Piotr Pacewicz, OKO.press: Czy to pan kierował czołgiem na Placu Piłsudskiego?

Leszek Piątkowski: Muszę potwierdzić. Tak, to ja. Zamiast gąsienic użyłem kół mojego elektrycznego wózka inwalidzkiego. Obawiam się, że może dojść do konfiskaty narzędzia zbrodni.

Minister Błaszczak groźnie się nadął i zapowiedział zgłoszenie całej akcji do prokuratury za znieważenie honoru żołnierzy Wojska Polskiego.

To bzdury, jakie wymyśla sobie oligarchiczne państwo. Naruszyłem dumę czy honor jakiegoś żołnierza? Co za bzdura.

Cel naszej półtoragodzinnej akcji nie miał nic wspólnego z żołnierzami, ale z obnażeniem państwa z takiej tektury, z jakiej zrobiliśmy mój czołg.

Nie chcieli nas wpuścić na plac dostępny przecież dla obywateli, słychać nawet na filmiku szepty „Nie wpuszczajcie ich”. Ja wiem na czym polega i zniewaga, i cierpienie, i zapewniam pana, że na czym innym niż żartowanie z władzy.

Pan od dawna należy do brygady Ulica i Zagranica, batalion Ulica? Miał Pan jakieś doświadczenia teatralne czy parateatralne?

Nie. Miesiąc temu przyjechałem do znajomego z Warszawy, żeby zobaczyć, na czym polega życie opozycji ulicznej. I zobaczyłem podczas miesięcznicy 10 października 2019.

A to pan, mieliśmy filmik z tej sceny (tu można go zobaczyć na OKO.press). Twierdził pan, że policja nie pozwala się panu wysikać, czemu funkcjonariusze zaprzeczali ze śmiertelną powagą. To była 114. miesięcznica. O, tu jest zdjęcie z nierównej walki miesiąc temu. Pięciu na jednego, a pan bez czołgu.

Najpierw mieliśmy pomysł, by czołg nazwać „Pancerny Marian” [tak ponoć nazywany był w kręgach PiS Marian Banaś – red.], ale uznaliśmy, że to byłoby zbyt dosłowne.

Tak czy inaczej, atakujemy republikę banasiową, czyli państwo oligarchiczne. Stanowisko najwyższej funkcji kontrolnej obejmuje człowiek, który robi podejrzane interesy z podejrzanymi ludźmi i ma podejrzany majątek, z którego nie potrafi się rozliczyć. No ludzie kochani! Dlatego podczas  115. miesięcznicy zaatakowaliśmy republikę banasiową całą siłą Lotnej Brygady Opozycji i serią pocisków z lufy mego czołgu.

Poruszając się po placu zbliżyliśmy się do Grobu Nieznanego Żołnierza, przechodziła akurat warta honorowa, ale na litość Boską, co z tego?

Tak bardziej serio. Pomyślałem sobie, że warto wziąć udział w takim happeningu, by

zainteresować szerszą opinię publiczną sprawą z mojej miejscowości Pszów na Górnym Śląsku, gdzie od lat walczę w miesięczniku „Pszowik” z lokalnym układem oligarchicznym.

Miejscowy biznesmen pod płaszczykiem budowy parku rekreacji i wypoczynku zatruwa okolicę odpadami z hałdy, które wywozi, w sumie już 3 mln ton. Poniszczył drogi, mieszkańcy protestują od pół roku, ale urzędnicy nadzoru budowlanego nie reagują, prokuratura rejonowa nie reaguje. Mam nadzieję, że teraz, gdy stanę się znany, ktoś się tym zajmie.

A jeśli minister obrony doprowadzi do procesu?

Och, byłbym szczęśliwy. Można by pokazać jak działa państwo z tektury, takiej jak mój czołg. Które toleruje układy oligarchiczne, bo tektury nikt się nie boi.

Znieważenie? Ale kogo? I przecież nie było intencji!

Nie jest jasne, na czym polegałoby tu „znieważenie żołnierzy”, które zarzuca LBO minister Błaszczak.

Znieważenie, zgodnie z art. 216 KK, należy do przestępstw, które nie musi doprowadzić do skutku, może zostać popełnione wyłącznie przez działanie. Ale podstawowym wymogiem jest fakt, że

sprawca działał umyślnie (świadomie). Sprawcą znieważenia jest ten, kto chce znieważyć i przewidując, że jego zachowanie może mieć taki charakter, godzi się na to.

Nie wystarczy więc, że poczuł zniewagę,w  dodatku nie swoją, minister obrony narodowej.

Podobne są warunki znieważenia funkcjonariusza publicznego „podczas i w związku z pełnieniem przez niego obowiązków służbowych” (art. 226 kodeksu karnego ).

Może się to stosować do żołnierzy (tylko nie wiadomo których), bo zgodnie z art. 115 kodeksu karnego funkcjonariuszem jest także „osoba pełniąca czynną służbę wojskową, z wyjątkiem terytorialnej służby wojskowej pełnionej dyspozycyjnie” (a także Błaszczak jako minister).

Ponieważ nic nie wskazuje, by LBO działał z zamiarem znieważenia żołnierza czy żołnierzy, trudno uznać, by kogokolwiek znieważył.
Zwłaszcza, że użył formy politycznego happeningu, maskarady, złośliwej, prześmiewczej formy artystyczno-politycznej; w PRL specjalizowała się w takich akcjach Pomarańczowa Alternatywa, ale ówcześni przedstawiciele władzy też nie mieli poczucia humoru.

Znieważenia się zdarzają. Prokuratura postawiła  dziennikarzowi „Wyborczej” zarzut znieważenia 31 marca 2017 konkretnego żołnierza Żandarmerii Wojskowej podczas awantury z przejazdem rządowych limuzyn, ale dziennikarz użył „gestu uznanego powszechnie za obelżywy” (inna rzecz czy miał rację, sąd sprawę warunkowo umorzył).

A może znieważenie grobu? Ale tego już w prawie nie ma

Niektóre działania zbrojne LBO toczyły się blisko Grobu Nieznanego Żołnierza, więc może Błaszczak ma na myśli żołnierzy zmarłych, czyli żołnierski (symboliczny) grób.

Art. 262 kodeksu karnego rozumie znieważanie zwłok dosłownie, np. ograbianie i przewiduje karę więzienia nawet do 8 lat!

Specjalistka tematu prof. Marta Mozgawa-Saj wspomina w pokazanej niżej pracy, że po drugiej wojnie istniało przestępstwo znieważenia grobu żołnierza Wojska Polskiego, ale wraz z nastaniem trwalszego pokoju, zostało wycofane.

„W okresie tuż powojennym obowiązywał dekret z 13 czerwca 1946 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa (tzw. m.k.k.), który w art. 26 przewidywał

karę więzienia do lat 5 lub aresztu za znieważanie lub uszkadzanie zwłok bądź miejsca spoczynku żołnierza Wojska Polskiego lub sprzymierzonego albo osoby, która padła ofiarą zbrodniczych działań faszystowskich.

W art. 27 przewidziany był typ kwalifikowany (w stosunku do art. 25[2]i 26), gdy sprawca czynu działał w okolicznościach szczególnie obciążających) zagrożony karą więzienia do lat 10.

LBO liczyła brakujące głosy PiS-owi

Gdy PiS zgłosił protesty wyborcze do Senatu 2019 i miał nadzieję na powtarzanie liczenia głosów, LBO wyciągnęła pomocną dłoń w akcji „Liczymy głosy”. Grupa kilkunastu osób z białymi workami przeszła przez miasto aż pod siedzibę PiS. Zatrzymywani przez policję i ochroniarzy tłumaczą:

„My do prezesa. Głosów brakuje, to je przynieśliśmy. Wszystko z panią Basią umówione”.

Składają worki i oferują, że w razie czego są też gotowi dostarczyć dublerów dla niepewnych senatorów.

