Tag Archives: COP24

Pedofilia w polskim kościele dopiero do odkrycia. Jej skala z pewnością porazi. To będzie koniec Kościoła, jaki znamy

7 Gru

>>>

Biskupi uznali swą moralną współodpowiedzialność za kryzys wywołany nadużyciami seksualnymi duchownych i zamiataniem ich pod dywan przez władze kościelne.

Rzecz bez precedensu: cały chilijski episkopat podaje się do dymisji. To owoc trzydniowej wizyty biskupów w Rzymie na wezwanie papieża Franciszka. W tle nadużycia seksualne duchownych i zamiatanie ich pod dywan przez władze kościelne.

– To było ciało o ciało, bo członkiem wodził mi na przykład po piersiach – mówi w rozmowie z „Faktami” TVN Barbara Borowiecka, która miała być wykorzystywana przez ks. Henryka Jankowskiego. Inna parafianka przyznaje, że jest zła na tych, którzy wiedzieli o czynach duchownego.

Barbara Borowiecka, bohaterka głośnego reportażu „Dużego Formatu” o ks. Henryku Jankowskim udzieliła wywiadu „Faktom” TVN. Mówiła o molestowaniu, jakiego doświadczała, gdy była małą dziewczynką. – Jak na mnie, to było wtedy dużo razy, czy dziesięć, czy dwadzieścia, to nie wiem – opowiedziała. – To było ciało o ciało, bo członkiem wodził mi na przykład po piersiach, czy po plecach, czy po pupie – dodaje.

„Włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę”

W artykule na stronie „Faktów” czytamy: „szczegóły opowieści są tak drastyczne, że nie nadają się do cytowania”. Borowiecka wspominając dodała: – To nie tak, że on mnie wybrał, bo jak dzieciaki uciekały do piwnic czy do budynków, w których mieszkały, to chyba dobierał się do pierwszej osoby, którą dorwał.

„Fakty” dotarły do kolejnej kobiety, która mówi, że molestował ją ks. Jankowski. – Każde z dzieci podchodziło i ksiądz Jankowski niektórych sadzał sobie na kolano, głaskał. (…) Pamiętam tylko, że mi wtedy włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę. Włożył mi wtedy rękę pod tę sukieneczkę i ściskał, dotykał moje pośladki – wspomina Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej jedna z parafianek Jankowskiego, która miała 6 lat, gdy była molestowana. – Mam też ogromną złość do tych wszystkich ludzi, którzy wiedzieli o tym – dodała.

Ks. Jankowski za życia bardzo wpływowym i szanowanym duchownym. Został Honorowym Prałatem Domowym Jego Świątobliwości, znany był jednak przede wszystkim jako kapelan „Solidarności”. Do 2004 r. był proboszczem parafii św. Brygidy w Gdańsku. W sierpniu 1980 r. kościół ten niejako opiekował się strajkującymi robotnikami. Na plebanii przebywali m.in. Wałęsa, Mazowiecki czy Kuroń. Parafia św. Brygidy w czasie stanu wojennego było w centrum działalności opozycyjnej.

Wałęsa: Coś tam zawsze dochodziło do nas …

– Dla mnie jest to szok. Coś tam zawsze dochodziło do nas, ale nic tak tragicznego, nic tak wielkiego. W związku z tym fatalnie się czuję – mówi cytowany przez „Fakty” były prezydent Lech Wałęsa.

Oskarżenia o molestowanie przez ks. Jankowskiego sięgają 2004 r., kiedy to o wykorzystywanie nieletnich oskarżyła duchownego matka jednego z ministrantów. Sprawę opisało antyklerykalne pismo „Fakty i mity”. Z kolei w 2013 r. czyny Jankowskiego opisane zostały w książce pt. „Ostatnia bitwa prałata”.

Pomnik Jankowskiego w Gdańsku

W związku z reportażem „Dużego Formatu” część mieszkańców Gdańska domaga się usunięcia pomnika prałata. We wtorek pod pomnikiem  pojawiły się dziecięce budziki oraz kartki z napisem „pedofil”. W czwartek z kolei pomnik został oblany czerwoną farbą.

Nie dwutlenek węgla, a „IV Rzesza” i „banksterzy” odpowiadają za zmiany klimatu – czytamy w tekście anonimowego blogera. Sęk w tym, że tekst polecał na Twitterze Andrzej Duda. „Czy pan to czyta?”, „To gorzej niż błąd” – komentują ludzie na Twitterze. Prezydent później usunął wpis.

>>>

Prezydent Andrzej Duda w poniedziałek otwierał szczyt COP24 w Katowicach – i nie było to najlepsze dla Polski otwarcie. Już w inauguracyjnym wystąpieniu i późniejszej konferencji Duda mówił, że Polska ma „zapasy węgla na 200 lat” i nie zamierza z niego szybko rezygnować.

Ekolodzy byli zszokowani, a prezydent nie przestawał. Kolejnego dnia obiecywał, że nie da „zamordować polskiego górnictwa”. To mocno zdziwiło zagranicznych ekspertów, gdyż sztandarową polską inicjatywą na szczycie jest deklaracja o tym, jak… pomagać górnikom i innym pracownikom sektora w związku z odchodzeniem od paliw kopalnych. Do tego premier Mateusz Morawiecki mówi coś zupełnie innego, niż prezydent. Takie sprzeczne sygnały od rządzących szkodzą nam i samemu szczytowi. Analitycy z serwisy „Polityka Insight Climate” oceniają, że pokazuje to brak koordynacji, pogarsza wizerunek Polski, a do tego utrudnia pracę naszej prezydencji ważnego szczytu.

Tymczasem w czwartek prezydent znów dosypał (węgla) do pieca. Na swoim profilu na Twitterze zamieścił artykuł z bloga na salon24.pl, w którym autor pisze o tym, że to Niemcy emitują więcej gazów cieplarnianych (i kwieciście ten fakt komentuje). „Bardzo dobry artykuł o emisji CO2 w UE. Przystępnie przedstawia realną sytuację. Warto przeczytać. Polecam” – napisał prezydent RP. Po kilku godzinach usunął wpis z linkiem. Co znajdujemy w tekście?

Prezydent poleca tekst ze słowami o „Niemieckiej IV Rzeszy” 
W pierwszej części autor stara się wykazać, że to Niemcy – a nie Polska – emitują więcej dwutlenku węgla. Nie jest to szczególnie trudne, gdyż takie dane są łatwo dostępne i raczej oczywiste dla osób, które zajmują się energetyką i klimatem. Rzeczywiście to Niemcy emitują najwięcej gazów cieplarnianych w UE, mają też wyższy niż Polska poziom emisji na mieszkańca.

Oczywiście do tych danych warto by dodać inne, np. o tym, że w Polsce (jak w wielu innych krajach UE) poziom emisji rośnie, podczas gdy w Niemczech nieznacznie spada. Jednak uwagę bardziej zwraca obszerny komentarz, który pod danymi napisał anonimowy autor udostępnionego przez prezydenta artykułu. Zaczyna od tego, że „Polska jest chłopcem do bicia w UE, czyli jak kto woli Niemieckiej IV Rzeszy”. Jeszcze w tym samym zdaniu określa Unię jako „Sojedinionne Sztaty Jewropy” (rosyjski zapis fonetyczny, co ma porównywać UE do ZSRR). Pisze o bliżej nieokreślonej kampanii „piesków kanapowych Pani Merkel” wobec Polski.

Autor ma bardzo sprecyzowane poglądy na energetykę i proponuje „stopniową likwidację górnictwa”, elektrownie wodne i geotermię oraz odejście od farm wiatrowych, które są  „robieniem ekonomicznej laski Niemcom”. Wtrąca też zdanie o tym, że muzułmańscy mieszkańcy Niemiec to „żołnierze przyszłej armii dżihadu” (przypomnijmy – wciąż mówimy o artykule, który „poleca” prezydent RP). Dalej twierdzi, że „emisja CO2 przez przemysł jest zbyt mała, aby miała wpływ na tzw. efekt cieplarniany”. Jednak świat nauki jest zgodny, że gazy cieplarniane, w tym głównie CO2, mają na to zasadniczy wpływ. „To jest ukuta przez banskterów strategia niszczenia gospodarek państw wschodzących” – pisze autor bloga. Dalej przytacza jeszcze kilka łatwych do obalenia mitów i kłamstw nt. klimatu.

Po kilku godzinach prezydent usunął wpis i przyznał, że jego udostępnienie było błędem. „Przyznaję rację Tym, których oburzyła druga część artykułu zamieszczonego na portalu salon24.pl , który poleciłem kilka godzin temu. Był to błąd, wynikający z lektury pierwszej części tego artykułu. Nie podzielam poglądów i stylu wypowiedzi zawartej w 2 części. Błąd” – napisał prezydent.

„Takie wpisy nie pomogą naszej prezydencji na COP24”

Można już mówić o serii kontrowersyjnych wypowiedzi prezydenta w pierwszym tygodniu szczytu klimatycznego, zatem w sieci nie trzeba było długo czekać na komentarze. Niektórzy zwracają uwagę, że Duda może dalej szkodzić polskiej prezydencji i negocjacjom na szczycie w Katowicach. Inni pisali, że mają nadzieję, iż prezydent przestał czytać w miejscu, gdzie zaczął się komentarz.

„Prezydent RP linkujący do tekstu pełnego antynaukowych bredni o CO2 i globalnym ociepleniu, do tego w czasie trwania COP24, to gorzej niż błąd” – ocenia Kuba Jagowski. Karolina Baca-Pogorzelska, dziennikarka specjalizująca się m.in. w branży energetycznej, pytała, czy prezydent „przeczytał w ogóle ten tekst”. „Takie wpisy nie pomogą naszej prezydencji na COP24 z Michałem Kurtyką na czele” – oceniła.

„Serio, prezydent na to sobie pozwala?” – skomentował dziennikarz Patryk Michalski. Jakub Wiech z serwisu Energetyka24.com ocenił, że „To zakrawa o skandal dyplomatyczny”. „Warto wiedzieć, skąd prezydent czerpie informacje” – napisał Adam Ozga z TOK FM. Z kolei dziennikarz Witold Głowacki zwrócił uwagę, że autor, którego tekst poleca prezydent, pisał też o „żydokomunie” i „jewropie”.

„Panie prezydencie, czy przeczytał Pan tekst, który Pan poleca? Czy uważa Pan UE za ‚Jewropę’, a Niemcy za ‚IV Rzeszę’, która ‚sra na normy’? Jest pan prezydentem Rzeczypospolitej, a nie internetowym trollem! Takimi wyskokami kompromituje Pan siebie i nasze państwo!” – napisał Adrian Zandberg z partii Razem.

>>>

Kolejny upadek Dudy. Ten facio wyląduje na rusztach u Lucyfera, który przerobi go na skwarę

6 Gru

>>>

Kazimierz Marcinkiewicz, były premier rządu Prawa i Sprawiedliwości jest przekonany, że czwartkowe zatrzymania, mają na celu rozmycie afery KNF. Tego ranka funkcjonariusze CBA zatrzymali Andrzeja J., szefa KNF w latach 2011-2016, i sześciu innych urzędników. Wśród nich jest były zastępca przewodniczącego KNF Wojciech Kwaśniak w latach 2011- 2017, który został pobity po tym, jak dzięki komisji wszczęto śledztwo ws. SKOK Wołomin.

„To oburzające, cztery lata temu Wojciech Kwaśniak omal nie został zabity w związku z tą sprawą, dzisiaj ci, którzy zlecili zamach na niego, są na wolności, a on sam jest zatrzymany pod absurdalnymi zarzutami – powiedział mec. Naumann, pełnomocnik m.in. Kwaśniaka.

Teraz chodzi o wskazanie, że „KNF to instytucja, w której zawsze działo się coś nieprawidłowego. Tym bardziej, że ze SKOK-iem Wołomin związani są prominentni politycy PiS” – skomentował sytuację w rozmowie z money.pl Kazimierz Marcinkiwicz.

„Warto zauważyć, że PiS, a także Lech Kaczyński, gdy był prezydentem, robili wszystko, by SKOK-i nie podlegały nadzorowi KNF i dopiero po rządach Andrzeja J. udało się doprowadzić do podporządkowania SKOK-ów temu nadzorowi” – podkreślił.

>>>

Trybunał Stanu dla Dudy

5 Gru

Lech Wałęsa w rozmowie z Polsat News zdradził, o czym będzie rozmawiał na pokładzie samolotu z prezydentem Dudą podczas podróży na uroczystości pogrzebowe George’a H.W. Busha. Przyznał też, że założy koszulkę z napisem „Konstytucja”, którą zamierza nosić, dopóki Polska „nie odzyska wolności„.

W poniedziałek Lech Wałęsa poprosił Kancelarię Prezydenta o pomoc w zorganizowaniu podróży do USA. Wkrótce potem prośba została zaakceptowana, a kancelaria poinformowała, że we wtorek wieczorem Lech Wałęsa poleci na uroczystości pogrzebowe George’a Busha seniora z prezydentem Andrzejem Dudą.

Wałęsa: Nie przypuszczam, byśmy znaleźli wspólne zdania

Dziennikarka Polsat News Anna Gonia zapytała Lecha Wałęsę, czy zamierza rozmawiać z prezydentem Andrzejem Dudą podczas długiego lotu.

– Dlaczego mamy nie rozmawiać? Natomiast ja nie utożsamiam się i z tym prezydentem, i z tą opcją, więc nie przypuszczam, byśmy znaleźli wspólne zdania – odparł Wałęsa.

Jak dodał, jeśli wejdzie do samolotu pierwszy, to na początku zamierza powiedzieć prezydentowi Dudzie „Dzień dobry”. – A potem to się rozkręcimy – wyjaśnił Lech Wałęsa.

Na pytanie, czy na pokładzie samolotu będzie ubrany w koszulkę z napisem „Konstytucja”, w której ostatnio pojawił się na rozprawie sądowej z Jarosławem Kaczyńskim, Wałęsa odparł:

– A ma pani wątpliwości? Powiedziałem, że nawet do trumny, gdy nie dojdziemy do wolności, do trójpodziału władzy, proszę mnie do trumny włożyć w tej koszulce.

Tuż przed wylotem do Stanów Zjednoczonych Lech Wałęsa zamieścił na Twitterze zdjęcie z podpisem: „W oczekiwaniu na lotnisku w Warszawie na lot do Waszyngtonu”

Zgodnie z zapowiedzią były prezydent założył koszulkę z napisem „Konstytucja”.

Pogrzeb George’a H.W. Busha

Uroczystości pogrzebowe George’a H.W. Busha będą trwać kilka dni. W poniedziałek 3 grudnia wystawiono trumnę z jego ciałem na widok publiczny w rotundzie pod kopułą Kapitolu. Prezydent Donald Trump ogłosił, że środa 5 grudnia będzie dniem żałoby narodowej. W Katedrze Narodowej w Waszyngtonie odbędą się wtedy oficjalne, państwowe uroczystości pogrzebowe.

George Bush senior, 41. prezydent Stanów Zjednoczonych, najwyższy urząd w państwie pełnił w latach 1989-1993. Sześciokrotnie gościł w Polsce, w tym dwa razy podczas kadencji prezydenckiej, w 1989 i 1992 roku.

Polska otrzymała na szczycie klimatycznym w Katowicach antynagrodę Skamielina Dnia. Wyróżnienie to przyznano m.in. za słowa Andrzeja Dudy i Mateusza Morawieckiego. „Nie mogę przestać się dziwić, jak można tak bardzo nie rozumieć powagi sytuacji i kryzysu klimatycznego” – komentuje Bohdan Pękacki, dyrektor Greenpeace Polska.

Polska jako pierwsza dostała antynagrodę Skamielina Dnia podczas trwającego w Katowicach szczytu klimatycznego COP24. Jest ona przyznawana państwom, które wykażą się fatalną postawą podczas konferencji.

Powodem niechlubnego wyróżnienia dla Polski są wypowiedzi przedstawicieli polskich władz podczas szczytu, m.in. Andrzeja Dudy. Prezydent Duda przekonywał w poniedziałek, że “użytkowanie węgla nie stoi tym samym w sprzeczności z ochroną klimatu”. Mówił też, że emisje dwutlenku węgla w Polsce spadają, a zamiast bardzo je ograniczyć, Polska woli stawiać na pochłanianie CO2 przez lasy. Ekolodzy krytycznie oceniają słowa prezydenta. Słowa te zostały skrytykowane przez ekologów.

Jak zauważają ugrupowania ekologiczne, które przyznały nagrodę, gest jest tym bardziej znaczący, że Polska jest gospodarzem COP24. – To nie przypadek, że Polska, która przewodzi Szczytowi Klimatycznemu COP24, jako pierwsza dostała antynagrodę Skamielina Dnia. Słuchając w Katowicach prezydenta Dudy, premiera Morawieckiego i członków rządu nie mogę przestać się dziwić, jak można tak bardzo nie rozumieć powagi sytuacji i kryzysu klimatycznego, a także tego, ile złego wyrządza się taką postawą Polsce – komentuje Bohdan Pękacki, dyrektor Greenpeace Polska.

„Włos się jeży na głowie”

– Stanie murem za spalaniem węgla, wbrew jednoznacznemu głosowi nauki, zwalczanie jakichkolwiek ambicji w walce ze zmianami klimatu, wreszcie przyznawanie, że inwestycje w elektrownie węglowe nie mają sensu, ale i tak będziemy je robić – to wszystko sprawia, że włos się jeży na głowie. Szczyt dopiero się zaczął, pozostaje trzymać kciuki, że do polskiej prezydencji dotrze skala wyzwania, jakie przed nami stoi.- dodaje.

Pękacki zwraca uwagę, że „do tego, żeby zapobiec najgorszym skutkom zmian klimatu mamy technologię i mamy środki, żeby to zrobić”. – Co więcej działania takie mają duże poparcie społeczne – dwie trzecie Polaków chciałoby odejścia od węgla do 2030 r. i rozwoju odnawialnych źródeł energii. Jedyne, czego brakuje to politycznej woli. Prezydent Duda mówi, że nie poddamy się dyktatowi obcych krajów. Dobrze, gdybyśmy się poddali dyktatowi zdrowego rozsądku – twierdzi szef polskiego Greenpeace.

To prawdziwy sukces polskiej polityczki. Barbara Nowacka znalazła się jako jedyna Polka w zestawieniu 28 europejskich osobowości, które trzeba obserwować. W tym roku ranking podzielono na trzy kategorie: doers (ci, którzy robią, osiągający cele, sprawcy), dreamers (marzyciele) i disruptors(zakłócacze, popsuj-zabawy). Nowacka znalazła się w pierwszej kategorii – jako „budownicza mostów” – na drodze ku scaleniu polskiej opozycji.

Poza trzema kategoriami znalazł się tylko „Numer 1”, czyli wicepremier Włoch Matteo Salvini. Salvini może mieć ogromny wpływ na wybory do Parlamentu Europejskiego, ale i na przyszłość Unii, której jest zaprzysięgłym wrogiem.

Obok Nowackiej – Tymoszenko, Selmayr i Sanchez

Nowacka sąsiaduje m.in. z Martinem Selmayrem, sekretarzem generalnym Komisji Europejskiej, znanym z trafnych analiz, długofalowych strategii i raczej szorstkiego podejścia do współpracowników, Julią Tymoszenko, która może znów przejąć stery władzy na Ukrainie, maltańskiej europosłanki Miriam Dalli walczącej z emisją gazów cieplarnianych czy premierem mniejszościowego rządu w Hiszpanii Pedro Sánchezem. I to tylko we własnej kategorii.

Wśród marzycieli wyłoniono m.in. intelektualistę Ivana Krasteva i Guðrið Højgaard, odpowiedzialną za wykreowanie Wysp Faro jako destynacji turystycznej. Gdzie leżą Wyspy Faro? Sam fakt, że zadajemy sobie to pytanie, jest miarą sukcesu Højgaard, która tworzy wyobrażenie całego świata o tym kraju, wchodzącym w skład duńskiej Korony i położonym na skalistym archipelagu między Szkocją a Islandią, właściwie od zera. Nominacja „Politico” wydatnie jej w tym pomoże.

