Tag Archives: czytelnictwo

Morawiecki jako bufon prima sort

13 Gru

Żeby uniknąć głosowania nad wotum nieufności, premier Morawiecki poprosił Sejm o głosowanie nad wotum zaufania. Opozycja, zgłaszając wniosek o wotum nieufności, nie miała oczywiście szans, by obalić premiera popieranego przez prezesa.

Ale wniosek jest okazją do debaty, a przynajmniej do oświadczeń klubowych. Można wytknąć przed społeczeństwem słabe punkty, błędy, wpadki, niespełnione obietnice, manipulacje faktami. Sprostować propagandowe kłamstwa upowszechniane w mediach pisowskich. Wykazać premierowi, że rok sprawowania chaotycznych rządów to za mało, by się chwalić sukcesami.

Mateusz Morawiecki rzeczywiście nie ma doświadczenia państwowego. Jako wiano wniósł do zawartego z PiS zaledwie rok temu małżeństwa politycznego doświadczenie urzędnika bankowego średniego szczebla i absolwenta zachodnich kursów biznesowych. No i fakt, że jest synem Kornela Morawieckiego, którego pisowska prawica obsadza w roli Lecha Wałęsy. Morawiecki nawet retorycznie przypomina ojca. Nie jest to komplement.

Premier, prosząc Sejm o wotum zaufania, uciekł do przodu. Podczas debaty nad wotum nieufności będzie się chwalił, że już otrzymał wotum zaufania. A zatem ma mandat do dalszego kierowania rządem i dlatego bezsilna opozycja „wszczyna awantury”.

Na tym dziś polega taktyka rządu Morawieckiego: przeczekać i przykryć kryzys z KNF, z podwyżką cen energii i protestami pracowniczymi, a jednocześnie pokazać elektoratowi, że PiS trzyma się mocno i będzie rządził jeszcze długo.

Jest to niestety możliwe, choć mniej pewne, niż by wskazywały sondaże poparcia. W Polsce łaska wyborcy na pstrym koniu jeździ. Po trzech latach rządów nawet twardy elektorat Kaczyńskiego może być zszokowany chciwością, kumoterstwem, niekompetencję obecnej władzy. Baza wyborcza PiS się nie poszerza, nie udało mu się zdobyć poparcia większości społeczeństwa miejskiego ani zaproponować czegoś nowego i świeżego wyborcom w centrum sceny politycznej.

Tak naprawdę siłą premiera Morawieckiego nie są jego dyskusyjne osiągnięcia i zamiary, ale brak alternatywy. PiS nie ma innego kandydata na szefa rządu. Tak liche są jego kadry przywódcze, że nie zaryzykuje dymisji ministra Ziobry ani nawet minister Zalewskiej.

Premier Morawiecki ubiegł opozycję, której wniosek o wotum nieufności ma być rozpatrywany 14 grudnia w godzinach nocnych, i wystąpił o wotum zaufania. Debata sejmowa, w której kluby nie mogą zajmować stanowiska, a jedynie zadawać pytania, odbyła się 11 grudnia w najlepszym czasie medialnym. Część komentatorów zachwyca się „sprytem” PiS, który „miał ukraść Schetynie show”.

To jest perspektywa pasków w całodobowych telewizjach informacyjnych, które żadnej rzeczywistości politycznej nie tworzą. Istotniejsze jest to, co premier powiedział i co zostanie zapamiętane. A to rodzi dla obozu władzy kłopoty, i to odczuwalne w krótkiej perspektywie, zwłaszcza wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się 26 maja 2019 r.

Z wystąpienia premiera Morawieckiego nie zostanie zapamiętane to, że rządy PO-PSL to bardzo brzydka buzia, a rządy PiS to śliczna buziulka, bo to powtarzane jest stale i do znudzenia. Zapamiętane zostanie natomiast to, że:

– dzięki rządom PiS Polacy poczują się „prawdziwymi Europejczykami” – a to dzięki grubości swoich portfeli.
– Polexit? Jaki tam polexit, Polska z Unią, Unia z Polską, niech opozycja nie łże.