Akcji było dużo więcej. Dwu, trzyminutowe filmik są coraz dowcipniejsze, sprawnie montowane, do tego prześmieszne dialogi, dobra muzyka, czasem jak w starym kinie.

Jeszcze jeden przykład – zgłosili się z gotowością urządzenia wyprowadzki marszałkowi Senatu Stanisławowi Karczewskiemu. Na razie bezskutecznie, ale Brygada jest nieustępliwa.

Jak informował portal NaTemat w czerwcu 2018 , wśród organizacji, których aktywiści zaczęli jeździć na spotkania wyborcze kandydatów PiS w 2018 roku były m.in.

  • Grupa Akcja Częstochowa,
  • Grupa Błysk Budzik,
  • KOD,
  • Młodzi Demokraci Radom,
  • Obywatele GW 66-400,
  • Obywatele RP,
  • Obywatele RP Kalisz,
  • Obywatele RP Łódź,
  • Obywatele Solidarni w Akcji,
  • ODnowa,
  • Podwórko Demokracji Morąg,
  • proDemokratyczni,
  • Przystań OKO,
  • Radomianie dla Demokracji,
  • Rebelianty Podkarpackie,
  • Warszawski Strajk Kobiet,
  • WRD.

„Wszystkie one są zazwyczaj stowarzyszeniami, część należała wcześniej do KOD. „Lotna Brygada Opozycji” jak nazwała nas „Gazeta Polska”, a nam się to podoba, jest grupą, która działa ponad podziałami” – tłumaczyła  naTemat Katarzyna Wyszomierska, redaktor naczelna portalu skwerwolności.eu.

Cały esej tutaj >>>

Klechy wychowują polski Ciemnogród, łożymy na to ogromny szmal. Jesteśmy g… warci, fundnęliśmy sobie piekiełko

22 Kwi

Poseł Marek Sowa zapytał Ministerstwo Edukacji Narodowej, ilu katechetów państwo zatrudnia w placówkach publicznych.

MEN odpowiedziało na zapytanie posła Sowy ws. zatrudniania nauczycieli religii w szkołach i  przedszkolach. 

Mieszkańcy Pruchnika (woj. podkarpacki) zorganizowali w Wielki Piątek sąd nad Judaszem.

Kukła Żyda została w pierwszej kolejności powieszona na latarni. Następnie ciągnięto ją po ziemi, okładano kijami, podpalono i wrzucono do rzeki. 

Mateusz Morawiecki w minionym tygodniu udał się z dwudniową wizytą do Stanów Zjednoczonych. W czasie rozmowy z amerykańskimi mediami kolejny raz zaatakował polskich sędziów.

Filozof prof. Jan Hartman zareagował na niedzielne wystąpienie metropolity gdańskiego abp Leszka Sławoja Głódzia w bazylice w Gdańsku-Oliwie.

Polskie władze odniosły się do zamachów terrorystycznych na Sri Lance. Na słowa premiera Matusza Morawieckiego zareagowała Joanna Senyszyn (SLD).

Jarosław Kaczyński zgnił od środka. Zamach na Adamowicza 9

18 Sty

To komentarz jednego z internautów do wiadomości, którą podała „Rzeczpospolita”. – „Nie mam informacji, żeby Jarosław Kaczyński miał być obecny na pogrzebie Pawła Adamowicza”- powiedział w wywiadzie dla dziennika wicemarszałek Senatu Adam Bielan. Pogrzeb prezydenta Adamowicza odbędzie się w sobotę w Bazylice Mariackiej w Gdańsku.

Część internautów w komentarzach wracała do wczorajszego „spóźnienia” Jarosława Kaczyńskiego i wicemarszałków Beaty Mazurek i Ryszarda Terleckiego na minutę ciszy w Sejmie ku pamięci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – „Nie jest nam tu w Gdańsku potrzebny ktoś, kto z minuty milczenia robi minutę spóźnienia”; – Już uczcił minutą ciszy za drzwiami sali plenarnej, na korytarzu”; – „Myślę, że nikt go sobie tam nie życzy, szczególnie po wczorajszym bezczelnym zachowaniu w Sejmie”.

Inni pisali: – „Niech lepiej zostanie w swojej twierdzy żoliborskiej, ochranianej przez tabuny policjantów za nasze, podatników pieniądze”; – „Zapędził się w sytuację bez wyjścia. Pojechałby – źle. Nie pojedzie – też źle. Do tego właśnie prowadzi jego traktowanie ludzi”; – „Wczoraj już był na mszy żałobnej… powinno wystarczyć!!!”. Ta ostatnia opinia to oczywiście nawiązanie do udziału Kaczyńskiego w mszy z okazji 6. rocznicy śmierci Jadwigi Kaczyńskiej w Starachowicach.

>>>

Są takie momenty w polityce, które zostają zapamiętane przez ludzi na długie lata. Zwłaszcza jeśli popełnia się katastrofalne błędy w chwili narodowej żałoby.

  • Pierwsze godziny po ataku na prezydenta Gdańska dawały płonne nadzieje, że coś się zmieni
  • Politycy w większości powściągali się od słów, które mogłyby zostać odczytane jako konfrontacyjne i niestosowne
  • Nie zabrakło gestów, które każda władza powinna wykonać w stosunku do bliskich przeżywających tak straszne chwile
  • Ale kiedy„Wiadomości TVP” dały pokaz politycznej nienawiści w stosunku do opozycji, „polskie piekiełko” złapało nowego cugu

Zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza wstrząsnęło całą Polską. Wielu polityków po obu stronach ma świadomość, że tak tragiczne wydarzenie, które poruszyło wiele milionów Polaków może mieć wpływ na dalszy bieg wydarzeń politycznych. To, jak się zachowają w tych dniach i co powiedzą zostanie im zapamiętane, a każde potknięcie wykorzystane przez przeciwników w zbliżających się wyborach.

Pierwsze godziny po ataku na prezydenta Gdańska dawały płonne nadzieje, że coś się zmieni. Ze strony najważniejszych polityków Prawa i Sprawiedliwości płynęło wiele potrzebnych, godnych i pojednawczych słów, pełnych szacunku i łączności z bliskimi Pawła Adamowicza. Politycy opozycji w większości także  powściągali się od słów, które mogłyby zostać odczytane jako konfrontacyjne i niestosowne w obliczu tej tragedii.

Nie zabrakło gestów, które każda władza powinna wykonać w stosunku do bliskich przeżywających tak straszne chwile. Na polecenie premiera Mateusza Morawieckiego wysłano do Londynu rządowy samolot po żonę prezydenta Gdańska, a sam szef rządu wraz ze swoimi ministrami uczestniczył w warszawskiej archikatedrze we mszy św. w intencji walczącego o życie Pawła Adamowicza.

Seans politycznej nienawiści w TVP

Tuż po śmierci prezydenta Gdańska najważniejsi politycy w kraju składali kondolencje, zapewniali o modlitwie oraz apelowali o powstrzymanie nienawiści. Ogłoszona została także żałoba narodowa. Na komisarza Gdańska premier powołał najbliższą współpracowniczkę tragicznie zmarłego polityka, a prezes PiS Jarosław Kaczyński zdecydował o niewystawianiu kandydata swojej partii w wyborach uzupełniających, które będą musiały się niedługo odbyć. Szef rządu zapowiedział także swój udział w zaplanowanych na sobotę uroczystościach pogrzebowych.

Paweł Adamowicz – polityk z przypadku, prezydent wszystkich gdańszczan

Ten obraz solidarności i jedności prysł jednak dość szybko jak bańka mydlana. Jeszcze tego samego dnia niektórzy politycy opozycji zaczęli zrzucać polityczną odpowiedzialność za tę tragedię na obóz władzy. Z kolei w głównym wydaniu poniedziałkowych „Wiadomości TVP” mogliśmy oglądać pokaz politycznej nienawiści w stosunku do opozycji, której w kontekście zabójstwa prezydenta Gdańska przypomniano słowa sprzed lat, jak te o dożynaniu watah.

