Tag Archives: Dariusz Ćwiklak

W PiS robią wszystko, by się utrzymać u władzy, nawet kosztem łamania prawa

8 Sier

Kmicic z chesterfieldem

Rusyfikacja mentalna czyli antyeuropejskość i rzekomy rygoryzm religijny to niebezpieczne połączenie państwa i religii. Car Piotr I nakazał popom przekazywać władzy dowody nieprawomyślności wyznane na spowiedzi. Ordo Iuris jest tylko o krok z tyłu.

– Jarosław Kaczyński uznał, że Joego Bidena przeczeka. To poważny błąd – mówi Ryszard Schnepf, były ambasador Polski w USA komentując sytuację wokół “lex TVN”.

Wywiad  z Ryszardem Schnepfem, byłym ambasadorem Polski w USA >>>

Pierwsza prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Manowska wydała w czwartek dwa zarządzenia, które są odpowiedzią na niedawne orzeczenia unijnego Trybunału Sprawiedliwości.

Więcej o krętactwie pisowskiej I prezes SN Małgorzacie Manowskiej, która udaje, że stosuje się do orzeczenia TSUE ws. Izby Dyscyplinarnej SN >>>

Pod groźbą kar finansowych Prawo i Sprawiedliwość chce się cofnąć. Ale tak, żeby wyborca się nie zorientował. W szeregach KRS niepokój. Część sędziów zaczęła się bać o swoją dalszą karierę.

Więcej o porażce reformy sądownictwa Ziobry >>>

Platforma Obywatelska…

View original post 135 słów więcej

 

Polexit zapowiadają politycy PiS

2 Lu

Politycy PiS nie ukrywają, że podoba im się Brexit. Do Polexitu nie namawiają, nie przyznają się, że jest ich priorytetem, bo 90 proc. Polaków popiera Unię.

Czy to się zmieni? Gadzinówka TVP nad tym pracuje.

Zbigniew Ziobro powołał swoich rzeczników dyscyplinarnych w prokuraturze bezprawnie. Kto go powstrzyma od demolowania systemu sprawiedliwości w kraju?

Z kolei Andrzej Duda nic sobie nie robi z list poparcia dla KRS, dla niego one mogą nie być. Ten złamas Konstytucji powie każdą brednię, aby przypodobać się prezesowi, bo wisi u niego na klamce, wszak może nie byc kandydatem PiS na prezydenta.

Czy opozycja nauczy się czegoś w Brexitu? Nazbyt słabo podkreślana jest możliwość, że PiS dąży do wyeliminowania Polski z UE.

Poseł Lewicy nie wytrzymał w gadzinówce i wyszedł.

Czysta kurwizja.

Wymeldować się z TVP. Już ani grosza nie dawać na abonament dla tego ścieku. Ani grosza!

A do tego PiS grozi przejęcie innych mediów, innych telewizji, będą nakładać kaganiec cenzury.

Rzecznicy dyscyplinarni dla prokuratorów zostali powołani niezgodnie z przepisami ustawy, którą uchwalił PiS. Legalnie działa tylko jeden rzecznik z Krakowa, którego powołano na pełną kadencję. Niemal wszystkie dyscyplinarki dla niezależnych prokuratorów mogą być do podważenia.

Więcej o bezprawiu Ziobry tutaj >>>

O północy 31 stycznia 2020 Zjednoczone Królestwo po 47 latach opuściło Unię Europejską. Brexit to wielki sukces populistycznych eurosceptyków – w konflikcie z Brukselą dostrzegli polityczne paliwo, które pozwoli im zdominować scenę polityczną. Co trzeba zrozumieć, by Polska nie podzieliła losu Brytyjczyków?

O możliwym Polexicie tutaj >>>

W ciągu paru ostatnich tygodni obserwujemy – jedni z oburzeniem, inni z rozbawieniem – próbę ustawienia się przez prezydenta, po bardzo słabej kadencji, w roli politycznego twardziela. Zaskakujący jest radykalizm jego ataku na sędziów, opozycję i Unię Europejską. Po raz pierwszy od czasu walki o prezydenturę z Bronisławem Komorowskim Andrzej Duda używa z taką wyrazistością języka i motywów radykalnego wojującego nacjonalizmu. Dziś w wersji twardszej i bardziej faszyzującej, niż wówczas (i niż kiedykolwiek w czasie całej swojej pięcioletniej kadencji) – pisze Cezary Michalski.

Esej Cezarego Michalskiego tutaj >>>

„Nasza sytuacja ekonomiczno-zawodowa, stres i tempo życia rzutują na wszystkie obszary naszego życia, łącznie z życiem seksualnym” – mówi Joanna Jędrusik, autorka „50 twarzy Tindera”.

Wywiad z Joanną Jędrusik tutaj >>>

Notowania PiS-u spadają, ale najwyraźniej nie szkodzi to Andrzejowi Dudzie. Czyżby przekonał sporą część Polaków, że jest samodzielnym politykiem, a nie bezwolną kukiełką?

Gwałtowny zjazd PiS w ostatnim sondażu Kantara (spadek notowań o 6 proc.) pokazuje, że awantura o sądy rozpętana przez obóz władzy spotyka się z negatywną oceną obywateli. Potwierdza to sondaż tej samej pracowni, która zapytała też, jak respondenci oceniają działania PiS w wymiarze sprawiedliwości. 50 proc. odpowiedziało: „Źle”, a tylko 37 proc.: „Dobrze”.

(…)

Adrian Duda, jak każda marionetka, wykazuje wielką elastyczność, umiejąc z dnia na dzień zmienić linię o 180 stopni. Posłusznie wykonuje wzajemnie sprzeczne ruchy i gesty, którymi zza sceny steruje ręka Ojca Chrzestnego. Wczoraj groził, dziś się przymila, jutro znów będzie groził… I tak w kółko.

Pytanie brzmi: kiedy publiczność na widowni wreszcie dostrzeże, że jest robiona w balona przez tandetną kukiełkę?

Morawiecki przygotowuje #Polexit: „Dalsze ograniczenia budżetu, wycofywanie się #UE z tradycyjnych obszarów jej działania, będzie oznaczało zwijanie się całego projektu.” Budżet po #Brexit będzie mniejszy. Ponadto PiS nie dostanie z EU kasy w związku z zamachem na państwo prawa.

Kaczyński płaci z naszych pieniędzy za miłość wyborców

31 Mar

Tutaj >>>

Wierzę, że moja 26-letnia praca w pomocy humanitarnej i rozwojowej dała mi doświadczenie, które mogę przenieść na forum PE. Chcę w ten sposób przypomnieć o idei solidarności” – tak uzasadnia swój strat w wyborach do Parlamentu Europejskiego Janina Ochojska. Jest ona liderką Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku. Jej kontrkandydatką z listy PiS będzie obecna minister edukacji Anna Zalewska.

Najnowszy spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej porównuje dokonania obu pań, stawiając pytanie: „Czy widzisz różnicę między kandydatkami? Przed nami wielki wybór”.

W spocie lektor przypomina całą działalność charytatywną Ochojskiej, m.in. budowę studni w Sudanie, akcję dożywiania dzieci – Pajacyk. O Annie Zalewskiej usłyszymy, że „w zaledwie trzy lata zniszczyła system edukacji, a jeden z jej najbliższych współpracowników został oskarżony o wyprowadzenie pieniędzy z PCK.”

Dodać należy, że Grzegorz Schetyna podczas sobotniej konwencji we stolicy Dolnego Śląska zapowiedział złożenie przez PO wniosku o wotum nieufności wobec minister Zalewskiej za „niszczenie polskiej szkoły.” Przy okazji lider PO wytknął partii rządzącej, że wstydzi się własnej kandydatki, nie pozwalając jej wystąpić podczas konwencji PiS.

Niedługo łatwiej będzie napisać o grupach, które nie są w fazie przygotowywania lub zapowiadania akcji protestacyjnych, ponieważ liczba tych gotujących się do wyrażenia dezaprobaty wobec rządu rośnie lawinowo. Niebagatelną rolę we wzniecaniu ludowych powstań odgrywa wielki plan nazywany “piątką Kaczyńskiego”. To zapowiedź kolejnego transferu finansowego – który opiewa w przyszłym roku na kwotę 40 mld zł – przelała czarę goryczy wśród niepełnosprawnych oraz lekarzy, nie wspominając o nauczycielach. Szastanie pieniędzmi oraz narracja wielkiego sukcesu ekonomicznego, jaki miała odnieść Zjednoczona Prawica, powoli zaczyna działać na niekorzyść rządzących.

24 organizacje zrzeszające osoby niepełnosprawne i ich opiekunów zapowiedziały przyjazd do Warszawy na protest, który ma się odbyć trzy dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i ma na niego przybyć około dwóch tysięcy manifestantów. Środowiska osób niepełnosprawnych poczuły się wykluczone po ogłoszeniu partyjnego biuletynu wyborczego ociekającego monstrualnymi pieniędzmi. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i Naczelna Rada Lekarska domagają się podjęcia natychmiastowych działań naprawczych w służbie zdrowia. W okolicach szpitali w największych miastach pojawiły się billboardy z apelem – “Pacjenci w kolejkach i lekarze na dyżurach umierają. Rządzący opamiętajcie się”. To wstęp do akcji, która może się zakończyć ogólnopolskim protestem.

Do lekarzy i osób niepełnosprawnych dołączają pracownicy cywilni wojska. Wczoraj na stronie internetowej NSZZ Pracowników Wojska pojawił się komunikat mówiący o braku dobrej woli ze strony MON do rozwiązania problemów niskich płac – “(…) Do Zarządu Głównego wciąż napływają żądania zorganizowania akcji protestacyjnej w różnych formach. Wykonując ustawowe i statutowe powinności wobec pracowników i związkowców, w najbliższym tygodniu będzie posiedzenie Zarządu Głównego, na którym zostanie podjęta decyzja o zakresie i formach protestu, informacje przekażemy do 10 kwietnia br”. 

Sekretarz związku Elżbieta Romańska w rozmowie z Polską Agencją Prasową powiedziała, że posiedzenie Zarządu Głównego jest planowane na 3-5 kwietnia i wtedy ma zapaść decyzja dotycząca protestów – “Ludzie są bardzo niezadowoleni, bardzo rozczarowani, całymi dniami odbieram telefony w tej sprawie. Związkowcy na nas wymuszają protest, więc musimy go zorganizować. Protest na pewno będzie” – oznajmiła Romańska. Działacze nie przyjęli propozycji MON, zawierającej podwyżkę 300 zł brutto i domagają się dołożenia do tej kwoty 250 zł.

Miał być przepis na sukces, wyszedł przepis na protesty. Dwa miliony widzów ogląda codziennie flagowe “Wiadomości” TVP, które ociekają miodem, jaki płynie od rządu w stronę społeczeństwa. Nie ma dnia, żeby ktoś z obozu rządzącego nie powiedział o fantastycznym rządzie, z wypchanymi kieszeniami od pieniędzy. Chociaż ostatnio to się zmieniło i Zjednoczona Prawica wysyła sygnały o zadłużeniu się na obietnice wyborcze. Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Przez trzy lata tak rozhuśtano oczekiwania, że nikt nie przyjmuje do wiadomości informacji, że nagle pieniądze się skończyły. Przez trzy lata mordowano systematycznie w społeczeństwie racjonalność i zdroworozsądkowe podejście do publicznego grosza, a “piątka Kaczyńskiego” była śmiertelnym ciosem dla społecznej trzeźwości umysłów, rozpalając do czerwoności ekstrawagancję finansową Polaków. Pretensje o to, że ludzie mają w oczach złotówki, rząd może kierować tylko do siebie.

