Tag Archives: Cezary Michalski

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Reklamy

Krzysztof Brejza pyta Morawieckiego o jego majątek zdobyty krętactwami i oszustwami. Taki to ancymonek z premiera

20 Maj

Krzysztof Brejza o zakupie przez Matusza Morawieckiego i jego żonę działki od Kościoła we Wrocławiu.

>>>

Proboszcz, który okazyjnie sprzedał Morawieckiemu działki, warte dziś 100 razy więcej, po objęciu funkcji premiera przez obrotnego działkowca awansował na stopień generał. Mimo, że od lat był już przeniesiony do rezerwy. No, grubo… #AferaMorawieckiego

Mateusz Morawiecki ustami swoich współpracowników zareagował na poniedziałkowe doniesienia Gazety Wyborczej na swój temat.

Według Gazety Wyborczej Mateusz Morawiecki wraz z żoną kupił od Kościoła działkę na wrocławskim Oporowie. Zapłacił za nią 700 tys. zł, kiedy była ona warta 4 mln zł. 17 lat od transakcji, ze względu na planowane inwestycje, grunty te są warte sto razy więcej, nawet 70 milionów złotych.

Reakcja Morawieckiego 

Tekst „Gazety Wyborczej” narusza dobra osobiste premiera Mateusza Morawieckiego i jego żony. Podjęli oni decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową z żądaniem sprostowania zawartych w nim kłamstw i manipulacji – oświadczyło Centrum Informacji Rządu. 

Jarosław Kurski (wicenaczelny Gazety Wyborczej): W 2002 r. PMM kupił grunty od Kościoła. Za działki warte 4 mln zł zapłacił 700 tys. Dziś warte są sto razy więcej, ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu. Gdy pytamy o to premiera, przyłapujemy Morawieckich na kłamstwie.Działka dostępna była dla wąskiej elity ówczesnej lokalnej władzy, ludzi poinformowanych i zaprzyjaźnionych z wrocławską kurią. Zarabiał i Kościół, i Morawieccy. Tracił skarb. PMM to modelowy przykład uwłaszczonej na majątku państwa nomenklatury III RP. Premier Morawiecki grozi nam Gazecie Wyborczej pozwem. Ufamy, że dotrzyma słowa. Wprost nie możemy doczekać się procesu. Powołamy świadków, zażądamy dokumentów, zadamy PMM pytania, na które nie chciał nam odpowiedzieć. Panie Premierze, czekamy!

Mateusz Morawiecki w poniedziałek rano odgrażał się Gazecie Wyborczej, że pozwie ją za tekst dotyczący zakupu przez niego i jego żonę działki we Wrocławiu. Kilka godzin później żona Morawieckiego żapowiedziała, że działka zostanie sprzedana.

>>>

Stanisław Tym skomentował w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” reakcję Kościoła i obozu władzy na sprawę pedofilii w Kościele Katolicki po filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich.

Więcej Cezarego Michalskiego >>>

Polexit jest głównym celem polityki zagranicznej PiS

1 Kwi

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali pouczani przez nacjonalistyczne centrale.

Fiaskiem zakończyła się poniedziałkowa rozmowa „ostatniej szansy” przedstawicieli związków nauczycielskich z członkami rządu.

„Do 8 kwietnia mamy tydzień. Tydzień na negocjacje. Jeżeli będziemy obserwowali taką postawę ze strony rządu, to nie pozostaje nam nic innego, niż zamknąć placówki oświatowe i rozpocząć strajk” – zapowiada Sławomir Broniarz.

„Wysłuchaliśmy propozycji premier Beaty Szydło. To powtórzenie tego, co już zanegowaliśmy” – ocenił deklaracje strony rządowej szef ZNP.

Wszystko wskazuje na to, że PiS nie zamierza się uginać przed żądaniami związkowców, a premier Mateusz Morawiecki nie spotka się z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem – pisze Money.pl

W cieniu tych negocjacji pozostaje minister edukacji Anna Zalewska – odpowiedzialna za chaos w szkolnictwie i obecne perturbacje.

Działa dziś na nauczycieli jak przysłowiowa „płachta na byka”, ale – jak mówią dobrze zorientowani – „coś za coś”.

Ponoć we wcześniejszych negocjacjach z Kaczyńskim zgodziła się być twarzą PiSowskiej reformy oświaty w zamian za „biorącą” pozycję listy dolnośląsko-opolskiej do Parlamentu Europejskiego.

Z informacji radia RMF FM wynika, że to taki „element porozumienia” z liderem partii rządzącej.

Zalewska jest dziś „potężnym wizerunkowym obciążeniem” dla PiS – mówią w rozmowie z radiem politycy partii rządzącej. „Jeden z bliskich współpracowników premiera w nieoficjalnej rozmowie powiedział dziennikarzowi RMF FM, że z chęcią – już teraz – pomógłby minister spakować walizki do Brukseli”.

Więcej >>>

Waldemar Mystkowski pisze o przywłaszczaniu przez PiS obchpodów 4 czerwca.

Dlaczego PiS chce przywłaszczyć obchody rocznicy 4 czerwca 1989 roku, pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych? Przecież narracja partii Kaczyńskiego o Okrągłym Stole jest mało pozytywna, a 4 czerwca to pierwszy i najważniejszy owoc kompromisu strony solidarnościowej z komuszą.

Potem przechodziliśmy transformację ustrojową zwaną reformami Balcerowicza, te okazały się wzorem dla innych państw naszego regionu, przede wszystkim są jednym z największych naszych sukcesów cywilizacyjnych w historii. Polska wreszcie stała się pełnoprawnym członkiem Zachodu poprzez przynależność do NATO i Unii Europejskiej.

Obok transformacji ustrojowej zachodziła dłuższa „transformacja” mentalna, którą swego czasu w lapsusie freudystycznym Jarosław Kaczyński wyłożył, jako „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” W tej „transformacji” kłamstwo ma wartość prawdy, byle było głoszone z determinacją Goebbelsa.

4 czerwca ma wpisać w „transformację” mentalną PiS ich wersję historii, nie mającą wiele wspólnego z faktami, ale z kompleksami prezesa. Gdyby to odbywało się na płaszczyźnie osobistej, byłby to kłopot psychiatry z pacjentem, ale pacjent Jarosław Kaczyński funduje swoje kompleksy w polityce i to będąc u władzy.

Jak trafnie ujął taką wersję życia Szekspir, jest to „opowieść idioty pełna wrzasku i wściekłości”. Narracja Kaczyńskiego o współczesności nie trzyma się kupy ani tym bardziej narracja o niedalekiej przeszłości, w której on i jego brat Lech nie odgrywali szczególnie ważnych ról, byli tylko kamerdynerami Lecha Wałęsy. Rola służby boli, stąd mamy u prezesa przypadłości wściekłości i wrzasku o gorszym sorcie, ZOMO, gestapo, kanaliach, zdradzieckich mordach, etc.

Jeżeli 4 czerwca 2019 PiS będzie po wygranych do Parlamentu Europejskiego rozszerzona zostanie „opowieść idioty” o kolejne wściekłe kłamstwa i wrzaskliwe opluwanie prawdy. Lech Wałęsa chciałby częściowo przerwać tę narrację idiotów poprzez pozbawienie „NSZZ Solidarność” możliwości posługiwania się nazwą.

Miejmy nadzieję, że 4 czerwca będziemy świętować dwa zwycięstwa – 4 czerwca 1989 roku Komitetu Obywatelskiego i 26 maja 2019 – Koalicji Europejskiej. Wystarczy wściekłości i wrzasku z opowieści zakompleksiałego prezesa.

Brunatny Kościół, Brexit i pisowskie pacyfikowanie strajku nauczycieli

31 Mar

Krzysztof Pieczyński (Polska Laicka) w swoim najnowszym felietonie na temat Kościoła katolickiego w kontekście krytykowania karty LGBT oraz wspierania polskich neofaszystów. przez instytucję z Watykanu.

„Kościół w imię ewangelizacji mordował i torturował z zimną krwią. Dzisiaj w imię ewangelizacji gwałci, kradnie, kłamie i znów, jak to było w przeszłości, brata się z faszystami. W przeszłości papieże potępiali każdy zryw wolnościowy Polaków bredząc o ewangelii, tak jak to robią dzisiaj. Łamią strajk nauczycieli i protestują przeciwko karcie LGBT, ponieważ jest im odbierana przyjemność wprowadzania dzieci do ich pedofilskiego rzemiosła. Powołują się przy tym na ewangelie.

Wszystkie cierpienia, które przez osiemnaście wieków Kościół Katolicki  zadał ludzkości były i są przedmiotem czerpania z nich przyjemności. Gdyby ludzie kościoła nie czerpali przyjemności z mordów, tortur i gwałtów, to by tego nie robili. Świat jest pełen nienawiści i przemocy z powodu religii. Religie kształtują świat od tysięcy lat i dopóki będą miały wyznawców, ludzkość nie pozna swojej dobrej strony, a każda próba humanizacji zostanie stłumiona. Jeżeli religie różnych maści zaczną ze sobą współpracować to będzie koniec wolności, matrix. To, że się nawzajem tępią walcząc o wpływy, chroni nas przed zamienieniem świata w jeden wielki zakon, w którym ludzie nie mają żadnych praw, giną w tysiącach i są przedmiotem handlu, jak w czasach niewolnictwa. Oficjalnie są wysyłani na pogłębioną ewangelizację i mają wolny wybór zgodny ze swoim sumieniem. Takie brednie głoszą od wieków. To jest jedyna niewolnicza organizacja działającą jawnie. Kościół jest obozem, w którym kobiety, dzieci, młodzi ludzie są przedmiotami seksualnych korzyści dla wyżej stojących w hierarchii. Jak to jest możliwe, żeby niewolnictwo nie było karane? Jak to jest możliwe, żeby taka potworna sekta utrzymywała stosunki dyplomatyczne z rządami wszystkich krajów?