Corbyn, McDonald i Touloupaki jako popsuj-zabawy

Pierwsza na liście disruptorów, czyli popsuj-zabaw, jest liderka północnoirlandzkiej partii Sinn Féin Mary Lou McDonald, która wykorzystuje zamieszanie wokół brexitu do promowania naczelnej idei swojej partii, czyli zjednoczenia Irlandii. Obok niej znajdziemy przewodniczącego brytyjskich labourzystów Jeremy’ego Corbyna, tak określonego przez „Politico”: „Jeremy Corbyn chce być dla międzynarodowego socjalizmu tym, czym amerykański prezydent Donald Trump jest dla prawicowego nacjonalizmu”. W ostatniej grupie znalazła się też m.in. Eleni Touloupaki, energiczna i skuteczna prokurator, która z nominacji SYRIZY zajmuje się zwalczaniem korupcji w Grecji. Touloupaki prowadzi śledztwo przeciwko aż dziesięciu politykom szczebla rządowego (w tym byłemu komisarzowi europejskiemu i szefowi greckiego Banku Centralnego), i robi to w imię „odbudowy dobrego imienia i marki Grecji”.

Nowacka pomogła opozycji w wyborach, inicjowała też protesty kobiet

Jak widać, Barbara Nowacka znalazła się w znakomitym towarzystwie. I choć przede wszystkim zwrócono uwagę na jej rolę jako lepiszcza podzielonej opozycji (jej decyzji „Politico” przypisuje dobry wynik opozycji w wyborach lokalnych), to przedstawiono też wcześniejsze dokonania. Niektórych w kraju może nieco zdziwić informacja o tym, że współorganizowała masowe protesty kobiet przeciwko PiS, nie da się jednak ukryć, że trzymiesięczna zbiórka podpisów pod ustawą „Ratujmy Kobiety”, na której czele stanęła Nowacka, walnie się przyczyniła do wybuchu tych protestów. A powtórzenie akcji w 2017 r. utrwaliło jej rolę jako polityczki i kobiecej liderki.

Ziobro i abp Gądecki w poprzednich rankingach „Politico”

Ranking „Politico” powstaje od 2016 r. – czyli od powstania europejskiego oddziału „Politico”. Ten wpływowy amerykański portal poświęcony polityce stara się podawać informacje w sposób strawny dla masowego czytelnika. Krótkie teksty, szybkie reagowanie na wydarzenia, wszędobylscy dziennikarze – oraz atrakcyjne formuły medialne, takie jak listy, diaporamy, karykatury czy właśnie rankingi. Europejski ranking „Politico 28 Class” wzorowany jest na niezwykle popularnej pięćdziesiątce „Politico 50”.

W poprzednich latach z Polaków w rankingu pojawili się m.in. minister Zbigniew Ziobro jako autor groźnej reformy sądownictwa czy arcybiskup Stanisław Gądecki, przywódca wewnątrzkościelnego ruchu przeciwko reformom papieża Franciszka.

Waldemar Mystkowksi pisze o niewiedzy PiS w kwestii globalnego ocieplenia (fragment).

Duda, otwierając szczyt, powiedział cywilizacyjną kalumnię, jakoby węgiel nie szkodzi klimatowi, co jest stwierdzeniem wbrew obowiązującej nauce. Z taką głupotą niemożliwa jest dyskusja. Co zatem możemy z tym prezydentem zrobić, jak mamy postępować z taką władzą, bo Duda tylko powtarza to, co mu kazano powiedzieć.

Ponadto Duda posłużył się kłamstwem, mianowicie stwierdził, iż Polska zmniejszyła o 30 proc. emisję dwutlenku węgla od 1990 roku. Tak, ale to było skutkiem odejścia od najbardziej nieczystej kopaliny energetycznej węgla brunatnego i tak się działo do roku 2012. Od kiedy PiS jest u władzy, emisja CO2 wzrasta i ostatnio – rok do roku – wzrosła o 3,8 proc. Z tych 30 proc zrobiło się raptem 18.

Ocieplenie klimatu z powodu efektu cieplarnianego jest nie do powstrzymania, ludzkość walczy o spowolnienie katastrofy ekologicznej. Wcale nie najczarniejsze scenariusze zakładają, iż najmłodszym obecnie żyjącym pokoleniom w przyszłości odechce się żyć na Ziemi, takie będą panować koszmarne warunki.

Myślenie takich polityków jak Duda i formacji politycznej obecnie nam miłościwie panującej o bliskiej przyszłości jest obojętne. Oni walczą o władzę tu i teraz, po nich choćby potop, choćby katastrofa ekologiczna. Szczyt klimatyczny w Katowicach z powodu zacofania gospodarza może skończyć się klęską. Najważniejsze państwa dojdą i tak do jakiegoś korzystnego konsensusu w sprawie klimatu, nie tu, to gdzie indziej. A Polska w tej kwestii pozostanie klimatyczną Koreą Północną.

PiS bardzo boi się wyborów do PE. Jeżeli opozycja zachowa się sensownie i stworzy jeden blok, to władza nie będzie miała argumentów. W tych wyborach nie ma żadnych przeszkód ideowych, aby opozycja wystąpiła razem, a PiS się tego boi. Mają stałe poparcie na poziomie 30 proc., ale jeżeli nie uzyskają więcej, to mogą ponieść ogromną klęskę. Dlatego należy się liczyć ze wszystkimi możliwymi działaniami. Nie wygląda to pięknie… – ostrzega w rozmowie z nami Seweryn Blumsztajn, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, prezes Towarzystwa Dziennikarskiego, działacz opozycji w PRL. – Wolne media bardzo przeszkadzają w budowie autorytarnego państwa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Krytyka TVN i konflikt z ambasador USA w Polsce; wejście ABW do domu operatora tej stacji; wezwanie na policję dziennikarza tygodnika „Newsweek” za publikację tekstu „bez zgody osoby zainteresowanej”; wnioski prezesa NBP, które mają prowadzić do wycofania publikacji o aferze KNF – trochę się tego ostatnio nazbierało. Władza rozpoczyna fazę ataku na prywatne media?

SEWERYN BLUMSZTAJN:
 W pewnym sensie tak… Władza już od jakiegoś czasu zapowiadała, że będzie chciała „coś” z mediami robić, dlatego nie należy się temu dziwić. Wolne media bardzo przeszkadzają w budowie autorytarnego państwa. W tym, co się wydarzyło, widoczne są dwa elementy. Po pierwsze, PiS zobaczył, że trudno będzie przejąć TVN, Onet, „Newsweek”, „Politykę” czy „Gazetę Wyborczą” i dlatego porzucił te plany, ale szuka innych metod. Przy okazji warto zwrócić uwagę na to, że „obce” media okazały się tak naprawdę gwarancją niezależności. Drugi element jest może nawet ważniejszy –

władzy zaczęło palić się pod nogami. Pogorszyły się sondaże, czuć zagrożenie aferą KNF, która wydaje się bardzo poważna, więc próbuje jak może zablokować jej rozwój. Taka metoda jest znana. Grzegorz Bierecki po każdym artykule o SKOK-ach pozywał „Gazetę Wyborczą” albo inne media.

Adam Glapiński, prezes NBP, domaga się wycofania siedmiu publikacji z „Gazety Wyborczej”. Jak to zrobić?
Próbowałem wyobrazić sobie proces palenia gazet. Zastanawiałem się, gdzie powinien się odbyć i uznałem, że najlepszym miejscem będzie Plac Piłsudskiego, obok pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej. A tak na poważnie myślę, że Adam Glapiński się po prostu boi, bo jest najbardziej zagrożony. Aresztowany były szef KNF Marek Chrzanowski był jego człowiekiem, wizyta w jego gabinecie po nagranej i opublikowanej rozmowie z biznesmenem wyglądała jak przyklepanie dealu u Ojca Chrzestnego.

Jestem przekonany, że ujawniony został tylko wierzchołek góry lodowej i jest bardzo prawdopodobne, że PiS uzyskiwał pieniądze w podobny sposób w różnych miejscach. Przecież 40 mln zł łapówki nie mogło być przeznaczone tylko dla jednego człowieka.

„Tak nie działa państwo demokratyczne, tak działa państwo mafijne” – za takie stwierdzenie „Gazeta Wyborcza” musi przeprosić. Tak zdecydował sąd. Przeprosi?
Będziemy się oczywiście odwoływać, to jest rażące naruszenie prawa do krytyki prasowej. W ogóle dzieją się rzeczy niezwykłe. Do Towarzystwa Dziennikarskiego dotarła sprawa dziennikarki, która w audycji na żywo „wpuściła” słuchacza na żywo, który powiedział, że nie mamy w Polsce prezydenta, tylko figuranta. Dostała za to naganę, zakaz prowadzenia audycji, a dodatkowo szef Radia Rzeszów skierował także doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa do prokuratury. To jest coś niebywałego!

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich atakuje wszystkich innych dziennikarzy. Czasami trudno w to uwierzyć. I wszystko jest możliwe. Uważam, że zabraknie nam wyobraźni na to, co władza jeszcze może zrobić.

PiS zdecyduje się na „przepchnięcie” tzw. ustawy dekoncentracyjnej? Czy skupi się na „innych” działaniach?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Dekoncentracja jest chyba w jakimś stopniu możliwa, ale nie będzie dotyczyła TVN-u, a ich najbardziej boli właśnie ta stacja. Myślę, że na razie będą skupiali się na uderzaniu w inny sposób.

„Media są koniecznym elementem demokracji. Marzyłem przez lata o Polsce, w której będą wolne media” – mówił w 2006 roku w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Jarosław Kaczyński. Co się zmieniało?
Marzył, marzył i wymarzył.

Prezes zwykł mówić różne rzeczy. Cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

W kampanii wyborczej to przede wszystkim media będą na celowniku władzy?
PiS bardzo boi się wyborów do PE. Jeżeli opozycja zachowa się sensownie i stworzy jeden blok, to władza nie będzie miała argumentów. W tych wyborach nie ma żadnych przeszkód ideowych, aby opozycja wystąpiła razem, a PiS się tego boi. Mają stałe poparcie na poziomie 30 proc., ale jeżeli nie uzyskają więcej, to mogą ponieść ogromną klęskę. Dlatego należy się liczyć ze wszystkimi możliwymi działaniami. Nie wygląda to pięknie…

Dziennikarz „Newsweeka” Wojciech Cieśla, który został wezwany na policję za publikację o wiceprezesie TK, powiedział wprost, że „praca dziennikarska została potraktowana jak przestępstwo”.
Prawdziwa praca dziennikarska tak właśnie jest traktowana. PiS ma to w genach, taką ma wizję państwa i władzy. Oni chcą tak po bolszewicku być inżynierami dusz, a będzie im szło coraz słabiej.

Ta władza jest bardzo podatna na krytykę, niekompetentna w wielu sprawach, wsłuchująca się we własną propagandę. Dlatego łatwo ją złapać. Dopóki są wolne media i opór społeczny, to taką władzę można łapać za rękę. PiS ma i będzie miał z tym kłopot.

Takie działania mogą zastraszyć dziennikarzy albo protestujących?
Bardzo trudno przewidywać, co się stanie, w którą stronę władza pójdzie i na ile ludziom wystarczy energii. Ale ostatnie wybory pokazały, że ogromna część społeczeństwa ma ich po prostu dosyć, pokazały odwrócenie trendu. Dlatego w obozie władzy wybuchła panika. Trochę optymistyczniej patrzę na to, co się dzieje. Pamiętajmy jednak, że PiS ma wszystkie instrumenty, aby nie oddać władzy, więc wszystko jest możliwe. Jedyne, co można, to robić swoje.

Duda na podzespołach kościelno-kaczych

5 Gru

Więcej >>>

Od 30 lat żaden rząd nie powiedział „Jaka ma być Polska” tylko czyja. Kościoła, prawicy, pesudolewicy.

Dlatego wdychamy własne odchody węglowe, zwane przez Dudę gwarancją niepodległości. Zagazowujemy się patriotyzmem i jego wydzielinami błogosławieni przez najmocniejszą u nas siłę polityczną – Kościół.

Powinniśmy więc zmienić flagę z biało-czerwonej na czarno-czarną , kościelno-węglową. Żałobę po rozumie.

Nie mamy klasy średniej mogącej wpłynąć na cokolwiek. Mamy Tuska, kiwającego w polityce jak najlepszy zawodnik. Może nie Ronaldo czy Messie ale Franciszek Józef, bo przetrwa epokę, ale jej nie zmieni. Biedroń, nadzieja postępowców wyląduje w Brukseli. Zostaniemy bez wizji, zresztą w smogu mało co widać.

Pisowcy nie mają żadnego programu oczyszczenia powietrza, bo prezes czyści tylko kuwetę.

Zaraz Duda spotka się ze Schwarzeneggerem, Duduś na podzespołach kościelno kaczych z Terminatorem.

Lepiej prezydentowi pasowałby by Chuck Norris. Razem wygłosiliby orędzie jak oczyścić polski syf i metan podpalając je zapałką.

Z naszymi elektrowniami starymi i tymi właśnie budowanymi na nowe tysiąclecie będziemy smrodem Europy. Żeby odizolować nasze zaczadzone łby i węglowe wyziewy Unia zbuduje klosz. Szklaną kopułę na której natychmiast postawimy krzyż. Albo kolejny pomnik czy świętą figurę. I to będzie ślad po nas w świecie, po kraju gdzie w komorze gazowej patriotyzmu nikt nie przeżyje.

>>>

Adam Glapiński, prezes NBP, domaga się wycofania siedmiu publikacji z „Gazety Wyborczej”. Jak to zrobić?
Próbowałem wyobrazić sobie proces palenia gazet. Zastanawiałem się, gdzie powinien się odbyć i uznałem, że najlepszym miejscem będzie Plac Piłsudskiego, obok pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej. A tak na poważnie myślę, że Adam Glapiński się po prostu boi, bo jest najbardziej zagrożony. Aresztowany były szef KNF Marek Chrzanowski był jego człowiekiem, wizyta w jego gabinecie po nagranej i opublikowanej rozmowie z biznesmenem wyglądała jak przyklepanie dealu u Ojca Chrzestnego.

Jestem przekonany, że ujawniony został tylko wierzchołek góry lodowej i jest bardzo prawdopodobne, że PiS uzyskiwał pieniądze w podobny sposób w różnych miejscach. Przecież 40 mln zł łapówki nie mogło być przeznaczone tylko dla jednego człowieka.

„Tak nie działa państwo demokratyczne, tak działa państwo mafijne” – za takie stwierdzenie „Gazeta Wyborcza” musi przeprosić. Tak zdecydował sąd. Przeprosi?
Będziemy się oczywiście odwoływać, to jest rażące naruszenie prawa do krytyki prasowej. W ogóle dzieją się rzeczy niezwykłe. Do Towarzystwa Dziennikarskiego dotarła sprawa dziennikarki, która w audycji na żywo „wpuściła” słuchacza na żywo, który powiedział, że nie mamy w Polsce prezydenta, tylko figuranta. Dostała za to naganę, zakaz prowadzenia audycji, a dodatkowo szef Radia Rzeszów skierował także doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa do prokuratury. To jest coś niebywałego!

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich atakuje wszystkich innych dziennikarzy. Czasami trudno w to uwierzyć. I wszystko jest możliwe. Uważam, że zabraknie nam wyobraźni na to, co władza jeszcze może zrobić.

PiS zdecyduje się na „przepchnięcie” tzw. ustawy dekoncentracyjnej? Czy skupi się na „innych” działaniach?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Dekoncentracja jest chyba w jakimś stopniu możliwa, ale nie będzie dotyczyła TVN-u, a ich najbardziej boli właśnie ta stacja. Myślę, że na razie będą skupiali się na uderzaniu w inny sposób.

>>>

Duda, Morawiecki, Kaczyński, czyli głupi, głupszy, najgłupszy. Na marginesie COP24

4 Gru

Możemy tylko powtórzyć za znanym amerykańskim aktorem – Arnoldem Schwarzeneggerem, byłym gubernatorem Kalifornii, który tak wyraził się o swoich: „może i obecny rząd jest trochę walnięty”.Pasujące do takiego podsumowania – polskie stanowisko w sprawach klimatycznych, jasno określił prezydent Andrzej Duda.

„Węgiel jest naszym strategicznym surowcem. Suwerenność energetyczna jest fundamentem” – mówił Duda, inaugurując obrady poświęcone walce z ociepleniem klimatu, smogiem i ratowaniem naszej ginącej planety.

Retoryka głowy państwa stanęła tym samym w rażącej sprzeczności z tym wszystkim, o co od lat trwa walka na naszym kontynencie, czyli zastępowanie węgla energią jądrową, wiatrową i tzw. zieloną energią.

Praktyka mówi sama za siebie.  Jakby na przekór obecnej sytuacji klimatycznej i sygnalizowanym zagrożeniom, PiS realizuje własną w tym względzie politykę: mocno np. ograniczył powstawanie farm wiatrowych, choć eksperci są zgodni, że mamy idealny klimat, by z nich korzystać.

Stanowiska PiS–owskich władz Europa nie akceptuje, a słowa prezydenta wygłoszone na COP24 spotkały się z ostrym sprzeciwem.

„Nauka mówi wyraźnie, nie da się uniknąć katastrofy klimatycznej bez odejścia od węgla. Polska musi to zrobić do 2030 roku” – grzmiał na Twitterze Greenpeace Polska.

Krytycy obecnego stanowiska PiS–owskich władz drwią z prezydenta, podkreślając, że zasłania się on koniecznością utrzymania miejsc pracy dla górników i to w sytuacji, gdy dopiero co agencja Reutersa podała, że Polska w 9 miesięcy 2018 r. kupiła za granicą (głównie w Rosji) dwa razy więcej węgla niż rok wcześniej w tym samym okresie!

Dodatkowym powodem do kpin w licznych komentarzach jest to, że o poprawie klimatu świat dyskutuje właśnie w Katowicach i ze strony polskiej do dyskusji stają spółki węglowe… „Klimat będzie ratowany w Katowicach – mieście, które kocha węgiel” – napisał z ironią szwedzki dziennik „Dagens Nyheter”.

CNN cytuje z kolei słowa premiera Mateusza Morawieckiego, który nazwał węgiel „naszym czarnym złotem”, co w obecnej sytuacji można potraktować jak czarny żart.

Rydzyk, pedofilia w Kościele i Dudy katastrofa na szczycie klimatycznym

4 Gru

16-letni Paweł Wenderlich w sierpniu tego roku wziął udział w akcji „Baby Shoes Remember”.

Przed katedrą w Toruniu – wspólnie z wieloma innymi osobami – zawieszał na ogrodzeniu kościoła maleńkie buciki, żeby upamiętnić ofiary księży pedofilów. Wisiały tam także kartki z napisem „Stop pedofilii w Kościele”.

Nastolatek za ten akt solidarności z dziećmi-ofiarami księży pedofilów odpowie przed sądem. Wniosek w sprawie Pawła Wenderlicha i trzech innych osób skierowała toruńska policja.

„Funkcjonariusze, którzy byli na miejscu zgromadzenia przed katedrą, sporządzili notatkę służbową, z której wynikało, że kilka osób zawiesiło na ogrodzeniu buciki dziecięce i kartki” – potwierdziła w wp.pl podinsp.

Wioletta Dąbrowska z Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. Funkcjonariuszka powołuje się na art. 63a Kodeksu wykroczeń: „Kto umieszcza w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym ogłoszenie, plakat, afisz, apel, ulotkę, napis lub rysunek albo wystawia je na widok publiczny w innym miejscu bez zgody zarządzającego tym miejscem, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny”.

„Jest to niesprawiedliwe, że nasza czwórka jest teraz ciągana po sądach za wyrażenie własnego zdanie i za to, że nie zgadzamy się na to, aby pedofile w sutannach byli przerzucani z parafii do parafii, a ich sprawy były utajniane” – stwierdził Wenderlich w rozmowie z wp.pl. Opowiedział, że policjanci dwukrotnie wcześnie rano pojawiali się u niego w domu. – „We własnym kraju nie czuję się bezpiecznie ani spokojnie, gdyż w każdej chwili obawiam się kolejnego najścia policji. Wszędzie, gdzie jestem, pojawia się patrol policji. Jest to nękanie i próba zastraszenia mnie” – powiedział 16-latek.

Musiało minąć aż 10 miesięcy, żeby prokuratura dopatrzyła się w tych słowach przestępstwa. Wokalistka nacjonalistycznego zespołu Gan Anna B. ze sceny tak „zachęcała” do wysłuchania następnego utworu: – „Słuchajcie, ostatni numer. O tym czerwonym, rudym sku…u, je…m zdrajcy, pomietle k…y Merkelowej. Tusk! Za…ić go, ku…a, nożem prosto w serce!”. Poza występami kobieta była protokolantką w szczecińskim sądzie – już tam nie pracuje.

