Tag Archives: Dariusz Piontkowski

Kaczyński upodlił Polskę

2 Wrz

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS otoczony był prawie wyłącznie przez polityków swojej partii. – Oprócz tego, że organizatorzy nie uszanowali zagranicznych gości, to samych przedstawicieli instytucji państwowych usadzili nie tak, jak trzeba. Mamy do czynienia z protokołem partyjnym, a nie dyplomatycznym. Porządek na trybunie ma się nijak do hierarchii dostojników państwowych. To potwierdza, że stan faktyczny w państwie jest inny, aniżeli ten zapisany w Konstytucji. Dotykamy tym samym tego, w jaki sposób funkcjonuje demokracja w państwie” – dodał Sibora w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ameryka kocha Polskę, Ameryka kocha Polaków. Dziś – jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – jest moim wielkim zaszczytem, że mogę stanąć tu w imieniu Amerykanów w Polsce, która jest wolna, silna i bezpieczna. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie utracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać, który nigdy nie zapomniał kim jest. Dzisiaj w samym sercu Warszawy, stając tutaj przed Grobem Nieznanego Żołnierza, zebraliśmy się, żeby dać świadectwo odwadze wielkiego narodu” – mówił na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence.

Gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami wyczynia, wydarzyła się, gdy nie rządził PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Obywatelska Polska nie posiada się z oburzenia, poznając nowe szczegóły związane z funkcjonowaniem w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy sędziów zajmujących się ordynarnym szkalowaniem i zniesławianiem za pośrednictwem anonimowej korespondencji sędziów krytykujących politykę Zbigniewa Ziobry, opartą na politycznym sterowaniu sądami i prokuraturą oraz szykanowaniu prokuratorów i sędziów, których działania są nie po myśli władzy.

Kilkuosobowa grupa „Kasta”, jak się okazuje, była jedynie częścią większej grupy „Zespół”, organizującej w resorcie tzw. hejt przeciwko niepokornym sędziom. Stan wiedzy o tym procederze (na 29 sierpnia) podsumowuje w swym artykule na Wyborcza.pl Wojciech Czuchnowski.

Jan Woleński: Kto odpowie za aferę z trollami?

Degrengolada obyczajów

Groteskowe w swej wulgarności wydarzenia w każdym przyzwoitym kraju doprowadziłyby do upadku rządu – a właściwie by nie doprowadziły, bo w ogóle nie byłyby możliwe, podobnie jak niemożliwa byłaby afera KNF czy afera Kaczyńskiego i spółka Srebrna. Ale skoro niemożliwe u nas akurat jest jak najbardziej i możliwe, i rzeczywiste, to czyż nie trzeba się z tym pogodzić? Bo czy np. w PRL byliśmy jacyś tacy „niepogodzeni”?

Jest, jak jest – człowiek się przyzwyczaja. I na tym właśnie polega degrengolada obyczajów i upadek kultury politycznej. Podobne procesy zachodzą zresztą nie tylko w Polsce – pewna w tym pociecha, lecz i wskazówka, że przyczyn trzeba szukać gdzieś głębiej niż w fenomenie PiS i właściwościach jego elektoratu. Czy moglibyśmy przed paroma laty przypuszczać, że w USA czy w Wielkiej Brytanii wydarzy się to, co właśnie się wydarza? No właśnie. Coś niedobrego dzieje się w całym świecie.

Dlaczego Ziobro powinien odejść

PiS śmieje się Polsce w nos

W niedawnych, niesłusznie minionych czasach niemożliwa byłaby taka działalność, jaką prowadzi Zbigniew Ziobro, niemożliwe byłoby, aby ten człowiek, z taką polityczną przeszłością, był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. W ogóle nie miałaby szansy takiej przeszłości (a nie tylko przyszłości) mieć. Zresztą gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami w Polsce wyczynia – na poziomie ustaw i w bieżącym zarządzaniu resortem – wydarzyła się kiedykolwiek wcześniej, gdy nie rządził jeszcze PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Gdy teraz rządzą – moralne złachmanienie swych rządów poczytują sobie niemal za tytuł do dumy. Śmieją się w nos demokratycznej Polsce, bo wiedzą, że ci, którzy już dwa razy wynieśli ich do władzy, a zapewne zrobią to po raz trzeci, w najgorszym razie są na bezprawie obojętni, a w najlepszym – bardzo im się ono podoba.

A demokratyczna opinia? Po każdej aferze coraz bardziej bezsilna i zniechęcona, patrzy tylko na własną narastającą obojętność, domyślając się tego, jak coraz bardziej ekscesy władzy nic nie znaczą dla ogółu społeczeństwa. Schamienie naszego życia zaszło tak daleko, że żadna afera nie może mieć decydującego znaczenia dla losów rządu. Każda afera, każdy skandal jest już tylko „tak zwany”. Mając na co dzień wgląd do kuchni wydarzeń, widząc pospolitość i prostactwo ludzi na stanowiskach, którzy nic sobie nie robiąc z powagi swych urzędów, bez żadnych hamulców popisują się głupotą, stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. Oto w jakim puncie się dziś znaleźliśmy. I żadne wybory tego z dnia na dzień nie zmienią.

Kaczyński z sercem na dłoni. Ratuj się, kto może!

Głupstwo, nie afera?

Bardzo ciekawym przypadkiem bezczelności władzy, lecz jednocześnie jej jakże poprawnej, by nie powiedzieć: wytrawnej samowiedzy, jest odpowiedź, jakiej udzielił na pytanie redaktorki TVN Justyny Dobrosz-Oracz o wpływ afery Piebiaka na sondażowe notowania PiS oraz odpowiedzialność polityczną Ziobry jako ministra sprawiedliwości wicemarszałek Sejmu prof. Ryszard Terlecki. Odpowiedział jej (i innym dziennikarzom) następująco: „Nie powinniśmy tracić. Czemu? Zostało to rozstrzygnięte, przecięte. […] To jest przedmiot zainteresowania, nie wiem, pięciuset osób w Polsce. Co to obchodzi wyborców? […] O czym my rozmawiamy? Rozmawiamy o głupstwie, jakie popełnił jeden z wiceministrów, i został za to zdymisjonowany. No, to poważne głupstwo. Bardzo poważne głupstwo”.

