Tag Archives: Cezary Michalski

Gwałt Ziobry i jego ancymonków na polskich sędziach

24 Sier

Chyba nikt nie spodziewał się, że na mniej niż dwa miesiące przed wyborami parlamentarnymi, mającymi się przecież według planów zakończyć widowiskowym zwycięstwem Zjednoczonej Prawicy nad “totalną opozycją”, partia Jarosława Kaczyńskiego znajdzie się w tak dużym kryzysie.

Niestety dla kierownictwa PiS, fatalne są pierwsze reakcje opinii publicznej na ujawnione przez portal Onet.pl, a później rozszerzane przez “Gazetę Wyborczą” kulisy funkcjonowania specjalnej grupy, złożonej z czołowych postaci “dobrozmianowego” wymiaru sprawiedliwości, która zajmowała się obrzydliwym szkalowaniem osób ze swojego środowiska, w oczywiście politycznym celu.

Wbrew oczekiwaniom premiera Morawieckiego, dymisja wiceministra Piebiaka i jego współpracownika, sędziego Iwańca sprawy zdecydowanie nie zamyka. Wręcz przeciwnie, im więcej dowiadujemy się o prawdziwym charakterze tego procederu i im więcej nazwisk w niego zaangażowanych się pojawia, tym gorzej wygląda cały obóz dobrej zmiany, który za nich przecież ręczył, powierzając im odpowiedzialne funkcje w strukturach rzekomo oczyszczonej trzeciej władzy.

Pojawiają się pogłoski, że prezes Kaczyński tylko dlatego jeszcze nie zabrał w tej sprawie głosu, że od szefa polskich służb specjalnych i od niedawna ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego wie, że wciąż wiele jeszcze obciążających materiałów zostanie lada moment ujawnionych i nie warto gasić pożaru już teraz, gdy lada moment pojawią się kolejne ogniska zapalne.

Tak czy inaczej, lider Zjednoczonej Prawicy ma teraz autentyczny problem ze Zbigniewem Ziobrą, którego pozycja jeszcze nigdy (a przecież wszystkie problemy z Komisją Europejską to też jego “wina”) nie była tak słaba, jak teraz. W partii rządzącej pojawiają się już nawet głosy, że jeśli kilka miesięcy temu, po wyrokach TSUE czy żądaniach KE Ziobrę można było oszczędzić, tak teraz takiej możliwości może nie być. Nie po to przecież co chwila podkreśla się znaczenie “wyższych standardów”, by je w tak elementarny sposób ignorować.

Jeśli ten scenariusz by się potwierdził, to dymisja ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego wywoła prawdziwe trzęsienie ziemi w obozie Zjednoczonej Prawicy i postawi pod znakiem zapytania dalszy sens jej istnienia. Co ciekawe, jak możemy przeczytać w tekście Tomasza Żółciaka z “Dziennika Gazety Prawnej”, politycy PiS bagatelizują to zagrożenie przekonując, że wyborcy i tak wybierają szyld “PiS”, a nie Solidarną Polskę czy Porozumienie.

Wygląda więc na to, że ważą się obecnie losy ministra Ziobry, który może zostać zmuszony przez Jarosława Kaczyńskiego i nieprzepadającego w końcu za nim prezydenta Dudę do ustąpienia ze stanowiska “dla dobra sprawy”. W końcu przecież o “dobrą zmianę” chodzi, a nie o utrzymanie się przy władzy, prawda?

PiS potrafi profesjonalnie uprawiać hejt przeciwko polskim lekarzom, ale nie potrafi naprawić polskiej służby zdrowia. Potrafi uprawiać profesjonalny hejt przeciwko polskim nauczycielom, ale polską szkołę pogrążyło w kompletnym chaosie. Jest mistrzem hejtu przeciw sędziom, ale nie potrafiło zreformować polskiego sądownictwa. Kaczyński i jego ludzie umieją hejtować, ale nie umieją rządzić – pisze Cezary Michalski

Sekwencja znana aż do znudzenia

W aferze spowodowanej ujawnieniem farmy trolli działającej w Ministerstwie Sprawiedliwości, w nowej Krajowej Radzie Sądownictwa i w Sądzie Najwyższym (wśród jego nowo wybranych PiS-owskich członków, szczególnie w Izbie Dyscyplinarnej SN) nie ma nic nowego czy oryginalnego. Przeciwnie, uderza raczej mechaniczna powtarzalność kryzysów generowanych przez PiS-owską władzę, ich przyczyn, przebiegu i metod radzenia sobie z nimi przez Kaczyńskiego i jego PR-owców.

Najpierw wybucha afera, potem poświęca się kozła ofiarnego, następnie „zakrywa” się aferę uderzeniem prokuratury, służb i prawicowych mediów w opozycję, a także jakimś kolejnym finansowym „darem władzy dla ludu”.

OSTATNIM ETAPEM JEST DECYZJA JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO O KONTYNUOWANIU PATOLOGII,

która najczęściej nie jest żadnym „wypadkiem przy pracy”, ale samą „pracą”, wynika z metody politycznej Kaczyńskiego, stoi u samych podstaw PiS-owskiego modelu rządzenia.

Oczywiście decyzja o kontynuowaniu patologii połączona jest z wiarą ludzi obozu władzy, że następnym razem „nic się nie wyda”, ponieważ „przejmiemy do końca sądy”, „przejmiemy Najwyższą Izbę Kontroli”, „przejmiemy już do końca media”. Nie będzie żadnej instancji kontrolnej czy szczeliny, przez którą informacje o patologiach rządzenia dostałyby się do opinii publicznej.

Wcześniejsza afera z uwłaszczaniem się wygłodzonych ludzi PiS na urzędach państwowych (podwyżki, premie, nagrody) i w spółkach Skarbu Państwa (sięgające milionów złotych dochody wynikające z krótkiej nieraz przejażdżki najbliższych współpracowników Kaczyńskiego, Ziobry, Kamińskiego, Lipińskiego, Gowina… na karuzeli zarządów największych i najbardziej „chlebowych” spółek) nie była wypadkiem przy pracy, ale samą pracą.

SAMYM RDZENIEM METODY POLITYCZNEJ KACZYŃSKIEGO, KTÓRY ZAOFEROWAŁ SWOIM LUDZIOM AWANS ZA CENĘ LEGITYMACJI PARTYJNEJ,

chce z nich uczynić całkowicie sobie podporządkowaną „nową elitę społeczną” (także finansową) mającą zastąpić społeczne i zawodowe „łże-elity” III RP.

Afera KNF i Marka Chrzanowskiego była z kolei bezpośrednią konsekwencją „repolonizacji” sektora bankowego i finansowego w Polsce, a mówiąc mniej orwellowskim językiem, upartyjnienia, przejęcia przez PiS jak największej części zasobów finansowych kraju – państwowych, prywatnych. Z tego wzięła się bowiem PiS-owska nowelizacja prawa bankowego mająca ułatwiać zawłaszczenie prywatnych instytucji finansowych przez upartyjnione państwo, z tego wzięła się także praktyka posyłania do prywatnych właścicieli banków PiS-owskich komisarzy, którzy mieli by te instytucje nadzorować, uwłaszczając się przy okazji samemu w nadzorowanych przez siebie instytucji (Zygmunt Solorz to zaakceptował, Leszek Czarnecki to nagrał).

TAKŻE AFERA Z FARMĄ TROLLI W MINISTERSTWIE SPRAWIEDLIWOŚCI NIE JEST WYPADKIEM PRZY PRACY, ALE ISTOTĄ SAMEJ PRACY POLEGAJĄCEJ NA KONSEKWENTNYM NISZCZENIU W POLSCE NIEZAWISŁYCH SĄDÓW I SĘDZIÓW, KTÓRZY SIĘ TEMU PRZECIWSTAWILI.

W tym samym bowiem czasie, kiedy ludzie Ziobry w Ministerstwie Sprawiedliwości, KRS i SN rozkręcali działanie KastaWatch, łamali dobre obyczaje i prawo, dostarczając dziennikarzom TVP i prawicowym hejterom wrażliwych danych mających zniszczyć wizerunek i życie sędziów broniących prawa Polaków do niezawisłego sądu, Jarosław Kaczyński oświadczał podczas oficjalnych imprez Prawa i Sprawiedliwości, że polscy sędziowie są „dotknięci nienawiścią do ojczyzny”, a polskie sądy są „całkowicie pod wpływem ideologii LGBT”.

Polskich sędziów spotwarzał Mateusz Morawiecki, porównując ich w USA do sędziów Vichy kolaborujących z nazistami, a także Andrzej Duda, który w czasie spotkania z Trumpem skłamał, że PiS-owska czystka w Sądzie Najwyższym jest skierowana przeciwko „komunistycznym sędziom skazującym w stanie wojennym” (w rzeczywistości jej głównymi ofiarami mieli być prezes SN Małgorzata Gersdorf, która w stanie wojennym była wykładowcą akademickim, czy sędzia Stanisław Zabłocki, który w stanie wojennym bronił opozycjonistów, a w III RP uczestniczył w procesie rehabilitacyjnym rotmistrza Pileckiego).

Przede wszystkim jednak

PRZEZ CAŁY TEN CZAS KACZYŃSKI, DUDA, SZYDŁO, MORAWIECKI I ZIOBRO PRZYGOTOWYWALI, UCHWALALI I PODPISYWALI KOLEJNE ŁAMIĄCE POLSKĄ KONSTYTUCJĘ USTAWY, KTÓRE NISZCZYŁY NIEZAWISŁOŚĆ SĘDZIOWSKĄ I LIKWIDOWAŁY FUNDAMENTALNĄ DLA ZACHODNIEJ DEMOKRACJI ZASADĘ TRÓJPODZIAŁU WŁADZ.

Dalej mamy poświęcenie pionka, wyrzucenie z sań kozła ofiarnego, aby zadowolić „vox populi, vox Dei” czy też „opinię publiczną” (oba uzasadnienia cytuję za Jarosławem Kaczyńskim). Kolejnym etapem jest „zakrycie” własnej afery działaniami służb przeciwko opozycji, a wreszcie udobruchanie Suwerena kolejnym pieniężnym „darem od władzy”.

W przypadku afery z uwłaszczaniem się ludzi PiS-u na publicznych pieniądzach Kaczyński „poświęcił” interesy posłów, senatorów i samorządowców, obcinając im pensje dla zadowolenia swoich wyborców. W ten sposób za chciwość działaczy własnej partii zachowujący się jak klasyczny nihilista Jarosław Kaczyński zapłacił interesem polskiego państwa, pogrążając je w jeszcze większym „dziadostwie” poprzez obniżenie i tak już niezbyt wygórowanych zarobków najważniejszych wybieralnych przedstawicieli tego państwa.

Obniżka pensji posłów, senatorów i samorządowców uderzała zarówno w ludzi PiS, jak też w ludzi opozycji. Jednak tylko ludzie PiS mogli się przed jej konsekwencjami osłonić. Przede wszystkim dlatego, że ich rodziny i znajomi uwłaszczali się już na innych stanowiskach w PiS-owskim państwie i upartyjnionej gospodarce. A po drugie dlatego, że z jeszcze większym zapałem sięgnęli do innych przywilejów – podróżując i organizując prywatne oraz partyjne imprezy za publiczne pieniądze. Stąd wzięła się jednak kolejna patologia, która wyszła na jaw przy okazji afery Kuchcińskiego.

WSKAZANIE KOZŁA OFIARNEGO NIE BYŁO OCZYWIŚCIE MOŻLIWE W PRZYPADKU AFER, KTÓRYCH BOHATEREM BYŁ SAM JAROSŁAW KACZYŃSKI.

Tak więc w przypadku sprawy powinowatego Kaczyńskiego, który nie otrzymał pieniędzy za zleconą mu pracę przygotowania projektu dwóch wież dla spółki Srebrna, a także został nakłoniony przez Kaczyńskiego do nieformalnego przekazania koperty z 50-tysiącami złotych księdzu związanemu ze spółką Srebrna, sprawa została po prostu zagrzebana w prokuraturze podlegającej Zbigniewowi Ziobrze.

W roli „kozłów ofiarnych” poświęceni zostali Marek Chrzanowski oraz Łukasz Piebiak. Los Zbigniewa Ziobry zależy zarówno od wyników sondaży, jak też od jego własnej siły – od tego, czym on sam dysponuje, nadzorując przesłuchania, świadków, dowody w tak wrażliwych dla władzy aferach, jak afera Kaczyńskiego i Srebrnej, afera Falenty i jego powiązań z PiS, afera gruntowa Morawieckiego itp. itd.

“Zakrywanie” afer

Dalej jest „zakrywanie” afery uderzającej w PiS przez działania prokuratury i służb uderzające w opozycję i dostarczające żeru państwowym i prawicowym mediom. Nazajutrz po tym, jak wybuchła afera z farmą trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości, CBA weszło do mieszkań kilkudziesięciu osób, które przedstawiono jako „powiązane z aferą fikcyjnych faktur w Ratuszu Inowrocławia” (prezydentem tego miasta jest ojciec Krzysztofa Brejzy, szefa sztabu wyborczego PO, przy czym zarzuty w aferze lewych faktur postawiono akurat dwóm byłym działaczkom PiS pracującym w urzędach w Kruszwicy i Inowrocławiu, czego TVP Info już swoim widzom nie powiedziało).

Przy tej okazji CBA wkroczyło też do mieszkania byłej szefowej biura poselskiego Krzysztofa Brejzy, która nigdy nie pracowała w inowrocławskim Ratuszu. Taką metodę „zakrywania” własnych afer PiS regularnie stosuje od czasu pierwszych rządów Jarosława Kaczyńskiego w latach 2006-2007. Nawet wejście służb do Barbary Blidy, zakończone jej tragiczną śmiercią, nastąpiło dokładnie w momencie, kiedy Jarosław Kaczyński pozbywał się Marka Jurka, obóz władzy był pogrążony w kompromitującym kryzysie wewnętrznym i trzeba było dostarczyć jakiegoś „zakrywającego” żeru prawicowym dziennikarzom.