Prawo i Sprawiedliwość poczuło, że może na fali strachu przed dyrektywą potocznie zwaną “ACTA 2” podnieść swoje słupki poparcia, szczególnie wśród młodych wyborców. Z tego powodu dzisiejsza konwencja PiS odmieniała “wolność” przez wszystkie przypadki, a politycy prawicy grzmieli, że postawią tamę cenzurze i ograniczaniu wolności internetu. Szybko jednak okazało się, że to szczególny wyraz hipokryzji władzy, na co zwrócił uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Adam Bodnar przypomniał bowiem premierowi, że to właśnie Prawo i Sprawiedliwość  już trzy lata temu odebrało Polakom prywatność w sieci:

Chodzi o głośne zmiany autorstwa rządu, które dały służbom bezprecedensowy dostęp do danych o obywatelach z pominięciem zgody sądu. Tak podległa Ziobrze prokuratura, jak i policja oraz służby specjalne stały się w zasadzie bezkarne w inwigilowaniu Polaków, co mimo olbrzymiej wagi nie spotkało się jednak z dużym oporem społecznym. Obecnie wbrew obiegowej opinii sądy muszą wyrazić zgodę już tylko na podsłuchy i kontrolę operacyjną, podczas gdy bilingi czy właśnie dane internetowe mogą podlegać tylko raz w miesiącu ewentualnemu następczemu wglądowi ze strony sądów.

Sprawa ta zaniepokoiła wówczas Komisję Wenecką, która skierował do rządu specjalną opinię w tej sprawie. Dokumenty komisji nie są wiążące, a na dodatek od czasu sporu o niezależność Trybunału Konstytucyjnego całkowicie przez polski rząd ignorowane, stąd do dziś nie doczekały się odpowiedzi.

O inwigilacji ze strony podległych rządowi organów internauci się jednak nie dowiedzą, ponieważ taka jest natura przyjętego prawa. Stąd właśnie deklaracje Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego o obronie wolności internetu są szczególnym wymiarem hipokryzji.

Rząd PiS jest bowiem tym, który dąży do absolutnej, quasi autorytarnej kontroli nad obiegiem informacji w Polsce. Upolitycznienie mediów, próba zamykania w sądach ust dziennikarzy to dziś w Polsce codzienność, a żeby sobie to uzmysłowić warto sięgnąć do reakcji obozu władzy na sprawy wynagrodzeń w NBP i taśm prezesa PiS. Z tego punktu widzenia ACTA 2 będzie dla twórców i użytkowników sieci zapewne uciążliwa, to jednak może w ostatecznym rozrachunku okazać się mniej niebezpieczna od zapędów krajowych służb kierowanych interesem politycznym jednego obozu. W niczym nie umniejsza to potrzebie dyskusji o ACTA 2, ale i tu trzeba mieć świadomość, że obecny kształt dyrektywy odbiega daleko od tego, któremu podczas pierwszego głosowania sprzeciwiała się tak dziś krytykowana za hipokryzję Platforma Obywatelska. W celu uzyskania konsensusu w Europarlamencie znaczną część ograniczających wolność internetu zapisów usunięto, choć bez wątpienia część zagrożeń pozostała. Jednak PiS nie jest w stanie obiecać tutaj jakiejkolwiek ochrony wolności słowa ponad tę, którą dopuszcza sama dyrektywa. Jest bowiem kolejnym kłamstwem to, że rząd może sobie wybrać z tego dokumentu tylko to, co mu się podoba. Jednak wcielenie w życie ACTA 2 nastąpi już po maratonie wyborczym i nikogo na Nowogrodzkiej sprawa nie będzie już wtedy specjalnie obchodzić.

Nieatrakcyjny starzejący się prezes z brzuchem próbuje kupić względy wyborców, płacąc im z ich własnych podatków.

Czym by tu Polaków nastraszyć? Seksualizacja dzieci, straszne LGBT, ACTA2, trotyl na tupolewie – Prawo i Sprawiedliwość miota się w panice, próbując znaleźć magiczne zaklęcie otwierające drogę do serc elektoratu. W wyborach parlamentarnych 2015 roku takim cudownym wytrychem była groźba zalewu uchodźców przynoszących na rękach egzotyczne bakterie, dokonujących zamachów i gwałcących polskie kobiety. Rzeczywiście PiS-owi udało się tym wtedy obywateli nastraszyć i nawiązać z nimi emocjonalny kontakt. Tu tkwiła tajemnica znakomitego wyniku wyborczego, nie w programie 500 plus, w którego realizację przed wyborami mało kto wierzył.

Wszystkie straszaki prezesa

Jak daleko sięga nasza pamięć, Jarosław Kaczyński zawsze posługiwał się tą samą metodą: wynajdywał jakiegoś czarnego luda, którego zdemonizowany wizerunek prezentował Polakom, i obiecywał: ja was przed nim obronię. W latach 90. była to uwłaszczona nomenklatura, niezlustrowani konfidenci SB, bezduszni monetaryści, agenci WSI, potem przyszła kolej na brukselskich okupantów i spiskowców, którzy wspólnie z Putinem w gęstych kłębach sztucznej mgły wysadzili w powietrze tupolewa. Dopiero jednak uchodźcy okazali się tym kamieniem filozoficznym polskiej polityki, którego prezes przez całe życie szukał.

Do dziś kamień utracił cudowną moc. Najwyraźniej nie działa też żaden z kolejnych straszaków, po który sięga partia Kaczyńskiego. Propagandyści „dobrej zmiany” skaczą więc od sloganu do sloganu, co tylko pogłębia wrażenie kryzysu i bezsilności.

Zaledwie dwa tygodnie temu cała czołówka partii rządzącej i wszystkie jej media rzuciły się na homoseksualistów, którzy ponoć ostrzą sobie zęby na polską dziatwę. Minęło kilkanaście dni i co? Głucha cisza. Okazało się, że ta broń jest groźna dla samego PiS-u, który pozostaje w symbiozie z katolickim klerem, ostatnio powszechnie postrzeganym (być może chwilami już nawet przesadnie) jako siedlisko seksualnych patologii.

Przez chwilę na horyzoncie mignęła też uchwalona przez europarlament dyrektywa, którą propagandyści „dobrej zmiany” określili mianem ACTA2 – ale i ten temat „nie żre”, na pewno więc szybko zostanie porzucony mimo wysiłków prezesa, który jeszcze w sobotnim wystąpieniu wrócił do tej sprawy.

Zamożny prezes oferuje sponsoring

W tej sytuacji Kaczyński próbuje pozyskać wyborców hojnymi prezentami. Tyle że w ten sposób w gruncie rzeczy obnaża swą słabość i nieatrakcyjność politycznej oferty PiS-u. Wielu zamożnych starszych mężczyzn zna to z własnego doświadczenia: w pewnym wieku fizyczny magnetyzm znika i trzeba zacząć sięgać do portfela. Opieranie więzi pomiędzy partią a wyborcami na chaotycznym i nieumiarkowanym rozdawnictwie przypomina relację między starzejącym się brzuchatym sponsorem a młodą atrakcyjną kobietą, którą ten stara się pozyskać pieniędzmi i prezentami.

Gotów jestem założyć się, że przez sporą część elektoratu jest to odczytywane jako kolejny przejaw słabości PiS. Władza wymyka się prezesowi z rąk – myśli niejeden wyborca – więc coraz głębiej sięga do sakiewki (nie swojej zresztą, lecz publicznej) i sypie pieniędzmi na lewo i prawo. A w tym samym czasie nauczycielom mówi, że na podwyżki dla nich środków nie ma.

Co więc zostaje PiS-owi? Może jeszcze spróbować sięgnąć po metody złośliwego skrzata, który po nocach sika do dzbanka z mlekiem. Właśnie tą drogą poszli Karol Guzikiewicz ze stoczniowej „Solidarności” i wojewoda pomorski. Żeby zrobić kuku samorządowcom i opozycji, zarejestrowali zgromadzenie cykliczne pod pomnikiem poległych stoczniowców 4 czerwca. Właśnie tam planowali się zebrać w tym dniu oponenci PiS-u, broniący zdobyczy polskiej demokracji i państwa prawa przed „dobrą zmianą”.

Ciekawe czy ta metoda walki przysporzy PiS-owi wielu nowych wyborców. Jak myślicie?

Afery KNF i NBP powinny pogrążyć PiS

25 Sty

To na razie nieoficjalny przeciek ze śledztwa, jakie toczy się w sprawie afery korupcyjnej w Komisji Nadzoru Finansowego. Ale bardzo niepokojący. Według „Gazety Wyborczej”, która 13 listopada ujawniła nagranie korupcyjnej rozmowy z gabinetu szefa KNF, aresztowany w tej sprawie były prezes Komisji Marek Chrzanowski miał zeznać w prokuraturze, że spotkanie z biznesmenem Leszkiem Czarneckim, założycielem Getin Noble Banku, zorganizował z inicjatywy Adama Glapińskiego, prezesa NBP.

Na razie to tylko nieoficjalne informacje o zeznaniach głównego podejrzanego w tej sprawie. Ale ze stenogramu samej rozmowy Chrzanowskiego i Czarneckiego dowiedzieliśmy się, że szef KNF tego dnia (28 marca) wybierał się z właścicielem Getin Noble Banku na spotkanie z prezesem NBP. Prawdą jest też, że Chrzanowski był protegowanym Glapińskiego. I prawdą jest wreszcie to, że Glapiński już po zatrzymaniu i dymisji Chrzanowskiego, bronił byłego szefa KNF jak niepodległości: „[Chrzanowski] Prezentuje najwyższe standardy profesjonalne, merytoryczne, uczciwości, patriotyzmu” – twierdził wtedy prezes NBP.

Wkrótce po wybuchu afery wokół KNF prezes Glapiński „dorobił się” własnych problemów: „Wyborcza” ujawniła niebotyczne zarobki dyrektor ds. komunikacji i promocji w NBP Martyny Wojciechowskiej, która towarzyszy prezesowi na każdym kroku (nawet podczas wizyt w prokuraturze i w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej). Szef NBP stał się wtedy podwójnym obciążeniem wizerunkowym dla PiS: z powodu związków z Chrzanowskim i z powodu gigantycznych comiesięcznych przelewów (wg „Wyborczej” ponad 65 tys. zł) na konto pani Wojciechowskiej.

PiS doskonale wie, że nie jest w stanie odwołać Glapińskiego ze stanowiska. Kadencja prezesa NBP jest zapisana w konstytucji; aby uległa przerwaniu, prezes musi zostać skazany prawomocnym wyrokiem za przestępstwo albo sam podać się do dymisji.

Ale Glapiński, bliski znajomy prezesa PiS od 30 lat i pomysłodawca transakcji, które zapewniły PiS solidne fundamenty finansowe, wcale nie rozważa dymisji. Wręcz przeciwnie, atakuje „Wyborczą” (oraz „Newsweeka”) za teksty wiążące go z aferą KNF. Twierdzi też, że dziennikarze „Gazety Wyborczej” próbują „rozchwiać cały system finansowy i wiarygodność polskich finansów”. A zaraz potem (w zaprzyjaźnionym tygodniku „Sieci”) snuje nawet spiskową teorię, że to atak na niego ze strony sił, które chciałyby wciągnąć Polskę do strefy euro (przypomnijmy, że jedną z pierwszych decyzji Glapińskiego w NBP była likwidacja Biura Integracji ze Strefa Euro). Słowem: złe siły sprzysięgły się przeciwko mnie.

Tyle że jeśli nieoficjalne doniesienia ze śledztwa w sprawie KNF okażą się prawdą, to sam prezes NBP stanie się największym zagrożeniem dla polskiego systemu finansowego. Bo w tej branży taką rzecz jak wiarygodność szefa banku centralnego rynki potrafią wycenić dość precyzyjnie.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Absurdy PiS 2018, podwyżki 2019

30 Gru

Księga Magii

Gdyby nie świetna koniunktura gospodarcza, instytucjonalno-decyzyjny bałagan za rządów PiS odczulibyśmy w portfelach już rok temu. Ale co się odwlecze to nie uciecze. Oto pięć najbardziej absurdalnych pomysłów gospodarczych rządów PiS.