„Tej pani przedstawiono w piątek zarzut publicznego nawoływania do popełnienia zbrodni. To przestępstwo opisane w art. 255, p. 2 Kodeksu karnego. Z uwagi na dobro śledztwa nie zdradzamy treści wyjaśnień podejrzanej” – powiedział „Gazecie Wyborczej” Witold Błaszczyk, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie Trybunalskim. Annie B. grozi do trzech lat więzienia.

Nie wiadomo, dlaczego prokuratura potrzebowała aż tyle czasu, aby postawić jej ten zarzut. Jak informuje „GW”, od początku miała dowód w postaci nagrania występu Anny B. na festiwalu „Orle Gniazdo”, zorganizowanego w Kępnie pod Łodzią. Fragmenty pokazano w reportażu „Polscy neonaziści” w TVN.

„Ja bym się przyłączył do pierwszej części wypowiedzi premiera Morawieckiego i też bym wezwał Matkę Najświętszą, żeby w opiece miała naród cały i doprowadziła w przyszłym roku, aby ci faryzeusze, obłudnicy i w części skorumpowani ludzie odeszli od władzy w naszym kraju” – tak skomentował w TVN 24 Roman Giertych „słynne” już wezwanie premiera do Matki Boskiej: – „Miej w opiece naród cały, również tych, którzy nie kochają Polski aż tak mocno jeszcze póki co, tak jak my tutaj, tak jak cała Rodzina Radia Maryja”.

Zapytany, dlaczego politycy partii rządzącej tak gremialnie uczestniczą w obchodach urodzin niewielkiej w gruncie rzeczy stacji radiowej, Giertych stwierdził, że „ojciec Rydzyk jest zdolny do zbudowania własnej partii”. – „To jest element, który dla PiS-u jest bardzo groźny. Gdyby powstała partia wokół pana Macierewicza czy wokół Zbigniewa Ziobro, wspierana przez ojca Rydzyka, to byłby realny podmiot, który byłby te między pięć a dziesięć procent zabrać PiS-owi, dlatego PiS tak bardzo zabiega i jest gotowy na klęczkach do Torunia przybywać”.

Mecenas odniósł się także do kwestii skierowania do sądu przez NBP wniosków, dotyczących usunięcia artykułów o aferze KNF. – „Nie ma najmniejszych szans w sądzie, żeby coś takiego się utrzymało, bo byłoby to sprzeczne z konstytucyjną zasadą, która wprowadza w Polsce wolność słowa. Jeżeli mówimy o aferze korupcyjnej, to oczywiście, że media mają prawo o tym pisać i próba zablokowania tego pisania przyniesie odwrotne skutki od zamierzonych” – powiedział Giertych.

Giertych został też zapytany, czy zamierza wrócić do czynnej polityki. – „Nie wykluczam startu w wyborach do Senatu w przyszłym roku” – odparł były wicepremier. Dodał, że nie zamierza zakładać partii politycznej. Jak się wyraził, będzie zabiegał o poparcie partii opozycyjnych, ale nie powiedział, której.

Niezależnie od konfliktu z UE na tle kwestii praworządności, Polska wręcz deklaruje, że nasza energetyka będzie opierała się na węglu także w przyszłości. To w sytuacji, kiedy jest się organizatorem konferencji na szczycie COP, jest w jakimś sensie kontrproduktywne – mówi nam Eugeniusz Smolar, analityk, członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej Serwisu Światowego BBC. – To poważnie ogranicza pole działania polskiej dyplomacji w ramach UE, żeby jednocześnie występować z oczekiwaniami finansowymi, które są absolutnie niezbędne. Te wypowiedzi czołowych PiS-owskich polityków są dobrze znane w stolicach europejskich. Przez naszych partnerów są przyjmowane z oburzeniem, podobnie przez bardzo wpływowe organizacje pozarządowe – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Na trwającym właśnie szczycie klimatycznym COP24 w Katowicach zabrakło wszystkich ważniejszych przywódców światowych: Merkel, Trumpa, Macrona, Putina. Przyjechał prezydent Słowenii i premier Republiki Fidżi. Polska dyplomacja znowu się nie postarała?

EUGENIUSZ SMOLAR: Ja tego tak źle nie widzę, chociaż mam skłonność, aby przypisywać temu rządowi różne nieszczęścia, zresztą w większości przypadków ta krytyka czy zastrzeżenia są uprawnione. W tym wypadku doszło do splotu kilku wydarzeń. Prezydent Macron ma kłopoty z protestami u siebie w kraju, zatem jego nieobecność jest zrozumiała. Liderzy najważniejszych państw wrócili właśnie do swoich krajów po szczycie G20 w Argentynie. Jest jednak jeden element, który nie jest związany z rządami PiS-u, a z oczekiwaniami związanymi ze szczytem COP24 w Katowicach – że uda się wynegocjować konkretne kroki, które będą realizowały porozumienia paryskie. Nie udało się tego zrobić w trakcie COP23 i jest podejrzenie w wielu stolicach, że ze względu na poziom skomplikowania sprawy, interesy poszczególnych państw i ich priorytety gospodarcze nie uda się tego zrobić także teraz. Nie jest wykluczone, że przywódcy największych państw nie chcieli wiązać swojej obecności z ewentualną porażką, zostawili to swoim ministrom i ekspertom, którzy są obecni w Katowicach.

Podejrzewam, że dopiero COP25 pozwoli przypieczętować te wszystkie decyzje i rozstrzygnięcia. To w sposób oczywisty nie jest związane z obecnym polskim rządem, choć mój znajomy ze Stanów Zjednoczonych uważa, że organizacja szczytu klimatycznego w Katowicach to jak zrobić konklawe w burdelu…

Polska jest liderem wśród trucicieli Europy, mówiąc delikatnie.
Pamiętam doskonale, że gdy zaproponowano, aby COP19 zorganizować w Polsce, jako pierwszy z trzech, które Polska miała organizować, to jednym z argumentów była właśnie polska sytuacja w zakresie energetyki. Polska ma ogromne problemy energetyczne związane z przestarzałym systemem energetycznym i grzewczym, które były i nadal są w dużym stopniu oparte na węglu. Polska ma w związku z tym ogromne potrzeby inwestycyjne sięgające dziesiątków miliardów euro. Ponieważ takie rzeczy nie dzieją się w ciągu 10 czy nawet 20 lat, istnieje potrzeba prezentowania światu, a szczególnie UE, pozytywnej polityki i pozytywnego przekazu, że Polska zdecydowanie opowiada się po stronie tych, którzy ze względu na dramatyczna sytuację zmian klimatu na świecie chcą odgrywać pozytywna rolę. Równocześnie

Polska będzie prezentować swoje potrzeby inwestycyjne, aby pozyskać na nie niezbędne środki z UE.

Na razie środki z UE stoją pod znakiem zapytania, bo trwają prace nad połączeniem funduszy z poziomem praworządności.
Niezależnie od konfliktu z UE na tle kwestii praworządności, Polska nie prezentuje w taki sposób swojej polityki, tylko wręcz deklaruje, że nasza energetyka będzie opierała się na węglu także w przyszłości. To w sytuacji, kiedy jest się organizatorem konferencji na szczycie COP, jest w jakimś sensie kontrproduktywne. To poważnie ogranicza pole działania polskiej dyplomacji w ramach UE, żeby jednocześnie występować z oczekiwaniami finansowymi, które są absolutnie niezbędne. Te wypowiedzi czołowych PiS-owskich polityków są dobrze znane w stolicach europejskich. Przez naszych partnerów są przyjmowane z oburzeniem, podobnie przez bardzo wpływowe organizacje pozarządowe. Ich przedstawiciele są obecni w Katowicach i w związku z tym

cały świat usłyszy o polskich planach energetycznych, a na pewno świat zainteresowanych tą problematyką, co ogranicza pole działania polskiej dyplomacji.

Po swoim wystąpieniu prezydent Duda prosto ze szczytu COP udał się na Barbórkę do kopalni w Brzeszczu. To faux pas?
Barbórka jest Barbórką, a Śląsk odgrywa nie tylko w gospodarce, ale i polskiej tradycji bardzo ważną rolę. Nie przywiązywałbym do tego większej roli. Większą wagę przywiązuję do tego, że Polska rozbudowuje Bełchatów, Kozienice, Ostrołękę. Elektrownia Bełchatów jest największym zabójcą klimatu w Europie, emituje najwięcej CO2. Do tego, jak na ironię, spółka PGE została oficjalnym partnerem przy organizacji COP24. Organizacja Prawników dla Ziemi – ClientEarth – w swojej kampanii społecznej podkreśla znaczenie Bełchatowa. To pokazuje, że to nie są sprawy odrębne, tylko wszystkie składają się na ocenę podejścia polityków polskich do tych spraw.

Problem polskiego węgla i kopalń istnieje od dawna, kiedyś bardziej ze względów strukturalnych i ekonomicznych, dziś ekologicznych. Niejeden rząd już połamał zęby na górnikach…
Śląsk zmienił się bardzo w ostatnich piętnastu latach. Dziś brakuje tu elektryków czy operatorów ciężkiego sprzętu, gdy ci wszyscy ludzie są zatrudnieni w kopalniach, gdzie praca jest cięższa, niebezpieczna i zagraża zdrowiu. Gdy wchodziliśmy w okres transformacji w latach 90., w górnictwie było zatrudnionych 380 tys., dzisiaj 75 tys. Zatem zarówno w sensie społecznym, jak i politycznym to nie jest już problem tak bardzo dramatyczny, jak kilkanaście lat temu. W związku z tym istnieje solidna podstawa do zmiany polityki w tej dziedzinie.

Jeśli zestawimy to z rozstrzygnięciem prawnym, które de facto uniemożliwia działanie firm operujących wiatrakami na lądzie, czego nikt dziś na świecie nie rozumie, jeśli dodamy do tego politykę centralizacji systemów energetycznych, gdy cała Europa odchodzi od takiej polityki, to widać, że rząd podąża w innym kierunku niż cywilizowany świat.

Pytanie, dlaczego rząd nie ma w Polsce tej wizji i chęci odejścia od energetyki nastawionej na węgiel. Rząd boi się konfliktu ze związkowcami, którzy już nie raz pokazali, co potrafią, paląc przed Sejmem opony i manifestując z kilofami?
Popierający PiS NSZZ „Solidarność” stał się teraz jego problemem, ponieważ rząd nie jest w stanie wywiązać się ze swoich obietnic przedwyborczych. Stąd te groźne pomruki ze strony NSZZ „Solidarność” w tej czy innej dziedzinie.

W prawicowych mediach ciągle słyszymy, że problem klimatyczny to wymysł neobolszewicki czy lewacki. To oczywiście w jakimś sensie wiąże ręce rządowi, który na poziomie centralnym musi zdawać sobie sprawę z problemu. Rząd musiałby przewartościować cele i dokonać wyborów o konsekwencjach politycznych.

Ograniczenie wydobycia z kopalń, które ze względu na charakter węgla, jego coraz głębsze, a zatem kosztowniejsze do wydobywania pokłady są coraz trudniejsze i droższe, wydaje się rozsądne. Nawet węgiel australijski czy amerykański jest tańszy. W tej sytuacji rośnie import z Rosji. Za decyzje rządu my wszyscy płacimy naszym zdrowiem. Obecne decyzje, niestety, mają charakter czysto polityczny i nie mają nic wspólnego z przyszłą konkurencyjnością naszego przemysłu, o czym tak dużo rozpowiada oficjalna propaganda. Nie chcę się wyżywać na premierze Morawieckim za jego szczytne deklaracje o milionie samochodów elektrycznych. Cena energii ma wzrosnąć w przyszłym roku o kilkadziesiąt procent. Kwestią dobijającą nasz przemysł są też monopole energetyczne. Nie wystawia się ich na konkurencyjność, chociażby z importowaną elektrycznością. Podsumowując,

jest cały szereg problemów, z którymi powinien uporać się rząd i zaproponować, powiedzmy, 10-letni okres sensownych zmian, wcześniej wynegocjować to z opozycją, ponieważ to musi być wieloletnie porozumienie ponadpartyjne. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to bardzo idealistyczne myślenie, bo ten rząd nie negocjuje nawet sam ze sobą. Jednak taką polityką energetyczną rząd nie tylko strzela sobie w stopę, ale nam wszystkim również.

Skoro o szerokich rozmowach z opozycją, to w miniony weekend premier Morawiecki mówił o zmniejszeniu napięcia politycznego: „Nie chcemy, żeby te walki polityczne przypominały walki plemienne, żeby ludzie się tak dzielili. Zapraszamy do merytorycznej współpracy również opozycję, do dyskusji na programy”. Ta wypowiedź to początek kampanii wyborczej i nowa łaskawa twarz PiS-u?
To zostało obliczone na zmianę wizerunku PiS-u, partii radykalnej, która sięga po najostrzejsze środki, aby uzyskać własne cele, zwłaszcza w dziedzinie zmian struktury państwa. Trudno sobie wyobrazić, aby to była poważna propozycja, jeżeli za tym nie pójdą konkretne zmiany w polityce i jej prowadzeniu.

Na razie PiS działa w myśl „najpierw przyłożę wam nóż do gardła, a później się dogadajmy”. Opozycja nie może na to pójść, zresztą byłoby to niezrozumiałe zarówno przez twardych zwolenników PiS-u, jak i tych wszystkich, którzy protestowali i protestują w obronie praworządności i konstytucji.

Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy PiS próbuje zmienić twarz. Wcześniej z mniejszym lub większym sukcesem przeprowadzał tego rodzaju operacje, kiedy nagle łagodził swoją retorykę, wykonywał różne gesty pod adresem nie tyle opozycji, co ludzi środka, nie zawsze zdecydowanych. Tak naprawdę zawsze chodziło o grupę, powiedzmy 10 proc., którzy nie są zorientowani co do prawdziwych celów PiS-u, aby przeciągnąć ich na swoją stronę. Mam nadzieję, że tym razem ta sztuka już się nie uda.

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o o Rydzyku, Kościele, łamaniu prawa przez PiS.

Jeśli chce się wygrać z ludźmi, którzy dewastują kraj i grają nieczysto, trzeba za każdym razem, po wielekroć obnażać ich kłamstwa.

Zadzwonił do mnie wczoraj znajomy, mówiąc: – „Oglądałem ostatnią „Gilotynę” (jeden z programów, który prowadzę) i muszę ci powiedzieć, że chyba powinnaś trochę wyluzować z tą krytyką Kościoła. Przesadzasz i to się zaczyna rzucać w oczy”. W „Gilotynie” obśmialiśmy pomysł spowiedzi w Kolejach Małopolskich, całkowity zakaz aborcji, nawet z powodu ciężkich i nieodwracalnych uszkodzeń płodu oraz księży, którzy bardziej niż moralnością interesują się seksem i polityką.

Nie za bardzo więc rozumiałam, o co znajomemu chodzi. Byłam wulgarna? Skłamałam? Wymyśliłam sobie te newsy? Możesz sprecyzować, z czym konkretnie przesadziłam? No i co to według ciebie znaczy „przesadzić”? Jak powinien twoim zdaniem wyglądać komentarz „nieprzesadzony”? – pytałam znajomego. A on zaczął wić się jak piskorz, nie umiał udzielić jasnych i konkretnych odpowiedzi, a w końcu całkiem wycofał się ze swojej opinii.

Zapamiętałam jednak jedno wypowiedziane przez niego zdanie, jeden główny zarzut, który wydaje mi się zarzutem-kluczem i który do dziś we mnie rezonuje: „Za dużo o tym mówisz, wystarczy raz powiedzieć”. Uświadomiłam sobie po chwili, jak wiele razy w moim życiu i w mojej pracy słyszałam to zdanie: „Wystarczy raz powiedzieć”.

Na przykład trzy lata temu, kiedy zaczynał rządzić PiS, po szeregu nocnych głosowań i przemówień prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, którego partia rządząca zrobiła szefem sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, po wywrzeszczanym z trybuny sejmowej przez Kaczyńskiego „Zamknijcie zdradzieckie mordy, zamordowaliście mi brata”, po zamknięciu Sejmu przed dziennikarzami, niepełnosprawnymi, obywatelami, nawet szkolnymi wycieczkami…. Po nieopublikowaniu przez premiera wyroków TK, po wielokrotnym złamaniu prawa i Konstytucji… Za każdym razem słyszałam: „Za dużo o tym mówisz, wystarczy raz powiedzieć”. I jeszcze „Zaczyna to wyglądać, jakbyś miała obsesję”.

Bo kiedy się powtarzasz, zaczynasz być nieelegancka. Namolna. Kiedy milion razy mówisz, że mierzi cię rozpolitykowanie Kościoła katolickiego, jego jawna chciwość i sprzedajność i handle z politykami, polityczna korupcja, której się dopuszcza i wpływa na ustawy, łamiąc zapisany w Konstytucji rozdział Kościoła od państwa – nie jesteś subtelna. Kiedy zachowujesz się jak pies łańcuchowy, którym w końcu jako dziennikarz masz obowiązek być (to jest twoja praca i podstawowy obowiązek) i szczekasz, gdy łamią demokrację – tracisz ten nieuchwytny francuski charme, jesteś zdecydowana, stanowcza i nieustępliwa – a to takie niekobiece!

A przecież subtelność i elegancja, do której tak często pretendują liberałowie wymaga umiaru. I wtedy dotarło do mnie, że dlatego właśnie przegrywają.

Księża gwałcący dzieci i biskupi, którzy ich kryją i przenosząc z parafii do parafii umożliwiają krzywdzenie kolejnych ofiar, nie uważają, że „raz wystarczy”. Gwałcą i krzywdzą latami, bez umiaru, nie zważając na prasę i sądowe wyroki, robią, co chcą, w poczuciu całkowitej bezkarności.

Tadeusz Rydzyk bierze pieniądze od polityków od lat, ciągle i ciągle, bez umiaru, natarczywie i natrętnie, potrafi je nawet wymuszać umiejętnie, grając swoim wpływem na opinię publiczną. On nie uważa, że „raz wystarczy”.

Ludzie, którzy łamią demokrację i zdewastowali już właściwie państwo prawa, także nie uważali że „raz wystarczy”. Dziś mówią nam, ustami premiera Morawieckiego, że przecież ładnie umeblowali ten nasz wspólny dom, Polskę. Przeprowadzili „remont”, który się bardzo udał – no owszem, było trochę hałasu i brudów (te „małe brudy” to wycofywanie się z UE – przestaliśmy być częścią europejskiego sądownictwa, straciliśmy też zaufanie partnerów z NATO, konflikt dyplomatyczny z Izraelem i atak na ambasador USA za to, że stanęła w obronie wolnych mediów, spadek znaczenia Polski w świecie i utrata bezpieczeństwa, także militarnego), jak to przy remoncie.

I część opinii publicznej, zwłaszcza tej karmionej TVP i radiem publicznym w to wierzy, a wierzy, bo oni nie uważają, że „wystarczy raz powiedzieć”. Nie mają kompleksów i nie boją się, że ktoś ich weźmie za wariatów, bo za często się powtarzają. Oni powtarzają się na zimno, z premedytacją, bo wiedzą, że tak działa skuteczna propaganda, że tylko tak można w umysłach ludzi zaszczepić każde kłamstwo i sprawić, że w nie uwierzą.

Jeśli chce się wygrać z ludźmi, którzy dewastują kraj i grają nieczysto trzeba robić to samo: powtarzać, powtarzać i jeszcze raz powtarzać, tyle że w przeciwieństwie do nich nie kłamstwo, a prawdę. Ciągle i ciągle, od nowa.

Dlatego na pytanie mojego znajomego, jak długo jeszcze zamierzam mówić o Rydzyku, Kościele, łamaniu prawa przez PiS, odpowiadam: tak długo, jak będzie trzeba. Do skutku.

Waldemar Mystkowski pisze o szczycie klimatycznym w Katowicach COP24.

Szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach miał być dla Andrzeja Dudy rekompensatą za nieudane obchody 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Miesiąc temu władzy PiS nie odwiedził nikt znaczny zza granicy, politycy z Kancelarii Prezydenta odgrażali się, że w grudniu do Katowic zjadą najwięksi i to wówczas dojdzie do pompy, jaka dumnemu narodowi Polaków się należy.

No i COP24 zaczął się. Ledwie wystartował, a rodacy muszą się wstydzić za swego prezydenta i życzyć sobie, aby szczyt skończył się jak najszybciej, ale on będzie trwał dwa tygodnie. My tutaj na miejscu z PiS-em żyjemy na co dzień, inni nie mają tej przyjemności.

