Tag Archives: Bronisław Komorowski

PiS i Jan Paweł II z Ciemnogrodu

20 Maj

Postać Jana Pawła II coraz bledsza, coraz lichsza z upływem lat. W zasadzie jego jedynym osiągnięciem było względne przyczynienie się do upadku komunizmu w Polsce.

Nauki społeczne i filozoficzne miał za swego życia już wielce anachroniczne. PiS bierze go na swoje sztandary, bo jest tak samo zacofany, rodem z Ciemnogrodu.

Socjolog prof. Magdalena Środa na temat Kościoła katolickiego.

Kilka dni temu Środa zabrała głos w dzień 100. urodzin Karola Wojtyły. Uczona nie ukrywa, że nie jest fanką papieża Polaka i skrytykowała postawę JP2 w czasie pełnienia przez niego pontyfikatu.

– Jan Paweł II był Kaczyńskim Kościoła katolickiego. Zapewne miał jakieś zasługi dla zniesienia żelaznej kurtyny, ale niewiele ponadto. Był ortodoksyjnym kostycznym służbistą Kościoła, który wiedział, że Rydzyk jest więcej wart niż Tischner, bo Rydzyk to logistyka i pieniądze a Tischner to kłopotliwe dla wiary myślenie.

– Uwielbiał podróżować, ale jego ekumenia sprowadzała się do hasła: przejdźcie na katolicyzm! Otaczał się posłusznymi prymitywami jak Dziwisz, wybrał księgowego Glempa na prymasa Polski, bo bał się osób myślących, dał się omotać Półtawskiej i wierzył, że na świecie nie ma większego zła niż prezerwatywa i aborcja (niech Afryka ginie na AIDS, byleby nie stosowała prezerwatywy). Teoria, że stworzył jakieś pokolenie (JPII) szybko okazała się kompletną fikcją, bo nie był żadnym autorytetem. Jego pisma są zachowawcze i od 1993 roku radykalnie doktrynalne (tomistyczne). Zacznijcie je wreszcie czytać, jeśli nie wierzycie. To skandal, że szef demokratycznej partii Borys Budka zachwyca się jego dorobkiem a minister nauki i szkolnictwa wyższego zaleca popularyzowanie jego dorobku jako priorytet swoje kadencji – komentowła Środa sylwetkę Jana Pawła 2.

Po tych krytycznych słowach względem papieża na socjolożkę spadła krytyka głównie ze strony osób wierzących jak informuje Środa.

– To kuriozalne ale i symptomatyczne dla polskiego katolicyzmu, że największy hejt i największa liczba przekleństw po ostatnim wpisie poświęconym JPII, skierowanych w moim kierunku (gdzie słowa k… i szmata były najbardziej delikatnymi) , były autorstwa wielbicieli papieża a więc – zapewne – katolików. Czy jest na świecie jakaś inna religia, która wzbudza i ugruntowuje tyle nienawiści wobec osób inaczej myślących co polski katolicyzm? – pyta prof. Magdalena Środa za pośrednictwem proflu na Facebooku.

„Przepisy pomagają dużym przedsiębiorcom, korporacjom, by nie zmniejszyła się ich stopa zysku. By mogły przejść przez kryzys w miarę suchą stopą, ale kosztem wynagrodzeń pracowników” – mówi Łukasz Jaskuła z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.

Wypowiedź związkowca Jaskuły >>>

Surowe prawo stanu wyjątkowego wprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość stało się narzędziem cenzurowania sztuki, karania aktów manifestowania swoich poglądów, w szczególności poglądów krytykujących obecną władzę, a nawet odstraszania od przebywania w okolicach Sejmu – pisze adwokatka i działaczka społeczna Beata Siemieniako.

Adwokatka Siemieniako pisze >>>

Potrzebne będzie rozliczenie polityczne, które niekoniecznie musi się kończyć więzieniem, a może się skończyć polityczną anatemą. Byle nie zabrakło determinacji, bo rozliczyć i ukarać trzeba, nie dla osobistej satysfakcji, żeby pognębić wroga, tylko dla nauki, żeby wszyscy wiedzieli, że nie łamie się demokratycznych zasad państwa prawa bezkarnie. Prezydent Andrzej Duda sam pomógł rozwalić Trybunał Konstytucyjny, niezależność Sądu Najwyższego i w związku z tym sam pozbawił się narzędzi politycznych, które mogłyby dawać mu komfort, poczucie niezależności, ale i sens ustrojowy. Oczywiście to jest do odrobienia w ramach odbudowywania niezależności TK i SN. Wówczas rola prezydenta też się zmieni – mówi były prezydent Bronisław Komorowski. – Po sondażach widać, że ta decyzja była trafiona. Rafał Trzaskowski w ciągu 3 dni wskoczył na drugie miejsce w sondażach, zatem ta kandydatura trafiła do wyobraźni wyborców, a o to chodzi. Natomiast co do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, to zapłaciła cenę za mówienie prawdy i to mimo że miała rację – dodaje.

Wywiad z Komorowskim >>>

Prezydent RP Małgorzata Kidawa-Błońska?

11 List

Z okazji Święta Niepodległości Małgorzata Kidawa-Błońska, prawdopodobna kandydatka PO-KO na prezydenta, zamieściła nagranie przypominające orędzie prezydenckie. Poza apelami o zgodę i utrzymywanie wspólnoty, posłanka wykorzystała cytat ze Stanisława Wojciechowskiego, prezydenta II RP. Nie wspomina jednak, że cytuje pradziadka.

Małgorzata Kidawa-Błońska, wymieniana w ostatnim czasie jako najbardziej prawdopodobna kandydatka Platformy Obywatelskiej czy Koalicji Obywatelskiej na prezydenta, w związku ze Świętem Niepodległości zamieściła w sieci film, który przypomina trochę swoim formatem prezydenckie orędzie.

Na wstępie Kidawa-Błońska podkreśla, jak ważna jest zgoda narodowa i że w takie dni jak 11 listopada „powinniśmy zapomnieć o tym, co nas dzieli”. Wylicza, że „ojcowie niepodległości” sprzed 101 lat wywodzili się z wielu opcji politycznych, ale w ostatecznym rozrachunku kluczowa była Polska.

Gdziekolwiek jesteście, pamiętajcie, jesteśmy wspólnotą. Dlatego działamy razem, szanujemy się i myślimy o dobrej przyszłości naszej ojczyzny. W dniu naszego wspólnego święta, w Dniu Niepodległości, jestem z wami z radością i z dobrą myślą. Zjednoczeni możemy zrobić wiele dobrego. Pamiętajmy: Jeszcze Polska nie zginęła!

– mówi na koniec nagrania Małgorzata Kidawa-Błońska.

Święto Niepodległości 2019. Kidawa-Błońska cytuje pradziadka, ale o pokrewieństwie ani słowa

Prawdopodobna kandydatka na prezydenta w „orędziu” przemyca też słowa prezydenta II RP Stanisława Wojciechowskiego. Jednak na nagraniu nie wspomina o pokrewieństwie z Wojciechowskim – to pradziadek Kidawy-Błońskiej. Wojciechowski, którego poprzednik, Gabriel Narutowicz, został zamordowany, w orędziu apelował:

W imieniu Rzeczypospolitej wołam do was, obywatele, skłaniajcie się do zgody w sprawach dobra powszechnego, ono jest pierwszym warunkiem wykonania ustawy konstytucyjnej, uzdrowienia życia gospodarczego i wychowania obywateli godnych imienia polskiego.

Kidawa-Błońska po odczytaniu tej wypowiedzi dodała jeszcze od siebie: – I chyba nie ma nikogo, kto nie zgodziłby się z tymi słowami.

Zachowanie Kaczyńskiego w Sejmie to odmowa odpowiedzialności za rynsztok, który się stworzyło w kraju. Zamach na Adamowicza 8

17 Sty

„To czysty przypadek, proszę nie doszukiwać się w tym drugiego dna” – tak rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek tłumaczyła swoją nieobecność podczas minuty ciszy na cześć tragicznie zmarłego Pawła Adamowicza w Sejmie. Przesłanek, by sądzić, że absencja prezesa z przybocznymi podczas symbolicznego gestu nie była przypadkowa dostarcza przykład z terenu. Otóż radni Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi wzięli dziś przykład z góry i nie uczestniczyli dziś w posiedzeniu Rady Miasta, na którym żegnano Pawła Adamowicza, zamordowanego prezydenta Gdańska.

Podczas sesji Rady Miasta obecny był tylko jeden radny Prawa i Sprawiedliwości. Puste krzesła łódzkich działaczy PiS zostaną w pamięci smutnym znakiem politycznej i ludzkiej małości. Chyba, że to był również czysty przypadek.

Zachowania Jarosława Kaczyńskiego trudno nie nazwać celowym. Tuż po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza wielu wyrażało nadzieję na poprawę poziomu w polskim dyskursie politycznym. Niestety, zawistnego, jedynie słusznie cierpiącego prezesa Prawa i Sprawiedliwości nie było stać na klasę nawet na poziomie czysto symbolicznym. Przykład z góry poszedł do Łodzi. Niestety, jak Kaczyński zdołał wielokrotnie udowodnić, „góra” to człowiek mały. 

Próbujący narzucić dziś, skądinąd krzywdzącą narrację o „chorym psychicznie” zamachowcu, działającemu samodzielnie w oderwaniu od motywacji politycznych, w ramach dobrze przyjętej w Polsce „symetrii”, chętnie wspominają dziś o zabójstwie Marka Rosiaka w biurze europosła PiS Janusza Wojciechowskiego z października 2010 roku. Zamachowiec chciał wtedy zabić Jarosława Kaczyńskiego. Wtedy też politycy PiS na czele z prezesem oskarżali rządzących o kampanię nienawiści przeciwko ich partii. „Zaczyna się zabijanie opozycji. Nie zabijajcie nas, chcemy pracować dla demokratycznej Polski. Wróćmy do normalnych zasad funkcjonowania polskiego państwa” – apelował Witold Waszczykowski.

Pamięć tragicznie zmarłego Marka Rosiaka uczcili w Łodzi ówcześni Prezydent, premier i Marszałek Sejmu. Gdy wielu liczyło na symboliczne pojednanie w geście podania dłoni na znak pokoju podczas pogrzebu, Jarosław Kaczyński zgrabnie uniknął niechcianej sytuacji czekając w przejściu pomiędzy ławkami. Mimo tego prezes mówił o wybuchu „socjotechniki nienawiści, która zaczęła być stosowana jako socjotechnika władzy”. „I jeśli można dziś o coś apelować, prosić, to o to, by ta socjotechnika, by ten sposób rządzenia został odrzucony, z całym zdecydowaniem, jednoznacznie, bez żadnych uników” – dodał.

W myśl apelu Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło powstanie tzw. Deklaracji łódzkiej “przeciw przemocy i nienawiści w życiu publicznym i mediach”. Jako pierwszy deklarację podpisał sam Jarosław Kaczyński, wezwał do tego samego Bronisława Komorowskiego, warunkował tym możliwość rozmowy z prezydentem. Zobowiązał się przez to, jak mówił na konferencji, „do nie posługiwania się w życiu publicznym sformułowaniami obraźliwymi, bardzo skrajnymi, sformułowaniami bez których można w polskim naszym języku wyrazić nawet najbardziej krytyczny pogląd”.

W Deklaracji napisano:

„Dlatego uważamy za niedopuszczalne: 

– Wyrażenia wzywające do przemocy i życzące śmierci, szyderstwo z sytuacji zagrożenia życia np. jaka wizyta taki zamach; 

– Wypowiedzi przypisujące choroby psychiczne, wmawianie nienawiści i działania z niskich pobudek; 

– Używanie dla określenia oponenta słów powszechnie traktowanych za obelżywe – np. bydło, wataha czy wypowiedzi takich jak : „(…) znajduje się grupa ludzi, która w tym czasie – kiedy wszyscy bez wyjątku ciężko pracują – plądruje walizki pasażerów” czy „Przyjdzie taki dzień, że Jarosław Kaczyński będzie już rozmawiał z siłami ostateczności (…) być może będzie miało to miejsce jeszcze w tym roku (…) wówczas uznamy, że to był naprawdę dobry rok”. 