To wystarczyło, by „polskie piekiełko” złapało nowego cugu i buchnęło z równie dużą siłą co przed tragedią. Wzajemne wyciąganie sobie słów, które nigdy nie powinny paść w debacie publicznej oraz obustronne oskarżenia o podsycanie nienawiści zostało okraszone „nieumyślną” – jak twierdzą władze PiS – nieobecnością Jarosława Kaczyńskiego wraz z wicemarszałkami Beatą Mazurek i Ryszardem Terleckim na początku posiedzenia Sejmu, kiedy to minutą ciszy uczczono pamięć Pawła Adamowicza, a słowa pożegnania wygłosił w krótkim przemówieniu lider PO Grzegorz Schetyna.

Skandal w TVP, PiS nie zamierza przepraszać

Niewiele znaczą obecnie zapewnienia obozu władzy, że był to niefortunny przypadek. Tym jednym gestem PiS dało doskonały oręż opozycji do tego, by oskarżono obóz władzy o lekceważenie, o brak szacunku oraz małostkowość w obliczu tej tragedii. Trudno bowiem znaleźć usprawiedliwienie wobec takiego faux pas.

Są wydarzenia, w których po prostu nie można nie uczestniczyć. Tym bardziej, że zamiast publicznych przeprosin z ust polityków Prawa i Sprawiedliwości padały stwierdzenia, by opinia publiczna zajęła się poważniejszymi sprawami niż ta. Jednocześnie dając przyzwolenie prezesowi TVP Jackowi Kurskiemu, by kontynuował w publicznej telewizji swój koszmarny seans nienawiści.

Nienawiść nas zabija

Gdy cała Polska przeżywa zabójstwo prezydenta Gdańska nie można w tak lekkomyślny sposób się zachowywać. Rządzenie państwem to nie przedszkole, lecz ogromna odpowiedzialność. Polacy oczekują od tych, którzy rządzą, że zwłaszcza w tak tragicznych momentach staną na wysokości zadania.

Egzamin ten zdaje jak na razie premier Morawiecki, czego nie można niestety powiedzieć o samym Jarosławie Kaczyńskim i najbliższym otoczeniu.

Kaczyńskiemu torba i kij

10 Sty

Komisja Europejska w piśmie do Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej prosi o wstrzymanie robót budowlanych na Mierzei Wiślanej do czasu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości. To, że dokument dotarł do resortu potwierdził Radiu Zet dyrektor biura prasowego ministerstwa Michał Kania.

Wątpliwości unijnych urzędników budzi pozwolenie na przekopanie wydane przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Olsztynie. W planach jest też budowa sztucznej wyspy, mającej służyć między innymi jako port. Jak podaje Radio Zet, obiekt ma być widoczny z kosmosu. Ministerstwo musi odpowiedzieć KE do 15 stycznia.

Przekopanie Mierzei Wiślanej to jeden ze sztandarowych pomysłów PiS. Jak pamiętamy, Jarosław Kaczyński osobiście wkopał słupek w miejscu przyszłej inwestycji. Ma ona kosztować ok. 880 mln zł, a zapłacić za to ma budżet państwa, czyli wszyscy podatnicy.

Kilka dni temu zarząd wojewódzkiego pomorskiego i organizacje ekologiczne złożyły odwołania od decyzji środowiskowej do Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska.

>>>

Kaczyński nie ukrywa: zaprowadzę wam faszyzm i wyprowadzę z Unii Europejskiej

5 Sty

Na początku roku, w którym odbędą się wybory do europarlamentu, nominację na stanowisko wiceministra cyfryzacji uzyskał Adam Andruszkiewicz: narodowiec, prymitywny homofob i przeciwnik UE. A w przyszłym tygodniu do Warszawy – na zaproszenie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – przybywa Matteo Salvini, lider włoskiej Ligi Północnej, minister spraw wewnętrznych Włoch, przeciwnik „elit brukselskich” i sankcji wobec Rosji.

Andruszkiewicz jest pierwszym ministrem polskiego rządu, który uznał za konieczne oświadczyć w „Super Expressie”, że „nigdy nie był faszystą”. Salvini, który przez część przywódców unijnych jest oskarżany o faszyzm, m.in. za swój stosunek do uchodźców, już na to określenie się nie obraża. „To nie faszyzm, to stosowanie prawa” – mówi.

Te dwa zdarzenia obrazują ideową ewolucję PiS. Kończy się „eksperyment”, w ramach którego szef MSZ Jacek Czaputowicz miał poprawić relacje z Unią, zabagnione za czasów jego poprzednika Witolda Waszczykowskiego. Dziś Czaputowicz publicznie obraża szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska oraz europejskich partnerów takich jak Francja.

Tak Bartłomiej Przymusiński, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, skomentował na Twitterze opublikowane przez konkret24.tvn24.pl wydatki Polskiej Fundacji Narodowej w 2017 r. Z jej sprawozdania finansowego wynika, że taką właśnie kwotę przeznaczono na pisowską kampanię billboardową „Sprawiedliwe sądy”, która zawierała nieprawdziwe treści. Przypomnijmy, że budżet PFN stanowią wpłaty spółek skarbu państwa, co oznacza, że koszt jej działalności ponoszą wszyscy podatnicy.

Kolejne wydatki PFN także budzą kontrowersje. 3,7 mln zł przeznaczono np. na… świąteczne życzenia. Projekt szumnie nazwano „Promocja wielokulturowości Polski w świadomości mieszkańców USA”. Nakręcono spot, w którym pięciu polskich duchownych różnych wyznań (katolik, luteranin, prawosławny, muzułmanin i rabin) składało po angielsku Amerykanom życzenia.

Wydanie 370 tys. zł na śpiewnik pieśni żołnierskich i legionowych z okazji 150. urodzin marszałka Józefa Piłsudskiego wydaje się w kontekście innych wydatków „drobiazgiem”.

Ze sprawozdania PFN dowiedzieć się można, ile za tę działalność zarobili czterej członkowie zarządu Fundacji. Otóż w 2017 roku zainkasowali oni w sumie ponad 473 tys. zł.

Internauci najczęściej komentowali wydanie 8,4 mln zł na kampanię o sądach. – Czyli tak: PiS zabrał te pieniądze złodziejom, czyli podatnikom, a dał je, stworzonej przez siebie Polskiej Fundacji Narodowej, by ta w prowadzonych kampaniach za pomocą spotów i bilboardów oczerniała w oczach obywateli polskich sędziów”; – „PFN żyje bogato za nasze pieniądze”; – „A można było wydać na wynagrodzenia dla pracowników administracji sądowej, których brakuje i może skrócilibyśmy czas załatwiania sprawy, a nie jak niby reforma, która go wydłużyła” – podsumował były rzecznik KRS Waldemar Żurek.

Tak wynika z odpowiedzi, której zmuszony był udzielić pełniący obowiązki prezesa Stadniny Koni w Janowie Podlaskim Grzegorz Chochański. Po wysłaniu do niego wniosku o dostęp do informacji publicznej przez reporterkę TOK FM przyznał także, że informował przełożonych o możliwości utraty płynności finansowej przez spółkę.

Wcześniej jednak Chochański nie chciał podać żadnych informacji posłom PO, którzy w listopadzie ubiegłego roku pojawili się w Janowie z poselską kontrolą. Odmówił im także wglądu do dokumentów. Twierdził wtedy, że sytuacja w jest stabilna. Jak się okazało – w tym samym czasie zawiadamiał o groźbie utraty płynności finansowej!

TOK FM podaje, że – opierając się na odpowiedzi Chochańskiego – w 2015 r. zysk netto stadniny w Janowie Podlaskim wyniósł ponad 3,2 mln zł. Rok później, było to 81 tys. zł, a w 2017 r. spółka odnotowała stratę w wysokości 1,64 mln zł.