Uczestników z całego świata powitał koszmar, który będzie się im śnił już pierwszej nocy w Polsce. Zderzyli się ze scenografią z węgla, hymnem na cześć tej kopaliny, od której świat odchodzi. Za 12 lat ma nie być w ogóle używany, oprócz Polski, która ma zasoby na 200 lat i nie zamierza z eksploatacji zrezygnować. Polska nie ma zresztą żadnej strategii zastąpienia węgla, a wręcz przeciwnie – energia zielona leży, likwidowane są fermy wiatraków, których i tak w kraju jest niewiele

Świat przeciera oczy ze zdumienia, iż w Europie, na tym najnowocześniejszym kontynencie, istnieje taki skansen jak Polska, a jej prezydent wygaduje rzeczy, od których mózg się lasuje. Zapowiadano obecność Angeli Merkel, Emmanuela Macrona, spodziewano się prezydentów Trumpa i Putina, nikt nie kwapił się przybyć, aby firmować żenadę pisowską.

Duda, otwierając szczyt, powiedział cywilizacyjną kalumnię, jakoby węgiel nie szkodzi klimatowi, co jest stwierdzeniem wbrew obowiązującej nauce. Z taką głupotą niemożliwa jest dyskusja. Co zatem możemy z tym prezydentem zrobić, jak mamy postępować z taką władzą, bo Duda tylko powtarza to, co mu kazano powiedzieć.

Ponadto Duda posłużył się kłamstwem, mianowicie stwierdził, iż Polska zmniejszyła o 30 proc. emisję dwutlenku węgla od 1990 roku. Tak, ale to było skutkiem odejścia od najbardziej nieczystej kopaliny energetycznej węgla brunatnego i tak się działo do roku 2012. Od kiedy PiS jest u władzy, emisja CO2 wzrasta i ostatnio – rok do roku – wzrosła o 3,8 proc. Z tych 30 proc zrobiło się raptem 18.

Ocieplenie klimatu z powodu efektu cieplarnianego jest nie do powstrzymania, ludzkość walczy o spowolnienie katastrofy ekologicznej. Wcale nie najczarniejsze scenariusze zakładają, iż najmłodszym obecnie żyjącym pokoleniom w przyszłości odechce się żyć na Ziemi, takie będą panować koszmarne warunki.

Myślenie takich polityków jak Duda i formacji politycznej obecnie nam miłościwie panującej o bliskiej przyszłości jest obojętne. Oni walczą o władzę tu i teraz, po nich choćby potop, choćby katastrofa ekologiczna. Szczyt klimatyczny w Katowicach z powodu zacofania gospodarza może skończyć się klęską. Najważniejsze państwa dojdą i tak do jakiegoś korzystnego konsensusu w sprawie klimatu, nie tu, to gdzie indziej. A Polska w tej kwestii pozostanie klimatyczną Koreą Północną.

❗️Po trzech latach wspaniałych rządów można już zilustrować słynną litanię, wygłoszoną w Sejmie przez p. premier Beatę : „Praca, umiar, pokora, rozsądek w działaniu”.

Konklawe w burdelu. Istota decyzji politycznych PiS

4 Gru

Więcej >>>

>>>

Polska jest gotowa do wzięcia swojej części odpowiedzialności za międzynarodowe bezpieczeństwo, także w wymiarze polityki klimatycznej – zadeklarował w Katowicach prezydent. Ale polityka węglowa prowadzona przez polski rząd cały czas budzi poważne wątpliwości. – Trudno wiarygodnie patrzeć na rządowe deklaracje – przyznaje były wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński. Czy uda się osiągnąć porozumienie? Były wicepremier jest raczej sceptyczny. A sekretarz generalny ONZ w swoim wystąpieniu ostrzegał, że szybkie zmiany klimatyczne to „kwestia życia i śmierci”. – PiS wprowadza nasz kraj do swoistego muzeum energetycznego – dodaje poseł PO Michał Stasińki. Politycy opozycji zwracają także uwagę na wielkich nieobecnych. Na szczycie nie pojawili się Donald Trump, Władimir Putin, Angela Merkel czy Emmanuel Macron.

Otwarcie szczytu klimatycznego w Katowicach

– Świat stoi przed kolejnym historycznym testem. Tu w Katowicach my, światowi liderzy, musimy udowodnić, że jesteśmy gotowi, aby w pełni wdrożyć plan, który zaprojektowaliśmy w roku 2015. Porozumienie paryskie było dokumentem politycznym, który definiował podstawowe założenia światowej polityki klimatycznej – mówił otwierając szczyt klimatyczny COP24 Andrzej Duda.

Prezydent złożył też deklarację, ale na razie bez konkretów: – Podobnie jak 100 lat temu, Polska jest dziś gotowa do wzięcia swojej części odpowiedzialności za międzynarodowe bezpieczeństwo. Tym razem także w wymiarze polityki klimatycznej.

W Katowicach ma dojść do porozumienia dotyczącego tzw. mapy drogowej realizacji porozumienia paryskiego z 2015 roku. Niektórzy mówią, że to szczyt ostatniej szansy. Ale wiele mówi się także o nieobecnych. Nie pojawili się Donald Trump, Władimir Putin, Angela Merkel czy Emmanuel Macron.

Sekretarz generalny OZN wzywa do „szybkiego działania”

– Mamy naprawdę poważny problem, jeśli chodzi o zmiany klimatyczne. Nadal nie robimy wystarczająco dużo, ani nie działamy wystarczająco szybko, aby je zatrzymać – mówił sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Podczas swojego wystąpienia na oficjalnym otwarciu szczytu ostrzegał, że dla wielu regionów i krajów zmiany klimatyczne już teraz są „kwestią życia i śmierci”. Przekonywał, że obecna sytuacja klimatyczna wymaga „silniejszej odpowiedzi”, „przejścia na właściwą drogę”, która pozwoli „zmienić nasz świat na lepsze”.

Jaki jest sposób na zmniejszenie emisji CO2? – Musimy wyeliminować dopłaty do paliw kopalnych i zacząć inwestować w 100-proc. czyste źródła energii. Jednocześnie te osoby, które pracują w tradycyjnych regionach gospodarki, muszą zostać przeszkolone, aby odnaleźć się w nowej rzeczywistości gospodarczo-energetycznej – oświadczył sekretarz generalny ONZ.

Piechociński: Wiele osób, które kibicowały Polsce, ma dzisiaj poważne wątpliwości

– Polska wywiązywała się z dotychczasowych zobowiązań, czyli porozumienia z Kioto, co związane było nie tylko z procesami proekologicznymi, ekologicznymi i modernizacyjnymi, ale także restrukturyzacją w polskim przemyśle. Dzisiaj wobec polityki energetycznej do 2040 roku obserwatorzy, którzy kibicowali Polsce, mają wiele wątpliwości, dlaczego rząd w pierwszym odruchu chciał w ogóle skasować lądowe OZE. To była decyzja absolutnie niezrozumiała – przyznaje w rozmowie z wiadomo.co Janusz Piechociński.

Czy w Katowicach możliwe jest osiągnięcie porozumienia? Były wicepremier i minister gospodarki jest raczej sceptyczny. – Osiągnięcie porozumienia będzie bardzo trudne. Nieobecność najważniejszych przywódców powoduje, że nie wyjdzie się poza pewne deklaracje i instrukcje. Po stronie wielkiej Ameryki nie ma chęci porozumienia. Łatwiej się obiecuje, niż później to realizuje. Łatwiej było w Paryżu ogłosić, kto i do czego się zobowiązuje, niż w Katowicach przyjąć scenariusz realizacyjny, kto, za ile i jakimi metodami zredukuje emisję CO2 – przyznaje.

Kolejne ważne pytanie – czy w Polsce jest klimat do zmiany polityki węglowej? – Trudno wiarygodnie patrzeć na rządowe deklaracje. Dyskusja o polityce energetycznej Polski do 2040 roku jest bagatelizowana i chaotyczna. W czasie szczytu w Katowicach właśnie tam i w regionie trwają Barbórki. Co innego jest napisane w polityce strategicznej tego rządu, a co innego w listach do związków zawodowych i górników – odpowiada Piechociński. I dodaje: – Spada wydobycie węgla, a dramatycznie rośnie import węgla. Jesteśmy coraz bardziej zależni od dostaw ze wschodu. Coraz więcej przejść granicznych jest obciążonych przeładunkami rosyjskiego węgla. Żeby nie okazało się, że bronimy tańszego węgla, płacimy za import węgla duże pieniądze, a później za emisję spalania tego węgla. Rząd będzie musiał położyć na stole konkretne argumenty. Czy stać nas na taką rozrzutność?

Były wicepremier ma też apel do nas wszystkich: potrzebny jest „powszechny zryw, jeżeli chodzi o oszczędność energii”. – Wymiana żarówek, oświetlenia, podniesienie efektywności, poprawienia przesyłu. Były takie dni w listopadzie, że Polski konsument miał największą cenę energii w Europie – przekonuje.

„Jesteśmy na etapie węgla łupanego”

– Jeżeli chodzi o ochronę klimatu rząd PiS-u jedno mówi, a drugie robi. Pierwszym dowodem jest lista uczestników tego szczytu, która jest odzwierciedleniem odwrotnie proporcjonalnym do tego, jakie mamy w Polsce powietrze – mówił na konferencji prasowej poseł PO Andrzej Czerwiński.

Podczas gdy świat stawia na czystą energię, co robi rząd PiS-u? – W jaskrawej sprzeczności przygotowuje politykę energetyczną państwa, która przewiduje, że do 2040 roku w naszym systemie będzie 35 proc. udziału węgla. Smog dokucza wielu miastom w Polsce, w tym uzdrowiskowym. Jakie są ceny energii, wszyscy widzą. Przez wyeliminowanie najtańszych źródeł energii, zwiększamy ilość energii produkowanej z węgla. Paradoksalnie zwiększamy import węgla z Rosji – wylicza polityk opozycji.

Na jakim etapie jest polska polityka klimatyczna? Bardziej obrazowo mówi o tym poseł Platformy Michał Stasińki: – Jesteśmy na etapie kamienia łupanego, a właściwie węgla łupanego. Polityką energetyczną w wydaniu PiS wprowadzamy nasz kraj do swoistego muzeum energetycznego. Na pewno nie prowadzi ona do tego, aby Polacy oddychali czystym powietrzem, mieli tani prąd i aby wreszcie była to polityka produkcji taniej i zdrowej energii.

Mistyków z całego świata zawstydził na Szczycie Klimatycznym w Katowicach prezydent Andrzej Duda – dowiaduje się ASZdziennik. Prezydent zaryzykował własnym ciałem i udowodnił, że węgiel nie szkodzi. Na oczach gości z ONZ przeszedł się boso po rozżarzonych węglach.

– Użytkowanie własnych zasobów naturalnych, czyli w przypadku Polski węgla, i opieraniu o te zasoby bezpieczeństwa energetycznego, nie stoi w sprzeczności z ochroną klimatu – ocenił prezydent w swoim przemówieniu w czasie COP24.

(Tak, Andrzej Duda naprawdę tak powiedział – przyp. red.)

O tym, że nie są to tylko puste słowa, goście z całego świata przekonali się na własne oczy.

Andrzej Duda rozkazał obsłudze wnieść na salę worek z węglem kamiennym, osobiście rozpruł go długim ostrym nożem, wysypał węgiel na środek sceny, polał benzyną i podpalił – donoszą świadkowie.

– Na sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał, z głośników popłynęła psychodeliczna muzyka, a prezydent Polski zdjął buty, rozgarnął patykiem żar i stukając w nim o posadzkę ogłosił, że oto nadeszła próba ognia – napisali zdumieni dziennikarze CNN na Twitterze.

Jak prezydent powiedział, tak zrobił, a iskry się go nie imały! Ogień nie zdążył nawet przygasnąć, a prezydent otrzepując popiół ze stóp oświadczył niedowiarkom z całego świata, że czuje się teraz o niebo lepiej, poprawiło mu się krążenie, jest bardziej pewny siebie i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Dlatego jeszcze raz powtórzył swoje słowa o tym, że energetyka oparta na węglu nie stoi w sprzeczności z ochroną klimatu. Szacuje się, że krótkim i widowiskowym spacerem przekonał do alternatywnej medycyny opartej na węglu nie tylko zwolenników altmedu.

Ucieszyli się też eksporterzy węgla z Rosji i zarząd Elektrowni Bełchatów.

Działanie prezesa NBP należy odczytywać jako próbę wprowadzenia cenzury i zamiatania afery KNF pod dywan – mówi poseł PO Arkadiusz Myrcha. Chodzi o złożone przez NBP wnioski, które mają na celu wyeliminowanie z obiegu artykułów medialnych opisujących aferę KNF. Według polityków opozycji to naruszenie art. 44 Prawa prasowego, mówiącego o „tłumieniu dozwolonej krytyki”. Dlatego złożyli w tej sprawie z zawiadomienie do prokuratury.

Wnioski Prezesa NBP

Narodowy Bank Polski wystąpił do sądu z wnioskiem o tzw. zabezpieczenie wobec redakcji za artykuły o KNF. Poinformowała o tym Polska Agencja Prasowa.

Wnioski dotyczą dziewięciu artykułów, w których przewija się w kontekście tej afery nazwa NBP i nazwisko jej prezesa Adama Glapińskiego, od lat związanego z PiS. Narodowy Bank Polski uważa, że naruszają one dobra osobiste NBP poprzez powiązanie prezesa NBP z aferą KNF.

Pozytywna decyzja sądu może w praktyce oznaczać nie tylko konieczność wycofania publikacji w Internecie, ale także tych papierowych. A to przecież jest nierealne.

Sąd Okręgowy w Warszawie ma rozpoznać wnioski NBP na posiedzeniu niejawnym, najprawdopodobniej jeszcze w tym tygodniu.

„Próba wprowadzenia cenzury”

– To jest afera, która dotyczy korupcji na najwyższych szczytach władzy, która sięga zarówno KNF-u, jak i najważniejszych osób z PiS. Wszyscy widzimy, jak nieporadnie w tym zakresie działają organy ścigania, jak nie radzi sobie z tym prokuratura i służby podległe ministrowi Mariuszowi Kamińskiemu. Jedyną możliwością wyjaśniania tej afery są informacje medialne, gdyż PiS nie wyraża jakiejkolwiek woli na powołanie komisji śledczej w tej kadencji Sejmu – mówił na konferencji prasowej Arkadiusz Myrcha z PO.

Według polityka opozycji złożenie takich wniosków przez Prezesa NBP „należy odczytywać wyraźnie”. – To jest próba wprowadzenia cenzury i zamiatania tej sprawy pod dywan. Składanie wniosków o zabezpieczenie, w momencie kiedy PiS przejęło sądy i kontrolę nad nimi, może wprost dawać sygnał, że będą je wykorzystywali do tego, żeby afery PiS-u nie ujrzały światła dziennego – tłumaczy.

Dlatego PO też zdecydowała się na działanie. – Składamy zawiadomienie do prokuratury o wszczęcie postępowania, czy prezes Glapiński nie wykorzystuje swojego urzędu po to, żeby wprowadzać w Polsce cenzurę i ograniczyć media w zakresie dozwolonej krytyki – zapowiedział poseł Myrcha. On nie ma wątpliwości, że to, co robi prezes Glapiński, wyczerpuje znamiona opisane w art. 44 Prawa prasowego, czyli tłumienie dozwolonej krytyki.

Zacofanemu PiS-owi nic innego nie pozostaje – tylko Polexit, aby trzymać naród za mordę.

Macierewicz, ks. Jankowski, Morawiecki i Duda – szczyty kompromitacji

3 Gru

Doszło do tego, że dziś całkiem otwarcie można mówić, iż tzw. Wojska Obrony Terytorialne to zwykły niewypał. Ujawniony dokument potwierdza to, a internauta w swoim komentarzu, opublikowanym pod artykułem portalu naTemat, z nieukrywaną pogardą ocenia nie tylko te działania twórcy tej formacji: „Antoni Maciarek ma potencjał destrukcyjny kilku bomb atomowych” –  pisze Janusz Borowczyk.

W październikowym planie działania MON na 2019 rok zapisano, że „liczebność stanów osobowych” tej formacji ma wynosić 31,6 tys. żołnierzy, w tym 27 tys. osób pełniących Terytorialną Służbę Wojskową. Miesiąc później sprawa wygląda już zupełnie inaczej.

Z ujawnionego pod koniec listopada rozporządzenia Rady Ministrów, które MON przesłało do kancelarii premiera dowiadujemy się, że liczbę żołnierzy rezerwy, którzy mogą być powołani w 2019 roku do odbycia lub pełnienia służby w ramach terytorialnej służby wojskowej, ustalono na poziomie nieco ponad 17 tys. żołnierzy.

Podobna liczba pada w Programie Rozwoju Sił Zbrojnych, do którego dotarł „Dziennik Gazeta Prawna”. Dokument przyjęty przez Mariusza Błaszczaka zakłada, że liczba „terytorialsów” będzie zbliżona do 20 tys.

Dlaczego WOT – która, jak można wyczytać z dokumentów MON opracowanych w czasach Macierewicza – miała: „nasycić pole walki patriotyzmem”– to klapa? Dlatego, że brakuje bazy szkoleniowej oraz wydzielonych funduszy na WOT. Ponadto brakuje oficerów, a wyszkolenie żołnierza WOT to praca na kilka lat. Na dodatek okazało się, że utrzymanie żołnierza WOT jest droższe niż… żołnierza zawodowego.

Trudno zapomnieć, że Antoni Macierewicz planował, iż jeszcze w 2016 roku stan osobowy WOT wyniesie 53 tys. żołnierzy.

„Który tu z nas jest taki, jak na tym filmie „Kler”? – w histerycznym tonie, podczas uroczystości z okazji 27. rocznicy powstania Radia Maryja pytał o. Tadeusz Rydzyk. Odpowiedź mogła uderzyć jak obuchem. I to zaraz.

W ostatnim „Dużym Formacie” „Gazety Wyborczej” autorka Bożena Aksamit wyciąga na światło dzienne wstydliwie skrywane tajemnice parafii p.w. „Świętej Brygidy” w Gdańsku i jej pasterza.

Słynny duchowny, kapelan „Solidarności” nie żyje już od 8 lat, ale żyją jego ofiary, które chcąc uwolnić się od traumatycznych wspomnień – mówią.

Barbara Borowiecka milczała 50 lat. Teraz wspomina, że jej koleżanka z podwórka miała popełnić przez Jankowskiego samobójstwo. „Ojciec pobił ją, gdy powiedziała, że jest w ciąży. Miała 16 lat.

Barbara Borowiecka twierdzi, że sama też była molestowana przez duchownego. Jak powiedziała, dzieci uciekały, chowały się przed ks. Jankowskim. Myślała o samobójstwie. Wspomnienia prześladują ją po dziś dzień.

Bożena Aksamit wspomina też o gromadce nastolatków, którzy przebywali na plebanii kościoła św. Barbary w Gdańsku, a ich zachowanie dziwiło gości.

Gdy w 2004 roku prokuratura prowadziła śledztwo w sprawie księdza Jankowskiego w związku z zarzutem „doprowadzania do obcowania płciowego i poddania innej czynności seksualnej wobec małoletniego”, ksiądz Krzysztof Czaja zeznał, że chłopcy nocowali u ks. Jankowskiego i całował ich w usta.

Z kolei ks. Józef Paner powiedział wówczas: „Nikomu z księży tam mieszkających nie podobało się, że chłopcy podają gościom alkohol. Nie reagowałem, bo to było niezależne ode mnie. Jednak kiedyś przy stole w jadalni specjalnie sprowadziłem rozmowę na temat całowania w usta między mężczyzną a chłopcem. W odpowiedzi ksiądz Jankowski zapytał mnie: „A co w tym złego czy dziwnego?”

Wszystko to było tajemnicą publiczna, niemniej, po śmierci ks. Jankowskiego abp. Głódź zdecydował, że prałat zostanie pochowany w bocznej nawie św. Brygidy, a 31 sierpnia 2012 roku postawiono pomnik duchownemu.

Ks. Jankowski był wikarym w Kościele św. Barbary od 1968 do 1970 roku, następnie do 2004 r. był proboszczem parafii św. Brygidy w Gdańsku.

Remont – po prostu – mamy. I wszystko jasne! Było tak od razu… Teraz przynajmniej wiadomo, że – co wyjaśnił pan premier Morawiecki na konferencji „Praca dla Polski” – wszelkie niedogodności, których obywatele doświadczyli od ostatnich wyborów to tylko uboczne skutki programu generalnej przebudowy. A jak plac budowy, to cóż – jest kurz (który za chwilę opadnie). I wiele hałasu (o nic).