Ten język nienawiści i wykluczenia odrzucamy! Apelujemy do uczestników życia publicznego, redakcji prasowych, działaczy społecznych i związkowych, osób zaufania publicznego, a przede wszystkim do obywateli, aby przystąpili do tej deklaracji”.

Co zostało z Deklaracji? Co zostało z chęci zmiany? Czy Prawo i Sprawiedliwość po prostu perfidnie wykorzystało ludzką tragedię do walki politycznej?

Prawo i Sprawiedliwość nie zachowało choćby pozorów przyzwoitości. W tych smutnych okolicznościach dobre jest jedno. Podłe zachowanie polityków prawicy budzi wśród Polaków jeszcze szczere oburzenie. Tym razem nie spot

Są ludzie winni takiej atmosfery, która popchnęła tego osobnika do zabójstwa prezydenta Adamowicza, tak samo jak popchnęła do zabójstwa prezydenta Narutowicza. Nie podzielam poglądu, że trzeba wyciszyć emocje, pogrążyć się we wspólnej zadumie, znam ten ton z 1922 roku. Nie, takie rzeczy trzeba nazywać po imieniu. Tak jak sobie wszyscy upudrowali sumienia po zabójstwie Narutowicza, że to szaleniec zabił, a druga strona wykazała się wspaniałomyślnością, nie dążyła do publicznego rozliczenia – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk specjalizujący się w historii dwudziestolecia międzywojennego. – Jeżeli tak się stanie, to prezydent Adamowicz zginie dwa razy. Raz z ręki mordercy, a drugi raz w wyniku tego, że nie wyciągnięto z tej śmierci wniosku.

JUSTYNA KOĆ: W całym kraju odbyły się w poniedziałek marsze przeciw nienawiści. W Warszawie ludzie spotkali się przed PKiN, po czym spontanicznie ruszyli przed Zachętę, intuicyjnie łącząc zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza z zabójstwem prezydenta Gabriela Narutowicza. Słusznie?

PROF. TOMASZ NAŁĘCZ: Też bym tak zrobił, chociaż kierowany nie intuicją, a wiedzą historyczną, bo zajmuję się zawodowo przede wszystkim okresem międzywojennym, a więc czasami Gabriela Narutowicza.

Widzę ogromne podobieństwa tych dwóch sytuacji. Oczywiście jest też mnóstwo odmienności, nieporównywalna jest Polska po blisko 100 latach, inne jest społeczeństwo, inne państwo, inna kultura, inny sposób komunikowania. Nie ma dwóch porównywalnych w historii momentów jeden do jednego, natomiast istota zjawiska jest ta sama.

Nienawiść?
Nienawiść sączona instrumentalnie przez ludzi polityki ludziom, którzy nie dostrzegali istoty tej gry i którzy zarzuty stawiane fałszywie Narutowiczowi traktowali poważnie. Narutowicza po wyborze na prezydenta oskarżano o najgorsze rzeczy, wcześniej nie budził żadnych emocji, dopiero kiedy został wybrany i przepadł, wydawało się żelazny kandydat endecji, hrabia Maurycy Zamoyski.

Ludzie prości, przyjmujący słowa wypowiadane przez polityków jako wierzenia, traktowali Narutowicza jako zło wcielone, a szczególnie niebezpieczni są w takich sytuacjach ludzie, którzy są niezrównoważeni, odbiegają od normy psychologicznej. To niekonicznie muszą być ludzie ogarnięci chorobą, ale podatni na nastroje.

Nie znam się na psychologii, ale nie ulega wątpliwości, że zabójca prezydenta Narutowicza był człowiekiem z ówczesnej elity intelektualnej, krytykiem sztuki, wysokim urzędnikiem państwowym, cieszył się szacunkiem. To, że popełnił ten mord, nie cofa tych poprzedzających opinii, wiedzy i umiejętności. Niewiadomski od dłuższego czasu przygotowywał się do zamachu na Piłsudskiego. Gdyby ten nie zrezygnował z kandydowania, Zgromadzenie Narodowe wybrałoby go prawdopodobnie już w pierwszym głosowaniu i to Piłsudski by zginął.

Poszukajmy tych analogii głębiej. W 1922 roku gazety pisały o Narutowiczu jako obywatelu Szwajcarii, nie-Polaku, pisano o rządzie „powołanym przez prezydenta narzuconego przez obce narodowości: Żydów, Niemców i Ukraińców”Dziś pojawiają się statystyki, że w ciągu ostatniego roku w TVP wyemitowano ponad 100 materiałów szkalujących Adamowicza.

Zabójstwo prezydenta Adamowicza jest dokładnie taką samą sytuacją jak morderstwo prezydenta Narutowicza.

Ja nie oglądam tych programów, bo uważam, że to uwłacza godności normalnego człowieka, chociaż płacę abonament jak porządny obywatel. Uważam, że to jest warte przebadania i oczywiście, że ci pseudodziennikarze nie hodowali świadomie mordercy, tak jak ludzie, którzy atakowali Narutowicza, nie chcieli jego mordu.

Czym innym jest rzucanie błotem, a czym innym, jak to błoto zamienia się w krew ofiary.

Co było po zabójstwie?
Obozowi winnemu śmierci Narutowicza uszło to na sucho, oczywiście oprócz zamachowca, który poniósł karę śmierci, został stracony kilka tygodni po zamachu, ale obóz polityczny nie. Przeciwnie, pięć miesięcy po zabójstwie Narutowicza w koalicji z PSL-Piast objął władzę w Polsce. Jestem przekonany, że są tu sytuacje analogicznie.

Są ludzie winni takiej atmosfery, która popchnęła tego osobnika do zabójstwa prezydenta Adamowicza, tak samo jak popchnęła do zabójstwa Narutowicza. Nie podzielam poglądu, że trzeba wyciszyć emocje, pogrążyć się we wspólnej zadumie, znam ten ton z 1922 roku. Nie, takie rzeczy trzeba nazywać po imieniu.

Tak jak sobie wszyscy upudrowali sumienia po zabójstwie Narutowicza, że to szaleniec zabił, bo rzeczywiście ten morderca nie miał organizacyjnych związków z obozem narodowym. Politycznie ten akt nikomu nie zaszkodził, oczywiście oskarżenie o moralną winę za zabójstwo prezydenta w krótkim czasie szkodziło temu  środowisku, ale druga strona wykazała się wspaniałomyślnością, nie dążyła do publicznego osądu całej tej sprawy, bała się konfliktu wewnętrznego, wojny domowej, starała się załagodzić sytuację. Słyszę ten ton także teraz w debacie publicznej.

Nie przypisujmy nikomu winy, zbadajmy tę sprawę, słyszę komunikaty o konieczności badań medycznych zabójcy. Oczywiście, że one są elementem procedury śledczej, a potem sądowej, ale uważam, że jest jedną wielką przestrogą przypadek Narutowicza i tego, co potem się działo w imię tzw. wyższego dobra i spokoju, nienapinania konfliktu społecznego, nierozliczania winnych.

Jestem przekonany, że śledztwo prokuratora Ziobry będzie zmierzało w kierunku, że morderca prezydenta Gdańska był psychicznie chory. To zawsze jest łatwiejsze usprawiedliwienie, gdy szaleniec sięga po broń.

Powinny nastąpić twarde rozliczenia?
Uważam, że ktoś swoją argumentacją wkłada do ręki broń szaleńcowi, ktoś sprawia, że szaleniec sięga po rewolwer czy po nóż, przecież sam tego nie wymyślił podczas spacerów nad Wisłą czy Wełtawą. On słucha i chłonie.

Nie wystarczy w przypadku złowrogiej audycji zniszczyć odbiornika, tylko trzeba uciszyć radiostację. Tak jest też w tym przypadku.

W 1922 roku mówiono „ciszej nad tą trumną”.
I rozejdźmy się w zadumie, kto bez winy, niech rzuci kamieniem. Oczywiście, że te emocje, atmosfera oskarżeń, ciężkich słów to jest przekleństwo współczesnej polityki, nie tylko polskiej, ale jak się tak to zostawi, to będzie tak samo jak 97 lat temu. Ruchy skrajne wyniosą mordercę na swoje sztandary, może nawet jak w przypadku Narutowicza będą kontrowersje, czy umieścić tablicę pamiątkową, czy nie, będą dziwne uchwały za kilka miesięcy.

Przestrzegam przed tą strategią zabliźniania tej rany w imię „wyższego dobra”. Jak mówił pisarz, którego niezwykle cenię, Stefan Żeromski, burzyciel ludzkich sumień u zarania niepodległości, to jest zabliźnianie ran podłością.

Z naszej rozmowy wynika, że nawet z tak tragicznej śmierci nie potrafimy wyciągać wniosków, czy teraz będzie inaczej?
Chciałbym, bo tamta śmierć poszła na marne, ona nie stała się momentem otrzeźwienia, refleksji, bo ludziom winnym uszło to na sucho. Co więcej, nie mamy czasu na dokładne analizy historyczne, ale powiem jeszcze, że

w tamtych demonstracjach pełnych jadu, nienawiści, podjudzających do przemocy była pewna racjonalna metoda. Chodziło o to, aby nie dopuścić do utrwalenia bardzo przypadkowej rzeczywiście, sytuacyjnej koalicji, która Narutowicza wybrała.

Taka koalicja w świecie ówczesnej polityki nie miała prawa powstać. Endecji się wydawało, że to niemożliwe, aby zjednoczyli się centrum, lewica i mniejszości narodowe. Zdarzyła się jednak w wyniku błędów prawicy, nie mamy czasu, aby powiedzieć dlaczego, ale to właśnie prawica scementowała tak egzotyczną koalicję. I endecja się przestraszyła, że ta koalicja sformuje gabinet i zacznie rządzić Polską, spychając endecję, która zebrała jednak najwięcej głosów, jej wynik był znacząco lepszy, niż innych ugrupowań. Tamte demonstracje nienawiści urządzano też po to, aby pokazać, że bez prawicy rządzić Polską się nie da.

Prędzej Polska spłynie buntem, niż będą rządzić inni. Ta strategia przyniosła śmierć prezydenta, uruchomiła ludzi słabych, biorących hucpę polityczną za prawdę objawioną, a w kilka miesięcy potem endecja sięgnęła po władzę. Endecji udało się tę koalicję prezydenta zniszczyć, zdążyła jeszcze tylko wybrać następcę Narutowicza, prezydenta Wojciechowskiego.

To powinna być dla nas ogromna przestroga, że nie można powtórzyć tego samego scenariusza, a jak widzę komentarze, płynące zwłaszcza z prawej strony, które chyba i druga strona jest w stanie przyjąć, tę strategię „w imię spokoju społecznego”, to rzeczywiście prezydent Adamowicz zginie dwa razy. Raz z ręki mordercy, a drugi raz w wyniku niewyciągnięcia z tej śmierci wniosku. Z tym że sytuacja o tyle się różni, że o ile w II RP już takiego mordu nie było, to uważam, że tym razem, bardzo bym nie chciał, ale jeżeli wejdziemy w scenariusz naszych pradziadów, to mogą być następne takie mordy.

Prezydenci trzech miast wystosowali apel do wszystkich prezydentów i burmistrzów, aby w dniu pogrzebu Pawła Adamowicza zorganizowali w każdej miejscowości „możliwość spotkania się na centralnym placu” i zapalania zniczy. – Aby ci wszyscy, którzy nie będą mogli być w Gdańsku, u siebie, we własnej miejscowości, mogli się ze sobą spotkać – mówił podczas konferencji prasowej Rafał Trzaskowski. Razem z prezydentem Warszawy wystąpili prezydenci Sopotu i Poznania. Zadeklarowali, że po ostatnich wydarzeniach nie chcą ochrony, ale powrotu do normalności.