Dlatego tak jest, że ta sekta stworzyła taki świat. Stworzyła go dla siebie. Wystarczy powołać się na ewangelie i wszystko staje się możliwe. Każda zbrodnia, każde łajdactwo i kolaboracja z każdą władzą. Jeśli kk sam ustanawia prawa, wówczas kolaboracja po prostu staje się rządzeniem. Kościół w jakimś stopniu sprzeciwiał się komunie, bo ta nie dawała mu władzy i przywilejów, a tylko o to mu chodziło. Odzyskać wszystko z nawiązką. I odzyskał. Czemu? Bo jesteśmy słabi, głupi, zniewoleni, leniwi. Bo ewangelizacja uczyniła z Polaków naród nietwórczy, zawistny, małostkowy. Potencjał odbicia się od dna wciąż istnieje. Potencjał, by piękni ludzie, szlachetni dawali przykład do naśladowania, a nie zakłamana, pedofilska sekta złodziei uczyła Polaków moralności tylko dlatego, że powołuje się na ewangelie.

Tak jak kiedyś kk został zmuszony przez postępową ludzkość do zaprzestania tortur i holokaustu na rdzennych ludach, tak samo dzisiaj został zmuszony do zajęcia się sprawą pedofilii. To nie od ludzi kościoła wypłynęła zmiana, to myśmy ich do tego zmusili. Żadna zmiana w działaniach kk nie miała i nie będzie miała miejsca, gdyż oni wciąż uważają, że ludzie są ich trzodą, ich własnością” – pisze aktor i aktywista obywatelski Krzysztof Pieczyński. 

No i doczekaliśmy się brunatnego kościoła katolickiego. Nie wiem jak państwo katolicy, ale ja bym, w tym momencie najpóźniej, z tej organizacji wystąpiła – komentuje publicystka Eliza Michalik.

Od lat alarmuję, że Polska brunatnieje. To kolejny dowód. Skrajna prawica stosuje „marsz przez instytucję”, jest osłaniana przez PiSowski aparat państwa, powoli opanowuje pozycje w Kościele. Skutki będą dla Polski opłakane – mówi były szef MSWiA Bartłomiej Sienkiewicz.

Dlaczego Wielka Brytania nie potrafi wyjść z Unii Europejskiej?

Więcej >>>

Więcej >>>

Mamy nagrania z tajnego spotkania władz PiS!

Z dwóch niezależnych źródeł otrzymaliśmy taśmy z nagraniem nocnej partyjno-rządowej narady najważniejszych funkcjonariuszy PiS. Głównym tematem tajnego spotkania na Nowogrodzkiej była sytuacja w oświacie.  Niestety otrzymane nagrania wymagają czasochłonnej obróbki, ponieważ w sali konferencyjnej panował nieopisany zamęt i trudno jest zidentyfikować autorów poszczególnych wypowiedzi. Uznaliśmy jednak, że ze względu na ważką treść nie powinniśmy zwlekać do czasu uporządkowania zapisu i przydzielenia wypowiedzi odpowiednim dyskutantom. Nie czekając również na wyczyszczenia taśm z onomatopeicznych dźwięków i usunięcie niecenzuralnych słów, już dziś publikujemy najistotniejsze naszym zdaniem opinie, wygłoszone podczas tej narady. Wypowiedzi te zmuszeni byliśmy poddać niewielkim skrótom i pewnej obróbce stylistycznej, zbliżając je do wymogów języka polskiego.

– Ja się pytam dlaczego znowu nie ma pani minister? Już i tak wierszyki o niej układają, że się nie pokazuje, bo się już pakuje.  A ja chciałbym się dowiedzieć, dlaczego nie poszła do głodujących z „Solidarności”, żeby się z nimi dogadać.  Czy to nie ona wymyśliła, żeby rozkręcić tę całą akcję? Miało być tak, że „S” wcina się nagle między ZNP a rząd, wali pięścią w stół, załatwia nauczycielom parę stów na raty i Duda wychodzi na gieroja, a Broniarz na wroga dzieci i rodziców. A co wyszło? Kapiszon! Zaczęliśmy dobrze, ale znowu nie było komu skończyć…

– A ja nie rozumiem, o co to całe zamieszanie. Przecież mamy pieniądze. Mamy całą kasę. Mamy swój budżet i pełny bank. Jaki problem jeszcze trochę zwiększyć zadłużenie? Przecież wszyscy wiedzą, że budżet jest gumowy. Wolicie mniejszy deficyt i przegrane wybory?

– Ale tu wcale nie chodzi o kasę, tylko o zasadę. Nauczyciele chcą tysiąca, a ja się pytam – za co? Co nadzwyczajnego zrobili ostatnio nauczyciele, że zasługują na tak dużą podwyżkę? Uważam, że wielu z nich powinno mieć nawet obniżone zarobki!  Za sabotaż reformy, za protesty, za koszulki z konstytucją, za skłócanie rządu z rodzicami. Nasz rząd wciąż im podnosi pensję, a oni zamiast podziękować, to naśmiewają się, że zarobki w oświacie rosną tylko dlatego, że średnią nabijają pracownicy MEN, i że sama pani minister też ciągle dostaje podwyżki.  A to przecież gruba bezczelność! Ja sprawdziłam i okazało się, że wynagrodzenie zasadnicze pracowników Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2018 roku wyniosło średnio 4 881,32 zł. Nie liczę premii, bo one są za konkretne zasługi. A jeśli chodzi o Anię, to razem z dietą poselską zarabia rocznie tylko 280 tysięcy. To prawda, że od 2015 r. jej wynagrodzenie urosło ponaddwukrotnie, ale pamiętajmy ile w tym czasie zrobiła dla Polski!

– Ja jeszcze w sprawie tego tysiąca. Sasin powiedział w TVN, że nauczycielom chodzi o dodatkowy tysiąc netto, a zaraz potem Broniarz zaczął wykrzykiwać, że to nieprawda, bo brutto. Uważam, że powinniśmy się trzymać przekazu Jacka. No bo kto jest bardziej wiarygodny: przedstawiciel PiS, czy ZNP? A najlepiej mówić, że nauczyciele żądają tysiąca złotych „do kieszeni”. Broniarz będzie prostował, ale niech to wygląda, jakby nagle zmienił zdanie i teraz się tłumaczy. Trzeba mówić, że niedługo w ZNP będą wybory i tak naprawdę, to nie obchodzą go pensje nauczycieli, tylko chce, żeby znowu go wybrali na przewodniczącego.

– Ja nie rozumiem, czemu cackamy się z tym facetem. Przecież to pezetpeerowski aparatczyk, komuch, który teraz spiknął się z totalną opozycją, chodzi z nimi na wszystkie zadymy i na zdjęciach staje obok Schetyny. A jego ZNP to tak naprawdę komunistyczna organizacja. To jeszcze jedna kasta. Też ich przyjmują na salonach i certolą się z nimi jak z kim dobrym. A przecież wszyscy wiedzą, że strajk to uderzenie w PiS, czyli w demokratyczną władzę. ZNP po prostu szkodzi Polsce. A jeśli szkodzi Polsce, to czemu Ziobro ich jeszcze nie zdelegalizował?

– Z nimi to w ogóle jakaś dziwna sprawa. Żeby tylko chcieli kasy dla siebie, to bym zrozumiał, ale oni jeszcze pokrzykują żeby zwiększyć nakłady na oświatę! O co im chodzi? Przecież wiadomo, że to platformerska hołota i na pewno ot tak nie rezygnowaliby z zarobków, bo przecież nikt im nie zapłaci za czas strajku. Ciekawe, kto ich opłaca, kto za nimi stoi? Również tą sprawa powinien się Zbyszek zająć. Tym bardziej, że ich żądania eskalują. W łódzkich liceach na przykład chcą, żeby było mniej religii, bo niby sal im brakuje dla podwójnego rocznika. To przecież atak na Kościół! Jeszcze trochę i zaczną tam ganiać po szkołach jakieś oszalałe Biedronie!

– Mam taki pomysł: obiecajmy im ten tysiąc, ale po wyborach. Na pewno się zgodzą i zakończą strajk. Jeśli przegramy wybory, to niech się totalni martwią. A jak wygramy, to mamy dwie opcje. Albo ogłosimy, że jedyną możliwością realizacji tego zobowiązania jest rozłożenie go na długoletnie raty, albo damy im ten tysiąc, ale jednocześnie zabierzemy wszystkie dodatki, rozmaite funkcyjne, motywacyjne, rozłąkowe, premie, urlopy zdrowotne i wszystko, czego nie mają inne grupy zawodowe.  Będziemy czyści, bo nie naruszymy porozumienia z ZNP i nauczyciele dostaną swój tysiąc, a w sprawie dodatków przecież się nie umawialiśmy. Wyborcy nas zrozumieją, bo nie lubią, jak inni mają jakieś bonusy, których oni nie mają. A co do nauczycieli, też nie musimy się bać , że skoczą nam do gardeł. Wiecie dlaczego? Bo kiedy teraz zakończą strajk, to od razu zarządzimy przedłużenie roku szkolnego o tyle dni, ile trwał strajk. I wyjdzie na to, że my troszczymy się o wykształcenie i pilnujemy, żeby dzieci nic nie straciły na strajku, a winni zamieszania są nauczyciele. Kiedy szlag trafi rodzinne plany wakacyjne, to rodzice się wściekną i już nigdy nie poprą żadnego protestu ZNP!