Na szczęście jesteśmy już na finiszu, bo po etapach rozwalania i rozbiórki starego układu, a potem majstrowania przy fundamentach i betonowania politycznego przedmurza, trwają właśnie ostatnie już prace wykończeniowe. A jak się już wszystko (i wszystkich) pięknie wykończy, to będziemy wreszcie mogli poczuć się komfortowo we własnym Mieszkaniu Plus!

W tej sytuacji wypada się cieszyć, że odkąd na budowie zmienił się generalny wykonawca, to już po zaledwie trzech latach nie dość, że podniesiono chałupę z ruiny, to jest już nawet pomalowane. No i gruntownie przemeblowane. Ba, pan prezes spółki budowalnej (z ograniczoną odpowiedzialnością) zadbał też o bezpieczeństwo mieszkańców, więc mamy stały dozór oraz monitoring, a też straż obywatelską patrolującą okolicę. Dla lepszej widoczności ekipa wycięła również w pień okoliczne chaszcze i wciąż rozważa postawienie solidnego płotu na granicy posesji.

Firma dokonała więc prawdziwego deweloperskiego cudu, co przyznać musi każdy, kto choćby raz miał u nas do czynienia z ekipą remontowo- budowlaną. W tej sytuacji wyciąganie dzielnym robotnikom z biało-czerwonej drużyny jakichś drobnych usterek czy niedoróbek to – doprawdy – skrajna małostkowość, do jakiej zdolni są wyłącznie „totalsi”. No, ale podmiejskie wille postawione na krzywdzie ofiar transformacji najlepiej świadczą o społecznej alienacji i nieznajomości reguł (i języka), jakie obowiązują na placu budowy.

Może trochę naruszono – tu i ówdzie – fundamenty i pomajstrowano przy ścianach nośnych i podporach, ale przecież nadzór budowlany z Brukseli na razie nie zatrzymał budowy. I to się liczy. A co do szczegółów, to owszem, firmie groziły kary finansowe, ale poprawiła to i owo według oryginalnego projektu, więc na razie nie musi płacić. Sprawa ciągle jest zresztą w arbitrażu. Damy radę.

Tym bardziej, że w przeciwieństwie do fundamentów, ekipa zadbała o solidne dachy (z rosyjska – krysza). A raczej chciała zadbać, zanim głównemu podwykonawcy w trakcie negocjacji kontraktu na finansowanie inwestycji nie została z nazwiska tylko pierwsza litera. I teraz mówi się o nim Marek Ch.

Zdarzyły się też – jak to na budowie – inne drobne potknięcia. Na przykład, zamiast grzejników elektrycznych zamontowano na salonach koksowniki. Trochę może siermiężne, ale za to pięknie mieszczące się w ramach powrotu do narodowej tradycji i zgodne z programem wsparcia dla przemysłu wydobywczego. Każdy Kowalski dołoży więc do naszego wspólnego domu swój kamień węgielny. Bo węglem osiedle stoi i stać będzie, dopóki ostatnie ofiary smogu nie trafią na Wólkę Węglową. No, a poza tym prąd właśnie podrożał o 75 procent.

Na szczęście nie będzie przeciągów, bo okna są wyłącznie na wschód. No, żeby nie czuć smrodu zachodniej zgnilizny. A też zapobiec pokusie podglądania brukselskich patologii zza firanek. Na zaduch muszą wystarczyć odświeżacze powietrza wypełnione kadzidłem. A na dobrą atmosferę – kablówka z TVP i „Republiką” oraz Radiem z Torunia. Bo ściany są cienkie, więc nie można ryzykować informacyjnej kakofonii.

Materiałami gospodarowano wszak oszczędnie, bo musiało ich jeszcze wystarczyć na liczne pomniki oraz sąsiednie osiedle o podwyższonym standardzie, dla obywateli „lepszego sortu” (z oknami na Międzymorze i kablem „Polsatu”). Natomiast plotki, że drzwi nie mają tam klamek to fake news kolportowany przez propagandę z TVN-u.

Pomimo kolorowych elewacji (ale bez czerwonego, bo red is bad) i nowych porządków, co nieco zostało też jeszcze ciągle do zrobienia. Na przykład kanał. Wciąż nieprzekopany. Co zapowiada poważne kłopoty. Bo, niestety – jeszcze przez czas jakiś będziemy musieli brodzić w szambie… Natomiast głęboki rów w poprzek podwórka to już na stałe. Nie udało się go zasypać, tym bardziej, że nikt nawet nie próbował. Przeciwnie – ekipa jeszcze poszerzyła mu koryto i zdecydowanie pogłębiła dno.

No, ale budowlańcy bardzo się starali i naprawdę zrobili, co mogli. Co tym bardziej godne uznania, że większość nie ma pojęcia o tej robocie. Za to cieszą się uznaniem nadzoru jako prawdziwi patrioci. No i posiadają liczne talenty naturalne, odziedziczone po rodzicach z zarządu firmy. Bo wszak dzieci podwykonawców, majstrów i prezesów też muszą gdzieś pracować, nieprawdaż?

Ale dajmy już spokój i skupmy się na pięknie odmalowanej fasadzie, bo jeszcze się ekipa zdenerwuje i porzuci plac budowy. No, chyba że mieszkańcy osiedla – w uznaniu licznych zasług firmy „Paździerz i Styropian” – sami wcześniej wywiozą budowlańców na taczkach. I wtedy zostaną po nich tylko wory ze śmieciami, gumofilce potopione w błocie oraz wykręcone krany i żarówki.

>>>

— DOMINIKA WIELOWIEYSKA O GRZE ZAOSTRZENIEM USTAWY W RAZIE PODZIAŁU W OBOZIE RZĄDZĄCYM – pisze w GW: “Czy Kamiński nie będzie chciał teraz za wszelką cenę dowieść swojej bezstronności i pokazać, że posada w Banku Światowym dla jego syna Kacpra, którą sprezentował mu Glapiński, nie ma znaczenia? I czy to nie oznacza, że nie będzie litości dla członków obozu rządzącego, jeśli okaże się, że są zamieszani w aferę? Czy to prosta droga do podziału w obozie rządzącym? Ziobro z Biereckim przyciśnięci do muru mogą straszyć rozłamem, używając zresztą sprawy aborcji. Jarosław Kaczyński musi pamiętać przestrogi Leszka Millera po aferze rywinowskiej i orlenowskiej. A Miller zawsze utrzymywał, że głównym powodem degradacji SLD były nieprzyjazne media i podziały wewnątrz Sojuszu”.
wyborcza.pl

— WIADRA MIŁOŚCI PREMIERA MORAWIECKIEGO – Michał Szułdrzyński w RZ: “Sobotnie deklaracje przypominały jednak solenne zapewnienie alkoholika, że od jutra nie będzie pił. Pytanie, czy tym razem obietnica zostanie spełniona, czy też za kilka dni PiS powróci do swego poprzedniego stylu rządzenia? Co teraz zrobią PiS-owscy harcownicy od Zbigniewa Ziobry, przez Krystynę Pawłowicz, na Stanisławie Piotrowiczu skończywszy? Jak ma się zapowiedź polityki miłości do ciągłego seansu nienawiści w telewizji publicznej? Jak uwierzyć w słowa premiera o tym, że teraz będzie stabilny wzrost, gdy tuż przed tą deklaracją rząd poszedł na wojnę z ambasador USA, a tuż po zaproszeniu do zasypania podziałów premier na urodzinach Radia Maryja zarzuca przeciwnikom, że nie kochają Polski?”
rp.pl

— WIECZOREM TROSKLIWY JAK GIEREK, RANO UPIORNY JAK RYDZYK – Piotr Pacewicz w Oku: “Na 27. urodzinach rozgłośni Rydzyka premier modlił się za tych, „którzy nie kochają Polski aż tak mocno, jak my tutaj, jak Rodzina Radia Maryja” – wykluczył z polskości wszystkich poza ultrakatolicką zbiorowością i zapisał do niej obóz władzy. Kilka godzin wcześniej w show „Praca dla Polski” był za to łagodny jak jakiś Gierek, godził się z opozycją i Europą. (…) Morawiecki przejawia cechy fanatyka, a jego wiara – przy pozorach wszechogarniającej dobroci i poszukiwania „dogłębnego szczęścia” dla wszystkich – ma cechy okrutnego wykluczania myślących inaczej. Ale on tylko w skrajnej postaci – premier zresztą uwielbia przesadę  – realizuje program PiS, który przypisywał Kościołowi kluczową rolę w historii Polski i ukazywał znaczenie religii dla wartości „wolności, która współtworzy sens bycia Polakiem”.
oko.press

>>>

Rydzyk, afera KNF, bolszewizm – totalitarne stygmaty PiS

3 Gru

Wierchuszka PiS, jak co roku, nie tylko przemawiała, ale też śpiewała na urodzinach Radia Maryja. Moment uchwyciła kamera „Super Expressu” – widać, kto najlepiej bawił się podczas wspólnego wykonywania „Abba Ojcze”. 

Wydawać by się mogło, że na temat sobotnich urodzin Radia Maryja napisaliśmy już wszystko, a jednak docierają do nas kolejne informacje. „Super Express” opublikował na swojej stronie nagranie z tradycyjnego elementu święta rozgłośni – śpiewania „Abba Ojcze”.

Kamera uchwyciła sektor, w którym gościli politycy PiS. W pierwszym rzędzie podrygiwali Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak, Joachim Brudziński, Zbigniew Ziobro, Beata Kempa, Adam Kwiatkowski, Antoni Macierewicz i Jan Szyszko.

W drugim rzędzie widać Stanisława Piotrowicza, Józefinę Hrynkiewicz, Annę Sobecką, Zbigniewa Kuźmiuka i Krzysztofa Jurgiela. Na dalszych miejscach znaleźli się też m.in. Łukasz Zbonikowski (oskarżony o naruszenie nietykalności cielesnej żony, sąd umorzył postępowanie ze względu na „znikomą szkodliwość społeczną czynu”) i Waldemar Bonkowski (również oskarżany przez żonę o stosowanie przemocy, z PiS wyleciał za antysemityzm).

Podobne nagranie pojawiło się w sieci przed trzema laty, okazją do śpiewów i tańców były wtedy również urodziny Radia Maryja. W 2014 roku, jeszcze przed dojściem PiS do władzy, na urodzinach rozgłośni obecny był nawet Jarosław Kaczyński. Na tle polityków wyróżniała się zdecydowanie Beata Kempa, która słynie ze swoich umiejętności wokalnych (pochwaliła się nimi m.in. w Watykanie, gdzie odśpiewała psalm na mszy) i sama przyznaje, że lubi śpiewać i często to robi.

Podczas tradycyjnego śpiewania „Abba Ojcze” znów to Kempa wydaje się czerpać największą radość ze śpiewania i podrygiwania.

Czy ktoś z pisowców przypomniał….?

Jest niedzielne popołudnie 4 listopada. Miliarder Leszek Czarnecki, właściciel Getin Noble Banku, ląduje w Warszawie. Prosto z lotniska jedzie do Józefowa do willi Romana Giertycha, niegdyś polityka, dziś znanego adwokata. Zamykają się w gabinecie Giertycha i Czarnecki puszcza mu nagranie swojej rozmowy z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Ch., które dwa tygodnie później zatrzęsie rządem PiS. Na nagraniu Ch. przedstawia słynny już „plan Zdzisława”, dotyczący przejęcia banków Czarneckiego przez państwo za symboliczną złotówkę. Deklaruje, że państwo może dać spokój biznesmenowi, jeśli ten zatrudni jego znajomego prawnika. Wynagrodzenie miało wynieść 1 procent od wartości banków za trzy lata, co miliarder wyliczył na 40 milionów złotych. Czarnecki ma wątpliwości, czy to można uznać za korupcyjną propozycję, bo szef KNF miał zapisać ów 1 procent na kartce, a on tej kartki nie ma, bo nie zabrał jej z jego gabinetu.

– To jest czysta korupcja – odpowiada mecenas. Jednak, żeby uspokoić miliardera, dzwoni po prawnika ze swojej kancelarii. Puszcza nagranie jemu oraz żonie Barbarze, także adwokatce. Cała trójka jest zgodna, że to była propozycja korupcji.

Giertych wie o sprawie od lata. To wtedy Czarnecki po raz pierwszy powiedział mu, że ma nagranie rozmowy z szefem KNF. Oryginał nagrania trzymał w swoim domu we Francji, ze względów bezpieczeństwa. To stamtąd przywiózł je do Giertychów. Przez całe spotkanie Giertych się zastanawia, czy Czarnecki zdecyduje się złożyć zawiadomienie do prokuratury, bo jeśli tak, to – jak uprzedza swojego klienta – „będzie burza na cztery fajerki”. Dla Giertycha to wymarzony scenariusz. Znowu będzie na pierwszej linii frontu w swojej ulubionej roli pogromcy PiS, którego szczerze nie cierpi, odkąd wypadł z polityki w 2007 roku.

Glapiński jednak się nie obroni?

Dwa tygodnie później Czarnecki zeznaje w katowickiej prokuraturze 11 godzin. Towarzyszy mu Giertych. Politycy PiS przekonują, że po odwołaniu Marka Ch. ze stanowiska szefa KNF afera się wypala. Ale nie wiedzą jeszcze, że Czarnecki złożył w prokuraturze nie tylko nagranie rozmowy z szefem KNF. W sumie – jak ustalił „Newsweek” – są trzy nagrania. Jedno z nich – według źródła znającego sprawę – może obciążać szefa NBP Adama Glapińskiego. To jest nagranie spotkania Leszka Czarneckiego z członkami KNF, które odbyło się pod koniec kwietnia, trzy tygodnie po rozmowie Czarneckiego z Markiem Ch. Szef KNF nie wiedział jeszcze, czy miliarder przyjmie korupcyjną propozycję.

– Marek Ch. z jednej strony naciskał Czarneckiego, żeby uzupełnił rezerwy w bankach, a z drugiej zapewniał, że Glapiński obiecał mu pomoc w restrukturyzacji. To może oznaczać, że panowie działali razem – zaznacza mój rozmówca. To byłby poważny problem dla PiS. Bo szefa NBP nie można tak po prostu odwołać. Ma on 6-letnią kadencję zapisaną w konstytucji i sam musiałby się podać do dymisji. A Glapiński wierzy, że się uratuje.

Katowiccy prokuratorzy, prowadzący śledztwo w sprawie afery w KNF, potwierdzają, że Czarnecki złożył w prokuraturze nagrania rozmów i dyktafony. Jednak o szczegółach nagrań nie chcą mówić. Badają je biegli, a ekspertyzy będą gotowe w ciągu kilkunastu dni.

„Nie jest ważne, jak jest, ale jak się mówi”. Słowa te pochodzą z kabaretu Pod Egidą z lat 70. Przypomniały mi się po reakcjach na słowa p. Tuska: „Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a więc bronił Zachodu, to miał trochę trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików w symbolicznym sensie, to miał o wiele trudniejszą sytuację. Skoro oni dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików?”.

Prawica snuje dywagacje na temat Donalda Tuska

Zaraz rozpoczęły się prawicowe dywagacje, co też p. Tusk miał na myśli. Pan Makowski, dziennikarz pisma „Od [pardon, Do] Rzeczy”, napisał: „Szkoda, że nie dowiedzieliśmy się z ust historyka, kto jest współczesnym bolszewikiem. Putinowska Rosja chce nieść na Zachód idee rewolucji komunistycznej?”. Cóż, p. Makowski nie jest historykiem i zapewnie nie wie, że współczesna Rosja, jeśli chce cokolwiek nieść na Zachód, to raczej tradycyjny imperializm z czasów carskich, ale mniejsza o to. Nie takie rzeczy od rzeczy opowiadają dziennikarze z „Do Rzeczy”, więc ich opinie można, a nawet trzeba uznać za folklor polityczny.

Z drugiej strony wielu aktywistów dobrej zmiany zawrzało oburzeniem i objawiło, że czują się obrażeni, np. w imieniu jednej trzeciej Polaków głosujących na Zjednoczoną Prawicę. Z kolei p. Dworczyk prawi: „Wciąż nie mogę uwierzyć, że [Donald Tusk] przyjeżdża do ojczyzny i w przeddzień Święta Niepodległości jedynym jego przesłaniem są słowa o współczesnych bolszewikach”. Zwykle wiara czyni cuda, ale u p. Dworczyka rolę tę odgrywa niewiara, gdyż dzięki niej przeoczył inne słowa p. Tuska w przeddzień Święta Niepodległości. Problem jest jednak istotny i polega na pytaniu: co znaczy fraza „współczesny bolszewik”?

Co znajdziemy w najnowszych podręcznikach historii

Czy chodzi o PiS i kto poczuł się dotknięty

Przytoczone wyżej odpowiedzi nie są jedyne. Pan Bukowski, doktor filozofii, rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych (POKiN), ostatnio mianowany przez IPN świadkiem historii, dokonał poważnej pracy analitycznej i głosi jej wyniki: „Pytanie o to, kogo miał [Tusk] na myśli, mówiąc o współczesnych bolszewikach, padło chyba we wszystkich wywiadach z polskimi politykami, jakie przeprowadzili dziennikarze od ubiegłej soboty. Odczekawszy kilka dni i poobserwowawszy reakcje na swoje słowa, Tusk napisał na Twitterze: »Kiedy powiedziałem, że Polacy dziś też mogą pokonać współczesnych bolszewików, wszyscy uznali, że to było o PiS. Nawet PiS tak pomyślał. A to było o bolszewikach, o nikim innym«. Tą repliką (…) niby zaprzeczył, ale zrobił to w taki sposób, że nadal można zasadnie podejrzewać, iż chodzi mu o rządzący obecnie Polską obóz polityczny”.

Internauta o pseudonimie okryw (dzielny, acz anonimowy), jedna z prawych rąk p. Bukowskiego, doktora filozofii, świadka historii etc., w jego polemikach z adwersarzami (można nawet rzec, iż aparatura wspomagająca rzecznika POKiN) tak zareagował na uznanie go za współczesnego bolszewika: „Chwyty retoryczne jako najważniejszy atrybut bolszewizmu – tu jest miara waszej ponurej głupoty. A może ja coś znacjonalizowałem? Wymordowałem sporą część własnego społeczeństwa? Zsyłałem ludzi do łagrów do niewolniczej pracy kończącej się śmiercią? Przeprowadzałem czystki? Uruchomiłem namolną, tępacką propagandę? Wprowadziłem monopartyjne, totalitarne rządy? Fałszowałem wyniki wyborów? Kradłem państwowe? Albo tak jak wy, towarzyszu, czerpałem pełnymi garściami, korzystając z przywilejów należnych kanaliom, które zapisały się do bolszewickiej partii??? A może tak jak wy z pianą na pysku walczyłem z religią???”. Pan Bukowski, doktor filozofii, świadek historii etc., jakoś nie skomentował tej filipiki, co zdaje się wskazywać, że jest po jego myśli i być może wyraża właściwą troskę o imponderabilia narodowe.

A może neobolszewizm?

Część z tych sympatycznych pytań jest skierowana bezpośrednio do mnie, ale to sprawa drugorzędna. Otóż okryw rozumuje (proszę wybaczyć to sformułowanie – terminy mentalne stosują się do okrywa analogicznie, nie dosłownie) tak: „jeśli x jest określany jako współczesny bolszewik, to jest tym samym uznany za bolszewika”. Nie mogę tutaj zająć się szczegółami logiki przymiotników, ale niech wystarczy uwaga, że odróżnia się przymiotniki determinujące i modyfikujące. Pierwsze wydzielają z pewnej kolekcji obiektów jej część, np. wysoki student jest studentem, natomiast drugie modyfikują znaczenie towarzyszącego im rzeczownika, np. fałszywy przyjaciel nie jest przyjacielem (to nie to samo co wewnętrzna sprzeczność, np. „rozumny okryw”). W pewnych kontekstach mamy do czynienia z mieszaniną semantyczną, np. współczesny ekonomista jest ekonomistą, ale zajmuje się innymi problemami ekonomicznymi i czyni to inaczej niż np. Adam Smith. Owe modyfikacje są mniejsze lub większe, ale zawsze można sprawdzić, jak daleko sięgają.

W rozważanym wypadku, tj. współczesnego bolszewika (w Polsce), nikt nie twierdzi, że wymordował część swego narodu, zsyłał ludzi do łagrów, wprowadził monopartyjne, totalitarne rządy czy fałszował wybory. Te i inne okoliczności sprawiają, że słowo „bolszewik” ma negatywne konotacje przenoszące się na złożenie „współczesny bolszewizm”. Można ewentualnie zaproponować, aby mówić o neobolszewizmie, ale to zapewne nie ostudzi emocji. W swoich felietonach już wskazywałem na analogie pomiędzy państwem dobrej zmiany a PRL. Jeśli to drugie uznać za bolszewizm, był on (stosunkowo) miękki (zwłaszcza po 1956 r.) i w tym sensie neobolszewizm.