Tak jak zwykle pytany o jakiś kolejny skandal (jak niedawno ten z marszałkiem Kuchcińskim), Terlecki odpowiada z dobrotliwie wyższościowym uśmieszkiem, cynicznie bagatelizując sprawę, za każdym razem niby to będącą czyimś osobistym błędem, którego konsekwencje powinna ponieść konkretna osoba, złapana za rękę.

Rzecz jasna Terlecki wie doskonale, że w danym wypadku proceder „hejtu” uprawiają kumple Ziobry ściągnięci do ministerstwa właśnie po to, by parać się różnego rodzaju „mokrą robotą”. Obrzydliwie protekcjonalne i amoralne wypowiedzi są dowodem osobistego cynizmu i bezczelności marszałka. Przymioty te doskonale konweniują z jego wizerunkiem i historią. Nic specjalnego.

Afera demaskuje nie tylko zepsucie, ale też słabość państwa

Terlecki diagnozuje własny elektorat

Godna uwagi jest wszelako osobliwa mądrość i słuszność słów Terleckiego oraz sam fakt, że ma on czelność je wypowiadać również do własnego elektoratu. Należy wszak przyznać mu rację – sprawą Piebiaka, podobnie jak aferami z Krajową Radą Sądownictwa czy wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym, interesuje się bardzo niewielu wyborców PiS. Owszem, interesuje się nimi bardzo wielu przeciwników tej władzy – tych jednakże Terlecki i całe PiS może ostentacyjnie ignorować.

Politologiczna diagnoza Terleckiego jest słuszna, a ogólna demoralizacja życia publicznego, jak również utrwalony (może nie najgorszy) zwyczaj, by mówić w przestrzeni publicznej to, co się myśli, sięgając do nieformalnych kulis wydarzeń i manifestując makiawelizm, sprawia, że bezczelność, z jaką się tę diagnozę wypowiada, nie niesie z sobą żadnego ryzyka.

Możemy się bezsilnie oburzać, jak to Terlecki pogardza własnym elektoratem, dając do zrozumienia, że upadek moralny środowiska władzy nie obchodzi i nie przeszkadza jej zwolennikom, ale czym bardziej my jesteśmy bezsilni, tym bardziej bezczelny uśmieszek Terleckiego jest na miejscu. Mogę sobie tylko wyobrażać, z jaką satysfakcją będzie czytał ten artykuł lub inny podobny komentarz do jego kolejnego popisu cynizmu i amoralizmu.

Adam Szostkiewicz: Piebiak i hejterka, czyli dramat państwa polskiego

>>>

Sędziowie nie chcą orzekać z bohaterami afery farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jest takie powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wydaje się, że właśnie sprawdza się w przypadku polskich sędziów. Im silniejsza jest opresja ze strony władzy politycznej, tym bardziej otwarcie stawiają opór. I tym silniej utrwala się w środowisku postawa godnościowa i przywiązanie do sędziowskiego etosu.

Dzisiaj podczas rozprawy w X Wydziale Karnym Sądu Okręgowego w Warszawie zdarzyła się rzecz bez precedensu: sędzia Anna Bator-Ciesielska odmówiła orzekania z sędzią i rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem. Rzecz dotyczyła odwołania od wyroku w sprawie karnej. Sędzia Bator-Ciesielska jako przewodnicząca składu orzekającego, w którym oprócz niej i sędziego Radzika zasiadł sędzia Grzegorz Miśkiewicz, odroczyła rozprawę z powodu niemożności ustalenia miejsca pobytu oskarżonego.

Drugim powodem odroczenia są jej wątpliwości co do możliwości wypełniania obowiązków sędziowskich przez Radzika, jednego z bohaterów afery zorganizowanego hejtu, wspieranego dokumentami z akt w resorcie sprawiedliwości i w biurze rzecznika dyscyplinarnego przy ministrze. Niezbędnym przymiotem sędziego jest bowiem nieskazitelność charakteru, bezstronność i niezawisłość.

Sędzia powołała się na:
– art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantujący każdemu prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem
– art. 7 konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 32 (prawo do równego traktowania) i art. 45 (prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem)
– art. 66 ustawy o ustroju sądów powszechnych zawierającego rotę ślubowania sędziowskiego: „Ślubuję (…) stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

Zaznaczyła, że czuje się związana tym przyrzeczeniem, które składała najpierw przed prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, a potem przed prezydentem Lechem Kaczyńskim, „gdy obejmowałam urząd sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie mam zaszczyć – jeszcze – pełnić służbę” – powiedziała.

To nie koniec. Zarządziła przekazanie akt sprawy z jej zarządzeniem przewodniczącej wydziału Moniki Jankowskiej w celu przedstawienia innym sędziom pod rozwagę, czy Przemysław Radzik i Michał Lasota (kolejny bohater afery hejterskiej) powinni dalej orzekać w tym wydziale. W razie gdyby sędziowie uznali, że nie powinni – sędzia Bator-Ciesielska rekomenduje rozważenie zwrócenia się do „ministra sprawiedliwości, szanownego pana Zbigniewa Ziobry” o odwołanie z delegacji sędziów Lasoty i Radzika. Obaj zostali delegowani z sądów rejonowych.

Sędzia Anna Bator-Ciesielska zapowiedziała też, że 2 września poinformuje, czy w związku ze sprawą skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne. Można się domyślać, że chodzi o możliwość odmowy – w obronie prawa podsądnego do bezstronnego sądu – orzekania z sędzią, który sprzeniewierzył się zasadzie bezstronności i niezawisłości.

To, co zrobiła sędzia Bator-Ciesielska, to pierwszy publicznie znany przypadek, gdy sędzia formalnie odmówił sądzenia z człowiekiem, co do którego nieskazitelności ma wątpliwości.

Sędziowie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie także nie chcą orzekać z bohaterem afery hejterskiej: Tomaszem Szmydtem. Najpierw prezes NSA Marek Zirc-Sadowski odwołał go z delegacji do biura neo-KRS, a teraz Wojciech Mazur, prezes WSA, gdzie „dobra zmiana” obsadziła Szmydta, odsunął go od orzekania „do czasu wydania przez sąd dyscyplinarny uchwały w przedmiocie zawieszenia sędziego w czynnościach służbowych, nie dłużej niż do dnia 28 września 2019 r.”.