1. Rejtan w sprawie cen prądu

Miejsce na najwyższym stopniu podium jest bezapelacyjne: paniczna ucieczka rządu PiS przed nieuchronnymi podwyżkami cen prądu. 2019 to rok podwójnych wyborów. Podwyżki rachunków za prąd mogą zeźlić suwerena, który pokapuje się, że rząd jedną ręką daje 500+, a drugą zabiera, bo zakupy kosztują coraz więcej, a od tego roku więcej trzeba będzie zapłacić za wywóz śmieci i prąd właśnie. Firmy i samorządy nowe taryfy dostały już wiele tygodni temu. Podwyżki rzędu 70 proc. wcale nie należały do rzadkości. I tu nie ma przebacz: wolny rynek i koniec. W przypadku klientów indywidualnych jest jeszcze Urząd Regulacji Energetyki, który musi zatwierdzić nowe taryfy. Wnioski o 20-proc. podwyżki zostały przez URE odesłane do poprawki.

Zwłaszcza że minister energii poinformował o tym, że firmy energetyczne mają miliardowe… oszczędności. Rząd zapewnia, że podwyżek nie będzie, a jeśli będą to zostaną ludziom zrekompensowane. Firmy muszą znaleźć pieniądze, bo produkcja prądu kosztuje coraz więcej: drożeje węgiel, z którego powstaje 80 proc. energii, drożeją pozwolenia na emisję dwutlenku węgla, potrzebne są pieniądze na nowe bloki, bo nasz system energetyczny robi bokami, zwłaszcza latem. A najzabawniejsze, że wszystko to PiS ściągnął sam na siebie absurdalną polityką energetyczną: zamiast inwestować w odnawialne źródła energii, wolał kupować elektrownie węglowe od inwestorów zagranicznych w ramach repolonizacji. A jedną z pierwszych decyzji nowej władzy była praktyczna likwidacja branży energii wiatrowej. Efekt był do przewidzenia: rynek praktycznie bez konkurencji i coraz większa monokultura węglowa w energetyce doprowadziły do nieuchronnych podwyżek cen. W strategii energetycznej na 2040 r. ok. połowy energii mamy produkować z atomu i farm wiatrowych na Bałtyku. Problem w tym, że te źródła na razie nie istnieją. Ciemność widzę. Ciemność.

2. Strusia polityka ws. imigracji

Polityka imigracyjna, a raczej jej brak, to kolejny absurd wykreowany przez obecną władzę. Polski rynek pracy jest rozgrzany do czerwoności – tak niskiego bezrobocia nie notowaliśmy od lat. Znalezienie pracownika czy fachowca do robienia remontu to dziś prawdziwy wyczyn. A byłoby jeszcze gorzej gdyby nie grubo ponad milion imigrantów zarobkowych z Ukrainy. To dzięki nim ten mechanizm jakoś jeszcze się kręci i się nie zatarł. Tyle że za chwilę może się to zmienić. Niemcy ogłosiły właśnie ułatwienia w zatrudnianiu pracowników z Ukrainy. Wystarczy przejechać czasem 200-300 km na zachód, żeby zarobić kilka razy więcej niż w Polsce. Część Ukraińców na pewno się skusi. Co wtedy będzie z polskim rynkiem pracy?

Wiceminister inwestycji i rozwoju Paweł Chorąży jesienią na debacie w Klubie Jagiellońskim stwierdził rzecz oczywistą: Polska potrzebuje stałego dopływu migrantów. I że opłaca się ich sprowadzać np. z Azji. „W nagrodę” stracił stanowisko. „Za wypowiedzi niezgodne z linią rządu i linią Prawa i Sprawiedliwości” – poinformował prorządowy portal wpolityce.pl.

3. Kup pan cegłę z Radomia, czyli lotniskowe inwestycje

Kampania przed wyborami samorządowymi obfitowała w najrozmaitsze rządowe ekscesy. Pół biedy, gdy chodziło tylko o mijanie się z prawdą premiera Morawieckiego (dwa razy sąd kazał mu prostować wypowiedzi). Gorzej, że na fali przedwyborczych obietnic władze poczyniły konkretne inwestycje, które z punktu widzenia ekonomii były co najmniej dyskusyjne. Po diabła np. było repolonizować kolejkę na Kasprowy?

Ale to i tak drobiazg przy zakupie lotniska w Radomiu. Dzięki tej wymuszonej przez rząd inwestycji państwowe Przedsiębiorstwo Porty Lotnicze ma trzy lotniska wokół Warszawy. I czwarte w budowie. I za nic nie potrafi z tego ułożyć sensownego systemu komunikacyjnego. Bo z powodów ideologicznych rząd stawia na widowiskową inwestycję w Centralny Port Komunikacyjny w Baranowie. Nie bardzo ma ochotę rozbudowywać lotnisko Chopina na Okęciu. A już w ogóle nie chce rozwijać portu w Modlinie, gdzie spiera się z samorządowym udziałowcem. Teraz do tego doszło lotnisko w Radomiu, zamknięte na cztery spusty, bo samoloty woziły tylko powietrze.

4. Elektryczny Autosan znienacka

To kolejny pomysł z kampanii samorządowej. Aby zdobyć głosy mieszkańców Sanoka, sam prezes Kaczyński zapowiedział, że już niedługo tamtejszy Autosan zostanie przejęty przez spółkę energetyczną PGE i wtedy zacznie produkować na potęgę elektryczne autobusy. Informacja Kaczyńskiego była zdumiewająca nie tylko z powodu absurdu ekonomicznego (skoro PGE produkuje prąd, to może też się zająć produkcją autobusów na prąd), ale też z powodów prawnych: oto prezes partii rządzącej podał do wiadomości publicznej coś, czego spółka giełdowa jaką jest PGE, w ogóle jeszcze nie ogłosiła. A chodziło przecież o istotną inwestycję i zobowiązanie na przyszłość. Czemu mniejszościowi akcjonariusze dowiedzieli się o tym dopiero z mediów? O tym, że kulejący Autosan przerzucany jest jak gorący kartofel z rąk jednego państwowego koncernu (PGZ) w ręce innego (PGE) nawet nie warto wspominać.

5. Kredyt dla Fratrii na zakup Radia Zet

Rzutem na taśmę piąte miejsce w naszym rankingu zajął państwowy od jakiegoś czasu bank Pekao SA wraz z braćmi Michałem i Jackiem Karnowskimi, tworzącymi prorządowe treści w swoich mediach internetowych (wpolityce.pl), papierowych (tygodnik „Sieci”) i elektronicznych (telewizja W Polsce). Karnowscy prowadzą te wszystkie biznesy za pośrednictwem swojej spółki Fratria, gdzie ponad połowę udziałów ma Spółdzielczy Instytut Naukowy senatora Grzegorza Biereckiego, twórcy SKOK-ów, oraz Apella, jedna ze spółek systemu SKOK-ów. Fratria postanowiła właśnie rozszerzyć działalność i kupić rozgłośnię radiową. Nadarzyła się po temu okazja, bo czeski fundusz Czech Media Invest chce sprzedać Radio Zet, które przejął kilka miesięcy temu od francuskiego koncernu Lagardere.

Jest tylko jeden problem: pieniądze. Wartość inwestycji szacuje się na ok. 200 mln zł, a roczne przychody Fratrii to nieco ponad 34 mln zł (dane za 2017 r.). Ale od czego są przyjaciele? Jak donosi portal Wirtualne Media, państwowy od pewnego czasu bank Pekao SA przyznał Fratrii promesę kredytową na 51 mln euro. Prezes banku Michał Krupiński to protegowany ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Ziobro i jego zastępca Patryk Jaki w tygodniku Karnowskich występowali na okładce co najmniej pięciokrotnie tylko w zeszłym roku.

Co jakiś czas Ziobro zapowiada tam kolejne ofensywy przeciw sędziom, przestępcom itd. I tak się złożyło, że bank Pekao SA uznał, że 51 mln euro inwestycji w rynek medialny w Polsce to pewny i świetny biznes. Wiadomo: jeśli Karnowscy Zetkę przejmą, spółki skarbu będą się w niej reklamować na wyścigi. No chyba że PiS przegra wybory. Ale wtedy to już zapewne nie będzie zmartwienie prezesa Krupińskiego tylko nowego szefa Pekao SA…

Gospodarka ma się ciągle nieźle, a do tego ceny kluczowych surowców raczej drożeją niż tanieją. Oznaczać to wszystko może tylko jedno – podwyżki 2019. I to raczej cen niż wynagrodzeń. Oto co najbardziej uderzy w nasze kieszenie.

Podwyżki 2019. Nie, Morawiecki cen energii nie zatrzyma

Ekspresowe „zatrzymywanie” cen przez rząd jeszcze niedawno wydałoby się nam pewnie całkiem zabawne. Ale w sumie się przyzwyczailiśmy. Nawet jednak jeśli autopoprawka rządu zatrzyma na jakiś czas ceny prądu, to przecież nie jest tak, że politycy mogą je sobie uregulować. Pewnie ceny energii koniec końców wzrosną. Może na przykład po wyborach parlamentarnych?

Gaz zdrożeje. Chyba, że politycy znów powtórzą manewr „prądowy”

Ceny gazu rosną na międzynarodowych rynkach, zwłaszcza na tych, z którymi handluje PGNiG. Do tego mamy niezłą koniunkturę w przemyśle i generalnie duży popyt na gaz (który coraz bardziej zastępuje węgiel). Eksperci prognozują więc, że gaz może zdrożeć o 3-4 proc. Chyba że znów wjedzie legislacyjny ekspres i podwyżki zatrzyma…

Podwyżki 2019. Paliwo zdrożeje dzięki opłacie emisyjnej

Ceny paliwa na światowych rynkach generalnie ostatnio spadały. W Polsce trochę też spadły, ale w sumie minimalnie. Czemu? Eksperci uważają, że dystrybutorzy przygotowują się na opłatę emisyjną. Ta oczywiście, jak zapewniali politycy, miała nie odbić się na konsumentach. No ale obietnice sobie, życie sobie. Eksperci nie mają wątpliwości, że firmy będą chciały trochę przełożyć podwyżki na konsumentów. Niezależnie więc od światowych zawirowań paliwo raczej będzie w 2019 droższe. A jeśli jeszcze dojdzie do zapowiadanej fuzji Orlenu z Lotosem…

Coraz wyższe koszty pracy

Zarobki nad Wisłą nie rosną tak, jak chcieliby tego pracownicy. Jednak nie da się nie zauważyć, że praca w Polsce zaczyna być coraz droższa – a to niekoniecznie dobra informacja dla przedsiębiorców. Rekordowo niskie bezrobocie, brak rąk do pracy, otwarcie rynku niemieckiego na Ukraińców – te wszystkie czynniki zapewne sprawią, że ludzie będą żądać coraz większych pieniędzy. Zachęca ich do tego zresztą samo państwo. Pensja minimalna w 2019 r. znowu się zwiększy i wyniesie 2250 zł brutto. Stawka godzinowa natomiast wzrośnie do 14,70 zł.

Papier toaletowy coraz droższy

Raczej nie wrócą czasy niedoboru papieru toaletowego, ale eksperci obawiają się, że ten jakże ważny produkt może podrożeć nawet o 30 proc. i to już na samym początku 2019 roku. Powody są dwa. Po pierwsze, przez ostatnie lata ceny papieru utrzymywały się na zbliżonym poziomie, w dużej mierze dlatego, że narzucały je sieci dyskontowe. Ale koszty produkcji się w tym czasie zwiększyły i pewnie wreszcie producenci będą chcieli je sobie odbić.

Drugi powód to niedobór celulozy na całym świecie, który jest wywołany bardzo dużym popytem w Azji, a przede wszystkim w Chinach.

Podwyżki 2019 r. Owoce i warzywa zapewne sporo podrożeją

Prawdopodobnie w przyszłym roku zapłacimy więcej za owoce. Nie jest to jednak wcale tak dramatyczna wiadomość – po prostu w 2018 ceny były tu wyjątkowo niskie poprzez „klęskę urodzaju”. Zbiory jabłek były na przykład tak duże, że nieraz sadownikom nie opłacało się po prostu ich sprzedawać.

Warzywa będą natomiast droższe z powodu suszy, która wystąpiła na terenie większości Europy latem 2018. Już teraz rekordy biją m.in. europejskie ceny cebuli.

