Tag Archives: CBA

Kaczyński coraz mocniej trzyma naród za mordę

16 Czer

Zbigniew Ziobro zapowiada pozew przeciwko naukowcom z Uniwersytetu Jagielońskiego, którzy odważyli się skrytykować wprowadzone przez niego zmiany w kodeksie karnym.

Ostatnie dni w mediach to pokaz samozadowolenia polskich polityków, którzy chełpią się “sukcesem” w staraniach na rzecz wzmocnienia bezpieczeństwa Polski. Przyjęcie z honorami w Białym Domu, zwiększenie obecności sojuszników i w końcu zakup supernowoczesnych samolotów F-35 świadczyć mają o rosnącej sile naszego potencjału obronnego. Modernizacja sił zbrojnych pod auspicjami PiS ma bowiem przeżywać złote czasy, kiedy już podpisano kontrakt na dostarczenie “Patriotów” oraz artylerii dalekiego zasięgu, a kolejne zakupy są w toku, a jakby tego było mało liczebność naszej armii ma ulec istotnemu zwiększeniu. Obraz rosnącego potencjału obronnego i mit dobrego gospodarza nie wytrzymuje jednak starcia z danymi o całościowym stanie naszego wojska i wpływu przyjętej przez PiS strategii na jego potencjał. Druzgocąca analiza błędów obecnej linii MON została właśnie stworzona na zlecenie Ośrodka Analiz Strategicznych.

Wyczytamy w niej, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją, że powstały istne “wyspy nowoczesności w morzu zacofania”. Okazuje się bowiem, że mimo miliardowych kontraktów nadal tylko około jedną czwartą naszego sprzętu można uznać za nowoczesną. Nic w tej kwestii miało nie zmienić się w ciągu ostatnich 20 lat, czyli od wstąpienia Polski do NATO. Nasze siły zbrojne mają nadal nie być zdolne do stawiania efektywnego oporu, a strategia rządu przy ograniczonych zasobach finansowych okazuje się ekonomicznie nieracjonalna. Chwalimy się bowiem transporterami opancerzonymi Rosomak, ale już mniej mówimy o tym, że podstawowym wyposażeniem armii nie są one, ale pochodzące jeszcze z lat 60-tych transportery BWP-1. W wojskach pancernych cieszymy się z używanych czołgów Leopard 2, które jednak na naszych poligonach spotykają się z dwa razy większą liczbą radzieckich T-72. Z powodu braku nowoczesnych śmigłowców transportowych mamy ograniczoną możliwość wykorzystania nawet naszych atutów, jakimi są choćby jednostki specjalne. Równocześnie wśród śmigłowców bojowych przestarzałe i zmodernizowane Mi-24 bez dużych nakładów nieuchronnie będą musiały wyjść z użycia, a ich następców nie widać. Równocześnie w 2020 z linii mają wyjść ostatnie posiadane przez Polskę sprawne okręty podwodne. W lotnictwie sytuacja jest też dramatyczna, ponieważ obok 48 myśliwców F-16, wciąż używamy radzieckie MiG-29 i Su-22. Te ostatnie są jednak awaryjne, co prowadziło do szeregu wypadków, a ich wartość bojowa jest dyskusyjna.

W obliczu tak wielkich potrzeb zakupowych i modernizacyjnych strategia MON wydaje się jednak chybiona. Polska kupując zaledwie 32 samoloty F-35 wraz z niezbędnym zapasem rakiet, pakietem logistycznym i szkoleniami może zapłacić ponad 20 mld zł. Tymczasem zakupiony sprzęt nie będzie bezpieczny w kraju i w razie konfliktu będzie najprawdopodobniej musiał zostać przeniesiony do… Niemiec. Rząd oszczędza bowiem na zakupie systemu obrony przeciwlotniczej i rakietowej. Kontrakt na “Patrioty” ogłoszony wielkim sukcesem, w rzeczywistości okazał się kosztowną klapą. Z powodu wysokiej ceny zamiast 8 baterii kupiono zaledwie 2, co oznacza, że nie będziemy mieli możliwości osłaniać skutecznie lotnisk, na których mają stacjonować wspomniane F-35. Tymczasem zaledwie dwie baterie przy rezygnacji ze znacznej części ambicji offsetowych kosztować mają aż 16,6 mld zł. Do stworzenia systemu z prawdziwego zdarzenia zdaniem analizy ma brakować kolejnych 40-50 mld zł, których dziś nie ma. Kosztowną prowizorką miał okazać się również zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu HIMARS.Zamiast planowanych 160 wyrzutni z powodu kosztów kupiliśmy zaledwie 20, z zapasem amunicji zmniejszonym z 600 do 300 pocisków, co gwarantuje utrzymanie zdolności bojowej przez zaledwie kilka godzin walki.

Równocześnie, gdy rząd tnie plany zakupowe, które całkowicie przekreślają ich sensowność, to w tym samym czasie MON stawia na ilość, a nie jakość. Przy iluzorycznym zwiększeniu finansowania z 1,95% PKB do 2% PKB rząd nie tylko bowiem tworzy obronę terytorialną, ale i zamierza podwoić rozmiar sił zbrojnych o 100% w ciągu najbliższej dekady. Skąd sfinansować nowoczesne uzbrojenie dla tak wielkiej liczby ludzi, nie wie nikt. Prawda jest bowiem taka, że przy obecnym finansowaniu nie stać nas na nowoczesne wyposażenie nawet sił zbrojnych w obecnej liczebności. Te zresztą są obecnie zbiurokratyzowane, a w wielu jednostkach pozbawione realnej zdolności bojowej.

Wnioski z analizy Witolda Jurasza dla Ośrodka Analiz Strategicznych są jasne, Polska albo musi radykalnie zwiększyć finansowanie, albo ograniczyć swoje ambicje, stawiając na jakość a nie ilość, dalej redukując etaty w siłach zbrojnych na rzecz nowoczesnego i skutecznego, a nie medialnego sprzętu.

Obserwując przytoczone dane widać zatem, że rządzący swoją nieodpowiedzialnością i brakiem kompleksowego spojrzenia na potrzeby sił zbrojnych mogą realnie nie zwiększyć bezpieczeństwa Polski wydając na wielkie kontrakty nawet dziesiątki miliardów złotych. Strategia medialnych sukcesów na niewiele przyda się na polu walki, gdzie liczyć się będzie zdolność z eliminacji jednostek przeciwnika. PiS tymczasem budując iluzję przygotowania sił zbrojnych i nieracjonalnie gospodarując ograniczonymi środkami naraża długoterminowo bezpieczeństwo państwa w warunkach coraz mniej stabilnej sytuacji międzynarodowej.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jest sprawa, która sztabowcom Prawa i Sprawiedliwości spędza sen z powiek. To groźba rozwinięcia się wątków seksafery z Podkarpacia. Jako że jesteśmy u progu sezonu ogórkowego, kilka miesięcy przed wyborami wydaje się zasadne w tym momencie rozbroić bombę. Prawdopodobnie więc dlatego TVP wyemitowała reportaż dyskredytujący byłego agenta CBA Wojciecha Janika, który ujawnił, że Biuro miało być w posiadaniu seks-taśmy z politykiem PiS.