Parady, handel i kasa. Czyli Polska „potęgą” na świecie

Jeśli nie PRL, to neo-PRL

Nie o słowa jednak chodzi, ale właśnie o to, jak jest. Jeśli kogoś rażą terminy „współczesny bolszewizm”, „neobolszewizm” czy „miękki bolszewizm”, można z nich zrezygnować bez jakiegokolwiek uszczerbku dla analizy. Można powiadać o neo-PRL, a jeśli to miałoby być też naganne – o tendencjach autorytarnych w Polsce po 2015 r. Oto pierwsza seria analogii oparta na cytacie z okrywa. Czyżby nie przeprowadzało się czystek, np. w sądownictwie, kulturze czy mediach publicznych? Rzecz nie w tym, że wymienia się kadry, ponieważ tak jest wszędzie, ale że czyni się to z powodów politycznych, tak jak w PRL. Czyżby nie prowadziło się namolnej, tępackiej propagandy? Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech poczyta okrywa, „Od [pardon, Do] Rzeczy”, posłucha Polskiego Radia i oglądnie TVP Info.

Czyżby dobra zmiana nie dążyła do monopartyjnej władzy? Nie jest totalitarna (na razie?), ale na pewno jest autorytarna. Czyżby obecna władza szanowała mienie państwowe? Nawet jeśli poprzednia ekipa robiła to samo, niewiele lub nawet nic się nie zmieniło. Gorzej, dobra zmiana zaczyna zagarniać mienie prywatne, to niewielkie, wprowadzając coraz to nowe podatki oraz własność sporą, np. projektując przejmowanie banków. Czyżby więksi, średni i całkiem mali aktywiści dobrej zmiany nie czerpali korzyści ze swych wyborów politycznych (ba, nawet to się im „należy”)? Co do piany na pysku, przypomnę, że tak byli często określani krytycy socjalizmu.

Polska zmierza w stronę państwa autorytarnego

Zwykły poseł grozi palcem

Nie ma przecież wątpliwości, że PiS jest partią wodzowską – pod tym względem podobną do PZPR. Tam było Biuro Polityczne, tutaj Komitet Polityczny, tam I sekretarz, tu pewien zwykły poseł. Gdy byłem na drugim roku prawa, profesor prawa rzymskiego, zwany Pretorem, krótko trzymał swych asystentów (dwóch). Pewnego dnia wykładał przy otwartym oknie, a na zewnątrz było dość głośno. W pewnym momencie powiedział: „Jest za duży hałas”. I spojrzał na starszego ze swych podwładnych. Ten spojrzał na młodszego kolegę, który wstał, podszedł do okna i zamknął je. Popatrzył na starszego, ten pokiwał głową, spojrzał na Pretora, ten kiwnął głową i zakończył. Piękny przykład autorytaryzmu.

Zdarzyło się, że p. Tarczyński, poseł, przesadził w swej oracji, i zwykły poseł postanowił zwrócić mu uwagę. Kiwnął ręką w stronę p. Tarczyńskiego, ale ten chyba nie zauważył wezwania. Pan Piotrowicz, siedzący akurat obok zwykłego posła, od razu zaczął energicznie gestykulować w stronę p. Tarczyńskiego, co odniosło pożądany skutek w postaci podejścia tego ostatniego do stanowiska rzeczywistego dowodzenia w Sejmie. Wszystko obyło się bez słowa, niemal dokładnie tak jak w przypadku rozkazu wydanego przez rzeczonego Pretora. Kilka dni później odbyła się debata sejmowa nad kolejną ustawą o zmianie ustawy o Sądzie Najwyższym. Jedna z posłanek była przeciw i tym samym sprzeciwiła się nagle powstałej woli politycznej zgoła odmiennej od tej wcześniejszej o kilka dni, ale równie niezłomnej i jednoznacznej. Zwykły poseł pogroził nieposłusznej parlamentarzystce palcem. W tym przypadku rzecz skończyła się bezboleśnie dla denatki (przynajmniej nie wiadomo, aby było inaczej), ale gdy jeden z radnych wypromowanych przez dobrą zmianę sprzymierzył się z wrażym obozem, zaraz pojawiły się głosy, że trzeba sprawę przemyśleć, aby podobne przypadki nie miały miejsca w przyszłości. Dokładnie tak bywało w innych partiach wodzowskich.

PiS ma ważniejsze sprawy niż etaty w Banku Światowym

W latach 70. głośno było o Andrzeju Jaroszewiczu, synu premiera mającym rozmaite przywileje. Na jednym z zebrań partyjnych ktoś skrytykował „czerwonego księcia”, jak powiadano o rzeczonym synu dostojnika. Kierownik Wydziału Nauki Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie, obecny na tym spotkaniu, dramatycznie zapytał: „Dlaczego syn premiera ma być dyskryminowany?”. Potomek p. Kamińskiego, osoby ułaskawionej przez p. Dudę, niezupełnie zgodnie procedurami otrzymał intratną posadę w Banku Światowym. Pan Mosiński (z PiS) skwitował to stwierdzeniem: „Gdzieś dzieci pracować muszą”. Fakt, ale (to z Leca) pozostaje nagim, nawet jeśli jest ubrany wedle ostatniej mody.

Pani Mazurek wyjaśniła, że Pan Prezes nic o tym nie wiedział. W końcu uznano, że partia (PiS) nie zajmuje się tym, kto pracuje w Banku Światowym. Też nic nowego. Kiedyś (na początku lat 50.) dwaj autorzy napisali pracę o aktualnych problemach teorii państwa prawa w okresie budowy socjalizmu. Redaktor pisma zarzucił im, że nie cytują towarzysza Bieruta. Cóż było robić, uzupełnili artykuł, ale okazało się, że gwiazda Bieruta nieco przygasła. Rzeczony redaktor wezwał autorów do siebie i groźnie zauważył, że mają pominąć wprowadzone zmiany. Ujął to tak: „Towarzysz Bierut ma ważniejsze sprawy na głowie niż teoria państwa i prawa”. Fakt, PiS ma ważniejsze sprawy niż etaty w Banku Światowym. Pan Piotrowicz nauczył się w młodości stosownego języka i komentując wspomnianą ustawę o kolejnej zmianie ustawy o SN, rzekł tak: „Jeden krok w tył dla zrobienia dwóch kroków naprzód”. To prawie kalka z twórcy bolszewizmu (w wypadku p. Piotrowicza nie trzeba zmieniać terminologii), czyli Lenina, który napisał pracę o taktyce socjaldemokratów „Jeden krok naprzód, dwa kroki w tył”.

I tak liczą się czyny

Już tylko krótko przypomnę niektóre dalsze analogie, np. konstruowanie historii na nowo, administracyjne kreowanie pomnikowych bohaterów, coraz bardziej opresyjne prawo (typowa polityka reżimów autorytarnych), prymat (czytaj: religii) ideologii nad polityką, zamazywanie trójpodziału władz, dezawuowanie sądownictwa (fragment oświadczenia POKiN: „zupełnie nadzwyczajna kasta z rodowodem ubecko-komunistycznym zajęta jest ściąganiem pomocy dla siebie z Berlina i Brukseli”), filipiki przeciwko zgniłemu Zachodowi i zarzucanie mu wtrącania się w nasze suwerenne prawa (specjalność czasów tzw. realnego socjalizmu), wręcz chorobliwą nieufność do obywateli, tłumaczenie własnych porażek błędami poprzedników (tj. winami Tuska), groźby wobec niezależnych mediów, oskarżenia o antypolską współpracę z zachodnimi mediami (tak jak kiedyś z Wolną Europą), bezceremonialną propagandę sukcesu itd.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, niech rozważy następujące słowa wysokiego działacza Porozumienia Centrum (formacji prekursorskiej wobec dobrej zmiany), który miał powiedzieć: „Oni mają kasę, spółki nomenklaturowe, kontrolują biznes. My z tą naszą moralną postawą przegramy. Musimy robić to co oni, tylko mocniej. Trzeba przejąć państwowe przedsiębiorstwa, stworzyć finansowe podstawy partii, zmusić komuchów, by dali nam kasę, wykorzystać ich, by pracowali dla nas. My jesteśmy dobrzy, oni źli. Dla Polski lepiej, byśmy my wygrali”. O ile wtedy słowo „komuch” miało w miarę określone znaczenie, związane z niedawną (wówczas) przeszłością, to obecnie jego zakres został rozszerzony na wszystkich, którzy nie zapisują się do dobrej zmiany. Neobolszewizm lub nie, ale wreszcie trzeba zrozumieć, że ważne, jak jest, a nie to, jak się mówi.

Skąd się bierze lekceważący stosunek Polaków do prawa

Szczyt klimatyczny w Katowicach może okazać się porażką dla organizatorów. Wszystko wskazuje na to, że podczas tego wydarzenia zabraknie najważniejszych światowych przywódców. Wielką nieobecną będzie kanclerz Niemiec Angela Merkel, nie pojawi się też prezydent Francji Emmanuel Macron, ani prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. W Katowicach nie będzie również Władimira Putina.

O tym, że najważniejszych światowych przywódców zabraknie na szczycie klimatycznym w Katowicach poinformował wiceminister spraw zagranicznych Bartosz Cichocki na antenie Radia Zet. Wydarzenie rozpocznie się 2 grudnia i potrwa do 14 grudnia.

Informacje o nieobecności Władimira Putina potwierdził pod koniec tygodnia rzecznik Kremla – Dmitri Pieskow. Nie podał też nazwiska osoby, która miałaby pojawić się w Katowicach zamiast prezydenta Rosji.

Stany Zjednoczone będzie reprezentował Wells Griffith, doradca Donalda Trumpa ds. klimatu. To on stanie na czele amerykańskiej delegacji w Katowicach. Nie pojawią się jednak senatorowie Partii Demokratycznej, którzy zrezygnowali z wizyty w Polsce z powodu ważnych głosowań w Kongresie.

Media informowały natomiast, że podczas szczytu klimatycznego w Katowicach mają gościć zaangażowane w walkę o ochronę środowiska gwiazdy – lider U2 – Bono i aktor Leonardo DiCaprio. Wiceminister Bartosz Cichocki w rozmowie z Radiem Zet stwierdził, że nie wie, czy gwiazdorzy rzeczywiście będą uczestniczyć w tym wydarzeniu.

Szczyt klimatyczny odbędzie się od 2 do 14 grudnia w trzech lokalizacjach: katowickim Spodku, Centrum Kongresowym i Strefie Kultury, która w czasie obrad ma status strefy eksterytorialnej zarządzanej przez ONZ. W związku z organizacją szczytu klimatycznego w Katowicach od 26 listopada na Śląsku i w Krakowie obowiązuje pierwszy stopień zagrożenia terrorystycznego.

Katowice: szykują się gigantyczne problemy z parkowaniem

Minister pogardliwie: Nie umawiam się z celebrytami. O kim mowa?

>>>

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze o bezpieczeństwie Polski.

Mam wrażenie, że w obecnej Polsce poczucie bezpieczeństwa zdarza się tylko ludziom z niedostatkiem wyobraźni

PiS zdobył władzę pod hasłami praworządności, uczciwości i zapewnienia Polakom bezpieczeństwa. Pierwsza obietnica szybko okazała się nieporozumieniem, Polska pod panowaniem Kaczyńskiego jest dzisiaj co najwyżej prawa żądna. Co do przyzwoitości rządzących – codziennie przybywa przykładów ich arogancji i buty oraz pazerności żarłocznej szarańczy partyjnych nominatów, która obsiadła atrakcyjne stanowiska w administracji, spółkach skarbu państwa i nadzorowanych instytucjach.  A jeśli chodzi o trzecie zobowiązanie, PiS zaklina ponurą rzeczywistość i usiłuje urzędowo zadekretować swoją obietnicę zapewnienia Polakom bezpieczeństwa.

Za poprzedniej władzy groził nam najazd terrorystów przebranych za kobiety i dzieci. Za wschodnią granicą czaiły się tłumy zielonych ludzików z regularnej armii rosyjskiej, rozzuchwalonej strachliwą i służalczą polityką Tuska. W kraju rządziła mafia i „układy”. I nagle stał się cud. Ledwie w październiku 2015 PiS przejął rządy, a już po miesiącu premier Beata Szydło zapewniła, że Polacy mogą czuć się bezpiecznie, biorąc pod uwagę zaangażowanie i pracę naszych służb”.  Niedługo potem Mariusz Błaszczak zagroził, że dopóki rządzi PiS, Polscy mogą się czuć bezpiecznie, bo „my nie zgodzimy się na żadne kompromisy, które by spowodowały, że zagrożone będzie bezpieczeństwo”.  A później premier Morawiecki ogłosił wyniki jakichś badań, z których wynikało, że prawie 90% rodaków żyje już sobie spokojnie, bez jakiegokolwiek poczucia zagrożenia.

Czy Polacy czują się dzisiaj bezpiecznie? Czy sytuacja międzynarodowa, stan wojenny za wschodnią granicą i obecna pozycja Polski uprawnia nas do błogiej pewności jutra? W oficjalnym obiegu obowiązuje narracja, że sytuacja jest poważna, ale bezpośredniego niebezpieczeństwa dla Polski nie ma”.  Zapewne nie ma też niebezpieczeństwa pośredniego, skoro pan prezydent nie zwołał Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Nie zwoływał jej zresztą od 2016 r., bo po pierwsze po co, skoro jest tak bezpiecznie jak nigdy, a po drugie, co takiego mogliby mu powiedzieć ludzie opozycji, czego on sam nie wie, wiedząc przecież wszystko?

Na spędzie funkcjonariuszy PiS, zorganizowanym naprędce pod pretekstem spóźnionego podsumowania trzech lat rządów, o bezpieczeństwie Polaków nikt się nawet nie zająknął. Po co mówić o tym, co oczywiste, co jest i co będzie, póki PiS u władzy? Prawda, że rozpędzono prawie całe dowództwo armii i że w kamasze posłano większość cenionych w NATO polskich generałów za to, że w czasach PRL ośmielili się służyć w wojsku i nie zdezerterowali, gdy wysłano ich na naukę do niesłusznych uczelni wojskowych. I prawdą jest, że sprzęt i uzbrojenie wojska przerdzewiało trochę, a nowe przysługuje tylko żołnierzom terytorialnym. Ale przecież chwalą nas w Ameryce, że zwiększamy wydatki na armię. A poza tym o zwycięstwach nie decyduje uzbrojenie ani liczba żołnierzy, tylko ich duch i wola zwycięstwa. Ile razy trzeba to powtarzać, żeby dotarło do malkontentów?

Na obronność wydajemy dziś ponad 40 mld rocznie. Zwiększenie wydatków do 2,5% PKB, za co Trump chwali rząd PiS, to już zmartwienie następnych rządów, pod warunkiem, że znajdą jeszcze w budżecie jakieś pieniądze. Ale nie procenty przecież decydują o sile armii. Trudno się zorientować, jaki odsetek budżetu przeznaczony jest bezpośrednio na potrzeby wojska. Z kasy MON zakupiono samoloty dla VIP-ów. Z puli na obronę finansowana jest smoleńska tragikomedia, bizantyjskie wydatki byłego ministra, odprawy dla zwalnianych oficerów i podwyższone pensje dla nowych generałów bez większych dokonań, ale popierających chore projekty tej władzy. Ostatnio takie szlify otrzymał płk Tadeusz Szczurek, rektor Wojskowej Akademii Technicznej (z wykształcenia filozof), który włączył się w eksperymenty smoleńskie Wacława Berczyńskiego (słynny „wybuch termobaryczny”), jednocześnie zwalniając z uczelni generałów Adama Sowę, Janusza Lalkę, Jana Klajszmita i Artura Kołosowskiego – naukowców, którzy ustalenia Berczyńskiego negowali.

Marynarka wojenna jest w stanie muzealnym.  Nasza armia lądowa zajmuje 22 pozycję na świecie (wg danych CIA), ale jej wyposażenie znajduje się w permanentnym remoncie. Siły powietrzne dysponują prawie 35-letnimi samolotami Su-22, a helikopterów praktycznie już nie ma.  Co prawda, w ostatnich dniach zakupiliśmy najnowocześniejsze Black Hawki, ale nie dla wojska, tylko dla policji. To świadectwo priorytetów PiS: dobrze wyposażona armia skuteczniej broni społeczeństwa, a dobrze wyposażona policja – kogo?

Podczas spotkania sumującego trzy lata demolowania kraju – konferencji pod żartobliwym tytułem „Praca dla Polski” – okazało się nagle, że Unia jest fajna. A jeszcze tak niedawno prezydent Duda informował, że z przynależności do wspólnoty europejskiej „niewiele wynika dla Polaków”„Mamy prawo do tego, by się tutaj sami rządzić i decydować o tym, jaki Polska ma mieć kształt” – ogłaszał na spotkaniu wyborczym z mieszkańcami Leżajska. Aż do teraz Unia była „wyimaginowaną wspólnotą”, a jej zastrzeżenia do „reformy” sądownictwa – nieuprawnioną ingerencją utrudniającą naprawę Polski, wynikającą z ignorancji, lewackiej proweniencji kierownictwa UE oraz kłamliwych donosów polskiej opozycji.  I oto nagle na zebraniu PiS załopotały unijne flagi. Ktoś uwierzył, że ta partia broni europejskiej wspólnoty przed niewybrednymi atakami opozycji, która bredzi coś o polexicie? Każdy trzeźwo myślący już dostrzegł, że jest to prymitywne odwracanie kota ogonem i że kot Kaczyńskiego podniesionym ogonem zwrócony jest w kierunku Brukseli.  Manewr ten nie poprawi naszej pozycji w Europie i nie poprawi wiarygodności.

Kaczyński trwa w przekonaniu, że konflikty z Unią i zaczepki wobec stowarzyszonych krajów nie wpływają na bezpieczeństwo, bo nie przekładają się na pozycję Polski w NATO. Jest pewny, że artykuł 5 traktatu północnoatlantyckiego, który napaść na jeden kraj utożsamia z agresją na wszystkie państwa NATO, zapewni nam bezpieczeństwo, choćby Polska była „na noże” z każdym uczestnikiem paktu. Jednak gdyby Kaczyński przeczytał traktat, zauważyłby, ze przez wsparcie sojusznika rozumie się podjęcie takich działań, jakie każdy kraj „uzna za konieczne”.  Wobec rzetelnego i przyjaznego sojusznika będą to z pewnością działania natychmiastowe i zdecydowane, a w obronie niewiarygodnego, kłótliwego buca wsparcie ograniczyć się może do podniesienia gotowości armii i wyrażenia kategorycznego oburzenia.

Wraz z Brexitem PiS stracił głównego sojusznika w Europie. Kibicując polskim nacjonalistom, głupio awanturującym się z nacjonalistami ukraińskimi, i mizdrząc się do „ciepłego i miłego” Łukaszenki, rząd polski stracił pozycję stabilizatora wschodnich rubieży Unii.  Nie przysłużyły się nam prowokowane na użytek elektoratu PiS konflikty -z Niemcami o powtórne odszkodowania, z Francją o helikoptery, widelce i fregatę za dolara oraz z pozostałymi państwami NATO za to, że ośmieliły się krytykować „dobrą zmianę”.  Pozostał nam jeszcze „wieczysty sojusz z USA”, który jest jednak niebezpiecznym złudzeniem, bo Trump znacznie częściej niż o przyjaźni z Polską mówi: „America First!”, a rzeczniczka jego Departamentu Stanu już trzykrotnie wytykała nam psucie demokracji. Ostatnio również pani ambasador Georgette Mosbacher uprzejmie nakazała funkcjonariuszom PiS, żeby zabrali łapy od amerykańskiej stacji TVN i w ogóle trzymali się jak najdalej od wolnych mediów. Polskie władze – jak to one – doznały amoku i gwałtownego wzmożenia poczucia godności, uczuć właściwych przedszkolakom, którzy nie potrafią jeszcze oceniać konsekwencji swoich nadpobudliwych reakcji. Minister Brudziński oświadczył w odwecie, że będzie krytykował stacje zagraniczne, w tym amerykańskie, ile razy zechce. Prominentni działacze PiS prześcigali się w inwektywach przezywając panią ambasador nieprofesjonalną, nonszalancką, „nowojorską celebrytką”, bez szacunku dla państwa polskiego, a pupil TVP (obecnie postawiony do kąta), nawoływał, by „zbesztać babsztyla za brzydkie zachowanie” . Tak więc w sojuszu z Polską pozostały tylko Węgry, ale i one lekceważą nasz kraj, oceniając, że wymachujemy szabelką bez powodu, a wyimaginowana godność jest dla Polaków ważniejsza od praktycznych korzyści wynikających choćby z pogłębionej przyjaźni z Rosją.