Owoce i warzywa zdrożeją najbardziej, ale generalnie ceny żywności powinny pójść w górę. – Ceny detaliczne żywności w Polsce w 2019 r. będą przeciętnie o 2,0-3,5 proc. wyższe niż rok wcześniej – czytamy w analizie banku BGŻ BNP Paribas.

Wywóz śmieci, składka ZUS, kara za brak OC – to wszystko jeszcze wzrośnie w 2019

Można się spodziewać też innych podwyżek. Opłaty za wywóz śmieci wzrosną właściwie w każdym dużym mieście, w niektórych nawet o połowę. Czekają nas też podwyżki w związku z podwyższeniem się pensji minimalnej. I tak za nieubezpieczenie auta przez ponad dwa tygodnie po terminie będzie kara 4500 zł, anie 4200 zł jak wcześniej.

Kaczyński przeczuwa przegraną PiS. Platforma przedstawia swój program

16 Gru

Możemy powiedzieć z niemałym zadowoleniem, że Prawo i Sprawiedliwość udowodniło, że potrafi rządzić – przekonuje prezes partii Jarosław Kaczyński. W sobotę w Szeligach pod Warszawą odbyła się pierwsza po wyborach samorządowych konwencja PiS. Poza Kaczyńskim przemawiali premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Beata Szydło i koalicjanci. – Byliśmy świadkami konferencji propagandowej. Wydawałoby się, że partia, która prowadzi w sondażach, świetnie się czuje i opozycję kasuje w dwóch głosowaniach o wotum, inaczej będzie przemawiać. A tu okazało się, że głównym przekazem konwencji są zapewnienia, że jesteśmy silni, świetni, fantastyczni. Jeżeli ktoś tak mówi i przekonuje, to znaczy, że tak nie jest. To jest zaklinanie rzeczywistości – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

Kaczyński: PiS partią marzeń

Prezes PiS, który występował jako pierwszy, próbował zagrzewać do walki. Mówił, że potrzebna jest energia, aby wygrać najbliższe wybory. Podkreślał, że ten nadchodzący rok wyborczy wymaga ogromnej, ciężkiej pracy od działaczy nawet na najniższych szczeblach

– Zwycięstwo jest w zasięgu ręki, ale tę rękę trzeba wyciągnąć i to musi być bardzo silna ręka. Tego nam wszystkim życzę. Niech ten dzień będzie zapowiedzią nowych wielkich zwycięstw – mówił Jarosław Kaczyński. Wcześniej krytykował poprzedników: – Oni rządzić nie potrafią i udowodnili to wielokrotnie. Oni nie są wiarygodni, oni nie dotrzymują słowa. Oni tolerują zło, także zło w tej wielkiej skali. Ta prawda musi być przekazana polskiemu społeczeństwu – grał na starej nucie PiS Kaczyński.

Morawiecki: Polska sercem Europy

Po prezesie premier Mateusz Morawiecki oprócz chwalenia się mówił, co może zaskakiwać, dużo o Europie. Podkreślał, że Polska jest sercem Europy, a o Polexicie nie ma mowy, bo PiS stawia Europę na pierwszym miejscu. –  Jesteśmy bijącym sercem Europy. My dzisiaj inspirujemy Europę. Nasze sukcesy, nasza skuteczność, odwaga, determinacja, uczciwość, wiarygodność inspiruje Europę – przekonywał szef rządu.

Premier Morawiecki nakreślił ogólny plan na przyszłość. – Europa, wyższe płace i modernizacja to klucz, aby niejako ponownie wprowadzić Polskę do Europy, ale tak, aby Polacy czerpali jeszcze więcej z Unii. To jest prawdziwa europeizacja. Nie jakieś eksperymentowanie z obyczajowością, tylko to, żeby Polacy zarabiali tak jak mieszkańcy Europy Zachodniej – mówił Morawiecki.

Z konkretów to tyle. Premier zapowiedział, że program przedstawiony zostanie w styczniu, lutym. W dość infantylny sposób odniósł się też do sytuacji kobiet w Polsce, ale o przyjęciu konwencji antyprzemocowej nawet się nie zająknął. – Powoli wchodzimy w okres świąteczny. Jak panowie pomagają paniom w przygotowaniach? Muszę uderzyć się w piersi, że słabo z tym u mnie. Kobiety, Polki widzą, że nasz kraj się zmienia – mówił premier.

Szydło: Polska w Europie

Na konwencji przemawiała też dawno w tej roli niewidziana była premier, obecna wicepremier Beata Szydło. Jedną z pierwszych jej decyzji było wyprowadzenie unijnej flagi z gabinetów rządowych, ale teraz już przekonywała, że przyszłość Polski jest w Europie. – Polska była, jest i będzie w Europie. Nikt i nic tego nie zmieni. Nawet ci polscy politycy, którzy ciągle kłamią i krzyczą o jakimś Polexicie – mówiła Beata Szydło, która parę minut później zaklinała rzeczywistość: – Jesteśmy prymusem w wykorzystywaniu środków europejskich.

Konkret Gowina i Ziobry

Konkretnych obietnic, zapowiedzi programowych nie było. Dopiero wystąpienie wicepremiera Jarosława Gowina przyniosło zapowiedź programu Energia Plus. – We współpracy z uczelniami rozpoczniemy masową budowę odnawialnych źródeł energii, przede wszystkim dla 5 mln gospodarstw domowych –  mówił Gowin.

Z kolei Zbigniew Ziobro, lider koalicyjnej Solidarnej Polski, minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny, zapowiedział nowelizację Kodeksu karnego.

O podsumowanie wystąpień na konwencji PiS poprosiliśmy eksperta od wizerunku i marketingu politycznego dr. Mirosława Oczkosia.

JUSTYNA KOĆ: Po sobotnich wystąpieniach PiS jest ciągle w defensywie?

DR MIROSŁAW OCZKOŚ: To jest ciekawe, bo wydawałoby się, że partia, która prowadzi w sondażach, świetnie się czuje i opozycję kasuje w dwóch głosowaniach o wotum, inaczej będzie przemawiać. A tu okazało się, że głównym przekazem konwencji są zapewnienia, że jesteśmy silni, świetni, fantastyczni. Jeżeli ktoś tak mówi i przekonuje, to znaczy, że tak nie jest. To jest zaklinanie rzeczywistości. Długo w swoich wypowiedziach PiS, mówiąc kolokwialnie, olewał opozycję, bo skoro to są żadni przeciwnicy, którzy nie mają szans, to nie zwraca się na nich uwagi. Tutaj na konwencji, szczególnie w pierwszym wystąpieniu prezesa, ostrych słów pod kierunkiem opozycji było sporo.

Wystąpienie Morawieckiego było z kolei mieszaniną dowcipkowania, błaznowania, co raczej nie przystoi premierowi. Rozumiem, że premier się świetnie poczuł w wystąpieniach publicznych i czuje tę moc, ale gdy dajemy trzy grzyby w barszczu, to mamy grzybową, a nie barszcz.

No i premier Szydło, dawno niewidziana w takiej formie. To wszystko oznacza, że albo mają badania, albo przeczucie, że następne wybory nie pójdą już tak gładko.

W najbliższych wyborach do PE już wiadomo, że startować będzie Robert Biedroń, także partia Tadeusza Rydzyka, a więc ma kto zabrać głosy wyborców. Moim zdaniem Jarosław Kaczyński chciał utwardzić elektorat, który mają w tej chwili. Bardzo blado na tym tle wypadł Jarosław Gowin. Reakcje słuchaczy na jego wystąpienie były dalekie od entuzjazmu.

I nie wiadomo, dlaczego mówił o energii.
No właśnie, i to jest ciekawe.

Wydaje mi się, że pan wicepremier Gowin odczuje boleśnie, po raz kolejny, że przeszczep na inny organizm się nie przyjął i będzie musiał zostać odcięty, mówiąc brutalnie. Widać, że on się tam źle czuje. To nie jest tak, że można zadeklarować, że od dzisiaj będę wegetarianinem, a do tego pory jadłem głównie hamburgery.

Tak jest z Gowinem, który dostał tylko do jedzenia marchewkę, chociaż marzy o kurczaku. Oczywiście zachwyca się marchewką, ale z gestów, twarzy, intonacji widać, że nie jest zachwycony.

Warto jeszcze zwrócić uwagę są słowa premiera Morawieckiego do Zbigniewa Ziobry, do którego zwrócił się po imieniu: Zbyszek. To oznacza, że

albo to pocałunek Almanzora dla Zbigniewa Ziobry, albo się dogadali. Na pewno zdają sobie sprawę, że jeżeli teraz koalicja się rozpadnie, to przegrają wybory, a przynajmniej stracą władzę.

Stąd te mocne słowa Jarosława Kaczyńskiego do swoich działaczy o silnej ręce?
Tak, bo prezes wie, że jeżeli oni to spartolą, to PiS przegra także na szczeblu centralnym. Dlatego trzeba patrzeć na ręce, portfele, zatrudnienie, na to wszystko, o co wcześniej PiS oskarżał PO. Kaczyński widzi, że w PiS-ie afera goni aferę i któraś się w końcu przyklei. To jak z teflonem, który wytrzymuje dużo, ale gdy pojawia się pierwsza rysa, zadrapanie, to wszytko zaczyna się przypalać i patelnia jest do wyrzucenia.

Badania wskazują, że Polacy nie dali się oszukać w sprawie afery KNF i nie kupili retoryki PiS, że to „za poprzednich rządów była prawdziwa afera KNF”.
Ewidentnie tak, natomiast to nie jest jeszcze uderzenie impaktowe, które powoduje, że PiS idzie w sondażach w dół.

Musimy pamiętać, że żyjemy w wirtualnej rzeczywistości; przekaz, który jest pokazywany w mediach publicznych, jest niejako różny od tego, co jest ogólnie pokazywane gdzie indziej.

Pytanie, co zostanie wyciągnięte z tej konwencji, chociaż ona była spójna, żeby było jasne. W zasadzie poza Gowinem tam nie było jakiegoś dysonansu. Przekaz był jasny: jesteśmy silni, zwarci i idziemy po kolejne zwycięstwo. Warto podkreślić, że słowo zwycięstwo padło za wiele razy, żeby uwierzyć, że tak jest czy będzie. Margaret Thatcher powtarzała, że jeżeli ktoś mówi, że jest damą, to na pewno nią nie jest. Jeżeli jesteś piękny, to ktoś ci musi to powiedzieć, nie ty sam. Tak jest teraz PiS-em, który zapewnia, że jest silny.

To samo dotyczy Polexitu?
To pokazuje fajny zabieg z sercem – „Polska sercem Europy”, tylko pytanie, czy potrzebny jest bajpas czy rozrusznik, a może zastrzyk, zastawka. Serce bije do jakiegoś momentu.

Jak się je konsekwentnie osłabia przez niezdrowy tryb życia, a rząd PiS-u prowadzi raczej niezdrowy tryb życia na organizmie Polski, to lekarze europejscy szukają lekarstwa.

Premier Morawiecki mówił też, że Polska jest inspiracją, wzorem dla reszty Europy. Przesadził?
Tu docieramy do sedna sprawy, bo byliśmy świadkami propagandowej konferencji programowej. Zgadzam się, że do pewnego momentu konferencje programowe mogą być propagandowe, ale tu stopień tej propagandy przekraczał zdrowy rozsądek. Gdyby się nad tym dokładniej pochylić, to to, co wygadywała wicepremier Szydło o tych wszystkich bogacących się Polakach i milionach polskich dzieci, których przybyło, o czymś świadczy – że PiS buduje klasę średnią i musi im dać jeść.

Na razie najedli się wodzowie i żołnierze frontowi. Teraz trzeba przeprowadzić normalizację.

Jarosław Kaczyński musi być rozczarowany, że nie przeprowadził rozmrażania systemu do końca i nie poukładał wszystkich elementów, aby zamrozić ponownie. Nawet powiedział, że trzeba jeszcze dużo zrobić, aby ci, którzy przyjdą po nich, nie byli w stanie tego odkręcić.