UŻYCIE PROKURATURY I SŁUŻB DO ODWRACANIA UWAGI OD PIS-OWSKICH AFER, W RYTMIE POLITYCZNYCH POTRZEB PARTII RZĄDZĄCEJ, JEST SPRAWĄ, KTÓRA POWINNA BYŁA DOPROWADZIĆ JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO, ZBIGNIEWA ZIOBRĘ, MARIUSZA KAMIŃSKIEGO PRZED TRYBUNAŁ STANU PO ROKU 2007 I POWINNA ICH TAM DOPROWADZIĆ DZIŚ.

Jest wreszcie „zakrywanie” afer PiS kolejnymi obietnicami wypłat pieniężnych dla elektoratu. Po wybuchu afery w Ministerstwie Sprawiedliwości premier Mateusz Morawieckie w specjalnym wystąpieniu „zagwarantował”, że trzynasta emerytura będzie wypłacana co roku.

Profesjonalizm tej władzy w „zakrywaniu” własnych afer, a także w produkowaniu hejtu uderzającego w przeciwników politycznych, środowiska zawodowe, mniejszości, głęboko kontrastuje z jej kompletną nieudolnością w rządzeniu państwem. Podczas prowadzonej już od czterech lat wojny Kaczyńskiego, Ziobry, Morawieckiego i Dudy z polskimi sędziami terminy oczekiwania na rozprawę wydłużyły się, jakość obsługi polskich obywateli w sądach spadła, podstawowe dla demokratycznego Zachodu, a także zagwarantowane w polskiej konstytucji „prawo obywatela do sądu” stało się w pośmiewiskiem. Podobnie jak prawo Polaków do powszechnej, bezpłatnej opieki zdrowotnej czy prawo do nauki w wybranej szkole po „reformie” Anny Zalewskiej.

PiS potrafi profesjonalnie uprawiać hejt przeciwko polskim lekarzom, ale nie potrafi naprawić polskiej służby zdrowia. Potrafi uprawiać profesjonalny hejt przeciwko polskim nauczycielom, ale polską szkołę pogrążyło w kompletnym chaosie. Jest mistrzem hejtu przeciw sędziom, ale nie potrafiło zreformować polskiego sądownictwa. Kaczyński i jego ludzie umieją hejtować, ale nie umieją rządzić.

Reklamy

Wszyscy razem nakopiemy PiS-owi w żyć

2 Sier

Xerofas

OGŁOSZONE PRZED PAROMA DNIAMI JEDYNKI I WYŁANIAJĄCY SIĘ POWOLI KSZTAŁT LIST KOALICJI OBYWATELSKIEJ NA JESIENNE WYBORY – WSZYSTKO TO PRECYZYJNIE POKAZUJE STRATEGIĘ GRZEGORZA SCHETYNY. WOBEC NIEMOŻNOŚCI ZBUDOWANIA KOALICJI WSZYSTKICH OPOZYCYJNYCH PARTII SZEF PO POSTANOWIŁ ZBUDOWAĆ KOALICJĘ WSZYSTKICH DOJRZAŁYCH POLITYKÓW I POLITYCZEK ROZUMIEJĄCYCH, ŻE W JESIENNYCH WYBORACH ZETRĄ SIĘ ZE SOBĄ DWA OBOZY, WALCZĄCE O WYRAŹNIE RÓŻNE OD SIEBIE, PRZECIWSTAWNE WIZJE POLSKI, POLSKIEGO PAŃSTWA, POLSKIEGO SPOŁECZEŃSTWA, NASZEJ POZYCJI GEOPOLITYCZNEJ MIĘDZY LIBERALNYM I DEMOKRATYCZNYM ZACHODEM I ANTYLIBERALNYM, REZYGNUJĄCYM Z KOLEJNYCH DEMOKRATYCZNYCH INSTYTUCJI I PROCEDUR WSCHODEM – PISZE CEZARY MICHALSKI

Idea koalicji wszystkich opozycyjnych partii skończyła się po faktycznym „spenetrowaniu” (kupieniu, zastraszeniu, rozbiciu) PSL-u przez PiS. Ten proces zaczął się już w 2015 roku, kiedy setkom terenowych działaczy PSL zatrudnionych w instytucjach zależnych od państwa (agencje, banki, terenowa administracja) nowi PiS-owscy panowie postawili bardzo proste ultimatum: albo ty, twoi krewni, powinowaci, znajomi i polityczni klienci przechodzicie pod naszą kontrolę, albo zostajecie wyrzuceni z pracy, odcięci od pieniędzy, spauperyzowani i zmarginalizowani.

CZĘŚĆ LUDOWCÓW JUŻ WÓWCZAS PRZYJĘŁA OFERTĘ PIS-U, CZEGO KONSEKWENCJĄ BYŁ FATALNY WYNIK PSL W WYBORACH SAMORZĄDOWYCH 2018 ROKU.

Wielu lokalnych działaczy…

View original post 790 słów więcej

 

Klęska PiS musi być totalna. Z życia paskud 18

13 Lip

Zanim poczołgamy się wszyscy na kolanach Krakowskim Przedmieściem w przebłagalnej procesji za to, że kiedykolwiek przyśniło nam się w Polsce nowoczesne społeczeństwo i praworządne państwo, że kiedykolwiek zamarzyliśmy o gospodarce rynkowej, emancypacji, twardym i nieodwracalnym zakotwiczeniu Polski w centrum liberalnego Zachodu, zanim zaczniemy za to wszystko przepraszać zastanówmy się na moment nad tym, gdzie Platforma Obywatelska, Koalicja Obywatelska, Koalicja Europejska wygrały, a Jarosław Kaczyński przegrał politycznie i kulturowo. I jak tę jego klęskę na zawsze utrwalić.

Cały koszmarny i skrofuliczny sojusz tronu Jarosława Kaczyńskiego z ołtarzem Tadeusza Rydzyka przegrał w polskich miastach. I to polskie miasta trzeba będzie przed Kaczyńskim i Rydzykiem obronić, aby prędzej czy później odzyskać całą Polskę.

W wyborach samorządowych do roku 2014 włącznie (czyli także wówczas, kiedy rządziły koalicje SLD-PSL czy PO-PSL) wielu kandydatów PiS dostawało się do drugiej tury nawet w największych polskich metropoliach, takich jak Warszawa, Wrocław czy Kraków. Tymczasem w 2018 roku – po trzech latach rządów PiS używających wszystkich możliwych metod karania, zastraszania, korupcji i propagandy – poparcie dla autorytarnej prawicy w miastach zmalało, a kandydaci PiS zostali znokautowani już w pierwszej turze. Właśnie

TEN WYBÓR POLSKICH MIAST POKAZUJE, ŻE MODERNIZACJI W POLSCE NIE DA SIĘ ZATRZYMAĆ, A DEMOKRACJI ZNISZCZYĆ.

W dodatku Polska nie jest tutaj żadnym wyjątkiem, wręcz przeciwnie – potwierdza globalną regułę. Od Hongkongu po Stambuł, od Teheranu po Warszawę, od Caracas po Poznań, Trójmiasto czy Łódź – w każdym państwie i regionie świata, bez względu na dominującą religię, ustrój, a nawet etap społeczno-cywilizacyjnego rozwoju, to mieszkańcy metropolii i miast przeciwstawiają się autorytaryzmowi. Wszędzie są też podobnie znienawidzeni przez autorytarną władzę i jej ideologów. Epitet „lemingi”, który pod adresem liberalnych mieszczan wypromowała polska prawica, ma bowiem swoje bardzo dokładne odpowiedniki w antymieszczańskiej propagandzie Erdogana, Maduro czy ajatollahów.

Nowoczesność narodziła się w miastach

Dlaczego liberalne miasta buntują się pierwsze i dają się spacyfikować ostatnie – prawicowemu czy lewicowemu autorytaryzmowi? Otóż liberalna nowoczesność narodziła się w miastach. Przesądziły o tym związane z nimi nierozerwalnie awans społeczny, mobilność, własność, naturalne „wykorzenienie” (ucieczka z domu, zerwanie lub głębokie przenegocjowanie dawnej wiejskiej tradycji i tożsamości). Do tego dochodziły ponadnarodowe kontakty i naturalna międzykulturowość wielkich metropolii, będących często miastami portowymi.

To w miastach wybuchały wszystkie rewolucje, które zniszczyły feudalny porządek. W Londynie rozpoczęła się rewolucja Cromwella, w Paryżu rewolucja 1789 roku, a w Petersburgu rewolucja lutowa 1917 roku, parę miesięcy później spacyfikowana przez bolszewicki pucz.

DLACZEGO ZATEM NIE TYLKO NAJBARDZIEJ AUTORYTARNA PRAWICA, ALE RÓWNIEŻ ANTYLIBERALNA, TOTALITARNA LEWICA NIENAWIDZI MIAST? OTÓŻ REWOLUCJE, KTÓRE ROZPOCZYNAŁY SIĘ W MIASTACH, BYŁY REWOLUCJAMI MIESZCZAŃSKIMI, A NIE KOMUNISTYCZNYMI.

Wybuchały w imię awansu społecznego, wyzwolenia skrępowanych feudalnymi więzami ambicji „trzeciego, mieszczańskiego stanu”, a nie w imię „równości żołądków”.

Ideolodzy totalitarnej lewicy i prawicy nienawidzą miast, bo miasta i mieszczaństwo niszczą wszystkie ich założycielskie mity. W zderzeniu z bogactwem, rozwojem i wolnością miast nie ostaje się ani prawicowy mit idealnego feudalnego współżycia arystokracji i szlachty z ludem (nie mogło być „społecznej harmonii” tyłka i bata), ani lewicowy (dziś podzielany także przez radykalnych ekologów) mit wsi jako miejsca „komunizmu pierwotnego”, gdzie nie istniał „wyzysk człowieka przez człowieka”, a gospodarka nie zagrażała środowisku, bo była „reprodukcyjna, a nie eksploatacyjna”.

W dodatku zawsze okazywało się, że wieś nie jest wroga miastu, ale mu raczej zazdrości. Najbardziej ambitna młodzież wiejska masowo uciekała do miast w poszukiwaniu awansu, kariery, wolności. A później urabiała swoich rówieśników, a czasami nawet rodziców. W ten sposób

WIELKIE LIBERALNE METROPOLIE POTRAFIŁY ZMIENIAĆ TOŻSAMOŚĆ CAŁYCH OTACZAJĄCYCH JE REGIONÓW.

Także dziś miasta spędzają sen z oczu wszystkim antyliberalnym tyranom. Kilka dekad po zwycięstwie islamistów w Iranie Teheran oraz Isfahan stały się widownią najbardziej masowych wystąpień przeciwko władzy ajatollahów. W czasie krwawo stłumionych zamieszek z 2009 i 2018 roku żądania poprawy warunków życia mieszały się z żądaniami przywrócenia podstawowych obywatelskich i obyczajowych swobód. Także w Turcji po blisko dwóch dekadach niezagrożonej władzy Erdogana twierdzami opozycji pozostają największe i najbardziej zokcydentalizowane metropolie Turcji – Ankara, Stambuł i Izmir. Nawet w Wenezueli pierwszym liderem antychavezowskiej opozycji stał się Antonio Jose Ledezma Diaz, wybrany w 2008 roku na burmistrza Caracas, co było pierwszym zwycięstwem wenezuelskich demokratów nad populistyczną dyktaturą. Później został on aresztowany i zmuszony do opuszczenia kraju, jednak to miasta pozostają twierdzami oporu wenezuelskiej opozycji.

Polscy łowcy „lemingów”

Polska ma swoją własną odsłonę autorytarnej antymieszczańskiej rewolty. Politycznie zarządza nią lokalna odmiana sojuszu tronu z ołtarzem, czyli Jarosław Kaczyński i Tadeusz Rydzyk, którzy od kilku lat próbują pacyfikować polskie miasta jako „stolice liberalnego grzechu”. Jednak język i hasła tej antymieszczańskiej rewolty przygotowali prawicowi publicyści.

Krótko po katastrofie smoleńskiej w prawicowym Internecie pojawiło się pogardliwe określenie liberalnych mieszczan jako „lemingów”. W 2012 roku Piotr Zaremba zdefiniował „lemingi” jako „bezrefleksyjnych przeżuwaczy medialnych mądrości”, a Robert Mazurek opublikował „Alfabet leminga”, w którym posługując się jeszcze prostszymi epitetami przedstawiał polskich mieszczan jako warstwę społeczną całkowicie wyzutą z tradycji i tożsamości. Obu publicystom chodziło oczywiście o to, że większość polskiego mieszczaństwa nie załapała się ani na nacjonalizm, ani na upolityczniony katolicyzm, ani na posmoleńską martyrologię prawicy – skupioną wcale nie na cierpieniu bliskich ofiar, ale na budowaniu politycznego mitu, który Jarosławowi Kaczyńskiemu miał zapewnić władzę, a jego politycznym żołnierzom pieniądze i stanowiska.

W tym samym czasie Jarosław Marek Rymkiewicz przeciwstawiał współczesnej Warszawie – jako miastu zamieszanemu przez „słoiki”, „lemingi”, „ludzi bez tożsamości” – „prawdziwą Warszawę”, miasto cieni zmasakrowane w Powstaniu.

AUTORYTARNY KULT ŚMIERCI STAŁ SIĘ KOLEJNYM NARZĘDZIEM MAJĄCYM UPOKORZYĆ ŻYJĄCE LIBERALNE MIESZCZAŃSTWO.

To było oczywiste kłamstwo, bowiem zarówno „starzy warszawiacy”, jak też warszawskie „słoiki” chodziły na Powązki w rocznicę wybuchu Postania Warszawskiego. Jednocześnie jednak „Marsze Niepodległości” organizowane przez narodowców czy „miesięcznice smoleńskie” organizowane przez PiS nie stały się nigdy świętami starego ani nowego warszawskiego mieszczaństwa. Bardziej odnajdywało się ono w ekumenicznych uroczystościach organizowanych 11 listopada przez Bronisława Komorowskiego, czyli w gromadzących dziesiątki tysięcy warszawiaków spacerach pomiędzy pomnikami Daszyńskiego, Piłsudskiego, Witosa, Dmowskiego.