– Musimy wytrzymać. Nie wolno poddać się szantażowi. Straszą, ze matur nie będzie. No i co z tego? Wiecie, ilu naszych ludzi nie ma matury, a jak świetnie sobie radzą na ważnych stanowiskach? Straszą, że nie będzie egzaminu ósmoklasisty? No to co? Ogłośmy nabór do liceów na podstawie świadectw. Przecież świadectwa musza wydać, bo rodzice ich zjedzą. Zobaczycie, że w końcu ludzie nas poprą, dotrze do nich, że dajemy nauczycielom, ile tylko możemy. Zrozumieją, że jak ktoś chce zarabiać więcej, niż rząd może mu zapłacić, to powinien zmienić pracę, a nie rozwalać państwo!

– Egzaminy to jednak poważniejszy problem. Uważam, ze musimy je przeprowadzić, choćby nie wiem co. Trzeba coś zdecydować. Zastanawiam się, czy nie dałoby się jakoś zmilitaryzować oświaty na postrach, wziąć choćby tylko część nauczycieli w kamasze. A jednocześnie już myśleć o zastąpieniu nauczycieli. Może zwrócić się do wykładowców z Akademickiego Klubu Obywatelskiego, którzy robią dla nas potrzebne ekspertyzy? Może po cichu ogłosić nabór wśród katechetów i wykładowców na wydziałach teologicznych? Pewnie i wielu studentów dałoby się skusić, jak im dobrze zapłacimy. Co z tego, że nie mają kwalifikacji do egzaminowania na maturze? A nowi sędziowie mają? A nasi członkowie rad nadzorczych, co wiedzą o gospodarce? A Jan Nowak nie nadaje się na prezesa urzędu od danych osobowych? Przecież oni wszyscy wcale nie są fachowcami, a radzą sobie. Z egzaminami też sobie poradzą. Musimy Polakom pokazać siłę, bo jak raz nas złamią, to po kasę przyjdą inni. I ci następni mogą już mieć ze sobą nie tylko plakaty i chorągiewki…

Wynotował: Andrzej Karmiński
 1.04.2019

PS. Poprzedniego dnia na konwencji PiS we Wrocławiu Jarosław Kaczyński objawił się zebranym jako obrońca wszelakich wolności oraz ujawnił, że jego partia to w istocie związek bojowników o wolność i demokrację w kraju i za granicą. Czuję się w obowiązku ostrzec przed próbami zrozumienia, co prezes miał na myśli. Osoby, które w przeszłości próbowały tego dociec, po wyleczeniu musiały się poddać długotrwałej publicznej rehabilitacji.

Dopisek z 2.04.2019

Artykuł pod tytułem „Jak spacyfikować strajk oświatowy” był oczywiście primaaprilisowym żartem.

Co prawda, ten tekst ukazał się na łamach koduj24.pl w przeddzień 1 kwietnia wieczorem (zgodnie z redakcyjnym harmonogramem udostępniania gazety autorom według ustalonej kolejności), ale uważni Czytelnicy mogli w nim dostrzec datę 1.04.2019. Mniej uważni Czytelnicy podzielili się w komentarzach, uznając ten artykuł bądź za relację prawdziwą lub wielce prawdopodobną, bądź za paskudny fake news.

Obie te opinie są uprawnione, bo prawie wszystkie wypowiedzi rzekomych uczestników tajnej narady w siedzibie PiS to autentyczne, trochę tylko skrócone i uładzone stylistycznie wypowiedzi prawdziwych funkcjonariuszy PiS, wygłoszone w rozmaitych okolicznościach i w różnym czasie. Zebrane w jednym miejscu stały się jednak swoistym świadectwem degrengolady naszej obecnej władzy.

W moim zamierzeniu ten primaaprilisowy żart nie miał być zabawny. Był smutny jak nasza polska rzeczywistość. Ale jeśli poruszył Czytelników, jeśli skłonił kogoś do refleksji, jeżeli sprowokował irytację tych, których dotychczas omijały opresje państwa zawłaszczonego przez partię Kaczyńskiego, to myślę, że ta publikacja spełniła swoje zadanie.

 

>>>

Biedroń. Nadzieja, czy mokry kapiszon?

12 Lu

Palikot, Kukiz, Petru. Każda z tych inicjatyw startowała z ogromnymi nadziejami, gdy mogło się wydawać, że duopol PiS-PO się wyczerpuje. Każdej przewodził charyzmatyczny lider i wszystkie skończyły się totalnymi porażkami.

Charyzma liderów miała swoje granice (każdy z nich był tykającą bombą, głównie z powodu nadmiaru narcyzmu), a wprowadzeni przez nich do polityki ludzie okazali się totalnie niekompetentni i łatwi do rozegrania. Zarówno „nowi brzydcy z prowincji” Palikota i Kukiza, jak też „nowi ładni i wykształceni z wielkich miast” Petru. Wreszcie elektorat wszystkich tych przedsięwzięć, szybko i skutecznie zmobilizowany na „charyzmę”, „event” i „projekt”, równie szybko się zniechęcał.

Czy Robert Biedroń ma szansę przełamać to fatum?

Długie trwanie w polityce

Jarosław Flis, socjolog analizujący zachowania elektoratu, zapytany przez „Newsweek” o potencjał do przełamania duopolu PiS-PO wskazuje, że ten podział głęboko się zakorzenił. Na mapie polskich powiatów wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich z 2005 roku (Donald Tusk – Lech Kaczyński) powtórzyły się po dziesięciu latach (Bronisław Komorowski – Andrzej Duda), aż w 97 procentach. A przecież jedna trzecia wyborców deklarowała, że zmieniła swoje preferencje wyborcze, większość zaś twierdziła, że czeka na zmianę. W dodatku to właśnie w czasie dekady 2005-2015 pojawili się Palikot, Kukiz i Petru.

Jednak konflikt polityczny, kulturowy, wręcz cywilizacyjny, dzielący Polskę bardziej liberalną i zorientowaną na Zachód (kojarzoną z PO) od Polski antyliberalnej i eurosceptycznej (reprezentowanej przez PiS) okazał się podziałem trwalszym i silniej organizującym emocje Polaków. I to do niego musiały się dopasować także nowe, antysystemowe ugrupowania.

Palikot werbował w elektoracie Platformy i SLD, Kukiz podbierał młodzież PiS, a Petru przejmował młodszych wyborców PO. Flis twierdzi, że także Biedroń jest całkowicie odcięty od elektoratu prawicy, również socjalnego. Pozostaje mu wyłącznie wielkomiejski liberalny wyborca.

Politolog Rafał Chwedoruk mówi „Newsweekowi”, że w chwili startu Wiosny skończył się mit Biedronia jako polskiego Macrona. – Francuski prezydent już w momencie startu wchłonął zarówno większą część Partii Socjalistycznej, jak i centroprawicowych gaullistów. Tymczasem Biedroń grasuje tylko na jednym, liberalnym podwórku – twierdzi Chwedoruk.

Wyborca, który się waha

Za każdym razem antysystemowe inicjatywy bazują na elektoracie młodszym, mniej zdecydowanym, bardziej przepływowym. Liderzy Wiosny nazywają go elektoratem nadziei i zmiany. Jarosław Flis mówi o tych wyborcach z ogromną dozą sceptycyzmu „elektorat zgrywy”. – Od dziecka są ukształtowani przez media społecznościowe, podatni na mody, unoszeni przez fale entuzjazmu i hejtu. Łatwo ich zmobilizować, ale prawie niemożliwe jest utrzymanie tej mobilizacji na dłużej.

Rafał Chwedoruk potencjalnych wyborców charyzmatycznych liderów rozszerza na elektorat zgrywy i buntu. Ograniczony wiekowo do nieco ponad 20 lat i wyjątkowo niestabilny. – Palikot stał się początkowo bogiem dla elektoratu zgrywy i buntu, bo jako jedyny polityk tak mocno postawił postulat legalizacji marihuany. Później jednak ci najmłodsi wyborcy, którzy mieli bardzo różne i bardzo płynne poglądy na gospodarkę, nacjonalizm czy imigrantów, bez problemu przepłynęli do Pawła Kukiza. Dziś część z nich patrzy z zainteresowaniem na inicjatywę Biedronia, jednak to nie oni są głównym adresatem marketingowego przekazu Wiosny – mówi Chwedoruk.

Jego zdaniem Wiosna zabiega przede wszystkim o elektorat korpo. Nieco starszy, do 35 lat, wychowany nie tylko przez Facebooka, lecz także przez pracę w korporacjach i coaching. Czyli lepiej wychowany, łagodniejszy, ale i bardziej zdyscyplinowany niż elektorat zgrywy i buntu. Nauczony tego, aby konflikt opakowywać w profesjonalny język negocjacji i porozumienia. A nawet, jak nieco złośliwie dodaje Chwedoruk: „żeby ludzi wyrzucanych przez korporację z pracy żegnać miłym uśmiechem i życzeniami, by im się w dalszym życiu powiodło”.

