Tag Archives: Daniel Passent

Wizje Kaczyńskiego i jego SKOK-i

24 List

Pięć bitew o SKOK. Jak Bierecki, Kaczyński, Duda i politycy PiS blokowali nadzór nad Kasami

Rzeczywiście nadzór nad SKOK-ami był spóźniony. Ale winę za to ponoszą Grzegorz Bierecki, Lech Kaczyński, Andrzej Duda i PiS, a nie pobity przez ludzi Wołomina Wojciech Kwaśniak i inni urzędnicy KNF. Nie damy PiS, Zbigniewowi Ziobrze, prokuraturze i senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu zakłamać prawdy o Kasach.

Prokuratura zarzuca byłym urzędnikom KNF spóźnione działania nadzorcze wobec SKOK Wołomin. A minister Ziobro twierdzi, że były wiceszef KNF został pobity przez ludzi z „Wołomina”, bo Komisja rozzuchwaliła bandytów swoją bezczynnością.

To, co dzieje się w sprawie byłych urzędników KNF i SKOK Wołomin, to próba przerzucenia odpowiedzialności za katastrofalną sytuację finansową większości spółdzielczych kas oszczędnościowo kredytowych

  • z tych, którzy do niej doprowadzili i którzy pomagali ją SKOK-om ukrywać, podpowiadając księgowe sztuczki
  • oraz tych, którzy przez lata bronili SKOK-ów przed państwowym nadzorem,
  • na tych, którzy przez 3 lata „wyczyścili” sytuację w Kasach i faktycznie uchronili setki tysięcy ludzi przed stratą oszczędności.

To także próba rozmycia afery związanej z korupcyjną propozycją złożoną Leszkowi Czarneckiemu przez Marka Ch., szefa KNF powołanego za rządów PiS. Rządzący chcą pokazać, że wprawdzie w ich obozie zdarzają się czarne owce, ale za rządów poprzedników, było ich jeszcze więcej (w KNF – siedem razy więcej!).

Ale nie damy PiS-owi, Zbigniewowi Ziobrze, prokuraturze i senatorowi Grzegorzowi Biereckiemu zakłamać prawdy o Kasach.

Przypominamy, jak Bierecki i sprzyjający mu politycy – głównie z PiS – doprowadzili do tego, że przed laty SKOK-i zostały objęte wyłącznie nadzorem Krajowej SKOK (na której czele stał Bierecki) i jak przez kilkanaście lat blokowali wprowadzenie zewnętrznego, państwowego nadzoru nad kasami.

Prokuratura i Ziobro: nadzór KNF był spóźniony

6 grudnia 2018 roku szczecińska prokuratura wysłała funkcjonariuszy Centralnego Biuro Antykorupcyjnego, by o 06.00 rano zatrzymali siedmioro urzędników, którzy za rządów PO-PSL nadzorowali SKOK-i w Komisji Nadzoru Finansowego. Wśród nich – byłego szefa KNF Andrzeja Jakubiaka i jego byłego zastępcę Wojciecha Kwaśniaka.

Śledczy zarzucili im, że zbyt późno podjęli działania nadzorcze w sprawie SKOK Wołomin i przez spóźnione wprowadzenie w tej Kasie zarządu komisarycznego doprowadzili do szkody przekraczającej 1,5 mld złotych.

Prokurator krajowy Bogdan Święczkowski, na konferencji dotyczącej zatrzymań, powtarzał, że „to jest prawdziwa afera KNF” (w odróżnieniu od sprawy Marka Ch., byłego szefa KNF, powołanego za rządów PiS).

Cały tekst o SKOK-ach tutaj >>>

Kiedy Andrzej Duda wznosił podczas inauguracji Sejmu IX kadencji akty strzeliste do demokracji i dialogu, za fasadą szła ta sama destrukcyjna robota.

Próba zniesienia trzydziestokrotności, drastyczne podwyżki akcyzy na alkohol i papierosy, zrujnowanie Funduszu Rezerwy Demograficznej w związku z kiełbasą wyborczą dla emerytów, milczenie o sprawie Banasia.

Zadowolony z siebie premier dywagował o państwie dobrobytu, gdy nad gospodarką europejską znów gromadzą się chmury, a poważne inwestycje w Polsce stoją w miejscu. No ale od czasów rzecznika Jerzego Urbana wiadomo, że rząd się sam wyżywi, zwłaszcza że konfiturami ma teraz zarządzać pan Sasin.

O tym, że „wersal” – czyli szacunek dla przeciwników politycznych i dla prawa – w polityce polskiej się skończył, usłyszeliśmy już dawno temu od Andrzeja Leppera. Niszczenie demokracji zaczyna się od niszczenia praworządności i debaty politycznej, którą zastępuje słowotok i hejt.

Więcej >>>

Podczas kiedy premier Morawiecki wygłaszał triumfalne orędzie w Sejmie, wzrok mój padł na ogromny, sześcioszpaltowy tytuł w „Rzeczpospolitej”: „Czy powstanie Agencji Uzbrojenia opanuje CHAOS W ZBROJENIÓWCE” (podkreślenie – Pass.). Chaos w zbrojeniówce? Pierwsze słyszę. Przecież przemysł zbrojeniowy należy do najważniejszych gospodarczo i politycznie, to oczko w głowie każdego rządu. Jak to jest możliwe, że tam, gdzie wszystko jest pod kontrolą władzy, panuje chaos? Czy to wina Tuska?

Jak informuje poważna przecież gazeta, nie tak dawno utworzona Polska Grupa Zbrojeniowa wraz z Inspektoratem Uzbrojenia MON mają utworzyć nową Agencję Uzbrojenia. Kolejna reorganizacja na wielką skalę. Po co? Dlaczego? Czyżby zbrojeniówka dotychczas nie powstała z kolan? Dziennikarze Zbigniew Lentowicz i Marcin Piasecki wyjaśniają, że politycy związani z  szefem MON Mariuszem Błaszczakiem „nie chcą dopuścić do tego, by zbrojeniowy potentat był nadzorowany przez Ministerstwo Aktywów Państwowych kierowane przez wicepremiera Jacka Sasina”. Nowa agencja będzie mogła zlecać produkcję na rzecz wojska bez przetargu.

Więcej >>>

W największej opozycyjnej partii rozpoczęła się procedura prezydenckich prawyborów, w których zmierzą się Małgorzata Kidawa-Błońska i Jacek Jaśkowiak. Ale nie tylko oni szykują się do walki o pozycję w partii.

Rozpoczynamy nowy etap polityki, który zakończy się zwycięstwem w wyborach – powiedział po piątkowym posiedzeniu zarządu PO Grzegorz Schetyna, ogłaszając jednocześnie, że w partii zaczyna się procedura prezydenckich prawyborów. Zarząd Platformy zatwierdził kandydatów: Małgorzatę Kidawę-Błońską i Jacka Jaśkowiaka.

Prawybory, czyli wreszcie emocje w PO

Los prawyborów wisiał na włosku do ostatniej chwili. Termin zgłoszeń kandydatów minął we wtorek o północy i do tego momentu jedyną oficjalnie zgłoszoną kandydatką była Kidawa-Błońska. Dopiero następnego dnia okazało się, że korespondencyjnie wpłynęło jeszcze zgłoszenie drugiego kandydata – prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka.

– Grzegorz Schetyna włożył w ostatnich dniach mnóstwo energii, żeby znaleźć kogoś, kto stanie do prawyborów. Długo namawiał Tomasza Grodzkiego, posłów, europosłów, a nawet kilku samorządowców – mówi „Polityce” poseł PO. – Te prawybory to był dla niego punkt honoru, wiedział, że jeśli się nie odbędą, to zostanie to uznane za jego osobistą porażkę – dodaje nasz rozmówca.

Start Jaśkowiaka był zaskoczeniem dla prawie wszystkich. Na pierwszym miejscu – dla Kidawy-Błońskiej, która wyraźnie niezadowolona komentowała, że wolałaby się o tym dowiedzieć od samego kandydata. Ale zdziwieni byli też inni, zwłaszcza przeciwnicy Schetyny, którzy mieli nadzieję szybko zacząć kampanię prezydencką i przeprowadzić jak najsprawniej wybory na przewodniczącego PO. Według relacji naszych rozmówców Kidawa-Błońska była tak zła na Schetynę, że rozważała wycofanie się ze startu. Nie zdecydowała się jednak na to, a zamiast tego postanowiła podobno walczyć z jeszcze większą determinacją.

Więcej >>>

Nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie? – zdawał się pytać prezes. Jednak tym razem ta buta to pozór. Kamuflaż. Wódz słabnie i wie o tym.

Wiele osób sądziło, że po porażce, jaką w gruncie rzeczy był dla PiS wynik wyborów, Jarosław Kaczyński złagodzi kurs. Po doświadczeniach nocy z czwartku na piątek są mocno zaskoczeni: jak to?!

Znów zobaczyli to samo szyderczo wykrzywione oblicze „dobrej zmiany”, które tak dobrze znają z minionej kadencji. Znów byli świadkami, jak zgraja kreatur prezesa bezceremonialnie przepycha na eksponowane stanowiska w państwie najgorsze szumowiny, pozbawiając oponentów jakiegokolwiek wpływu na sprawy publiczne.

W głosowaniu coś „nie stykło”? Moglibyśmy je przegrać? A cóż za problem, zagłosujemy jeszcze raz… Dobrze zapamiętajmy twarz Jarosława Kaczyńskiego, ten jego szyderczy uśmieszek szatniarza: nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie?

Pozornie uśmieszek i bezczelność była taka sama, jak w minionych czterech latach, kiedy „dobra zmiana” prezentowała butę i ignorowała każdy głos sprzeciwu. To była metoda Kaczyńskiego na radzenie sobie z oponentami.

W państwach praworządnych i demokratycznych władza musi się liczyć z opiniami opozycji i społeczeństwa, uwzględniając je w swoich działaniach. A Kaczyński demonstracyjnie się z nimi nie liczył. Przetrzymał falę wielkich demonstracji, przetrzymał oblężenie parlamentu, przetrzymał strajki niepełnosprawnych, nauczycieli i innych grup społecznych. Wyrobił w obywatelach przekonanie, że władza nie reaguje na nic, więc nie ma sensu protestować, bo to i tak nic nie da.

Na pierwszy rzut oka czwartkowa noc była ciągiem dalszym tego samego spektaklu. A jednak coś się zmieniło.

Kilka dni wcześniej uformowało się zdominowane przez opozycję prezydium Senatu, które już zapowiada powołanie komisji, mającej zbadać sprawki pisowskiego szefa NIK. Na początku tygodnia PiS musiał jak niepyszny wycofać się z planu zniesienia tzw. limitu 30-krotności w składkach ZUS. Expose premiera spotkało się z miażdżącą krytyką ze wszystkich stron. Koalicjanci się burzą i żądają większego udziału we władzy, biskupi domagają się zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. I nawet Jacek Kurski musiał się wycofać z sylwestrowych planów TVP.

Wszystko to razem stwarza wrażenie słabości. Widać wyraźnie, że władza straciła pełną kontrolę nad sytuacją i w wielu kwestiach znalazła się w defensywie. I właśnie taki jest kontekst czwartkowego spektaklu w Sejmie.

W poprzednich czterech latach PiS demonstrował siłę, którą rzeczywiście posiadał. Teraz jednak demonstracja siły była kamuflażem, zasłoną dymną, mającą ukryć erozję władzy Kaczyńskiego. Prezes pilnie potrzebował takiego spektaklu, by podtrzymać entuzjazm i zmotywować swych żołnierzy. Autorytet, jakim się cieszy, jest bowiem pochodną przekonania jego wyznawców, że wódz nigdy się nie myli, nigdy nie przegrywa i prowadzi swój lud od jednego chwalebnego triumfu  do następnego. Tę wiarę trzeba w ludzie pisowskim podtrzymywać – i temu właśnie służył czwartkowy pokaz buty i szyderczy uśmieszek na twarzy wodza: nie mam waszych płaszczy i co mi zrobicie?

Otóż, zrobimy, panie prezesie. Wkrótce się pan przekona.

Arcybiskupowi Jędraszewskiemu popieprzyły się epoki. Średniowiecze jakiś czas temu minęło

9 Kwi

Arcybiskup Marek Jędraszewski wystąpił na Europejskim Kongresie Samorządów. W panelu „Czy religia jest jeszcze człowiekowi potrzebna?” potępił Europę Zachodnią, w której według niego dominują „atomizacja, relatywizm, wychwalenie indywidualizmu”.

Poruszył też palący według niego problem współczesnych prześladowań, jakich doznaje Kościół. Tyle, że swój wywód podparł bardzo szokującym argumentem.

„Spójrzmy dzisiaj na Australię, gdzie kardynał Pell został skazany. Tam są łamane prawa człowieka. Chrześcijaństwo zawsze było prześladowane” – stwierdził metropolita. Zapomniał tylko dodać, że kard. George’a Pella skazano na 6 lat więzienia za … pedofilię. Dodajmy: Pell nie przyznaje się do winy. Apelacja ma być rozpatrzona w czerwcu.

Kiedy w mediach pojawiły się informacje, że opozycja, jak wygra, zastąpi telewizję publiczną nową instytucją, odezwał się szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański. Odezwał się w stylu bajkopisarskim, oświadczając na antenie radiowej Jedynki: „My się kierujemy dobrem całego społeczeństwa w tym sensie, że społeczeństwo musi mieć media, które nie są zależne od jednej grupy politycznej”.

Podkreślił również, że „media publiczne spełniają swoją rolę. (…) Wypełniają to, czego obywatele powinni od nich oczekiwać. I są w związku z tym solą w oku”.

No i z powodu tej „soli” okropnie denerwują opozycję. Według Czabańskiego, to co najbardziej niepokoi opozycję, to fakt, „że te media po raz pierwszy od wielu lat i w ubiegłym roku, i w tym roku dostały bardzo poważne zasilenie z pieniędzy tytułem rekompensat za utracone wpływy z abonamentu”. Tu wreszcie pan Czabański powiedział prawdę, nie wspomniał jednak słowem, że ta kasa nie przełożyła się na żaden zauważalny, czy też policzalny sukces.

Ale co tam, bajał dalej: „dzięki mediom publicznym każdy z nas może wysłuchać wiadomości pokazywanych z różnych stron, różnych wiadomości, które normalnie nie przebiłyby się na rynku medialnym”.

Nawet to trochę śmieszne. Trzeba jednak uzupełnić, że pod rządami PiS audytorium np. radia publicznego zmniejszyło się niemal o połowę, co znaczyłoby, że „misja”, na którą się często powołuje, jest realizowana tylko w 50 procentach, ale za to za wielokrotnie większą kasę, wyrwaną z kieszeni podatnika. Pan Czabański zna się na tej robocie.

Szczęśliwie politycy opozycji zapowiadają, że zmiany będą radykalne. I dodają: „Przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

Oby dotrzymali słowa.

Strajku nauczycieli winien jest rząd, ponieważ od początku kadencji, od ponad trzech lat, wyciąga miliardy złotych jak króliki z kapelusza. Są pieniądze na 500 plus? Są, bo uszczelniliśmy podatki. Są miliardy na 500 plus na pierwsze dziecko? Dzięki nam – są.

Są pieniądze na trzynastą emeryturę? Są pieniądze na obniżenie nauczycielom kosztów uzyskania dochodu? Są, bo my pamiętamy o milionach emerytów, którzy stanowią wielki elektorat. Są pieniądze na zwolnienie z podatku ludzi młodych, do 26. roku życia? Są, a Tusk z Rostowskim ich nie umieli znaleźć, a jeśli powrócą do władzy, to wam to wszystko odbiorą i zmarnują na in vitro, na seksualizację przedszkolaków. W ten sposób PiS krok po kroku kupował, korumpował wyborców i ogłupiał – młodych, starych i średnich, którzy już mają dzieci. My wam płacimy – wy na nas głosujecie.

Gdyby, powtarzam, gdyby PiS mniej hojnie rozrzucał pieniądze, przyznając np. 500 plus tylko najbiedniejszym rodzinom, gdyby trzynastkę dostali tylko emeryci i renciści, którzy mają najniższe świadczenia – znalazłoby się choć część pieniędzy na nauczycieli. Pieniądze są! Pieniądze są! – mówił rząd i rozdawał na lewo i na prawo, np. na kosztowne projekty i wizje, jak choćby miliony na poprawę wizerunku Polski i premie dla swoich.

Prawo i Sprawiedliwość, mając miliardy do dyspozycji, popełniło kolosalny błąd – kupowało głosy wyborców, zaniedbując nauczycieli i ochronę zdrowia. Co mają zrobić pacjenci, którzy umierają w SOR, gdzie brakuje miejsca na podłodze dla dzieci chorych psychicznie? Co w tej sytuacji miał sobie pomyśleć młody nauczyciel po studiach, który pracuje w szkole publicznej za 1800 zł miesięcznie i uczy w klasie, w której jest 30 dzieci? A obok, w szkole „społecznej”, klasy są o połowę mniej liczne, a zarobki wyższe.

Nauczyciele nie mieli innego wyjścia niż strajk, choć uderzenie akurat w czasie egzaminów jest dyskusyjne. Odnoszę wrażenie, że opozycja i część mediów opozycyjnych zachęcały do strajku, widząc w nim szansę na porażkę rządu. To jest nie fair. Walka z rządem „do ostatniej nauczycielki” nie powinna być celem opozycji. Celem powinna być znaczna poprawa sytuacji materialnej nauczycieli, a co za tym idzie – poprawa ich prestiżu, przede wszystkim w szkole, ale i w społeczeństwie w ogóle. To położyłoby kres negatywnej selekcji do zawodu, wszak wiadomo, że dla wielu młodych ludzi praca w szkole to ostatni ratunek. Rząd w dodatku niepotrzebnie prowokuje nauczycieli. Przynieść na spotkanie ostatniej szansy projekt podniesienia pensum (obecnie niskie, 18 godz. tygodniowo) i zarobków stopniowo przez kilka lat to liczyć na odrzucenie tej idei w tym momencie. Dyskusje o pensum i wzroście zarobków trzeba było położyć na stół dużo wcześniej, a nie ostatniej nocy.