Ludzie oszczędnie korzystający z rozumu z trudnością odnoszą bezpieczeństwo państwa do ich własnego, prywatnego zagrożenia. Człowiek spytany: – Czy czujesz się bezpiecznie? – w pierwszej kolejności przebiegnie pamięcią, czy on lub ktoś z rodziny oberwał po gębie w ciemnej ulicy, czy ktoś z rodziny został okradziony i czy skarbówka nie wpadła na trop niezgłoszonego dochodu.  Ministrowie rządu PiS na wyścigi zapewniają, że przestrzegającym prawo nic nie grozi, a Polska jest bezpieczna jak nigdy. Jednak wołałbym, żeby zamiast ministra Brudzińskiego wypowiedziały się w tej sprawie kobiety pobite przez narodowców na oczach policjantów, którzy  z zainteresowaniem przyglądali się temu wydarzeniu.  Ciekawy jestem też opinii działaczki na rzecz tolerancji z Wałbrzycha, której całkowicie nieznani sprawcy podpalili mieszkanie, zostawiając wiadomość ( a może raczej swoją wizytówkę): „Źródło smrodu – brudasy”. W sprawie poczucia bezpieczeństwa chciałbym usłyszeć opinię oplutych za to, że w publicznym miejscu rozmawiali z kimś w obcym języku, pobitych za kibicowanie nie tej drużynie co należało, skopanych za koszulkę z „konstytucją”, albo za nic.

Państwo PiS gwarantuje nam bezpieczeństwo, popierając równocześnie tych, którzy nam zagrażają: antyszczepionkowców, nacjonalistów, kiboli, oszołomów smoleńskich czy religijnych fanatyków. Przez cały rok prokuratura biedzi się nad aktem oskarżenia znanych jej ludzi, którzy w świetle jupiterów i często w asyście policji w sposób oczywisty złamali prawo. Słabo rozróżnia między faszystą a patriotą. Nie przyjdzie jej do głowy, że faszystą jest także ten, kto faszyzm usprawiedliwia i również ten, kto faszyzm toleruje. Nie potrafi oskarżyć nawołujących do wieszania myślących samodzielnie. Umarza sprawy o propagowanie faszyzmu. Nawet bandzior, który zgwałcił dwie kobiety, zasługuje na życzliwość prokuratury, bo zakapował kolegów przynosząc splendor organom ścigania. Wiele jeszcze przykładów dowodzi, że organ Zbigniewa Ziobry jest dziś rachityczny, niezdolny do samodzielnego działania i trzeba go pobudzać ręcznie.

Mam wrażenie, że w obecnej Polsce poczucie bezpieczeństwa zdarza się tylko ludziom z niedostatkiem wyobraźni. Pod rządami PiS trzeba się bać. Wojciech Młynarski ostrzegał kiedyś, że „najtrudniej czasami jest rozpoznać bandytę, gdy dokoła są sami szeryfi”.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim u Rydzyka.

Nie jestem zaskoczony postawą Mateusza Morawieckiego, zarówno podczas przesuniętego w czasie zjazdu PiS z okazji 3-lecia sprawowania rządów przez tę partię, ani podczas składania hołdu Tadeuszowi Rydzykowi w podczas innego zjazdu – rodzin Radia Maryja.

Morawiecki jest typowym słupem w życiu publicznym, można na nim powiesić obce mu wartości, a on je wygłosi jako własne. Jakie wyznaje poglądy obecny premier rządu RP? Raczej nie wiemy (bo może ich nie mieć), więcej można napisać o jego charakterze, a jest on nieciekawy.

Morawiecki był słupem w banku grupy Santader Bank Zachodni WBK, dzisiaj jest słupem Jarosława Kaczyńskiego. Wcześniej chciał być słupem u Donalda Tuska, ale ten poznał się na jego syndromie żony Lota (która zamieniła się w słup soli), zresztą określił go jako nie wychylającego się podczas dyskusji w gronie doradców, bo… trzeba było mówić własnym głosem. Dobrze to słychać na taśmie z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”, na której przytakuje politykom Platformy, aby się im przypodobać.

Taki marny charakter, aby się dowartościować zostaje zwykle mitomanem. I tak z nim jest. Jeżeli oglądniemy się do tylu i przeanalizujemy postawy ważniejszych naszych polityków działających na scenie politycznej od 1989 roku sklasyfikujemy Morawieckiego, jako największego mitomana. Nawet jest lepszy w te klocki od samego prezesa PiS, który do swego mitomaństwa używa psychologicznego lustra, zamiast o sobie mówi o „wielkości” brata bliźniaka Lecha.

Jak to z mitomanami bywa, rozmijają się z rzeczywistością, bo żyją w alternatywie kłamstwa i służalczości wobec innych. Mitoman musi komuś się podlizać, komuś służyć, bo czuje się niepełnowartościowy. Przyjmuje za swoje inne wartości i stosuje się do zasady politycznej – wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem.

Świetnie to było słychać podczas wystąpienia Morawieckiego na zjeździe u Rydzyka, ten ostatni za pełnowartościowych Polaków uznaje swoje owieczki, a reszta to lewactwo. I tak podlizał się w hołdzie Rydzykowi premier rządu RP, zwrócił się do niebytu Matki Boskiej i w tej wierze podzielił Polaków wg mniemanej miłości do ojczyzny: „Matko Boska Nieustającej Pomocy, to jest moja wielka prośba, wielkie zawołanie. Miej w opiece naród cały. Również tych, którzy nie kochają Polski aż tak mocno jeszcze póki co, tak jak my tutaj, tak jak cała Rodzina Radia Maryja”.

To się dzieje tu i teraz, a nie w jakiejś przestrzeni średniowiecznej, to nie jest żart, ani mara piekielna. Słup Kaczyńskiego głosi poglądy iście szamańskie, zwraca się do postaci z rzeczywistości alternatywnej, nierealnej. Guzik mnie obchodzi w co wierzy Morawiecki, to jego prywatna sprawa, byle nie wygadał publicznie takich średniowiecznych bzdur i nie klasyfikował wg nich rodaków.

>>>

Duda andrzejkowy, czy tradycyjnie odmówił mu posłuszeństwa rozum, którego nie ma za wiele, tylko rozumek?

1 Gru

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek Sasin.

– Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze, przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Posłowie opozycji od kilku dni czekali, czy w tej sprawie prokuratura będzie działała tak samo gorliwie, jak w innych przypadkach, kiedy z ust oskarżonych padają zarzuty w stosunku do innych osób publicznych. Taka sytuacja miała miejsce ostatnio, gdy główny organizator „urodzin Hitlera” z reportażu o polskich neonazistach oskarżył dziennikarza o prowokację.

PO: Składamy zawiadomienie do prokuratury

– Składamy zawiadomienie do prokuratury o wszczęcie postępowania i zbadanie, czy faktycznie składniki majątkowe osób, które zostały wskazane przez Piotra P., mają pokrycie, czy też mogły być sfinansowane z nielegalnie przekazywanych pieniędzy od osób zamieszanych w aferę SKOK Wołomin – poinformował Arkadiusz Myrcha.

Poseł PO przypomniał, że oświadczenie majątkowe ministra Jacka Sasina było już analizowane przez CBA i prokuraturę. – W dość niewyjaśnionych okolicznościach sprawa ta został umorzona przez prokuraturę Zbigniewa Ziobry  – dodaje Myrcha.

– Tym zawiadomieniem mówimy panu ministrowi, Prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze „sprawdzam”. Czy zareaguje równie szybko, jak w przypadku operatora kamery TVN w sprawie reportażu, czy natychmiast zostaną wysłane służby, zostaną postawione zarzuty, czy będzie próba dociśnięcia i wyjaśnienia jak najszybciej sprawy – tłumaczyła Joanna Augustynowska.

Przypomnijmy, w zeszłą sobotę Radio ZET podało, że Piotr P., który jest jednym z głównych podejrzanych w śledztwie dotyczącym wyłudzeń ze SKOK Wołomin, zeznał jako świadek w innym procesie, że przekazywał politykom PiS koperty z pieniędzmi ze SKOK-ów. Jednym z polityków, któremu Piotr P. – według doniesień Radia ZET – miał wręczać gotówkę, jest Jacek Sasin.

Andrzej Duda kolejny raz pozwolił sobie na więcej, niż pozwala na to powaga sprawowanego przez niego urzędu. Głowa państwa wdała się w polemikę z dziennikarzem WP Kamilem Sikorą, odpowiadając w napastliwym tonie na jego uwagi. „Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał Duda na Twitterze.

Andrzej Duda na Twitterze zamieścił odnośnik do artykułu Onetu, w którym zacytowana została wypowiedź szefa klubu PO Sławomira Neumanna. Poseł PO mówiąc o możliwości wyprowadzenia przez PiS Polski z Unii Europejskiej zaznaczył, że „ścieżka do Polexitu jest faktem, niezależnie od zaklęć Kaczyńskiego czy Morawieckiego”.

Wypowiedź polityka wyraźnie oburzyła Dudę, który dał temu wyraz w krótkim komentarzu. „Polexit staje się chyba jedynym znanym elementem programu PO. Powtarzają to jak mantrę i wyraźnie prą w tym kierunku. PO chce wypchnąć Polskę z UE?” – napisał Duda na Twitterze.

Do wpisu prezydenta odniósł się m.in dziennikarz Wirtualnej Polski Kamil Sikora. Publicysta stwierdził, że sam Duda nie jest apartyjny.

„Oczywiście apolityczna prezydentura to mit. Ale apartyjna to chyba nie są zbyt wygórowane oczekiwania? Tymczasem pan prezydent włącza się w międzypartyjne pyskówki” – napisał Sikora na Twitterze. Wtedy Andrzejowi Dudzie puściły nerwy.

„Bo już mnie męczy ta wasza natrętna propaganda i odwracanie kota ogonem. Zniesmaczony jestem, a i Święty by nie wytrzymał… więc sorry” – napisał prezydent.

„Panie Prezydencie, proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą”

Na wpis głowy państwa na Twitterze o rzekomym doprowadzeniu przez PO Polski do Polexitu odpowiedział także Grzegorz Schetyna. „Andrzej Duda zarzuca Platformie, że prze w kierunku polexitu. Pyta, czy chcemy wypchnąć Polskę z UE. Panie Prezydencie, proszę oszczędniej gospodarować nieprawdą” – napisał na Twitterze szef PO.

I podkreślił, że do Polexitu przyczynia się sam Andrzej Duda. „Antyeuropejską partią jest PiS, a łamanie przez Pana konstytucji przyczynia się do wypychania Polski z Europy” – napisał Schetyna.

Światowi przywódcy okazali się ponownie trudnymi partnerami dla polskiego rządu. Tym razem okazuje się, że kolejni politycy z pierwszych stron gazet nie pojawią się jednak na strategicznym grudniowym szczycie klimatycznym ONZ w Katowicach. Nie będzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, Donalda Trumpa, a także europejskich liderów – Angeli Merkel, Władimira Putina, a także Emanuela Macrona, czy nawet prezydenta sąsiedniej Ukrainy, Petra Poroszenki. Sprawia to, że Polska stała się gospodarzem szczytu bez kluczowych graczy, co oznacza, że z góry nie przyniesie on żadnych istotnych ustaleń. W sprawie klimatu kluczowy jest bowiem spór na linii USA-reszta świata, po tym jak nasi sojusznicy zerwali paryskie porozumienie klimatyczne. Dziś zaś nic nie wskazuje na gotowość Białego Domu do kompromisu.

Prawo i Sprawiedliwość tymczasem liczyło, że wydarzenie to stanie się wielkim festiwalem propagandowego znaczenia Polski na świecie. Bycie gospodarzem spotkania, które ściągnie uwagę świata i zgromadzi najważniejszych przywódców, jest wymarzonym prezentem dla zmęczonej kolejnymi aferami i kryzysami partii rządzącej. Katowice były bowiem jedną z ostatnich okazji, aby wysłać w świat solidny przekaz, że Polska rzeczywiście wstaje z kolan. Teraz jednak zadanie to staje się coraz trudniejsze do realizacji i nawet talent propagandzistów rządu może nie wystarczyć.

TVP Info nie będzie mogła nadać aż takiej rangi wydarzeniu. Politykom PiS zabraknie części okazji na pokazanie się wśród osób ważnych. Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki będą mieli zdjęcia z zagranicznymi liderami, ale nie tymi, których kojarzą ich przeciętni wyborcy. Długo wyczekiwanego family photo w TVP po prostu nie będzie.

Równocześnie wszyscy krytycy rządu dostali w ręce poważne argumenty przeciwko nieuchronnej nachalnej propagandzie władzy. Nawet w warunkach polskich mediów dosyć trudne będzie promowanie się na ochronie klimatu rządu, który rozbudowuje energetykę węglową i zapowiedział likwidację energetyki wiatrowej. Brak obecności światowych przywódców zniszczy zaś podstawowy temat zastępczy, który odwróciłby uwagę od błędnej polityki PiS.

Mec. Roman Giertych zwrócił się z apelem do Prokuratury w sprawie ukrywanej opinii dot. dowodów obrony, w śledztwie przeciwko posłowi opozycji. Jak się okazuje, podwładni Ziobry przeciągają śledztwo, ukrywając opinię, wskazującą słuszność i prawdziwość linii obrony. Czy PiS boi się gigantycznego odszkodowania dla posła i kompromitacji w pokazowym śledztwie?

– Od ponad roku reprezentuję jako obrońca pana posła Stanisława Gawłowskiego. Pierwszym zarzutem, który został postawiony panu posłowi była sprawa rzekomej korupcji polegającej zdaniem prokuratury na tym, że przyjął dwa wartościowe zegarki od pracownika podległej mu instytucji w zamian za „ogólną życzliwość”. Pracownik ten miał być do tego namawiany przez dyrektora IMGW, który również miał być osobą organizującą ich przekazanie do ówczesnego wiceministra środowiska Stanisława Gawłowskiego. To podejrzenie rozpoczęło śledztwo wobec Stanisława Gawłowskiego i stanowiło podstawowy argument dla podważania jego uczciwości (wszystkie pozostałe zarzuty są bowiem oparte wyłącznie na zeznaniach osób, które dzięki swym zeznaniom polepszyły swoją sytuację procesową przebywając w areszcie). Tymczasem obrona odnalazła zdjęcie dyrektora IMGW zrobione dwa lata po czasie, gdy rzekomo wręczono zegarki, jak paradował w Maroko z zegarkiem na ręku, który do złudzenia przypominał ten, który miał być przedmiotem łapówki dla Gawłowskiego. Złożyliśmy wówczas wniosek do prokuratury o zbadanie przez biegłego, czy to zdjęcie jest autentyczne i czy na tym zdjęciu znajduje się zegarek, który zakupił pracownik IMGW przed wręczeniem go swojemu dyrektorowi rzekomo dla Gawłowskiego. Opinia ta została dopuszczona po sześciu!!! wnioskach obrony w tej sprawie. W tym tygodniu prokuratura zdecydowała się udostępnić jej treść obrońcy, bez prawa do kopii. Nie mogę podać wniosków z tej opinii, ale mogą zaapelować do fundamentalnej uczciwości. Szanowni Państwo! Na podstawie błędnego zarzutu korupcyjnego doprowadziliście do tego, że niewinna osoba spędziła w areszcie trzy miesiące. Publicznie próbowaliście zdyskredytować go na różne sposoby (chociażby wycieki z prokuratury o rzekomym domu publicznym w mieszkaniu wynajmowanym komuś przez Gawłowskiego). Miejcie teraz odwagę opublikować treść tej opinii. I miejcie odwagę wziąć odpowiedzialność za popełnione błędy. Wszystko, prędzej czy później, ujrzy światło dzienne. To że będziecie się chronić za tajemnicą śledztwa nie spowoduje, że unikniecie osądu publicznego. Nagłaśnialiście zarzuty wobec posła Gawłowskiego we wszystkich mediach. Stańcie teraz w prawdzie i pokażcie, że nie się jej nie boicie. Jeszcze raz apeluję o upublicznienie opinii biegłego. Nie ma żadnych przesłanek procesowych, aby jej upublicznienie miało zaszkodzić śledztwu – napisał mec. Roman Giertych.

Stawianie pomników za życia to mocno kontrowersyjny pomysł. Tymczasem Społeczny Komitet Budowy Pomnika Lecha Wałęsy chce wybudowania w Warszawie monumentu przywódcy „Solidarności”. Pomysłodawcy wybrali już nawet lokalizację.

„Uważamy, że komu jak komu, ale Lechowi Wałęsie Rodacy powinni postawić pomnik, za jego walkę o wolną i niepodległą Polskę w czasach PRL. I ten pomnik powinien stanąć niedaleko pomnika Marszałka Piłsudskiego. Dlatego też powołaliśmy Społeczny Komitet budowy pomnika Lecha Wałęsy” – informuje Społeczny Komitet Budowy Pomnika Lecha Wałęsy. Monument poświęcony byłemu prezydentowi miałby staną przy placu marszałka Józefa Piłsudskiego, nieopodal odsłoniętego niedawno pomnika śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Kto stoi za inicjatywą? Jak informuje „Super Express” upamiętnienia Wałęsy chcą działacz ruchu Kukiz’15 – Daniel Sosin oraz Rafał Motyka, Prezes Koła Porozumienie Warszawa-Bemowo. – Nie, to nie jest prowokacja. Jest coś takiego jak historia i prawda historyczna. Lech Wałęsa zmienił bieg historii – mówi Motyka. I dodaje: – Chcemy ustalić, kto włada tym terenem. Wystosowaliśmy pismo do prezydenta miasta st. Warszawy, wojewody mazowieckiego i konserwatora zabytków. Chcemy zbadać ścieżkę prawną i administracyjną.

– Pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego został postawiony przez władzę, nie przez obywateli. Trochę w ukryciu, pod osłoną nocy. Wywołało to wzburzenie, a nie o to powinno chodzić. Słowo „Rodacy” na projekcie pomnika Lecha Wałęsy zostało wybrane nieprzypadkowo, bo naprawdę chcielibyśmy, żeby to wyszło od ludzi, nie od polityków. Żeby to był pomnik ponad podziałami politycznymi. Lech Wałęsa nie działał dla siebie, działał dla Polaków, pokazał, że potrafimy wszyscy osiągać wspólne cele – argumentuje Rafał Motyka w rozmowie z Wirtualną Polską.

Komitet powołał 26 listopada Fundację Inicjatyw Obywatelskich Ponad Podziałami. Jest w trakcie rejestracji w sądzie. Już niedługo ma ruszyć zbiórka pieniędzy na budowę monumentu.

Lech Wałęsa miał nie krzyczeć i nie dowcipkować. Alfred Miodowicz był tak bardzo przekonany o swoim zwycięstwie, że nie chciał się przygotowywać. Andrzej Bober i Stanisław Ciosek, którzy przygotowywali polityków, wspominają słynną debatę z 30 listopada 1988 r.

Telewizyjna debata Alfreda Miodowicza (ówczesnego szefa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych) i Lecha Wałęsy (przewodniczącego NSZZ „Solidarność”) odbyła się dokładnie 30 lat temu. Jej tematem był pluralizm związkowy i sytuacja polityczna w Polsce. Wałęsa pojawił się wtedy w telewizji po raz pierwszy od czasu wprowadzenia przez władze PRL stanu wojennego.

„Lechu, nie krzycz”

Pomysł zorganizowania debaty wyszedł od Miodowicza. – On był przekonany, że wygra. Ja byłem pewny, że zwycięży Wałęsa – wspominał w studiu TOK FM Stanisław Ciosek, były członek PZPR i ambasador PRL w ZSRR.

Ciosek był wtedy „trenerem” Miodowicza. – W zasadzie odbyła się tylko jedna rozmowa na ten temat. Odniosłem wrażenie, że Miodowicz jednym uchem mnie słuchał, a drugim wszystko wypuszczał. Traktował to jako typowe spotkanie – mówił Ciosek.

Lecha Wałęsę do debaty przygotował dziennikarz Andrzej Bober. – W sprawach merytorycznych przygotowywali go odpowiedni ludzie, np: Bronisław Geremek wykładał mu o pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Ja starałem się przyzwyczaić Wałęsę do słownictwa Miodowicza. Wcześniej przez 1,5 doby studiowałem jego wszystkie wypowiedzi w gazetach – mówił Bober.