 „Wstali z kolan. Zapewnili ideologicznie właściwą dyrekcję, podzielającą poglądy PiS. Skutek ekonomiczny – wiadomy”; – „Do tego karuzela kadrowa z czterema prezesami na czele (obecny jako p.o.) w ciągu zaledwie trzech lat”; – „Co powinno się zrobić z ludźmi, którzy do tego doprowadzili????”– komentowali internauci.

„Odpowiedź” Komendanta Głównego Policji na wydarzenie z udziałem kierowcy-ochroniarza J. Kaczyńskiego w Bydgoszczy. Wg KGP do niczego nie doszło. KGP nie chce ujawnić notatki policjanta, któremu groził ochroniarz JK. Ale dopytujemy dalej” – poinformował na Twitterze poseł PO Krzysztof Brejza. Chodzi o skandaliczne zachowanie kierowcy Jarosława Kaczyńskiego, który groził funkcjonariuszowi zwolnieniem z pracy. O sprawie w artykule „Przepisy ruchu drogowego szefa PiS nie dotyczą?”.

A z rzeczonej odpowiedzi wynika, że zdaniem zastępcy Komendanta Głównego Policji Andrzeja Szymczyka… nic się nie stało.  – „Informuję, że kierowca pana Jarosława Kaczyńskiego nie próbował wymusić na policjancie odstąpienia od czynności przepuszczenia pojazdu, wbrew przepisom ustawy Prawo o Ruchu Drogowym. Nie miało też miejsca kierowanie wobec funkcjonariusza gróźb zwolnienia z pracy, stąd na tą okoliczność nie została sporządzona notatka” – napisał Szymczyk.

Jednak jak ustalił portal wp.pl, bydgoska policja wszczęła postępowanie wyjaśniające, dotyczące zachowania funkcjonariusza. Jak twierdzą informatorzy portalu, polecenie miało przyjść z samej góry.

Funkcjonariusz, który nie chciał przepuścić jadącego pod prąd auta z prezesem PiS, już w policji nie pracuje. Odszedł na własną prośbę. Kierowca Kaczyńskiego nie został ukarany żadnym mandatem.

„Kolejny awans za zasługi dla PiS! Klaudiusz Pobudzin, jeszcze niedawno funkcjonariusz pisowskiej telewizji, został właśnie szefem biura prasowego Energi!” – tak skomentował jeden z internautów nową posadę byłego reportera Telewizji Trwam i TVP. Pobudzin przez pewien czas kierował także „Teleexpressem”, a potem został szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Na tym stanowisku nadzorował programy informacyjne: „Wiadomości”, „Panoramę”, „Teleexpress” oraz TVP Info.

W czasach, kiedy pracował jako reporter w „Wiadomościach” zasłynął z przygotowywania materiałów, które zamiast dziennikarskimi, nazwać należałoby propagandowymi, gloryfikującymi dokonania „dobrej zmiany”.  Ponoć w redakcji ukuto na określenie tych materiałów, zgodnych z linią PiS, nazwę „wykręcić Pobudzina”.

Komentarze internautów brzmiały jednoznacznie. – „Także ten. Partia nagradza swoich wiernych funkcjonariuszy”; – „Kolejny transfer dobrozmianowca do SSP, gdzie będzie budował “nowoczesny system komunikacji z odbiorcami energii”, czyli nic nie robił za pieniądze podatnika!”; – „Prorządowy propagandzista z TVP do… energetyki. Nigdy jeszcze nie było takiego kolesiostwa i promowania nieuków jak za rządów PiS”; – „Były dyrektor z TVP na dyrektora w Enerdze. Kolejna „dobra zmiana”, a ja jestem wciąż zdziwiony”.

Morawiecki obiecał miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki energii, co może oznaczać niedozwoloną przez UE pomoc publiczną.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie prądu i nie ukrywam, że wszelkie liczby dość trudno do mnie przemawiają. Ot, tak to jest, gdy się człowiek rozwija głównie humanistycznie. Dlatego ostatnie zawirowania z polską energetyką są dla mnie niesamowicie ciężkie do ogarnięcia. Te wszystkie eksperckie statystyki, dane, wykresy, strzałki w górę lub w dół, to dla mnie czarna magia. Jak to jednak człowiek ciekawski, próbuję, sięgam do źródeł, szukam faktów, słucham opinii tych, do których mam zaufanie i powoli, powolutku przekładam sobie na język bardziej łopatologiczny, bardziej zrozumiały.

Cały świat usilnie pracuje nad produkcją zielonej energii. Wiąże się to z coraz szybszymi zmianami klimatycznymi, które źle wróżą na przyszłość i może przyjść moment, że nasi potomkowie po prostu wymrą. To, co się dzieje, to nasza zasługa, całej ludzkości i teraz to już ostatni dzwonek, by próbować cokolwiek naprawić i dać szansę, by ludzkość miała jeszcze przed sobą jakieś perspektywy.

Jednym z największych problemów jest ten nieszczęsny CO2, powstały w wyniku spalania węgla w atmosferze. Ależ ten dwutlenek węgla nam miesza w głowach, truje i wykańcza naszą planetę. Nie może więc nikogo dziwić, że mądra polityka energetyczna to właśnie postawienie na energię odnawialną. Nie może też nikogo dziwić, że UE, walcząc z ociepleniem klimatu, wprowadziła opłaty za uprawnienia do emisji CO2 i węgla. Nie po to, by dowalić takim uparciuchom jak Polska, ale by zachęcić i przekonać do inwestycji w energię bardziej przyjazną środowisku.

I mądre, patrzące w przyszłość państwa to robią, a co dzieje się w Polsce? Wiem, że w latach 2009 – 2016 Polska postawiła na odnawialne źródła energii, dzięki czemu produkowana energia rosła o 20% rocznie. Po przejęciu władzy przez PiS nastąpił spadek do… 1% rocznie. Ale zjazd, prawda? No cóż, ludzie dali się przekonać, że wiatraki im szkodzą, więc postawili na polityków PiS, którzy obiecali, że gdy wygrają wybory to wprowadzą ustawę, która oddali to „diabelskie urządzenie” od domostw. Wybory PiS wygrał i już w lipcu 2016 roku ustawa antywiatrakowa, przygotowana oczywiście błyskawicznie i bez rzetelnych konsultacji, weszła w życie. Efekt? Właśnie spadek produkcji energii odnawialnej do 1% rocznie i wycofanie się wielu zagranicznych firm, które rozwijały tę branżę.

PiS twardo stawia na węgiel. Ten, wydobywany u nas i ten, kupowany za niezłą kasę poza Polską. To nieważne, że należymy do niechlubnej czołówki państw, emitujących najwięcej CO2. Nieważne, że fundujemy naszym wnukom niezły kanał i przykładamy ochoczo łapę do zniszczenia życia na Ziemi. Ważne, że partia rządząca nie da skrzywdzić polskich górników i zamierza na maksa wykorzystać polskie pokłady węgla, które mogą starczyć według Andrzeja Dudy i na 200 lat.

A przecież wiadomo było już od kilku lat, że właśnie w 2018 roku pojawi się problem z opłatą za produkcję prądu. Handel zezwoleniami na emisję został przez UE uwolniony, ich cena ostro idzie w górę i niech PiS nie udaje nagle takiego zaskoczenia. Świetnie ta partia wiedziała, że tak będzie, a jednak z pełną świadomością, odstawiła zieloną energię na boczne tory, bo my mamy węgiel i nikt nam nie będzie dyktował, czym palić i jak. Mało tego, minister energetyki Tchórzewski zapowiedział budowę kolejnych, po Ostrołęce, elektrowni na węgiel. Zapowiedział i szybko oddał polską energetykę pod opiekę Matki Boskiej. Hm… daje to do myślenia, prawda?