Skoro nie podziałał ideowy szantaż, polityczni liderzy prawicy postanowili złamać polskich mieszczan i miasta w sposób bardziej praktyczny. Po zdobyciu władzy przez PiS w 2015 roku do urzędów miejskich największych polskich metropolii ruszyli agenci CBA i prokuratorzy. Pod hasłami „audytu” i „ścigania gigantycznych nadużyć” na ponad dwa lata sparaliżowano miejskie inwestycje, zablokowano wykorzystanie środków unijnych przeznaczonych na rozwój polskich miast. Jednocześnie ustawy uchwalane przez PiS przesuwały na władze miast kolejne obowiązki w zakresie edukacji, ochrony zdrowia, walki ze smogiem, a nawet gospodarki odpadami i recyklingu śmieci. Jednocześnie nie przyznając na ich realizację nowych funduszy, a nawet ograniczając dotychczasowe źródła finansowania.

MA TO DOPROWADZIĆ POLSKIE MIASTA DO BANKRUCTWA, POKAZAĆ, ŻE WŁADZE „WYBRANE PRZEZ LEMINGI” NIE RADZĄ SOBIE I MUSZĄ BYĆ ZASTĄPIONE PRZEZ PISOWSKICH KOMISARZY.

Podobny sens ma próba przejęcie przez rząd Mateusza Morawieckiego kontroli nad wszystkimi unijnymi środkami, także tymi adresowanymi do metropolii i miast. Doprowadziło to do zablokowania ośmiu miliardów euro przeznaczonych w obecnym budżecie UE na walkę ze smogiem.

Miasta nie obronią się same

Miasta nie obronią się same, z tego punktu wiedzenia dzisiejszy przedwyborczy sojusz samorządowców i prezydentów największych polskich metropolii z partyjną opozycją wydaje się czymś naturalnym. Platforma Obywatelska musi bronić miast i ma ku temu bardzo ważne narzędzie, którym jest pozycja tej partii i wysłanych przez nią do Brukseli reprezentantów w różnych instytucjach Unii Europejskiej – w najsilniejszej w Europie politycznej frakcji chadeckiej, w Parlamencie Europejskim, wśród ludzi broniących demokracji i praworządności w Komisji Europejskiej czy Radzie Europejskiej.

JUŻ TYLKO SPÓR O PIENIĄDZE NA WALKĘ ZE SMOGIEM POKAZAŁ, ŻE BRUKSELA NIE POZWOLI RZĄDOWI PIS PRZECHWYCIĆ WSZYSTKICH UNIJNYCH ŚRODKÓW, ŻEBY TUCZYŁ SIĘ NA NICH TADEUSZ RYDZYK I DZIAŁACZE PARTYJNI RÓŻNYCH NURTÓW „ZJEDNOCZONEJ PRAWICY”.

Aby jednak Polska nie traciła unijnych środków w sposób nieodwracalny, trzeba rozpocząć konsekwentną kampanią na rzecz przekazania choćby części pieniędzy traconych przez PiS-wski rząd bezpośrednio do budżetów polskich samorządów i miast. To nie jest walka łatwa i prosta, choćby dlatego, że Czechy, Słowacja, Grecja, Włochy… już zgłosiły się po unijne pieniądze, które rząd PiS uznał za niepotrzebne. Jednak politycy tacy jak Róża Thun, Jan Olbrycht, Danuta Huebner, Janusz Lewandowski, Radosław Sikorski są do takiej walki przygotowani i powinni ją rozpocząć już dzisiaj. Mają rozpoznawalność, kontakty, kompetencje.

PIS BĘDZIE DALEJ ZARZYNAŁ POLSKIE SAMORZĄDY I MIASTA, WYNIKA TO Z JEDYNEJ ZAUWAŻALNEJ DOKTRYNY KACZYŃSKIEGO, KTÓRA JEST DOKTRYNĄ ABSOLUTNEJ CENTRALIZACJI WŁADZY.

Ale jeśli walka o unijne pieniądze dla samorządów i miast zostanie choć w części przez polityków PO w Brukseli wygrana, jeśli przez to polskie miasta nie zbankrutują, wówczas Kaczyński połamie sobie zęby na Warszawie, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku. A połamawszy sobie zęby na polskich miastach, PiS prędzej czy później straci władzę w całej Polsce.

„Człowiek wolności” z Żoliborza wyraził ochotę premierowania Polsce. Popuścił przy okazji jakiegoś wywiadu. Nie wytrzymał.

Zniszczył polskie państwo prawa, a teraz chce stanąć na zgliszczach demokracji i stworzyć wieczną dyktaturę w stylu Orbana. Co za przekleństwo dla Polski.

Prezes może sobie pozwolić na taki nonchalant. Teren został odpowiednio zabezpieczony. Opozycja jest częściowo sparaliżowana. Sędziów się dyscyplinuje. Trochę protestują, ale zaraz zmiękną. Trzeba tylko powtarzać, że to „mafia”. Lud to kupi, bo „mafia” działa na wyobraźnię. Schetyna miota się i nie ma spójnego programu wyborczego. Media za chwilę się przykróci. Teraz więc jest czas na Kaczyńskiego.

Jeszcze kolano pociągnie kilka lat. Zresztą, nie będzie dużo chodził. Teraz, kurwa, ja. Nawet nie jako premier, ale jako król i zbawca. Ludzie będą mu dziękować, dzieci rzucać kwiaty. Wszyscy będą płakać ze szczęścia. Może dojdzie do koronacji? On tylko powie, że się poświęcił dla Polski. Nie chciał, bo jest raczej skromny, ale to było wezwanie od ojczyzny. Musiał więc na nie odpowiedzieć. Tak, tak – pokiwa smutno głową. Wawel ma murowany, zaraz obok Leszka.

Wcześniej unikał odpowiedzialności. Ale teraz jest mniejsze ryzyko. Są poprzednicy, na których można to i owo zwalić. Konflikt z Unią, przykładowo. Jeżeli zacznie eskalować, to on – „człowiek wolności”, jest nowy. Owszem, słyszał coś o tym, że zarzucają nam łamanie praworządności, ale on w tym w ogóle nie brał udziału. Był zwykłym posłem. Oglądał rodeo w telewizji i głaskał kota.

Teraz czuje się znacznie pewniej. Poparcie jest stałe. Opowieść o zamachu w Smoleńsku została podmieniona na zagrożenie homoseksualistami. I to poszło. Lud jest wzburzony, ale posłuszny. Jeżeli trzeba, to się go nakarmi jakąś opowieścią o pedofilach z LGBTQ, którzy gwałcą 3 -letnie dzieci. „To może być twoje dziecko!” Kurski pokaże takie hasło kilka razy u siebie. Lud jest czuły na takie opowieści. Jak łatwo być premierem w Polsce!

Premier 1000-lecia, człowiek wolności oraz największy strateg i myśliciel! Ach! Ach! Ach! Oczywiście tylko wtedy, jeżeli PIS wygra jesienią wybory. Morawiecki zostaje. Będzie listkiem figowym, czy raczej krawatem i białą koszulą na zewnątrz Polski. Taki bufor. Jak coś, to będzie świecił za niego. Niech on użera się z Unią i różnymi komisjami. I z tą Niemką, co ją wybrali. Niech rozmawia z kim chce. Tymczasem prezes zajmie się Polską – swoim królestwem. Po co mu „Srebrna”? Tutaj jest wszystko. Tylko brać.

Jego kot aż parsknął z uciechy.

Spółki Skarbu Państwa od zawsze były uważane przez polityków za łatwy łup, aby ustawić swoich ludzi, którzy wzbogacali się na wysokopłatnych stanowiskach i często bardzo wysokich odprawach. Skala i koszty tego zjawiska urosły jednak za rządów Prawa i Sprawiedliwości do nieznanych wcześniej rozmiarów. Stało się tak wbrew deklaracjom rządzących o walce z układami, ponieważ jak wynika z raportu NIK, ten ma się w najlepsze. Kontrolerzy wykazali bowiem, że od czasu objęcia rządów przez PiS koszty odpraw i odszkodowań m.in. za zakaz konkurencji dla odchodzących managerów osiągnęły rekordowe rozmiary. Dla przykładu w badanych spółkach w latach 2011-17 same tylko odprawy dla odwołanych członków kadry kierowniczej kosztowały niemal 73 mln zł. Ponad jedna trzecia omawianych kosztów to rok 2016 – ponad 25 mln zł. Drugi w kolejności był rok 2015 – ponad 15 mln zł i rok 2017 – kolejne 9,27 mln zł. W sumie omawiane trzy roczniki to ponad 50 z 73 mln zł odpraw, w wyniku czego PiS odpowiada za 69,5 proc. wypłaconych świadczeń.

Równocześnie odszkodowania z tytułu zakazu konkurencji osiągnęły za rządów PiS także nieznane w historii rozmiary. Przez cały badany okres takie świadczenia dostało 547 osób, a łączna ich suma wyniosła ponad 147 mln. Najwięcej z tej kwoty również wypłacono już po przejęciu władzy przez PiS – 67% całej sumy.

Kluczem do zrozumienia opisanej sytuacji jest “układ”, jaki PiS zaczęło po przejęciu rządów budować w spółkach. Rządzący potrzebowali pozbyć się dotychczasowych kadr, nie bacząc na ich kompetencje czy warunki umów. Stąd zdecydowano się na ekonomicznie niekorzystne dla państwowych firm decyzje, aby “kupić” sobie natychmiastowe odejście niechcianych ludzi. W raporcie bowiem NIK “uznała za niegospodarną praktykę polegającą na zawieraniu porozumień z członkami kadry kierowniczej, w ramach których, w zamian za zgodę na natychmiastowe odejście z pracy wypłacano im wyższe odprawy i odszkodowania, a także ekwiwalenty z tytułu niewykorzystanych urlopów – przy równoczesnym zwolnieniu z obowiązku świadczenia pracy w okresie wypowiedzenia.”NIK wskazał przy tym, że częstą praktyką było kierowanie niechcianych ludzi na wysoko płatne urlopy, marnując posiadane przez nich kwalifikacje:

“Takie wielomiesięczne urlopy osób wykształconych, z dużym doświadczeniem zawodowym (zwłaszcza menedżerskim) jest także niekorzystne z punktu widzenia rozwoju gospodarki narodowej.”

Widać zatem wyraźnie, że dobro publiczne nie stało wówczas dla PiS na pierwszym miejscu.

Kontrolerzy obnażyli także skalę karuzeli stanowisk. W jednej z dużych Spółek Skarbu państwa wykazano bowiem, że “Spośród 88 dyrektorów, zwolniono 72. Wśród nich 41 osób zajmowało swoje stanowiska krócej niż dwa lata, 12 osób mniej niż rok. NIK uznała taką politykę kadrową za niewłaściwą, ponieważ zbyt częste zmiany na stanowiskach kierowniczych nie mogą pozytywnie wpływać na jakość zarządzania”.

Opisany dokument jest doskonałym studium o tym, jak rządzący zbudowali swój, obecnie bardzo potężny, układ w spółkach Skarbu Państwa. Kolejne doniesienia o “Misiewiczach”, wojnach partyjnych frakcji o spółki, czy “dobrowolne” wpłaty osób pełniących funkcje kierownicze w państwach gigantach na partyjne fundusze wyborcze pokazują, że majątek publiczny stał się jednym z filarów obecnej władzy. Jest to potężne zaplecze, które daje władzy olbrzymie możliwości, co pokazała choćby Polska Fundacja Narodowa. Jednak im dalej idą tego typu praktyki, tym większa jest hipokryzja władzy wobec jej własnych wyborców, a równocześnie rosną szkody gospodarcze wynikające z nieodpowiedzialności zarządzania opartego nie na ekonomicznych, ale politycznych przesłankach.

W Koalicji Obywatelskiej jest miejsce dla konserwatystów i lewicy, wierzących i niewierzących, z miasta i ze wsi. Ale nie ma miejsca na politykę transakcyjną. Jeśli dla kogoś różnica między Koalicją a PiS jest tylko w tym, ile gdzie można dostać stołków – droga wolna – mówił przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna, otwierając Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej. Przez dwa dni eksperci razem z politykami Koalicji mają rozmawiać o programie wyborczym na jesienne wybory parlamentarne.

Rozmowy o programie

Przez dwa dni w trakcie  Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej odbywać się będą dyskusje dotyczące najbardziej istotnych kwestii, m.in. edukacji, polityki społecznej, służby zdrowia, gospodarki i praworządności. Na Forum nie zabraknie też takich tematów jak opieka nad seniorami, sprawy kobiet i młodzieży, cyfryzacja, sport czy budownictwo.

Rozmowy odbywają się na 50 panelach w Pałacu Kultury i Nauki, biorą w nich udział nie tylko politycy opozycji, ale też przedstawiciele nauki, organizacji pozarządowych, publicyści, samorządowcy. Przed Pałacem stanął specjalny namiot społeczny.

Schetyna: W KO jest miejsce dla wszystkich

– Czas partyjnych gier już minął. Prawda musi pokonać bezprawie, miłość pokona nienawiść, a rozsądek pokona agresję – zaczął Grzegorz Schetyna. – W Koalicji Obywatelskiej jest miejsce dla konserwatystów i lewicy, wierzących i niewierzących, ludzi z miasta i wsi! Ale nie zgodzę się na wprowadzanie do koalicji polityki transakcyjnej. Jeśli ktoś rozumuje jedynie na zasadzie: kto da więcej, to do nas nie pasuje – podkreślał.

Schetyna przekonywał, że celem Koalicji Obywatelskiej jest godzenie Polaków i tworzenie prawdziwej wspólnoty: – Polski nie można sobie wyszarpywać – trzeba ją wspólnie budować, razem urządzać i zgodnie w niej żyć. To jest cel Koalicji Obywatelskiej!

Przekonywał, że opozycja po wygranych wyborach wróci do polityki opartej na konsensusie. – Proponujemy zupełnie inną politykę. Musi być ona oparta na stałym dialogu i szczerości. To nas musi odróżniać od obecnej, dzisiejszej władzy. Nawet jeśli ma to oznaczać przyznanie się do błędu – podkreślił.