Niewykluczone, że rząd liczy na złamanie strajku, co by utrudniło roszczenia innych grup zawodowych. Rząd, który miesiącami zwlekał z rozpoczęciem negocjacji, lansuje teraz tezę, że jest to strajk „polityczny”, którego plan powstał półtora roku temu „w gabinecie Schetyny”. Oczywiście, że tego typu wydarzenie ma wymowę polityczną. Żółte kamizelki są też polityczne. 500 plus też jest polityczne i to żaden wstyd. Na półtora miesiąca przed wyborami do Europy i pół roku przed wyborami do Parlamentu Kaczyński i Morawiecki woleliby mieć w kraj spokój, posprzątane. Ale są pod ścianą: na wynik starcia z nauczycielami patrzą inni, którzy tylko czekają.

A premier Morawiecki już mówi, że budżet państwa nie jest z gumy. Budżet z gumy nie jest, ale premier – tak. Do tego wszystkiego planowany wyjazd minister Zalewskiej do Paramentu Europejskiego w trakcie „jej” reformy to po prostu wstyd.

PiS tuczy swoich

6 Mar

Władza tuczy swoich, głodzi obcych. Jeżeli ktoś jeszcze ma złudzenia co do uczciwości obecnych władz w zamawianiu reklam i ogłoszeń, powinien przeczytać artykuł Jakuba Bierzyńskiego „Polityczna dystrybucja budżetów reklamowych” w „Rzeczpospolitej” (4.O3.2019).

Autor od 25 lat prowadzi dom mediowy OMD. Oto wypisy z jego artykułu:

Gdy przyszła zmiana władzy, udział mediów kojarzonych z PiS w wydatkach na reklamę państwowych firm gwałtownie wzrósł. Wydawnictwa Fratria (m.in. „Sieci”), Orle Pióro, Niezależne Wydawnictwo Polskie zaabsorbowały w 2016 r. 25 mln zł z reklam (wzrost o 525 proc.!), rok później 28 mln (+12 proc.) i aż 48 mln w ubiegłym roku (kolejne +70 proc.). Stanowi to 33 proc. udziału w całości ich przychodów w 2018 r. To blisko siedem razy więcej niż średnia rynkowa.

Po przejęciu władzy przez PiS strumień publicznych środków pompowanych do TVP gwałtownie wzrósł już w 2016 r. i nadal systematycznie rośnie. W 2018 r. spółki Skarbu Państwa (SSP) wydawały w TVP dwuipółkrotnie większą kwotę niż w 2015 r. (wzrost o 150 proc.). Telewizja publiczna, posiadając 21,7 proc. udziału w oglądalności, jest ponadtrzyipółkrotnie nadreprezentowana w wydatkach SSP (62,1 proc.).

Reklam takich firm jak Orlen, PZU, Lotos, LOT, PKO nie mają szans zobaczyć „Polityka” i „Newsweek”. Oba pisma, posiadając razem 25 proc. udziałów w rynku czytelnictwa, mają jedynie 0,5 proc. (!) udziału w wydatkach państwowych firm na reklamę. TVN, mając 12,2 proc. oglądalności i 15,3 proc. w rynku reklam, może liczyć jedynie na 0,4 proc. budżetów państwowych spółek.

W niektórych przypadkach dochodzi do sytuacji groteskowych. Polska Grupa Zbrojeniowa reklamuje ciężki sprzęt bojowy w „Gazecie Polskiej”, „Sieci” i „Do Rzeczy”. „Rozumiem, że osoby decydujące o inwestycjach reklamowych, tam właśnie szukają klientów na karabiny, granaty i czołgi” – pisze Bierzyński.

W sumie po przejęciu władzy wydawnictwa prawicowe w ciągu trzech lat zarobiły ponad 100 mln zł. Trzy główne wydawnictwa prawicowe w ciągu trzech lat otrzymały „dotację” ze Skarbu Państwa w wysokości ok. 80 mln zł (wartość cennikowa).

Jakub Bierzyński ostrzega, że inwestycje w reklamie podlegają profesjonalnym audytom, a powyższe wydatki pozwolą postawić decydentom zarzut o działanie na szkodę własnych spółek. Po zmianie władzy i uniezależnieniu prokuratury to spółki Skarbu Państwa będą jednym z pierwszych obiektów kontroli. Wielkość strat przy budżetach reklamowych z łatwością przekroczy kodeksowe „mienie wielkiej wartości”, czyli milion złotych. Przy takiej kwocie grozi już 10 lat więzienia. Łatwo będzie udowodnić przestępstwo – kończy Bierzyński.

Co prawda autor nie odkrywa Ameryki, gdyż są to sprawy dobrze znane, ale warto je przypominać. Żadna władza po 1989 r. nie czerpała z publicznej kiesy tak bezceremonialnie jak obecna. Nie dba nawet o pozory. Polska Grupa Zbrojeniowa, Orlen i im podobne nie rzucają niezależnym mediom nawet ochłapu, nie dzielą wydatków w proporcji 60:40 czy 80:20. Żadnych pozorów – wszystko obgryzą i połkną w całości – jak boa dusiciel, który trawi w ukryciu.

Ciekawe, czy dalszy rozwój wypadków (i wydatków) potwierdzi prognozę autora. Zmiany personalne w prokuraturze mogą jeszcze przez lata kryć dusicieli niezależnych mediów.

Kaczyński wymachuje sztachetą. Zamach na Adamowicza 10

18 Sty

Myślicie, że to PiS jest winny? Owszem, sztacheta może zabić, ale nie ona jest winna, lecz ten, kto nią wymachuje.

>>>

Tak potężna dawka emocji, jaką odczuwamy w przestrzeni publicznej po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza ma moc diametralnie odmieniać sytuację na scenie politycznej. Wiedzą o tym doskonale działacze kierownictwa partii rządzącej, nauczeni strategią polityczną, jaką uprawiali po 2010 roku,  jednak niektórych ich zachowań po prostu wytłumaczyć nie sposób.

Z jednej strony widzimy deklarowane wyciszenie nastrojów, współczucie dla rodziny zmarłego, szybkie decyzje w sprawie sukcesji rządów w stolicy Trójmiasta a także zakaz wypowiedzi medialnych, które podgrzewałyby atmosferę. Z drugiej natomiast deklaracjom i obrazkom rozmodlonych i pogrążonych w żałobie najważniejszych polityków władzy przeczą takie działania, jak brak wyciągnięcia jakichkolwiek konsekwencji wobec sprawców najohydniejszego wydania “Wiadomości” w przeciągu ostatnich trzech lat, dalsze tolerowanie Krystyny Pawłowicz w partii, czy przeprowadzona przecież z pełną premedytacją manifestacja nieobecności prezesa PiS podczas minuty ciszy w Sejmie mającej uczcić pamięć zmarłego prezydenta. Ten rażący dysonans pomiędzy tym, co PiS dziś mówi, a co robi, może mieć zgubne skutki dla obozu władzy, co zapewne pokażą kolejne badania opinii publicznej.

Z centrali partyjnej płyną głosy, że decydujące znaczenie w kwestii przyjęcia strategii na najbliższe miesiące będą miały wewnętrzne sondaże, które partia z pewnością już zamówiła. Nastroje są jednak minorowe i to nie dlatego, że pierwszy sondaż, jaki wczoraj opublikowała Gazeta Wyborcza pokazuje spadek notowań partii rządzącej. Wbrew wielu nagłówkom, nie jest on wcale drastyczny ani potężny, a przeprowadzenie go właśnie w chwili największego rozwibrowania nastrojów społecznych (w dniach 15-16 stycznia) nie wpływa korzystnie na postrzeganie jego wiarygodności. Nie zmienia to faktu, że jego wyniki z pewnością zaniepokoiły kierownictwo partii rządzącej, gdyż wynika z nich wprost, że nawet z koalicjantem niemożliwe stanie się dalsze sprawowanie władzy. 

Oczywiście, bardzo prawdopodobne jest, że lada moment rządowy CBOS zechce przeprowadzić badanie metodą faworyzującą partię rządzącą, ale warto odnotować, że dziś, gdy panują nastroje oburzenia, których oczywistym adresatem w takich sytuacjach jest władza, nawet bezpośredni wywiad z ankietowanymi może wymknąć się spod kontroli, a wyniki mogą być dokładnie odwrotne od przewidywanych. To z kolei sprawia, że PiS traci dziś możliwość reagowania i ewentualnej kontry w tym zakresie. Kierownictwu partii pozostaje bierne przyglądanie się rozwojowi sytuacji, w nadziei że straty nie będą nieodwracalne.Najgorsze jednak co może się wydarzyć to pogłębienie się polaryzacji, w której to PO/KO stanie się podmiotem symbolizującym w polityce pozytywne emocje. Wówczas mogą nie pomóc nawet najbardziej szczodre obietnice i kolejne programy z plusem.

Czytam i słucham rozmaitych wypowiedzi, wywiadów i rozmów na temat tragedii, jaką jest zabójstwo Pawła Adamowicza. Prawie w każdej powraca pytanie, czy coś się zmieni w Polsce na lepsze, czy zmniejszą się podziały, czy po tym nieszczęściu ludzie oprzytomnieją, powstrzymają się, nabiorą rozumu, czy to doświadczenie czegoś nas nauczy? I nieodmiennie pada ta sama odpowiedź: NIE.

Nie przypominam sobie, żeby ktoś odpowiedział inaczej, żeby powiedział „oby”, „dałby Bóg”, „być może”, „mam nadzieję” czy wręcz „tak”. Tylko „nie, nie i nie”. Społeczeństwo jest w tak głębokim kryzysie, że straciło wiarę. Oczywiście, będą chwile uniesienia, pogrzeb stanie się wielką manifestacją solidarności, braterstwa, przez chwilę dobro zwycięży nad złem, ale potem wszystko powróci do normy, czyli na dno.

Nie mogę się z tym pogodzić, ale kiedy widzę, jak troje ważnych polityków nie przychodzi na minutę milczenia w Sejmie, to czuję się, jak gdyby mi ktoś wymierzył policzek. I jeszcze jak kłamią bez zmrużenia oka. Takie chamstwo w parlamencie, na szczycie władzy, w wykonaniu najważniejszej osoby w państwie, nie może pozostawić człowieka obojętnym. A właściwie – dlaczego nie, przecież to nie pierwszy raz i nie ostatni. Czuję, jak ten człowiek cierpi tam na korytarzu, jak rozsadza go złość, zawiść, bezsilna wściekłość, że setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice, by spontanicznie uczcić śmierć nie tego polityka co trzeba, który na to zasługiwał, nie najwybitniejszego polityka od pokoleń, nie naszego, ale wręcz przeciwnie – jakiegoś burmistrza, oszusta, dusigrosza, w mieście opanowanym przez gang samozwańców z prostackim elektrykiem w tle.

I wtedy rozumiem tych wszystkich, którzy mówią „nie”. Już nas wzruszała pełna cierpienia śmierć papieża i jego beatyfikacja, męczeńska śmierć zamordowanego księdza, zakatowanego maturzysty, żeby Polska była Polską. Poza krótkotrwałym uniesieniem – wszystko to mija bez śladu. Standard materialny idzie w górę, standard duchowy – w dół. Coraz trudniej o rozmowę, coraz mniej dyskusji, coraz większa ciemność. I coraz większe zakłamanie, to wstawanie z kolan, ta Polska w ruinie, to białe, które jest czarne. I coraz więcej ludzi chce wyjechać. Kiedy patrzę na to wykarmione duchowieństwo, na prezydenta, który bardziej przypomina uczniaka niż nauczyciela, na zagubioną opozycję, na te media publiczne, rozumiem tych wszystkich, którzy wyłączają telewizor i odpowiadają NIE. Co prawda im jest z roku na rok lepiej, ale z Polską jest odwrotnie.

Niesamowite i przejmujące. Podczas protestu pod gmachem TVP w Warszawie odczytano wiersz sprzed prawie stu lat: „Pogrzeb prezydenta Narutowicza” Juliana Tuwima.

A w nim te pamiętne wersety:

Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni,
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien – i patrzcie, i patrzcie!

Ciarki szły po plecach. W Polsce poezja często splata się z polityką, ale żeby aż tak?

Tuwima natychmiast zaatakowała endecka prawica. Poeta trafił w sedno: gdyby nie kampania nienawiści rozpętana przez endecję przeciwko kandydaturze Gabriela Narutowicza na pierwszego w historii prezydenta Rzeczpospolitej, do tragedii może by nie doszło.

Bo przecież wybrany głosami posłów mniejszości narodowych, Żydów, Ukraińców, Niemców to obelga dla narodu polskiego. Mariusz Urbanek w „Tuwimie. Wylęknionym bluźniercy” przypomina, że na spotkanie autorskie z Tuwimem w Drohobyczu przyszli „patrioci” z grubymi kijami. Hejtowano go w całym kraju.

Cóż, kolejne rozdziały tej księgi głupoty i nikczemności są niestety zapisywane nadal.

Ale jest też inna księga prawdziwej potęgi i chwały. Z tej możemy się uczyć miłości do ojczyzny. W czwartek przed Europejskim Centrum Solidarności, gdzie wystawiono na marach trumnę z ciałem zamordowanego prezydenta, zabrzmiała „Zbroja” Jacka Kaczmarskiego, emigranta i barda mojego pokolenia.

I znów ciarki szły po plecach. Bo to przecież Gdańsk, kolebka Solidarności. Może teraz, w tych dniach, w Gdańsku rodzi się nowa solidarność.

„Jeśli chce się osłabić świeckie państwo i zapobiec głębszemu wchodzeniu Polaków do świeckich struktur Unii Europejskiej, to trzeba przedstawiać Kościół jako jedyne źródło wartości i norm. Dlatego trzeba zniszczyć Owsiaka, który do tego obrazka nie pasuje” – przypominamy esej Cezarego Michalskiego z marca 2015 roku, w którym tłumaczy, dlaczego prawica ma tak ogromny problem z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy.

Każdy kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy to pretekst do bezpardonowego ataku prawicy i ludzi, którzy uważają się za katolickich tradycjonalistów (cały Kościół na szczęście do tej wojny się nie włączył).

Z pozoru wydaje się to absurdalne i głupie. Dlaczego prawica nie skupi się na promocji własnych inicjatyw charytatywnych? Czemu tradycjonaliści, tak czuwający nad czystością polskiego Kościoła, nie włączą się w działania Caritasu, Szlachetnej Paczki księdza Jacka Stryczka albo czemu nie pojawią się jako wolontariusze w prowadzonych przez Kościół ośrodkach dla ludzi bezdomnych? To by było chrześcijańskie, zgodne z nauczaniem papieża Franciszka, który powtarza, że chrześcijaństwo nie jest „ideologią walczącą o władzę z innymi ideologiami”, ale jest właśnie praktycznym miłosierdziem. I że chrześcijanie powinni przekonywać innych do swej wiary przykładem własnych biografii i własnych uczynków, a nie ustawianiem życia innym i nieustannym zwalczaniem konkurencji.

Polska prawica i kościelni tradycjonaliści wybrali jednak strategię dokładnie przeciwną. Pomysł prawicy, jej oferta dla najbardziej konserwatywnej części polskiego Kościoła, są następujące. Jeśli chce się w Polsce jeszcze bardziej osłabić świeckie (choć przecież zawsze kooperujące z Kościołem) państwo, jeśli chce się zapobiec głębszemu wchodzeniu Polaków do świeckich (choć przecież niewalczących z Kościołem) struktur Unii Europejskiej, trzeba konsekwentnie przedstawiać Kościół jako jedyne źródło wartości i norm. Jako jedyną instytucję, która może wychowywać dzieci i młodzież. Wreszcie jako jedyną instytucję prowadzącą działalność charytatywną. Natomiast wszystko co świeckie musi być w świadomości Polaków zredukowane do roli tzw. cywilizacji śmierci.

Tylko prawica i Kościół powinny mieć monopol na wartości, na etykę, na stanowienie prawa, a także na praktyczną miłość bliźniego wyrażającą się w działalności charytatywnej. Po drugiej stronie mają pozostać tylko „dekadenckie lemingi” i „worki skórno-mięśniowe” (jak w języku tradycjonalistycznej prawicy coraz częściej nazywa się ateistów czy agnostyków). Świecka cywilizacja to mają być tylko hipermarkety, wynaturzona konsumpcja, kluby Cocomo, obyczajowe i finansowe afery świeckich polityków, narkotyki, alkohol, demoralizacja młodzieży, seksualizacja dzieci, ofensywa gender. Po tamtej, świeckiej stronie, nie może być żadnych wartości, żadnych ciekawych idei, żadnych dobrych ludzi ani dobrych uczynków.

W tym czarno-białym pejzażu kulturowej wojny inicjatywa Owsiaka jest z punktu widzenia prawicy największym skandalem. To przecież świecka (choć nie antykościelna, łącząca we wspólnych działaniach katolików i niekatolików, wierzących i niewierzących) akcja charytatywna o wielkim rozmachu. Rozbija wizję, w której tylko Kościół (oczywiście wyłącznie prawdziwie tradycjonalistyczny, narodowy, związany politycznie z prawicą) może być w Polsce źródłem wartości i sprawcą dobrych uczynków. Przekreśla też słynną tezę Dmowskiego, że w Polsce „katolicyzm jest czymś więcej niż religią, jest jedyną formą polskości”, a skoro tak, to żadnego wartościowego świeckiego działania w Polsce być nie może.