Czwartkowe wydanie Magazynu Śledczego Anity Gargas w całości poświęcono sylwetce byłego agenta CBA. Opisano w nim przeszłość oraz karierę Janika. A to wszystko z powodu nagrania z agencji towarzyskiej, na której miał znajdować się Marek Kuchciński. Według Janika taśma zniknęła z sejfu kierownictwa CBA, co kilkukrotnie powtórzył podczas posiedzenia sejmowego zespołu ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa.

 

Jak wobec stawianych zarzutów ustosunkował się wymieniany w związku z aferą marszałek Kuchciński, wiemy. Oskarżył Janika o pomówienia, a jego sprawą od maja zajmuje się prokuratura. W materiale TVP wypowiadają się m.in. zastępca koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik, rzecznik CBA Temistokles Brodowski, szef Biura Prasowego Kancelarii Sejmu Andrzej Grzegrzółka. Zgodnie zaprzeczają informacjom przekazywanym przez Janika. W dalszej części materiału inni bohaterowie reportażu podważają wiarygodność agenta. Według nich Janik to konfabulant z problemami w pracy, który w przeszłości miał już dopuszczać się innych bezzasadnych zawiadomień do prokuratury. Nie obyło się również bez dewaluacji jego dorobku naukowego.

Tezom stawianym przez TVP przyjrzał się portal wp.pl. Poprosił Wojciecha Janika o ustosunkowanie się wobec nich. Były agent stwierdza, m.in., że to oficerowie Biura złożyli mu finansową ofertę odkupienia płyty, co może potwierdzić nagraniem. Wobec tezy, iż Janik ujawnił aferę, by pomóc opozycji w wyborach, powiedział: „Nigdy nie interesowała mnie polityka. Takie tezy świadczą o infantylności obecnej władzy, która w każdej nieprzychylnej jej osobie widzi swego wroga. Dla mnie liczy się tylko dobro państwa”.

Jakiekolwiek nie stały za tym zamiary, teza postawiona w TVP tłumaczy za to intencje dziennikarzy co do publikacji materiału. Jakby chcieli powiedzieć przezeń „tylko nie mów nikomu”. Sprawa jest grubego kalibru i wymaga wyjaśnienia, ktokolwiek nie brałby w niej udziału, milczenie nie jest odpowiednią strategią.

Nowelizacja kodeksu karnego to kolejny etap w realizowanym przez Kaczyńskiego planie przekształcenia Polski w państwo autorytarne.

Nowy – jednocześnie drakoński i absurdalny – kodeks karny dobrze demaskuje autorytarną naturę rządów PiS, opartych na oszustwie i podstępie. Rządzący twierdzą, że nowelizacja została przygotowana w reakcji na poruszający film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza Sekielskiego o przypadkach pedofilii wśród duchownych.

Film Sekielskiego jak pożar Reichstagu

Gdy jednak się przyjrzymy wprowadzanym zmianom, gołym okiem widać, że to zwykła ściema. Zmieniane zapisy nie mają nic wspólnego z przestępstwami seksualnymi i pedofilskimi. Nie wiadomo też, w jaki sposób ogólne podniesienie wymiaru kar w kodeksie miałoby się przyczynić do zwalczania pedofilii wśród księży – wszak istotą problemu nie były w tym przypadku zbyt łagodne wyroki, lecz brak jakichkolwiek wyroków. Sprawcy chowali się pod parasolem Kościoła, więc w ogóle nie dochodziło do procesów.

Nie wydaje się też możliwe, by cała ta nowelizacja została przygotowana od podstaw po emisji filmu Sekielskiego. Prace nad nią musiały trwać dłużej i niemal na pewno zostały w sekrecie podjęte znacznie wcześniej, a autorzy tylko czekali na nadarzającą się sposobność, by projekt ujawnić i skierować do Sejmu na fali moralnego wzburzenia po jakimś skandalu budzącym powszechne emocje. Wybrali akurat film Sekielskiego, ale równie dobrze mogłaby to być inna głośna sprawa.

Dyktatury w okresie prenatalnym i niemowlęcym tak mają – potrzebują pretekstów do wprowadzania rządów silnej ręki. Gdy się już umocnią, wszelkie uzasadnienia staną się zbędne. Wówczas już samo przez się będzie zrozumiałe, że władza ma prawo brać poddanych za mordę. Na początku jednak potrzebny jest pożar Reichstagu, by „ciemny lud” to zaakceptował.

Wprowadzając drakoński kodeks karny, władza bierze na cel przestępczość pospolitą, nie polityczną, ale nie łudźmy się – tak naprawdę chodzi o zmianę całokształtu relacji między rządzącymi a społeczeństwem. Zresztą długotrwałe trendy w statystykach pokazują, że przestępczość w Polsce spada, więc zaostrzenie kar nie jest potrzebne dla wyeliminowania jakichś groźnych i nasilających się patologii. Ono jest niezbędne dla zmiany klimatu politycznego w Polsce i dla zmodyfikowania prawnych standardów. Gdy już obywatele – niczym pomalutku gotowana żaba – oswoją się z faktem, że za kradzież batonika idzie się na długo do więzienia, wówczas przyjdzie czas na przykręcenie śruby także tym, którzy demonstrują i rozklejają antyrządowe ulotki.

Tajny plan PiS

PiS nigdy się tym głośno nie chwalił, ale od samego początku zamierzał zmienić ustrój Polski i ustanowić autorytarne rządy twardej ręki. Plan był przygotowany zawczasu i po dojściu Kaczyńskiego do władzy zaczął być realizowany z metodyczną konsekwencją. W pierwszym etapie władza zapewniła sobie osłonę medialną, przejmując kontrolę (w istocie nielegalną, antykonstytucyjną) nad mediami publicznymi i nad niezależną prokuraturą.

Następnie przystąpiła do demontażu niezwisłego sądownictwa, zaczynając do samej góry – od Trybunału Konstytucyjnego, czyli punktu domykającego system. Po wyeliminowaniu tego zabezpieczającego zwornika można było kolejno likwidować niezawisłość kolejnych szczebli wymiaru sprawiedliwości.

Do zamachu na Trybunał Konstytucyjny, podobnie jak do zaostrzenia kodeksu karnego, potrzebny był pretekst – i władza go znalazła. „Pożarem Reichstagu” był w tym przypadku fakt, że poprzednia ekipa, ewidentnie naginając prawo, wybrała „na zapas” trzech sędziów Trybunału. Gdyby jednak nie to – znalazłoby się coś innego, a różni symetryści, „pożyteczni idioci” władzy i zwykli kretyni z taką samą gorliwością, jak obecnie mogliby powtarzać, że wart Pac pałaca, że w Polsce, w której rządzi duopol POPiS, ścierają się „dwa polityczne plemiona”, a obrona fundamentów demokracji i państwa prawa to przejaw zacietrzewienia.