Oba te przesłania są wycelowane w wybory do PE, bo PiS zdaje sobie sprawę, że utrzymuje dość wysokie poparcie dzięki „głosowaniu portfelowemu”, a relacje z Unią są ważne, bo powszechnie się tam przyjmuje do wiadomości, że niepokój związany z perspektywą lunatycznego – jak to zgrabnie określił Donald Tusk – polexitu w wyborach samorządowych kosztował tę partię parę punktów procentowych.

Oba te przesłania w perspektywie przedwyborczej, wykraczającej poza migotanie żółtych pasków w telewizjach informacyjnych, niosą dla PiS poważne kłopoty. W sztabie tej partii zapomniano o chłopskim porzekadle: orzesz? Patrzaj końca bruzdy!

Zanim zacznie się obiecywać Polakom portfele grubości zachodnioeuropejskiej, trzeba się uporać z bieżącą presją płacową. Po sukcesie policjantów, którzy gromadnie ruszyli na lewe L4 i wydusili swoje, do tego środka nacisku uciekli się pracownicy administracji sądowej i paraliżują pracę sądów. Podobną akcję zapowiadają funkcjonariusze Służby Więziennej, ale prawdziwa bomba to nauczyciele, którzy czekają na czas, kiedy to władza jest najbardziej tkliwa – czyli matury, a te będą przeprowadzane między 6 a 23 maja, czyli tuż przed wyborami do PE. O stopniu rozgoryczenia branży świadczy to, że nawet nauczycielska „Solidarność”, która lojalnie wspierała minister Zalewską w sprawie odwrotu od sześciolatków i likwidacji gimnazjów, nic za to nie dostała i obecnie sformułowała czysto polityczny postulat jej dymisji. Rzecz bez precedensu w relacjach „dobra zmiana” – „Solidarność”. Nic nie wskazuje na to, jak PiS ten problem rozwiąże.

W kwestii nierozerwalnego związku Polski z Unią także rzeczywistość spłatała PiS-owi psikusa. Dokładnie w dniu debaty nad wotum zaufania Sąd Najwyższy podał do publicznej wiadomości, że Trybunał Sprawiedliwości UE zajmie się jego pytaniami prejudycjalnymi dotyczącymi m.in. gwarancji niezawisłości sądów pod rządami pisowskiej Krajowej Rady Sądownictwa 19 marca 2019 r., czyli w początkach kampanii wyborczej do PE. Nie jest wykluczone, że TSUE do tego działania sprowokował szeryf-katastrofa „dobrej zmiany”, czyli minister Ziobro, który paszczami swojej opryczniny, czyli rzeczników dyscyplinarnych, szarpał sędziów sądów niższych instancji zadających pytania prejudycjalne pokrywające się z pytaniami SN. TSUE stanął przed trudnym wyborem: albo nadal będzie zwlekał i pozwoli na to, by minister Ziobro oskórował broniących swej niezawisłości sędziów, ustanawiając się zarazem w roli ostatecznej instancji rozstrzygającej o tym, jakie pytania prejudycjalne wolno sędziom zadawać, albo pytaniami SN się zajmie i sędziów z opresji wybawi. Sędziów z opresji w końcu wybawił, a jest mało prawdopodobne, by 19 marca uznał, że z KRS wszystko jest w porządku. Jeżeli uzna, że jest bardzo nie w porządku, to „dobra zmiana” nie będzie już na kursie kolizyjnym, ale wprost zderzy się z całą Unią, dla której TSUE to źrenica oka i perła w koronie. Albo wtedy ponownie wywiesi białą flagę, spuszczając całą tzw. „reformę wymiaru sprawiedliwości” i być może ministra Ziobrę przy okazji po drucie, czy też konfrontację przyjmie – z punktu widzenia walki wyborczej to obojętne. I tak, i tak przegra.

Premier Morawiecki być może zatem skradł Grzegorzowi Schetynie show, ale – jak powiedział przy innej okazji Franc Fiszer – sypnął się i cały pogrzeb na nic.

Znów słyszę, jak Mateusz Morawiecki publicznie mówi o „80 proc. mediów”, które są „w rękach naszych przeciwników”. Premier głosił to na wiecach, mówił to w Parlamencie Europejskim, teraz powtarza to w Sejmie.