Stąd wzięła się totalna wojna prawicy na zniszczenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, będącej z punktu widzenia Tomasza Terlikowskiego, braci Karnowskich czy o. Rydzyka najpoważniejszym świeckim konkurentem Kościoła do miłosierdzia i miłości bliźniego. Stąd obsesyjne przedstawianie Owsiaka jako demoralizatora młodzieży czy wręcz zwykłego oszusta. Nawet jego „róbta co chceta” zostało przez prawicę przekłamane, przekształcone w argument na rzecz tezy o demoralizowaniu dzieci. A przecież subtelni prawicowi teolodzy z „Frondy”, „wSieci”, „Do Rzeczy” czy subtelny historyk filozofii Ryszard Legutko, wszyscy oni wiedzą doskonale, że te słowa (róbta co chceta, bylebyście kochali swoich bliźnich, bylebyście praktykowali miłosierdzie, bylebyście pomagali swoim bliźnim…) są nie tylko cytatem z rockowej piosenki, ale przede wszystkim parafrazą słów świętego Augustyna. To on jako pierwszy powiedział: kochaj i rób, co chcesz – hasło, które w jego czasach też było skandalem. Czyli: pielęgnuj swoją wolność, idź swoją własną drogą życiową, bylebyś tylko praktykował miłosierdzie wobec bliźnich. A to właśnie Jerzy Owsiak robi od 23 lat.

Dzisiaj są tacy domorośli wiktymolodzy (specjaliści poszukujący przyczyn, dla których jakiś człowiek staje się ofiarą przemocy), którzy uważają, że „Charlie Hebdo” zasłużyło na swój los. Bo po co było prowokować „wierzących”?

Są też tacy, którzy uważają, że na swój los zasłużył Jerzy Owsiak. Co prawda nie publikował nigdy antyreligijnych karykatur, nie obrażał innych z powodu ich poglądów czy wiary. Jego wina polega na tym, że stał się celebrytą, zatrudnił w swojej fundacji żonę, a ostatnio na codzienny hejt prawicowych mediów zareagował, wyrzucając z konferencji prasowej przedstawiciela TV Republika.

Owsiak faktycznie jest celebrytą, tyle że jego przepustką do sławy nie były skandale, burdy w hotelach czy rozbierane sesje, ale 600 milionów złotych zebranych i wydanych na sprzęt medyczny ratujący seniorów i noworodki, a tak naprawdę pomagający całej chronicznie niedoinwestowanej polskiej służbie zdrowia. Inną jego przepustką do celebryckiej sławy było zorganizowanie 20 Przystanków Woodstock, na których miliony dzieciaków nie tylko słuchały rocka, ale też przechodziły przyspieszoną lekcję wychowania obywatelskiego. Słuchając polityków z różnych partii, w tym prezydentów Polski i Niemiec, dziennikarzy, wybitnych twórców kultury, także księży. I po partnersku rozmawiając z nimi; a także wygwizdując kolesia, który zamiast rozmawiać z Grzegorzem Miecugowem, „dał mu honorowo w pysk”, że zacytuję sformułowanie z jednego z równie „honorowych” prawicowych portali.

A żona Owsiaka pracuje w fundacji, bo wraz z mężem całe swoje dorosłe życie poświęciła Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Nie ma już dziś innych kwalifikacji poza pomaganiem ludziom. A TV Republika nigdy nie informowała o WOŚP, ale na WOŚP polowała, więc nerwy mogły Owsiakowi puścić, choć oczywiście nie powinny.

Najzabawniejsze, że drobiazgowego prześwietlenia Owsiaka i jego dzieła dokonują te same prawicowe media, dla których nie były żadnym problemem nieprawidłowości działania Komisji Majątkowej, gdzie Kościół był reprezentowany przez byłego oficera SB z pionu zajmującego się w PRL łamaniem sumień biskupów i księży. A kiedy po raz pierwszy wypłynęła sprawa pedofilii arcybiskupa W. i księdza G., cała prawicowa koalicja medialna – od „wSieci” po media ojca Rydzyka – oburzała się na nagonkę i przestrzegała przed nowym męczeństwem ks. Popiełuszki.

Na wyrzucenie przez Owsiaka dziennikarza telewizji, która dziesiątki razy insynuowała mu oszustwa i demoralizację młodzieży, oburzają się ci sami przedstawiciele dziennikarskiej prawicy, którzy nie widzieli nic zdrożnego w tym, że PiS ma całą czarną listę dziennikarzy „mainstreamowych mediów”, których nie wpuszcza na swoje konferencje prasowe.

Zatem nie o sprawiedliwość tu chodzi, ale o wyrównywanie rachunków. O pokazanie, że w Polsce nie ma nic świeckiego, co warto by ocalić, co zasługiwałoby nawet nie na sympatię, ale na zupełnie podstawową tolerancję ze strony ludzi „wierzących”.

Używam cudzysłowu przy określeniu „wierzący”, bo prawica występująca w imieniu Kościoła to często ludzie, których chrześcijaństwo nigdy nie interesowało, a Kościół cenią wyłącznie jako narzędzie partyjnej polityki. Faktyczni chrześcijanie w polskim Kościele – ludzie Caritasu czy ks. Jacek ze Szlachetnej Paczki – nigdy nie atakowali Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Oni akurat świetnie wiedzą, jak trudno jest w Polsce zebrać choćby złotówkę, zorganizować tej skali akcję na rzecz najbardziej potrzebujących. Ksiądz Adam Boniecki wspomagał licytacje WOŚP. On i ksiądz Lemański spotykali się nawet z tysiącami młodych ludzi na Przystankach Woodstock, stając się zresztą z tego powodu obiektami ataków prawicowych publicystów bardziej papieskich niż papież, a już szczególnie bez porównania bardziej papieskich niż „nieudany papież Franciszek”, jak powtarza Wojciech Cejrowski, spotykając się z coraz gorętszym odzewem prawicowych hejterów.

W Polsce kapitał społeczny to skarb, bo niszczyły go nasze polityczne wojny na górze, osłabiały go społeczne napięcia towarzyszące budowie naszego młodego i wciąż jeszcze trochę dzikiego kapitalizmu. Trudno ocalić społeczną solidarność, kiedy wokół wszystko się zmienia, i podczas kiedy jedni w zmieniającym się pejzażu społecznym dają sobie radę, innym pozostaje tylko nostalgia albo resentyment.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to dziś w Polsce może ostatnia instytucja tej skali, która buduje kapitał społeczny, zamiast bezrefleksyjnie go niszczyć. Łączy rodziców i dzieci, wierzących i niewierzących, a nawet naszych nowobogackich, których stać na wylicytowanie małego złotego serduszka za ponad milion złotych, łączy z ludźmi, którzy z dumą przylepiają do swoich płaszczy czerwone papierowe serca, bo wrzucili właśnie parę złotych do skarbonki wolontariusza.

WOŚP nie zastąpi sprawnego państwa i dobrze funkcjonującego Ministerstwa Zdrowia. Jeśli jednak mamy prawo być w Polsce dumni z czegoś więcej niż tylko naszej osobistej zaradności, to właśnie z takich instytucji jak Caritas czy WOŚP.

Owsiak od 23 lat lepi pozrywane więzy społeczne. Ale instytucję taką jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, której jedynym kapitałem jest zaufanie, zabić łatwo. Wystarczy uczynić ją „kontrowersyjną”. Natychmiast rozpadnie się krucha solidarność rodziców i dzieci, wierzących i niewierzących, oligarchów i ofiar transformacji. Po latach ciężkiej pracy prawicowych hejterów każdy z nas ma już w gronie znajomych ludzi, którzy głośno mówią: „Zawsze chętnie pomogę, ale nigdy nie dam pieniędzy na tego Owsiaka”.

Jeśli jednak pozwolimy zniszczyć Owsiaka, prawica i kościelni tradycjonaliści będą już mieli w ręku wszystkie karty. Wszystkie argumenty na rzecz tego, że jedynie oni powinni w Polsce rządzić. Stanowić prawo, wyznaczać normy, wychowywać dzieci i młodzież, bo poza nimi jest tylko „nihilistyczna i relatywistyczna cywilizacja śmierci”. Poza nimi, jedynymi ludźmi z sumieniem i duszą, są już tylko „worki skórno-mięśniowe”.

Dopóki jednak gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, prawica nie ma monopolu na miłosierdzie.

Zabójstwo polityka nie powoduje w „Prezesie” żadnych reperkusji emocjonalnych

Co miałoby oznaczać brak prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego podczas minuty ciszy w Sejmie na cześć zamordowanego Pawła Adamowicza?

A po niej na salę obrad wszedł demonstracyjnie wraz z rzecznik Beatą Mazurek i marszałkiem Ryszardem Terleckim. Zestaw osób piastujących dane funkcje jest znamienny. Powstaje zatem pytanie: co kierowało prezesem? Strach, brak wychowania, demonstracja polityczna?

Wszystko po trochu, ale najwięcej demonstracji. Zabójstwo polityka nie powoduje w Kaczyńskim żadnych reperkusji emocjonalnych, a jedynie podkreślenie własnego wywyższenia ponad zdarzenie, „myślcie duszyczki, co to miałoby znaczyć, bo nieodgadnione są moje zamiary”, taka jest wola pana K., dla pospólstwa nie do pojęcia.

Tak zachowuje się bufon autokrata, którego ego rozrosło się do nieogarniętych rozmiarów. A przecież w tym momencie mógłby rozpocząć się nowy rozdział współczesnej historii polskiej, spuszczania złej atmosfery ze sfery publicznej. Kaczyński wcale nie musiałby się kajać, wystarczyłyby okrągłe słowa dla Adamowicza, którego zabiła nienawiść, bo to ona podniosła rękę z nożem zabójcy na finale WOŚP w Gdańsku.

Nie padły żadne słowa, bożek Idol Kaczyński celowo nie zdążył na minutę ciszy. Niektóre środowiska opozycyjne proponują, aby przerwać spiralę nienawiści w ten sposób, iż bezwarunkowo i radykalnie się wybacza, zastosować formułę polskich biskupów sprzed pięćdziesięciu lat: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie!”.

Lecz to wymaga konkretnego adresata. Kim poczuliby się pisowcy i sam prezes, gdyby to do nich skierowano podobne słowa? Niemcami? Tak! Ależ to by ich rozjuszyło, a ponadto bezwarunkowe przebaczenie postawiłoby nas w roli Chrystusów, a ich Judaszów, Barabaszów, ciemnej mocy. Rozjuszenie PiS pewne.

Grzegorz Schetyna ma rację: Pawła Adamowicza zabiła nienawiść obłąkana, dobrze zorganizowana, sączona z tub propagandowych PiS. A więc nie tędy droga, aby bezwarunkowo przebaczać, tak mogą postępować instytucje przestrzegające procedur prawnych i uznające vox populi.

Bożek Kaczyński wszedł na salę obrad Sejmu w asyście swoich archaniołów, on nie przejmie się śmiercią następnych osób po Adamowiczu, ani kajaniem się przebaczających ofiar, bożkowi można tylko odebrać jego lud, odebrać poprzez dialog, debatę. I tego boi się każdy bożek – otwartości. Powietrze wolności, demokracji, prawa zabija każdego dyktatora.

Brudziński, Czaputowicz, Rydzyk – członkowie szarańczy, która zżera Polskę, liszaj na ciele narodu

6 Sty

Na Twitterze doszło do kłótni między Kamilem Durczokiem a Joachimem Brudzińskim. Dziennikarz zarzucił ministrowi, że „wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów”, na co szef MSWiA odpowiedział, że się za niego pomodli.

W piątek w tzw. escape roomie (lub „pokoju zagadek”) w Koszalinie doszło do pożaru. Zginęło pięć nastolatek, które brały udział w zabawie z okazji urodzin jednej z nich. Ranny został pracownik escape roomu.

Tragedia wywołała reakcje czołowych polityków. Zarówno premier, jak i prezydent składali kondolencje rodzinom ofiar. Rządzący zapowiedzieli też nie tylko wyjaśnienie tragedii, ale i kontrole w innych tego typu miejscach w Polsce. – Strażacy przegrali tę walkę nie z powodu braku profesjonalizmu, kompetencji czy doświadczenia. Tę walkę strażacy przegrali z tymi, którzy, kierując się chęcią łatwego, szybkiego zysku, narazili na śmierć Bogu ducha winne dzieci – mówił szef MSWiA Joachim Brudziński. Zapowiedział konsekwencje dla właścicieli łamiących prawo.

Sprawa jest też szeroko komentowana w mediach społecznościowych. Dziennikarz Kamil Durczok komentując tragedię zaatakował Brudzińskiego. „Minister bezczelnie wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów. Kiedyś był jedną z nielicznych jasnych twarzy PiS. Dziś działa jak hiena” – napisał. Dodał: „oczekuje wizyty policji jutro o 6 rano. Ale pan też za swoje głupoty odpowie. Do zobaczenia w celi”. Dziennikarz nie wyjaśnił jednak, jakie dokładnie słowa czy działania ministra są jego zdaniem „politycznym wykorzystaniem tragedii”.

Brudziński odpowiedział Durczokowi na Twitterze, że „wstyd się przyznać, ale dla mnie kiedyś pan też wydawał się jasną twarzą dziennikarstwa”. „Dziś tylko jedynie mogę panu zadeklarować, że pomodlę się za pana. Pomocy medycznej udzielić niestety nie potrafię” – napisał minister.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz nie przestaje bajdurzyć i zadziwiać. Niedawno powiedział, że Tusk był kandydatem Niemiec na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Zamiast wyrazić satysfakcję, że Polska miała dobre stosunki z Niemcami – najważniejszym państwem unijnym, co było jednym z warunków wyboru Tuska – „Czapu” usiłuje go zdyskredytować i przedstawić jako polityka niemieckiego, a nie polskiego. Mieści się to doskonale w tradycji polityki endeckiej w Polsce. W wyborach parlamentarnych i prezydenckich zimą 1922 r. endecja głosiła „doktrynę polskiej większości”, a kto do tej „większości” nie należał, miał być wykluczony z życia politycznego.

Niestrudzony amb. prof. Grela zamieścił na FB tekst amerykańskiej agencji Bloomberga z 5 stycznia: „Polska potępia przywództwo Unii Europejskiej i apeluje o zmiany w polityce Unii po wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju br.”.

„Polska oskarżyła Unię o prowadzenie wobec niej wrogiej polityki i wezwała do zmian w funkcjonowaniu Unii Europejskiej po wyborach w maju. To najnowsza salwa w długotrwałej walce między UE a Polską” – pisze Bloomberg. Bruksela uważa, że w Polsce postępuje erozja standardów demokratycznych i rosną zagrożenia dla państwa prawa. Jest to związane z nominacjami politycznymi w sądach, co jest zamachem na niezależne sądownictwo. Konflikt może doprowadzić do cięć dotacji, które ten kraj otrzymuje z UE – czytamy dalej.

„Instytucje unijne nieustannie działają przeciwko polskiemu rządowi – oświadczył w sobotę minister Jacek Czaputowicz – podczas gdy Polska jest pozytywnym przykładem narodu bez sił antyeuropejskich w swoim parlamencie, kroki podejmowane przez instytucje Unii mają w jak największym stopniu szkodzić polskim władzom. Unia nie powinna doprowadzić do działań, które nie są akceptowane przez społeczeństwo”.

Mój komentarz: po pierwsze, Polska, jak każdy kraj unijny, ma prawo krytykować Unię, wszak do niej należymy, a w Brukseli i w innych stolicach ścierają się różne interesy, poglądy i… ambicje. Sądzę, że polska kontra w Unii do pewnego stopnia związana jest z ambicją, by nasz kraj „wstał z kolan”, a przywódca obozu rządzącego, prezes Kaczyński, stał się jednym z najważniejszych polityków w Europie. W związku z zapowiadaną wizytą Matteo Salviniego, antyunijnego wicepremiera Włoch i lidera Ligi Północnej o ciągotach separatystycznych, u prezesa PiS były wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak (PiS) mówi, że to pokazuje, jak poważnie traktowany jest nasz kraj.

Po drugie, nie jest prawdą, jakoby Polska nie miała sił antyeuropejskich w parlamencie. Przeciwnie, największe ugrupowanie w parlamencie, Prawo i Sprawiedliwość, nie raz słowem i czynem rozmija się z Unią. Największym ugrupowaniem walczącym z Unią jest PiS. Gdy prezydent Duda mówi o „wyimaginowanej wspólnocie”, a premier Morawiecki kpi sobie, że za fundusze unijne naprawia się chodniki, to mamy świadectwo arogancji i kłamstwa. I to w kraju, który był największym odbiorcą funduszy unijnych.

Po trzecie, to nie Unia prowadzi wrogą politykę wobec Polski, lecz przeciwnie, rząd naszego kraju rozmija się z unijnymi wartościami, jak choćby trójpodział władz i niezawisłe sądownictwo, równouprawnienie mniejszości czy ochrona środowiska i wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej, co w sumie faktycznie stało się źródłem konfliktu Unia–Polska , znanego również jako „27:1”.

Prezes Kaczyński mówi, że rzekomy „polexit” to wielkie kłamstwo. Owszem, PiS nie wzywa do tego, żeby z hukiem wystąpić z Unii. Jak zauważają już bardziej rozgarnięci komentatorzy, rząd nie chce wyprowadzić Polski z Unii, tylko wypchnąć Unię z Polski, uczynić polskie członkostwo formalnością, fikcją. Chcemy Unii, ale takiej jak Warszawa i Budapeszt, a nie takiej jak Paryż, Berlin, Madryt czy Haga.

Wreszcie po czwarte, minister Czaputowicz, który wypłynął jako bezpartyjny specjalista, nie ustaje w umizgach i dogadzaniu partii rządzącej. Skubiszewski, Bartoszewski, Rosati, Olechowski, Cimoszewicz i inni przyzwyczaili nas do ministrów dużego formatu. A minister Czaputowicz?

Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem

Propagandyści i agitatorzy z PiS aż się zapowietrzyli z uciechy na wieść, że wbrew dotychczasowym opiniom program 500 plus bynajmniej nie dezaktywizuje zawodowo, a przeciwnie: obywatele, którzy otrzymują to świadczenie, masowo garną się do roboty lub w te pędy poszukują pracy.  Główny Urząd Statystyczny poinformował właśnie, że beneficjentów 500+, którzy podjęli pracę lub zaczęli jej poszukiwać, jest dwa razy więcej, niż tych, którzy wycofali się z życia zawodowego. Byłoby się z czego radować, gdyby nie fakt, że nie wiadomo, z którego sufitu pochodzi ta wiadomość. Bo równocześnie w materiałach GUS znaleźć można informację, że tylko w ciągu jednego kwartału minionego roku liczba osób porzucających pracę zwiększała się o 40 tys., a nieco wcześniej Instytut Badań Strukturalnych ogłosił, że z rynku pracy trwale odeszło 100 tys. kobiet.

We wszystkich chyba krajach świata znany jest żart stopniujący: kłamstwo – okropne kłamstwo – statystyka. W krajach cywilizowanych precyzują jednak, że statystyka nie kłamie, kłamią jedynie statystycy. Natomiast w państwach zniewolonych statystyka jest narzędziem sprawowania władzy. W PRL komunikaty GUS publikowane przez partyjne media powszechnie nazywano GUS-łami. Również w Polsce Kaczyńskiego, która coraz bardziej przypomina krainę młodości prezesa, statystyka zaprzęgana jest w służbę propagandy partyjnej, administracyjnej i organizacyjnej – w tym kościelnej.  Przeinaczone lub wzięte z kapelusza fakty stają się potem źródłem rozmaitych wierzeń, przesądów, a nawet zabobonów.

Zabobony to, jak wiadomo, wierzenia w moce nadprzyrodzone lub siły nieczyste, sprowadzające nieszczęścia lub przeciwnie, chroniące przed nimi. Minister energii Krzysztof Tchórzewski na przykład jest przekonany, że wskutek zawierzenia energetyków Matce Boskiej prądu będzie więcej, a co najmniej podejmowane decyzje staną się mądrzejsze:  – „Oddajemy Ci w opiekę naszych przełożonych. Wyproś wszystkim mądrość i odpowiedzialność w podejmowanych decyzjach”… – wnosił pod niebiosa minister Tchórzewski, świadomy nędznych kwalifikacji kierownictwa resortu i całego swojego rządu. Z kolei Jacek Czaputowicz, z łaski Kaczyńskiego eksperymentalny minister spraw zagranicznych, wierzy w ingerencję złych mocy, które bez żadnej przyczyny uwzięły się na nasz kraj. Wierzy również, że Donald Tusk , jako przedstawiciel Polski w Unii, powinien przeciwstawiać się tamtejszym złym mocom, chociaż każdy średnio inteligentny Polak wie, że gdyby Tusk, jako strażnik interesów 18 państw Unii, zaczął kiwać partnerów w obronie polskiej bramki, to wyleciałby z roboty szybciej niż Sejm jest w stanie uchwalić dziewiątą wersję ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rządzący i ich poplecznicy często podają do wierzenia przesądy w postaci aksjomatów. Na przykład: „partnerski model rodziny to promocja homoseksualizmu i genderyzmu”.  Albo: „reforma szkolnictwa usprawniła proces kształcenia i zapobiegła demoralizacji młodzieży w gimnazjach”.  Niektóre wierzenia wymagają jednak podparcia jakimiś substytutami prawdy.  Upowszechniana ostatnio wiadomość, że Lech Wałęsa był w latach 80-tych postacią marginalną, a związkiem kierowali w rzeczywistości bracia Kaczyńscy, potwierdzana jest „wiarygodnymi źródłami” IPN. Inne przesądy wymagają uwiarygodnienia zmanipulowaną statystyką lub stronniczymi badaniami opinii publicznej. – 85% rodaków chce reformy sądownictwa! – głoszą przekazy PiS, które uzasadnić mają zagarnięcie władzy sądowniczej przez pozostałe równoprawne dotąd władze. Nie ma znaczenia, że ludziom, na których opinię powołują się rządzący, nie chodziło bynajmniej o obsadzenie KRS i SN nominatami Ziobry, tylko o przyspieszenie procedur sądowych,  a te, wskutek „reformy” sądownictwa, znacznie się wydłużyły.

Szczególnie rozległe skutki ma upowszechniane z całą mocą wierzenie, że 95 % Polaków to katolicy. Dzięki niemu gorliwi wierni mogą stawiać kapliczki i figury w dowolnym miejscu bez niezbędnych zezwoleń, można też wieszać krzyże w urzędach, realizować w szkołach obowiązkowe programy „dni papieskich”, święcić kamienie węgielne czy schody ruchome, zapraszać purpuratów na wszystkie obchody państwowe witając ich w pierwszej kolejności oraz dotować z publicznych pieniędzy nie tylko obiekty sakralne, ale też prywatne osoby duchowne.  Wszystko dlatego, że 95% Polaków to katolicy. Tymczasem owe 95%, to co najwyżej odsetek ochrzczonych Polaków, a i to nie na pewno. W rzeczywistości już tylko 56% Polaków niezachwianie wierzy w Boga, a podstawowe nakazy religijne praktykuje zdecydowana MNIEJSZOŚĆ.  Uprzedzając zarzut o manipulację informuję, że badania w tej sprawie przeprowadziła sondażownia CBOS, przychylna oczekiwaniom rządzących, przychylnych z kolei hierarchom polskiego Kościoła.

Kiedy PiS zaczął tracić w sondażach, Kaczyński i jego funkcjonariusze wszczęli lament, że oto są prześladowani, szykanowani, postponowani i niezasłużenie krzywdzeni przez ciemne siły zewnętrzne i wewnętrzne.  Polski Kościół (też w poczuciu zagrożenia?) również przywraca mit o prześladowaniu kleru i wiernych.  Teza o znęcaniu się nad wszechpanującym PiS-em jest śmieszna, natomiast teza o prześladowaniu Kościoła – smutna. Bo od czasów PRL o Kościele przyjęło się w Polsce mówić jak o zmarłym: dobrze, albo wcale. Z trudem znaleźć można na świecie inny kraj o tak silnej symbiozie tronu z ołtarzem. Gdzie jeszcze rozdaje się publiczne pieniądze w zamian za wsparcie dla aktualnie sprawujących władzę? Gdzie jeszcze pod osłoną sutanny mogło żyć spokojnie i dostatnio tylu przestępców – nie tylko seksualnych – bezkarnych lub co najmniej darzonych życzliwością przez organy ścigania?

Prześladowany PiS w zawłaszczonej Polsce poczyna sobie jak okupant. Prześladowany Kościół sprawuje despotyczne rządy dusz, wyznacza wątpliwe kanony przyzwoitości, nominuje polityków i rozpycha się w szkołach, gdzie coraz częściej organizowane są imprezy według scenariusza kurii, księża uczestniczą w radach pedagogicznych, a katechetki prowadzą zajęcia z etyki i przejmują wychowawstwo klas.

Sposobem na sprowadzenie PiS do roli zwykłej partii opozycyjnej w demokratycznym kraju, lub na jej delegalizację, jako antysystemowej organizacji mafijnej, są wybory – powszechne i oby tłumne. Sposobem na sprowadzenie Kościoła do roli i posłannictwa organizacji wielkiego pożytku publicznego, zajmującej się głoszeniem Ewangelii – źródła miłości, życzliwości i wsparcia dla rodzimych i obcych potrzebujących – są również wybory. Tyle, że osobiste, czynione we własnej duszy lub – do wyboru – w sumieniu.

Kościół katolicki dlatego ma się w kraju dobrze, bo PRL okazał się dla niego zamrażarką. W demokracji dawno by się skompromitował poprzez takie postaci, jak Tadeusz Rydzyk, czy większość biskupów włącznie ze Stanisławem Gądeckim i odszedł na zasłużony margines historyczny, jak na Zachodzie, we Francji, Niemczech, w krajach Beneluksu, a nawet we Włoszech i Hiszpanii.

Wybudzony Kościół wraz z odzyskaniem suwerenności w 1989 roku nie zasypiał gruszek w popiele, zadbał o swoją pozycję wśród polityków solidarnościowych, bo wiele mu zawdzięczali.  Uzyskał finansowanie projektów z budżetu państwa, a naukę katechezy wprowadził do świątyń nauki, do szkół. No i mamy kłopot.

Politycy zasuwają do Rydzyka i głoszą brednie nie z naszego świata o rechrystianizacji. Kapłani zrobią jakiś gest, jak kiedyś cesarze: kciuk w dół, a Duda, Morawiecki, Kaczyński klękają, co samo w sobie jest anachronizmem, bo należy do rytuałów feudalnych.

Tak ufundowane państwo na ułudach, zakłamaniu, anachronizmie, musi dryfować ku upośledzeniu. To nie jest żaden konserwatyzm, ani liberalne współistnienie, bo Kościół wyzyskuje wolność do swych zapędów niedemokratycznych. A obecnie wszedł w alians polityczny z PiS-em i mamy kłopot bez mała cywilizacyjny, nie tylko natury finansowej, acz i on jest warty, aby inaczej potraktować wspólną kasę, budżet państwa, aby pieniądze nie szły na katechezę i na utrzymanie kapłanów, ich dobrobytu,  lecz na konkretne cele rozwoju społeczeństwa i państwa.

W kraju tylko lewica chce odseparować państwo od Kościoła. Dziwne, ale to pokazuje jak mentalnie jako nacja, jako społeczeństwo, jesteśmy w niedorozwoju, zaś elity są nie zawsze przygotowane do odpowiedzialności za wyznaczenie celów.

Inicjatywa Polska kierowana przez Barbarę Nowacką w charakterystyczne święto, samo w sobie anachroniczne, w Święto Trzech Króli (ktoś dowcipny mógłby zadać pytanie: dlaczego nie ma święta Jasia i Małgosi, bo to podobna opowieść z rezerwuaru mitów i bajek) zapoczątkowała zbiór podpisów pod petycją, w której apeluje się o zniesienie finansowania z budżetu państwa religii w szkołach, wprowadzenie finansowania przez kościoły, które „chcą nauczać zasad swojej wiary w szkole” oraz wpisanie religii na listę zajęć dodatkowych. Oraz uregulowania – tj. zaprzestania – finansowania Kościoła i ubezpieczenia kleru z państwowego Funduszu Kościelnego.

Petycja zawiera założenia do projektu ustawy o świeckim państwie, bo na razie mamy władze bogobojne i takież państwo nie ze świata rozumu. Czy to może się udać? Jeżeli nie poradzimy sobie z anachronizmem sojuszu „ołtarza i tronu”, to nie poradzimy sobie z wolnością i demokracją, która obecnie szwankuje jak diabli.

Zbieranie podpisów pod petycją potrwa do 20 lutego, po czym projekt ustawy zostanie złożony w Sejmie.

Daliśmy PiS-owi radę. W 2019 roku wykopiemy ich

27 Gru

Zjednoczona Prawica nie przeczuwała, że przejęcie sądów będzie tak trudne. Myślała, że jeśli obrzydzi sędziów społeczeństwu, jeśli pokaże jako „nadzwyczajną kastę”, zepsutą elitę, która wykorzystuje immunitet, by bezkarnie kraść w sklepach kiełbasę, to wówczas nikt nie stanie ani w ich obronie, ani w obronie sądów. A jeśli jeszcze przy tym spowoduje się zamęt w sądownictwie, postrąca prezesów, zrobi przeciąg w KRS i czystkę w SN, a więc puści się w ruch karuzelę atrakcyjnych stanowisk, to i sami sędziowie zaczną podstawiać sobie nogi, żeby tylko zająć miejsce na karuzeli. Plan wydawał się dobrze ułożony, tyle że się posypał. Ani ludzie nie dali się nakarmić propagandową papą i nie poparli tak zwanej reformy wymiaru sprawiedliwości. Ani sędziowie nie okazali się tak pazerni, by walcząc o awans masowo tratować jeden drugiego oraz prawo, w tym to najwyższe: Konstytucję.

Oczywiście byli tacy, którzy skorzystali z okazji i przyjęli tak chętnie przez PiS rozdawane stanowiska. Były niezwykłe transfery: z niższej instancji do wyższej, albo z sądu do ministerstwa, ewentualnie z sędziowskich nizin od razu do Krajowej Rady Sądownictwa czy Sądu Najwyższego. Jednak zdecydowana większość nie dała się złapać na lep szybkiego awansu. A tych, którzy ulegli, spotkał ostracyzm środowiska i wykluczenie ze stowarzyszeń sędziowskich. Gdy jesienią wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak pojawił się w Sądzie Rejonowym w Gdyni, aby przedstawić nową prezes, sędziowie przyszli na spotkanie ubrani na czarno, część w koszulkach z napisem „KonTYtucJA”. Spotkanie skończyło się po kilku minutach, bo choć wiceminister bardzo chciał z nimi porozmawiać, to oni z nim nie chcieli. Milczeli wymownie. Taki sam milczący protest był w Słupsku. I choć – jak zauważa Ewa Siedlecka, autorka książki „Sędziowie mówią. Zamach PiS na wymiar sprawiedliwości” – aktywistów sędziowskich jest może ze 150 w całym kraju, to jednak ich głos jest mocny, to oni nadają ton środowisku. Oni inicjują uchwały zgromadzeń poszczególnych sądów, okręgów i apelacji w obronie Konstytucji i niezawisłego sądownictwa. Oni wyznaczają standardy. Ogromnie przy tym ryzykują, bowiem wobec tych, którzy są aktywni, wszczyna się postępowania dyscyplinarne, wzywa na przesłuchania (sędzia Igor Tuleya ma już ich tak dużo, że zaczął się gubić, w jakich sprawach jest wzywany). Poza tym nie tylko „dyscyplinarką” można wykończyć takiego niepokornego sędziego. Można go przenieść do innego sądu, najlepiej gdzieś daleko od domu. Można przerzucić z wydziału do wydziału. Można zawalić sprawami, pozbawić asystenta, żeby przestał się wyrabiać. Zarządzić kontrolę spraw, które prowadził przed laty, żeby się trochę podenerwował. A nóż coś się na niego znajdzie? Może uda się wykazać, że w jakiejś dawno zamkniętej sprawie był zbyt opieszały? Zdarza się – jak w przypadku sędziego Waldemara Żurka, byłego rzecznika Krajowej Rady Sądownictwa – że do tego jeszcze dochodzi wnikliwe prześwietlenie majątku. Nagle do niepokornego sędziego zaczynają się dobijać różne kontrolne instytucje, włącznie z CBA. Można naprawdę niepokornemu dopiec na wiele sposobów.

Kłopoty można mieć już za samo stawanie w obronie Konstytucji. Za noszenie koszulki z napisem KONnsTYtucJA. Ale przede wszystkim kłopoty można mieć a wydanie orzeczenia, które nie jest po myśli rządzących.

 To, że naciski się nasilają zauważa Amnesty International. W tegorocznym raporcie opisuje przypadki postępowań dyscyplinarnych wobec tych, którzy nie poddali się politycznej presji.

 Sędzia Dominik Czeszkiewicz z Suwałk, który uniewinnił działaczy KOD od zarzutu zakłócania porządku publicznego (chodziło o spotkanie ze startującą tam wówczas w wyborach Anną Marią Anders), krótko po tym miał postępowanie dyscyplinarne. Mówił Amnesty International, że trudno pracować w takich warunkach. W zasadzie nigdy nie wiadomo, kiedy, gdzie i skąd nadejdzie cios.

Sędzia Tuleya, który – poza sprawami politycznymi – sądzi w sprawach karnych i często trafiają do niego ciężkie, kryminalne przypadki, mówił w rozmowie z Jarosławem Kuźniarem, że prędzej spodziewałby się pogróżek ze strony przestępców, niż partii rządzącej.

A jednak…

Pocieszające, że choć rządzący gotowi są użyć wszystkich sił i wielu środków, by połamać sędziom kręgosłupy, to większość wciąż trzyma się mocno.

Ewa Siedlecka zaczęła spisywać czyny odważnych sędziów, i bardzo dobrze. Powstała lista z nazwiskami tych, którzy wydali wyrok nie po myśli władzy, tych, którzy już odczuli represje i tych, którzy są najbardziej aktywni w środowisku. Pisząc książkę o zamachu PiS na wymiar sprawiedliwości, Ewa Siedlecka rozmawiała między innymi z sędzią Bartłomiejem Przymusińskim, członkiem Zarządu Stowarzyszenia Iustitia. Powiedział jej: „Strachu nie odczuwam, bo nie wyobrażam sobie, że mógłbym się zachowywać inaczej. W czasie wojny mówiono, że najlepszym żołnierzem jest ten, który nie liczy na to, że wróci do domu”. Założył więc, że przyjdzie mu za to, co robi, zapłacić nawet najwyższą zawodową cenę. Będzie walczył, jak ten żołnierz, bez nadziei, że ujdzie cało. Sędzia Tuleya – jeśli chodzi o własny los – też bierze pod uwagę najgorsze, czyli to, że go wyrzucą z sądownictwa. Ale uważa, że lepiej tak, niż zapomnieć o zasadach i prawie czyli ulec, ułożyć się, cofnąć. – Jeżeli się cofniemy – twierdzi – to już zawsze będziemy się cofali. Jakiekolwiek ustępstwa spowodują, że ten świat będzie już po prostu inny.

Nareszcie decyzja prezydenta miasta Rafała Trzaskowskiego (gratuluję zwycięstwa w wyborach), którą rozumiem i popieram w całej rozciągłości.

Kamil Dąbrowa – znany dziennikarz radiowy i były dyrektor kilku stacji, w tym Programu I Polskiego Radia (skąd go wymiotła „dobra zmiana” PiS) – został kierownikiem biura prasowego warszawskiego Urzędu Miasta, czyli rzecznikiem prezydenta stolicy. To naprawdę dobra zmiana. Nie chodzi o to, że lepsza od poprzedniej (poprzedniego rzecznika nie kojarzę), ale to dobra zmiana w sztafecie. (Dąbrowa wie, co to znaczy, w końcu to kibic i maratończyk). Gdyby Platforma miała więcej takich twarzy, byłaby spokojniejsza o wynik wyborów.