Wszystkich elementów, czyli sądów, mediów?
To dwa podstawowe elementy, które są dla PiS-u kłopotliwe. Zmiany w sądach zostały zablokowane przez TSUE, chociaż PiS próbuje jakoś to obejść, ale już na pewno nie da się obejść mediów. PiS nie przejmie TVN Discovery bez konfliktu z największym przyjacielem, jakim są Stany Zjednoczone. To jest ten imposybilizm, o którym prezes tak często mówi i widać u niego irytację. Zresztą ja go rozumiem.

Jest taka teoria Kurta Lewina, która mówi, że najpierw rozmrażamy, układamy po swojemu, a potem zamrażamy znowu. Wtedy rzadko się zdarza, żeby następca mógł to znowu rozmrozić.

Pewnie tak będzie, bo jeżeli PiS wygra następne wybory, a dziś jednak wszystko na to wskazuje, lub nieznaczenie je przegra, to to, co da się zrobić do wyborów parlamentarnych, prawdopodobnie się ostanie.

PiS nie przedstawił też żadnego planu na przyszłość, tylko ciągle opowiada o tym, czego dokonał: 500 Plus, 300 Plus, ale o tym już wszyscy wiedzą. To ciągle działa?
Ten zabieg jest uznawany na świecie, to pokazanie czegoś, co jest namacalne. Wiadomo, że słowa o milionach samochodów elektrycznych do jakiegoś tam roku są abstrakcyjne, tak samo jak wylanie fundamentów pod Mieszkanie Plus. Centralny Port Lotniczy to dziś raczej fantasmagoria, w przestrzeni publicznej występują raczej śmiechy o „centralnym szpitalu psychiatrycznym”. 500 Plus jest konkretem namacalnym, dlatego PiS ciągle to powtarza.

Widzę tu jeszcze jeden problem dla PiS-u: zaczyna brakować pieniędzy i trzeba będzie ten program jakoś przemodelować, prawdopodobnie zostawić go tylko dla najbiedniejszych, a to nie jest już populistyczne i nie da się tego zrobić w ciągu jednego roku, a wybory są za chwilę.

Do tego dochodzą inne ważne tematy, jak KNF, SKOK-i. Pewnie dlatego wystąpienie premiera Morawieckiego przypominało bardziej występ kabaretowy standupera, a już jak mówił o kobietach, które przed  świętami pracują w kuchni, to powiem szczerze, że usiadłem z wrażenia.

Platforma przedstawiła dziś konkretny program, w piątek Grzegorz Schetyna też o nim mówił podczas wystąpienia w Sejmie. Czy PO ubiegła PiS? O czym będziemy mówić przy świątecznych stołach, bo chyba o to teraz toczy się walka między głównymi partiami.
To prawda i na pewno PiS robi wszystko, aby nie przebiła się ta narracja i aby ludzie przy stołach nie rozmawiali o SKOK-ach i KNF. Nie wiem, czy można powiedzieć, że PO ubiegła PiS, bo premier pierwszy przeprowadził wniosek o konstruktywne wotum zaufania. Jego wystąpienie było rano, długo się o tym mówiło. Konstruktywne wotum nieufności dzięki marszałkowi Kuchcińskiemu odbyło się w piątek wieczorem. Myślę, że większość Polaków robiła wtedy inne rzeczy niż oglądanie polityki. Natomiast

jeżeli PO wybije kilka konkretów z przemówienia Schetyny, ukrywając inwektywy w stylu „pan nie umie, a pan musi odejść”, to jest szansa, że to właśnie o tym będziemy rozmawiać w święta, jak i o tym, kto dobrze wypadł.

Tu muszę też pochwalić Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Ponieważ PiS nie dał nic nowego, a o 500 Plus ludzie już rozmawiali podczas Wielkanocy i poprzednich świąt, może się okazać, że czosnkiem i sokiem z malin tej grypy już się nie da wyleczyć, że trzeba będzie podać antybiotyk, czyli przeprowadzić zmiany w rządzie. Nie może być tak, że minister Tchórzewski przez 11 dni opowiada ludziom bajki na okrągło, jakie to wiatraki są beznadziejne i trzeba podnieść ceny za energię, a później zmienia nagle zdanie i twierdzi, że podwyżek nie będzie. Nawet średnio rozgarnięty gimnazjalista widzi, że minister kłamie albo teraz, albo wcześniej.

Więcej >>>

Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów. Pierwszy to zmniejszenie obciążeń związanych z opłatami i podatkami, a drugi pomoc dla najgorzej zarabiających. Konkrety? PO proponuje obniżkę obecnych stawek PIT z 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. oraz 500 zł wsparcia dla osób otrzymujących płacę minimalną. – Praca musi się opłacać. Państwo musi przestać dbać tylko o Pisiewiczów, a innym stawiać szklane sufity – mówił na konferencji prasowej główny ekonomista PO prof. Andrzej Rzońca.

„Praca ma się opłacać”

Prezentację programu „Wyższe płace” zapowiedział podczas piątkowej debaty nad wotum nieufności dla rządu lider PO Grzegorz Schetyna. – Program ma przebić szklany sufit niskich zarobków w Polsce. W ostatnich latach premier Mateusz Morawiecki mówił, mówił i mówił o wyrwaniu Polaków z pułapki średniego wzrostu, ale efektów nie widać. Postanowiliśmy pomóc rządowi, aby mógł zwiększyć wynagrodzenia Polaków i ograniczyć skutki drożyzny, która szaleje w Polsce – mówił w sobotę na konferencji prasowej szef klubu parlamentarnego PO.

Sławomir Neumann przypomniał, że w Sejmie leżą już projekty autorstwa posłów opozycji, które mogłyby pomóc. To m.in. obniżenie do 5 proc. VAT-u na żywność i obniżka akcyzy na energię elektryczną. – Teraz pokazujemy kolejny projekt, który prześlemy premierowi Morawieckiemu na zjazd PiS, żeby mogli nad nim podyskutować – mówił.

Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów. – Pierwszy filar to obniżka opłat i podatków, żeby nie było tak jak dzisiaj, czyli 50 proc. obciążeń, z których cieszy się premier Morawiecki. My chcemy obniżyć je z 50 do 35 proc. Drugi filar to wsparcie dla osób pracujących, bo praca ma się opłacać. To ma być program, który tym wszystkim, którzy pracują, daje większe dochody, niż korzystanie z systemu pomocy społecznej. Ma aktywizować ludzi na rynku pracy – tłumaczył Neumann.

Dwa filary programu

Szczegóły programu „Wyższe płace” przedstawił główny ekonomista PO.

    1. Obniżka podatków i składek, tak by daniny, które każdy pracujący Polak przekazuje w postaci PIT oraz składek na ZUS i NFZ, nie przekraczały łącznie 35 proc. PO proponuje tym samym obniżenie stawek podatku dochodowego z obecnych 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. – Zostaną także ujednolicone wszystkie bazy podatkowe, tak aby wyliczanie podatku stało się dużo prostsze – tłumaczył prof. Andrzej Rzońca.
    2. 500 zł dla najmniej zarabiających. Z tego elementu skorzysta każdy, kto zarabia od płacy minimalnej do dwukrotności płacy minimalnej, czyli w przyszłym roku do 4,5 tys. złotych. – Osoba zarabiająca płacę minimalną otrzyma wsparcie w wysokości 500 złotych. Oprócz tego będzie korzystała z niższych podatków i składek, a więc w efekcie łączna korzyść wyniesie prawie 614 zł – wyliczał główny ekonomista PO.

– PO wyciąga rękę do współpracy. Platforma proponuje rozwiązanie, które jest prorozwojowe i promuje ludzi pracujących. To jest oferta położona na stół. Niech podejmą próbę współpracy i rozmowy. Ostatnie 10 miesięcy rządów PiS-u można wykorzystać po to, aby wspólnie opracować ten program, przegłosować go i dać Polakom szanse na wyższe zarobki – dodaje poseł Sławomir Neumann.

Jakie zarobki?

W przyszłym roku płaca minimalna wyniesie 2250 zł brutto, czyli 1633 zł netto.

Według szacunków prof. Andrzeja Rzońcy osoba, która otrzymuje obecnie płacę minimalną, po wprowadzeniu programu Platformy łącznie z 500-złotowym wsparciem zarobiłaby na rękę 2247 złotych. Osoba zarabiająca 3 tys. złotych brutto, czyli 2156 zł netto, dostawałaby 2663 złote.

– Osoba, która będzie zarabiać 4300 złotych, nie otrzyma wsparcia, ale będzie korzystać z pierwszego elementu, czyli niższych podatków i składek. W efekcie dzisiaj taka osoba na rękę otrzymuje 3201 złotych, a po zmianach zarabiałaby 3494 złote – tłumaczył prof. Rzońca.

Konstruktywne wotum nieufności PO >>>

PiS chce zamieść aferę KNF pod dywan. Nie pozwolić na to

25 List

>>>

To, że materiał TVN nie nosi żadnych znamion przestępstwa, że nie ma w nim szkodliwości społecznej (wręcz przeciwnie), nie ma żadnych podstaw do ścigania dziennikarza, ani tym bardziej stawiania mu zarzutów, wie byle aplikant, byle kauzyperda.

Więcej: winien jest ten, kto ściga bez podstawy – a ściganym był Piotr Wacowski – przekracza uprawnienia i tłumi krytykę prasową (prawo prasowe). I to powinno być zbadane, kto stoi za zleceniemn ABW, aby zastraszać.

W tym sensie głupota przykryła aferę KNF, ale tylko na chwilę. Zresztą większość decyzji politycznych PiS przykrywają się nawzajem, są nieustannym kompromitowaniem się, niestety – w imieniu Polski.

Dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów, dotyczą poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów – mówi Jarosław Urbaniak, poseł Platformy Obywatelskiej, członek komisji finansów publicznych, były prezydent Ostrowa Wielkopolskiego. – Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Będzie też was boleć prawda i nasza konsekwencja w działaniach w sprawie KNF-u. Prokuratura będzie do bólu, niczym gorącym żelazem, wypalać patologie. Taka dziś jest prokuratura dobrej zmiany, także służby specjalne” – mówił ostatnio z mównicy sejmowej Zbigniew Ziobro. Boi się pan tej prawdy i prokuratury „dobrej zmiany”?

JAROSŁAW URBANIAK: Nic mnie już nie zdziwi… Znowu złodziej krzyczy: łapać złodzieja! Prokuratura jest na liście tych, którzy mają w tej sprawie ubrudzone ręce. Chodzi o brak przepływu informacji, nie zawiadomiono przecież o wpłynięciu zawiadomienia od razu premiera, i o bezczynność. W ramach interwencji poselskiej odwiedziliśmy już kilka ministerstw i przed nami nie było tam żadnej służby. W Ministerstwie Finansów na przykład, jak już było wiadomo, że jesteśmy i przybyły tam wszystkie media, to jakbym był w jakiejkolwiek służbie, wszedłbym tam demonstracyjnie od razu. A tu cisza.

Do KNF w ogóle nas nie wpuszczono, ale było to jedyne miejsce, gdzie CBA było przed nami.

Ale w gabinecie szefa KNF było dopiero po nim. To nie przypadek?
Jeżeli ktoś jest w stanie szybciej przylecieć z Singapuru, niż przejść 2 kilometry, to trudno uznać to za przypadek. Poza tym dowiedzieliśmy się później, że syn pana Mariusza Kamińskiego, czyli koordynatora służb specjalnych, pracuje w Banku Światowym z rekomendacji szefa Narodowego Banku Polskiego. Przypadek?

Zaczyna być wysoce prawdopodobne, że opieszałość CBA nie była przypadkowa.

Będziecie jeszcze próbować dostać się do Komisji Nadzoru Finansowego? Czy teraz to już nie ma sensu?
W naszym kraju jest problem z egzekutywą. W normalnym państwie poprosilibyśmy policję o wyegzekwowanie prawa, które jest oczywiste. Ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora jednoznacznie mówi o tym, że mamy prawo kontrolować i wchodzić do wszystkich organów administracji rządowej. A nie ma przecież wątpliwości, że KNF, który podlega premierowi, takim organem jest. Nie jest to przecież organ samorządowy.