Na elektoracie zgrywy i buntu urośli Palikot i Kukiz. Z elektoratu korpo czerpał Ryszard Petru. I to jest także główny cel Biedronia i Jakuba Bierzyńskiego (specjalisty od reklamy i marketingu, który w 2015 roku odpalał inicjatywę Ryszarda Petru, a dziś pracuje dla Wiosny). Chwedoruk twierdzi, że nie tylko warszawska konwencja Biedronia, ale także jego spotkania w większych polskich miastach przypominają korporacyjne zjazdy integracyjne czy szkolenia bankowców średniego szczebla. Z charakterystycznym dla takich imprez przerostem formy nad treścią, a także bardzo profesjonalnie kontrolowanym scenariuszem i entuzjazmem.

Chwedorukowi przeszkadza infantylizacja przekazu obecna już w samej nazwie formacji. – Unia Wolności, Unia Pracy, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Sojusz Lewicy Demokratycznej… wszystkie te ugrupowania, nawet jeśli z praktyką bywało różnie, przynajmniej w samej nazwie niosły pewną treść, sygnalizowały jakieś idee – mówi politolog. – Wiosna to nazwa kompletnie infantylna, charakterystyczna właśnie dla korporacyjnego języka, który cechuje pustosłowie mające jednak tworzyć dobrą atmosferę i mobilizować do pracy.

Bez Rydzyka nie byłoby Kaczyńskiego, bez Kaczyńskiego Morawieckiego. Polskie piekło

25 Sty

W nawiązaniu do zaproszenia na spotkanie szef KPRM Michał Dworczyk rozesłał do klubów informację, czego konkretnie mają dotyczyć te rozmowy. Chodzi o zmiany legislacyjne przygotowane w resortach: zdrowia i sprawiedliwości. Zmiany te mają – jak pisze Dworczyk w liście do szefów klubów – „ograniczyć możliwość powtórzenia się gdańskiej tragedii”.

O czym premier chce rozmawiać z szefami resortów

Szef KPRM referuje w liście, że resort sprawiedliwości zaproponował trzy zmiany:

  1. Chce zaostrzenia odpowiedzialności prawnokarnej w przypadku przestępstw najcięższej kategorii: w stosunku do najpoważniejszych przestępstw przeciwko życiu, zdrowiu i wolności seksualnej, w stosunku do zorganizowanych grup przestępczych oraz za przestępstwa popełniane z niskich pobudek, np. nienawiści.
  2. Dodatkowo w przygotowanej przez ministra Ziobrę nowelizacji Kodeksu karnego zaproponowano zmianę dyrektywy sądowego wymiaru kary w taki sposób, aby wskazać w nim wprost okoliczności, które sąd ma wziąć pod uwagę przy wymiarze kary (np. niskie pobudki czynu, nienawiść). Okoliczności te będą miały wpływ na karę wymierzoną przez sąd.
  3. Ziobro proponuje również poszerzenie i zaostrzenie odpowiedzialności karnej za przestępstwo uporczywego nękania (stalking), zaostrzenie odpowiedzialności karnej za przestępstwo groźby karalnej, jeżeli groźba dotyczy popełnienia zabójstwa lub spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, a także wzmocnienie możliwości kontroli czy nadzoru osób niebezpiecznych opuszczających więzienie.

Michał Dworczyk informuje też o zmianach przygotowanych przez ministra zdrowia. Jak już ogłosił kilka dni temu sam Łukasz Szumowski, jego resort chce wprowadzenia orzekanego przez sąd obligatoryjnego badania i leczenia osób, u których istnieje podwyższone ryzyko popełnienia przestępstwa po wyjściu na wolność. Procedura ta ma objąć sprawców przestępstw, u których w trakcie wykonywanej kary rozpoznano chorobę psychiczną, zaburzenia osobowości lub uzależnienie od alkoholu, narkotyków lub innych substancji, a także upośledzenie umysłowe.

O czym jeszcze chce rozmawiać premier?

Michał Dworczyk pisze w liście do szefów klubów, że premier chce omówić te propozycje, zanim wpłyną do Sejmu. Według szefa KPRM piątkowe spotkanie „to szansa na szczerą, otwartą rozmowę”. Przy okazji – jak pisze Dworczyk – premier chce porozmawiać o tym, co można „wspólnie zrobić na rzecz poprawy życia publicznego w Polsce”. Jak pisze współpracownik Mateusza Morawieckiego, premier „jest gotowy rozmawiać z Państwem zarówno o ostatnich wydarzeniach, jak też o przyszłości, obejmującej najbliższe miesiące, cały rok, a także następne lata”.

Dworczyk zapewnia, że premier „proponuje nowe otwarcie, nową jakość i nowe zasady w relacjach politycznych”. O przedstawienie przez Mateusza Morawieckiego konkretnych propozycji na piśmie jeszcze przed piątkowym spotkaniem wnioskowała Nowoczesna. Dziś późnym popołudniem Michał Dworczyk rozesłał je do szefów wszystkich klubów parlamentarnych. Wiadomo, że na spotkanie wybiera się szef ludowców, przedstawiciele innych klubów jeszcze nie ogłosili, czy skorzystają z zaproszenia.

PiS chce przejąć inicjatywę

Jak napisał Piotr Zaremba, dziennikarz „Dziennika Gazety Prawnej”, premier Mateusz Morawiecki w Wierzchosławicach w dzień po pogrzebie Pawła Adamowicza miał zamiar wykonać przepraszający gest wobec opozycji za zbyt ostry język. Jednak dla prezesa Kaczyńskiego to byłoby za wiele. Morawiecki ostatecznie nie wykonał tego gestu, bo z Nowogrodzkiej nadszedł sygnał, że PiS i premier mają nikogo za nic nie przepraszać. Jednak widać po tym liście, że PiS, który ostatnio zajmuje się tylko gaszeniem pożarów, chce przejąć inicjatywę i pokazać, że rząd przygotował rozwiązania prawne i chce przeciwdziałać takim tragediom, jaka wydarzyła się w Gdańsku.

Śmierć Pawła Adamowicza obudziła w nas tęsknotę do innej polityki

„W Polsce język nienawiści jest wszechobecny, jego konsekwencje mogą być śmiertelne” — pisze Olga Tokarczuk w felietonie dla „The New York Times”. Laureatka prestiżowej Nagrody Bookera w swoim tekście nawiązuje do śmierci Pawła Adamowicza. Prezydent miasta został zaatakowany nożem podczas 27. Finału WOŚP.

Tokarczuk w swoim felietonie nakreśla sprawę śmierci Pawła Adamowicza. Wspomina, że prezydent Gdańska został zaatakowany nożem podczas 27. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przez 27-letniego mężczyznę, który kilka miesięcy wcześniej opuścił więzienie. Dodaje, że sprawca później, chodząc po scenie, krzyknął do mikrofonu, że zabił Adamowicza w ramach zemsty na Platformie Obywatelskiej.

Pisarka dodaje, że „aby zrozumieć całą sytuację, trzeba znać kontekst”. Wspomina więc, że WOŚP to największe wydarzenie charytatywne w kraju, które bardzo często spotyka się z krytyką. „Krytycy Orkiestry, w większości z prawej strony sceny politycznej, nie akceptują jej stylu — nieco anarchistycznego, jawnie lewicowego — i nie lubią muzyki, którą prezentuje” — pisze Tokarczuk, oceniając, że „krytyka nasiliła się w ostatnich latach, szczególnie po zwycięstwie prawicowej, nacjonalistycznej partii Prawo i Sprawiedliwość”.

Jednocześnie Tokarczuk zaznacza, że WOŚP „jest symbolem trzech dekadach cywilizacyjnej zmiany i postępu naszego kraju”. „Stała się także znakiem wzajemnego szacunku i wielkoduszności” — pisze Tokarczuk, dodając, że akcje WOŚP „umożliwiły Polakom — dość ponurym ludziom — ogrzanie się w ogniu społeczności”.

Pisarka wspomina też samego Adamowicza. Uważa, że był „nowoczesnym konserwatystą i doskonałym samorządowcem”. „Reprezentował wszystko, czego nie ma Prawo i Sprawiedliwość. Choć był tradycjonalistą, przeciwstawiał się zaściankowości otwartością serca i umysłu” — pisze Tokarczuk.

W jej ocenie, populiści używają języka pełnego nienawiści i bardzo agresywnego, a także szukają kozła ofiarnego. „W Polsce kozłami ofiarnymi są tzw. zwariowani lewicowcy, aktywiści queer, Niemcy, Żydzi, marionetki Unii Europejskiej, feministki, liberałowie i każdy, kto wspiera imigrantów” — czytamy w „NYT”.

Tokarczuk uważa, że głównym celem polskich władz jest „podział Polaków”. „Agresja wisi w powietrzu. Emocje wywołane eskalacją języka debaty politycznej mogą łatwo przerodzić się w działanie, a następnie ta agresja zostanie skierowana na konkretny obiekt” — komentuje Tokarczuk.

„Martwię się o naszą najbliższą przyszłość. Czy wrócimy do tego, co było przed tą bezsensowną śmiercią, czy też to zdarzenie nas jakoś ukształtuje?” — pyta pisarka na koniec.