500 Plus zostanie

Zdaniem lidera PO obecny rząd zapomina o pracujących i płacących podatki Polkach i Polakach, dla których KO będzie miała ofertę. Jednocześnie podkreślił, że programy socjalne, jak 500 Plus czy obniżenie wieku emerytalnego, nie zostaną zabrane.

– Jeśli pada pytanie o wiek emerytalny, o słynne 67 lat, to przyznajemy: to był błąd, można to było przeprowadzić na zasadzie dobrowolności i zachęt, a nie przymusu – powiedział Grzegorz Schetyna.

Służba zdrowia i edukacja wymagają natychmiastowej naprawy

Grzegorz Schetyna podkreślał też w swoim wystąpieniu obecną sytuację w szkołach. Ze względu na kumulację rocznika przy rekrutacji do liceum, spowodowaną reformą edukacji PiS-u, w szkołach trwa chaos, a wielu uczniów nie dostało się do wymarzonych szkół, często nawet mając świadectwo z czerwonym paskiem.

– Czy to nie chore, że tysiące zdolnych uczniów nie dostało się w tym roku do liceum? Przedstawicielka władzy odpowiedzialnej za bałagan śmiała im nawet powiedzieć, że “marzenia nie zawsze się spełniają” – mówił lider PO.

– W Polsce zaczyna brakować lekarstw. Smog przekracza dopuszczalne granice. Ludzie chorują, zdrowy rozwój dzieci jest zagrożony. A co robi ta władza? Sprowadza bez opamiętania rosyjski węgiel i tony śmieci! – mówił Grzegorz Schetyna.

Forum Programowe Koalicji Obywatelskiej ma być ostatnim etapem tworzenia programu wyborczego. Wcześniej w ramach akcji #POrozmawiajmy politycy opozycji jeździli po kraju, aby poznać opinię ludzi.

Grzegorz Schetyna zapowiedział, że w sobotę Koalicja Obywatelska przedstawi główne kierunki nowego programu wyborczego.

Czym dzisiaj jest prawo? To tylko narzędzie, z którego PiS korzysta bardzo wybiórczo, by realizować własne cele.

Niestety, nie mogę powtórzyć za Marylą Rodowicz, że „ja to mam szczęście/Że w tym momencie/Żyć mi przyszło/ W kraju nad Wisłą/ Ja to mam szczęście”. To nie szczęście, tylko najzwyczajniejszy pech. Najpierw zaliczyłam PRL, a teraz los obdarował mnie rządami partii, która poza populizmem, dyletanctwem, manipulacją i arogancją, niczego dobrego w rozwój mojej Polski nie wnosi.

A jeszcze niedawno, trzydzieści lat temu, wydawało się, że najgorsze mamy z głowy. Wreszcie wolność odmieniana na wszelkie możliwe sposoby. Wreszcie świat stanął otworem, przestała nas dusić ta szarość i marazm, a prawa człowieka wreszcie zaczęły coś znaczyć. Fakt, demokracja w pampersach wciąż raczkowała, popełniono wiele błędów, było sporo wykluczonych społecznych, korupcja i nepotyzm miały się nieźle, jednak…  nic i nikt nie przeskoczył tego, czym od 4 lat katuje nas PiS. Ani się człowiek obejrzał, a już wrócił PRL w swojej najgorszej postaci, przekroczono granicę, za którą już tylko bylejakość, totalna samowolka i zupełnie niezrozumiałe przez normalnie myślących działania, niszczące nas jako naród i Państwo.

W pisowskiej Polsce prawo przestało być prawem. Łamanie Konstytucji, odejście od trójpodziału władzy, sposób procedowania i wprowadzania ustaw, dzielenie Polaków na tych, co to prawo ich chroni i tych, którym dowala, przekracza wszelkie normy obywatelskiego rozumienia. Mówiąc krótko, to jeden wielki chaos i wręcz anarchia, zafundowana nam w imię… no właśnie, w imię czego? Leczenia własnych kompleksów i niedowartościowania, żądzy władzy ponad wszystko, rozdmuchanego ego?

Taka jest właśnie ta „władza ludu”, co usiłuje nam prezes wbić do głów i przekonać, że o niczym innym nie marzyliśmy. I tenże właśnie „lud”, czyli politycy PiS i zjednoczone z nimi partyjki Ziobry i Gowina, karmią takimi głodnymi kawałkami, przekonani, że dajemy się na to nabrać i jak bezwolne owieczki pójdziemy za guru Kaczyńskim nawet na samo dno.

Czym dzisiaj jest prawo? To tylko narzędzie, z którego PiS korzysta bardzo wybiórczo, by realizować własne cele. Przeinacza się to prawo, wprowadza jakieś debilne poprawki, manipuluje nim na wszystkie strony, a wszystko to w jednym celu – by pod płaszczykiem reformy prawa, walki z sędziami komunistami, usuwać tych, którzy nie chcą iść na smyczy, zarzucać sądy sprawami wrednej opozycji, co to śmiała zablokować marsz polskich faszystów, powiedziała coś nie tak, ośmieszyła wybrańca narodu i żądać przykładnego ukarania.

Zupełnie inne prawo stosowane jest do „swoich”. Nikt nie odważy się przesłuchać prezesa Kaczyńskiego w sprawie łapówki, dwóch wież i Srebrnej. Nikt nie odważy się zanegować decyzji Dudy, który przed uprawomocnieniem wyroku, objął amnestią swego kumpla Mariusza Kamińskiego. Pan Chrzanowski, zamieszany w aferę korupcyjną w KNF spokojnie bryluje na wolności. Nikt nic nie mówi o aferze we wrocławskim oddziale PCK, które wspomagało kampanię kolesi prezesa, „święte krowy” z PiS-u nie płacą mandatów i wiadomo, że nikt im nie podskoczy. Zgodne z pisowskim rozumieniem prawa jest skazanie Arabskiego za złą organizację lotu prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska, ale nikt nie ruszy Sasina, który z ramienia kancelarii prezydenckiej ten lot przygotowywał od A – Z i o tym wiedzą wszyscy. Jego już prawo nie obowiązuje. Sędzia Izby Cywilnej SN, kumpel Ziobry, Zaradkiewicz wydaje zakaz wykonywania czynności kierowniczych prezesowi tejże izby w SN. A co, wolno mu przecież…

Prokuratorzy stają na uszach, by bronić naziolków, sądy np. w Białymstoku umarzają sprawy agresji i rozpowszechniania postaw niezgodnych z prawem. Nazywają marsze narodowców niewinną zabawą chłopców i dziewczynek, czczenie urodzin Hitlera prywatną imprezką, rzucanie racami i obraźliwe okrzyki prowokacją ze strony opozycji. Wieszanie na szubienicach zdjęć europosłów z PiS to dla nich żaden powód do wszczęcia postępowania karnego, a tylko niewinny wybryk. Atak osiłków na mizernej postury działacza KOD to tylko przepychanka i to ów koder ponosi winę, bo się na nich rzucił. Za to władza udaje ślepą i głuchą, gdy atakowani są politycy partii opozycyjnych, najczęściej zasłaniając się „niewykryciem sprawców” jak w przypadku oblania wolontariuszy Róży Thun fekaliami.

Przykładów mogłabym mnożyć i mnożyć, ale jedno jest pewne. Dzisiaj obowiązuje tylko to prawo, które wyznacza partia rządząca, więc drżyj narodzie, bo nie znasz dnia ani godziny, gdy wejdą do ciebie o świcie i zaskoczony dowiesz się, że jesteś przestępcą.

Zagłada Polski. To rzeczywisty program PiS

22 Czer

13-letnia Inga Zasowska zwraca uwagę polityków na fatalny wpływ ich polityki na klimat. Mimo że kilka dni temu zakończyła rok szkolny to, zamiast oddawać się beztrosce wakacji, zdecydowała udać się przed Sejm, aby zaprotestować.

Polska zablokowała europejską neutralność klimatyczną. – Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza – komentuje Andrzej Halicki, europoseł PO. Poza tym KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem są wydawane nieefektywnie i stawia ultimatum. Polska może stracić część unijnych pieniędzy.

Idea została zablokowana przez rządy Polski, Węgier, Czech i Estonii. Dlaczego? Oficjalnym powodem jest brak doprecyzowania, jak ma wyglądać droga do neutralności klimatycznej.

Unia Europejska chciała określić konkretne ramy, które pozwoliłyby osiągnąć w 2050 r. neutralność klimatyczną. Ów termin nabrał mocy pod koniec ubiegłego roku, kiedy stało się jasne, że UE chce szybciej wdrażać w życie postanowienia Porozumień Paryskich. Zwłaszcza po tym, jak wycofał się z nich prezydent USA Donald Trump.

Oczywiste jest, że taka strategia uderzy w gospodarki w sporej mierze uzależnione od węgla. Ta nad Wisłą oparta jest na czarnym złocie w ok. 77 proc.

„Premier Morawiecki broni interesów Polski ws. polityki klimatycznej. Cel: uczciwe rozłożenie kosztów ochrony klimatu z uwzględnieniem specyfiki krajów. Cele klimatyczne ważne tak samo jak sposoby ich realizacji zapewniające bezpieczeństwo obywateli, przedsiębiorców i gospodarki” – tak postawy premiera Mateusza Morawieckiego bronił rzecznik rządu Piotr Müller.

Ale innego zdania są politycy opozycji

PO: Polityka rządu szkodzi zdrowiu Polaków

– Zaciągnięcie hamulca w sprawie zintegrowanego, wspólnego, spójnego i intensywnego projektu dotyczącego neutralności klimatycznej to polityka samobójcza. Egoistyczne interesy rządu przedkłada ponad zdrowie Polaków. (…)  Trujemy siebie, ale nie tylko siebie, trujemy całą Europę i staliśmy się z lidera krajem, który jest politycznie na marginesie. A w tym największym cywilizacyjnym wyzwaniu stajemy się czarną owcą – komentuje europoseł PO Andrzej Halicki.

Według polityków PO takie weto to skandal. Zwracają uwagę na to, że nie tylko nie ograniczamy emisji CO2, ale także sprzeciwiamy się wprowadzeniu działań, które mogą powodować neutralność, takich jak zalesianie czy instalacje pochłaniania CO2. – Polska potrzebuje zmian w bilansie energetycznym. Potrzebujemy coraz więcej zielonej zamiast brudnej energii – mówi rzecznik PO Jan Grabiec.

– Samym wetem niczego nie załatwią. Jeżeli rząd prowadziłby politykę proekologiczną, mógłby wzmacniać swój głos na szczytach europejskich i pozyskiwać więcej środków dla Polski. Cała Europa widzi, że premier Mateusz Morawiecki jest lobbystą na rzecz rosyjskiego węgla, bo importujemy rekordowe ilości rosyjskiego węgla – dodaje.

„Czyste Powietrze” pod okiem Brukseli

KE ostrzega, że pieniądze na walkę ze smogiem przez NFOŚ wydawane są nieefektywnie. I stawia ultimatum – albo przejmą tę rolę komercyjne banki, albo Bruksela nie da więcej pieniędzy.

Taki list trafił na biurko ministrów rządu oraz pełnomocnika ds. programu „Czyste Powietrze”. Dotarła do niego „Gazeta Wyborcza”. Rząd ma czas do 21 czerwca, aby podjąć decyzję, czy dostosuje się do zmian w programie, czy zrezygnuje z 6-8 mld euro wsparcia unijnego na walkę ze smogiem.

– Kiedy przychodzi do działania, to mamy takie efekty jak z programem „Czyste Powietrze”, gdzie planuje się wymianę 40 tys kotłów, a powinno się w tym roku wymienić 400 tys, żeby to miało sens. Nic dziwnego, że KE stawia warunki i żąda, aby rząd działał energiczniej w tym zakresie. Żeby nie tworzył barier biurokratycznych, nie kierował pieniędzy do działaczy partyjnych, którzy obsiedli rządowe instytucje, ale do samorządów i ludzi, którzy chcą wymieniać piece – mówi Jan Grabiec.

Przypomnijmy, rocznie z powodu smogu umiera 40 tys. osób.

Dziennikarz Adam Wajrak o zachowaniu polskiego rządu w czasie szczytu klimatycznego Unii Europejskiej.

Więcej >>>

Niewiele osób wie, że dziś obchodzony jest Dzień Przedsiębiorcy. Został wprowadzony w 2016 r. w wyniku przyjętej przez Sejm – głosami posłów PiS – uchwały. Ale premier pamiętał i postanowił złożyć biznesmenom życzenia. – „Wszystkim przedsiębiorcom – z okazji Waszego święta – chciałem podziękować za wkład w polskie PKB i gospodarkę. Życzę Wam nade wszystko dynamicznego rozwoju – rośnijcie, zatrudniajcie i rzucajcie wyzwanie światowym korporacjom, bo wiem, że jesteście w stanie osiągać wszystko” – napisał Mateusz Morawiecki na Twitterze.

„I dlatego mój rząd wprowadził dla was niekorzystne zmiany w rozliczaniu zakupu i eksploatacji firmowych samochodów, podniósł wam składkę ZUS, a żebyście mogli płacić wyższe kary za błędy w interpretacji przepisów podatkowych podniósł opłatę za interpretację o 5 000%”; – „Jako przedsiębiorca mam jedną prośbę. Niech Pan o nas zapomni”; – „I płaćcie coraz wyższe daniny, aby rządzący mieli za co kupić wyborców”; – „Tak jest, przedsiębiorcy, pracujcie ciężko na podatki, żeby PiS miał z czego rozdawać. A jak nie będziecie tego robić, to i tak PiS będzie rozdawał, a długi będą spłacać wasze dzieci”; – „Socjalistyczna władza was wydoi ale poza tym życzy wam wszystkiego najlepszego. Panie premierze pan to jest niezły jajcarz” – komentowali życzenia premiera internauci.