Wybory przesądzą o losie Polski

Dziś w realizacji planu PiS doszliśmy do etapu nowelizacji prawa karnego i zaostrzenia represyjności systemu. W kolejny etap wejdziemy po wyborach, jeśli nie daj Boże przyniosą one przedłużenie władzy PiS na kolejne cztery lata – czyli w praktyce na znacznie dłużej. Projekt „ustawy dekoncentracyjnej”, czyli plan zniszczenia wolnych mediów prywatnych czeka już w partyjnych szufladach. Jeśli partia Kaczyńskiego wygra te wybory, niepotrzebny nawet będzie żaden pożar Reichstagu, by go stamtąd wyciągnąć. Zamiast szukać pretekstu władza powoła się na wolę suwerena, który ponoć tak zadecydował przy urnach wyborczych.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

 

Reklamy

Moralność PiS sięga fajfusa Kuchcińskiego

5 Kwi

Jeszcze wczoraj z mównicy sejmowej zastępca ministra koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik mówił wprost: – Moja ocena (sprawy tuszowania afery obyczajowej przez kierownictwo CBA – red.) jest taka, że nigdy nie było żadnego nagrania, zostało ono wymyślone przez Wojciecha J. na użytek tego, żeby nie odejść ze służby, w sposób perfidny, kłamliwy i paskudny. Nie minęły nawet 24 godziny od tego wystąpienia, a Sylwester Ruszkiewicz z Wirtualnej Polski przedstawia nowe, przełomowe informacje w tej sprawie.

Dotarł on bowiem do jednego z oficerów polskich służb, który zna kulisy procederu nagrywania polityków, samorządowców i biznesmenów w podkarpackich “domach uciech”, jaki przez lata kwitł bez żadnych przeszkód. Potwierdził on historię byłego agenta, który dziś jest frontalnie atakowany przez swoich byłych kolegów i przełożonych. Kulisy tej sprawy są jednak wyjątkowo bulwersujące. Okazuje się bowiem, że CBA było świadome tego procederu i Wojciech Janik nie trafił na ten temat przypadkowo tylko zostało mu on wskazane właśnie przez szefa tej służby Ernesta Bejdę jako zadanie specjalne. Po to, by mógł je wykonywać bez przeszkód, Bejda przyznał też Wojciechowi Janikowi bardzo obszerne uprawnienia, o czym przypomniał dziś po raz kolejny Mariusz Gierszewski z Radia Zet.

Bejda miał wiedzieć, że w domach publicznych na Podkarpaciu nagrywani są politycy, ale nie wiedział czy także z Prawa i Sprawiedliwości i właśnie tę kwestię kazał Janikowi sprawdzić. Jak pisze Ruszkiewicz z “WP”, informatorem Wojciecha Janika, a dokładniej Osobowym Źródłem Informacji (OZI) zostaje jeden z funkcjonariuszy służb pracujących na Podkarpaciu. To on udostępnił mu nagranie z prominentnym politykiem PiS. Na nagraniu z 2014 roku miał on uprawiać seks z ukraińską prostytutką. Według zawiadomienia do prokuratury generalnej, które złożyła pełnomocnik Wojciecha J., nagrany miał zostać marszałek Sejmu, a wówczas poseł PiS Marek Kuchciński.

Co więcej, rozmówca reportera Wirtualnej Polski tak opisuje kluczową seks-taśmę: – Nagranie jest dobrej jakości. Prawdopodobnie zostało sporządzone w agencji na tzw. Zameczku pod Rzeszowem. To znany, oddalony kilkadziesiąt kilometrów od miasta zespół pałacowy, z luksusowymi pokojami. Dziewczyna na nagraniu ma blond włosy, mogła nosić perukę z jasnymi włosami. Wygląda co najwyżej na 15 lat. Kamera została sprytnie umieszczona, zamontowana prawdopodobnie w ścianie – na wysokości łóżka. Z takiej perspektywy jest nagranie. Trwa kilkanaście minut – mówi informator. Co więcej, zapowiada on, że na początku przyszłego tygodnia dokument o procederze nagrywania polityków na Podkarpaciu zostanie wyemitowany w jednej ze stacji telewizyjnych, co tylko jeszcze bardziej potwierdzi wersję opisywaną przez Wojciecha Janika, a Centralne Biuro Antykorupcyjne postawi w prawdziwie fatalnym świetle.

Pozostaje pytanie, jak długo jeszcze kierownictwo służb, powiązane dziś z partią rządzącą będzie udawać Greka i odwracać kota ogonem mówiąc, że żadnej afery nie ma. Bo, że ich słowa prawdopodobnie zostaną już wkrótce boleśnie skonfrontowane z prawdą wydaje się już niemal pewne.

„Odwaga staniała, rozum podrożał”. Tak kulturalnie można by określić, cytując Artura Sandauera, zachowanie pseudo dziennikarzy, którzy zaatakowali Adama Michnika, w budynku sądu. Jednak trudno tu o zbytek kultury, bo trudno powstrzymać emocje. Widać to na twitterze:„Obrzydliwe. I takie zera mienią się dziennikarzami…”  „Oni teraz są tam, gdzie kiedyś stało ZOMO…” „Takim jesteśmy narodem, wrednym”, „Brak słów”.

Profesor Marcin Matczak zestawił dwa filmy z Adamem Michnikiem i napisał: „Zestawiam ten film, ukazujący tych podłych ludzi, z innym – w którym młody Adam Michnik wyszarpuje się komunistycznym milicjantom na innym korytarzu. I czuję dwie rzeczy – bezmierny szacunek dla Jego działań i Jego godności, i bezmierną wściekłość, że musi to znowu przeżywać”.

To gorzkie zestawienie wywołało falę komentarzy, wśród których dominują oburzenie, zgorszenie, potępienie i… bezradność.

– „Adam Michnik narażony jest na poniżanie w każdej epoce, jak widać. Zawsze komuś nie w smak jest cudza odwaga. Ja Jego postawę w czasach słusznie minionych będę cenić zawsze, teraz historia pisze się na naszych oczach. Brawo Adam Michnik”.

„Pan Adam to jedna z najważniejszych twarzy naszej wolności i osoba godna najwyższego szacunku! To chichot historii, że takie gnoje mogą się dzisiaj bezkarnie pętać! Pis godnie kontynuuje dzieło komuny, gdyby mogli, bez żadnych skrupułów robili by to samo!”

– „(…) Pis-owska kontrrewolucja próbuje połknąć bohaterów polskiej wolności – Michnika, Kuronia, Wałęsę, Geremka, Mazowieckiego i Bartoszewskiego, zastępując ich gnomami typu Kaczyński, Macierewicz, Gwiazda, Wyszkowski. Nie uda się.”

Filmy skomentował również profesor Wojciech Sadurski: „Straszny filmik. Te zera nie wiedzą, że wolność takiego postępowania zawdzięczają w wielkim stopniu zaszczuwanemu przez nich Michnikowi. Wyrazy wielkiej solidarności z Adamem!”

Zastanawiam się czy to zwykła podłość? Czy deficyt intelektualny?

Jeden z internautów zadał ważne pytanie: „Czy oni to robią dla pieniędzy? Bo (…) jeśli naprawdę tak myślą to ja się pytam, gdzie są szkoły? Gdzie jest edukacja? Skąd bierze się taki debilizm?

Można jeszcze dopytać: kim są ludzie, którzy bez żenady, demonstrują swoją niekompetencję, nieudolność i głupotę? Czy ich tania odwaga jest wynikiem deficytu intelektualnego czy chęci zaistnienia?  Bo gołym okiem widać, że są tak samo anonimowi jak ci milicjanci z PRL.