„To moment, kiedy wszyscy powinniśmy być razem”

„Żegnamy Pawła Adamowicza, Prezydenta Miasta Gdańska, wspaniałego człowieka, wielkiego samorządowca, naszego Przyjaciela z Unii Metropolii Polskich i Związku Miast Polskich. Apelujemy do włodarzy wszystkich samorządów, aby w czasie sobotnich uroczystości pogrzebowych umożliwili swoim mieszkańcom zebranie się na centralnych placach swoich miast i zapalenie zniczy. W obecnej sytuacji jedynie nasze myśli i wsparcie duchowe są w stanie wesprzeć Rodzinę i mieszkańców Gdańska. Niech ten okres żałoby będzie czasem zadumy, spokoju i zastanowienia” –  czytamy w apelu trzech prezydentów miast: Warszawy, Sopotu i Gliwic.

– Sobota, godz. 12, to jest taki moment zadumy, żeby każdy prezydent, każdy samorządowiec, każdy burmistrz zapewnił w swojej miejscowości możliwość spotkania się na centralnym placu. Aby ci wszyscy, którzy nie będą mogli być w Gdańsku, u siebie, we własnej miejscowości, mogli się ze sobą spotkać – mówił podczas konferencji prasowej Rafał Trzaskowski. Według niego „to jest taki moment, kiedy wszyscy powinniśmy być razem”.

W konferencji prasowej przed siedzibą PO w Warszawie uczestniczyli także prezydenci Sopotu Jacek Karnowski i Poznania Jacek Jaśkowiak.

„Był jednym z twórców samorządów”

Prezydent Sopotu apeluje do wszystkich miast i gmin, „aby zastanowić się, jak uhonorować zmarłego tragicznie prezydenta Gdańska”. Chce także, aby jego przesłanie o wolności, solidarności, otwartości wprowadzić do szkół.

– Wielu samorządowców zastanawia się, co dalej, i dlatego też wystosowaliśmy dzisiaj apel o to, żeby zastanowić się nad tym, jak godnie, w każdym mieście, w każdej gminie uhonorować naszego przyjaciela, prezydenta Paweł Adamowicza. Był jednym z twórców samorządów, nie tylko w Gdańsku, ale i w Polsce – mówił Jacek Karnowski.

Pogrzeb Pawła Adamowicza odbędzie się w sobotę o godz. 12. Prezydent Gdańska zostanie pochowany w Bazylice Mariackiej w Gdańsku. Sobota będzie dniem żałoby narodowej.

Od czwartku od godz. 17 w Europejskim Centrum Solidarności przez 24 godziny będzie wystawiona trumna prezydenta Gdańska. Stamtąd w piątek wyruszy pochód, który odprowadzi ją ulicami miasta do Bazyliki Mariackiej.

„Nie chcemy ochrony, tylko normalności”

Czy prezydenci Warszawy, Sopotu i Poznania rozważają możliwość otrzymania ochrony? – My, samorządowcy, nie chcemy ochrony, chcemy normalności tak, by prokuratura i CBA nie robiły z nas malwersantów, a media publiczne nas nie szkalowały – odpowiadał prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

Prezydent Poznania zapowiedział, że odwoła się od umorzenia przez prokuraturę postępowania w sprawie „politycznych aktów zgonu” wydanych przez Młodzież Wszechpolską m.in. jemu i zamordowanemu prezydentowi Gdańska. Prokuratorzy uznali, że akty były formą krytyki i nie zawierały gróźb czy nawoływania do nienawiści.

– Paweł nie zdążył podpisać tego odwołania, ja mam je teraz przed sobą i ponieważ jestem jednym z pokrzywdzonych, złożę odwołanie od postanowienia prokuratury – zapowiedział Jaśkowiak. W swoim odwołaniu chce wykorzystać tezy, które przygotował prezydent Gdańska.

– Jeśli prokuratura nie podejmie działań w tego rodzaju sprawach, to niedługo mogą się pojawić w przestrzeni publicznej polityczne wyroki śmierci, które także, zgodnie ze stanowiskiem prokuratury, trzeba będzie odczytywać przez pryzmat wolności słowa i wyrażania poglądów politycznych jako zjawiska co najwyżej naganne, a nie przestępstwo – mówił na konferencji prasowej Jaśkowiak, cytując odwołanie Pawła Adamowicza.

Zabójstwo polityka nie powoduje w „Prezesie” żadnych reperkusji emocjonalnych

Co miałoby oznaczać brak prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego podczas minuty ciszy w Sejmie na cześć zamordowanego Pawła Adamowicza?

A po niej na salę obrad wszedł demonstracyjnie wraz z rzecznik Beatą Mazurek i marszałkiem Ryszardem Terleckim. Zestaw osób piastujących dane funkcje jest znamienny. Powstaje zatem pytanie: co kierowało prezesem? Strach, brak wychowania, demonstracja polityczna?

Wszystko po trochu, ale najwięcej demonstracji. Zabójstwo polityka nie powoduje w Kaczyńskim żadnych reperkusji emocjonalnych, a jedynie podkreślenie własnego wywyższenia ponad zdarzenie, „myślcie duszyczki, co to miałoby znaczyć, bo nieodgadnione są moje zamiary”, taka jest wola pana K., dla pospólstwa nie do pojęcia.

Tak zachowuje się bufon autokrata, którego ego rozrosło się do nieogarniętych rozmiarów. A przecież w tym momencie mógłby rozpocząć się nowy rozdział współczesnej historii polskiej, spuszczania złej atmosfery ze sfery publicznej. Kaczyński wcale nie musiałby się kajać, wystarczyłyby okrągłe słowa dla Adamowicza, którego zabiła nienawiść, bo to ona podniosła rękę z nożem zabójcy na finale WOŚP w Gdańsku.

Nie padły żadne słowa, bożek Idol Kaczyński celowo nie zdążył na minutę ciszy. Niektóre środowiska opozycyjne proponują, aby przerwać spiralę nienawiści w ten sposób, iż bezwarunkowo i radykalnie się wybacza, zastosować formułę polskich biskupów sprzed pięćdziesięciu lat: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie!”.

Lecz to wymaga konkretnego adresata. Kim poczuliby się pisowcy i sam prezes, gdyby to do nich skierowano podobne słowa? Niemcami? Tak! Ależ to by ich rozjuszyło, a ponadto bezwarunkowe przebaczenie postawiłoby nas w roli Chrystusów, a ich Judaszów, Barabaszów, ciemnej mocy. Rozjuszenie PiS pewne.

Grzegorz Schetyna ma rację: Pawła Adamowicza zabiła nienawiść obłąkana, dobrze zorganizowana, sączona z tub propagandowych PiS. A więc nie tędy droga, aby bezwarunkowo przebaczać, tak mogą postępować instytucje przestrzegające procedur prawnych i uznające vox populi.

Bożek Kaczyński wszedł na salę obrad Sejmu w asyście swoich archaniołów, on nie przejmie się śmiercią następnych osób po Adamowiczu, ani kajaniem się przebaczających ofiar, bożkowi można tylko odebrać jego lud, odebrać poprzez dialog, debatę. I tego boi się każdy bożek – otwartości. Powietrze wolności, demokracji, prawa zabija każdego dyktatora.

Kaczyński: Gardzi ludźmi. Brzydzi się przeciwnikami. Nienawidzi wrogów. Taki człowiek rządzi obecnie Polską.

Kościół katolicki jak abp Gądecki gnije zewsząd. Za rządy PiS zapłacimy wysoką cenę. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (6). Dopaść Tuska (9)

22 Gru

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie zamiast chłodzić szampana będą majstrować przy prądzie. PiS rzeczywiście przeraził się, że porażą go efekty podwyżki cen energii. Antyrynkowe wstrzymanie podwyżek obiecał na 2019. A co potem? Potem będzie już po wyborach parlamentarnych” – napisał na Twitterze Krzysztof Adam Kowalczyk z „Rzeczpospolitej”. A oto, jaki jest PiS-owski przekaz dnia w tej sprawie: – „Znalezienie najlepszych rozwiązań dotyczących cen energii to bardzo ważne zadanie. Bezpieczeństwo budżetów domowych Polaków jest niezmiennie jednym z priorytetów prac Parlamentu. Dlatego będziemy pracować jeszcze przed nowym rokiem. Dodatkowe posiedzenie Sejmu odbędzie się 28.12.” – poinformował na Twitterze Marek Kuchciński.

Mateusz Morawiecki zapowiedział dziś obniżenie akcyzy za energię elektryczną, a o 95 proc. ma zostać zmniejszona opłata przejściowa. – „Podsumujmy: rząd NIE obniża cen energii. Daje jasny sygnał, że w 2019 roku zacznie się żonglerka innymi składnikami rachunków za prąd, by zrekompensować WZROST cen energii, który, nota bene, zdaniem URE jest nie w całości uzasadniony” – napisała na Twitterze Justyna Piszczatowska, dziennikarka specjalizująca się w tematach związanych z sektorem energetycznym.

A Krzysztof Berenda napisał: – „Jest projekt ustawy o obniżce akcyzy na prąd. Tylko czemu skutki budżetowe są tylko w jednym roku? Te „obniżki podwyżek” są tylko na 2019? A potem? Panie Premierze?”.

Morawiecki mówił także o „lepszym gospodarowaniu kosztami w spółkach energetycznych”. W tym kontekście wymienił „oszczędności na wydatkach na marketing i operacyjnych”.

„Premier Morawiecki zapowiedział, że spółki energetyczne będą lepiej gospodarować kosztami, np. oszczędzając na wydatkach marketingowych. Zapowiadają się niespokojne święta u braci Karnowskich i Tomasza Sakiewicza?” – skomentował  Thomas Orchowski z TOK FM. Wiadomo bowiem, że do spółek medialnych przez nich prowadzonych trafiają reklamy z państwowych spółek energetycznych.

Żarty się skończyły, zaczęły się schody. Tymi schodami w coraz szybszym tempie posuwają się w górę ceny energii elektrycznej. A to w roku wyborczym grozi nieobliczalnymi stratami dla rządu, nie tylko ekonomicznymi, ale i wizerunkowymi. Więc zrobił się popłoch, bo straty wizerunkowe to jedyne, czego dziś lękają się politycy.

Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Powrót do PRL

Dlatego rząd od kilku tygodni jest jak porażony i rozpaczliwie szuka doraźnego rozwiązania, które sprawiłoby, że wysokie ceny energii dla odbiorców w 2019 r. pozostałyby na poziomie z 2018 r. Szczególnie dla 15 mln gospodarstw domowych. Najnowszy pomysł to administracyjne zamrożenie cen. A co potem? Tym będziemy się martwić za rok.

Starszym może to przypominać czasy peerelowskiej gospodarki centralnie sterowanej, kiedy też w obliczu protestów społecznych podejmowano decyzje o zamrożeniu cen, a urzędnicy decydowali, ile i co ma kosztować. I nieważne, ile kosztowało wytworzenie tego czy innego dobra, liczyło się to, jaka powinna być społecznie akceptowalna cena.

Dziś rząd usiłuje dokonać rekonstrukcji historycznej i wrócić do regulacji cen w sytuacji, gdy rynek energetyczny został już dawno uwolniony i nie da się łatwo wrócić do starego porządku. Ceny na rynku hurtowym rządzą się prawami popytu i podaży, a wzrost cen jest głównie efektem wzrostu kosztów wytwarzania. Coraz więcej kosztuje węgiel spalany w elektrowniach i prawa do emisji CO2, które trzeba kupować, by móc wysyłać do atmosfery miliony ton tego gazu cieplarnianego.

Co Morawiecki i Tchórzewski mówią o rosnących cenach prądu

Nowy plan Morawieckiego

Pomysłów na ograniczenie skutków wzrostu cen energii było kilka. Opozycja sugerowała ograniczenie stawek podatkowych, VAT i akcyzy na prąd, ale o tym rząd początkowo rozmawiać nie chciał. Zamiast tego miała zostać przeprowadzona dość karkołomna operacja polegająca na zrekompensowaniu dystrybutorom energii wyższych cen prądu z pieniędzy publicznych. W zamian za to dystrybutorzy utrzymaliby ceny na dotychczasowym poziomie.