Morawieckiego krytykowali nawet prawicowi dziennikarze i blogerzy. – „Wszystkim przedsiębiorcom dziękujemy, że możemy was doić i obiecujemy, że będziemy was doić dalej jeszcze bardziej” – napisał Łukasz Warzecha z „Do Rzeczy” i wp.pl. A Kataryna dodała: – „Do podziękowań dołączam wyższy ZUS dla samozatrudnionych już od przyszłego roku”.

Jeden z internautów postanowił bronić partii rządzącej: – „PiS obniżył CIT dla małych i średnich przedsiębiorstw z 19% do 9%”. Spotkał się z natychmiastową ripostą: – „Tak? A ilu Polaków skorzystało? Spółki z obcym kapitałem. Dlaczego nie ma poważnej pomocy dla firm jednoosobowych? Propaganda medialna, a zarzynane są polskie małe firmy. Obywatele są wolni, gdy mogą sami swobodnie prowadzić własny biznes, a dziś lepiej pracować u kogoś niż na swoim”.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy – pisze Cezary Michalski. „Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot”

Wśród „dobrych ludzi” w liberalnych mediach (pojęcie „dobrego człowieka” pożyczam od Bertolta Brechta, który nie widział gorszego szkodnika, niż „dobry człowiek” na polu politycznej walki) zapanowała moda na argument o „pogardzie liberalnego elektoratu dla elektoratu PiS” jako największym problemie polskiej polityki, głównej przyczynie porażek z Kaczyńskim. Podejmują ten wątek poważni i niepoważni komentatorzy, nawet politycy. Szczególnie po wyborach do Parlamentu Europejskiego, w których Koalicji Europejskiej udało się zdobyć prawie 40 procent głosów, ale nie udało się pokonać PiS, które znów skutecznie posłużyło się szatańską mieszanką przekupstwa, nienawiści i strachu.

Zamiast zastanawiać się, jak w tej sytuacji, przed jesiennymi wyborami, zmobilizować własny elektorat,

specjaliści od „przepraszania” robią wszystko, żeby te 40 procent głosów przed jesienią zmarnować, zdemobilizować, spacyfikować poczuciem winy.

Warto więc przypomnieć, że pierwsze salwy w ostatniej (sięgającej co najmniej katastrofy smoleńskiej) odsłonie politycznej, kulturowej, bez mała cywilizacyjnej wojny w Polsce wystrzelił Jarosław Kaczyński oraz jego „tożsamościowa” prawica. I od razu użyli broni masowego rażenia oraz brudnych bomb. Od „zamachu w Smoleńsku” po „lemingi” (które miały tworzyć zdegenerowaną mieszczańską elitę społeczną III RP), od „kondominium” (którym rzekomo była Polska po roku 1989, a później Polska jako kraj członkowski UE) po „drugi sort”, „komunistów i złodziei”, „zdradzieckie mordy” (jak Jarosław Kaczyński, a w ślad za nim liderzy prawicowej opinii publicznej nazywali swoich politycznych konkurentów, przeciwników czy uczestników społecznych protestów przeciwko łamaniu konstytucji i praworządności przez rządzące już PiS).

W dodatku Kaczyński i jego ludzie nie tylko przekraczali granice językowej poprawności czy nawet prostej uczciwości, ale łamali też konstytucję i prawo, niszczyli instytucje i ludzi.

Tragicznym finałem tego procesu było zamordowanie Pawła Adamowicza przez człowieka całkowicie nafaszerowanego PiS-owskim językiem nienawiści, którego upowszechnianiu od czterech lat służą także całe państwowe media.

Tymczasem dziś – i to od wielu bynajmniej niepisowskich „symetrystów”, celebrytów, liderów opinii publicznej – dowiadujemy się, że to „liberalny elektorat pogardza”, że to ofiary PiS-owskiego języka nienawiści są winne i muszą przeprosić. Od dziewcząt i chłopców (nieraz już przed trzydziestką, ale wciąż pozostających dziećmi pod parasolkami tatusiów i mam), tkwiących głęboko w swoich elitarnych bańkach, w których rozmawiają tylko ze swoimi przyjaciółmi i przyjaciółkami, bo każde wyjście z „safe space” powoduje u nich traumę wymagającą długotrwałej terapii, słuchamy opowieści o konieczności „wyjścia z liberalnej bańki do ludu”. Słuchamy też sentymentalnych i kiczowatych opowieści o „podzielonych rodzinach”, w których „trzeba rozmawiać z wujkami głosującymi na PiS”.

„Trzeba rozmawiać” staje się sentymentalnym banałem ukrywającym o wiele trudniejszą prawdę o tym, że trzeba się także spierać, oczywiście lepiej na argumenty, niż generalizujące wyzwiska, jednak bez fałszywej nadziei, że „jesteśmy jedną polską rodziną”, a winni naszych konfliktów i różnic są „politycy”, zwykle ci „liberalni”.

Ja też mam podzieloną rodzinę, z ogromną nadreprezentacją zwolenników i zwolenniczek PiS w pokoleniu dziadków i wujów. Zwykle są to ludzie, którzy przeszli znamienną ewolucję od oportunizmu w czasach późnego PRL do dzisiejszego entuzjazmu dla Tadeusza Rydzyka i Jarosława Kaczyńskiego. Bardzo często jest to połączone z całkowitym zakłamaniem własnej biografii z czasów PRL. Smętni oportuniści, którzy kiedyś nienawidzili Wałęsy czy Michnika dlatego, że Wałęsa i Michnik zawstydzali ich nawet w oczach ich własnych dzieci, dziś z wypiekami czytają książki i teksty Cenckiewicza, żeby móc nienawidzić Wałęsy i Michnika za to, że byli „agentami” czy „żydokomuną”.

Stanisław Piotrowicz jest dla tej formacji postacią bardzo reprezentatywną, bo przecież Piotrowiczów mamy w każdej naszej rodzinie. Jak z nimi rozmawiać, kiedy oni mają emocjonalny i biograficzny interes w tym, żeby w takiej rozmowie kłamać – od początku, do końca. A

Jarosław Kaczyński pomógł im to kłamstwo utwardzić i uporządkować.

Jest też w mojej rodzinie nadreprezentacja radykalnej lewicy w pokoleniu wnuków i wnuczek. Niektórzy z nich więcej wiedzą o językowych modach kulturowej lewicy w Ameryce czy Francji, niż o polskiej historii i współczesności. W mojej podzielonej rodzinie – tak jak w wielu innych – często się kłócimy, nie zawsze są nawet podstawowe warunki do cywilizowanej rozmowy, ostatnio wolimy rozmawiać o pogodzie i wczasach, niż o polityce, bo o polityce naprawdę nie da się już rozmawiać. Ja sam w późnym PRL-u zbuntowałem się przeciwko pokoleniu rodziców i wujów właśnie z powodu polityki. Dlatego nie wierzę w „rodzinną sielankę”, którą da się odbudować, gdy tylko zniknie „wyższościowy język liberalnej Polski”.

Za klucz do zwycięstwa lub choćby niepoddania się PiS-owi uważam raczej pełną mobilizację demokratycznej i prozachodniej Polski, niż jej językowe i tożsamościowe rozbrojenie pod hasłem „lepiej rozmawiajmy, niż się kłóćmy”. Oczywiście dobra i odpowiedzialna polityczna władza musi tego typu konflikt wygaszać. Zła władza celowo go radykalizuje.

Demokratyczna opozycja nie ma dzisiaj narzędzi, żeby wygaszać konflikt świadomie radykalizowany przez Kaczyńskiego, dla którego (a także dla jego zwolenników i sporej części wyborców) „prawdziwy pokój w Polsce” może zapanować tylko w społeczeństwie i państwie całkowicie ujednoliconym przez autorytarną władzę,

gdzie wszyscy będą „pomagać Kaczyńskiemu”, a nie mu „przeszkadzać i krytykować”, gdzie wszyscy będą konserwatywnymi katolikami, bo inne tożsamości czy wrażliwości to przecież „dewiacje” albo wręcz „satanizm”.

Jakiś czas temu w rzeszowskim dodatku „Gazety Wyborczej” ukazał się znamienny wywiad z posłem PiS z Podkarpacia. Dla niego nie tylko TVN, ale nawet media państwowe są „zbyt przepełnione konfliktem”, „zbyt agresywne”. Tu nasi „symetryści” powinni się ucieszyć, ale pointa tej opowieści człowieka całkowicie ukształtowanego już przez autorytarny model myślenia jest zaskakująca, bo za najbardziej „spokojne”, „wyciszone”, „unikające konfliktu”, a nawet „obiektywne medium” pan poseł (i wielu myślących podobnie jak on) uważa „media ojca Tadeusza Rydzyka, bo tam się nikt nie kłóci”.

Takiej chcecie zgody? Takiego dialogu? W takim razie musicie skapitulować przed Kaczyńskim, Rydzykiem, ale też ich wyznawcami w waszych rodzinach, w waszych środowiskach. Chcecie? Proszę bardzo. Ja nie chcę, więc odrzucam ten łatwy, kiczowaty bełkot.

Intelektualiści, a nawet publicyści, jeśli już nie chcą brać udziału w politycznym konflikcie, są przynajmniej zobowiązani do sprawdzania wiarygodności różnych jego stron, a nie do łykania ich hipokryzji czy wręcz przyłączania się do niej.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, który był bardziej trzeźwym obserwatorem naszego kraju, niż wielu dzisiejszych „ludzi dobrej woli”, napisał kiedyś, że Polsce (szczególnie w bardzo skłonnej do hipokryzji Polsce katolickiej) najbardziej niebezpieczny jest „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”.

Z kolei wybitny anglosaski intelektualista Robert Hughes, pisząc o największych patologiach współczesnego liberalnego świata, jego kampusów i mediów, stworzył określenie „lingwistycznego Lourdes politycznej poprawności”, gdzie wzajemne „nasładzanie się” członków akademickich elit, występujących zazwyczaj w imieniu wykluczonych, których wcale nie znają, w ogóle uniemożliwia prowadzenie sporów opartych o twarde argumenty i niewygodne diagnozy. Problem w tym, że uniemożliwia wyłącznie w obozie liberalnym, szantażowanym przez politycznie poprawną lewicę kulturową, bo w obozie prawicy pogarda i nienawiść wobec „liberałów”, „feministek”, „lemingów” i „elyt” szaleje w najlepsze, bez żadnych ograniczeń.

W zderzeniu dwóch obozów, z których jeden raźno wywija pałką (także medialną i językową), a drugi zamyka sobie usta i wiąże ręce, może wygrać tylko ten pierwszy.

Oczywiście

nieco inne są zobowiązania wobec polityków, oni muszą przynajmniej udawać otwarcie na wszystkich wyborców. A sprawując władzę naprawdę muszą tworzyć instytucje i prawa przeznaczone dla całej wspólnoty politycznej, niewykluczające nikogo. Jednak Jarosław Kaczyński nawet nie udaje, że się do tych zasad stosuje.

Nienawiść do przeciwników wyraża szczerze, a do instytucji państwa, do konstytucji i prawa podchodzi zgodnie z „moralnością Kalego”. Wykluczając ze wspólnoty i państwa opozycję oraz jej wyborców. Łamiąc prawo wszędzie tam, gdzie to mu jest wygodne.

Wyborcom Kaczyńskiego, „dobrym ludziom z naszych rodzin, którzy głosują na PiS”, w niczym to nie przeszkadza. Miłośnicy „językowego Lourdes” z liberalnych mediów nie potrafią wyjaśnić tego fenomenu. „Szanujemy wyborców PiS”, „szanujemy naszego wuja czy ciotkę”, podczas gdy oni głosują na człowieka, który wyklucza i wyraża nieskrępowaną pogardę wobec wszystkich swoich przeciwników. Organizuje nienawiść, dąży do likwidacji wszelkiej opozycji „bez żadnego trybu”, bo „krytykuje zamiast pomagać”.

Oni to uznają. Dlaczego? Jak ich przekonać? A co, jeśli popierają go właśnie dlatego, że jego pogarda, nienawiść są im bliskie, realizują jakieś ich podstawowe potrzeby, resentymenty, interesy? Żaden z uczestników „językowego Lourdes”, częstujący nas kiczowatymi opowieściami o „swoich wujkach i ciociach głosujących na PiS-u”, nie daje odpowiedzi na te pytania, nawet się nad nimi nie zastanowił. Całkowicie zadowala się emocjonalnym kiczem. Także dlatego, że ten emocjonalny kicz utrzymuje go w przekonaniu o własnej szlachetności.

Może spróbujmy jednak ten sentymentalny języczek portali społecznościowych trzymać z daleka od polityki. Szczególnie jako dziennikarze, intelektualiści, liderzy opinii publicznej, zamiast uprawiać „lingwistyczne Lourdes” czy inny „bełkot miłości skrywający byle jaką przemoc”, zajmijmy się klarownym opisem polskiej polityki. Tego, co jest w niej czystą walką, i tego, co jest w niej walką nieczystą.

Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych i religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle nie krzywdził innych ludzi.

Jest takie stare powiedzenie, że „ryba psuje się od głowy”. Kiedy rozglądam się po naszej Polsce, coraz bardziej widzę, że ta coraz bardziej śmierdząca ryba ma się u nas świetnie. Najważniejsze instytucje, czyli te, związane z polityką i Kościołem, podają nam wręcz na tacy te swoje, mocno nadgryzione zepsuciem, głowy. Przekroczyły już one wszelkie granice przyzwoitości, kultury i zamiast być dla nas obywateli wzorem, pokazują nam przerażające oblicze. Oblicze pełne nienawiści, hipokryzji, zakłamania, buty i arogancji. I dziwić się, że w tej sytuacji społeczeństwo chamieje na potęgę, radykalizuje się w tempie wręcz zastraszającym?