Szczęśliwie Adam Michnik, dla tych, których pamięć nie zawodzi, albo tych, którzy po prostu znają historię, to „bohater naszych czasów, jeden z nielicznych, który miał odwagę stanąć przeciw komunie i ich okrutnym metodom!” A więc to, co stało się w sądzie „to chichot historii, że w wolnym kraju, doczekaliśmy się godnych kontynuatorów tamtych podłych czasów !!!”

Przykre, że Adam Michnik, narażając zdrowie i życie, walczył między innymi o to, by dziś takie persony mogły go bezkarnie poniżać.

Mordoklejka Kaczyńskiego. Kto chciał se podupczyć?

29 Mar

„Panie wojewodo, apeluję o to, żeby był pan urzędnikiem państwowym przestrzegającym prawa, a nie kacykiem politycznym działającym na zlecenie Prawa i Sprawiedliwości albo pana Karola Guzikiewicza” – powiedziała prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. To reakcja władz miasta na – jak to określiła prezydent – skandaliczną decyzję Dariusza Drelicha, który przyznał „Solidarności” Stoczni Gdańskiej prawo do zgromadzenia cyklicznego 4 czerwca.

Dulkiewicz domaga się od Drelicha uchylenia tego postanowienia. Wniosek o zgodę na cykliczne zgromadzenie złożył do wojewody wiceszef stoczniowej „S” i radny PiS Karol Guzikiewicz. 4 czerwca w Gdańsku odbędą się obchody 30. rocznicy wyborów z 1989, które organizują w tym mieście samorządowcy.

Prezydent Gdańska stwierdziła, że ta decyzja wojewody dzieli społeczeństwo: – „Dzieli gdańszczan, dzieli Polaków”. Przypomniała, że „Solidarność to był 10-milionowy ruch”. – „Ruch ludzi, którzy odważnie zdecydowali się na pokojową rewolucję, bez przelewu krwi, podczas której walczyli o swoją godność, także godność moją, wtedy jako małego dziecka. Co robi Karol Guzikiewicz? Karol Guzikiewicz pisze: „wszystko co się dzieje pod pomnikiem Poległych Stoczniowców musi być uzgodnione z NSZZ Solidarność”. Język, którego używa Karol Guzikiewicz, język wykluczenia, język nienawiści, przykro, że muszę to powiedzieć – ale doprowadził do wielkiej tragedii 13 stycznia na nieodległym Targu Węglowym. Wtedy zginął Paweł Adamowicz. I święto 4 czerwca zawsze miało być dedykowane jego pamięci, pokojowej wizji budowy wspólnoty” – powiedziała Dulkiewicz.

Bogdan Lis, działacz opozycji w PRL, zapowiedział, że „bez względu na to, co będzie pan Guzikiewicz wyprawiał, to 4 czerwca spotkamy się tutaj na Placu Solidarności i przed bramą Stoczni Gdańskiej i będziemy świętować ten dzień”. Według Lisa, wniosek o cykliczne zgromadzenie musi być poprzedzony pismem do Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego. – „W tym przypadku stoczniowa „S” zwróciła się bezpośrednio do swojego politycznego mentora, czyli wojewody pomorskiego z PiS-u. Nie uznaję tej decyzji; ta decyzja jest sprzeczna z prawem, jej nie ma po prostu”– podkreślił Lis.

Minęło już grubo ponad dwa tygodnie od momentu ujawnienia przez reporterów Radia Zet szczegółów raportów byłego agenta Centralnego Biura Antykorupcyjnego Wojciecha J., który zapewne wbrew swojej woli wykrył aferę obyczajową z udziałem prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości. Po poinformowaniu o tym fakcie swoich przełożonych stał się ofiarą bezpardonowej operacji podważania jego wiarygodności i dyskredytowania jego osoby poprzez robienie z niego osobę chorą psychicznie, a dowody na poparcie jego zarzutów wobec polityków w tajemniczych okolicznościach zostały mu odebrane z jego służbowej szafy pancernej.

Sprawę opisywaliśmy od początku, zarówno jej wątek poboczny tj. próba przekupstwa funkcjonariusza przez asystenta posła Matuszewskiego, jak i skandaliczne próby dotarcia do informatora Wojciecha J., by pozyskać oryginały kompromitujących ważnego polityka PiS nagrań. Już wcześniej pojawiały się pogłoski, że sprawa ma dotyczyć “marszałka” z Podkarpacia i może być jedynie wierzchołkiem góry lodowej, o którą rozbije się konserwatywne ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Punktem zwrotnym w tej sprawie może się jednak okazać zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Ernesta Bejdę oraz dyrektora Biura Kadr i Szkolenia CBA Jarosława Wrzoskowicza, które adwokat Wojciecha J. złożył w ostatnich dniach do prokuratury. W jego treści, do której dotarł Andrzej Rozenek z tygodnika “NIE” pojawia się konkretne nazwisko jednego z najważniejszych polityków partii rządzącej, który miał być tą osobą, która została nagrana na seksualnych igraszkach z nieletnią prostytutką narodowości ukraińskiej.

Jak pisze Rozenek, do zawiadomienia dołączone są liczne dokumenty i dowody w postaci nagrań, m.in. trwające godzinę i 33 minuty nagranie przesłuchania/rozmowy J. z funkcjonariuszami Departamentu Operacyjno-Śledczego (DOŚ) CBA z 23 maja 2018 r. Fragment zawiadomienia: „W trakcie przesłuchania Wojciech J. ujawnia, że jego OZI nie jest politykiem, ale jest umocowane w strukturach Podkarpacia. Zdradza także, iż politykiem, który został uwieczniony na jednym z nagrań z agencji towarzyskich jest Marszałek Sejmu Marek Kuchciński”.

To, co w sprawie jest dla partii rządzącej największym zagrożeniem jest nieznana skala nagrań oraz brak wiedzy o tym, kto jest faktycznym ich posiadaczem. Zarówno służby specjalne, jak i najważniejsi politycy obozu władzy wydają się być sparaliżowani tym, co ma nastąpić i poza kilkoma lakonicznymi komunikatami ze strony CBA, które ustaleniom Wojciecha J. zaprzeczają, milczą jak zaklęci. W innym fragmencie zawiadomienia do prokuratury można przeczytać, że “W trakcie prowadzonych czynności operacyjnych Wojciech J. uzyskał dodatkowo informację, iż nagrań tego typu jest dużo więcej, a zarejestrowani na nich są przede wszystkim politycy PiS oraz powiązani z nimi biznesmeni z Podkarpacia”Sprawa jest zatem bardzo poważna, tym bardziej że na terenie Podkarpacia toczy się bezpardonowa walka pomiędzy obecnymi i byłymi oficerami służb. Jeśli dysponentem oryginałów nagrań lub choćby części ich kopii są osoby, które mają na pieńku z obecnym kierownictwem tamtejszych delegatur CBA, ABW, CBŚP itd. to bomba na Prawo i Sprawiedliwość może spaść w najmniej spodziewanym, ale i najgorętszym okresie walki o wyborcze zwycięstwo.