W uzasadnieniu napisano, że wymaga tego „powaga sądu i istotne interesy służbowe”. W poniedziałek rzecznik dyscyplinarny NSA poinformował, że podjął czynności wyjaśniające w sprawie sędziego Szmydta i sędziego NSA Rafała Stasikowskiego, także wymienianego w kontekście afery hejterskiej.

Do orzekania mają za to wrócić „Herszt” – jak go nazywali członkowie hejterskiej grupy – czyli zdymisjonowany wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz jego najbliższy współpracownik w ministerstwie, sędzia Jakub Iwaniec.

Piebiak prawdopodobnie wróci do swojego macierzystego sądu: Rejonowego dla m.st. Warszawy, natomiast Iwaniec do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Nie od razu, bo musi im zostać wyznaczony przez prezesa – po zaopiniowaniu przez Kolegium Sadu – zakres obowiązków. Pytanie, czy ich także nie spotka front odmowy? Wszystkich sędziów – bohaterów afery – jest dwunastu.

Wreszcie na aferę zareagowała nawet neo-KRS. Najpierw jej prezydium, a potem przewodniczący Leszek Mazur wydali pryncypialne oświadczenia, stwierdzając, że jeśli doniesienia o aferze „potwierdzą się”, to sędziowie, którzy w takim zorganizowanym hejcie brali udział, nie mogą być uważani za osoby mające przymiot nieskazitelnego charakteru, powinni złożyć urząd w KRS i zostać wydalonymi z zawodu.

Wczoraj zaś KRS zawiesiła przesłuchania kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego. Wśród oceniających jest trzech bohaterów hejterskiej afery: sędziowie Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki. W dodatku Drajewicz zgłosił swoją kandydaturę do SN.

Kilka dni wcześniej – co jest zaskoczeniem – prezydium neo-KRS wezwało jego i innego członka neo-KRS, sędziego Rafała Puchalskiego, do wycofania kandydatur: „Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa negatywnie ocenia fakt zgłoszenia się członków KRS: Pana Dariusza Drajewicza i Pana Rafała Puchalskiego – sędziów sądów rejonowych, na stanowiska sędziów Sądu Najwyższego, dokonane z pominięciem dwóch szczebli sądownictwa powszechnego. Prezydium oczekuje, że wskazani sędziowie wycofają zgłoszenia na stanowiska sędziów SN albo niezwłocznie zrzekną się mandatów członków KRS”.

To, że sędziowie z prezydium neo-KRS stali się wrażliwi na kwestie etyki sędziowskiej, jest zaskakujące, zważywszy na dotychczasową działalność neo-KRS i sposób jej powołania. Ale może to być też sygnał, że władza polityczna naprawdę przesadziła. Że ugodziła w jakiś fundament sędziowskiej godności. Albo że sędziowie z neo-KRS czują wiatr politycznej zmiany.

Lada tydzień spodziewany jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE – ma się odnieść do legalności powołania neo-KRS i tego, czy jej działalność może być uznana za działanie na rzecz niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A także w sprawie zgodności z tymi zasadami działalności Izby Dyscyplinarnej SN. Jeden z jej członków, Konrad Wytrykowski, też jest bohaterem afery hejterskiej.

Wszyscy wymieniani w kontekście afery zaprzeczają, że brali w niej udział.

Samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu!

Przed trzema laty, u zarania „dobrej zmiany” w polskich szkołach, opublikowałem w tym miejscu felieton o identycznym tytule. Napisałem w nim, że projekt reformy jest kumulacją bezmyślnej głupoty, której nie wykorzeniła taka sama szkoła, do jakiej chce wrócić Kaczyński, jego wyznawcy i ludzie bezrefleksyjnie wspierający chorą zmianę. Dziś wydaje mi się, że może przesadziłem, że prawdziwą i bardziej prozaiczną przyczyną koszmarnego zamieszania w oświacie jest buńczuczne przekonanie, że wszystko co było przed PiS-em jest złe, bo nie wymyślił tego PiS.

Minister oświaty Dariusz Piontkowski, podobnie jak jego poprzedniczka, zachwyca się dzisiaj stanem oświaty po reformie, ale czyni to inaczej, nie reklamując usług swojego stomatologa. W pocie czoła produkuje oświadczenia, pisma i listy, które dowodzą głównie tego, że premier Morawiecki może nie zasługiwać na laur niedoścignionego mistrza w konkurencji „rzut kłamstwem”. Pan premier miota w tłum bujdy ssane na bieżąco z dużego palucha, czyniąc to na pełnym luzie, z radosnym rozbawieniem i chłopięcą nonszalancją. Natomiast minister Piontkowski przeciwnie, dokleja sobie poważną minę, marszczy czoło i wbija wzrok w rozmówców, podkreślając głębię swoich nieprawd, głoszonych hipnotyzującym tonem współczesnego Kaszpirowskiego.  Kto z nich lepszy – nie wiadomo.

Pan minister często nie dorównuje swemu szefowi ciężarem i rozmiarami głoszonych bredni, ale przerasta go rozmachem i wyobraźnią. – Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych na rok szkolny 2019/2020 przebiegała sprawniej niż dotychczas – napisał Dariusz Piontkowski w odpowiedzi na wystąpienie RPO Adama Bodnara w sprawie tzw. podwójnego rocznika. No pewnie! Poszło jak z płatka, a jeśli jeszcze coś nie gra, jeśli są jakieś pretensje, to proszę się czepiać samorządów. Opanowane przez opozycję nie dość, że sabotują fantastyczną reformę, to jeszcze okazują się pazerne, żądając obiecanego zwrotu wydatków. Co z tego, że rząd miał opłacić koszty nakazanych zmian? Miał, ale nie ma. Nie ma z czego, po prostu. Przecież przed wyborami trzeba dać ludziom jakiś kolejny „plus”, a poza tym już obiecano Polakom, że nowy budżet dopnie się bez zadłużenia…

Zdaniem pana Piontkowskiego samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu! Pisze o tym minister do prezydenta Warszawy wyjaśniając, że „poprzedni system edukacyjny był negatywnie oceniany przez społeczeństwo”. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym argumencie, bo nie wiedzieć czemu nawet przytomni dziennikarze i łebscy politycy opozycji łykają owo fundamentalne łgarstwo jak roztargniony bocian żmiję. Po raz kolejny, zresztą.  To prawda, że społeczeństwo domagało się zmian w sądach i że do reformy upoważniło PiS. Tyle że PiS zamiast skrócić procedury i wprowadzić inne zmiany przez suwerena oczekiwane, dokonał zmian nieoczekiwanych, służących jedynie umocnieniu swojej władzy, pogarszających jeszcze sytuację wyjściową. Również twierdzenie, że sytuacja w oświacie, którą oglądamy obecnie i którą w pełnej krasie zobaczymy niedługo, jest realizacją oczekiwań zbulwersowanych dzisiaj rodziców i znerwicowanych dzieci, przekracza granice zwykłego kłamstwa: jest bezczelnym oszustwem.