Poza gospodarstwami domowymi ma to dotyczyć samorządów, a także większości małych i średnich firm. Pieniądze na ten cel, a chodzi o kilka miliardów złotych, mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 (którymi handluje rząd) oraz „dobrowolnej” daniny ze strony koncernów energetycznych. Mają powyjmować pieniądze z zaskórniaków i podzielić się z odbiorcami prądu.

Minister energii przekonuje, że od tego nie zbiednieją, najwyżej akcjonariusze nie dostaną dywidendy. Słysząc to, prezes Urzędu Regulacji Energetyki, do którego spółki energetyczne zgłosiły z wnioskami o zatwierdzenie nowych wyższych taryf (średnio o 30 proc.), oświadczył, że wstrzymuje rozpatrywanie wniosków do czasu wyjaśnienia, kto i ile zachomikował. Bo prezes URE ma obowiązek zatwierdzać taryfę, jeśli uzna, że zaproponowane ceny odpowiadają kosztom uzasadnionym firm energetycznych. A tu minister zdradza, że nic nie jest uzasadnione, bo są jakieś zaskórniaki.

Najnowszy, ogłoszony w piątek plan premiera Mateusza Morawieckiego zakłada, że pieniądze niezbędne do utrzymania cen energii dla wybranych odbiorców mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, a także – co jest nowością – z obniżenia akcyzy na prąd oraz opłaty przejściowej. Odpowiednia ustawa w tej sprawie ma trafić do Sejmu tuż po świętach. Akcyza ma spaść z 20 do 5 zł za megawatogodzinę, a opłata przejściowa zostać zredukowana aż o 95 proc. W tym ostatnim przypadku podanie konkretnej kwoty jest trudne, bo różni odbiorcy mają różne stawki, ale opłata przejściowa w przypadku gospodarstw domowych to kilkadziesiąt złotych rocznie.

O co chodzi z opłatą przejściową

Nikt nic nie wie

Morawiecki musi czuć, że jest w sytuacji podbramkowej, skoro sam zajął się sprawą cen energii, choć jeszcze niedawno wydawał tylko polecenie ministrowi energii. Widać wyraźnie, że jego cierpliwość dla Krzysztofa Tchórzewskiego coraz bardziej się wyczerpuje. I nic dziwnego, bo to, co wyprawiał w ostatnich dniach, robiło wrażenie nawet na energetykach, którzy niejedno już widzieli, i groziło kompletną destabilizacją tej strategicznej branży.

Obniżka akcyzy jest o tyle prosta, że Polska ma jeden z najwyższych poziomów opodatkowania energii elektrycznej w UE. Problem jest tylko taki, że w projekcie budżetu uwzględniono już wpływy z tego podatku, więc trzeba będzie znaleźć oszczędności. Także opłata zastępcza jest wydajnym źródłem, zwłaszcza że rząd PiS w 2017 r. radykalnie podniósł jej wysokość.

Opłata zastępcza to tak naprawdę podatek na utrzymanie i rozbudowę energetyki węglowej. Jednak, żeby było śmieszniej, wprowadzona została w ustawie o… odnawialnych źródłach energii. Zapewne rząd chętnie do listy oszczędności dopisałby opłatę OZE, gdyby nie fakt, że już od dwóch lat jej stawka wynosi 0 zł, więc nie ma jak jej przyciąć. Od dwóch lat subsydiujemy energetykę węglową, a nie odnawialną.

Energetyczny plan Morawieckiego, który ma być kolejnym gospodarczym cudem, tyle że w energetycznej kasie, nie wróży nic dobrego. Na kilka dni przed końcem roku pisane są kolejne projekty ustaw i nikt nie wie, ile ma kosztować energia. Który odbiorca ma płacić nową, a który starą cenę? Jak mają wędrować pieniądze z państwowych rekompensat do kas spółek? Co będzie, jeśli ceny na rynku hurtowym w 2019 r. będą nadal rosnąć i pieniędzy nie wystarczy? Pytań jest więcej niż odpowiedzi. A chaotyczna próba rozwiązywania problemów nie wróży dobrze.

Ostrołęka, czyli długie pożegnanie w węglem

Miała być maszynka do robienia pieniędzy

Na dodatek wszyscy robią wrażenie zaskoczonych tym, że ceny prądu rosną, choć żadnego zaskoczenia w tym nie ma. Właściwie wysokie ceny energii były celem działania rządów PiS. Po to stworzono pionowo zintegrowane struktury koncernów energetycznych, po to pracowicie repolonizowano energetykę, wykupując z rąk zagranicznych inwestorów wszystko, co wcześniej im sprzedano. Po to wreszcie podnoszono podatki i parapodatki, od których puchną nasze energetyczne faktury.

Chodziło o to, by stworzyć możliwie wyizolowany ekosystem, w którym zamiast konkurencji rządziliby politycy. Koncerny energetyczne tworzące państwowy oligopol zostały przez nich zaprzęgnięte do finansowania upadającego górnictwa. Celem było też zbudowanie maszynki do robienia pieniędzy, które można było wykorzystywać na inne dowolne cele: na Polską Fundację Narodową, na budowę kolejnych elektrowni węglowych, na ratowanie siedleckiego Mostostalu (bo Siedlce to miasto ministra energii), na produkcję samochodów elektrycznych, na finansowanie deficytowej fabryki Autosan.

Najmniej myśli się o realnych inwestycjach w starzejącą się infrastrukturę, w elektrownie, które powinny przechodzić transformację energetyczną, w gospodarkę niskoemisyjną. Wszystkie sąsiedzkie kraje są dziś zajęte energetyczną transformacją, tylko nie my. Rząd wciąż nie jest w stanie stworzyć Polityki Energetycznej Polski, dokumentu określającego, jak ma wyglądać nasza elektroenergetyka w nadchodzących latach. I czego my właściwie chcemy?

Gorący finisz szczytu klimatycznego

Koniec końców my zapłacimy

Trudno się w tej sytuacji dziwić, że energia drożeje, skoro musi być wytwarzana z coraz droższego węgla, a cena węgla musi rosnąć, by zapewnić opłacalność wydobycia kopalniom. A teraz kopalnie rozpaczają, że nie stać ich na kupowanie drogiego prądu, bo polskie górnictwo jest piekielnie energochłonne. Trwa więc zjadanie własnego ogona: trzeba kopać węgiel, by produkować energię potrzebną do kopania węgla. Na tym polega bezpieczeństwo energetyczne.

Cała operacja z rekompensatami ma stworzyć wśród społeczeństwa złudzenie, że politycy mają władze, by zmieniać prawa ekonomii i nalewać nawet z próżnego. Wiadomo przecież, że koniec końców my te wyższe ceny zapłacimy. Może spółki energetyczne w rachunkach wpiszą nam starą cenę energii, ale dopiszą tyle pozycji do rachunków, że i tak wyjdą na swoje. Po to zmonopolizowano państwową energetykę, by można było żonglować kosztami.

Wiedzą coś o tym klienci banków, na początku kadencji PiS obciążonych specjalnym podatkiem, który miał ograniczać ich zyski. Rząd zapewniał, że żaden bank nie odważy się przerzucać podatku na klientów. A jak się skończyło? Zyski banków (w coraz większym stopniu państwowych) mają się dobrze, a klienci płacą za wszystkie usługi jak za zboże. Przepraszam: jak za energię elektryczną.

Państwowy skok na prywatny bank

„Teraz państwo bierze się za budowę hoteli. Może po prostu skoczmy od razu do PRL, na cholerę to udawanie?” – podsumował na Twitterze Bartosz Węglarczyk z onet.pl najnowszy pomysł rządu PiS. Chodzi o powołanie Polskiego Holdingu Hotelowego. – „Realizację tego ważnego dla sektora turystycznego projektu oddajemy w ręce profesjonalistów z branży hotelarskiej – spółce Chopin Airport Development, która opracuje model konsolidacji, a następnie będzie mogła rozpocząć integrację aktywów hotelowych rozproszonych dziś między różne podmioty pozostające w domenie państwa” – powiedział Mateusz Morawiecki, cytowany przez TVP Info.

Dosadnie pomysł skomentował Waldemar Kuczyński: – „Potrzebny jeszcze Polski Holding Ustępów Państwowych (PHUP). To ważny składnik CPK i robota dla babć klozetowych z CBA, by nikt antypaństwowo się nie załatwiał”. Inni internauci też mieli swoje propozycje: – „Powinien też powstać Polski Holding Fryzjerski, żeby jeszcze lepiej i skutecznej strzyc obywateli”; – „A czy będzie powrót zakupów w PEWEX za dolary i konsolidacja produkcji rolnej w ramach PGR?”; – „To jest nawet zabawne, że rzekomo najbardziej antyPRL-owski rząd III RP myśli dokładnie tak jak notable okresu słusznie minionego. Państwowa spółka hotelowa, państwowe samochody, państwowe stocznie. Co dalej? Państwowy holding bieliźniany?”.

Na jeszcze jeden aspekt sprawy zwrócił uwagę poseł PO Paweł Zalewski: – „Zarządzanie hotelem wymaga dużego doświadczenia i wiedzy. Wszędzie robią to firmy lub osoby prywatne. Jedynym celem jest stworzenie nowych miejsc zarabiania dla członków kasty PiS” – napisał. Wtórował mu jeden z internautów:

„Im więcej państwo będzie budowało czy zarządzało, tym więc miejsc w zarządach, radach nadzorczych, stanowisk dyrektorskich dla Misiewiczów z Nowogrodzkiej i okolic. Wszelka „repolonizacja” tylko taki ma cel”.

„Zamysł Prokuratury Krajowej uzyskania od pani Magdy Fitas-Dukaczewskiej informacji o przebiegu i treści choćby jednej rozmowy prowadzonej przez najwyższej rangi przedstawiciela państwa polskiego z jego zagranicznym odpowiednikiem będzie nie tylko złamaniem ważnej zasady zachowania przez tłumaczy pełnej tajemnicy rozmów politycznych. W naszym przekonaniu może stać się również groźnym precedensem na przyszłość. Złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych, narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych” – napisali w liście otwartym byli prezydenci, premierzy i ministrowie. Sygnatariuszami apelu są: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski; byli premierzy: Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak, Hanna Suchocka, Włodzimierz Cimoszewicz, Jerzy Buzek, Leszek Miller, Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz, Ewa Kopacz; byli ministrowie spraw zagranicznych: Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati, Adam D. Rotfeld, Radosław Sikorski, Grzegorz Schetyna; byli ministrowie obrony narodowej: Janusz Onyszkiewicz, Zbigniew Wojciech Okoński, Stanisław Dobrzański, Bogdan Klich, Tomasz Siemoniak.

Autorzy listu otwartego przypominają, że Fitas-Dukaczewska pracowała także dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego: –  „Była więc dopuszczona do największych tajemnic polskiej dyplomacji jako osoba nie tylko kompetentna, ale i w pełni zaufana”. Apelują więc do obecnych władz, a szczególnie do premiera Mateusza Morawieckiego, o „powstrzymanie tego groźnego dla interesów Polski działania prokuratury”.

Magda Fitas-Dukaczewska ma zostać przesłuchana 3 stycznia przez prokuraturę w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej Donalda Tuska, dotyczącej katastrofy smoleńskiej. Głos w tej sprawie zabrało także Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych, o czym pisaliśmy w artykule „Murem za tłumaczką, która ma zeznawać w sprawie „zdrady Tuska”.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o zyczeniach świątecznych.

Oby były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Wielkie odliczanie czas zacząć. Już za trzy dni usiądziemy do stołu i zacznie się wielkie radowanie Świętami Bożego Narodzenia. Wszyscy liczymy na to, że Dobry Duch tych Świąt znajdzie trochę czasu i wpadnie do nas, by obdarować nas spokojem, miłością, ciepłem i uśmiechem najbliższych. Ważne, by nie zapomniał odsunąć od nas wszelkie swary, szczególnie te, o charakterze politycznym, bo inaczej nie mamy szans, by zaliczyć te Święta do udanych. Zdecydowanie lepiej jest powalczyć z karpiem na ości niż wkręcać się w coraz większą awanturkę pomiędzy teściem, który wielbi PiS, a bratową, oddaną sercem i duszą opozycji, prawda?