Twarzami ratusza stają się panowie po czterdziestce (przydałaby się i Syrenka w tym gronie), jeszcze młodzi, mogliby być moimi synami, dobrze wykształceni (Rafał z doktoratem, Kamil po filozofii), a już z dużym, różnorodnym i kompatybilnym doświadczeniem – Rafał w dziedzinie spraw międzynarodowych, dobrze zorientowany za granicą, Kamil bardziej miejscowy, dobrze czuje miasto i nastroje, czego dowody daje m.in. w programie TVN „Szkło kontaktowe”. Obu trudno nazwać „aparatczykami”, którzy dostali swoje za „wysługę lat”.

Obaj dają nadzieję, że wbrew zapowiedziom prezesa nie będzie „Budapesztu w Warszawie”. (Nie mam nic przeciwko Budapesztowi poza jego polityką). Rafała i Kamila czeka trudny rok, a jeśli źle pójdzie – to dłużej. „Partia i rząd” nie ukrywają, że będą rzucać kłody pod nogi „wrogim” samorządom. Prezes ma świetną pamięć, a klęska Patryka Jakiego wymaga pomszczenia, wszak zemsta jest ucztą bogów. Chcieliście rządzić – to my wam pokażemy.

W wyborach samorządowych wyraźnie zapowiadali, że więcej pieniędzy dostaną samorządy, które „dobrze współpracują” z rządem. Nie wątpię, że tym razem partia i rząd dotrzymają słowa, zrobią, co w ich mocy, by prezydentom Warszawy i innych miast (tych nie z talii PiS) utrudnić wykonanie zobowiązań i obietnic wyborczych. By oskubać „niesłuszne” samorządy i nagrodzić swoich, żeby mieli się czym pochwalić przed następnymi wyborami. Żłobki, przedszkola, szpitale, metro, mieszkania, prywatyzacja, nazwy ulic, teatry, wywóz śmieci, polityka historyczna, deglomeracja, pomniki, łuki triumfalne – wszystko jest areną w tym najbardziej z upolitycznionym z miast polskich.

Tandem Rafał i Kamil daje nadzieję. Piszę o nich po imieniu, choć prezydenta miasta nie mam nawet zaszczytu znać, ale to dlatego, że mógłbym być ich ojcem i będę ich rozliczał z polityki… senioralnej! Dostajecie stolicę piękniejszą niż kiedykolwiek (choć miejscami zepsutą) – postarajcie się jej nie spaprać. Liczę na Was!

Naczelny Sąd Administracyjny zgodził się, aby wyniki kontroli prowadzonych przez Kancelarię Premiera w ostatnich czterech latach zostały ujawnione. „Wyrok ma kolosalne znaczenie dla przejrzystości działania całej administracji publicznej” – pisze dzisiejsza „Rzeczpospolita”

Generalny Inspektor Danych Osobowych przegrał z Kancelarią Premiera sprawę o ochronę danych osób publicznych – dowiedziała się gazeta, która wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego nazywa „bezprecedensowym”.

Naczelny Sąd Administracyjny oddalił kasację GIODO, uznając, że prywatność osób publicznych jest ograniczona. Chodzi o ujawnienie wyników kontroli w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w 2013 r., wyrok sądu ma kolosalne znaczenie dla przejrzystości działania całej administracji publicznej” – czytamy.

Spór trwał cztery lata. „Spowodował, że rząd (najpierw Ewy Kopacz, a potem Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego) zaprzestał publikować wyniki wszystkich przeprowadzonych kontroli w ministerstwach, agencjach i instytucjach, tłumacząc, że czeka na wytyczne sądu, jak i co może ujawniać publicznie” – pisze „Rzeczpospolita”, dodając że podobnych kontroli przeprowadza się kilkadziesiąt rocznie.

Gazeta przypomina, że przyczyną powstania sporu był opublikowany w 2013 roku artykuł w „Rzeczpospolitej”, dotyczący „nepotyzmu i kumoterstwa w agencji rolniczej”. Jak pisze autor artykułu, „raport miał nie ujrzeć światła dziennego, jednak pod naciskiem opinii publicznej, opozycji (PiS), ale też osób, których raport dotyczył, zdecydował się go opublikować szef kancelarii premier Ewy Kopacz, Jacek Cichocki” – przypomina gazeta. Raport zniknął z biuletynu informacji publicznych w związku ze skargą związków zawodowych z Agencji, które „doniosły GIODO, że KPRM złamał prawo, ujawniając dane osób członków ich rodzin, które nie piastują funkcji publicznych”.

Jak podaje „Rzeczpospolita”, GIODO w październiku 2014 r. uznał, że publikacja narusza prawo do prywatności innych osób i nakazał usunięcie tych informacji. KPRM się odwołał, ale GIODO podtrzymał swoją decyzję. Rok później sprawa trafiła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który wyrokiem z marca 2016 uchylił decyzje inspektora danych osobowych. GIODO i ARMiR złożyły od skargi kasacyjne. Sprawa w NSA czekała na rozpatrzenie dwa lata.

Waldemar Mystkowski pisze o zachowaniach kleru w święta (fragment).

A czym zasłaniają się książęta polskiego Kościoła? Abp Leszek Sławoj Głódź –  jeden z większych grzeszników na łonie Kościoła – stosuje starą psychologiczną sztuczkę: wyparcie. Świadome to kłamstwo, czy też nie, w każdym razie ten człowiek nie przyjmuje do wiadomości, że ks. Henryk Jankowski był wstrętnym pedofilem i uważa to za manipulację „środowisk wrogich Kościołowi”.

Więc Głódź nie może być zdziwiony, gdy na pasterce oglądał dużo mniejszy tłum wiernych niż kilka lat temu. Głódź nie dorównuje innemu arcybiskupowi, poznańskiemu metropolicie Stanisławowi Gądeckiemu. Ten nie dość, że uważa, aby ofiary pedofilii kleru przyjęły gwałty na sobie za część cierpienia za Kościół, to na pasterce wygłosił kolejne brednie, mianowicie uznał, że „szacunek dla tych, którzy nie są chrześcijanami” jest miękkim totalitaryzmem.

Gądecki ma za złe szkołom, że nie wystawiane są jasełek, a podczas spotkań świątecznych uczniowie i nauczyciele nie dzielą się opłatkiem. Pedofilia jest zbrodnią fizyczną na dzieciach, a indoktrynacja chrześcijańska jest zbrodnią na wnętrzu nieletnich. Muszą to w pierwszym rzędzie zrozumieć polscy politycy, którzy są współodpowiedzialni za to, że kler dopuszcza się zbrodni na młodych Polakach i za to nie odpowiada. Taki oto michałek z podręcznika do katechezy sugerujący uczniom następujący tok postępowania: “postaraj się zaoszczędzić pieniądze, nie kupując sobie ulubionych słodyczy. Złóż je w ofierze na tacę w czasie najbliższej mszy świętej“.

Kler katolicki i tak poniesie odpowiedzialność za swoje niecne czyny, to jeszcze przed nami, prędzej czy później dojdzie do powstania  komisji państwowej, jak w tylu krajach na świecie – i wówczas kościoły zupełnie opustoszeją. Na razie Głódź, Gądecki i ich pomagierzy Ziemcowie zasłaniają się religią, która powinna zapewniać człowiekowi potrzebę metafizyki, ale w Polsce służy materialności.

Każdy człowiek jest religijny, jak pisał najwybitniejszy znawca religii świata Mircea Eliade. Nie jest to jednak tożsame z potrzebą religii sensu instytucjonalnego. Potrzebę metafizyczną może wypełnić medytacja – coraz powszechniejsza – zastępująca intelektualnie przestarzałe i niestrawne instytucje religijne. A chrześcijaństwo – (cytat-Yuval Noah Harari), zdaniem jednego z najbardziej wpływowych intelektualistów – „było najbardziej nietolerancyjną i brutalną religią na świecie”. Islam w tym kontekście to betka.

Przed politykami polskimi dużo pracy, aby osądzić Kościół katolicki i odseparować go od polityki, bo grozi nam zapaść nie tylko moralna i aksjologiczna, z którą demokracje zachodnie jakoś sobie poradziły.

PiS zaatakował państwo polskie. Tak należy rozumieć usprawiedliwienie szubrawców przez Ziobrę

9 Gru

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był na pozór logiczny. Od kilku tygodni z czołówek niezależnych mediów nie schodzi afera KNF – korupcyjna propozycja złożona bankowcowi przez szefa instytucji nadzorującej banki. To duże obciążenie dla PiS, zwłaszcza że wychodzą na jaw kolejne skandale i nie wiadomo, jak daleko sięgnie afera. Ktoś w PiS zadecydował, że aferę Chrzanowskiego trzeba przykryć inną, którą w jakiś sposób da się powiązać z Platformą, a w każdym razie ze środowiskiem dalekim od PiS. Dlatego zatrzymani zostali wysocy urzędnicy KNF, którzy w instytucji tej pracowali do 2016 roku.

Platforma Obywatelska rozpoczyna akcję informacyjną o aferze w Komisji Nadzoru Finansowego. Seria filmów ma być poświęcona poszczególnym jej postaciom i politykom Prawa i Sprawiedliwości.

Materiały mają też przedstawiać fakty na temat afery i powiązania pomiędzy jej bohaterami. Tematem spotów mają być również nadużycia w SKOK-u Wołomin.

Akcja ze spotami o aferze KNF i w SKOK-ach ma szerzyć wiedzę o tym, jaką rolę odegrali w niej poszczególni politycy PiS. Sławomir Neumann przekonuje też, że to swoista odpowiedź na przykład na zatrzymanie między innymi Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa KNF, któremu służby zarzucają niedostateczną kontrolę nad SKOK Wołomin, chociaż w związku z zaangażowaniem w badanie sprawy został cztery lata temu brutalnie pobity.

Filmy o aferze KNF i SKOK Wołomin będą publikowane w internecie i mają być niejako konwojem wstydu bis. To nawiązanie do akcji, w której Platforma informowała o politykach Prawa i Sprawiedliwości przyznających sobie i chętnie biorących rozmaite nagrody.

– Mamy do czynienia z utratą dynamiki, prezentowaną przez Prawo i Sprawiedliwość – tak były premier Leszek Miller skomentował w TVN24 wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego na wyjazdowym posiedzeniu klubu PiS w Jachrance.

Kaczyński w piątek przekonywał, że PiS nie może zgodzić się z narracją iż partia ta jest „tym samym czym Platforma” i przypominał o aferach, które – jego zdaniem – obciążają PO znacznie bardziej niż PiS obciąża afera KNF.

– Obserwując ostatnie wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego, odniosłem wrażenie, że jest intelektualnie znużony i bardzo zdesperowany – stwierdził były szef SLD komentując to wystąpienie.

Zdaniem Millera słowa Kaczyńskiego były „czytelnym komunikatem, że PiS może przegrać wybory”, który popłynął do działaczy PiS.

Były premier ocenił, że Kaczyński próbuje przygotować na ewentualną porażkę działaczy PiS. – W samym tym wystąpieniu pana Kaczyńskiego było więcej defensywy niż ofensywy – ocenił.

Miller ocenił, że w PiS politycy mają świadomość, iż „misja premiera (Mateusza) Morawieckiego nie udała się”. Według Millera zamiana Beaty Szydło na Morawieckiego miała pozyskać dla PiS elektorat centrowy. Tymczasem, jak stwierdził, pod rządami Morawieckiego „centrum jest jeszcze bardziej przestraszone”, a UE – relacje z którą Morawiecki też miał poprawić – „jeszcze bardziej nasrożona niż była”.

W Jachrance pod Warszawą trwa plenum KC Partii rządzącej. „Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten?” – myślałem, oglądając transmisję we wrogiej stacji telewizyjnej. I Sekretarz wygłasza referat. Kiedy tylko podniesie głos, zaakcentuje puentę, zaczynają się oklaski, ale nie owacje. Oklaski raczej wymuszone, bez entuzjazmu, twarze nieruchome, znudzone, towarzysze w prezydium, towarzysz premier, towarzysz marszałek, towarzysze koalicjanci – bez ruchu, jak gdyby byli scenografią, którą faktycznie stanowili.

Towarzysz I Sekretarz w zasadzie nie powiedział nic nowego, przemówienie było defensywne, ani porywające, ani inspirujące, ale wskazujące na sposób myślenia. Głównym celem I Sekretarza jest wtrącenie Tuska do więzienia, co mówca właściwie zapowiedział. Mówił, że afera vatowska przybrała taką skalę (60-70 mld dol.), iż byłaby znaczna nawet w USA. Była to – mówił I Sekretarz – afera rządowa, za którą odpowiedzialność musi ponieść szef rządu, także w sensie prawnym.

Wniosek: miejsce Tuska jest w areszcie. (Spotkałem się nawet z opinią, że I Sekretarz odetchnie, poczuje ulgę, wręcz uspokoi się, kiedy Donalda T. spotka kara). Im ostrzejsze były słowa I Sekretarza, tym głośniejsze były brawka, ale twarze uczestników były nieruchome, jak gdyby woskowe, jeden zerkał na drugiego, czy klaszcze, i grzecznie słuchali.

Przemówienie było defensywne. O Smoleńsku ani mru-mru. My łamaliśmy konstytucję? To wy pierwsi łamaliście konstytucję, wybierając „rezerwowych” członków Trybunału Konstytucyjnego. U nas są afery? To wasze afery można by wymieniać bez końca: hazardowa, taśmowa, vatowska, a każda monstrualnych rozmiarów. To my zamiatamy pod dywan? Nieprawda! Na tym właśnie polega różnica między nami a naszymi przeciwnikami. Kiedy u nas pojawia się czarna owca, a taka może się zdarzyć w każdej dużej zbiorowości, to wynika ze statystyki, to my ją natychmiast ujawniamy i z całą surowością prawa rozliczamy, podczas gdy nasi przeciwnicy je tolerują.

I Sekretarz ostrzegał przed jednakowym traktowaniem partii rządzącej i opozycji. Myślenie w rodzaju: obie strony są podobne, jedni warci drugich, wart Pac pałaca itp. – jest bardzo niebezpieczne i niedopuszczalne. Nie ma symetrii, nie ma podobieństwa, my jesteśmy lepsi. (Jak mówił kiedyś, w 1924 r., I Sekretarz: „My jesteśmy ludźmi szczególnego pokroju”).

W sumie dominowała nuta „you too”. U nas są złodzieje? Ale u was więcej.

Jedynym pozytywnym aspektem przemówienia było powtórzenie, że PiS jest partią proeuropejską, jest za „podmiotową obecnością” w UE. Co to znaczy „podmiotowa obecność” można się domyśleć. Sądzę, że ta zbitka pojęciowa przyjmie się w języku PiS, tak jak „opozycja totalna” (innej nie ma).

Sprawy niewygodne, takie jak cofnięcie się w kwestii Sądu Najwyższego pod wpływem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, afera KNF, która zagraża prezesowi NBP, kuriozalne żądanie zakneblowania mediów w tej sprawie – wszystko to I sekretarz w jawnej części referatu pominął. Jak znam życie, to część wewnętrzna, poufna, przecieknie do mediów lada chwila, a większość mediów jest przeciwko nam – nie omieszkał wspomnieć przywódca obozu władzy. Na razie nie miał nic więcej do zaoferowania poza tym, że konieczne jest wygranie wyborów. Szkoda, że opozycja, Platforma i Nowoczesna, swoimi ostatnimi rozgrywkami mu to ułatwiają.

Więcej o wystąpieniu Kaczyńskiego w Jachrance >>>

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Kaczyńskim.

Wrogowie i nienawistnicy twierdzą, że PiS znalazł się w defensywie i nieskutecznie próbuje zasłaniać się przed kolejnymi ciosami w narożniku ringu. Nie słuchajcie tych kłamstw. Słuchajcie pana prezesa.

– „W piątek o godzinie 17:00 będzie miało miejsce bardzo ważne wystąpienie prezesa Jarosława Kaczyńskiego” – nietaktownie zapowiedział w radiowej Trójce marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Nietaktownie, bo kryła się w tym sugestia, że jakieś inne wystąpienia pana prezesa mogły być nie bardzo ważne. A przecież wiemy doskonale, że wszystkie jego słowa są kamieniami milowymi polskiej polityki, nawet te wypowiadane bez żadnego trybu, spontanicznie i niejako mimochodem. Zwłaszcza one. Mord zdradzieckich i kanalii nikt zawczasu nie zapowiadał i nie podkreślał ich wagi, a przecież na trwałe zapisały się w polskich dziejach.

Dziennikarz Trójki dał więc marszałkowi Karczewskiemu szansę wybrnięcia z tej gafy, pytając go, dlaczego akurat to wystąpienie pana prezesa będzie bardzo ważne. – „Bo będzie mówił o ważnych rzeczach” – wyjaśnił marszałek. Tak jakby pan prezes mógł mówić o rzeczach nieważnych. Doskonale wiemy, że każda, nawet najdrobniejsza rzecz w ustach pana prezesa nabiera ciężaru gatunkowego i zyskuje rangę kwestii zasadniczej i przełomowej.

O 17:00 w piątek naród masowo zasiadł więc przed telewizorami, by wysłuchać bardzo ważnego wystąpienia o ważnych rzeczach. I rzeczywiście. Przez kilkadziesiąt minut pan prezes mówił o tym, że:

1. Nie ma mowy o żadnym Polexicie, podmiotowa obecność Polski w Unii Europejskiej jest dla Polski bardzo ważna. Ale właśnie podmiotowa – i w tym kierunku zmierzamy. Bo wcześniej była przedmiotowa. Tu już każdy sam musi sobie dośpiewać, co to znaczy. Na przykład wybranie Polaka Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej niewątpliwie było przejawem przedmiotowego traktowania Polski przez brukselskie elity (to już moja interpretacja, a nie słowa pana prezesa);

2. PiS nie łamie Konstytucji. Konstytucję łamały PO i PSL, a PiS to teraz naprawia.

3. PiS nie dokonał bezprawnego wyboru członków Trybunału Konstytucyjnego. To Platforma wcześniej dokonała bezprawnego wyboru członków Trybunału Konstytucyjnego.