Minister Piontkowski dwoi się i troi, by usprawiedliwić demolkę polskiego systemu oświatowego. W tym celu występuje na licznych konferencjach i spotkaniach, gdzie przekonuje, że za poprzedników oświata miała się fatalnie, przy obecnej władzy sytuacja jest znakomita, a będzie jeszcze świetniej, bo „celem wprowadzanych zmian jest stworzenie szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji, szkoły dającej solidne fundamenty wiedzy i wspierającej rodzinę w jej wychowawczej funkcji”. Jego zdaniem wdrażaną u nas reformę oświaty można bez fałszywej skromności nazwać modelową i życzyć należy krajom zachodnim, by swoje lewackie, niesprawne i przestarzałe systemy co prędzej wymieniły na polski nowoczesny model oświaty.  A jaka jest prawda? Jeszcze pięć lat temu prestiżowy ranking Pearsona wykazywał, że Polska ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie. W trakcie drugiej kadencji rządów PO-PSL awansowaliśmy z 14 na 10 miejsce na świecie i piąte w Europie. A potem, po rozpoczęciu deformy PiS,  prestiż polskiej oświaty runął na łeb, na szyję. W roku ubiegłym, w rankingu Worldwide Educating For the Future  (Edukacja dla przyszłości), Polska zajęła dopiero 27 miejsce wśród 50 analizowanych krajów. Wyprzedziła nas nie tylko Rosja, ale również Ghana.

Wiem, że z obecną władzą nie wygra się na statystyki i rankingi, bo tajne badania i sondaże rządzących zawsze będą, lepsze, dokładniejsze, prawdziwsze i mniej lewackie. Jednak różnice między polskim a jakimś zachodnim systemem oświatowym łatwo wykazać na konkretnych przykładach. Tak się złożyło, że dwoje dzieci z mojej rodziny zamieniło na rok podstawówkę w powiatowym mieście Polski centralnej na „równoległą”, usytuowaną w niemieckim mieście średniej wielkości. Rok szkolny rozpoczął się tam w połowie sierpnia – o dziwo – bez apelu, bez podniosłych przemówień, bez powitań przedstawicieli władz i parafii. Na „dzień dobry” dzieci otrzymały „dzienniczek” z rzeczową wiadomością na pierwszej stronie, że w szkole nie ma miejsca na obelgi, przemoc, seksistowskie komentarze i rasizm – i zakaz ten rzeczywiście jest bezzwłocznie i bezwarunkowo egzekwowany.

W polskiej szkole na początku roku cytowano dzieciom górnolotne i średnio zrozumiałe fragmenty statutu o „podtrzymaniu poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej poprzez: a) organizowanie i udział w uroczystościach z okazji świąt państwowych i kościelnych; b) eksponowanie i szanowanie symboli narodowych w pomieszczeniach szkolnych; c) organizowanie lekcji religii…”. A w obecnej szkole, zamiast troski o „tożsamość narodową i religijną” dzieci otrzymały zapewnienie, że szkoła dba o życzliwą atmosferę” oraz pragnie wspierać uczniów „w nauce życia społecznego opartego na szacunku i wzajemnej odpowiedzialności”. Rodzice natomiast dostali list, w którym tamtejszy minister oświaty (nawiasem mówiąc profesor doktor habilitowany) przypomniał, ze głównym zadaniem szkoły, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jest wychowanie dzieci i młodzieży „w duchu demokracji i poszanowania konstytucji”.

W nowej szkole klasy są kilkunasto-, najwyżej 20-osobowe. Nie ma tam świetlicy, ale po lekcjach dzieci są pod opieką wychowawców odpowiedzialnych za zajęcia popołudniowe i mogą samodzielnie korzystać ze wszystkich zawsze otwartych pomieszczeń szkoły lub bawić się zewnątrz, na ogrodzonym terenie. Mogą też wybrać sobie nawet po kilka spośród kilkunastu bezpłatnych zajęć, realizowanych po lekcjach na terenie szkoły. W ofercie zajęć dodatkowych znaleźć można np. ratownictwo i pierwszą pomoc, ochotniczą straż pożarna oraz szkolenie w zakresie „negocjacji i rozwiązywania konfliktów”. Absolwenci tego kursu otrzymują odznakę i mediują między skłóconymi uczniami, którzy sami zwracają się do nich o rozstrzygnięcie sporu. Ba, wsparcia u młodych negocjatorów szukają również nauczyciele!

W szkole polskiej na zajęciach wychowania fizycznego chłopcy i dziewczynki ćwiczyły osobno, przy czym dziewczynki nie biegały, żeby się nie spocić, i nie trenowały zbyt intensywnie, bo – jak mówiła nauczycielka – od tego mięśnie rosną, a umięśniona dziewczynka nie wygląda dobrze. W szkole obecnej dzieci ćwiczą wspólnie i razem grają w koedukacyjnych drużynach. W polskiej szkole do sprzątania klasy angażowane były tylko dziewczynki, a zdarzyło się, że nauczycielka kazała im zrobić porządki w piórnikach chłopców z uzasadnieniem, że przecież będą niedługo żonami i matkami… W obecnej szkole sprzątają po sobie wszyscy, a na obowiązkowych lekcjach gotowania i nauki szycia z równym zapałem pracują zarówno chłopcy, jak i dziewczynki . W szkole polskiej odbywały się regularne uroczystości religijne z obowiązkowym udziałem wszystkich uczniów, opiekunem samorządu była katechetka, rekolekcje traktowane były jak planowe zajęcia szkolne (nauczyciele prowadzili dzieci do kościoła i pilnowali, by odbyły tam wielkopostną spowiedź), a w miejsce Halloween ogłoszono szkolny „dzień aniołka” podczas którego dzieci przebierały się za świętych, w tym za o. Kolbego w pasiaku. W obecnej szkole podczas obowiązkowych lekcji religii (lub etyki) nie uczy się pobożności, lecz przekazuje wiedzę religioznawczą z wyraźnym przesłaniem, by wdrażać i umacniać szacunek dla ludzi innych wyznań lub osób bezwyznaniowych.