Wigilia to czas, gdy zwierzęta mówią ludzkim głosem, człowiek człowiekowi przyjacielem się staje, a szczerość życzeń wydaje się bezterminowa, choć najczęściej kończy się o północy w ostatni dzień Świąt. To może ja zacznę nieco wcześniej i już teraz złożę życzenia tym, których nie darzę szacunkiem ani sympatią, a jednak stanę ponad polityczne animozje…

Zacznę od najważniejszej osoby w dzisiejszej Polsce, czyli prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Życzę mu, by wreszcie przeszedł na zasłużoną emeryturę. Jestem przekonana, że to już najwyższy czas, bo on biedny, w ferworze wiecznej walki, najpierw z komuną, potem z postkomuną, PO i znaczną częścią narodu, zapomniał, co to jest spacer po lesie, wylegiwanie się z książką na hamaku w ogrodzie, beztroska zabawa z kotami, rozmowa o wszystkim i niczym z prawdziwym przyjacielem. Panie prezesie, proszę dać sobie wreszcie szansę, by odpocząć od Polski, a Polsce, by odpoczęła od Pana. Proszę mi wierzyć, świetnie damy sobie bez Pana radę.

Dla prezydenta Andrzeja Dudy mam mnóstwo życzeń. Przede wszystkim, by wreszcie dorósł. Facet ma 46 lat, a w tym wieku powinno się być już odpowiedzialnym, wiedzieć, czego się chce od życia, znać swoją wartość na tyle, by nie dać się rozstawiać po kątach i zasłużyć sobie na miano tylko „długopisu”. Gdyby to ode mnie zależało, zafundowałabym mu studia w jakimś wybitnym instytucie prawniczym, by zrozumiał, że prawnik z niego kiepściutki i zalicza wpadkę za wpadką. Niech mu Dobry Duch Bożego Narodzenia przyniesie opamiętanie, kaganiec, by od czasu do czasu przestał pleść bzdury, zrozumienie, że zrobił z siebie chłopca na posyłki w wersji PiS, a nie Prezydenta Rzeczpospolitej, a miłość do samego siebie zamienił na miłość do narodu. To już ostatni dzwonek, jeśli chce Pan wyjść z choć kawałkiem twarzy z polityki.

Premierowi Morawieckiemu życzę, by znalazł wreszcie dobrego chirurga od operacji plastycznych i zoperował sobie nos. My Polacy naprawdę mamy już dosyć rządów Pinokia, którego kłamstwa przejdą do historii, ale tej mało chlubnej. Życzę, by uwolnił się wreszcie od rozdmuchanej megalomanii i przestał nam wmawiać, że to jemu zawdzięczamy wszystko, co dla Polski było ważne. Walka z PRL-em, wejście do NATO, Traktat Lizboński, a może i wygrana pod Grunwaldem czy wcześniej przekonanie Mieszka, by przyjął chrzest?  Proponuję też prezent pod choinkę w postaci dobrej jakości endoprotez, bo to długotrwale wstawanie z kolan na pewno odbije się na jego zdrowiu, a do tego spory zapas leków nasercowych, bo stan zawałowy w stosunkach z UE już blisko.

Oczywiście, nie zapominam też o panu Ziobrze, któremu życzę, by stanowisko prokuratora generalnego odbiło mu się ostrą czkawką. Niech te Święta przyniosą mu przekonanie, że daleko mu do alfy i omegi, że jest malutkim i okrąglutkim zerem przy tych autorytetach sędziowskich, których tak chce zniszczyć. Niech w zaciszu domowym, uświadomi sobie, że Polska to nie prywatny folwark, a każde zło wcześniej czy później, wróci do niego jak bumerang. I niech się cieszy chwilą, bo już niedługo dostanie niezłe baty.

Antoniemu Macierewiczowi życzę powrotu do zdrowia i odpowiednio dużej szafy, w której bez problemu zmieści się na czas jakiś wraz z posłanką Pawłowicz. Pani Zalewskiej jak najszybszego powrotu do pracy w szkole, by na własnej skórze odczuła boleśnie skutki swojej deformy edukacji. Wiceministrowi Zielińskiemu kolejnych poodcinanych główek, które usprawiedliwią wzmożoną ochronę policyjną własnego domostwa, Kuchcińskiemu taczki z wikliny, by przyjemnie mu się opuszczało parlament już tak na wieki wieków, Błaszczakowi chociaż jednego Caracala, pani Szydło bezkolizyjnej jazdy przez co najmniej pół roku i odpuszczenia sobie startu do Parlamentu Europejskiego, w którym naprawdę nikt jej nie potrzebuje.

Pozostałym politykom PiS życzę większego dystansu do siebie. Niech wreszcie uwierzą, że Polska nie potrzebuje już „mesjaszy narodu”. Niech przestaną usprawiedliwiać swoje wtopy rządami PO i wezmą odpowiedzialność za to, co czynią na swoje barki. Niech wreszcie przemówią ludzkim głosem, bez fałszu, kłamstw i populizmu. Niech zrozumieją, że to nie cyrk, ale Polska, Ojczyzna nas wszystkich, która zasługuje na to, co najlepsze. I tak w ogóle, niech im Gwiazdka Betlejemska świeci i niech ich dobrze oświeci.

…a nam wszystkim życzę, by były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu (fragment).

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

PiS wpadł w krowi placek, niech z tym g… zostanie i odejdzie

20 List

Wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin dobitnie pokazują, jak ryzykowna jest przyjęta przez obóz rządzący defensywna strategia w sprawie afery KNF.

Minął tydzień od wybuchu afery KNF i publikacji przez „Gazetę Wyborczą” zapisu rozmowy Leszka Czarneckiego z byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim. Obóz władzy wybrał strategię na „przeczekanie” całej sprawy. Poza szybką dymisją samego Chrzanowskiego jedyny komunikat dotyczy tego, że państwo zadziałało sprawnie. PiS nie opowiedział od tego czasu spójnej, własnej wersji historii tej sprawy. To sprawiło, że znalazł się na łasce i niełasce kolejnych wydarzeń. Tymczasem historia wydarzeń wokół KNF jest skomplikowana i wymaga wręcz sprawnej opowieści. Wyborcy, którzy nie interesują się polityką, bombardowani są różnymi komunikatami.

>>>

Komorowski o osobistym nadzorze ministra nad sprawą afery KNF: To mnie najbardziej niepokoi

– Prokuratura jest w stanie rzetelnie wyjaśnić każdą sprawę, pod warunkiem, że ma odpowiednie dyrektywy, wskazówki – powiedział Bronisław Komorowski w programie “Graffiti” zapytany przez Dariusza Ociepę, czy prokuratura może tę sprawę wyjaśnić rzetelnie. Na uwagę, że nadzór nad śledztwem objął osobiście minister sprawiedliwości, były prezydent stwierdził: – To mnie najbardziej niepokoi.

– Jeżeli osobiście nadzoruje minister sprawiedliwości i członek rządu, który znalazł się in gremio, cały rząd, ze względu na sposób powoływania szefa Komisji Nadzoru Finansowego, to jeżeli członek rządu nadzoruje, to z tego nadzorowania mogą wyjść rzeczy dobre, ale mogą wyjść bardzo złe. Mam na myśli jakieś stronnicze działania – wyjaśniał powody swoich obaw. Dodał, że „ma nadzieję, że do tego nie dojdzie”.

Komorowski: Tutaj widać, że to korupcja i to nie w stosunku do urzędnika państwowego, tylko odwrotnie

– W sprawie afery podsłuchowej, to złamanie prawa dotyczyło tylko i wyłącznie nagrania przez kelnerów gości w knajpie. Tam nie było żadnego złamania prawa. Natomiast tutaj widać, że to jest korupcja i to nie w stosunku do urzędnika państwowego, tylko odwrotnie – stwierdził Komorowski w „Politycznym Graffiti” Polsat News.

Koniec władzy PiS?

13 List

Głośna już propozycja szefa KNF Marka Chrzanowskiego dla szefa Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego może oznaczać największą aferę czasów PiS – sugerują dziennikarze „Gazety Wyborczej”.

O powadze sytuacji najlepiej świadczy fakt, że Morawiecki zapowiedział konsekwencje, jeśli medialne doniesienia się potwierdzą i jak informuje Onet zażądał wyjaśnień od Chrzanowskiego. Sprawę skomentował też Roman Giertych, który jest pełnomocnikiem Leszka Czarneckiego.

„Podanie przez urzędnika państwowego nazwiska osoby do zatrudnienia przez przedsiębiorcę oraz negocjowanie wysokości wynagrodzenia powiązanego z wynikami działań firmy, które zależą od decyzji tego urzędnika (zgody, decyzje etc.) jest samo w sobie przestępstwem korupcji” – napisał mecenas na Twitterze.

„Podanie precyzyjnej wysokości tego wynagrodzenia poprzez określenie procentu jest tylko uszczegółowieniem tej korupcji” – uzupełnił Giertych w kolejnym wpisie.

Jak już pisaliśmy, Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, miał zaoferować przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za mniej więcej 40 mln zł, co ujawniła „Gazeta Wyborcza” we wtorkowym artykule powołując się na nagrania rozmowy Czarneckiego z Chrzanowskim.

Szef KNF złożył ponoć Czarneckiemu kilka propozycji. W zamian bankier miał zatrudnić wskazanego przez Chrzanowskiego prawnika, który został wymieniony z imienia i nazwiska. To Grzegorz Kowalczyk, radca prawny z Częstochowy. Wynagrodzenie dla niego miało być powiązane z wynikiem banku, czyli wynosić około 40 mln zł.

Dla dobra Polski PiS należy przegnać od koryta kołkiem osikowym, tych wampirów wykrwawiających kraj

Schetyna o sprawie KNF: Czysta korupcja. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Komisja śledcza z udziałem opozycji najlepszym pomysłem

Czysta korupcja. To jest przecież Komisja Nadzoru Finansowego – organizacja, która ma gwarantować depozyty Polaków. Tutaj jest wpisana w korupcyjną propozycję. Autorem jest osoba, która została nominowana przez premier Szydło. To jest skandal. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Mam nadzieję, jestem przekonany, że premier Morawiecki będzie reagował w tej kwestii. Najlepszym pomysłem dzisiaj jest powołanie komisji śledczej z udziałem także posłów opozycji, żeby zapoznać się z tymi kwestiami” – mówił w rozmowie z TVN24 przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Zamykanie tego tylko do poziomu prokuratorskiego, która jest prowadzona przez polityka rządzącej partii, jest niewystarczające. Ta sprawa bulwersuje i musimy usłyszeć, jaka jest odpowiedź i przyczyny takiego skandalu” – dodawał. 

Platforma daje premierowi i Kaczyńskiemu 24 godziny na złożenie wniosku o powołanie komisji śledczej. Neumann o działaniach KNF: Jak Vito Corleone. Tak działają gangsterzy

Dzisiaj wiemy o aferze, która jest o niebo większa [od poprzednich] i pokazuje gangsterski system działania tej władzy. Wiemy, że jeden z przedstawicieli władzy zajmującej się nadzorem nad rynkiem finansowym, próbuje różnego rodzaju sztuczkami prawnymi, przepisami doprowadzić do upadłości jeden z polskich banków, żeby go przejąć za złotówkę. Drugi z przedstawicieli władzy mówi szefowi tego banku, że za drobną opłatą kilkudziesięciu milionów złotych może pozbyć się tych kłopotów i będzie bezpieczny. Polacy, którzy oglądali film „Ojciec chrzestny”,  widzieli jak Vito Corleone za ochronę sklepów na ulicach Nowego Jorku taką opłatę pobierał. Tak działają gangsterzy. Jeden straszy, że zabierze komuś firmę, a drugi dobry mówi: jak zapłacisz, to tę firmę utrzymasz” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie szef klubu PO, Sławomir Neumann.