Pierwszy odruch jest taki, żeby wejść w tę rozmowę i zdemaskować twierdzenie Morawieckiego jako oczywiste kłamstwo. Jakie 80 proc.? Pod względem tytułów? Nakładów? Liczby odbiorców? TVP, jeśli wierzyć prezesowi Jackowi Kurskiemu, a przecież jemu trudno nie wierzyć, codziennie bije na głowę konkurencję pod względem liczby widzów. A nawet jeśli nie bije, to nijak nie da się przeprowadzić tezy, że na rynku telewizyjnym media opozycyjne mają przewagę 80 do 20 proc. Prasa drukowana? Pełne spektrum: „Gazeta Polska”, „Sieci”, „Do Rzeczy”, „Gazeta Polska Codziennie”; tytuły te kochają rząd i PiS na różne sposoby, ale z całą mocą. Czy „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek” i „Polityka” mają przewagę 80 do 20 proc. nad wspomnianymi tytułami? I jak tę przewagę mierzyć? I czy tygodnik „Gość Niedzielny” jest rządowy czy opozycyjny?

Można dalej ciągnąć tę wyliczankę, przypominając o Polskim Radiu, Radiu Maryja, portalach wpolityce.pl czy niezalezna.pl, porównywać, prostować i kpić, że przecież nikt Polakom nie zabrania korzystać z mediów bliskich rządowi i że nikt z opozycji nie stoi za spadkami czytelnictwa tego czy owego tytułu – ale to jest w gruncie rzeczy absolutnie bez sensu.

Kłamstwo w sprawie procentów nie jest bowiem w słowach Morawieckiego najgorsze. Znacznie gorsze jest to, że premierowi demokratycznego państwa, przychodzi w ogóle do głowy dzielenie mediów na „nasze” i „wasze”. Nieco milej byłoby, gdyby media były oceniane za jakość: rzetelność, bezstronność, dogłębność, ale i wtedy wolałbym, żeby nie robił tego publicznie szef rządu.

Bo jakie stosuje kryteria? Po godzinach, gdy akurat nie szykuje mowy o zasypywaniu podziałów i budowie wspólnoty, skacze po kanałach i notuje: „wasz”, „nasz”, „wasz”? Przyznaje jakieś punkty za poszczególne materiały? Autorów? Kraj ojczysty właścicieli? Czy Polsat jest „wasz” czy „nasz”? Czy „Dziennik Gazeta Prawna” jest „wasz” czy „nasz”? Czy „Wprost” jest pisowski czy antypisowski? Czy jak w RMF FM występuje Krzysztof Ziemiec, to RMF na chwilę robi się „nasz”? No i, last but not least, co z Pudelkiem?

Intrygujące jest wreszcie pytanie, co kryje się za tym podziałem. Czy „nasze”, to te, którym mogą płacić spółki skarbu państwa? A „wasze” to te, które należałoby spolonizować i zdekoncentrować? Albo chociaż postraszyć, żeby były milsze dla władzy?

Przyczynkiem do wystąpienia Warlikowskiego w Parlamencie Europejskim było rozdanie nagrody literackiej Prix du Livre Européen. To w odniesieniu do prac nagrodzonych autorów, Géraldine Schwarz i Paul Lendvai powiedział o kryzysie czytelnictwa, który dotyka także Polskę.

Dzisiaj blisko 40 proc. Polaków nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30 proc. rozumie w niewielkim stopniu. Co dziesiąty absolwent szkoły podstawowej nie potrafi czytać. Aż 10 milionów Polaków (ok. 25 proc.) nie ma w domu ani jednej książki. Analfabetą funkcjonalnym jest co szósty magister w Polsce. 6,2 miliona Polaków znajduje się poza kulturą pisma, czyli nie przeczytało NIC, nawet artykułu w brukowcu. 40 proc. Polaków ma problemy z czytaniem rozkładów jazdy czy map pogodowych. To są dane tak niewiarygodne, że aż zabawne. A jednak napawają grozą – mówił podczas przemówienia.

Dodał, że z obserwacji statystyk wynika, że czytelnictwo spada w niemal wszystkich krajach europejskich. Są nieliczne zielone wyspy, gdzie rośnie, ale niestety, ogólnie sytuacja jest zła. Czyta Skandynawia i Holandia. W krajach Europy środkowej i południowej spadek czytelnictwa jest drastyczny, należą do nich przede wszystkim: Grecja, Węgry, Włochy.