Co radził Wałęsie? – Prosiłem go, żeby nie krzyczał, bo to oznacza słabość. Podpowiadałem mu też, żeby nie dał się wciągnąć w żadne uśmiechy, dowcipkowania, poklepywania. Miał być poważny i spokojny – wspominał dziennikarz.

Ludzie związani z obozem solidarnościowym nie mieli wątpliwości, że Wałęsa ogra Miodowicza. – Wałęsa w dniu debaty był chory, miał cały czas szyję owiniętą szalikiem, współpracownicy podawali mu mleko z jajkiem czy cukrem. Baliśmy się tylko tego, czy w studiu telewizyjnym nie zawiedzie go głos – mówił trener Wałęsy.

„Dzięki Bogu, że się odbyła”

Debata telewizyjna trwała niecałą godzinę i była transmitowana na żywo. Za plecami rozmówców znalazł się zegar z sekundnikiem. – To był pomysł Andrzeja Wajdy. Gdyby doszło do próby manipulacji, wycięcia czegoś, to na zegarze byłoby to od razu widać – wyjaśniał Bober.

Wałęsa wyszedł z debaty z Miodowiczem zwycięsko. – Zachód, prasa – od razu stanęli po stronie Wałęsy. U nas była atmosfera klęski, jakieś docinki na posiedzeniach Potem pojawiły się badania opinii publicznej, które też stanęły po stronie Wałęsy – wspominał Stanisław Ciosek.

Obóz solidarnościowy tuż po debacie chwalił postawę Lecha Wałęsy, jednak ten, czekał głównie na opinię… żony. – Prosił swojego asystenta, by ten zadzwonił do Gdańska i zapytał, co na to Danka. Potem dostał informację, że żona oceniła występ na 3 z plusem. Wałęsa wtedy złapał się za gardło i powiedział: uprzedzałem, gdyby nie ta szyja, to byłoby na pięć – opowiadał Andrzej Bober.

– Czy można było tego uniknąć? Dzięki Bogu, że ta debata się odbyła, że nie stało się to na ulicy, tylko w studiu. Pokazano kulturę polityczną, która potem charakteryzowała całą zmianę polskiego ustroju. Na pohybel tym, którzy uważają, że to nie było dobre – podkreślał Stanisław Ciosek.

Kluczowa debata

Pojedynek retoryczny Wałęsy i Miodowicza miał ogromne konsekwencje dla dalszego biegu wydarzeń. Dzięki niemu znacząco wzrosło poparcie dla legalizacji „Solidarności”. Dopuszczenie jej lidera do udziału w nieocenzurowanej debacie z przedstawicielem władz pokazało, że jest on przywódcą znaczącego ruchu społecznego.

– Nie ulega wątpliwości, że po tej debacie pozycja Wałęsy w Polsce bardzo się umocni. Właściwie trudno będzie przekonać kogokolwiek, dlaczego nie godzimy się na uznanie »S«. […] Po audycji zadzwoniłem do Wojciecha Jaruzelskiego. Był wściekły. […] W istocie rzeczy, Miodowicz stworzył nową sytuację polityczną w kraju – pisał w swoim dzienniku ówczesny premier PRL Mieczysław Rakowski.

– Od tego dnia Lech Wałęsa przestał być nieznanym mężczyzną z wąsem, tylko przewodniczącym „Solidarności”, przyszłym prezydentem – oceniał redaktor Bober.

Historycy uważają, że debata była też motorem napędowym do zorganizowania obrad Okrągłego Stołu.

Jednak Ciosek nie do końca się z tym zgadza. – Myśmy nie mieli już pomysłu na Polskę. W „Solidarności” było 10 milionów osób. Partii wymówiono posłuszeństwo, a wynik debaty nie miał znaczenia. Szukaliśmy sposobu na bezkrwawą przemianę. Tylko ślepy nie widział, co się dzieje – przekonywał były ambasador.

Jest postępowanie? Może być kontrola operacyjna. Najpierw postępowanie „w sprawie” dziennikarzy „Superwizjera” TVN, którzy rzekomo zamówili i opłacili „urodziny Hitlera”, i związany z tym skandal dyplomatyczny, bo TVN ma amerykańskiego właściciela. Teraz kolej na „Newsweeka”. A prokuratura wprowadza opinię publiczną w błąd.

Dziennikarz Wojciech Cieśla został wezwany na przesłuchanie w sprawie ujawnienia miejsca zamieszkania Mariusza Muszyńskiego, dublera sędziego Trybunału Konstytucyjnego mianowanego wiceprezesem TK. Doniesienie o przestępstwie złożył sam Muszyński. Fragment tekstu – z lipca – w którym Cieśla miał popełnić przestępstwo „ujawnienia danych wrażliwych”, brzmi tak: „Rodzina sędziego jest znana w okolicy. W miejscu, w którym ulica Sybiraków kończy się szutrem, przed obrośniętym domem parkuje terenowy samochód. Muszyńscy mieszkają w piętrowej willi z dwójką dzieci”.

Po upublicznieniu sprawy przez „Newsweek” i poruszeniu, jakie wiadomość wywołała w mediach, a także po oświadczeniu Press Club Polska, w którym Stowarzyszenie uznało takie praktyki za „brutalną i niedopuszczalną próbę zastraszenia, zapewne w celu wymuszenia zaniechania tego typu publikacji”, prokuratura wydała oświadczenie. Zaprzecza, jakoby wezwanie było szykaną, i tłumaczy, że „obowiązujące prawo obligowało prokuraturę do wszczęcia w tej sprawie dochodzenia, aby wyjaśnić, czy został popełniony czyn z art. 49 ustawy z 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe”.

Prokuratura dezinformuje opinię publiczną. To nieprawda, że prawo zmusza ją do „wszczęcia dochodzenia”. Jedyne, co czego prawo ją zmusza w tej sytuacji, to wszczęcie postępowania wyjaśniającego. Najpierw musi bowiem ustalić, czy popełnienie przestępstwa jest „uprawdopodobnione”. Tylko w takiej sytuacji wszczyna się dochodzenie czy śledztwo.

Zatem nieprawdziwe jest twierdzenie prokuratury, że została przez prawo zmuszona do wszczęcia dochodzenia. Nieprawdą jest też, że „dane wrażliwe, jakim jest m.in miejsce zamieszkania, są chronione prawem, tj. art. 107 ust. 1 ustawy z dnia 10.05.2018 r. o ochronie danych osobowych”. „Wrażliwe” są jedynie informacje o pochodzeniu rasowym lub etnicznym, poglądach, przynależności do związków zawodowych, o danych genetycznych, biometrycznych, zdrowiu, seksualności lub orientacji seksualnej. Nieuprawnione przetwarzanie wszelkich danych osobowych rzeczywiście jest karalne. Prokuratura dodała sobie te dane „wrażliwe” chyba dla podbicia grozy czynu dziennikarza. Ale o to mniejsza.

Podanie informacji, że pan Muszyński mieszka przy ulicy Sybiraków w miejscu, gdzie kończy się szutr, wypełnia zdaniem prokuratury znamiona przestępstwa z prawa prasowego: „podania informacji, których ujawnienie mogłoby naruszać chronione prawem interesy osób trzecich”.

A wydawałoby się, że okoliczność jest co najmniej wątpliwa. Po pierwsze, prokuratura zapewne uważa, że dubler Muszyński jest osobą publiczną – sędzią i wiceprezesem TK. A wiemy przecież, że osoby publiczne korzystają z mniejszej ochrony prywatności niż zwykli śmiertelnicy. Po drugie, oceniając głębokość ingerencji w prywatność pana Muszyńskiego, należało wziąć pod uwagę, że państwo nakazało sędziom ujawniać majątki. I to w sposób najbardziej publiczny, jak to możliwe, czyli w internecie. A to ingerencja w prywatność znacznie poważniejsza niż podanie nazwy ulicy, przy której ktoś mieszka. Skoro ustawodawca pozwolił na więcej, to chyba można mniej? A przynajmniej jest to warte rozważenia.

Wreszcie trzeba wziąć pod rozwagę i to, że ujawnienia nazwy ulicy dokonał dziennikarz, w gazecie. A więc należy sprawę oceniać także w kategoriach odgrywania przez media – nałożonej na nie konstytucją – roli kontrolnej. Szczególnie wobec władzy.

Do tego prokuratura ewidentnie łamie prawo do obrony. Wezwała go – jak sama podkreśla – „w charakterze świadka”. A więc świadkiem ma być osoba, na którą złożono doniesienie o przestępstwie. Wojciecha Cieślę prokuratura chce więc przesłuchać w warunkach, w których ma on OBOWIĄZEK zeznawać. A nie w warunkach, w których ma prawo milczeć – czyli jako osobę podejrzaną. Trudno to potraktować inaczej niż wyłudzenie czy wymuszenie zeznań. To zresztą ulubiona taktyka organów działających pod kontrolą PiS. To samo robią rzecznicy dyscyplinarni z sędziami, którym zamierzają stawiać zarzuty: najpierw przesłuchują ich jako świadków.

W sprawie dziennikarzy „Superwizjera” za podstawę wszczęcia śledztwa – też bez postępowania wyjaśniającego – posłużyło zaznanie osoby mającej zarzut propagowania faszyzmu, postawiony w wyniku publikacji materiału. A więc nie ma przeciwko dziennikarzom żadnego dowodu oprócz zeznania człowieka, który jest osobiście zainteresowany w propagowaniu takiej wersji zdarzeń. Zmniejsza ona jego winę i daje możliwość zablokowania procesu karnego do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia, czy dziennikarze „Superwizjera” rzeczywiście zamówili i opłacili „urodziny Hitlera”. W tych okolicznościach prokuratura nie ma wątpliwości, że przestępstwo dziennikarzy jest uprawdopodobnione – i wszczyna śledztwo.

Okoliczności obu spraw dowodzą, że działania prokuratury są formą szykan wymierzonych w dziennikarzy. Zapewne nie przypadkiem pracujących w mediach krytykujących władzę, która rządzi prokuraturą.

Jak na razie nie ma zapowiadanej „ustawy medialnej”, która ma „spolonizować” media (będzie stacja telewizyjna „za złotówkę”?). I pewnie przed wyborami nie będzie, bo mogłaby zmniejszyć szanse PiS na ponowne zwycięstwo. Ale działania prokuratury mogą wywołać pożądany „efekt mrożący” i bez ustawy. Możemy się spodziewać doniesień kolejnych krytykowanych oficjeli i akolitów PiS. Wszczęcie śledztwa nie kosztuje. I można je prowadzić w nieskończoność. Przesłuchiwać. Przeszukiwać. Zabezpieczać telefony i komputery dziennikarzy. Albo tylko dostać zgodę na podsłuch – w ramach prowadzonego śledztwa. Albo stosować „podsłuchy pięciodniowe” bez zgody. Albo tylko ogłosić wszczęcie postępowania „w sprawie”.

ZOBACZ CAŁY PROGRAM „FAKTY PO FAKTACH” >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o wykluczaniu przez PiS.

Partia Kaczyńskiego przez trzy lata doprowadziła do sytuacji, gdy głos Polski przestał się liczyć

Świat na naszych oczach się zmienia w tempie niesamowitym. Uchodźcy w Europie, narastające problemy z biedą i głodem, coraz więcej tzw. wykluczonych, wzrastające dysproporcje społeczne. Radykalizacja, różne odcienie koloru brunatnego, maszerujące z coraz wyżej podniesioną głową. Powrót do haseł, które leżały u podstaw faszyzmu i jego ciemniejszej odmiany, czyli nazizmu. Zapędy mocarstwowe Putina. Zmiany klimatu, które, jeśli nie weźmiemy się do roboty, doprowadzą nas do zagłady. Świat płonie. Na razie jeszcze delikatnie, jeszcze nie parzy nas ten ogień, ale poczekajmy…

Można uznać, że to nic nowego. Przecież już niejeden raz w historii ludzkości powstawały wielkie cywilizacje, rozkwitały, upadały. Nieraz dochodziło do wędrówek ludów, szukających bezpiecznych dla siebie miejsc. Zawsze istniały grupy uprzywilejowane i te, dla których życie to ciężka droga przez mękę. Zawsze ludzkości towarzyszyły wojny… Ot, historia zatacza koło. Jeśli przyjmiemy takie założenie, to oznacza, że odpuszczamy sobie przyszłość. Tego chcemy? Nie wydaje mi się…

Coraz bardziej oczywiste staje się, że dzisiejszy świat potrzebuje mądrych przewódców. Ludzi, którzy mają odpowiednią wiedzę, umiejętności, charyzmę. Ludzi, którzy zdają sobie sprawę, do czego zmierzamy i potrafią wziąć na swoje barki odpowiedzialność za nasze losy. Potrafią rozmawiać, przekonać do wspólnych działań, powstrzymać ten marsz ludzkości ku zagładzie.

Niestety, my Polacy, mamy pecha, na własne oczywiście życzenie. Postawiliśmy na bardzo złego konia trzy lata temu. Na prezesa Kaczyńskiego i jego świtę, a na nich nie ma co liczyć. Naiwny ten, kto sądzi, że ta właśnie partia włączy się w światowe działania, które mają zapewnić Ziemi i nam, jego mieszkańcom, bezpieczne, stabilne życie.

Polska polityka zagraniczna to jedna wielka porażka. PiS psuje wszystko, czego się dotknie. Nieszczęsna nowelizacja ustawy o IPN wywołała burzę. To, że pod naciskiem opinii światowej, została wycofana, niczego nie zmienia. Dyskusja, w którą wkręcili nas politycy PiS, dała bardzo negatywny efekt. Polska zaczęła być postrzegana jako kraj ksenofobiczny, gdzie antysemityzm hula w najlepsze.

Fatalnie wyglądają nasze relacje z sąsiadami. Niemców obrażamy na każdym kroku, wciąż przypominając im swastyki, ciągoty nazistowskie, żądając kasy w ramach odszkodowań za okupację niemiecką. Przyłębski, pisowski ambasador w Berlinie, zachowuje się jak wciąż nadąsana i pełna pretensji baletnica, której nikt nie chce oglądać, bo coś talentu w niej mało. Prezydent Duda chce budować właściwe relacje z UE, opowiadając o żarówkach.

Nie lepiej wyglądają nasze stosunki z Ukrainą i innymi sąsiadami zza wschodniej granicy. Wszyscy chyba pamiętamy słowa Jana Parysa, szefa gabinetu Waszczykowskiego, który powiedział, że nie jest tak, iż „istnienie Ukrainy jest niezbędnym warunkiem istnienia wolnej Polski”. Ten sam pan, będąc z wizytą na Litwie, stwierdził, że nie było sensu wypełniać zobowiązań NATO wobec Litwy i bronić jej przed agresywną polityką Rosji, bo „tak źle traktuje się tam polską mniejszość”. Nie omieszkał dodać przy okazji, że na takiej Białorusi polska mniejszość ma się lepiej niż na Litwie, co oburzyło rząd litewski. MSZ wydało oświadczenie, w którym uznano porównanie demokratycznego państwa z reżimem białoruskim za haniebne.

Słowacja i Czesi również patrzą na pisowską Polskę krytycznym okiem. Słowacy wyłamali się z wcześniejszych ustaleń i poszli na kompromis z UE, decydując się na przyjęcie uchodźców. Mało tego, mieli już lekko dosyć polityki Waszczykowskiego, a poza tym chętnie zajęliby nasze miejsce w UE, które od czasu, jak „wstajemy z kolan”, jest niezagospodarowane. Z kolei Czechom nie podoba się pisowska „reforma” sądownictwa i nie wykazują jakiejś szczególnej chęci, by zacieśnić relacje z nami.

Podpadliśmy również Szwecji. Kaczyński broniąc nas przed uchodźcami, wskazał właśnie na Szwecję jako ten kraj, gdzie „są 52 strefy szariatu, boją się wywieszać flagę, bo jest krzyż. Czy chcecie, żeby tak było u nas? Żebyśmy przestawali być gospodarzami we własnym kraju? Ja tego nie chcę i nie chce tego Prawo i Sprawiedliwość”. Szwedzcy dyplomaci szybko sprawę wyjaśnili, ale niesmak pozostał.

Mamy też Francję, która pewnie nie daruje nam tych nieszczęsnych Caracali i stwierdzenia, że to od nas Francuzi uczyli się jeść widelcami. Mamy Unię Europejską, która patrzy i nadziwić się nie może, co się z tą Polską dzieje. Unię, która według PiS jest samym złem. O Rosji to już nawet nie wspominam, bo to odrębna i bardzo długa historia. Myślę, że PiS-owi jest bardzo na rękę to, co wyprawia Putin, bo przynajmniej można pomachać drewnianą szabelką, można wydawać odpowiednie oświadczenia, można trzymać polski lud w szachu, wieszcząc na okrągło, że przyjdzie zły ludzik ze wschodu i nas zje.

Mamy też własną wizję zwalczania skutków fatalnej polityki klimatycznej, która zagraża przyszłości. Cały świat stawia na energię odnawialną, a my ją u siebie niszczymy. Mało tego, partia rządząca wciąż zastanawia się nad budową elektrowni atomowej, choć świat od takich pomysłów już dawno odszedł.  Przed nami szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach i jestem ciekawa, z czym PiS tutaj wyskoczy. Polskę reprezentować będą Jastrzębska Spółka Węglowa, Tauron, Polska Grupa Energetyczna oraz PGNiG, czyli… grupa największych w Polsce emitentów dwutlenku węgla, metanu, tlenków siarki, azotu i rakotwórczego benzenu. No nie ma co, czeka nas ostra wtopa.

Ech, obrażamy wszystkich, najmocniej jak się da, dziwiąc się jednocześnie, że nie jesteśmy zapraszani na spotkania „wielkich tego świata”, że pomija się nas i nikt już właściwie nie chce z nami rozmawiać. Partia rządząca wykazuje się niezwykłą niefrasobliwością w podejmowaniu błędnych decyzji, nie potrafi ogarnąć problemów, z jakimi zmierza się współczesny świat. Zamknięta w szklanej bańce nie rozumie, że sama wykluczyła Polskę ze współdecydowania o przyszłości. Takie przywództwo, w tak trudnych czasach to nie tylko katastrofa. To całkowita kompromitacja.

Pamiętam, jak w czasach PRL marzyłam, by poczuć się częścią Europy i świata, a dzisiaj PiS nas wyautował. Przez trzy lata doprowadził do sytuacji, gdy nasz głos przestał się liczyć, gdy znowu wróciliśmy tam, gdzie staliśmy przed 1989 rokiem. To inni będą rozmawiać o problemach świata. To inni będą podejmować decyzje o realizacji programów, które pozwolą może przywrócić poczucie bezpieczeństwa i nieco naprawią to, co przez minione lata schrzaniliśmy. A my? Wciąż będziemy krytykować, krzyczeć o naszej wielkości, żądać hołdów i… mieć w nosie, że źle się dzieje, że świat potrzebuje zdecydowanych, wspólnych działań, by w ogóle była przed nami jakaś przyszłość. By nie iść w kierunku kolejnej wojny, by nie zniszczyć tego, co udało nam się osiągnąć. PiS nam w osiągnięciu tych celów nie pomoże…

Waldemar Mystkowski pisze o „szczycie klimatycznym” w Katowicach (fragment).

Zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest rekordowe, choć obecna władza deklaruje walkę ze smogiem. Otóż wg klasyfikacji trzech tysięcy miast na świecie, opublikowanej przez Światową Organizację Zdrowia, w których dokonano pomiarów zanieczyszczeń, czterdzieści pięć polskich miast jest w pierwszej setce najbardziej zanieczyszczonych.

Mamy problem cywilizacyjny, zaś PiS nic z tym nie robi, a nawet zajmuje stanowisko, że świat nie ma racji, dlatego tacy, a nie inni zostali wystawieni jako strategiczni partnerzy szczytu. No i pójdzie w świat kolejna zła fama o Polsce. W Katowicach mają być obecne takie tuzy świata politycznego, jak Emmanuel Macron i Angela Merkel, będą też gwiazdy świata kultury największego formatu, jak Leonardo di Caprio i Bono.

Szczyt w Katowicach to nie będzie jakaś kolejna wtopa PiS, to będzie potwierdzenie, że Polska wypisuje się ze świata, że jest niewarta zainteresowania. Coraz bardziej wpadamy w model, jaki kiedyś w historii nam się już zdarzył: kraj wsobny, zapyziały, ksenofobiczny, sarmacki, który skończył swój byt utratą suwerenności.