Oczekujemy, żądamy od Mateusza Morawieckiego, który ma usta pełne frazesów o uczciwym państwie, od prezesa Kaczyńskiego, który w co drugim słowie mówi o uczciwym państwie i ściganiu korupcji, złodziei. Nie chcemy dzisiaj sami składać wniosku o komisję śledczą. Oczekujemy, że ci dwaj ludzie, Kaczyński z Morawieckim, którzy tyle razy mówili o uczciwym państwie i ściganiu złodziei, sami zaproponują komisję śledczą, jak Leszek Miller kiedy, będąc premierem, przy aferze Rywina zaproponował komisję śledczą” – dodawał. Neumann oczekuje, że PiS wniosek złoży dziś lub jutro.

 

Więcej >>>

PiS złapany na tym, jak konstruuje państwo mafijne

13 List

Jak wynika z doniesień „Gazety Wyborczej” Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego – w zamian za ok. 40 mln złotych – miał zaoferować przychylność dla Getin Noble Banku, którego właścicielem jest Leszek Czarnecki. Miliarder poinformował gazetę. „Wyborcza” posiada kopię nagrania, które wraz ze stenogramem upubliczniła na swojej stronie internetowej.

Jak opisuje „Gazeta Wyborcza”, do spotkania Leszka Czarneckiego i Marka Chrzanowskiego doszło w gabinecie szefa KNF w marcu 2018 r. Leszek Czarnecki miał ze sobą sprzęt nagrywający. W trakcie spotkania Chrzanowski zapytał Czarneckiego: „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Następnie, kładąc na stole wizytówkę radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, polecił go „z korzyścią dla urzędu, i dla całej instytucji”. Sugerował także – jak twierdzi „Gazeta Wyborcza” – jakie tenże prawnik powinien dostać wynagrodzenie.

W rozmowie padły mianowicie słowa: „No nie wiem, jaki ma pan system wynagradzania w banku, ale wydaje mi się, że jeżeliby pan to powiązał z wynikiem banku, tak? No to ten prawnik będzie bardziej zaangażowany. W tym horyzoncie najbliższych kilku lat no to byłoby, tak jak pan uważa, tak? Może rozwiązanie, na którym bank mógłby, że tak powiem, się oprzeć, wsparłaby ta osoba państwa w tym procesie restrukturyzacji”. Z nagrania przekazanego przez miliardera do prokuratury wynika też, że Chrzanowski proponował miliarderowi m.in. usunięcie z KNF Zdzisława Sokala, przedstawiciela prezydenta w KNF (bo jest zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo); złagodzenie skutków finansowych tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł), „życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Leszka Czarneckiego”.

Leszek Czarnecki złożył zawiadomienie do prokuratury. Wynika z niego, że Chrzanowski w trakcie rozmowy wskazał na kartkę z napisem „1 proc.”. W ten sposób „starał się narzucić ustalenie dla Grzegorza Kowalczyka (…) prowizyjnego sposobu wynagradzania radcy prawnego, a nawet wysokość jego wynagrodzenia, rażąco wygórowanej w odniesieniu do warunków rynkowych, gdyż 1 proc. skapitalizowanej wartości Getin Noble Bank S.A. to około 40 milionów złotych”. Pełnomocnik Czarneckiego, mecenas Roman Giertych zawiadomił Prokuraturę Krajową, wnosząc o „ściganie Chrzanowskiego i wszczęcie śledztwa ws. próby korupcji”.

KNF odpiera zarzuty i mówi o próbie szantażu ze strony miliardera. Tymczasem po publikacji artykułu Mateusz Morawiecki wezwał szefa KNF do natychmiastowych wyjaśnień oraz zlecił prokuraturze i służbom niezwłoczne zebranie informacji na temat doniesień medialnych. Marek Chrzanowski został przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego w październiku 2016 r. Wcześniej zasiadał w Radzie Polityki Pieniężnej.  „Wyborcza” – jak informuje portal Business Insider Polska – skontaktowała się z Chrzanowskim.

Ten odesłał gazetę do biura prasowego, które poinformowało, że sprawę uważa za szantaż ze strony Czarneckiego. Dlaczego? Gdyż „brak [było] niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez miliardera”. Co więcej, rzecznik KNF Jacek Barszczewski w odpowiedzi „GW” napisał: „Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach banku związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack przez Idea Bank i potencjalnych działaniach KNF”.

Leszek Czarnecki – jak informuje „Gazeta Wyborcza” – twierdzi, że szef KNF oferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych. Jeden z najbogatszych Polaków tę rozmowę nagrał i poinformował o wszystkim prokuraturę.

Szef KNF, Marek Chrzanowski – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zaprosił 28 marca na spotkanie jednego z najbogatszych Polaków. Jako, że rozmowa miała być w cztery oczy, Leszek Czarnecki zabrał ze sobą dyktafon, by nagrać rozmowę. Mim, że w gabinecie włączono antypodsłuchowe urządzenia i jedna z nagrywarek Czarneckiego przestała działać, druga jednak funkcjonowała bez problemu.

Szef KNF – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zapewniał o tym, że jest życzliwy wobec banków Czarneckiego. Potem opowiadał o planach członka KNF, rekomendowanego przez prezydenta, Zdzisława Sokala. Między nami, to Zdzisław ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwot dwóch miliardów złotych. Czyli już ten bank, który to przejmie -tłumaczy. Obaj rozmówcy oceniają ten plan, jako niezgodny z prawem. Po prostu się zastanawiam, że tak powiem jaki jest cel działania drugiej strony. Bo jeżeli celem jest przejęcie tego banku za złotówkę i przekazanie go czy też znacjonalizowanie, to nazywam rzecz po imieniu: to jest po prostu kradzież. Coś nieprawdopodobnego – twierdził w odpowiedzi Leszek Czarnecki.

Podczas rozmowy – jak pisze „Wyborcza” – szef KNF zapytał założyciela Getin Banku „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Zasugerował też, że wynagrodzenie tego prawnika, który miałby się zająć restrukturyzacją, powinno być powiązane z wynikami banków. Jak pisze „Wyborcza”, Chrzanowski miał pokazać wtedy kartkę z napisem „1 proc”. Wylądowała też wtedy na stole wizytówka radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, który przez cztery miesiące był członkiem rady nadzorczej GPW, rekomendowanym przez PKO BP.

Na koniec rozmowy Chrzanowski stwierdził, że w interesie polskiego systemu bankowego jest to, żeby ten bank [Getin Noble Bank] działałI tak, jak panu podkreśliłem, ja nie rozumiem tego, że w pewnych kręgach banki, które funkcjonują z kapitałem niemieckim, są lepiej traktowane niż banki, które funkcjonują z kapitałem polskim – miał powiedzieć szef KNF.

Po tej rozmowie Leszek Czarnecki nie spotkał się z prawnikiem, którego polecał mu jego rozmówca. Nie brałem tego w ogóle pod uwagę. To mogła być prowokacja, czy dam się skorumpować – tłumaczy „Gazecie Wyborczej”. Sugeruje też, że kontrola, która weszła do jego banku dwa miesiące po rozmowie z szefem KNF, to ostrzeżenie, by wreszcie porozmawiał z radcą prawnym.

Dopiero w maju przekazuje też nagrana swojemu prawnikowi, Romanowi Giertychowi, który wysyła zawiadomienie do prokuratury w listopadzie. Dlaczego tak długo zwlekano? To była bardzo trudna decyzja. Wiem, że po tym nastąpi burza. Musiałem przygotować banki, których jestem właścicielem – podsumował.

KNF: To próba wywierania wpływu

Na artykuł zareagowała już KNF. „Urząd KNF odczytuje opisane w artykule działania p. Leszka Czarneckiego jako próbę wywierania wpływu na Komisję Nadzoru Finansowego poprzez szantaż, o czym świadczy brak niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez p. Czarneckiego w marcu br., do czego był zobowiązany w przypadku uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa przez Przewodniczącego KNF. Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack SA
przez Idea Bank SA i potencjalnych działaniach Komisji Nadzoru Finansowego w tym zakresie. Przewodniczący KNF Marek Chrzanowski podjął kroki prawne w związku z fałszywymi oskarżeniami wysuwanymi przez p. Czarneckiego oraz w związku ze zniesławieniem mającym na celu utratę zaufania publicznego” – czytamy w oświadczeniu, opublikowanym na stronie Komisji.

Urzędnicy dodają, że podczas spotkania, Leszek Czarnecki proponował zatrudnienie byłego zastępcy szefa KNF, Filipa Świtały w roli człowieka, który miał nadzorować restrukturyzację banku. „Wobec zgłaszania tych propozycji oraz ze względu na dobro banków i bezpieczeństwo ich klientów, Przewodniczący KNF wskazał, jako jedną z możliwości, zatrudnienie p. Grzegorza Kowalczyka, posiadającego odpowiednią wiedzę i doświadczenie” – tłumaczą. KNF zapewnia też w oświadczeniu, że nie padły żadne „konkretne kwoty” dotyczące jego wynagrodzenia, nie było też „obietnic, które miałyby wiązać się z działaniami organu nadzoru wobec banków p. Czarneckiego nie pozostającymi w zgodzie  z obowiązującymi przepisami prawa oraz nieadekwatnymi do ich rzeczywistej sytuacji”.

⚠️⚠️⚠️ Zobaczcie, co zaoferował Marek , przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Getin Noble Bankowi w zamian za 40 mln zł „łapówki”.

Oczywiscie rozmowa nie byłaby kompletna bez tego typu wątków. 

No to jak  wezwał szefa KNF celem wyjaśnienia podejrzeń o korupcję, to ja jestem spokojny.

Jako szef banku Morawiecki „tylko” chciał skorumpować za stówkę (100 tys. zł) – z taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”.

W zeszłym tygodniu miałem okazję pojeździć trochę po Polsce i spędzić sporo czasu na rozmowach z wyborcami. Bezcenne doświadczenie. Szczególnie gdy najświeższe obserwacje zestawia się z tymi sprzed, powiedzmy, dwóch lat. Wtedy dominowały desperacja, bezradność, a nawet poczucie beznadziei. Najczęściej padało pytanie: „jak długo to potrwa”, czasem w wersji „kiedy to się skończy”. Pytanie było w gruncie rzeczy prośbą o dodanie otuchy i o zapewnienie, że kiedyś, może nawet niedługo, „to” może się skończyć. Otóż dziś takie pytanie nie pada. Z prostego powodu. Ludzie czują, że perspektywa końca „tego” jest całkiem realna. Pytają więc, co zrobić, by ten koniec naprawdę nastąpił, a jeszcze częściej o to, jak poukładać Polskę po ewentualnym zwycięstwie. Nikt, absolutnie nikt, nie uważa, że zwycięstwo jest pewne. I jednocześnie wszyscy mają przekonanie, że jest możliwe. To zupełnie nowy przełom.

Autorytarna władza potrzebuje mitu. Najważniejszym mitem jest to, że jest niezwyciężona. Przeciwnik ma być sparaliżowany, jakby zahipnotyzowany przez gotową go ukąsić kobrę. Gdy jednak widzi on, że kobra dalej strzela jadem, ale jad nie zabija, odzyskuje poczucie mocy. Nie było większego pokazu niemocy PiS niż wystąpienie prezesa Kaczyńskiego, w którym twierdził, że „zwycięstwo PiS nie podlega żadnej dyskusji”. A już wymiar groteskowy miała sytuacja, gdy za chwilę okazało się, że nie można mu zadawać pytań. Podobny sens miałaby konferencja w sprawie niepodlegającego dyskusji fantastycznego sukcesu władzy w dziele organizacji obchodów Stulecia Niepodległości. Jasne, prezes tradycyjnie nie mówi do wszystkich Polaków, tylko do widzów TVP, którzy mają usłyszeć, że PiS wygrało. Skoro najważniejszy PKW (Prezes Kaczyński Wygrywa) ogłasza, że PiS wygrywa, to znaczy, że wygrywa. To zwycięstwo nie podlega jednak dyskusji tylko w tym sensie, że Kaczyński prawa do dyskusji oponentom odmawia. W sumie dość poruszający wyraz bezradności lidera PiS i jego podsycanej przez partyjnych współtowarzyszy wiary w magiczną moc własnych słów, które to przekonanie społeczeństwo podziela w stopniu coraz mniejszym. To słowo ciałem się nie stanie i między nami nie zamieszka.