U nas, zwłaszcza wśród przedstawicieli i zwolenników partii aktualnie rządzącej, idiotów nie ma  żadnych. A już na pewno żadnych „pożytecznych”

Amerykanie odetchnęli z ulgą. Może i sztab wyborczy prezydenta Trumpa robił jakieś deale na boku z ludźmi Władimira Putina, ale zakończone właśnie śledztwo w sprawie zdrady , bo do tego sprowadzało się postępowanie prokuratorskie, wykazało, że prezydent USA był w relacjach z Rosją jedynie (lub aż) „pożytecznym idiotą”.

Cała ta awantura, i nie ona jedna zresztą, dowiodła jednak że kiedy Zachód śpi, w Rosji rodzą się populistyczne upiory. I krążą nad światem, jak- z przeproszeniem – widmo komunizmu, zarażając wirusem sowietyzacji coraz liczniejszych polityków.

Zjadliwość tej toksyny, szerzącej się poprzez Internet, prawicową prasę i telewizje nazywane „publicznymi”, jest ogromna, bo „lud” przeważnie kocha porządek, „godność”, kasę i święty spokój, a władza kocha… władzę. I pieniądze.

Tak rządzi się Rosja, Białoruś, od niedawna Turcja, a w Unii Węgry. Czyli wirus sowietyzacji radzi sobie nawet lepiej, niż zarazki odry, które też powróciły do gry po latach uśpienia, obudzone przez antyszczepionkowców, też sponsorowanych – jak się okazało – z kasy Kremla.

Jak się tak przyjrzeć wyborom w Stanach, Brexitowi, czy działalności skrajnej prawicy na Wyspach, w USA i w Europie, to wszystkie te wydarzenia są – w głębokim tle – jakoś powiązane z kontaktami i pieniędzmi z Moskwy. Follow the money. No bo w czyim niby interesie leży dewastacja demokratycznego porządku na świecie? Osłabienie USA, ośmieszenie i gra na rozpad Wielkiej Brytanii, czy antagonizmy w Unii, też –być może – prowadzące do jej rozwiązania? Ogłupianie reszty świata masową produkcją rozpuszczanych w Internecie fake newsów i sponsorowanie co bardziej idiotycznych teorii spiskowych, które kupuje „ciemny lud”? No komu?

Co innego Polska. My się wirusów sowietyzacji nie boimy. My, a konkretnie partia aktualnie rządząca, sami z siebie „stawiamy na węgiel” (rosyjski), dołączamy do obozu eurosceptyków żeby zmienić Unię „od środka” na obraz i podobieństwo własne, traktujemy Europę jako „wyimaginowaną wspólnotę” i publicznie głosimy tezy o „brukselskiej okupacji|” ,flagę unijną konsekwentnie nazywając „szmatą” całkiem suwerennie. Nie potrzebne nam moskiewskie inspiracje, żeby ignorować wstrząsające publikacje Tomasza Piątka na temat Antoniego Macierewicza i jego działalności w MON. A i niejaki Marek Falenta, handlarz rosyjskim węglem i współautor afery taśmowej prowadzącej do zwycięstwa PiS, też rozpłynął się we mgle zupełnym przypadkiem. Nawet nasze fejk newsy i nasi antyszczepionkowcy to dokonania oryginalne, wyłącznie domowej roboty.

U nas bowiem, a już zwłaszcza wśród przedstawicieli i zwolenników partii aktualnie rządzącej, idiotów nie ma przecież żadnych. A już na pewno żadnych „pożytecznych”.

>>>

Kaczyński nie został skontrolowany, bo to on mianuje kontrolujących

12 Lu

PO złożyła we wtorek wniosek do prokuratury w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa przez szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego Ernesta Bejdę. – Państwo polskie musi działać mimo tego, że na czele CBA i ABW stoją ludzie, którzy byli zaangażowani w spółkę Srebrna – tłumaczy Cezary Tomczyk z PO.

Wniosek do prokuratury

Zdaniem posłów Platformy Ernest Bejda nie dopełnił obowiązków, nie zlecając wszczęcia kontroli oświadczenia majątkowego prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. O swojej decyzji szef CBA poinformował w zeszłym tygodniu, tłumacząc, że Biuro co roku sprawdza oświadczenia wszystkich parlamentarzystów. O kontrolę na początku lutego wystąpiła Platforma Obywatelska-Koalicja Obywatelska.

– Wiemy, że zarówno szef CBA pan Bejda pracował w spółce Srebrna, dla spółki pracował też szef ABW, pan Pogonowski. Trzeba powiedzieć jasno, że państwo polskie musi działać mimo tego, że na czele CBA i ABW stoją ludzie, którzy byli zaangażowani w spółkę Srebrna – tłumaczył wniosek do prokuratury Cezary Tomczyk z PO.

Po co nam CBA?

– Rolą CBA jest kontrolować władzę, po to zostało tworzone. Okazuje się, że dzisiejsze  CBA władzy PiS-u nie chce kontrolować. CBA z jakichś powodów uznaje, że sprawy nie ma i nie będzie kontrolować pana Kaczyńskiego – stwierdził Marcin Kierwiński.

Posłowie przypomnieli, że art. 2 ustawy o CBA wyraźnie mówi, że do zadań CBA w zakresie właściwości należy m.in. kontrola prawdziwości i prawidłowości oświadczeń majątkowych lub oświadczeń o prowadzeniu działalności gospodarczej osób pełniących funkcje publiczne.

Posłowie opozycji pokazali też oświadczenie Kaczyńskiego, gdzie prezes PiS stwierdził, że nie dotyczy go działalność gospodarcza, nie jest też przedstawicielem, pełnomocnikiem takiej działalności.

– Z taśm jasno wynika: „jestem gotów zeznać, że ta robota była robiona dla nas, czyli dla Srebrnej”, „ludzie nie mogą się dowiedzieć, że jestem zamożnym człowiekiem”, „zarząd nie zrobi nic beze mnie” – przypominał wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego zarejestrowane na taśmach Cezary Tomczyk.

CBA i ABW na pasku Kaczyńskiego?

Zdaniem posłów cała sprawa ma podłoże polityczne. – Czy naprawdę CBA potrzebuje jeszcze jakichś dowodów, żeby zająć się sprawą oświadczeń majątkowych Jarosława Kaczyńskiego? – pytał Cezary Tomczyk.

Dlatego posłowie opozycji zdecydowali o złożeniu wniosku do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez szefa CBA Ernesta Bejdę, w związku z niedopełnieniem obowiązków, które ma polegać na zaniechaniu sprawdzenia oświadczeń majątkowych Jarosława Kaczyńskiego.
– Ślad po tych sprawach musi pozostać, bo będziemy do tego wracać – mówił Cezary Tomczyk. – Nie może być tak, że CBA nie działa w interesie państwa polskiego, a działa w interesie jednej partii i jednego człowieka – komentuje Marcin Kierwiński i dodaje: – Prędzej czy później do tych zawiadomień wrócimy, a wszystkie osoby, które nie dopełniły obowiązków, odpowiedzą za to.

Biletem wstępu do grona uczestników debaty publicznej, minimalnym progiem wymagań, powinny być kultura dyskusji i kompetencje.