– Czy to przypadek, że w tych krajach ruchy skrajnie nacjonalistyczne rosną w siłę odwrotnie proporcjonalnie do współczynnika czytelnictwa? – pytał retorycznie.

Reżyser mówił dalej: – Z tej perspektywy interpretuję odwrót Polski z drogi wolności i demokracji na rzecz autorytarnego systemu i państwa narzucającego obywatelom zasady życia dyktowane przez Kościół. Tak rozumiem wybór ekstremalnej prawicy przy niskim zainteresowaniu wyborami. To są właśnie skutki zaniechań i wieloletniego ogłupiania społeczeństwa. Analfabetyzm polityczny, na którym chętnie i bezpardonowo żerują populizmy. Polska jest tu przykładem jaskrawym, ale nie jedynym.

Laudację na temat zwycięstwa kończył jednak pozytywnym akcentem: – Wierzę, że kultura może być potężną bronią przeciwko głupocie i ogłupianiu, które stają się idealnym podłożem do manipulacji. Wierzę w teatr, którego zasadą jest konflikt, ale przepracowywany przez dialog, który prowadzi do pojednania, koncyliacji, wspólnoty widzów tu i teraz. Na chwilę, ale też i na dłużej, kto wie na jak długo. Świat można czynić lepszym tylko zmieniając ludzi. Doświadczenie, jakie może dać teatr, pokazując siłę wspólnoty, jest nie do zastąpienia przez żadne inne.

Krzysztof Warlikowski się rozmarzył, niestety wcale z tym czytelnictwem ani uczestnictwem w kulturze w PRL nie było tak słodko, jak sentymentalna pamięć podpowiada. Tak, stało się w kolejkach po książki ale w masie byliśmy zawsze wspólnotą nie czytania.

Waldemar Mystkowski pisze o zaufaniu Morawieckiego do siebie.

Premier i PiS robią wszystko, żeby przykryć afery ich rządu.

Mateusz Morawiecki jest dobry w wyprowadzaniu kozy. Rola Morawieckiego jako premiera sprowadza się głównie do tej dyspozycji. Taką kozą była ustawa o IPN, kolejną kozą ustawa o Sądzie Najwyższym. Morawiecki te ustawy wyprowadził, ale czy zmieniła się atmosfera wokół Polski? Śmiem wątpić.

Pod koniec roku dopadła rząd pisowski afera KNF, której przerzut SKOK Wołomin pokazał, jak zrakowaciała jest ta władza. Aby przykryć aferę KNF, trzeba było wprowadzić jeszcze jedną kozę i przy fanfarach własnych ją wyprowadzić. Przy tym obdarzyć się oklaskami, jacy to fajni jesteśmy.

Drożyzna to koza wymarzona, bo kto lubi, aby uszczuplano mu portfel. O podwyżkach prądu zakomunikował minister energetyki Krzysztof Tchórzewski, przy tym kłamliwie zapewnił, że państwo zrekompensuje. Nikt na taką manipulację się nie nabrał. Do tego opozycja zapowiedziała wotum nieufności dla Morawieckiego z powodu afery KNF i nie tylko. Wotum nieufności pozwala opozycji wyartykułować, jakim marnym politykiem jest Morawiecki.

Morawiecki mimo swej charakterologicznej bufonady musi mieć tego świadomość, bo to jednak dorosły człowiek, ale w pijarowskie klocki jest lepszy od opozycji, całe życie w to się bawi. Więc za jednym zamachem postanowił wyprowadzić kozy. Poprosił Sejm o wyrażenie wotum zaufania. Niby to samo, co opozycyjne wotum nieufności, lecz diametralnie inne.

Morawiecki nie pozwolił zatem na debatę nad swoją osobą, a przy okazji obiecał publice, że podwyżek prądu nie będzie. Nawet więcej – poprawi się stan portfeli Polaków. A zatem kozy zostały wyprowadzone. Niestety, wrócą szybciej niż Morawieckiemu się wydaje, bo publika nie zapomni obietnic, a afery i tak będą się ciągnąć za PiS.

Gdyby Polska była pastwiskiem, to Morawiecki byłby najlepszym pastuchem w roli premiera. Niestety, tak nie jest – i niedługo ten pijarowiec o tym się przekona, choć dzisiaj ku swej chwale strzela z bicza.

Reklamy