4. PiS nie łamie praw człowieka. Prawa człowieka łamał rząd PO i PSL, który organizował uliczne łapanki na kibiców piłkarskich, strzelał do górników i przeprowadzał naloty na redakcje.

5. PiS nie ma na koncie żadnych afer. Przeciwnie – PiS afery rozlicza. Poważne, ale to naprawdę bardzo poważne afery są dziełem Platformy. Przykładem afera Amber Gold i Olt Express, z którą – jak donosiły media – niektórzy politycy PO mieli związki rodzinne. – „Oczywiście nie mnie przesądzać o tym, jaki jest stopień ich winy” – stwierdził prezes.

Z grubsza tyle. Przyznacie państwo, że to bardzo ważne wystąpienie, które wiele wniosło do naszego życia publicznego i rzuciło snop światła na sprawy dotychczas kryjące się w mroku.

Oczywiście wrogowie i nienawistnicy od Tuska próbują teraz umniejszyć znaczenie tych słów i starają się wmówić opinii publicznej, że wystąpienie miało charakter defensywny. Że pan prezes nie powiedział niczego nowego, a tylko odpierał zarzuty sypiące się na PiS ze wszystkich stron. Że brzmiał i wyglądał jak uosobienie bezradności, próbując zaklinać rzeczywistość i negować oczywiste fakty. Że obóz „dobrej zmiany” nie jest już w stanie kontrolować debaty publicznej – dziś to opozycja decyduje o tematach i kwestiach, wokół których ogniskuje się spór, PiS może na to jedynie reagować i biernie się dostosowywać. Że władza jest jak bokser zepchnięty do narożnika ringu, który bezładnie wymachuje rękami, próbując się zasłonić przed kolejnymi celnymi ciosami, ale jest już lekko zamroczony, brakuje mu siły, refleksu, skuteczności. Jeszcze chwila – i padnie na deski.

To oczywiście wszystko nieprawda i wroga propaganda. Dodajmy więc do listy pana prezesa jeszcze dwa punkty:

6. PiS wcale nie został zepchnięty do narożnika i nie znalazł się w defensywie. W defensywie jest totalna opozycja, a PiS prze do przodu jak burza.

7. PiS wcale nie straci władzy w przyszłorocznych wyborach. PiS w przyszłorocznych wyborach się umocni.

Waldemar Mystkowski pisze też o Kaczyńskim.

Piątkowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w Jachrance w ogóle nie było oryginalne, prezes powtarzał swoje banały – by nie rzec banialuki – ale wskazuje, jaką drogą powiedzie swoje owieczki przez następny rok do wyborów parlamentarnych, acz te do PE nie są dla niego ważne, niemniej mogą pociągnąć za sobą konsekwencje topielca znajdującego się w wirze wodnym, który może wciągnąć i PiS zatopić.

Przemowę swoją prezes zbudował na najprostszym schemacie narracyjnym: my – oni. Zauważmy – nie było to: my i Polska, my i Unia Europejska, bądź my i przyszłość, ale stosunek „naszego” pisowskiego posiadania do onych. Jest to podstawa myślenie feudalnego, w którym pan decyduje, co jest dobre i co jego podwładnym (suwerenowi) się należy. Ponadto prymitywizm tej narracji polega na tym, że „my” pisowcy jesteśmy zawsze lepsi. Dante tak zbudował „Komedię boską”: my z piekła rodem (w tym wypadku kler) jesteśmy dla was dobrem – i wraz z nami wylądujecie na dnie, w którymś z kręgów piekieł. Uczulam na to, bo mamy do czynienia z formacją polityczną, która prowadzi nasz kraj do katastrofy. Kaczyński nie musi być tego świadomy, bo to człowiek ograniczony.

Prezes zrezygnował z repolonizacji mediów, co mu skutecznie wybiła z głowy ambasador USA Georgette Mosbacher. I za to należy jej się wielkie dzięki, gdyż wolne i niezależne media nie pozwolą PiS-owi na ukrywanie swoich afer, a te są podstawą rządzenia feudalnego. Takiego skutku nie odniosłyby żadne instytucje unijne, bo z nimi PiS niespecjalnie się liczy.

W dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z przykrywaniem afery Komisji Nadzoru Finansowego, która musi pogrążyć PiS, bowiem wszelkie działania maskujące prowadzą do odkrywania kolejnych kręgów korupcji, upartyjnienia państwa. Znowu mamy do czynienia z narracją dantejską. Jakikolwiek skrawek opowieści się odsłoni, pokazuje piekło PiS.

Kaczyński skupił się na onych z Platformy Obywatelskiej, politykom partii Grzegorza Schetyny zostanie sporządzone piekło, czasami przy pomocy innych podmiotów opozycyjnych, które mogą być nieodporne na manipulacje prezesa. I znowu możemy mówić o szczęściu, bo rdzeń sądownictwa zachował niezależność i nie pójdzie na żaden dyktat bezprawia.

Kaczyński będzie się pienił, tak samo jak desygnowany przez niego premier Mateusz Morawiecki. Zdani są więc na bicie głową w mur. Raczej go nie przebiją, najwyżej głowy sobie rozbiją, nie ucierpi na tym rozum, bo go za wiele nie mają.

Na powyższych polach PiS jest na przegranych pozycjach, może nadrobić tylko w sferze socjalnej, fundując prezenty grupom społecznym, ale i to nie będzie możliwe do zaspokojenia, bo nierządzenie – po raz pierwszy mamy partię u władzy, która nie rządzi, tylko rozdaje – przyniesie efekty (o czym przekonali się komuniści) w drożyźnie, a ta musi być konsekwencją podniesienie ceny energii. Nawet gdyby budżet rekompensował podwyżkę indywidualnym odbiorcom prądu, to nie jest w stanie tego samego zrekompensować przedsiębiorcom, a ci z kolei – by nie zbankrutować – podniosą ceny za produkty i usługi. PiS może tę drożyznę przesunąć na czas po wyborach, wątpię jednak by tak długo udawało im się odwlec.

Politycy PiS nie należą do żadnych orłów, to drób rzędu nielotów, ale i oni wyczuwali pismo nosem podczas przemówienia prezesa – swąd porażki piekielnej krążył nad nimi jak swego czasu widmo komunizmu. Joachim Brudziński nawet przyznał się, że dobra zmiana uczyniła z niego potencjalną skwarę, którą zostanie po porażce.

Porażka PiS jest w rękach opozycji, oby nie popełniała błędów, nie rozdrabniała się i nie formułowała programu na prymitywnej dychotomii – my i oni. Prezesa przemówienie w Jachrance należy do narracji diabelskiej alternatywy, co by nie zrobił, czego by nie zmanipulował, zawsze wyjdzie mu diabelski ogon. I tak jest zwykle z ludźmi, którzy nie mają predyspozycji do rządzenia, ale mają ambicje i wizje. Kończą w piekle niemocy, w imposybilizmie, który to termin prezes niespecjalnie rozumiał, gdy kiedyś go nadużywał. A teraz go dopadł.

„W kwietniu 2014 roku padłem ofiarą zamachu na moje życie. Obecnie padam ofiarą zamachu na moj dorobek zawodowy i dobrę imię.”

Od kilku dni radykalne skrzydło „żółtych kamizelek” wzywa do zdobycia broni i przeprowadzania zamachów na członków rządu, parlamentarzystów oraz policjantów. Eric Drouet, jeden z nieformalnych przywódców ruchu, planuje „wzięcie Pałacu Elizejskiego szturmem”. Tak jak w czasie rewolucji francuskiej szturmem wzięto pałac Ludwika XVI.

„Żółte kamizelki” popiera ponad 70 proc. Francuzów. Według ostatnich sondaży prezydenta popiera tylko 23 procent. Macron był już bardzo niepopularny wcześniej, ale protesty sprawiły, że znowu stracił kilka punktów. „Od samego początku prezydentury był na pierwszej linii. To on firmował wszystkie reformy, premiera i rząd odsyłając do roli podwykonawców. Rządził sam. Było więc nieuniknione, że cała wściekłość skupi się na nim”- tłumaczy publicysta Gerard Courtois.

Rewolta „żółtych kamizelek” stanowi dalszy ciąg tych samych przemian, które wyniosły Macrona do prezydentury. Najpierw nastąpił upadek partii mainstreamowych: socjalistów i centroprawicy. Na ruinach dotychczasowej polityki wszechwładzę zdobył Macron. Teraz następuje etap drugi: rewolta ludu.

„Żółte kamizelki” nie mają choćby cienia programu, są ruchem niezadowolenia w postaci czystej. Ale we Włoszech Ruch Pięciu Gwiazd też tak zaczynał: od czystego niezadowolenia oraz licznych manifestacji „Vaffanculo” (Pierdolcie się) wymierzonych w polityków.

Dziś Włochy są pierwszą demokracją w Europie Zachodniej, w której rządzą populiści. Teraz czas na pytanie, które Francuzi zadają sobie coraz częściej. Czy ich również pójdzie włoską drogą?

Gang Olsena Kaczyńskiego przegrał konfrontację z instytucjami unijnymi i nami, społeczeństwem obywatelskim i niezależnymi sędziami

22 List

Krótko mówiąc: na froncie walki o sądy Nowogrodzka zarządziła odwrót.

Skąd ten zwrot w tył?

To może zaskakiwać, bo Partia Jarosława Kaczyńskiego cofa się bardzo rzadko. Jest przekonana, że samodzielna większość w Sejmie daje jej absolutne prawo, do kształtowania polskiej rzeczywistości. Zdarzało się już jednak w przeszłości, że PiS napotykał na tak wielki opór, że niezależnie od sejmowej arytmetyki musiał ustąpić.

Mimo nacisku części własnego zaplecza, obóz rządzący nie odważył się wprowadzić przepisów jeszcze bardziej utrudniających polskim kobietom dostęp do legalnej aborcji. Do zatrzymania się zmusiła PiS bezprecedensowa mobilizacja kobiet w całej Polsce. Ich protesty pokazały, że w Polsce nie ma społecznej zgody na dalsze zaostrzanie przepisów regulujących warunki przerywania ciąży. Kaczyński zrozumiał, że jeśli spróbuje ograniczyć wolność kobiet w tym zakresie, to słono za to zapłaci przy urnie wyborczej.

Także kwestii ustawy o IPN PiS zmienił stanowisko o 180 stopni. Zmianę wymusiło zderzenie się ze ścianą na arenie światowej. Zwłaszcza w jednym, szczególnie ważnym dla PiS miejscu: Waszyngtonie. Ameryka nie mogła tolerować ustawy, która pozwala ścigać jej obywateli, za korzystanie z wolności słowa i badań naukowych. PiS z kolei nie mógł pozwolić sobie na popsucie stosunków także z Amerykanami: oddalając się od Brukseli, Paryża i Berlina, rządy Szydło i Morawieckiego postawiły wszystko na amerykańską kartę. Gdy okazało się, że sprawa ustawy będzie realnym problem, blokującym polsko-amerykańskie relacje na najwyższym szczeblu, obóz rządzący zapomniał o tym, co opowiadał elektoratowi przez kilka miesięcy i wykreślił z ustawy wszystkie budzące kontrowersje przepisy.

W przypadku sądów zadziałać mogły oba czynniki: społeczna mobilizacja i impas na arenie międzynarodowej. PiS od dawna widzi, że konflikt z Brukselą prowadzi donikąd. By go załagodzić Jarosław Kaczyński dokonał w zeszłym roku roszady i zamienił ciężko radzącą sobie w Europie Beatę Szydło na Mateusza Morawieckiego. Sama zmiana jednak nie wystarczyła, konflikt się pogłębiał, radykalnie zmniejszając możliwości prowadzenia przez nas realnej gry o własne interesy w Brukseli. Co więcej, spór z Europą zmobilizował przeciw PiS miejskich wyborców – nowela ustawy o sądach może być też reakcją na dramatycznie przegrane przez kandydatów Nowogrodzkiej wybory samorządowe w miastach.

5 strategicznych odwrotów. Czyli jak PiS musi dziś zaprzeczać sam sobie

Symbol nieudolności

Krok w tył, jaki PiS robi w sprawie Sądu Najwyższego, jest politycznie nieporównanie bardziej ważki niż cofanie się partii w kwestii praw reprodukcyjnych, czy IPN. Reforma sądów miała być przecież kluczowym punktem programu PiS, oczyszczenie sądownictwa było jedną z najważniejszych obietnic „dobrej zmiany”. Fakt, że Nowogrodzka sama wycofuje się ze swoich propozycji, może uruchomić polityczne tsunami.

W najgorszym dla PiS scenariuszu, zakończona krokiem wstecz reforma sądownictwa – z masowymi protestami w obronie sądów, wetami prezydenta, konfliktem z Sądem Najwyższym i instytucjami europejskimi – może stać się symbolem nieudolności partii w oczach jej własnego elektoratu.

Oczywiście, część elektoratu będzie zawsze z PiS na dobre i na złe i kupi każdy przekaz dnia. Im PiS już tłumaczy, że ulica i zagranica przypuściły bezpardonowy atak na Polskę i, by nie dopuścić do powrotu platformerskiej Targowicy, trzeba się teraz wycofać na z góry upatrzone pozycje. Elektorat PiS nie składa się jednak wyłącznie z osób gotowych w to wierzyć – by wygrać partia potrzebuje innych grup. Np. ludzi na Kaczyńskiego głosujących z przekonaniem, że to silny człowiek, posiadający plan, jak zrobić w Polsce porządek.

Całe zamieszanie wokół SN pokazuje zaś, że nawet jeśli „Wielki Strateg” miał jakiś plan, to albo mocno go nie przemyślał albo nie był go w stanie wcielić w życie. Patrząc na całą historię PiS-owskiej reformy, widzimy dziś głównie potworny chaos, brak racjonalnej hierarchii celów, doraźne gaszenie pożarów. Jeśli sprawy personalne – wymiana Gersdorf i innych sędziów – były czymś, z czego obóz rządowy był gotów zrezygnować, to po co była trwająca półtora roku polityczna wojna domowa? Po co łamiące konstytucje przepisy? Szczucie na sędziów i konflikt z Europą?

Strat, jakie polskiej pozycji w Europie przyniosła awantura wokół sądów, nie nadrobi przy tym jedna nowela do ustawy. Trzeba je będzie odrabiać latami. Jeśli liderzy UE uznają, że reformy PiS-u ciągle łamią unijne prawo (np. przepisy o nowej Krajowej Radzie Sądownictwa), to konflikt z Komisją trwał będzie nadal. PiS „cnotę straci, a rubelka nie zarobi”. Dla wielu wyborców Prawa i Sprawiedliwości będzie to dowód, że mimo opowieści o mrocznym demiurgu nocą sterującym Polską z gabinetu na Nowogrodzkiej, nikt nie trzyma dziś w Polsce sterów. Nawet jeśli nie bardzo będą chcieli oddać ster w ręce Koalicji Obywatelskiej, to na PiS nie zagłosują, zostaną w domu.

Nie wystarczy krzyczeć, że jest się za Europą

Jeśli jednak PiS cały manewr wycofujący rozegra sprawnie, może to oznaczać spore kłopoty dla opozycji. Szczególnie wtedy, gdy konflikt z Komisją Europejską zostanie zażegnany. Europejskie elity mają naprawdę poważniejsze problemy niż praworządność w Polsce – politykę Trumpa, budżet Włochwzrost sił populistycznych na kontynencie – i mogą po prostu chcieć zakończyć sprawę na względnie honorowych warunkach. Odsunie to groźbę twardych, prawnych sankcji wobec Polski, choć w małym stopniu poprawi polityczną pozycję Polski w Unii Europejskiej.

Jeśli tak się stanie, to zniknie straszak polexitu, który w wyborach samorządowych w miastach zadziałał doskonale. Nie byłoby takiej frekwencji wśród przeciwników rządzącej partii, gdyby nie zupełnie nieprzemyślany, sabotujący kampanię własnego obozu wniosek Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego o sprawdzenie zgodności Traktatu o Unii Europejskiej z polską konstytucją.

Także dwie następne kampanie wyborcze – do parlamentu europejskiego i polskiego – miały zmienić się w referendum w sprawie przyszłości Polski w UE. Jeśli Morawiecki wróci na europejskie salony, taka narracja nie będzie miała większego sensu. Opozycja, świętując, że PiS wydaje się wycofywać z demolki Sądu Najwyższego, powinna już myśleć co jeszcze będzie chciała zaoferować Polakom i Polkom za rok. Opowiadanie codziennie, że w przeciwieństwie do PiS, my jesteśmy za Europą, może nie starczyć.

PiS złożył w Sejmie ustawę, która cofa czystkę w Sądzie Najwyższym i NSA. Ale może ona uczynić bezprzedmiotową skargę Komisji Europejskiej do Trybunału Sprawiedliwości w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. PiS chce osiągnąć jeszcze więcej: doprowadzić do uniemożliwienia TSUE wydania orzeczenia w sprawie pytania prejudycjalnego SN dotyczącego legalności powołania i działania KRS.

PiS przyjął ustawę. Zablokuje tym TSUE?

PiS, dzień po przedstawieniu Komisji Europejskiej wyjaśnień, jakie kroki podjął, by wykonać zabezpieczenie tymczasowe nałożone przez Trybunał Sprawiedliwości w związku ze skargą Komisji Europejskiej, wniósł pilny projekt nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym. Ma być uchwalony na tym posiedzeniu Sejmu. Przewiduje on:

– powrót do 70 lat jako wieku stanu spoczynku i uchylenie przepisów o sędziach, których już posłano w oparciu o nie na wcześniejszą emeryturę – a więc eliminuje zarzut Komisji o arbitralnym skróceniu wieku sędziów już orzekających.

– uniemożliwienie przedłużenia orzekania ponad wiek 70 lat, a więc eliminuje kwestionowaną przez KE decyzję prezydenta o prawie sędziego do dalszego orzekania.