Będziemy podejmować jeszcze pewnie kilka prób w kilku miejscach, ale nie chcę wyprzedzać faktów. Efekty są bowiem takie, że jak dostajemy dokumenty od ręki, to są istotne, a jak po jakimś czasie, to jednak dużo mniej. Zdradzanie szczegółów, jak widać, nie służy sprawie.

Jak jesteście przyjmowani w ministerstwach? Jak intruzi?
Przyznam, że są różne reakcje. Najbardziej niegrzecznie zostaliśmy potraktowani w KNF-ie. Ale w innych miejscach urzędnicy niższego szczebla naprawdę starają się być mili, chociaż są czasami przerażeni.

Dostaliście już trochę dokumentów. Jaki był najważniejszy?
Były to dokumenty, które dostaliśmy w Ministerstwie Finansów dotyczące poprawki „bank za złotówkę”, która pojawiła się w procesie legislacyjnym nagle w drugim czytaniu. Wygląda na to, że

już w kwietniu 2018 roku, dwa tygodnie po słynnej rozmowie, szef KNF sugerował potrzebę takich zmian, rozsyłając pisma do wszystkich członków Komitetu Stabilności Finansowej.

Tyle że na początku wygląda to dość niewinnie. Najważniejszy jest chyba dokument datowany na październik 2018 roku. To pismo do Ministerstwa Finansów, w którym szef KNF prosi o „potraktowanie inicjatywy z najwyższym priorytetem”. Co później na komisji finansów, podczas prac nad poprawką, powtarza wiceminister finansów.

Dlaczego na początku wyglądało niewinnie?
Podobnie jak w innych aferach, dopiero jak spojrzy się na pewne rzeczy z dystansu, to nabierają większego znaczenia. To jest też problem ciągłych zmian w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczącym finansów. Z perspektywy zastanawiająca jest także wcześniejsza decyzja z 2017 roku, dotycząca zmiany wymogów makroekonomicznych, czyli tego momentu, w którym KNF zaczyna się niepokoić finansami banku.

Wskaźniki podniesiono o 50 proc. do stawek maksymalnych w UE, nikt do tej pory nie potrafi powiedzieć dlaczego, skoro nic złego się nie działo. Byliśmy przecież „zieloną wyspą”. Ministrem finansów był wówczas Mateusz Morawiecki.

Teraz zaczynam się poważnie zastanawiać, po co podniesiono te wskaźniki, skoro głównym problemem polskiego sektora finansowego nie były banki, tylko SKOK-i, czyli parabanki. To one upadały i kosztowały Bankowy Fundusz Gwarancyjny ponad 4 mld zł.

To mogła być realizacja słynnego „planu Zdzisława”?
Mogę tylko sugerować, że wiele rzeczy do siebie pasuje. Z jednej strony ta dziwna zmiana, później „wpychanie” radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka do rady nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych głosami Skarbu Państwa, który reprezentował minister rozwoju, czyli Mateusz Morawiecki.

Dostaliśmy z ministerstwa dokumenty, w których są notatki służbowe z posiedzenia walnego zgromadzenia GPW i nie wynika z nich jasno, kto podjął taką decyzję.

Afera KNF z „planem Zdzisława” jako kluczowym elementem rozgrywki wybucha w 2018 roku, kiedy premierem jest Mateusz Morawiecki. Jakoś dziwnie to nazwisko za każdym razem się pojawia…

Jaki będzie los ustawy z zapisem o możliwości przejmowania banków przez państwo za zgodą KNF? Stanie się prawem obowiązującym?
Na razie nikt się z tej poprawki, wrzuconej nagle po złożeniu zawiadomienia przez mecenasa Romana Giertycha, nie wycofuje.

Po co rządzącym teraz takie rozwiązanie?
To jest dla mnie najbardziej przerażające. Wszystkie afery, jakie wybuchły po 1989 roku powodowały, że decyzyjne osoby podejmowały decyzje o włączeniu natychmiast hamulca ręcznego. A w tym wypadku jest wręcz przeciwnie.

Politycy partii rządzącej przekonują, że to są oczywiste i niegroźne zapisy, które obowiązywały już przed 2016 rokiem, że są implementacją prawa UE – to nie jest prawda!

Mogą się jeszcze przydać?
Jest takie stare, teatralne, ale bardzo mądre powiedzenie, że jak w pierwszym akcie strzelba wisi na ścianie, to w ostatnim akcie wystrzeli… Nie sądzę, żeby ktoś wprowadzał przepisy dotyczące przejęcia banków za złotówkę, i to z błahych powodów, po to, aby nigdy z tego nie skorzystać.

Wydaje mi się, że zapadła decyzja, że banki będą przejmowane i nie chodzi na pewno o banki spółdzielcze.

Jaka jest w aferze KNF rola szefa NBP Adama Glapińskiego?
Wiele wątków prowadzi do niego – „pierwszego ekonomisty PiS”. To od polityków PiS można było usłyszeć jeszcze przed słynną naradą na Nowogrodzkiej, że prezes Glapiński lada dzień poczuje się tak źle, że nie będzie mógł dalej kierować NBP.

Na razie wiemy na pewno, że jego rola sprowadza się do tego, że jest wielowymiarowym promotorem Marka Chrzanowskiego, którego zresztą broni za wszelką cenę.

Wygląda na to, że szef KNF jest jedyną i to niepotrzebną ofiarą, bo przecież według szefa NBP jest „człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości” i „wielkim patriotą”.

PiS chce, aby dymisja szefa KNF zakończyła sprawę?
Na razie „bohaterowie” tego dramatu idą w zaparte. Dopóki PiS ma władzę, istnieje niebezpieczeństwo, że na tym się skończy. Przecież prokuratura niczego nie wyjaśni.

A komisja śledcza nie powstanie. Nikt rządzących do niczego nie zmusi.
Teraz nie, ale wygląda na to, że sytuacja jest rozwojowa. Wiele osób sugeruje, że to nie koniec taśm… Poza tym przypomnę, że zaraz po wybuchu afery pan

Grzegorz Kowalczyk, który miał być prawnikiem-słupem w banku pana Leszka Czarneckiego, przekonywał, że w ogóle nie wie, o co chodzi. Później wymsknęło mu się, że szef KNF załatwiał mu pracę 3 razy. Rozumiem, że Plus Bank, gdzie został jednak przyjęty, to jeden raz, rada nadzorcza GPW drugi, a gdzie w takim razie jest trzeci… Myślę, że jeszcze nie wiemy wszystkiego.

Co dalej z szefem NBP?
„Kuluary pisowskie” już jakiś czas temu mówiły, że poda się do dymisji z przyczyn zdrowotnych. Ale Adam Glapiński informuje, że bardzo dobrze się czuje i nie zamierza rezygnować z pracy. Wykonuje za to jakieś dziwne ruchy.

Gdy oczywiście w nocy zbiera się Komitet Stabilności Finansowej, to prezes NBP wychodzi do mediów, aby poinformować, że właśnie trwa posiedzenie. Czy to miało uspokoić nastroje? Chyba nikt rozsądny tak tego nie odebrał.

Nie wierzy pan w zapewnienia, że system bankowy jest stabilny?
Wierzę, że jest stabilny, ale nie przez słowa minister finansów czy prezesa NBP, tylko przez zmiany, które uratowały system bankowy w 2008 roku. Chodziło o podniesienie kwoty gwarantowanej depozytu przez BFG do wartości 100 tys. euro. To był jeden z elementów pakietu ratunkowego.

Myśli pan, że ludzie rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi? Afera KNF będzie miała taką siłę rażenia jak afera Rywina?
Wydaje mi się, że większość ludzi do tej pory nie wie, o co chodziło w aferze Rywina.

Wiele osób zapewne pamięta słynne „lub czasopisma”, ale czy wie dokładnie, co się za tym kryło? W tym przypadku sytuacja też nie jest łatwa. Ale kiedy dochodzimy do tak oczywistych rzeczy, jak plan doprowadzenia do upadku banku, a później przejęcia go przez kogoś za złotówkę, to jest prosty obrazek.

PiS poniesie jakąkolwiek polityczną odpowiedzialność?
Parta rządząca przez 3 lata była teflonowa. Ludzie przez ten czas powtarzali, że „przez ostatnich 8 lat…”, a PiS przekrzykiwał wszystkich. Ale teraz okropieństwa, które rządzący robią od początku kadencji, zaczęły trafiać do realnego, codziennego życia Polaków i myślę, że wielu otwierają się oczy. Coś zaczyna się zmieniać i widać to chociażby po wyniku wyborów samorządowych.

Pal diabli faszystów w lesie. Problemem są ich sojusznicy u władzy

>>>

* * *

Obserwujcie które z mediów i którzy dziennikarze solidaryzują się z dziennikarzami TVN, a którzy nie – w prosty sposób zorientujecie się kto jest za wolnością słowa, a kto trzyma z władzą.

Ciul! Czy niewłaściwe jest, że zdrajcę określa się męskim członkiem po śląsku?

W Żorach odbył się protest przeciwko kandydatowi Koalicji Obywatelskiej, a obecnie radnemu PiS Wojciechowi Kałuży. W proteście wzięli udział m.in. Monika Rosa z Nowoczesnej i Borys Budka z PO.

Dzień po ogłoszeniu Koalicji Obywatelskiej, SLD i i PSL do Porozumienia Programowego prawicy dołączył radny Wojciech Kałuża. PiS zyskało tym samym 23 mandaty i to ono będzie sprawować władze w sejmiku woj, śląskiego.

Wojciech Kałuża został radnym z listy Koalicji Obywatelskiej, był rekomendowany przez Nowoczesną.

W Żorach odbył się protest, w którym uczestnicy postulowali o to, by radny PiS złożył mandat. Do zgromadzonych przemówiła posłanka Nowoczesnej Monika Rosa.

– Boli mnie serce, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Kałuża, ty ciulu, ty zdrajco. Mam nadzieję, że za rok wszystkich cholernych ciuli rozliczymy – powiedziała posłanka.

– Kałuża to nie jest męczennik. Za garść srebrników sprzedał to co jest najważniejsze, sprzedał honor i swoją twarz – powiedział Borys Budka.

„Przyzwoitość, nie pieniądze!”, „Oddaj mandat, przeproś Żory!”, „Jeżeś Ślązok, nie rób gańby!”, „Złodziej!”, „Kałuża, ty ciulu!”- takie okrzyki wznosili manifestanci na rynku w Żorach, podczas największej od 1989 roku demonstracji, wywołanej zdradzieckim manewrem kandydata Koalicji Obywatelskiej do Śląskiego Sejmiku Wojciecha Kałuży.

Dał się PiS–owi przekupić i otrzymując stanowisko wicemarszałka, przeszedł stronę partii rządzącej. Oszukani wyborcy i polityczni sojusznicy Kałuży domagali się, by oddał mandat wojewódzkiego radnego.

„Ten człowiek, który w kampanii wyborczej się kreował na Ślązaka, on po prostu to wszystko sprzedał. Nie bydzie tego. Jeżeś ślązok, oddaj mandat!” – krzyczał do mikrofonu Marcin Musiał, jeden z organizatorów manifestacji.

Wtórowało mu kilkaset osób, które przyszły na żorski rynek, by pokazać, że czują się oszukane. Na mównicę wyszła także posłanka Monika Rosa, szefowa Nowoczesnej na Śląsku.

„Boli mnie serce, że muszę stać i manifestować, bo jeden z członków Nowoczesnej zdradził. Nie traćcie wiary. Zaufajcie jeszcze raz” – prosiła Rosa i wykrzyczała na cały głos: „Kałuża, ty ciulu!”