Olga Tokarczuk jest powieściopisarką, eseistką i scenarzystką. Urodziła się w 1962 roku w Sulechowie. Z wykształcenia jest psychologiem. Jej debiut powieściowy to wydana w 1993 roku książka „Podróż ludzi Księgi”, dwa lata później ukazała się jej kolejna książka – „E.E.”. Ogromny sukces doniosła trzecia powieść Tokarczuk pt. „Prawiek i inne czasy” (1996), za którą pisarka w 1997 roku otrzymała Paszport Polityki. W tym samym roku otrzymała nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Rok później w księgarniach pojawił się „Dom dzienny, dom nocny” — książka zainspirowana historią okolicy, gdzie pisarka mieszkała — Sudetami i wsią Nowa Ruda. Inne książki Tokarczuk to m.in. „Gra na wielu bębenkach” (2001), esej „Lalka i perła” (2000) i „Ostatnie historie” (2003), „Prowadź swój pług przez kości umarłych” (2009), „Księgi Jakubowe” (2014).

BEZ OJCA RYDZYKA NIE BYŁOBY KACZYŃSKIEGO, BEZ OJCA RYDZYKA NIE BYŁOBY NIENAWIŚCI

Chciałem zatytułować ten artykuł nieco inaczej. Na początku napisałem „bez Kościoła” – ale to byłoby niesprawiedliwe wobec tej ogromnej rzeszy katolików polskich, duchownych i świeckich, prześladowanych przez ośrodki katolickie pozostające w związku z Ojcem Rydzykiem.

Tendencja szukania jednego tylko sprawcy polskiej nienawiści jest najnormalniejszą próbą zmylenia przeciwnika. Motorem napędowym kłamstw, oszczerstw, potępień i podziałów jest Ojciec Tadeusz Rydzyk.

Prawdę tę potwierdził najpierw pan Jarosław Kaczyński. Na 24 rocznicę sprowadzenia Radia Maryja do Polski i przekształcenia go w polityczną awanturnicę, pan Prezes oświadczył: „Bez ciebie ojcze dyrektorze nie byłoby tego zwycięstwa”. W ten sposób, zawodowy kłamca i zazdrośnik, człowiek chory z nienawiści otrzymał władzę absolutną z rąk delegata Konferencji Episkopatu do spraw niszczenia Polski i Europe, Ojca Tadeusza Rydzyka. Tak więc za wszystkim co jest dzisiaj niszczone w Polsce stoi nasz zatracony Redemptorysta.

Ten chwast w ogrodzie Pana Boga jest mozolnie pielęgnowany przez wielu biskupów. 2 grudnia 2017 r. w następną z kolei rocznicę Radia Maryja włocławski biskup Ordynariusz, Wiesław Mering, odziany w szaty biskupie, z pastorałem w ręku i z mitrą na głowie, podczas głoszenia Słowa Bożego, oświadczył: „ To Radio Maryja nieugięcie piętnowało wszystkie kłamstwa związane z tragedią smoleńską i budziło w tym zakresie sumienia Polaków”. To był sprawdzian, papierek lakmusowy, by odwodnić tragiczną w skutkach zmowę pomiędzy biskupami, o. Rydzykiem i p. Jarosławem Kaczyński. Pamiętać należy, że arcybiskup Metropolita Krakowski tamtych dniach wspierał podkomisję p. Macierewicza dla zafałszowania prawdziwych przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Tak, pan Jarosław Kaczyński manipuluje Kościołem, by obalić praworządność w Polsce oraz pokojowe i jednoczące inicjatywy w Europie. Ale on czyni to nie tylko za zgodą pasterzy i arcypasterzy. Rydzykowo-biskupia część Kościoła ściśle z nim współpracuje. Przytoczyłem tylko jeden przykład – jest ich jednak o wiele więcej.

Obydwie, współpracujące z sobą strony, mają problem z prawdą, sprawiedliwością społeczna oraz wiedzą i doświadczeniem w sprawach politycznych. Strona zaś kościelna ma dodatkowy problem z szacunkiem dla teologii, która nieustannie pogłębia się. Zamiast na Jezusie Chrystusie chce budować Kościół na tradycjach ludzkich minionych stuleci. A przecież nawet prosty neofita wie, że ta droga jest odejściem od źródła, od prawdziwej tradycji, u początków której stoi Jezus Chrystus i Jego Apostołowie.

Cel jest prosty. Powrót do bezwzględnego wpływu biskupów i księży na władze państwowe. Z drugie strony państwo chce mieć przemożny wpływ na obsadzanie stolic biskupich. Zjawisko to jest bezmyślnym małpowaniem najgorszych epok w życie Europy. Ale no to nikt już nie ma wpływu. Zbyt wielu z nich, duchownych i świeckich, wzięło sobie do serca słowa komunistycznej Międzynarodówki, śpiewana w wielu krajach nie tylko przez komunistów, ale także przez socjalistów, socjaldemokratów i anarchistów, wykutej na pamięć w dzieciństwie: „Ruszymy z posad bryłę świata, dziś — niczym, jutro wszystkim my!” To bezwzględne pragnienie władzy przez naszych anarchistów PiS-owskich sprawi, że mimo gomułkowskiego zakazu, raz jeszcze zaśpiewamy: „Z tej biednej ziemi, z tej łez doliny tęskny się w niebo unosi dźwięk”… By ta dziwna, populistyczna koalicja już przemienia świat w biedną ziemi i w dolinę łez.

Rząd ma w rękach wszystkie narzędzia pozwalające natychmiast obniżyć poziom nienawiści w polskiej polityce. Na razie jednak ich nie używa.

Po śmierci Pawła Adamowicza część ludzi władzy (szczególnie Morawiecki i Duda, bo Kaczyński wybrał przemilczenie i nieobecność) wystąpiła z apelami o „przełom”, „porozumienie narodowe” czy choćby „obniżenie temperatury sporu”.

Władza ma wszystkie narzędzia, żeby „temperaturę sporu” obniżyć. Jeśli ich nie użyje, to znaczy, że cały język pisowskiej władzy po zabójstwie prezydenta Gdańska to tylko hipokryzja, a prawdziwa walka polityczna w roku wyborczym będzie przebiegała w atmosferze, jaką od trzech lat znamy z Sejmu, z mediów publicznych, z telewizyjnych „pasków grozy” i „plastusiów”, czy z programów Michała Rachonia oraz publicznych deklaracji Wojciecha Cejrowskiego (w TVP S.A. tylko „zawieszonego” na okres kampanii wyborczej, a w III Programie przejętego przez PiS publicznego radia wciąż mającego stały program, co po jego ostatnich hejterskich wpisach na temat Pawła Adamowicza jest już skandalem – nawet jak na media pisowskie).

Mateusz Morawiecki zgodnie z pomysłem Jarosława Kaczyńskiego na „łagodzenie wizerunku” od paru miesięcy wygłasza deklaracje „porozumienia”, „zgody”, „współpracy”. Nie przeszkadza to oczywiście różnym ministrom jego rządu brutalnie atakować sędziów, zastraszać ich za pomocą pisowskiej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, zaostrzać przekaz propagandowy przeciwko UE i opozycji, prowadzić totalne czystki personalne w kolejnych przejmowanych przez PiS instytucjach (od Muzeum Narodowego w Warszawie po instytucje samorządowe i podlegające samorządowi we wszystkich województwach przejętych przez PiS).

Także po zamordowaniu Pawła Adamowicza to właśnie z ust Mateusza Morawieckiego padły najbardziej wyraziste deklaracje na rzecz „przełomu w polskiej polityce”, „konieczności porozumienia narodowego”, „obniżenia temperatury sporu” itp. Łącznie z najnowszym wystąpieniem Morawieckiego podczas obchodów 145 rocznicy urodzin Wincentego Witosa, gdzie od premiera usłyszeliśmy m.in.: „stało się wielkie zło, ale spróbujmy przekuć je w dobro”, „bądźmy ludźmi, którzy nie tylko mówią, ale też rozmawiają; bądźmy ludźmi, którzy nie tylko słyszą, ale i słuchają; spierajmy się, ale też wspierajmy się…” itp.

Oczywiście można mieć wątpliwości, co do szczerości tego typu deklaracji ze strony człowieka, który wziął hejtera z Młodzieży Wszechpolskiej na wiceministra cyfryzacji, w kampanii samorządowej w sposób najbardziej agresywny i radykalny spośród wszystkich liderów PiS mijał się z prawdą, a wcześniej publicznie złożył hołd Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, jednej z naprawdę nielicznych polskich formacji wojskowych, która jawnie kolaborowała z hitlerowcami. Ale być może tragiczna śmierć Pawła Adamowicza jest ostatnim momentem, aby deklaracje premiera Morawieckiego potraktować poważnie i „złapać go za słowo”.

Wszystkie narzędzia pozwalające na natychmiastowe „obniżenie atmosfery sporu” są w rękach premiera (o ile wykaże minimum podmiotowości wobec Jarosława Kaczyńskiego albo też o ile Jarosław Kaczyński postanowi faktycznie ratować strategię łagodzenia wizerunku PiS przed wyborami).

Minimalnym działaniem uwiarygadniającym wolę „obniżenia temperatury sporu” przez władzę po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza byłoby:

Po pierwsze: natychmiastowe odwołanie obecnych władz telewizji publicznej, która od trzech lat produkuje język nienawiści skierowany m.in. przeciwko WOŚP i zamordowanemu prezydentowi Gdańska. Powołanie władz tymczasowych z udziałem twórców czy autorytetów społecznych nieuwikłanych bezpośrednio w polityczny spór pomiędzy opozycją i władzą, a także rozpoczęcie poważnych rozmów na temat stworzenia obywatelskiej kontroli nad funkcjonowaniem i przekazem mediów publicznych.