– daje możliwość pozostania w stanie spoczynku sędziom SN i NSA, którzy sami skorzystali z możliwości przejścia na emeryturę w wieku 65 lat, i tym, których przymusowo przeniósł prezydent, nie godząc się na ich dalsze orzekanie. Zachętą do niewracania jest przepis, że zamiast dzisiejszych 75 proc. uposażenia będą pobierać do końca życia 100 proc. Natomiast do pozostania w SN czy NSA ma ich zniechęcić konieczność zwrotu pobranego uposażenia (uposażenie sędziego w stanie spoczynku i sześciomiesięczna odprawa) za okres, w którym je pobierali, czyli do wejścia w życie właśnie przedstawionej nowelizacji (dla jednych to okres od kwietnia, dla innych – od września, gdy prezydent przeniósł ich na emeryturę przymusowo).

Polska dalej gra z TSUE na zwłokę

Czy Komisja Europejska teraz skargę wycofa?

Tej nowelizacji nie można zarzucić, że w jakikolwiek sposób sprzeciwia się zabezpieczeniu nałożonemu przez TSUE. I w ogóle unijnemu prawu. Tak więc można powiedzieć, że wraz z uchwaleniem ustawy zniknie problem przedstawiony w skardze Komisji Europejskiej. Pytanie, czy Komisja skargę wycofa? Bo przecież nie ma pewności, że PiS – kiedy np. wygra kolejne wybory – powróci do swoich pomysłów pozbywania się sędziów z sądów dowolnej instancji przez skracanie wieku stanu spoczynku czy wprowadzanie innych przepisów – np. limitu lat orzekania. Komisja może uznać, że w interesie Unii jest, by Trybunał określił standardy zachowania zasady prawa do bezstronnego sądu.

Jeśli Komisja wycofa skargę, da to PiS-owi możliwość wyjścia z twarzą wobec własnych wyborców, którzy mogą być rozczarowani, że nie „oczyścił” Sądu Najwyższego.

Czy Polska podda się orzeczeniu unijnego Trybunału

PiS upiecze jeszcze jedną pieczeń

Przy okazji tej nowelizacji w ramach wykonania zabezpieczenia TSUE PiS chce upiec jeszcze jedną pieczeń. Mianowicie art. 4 nowelizacji umarza, z mocy prawa, postępowania odwoławcze wniesione w związku z przymusowym przeniesieniem sędziów w stan spoczynku. A wśród tych postępowań jest tocząca się w Izbie Pracy SN sprawa odwoławcza sędziów SN, na tle której zadano pytanie prejudycjalne zmierzające do ustalenia, czy sposób powołania nowej KRS i jej procedowania łamie unijne standardy prawa do niezależnego sądu.

Umarzając z mocy prawa to postępowanie, PiS ma nadzieję udaremnić Trybunałowi odpowiedź na to – absolutnie kluczowe z punktu widzenia działania sądownictwa w Polsce – pytanie. Już raz taką sztuczkę wykonał: nakazał ZUS-owi wycofać z Sądu Najwyższego skargę kasacyjną, na tle której SN zadał swoje pierwsze pytanie prejudycjalne w sprawie przeniesienia sędziów na wcześniejszą emeryturę. Sędziowie jednak złożyli te same pytania na tle innych spraw. Zobaczymy, jak będzie tym razem.

PiS się cofnął, ale cele osiągnie

PiS się cofnął. Ale sprytnie. Nie „odbije” Sądu Najwyższego, ale stworzył tam dwie izby, dzięki którym może i tak osiągać cele, które sobie zamierzył: kontrolować orzecznictwo w sprawach wyborczych i innych publicznych, eliminować z zawodu, zastraszać nieposłusznych sędziów. Eliminacja „starych” sędziów SN czy NSA wcale nie była konieczna. To był raczej, charakterystyczny dla PiS, element zemsty i wygrywane propagandowo hasło „oczyszczania” z rzekomych „sędziów stanu wojennego”. Działanie głównie symboliczne. To, co PiS niewątpliwie jednak w tym boli, to fakt, że nie odbił stanowiska pierwszego prezesa SN.

Z całej sprawy półtorarocznego kryzysu wokół Sądu Najwyższego wynika morał: opór ma sens. Opór społeczny i opór sędziów. A opór sędziów sądów powszechnych wobec upolityczniania sądownictwa trwa. Na szczęście dla sądownictwa, obywateli i państwa.

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo

Jeszcze mamy w uszach zapewnienia, że deforma systemu sprawiedliwości zostanie doprowadzona do końca, a jej sercem jest Sąd Najwyższy, jeszcze mamy przed oczyma kampanię dyskredytującą „kastę sędziowską”, jeszcze unoszą się w powietrzu butne zapewnienia, iż żadna instytucja europejska, żadna „wyimaginowana wspólnota” nie będzie nam dyktować, jakie mamy mieć sądownictwo, jeszcze z naszych telewizorów nie zniknął obraz arogancji premiera, że doceniamy fundusze europejskie, które pomogą nam w naprawach chodników, jeszcze nie ochłonęliśmy z sygnałów lekceważenia instytucji europejskich, np. w postaci absencji ministra Ziobry i wysłania drobniejszego urzędnika na wysłuchanie w TSUE, a już dowiedzieliśmy się, że w końcu władze polskiego państwa ugięły się przed skumulowaną presją znacznej części społeczeństwa polskiego (demonstrantów pogardliwie zwanych „spacerowiczami”) oraz instytucji Unii Europejskiej i wycofują się z wyrzucenia sędziów SN, którzy osiągnęli 65. rok, i uznają, że kadencję I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf uważać się będzie za nieprzerwaną. Uchylone zostają przepisy, które zmuszały sędziów (65+) do przejścia w stan spoczynku. Powrócą do pracy na poprzednich warunkach.

Ruch PiS to skutek szerokich protestów w Polsce i reakcji międzynarodowej, w tym Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, m.in. w postaci zastosowania tzw. środków tymczasowych, nakazujących zawieszenie pisowskiej Ustawy o Sądzie Najwyższym.

Co by się stało, gdyby nie było nowelizacji i rząd szedł na twarde starcie z Brukselą? – zapytał dziennikarz prawicowego portalu wPolityce posła Piotrowicza z PiS (przewodniczący komisji sejmowej). Tym razem Piotrowicz jest bliski prawdy. „Przede wszystkim uprawdopodobniona byłaby teza lansowana przez opozycję, że Polska zmierza do wyjścia z UE, a doskonale wiemy, że zdecydowana większość Polaków nie chce wyjścia z Unii. Tego rodzaju działanie polityczne jest dowodem, kto wprowadza w błąd opinię publiczną”.

„Nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach UE panuje sędziokracja. Jesteśmy temu przeciwni, ale widzimy, że w Polsce mogą liczyć na przychylność w strukturach unijnych” – powiedział Piotrowicz i do pewnego stopnia ma rację: władza sądownicza w Europie jest równorzędnym partnerem w trójpodziale władz. I tak powinno być w Polsce. Wymiar sprawiedliwości został zniszczony, ale Sąd Najwyższy – ocalony. Jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia, by uniezależnić wymiar sprawiedliwości od polityków i uwolnić od beneficjentów „dobrej zmiany”, takich jak Leszek Mazur, przewodniczący nowej KRS, który powiedział, że prof. Małgorzata Gersdorf będzie „ponownie” I prezes SN. Nie „ponownie”, panie przewodniczący, ponieważ nadal nią jest i nie przestała nią być. To tylko panu Mazurowi i jemu podobnym wydawało się inaczej.

Dziękujemy Ci, Europo!

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co wynika z przegranej PiS ws. Sądu Najwyższego.

Wybitnym prawnikom Sądu Najwyższego przyznano nie tylko rację – odzyskali oni autorytet, który prezes Kaczyński starał się za wszelką cenę zdeprecjonować.

Co znaczy nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, która jest przyznaniem się do ogromnej porażki PiS w kwestii reformowania sądownictwa? Przede wszystkim PiS w walce ze wszystkimi znalazł się w narożniku ringu, z którego partia Kaczyńskiego sprowadziła na Polskę nieszczęścia, ale to nie koniec porażek. Nowela ustawy dotyczy wąskiego wycinka tzw. reformy sądownictwa, która w istocie jest deformą. Na pewno to sukces I prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, która zostaje na stanowisku, jak nakazuje Konstytucja – do końca kadencji. Także inni sędziowie nie będą wysłani na emeryturę, aby PiS mógł powsadzać na ich miejsce posłusznych sobie prawników.

PiS nie walczy o lepsze prawo, ale o dyktowanie swoich warunków. Ostatnie słowa przed głosowaniem pilotującego ustawę posła PiS Łukasza Schreibera: – „Ustawa o Sądzie Najwyższym była zgodna z Konstytucją i traktatami unijnymi”. To świadczy, iż ciągle idą w zaparte!

Nie mieli już żadnych narzędzi do negocjowania. Politycy PiS nie pojawili się np. na debacie dotyczącej kondycji polskiego prawa w Parlamencie Europejskim, bo mieli świadomość, iż byliby zmiażdżeni i posądzeni o dążenie – słuszne! – do autokracji. A dla takich republik bananowych nie ma miejsca w projekcie unijnym.

Nowelizacją partia PiS zapewnia sobie w kontakcie z instytucjami unijnymi możliwość wyartykułowania, na czym im w tej sytuacji najbardziej zależy: – „Negocjujmy”. Tak! PiS chce negocjować bezprawie, chce tego bezprawia jak najwięcej w ramach standardów demokratycznych, chce swoje bezprawie wpisać w obyczaj prawny.

Ale tak nie da rady. Czy PiS uciszy szum dotyczący dążenia do Polexitu, do wyjścia z Unii Europejskiej? W ich mniemaniu może tak, lecz w istocie z tego nie zrezygnują. Nie mogą głośno o tym mówić, bo poparcie wśród Polaków dla Unii jest ogromne.

Ta nowela w mniemaniu PiS może mieć też na celu powstrzymanie walca o nazwie Donald Tusk, który w przyszłym roku wraz z opozycją – oby w jak najszerszej formule Koalicji Obywatelskiej – odsunie PiS od władzy. Lecz PiS czekają kolejne odsłony burzy, którą wykreowali i które niechybnie nastąpią po aferze dotyczącej Komisji Nadzoru Finansowego.

Ustawa o SN nie zadowoli Komisji Europejskiej ani TSUE, bo pytanie prejudycjalne dotyczą także Krajowej Rady Sądownictwa. PiS oddał tylko małą część praworządności. Jak to określił prof. Wojciech Sadurski: – „Jeśli złodziej wam ukradnie samochód, zegarek i psa, a następnie zwróci zegarek, to jeszcze coś zostało…”.

A zostało przywrócenie do praworządności: Trybunału Konstytucyjnego, KRS, Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, służby cywilnej, mediów publicznych etc. Ta nowela ma jeden szczegół, który wymyka się literze prawa, mianowicie autorytet Sądu Najwyższego przejmuje niejako atrybuty sądu konstytucyjnego, bo fasadowy Trybunał Konstytucyjny pod prezesowaniem Julii Przyłębskiej został kompletnie ośmieszony w kraju i za granicą.

I to jest wartość dodana tej noweli – wybitnym prawnikom Sądu Najwyższego przyznano nie tylko rację, ale odzyskali autorytet, który prezes Kaczyński starał się za wszelką cenę zdeprecjonować, wysyłając prof. Gersdorf do pracy na bazarze. PiS został zapędzony do narożnika, kwestią czasu jest, iż rzucony zostanie mu biały ręcznik. A co potem? Zobaczymy!

2/3 gangu Olsena.

PiS swoją ksenofobię przerabia na słynne „wina Tuska”. Matoły winią innych za swoje matołectwo

8 List

Wczoraj wieczorem Rzeczpospolita – powołując się na własne ustalenia – poinformowała o kulisach decyzji prezydenta i premiera w sprawie organizacji marszu. Z podanej informacji wynika, że polskie służby otrzymywały od pewnego czasu sygnały o planach środowisk neofaszystowskich z wielu krajów Europy, które wybierały się na organizowany przez narodowców Marsz Niepodległości. Rząd zastanawiał się co zrobić, by nie doszło do sytuacji z zeszłego roku, gdy na marszu pojawiły się hasła rasistowskie, które później obiegły światowe media. Dlatego błyskawicznie po decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz podjęto decyzję o przejęciu imprezy masowej.

Z informacji dziennika wynika również, że na nogi zostały postawione wszystkie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa, by nie dopuściły do udziału w marszu środowisk radykalnych. Nie wiem jak podchodzić do tego wiekopomnego odkrycia, ponieważ od dwóch tygodni media informowały o przyjeździe do Warszawy neofaszystów z Włoch czy Szwecji. Wystarczyło czytać gazety, żeby mieć obraz tego, co szykuje się 11 listopada. Jak dobrze rozumiem, gdyby prezydent Warszawy nie zakazała marszu, to te środowiska bez żadnego problemu dojechałyby do stolicy i dumnie paradowały ze skrajnymi hasłami.

Drugą stroną medalu jest to, że w ogóle pojawiają się newsy o neofaszystach ściągających masowo na obchody. Przez ostatnie lata nigdy nikt nie alarmował o takich skrajnościach wizytujących święto narodowe. Słowo “neofaszyści” do tej pory to było tabu, to było coś, co nikomu przez gardło nie przechodziło i nawet o tym nie myślał. Dzisiaj po trzech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości neofaszyści stają się czymś naturalnym. Rok temu również gościli w Polsce, ale rząd i politycy PiS-u zbywali ten wątek, gdy byli o tę sytuację pytani. W zeszłym roku organizatorzy Marszu Niepodległości zaprosili członków neofaszystowskiej włoskiej partii Forza Nuova. Wizyta była szeroko relacjonowana w mediach społecznościowych przez narodowców.

Teraz możemy przeczytać o służbach postawionych na nogi, a co było w ubiegłym roku? Pies z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Pomijam już to, że do dzisiaj nie ustalono personaliów osób, które niosły rasistowskie hasła na marszu. Nikt nie zareagował na neofaszystów na marszu, a nawet można się pokusić o stwierdzenie o pogłaskaniu ich po głowie. Dzisiaj służby są zdziwione tym, że jeszcze więcej ma ich przybyć na obchody. Gdyby rok temu ktoś z rządu stanowczo się temu sprzeciwił, teraz nie puszczano by informacji o najeździe na stolicę i ratowaniu z ogromnym poświęceniem przez prezydenta i premiera imprezy.

Nie ma lepszego przykładu na kierunek, w jakim poszła władza flirtując i prawie stając na ślubnym kobiercu ze skrajnymi środowiskami. Dzisiaj bawią się w strażaka, który podpalił las i pierwszy biegnie do gaszenia. Zresztą październikowe wydarzenia w Lublinie pokazały – gdzie doszło do zamieszek na Marszu Równości – że prawicowi radykałowie czują się bezkarni. Za trzy dni w Warszawie pojawią się pewnie jeszcze większe ekstremizmy i tylko czekać, aż władza zacznie robić z siebie ofiarę.

Timothy Snyder – Dwadzieścia przykazań wolnych ludzi

Unia Europejska znalazła się pod ostrzałem z wielu stron. Sprawcami ataku są m. in. Polska naruszająca zasady praworządności i Włochy prowokujące kryzys finansowy – ocenia „Sueddeutsche Zeitung”:

„UE znajduje się pod presją tak silną, jak nigdy dotąd. Przeciwnicy Unii niszczą ją od wewnątrz. Jeszcze są w mniejszości. Większość musi się bronić, jeżeli nie chce być pożarta” – pisze Stefan Kornelius, szef działu zagranicznego dziennika „Sueddeutsche Zeitung”. Niemiecki dziennikarz zaznacza, że Wspólnotę nadal popiera większość obywateli i rządów, gdyż spodziewa się po niej korzyści. „Ta większość kruszy się jednak, ponieważ UE jest obiektem co najmniej trzech ataków równocześnie” – pisze Kornelius.

Atak Polski i Węgier na UE

Na pierwszym miejscu wymienia Brexit, który może, w przypadku złego pokierowania procesem wyjścia Wielkiej Brytanii, stać się wzorem dla naśladowców. Za drugi atak na Wspólnotę uważa naruszenie zasad praworządności i demokracji przez Polskę i Węgry. Trzecim zagrożeniem jest natomiast „celowy atak Włoch na wspólną walutę”. „Unia Europejska od początku borykała się z kryzysami. Jednak tak wiele problemów na raz w sytuacji, gdy świat przestał być stabilny ze względu na pewne siebie i agresywne Chiny, wrogą Rosję i pozbawioną orientacji, destruktywną Amerykę, może okazać się zbyt ciężkim balastem dla Unii” – czytamy w „SZ”.

Cel: zniszczenie Unii

„Nowa jakość” problemów wynika z tego, że ich autorom nie chodzi tylko o narodowe korzyści, lecz rzeczywiście stawiają sobie za cel zniszczenie Unii. „Dla polskiego PiS-u czy węgierskiego Fideszu UE jest symbolem wszelkiego zła” –   pisze Kornelius. Hasłem bojowym, za pomocą którego populiści zapewniają sobie większość, jest to, że „inni decydują o naszych sprawach”. W Wielkiej Brytanii taki sposób myślenia doprowadził do Brexitu. Zdaniem Korneliusa reakcja na sytuację we Włoszech będzie testem na zdolność UE do poradzenia sobie z siłami zmierzającymi do zniszczenia Europy.

Włoska prowokacja

„Podczas gdy postępowanie dot. naruszenia traktatów przeciwko Polsce i Węgrom może powoli dojrzewać i być pozostawione przez jakiś czas bez rozstrzygnięcia, to włoski projekt budżetu jest prowokacją , która nie może pozostać bez odpowiedzi” – uważa „SZ”. Kornelius zwraca uwagę, że Bruksela była w stanie stawić czoła „fanatyzmowi” swoich przeciwników w Wielkiej Brytanii.  Jego zdaniem Unia powinna wysłać prawicowym populistom we Włoszech „jasny sygnał”. „Ten, kto dostrzega w UE wartość, musi jej teraz ze wszystkich sił bronić. Epoka lodowcowa w Europie dopiero się zaczęła” – pisze w konkluzji dziennikarz „Sueddeutsche Zeitung”.