Nazywanie przeciwników politycznych „dinozaurami”, podobnie jak „zdradzieckimi mordami”, „elementem animalnym” i na milion innych pogardliwych sposobów, jest zawsze próbą poniżenia i zdyskredytowania ich w oczach opinii publicznej po to, żeby uniknąć wchodzenia z tak wyszydzaną osobą w polemikę. Temu samemu służy zresztą cały szeroki wachlarz innych trików: grzebanie w sprawach rodzinnych, zakrzykiwanie, studyjny słowotok, przez który nikt normalny nie jest w stanie się przebić – wszystko to służy wyłącznie jednemu celowi: ukryciu faktu, że nie ma się kompletnie niczego mądrego do powiedzenia.

Oczywiście, poniżanie i odczłowieczanie ma nad pozostałymi technikami tę przewagę, że oprócz ucieczki od tematu umożliwia wyeliminowanie przeciwnika z gry. Byli premierzy kraju to są przecież twardzi oponenci, z których opiniami trzeba się liczyć, a argumenty merytorycznie odpierać, ale już dinozaury to wymarłe, nieco zabawne stworzenia, których miejsce jest w piachu i na śmietniku historii, a więc można się z nich tylko pośmiać. Opozycja to siła, bez której nie ma państwa prawa, którą trzeba szanować i z którą rozmawiać, ale już „kanalie” i „zdradzieckie mordy” zasługują tylko na oplucie i pogardę. Kto brałby takich na serio?

Niestety, traktowanie przez sporą część polityków i dziennikarzy takich wyzwisk jako normalnych argumentów w dyskusji powoduje, że tak właśnie zaczynają być traktowane. Swoją akceptacją nie tylko legitymizujemy taki język, ale też, co gorsza, taki sposób patrzenia na ludzi i świat, dyskryminowanie ich z powodu wieku, wyglądu, poglądów, płci, orientacji, pochodzenia…. I wszystkiego, co tylko werbalnym agresorom przyjdzie do głowy.

Dziwiło mnie zawsze, że media i inni liderzy opinii sprawiają czasem wrażenie jakby kompletnie nie zdawali sobie sprawy, jak ważną rolę pełnią, że organizują debatę publiczną, wyznaczając jej ramy, przebieg, a także, co najważniejsze, standardy dyskusji. Pisałam to już sto razy, ale będę powtarzać do skutku – nie narzekajmy na populizm i rządy chamów, dopóki, trawestując Dołęgę-Mostowicza, sami windujemy te bydlęta na piedestał.

Czas zdać sobie sprawę z tego, że Polska sama nie zrobi się lepsza. Dopóki będziemy zapraszać do studiów telewizyjnych i radiowych i dawać głos bezczelnym manipulatorom i prostakom, którzy zamiast mówić o sprawach i polemizować z argumentami atakują personalnie ludzi, robią im psychoanalizę lub grzebią dziadkom i ojcom w życiorysach, dopóty będziemy żyć w piekle. Biletem wstępu do grona uczestników debaty publicznej, minimalnym progiem wymagań, powinny być kultura dyskusji, kompetencji i zasada, że nawet ostro, ale spieramy się o sprawy, nie atakujemy nikogo personalnie, a zanim coś powiemy, wysłuchamy drugiej strony.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Kaczyński w kajdankach? Czy pewnego dnia zobaczymy taki obrazek

8 Lu

TW Wolfgang i TW Ryszard wraz z żonami to najbliżsi współpracownicy Kaczyńskiego. Upada kolejny mit, o antykomunistycznym patriotyzmie Kaczyńskiego. Liczy się tylko władza, oparta na ludziach ze złamanym kręgosłupem i pieniądzach uzyskanych dzięki zawłaszczeniu polskiego państwa

CBA przestało być instytucją walczącą z korupcją, stało się agencją ochrony polityków PiS – mówi poseł Marcin Kierwiński. Platforma Obywatelska daje CBA czas do czwartku na uzasadnienie, dlaczego nie będzie kontroli oświadczenia majątkowego prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Poza tym domaga się, aby CBA zostało odsunięte od spraw związanych z zeznaniami mecenasa Roberta Nowaczyka przed Komisją Weryfikacyjną i aby zajęło się nimi CBŚP.

„Rozkład polskich służb specjalnych”

– Ostatnie dwa tygodnie to czarny okres dla polskich służb specjalnych. W sprawach oczywistych, bulwersujących, które pokazują patologię na najwyższych szczeblach władzy, służby specjalne zdominowane przez PiS nie są w stanie reagować – mówił na konferencji prasowej poseł PO Marcin Kierwiński.

Politycy opozycji przypominają, że od ponad tygodnia nie ma reakcji na tzw. taśmy Kaczyńskiego i biznesy spółki Srebrna. – Premier Mateusz Morawiecki, czyli osoba, która koordynuje służby specjalne udaje, że sprawy nie ma. Dochodzimy do sytuacji, w której opinia poszczególnych politykierów PiS-u jest ważniejsza od zapisów prawa i sprawnie działającej administracji – dodaje

O tym, że nie będzie kontroli oświadczenia majątkowego prezesa PiS-u, CBA poinformowało we wtorek o godz. 16. Oficjalne pismo w tej sprawie złożyli posłowie PO. Przekonują, że Jarosław Kaczyński złamał prawo, bo prowadzi działalność gospodarczą, a nie zgłosił tego w swoim oświadczeniu. Domagają się od CBA do czwartku pisemnej odpowiedzi.

– Jeszcze rano CBA nie potrafiło znaleźć naszego pisma, a już po południu dowiedzieliśmy się, że nie będzie kontroli oświadczenia majątkowego Jarosława Kaczyńskiego. Mamy do czynienia z rozkładem polskich służb specjalnych – dodaje Kierwiński.

Poseł Cezary Tomczyk z kolei zwraca uwagę na pewien zbieg okoliczności. – Dziwnym trafem o godzinie 16 zakończyła się narada na ul. Nowogrodzkiej, w której brali udział najważniejsi politycy PiS-u, w tym nadzorujący służby specjalne. Wygląda na to, że decyzje w sprawie mógł podjąć sam Jarosław Kaczyński – mówi poseł PO. I dodaje, że opozycja tej sprawy nie zostawi, bo „politycy PiS-u byli bezkarni”.

CBA i reprywatyzacja?

Przypomnijmy, mecenas Robert Nowaczyk zeznał przed Komisją Weryfikacyjną, że poprzez Jakuba R. CBA miała proponować mu „ochronę” w zamian za oddanie 30 proc. dochodów z reprywatyzacji.

– Od tego czasu ani CBA, ani premier, ani żadna inna służba nie zainteresowała się tą sprawą. Jesteśmy tym bardzo zaniepokojeni. Jeżeli ktoś publicznie do kamer mówi takie rzeczy, to w państwie prawa powinno być przynajmniej bardzo poważnie wyjaśnione – mówi poseł PO Robert Kropiwnicki, członek Komisji Weryfikacyjnej.