No i teraz, nagle partia rządząca urwała się z choinki i zafundowała nam niezłą jazdę. Z jednej strony firmy energetyczne, które drastycznie podniosły opłaty za prąd, z drugiej zaś premier Morawiecki i jego kumple postawieni pod ścianą. Rach ciach, napisano szybciutko ustawę, w której zamrożono ceny za prąd na cały 2019 rok, przegłosowano ją w podobnym tempie w Sejmie, dając posłom opozycji aż 30 sekund na wyrażenie własnego zdania i teraz już władza może spać spokojnie. Polacy wdzięczni za powstrzymanie podwyżki na pewno zagłosują na tę partię w kolejnych wyborach, a co dalej z prądem? Przyjdzie czas – to PiS będzie znowu kombinować.

Oczywiście ta partia nie byłaby sobą, gdyby nie rozpoczęła szukać winnych, którzy doprowadzili do takiego chaosu i szumu informacyjnego. Wiadomo przecież, że to nie ona… Już zostało skierowane do prokuratury zawiadomienie o celowej manipulacji cenami prądu na giełdzie energii. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Maciej Bando jest przekonany, że zadziałał tu wrednie czynnik ludzki, ale teraz zostanie to dokładnie sprawdzone. Winny będzie znaleziony i surowo ukarany. Jak znam życie, to prokuratura weźmie z łapanki jakiegoś biedaka, któremu można będzie udowodnić powiązania z PO, a najlepiej bezpośrednio z Donaldem Tuskiem i znowu Macierewicz będzie mógł się pobawić w budowę i rozwiązanie kolejnej teorii spiskowej.

No nic, najważniejsze jest, że podwyżek za prąd nie będzie. Jakoś tak zupełnie bokiem przemykają informacje, że jesteśmy w czołówce trucicieli, że fundujemy przyszłym pokoleniom niezłą jatkę, że brak umiejętności perspektywicznego myślenia odbije się nam niezłą czkawką. Cieszymy się i w ogóle nas nie rusza, że Morawiecki obiecuje miliardowe rekompensaty za odejście od podwyżki, co może oznaczać niedozwoloną pomoc publiczną, która zakłóca konkurencję i wymianę handlową miedzy państwami UE. Zgodnie z przyjętymi zasadami, na przestrzeganie których wyraziła zgodę i Polska „Państwa członkowskie są zobowiązane do notyfikowania Komisji Europejskiej o wszelkich działaniach o pomocy publicznej przed ich wdrożeniem. Do tej pory nie otrzymaliśmy notyfikacji od polskich władz, ale tego byśmy oczekiwali”.

Taki komunikat wyszedł wczoraj z Brukseli i może zacząć się kolejna wojenka PiS z UE. Unia zarzuci nam łamanie postanowień, które sami podpisaliśmy, PiS zacznie się wydzierać, że znowu ten europejski twór ingeruje w naszą suwerenność i chce nam coś narzucać, a co zrobią Polacy w nadchodzących wyborach do europarlamentu? Zagłosują na polityków partii rządzącej, bo ona tak o nas dba, nie pozwala zrobi nam krzywdy, więc niech idzie do Brukseli i tam, na miejscu pilnuje, by włos nam z głowy nie spadł. W końcu zatrucie, klimat i inne takie bzdury Polaków nie obchodzą. Liczy się tylko to, co teraz i to „teraz” ma być po naszej myśli.

Waldemar Mystkowski pisze o nieuchronnym faszyzowaniu Polski.

Prezes PiS spotka się z szefem włoskiej antyeuropejskiej Ligi Północnej Matteo Salvinim.

Możemy się zastanawiać, ile bracia Kaczyńscy zawdzięczają Lechowi Wałęsie. Pierwszy szef „Solidarności” na pewno przyspieszył ich karierę. Obydwaj byli rozmazanym tłem w czasie klasycznej „Solidarności”, acz Lech „załapał” się na internowanie w stanie wojennym.

Kluczem jest Okrągły Stół, w którym Wałęsa wystawił ich jako reprezentantów opozycji solidarnościowej, choć nie zasługiwali na to, lecz szef „S” budował swoje zaplecze i padło na ambitnych Kaczyńskich. I obydwaj na tym skorzystali, przede wszystkim Jarosław stworzył potem majątek partyjny na uwłaszczeniu się na komuszych mediach.

Gdyby nie Wałęsa, Jarosław Kaczyński i tak zaistniałby, bo to „zwierzę polityczne”. Okrągły Stół dał Kaczyńskim impet, to ich chrzest bojowy, wówczas stali się rozpoznawalni. Raczkowali w politycznych pieluchach, które przewijał im Wałęsa.

„Rzeczpospolita” dokopała się w tzw. archiwum Kiszczaka w USA do korespondencji Lecha Kaczyńskiego z PRL-owskim ministrem spraw wewnętrznych Czesławem Kiszczakiem, który wraz z Wojciechem Jaruzelskim stał na czele ówczesnej strony partyjno-rządowej, gdy w Polsce następował bezkrwawy przewrót ustrojowy. Niczego nie ma zdrożnego w tej korespondencji, ale staje ona w poprzek pisowskiemu mitowi, w poprzek zakłamywaniu najnowszej historii. Lech Kaczyński wdzięczy się do Kiszczaka, który przesyła mu zdjęcia z Magdalenki. Ot, kawałek historii.

Zakłamanie polityczne zawsze prowadzi do katastrofy. Lecha Kaczyńskiego doprowadziło do katastrofy smoleńskiej, w której oprócz niego zginęło 95 osób. Jarosław jest zdecydowanie ambitniejszy od brata, doprowadza Polskę do katastrofy – nazywam ją: ogólnopolską katastrofą smoleńską.

Oczywistym kłamstwem jest ostatnia maska prounijna, którą na konwencji PiS nałożyła sobie na twarz rządząca partia z zasadniczego powodu, iż zbliżają się wybory. Spod tej maski ukazują się prawdziwe intencje Kaczyńskiego, bo tych nie da się ukryć. 9 stycznia ma dojść do rozmowy na Nowogrodzkiej Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim, liderem Ligii Północnej, partii antyeuropejskiej.

Jak pisze włoska „Repubblica”, celem Salviniego jest wciągnięcie PiS do nowej międzynarodówki antyunijnej. Na tapecie są także Marine le Pen, sponsorowana przez Kreml i holenderski nacjonalista Geert Wilders. W tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego Mateusz Morawiecki wzmocnił rząd o „agenta wpływu  Kremla” Adama Andruszkiewicza.

Kościół katolicki jak abp Gądecki gnije zewsząd. Za rządy PiS zapłacimy wysoką cenę. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (6). Dopaść Tuska (9)

22 Gru

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie zamiast chłodzić szampana będą majstrować przy prądzie. PiS rzeczywiście przeraził się, że porażą go efekty podwyżki cen energii. Antyrynkowe wstrzymanie podwyżek obiecał na 2019. A co potem? Potem będzie już po wyborach parlamentarnych” – napisał na Twitterze Krzysztof Adam Kowalczyk z „Rzeczpospolitej”. A oto, jaki jest PiS-owski przekaz dnia w tej sprawie: – „Znalezienie najlepszych rozwiązań dotyczących cen energii to bardzo ważne zadanie. Bezpieczeństwo budżetów domowych Polaków jest niezmiennie jednym z priorytetów prac Parlamentu. Dlatego będziemy pracować jeszcze przed nowym rokiem. Dodatkowe posiedzenie Sejmu odbędzie się 28.12.” – poinformował na Twitterze Marek Kuchciński.

Mateusz Morawiecki zapowiedział dziś obniżenie akcyzy za energię elektryczną, a o 95 proc. ma zostać zmniejszona opłata przejściowa. – „Podsumujmy: rząd NIE obniża cen energii. Daje jasny sygnał, że w 2019 roku zacznie się żonglerka innymi składnikami rachunków za prąd, by zrekompensować WZROST cen energii, który, nota bene, zdaniem URE jest nie w całości uzasadniony” – napisała na Twitterze Justyna Piszczatowska, dziennikarka specjalizująca się w tematach związanych z sektorem energetycznym.