Co wyniknie z marszu Duda-Morawiecki? Burdel. Nie dziwię się, że straciliśmy niepodległość. Ta sytuacja pokazuje dlaczego

7 listopada 1918 Rada Regencyjna ogłosiła powstanie: ‚Polski ZJEDNOCZONEJ i niepodległej.’ Bezpośrednim źródłem niepodległości było ‚zawarcie POKOJU’. Mowa o ‚woli narodu JEDNOMYŚLNEJ’, działaniu ‚jak jeden mąż’. Ostrzega się przed ‚podziałami’.

Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu Niepodległości w Warszawie. – Podjęłam taką decyzję, którą osobiście podpisałam – powiedziała prezydent stolicy. Organizatorzy marszu mają 24 godziny na odwołanie się od decyzji do sądu. Dziś już zapowiedzieli, że marsz i tak się odbędzie. W Sejmie decyzja prezydent Warszawy wywołała burzliwą awanturę. Tymczasem prezydent po pilnej naradzie z premierem ogłosił, że rząd zorganizuje masz o charakterze uroczystości państwowej, trasa przemarszu ma być ta sama co Marszu Niepodległości.

Warszawa dość już wycierpiała

O swojej decyzji prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz poinformowała na konferencji prasowej w ratuszu. – Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm – argumentowała prezydent, ale swoją decyzje motywowała szerzej. – Po pierwsze, bezpieczeństwo. Przy obecnych kłopotach policji trudno uwierzyć, że uda się je zapewnić podczas marszu 11 listopada – tłumaczyła.

Gronkiewicz-Waltz przypomniała, że w niektórych komisariatach już połowa funkcjonariuszy jest na zwolnieniach lekarskich. Policjanci, którym nie przysługuje prawo do strajku, protestują w ten sposób, bo domagają się lepszych warunków płacowych.

Prezydent tłumaczyła też, że w czerwcu skierowała pismo do ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego w sprawie wspólnego zabezpieczenia uroczystości 11 listopada, jednak nie uzyskała żadnej odpowiedzi od ministra.

– Przez rok nie sporządzono aktu oskarżenia dotyczącego wydarzeń na Marszu Niepodległości w 2017 roku, chociaż prokuratura, co wiemy z prasy, dysponuje opinią biegłego o zakazanych ideologiach na marszu – tłumaczyła również Gronkiewicz-Waltz.

Przywołała też rezolucję Parlamentu Europejskiego z 25 października, która wzywa państwa członkowskie do podjęcia kroków przeciwko mowie nienawiści i przemocy. Rezolucja jest skutkiem wzrostu liczby neofaszystowskich aktów przemocy w Europie.

Gronkiewicz-Waltz przypomniała też, że dwukrotnie pisała do ministra Ziobry w sprawie delegalizacji ONR-u – Wiemy, że przewodniczący marszu jest osobą, która pełni funkcje w pruszkowskim ONR-ze. I on podpisał się pod wnioskiem do wojewody o zorganizowanie marszu – tłumaczyła prezydent stolicy.

– Zakazałam Marszu Niepodległości. Podjęłam taką decyzję, którą osobiście podpisałam. Uważam z całą odpowiedzialnością, że nie tak powinno wyglądać stulecie odzyskania niepodległości. Stąd moja decyzja o zakazie marszu – tłumaczyła Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Wcześniej z udziału marszu zrezygnowali prezydent i rząd.

– To jest bardzo trudna decyzja, bo moim zdaniem każdy w Polsce powinien mieć prawo do zgromadzeń. Rozumiem, że skoro pani prezydent podjęła taką decyzję, to przeanalizowała wszystko i doszła do wniosku, że nad tym marszem nie da się zapanować i zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom Warszawy i uczestnikom marszu – komentuje wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska z Platformy Obywatelskiej.

Marsz i tak się odbędzie

Organizatorzy zapowiedzieli, że odwołają się do sądu, ale marsz i tak się odbędzie.

Tak decyzje skomentował Wiceprezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości z  Zarządu Głównego Ruchu Narodowego Robert Winnicki:

Ziemowit Przebitkowski, prezes Młodzieży Wszechpolskiej, także zapowiada, że marsz się odbędzie:

Zarząd Główny Młodzieży Wszechpolskiej wydał podobne oświadczenie: „Choćby miasto zakazało organizacji Marszu, choćby się waliło i paliło, »choćby na smokach wojska latające«, Marsz Niepodległości w setną rocznicę jej odzyskania i tak się odbędzie! Najwyżej w formie zgromadzenia spontanicznego! Pokażcie, że nie ma siły, która byłaby zdolna nas zatrzymać!”.

„Ty idioto” w Sejmie

Jeszcze zanim decyzja Hanny Gronkiewicz-Waltz dotarła do parlamentarzystów poseł UED Jacek Protasiewicz, mówił: – 11 listopada będą obchody stulecia niepodległości, w tym niebezpieczny, organizowany przez nacjonalistów i rasistów marsz w Warszawie i nielegalny marsz we Wrocławiu. Kto zabezpieczy manifestujących?

Odpowiedział mu poseł niezrzeszony, do niedawna z Kukiz ’15, Marek Jakubiak: – Ja sobie wypraszam, nie jestem rasistą, jestem obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej, zamilcz. Przed chwilą Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zakaz Marszu Niepodległości. Chcę powiedzieć, że stolica Polski nie jest pani Gronkiewicz-Waltz, że Polska nie jest tylko w rękach Platformy Obywatelskiej – krzyczał z mównicy.

Następny na mównicę wyszedł Dominik Tarczyński z PiS, który odniósł się do słów Jacka Protasiewicza: – Ten idiota przed chwilą obraził Polaków, mówiąc o nich, że są rasistami – mówił. – Dumni Polacy, którzy będą szli w marszu, to nie są rasiści, a ten idiota od dwóch winek na lotnisku obraził Polaków. Panie marszałku, wnioskuję o ukaranie tego idioty.

Zgromadzenie cykliczne, czyli kto może zabronić marszu

Zgromadzenie jest marszem cyklicznym. Oznacza to, że według nowej ustawy autorstwa PiS Marsz Niepodległości jest uprzywilejowany: ma pierwszeństwo w organizacji, także w wyborze miejsca. Władze Warszawy mają obowiązek zakazania innych zgromadzeń, które zostałyby zgłoszone w tym samym miejscu i czasie. W odległości 100 metrów nie mogą odbywać się żadne inne wydarzenia.

Marsz Niepodległości zarejestrował jeszcze w lutym wojewoda, czyli przedstawiciel rządu w samorządzie Zdzisław Sipiera.

– Rzeczywiście wojewoda ma kompetencje do wydawania zezwoleń na zgromadzenia cykliczne, i tyle. Ale nadzór nad przebiegiem zgromadzenia i z tym, co może nieść takie zgromadzenie, to są kompetencje urzędu miasta – tłumaczyła na konferencji Ewa Gawor, dyrektor Biura Bezpieczeństwa w ratuszu.

Hanna Gronkiewicz-Waltz dodała: – Mamy odpowiedzialność przed mieszkańcami, mamy zapewnić bezpieczeństwo.

Policja chowa głowę w piasek

Głos w sprawie zabrała warszawska Policja: „Prezydent m. st. Warszawy nie kontaktowała się z Komendantem Stołecznym Policji na temat absencji chorobowej policjantów oraz planowanych działań. Jeszcze dzisiaj rozmawialiśmy z organizatorami wszystkich zgromadzeń o ich zabezpieczeniu” – czytamy na profilu stołecznej Policji na Twitterze.

Policja mówi także o wciąganiu ich w grę, która „w części zakazu wydanego przez Prezydent m. st. Warszawy może być odebrana jako próba wciągnięcia Policji w grę, w której stanowi ona jedynie przedmiot usprawiedliwiający zaskakującą także dla nas decyzję”.

Spotkanie prezydent-premier

W trybie pilnym, po ogłoszeniu decyzji o zakazie Marszu Niepodległości, premier Mateusz Morawiecki przyjechał na konsultacje do Pałacu Prezydenckiego.

Po spotkaniu rzecznik prezydenta Bartosz Spychalski poinformował, że będzie zorganizowany państwowy marsz, który przejdzie tą samą trasą, którą miał iść marsz narodowców. Organizacją zajmie się rząd.

– Marsz będzie miał charakter uroczystości państwowych, w związku z tym wszystkie inne marsze, które ewentualnie mogłyby przebiegać tą samą trasą, nie mogą mieć miejsca – ogłosił rzecznik. Patronat nad marszem obejmie prezydent.

– Zapraszamy Polaków i Polki – mówił Spychalski.

– Trudno mi sobie wyobrazić, jak ten marsz zostanie zorganizowany w 3 dni. To bardzo nieprofesjonalne. Sam pan prezydent stwierdził, że nie da się zapewnić bezpieczeństwa podczas Marszu Niepodległości, teraz organizuje marsz sam. Nie rozumiem tego – komentuje Małgorzata Kidawa-Błońska.

– Jeżeli pan prezydent objął patronatem ten marsz, to on bierze za niego odpowiedzialność. To są bardzo histeryczne ruchy. W zeszłym roku zdjęcia z 11 listopada pokazują, jak to wyglądało: był race i ksenofobiczne hasła. Wiemy, że narodowcy zawsze robią, co chcą, nie oglądają się na nikogo – dodaje.

Wrocław też bez Marszu

Warszawa to nie pierwsze miasto, w którym prezydent zakazał Marszu Niepodległości. Wczoraj taką samą decyzje podjął Rafał Dutkiewicz odnośnie do marszu we Wrocławiu.

Na początku października, jeszcze przed wyborami samorządowymi, podobną decyzję, tylko w sprawie Marszu Równości, wydał prezydent Lublina Krzysztof Żuk. On również tłumaczył swoją decyzję brakiem możliwości zapewnienia bezpieczeństwa. Sprawa skończyła się w sądzie, który orzekł, że Marsz jednak się odbędzie. Prezydent Żuk został skrytykowany za podbawianie podstawowego prawa demokracji, jakim jest manifestowanie poglądów.

W efekcie 13 października ulicami Lublina przeszedł Marsz Równości, na drodze którego stanęli kibole, chuligani i środowiska narodowe. Policja musiała użyć armatek wodnych i gazu, a także granatów hukowych.

Ze strony kontrmanifestantów leciały wyzwiska, a także kamienie i butelki. Kilku policjantów zostało rannych.

A wiecie, że są kraje, gdzie w święto niepodległości organizowane są festyny, parady, koncerty, kiermasze, występy artystów? Że spotykają się rodziny,znajomi, przyjaciele na wspólnej zabawie, przy dobrym jedzonku, flaszce wina, kufelku piwka, kielonku wódeczki?

Faszyzm. Czy nam grozi?

8 List

Umberto Eco – „Ur-faszyzm”

Krzysztof Bosak odniósł się zarówno do zakazu Marszu Niepodległości, jak również do planów Andrzeja Dudy, by zorganizować marsz państwowy. – Będziemy organizować Marsz Niepodległości dokładnie tak, jak to zostało zapowiedziane – powiedział Bosak przekonany, że sąd pozwoli na marsz narodowców.

Krzysztof Bosak był gościem „Popołudniowej rozmowy” w RMF FM. Na początku, wiceprezes Ruchu Narodowego, odniósł się do zakazania Marszu Niepodległości przez Hannę Gronkiewicz-Waltz. – Przez zespół prawny stowarzyszenia Marsz Niepodległości przygotowywane jest odwołanie. Jutro o godzinie dziewiątej złożymy je w sądzie – powiedział Bosak.

Krzysztof Bosak: Będziemy organizować Marsz Niepodległości

W trakcie audycji pojawiła się jednak informacja o tym, że Andrzej Duda wspólnie z Mateuszem Morawieckim podjęli decyzję, by zorganizować państwowy „biało-czerwony marsz” pod patronatem prezydenta. Miałby on przebiegać tą samą trasą, co Marsz Niepodległości. – To jest zdumiewający ruch, zupełnie zaskakujący. Podobnie jak zaskakująca decyzja pani prezydent – powiedział Krzysztof Bosak.

Bosak stwierdził, że „organizatorzy ani złotówki z tych 200 milionów (które przeznaczono na organizację obchodów 100-lecia niepodległości – red.) nie zobaczyli, nie powąchali”. – Nigdy nie zostali zaproszeni przez prezydenta do komitetu obchodów stulecia niepodległości. Jedyne na co mogli liczyć, to słowa potępienia ze strony tych urzędników wysokich. W tej chwili, jeżeli tak rzeczywiście jest, wyglądałoby to jak próba przejęcia marszu. Politycy mieli na to apetyt od dawna – stwierdził Bosak.

Wiceprezes Ruchu Narodowego jest przekonany, że sąd uchyli zakaz Gronkiewicz-Waltz. – Z pewnością nie będziemy się z nikim przepychać. Będziemy organizować Marsz Niepodległości dokładnie tak, jak to zostało zapowiedziane. Straż Marszu Niepodległości będzie zabezpieczać, niezależnie od tego, jak politycy będą próbowali zdezorganizować to oddolne zgromadzenie – stwierdził. i zapewnił, że „Marsz Niepodległości na pewno swojej trasy nie zmieni”. – Jutro spodziewamy się wyroku sądu, który spowoduje, że marsz będzie ponownie legalny.

„Dla sądu nie ma znaczenia, co robi prezydent czy premier”

Na uwagę gospodarza programu Marcina Zaborskiego, że decyzja o państwowym marszu komplikuje sprawę, Bosak odrzekł: – Dla sądu nie ma znaczenia, co robi prezydent czy premier. Dla sądu liczy się ocena tego, czy pani prezydent wydając zakaz miała rację. Sytuacja, z jaką możemy mieć do czynienia jutro jest taka, że prezydent, na 4 dni przed 11 listopada, zaczyna coś organizować, a sąd cofa zakaz pani prezydent i narodowcy mają prawo przemaszerować swoją trasą.

Już po audycji Krzysztof Bosak napisał na Twitterze: „Marsz Niepodległości spotyka się zgodnie z ustaleniami: o 14:00 na Rondzie Dmowskiego”

Czy dojdzie do ruchawki między nacjonal-faszystami i PiS-em, za którym stoi zdewastowane państwo?

5 groszy Rydzyka ws. Marszu Niepodległości

Tadeusz Rydzyk wypowiedział się ws. decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz dotyczącej zakazu Marszu Niepodległości w Warszawie. „Naród dostał nóż w plecy”, „Zaborcy tak postępowali” – powiedział ks. Rydzyk.

W środę Hanna Gronkiewicz-Waltz poinformowała, że Marsz Niepodległości organizowany w Warszawie przez środowiska skrajnie prawicowe się nie odbędzie. Decyzję tę skomentował ojciec Tadeusz Rydzyk.

Ojciec Rydzyk o zakazie Marszu Niepodległości

Kiedy usłyszałem informację o tym, że prezydent Warszawy zakazała Marszu Niepodległości, poczułem się tak, jakby naród dostał nóż w plecy

– czytamy w przytoczonych przez Radiomaryja.pl słowach ojca Rydzyka.

Tadeusz Rydzyk mówi, że zakazanie Marszu Niepodległości to wyraz pogardy dla młodych ludzi, którzy są „nadzieją, są patriotyczni, którzy kochają Polskę”. „To niewyobrażalne” – dodaje.

Porównał również decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz do decyzji, które podczas zaborów podejmowali okupanci, a same czasy, w których obecnie żyjemy do komunizmu.

Zaraz mi się skojarzyły zabory. Kto tu chce zawładnąć nami? Zaborcy tak postępowali.

W tej chwili kojarzy mi się czas komunizmu. Jak coś się budziło w Polsce, to zaraz było to niszczone. Ile było takich oddolnych rewolucji w czasie komunizmu? Zawsze to niszczyli

– powiedział.

Zaapelował jednak o rozsądek. Dodał, że rozczarowani decyzją ustępującej prezydent Warszawy nie mogą dać się sprowokować, ponieważ w jej kroku można podejrzewać prowokację. Tadeusz Rydzyk nie wyklucza również „działań z zewnątrz z różnych stron globu”.

Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała Marszu Niepodległości

Hanna Gronkiewicz-Waltz na konferencji prasowej poinformowała, że zakazuje Marszu Niepodległości, który miał się odbyć 11 listopada, i wymieniła kilka kilka powodów tej decyzji. Wśród nich znalazła się m.in. obawa o to, że podczas zgromadzenia zapewnienie bezpieczeństwa nie będzie możliwe.

Prezydent zwróciła uwagę, że przez rok nie sporządzono aktu oskarżenia, dotyczącego Marszu Niepodległości w ubiegłym roku, „chociaż prokuratura dysponuje opinią biegłego o zakazanych ideologiach na marszu”.

Organizatorzy Marszu Niepodległości już zapowiedzieli, że będą odwoływać się od decyzji prezydent Warszawy. – Nikt nie zabroni Polakom dumnym z odzyskania niepodległości manifestować swojego patriotyzmu. Próbowano tego wcześniej, próbowano w poprzednim ustroju, nigdy się to nie udało. Teraz też się nie uda – mówi portalowi Gazeta.pl Witold Tumanowicz, wiceprezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

We wtorek decyzję o zakazaniu marszu środowisk narodowych z okazji Święta Niepodległości podjął ustępujący prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Wcześniej skonsultował się z prezydentem-elektem Jackiem Sutrykiem. Jako powód tej decyzji podali liczne incydenty, do których dochodziło podczas poprzednich edycji wydarzenia (m.in. przepychanki i szarpaniny).

Rydzyk swoje pięć groszy wtrąca. Staje po stronie nacjonal-faszystów. Nie powinno to dziwić u tego tchórza.