Po drugie: natychmiastowe poddanie międzypartyjnej, sejmowej i/lub społecznej kontroli śledztwa w sprawie zabójstwa Pawła Adamowicza. Prowokacją ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości było powierzenie tego śledztwa najbardziej dyspozycyjnemu prokuratorowi Zbigniewa Ziobry, Krzysztofowi Sierakowi, który jest odpowiedzialny m.in. za wycofanie aktu oskarżenia wobec Jacka Międlara, czyli faktyczne chronienie radykalnych narodowców jako potencjalnego sojusznika i kadrowego zaplecza prawicowej władzy. Społeczna i niezależna kontrola nad śledztwem jest ważna o tyle, że w jej trakcie musi zostać wyjaśniona zarówno odpowiedzialność organizatorów, jak też władz państwowych za zabezpieczenie imprezy. Przedstawiciele rządu jeszcze przed rozpoczęciem śledztwa publicznie obciążyli odpowiedzialnością za śmierć Adamowicza WOŚP, co zostało natychmiast podjęte przez prawicową propagandę, łącznie z przekazem TVP S.A. Śledztwo poprowadzone w taki sposób przez Zbigniewa Ziobrę może zatem zostać uczynione przez władzę narzędziem do zniszczenia WOŚP, zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami wielu polityków obozu władzy. Jednocześnie pojawiły się również wątpliwości, czy władza – z pobudek ideologicznych lub politycznych – nie zaniechała działań koniecznych dla zabezpieczenia tej imprezy. Poseł Krzysztof Brejza powiedział „Newsweekowi”, że zgodnie z jego wiedzą (uzyskaną od ludzi pracujących w resorcie spraw wewnętrznych), PiS od trzech lat wycofało tzw. operacyjne rozpoznanie przed finałem WOŚP, które wcześniej było realizowane przez polskie służby niezależnie od tego, czy poszczególne imprezy było oficjalnie zgłaszane jako ‘imprezy masowe’”. W tej sytuacji – skoro PiS nie tylko próbuje nadal, tym razem za pomocą śledztwa, zniszczyć WOŚP, ale też być może ukryć własne zaniechania – niezależny nadzór nad śledztwem w sprawie zamordowania Pawła Adamowicza staje się koniecznością.

Po trzecie: choćby zainicjowanie poważnej publicznej debaty z udziałem wszystkich partii oraz środowisk społecznych (sędziów, prawników, konstytucjonalistów…), na temat granic politycznego manipulowania porządkiem ustrojowym i konstytucyjnym w sytuacji, kiedy żadna ze stron politycznego sporu nie posiada większości do zmiany obowiązującej konstytucji, więc powinno się jej przestrzegać.

Cała reszta tematów czysto politycznych – kształt budżetu, kształt polityki zagranicznej, kształt polityki społecznej itp… – mogą i powinny pozostawać przedmiotem politycznego sporu, nawet najbardziej gwałtownego, szczególnie w roku wyborczym. Jednak zdolność podjęcia przez rząd działań w trzech wymienionych powyżej kwestiach – konieczność zmiany sytuacji, w której to media publiczne są najważniejszym w państwie źródłem języka nienawiści; konieczność niezależnego nadzoru nad śledztwem w sprawie zamordowania Pawła Adamowicza; konieczność rozpoczęcia publicznej debaty nad granicami politycznych manipulacji ustrojowym i konstytucyjnym prządkiem polskiego państwa – będzie prawdziwym sprawdzianem tego, czy Mateusz Morawiecki rzeczywiście zrozumiał powagę sytuacji w Polsce po zamordowaniu Pawła Adamowicza, czy też tylko kłamie.

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

PiS w tej chwili powalić może tylko jedna afera, nad którą traci sterowność. Afera, która zaczęła się wraz z ujawnieniem przez właściciela Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego rozmowy z ówczesnym szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim.

Podczas rozmowy zawiodły szumidła (urządzenia zakłócające nagrywanie) i treść tej rozmowy dotarła do publiczności. Chrzanowski złożył Czarneckiemu propozycję korupcyjną w zamian za usługi legislacyjne.

Afera KNF w nazbyt wielu miejscach przypomina słynną aferę Rywina, która skończyła karierę Leszka Millera i postkomunistycznego SLD. Dzisiaj raczej nie możemy się spodziewać podobnego losu PiS, bo politycy Kaczyńskiego nie dopuszczą do takiej sytuacji. Niemniej afery KNF nie da się zamieść pod dywan;  kwestią jest, co jeszcze zostanie ujawnione.

Chrzanowski zaliczył areszt i właśnie wyszedł. A to znaczy, że wszystkie nitki aferalne są w rękach Zbigniewa Ziobry. „Gazeta Wyborcza” dotarła do niektórych ustaleń śledczych. Jak można było się spodziewać, Chrzanowski był tylko wysłannikiem, jak Lew Rywin, który w imieniu grupy trzymającej władzę chciał ułatwić Agorze zakup Polsatu poprzez odpowiedni zapis w ustawie medialnej.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

Kaczyński wymachuje sztachetą. Zamach na Adamowicza 10

18 Sty

Myślicie, że to PiS jest winny? Owszem, sztacheta może zabić, ale nie ona jest winna, lecz ten, kto nią wymachuje.

>>>

Tak potężna dawka emocji, jaką odczuwamy w przestrzeni publicznej po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza ma moc diametralnie odmieniać sytuację na scenie politycznej. Wiedzą o tym doskonale działacze kierownictwa partii rządzącej, nauczeni strategią polityczną, jaką uprawiali po 2010 roku,  jednak niektórych ich zachowań po prostu wytłumaczyć nie sposób.

Z jednej strony widzimy deklarowane wyciszenie nastrojów, współczucie dla rodziny zmarłego, szybkie decyzje w sprawie sukcesji rządów w stolicy Trójmiasta a także zakaz wypowiedzi medialnych, które podgrzewałyby atmosferę. Z drugiej natomiast deklaracjom i obrazkom rozmodlonych i pogrążonych w żałobie najważniejszych polityków władzy przeczą takie działania, jak brak wyciągnięcia jakichkolwiek konsekwencji wobec sprawców najohydniejszego wydania “Wiadomości” w przeciągu ostatnich trzech lat, dalsze tolerowanie Krystyny Pawłowicz w partii, czy przeprowadzona przecież z pełną premedytacją manifestacja nieobecności prezesa PiS podczas minuty ciszy w Sejmie mającej uczcić pamięć zmarłego prezydenta. Ten rażący dysonans pomiędzy tym, co PiS dziś mówi, a co robi, może mieć zgubne skutki dla obozu władzy, co zapewne pokażą kolejne badania opinii publicznej.

Z centrali partyjnej płyną głosy, że decydujące znaczenie w kwestii przyjęcia strategii na najbliższe miesiące będą miały wewnętrzne sondaże, które partia z pewnością już zamówiła. Nastroje są jednak minorowe i to nie dlatego, że pierwszy sondaż, jaki wczoraj opublikowała Gazeta Wyborcza pokazuje spadek notowań partii rządzącej. Wbrew wielu nagłówkom, nie jest on wcale drastyczny ani potężny, a przeprowadzenie go właśnie w chwili największego rozwibrowania nastrojów społecznych (w dniach 15-16 stycznia) nie wpływa korzystnie na postrzeganie jego wiarygodności. Nie zmienia to faktu, że jego wyniki z pewnością zaniepokoiły kierownictwo partii rządzącej, gdyż wynika z nich wprost, że nawet z koalicjantem niemożliwe stanie się dalsze sprawowanie władzy. 

Oczywiście, bardzo prawdopodobne jest, że lada moment rządowy CBOS zechce przeprowadzić badanie metodą faworyzującą partię rządzącą, ale warto odnotować, że dziś, gdy panują nastroje oburzenia, których oczywistym adresatem w takich sytuacjach jest władza, nawet bezpośredni wywiad z ankietowanymi może wymknąć się spod kontroli, a wyniki mogą być dokładnie odwrotne od przewidywanych. To z kolei sprawia, że PiS traci dziś możliwość reagowania i ewentualnej kontry w tym zakresie. Kierownictwu partii pozostaje bierne przyglądanie się rozwojowi sytuacji, w nadziei że straty nie będą nieodwracalne.Najgorsze jednak co może się wydarzyć to pogłębienie się polaryzacji, w której to PO/KO stanie się podmiotem symbolizującym w polityce pozytywne emocje. Wówczas mogą nie pomóc nawet najbardziej szczodre obietnice i kolejne programy z plusem.

Czytam i słucham rozmaitych wypowiedzi, wywiadów i rozmów na temat tragedii, jaką jest zabójstwo Pawła Adamowicza. Prawie w każdej powraca pytanie, czy coś się zmieni w Polsce na lepsze, czy zmniejszą się podziały, czy po tym nieszczęściu ludzie oprzytomnieją, powstrzymają się, nabiorą rozumu, czy to doświadczenie czegoś nas nauczy? I nieodmiennie pada ta sama odpowiedź: NIE.

Nie przypominam sobie, żeby ktoś odpowiedział inaczej, żeby powiedział „oby”, „dałby Bóg”, „być może”, „mam nadzieję” czy wręcz „tak”. Tylko „nie, nie i nie”. Społeczeństwo jest w tak głębokim kryzysie, że straciło wiarę. Oczywiście, będą chwile uniesienia, pogrzeb stanie się wielką manifestacją solidarności, braterstwa, przez chwilę dobro zwycięży nad złem, ale potem wszystko powróci do normy, czyli na dno.