A Krzysztof Berenda napisał: – „Jest projekt ustawy o obniżce akcyzy na prąd. Tylko czemu skutki budżetowe są tylko w jednym roku? Te „obniżki podwyżek” są tylko na 2019? A potem? Panie Premierze?”.

Morawiecki mówił także o „lepszym gospodarowaniu kosztami w spółkach energetycznych”. W tym kontekście wymienił „oszczędności na wydatkach na marketing i operacyjnych”.

„Premier Morawiecki zapowiedział, że spółki energetyczne będą lepiej gospodarować kosztami, np. oszczędzając na wydatkach marketingowych. Zapowiadają się niespokojne święta u braci Karnowskich i Tomasza Sakiewicza?” – skomentował  Thomas Orchowski z TOK FM. Wiadomo bowiem, że do spółek medialnych przez nich prowadzonych trafiają reklamy z państwowych spółek energetycznych.

Żarty się skończyły, zaczęły się schody. Tymi schodami w coraz szybszym tempie posuwają się w górę ceny energii elektrycznej. A to w roku wyborczym grozi nieobliczalnymi stratami dla rządu, nie tylko ekonomicznymi, ale i wizerunkowymi. Więc zrobił się popłoch, bo straty wizerunkowe to jedyne, czego dziś lękają się politycy.

Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Powrót do PRL

Dlatego rząd od kilku tygodni jest jak porażony i rozpaczliwie szuka doraźnego rozwiązania, które sprawiłoby, że wysokie ceny energii dla odbiorców w 2019 r. pozostałyby na poziomie z 2018 r. Szczególnie dla 15 mln gospodarstw domowych. Najnowszy pomysł to administracyjne zamrożenie cen. A co potem? Tym będziemy się martwić za rok.

Starszym może to przypominać czasy peerelowskiej gospodarki centralnie sterowanej, kiedy też w obliczu protestów społecznych podejmowano decyzje o zamrożeniu cen, a urzędnicy decydowali, ile i co ma kosztować. I nieważne, ile kosztowało wytworzenie tego czy innego dobra, liczyło się to, jaka powinna być społecznie akceptowalna cena.

Dziś rząd usiłuje dokonać rekonstrukcji historycznej i wrócić do regulacji cen w sytuacji, gdy rynek energetyczny został już dawno uwolniony i nie da się łatwo wrócić do starego porządku. Ceny na rynku hurtowym rządzą się prawami popytu i podaży, a wzrost cen jest głównie efektem wzrostu kosztów wytwarzania. Coraz więcej kosztuje węgiel spalany w elektrowniach i prawa do emisji CO2, które trzeba kupować, by móc wysyłać do atmosfery miliony ton tego gazu cieplarnianego.

Co Morawiecki i Tchórzewski mówią o rosnących cenach prądu

Nowy plan Morawieckiego

Pomysłów na ograniczenie skutków wzrostu cen energii było kilka. Opozycja sugerowała ograniczenie stawek podatkowych, VAT i akcyzy na prąd, ale o tym rząd początkowo rozmawiać nie chciał. Zamiast tego miała zostać przeprowadzona dość karkołomna operacja polegająca na zrekompensowaniu dystrybutorom energii wyższych cen prądu z pieniędzy publicznych. W zamian za to dystrybutorzy utrzymaliby ceny na dotychczasowym poziomie.

Poza gospodarstwami domowymi ma to dotyczyć samorządów, a także większości małych i średnich firm. Pieniądze na ten cel, a chodzi o kilka miliardów złotych, mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 (którymi handluje rząd) oraz „dobrowolnej” daniny ze strony koncernów energetycznych. Mają powyjmować pieniądze z zaskórniaków i podzielić się z odbiorcami prądu.

Minister energii przekonuje, że od tego nie zbiednieją, najwyżej akcjonariusze nie dostaną dywidendy. Słysząc to, prezes Urzędu Regulacji Energetyki, do którego spółki energetyczne zgłosiły z wnioskami o zatwierdzenie nowych wyższych taryf (średnio o 30 proc.), oświadczył, że wstrzymuje rozpatrywanie wniosków do czasu wyjaśnienia, kto i ile zachomikował. Bo prezes URE ma obowiązek zatwierdzać taryfę, jeśli uzna, że zaproponowane ceny odpowiadają kosztom uzasadnionym firm energetycznych. A tu minister zdradza, że nic nie jest uzasadnione, bo są jakieś zaskórniaki.

Najnowszy, ogłoszony w piątek plan premiera Mateusza Morawieckiego zakłada, że pieniądze niezbędne do utrzymania cen energii dla wybranych odbiorców mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, a także – co jest nowością – z obniżenia akcyzy na prąd oraz opłaty przejściowej. Odpowiednia ustawa w tej sprawie ma trafić do Sejmu tuż po świętach. Akcyza ma spaść z 20 do 5 zł za megawatogodzinę, a opłata przejściowa zostać zredukowana aż o 95 proc. W tym ostatnim przypadku podanie konkretnej kwoty jest trudne, bo różni odbiorcy mają różne stawki, ale opłata przejściowa w przypadku gospodarstw domowych to kilkadziesiąt złotych rocznie.

O co chodzi z opłatą przejściową

Nikt nic nie wie

Morawiecki musi czuć, że jest w sytuacji podbramkowej, skoro sam zajął się sprawą cen energii, choć jeszcze niedawno wydawał tylko polecenie ministrowi energii. Widać wyraźnie, że jego cierpliwość dla Krzysztofa Tchórzewskiego coraz bardziej się wyczerpuje. I nic dziwnego, bo to, co wyprawiał w ostatnich dniach, robiło wrażenie nawet na energetykach, którzy niejedno już widzieli, i groziło kompletną destabilizacją tej strategicznej branży.

Obniżka akcyzy jest o tyle prosta, że Polska ma jeden z najwyższych poziomów opodatkowania energii elektrycznej w UE. Problem jest tylko taki, że w projekcie budżetu uwzględniono już wpływy z tego podatku, więc trzeba będzie znaleźć oszczędności. Także opłata zastępcza jest wydajnym źródłem, zwłaszcza że rząd PiS w 2017 r. radykalnie podniósł jej wysokość.

Opłata zastępcza to tak naprawdę podatek na utrzymanie i rozbudowę energetyki węglowej. Jednak, żeby było śmieszniej, wprowadzona została w ustawie o… odnawialnych źródłach energii. Zapewne rząd chętnie do listy oszczędności dopisałby opłatę OZE, gdyby nie fakt, że już od dwóch lat jej stawka wynosi 0 zł, więc nie ma jak jej przyciąć. Od dwóch lat subsydiujemy energetykę węglową, a nie odnawialną.

Energetyczny plan Morawieckiego, który ma być kolejnym gospodarczym cudem, tyle że w energetycznej kasie, nie wróży nic dobrego. Na kilka dni przed końcem roku pisane są kolejne projekty ustaw i nikt nie wie, ile ma kosztować energia. Który odbiorca ma płacić nową, a który starą cenę? Jak mają wędrować pieniądze z państwowych rekompensat do kas spółek? Co będzie, jeśli ceny na rynku hurtowym w 2019 r. będą nadal rosnąć i pieniędzy nie wystarczy? Pytań jest więcej niż odpowiedzi. A chaotyczna próba rozwiązywania problemów nie wróży dobrze.

Ostrołęka, czyli długie pożegnanie w węglem

Miała być maszynka do robienia pieniędzy

Na dodatek wszyscy robią wrażenie zaskoczonych tym, że ceny prądu rosną, choć żadnego zaskoczenia w tym nie ma. Właściwie wysokie ceny energii były celem działania rządów PiS. Po to stworzono pionowo zintegrowane struktury koncernów energetycznych, po to pracowicie repolonizowano energetykę, wykupując z rąk zagranicznych inwestorów wszystko, co wcześniej im sprzedano. Po to wreszcie podnoszono podatki i parapodatki, od których puchną nasze energetyczne faktury.