O głos prosili też ludzie z tłumu. „Nie znałam tego pana” – zwróciła się do zgromadzonych emerytka pani Ewa – „ale zagłosowałam na niego, bo nie chciałam poprzeć kandydata PiS-u. Byłam przekonana, że jak ktoś jest jedynką na liście, to jest to kandydat najwyższego zaufania. W środę rano obudziłam się i okazało się, że jednak zagłosowałam za PiS-em! Wytrącono mi z ręki ostatnią broń dostępną dla zwykłego obywatela! Z obawą czekam na dzień, w którym obudzę się i dowiem, że nie jestem już obywatelką III RP, ale poddaną miłościwie panującego Jarosława” – mówiła pani Ewa.

Z kolei Maria Szymczyk podkreślała, że wywodzi się ze środowiska Żorskiej Samorządności, tak jak Wojciech Kałuża. „Panie Kałuża, gdzie, do cholery, są twoje ideały? Byłeś z nami w tym miejscu, gdy do Żor przyjechał prezydent Andrzej Duda. Nie stałeś wśród tych, którzy przyjechali klaskać. Wołałeś: „Konstytucja!”. Co się z tobą stało? – pytała Maria Szymczyk.

PiS toleruje neofaszystów, walczy z dziennikarzami śledczymi, którzy mogliby dotrzeć do ich przekrętów

Tego jest za wiele nawet dla mediów prawicowych, które dołączyły do wrzawy wywołanej wejściem agentów ABW do mieszkania operatora TVN Piotra Wacowskiego, który brał udział w pracach nad materiałem o polskich neonazistach z Wodzisławia Śląskiego.

Podniosły się krzyki o łamaniu wolności słowa i przekroczeniu granic zdrowego rozsądku.

Operatorowi TVN zarzuca się, że podczas tamtej głośnej imprezy stał z podniesioną ręką i oddawał hołd Hitlerowi, choć trudno zaprzeczyć twierdzeniu że tylko w taki sposób możliwe było zdobycie zaufania neonazistów, którzy zostali pokazani w materiale „Superwizjera”.

W opinii komentatorów mieszkanie Wacowskiego musiało być obserwowane, a on sam śledzony, bo agenci weszli, jak tylko operator przekroczył próg swojego domu. Wówczas wręczyli mu pismo, na mocy którego Wacowski musi się stawić na przesłuchanie.

Stacja TVN nie daje za wygraną i wydała w tej sprawie oświadczenie: „autorzy reportażu postępowali zgodnie ze wszystkimi standardami dziennikarstwa śledczego. Stawianie tego, który ujawnia działalność przestępczą na równi z przestępcami traktujemy jako próbę zastraszenia dziennikarzy”– brzmi stanowisko stacji.

W tej sytuacji – dowiadujemy się z portalu naTemat – TVN występuje na drogę prawną przeciwko tym, którzy twierdzili, że całe wydarzenie w Wodzisławiu Śląskim zostało zainscenizowane przez jej dziennikarzy.

W sieci zawrzało. Internauci są oburzeni takim obrotem sprawy i zarzucają rządzącym typowe dla nich odwracanie kota ogonem.

„Czy zdaniem PiS i zaprzyjaźnionych z władzą komentatorów TVN wymyślił ONR i Młodzież Wszechpolską, a ponadto zorganizował tegoroczny Marsz Niepodległości? Czy również Jacek Międlar i Piotr Rybak są opłacani przez TVN? A może i wielebny Rydzyk jest dziełem TVN? 🙂  – napisał Piotr Szumlewicz na Twitterze.

>>>

Tomasz Lis poleca:

Autorytarna forma rządu – zastraszać. Tak jest z operatorem TVN, do którego weszła ABW, bo uprzedził pisowskie służby w pokazaniu faszyzmu – a ten istnieje w Polsce, lecz pokraki nie potrafią z nim walczyć, bo go tolerują.

Upadła pisowska władza na klęczkach przed niebytem. Okropny widok niedowładu psychicznego u wyznawców Kaczyńskiego. Zniewolenie

25 List

Dialog na Twitterze między Hanną Lis a Brudzińskim z pointą.

Piątkowa nominacja Jacka Jastrzębskiego na szefa Komisji Nadzoru Finansowego – w miejsce skompromitowanego Chrzanowskiego – niesie zmianę układu sił w obozie władzy. Premier nie miał bowiem do tej pory większego wpływu na politykę KNF. Dotychczasowy jej przewodniczący, Marek Chrzanowski, był człowiekiem Adama Glapińskiego, wywodzącego się z tzw. zakonu PC, czyli pierwszej partii Kaczyńskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z naszych informacji wynika, że na początku listopada, kiedy atmosfera wokół KNF zaczęła gęstnieć, weterani PC i PiS próbowali zapewnić sobie długofalową kontrolę nad Komisją – także na wypadek ewentualnych zmian kadrowych.

– Wraz ze słynną poprawką „bank za złotówkę”, dającą KNF prawo do wywłaszczania właścicieli banków, do Sejmu trafiły po cichu także dwie inne propozycje zmian. Chodziło o zapisy, dające marszałkom Sejmu i Senatu prawo do delegowania do władz Komisji swoich przedstawicieli – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Poprawki były kwestionowane przez biuro prawne Sejmu, jako potencjalnie sprzeczne z konstytucją. Ustawa zasadnicza takich prerogatyw dla marszałków nie przewiduje. – Autor poprawek był jednak uparty, jego pomysły dwa razy trafiały do porządku obrad, zanim zostały wycofane – opowiada nasz rozmówca.

Z awantury w KNF premier wyjdzie zatem wzmocniony. Jacek Jastrzębski był do tej pory wiceszefem departamentu prawnego PKO BP. To, że Morawiecki misję sprzątania po Chrzanowskim powierzył menedżerowi z tego banku – zarządzanego przez Zbigniewa Jagiełłę, kolegę premiera jeszcze z czasów PRL-owskiej opozycji – to wyraźny sygnał.

Przypomnijmy: bezpośrednią przyczyną dymisji Chrzanowskiego było nagranie rozmowy z marca 2018 r., ujawnione przez bankiera Leszka Czarneckiego, który twierdzi, że szef KNF zażądał od niego – pośrednio – ok. 40 mln zł łapówki. W jednym z najważniejszych wątków afery KNF pojawia się nazwisko senatora PiS Grzegorza Biereckiego i nazwa jego fundacji Kocham Podlasie.

>>>

>>>

30 proc. – nawet o tyle firmy energetyczne chciałyby podnieść w przyszłym roku ceny energii elektrycznej dla odbiorców indywidualnych – podały w poniedziałek „Rzeczpospolita” i „Dziennik Gazeta Prawna”. Urząd Regulacji Energetyki otrzymał już cztery wnioski w tej sprawie od firm energetycznych.

Spora podwyżka? Prawdziwy ból głowy mają samorządy i firmy, które już od kilku tygodni dostają nowe cenniki z podwyżkami rzędu 50-70 proc. I w odróżnieniu od odbiorców indywidualnych, dla których taryfy musi zatwierdzić prezes URE, przedsiębiorcy nie mogą nic zrobić, będą musieli płacić więcej. Te ceny oczywiście przełożą się na ceny towarów i usług – praktycznie wszystkich, bo trudno dziś znaleźć branżę, która nie korzystałaby z prądu.

Tak czy inaczej, klienci zapłacą za drastyczny wzrost cen energii. Gra toczy się teraz o to, by nie zobaczyli tych podwyżek bezpośrednio na swoich rachunkach za prąd. Dlaczego? Bo dla rządzącej partii przed jesiennymi wyborami byłby to strzał w stopę. Dlatego minister energii i cały rząd wykonują teraz akrobatyczne ewolucje, by z jednej strony zrównoważyć bilans firm energetycznych, a z drugiej nie wzburzyć suwerena.

Zemsta węglowa

Skąd ta konieczność drastycznego podwyższenia taryf? Mści się wstrzymanie, a nawet cofnięcie w ostatnich latach restrukturyzacji rynku energetycznego oraz jego praktyczna nacjonalizacja i ograniczenie konkurencji. 80 proc. energii w Polsce powstaje z węgla, a ten – po kilku latach chudych – zaczął drożeć. Zdrożały też kilkukrotnie pozwolenia na emisję CO2, które każda elektrownia musi kupić, by móc wypuszczać do atmosfery ten gaz cieplarniany. Wzrosła też cena tzw. zielonych certyfikatów, które mają stanowić motywację dla firm energetycznych do inwestowania w odnawialne źródła energii (OZE). Nie inwestujesz w farmy wiatrowe, panele słoneczne czy elektrownie wodne? Płać.

Cud przedwyborczy

Ale nawet państwowe firmy nie mogą działać całkowicie w oderwaniu od realiów ekonomicznych. Drożejący węgiel i pozwolenia na emisję wymusiły w końcu podwyżki taryf energetycznych. I to drastyczne. Przedsiębiorcy będą musieli sobie poradzić sami (podwyższając ceny). A co z gospodarstwami domowymi? Szef URE może jakoś zmitygować apetyty koncernów energetycznych i nie zgodzić się na podwyżki rzędu 30 proc. Ale na jakieś chyba będzie musiał pozwolić. Dlatego rząd, ustami ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, błyskawicznie zapowiedział plan ratunkowy: gospodarstwa domowe nie zapłacą ani grosza więcej, nawet jeśli cena energii pójdzie w górę. Cud? Najwyraźniej tak, cud przedwyborczy. Minister tłumaczy pokrętnie, że podwyżkę wezmą na siebie dystrybutorzy energii. Słychać tu ech niedawnych deklaracji prezesów Orlenu i Lotosu, że wprowadzoną przez rząd nową opłatę paliwową oba te państwowe koncerny biorą na siebie. To było też przed wyborami – samorządowymi.

Pomijając koszty całej operacji („DGP” szacuje je na ponad 2 mld zł rocznie), trzeba pamiętać o jeszcze jednym ciekawym wątku w tej sprawie: europejskim. Co będzie jeśli Komisja Europejska uzna, że przelewanie pieniędzy z jednej państwowej kieszeni (spółki dystrybucyjnej czy budżetu) do innej (czyli spółek energetycznych), to ukryta forma pomocy publicznej? Zdaniem eksperta Filipa Elżanowskiego z kancelarii prawnej Elżanowski Charka i Wasowski, cytowanego przez „Dziennik Gazetę Prawną”, zamiar takich transferów rząd będzie musiał zgłosić Komisji, by ta oceniła czy nie jest to zabronione subsydiowanie spółek, które zakłóca normalne mechanizmy rynkowe. Jeśli Bruksela zaprotestuje, rząd będzie musiał wymyślić jakiś inny plan godny barona Münchhausena. Do wyborów tylko parę miesięcy.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o prezesie.

Kto to widział, żeby do Pana Prezesa mówić „panie Jarku”. Czy do Aleksandra Wielkiego zwracali się „panie Olku”?!

Bardzo się obruszył prezes PiS, gdy w czasie rozprawy w procesie między nim a Lechem Wałęsą ktoś z publiczności nazwał go „panem Jarkiem”. „Panem Jarkiem byłem 40 lat temu!” – replikował dotknięty do żywego. Ta reakcja wiele mówi nie tylko o samym Kaczyńskim, ale i o sytuacji, w jakiej znalazła się Polska.

Pan Donek, pan Jarek i inne zniewagi

To znamienne, że szefa partii rządzącej najbardziej oburza lekko protekcjonalna formuła „pan Jarek”. Jakoś nie słychać, by w podobnie drażliwy sposób reagował np. na skandowanie „Precz z Kaczorem dyktatorem” czy porównywanie go do Gomułki. Tamte epitety i oskarżenia znosi z godnością, wyniośle milcząc, natomiast „pana Jarka” nie zdzierżył.

Sam zresztą podobnej formuły używa, gdy chce komuś szczególnie dopiec – w czasie sromotnie przerżniętej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem w 2007 r. zwracał się do niego per „panie Donku”. Tusk nie pozostał mu dłużny i z uśmiechem na ustach odpowiadał mu „panie Jarku” i „Jareczku”. W tej konkurencji szef PO okazał się lepszy, bo „pan Donek” najwyraźniej spłynął po nim jak po – przepraszam – kaczce, a Kaczyński został wyprowadzony z równowagi. To było widać gołym okiem. Już do końca debaty pozostawał zdenerwowany, spięty, zły – i w efekcie przegrał zarówno pojedynek w telewizji, jak i starcie przy urnach wyborczych.