A na koniec jeszcze jedna różnica między świetnym, zreformowanym i na wskroś nowoczesnym systemem szkolnictwa polskiego, a zdegenerowanym i skażonym polityką gender modelem zachodnim.  Moje przykładowe (chociaż najprawdziwsze) dzieci nie otrzymują w obecnej szkole zadań domowych, nie wkuwają wieczorami tego, czego nie zdążyli ich nauczyć w czasie lekcji. Z niezrozumiałych powodów udaje się tam zrealizować program nauczania wyłącznie w szkole. Jeden Pan Bóg wie dlaczego we wspomnianym już rankingu „Edukacja dla przyszłości” Niemcy zajmują 7 miejsce ze stratą ledwie 6 pkt. do zwycięzcy (Finlandia), a Polska uplasowała się 20 miejsc niżej, poniżej średniej światowej, ze stratą aż 29 punktów.

Reklamy

Kościół i PiS pierdzą ustami. Z życia pasqud 29

24 Lip

Setki osób – mimo padającego deszczu – pojawiło się we wtorkowy wieczór na Długim Targu w Gdańsku, aby zaprotestować przeciw temu, co wydarzyło się podczas Marszu Równości w Białymstoku. Kibole i chuligani zaatakowali tam uczestników tego przemarszu. – „Ci ludzie, którzy bili, którzy nienawidzili też są ważni. Dlaczego? Bo oni bardzo się boją, bo nienawiść i agresja bierze się ze strachu” – mówił do zgromadzonych w Gdański Paweł Lęcki, nauczyciel z Sopotu, który wymyślił hasło „Strefa wolna od stref” w odpowiedzi na naklejki prawicowego tygodnika „Strefa wolna od LGBT”.

Demonstracja w Gdańsku odbywała się pod hasłem „Strefa wolna od stref – pokażmy, że miłość wygrywa”. – „Solidarność z osobami dyskryminowanymi to nasz obowiązek. Bierność prowadzi do strasznych rzeczy” – mówili organizatorzy protestu z Młodej Zarazy, która powstała z połączenia grup: Młodzi ponad Podziałami, Strajk Uczniowski oraz Trójmiejski Strajk Klimatyczny.

„Nas, młodych ludzi, oburza, że w kraju, gdzie Konstytucja zapewnia wszystkim równość, człowiek jest dla człowieka wilkiem. Jedni nienawidzą drugich za coś, na co żaden człowiek nie ma wpływu, osoby LGBT nie decydują o swojej orientacji seksualnej, tylko takie się rodzą” – powiedział „GW” Mikołaj Gwizdowski z Młodej Zarazy, uczeń trzeciej klasy II LO w Sopocie.

Kolejne demonstracje planowane są także w innych miastach. W Poznaniu i Łodzi odbędą się one w najbliższy czwartek. W piątek protest przeciw przemocy organizuje Tęczowe Opole, a w Szczecinie tego dnia zaplanowana jest „Strefa wolna od nienawiści”. W sobotę manifestacje odbędą się m.in. w Warszawie i Toruniu.

„Wpadł mi w ręce przekaz dnia dla posłów PiS, a w nim zabawny fragment o naklejce „GP”: „TO NIE JEST NASZA AKCJA, PROSZĘ PYTAĆ JEJ ORGANIZATORA O CO MU CHODZI I CZEMU WYBRAŁ TAKĄ FORMĘ. Mamy tu do czynienia z jednym z tytułów prasowych, który rozdaje takie dodatki jakie chce” – napisał na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki”. Chodzi o kolportowane przez tygodnik Tomasza Sakiewicza naklejki „Strefa wolna od LGBT”.

A zastosowanie tegoż przekazu w praktyce mogliśmy zaobserwować już wczoraj. – „Jako rządzący nie będziemy narzucać wolnej prasie i wolnym mediom, co ma pisać i jakie ma naklejki dołączać” – mówił jeden z najwierniejszych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego wicepremier Jacek Sasin w TVN24.

W tym wolnym medium, czyli „Gazecie Polskiej,” w radzie nadzorczej spółki Forum, która wydaje pismo, zasiadają europoseł PiS Ryszard Czarnecki, kierowca Jarosława Kaczyńskiego oraz dwie sekretarki z biura partii. Prezesem spółki jest krewny prezesa PiS.

„O tym, że 40% jej przychodu [„Gazety Polskiej] to sponsoring ze strony spółek skarbu państwa – cicho, sza!”; – „Powinni tam jeszcze dopisać: wszelkie związki „GP” z naszą partią są czysto przypadkowe”; – „Jak ONI to spamiętają biedaczyska? Chyba ściągę muszą dawać niektórym egzemplarzom”; – „Dla posła Czarneckiego był jakiś indywidualny, czy liczą na jego kreatywność?” – komentowali internauci.

Minister edukacji narodowej nieudolnie próbuje tłumaczyć swoją kuriozalną wypowiedź po Marszu Równości w Białymstoku. Teraz Dariusz Piontkowski twierdzi, że została ona „źle odczytana”. – „Ja tylko mówiłem, że tego typu manifestacje budzą ogromne emocje. One czasami doprowadzają także do zachowań agresywnych i w Białymstoku mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. W związku z tym, mówiłem, że warto przygotować się na skutki organizowania takich manifestacji – jednym z nich jest m.in. ogromna skala emocji” – powiedział.

Na tym nie poprzestał. Stwierdził także, że „być może był nieprecyzyjny w swojej wypowiedzi”. – „Chciałem wskazać na to, że takie manifestacje, organizowane przez te środowiska budzą duże emocje. Pojawia się kwestia bezpieczeństwa przy okazji tych marszów i niestety, tak jak i w innych miastach, tak w Białymstoku widać, że te emocje znalazły swoje ujście na zewnątrz” – powiedział Piontkowski.