Chodziło o to, by stworzyć możliwie wyizolowany ekosystem, w którym zamiast konkurencji rządziliby politycy. Koncerny energetyczne tworzące państwowy oligopol zostały przez nich zaprzęgnięte do finansowania upadającego górnictwa. Celem było też zbudowanie maszynki do robienia pieniędzy, które można było wykorzystywać na inne dowolne cele: na Polską Fundację Narodową, na budowę kolejnych elektrowni węglowych, na ratowanie siedleckiego Mostostalu (bo Siedlce to miasto ministra energii), na produkcję samochodów elektrycznych, na finansowanie deficytowej fabryki Autosan.

Najmniej myśli się o realnych inwestycjach w starzejącą się infrastrukturę, w elektrownie, które powinny przechodzić transformację energetyczną, w gospodarkę niskoemisyjną. Wszystkie sąsiedzkie kraje są dziś zajęte energetyczną transformacją, tylko nie my. Rząd wciąż nie jest w stanie stworzyć Polityki Energetycznej Polski, dokumentu określającego, jak ma wyglądać nasza elektroenergetyka w nadchodzących latach. I czego my właściwie chcemy?

Gorący finisz szczytu klimatycznego

Koniec końców my zapłacimy

Trudno się w tej sytuacji dziwić, że energia drożeje, skoro musi być wytwarzana z coraz droższego węgla, a cena węgla musi rosnąć, by zapewnić opłacalność wydobycia kopalniom. A teraz kopalnie rozpaczają, że nie stać ich na kupowanie drogiego prądu, bo polskie górnictwo jest piekielnie energochłonne. Trwa więc zjadanie własnego ogona: trzeba kopać węgiel, by produkować energię potrzebną do kopania węgla. Na tym polega bezpieczeństwo energetyczne.

Cała operacja z rekompensatami ma stworzyć wśród społeczeństwa złudzenie, że politycy mają władze, by zmieniać prawa ekonomii i nalewać nawet z próżnego. Wiadomo przecież, że koniec końców my te wyższe ceny zapłacimy. Może spółki energetyczne w rachunkach wpiszą nam starą cenę energii, ale dopiszą tyle pozycji do rachunków, że i tak wyjdą na swoje. Po to zmonopolizowano państwową energetykę, by można było żonglować kosztami.

Wiedzą coś o tym klienci banków, na początku kadencji PiS obciążonych specjalnym podatkiem, który miał ograniczać ich zyski. Rząd zapewniał, że żaden bank nie odważy się przerzucać podatku na klientów. A jak się skończyło? Zyski banków (w coraz większym stopniu państwowych) mają się dobrze, a klienci płacą za wszystkie usługi jak za zboże. Przepraszam: jak za energię elektryczną.

Państwowy skok na prywatny bank

„Teraz państwo bierze się za budowę hoteli. Może po prostu skoczmy od razu do PRL, na cholerę to udawanie?” – podsumował na Twitterze Bartosz Węglarczyk z onet.pl najnowszy pomysł rządu PiS. Chodzi o powołanie Polskiego Holdingu Hotelowego. – „Realizację tego ważnego dla sektora turystycznego projektu oddajemy w ręce profesjonalistów z branży hotelarskiej – spółce Chopin Airport Development, która opracuje model konsolidacji, a następnie będzie mogła rozpocząć integrację aktywów hotelowych rozproszonych dziś między różne podmioty pozostające w domenie państwa” – powiedział Mateusz Morawiecki, cytowany przez TVP Info.

Dosadnie pomysł skomentował Waldemar Kuczyński: – „Potrzebny jeszcze Polski Holding Ustępów Państwowych (PHUP). To ważny składnik CPK i robota dla babć klozetowych z CBA, by nikt antypaństwowo się nie załatwiał”. Inni internauci też mieli swoje propozycje: – „Powinien też powstać Polski Holding Fryzjerski, żeby jeszcze lepiej i skutecznej strzyc obywateli”; – „A czy będzie powrót zakupów w PEWEX za dolary i konsolidacja produkcji rolnej w ramach PGR?”; – „To jest nawet zabawne, że rzekomo najbardziej antyPRL-owski rząd III RP myśli dokładnie tak jak notable okresu słusznie minionego. Państwowa spółka hotelowa, państwowe samochody, państwowe stocznie. Co dalej? Państwowy holding bieliźniany?”.

Na jeszcze jeden aspekt sprawy zwrócił uwagę poseł PO Paweł Zalewski: – „Zarządzanie hotelem wymaga dużego doświadczenia i wiedzy. Wszędzie robią to firmy lub osoby prywatne. Jedynym celem jest stworzenie nowych miejsc zarabiania dla członków kasty PiS” – napisał. Wtórował mu jeden z internautów:

„Im więcej państwo będzie budowało czy zarządzało, tym więc miejsc w zarządach, radach nadzorczych, stanowisk dyrektorskich dla Misiewiczów z Nowogrodzkiej i okolic. Wszelka „repolonizacja” tylko taki ma cel”.

„Zamysł Prokuratury Krajowej uzyskania od pani Magdy Fitas-Dukaczewskiej informacji o przebiegu i treści choćby jednej rozmowy prowadzonej przez najwyższej rangi przedstawiciela państwa polskiego z jego zagranicznym odpowiednikiem będzie nie tylko złamaniem ważnej zasady zachowania przez tłumaczy pełnej tajemnicy rozmów politycznych. W naszym przekonaniu może stać się również groźnym precedensem na przyszłość. Złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych, narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych” – napisali w liście otwartym byli prezydenci, premierzy i ministrowie. Sygnatariuszami apelu są: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski; byli premierzy: Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak, Hanna Suchocka, Włodzimierz Cimoszewicz, Jerzy Buzek, Leszek Miller, Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz, Ewa Kopacz; byli ministrowie spraw zagranicznych: Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati, Adam D. Rotfeld, Radosław Sikorski, Grzegorz Schetyna; byli ministrowie obrony narodowej: Janusz Onyszkiewicz, Zbigniew Wojciech Okoński, Stanisław Dobrzański, Bogdan Klich, Tomasz Siemoniak.

Autorzy listu otwartego przypominają, że Fitas-Dukaczewska pracowała także dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego: –  „Była więc dopuszczona do największych tajemnic polskiej dyplomacji jako osoba nie tylko kompetentna, ale i w pełni zaufana”. Apelują więc do obecnych władz, a szczególnie do premiera Mateusza Morawieckiego, o „powstrzymanie tego groźnego dla interesów Polski działania prokuratury”.

Magda Fitas-Dukaczewska ma zostać przesłuchana 3 stycznia przez prokuraturę w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej Donalda Tuska, dotyczącej katastrofy smoleńskiej. Głos w tej sprawie zabrało także Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych, o czym pisaliśmy w artykule „Murem za tłumaczką, która ma zeznawać w sprawie „zdrady Tuska”.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o zyczeniach świątecznych.

Oby były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Wielkie odliczanie czas zacząć. Już za trzy dni usiądziemy do stołu i zacznie się wielkie radowanie Świętami Bożego Narodzenia. Wszyscy liczymy na to, że Dobry Duch tych Świąt znajdzie trochę czasu i wpadnie do nas, by obdarować nas spokojem, miłością, ciepłem i uśmiechem najbliższych. Ważne, by nie zapomniał odsunąć od nas wszelkie swary, szczególnie te, o charakterze politycznym, bo inaczej nie mamy szans, by zaliczyć te Święta do udanych. Zdecydowanie lepiej jest powalczyć z karpiem na ości niż wkręcać się w coraz większą awanturkę pomiędzy teściem, który wielbi PiS, a bratową, oddaną sercem i duszą opozycji, prawda?