Nie mogę się z tym pogodzić, ale kiedy widzę, jak troje ważnych polityków nie przychodzi na minutę milczenia w Sejmie, to czuję się, jak gdyby mi ktoś wymierzył policzek. I jeszcze jak kłamią bez zmrużenia oka. Takie chamstwo w parlamencie, na szczycie władzy, w wykonaniu najważniejszej osoby w państwie, nie może pozostawić człowieka obojętnym. A właściwie – dlaczego nie, przecież to nie pierwszy raz i nie ostatni. Czuję, jak ten człowiek cierpi tam na korytarzu, jak rozsadza go złość, zawiść, bezsilna wściekłość, że setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice, by spontanicznie uczcić śmierć nie tego polityka co trzeba, który na to zasługiwał, nie najwybitniejszego polityka od pokoleń, nie naszego, ale wręcz przeciwnie – jakiegoś burmistrza, oszusta, dusigrosza, w mieście opanowanym przez gang samozwańców z prostackim elektrykiem w tle.

I wtedy rozumiem tych wszystkich, którzy mówią „nie”. Już nas wzruszała pełna cierpienia śmierć papieża i jego beatyfikacja, męczeńska śmierć zamordowanego księdza, zakatowanego maturzysty, żeby Polska była Polską. Poza krótkotrwałym uniesieniem – wszystko to mija bez śladu. Standard materialny idzie w górę, standard duchowy – w dół. Coraz trudniej o rozmowę, coraz mniej dyskusji, coraz większa ciemność. I coraz większe zakłamanie, to wstawanie z kolan, ta Polska w ruinie, to białe, które jest czarne. I coraz więcej ludzi chce wyjechać. Kiedy patrzę na to wykarmione duchowieństwo, na prezydenta, który bardziej przypomina uczniaka niż nauczyciela, na zagubioną opozycję, na te media publiczne, rozumiem tych wszystkich, którzy wyłączają telewizor i odpowiadają NIE. Co prawda im jest z roku na rok lepiej, ale z Polską jest odwrotnie.

Niesamowite i przejmujące. Podczas protestu pod gmachem TVP w Warszawie odczytano wiersz sprzed prawie stu lat: „Pogrzeb prezydenta Narutowicza” Juliana Tuwima.

A w nim te pamiętne wersety:

Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni,
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien – i patrzcie, i patrzcie!

Ciarki szły po plecach. W Polsce poezja często splata się z polityką, ale żeby aż tak?

Tuwima natychmiast zaatakowała endecka prawica. Poeta trafił w sedno: gdyby nie kampania nienawiści rozpętana przez endecję przeciwko kandydaturze Gabriela Narutowicza na pierwszego w historii prezydenta Rzeczpospolitej, do tragedii może by nie doszło.

Bo przecież wybrany głosami posłów mniejszości narodowych, Żydów, Ukraińców, Niemców to obelga dla narodu polskiego. Mariusz Urbanek w „Tuwimie. Wylęknionym bluźniercy” przypomina, że na spotkanie autorskie z Tuwimem w Drohobyczu przyszli „patrioci” z grubymi kijami. Hejtowano go w całym kraju.

Cóż, kolejne rozdziały tej księgi głupoty i nikczemności są niestety zapisywane nadal.

Ale jest też inna księga prawdziwej potęgi i chwały. Z tej możemy się uczyć miłości do ojczyzny. W czwartek przed Europejskim Centrum Solidarności, gdzie wystawiono na marach trumnę z ciałem zamordowanego prezydenta, zabrzmiała „Zbroja” Jacka Kaczmarskiego, emigranta i barda mojego pokolenia.

I znów ciarki szły po plecach. Bo to przecież Gdańsk, kolebka Solidarności. Może teraz, w tych dniach, w Gdańsku rodzi się nowa solidarność.

„Jeśli chce się osłabić świeckie państwo i zapobiec głębszemu wchodzeniu Polaków do świeckich struktur Unii Europejskiej, to trzeba przedstawiać Kościół jako jedyne źródło wartości i norm. Dlatego trzeba zniszczyć Owsiaka, który do tego obrazka nie pasuje” – przypominamy esej Cezarego Michalskiego z marca 2015 roku, w którym tłumaczy, dlaczego prawica ma tak ogromny problem z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy.

Każdy kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy to pretekst do bezpardonowego ataku prawicy i ludzi, którzy uważają się za katolickich tradycjonalistów (cały Kościół na szczęście do tej wojny się nie włączył).

Z pozoru wydaje się to absurdalne i głupie. Dlaczego prawica nie skupi się na promocji własnych inicjatyw charytatywnych? Czemu tradycjonaliści, tak czuwający nad czystością polskiego Kościoła, nie włączą się w działania Caritasu, Szlachetnej Paczki księdza Jacka Stryczka albo czemu nie pojawią się jako wolontariusze w prowadzonych przez Kościół ośrodkach dla ludzi bezdomnych? To by było chrześcijańskie, zgodne z nauczaniem papieża Franciszka, który powtarza, że chrześcijaństwo nie jest „ideologią walczącą o władzę z innymi ideologiami”, ale jest właśnie praktycznym miłosierdziem. I że chrześcijanie powinni przekonywać innych do swej wiary przykładem własnych biografii i własnych uczynków, a nie ustawianiem życia innym i nieustannym zwalczaniem konkurencji.

Polska prawica i kościelni tradycjonaliści wybrali jednak strategię dokładnie przeciwną. Pomysł prawicy, jej oferta dla najbardziej konserwatywnej części polskiego Kościoła, są następujące. Jeśli chce się w Polsce jeszcze bardziej osłabić świeckie (choć przecież zawsze kooperujące z Kościołem) państwo, jeśli chce się zapobiec głębszemu wchodzeniu Polaków do świeckich (choć przecież niewalczących z Kościołem) struktur Unii Europejskiej, trzeba konsekwentnie przedstawiać Kościół jako jedyne źródło wartości i norm. Jako jedyną instytucję, która może wychowywać dzieci i młodzież. Wreszcie jako jedyną instytucję prowadzącą działalność charytatywną. Natomiast wszystko co świeckie musi być w świadomości Polaków zredukowane do roli tzw. cywilizacji śmierci.

Tylko prawica i Kościół powinny mieć monopol na wartości, na etykę, na stanowienie prawa, a także na praktyczną miłość bliźniego wyrażającą się w działalności charytatywnej. Po drugiej stronie mają pozostać tylko „dekadenckie lemingi” i „worki skórno-mięśniowe” (jak w języku tradycjonalistycznej prawicy coraz częściej nazywa się ateistów czy agnostyków). Świecka cywilizacja to mają być tylko hipermarkety, wynaturzona konsumpcja, kluby Cocomo, obyczajowe i finansowe afery świeckich polityków, narkotyki, alkohol, demoralizacja młodzieży, seksualizacja dzieci, ofensywa gender. Po tamtej, świeckiej stronie, nie może być żadnych wartości, żadnych ciekawych idei, żadnych dobrych ludzi ani dobrych uczynków.

W tym czarno-białym pejzażu kulturowej wojny inicjatywa Owsiaka jest z punktu widzenia prawicy największym skandalem. To przecież świecka (choć nie antykościelna, łącząca we wspólnych działaniach katolików i niekatolików, wierzących i niewierzących) akcja charytatywna o wielkim rozmachu. Rozbija wizję, w której tylko Kościół (oczywiście wyłącznie prawdziwie tradycjonalistyczny, narodowy, związany politycznie z prawicą) może być w Polsce źródłem wartości i sprawcą dobrych uczynków. Przekreśla też słynną tezę Dmowskiego, że w Polsce „katolicyzm jest czymś więcej niż religią, jest jedyną formą polskości”, a skoro tak, to żadnego wartościowego świeckiego działania w Polsce być nie może.

Stąd wzięła się totalna wojna prawicy na zniszczenie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, będącej z punktu widzenia Tomasza Terlikowskiego, braci Karnowskich czy o. Rydzyka najpoważniejszym świeckim konkurentem Kościoła do miłosierdzia i miłości bliźniego. Stąd obsesyjne przedstawianie Owsiaka jako demoralizatora młodzieży czy wręcz zwykłego oszusta. Nawet jego „róbta co chceta” zostało przez prawicę przekłamane, przekształcone w argument na rzecz tezy o demoralizowaniu dzieci. A przecież subtelni prawicowi teolodzy z „Frondy”, „wSieci”, „Do Rzeczy” czy subtelny historyk filozofii Ryszard Legutko, wszyscy oni wiedzą doskonale, że te słowa (róbta co chceta, bylebyście kochali swoich bliźnich, bylebyście praktykowali miłosierdzie, bylebyście pomagali swoim bliźnim…) są nie tylko cytatem z rockowej piosenki, ale przede wszystkim parafrazą słów świętego Augustyna. To on jako pierwszy powiedział: kochaj i rób, co chcesz – hasło, które w jego czasach też było skandalem. Czyli: pielęgnuj swoją wolność, idź swoją własną drogą życiową, bylebyś tylko praktykował miłosierdzie wobec bliźnich. A to właśnie Jerzy Owsiak robi od 23 lat.

Dzisiaj są tacy domorośli wiktymolodzy (specjaliści poszukujący przyczyn, dla których jakiś człowiek staje się ofiarą przemocy), którzy uważają, że „Charlie Hebdo” zasłużyło na swój los. Bo po co było prowokować „wierzących”?