Brakuje jeszcze – często stosowanego przez wielu polityków PiS – „argumentu”, że wypowiedź została wyrwana z kontekstu.

Przypomnijmy więc, co dwa dni temu mówił Piontkowski: – „Tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór nie tylko na Podlasiu, także w innych częściach Polski. W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane”. Dodajmy, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar domaga się od premiera Morawieckiego wyjaśnień, czy ten komentarz ministra edukacji narodowej wyraża stanowisko rządu w sprawie ochrony wolności zgromadzeń, gwarantowanej w Konstytucji.

Polska rządzona autorytarnie, PiS zmierza do totalitaryzmu. Z życia pasqud 28

23 Lip

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że nadchodzące wybory parlamentarne są dla jego obozu grą o wszystko. Choć po klęsce w eurowyborach po stronie opozycji morale uległo znacznemu obniżeniu, a Koalicja Europejska się rozpadła, to jednak prezes PiS nie traci czujności i zamierza zadać w październiku oponentom ostateczny cios. Służyć temu, poza “piątką Kaczyńskiego” i potęgą prorządowych mediów, ma także wielka metamorfoza wizerunkowa samej partii rządzącej.

Prezes PiS uświadomił sobie bowiem, że strategia rządu w postaci cementowania poparcia przez wieczny konflikt w dotychczasowej formule się wyczerpała. Wybieranie małych grup i uczynienie z nich wrogów, czy też przypisywanie oponentem najgorszych cech skonsolidowało wokół władzy miliony, jednak równocześnie obraźliwe, hejterskie wypowiedzi wielu polityków partii rządzącej nieustannie zniechęcały do rządu znaczną część wyborców politycznego centrum. Niezadowolenia grupy tej nie widzieliśmy przy urnach tylko dlatego, że w warunkach równoczesnego rozczarowania opozycją znaczna jej część została w domach, z czego wynika właśnie 7% luki między PiS a Koalicją Europejską.

Jednak PiS nie zamierza spocząć na laurach i dąży do sięgnięcia po niezdecydowanych wyborców o poglądach centroprawicowych i wciąż silny w tej części politycznego spektrum elektorat Platformy Obywatelskiej. Drzwiami do krainy nowych politycznych możliwości ma być, podobnie jak w 2015 roku, ukrycie politycznych demonów PiS. Tym ostatnim przy poprzednich wyborach był sam Jarosław Kaczyński, którego przykryła Beata Szydło i Andrzej Duda. Dziś zaś manewr ten ma polegać na usunięciu z frontu najbardziej kontrowersyjnych polityków obozu władzy i jasny przekaz, że koniec z wypowiedziami szkodzącymi partii rządzącej. O tym ostatnim przecieki do mediów docierały w ostatnich tygodniach, czemu towarzyszyła nagła zmiana nastawienia znacznej części polityków PiS do mediów, które uważają za sobie nieprzychylne. W kuluarach huczało bowiem od informacji, że prezes zagroził, że dla tych, którzy kontrowersyjnymi wypowiedziami niszczą wizerunek PiS, nie będzie miejsca na listach wyborczych.

Nie minęło dużo czasu i dowiedzieliśmy się właśnie, że Krystyna Pawłowicz, jedna z czołowych figur języka nienawiści w polskim życiu publicznym, kończy polityczną karierę.W wywiadzie dla “Sieci” wyznała bowiem. że “Jestem trochę zmęczona i uznałam, że to dobry czas, by z czynnej polityki odejść”. Choć posłanka zarzeka się, że to jest jej wewnętrzna decyzja, to jednak ciężko w to uwierzyć. Pawłowicz bowiem jako jedna z niewielu nie przytemperowała swojego języka mimo partyjnego nakazu, a nawet w sytuacji pytań o swoje odejście krzyczała do dziennikarza TVN24 “Na kolana, przepraszaj, zdrajco jeden. Wszyscy na kolana!”. Polityczna logika nie pozostawia tutaj złudzeń, że brak miejsca dla Pawłowicz na listach wyborczych jest odpowiednikiem rekonstrukcji rządu sprzed ponad roku, kiedy to pozbyto się najbardziej obciążających wizerunkowo figur. Jarosław Kaczyński uwalnia w ten sposób partię od poważnego balastu, który już dawno przeważał polityczne korzyści.

Otwartym pozostaje teraz pytanie, czy Polacy uwierzą w taktykę schowanych zębów polityków PiS. Jeśli tak się stanie, to przy braku mobilizacji i samoorganizacji opozycji rządzący będą mogli zacząć marzyć nawet o większości konstytucyjnej. Jesień to będzie zatem dla nas wszystkich wielki wybór, który zaważy na długoterminowej przyszłości naszego kraju.

Człowiek, który nie rozumie idei wychowania, stawia swoje własne poglądy ponad prawidłową edukację młodych ludzi, nie ma żadnych uprawnień, by kierować takim właśnie resortem.

To, co wydarzyło się w sobotę, na Marszu Równości w Białymstoku, przeraziło mnie i zaszokowało. Niby nie powinnam być zdziwiona, bo przecież wiadomo, że polscy narodowcy są coraz bardziej roszczeniowi, chcą zawłaszczyć coraz większy obszar przestrzeni publicznej, czują się coraz bardziej bezkarni w swoich działaniach, co ich bardziej nakręca i zwiększa ich aktywność. To już ostatni dzwonek, by wreszcie wziąć ich w karby, wyznaczyć granice, których nie wolno przekraczać. I to zadanie dla rządu. Tego rządu, który dopuścił do takiej sytuacji, nie dostrzegając problemu, ignorując go, a jednocześnie aprobując tego typu zachowania. Tego rządu, który nie tylko usprawiedliwia narastającą agresję i nienawiść, starając się zrzucić winę na innych, ale ma też w swoich szeregach ministra, odpowiedzialnego za wychowanie młodzieży, a nie ukrywającego, jak bardzo własne poglądy są dla niego ważniejsze od ogólnie przyjętego systemu wartości i praw obywatelskich, zapisanych w polskiej Konstytucji. Stąd mój list do premiera Mateusza Morawieckiego z prośbą o podjęcie zdecydowanych działań i dymisję ministra Dariusza Piontkowskiego.