Popatrzmy, wczoraj trwały w Polsce obchody jednego z najważniejszych świąt katolickich, czyli Boże Ciało. Kiedyś to była naprawdę feta religijna, łącząca wiernych we wspólnym przeżywaniu. Kiedyś… ale nie dzisiaj. Dzisiaj niektórzy prominenci kościelni pokazali, jak można świetnie wykorzystać taki dzień do krzewienia nienawiści i kłamstw, np. arcybiskup Jędraszewski, który rozprawiał o deprawacji dzieci, bo taki przecież – według niego – jest cel karty LGBT i zaleceń WHO. Wydawałoby się, że człowiek wykształcony, rozumny, a tu takie słowa, w takim właśnie dniu. Czy arcybiskup Głódź, który w swojej homilii mówił, iż „Kościół znalazł się dziś pod ostrzałem nihilistycznych ideologii, za którymi idzie obdzieranie z autorytetu, społecznego szacunku i godności”.

Jak widać, każda okazja dobra, by pokazać wiernym, jaki „biedny” jest dzisiaj polski Kościół. Jaki prześladowany, niszczony, krzywdzony niesprawiedliwymi ocenami. Szkoda, że żaden z tych hierarchów nie ma w sobie na tyle pokory, by zauważyć, że już dawno przestali oni być przywódcami duchowymi, a stali się politykami w sukienkach. Jakoś nie mówią nic o tym, że dzisiaj są „świętymi krowami”, które za przyzwoleniem i pełnym wsparciem PiS-u taplają się w wielkim dobrobycie, majątkami aż kłują w oczy, roszczą sobie prawo do chrystianizacji kraju, narzucając wszystkim swoje chrześcijańskie poglądy, wieszając nam krzyże, gdzie popadnie, racząc nas mszami przy każdej okazji i pouczając naród, jak ma żyć, z kim i po co.

Czyż można więc dziwić się, że z jednej strony wielbiciele takich ludzi jak Jędraszewski czy Głódź najchętniej z szabelkami w ręce ruszyliby w obronie wiary przeciwko każdemu, kogo ci panowie wskazują im jako wroga? Czyż można się dziwić, że narasta coraz większy opór oraz niechęć tych, którym z takim Kościołem od dawna nie po drodze?

Jakże chętnie obie strony wychwytują z retoryki Kościoła to, co im pasuje. Nie szczędzą słów, byle by tylko jak najmocniej dowalić, zranić do bólu, dokopać na całego. Wierni, skupieni wokół tego Kościoła, który na kilometr śmierdzi zepsuciem i nie ma nic wspólnego z tym, co głosi papież Franciszek, coraz agresywniej atakują swoich przeciwników. A to walną różańcem w głowę, to krzyżem pomachają złowrogo przed nosem, chętnie oplują, obrzucą przekleństwami rodem z rynsztoka. Pojawili się jacyś Wojownicy Maryi, którzy z mieczami w ręce i za pełnym przyzwoleniem tej czarniejszej odmiany polskiego Kościoła, będą walczyć o Polskę chrześcijańską i polską rodzinę, oczywiście opartą na ich kryteriach. Toż to nic innego jak zgoda na krucjatę, stawiającą Polaka przeciwko Polakowi, mieszającą w głowach narodu, skłócającą, niszczącą jedność obywatelską.

Druga strona nie pozostaje dłużna, więc obrywa się wszystkim, jak leci. Katolik to katolik, wrzuca się ich do jednego worka i odbiera im się prawo do własnych przekonań i własnej wiary. Ciekawe to, bo ta strona żąda dla siebie tolerancji i zrozumienia, a sama aż przebiera nóżkami, by pokazać, że ta tolerancja i to zrozumienie należy się tylko jej, ale przeciwnikom już absolutnie nie. Gdzieś na Paradzie Równości ubaw po pachy, bo ktoś przyniósł transparent, na którym Madonny tańczące wokół waginy. Ktoś tam zbezcześci krzyż i ależ „frajda”.

Coraz mocniej, silniej, ostrzej. Coraz więcej zacietrzewienia, nienawiści. I po co to wszystko? Po co czerpać wzorce od tych, którym wydaje się, iż są ponad wszystko? Są jedynymi autorytetami, choć zamieniają nasze życie w szambo? A gdzie zwykły szacunek dla drugiego człowieka, jego przekonań, wiary, prawa do życia podług własnych zasad? Dokąd zmierzamy?

Może już czas wrzucić na luz. Krytykować za zło, ale nie potępiać w czambuł. Nie budować kolejnych murów i murków. Dajmy sobie prawo do własnego zdania, przekonań politycznych, religijnych. Niech każdy wierzy w to, co chce, byle tylko nie krzywdził innych ludzi i nie narzucał im siebie.

Trzeba wreszcie odsunąć się od tych, którzy naszą polskość znaczą dzisiaj nienawiścią, złością i agresją. Trzeba wreszcie pokazać tym politykom i prominentom kościelnym, że Polak to nie głupiec, swój rozum ma i wypisuje się z tej retoryki. Trzeba wreszcie piętnować za dzielenie nas jako narodu, a nie dostosowywać się i tańczyć tak, jak nam ci „pseudopasterze” zagrają. Trzeba wreszcie przestać traktować jak wroga każdego, kto myśli inaczej. Trzeba pozbyć się tych „głów”, bo za chwilę z całej ryby pozostaną już tylko cuchnące ości.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Jesienią wygramy!

29 Maj

Przegrana zawsze boli. Jednak mimo bólu do jesiennych wyborów musimy udowodnić, że nie jesteśmy „lemingami”. I w momencie najważniejszej próby nie podążymy w przepaść – chaotycznie i w rozproszeniu, do czego zachęca nas Jarosław Kaczyński, jego propagandyści, a także głupcy (często o nieskazitelnie „dobrych intencjach”), jakich nie brakuje w żadnym obozie, a więc także i w naszym – pisze Cezary Michalski

Skokiem w przepaść byłoby zniszczenie Koalicji Europejskiej – jedynej siły, która w tych wyborach oparła się PiS-owi i zdołała zebrać blisko 40 procent głosów. Koalicję Europejską trzeba wzmocnić, poszerzyć (raczej o część elektoratu Roberta Biedronia, niż o samego Naczelnego Narcyza III RP, który już publicznie odmówił udziału w negocjacjach dotyczących wspólnej listy opozycji w jesiennych wyborach).

Oczywiście trzeba zdiagnozować i naprawić błędy.

Trzeba przełożyć istniejący program Koalicji Europejskiej – ofertę dla edukacji, służby zdrowia, polskich przedsiębiorców prywatnych – na swego rodzaju „500 plus” dla nauczycieli, dla lekarzy i pielęgniarek, dla drobnych i średnich przedsiębiorców, dla młodych ludzi wchodzących na rynek pracy

albo naprawdę chcących się uczyć („naprawdę”, czyli uzyskując dobre oceny, zdając egzaminy i kończąc studia w terminie, a nie traktując z pozoru „łatwe” humanistyczne kierunki jako przedłużenie młodości na koszt rodziców i – no bo czemu nie – na koszt państwa, czyli innych młodszych i starszych Polaków).

Transferom socjalnym PiS-u trzeba przeciwstawić bardziej konkretną i obrazową – bo na poziomie „teoretycznego programu” ona istnieje i była przedstawiana na konwencjach, w dokumentach PO i KE – wizję ładu społecznego i gospodarczego, w którym ludzie nie są karani za przedsiębiorczość, naukę i pracę, nie traktuje się ich jak złodziei albo dojne krowy, ale gdzie państwo – poprzez ład podatkowy i prawny – motywuje ludzi chcących uczyć się, pracować i podejmować biznesowe ryzyko.

I trzeba się pogodzić z tym, że na razie nie uda się przekroczyć rowu z płonącą naftą, jaki wokół swojego elektoratu wykopał, wypełnił i podpalił Jarosław Kaczyński za pomocą „jarkowego” i prawicowej wojny kulturowej. Gdzie

nawet pedofilia w Kościele stała się narzędziem mobilizacji klerykalnego i eurosceptycznego elektoratu prawicy (bo to są „nasze patologie”, a „naszych patologii” trzeba bronić albo przynajmniej trzeba je bagatelizować, gdyż one są częścią „naszego suwerennego stylu życia”).

Do walki trzeba mieć armię

Czeka nas żmudna walka, raczej „krew, pot i łzy”, niż łatwe zwycięstwa w atmosferze ogólnego uznania i medialnego poklepywania po policzkach i plecach. Ale aby walczyć, trzeba mieć armię, sztab i dowódcę. Przeciwnik też to wie, dlatego od pierwszych godzin po wyborach do boju ruszyły PiS-owskie trolle (z niewielką, ale bardzo dobrze słyszalną pomocą głupców w obozie liberalnym), domagając się tylko jednego: zniszczenia Koalicji Europejskiej i pozbawienia jej lidera (Grzegorza Schetyny) lub grupy liderów (ludzi z PO, SLD, Nowoczesnej, PSL), którzy zdecydowali się na koalicję i nadal chcą jej bronić.

Pominę głupców, trendziarzy i toksyczne resztki po klęsce populistycznej lewicy. Ale dlaczego rozbicie KE stało się priorytetem Jarosława Kaczyńskiego przed jesiennymi wyborami do polskiego parlamentu? To raczej oczywiste.

Rozbicie Koalicji Europejskiej to gwarantowana większość konstytucyjna prawicy i totalne zniszczenie wszelkie politycznej opozycji wobec PiS. No bo nie było i nie ma po stronie opozycji żadnej alternatywy organizacyjnej dla KE. PSL poza koalicją to PSL całkowicie włączone do PiS-u.

Na tej samej zasadzie, na której od czterech lat PiS absorbuje lokalny aparat ludowców prostym szantażem: „przechodzicie do nas i zachowujecie pracę w państwowych agencjach obsługujących wieś albo próbujecie zachować niezależność wobec naszej władzy, a wtedy wy i wasze rodziny zdechniecie z głodu, a ci spośród was, którzy oprą się szantażowi finansowemu, zostaną rozwaleni przez służby Mariusza Kamińskiego”). SLD poza koalicją to SLD pod progiem wyborczym i nieistniejące. Nowoczesna poza koalicją, podobnie. Nawet PO poza koalicją to partia, która samodzielnie nie zdoła zagrodzić Kaczyńskiemu drogi do konstytucyjnej większości.

Kaczyński wie doskonale, że w przypadku rozbicia Koalicji Europejskiej będziemy mieli w Polsce „węgierski scenariusz”, w którym partia władzy wyposażona w pisaną pod dyktando wodza ustawę zasadniczą nie tylko totalnie zmarginalizuje opozycję polityczną zorganizowaną w partie, ale zniszczy także społeczeństwo obywatelskie wraz ze wszystkimi jego instytucjami. Mówiąc językiem Kaczyńskiego, partia władzy po rozbiciu opozycji politycznej „wymieni społeczne elity” na elity pisowskie (zamiast dobrego dyplomu czy ciekawego CV dysponujące legitymacją partii rządzącej). „Wymieni je” nie tylko w państwowych mediach czy na państwowych urzędach – co już widzieliśmy i znamy konsekwencje – ale także w sądach, w mediach prywatnych, w prywatnym biznesie.

A wówczas Polacy staną się niewolnikami rządzącej prawicowej monopartii, tak jak niewolnikami swoich monopartii są Rosjanie czy Węgrzy.

Na razie jest tak, że oni mają połowę Polski, my mamy połowę Polski. Jesteśmy podzieleni frontami kulturowymi, społecznymi. Oni swoją połowę zmobilizowali bardziej, niż my swoją połowę. Wyposażyli w prawicowe „media tożsamościowe”, czyli narzędzia bezwzględnej i jednolitej propagandy. Podczas gdy my ciągle mamy „liberalne media” – pluralistyczne, rządzące się czasem modami, czasem oportunistyczne, rządzące się prawami komercji.

Nasza reprezentacja polityczna musi zrobić ze sobą porządek, zacisnąć zęby, naprawić błędy, a wspólne listy wyborcze budować w taki sposób, żeby do opinii publicznej docierała tylko „zgoda”, a nie narcyzmy, egoizmy, ambicje poszczególnych osób.

Ale to od nas wszystkich zależy, czy jesteśmy przygotowani na Churchillowskie „krew, znój, pot i łzy”.

Biedroń dał Kaczyńskiemu zwycięstwo

Robert Biedroń wypełnił w tych wyborach swoje zadanie. Tym zadaniem nie była walka o głosy „niegłosujących” czy „socjalnych wyborców prawicy”, bo nigdzie tam się Biedroń nie przebił. Kanibalizował wyłącznie głosy oddane w wyborach samorządowych na Koalicję Obywatelską. Ale

wypełnił swoje faktyczne zadanie, którym od samego początku było zagwarantowanie Jarosławowi Kaczyńskiemu kilkuprocentowego zwycięstwa nad opozycją i odebranie zjednoczonej opozycji wystarczającej liczby wielkomiejskich liberalnych głosów, żeby nie mogła minimalnie wygrać lub choćby zremisować z PiS-em.

Liderzy Koalicji Europejskiej już w czasie wyborczego wieczoru zaprosili Biedronia do negocjacji na temat poszerzenia wspólnego frontu opozycji przed jesiennymi wyborami. On jednak zaproszenie odrzucił udając, że 6 procent głosów (nie tak daleko od wyborczego progu) jest wielkim sukcesem stworzonej przez niego formacji, mimo że jeszcze przed miesiącem występował w mediach opowiadając, że jest pierwszą siłą opozycji i „ewentualnie zrobi kiedyś Grzegorza Schetynę swoim wicepremierem”.

Biedroń nauczył się narcyzmu w Ruchu Palikota, od swego dawnego lidera. Jednak Janusz Palikot poza narcyzmem miał determinację i twardość, których Robert Biedroń nie posiada wcale. Dlatego Ruch Palikota jako świeża inicjatywa zdobył w pierwszych swoich wyborach ponad 10 procent głosów, co pozwoliło mu przez kolejne cztery lata walczyć o życie. Biedroń zaczął od minimalnego przekroczenia wyborczego progu i nie sądzę, by „dożył” jesieni. Jeśli jednak „dożyje” – na tych samych głosach, wyszarpanych liberalnemu centrum – Jarosław Kaczyński wygra także jesienne wybory, bo

przy liczeniu głosów metodą D’Hondta każdy głos oddany na partię Biedronia (o ile pójdzie ona do jesiennych wyborów osobno) będzie oznaczał głos przewagi nad opozycją zdobyty przez Kaczyńskiego za friko.