Są też tacy, którzy uważają, że na swój los zasłużył Jerzy Owsiak. Co prawda nie publikował nigdy antyreligijnych karykatur, nie obrażał innych z powodu ich poglądów czy wiary. Jego wina polega na tym, że stał się celebrytą, zatrudnił w swojej fundacji żonę, a ostatnio na codzienny hejt prawicowych mediów zareagował, wyrzucając z konferencji prasowej przedstawiciela TV Republika.

Owsiak faktycznie jest celebrytą, tyle że jego przepustką do sławy nie były skandale, burdy w hotelach czy rozbierane sesje, ale 600 milionów złotych zebranych i wydanych na sprzęt medyczny ratujący seniorów i noworodki, a tak naprawdę pomagający całej chronicznie niedoinwestowanej polskiej służbie zdrowia. Inną jego przepustką do celebryckiej sławy było zorganizowanie 20 Przystanków Woodstock, na których miliony dzieciaków nie tylko słuchały rocka, ale też przechodziły przyspieszoną lekcję wychowania obywatelskiego. Słuchając polityków z różnych partii, w tym prezydentów Polski i Niemiec, dziennikarzy, wybitnych twórców kultury, także księży. I po partnersku rozmawiając z nimi; a także wygwizdując kolesia, który zamiast rozmawiać z Grzegorzem Miecugowem, „dał mu honorowo w pysk”, że zacytuję sformułowanie z jednego z równie „honorowych” prawicowych portali.

A żona Owsiaka pracuje w fundacji, bo wraz z mężem całe swoje dorosłe życie poświęciła Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Nie ma już dziś innych kwalifikacji poza pomaganiem ludziom. A TV Republika nigdy nie informowała o WOŚP, ale na WOŚP polowała, więc nerwy mogły Owsiakowi puścić, choć oczywiście nie powinny.

Najzabawniejsze, że drobiazgowego prześwietlenia Owsiaka i jego dzieła dokonują te same prawicowe media, dla których nie były żadnym problemem nieprawidłowości działania Komisji Majątkowej, gdzie Kościół był reprezentowany przez byłego oficera SB z pionu zajmującego się w PRL łamaniem sumień biskupów i księży. A kiedy po raz pierwszy wypłynęła sprawa pedofilii arcybiskupa W. i księdza G., cała prawicowa koalicja medialna – od „wSieci” po media ojca Rydzyka – oburzała się na nagonkę i przestrzegała przed nowym męczeństwem ks. Popiełuszki.

Na wyrzucenie przez Owsiaka dziennikarza telewizji, która dziesiątki razy insynuowała mu oszustwa i demoralizację młodzieży, oburzają się ci sami przedstawiciele dziennikarskiej prawicy, którzy nie widzieli nic zdrożnego w tym, że PiS ma całą czarną listę dziennikarzy „mainstreamowych mediów”, których nie wpuszcza na swoje konferencje prasowe.

Zatem nie o sprawiedliwość tu chodzi, ale o wyrównywanie rachunków. O pokazanie, że w Polsce nie ma nic świeckiego, co warto by ocalić, co zasługiwałoby nawet nie na sympatię, ale na zupełnie podstawową tolerancję ze strony ludzi „wierzących”.

Używam cudzysłowu przy określeniu „wierzący”, bo prawica występująca w imieniu Kościoła to często ludzie, których chrześcijaństwo nigdy nie interesowało, a Kościół cenią wyłącznie jako narzędzie partyjnej polityki. Faktyczni chrześcijanie w polskim Kościele – ludzie Caritasu czy ks. Jacek ze Szlachetnej Paczki – nigdy nie atakowali Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Oni akurat świetnie wiedzą, jak trudno jest w Polsce zebrać choćby złotówkę, zorganizować tej skali akcję na rzecz najbardziej potrzebujących. Ksiądz Adam Boniecki wspomagał licytacje WOŚP. On i ksiądz Lemański spotykali się nawet z tysiącami młodych ludzi na Przystankach Woodstock, stając się zresztą z tego powodu obiektami ataków prawicowych publicystów bardziej papieskich niż papież, a już szczególnie bez porównania bardziej papieskich niż „nieudany papież Franciszek”, jak powtarza Wojciech Cejrowski, spotykając się z coraz gorętszym odzewem prawicowych hejterów.

W Polsce kapitał społeczny to skarb, bo niszczyły go nasze polityczne wojny na górze, osłabiały go społeczne napięcia towarzyszące budowie naszego młodego i wciąż jeszcze trochę dzikiego kapitalizmu. Trudno ocalić społeczną solidarność, kiedy wokół wszystko się zmienia, i podczas kiedy jedni w zmieniającym się pejzażu społecznym dają sobie radę, innym pozostaje tylko nostalgia albo resentyment.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to dziś w Polsce może ostatnia instytucja tej skali, która buduje kapitał społeczny, zamiast bezrefleksyjnie go niszczyć. Łączy rodziców i dzieci, wierzących i niewierzących, a nawet naszych nowobogackich, których stać na wylicytowanie małego złotego serduszka za ponad milion złotych, łączy z ludźmi, którzy z dumą przylepiają do swoich płaszczy czerwone papierowe serca, bo wrzucili właśnie parę złotych do skarbonki wolontariusza.

WOŚP nie zastąpi sprawnego państwa i dobrze funkcjonującego Ministerstwa Zdrowia. Jeśli jednak mamy prawo być w Polsce dumni z czegoś więcej niż tylko naszej osobistej zaradności, to właśnie z takich instytucji jak Caritas czy WOŚP.

Owsiak od 23 lat lepi pozrywane więzy społeczne. Ale instytucję taką jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, której jedynym kapitałem jest zaufanie, zabić łatwo. Wystarczy uczynić ją „kontrowersyjną”. Natychmiast rozpadnie się krucha solidarność rodziców i dzieci, wierzących i niewierzących, oligarchów i ofiar transformacji. Po latach ciężkiej pracy prawicowych hejterów każdy z nas ma już w gronie znajomych ludzi, którzy głośno mówią: „Zawsze chętnie pomogę, ale nigdy nie dam pieniędzy na tego Owsiaka”.

Jeśli jednak pozwolimy zniszczyć Owsiaka, prawica i kościelni tradycjonaliści będą już mieli w ręku wszystkie karty. Wszystkie argumenty na rzecz tego, że jedynie oni powinni w Polsce rządzić. Stanowić prawo, wyznaczać normy, wychowywać dzieci i młodzież, bo poza nimi jest tylko „nihilistyczna i relatywistyczna cywilizacja śmierci”. Poza nimi, jedynymi ludźmi z sumieniem i duszą, są już tylko „worki skórno-mięśniowe”.

Dopóki jednak gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, prawica nie ma monopolu na miłosierdzie.

Zabójstwo polityka nie powoduje w „Prezesie” żadnych reperkusji emocjonalnych

Co miałoby oznaczać brak prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego podczas minuty ciszy w Sejmie na cześć zamordowanego Pawła Adamowicza?

A po niej na salę obrad wszedł demonstracyjnie wraz z rzecznik Beatą Mazurek i marszałkiem Ryszardem Terleckim. Zestaw osób piastujących dane funkcje jest znamienny. Powstaje zatem pytanie: co kierowało prezesem? Strach, brak wychowania, demonstracja polityczna?

Wszystko po trochu, ale najwięcej demonstracji. Zabójstwo polityka nie powoduje w Kaczyńskim żadnych reperkusji emocjonalnych, a jedynie podkreślenie własnego wywyższenia ponad zdarzenie, „myślcie duszyczki, co to miałoby znaczyć, bo nieodgadnione są moje zamiary”, taka jest wola pana K., dla pospólstwa nie do pojęcia.

Tak zachowuje się bufon autokrata, którego ego rozrosło się do nieogarniętych rozmiarów. A przecież w tym momencie mógłby rozpocząć się nowy rozdział współczesnej historii polskiej, spuszczania złej atmosfery ze sfery publicznej. Kaczyński wcale nie musiałby się kajać, wystarczyłyby okrągłe słowa dla Adamowicza, którego zabiła nienawiść, bo to ona podniosła rękę z nożem zabójcy na finale WOŚP w Gdańsku.

Nie padły żadne słowa, bożek Idol Kaczyński celowo nie zdążył na minutę ciszy. Niektóre środowiska opozycyjne proponują, aby przerwać spiralę nienawiści w ten sposób, iż bezwarunkowo i radykalnie się wybacza, zastosować formułę polskich biskupów sprzed pięćdziesięciu lat: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie!”.

Lecz to wymaga konkretnego adresata. Kim poczuliby się pisowcy i sam prezes, gdyby to do nich skierowano podobne słowa? Niemcami? Tak! Ależ to by ich rozjuszyło, a ponadto bezwarunkowe przebaczenie postawiłoby nas w roli Chrystusów, a ich Judaszów, Barabaszów, ciemnej mocy. Rozjuszenie PiS pewne.

Grzegorz Schetyna ma rację: Pawła Adamowicza zabiła nienawiść obłąkana, dobrze zorganizowana, sączona z tub propagandowych PiS. A więc nie tędy droga, aby bezwarunkowo przebaczać, tak mogą postępować instytucje przestrzegające procedur prawnych i uznające vox populi.

Bożek Kaczyński wszedł na salę obrad Sejmu w asyście swoich archaniołów, on nie przejmie się śmiercią następnych osób po Adamowiczu, ani kajaniem się przebaczających ofiar, bożkowi można tylko odebrać jego lud, odebrać poprzez dialog, debatę. I tego boi się każdy bożek – otwartości. Powietrze wolności, demokracji, prawa zabija każdego dyktatora.