Poznań, 22 lipca 2019

Mateusz Morawiecki

premier Rzeczpospolitej Polskiej

Zwracam się do Pana z prośbą o natychmiastowe podjęcie działań, które powinny na przyszłość nie dopuścić do takiej sytuacji, jaka miała miejsce w sobotę w Białymstoku oraz zdymisjonowanie pana Piontkowskiego ze stanowiska ministra MEN, którego postawa i wypowiedzi stoją w całkowitej sprzeczności ze wszystkim, co powinien reprezentować sobą człowiek odpowiedzialny za edukację dzieci i młodzieży.

To, co wydarzyło się na Marszu Równości w Białymstoku nie powinno mieć miejsca w państwie, w którym Konstytucja gwarantuje każdemu respektowanie jego praw jako człowieka i obywatela. Horda rozwścieczonych narodowców zaatakowała uczestników marszu, w tym osoby niepełnoletnie. Plucie, obrzucanie jajkami, zaciśnięte pięści, kamienie i race, wyzwiska, kopanie i bicie… to zachowanie, które jest pokłosiem polityki ustępstw i wręcz aprobaty środowisk, bazujących na ideologii neofaszystowskiej, przez obecną władzę polityczną i niestety – kościelną.

Tłumaczenie, że to prowokacja ze strony środowiska LGBT, że gdyby tego typu marsze były zakazane, nie byłoby problemów, szukanie usprawiedliwień dla bandy agresorów, udawanie, że nic złego się nie stało, stoi w całkowitej sprzeczności z zasadami państwa prawa i stawia pod wielkim znakiem zapytania rację bytu takiego rządu, który nie chce lub nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa wszystkim swoim obywatelom.

Teraz, gdy trwa już kampania wyborcza do Sejmu, wielokrotnie i Pan, i prezes Pana partii Jarosław Kaczyński, wspominacie o zgodzie narodowej, o drodze PiS-u do pokoju, o budowie państwa przyjaznego dla wszystkich jego obywateli, a w tym samym czasie Pana minister Dariusz Piontkowski komentując to, co wydarzyło się w Białymstoku mówi w TVN24, że „tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór (…) na Podlasiu, ale także w innych częściach Polski (…) W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane. To powoduje zamieszki, może powodować zagrożenie zdrowia wielu przygodnych obywateli i trzeba się poważnie zastanowić, w jaki sposób rozwiązać ten problem ”.

Minister edukacji pokazał tą wypowiedzią, jak bardzo obcy jest mu ten system wartości, który powinien być podstawą wychowania kolejnego pokolenia Polaków. Tolerancja, poszanowanie praw człowieka, prawo każdego do czucia się pełnoprawnym obywatelem Polski, niezależnie od wiary, rasy poglądów czy orientacji seksualnej są dla pana ministra stekiem pustych, nic nieznaczących słów. Pan minister nie raczył nawet dostrzec, że w grupie atakującej uczestników marszu były też dzieci, nawet bardzo małe, w wózkach, co wyraźnie pokazuje nie tylko pewne przyzwolenie na indoktrynację maluchów, uczenie ich nienawiści i agresji, ale także zgodę, by narażać ich na niebezpieczeństwo przez nieodpowiedzialnych rodziców, zabierających swoje pociechy na zadymę.

Człowiek, który nie rozumie idei wychowania, stawia swoje własne poglądy ponad prawidłową edukację młodych ludzi, nie ma żadnych uprawnień, by kierować takim właśnie resortem. Jest całkowitym zaprzeczeniem obiektywizmu nauczania, jego bezstronności i utrzymania szkół bez podziału na lepszych czy gorszych. Szkół wolnych od indoktrynacji, przyjaznych dla każdego ucznia.

Chciałabym wierzyć, że moje słowa trafią do Pana, że weźmie Pan je pod uwagę, że stanie Pan na wysokości działania i pokaże, iż rzeczywiście wspólnota i zgoda narodowa są dla Pana priorytetem. Chciałabym uwierzyć, że zadba Pan o to, by wreszcie przestały nas straszyć na ulicach miast i miasteczek demony znane  z historii, te o brunatnym zabarwieniu, a ministrem edukacji narodowej zostanie człowiek, co do którego moralności i systemu wartości, nikt nie będzie miał zastrzeżeń. Człowiek, któremu z pełnym zaufaniem obywatele powierzą los swoich dzieci.

Oczekuję na Pana decyzję.

Zwykła, niewiele znacząca, ale jednak wciąż obywatelka tego kraju

Tamara Olszewska

Jeszcze nie tak dawno, mało kto uwierzyłby w to, że scenariusz metamorfozy naszego państwa w (miękki, póki co) totalitaryzm będzie kiedykolwiek realny. Mało tego, chyba nikt nawet nie miał powodu do takich rozważań i mówię to z pełną odpowiedzialnością jako politolog. Jeśli na wykładach dla studentów w Warszawie i Łodzi wspominałem o patologiach władzy, to raczej odwoływałem się do totalitaryzmów z lat 30. XX wieku, zacofanych państw afrykańskich bądź dyktatur w krajach rozwijających się Ameryki Łacińskiej! Polska na ich tle jawiła się jako „kraj mlekiem i miodem płynący”. Nie było idealnie, ale przecież obrany kierunek rozwoju dawał nadzieję na to, że może być tylko lepiej.

Już na początku lat 90. ubiegłego wieku Polska wstąpiła na drogę integracji z elitarną rodziną europejskich państw demokratycznych, której efektem miały być członkostwo w NATO (1999) i Unii Europejskiej (2004)! Kolejne ekipy rządowe (według mnie do roku 2005) robiły wszystko to, co było niezbędne, abyśmy się stali godni tego przywileju. Lata 2005 – 2007 to pierwszy okres, w którym proces integracji zaczął być poddawany, przez pierwszy rząd PiS, w wątpliwość. Wydawało się wszakże, iż to może być „gra”, której celem mogłoby być uzyskanie jeszcze lepszych warunków członkostwa choć te, które mieliśmy, wydawały się bardzo korzystne. Patrząc z perspektywy tego, co od czterech niemal lat dzieje się z Polską wiemy, że już w tamtym okresie Polakom powinno zapalić się w głowie „czerwone światło”!