Co zostało po lewicy

Blisko dziesięć procent głosów Konfederacji i Kukiza pokazuje, że skrajna prawica, skrajny nacjonalizm, a nawet elementy neofaszyzmu, mają się w Polsce dobrze. Hodowanie ich przez PiS na publicznych pieniądzach, na etatach w państwowych mediach i spółkach Skarbu Państwa (a nawet w Narodowym Banku Polskim, gdzie Adam Glapiński, oprócz asystentek, zatrudnił także młodzieńców ze stażem w Młodzieży Wszechpolskiej i ONR) – przyniosło efekty, choć niekoniecznie takie, jakich się spodziewał po swojej inwestycji Jarosław Kaczyński.

Martwi jednak fakt, że skrajna prawica ma w Polsce większe rezerwy głosów, niż jakakolwiek lewica. Po definitywnej klęsce w tych wyborach Adriana Zandberga jedyna lewica, która politycznie przeżyła, to SLD i Barbara Nowacka w Koalicji Europejskiej. Zandberg poległ pod Biedroniem i muszę przyznać, że po raz pierwszy jest mi go żal. On był przynajmniej realnym lewicowcem. Nawet jeśli nie była to wyczekiwana przeze mnie socjaldemokracja, ale lewicowy populizm, to jednak

Adrian Zandberg był twardym ideowym wkładem w polską politykę. I trochę szkoda, że wykończył go akurat Biedroń, który na jego tle jest bezbarwnym korporacyjnym produktem, mydełkiem Fa zawiniętym w PR-owe sreberko przez specjalistę od reklamy i politycznego doradztwa Jakuba Bierzyńskiego.

Bierzyński wcześniej pracował dla neoliberała Ryszarda Petru, ale kiedy Petru utonął, z równym entuzjazmem i podobnymi metodami „lokował na rynku” Wiosnę, więc o lewicowości tej formacji lepiej nie wspominajmy.

Brudziński, Ziobro, Morawiecki – ancymonki, które wejdą do historii polskiej głupoty, zakłamania, szalbierstwa

21 Maj

Joachim Brudziński otworzył filię urzędu pocztowego na jednym ze szczecińskich osiedli. Podczas uroczystości nie zabrakło także księdza, który pobłogosławił urząd. Brudziński kupił dwie lokalne gazety oraz książkę o snajperach z czasów II wojny światowej. Znaczków nie kupił, listu nie wysłał…

Przypominamy, że Brudziński twierdził, że na dwa tygodnie przez wyborami do Europarlamentu bierze urlop jako minister. W jakim więc charakterze był na rzeczonej poczcie? Dziennikarzom odpowiedział, że „jako poseł ziemi zachodniopomorskiej”. – „Oficjalnie jestem na urlopie” – stwierdził Brudziński, ale po chwili dodał, że… wciąż jest przecież ministrem!

„Dla niezorientowanych i obcokrajowców: Pokazana na filmie scenka miała miejsce w dużym państwie UE, w roku 2019! Pan w okularach to konstytucyjny minister tego państwa”;

„Proszę się jeszcze pochwalić, o ile podnieśliście ostatnio ceny znaczków”; – „Będą pobłogosławione listy polecone?”; – „Paczkomaty też pan święci? U mnie na osiedlu kilka takich się pojawiło” – komentowano na Twitterze.

Internauci zwrócili uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Wchodząc na pocztę mam wrażenie, że przyszedłem do sklepu z dewocjonaliami, mieszczącego się na plebanii”; – „Czy Oni nie mają wstydu? Na poczcie można kupić tylko książki kucharskie siostry Faustyny lub innej błogosławionej. Czy nie mogę bez nachalnej propagandy nadać listu?”.

„Ziobro wyznał, że zna trzech ministrantów niemolestowanych, a ja dziś rozmawiałem z matką, która straciła syna, był molestowanym ministrantem, przechodniu, powiedz Ziobrze, że kpi ze śmierci i z własnego urzędu, i umywa ręce jak Piłat” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel. Minister sprawiedliwości bowiem na konferencji w Stalowej Woli podzielił się z dziennikarzami – delikatnie rzecz ujmując – zadziwiającą refleksją…

„Ja też chodziłem do kościoła od dziecka. Miałem do czynienia z dziesiątkami księży. Nigdy, nigdy nie spotkałem się z księdzem, który takie rzeczy by czynił. Spytałem się kilku moich współpracowników – mają takie same doświadczenia” – powiedział Ziobro. Idąc więc takim tokiem myślenia, można by stwierdzić, że problemu pedofilii w polskim Kościele właściwie nie ma… Dalszą część swojej wypowiedzi Ziobro poświęcił atakowaniu opozycji, stosując tzw. przekazy dnia PiS.

„Słów brak”; – „Pan Ziobro przyzwyczaił już do swojego zachowania, inaczej taka wypowiedź by szokowała… niestety, gdy standardy upadają, wszystko może się już zdarzyć, nawet Minister Sprawiedliwości kpiący z tragedii najsłabszych – dzieci…”; –

„Idiotyczna narracja Ziobry, mająca służyć tylko żenującemu rozwadnianiu tematu. To tak jakby to, że ktoś jest syty oznaczało, iż na świecie nie ma głodnych” – komentowali internauci.

Tekst o Donaldzie Tusku >>>

Działki mu się po prostu należały

Jakiż krótkowzroczny był Sławomir Nowak, gdy nie przepisał swojego zegarka na żonę! Sąd uznał go winnym niewpisania do oświadczeń majątkowych przedmiotów osobistych wartych ponad 10 tys. złotych. Stracił urząd ministra, skończył karierę polityczną.

W takie kłopoty nie wpakował się Mateusz Morawiecki przepisując na żonę działki kupione w 2002 roku od Kościoła, warte wtedy 4 miliony (wycena biegłej dla prokuratury z 1999 r.) za jedyne 700 tysięcy złotych. Z żoną ma rozdzielność majątkową – więc i czyste ręce. Choć nie wiemy, czy czyste ręce ma też jego żona, bo skoro podarował jej swoją część działek kiedy już mieli rozdzielność – w 2013 r. – to chyba powinna od tego wzbogacenia zapłacić jakiś podatek?

Sławomir Nowak za zegarek dostał wyrok, przedtem poddany był śledztwu prokuratury. Mateusz Morawiecki z żoną podają „Gazetę Wyborczą” (która opisała w poniedziałek „uwłaszczenie się” Morawieckiego na kościelnym majątku) do sądu, o ochronę dóbr osobistych. Ich pełnomocnik wskazuje, że „Wyborcza” „nietrafnie podała wartość działki na poziomie 70 milionów”, bo m.in. nie odliczyła „kosztów ewentualnego wyłączenie gruntu z produkcji rolnej w celu przeprowadzenia w przyszłości jakichkolwiek inwestycji”. Honor państwa Morawieckich naruszyło też sformułowanie o „uwłaszczeniu się”, skoro „opisywana działka w chwili zakupu nie stanowiła mienia publicznego, a państwo Morawieccy byli osobami prywatnymi” zaś „ceny zakupu działek były cenami rynkowymi”.

Cóż, pan Morawiecki miał prawo zrobić dobry interes. Kościół chciał mu tanio sprzedać grunt, bo miał taką fantazję. Jak chce – może kogoś obdarować. A Mateusz Morawiecki nie był byle kim, tylko prywatnym znajomym kardynała Gulbinowicza.

Mateusz Morawiecki miał prawo wykorzystać do zrobienia interesu wiedzę, którą zdobył jako radny: że władze Wrocławia planują przez te tereny puścić drogę, więc działki zdrożeją. Może to nie jest eleganckie, ale w biznesie nie elegancja się liczy.

Może przepisanie majątku, w tym działek na żonę, dzięki czemu nie musiał go wykazywać w publicznie dostępnych oświadczeniach, też nie jest eleganckie, ale legalne.

A w ogóle: kto powiedział, że polityk musi się zachowywać elegancko? Tym bardziej, jeśli wyborcy jego partii tego wcale nie wymagają?

Już to ćwiczyliśmy: kiedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła „taśmy Birgfellnera”, na których prezes PiS Jarosław Kaczyński odmawia mu zapłacenia za jego pracę i radzi iść do sądu, wyborcy PiS nie dostrzegli w tym nic niestosownego. Przecież każdy ma prawo walczyć o swoje. Prezes – o zyski dla swojej partii, Mateusz Morawiecki – o godny byt swojej rodziny. Nie chodzi o elegancję, ale o skuteczność.

Śledztwa w sprawie niezapłacenia Birgfellnerowi za pracę – nie ma. Morawieccy pozywają „Wyborczą”. Wyborcy dostali to, czego potrzebują: pretekst, by wierzyć swoim wybrańcom. Bo może i zgarniają pod siebie, ale po pierwsze „im się to po prostu należy”, a po drugie, jednak się dzielą: dają 500+, trzynastą emeryturę, wyprawkę szkolną…

W dniu pojawienia się w się filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ze świadectwami ofiar księży pedofilów i faktami dotyczącymi ochrony tych księży przez Kościół, Fakty TVN zapytały przechodniów, co sądzą o problemie pedofilii w Kościele. I trafiła się m.in. para starszych ludzi. Kobieta uśmiechając się szeroko do kamery oświadczyła: – A niech sobie będzie, nam to nie przeszkadza! Tydzień wcześniej prezes Kaczyński wołał na wyborczej konwencji: „Ręka podniesiona na Kościół kto ręka podniesiona na Polskę”. A zarzuty o pedofilię, to „atak na Kościół”.

„Czy Morawiecki kupił ziemię od ks. Żarskiego, który dostał gen. WP od PAD na wniosek Macierewicza za wierność PiS, a wcześniej musiał odejść z kościoła w Legionowie, bo być może przymykał oko na działania pedofila b. ks. Jacka S. winnego molestowania, gwałtu i zmusz. do aborcji?” – zapytała na Twitterze posłanka PO Elzbieta Radziszewska.

Nazwisko ks. Sławomira Żarskiego pojawiło się w publikacji „Gazety Wyborczej” o preferencyjnej sprzedaży działek premierowi i jego żonie (więcej w artykule „Złoty interes premiera Morawieckiego. „Kupić za 700 tysięcy, zarobić potencjalnie 70 mln od państwa”).

W 2002 r. – kiedy sfinalizowano transakcję – ks. Żarski był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. To on miał zawrzeć umowę sprzedaży Morawieckim dwóch działek o powierzchni prawie 15 hektarów. Według „GW” zażądał za to kwoty o połowę niższej niż rzeczywista wartość tych gruntów.

Okazuje się, że duchowny to jedna z zaufanych osób byłego ministra obrony narodowej i wiceprezesa PiS Antoniego Macierewicza. To na jego wniosek Andrzej Duda awansował ks. Żarskiego do stopnia generała Wojska Polskiego, choć przez kilka lat ksiądz w ogóle nie miał związków z armią. Nieoficjalnie mówi się, że to „nagroda” za wspieranie PiS. Smaczku sprawie dodaje fakt, że minęło pół roku, zanim oficjalnie wręczono mu nominację na generała.

Niewyjaśniona jest też kwestia odejścia ks. Żarskiego z probostwa kościoła w Legionowie. Nie wiadomo, czy stało się tak po ujawnieniu na terenie jego parafii działalności księdza-pedofila Jacka S., który molestował dziewczynki, zgwałcił 14-latkę, a jedną z poszkodowanych nakłaniał do aborcji.

Tekst Cezarego Michalskiego o sojuszu Kaczyńskiego z Rydzykiem >>>

Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju – mówi Michał Boni w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Pewien poseł PiS-u kilka dni temu w prawicowym portalu powiedział, że żaden porządny Polak nie powinien głosować na Koalicję Europejską, bo ona reprezentuje obce interesy. Co Pan na to?

Michał Boni: Myślę, że to jest mantra narodowców, powtarzana od 30 lat, że są jacyś Polacy, którzy reprezentują obce interesy. Oni są przekonani, że jak to publicznie będą powtarzać, to część Polaków w to uwierzy.

A on w to wierzy?

Myślę, że po 30 latach mówienia on już w to uwierzył. Pan poseł chce pokazać, że odmiennie patrzymy na różne rzeczy. My uważamy, że budując naszą gospodarkę rynkową, trzeba być otwartym na inne gospodarki i uznać, że tak samo jak nasza – tak i inne gospodarki mają mieć korzyści z bycia na wspólnym rynku europejskim. On widzi świat inaczej, według niego tylko polska gospodarka powinna mieć korzyści, a inne powinny wszystko przegrywać.

Bycie Europejczykiem coś znaczy…

Istotą europejskości jest to, że jest się Europejczykiem, ale zarazem ma się świadomość, że jest się przedstawicielem określonego narodu i, że to nie koliduje w byciu i we współpracy z Europejczykami innych narodowości. Według wyżej wspomnianego posła PiS-u wszyscy inni, nie Polacy, mają obce interesy, które nam Polakom grożą.

Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego zauważa Pan, że Polska straciła wiarygodność?

Polska nie straciła – stracił polski rząd. W Europarlamencie jest bardzo wiele sympatii dla Polski, nie tylko dlatego, że byliśmy liderem krajów w naszej części Europy, które budowały swoją europejskość po 2004 r., ale także dlatego, że widać, że Polska walczy z łamaniem praworządności i demokracji, że to nie tylko opozycja, ale szeroki front społeczny, obywatelski, co jest kluczem. Koledzy z innych krajów często mówią, że dopóki u nas ludzie protestują na ulicach, to znaczy, że to nie jest gra polityczna, tylko realny bunt. I nie ma znaczenia, czy w protestach bierze udział 20 tys., 500 osób czy 100. Ważne, że ten ogień oporu, obywatelskiego buntu i nieposłuszeństwa płonie. My jako Polska mamy opinię walczących o swoje prawa, w przeciwieństwie do Węgrów, którzy dopiero budzą się do takiej walki.