Nie pozwolić PiS-owi na oddech, leży już na ringu, jest liczony, tak walnąć w papę, aby już się nie podniósł, aby nie hańbił imienia Polski.

Pisowska bolszewia u koryta

13 List

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o pisowskich politykach legitymizujących faszystów

Ulicami stolicy maszerowali ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Niezależnie od propagandowych przekazów prawda jest oczywista – po trzech latach przygotowań na 100-lecie Niepodległości PiS zafundował nam marsz z faszystami. Można bawić się w dzielenie włosa na czworo i kombinować, mówić o „incydentach” z nacjonalistami, rasistami, narodowcami w tle, dwóch sektorach, dwóch oddzielonych od siebie częściach pochodu (tym lepszym i tym gorszym – jakie to charakterystyczne dla PiS), bagatelizować napaść na dziennikarkę „Gazety Wyborczej” – i próbować złagodzić w ten sposób wydźwięk tego bezprecedensowego wydarzenia, jak robi to rząd i jego satelickie media, tylko że to nie zmienia faktów.

A fakty są dokładnie takie, jak opisał i podał dalej w świat Francis Fukuyama, jeden z najbardziej znanych i liczących się filozofów politycznych na świecie: „Polski prezydent i premier dołączyli do marszu faszystów”. Wszystkie liczące się światowe media, od BBC do CNN, wszyscy liderzy światowej opinii zauważyli i nagłośnili fakt, że na czele radykalnej skrajnej prawicy, na czele marszu, podczas którego spalono europejską flagę i pojawiały się symbole nazizmu (swastyka), faszyzmu (mieczyk Chrobrego, znak Falangi) i nacjonalistyczne hasła i okrzyki antyunijne, szli przedstawiciele najwyższych polskich władz państwowych.

Dzięki PiS, dzięki jego wieloletnim ukłonom w stronę ONR i kiboli, dzięki hodowaniu potęgi nawiązującego do antysemickiej i faszystowskiej tradycji Falangi ONR–u doczekaliśmy się chwili, w której głównymi ulicami stolicy maszerują ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Doczekaliśmy się skrajnie instrumentalnego traktowania państwa i religii i nacjonalizmu, który, jak słusznie powiedział prezydent Macron na odbywających się w tym samym czasie w Paryżu uroczystościach z okazji 100-lecia zakończenia I wojny światowej, jest zaprzeczeniem i zdradą patriotyzmu. Jest dokładnie tak, jak powiedział francuski przywódca, postawa: nieważne co się stanie ze wszystkimi innymi ludźmi, byleby nasze było na wierzchu, jest zaprzeczeniem wszystkich wartości, na których zbudowano Unię Europejską i każdą nowoczesną, liberalną demokrację na świecie.

A w naszych warunkach geopolitycznych, w warunkach wojny hybrydowej i prób zdezintegrowania polskiego społeczeństwa przez Rosję i zmieniającego się ładu światowego, nacjonalizm jest nawet czymś więcej: jest zdradą Polski i zagrożeniem dla jej niepodległości. Pełną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi PiS, skrajnie niebezpieczna dla demokracji, partia, która wielokrotnie złamała prawo, w tym najwyższe prawo, stanowiące o ustroju państwa – Konstytucję RP, zlikwidowała niezależne sądy, w tym najważniejsze – jak Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny, ograniczyła wolności i prawa obywatelskie, jak prawo do demonstracji i wolności słowa, zwasalizowała wszystkie państwowe instytucje, wprowadzając do nich białoruskie standardy zarządzania i upokorzyła Polskę nie po raz pierwszy, ale tym razem skrajnie, przed całą Europą.

I tej odpowiedzialności nie da się z PiS zdjąć ani niczym jej wymazać. To jest wina tej formacji – wina historyczna i nieodwołana. Dziś jesteśmy w punkcie, w którym na naszych oczach Polska – choć do następnych wyborów parlamentarnych, do samego końca będę miała nadzieję, że nie nieodwołanie – zmienia się w dyktaturę, w pośmiewisko wolnego świata i zaprzeczenie państwa prawa.

To, że Warszawa została stolicą europejskiego nacjonalizmu, to nie jest szczegół, oderwany incydent. To groźny znak niebezpiecznej ewolucji, jaką przechodzi nasz kraj. I, niestety, dopóki PiS jest u władzy, to jeszcze nie koniec.

Temat powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki pojawia się w mediach od wielu miesięcy. Do tej pory były to czyste spekulacje czy plotki, np. „o liście Tuska” w wyborach europejskich w maju przyszłego roku (zdementowane zresztą przez byłego premiera). Sam Tusk i jego otoczenie o ewentualnym powrocie wypowiadają się dość enigmatycznie. Dopiero w ostatnich dniach zaczęło wyglądać na to, że jest coś na rzeczy. Bo obecność Tuska widać było w Warszawie bardziej niż kiedykolwiek od 2014 r. I nie była to obecność przypadkowa.

Tusk się uaktywnił, bo przymierza się do wyborów w 2020 r.?

Od Warszawy po Łódź

Pierwszym akcentem było przesłuchanie byłego premiera przed komisją śledczą badającą aferę Amber Gold. W planach PiS miał to być mocny akcent na zakończenie kampanii samorządowej, który ostatecznie pozbawi opozycję nadziei na zwycięstwo w tych i kolejnych wyborach. O rzekomych problemach prawnych Tuska związanych z Amber Gold mówił zresztą Jarosław Kaczyński przy okazji jego powtórnego wyboru na stanowisko w marcu ubiegłego roku.

Z tych planów nic nie wyszło. Posłowie PiS przez wiele miesięcy działania komisji nie byli w stanie znaleźć żadnych konkretnych dowodów czy nawet mocnych politycznych argumentów, które uderzyłyby w byłego premiera. Skończyło się na tym, że w ostatniej chwili wezwanie Tuska zostało przesunięte już poza kampanię. Siedmiogodzinne przesłuchanie przyniosło dużo retorycznych przepychanek, ale żadnych konkretów, a były premier pokazał, że politycznie przerasta o głowę swoich oponentów z komisji.

Dużo ważniejsze było jednak łódzkie przemówienie Tuska w przeddzień rocznicy odzyskania niepodległości. Były premier zarysował w nim pole politycznego sporu zarówno w Polsce, jak i w jej otoczeniu. Pokazał geopolityczne zagrożenia dla Polski: od rosnących nacjonalizmów w samej Europie po rywalizację USA z Chinami. Podkreślił, ze jedynym sposobem na ich przezwyciężenie jest silna obecność w zjednoczonej Europie. Z którą nie można igrać, bo może to doprowadzić do scenariusza brytyjskiego, w którym David Cameron nie chciał wyprowadzić Wielkiej Brytanii z Unii, ale ją wyprowadził.

Innym udało się świętować bez partyjnej młócki

Przeszłość i przyszłość

Tusk najmocniej też do tej pory odniósł się do wewnętrznej sytuacji politycznej w Polsce. „Niepodległe, niezawisłe państwo jest nam potrzebne do tego, żebyśmy mogli być wolni. Nie ma niepodległości bez praw i wolności” – podkreślał. I przedstawił swój pozytywny program i najważniejsze dla niego wartości: „Silna Polska w zjednoczonej Europie, ład konstytucyjny, rządy prawa, wolności obywatelskie, wolne i niezwisłe sądy i media. Warto też pamiętać o szczepieniu dzieci”.

Zaznaczył także, że nie zamierza oddawać PiS symboliki historycznej, podkreślając, iż „bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta”.

W politycznym kontekście należy też czytać obecność Tuska na trybunie honorowej podczas obchodów 11 listopada i złożenie kwiatów przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Tusk patrzy na kalendarz

Czy to wszystko oznacza, że możemy się spodziewać powrotu byłego premiera do polskiej polityki już w najbliższych miesiącach? Nie tak prędko.

Tusk jest politykiem, który zawsze doceniał znaczenie kalendarza w polityce. A ten kalendarz pozostaje wciąż dość zagmatwany. Kadencja Tuska w Brukseli kończy się 30 listopada przyszłego roku. To już nie tylko po wyborach europejskich w maju, ale też po kluczowym, jesiennym głosowaniu na posłów i senatorów, które rozstrzygnie o tym, kto będzie rządził w kraju do 2023 r. W tej sytuacji Tusk mógłby dopiero kandydować na prezydenta w wyborach na wiosnę 2020 r.

Z drugiej strony Tusk mógłby wcześniej odejść z Brukseli. Po zakończeniu negocjacji brexitowych i wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii nie będzie miał tam już specjalnie wiele do roboty. Dobrym pretekstem do dymisji byłaby np. wymiana na kluczowych europejskich stanowiskach po majowych wyborach.

Nowe rozdanie obejmie m.in. fotele przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, szefa Komisji Europejskiej i jego zastępcy ds. zagranicznych. Unijni przywódcy mogliby się nawet ucieszyć, że Tusk, ustępując, rozwiązuje im ręce i ułatwia ułożenie tej układanki na nowo. To oznaczałoby, że były lider Platformy mógłby bezpośrednio włączyć się już do kampanii parlamentarnej.

Może nie na białym koniu, ale…

Wiele będzie zależało od tego, jak będą się układały karty w samej opozycji. Tusk może się włączyć, jeśli zarysuje się możliwość utworzenia silnego sojuszu, który będzie miał realne szanse na zwycięstwo wyborcze i odebranie władzy PiS.

Na razie były premier zasygnalizował więc tylko swoim zwolennikom, że może wrócić do polskiej polityki i być dla opozycji mocną, być może decydującą kartą. Ale wciąż trzyma wszystkie opcje otwarte.

To, że na przyspieszony powrót Tuska nie ma co liczyć, były premier sam zasugerował w swoim przemówieniu w Łodzi. Rzucając pomysł organizacji środowisk opozycyjnych wokół majowych wyborów i rocznicy Konstytucji 3 Maja, dodał: „Nie ma co czekać na jeźdźca na białym koniu”.

Tuska scenariusz jest więc zapewne taki: najpierw się ogarnijcie, pokażcie, że jesteście w stanie włączyć się do gry o zwycięstwo. A wtedy zobaczymy. Może nie na białym koniu, ale…

Donald Tusk: W 2019 roku będę w Polsce. I nie wybieram się na emeryturę

10 listopada Tusk był w Łodzi na zorganizowanych przez władze miasta „Igrzyskach Wolności”. Wypowiedział tam proste i precyzyjne przesłanie: „skoro Piłsudski i Wałęsa dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików. Brońcie Polski, brońcie wolności, brońcie niepodległości”. W przededniu święta niepodległości udzielił też ważnego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, gdzie rozliczał się ze swoich politycznych niedokonań i błędów.

11 listopada Donald Tusk najpierw złożył wieniec przed pomnikiem Marszałka przy Belwederze wraz z Grzegorzem Schetyną, w gronie politycznych przyjaciół i zwolenników, po czym w południe na Placu Piłsudskiego wziął udział w uroczystościach państwowych, w gronie swoich śmiertelnych politycznych wrogów.

To Jarosław Kaczyński osobiście zdecydował o tym, że przejście przewodniczącego Rady Europejskiej przez szpaler polityków PiS będzie „marszem hańby”. Dlatego żaden z PiS-owców nie przywitał się z Tuskiem, żaden z nich nie zareagował na powtarzane przez oficjalnego gościa gesty powitania. Jak zwykle najbardziej żałośnie wyglądało to w wykonaniu Andrzeja Dudy, który przecież Tuska na oficjalne obchody zaprosił. Jednak obecny polski prezydent, jak zwykle w obecności Kaczyńskiego, okazał się człowiekiem beznadziejnie słabym. Jego obojętność miała zatrzeć pamięć o przymilnej pogawędce z Tuskiem w Nowym Jorku, w kuluarach Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Tam Kaczyńskiego nie było, więc Duda okazał się wobec Tuska miękki. Jednak były media i Duda znów skompromitował się w oczach twardego elektoratu PiS. Zatem 11 listopada musiał publicznie odegrać scenariusz napisany mu przez Kaczyńskiego.