Polityk opozycji apeluje do premiera Mateusza Morawieckiego, aby „podjął działania, które w sposób natychmiastowy miałyby wyjaśnić sprawę”. Domagają się także odsunięcia od tej sprawy CBA. – Szef CBA pan Ernest Bejda był zatrudniony w spółce Srebrna, wobec której roszczenia miał też pan Nowaczyk. Sprawę wyjaśnienia propozycji korupcyjnej i spółki Srebrna powinno przejąć Centralne Biuro Śledcze Policji, nadzorowane przez ministra Joachima Brudzińskiego – dodaje Kropiwnicki.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Nowe afery PiS. Aferalność, genom partii Kaczyńskiego

28 Sty

KGHM Polska Miedź SA to firma z udziałem skarbu państwa o dochodach ponad 20 mld zł. Nic więc dziwnego, że jest ona łakomym kąskiem dla każdej nowej władzy. Jednak PiS, przeszło wszelkie granice, obsadzając najważniejsze w niej stanowiska swoimi ludźmi w skali do tej pory niespotykanej.

Gazeta Wyborcza opisuje sytuację w której mówi się, że „nieoficjalnym kadrowym” firmy jest wiceprezes PiS i szef struktur na Dolnym Śląsku, Adam Lipiński. To podobno dzięki niemu stanowisko prezesa otrzymał Krzysztof Skóra, a dyrektorem technicznym, zajmującym się dostarczaniem infrastruktury teleinformatycznej dla kombinatu i spółek zależnych został jego chrześniak, Karol Kos. W centrali pracuje też ojciec Kosa, bliski przyjaciel Lipińskiego. Obaj panowie, Skóra i Kos znajdują się na tzw. liście Misiewiczów czyli osób powołanych na odpowiedzialne stanowiska mimo braku odpowiednich  kwalifikacji zawodowych.

Zdaniem autorów artykułu, to właśnie Karol Kos jest odpowiedzialny za próbę ustawienia trzech przetargów na sprzęt i oprogramowanie, na łączną kwotę 3,2 mln zł. To on zlecił ponoć podległemu mu kierownikowi działu zabezpieczeń technicznych i głównemu specjaliście, by pisemnie uzasadnili tryb wyboru wykonawcy, ze wskazaniem na konkretną firmę. Na trop afery wpadły wewnętrzne służby kombinatu. Raport z kontroli, niekorzystny dla Kosa, dotarł do  dyrektora naczelnego COPI, Grzegorza Macha, a ten przekazał go dalej, do  świeżo mianowanego prezesa Marcina Chludzińskiego, również powołanego na to stanowisko dzięki wsparciu Adama Lipińskiego (tak twierdzi Gazeta Wyborcza).

„Nagrodą” za ujawnienie ustawionych przetargów było zwolnienie Grzegorza Macha z pracy. Jak twierdzi jeden z rozmówców Gazety Wyborczej, to „był spory szok, bo to fachowiec ściągnięty z rynku. Był wielokrotnie nagradzany za pracę dla kombinatu”. Według Chludzińskiego, Mach został zwolniony ponieważ nastąpiły rozbieżności „w ocenie jego funkcjonowania w COPI i zaangażowania w powierzone zadania 

Dzisiaj prezes Chludziński  twierdzi, że nie ma pojęcia o całej tej sprawie, Kos za dobrą pracę otrzymał umowę na czas nieokreślony, a KGHM złożyło do prokuratury wniosek o popełnienie przestępstwa przez Grzegorza Macha, twierdząc, iż jest podejrzenie „przekroczenia uprawnień i wyrządzenia szkody majątkowej o znacznej wartości”.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali sześć osób w śledztwie dotyczącym doprowadzenia Polskiej Grupy Zbrojeniowej S.A. do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

Wśród zatrzymanych jest były szef gabinetu politycznego MON Bartłomiej M., były członek zarządu spółki PGZ S.A. Radosław O., były parlamentarzysta Mariusz Antoni K., a także trzej byli pracownicy MON oraz spółki PGZ. Wszyscy zatrzymani zostaną przewiezieni do Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu, gdzie usłyszą zarzuty. W związku z zatrzymaniami funkcjonariusze CBA prowadzą przeszukania ponad 30 lokalizacji.

Śledztwo, prowadzone na podstawie materiałów własnych CBA, dotyczy niegospodarności, powoływania się na wpływy oraz fałszowania dokumentów przy okazji zawierania umów przez spółkę PGZ S.A. W ocenie śledczych doszło do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

>>>

(„Zapytany przez polityka opozycyjnego na Twitterze, jak długo potrwa reakcja rządu na takie sytuacje, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński napisał: „Reagować na co?”)

Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem

Walka z mową nienawiści jest wojną obronną, a zatem słuszną i sprawiedliwą. Od tak dawna obrzucamy się błotem oszczerstw, potwarzy i pomówień, że dla wielu to bagienko stało się już środowiskiem naturalnym.  Czas się ratować – oskrobać z podłych intencji i obmyć z nienawistnych słów. Jednak wezwania, by każdy z nas rozpoczął odnowę moralną od siebie, od zaraz i bez warunków wstępnych, uważam za nierealne i niebezpieczne. Słuchając nawoływań o zawieszenie broni i narodowe pojednanie, obłażą mnie wątpliwości, z których nie potrafię się otrzepać.

Jeśli zależy nam na trwałym pokoju społecznym, to przyjąć musimy do wiadomości, że zawieszenie broni nie zakończy się traktatem pokojowym, póki rozpalać się będą lokalne walki i potyczki. A będą, nawet gdyby wszystkich harcowników przenieść na tyły, do taborów. Bo nie wierzę w dobre intencje wszystkich walczących, tak jak nie wierzę w przyzwoitość na zawołanie. Cisza na froncie to znakomita okazja dla cynicznych watażków, którzy wykorzystując uczciwość przeciwnika przejmują inicjatywę i kontynuują swoją wojenkę wmawiając światu, że oni strzelają wyłącznie ślepakami i tylko na wiwat. Będą nadal toczyć swoje bitwy poprzez najemników, wynajętych wyznawców i wyznaczonych funkcjonariuszy.

Na szczytach władzy słychać nawoływania do narodowej zgody i porozumienia. I na tym samym oddechu rządzący dopowiadają, że przemysł pogardy jest produktem Platformy. Okazuje się, że wojnę polsko-polską rozpoczął Donald Tusk, zniesławiając wyborców PiS niewyobrażalną kalumnią: „moherowe berety!”, wobec której jakieś tam „zdradzieckie mordy”, „mordercy” oraz „komuniści i złodzieje” to tylko usprawiedliwiona reakcja obronna. Dzisiaj PiS zaprasza opozycję na rozmowy pokojowe, a w tle słychać wyraźnie tętent nadjeżdżającej kawalerii i rżenie koni jeźdźców Apokalipsy.

Na sobotnim zebraniu partyjnym z udziałem dowiezionych samorządowców prezes Kaczyński dokonał niebywałych odkryć, że oto Polska jest podzielona, a podział ten prowadzi do wydarzeń, które jednak nie powinny mieć miejsca – sugerując jednocześnie, kto za to odpowiada . Pan premier zawtórował swojemu przełożonemu, kolejny raz wyliczając, czego to poprzedni rząd przez 8 lat nie zrobił, po czym opowiedział o „przezwyciężaniu spuścizny porozbiorowej”(!) i z braku przekonujących sukcesów skupił się na wyzwaniach przyszłości – o wyzywaniach w przeszłości nie wspominając. Wcześniej wicemarszałek Terlecki obsobaczył zaproszoną na „rokowania” opozycję, która ośmieliła się zarzucić TVP – uczciwej przecież i obiektywnej jak nigdy dotąd – że kłamie i podgrzewa nienawistne nastroje.