Wigilia to czas, gdy zwierzęta mówią ludzkim głosem, człowiek człowiekowi przyjacielem się staje, a szczerość życzeń wydaje się bezterminowa, choć najczęściej kończy się o północy w ostatni dzień Świąt. To może ja zacznę nieco wcześniej i już teraz złożę życzenia tym, których nie darzę szacunkiem ani sympatią, a jednak stanę ponad polityczne animozje…

Zacznę od najważniejszej osoby w dzisiejszej Polsce, czyli prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Życzę mu, by wreszcie przeszedł na zasłużoną emeryturę. Jestem przekonana, że to już najwyższy czas, bo on biedny, w ferworze wiecznej walki, najpierw z komuną, potem z postkomuną, PO i znaczną częścią narodu, zapomniał, co to jest spacer po lesie, wylegiwanie się z książką na hamaku w ogrodzie, beztroska zabawa z kotami, rozmowa o wszystkim i niczym z prawdziwym przyjacielem. Panie prezesie, proszę dać sobie wreszcie szansę, by odpocząć od Polski, a Polsce, by odpoczęła od Pana. Proszę mi wierzyć, świetnie damy sobie bez Pana radę.

Dla prezydenta Andrzeja Dudy mam mnóstwo życzeń. Przede wszystkim, by wreszcie dorósł. Facet ma 46 lat, a w tym wieku powinno się być już odpowiedzialnym, wiedzieć, czego się chce od życia, znać swoją wartość na tyle, by nie dać się rozstawiać po kątach i zasłużyć sobie na miano tylko „długopisu”. Gdyby to ode mnie zależało, zafundowałabym mu studia w jakimś wybitnym instytucie prawniczym, by zrozumiał, że prawnik z niego kiepściutki i zalicza wpadkę za wpadką. Niech mu Dobry Duch Bożego Narodzenia przyniesie opamiętanie, kaganiec, by od czasu do czasu przestał pleść bzdury, zrozumienie, że zrobił z siebie chłopca na posyłki w wersji PiS, a nie Prezydenta Rzeczpospolitej, a miłość do samego siebie zamienił na miłość do narodu. To już ostatni dzwonek, jeśli chce Pan wyjść z choć kawałkiem twarzy z polityki.

Premierowi Morawieckiemu życzę, by znalazł wreszcie dobrego chirurga od operacji plastycznych i zoperował sobie nos. My Polacy naprawdę mamy już dosyć rządów Pinokia, którego kłamstwa przejdą do historii, ale tej mało chlubnej. Życzę, by uwolnił się wreszcie od rozdmuchanej megalomanii i przestał nam wmawiać, że to jemu zawdzięczamy wszystko, co dla Polski było ważne. Walka z PRL-em, wejście do NATO, Traktat Lizboński, a może i wygrana pod Grunwaldem czy wcześniej przekonanie Mieszka, by przyjął chrzest?  Proponuję też prezent pod choinkę w postaci dobrej jakości endoprotez, bo to długotrwale wstawanie z kolan na pewno odbije się na jego zdrowiu, a do tego spory zapas leków nasercowych, bo stan zawałowy w stosunkach z UE już blisko.

Oczywiście, nie zapominam też o panu Ziobrze, któremu życzę, by stanowisko prokuratora generalnego odbiło mu się ostrą czkawką. Niech te Święta przyniosą mu przekonanie, że daleko mu do alfy i omegi, że jest malutkim i okrąglutkim zerem przy tych autorytetach sędziowskich, których tak chce zniszczyć. Niech w zaciszu domowym, uświadomi sobie, że Polska to nie prywatny folwark, a każde zło wcześniej czy później, wróci do niego jak bumerang. I niech się cieszy chwilą, bo już niedługo dostanie niezłe baty.

Antoniemu Macierewiczowi życzę powrotu do zdrowia i odpowiednio dużej szafy, w której bez problemu zmieści się na czas jakiś wraz z posłanką Pawłowicz. Pani Zalewskiej jak najszybszego powrotu do pracy w szkole, by na własnej skórze odczuła boleśnie skutki swojej deformy edukacji. Wiceministrowi Zielińskiemu kolejnych poodcinanych główek, które usprawiedliwią wzmożoną ochronę policyjną własnego domostwa, Kuchcińskiemu taczki z wikliny, by przyjemnie mu się opuszczało parlament już tak na wieki wieków, Błaszczakowi chociaż jednego Caracala, pani Szydło bezkolizyjnej jazdy przez co najmniej pół roku i odpuszczenia sobie startu do Parlamentu Europejskiego, w którym naprawdę nikt jej nie potrzebuje.

Pozostałym politykom PiS życzę większego dystansu do siebie. Niech wreszcie uwierzą, że Polska nie potrzebuje już „mesjaszy narodu”. Niech przestaną usprawiedliwiać swoje wtopy rządami PO i wezmą odpowiedzialność za to, co czynią na swoje barki. Niech wreszcie przemówią ludzkim głosem, bez fałszu, kłamstw i populizmu. Niech zrozumieją, że to nie cyrk, ale Polska, Ojczyzna nas wszystkich, która zasługuje na to, co najlepsze. I tak w ogóle, niech im Gwiazdka Betlejemska świeci i niech ich dobrze oświeci.

…a nam wszystkim życzę, by były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu (fragment).

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

PiS swoich specjalistów od szmat i matołków chowa głęboko, bo jeszcze raz chce orżnąć publikę

16 Gru

PiS chowa swoich matołków, bo idą wybory.

>>>

Kamil Durczok na silesion.pl odniósł się do ostatniego wystąpienia Mateusza Morawieckiego w Sejmie.

Leszczyna: Wszyscy, którzy pozostaną poza strefą euro, są skazani na porażkę i słabszy rozwój

– Takie hasło [dot. strefy euro] oczywiście zapowiedział Grzegorz Schetyna. Powiedział, że Polska zrobi wszystko, żeby jak najszybciej, w jak najbliższej perspektywie być gotowa do wejścia do strefy euro. Żeby chcieć wejść, trzeba być najpierw gotowym. Zobaczymy jaki będzie stan finansów po tym, jak PiS przegra jesienne wybory i zrobimy wszystko, żeby był w miarę szybko na tyle dobry, żebyśmy do strefy euro, bo wszyscy, którzy pozostaną poza nią, są skazani na porażkę i słabszy rozwój – stwierdziła Izabela Leszczyna w „Kawie na ławę” TVN24.

Kierwiński: SKOK-i zbyt dużo zainwestowały w szeroko rozumiane środowisko dziś związane z PiS-em, żeby nie czuć teraz ochrony

– Jeżeli chodzi o te słowa [o pobiciu Wojciecha Kwaśniaka], skandaliczne słowa, one pokazują tak naprawdę z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy staną po stronie bandytów tylko dlatego, aby bronić interesów własnego środowiska politycznego. Bo SKOK-i zbyt dużo zainwestowały w szeroko rozumiane środowisko dziś związane z PiS-em, żeby nie czuć teraz ochrony – stwierdził Marcin Kierwiński w „Śniadaniu w Polsat News” Dariusza Ociepy.

Kierwiński o decyzji Pawłowicz: To chyba kolejna odsłona tego powrotu miłości PiS-u do UE

– To chyba kolejna odsłona tego powrotu miłości PiS-u do Unii Europejskiej. Jeżeli wczoraj na konwencji PISu przez wszystkie przypadki odmieniano Europę, po tych trzech latach demontowania polskiej pozycji w Europie, po trzech latach wojny z Europą i jeszcze wieczorem dowiadujemy się, że osoba, która była zawsze krytyczna wobec UE, była takim najbardziej antyeuropejskim członkiem PISu, wycofuje się z polityki, to to jest zabieg – stwierdził Marcin Kierwiński w „Śniadaniu w Polsat News”.