Kaczyński mówi, że nie chce Polexitu, ale podważa wartości europejskie, twierdzi, że trzeba przewietrzyć Europę…

Ja nie wierzę w Polexit Kaczyńskiego, on nie mówi o Polexicie, ale mówi o innej pozycji Polski, takiej, która z mojego punktu widzenia odbiera Polsce wiarygodność. Bo albo się jest z innymi, kłóci się z nimi, spiera, ale jest się przy tym samym stole, albo się mówi dopóki nie siądziecie do stołu na moich warunkach, to ja nie będę z wami rozmawiał – i to właśnie robi Kaczyński. Odtrącił krzesło i odszedł od tego stołu, przy którym Polska miała przez wiele lat swoje miejsce. Po wyborach może się okazać, że umieści Polskę razem z Orbanem i Salvinim, gdzieś blisko Marine Le Pen, blisko Farage’a, w tej grupie, która będzie liczyła 180, 200 posłów, a naprzeciw będzie 500 posłów z obozu demokratycznego, którzy będą mieli większość. W ten sposób oddali nas od centrum decyzyjnego.

Myśli Pan, że zbliża się koniec tej wspaniałej, mądrej, spokojnej, pokojowej Europy?

Nie widzę takiego zagrożenia. Europa czy Unia Europejska od 1957 roku zawsze miała jakieś problemy i zawsze je rozwiązywała.

ruchy nacjonalistyczne, faszystowskie?

To jest duże niebezpieczeństwo, ale dziś niemożliwa jest powtórka z lat 30., żeby faszyzm mógł wygrać – tak myślę i w to wierzę. Ale trzeba z tymi zjawiskami walczyć, przy całej ich różnorodności.  Bo formuła nacjonalizmu, faszyzmu, populizmu jest bardzo różna w różnych krajach, inna we Włoszech, na Węgrzech, w Rumunii, jeszcze inna w Polsce. Uważam, że idzie bardzo trudny czas dla Europy i trzeba dobrze wybierać proeuropejsko, trzeba mieć bardzo silną Komisję Europejską i dobry parlament, żeby podjąć te wszystkie wyzwania. A jest ich sporo, choćby takie jak zagrożenia środowiskowe, kwestie energetyczne, zagrożenia ze strony Rosji, czy te związane z cyberprzestrzenią i całym rozwojem nowych technologii – to są wszystko rzeczy, które wymagają wspólnego działania. Tego nie podejmie samodzielnie żaden kraj. Tymczasem kręgi nacjonalistyczno-populistyczne głoszą, że to narody, państwa, kraje same będą rozwiązywały swoje problemy. A to jest niemożliwe.

Jest wiele spraw, które powinno się rozwiązywać wspólnie, ale są też takie, które trzeba rozwiązać w swoim kraju, jak ostatnio bardzo głośna sprawa pedofilii w polskim Kościele katolickim.

Z pedofilią w Kościele mierzyło się i mierzy wiele krajów: Stany Zjednoczone, Irlandia, Austria czy Australia. Powołano tam komisje państwowe, z udziałem różnych instytucji publicznych, które zajęły się tymi sprawami, bo pedofilia w Kościele nie jest tym samym, co pedofilia w ogóle. Dyskusja o najsurowszych karach dla pedofilów jest tylko częścią rozwiązania problemu. Pedofilia w Kościele jest czymś innym, bo Kościół powinien być miejscem troski o człowieka, a nie poniżania człowieka, gwałcenia go i dlatego trzeba inaczej o tym dyskutować. I dlatego nie tylko kara jest istotna, ale sam proces oceny. My mieliśmy i mamy przez lata problem, bo niektórzy przedstawiciele Kościoła, powołując się na konkordat, mówili, że pewne dane nie mogą być dostępne, że nie można pewnych procedur uruchomić. I dlatego bardzo często pedofila przenoszono po prostu do innej parafii.

To może pora na renegocjację konkordatu, czy to jest w ogóle możliwe?

Jeśli strona watykańska zgodziłaby się, a pewnie mogłaby, bo jest Franciszek, to pewnie tak, ale część prawników twierdzi, że konkordat jest używany jako zasłona dymna. Nie ma nic w konkordacie, co by – w przypadku przestępstwa – nie pozwalało instytucjom prawa, prokuraturze, policji na pełny dostęp do wszystkich danych. A ponadto: taka Komisja Prawdy, czy Publiczna, także z udziałem Kościoła, ale oprócz instytucji śledczych, także organizacji obywatelskich – powinna ocenić mechanizmy krycia pedofilii, a przede wszystkim – oprócz kar – zadbać o rekompensaty moralne i materialne dla ofiar. To ofiarom, to poszkodowanym trzeba pomóc w pierwszym rzędzie, to oni żyli i żyją w traumie przez lata. Tego samo państwo nie zrobi, ani Kościół osobno.

Z Kościołem jest jeszcze jeden problem, angażuje się w kampanie polityczne. Od lat z ambon padają nie tylko sugestie, a wręcz nakazy na kogo głosować, plakaty wyborcze wywieszane są na murach kościołów. Czy można oczekiwać, że Kościół, teraz, w ramach rachunku sumienia wyda zakaz prowadzenia agitacji wyborczych z ambon?

Nie wierzę w to. Kościół od wielu lat angażuje się w politykę; ileż to razy atakowano z ambon Tuska. Nie słyszałem jednak, żeby ktoś w kościołach atakował Kaczyńskiego.

Dlaczego?

Bo tych księży, którzy myślą inaczej, racjonalnie, nie stricte politycznie –  jest mniej, a poza tym nie robią tego z ambony, tylko ewentualnie gdzieś w artykułach prasowych, nie zwracają się do ludu bożego podczas mszy. Dlatego nie wierzę, że Kościół się wycofa z agitacji politycznej.

może jednak coś się zmieni po dokumencie braci Sekielskich?

Gdyby Kościół słuchał wypowiedzi prymasa Polski abp Polaka czy abp Rysia, czy ostatnio Kardynała Nycza –  po emisji filmu Sekielskich i gdyby był to głos większości hierarchów kościelnych, to mógłbym mieć nadzieję, że coś się może zmieni, ale tej większości nie ma. Sądzę, że przed najbliższymi wyborami Kościół na pewno się nie zmieni. Może do czasu październikowych wyborów do Sejmu i Senatu nastąpi w Kościele otrzeźwienie, namysł i zmiana postawy, ale stawiam tu wielki znak zapytania.

Ostatnie sondaże mogą szokować nawet Kościół…

Może tak, ale jest pytanie, czy dotychczasowa pycha części hierarchów Kościoła nie zamieni się w poczucie zagrożenia poprzez taki sondaż, że oto w ogóle już nas teraz zmiotą. Jak wiadomo ludzie zagrożeni nie podejmują racjonalnych, spokojnych, otwartych decyzji, tylko z lęku zamykają się i atakują. I w tym sensie nie wiemy, co w polskim Kościele wygra.

Wiemy, co wygrało w 89 r. Bez polskiego Kościoła nie doszłoby do pokojowego dla dobra Polski porozumienia między siłami dawnego komunizmu a opozycją. Ale to był zupełnie inny Kościół. Nie ma już dzisiaj takiego Kościoła.

Co według Pana jest najważniejsze do zrobienia w PE? O co chce Pan tam walczyć?
Chciałbym dokończyć prace nad tworzeniem aktów wykonawczych do projektu dla organizacji obywatelskich działających lokalnie. Chodzi o wygospodarowane 850 mln euro, które przeznaczyliśmy dla organizacji obywatelskich. Żeby broniący demokracji, organizujący działania edukacyjne, medialne czy też różnego rodzaju protesty, w różnych miejscach w Europie, mieli na to pieniądze. Żeby te pieniądze były przyznawane przez odpowiednie instytucje KE bezpośrednio, bez udziału kraju członkowskiego.

Dodajmy, że do tej pory pieniądze unijne przyznawane poszczególnym krajom były rozdysponowywane przez rządy tych krajów. Oczywiste więc było, że organizacja działająca w opozycji do rządu, nie miała żadnych szans na otrzymanie takich pieniędzy.

Tak właśnie było.

A wiadomo, że bunt obywatelski, za który chwali nas Europa i który poprawia nasz wizerunek, wymaga nakładów finansowych.

To jest oczywiste, żeby zorganizować manifestację, dotrzeć z informacją, potrzebne są pieniądze. I o nie w UE walczyliśmy. Gdyby te pieniądze były wcześniej, to bracia Sekielscy nie musieliby robić zrzutki na film „Tylko nie mów nikomu”. Teraz będzie inaczej dzięki programowi „Wartości Unijne”. Będzie można pozyskiwać unijne pieniądze na działania organizacji broniących demokracji, praworządności i praw człowieka. Byłem inicjatorem raportu na ten temat, który Parlament przyjął w 2018 roku i rozwiązania prawnego, jakie przyjęliśmy na ostatnim posiedzeniu w Strasburgu w kwietniu 2019 r. Byłem współsprawozdawcą tego ostatniego rozwiązania i współnegocjatorem z krajami członkowskimi.

Kiedy pierwsze pieniądze mogą trafić do polskich organizacji?

W 2021 roku, ale już trzeba się szykować. Będę robił wszystko, żeby polskie organizacje obywatelskie mocno uczestniczyły w przygotowywaniu aktu wykonawczego.

Nie tylko tym zamierza się Pan zająć w PE.

Ważne będą wszystkie wątki, związane z informatyką – np. sztuczna inteligencja czy nowy ultraszybki internet. W ciągu 5-10 lat pojawią się nieznane teraz rozwiązania w medycynie, np. sztuczna inteligencja rozpozna chorobę 250, 300 razy szybciej niż lekarz. To nie znaczy, że lekarze nie będą potrzebni, ale dzięki sztucznej inteligencji o wiele szybciej będzie można wdrożyć odpowiednią terapię. Chodzi o to, żeby Polska w tym uczestniczyła, żeby była jednym z liderów tego, bo potencjał Polski w tej dziedzinie jest olbrzymi. Kolejna rzecz niesłychanie istotna to jest poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony rozwój funduszu obronnego, żebyśmy militarnie byli mocniejsi, ale też bezpieczeństwo na każdym ludzkim poziomie, tzn. bezpieczeństwo osoby z niepełnosprawnością, traktowanie z poszanowaniem jej godności, a nie tak, jak to PiS zrobił w Sejmie przy proteście osób niepełnosprawnych. Bezpieczeństwo dla osób o innej orientacji seksualnej, żeby nie były atakowane, wyśmiewane i porównywane, tak jak to zrobił jeden z posłów PiS, z pedofilami. Również chodzi o bezpieczeństwo osób mówiących w innym języku oraz o innym kolorze skóry. No i kolejna sprawa to środowisko. I nie chodzi tu tylko o przyrodę, zwierzęta, ale o cały ekosystem, czyli nasze zdrowie i jakość naszego życia, jak również o to, jak używać odnawialnych źródeł energii i jak budować gospodarkę bezemisyjną. A ostatnia kwestia, fundamentalna, to jest wiarygodność Polski. Musimy każdym naszym działaniem w PE pokazać, że rozumiemy interes Europy i interes naszego kraju, że umiemy razem z kolegami  znaleźć kompromisowe rozwiązania prawne. Ta praca polega na pilnowaniu interesu polskiego, ale żeby to robić skutecznie, trzeba być wiarygodnym. I tę wiarygodność musimy Polsce przywrócić.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Krzysztof Brejza pyta Morawieckiego o jego majątek zdobyty krętactwami i oszustwami. Taki to ancymonek z premiera

20 Maj

Krzysztof Brejza o zakupie przez Matusza Morawieckiego i jego żonę działki od Kościoła we Wrocławiu.

>>>

Proboszcz, który okazyjnie sprzedał Morawieckiemu działki, warte dziś 100 razy więcej, po objęciu funkcji premiera przez obrotnego działkowca awansował na stopień generał. Mimo, że od lat był już przeniesiony do rezerwy. No, grubo… #AferaMorawieckiego

Mateusz Morawiecki ustami swoich współpracowników zareagował na poniedziałkowe doniesienia Gazety Wyborczej na swój temat.

Według Gazety Wyborczej Mateusz Morawiecki wraz z żoną kupił od Kościoła działkę na wrocławskim Oporowie. Zapłacił za nią 700 tys. zł, kiedy była ona warta 4 mln zł. 17 lat od transakcji, ze względu na planowane inwestycje, grunty te są warte sto razy więcej, nawet 70 milionów złotych.

Reakcja Morawieckiego 

Tekst „Gazety Wyborczej” narusza dobra osobiste premiera Mateusza Morawieckiego i jego żony. Podjęli oni decyzję o skierowaniu sprawy na drogę sądową z żądaniem sprostowania zawartych w nim kłamstw i manipulacji – oświadczyło Centrum Informacji Rządu. 

Jarosław Kurski (wicenaczelny Gazety Wyborczej): W 2002 r. PMM kupił grunty od Kościoła. Za działki warte 4 mln zł zapłacił 700 tys. Dziś warte są sto razy więcej, ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu. Gdy pytamy o to premiera, przyłapujemy Morawieckich na kłamstwie.Działka dostępna była dla wąskiej elity ówczesnej lokalnej władzy, ludzi poinformowanych i zaprzyjaźnionych z wrocławską kurią. Zarabiał i Kościół, i Morawieccy. Tracił skarb. PMM to modelowy przykład uwłaszczonej na majątku państwa nomenklatury III RP. Premier Morawiecki grozi nam Gazecie Wyborczej pozwem. Ufamy, że dotrzyma słowa. Wprost nie możemy doczekać się procesu. Powołamy świadków, zażądamy dokumentów, zadamy PMM pytania, na które nie chciał nam odpowiedzieć. Panie Premierze, czekamy!

Mateusz Morawiecki w poniedziałek rano odgrażał się Gazecie Wyborczej, że pozwie ją za tekst dotyczący zakupu przez niego i jego żonę działki we Wrocławiu. Kilka godzin później żona Morawieckiego żapowiedziała, że działka zostanie sprzedana.

>>>

Stanisław Tym skomentował w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” reakcję Kościoła i obozu władzy na sprawę pedofilii w Kościele Katolicki po filmie „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich.

Więcej Cezarego Michalskiego >>>