To jednak ledwie pstryczki i żartobliwe przekomarzania wobec furii wyznawców Kaczyńskiego w mediach wspierających PiS. W jednym z tygodników dostępnych na pocztach, w supermarketach, na stacjach benzynowych i wszędzie tam, gdzie nie sprzedaje się „Gazety Wyborczej”, przeczytać można wielki tekst o źródłach języka pogardy. Kilka cytatów: „Ta cała nienawistna jazda bez trzymanki trwa od 2005 roku (…), a kulminacja tego politycznego i propagandowego zezwierzęcenia nastąpiła po tragedii smoleńskiej”.  I dalej: „Przecież ta swołocz i hołota nie uszanowała nawet żałoby po ofiarach tragedii smoleńskiej…”. Teraz już można gładko przejść od Smoleńska do Poznania: „przedstawiciele totalnej opozycji na widok niewinnie przelanej krwi zachowali się jak stado szakali, które tę krew poczuło i w jakimś dzikim amoku ruszyło do ataku”. Dalej jest o „ludzkiej mierzwie”, która z premedytacją zdeptała wolę rodziny Adamowicza, aby tylko „po trupach do władzy”. Wygląda na to, że autor, niejaki Mirosław Kokoszkiewicz, sam sobie odpowiada na tytułowe pytanie „Kto zasiał nienawiść?”

Nie są to bynajmniej najbardziej wyraziste przejawy pogardy dla myślących inaczej i reagujących samodzielnie. Spore zainteresowanie wyborców PiS wzbudził wywiad Aldony Zaorskiej z Grzegorzem Braunem, który jest nie tylko reżyserem i publicystą, ale również nauczycielem akademickim. Zdaniem tego pana morderstwo Adamowicza to kolejne niewyjaśnione zabójstwo. Kolejne, bo „w III Rzeczpospolitej takie rzeczy zdarzają się wręcz seryjnie”. Braun sądzi, że to wydarzenie bardzo przysłużyło się tym, którzy głoszą, że w Polsce demokracja jest zagrożona i gdyby nie zdarzyło się naprawdę, to „na użytek tej antypolskiej narracji trzeba by je wymyślić”. Uniwersytecki wykładowca informuje ponadto, że zabójstwo Pawła Adamowicza to w konsekwencji wielka wspólna operacja propagandowa opozycji i WOŚP Jerzego Owsiaka, bo morderstwa dokonano „na ołtarzu świeckiej religii, podczas celebracji tego dorocznego obrzędu”. Braun nie omieszkał też zawiadomić, że ofiara mordu to „prominentny przedstawiciel opcji niemieckiej, chętnie wpisujący się w żydowskie narracje propagandowe i w neomarksistowskie projekty seksualizacji nieletnich”…

Czytelnikom, którzy w tym miejscu wzruszą ramionami, bo pan Braun jest postacią groteskową i marginalną, zwracam uwagę, że nasza scena polityczna aż roi się od podobnych postaci, a każdego dnia jesteśmy świadkami wydarzeń, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za marginalne i groteskowe, a dziś albo ich już nie dostrzegamy, albo traktujemy je z pełna powagą. Nie jestem katastrofistą i też żywię mocne przekonanie, że ostatecznie dobro zwycięży. Problem tylko – jak dożyć tej chwili?

Myślę, że zanim zabierzemy się za bratanie, zanim wypijemy bruderszaft przechodząc  z warknięć  stworzeń animalnych na „Pan”(i „Pani”), powinniśmy zdefiniować wyraźnie, czym jest język pogardy oraz czym mowa nienawiści nie jest. Bo walka o życzliwą debatę publiczną rodzi pewne zagrożenie: może okazać się niebezpieczna dla prawdy. Wraz z oczyszczającą kąpielą łatwo wylać prawdę – tę rozumianą jako osąd zgodny z rzeczywistością. Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem. Kim będą ci ludzie, jeśli zabraknie nam słów precyzyjnie określających ich działanie i motywy, bo te dotychczasowe uznamy za obraźliwe? Jeśli wojna z mową nienawiści sprowadzi się do eliminacji ze słownika debaty publicznej wybranych wyrazów i do relatywizowania negatywnych ocen ludzkich poczynań, to nie tylko stracimy trzeźwy osąd. Co gorsza – pozwolimy by ci, przeciw którym wojna się zaczęła, opanowali nasze dowództwo i sztab generalny.

Dlatego publiczne nazwanie premiera Morawieckiego kłamcą, prezesa Kaczyńskiego oszustem, eksministra Macierewicza hochsztaplerem, albo wicemarszałka Terleckiego cynikiem i politycznym graczem, powinno pozostać zwyczajną diagnozą tak długo, dopóki nie dopiszemy do niej szyderczych przymiotników. A poza tym niech mowa nienawiści zginie i przepadnie. Niech służy tylko badaczom niektórych form i przejawów epistolarnej twórczości, charakteryzującej polski dyskurs publiczny I połowy XXI wieku.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Pisowska lojalność nagrodzona intratnym stanowiskiem pomimo zarzutów prokuratury

5 Sty

Były szef departamentu operacyjno-śledczego w CBA, Paweł W. w grudniu został powołany na stanowisko kierownicze w Biurze Przeciwdziałania Nadużyciom i Audytu w Państwowych Portach Lotniczych.

Być może nie byłoby w tym fakcie nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na Pawle W. ciąży oskarżenie prokuratury za jazdę samochodem bez prawa jazdy. Zostało mu ono wcześniej zabrane za przekroczenie dozwolonej liczby punktów karnych.

Paweł W. jest doskonałym przykładem na proceder obsadzania ważnych stanowisk państwowych ludźmi związanymi z Prawem i Sprawiedliwością, tym bardziej, że poprzednie swoje stanowisko w CBA również zawdzięczał partyjnemu powiązaniu.

Powołanie Pawła W. na szefa BPNiA może mieć powiązanie ze zwolnieniami ludzi, nawet z kilkunastoletnim stażem pracy, ale nie związanych z partią rządzącą.

„Musiałam zwalniać dyscyplinarnie pracowników z 10-20-letnim stażem pracy, prawie we wszystkich przypadkach bez uzasadnienia” – mówiła dziennikarzom „Wyborczej” była kadrowa PPL, Renata Grzywna, która też została zwolniona.

Nadrzędnym celem Biura Przeciwdziałania Nadużyciom i Audytu jest według prezesa PPA „zapewnienie przestrzegania przez jednostki organizacyjne PPL powszechnie obowiązujących przepisów prawa i wewnętrznych aktów normatywnych, w tym kodeksu etyki i polityki przeciwdziałania nadużyciom i korupcji”. Definicja ta ma się jednak nijak do partyjnej polityki kadrowej prowadzonej przez Prawo i Sprawiedliwość.

>>>