Jaka jest różnica między „Kaczorem dyktatorem” a „panem Jarkiem”? Dlaczego ten pierwszy epitet nie prowokuje Kaczyńskiego do kłótni, a drugi rozpala go do czerwoności? To oczywiste – słowo „dyktator” zawiera w sobie element siły. Potęgi. Dyktator to człowiek, który żelazną ręką trzyma społeczeństwo i przed którym drżą poddani. Owszem, nienawidzą go, ale zarazem czują przed nim respekt. Szanują. Do pewnego stopnia wręcz go podziwiają, bo przecież potęga, nawet wroga i opresyjna, wzbudza podziw.

A „Pan Jarek” nie jest groźnym i surowym władcą, ale wąsatym jegomościem mieszkającym po sąsiedzku w tym samym bloku. Codziennie rano widzimy go, jak w rozczłapanych butach idzie do kiosku, żeby kupić „Super Express” i zagrać w Lotto. Pan Jarek żadnego podziwu nie wzbudza. W ogóle nie wzbudza niczego poza ironicznym uśmieszkiem – ani strachu, ani szacunku. A przecież właśnie tego pan prezes łaknie i potrzebuje. Bez podziwu, strachu, szacunku, bez uniżonych gestów poddanych i bez czołobitności wyznawców usycha i więdnie.

W rozmowie z Teresą Torańską powiedział kiedyś, kim chciałby zostać w przyszłości: „emerytowanym zbawcą narodu”. To oczywiście miał być żart, ale w jego podtekście kryła się głęboka wiara i przekonanie o własnej wielkości. Bo przecież normalny człowiek tak nie żartuje. Do głowy mu nie przychodzi, że mógłby być idolem tłumów, które padają przed nim na kolana. Taka wizja i taka rola społeczna mieści się poza horyzontem wyobrażeń normalnego człowieka.

Gdy cię nie kochają, niech się przynajmniej ciebie boją

„Zbawca narodu” i „Kaczor dyktator” to w istocie lustrzane odbicia tej samej potęgi. Z przeciwnymi znakami. Plus i minus. Yin i yang. Skoro nie możesz sprawić, by cię wielbili, to niech przynajmniej cię nienawidzą i niech się ciebie boją. Bo to też oznacza, że cię szanują i podziwiają.

Nie tylko w kraju. Skoro nie możesz być dla społeczności międzynarodowej autorytetem ani liderem, skoro nie możesz w Unii Europejskiej odegrać roli przywódczej, to możesz przynajmniej zostać jej szwarccharakterem. Wiecznym kontestatorem, który blokuje wszelkie inicjatywy i uniemożliwia innym wspólne działanie.

Pamiętacie podpisywanie traktatu lizbońskiego o Unii Europejskiej w 2007 roku? Zanim ówczesny prezydent Lech Kaczyński go zaakceptował, długo droczył się z partnerami, mówił, że nie podpisze, bo to czy tamto. Właściwie nie bardzo było wiadomo, o co chodzi i jakie są rzeczywiste powody tego spektaklu. Tak jak nie było też wiadomo, dlaczego prezydent nagle odpuścił i podpisał dokument.

Dopiero z opóźnieniem dowiedzieliśmy się, że przez cały czas konsultował się telefonicznie z bratem, który mówił mu, co robić. Być może po wielogodzinnym utrzymywaniu całej Europy w stanie nerwowego napięcia i niepewności patologicznie rozdęte ego Jarosława Kaczyńskiego poczuło się chwilowo zaspokojone?

Ale tylko chwilowo, bo przecież zaraz po podpisaniu traktatu zaczął się kolejny spektakl, w którym chodziło o ratyfikację dokumentu w Polsce i ostateczne podpisanie go przez prezydenta. Droczenie się zakończono dopiero w 2009 r.

Kto nadmuchał ego małego Jarka?

Nie wiemy, kiedy ta mania wielkości została zaszczepiona w psychice pana prezesa. Być może nosi ją w genach, z nią przyszedł na świat. A może to efekt negatywnych doświadczeń w procesie socjalizacji? Może koledzy na podwórku go lali i wyśmiewali się z niego? Już ja wam pokażę – powiedział zapłakany mały Jarek. Zobaczycie, że kiedyś zostanę zbawcą narodu, Aleksandrem Wielkim, Napoleonem albo przynajmniej Stalinem.

I metodycznie realizował tę zapowiedź, z maniakalną konsekwencją przygotowując się do tej roli. Wiele lat później dowiedzieliśmy się, że uważnie studiował m.in. „Krótki kurs historii WKP(b)”. Po co? Przecież normalny człowiek tego nie czyta. To lektura dla historyków. No i dla szaleńców, którzy mogą tu znaleźć inspirację i wzorce.

Długo trwało, zanim Jarkowi udało się spełnić obietnice złożone niedobrym kolegom. Ciągle odbijał się od ściany. W wywiadzie udzielonym w 1994 r. politologowi Tomaszowi Grabowskiemu mówił, że w okresie „Solidarności” był na marginesie, poza głównym nurtem wydarzeń. A potem przyszedł stan wojenny: „W 1982 r. próbowaliśmy przebić się do kierownictwa ‘Solidarności’ z Dornem, bo mieliśmy taką optymistyczną wizję, że może teraz my staniemy się głównymi mózgami. To zakończyło się kompletną plajtą, zresztą tak jak i inne próby przebijania się do decydujących grup” – wspomina.

A może wcale nie chodziło o to, by coś pokazać kolegom z podwórka. Może błędy wychowawcze popełniła mama, wmawiając małemu Jarkowi, że jest wybitny i wspaniały. Że historia przeznaczyła go do wielkich zadań. Teraz ta mama ma rondo swego imienia w Starachowicach, a Jarosław osobiście wziął udział w uroczystości odsłonięcia tablicy.

Bo oczywiście wielkość zbawcy narodu promieniuje na jego bliskich. Na mamę i przede wszystkim na brata, który zasługuje na spoczynek w krypcie królów na Wawelu oraz na ulice swego imienia i pomniki w całym kraju. Jeżeli władze samorządowe takiego pomnika na placu w centrum miasta postawić nie chcą – wtedy trzeba zmilitaryzować plac, odbierając go samorządowi, który najwyraźniej nie rozumie, jaka jest funkcja i sens istnienia Polski. Trzeba mu uświadomić, że Polska istnieje po to, by kult zbawcy narodu i jego rodziny miał gdzie rozkwitać.

Niech stanie tysiąc pomników. A potem co?

Pytanie tylko, co dalej. Co będzie robić pan Jarek, gdy osiągnie cel swojego życia? Gdy oficjalnie zostanie już okrzyknięty Jarosławem Mądrym (wcześniej trzeba będzie pozbawić tego przydomka ukraińskiego władcę, ale to pryszcz, Putin pomoże to załatwić), a we wszystkich polskich miejscowościach będą już ulice Lecha Kaczyńskiego i na wszystkich centralnych placach staną pomniki Prezydenta Tysiąclecia. Co wówczas?

Niedobrze by było, gdyby skończyło się tak, jak w opowiadaniu, w którym tybetańscy mnisi odkryli, że celem istnienia świata jest sporządzenie listy wszystkich imion Boga we wszystkich językach świata. W tym celu zakupili supernowoczesny amerykański komputer, zainstalowali w nim wszystkie języki i uruchomili program spisujący imiona Boga.

A gdy program zakończył działanie, gwiazdy na niebie zaczęły gasnąć.

Waldemar Mystkowski pisze o zamachu na wolne media.

PiS nie ma pomysłu, jak ugryźć wolne media, bo te patrzą władzy na ręce i co rusz ujawniają jakąś aferę, a z tymi jest tak, iż co zostanie podniesiony jakiś kamień, wypełza spod niego pisowska korupcja. Takiej aferalnej partii u władzy dotychczas nie mieliśmy.

A przy tym wzrasta prymitywizm działania polityków PiS. Kiedyś wiceprezes tej partii Adam Lipiński zapraszał do siebie Renatę Beger, aby ją przekupić posadą, dzisiaj niezbyt lotny szef kancelarii Mateusza Morawieckiego, Michał Dworczyk jedzie na Śląsk, aby skorumpować lokalnego polityka Kałużę i od razu wiadomo za ile go kupił.

Ani Dworczyk w związku z tym nie dostaje rumieńców na twarzy, ani premier, któremu przyglądając się coraz bardziej stwierdzam, że to typowy polityk słup. Był słupem jako prezes w banku z grupy Santander, dzisiaj jest słupem Kaczyńskiego. Gdy jednak jakiś dziennikarz trochę pociągnie go za język, sypie się jego pojęcie o wolności, demokracji i najczęściej mamy do czynienia z osobnikiem o nadymanym ego.

Donald Tusk określił go osobą nie wychylającą się ze swoim zdaniem. Taka trusia, która czeka okazji, aby się nadymać. Przypomina ropuchę dostającą wzdęcia podgardla. Jego braki wiedzy o demokracji wychodzą na każdym kroku, ale też braki charakterologiczne. O mediach był rzec, iż „80 proc. mediów znajduje się w rękach naszych przeciwników”.

Czyli wolne media są we wrogich rękach, bo niepisowskich. Definicja wroga dla Morawieckiego jest oczywista, to ktoś niezwiązany emocjonalnie i ideowo z PiS. Wrogiem dla Morawieckiego jest 80 proc. Polaków (19 proc. zagłosowało na PiS), który to odsetek został z automatu przeniesiony na media. Od początku PiS kombinuje, jak tych 80 proc. zniewolić, uczynić sobie posłusznymi. Przez 3 lata nie wiedzą, jak ugryźć wolne media, jak sprowadzić je do niskiego poziomu dawnych mediów publicznych, TVP i radia. Próbują to osiągnąć poprzez zastraszanie i manipulowanie.

TVN wyemitował reportaż o neofaszystach świętujących urodziny Hitlera, którym nic się nie dzieje w państwie rządzonym przez PiS. Więc politycy PiS i ich media wykombinowali, iż autorzy reportażu zrobili z neofaszystami ustawkę.

Refleksja. Jak neofaszystów można namawiać na neofaszyzm? Nie ma takiej opcji, problemem dla dziennikarza jest, aby zgodzili się neofaszyści, by ich rytuały filmować. Gdy reportaż został wyemitowany, a Polska zobaczyła, iż neofaszyzm w państwie PiS ma się całkiem dobrze, wkraczają wówczas media pisowskie, służby państwa i stosują metodę „na złodzieja”.

Złodziej złapany na gorący uczynku odwraca uwagę i wskazuje na tego, którego okradł. W tej metodzie jest dążenie do tego, aby propagandowo rozegrać TVN, najpierw zastraszyć, a nastepnie – gdy opinia publiczna zostanie przewekslowana – postarać się przejąć media.

Operator reportażu o neofaszystach Piotr Wacowski jest szykanowany przez ABW. Otóż wręczono mu pismo, aby stawił się w charakterze podejrzanego o propagowanie faszyzmu. Nawet wskazano mu zarzuty, mianowicie z art. 256 par. 1 Kodeksu karnego (propagowanie nazizmu, zagrożone karą od grzywny do dwóch lat więzienia). Logika tego jest mniej więcej taka, że podobny zarzut można by postawić np. reżyserowi filmu o wrześniu 1939, ABW mogłoby wręczyć wezwanie na przesłuchanie, bo jest podejrzany o propagowanie napaści hitlerowców na Polskę.

To jest jedna z prób oskarżenia niezależnych mediów, by je sobie podporządkować. Na szczęście twardo o tej pisowskiej chęci zamachu na wolne media wypowiedziała się ambasador USA Georgette Mosbacher, która mówiła o wielkiej sympatii do Polski, jaka jest w Kongresie USA, ale może ją zepsuć jedna rzecz: „zamach na wolne media”.