Nieudolna prezydentura Lecha Kaczyńskiego (najgorsza z dotychczasowych) i spięcia z „byle powodu” z ekipą rządową Donalda Tuska, psucie dobrego imienia i ośmieszanie Polski w UE i nie tylko, powinny dać do myślenia wszystkim siłom politycznym! Model władzy oparty na kohabitacji nie mógł się sprawdzić, gdy jedną ze stron była partia, na czele której stoi Jarosław Kaczyński. Gdyby PiS kierował ktoś inny, to może jej działania mogłyby być dla naszego kraju korzystne. Niestety, mamy do czynienia z człowiekiem przesączonym nienawiścią, nieposiadającym szacunku dla innych, ani też empatii, która zwykle charakteryzuje ludzi przystosowanych do życia w społeczeństwie. Mamy kogoś, kto wyznaje „aż” dwie wartości”: władzę i pieniądze, a wszystko to podporządkowane partykularnym interesom nawet nie partii, a jedynie Kaczyńskiego i wąskiej grupy ludzi mu wiernych, i gotowych na wszystko.

Postać samego Jarosława Kaczyńskiego tj. człowieka zupełnie (oczywiście według mnie) nienadającego się do pełnienia żadnej ważnej funkcji państwowej to już temat zupełnie odrębny, który powinni zgłębić specjaliści zajmujący się psychologią i/lub dyscyplinami pokrewnymi. Moja opinia sprowadzić się tu jedynie może do refleksji, że jest to osoba aspołeczna, której nie powierzyłbym absolutnie żadnego stanowiska, wiążącego się z jakąkolwiek, najmniejszą nawet odpowiedzialnością w tym zwłaszcza za innych. Osoba, która jest jednak w pełni świadoma czynionego narodowi i Ojczyźnie zła!

A jest tutaj o czym mówić, bo skala krzywd wyrządzonych przez prezesa Kaczyńskiego i oddanych mu, w dziele niszczenia państwa polskiego, współpracowników (Zbigniewa Ziobrę, Andrzeja Dudę, Marka Kuchcińskiego itp. ludzi) jest porażająca!
• Polska straciła swoją pozycję w Europie i świecie; jest marginalizowana!
• Osłabieniu uległy więzy wiążące nas z sojusznikami z NATO!
• Osłabiona złą polityką kadrową i logistyczną armia została niemal rozbrojona!
• To, co wyżej wiąże się ze spadkiem zdolności obronnych i sojuszniczych RP!
• Politycy obozu rządzącego są alienowani w instytucjach międzynarodowych!
• Na szwank narażane są każdego dnia najważniejsze interesy Polski, a to zdrada!
• Destrukcja demokratycznego państwa prawa jakim była RP prowadzi państwo na skraj przepaści, co może skończyć się tragedią taką, jak utrata suwerenności!
• Gospodarka narodowa jest niszczona przez wyprowadzanie ze spółek SP środków na odprawy, zmieniających się często prezesów bez przygotowania do pełnienia tak odpowiedzialnych funkcji!
• Naiwnością jest jednak wiara w to, że pieniądze te trafiają w całości do tych ludzi. Osobiście uważam, że są one przeznaczone na specjalny i tajny fundusz partii, taki którym dysponuje jedynie „wódz”, co samo w sobie poraża, gdy się weźmie pod uwagę fatalne cechy charakterologiczne Kaczyńskiego!
• Afera goni aferę. W jedną z największych zamieszany jest sam prezes, co próbuje się, jeśli nie ukryć, to póki co bagatelizować. I tu ogromna nadzieja na działania wymiaru sprawiedliwości Austrii! Polski nie zrobi nic, gdyż nie ma tu woli organów ścigania! W końcu prokuraturą steruje osobiście Ziobro!
• Polska zmierza wprost do systemu totalitarnego, który dzięki międzynarodowym instytucjom takim jak UE, Rada Europy czy OBWE nie został jeszcze wprowadzony!
• W państwie nie funkcjonuje poprawnie (niezawiśle i niezależnie) żadna instytucja, której zasada działania polega na respektowaniu trójpodziału władzy, a tym, co się liczy, jest decyzja (działającego bezprawnie, bo poza systemem politycznym) wodza PiS, Jarosława Kaczyńskiego.
• Łamane są prawa człowieka: prześladuje się przyzwoitych sędziów, prokuratorów i wszystkich osób, które nie zgadzają się na łamanie przez rządzących prawa! Stąd według mnie obecna władza straciła mandat do rządzenia krajem!
• Jako uzupełnienie dodam w tym kontekście i to, że według mnie PiS i SP powinny zostać zdelegalizowane, a ich przywódcy postawieni przed TS i/lub sądem!
• Niestety, na nieszczęście dla Polski nie funkcjonuje tu w sposób pożądany opozycja parlamentarna, a wszelkie próby podejmowane przez organizacje, ruchy społeczne i działania ad hoc ze strony społeczeństwa nie mogą się przebić ze swoim głosem! Decydujący jest brak środków i wsparcia ze strony partii traktujących innych jako konkurencję (sic!).
• Wydaje się, że nad Polską zbierają się „czarne chmury” przyszłego totalitaryzmu, który w sposób płynny zastępuje bez przeszkód demokrację! Polska staje się z dnia na dzień hybrydą „Republiki Weimarskiej Bis” i „ZSRR Bis”, co po prostu przeraża!
• Tym bardziej przeraża, że „słabe są widoki” na zmianę tej sytuacji w wyborach na jesieni b.r. do polskiego parlamentu!

Nie jestem pewien tego, czy ktoś naprawdę chce w wyborach pokonać PiS, no może poza obywatelami, którzy dotąd przewodzili wszelkim ruchom. Docierają do mnie bowiem opinie różnych osób związanych z niektórymi siłami politycznymi, że: „może warto poczekać do chwili, kiedy kraj będzie w ruinie i dopiero wtedy przejąć gruzy państwa”! Oby to nie były głosy oddające prawdziwe nastroje w kręgach przywódców opozycji, bo oznaczałyby ni mniej, ni więcej tylko zdradę Ojczyzny!

 

Więcej >>>