Długa walka o prezydenturę

Fakt, że Donald Tusk zrezygnował z udziału w zjeździe politycznych celebrytów w Paryżu (gdzie byłby jedną z gwiazd) i wybrał trudną dla siebie wizytę w totalnie podzielonej ojczyźnie, oznacza tylko jedno. Kiedy skończy się kadencja przewodniczącego Rady Europejskiej Tusk wróci do polskiej polityki, a pierwszą taką okazją mogą być tylko wybory prezydenckie.

Nie znaczy to jednak, że Donald Tusk może sobie pozwolić na czekanie do połowy 2020 roku. Jeśli opozycja wygra wybory europejskie i parlamentarne 2019 roku, kampania prezydencka, starcie z tchórzliwą marionetką obozu, który po utracie władzy pójdzie w rozsypkę, będzie dla Tuska tylko formalnością. Jeśli jednak opozycja przegra wybory parlamentarne 2019 roku, Tusk będzie wracał do Polski nie po zwycięstwo, ale po zorganizowane mu przez Kaczyńskiego kolejne upokorzenia, a być może na własny proces.

Kluczem do odsunięcia PiS-u od władzy jest efektywna jedność opozycji. Uniknięcie podzielenia i zmarnowania głosów, których już dziś – pokazały to wybory samorządowe – wystarczy, żeby odsunąć Kaczyńskiego od władzy. Donald Tusk nie tylko sam musi „grać w jednej drużynie” z Grzegorzem Schetyną (rozprowadzane w mediach plotki o własnej liście Tuska do wyborów europejskich okazały się jak do tej pory fałszywe). Ale musi też zwrócić się wyraźnie do elektoratu całej opozycji, z przesłaniem, że miejsce liderek i liderów różnych opozycyjnych partii jest na jednej liście. Pod własnymi sztandarami, wokół nie tylko „minimum programowego”, ale odważnej wizji Polski po rządach PiS-u, ale bezwzględnie na jednej liście. Tylko to daje szansę na wygranie ze „zjednoczoną prawicą”. Większościowa ordynacja wyborcza jest tu nieubłagana. Każde inne rozwiązanie będzie oznaczało – jak pokazały to wybory do sejmików – zmarnowanie setek tysięcy głosów, utratę wielu mandatów, a w konsekwencji pozostawienie Kaczyńskiego u władzy. Na kolejne cztery lata, w czasie których PiS-owska mniejszość, dla której Kaczyński szuka – pokazały to obchody 11 listopada w Warszawie – wzmocnienia ze strony elektoratu narodowców – będzie dalej demolowała Konstytucję, demokrację, praworządność, a przede wszystkim pozycję Polski w instytucjach i sojuszach liberalnego Zachodu.

11 listopada pokazało, że Tusk nie wróci do Polski na białym koniu, nie będzie nowym Macronem, ale w polskiej polityce czekają go „krew, pot i łzy”. Tak naprawdę nie będzie przekraczał istniejących podziałów, ale może pomóc Schetynie, Lubnauer, Nowackiej i wszystkim innym odpowiedzialnym liderom i liderkom opozycji jednoczyć i mobilizować antypisowski elektorat. W najlepszym scenariuszu nieco go poszerzy. To zadanie mniej efektowne, niż „kocham wszystkich” Biedronia, ale w dzisiejszej polskiej polityce zwracanie się do wszystkich jest hasłem, które nie trafia do nikogo.

Jedynym problemem Donalda Tuska w tym i tak najbardziej optymistycznym scenariuszu jest fakt, że przewidziana dla niego pozycja prezydenta daje mu mniej władzy, niż pozycja premiera. A „krew, pot i łzy” zainwestowane w pracę na rzecz opozycji będą tyleż inwestycją we własną prezydenturę, co inwestycją w bardzo realną władzę dla Grzegorza Schetyny jako premiera. Jednak innego scenariusza nie ma. A rola Tuska przy ochranianiu jedności opozycyjnego elektoratu jest nie do przecenienia. Wyborcy PO, Nowoczesnej, a nawet PSL i SLD pamiętają go jako człowieka, który efektownie odsunął od władzy Jarosława Kaczyńskiego w 2007 roku. Dziś oczekują od niego, że pomoże opozycji odebrać władzę Kaczyńskiemu w roku 2019.

Więcej o Tusku >>>

„Dla mnie w większym stopniu to, co się tam wydarzyło, jest nie kwestią polityki, ale po prostu wychowania. To było po prostu chamstwo, takie prymitywne, nieokrzesane. To nie przystoi głowie państwa polskiego. Mądrzy i kulturalni ludzie wiedzą, że jest jakaś granica, której się nie przekracza, chcąc nawet utrzeć nosa przeciwnikowi politycznemu” – powiedział były prezydent w Bronisław Komorowski w TVN 24. To jego komentarz do zachowania Andrzeja Dudy wobec Donalda Tuska na pl. Piłsudskiego, o czym pisaliśmy w artykule „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej celowo pomija w powitaniu przewodniczącego Rady Europejskiej i prezydent Warszawy”.

>>>

Bronisław Komorowski mówił także o marszu, który przeszedł 11 listopada ulicami Warszawy. Jego zdaniem, jednym ze źródłem chaosu decyzyjnego w sprawie organizacji marszu był Andrzej Duda. – „Błędem zasadniczym z punktu widzenia pozycji prezydenta i głowy państwa polskiego jest to, że doprowadził do sytuacji, w której chcąc być może przechwycić marsz narodowców poszedł w jakiejś mierze na czele w marszu, który wszyscy identyfikują ze skrajnymi środowiskami nacjonalistycznymi. To był błąd wizerunkowy, bardzo kosztowny, bo nie tylko na świecie, ale wobec opinii publicznej w Polsce” – stwierdził Komorowski.

Dodał, że Duda zamiast negocjować z organizatorami Marszu Niepodległości powinien przejąć organizację „marszu prezydenckiego”, który został zapoczątkowany podczas kadencji Komorowskiego.

Były prezydent odniósł się też do odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. – „Rozumiem potrzebę wypełnienia pewnej pustki po dramatycznej śmierci prezydenta. Ale trzeba zachować pewne proporcje w podejściu do kwestii upamiętniania tragicznie zmarłych wybitnych Polaków” – powiedział Komorowski. Zauważył, że Gabriel Narutowicz – pierwszy prezydent II RP, który padł ofiarą zamachowca – ma jeden pomnik. – „Więc chciałoby się powiedzieć: trochę umiaru, Jarosławie Kaczyński, z tym upamiętnianiem brata, bo gdzieś zatraci się proporcje” – dodał Komorowski.

„Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje – mówi prof. Aleksander Hall, historyk, polityk, działacz opozycji w PRL, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. – Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Wspólny marsz to ogromny sukces, to wielki dzień” – przekonuje prezes PiS Jarosław Kaczyński. Naprawdę jest się czym chwalić?

PROF. ALEKSANDER HALL: Oglądałem ten marsz w telewizji i mam co najmniej mieszane uczucia. Z jednej strony liczba ponad 200 tys. ludzi, z których większość zapewne myślała poważnie o uczczeniu rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Z drugiej jednak jest coś dwuznacznego w tym, że prezydent i rząd podłączają się pod marsz organizowany od lat przez środowiska skrajne i na którym wielokrotnie pojawiały się hasła niemające nic wspólnego z polskim interesem narodowym i poczuciem przyzwoitości. Pozostaje też poczucie niedosytu, że w stolicy naszego kraju nie wytworzył się obyczaj organizowania marszów czy parad naprawdę jednoczących Polaków. To udaje się od wielu lat na przykład w Gdańsku.

Marsz Niepodległości nie był marszem jednoczenia.

PiS nie ma problemu z tym, że obok biało-czerwonych flaga na marszu były także flagi ONR-u, włoscy neofaszyści i nacjonalistyczne hasła?
Nie wiem, jak PiS się z tym czuje, ale myślę, że rozsądniejsi politycy tej partii widzą w tym jakiś problem.

To dlaczego w ogóle zaczęli z narodowcami rozmawiać? Wiadomo było, czego się spodziewać…
Dlatego to wszystko idzie na rachunek obecnej władzy. Obóz rządzący być może zdaje sobie sprawę z istotnych strat wizerunkowych, jakie przy tej okazji ponosi, ale z drugiej strony nie chce rezygnować z głosu Polaków, którzy w Marszu Niepodległości dobrze się czują. To jest dylemat, który PiS miał i rozstrzygnął go tak, jak go rozstrzygnął. To ich odpowiedzialność.

Co mogli albo powinni zrobić?
Jestem bardzo daleko od obozu władzy, więc nie czuję się uprawniony, aby im coś podpowiadać. Ale

myślę, że zło stało się znacznie wcześniej. Chodzi o politykę, którą PiS prowadzi od 2015 roku, ostrego podziału polskiego społeczeństwa na dobrych patriotów i Polaków gorszego sortu. Zbyt wiele stało się, jeżeli chodzi o dzielenie wspólnoty narodowej, zarzucanie opozycji najniższych intencji, a nawet zdrady narodowej, łamanie konstytucji. Od początku wiadomo było, że żaden wspólny, narodowy marsz nie jest możliwy.

Taki jak „Marsz dla Niepodległej” organizowanej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego?
To były prezydenckie marsze politycznie ekumeniczne, oddające hołd ponad podziałami wszystkim głównym twórcom niepodległości. Sam kilkukrotnie towarzyszyłem prezydentowi Komorowskiemu podczas składania kwiatów przed pomnikiem Romana Dmowskiego. PiS niestety nie zdecydował się na kontynuowanie tej tradycji.

Realnym alternatywnym krokiem, który prezydent i rząd mógł zrobić w 100-lecie odzyskania niepodległości, było zorganizowanie własnego marszu, ale byłby to tylko marsz PiS-u.

Obok Jarosława Kaczyńskiego, premiera Mateusza Morawieckiego i prezydenta Andrzeja Dudy nie stanęliby przecież politycy opozycji, autorytety występujące w obronie konstytucji i praworządności.

Taki marsz PiS-u byłby znacznie skromniejszy od Marszu Niepodległości, który ma już przecież swoją tradycję.

Dlatego postanowili dogadać się z nacjonalistami i przyłączyć do nich kilka dni przed Świętem Niepodległości?
Tak. Inna decyzja wymagałaby prowadzenia innej polityki, w której podziały, wzajemne pretensje nie byłyby aż tak głębokie.

„Zazwyczaj to PiS stosuje patriotyczny szantaż, odmawiając swym oponentom prawa miłowania ojczyzny. Teraz sam został w taką pułapkę przez narodowców złapany” – pisze Andrzej Stankiewicz w Onet.pl. A może właśnie sytuacja wymknęła się spod kontroli?
Uważam, że część myślących polityków obozu rządzącego, a do nich zaliczyłbym Jarosława Kaczyńskiego, miało poczucie ulgi wychodząc z marszu z poczuciem, że nie stało się nic drastycznego.

Myślę, że odczuwali niepokój podejmując decyzję o firmowaniu tego marszu, a potem poczucie ulgi, że jednak mogło się skończyć gorzej. Były flagi ONR-u, włoscy neofaszyści, nacjonalistyczne hasła, ale nikt nie został dotkliwie pobity.

Władza legitymizując takie organizacje, daje im przecież poczucie siły… A to nie musi się dobrze skończyć.
Za miarodajną ocenę zagrożenia uważam wyniki wyborów. One pokazują wyraźnie, że skrajne ruchy nacjonalistyczne w Polsce mogą liczyć na niewielkie poparcie. Myślę, że świadomość historyczna wśród członków tych ruchów jest niewielka.

Czym innym, bez porównania poważniejszym, mającym duże społeczne poparcie, jest polityka PiS-u rozmontowująca państwo prawa, lekceważącą konstytucję, chcąca mieć władzę nad sądami. Tego się boję, to jest groźne dla Polski.

PiS nadal będzie prowadził taką politykę? Zbliża się wyjątkowo trudny czas, maraton wyborczy.
Myślę, że czas na podjęcie decyzji w tej sprawie zbliża się wielkimi krokami. Wybór jest taki: złagodzenie kursu, języka, odwrót od działań wymierzonych w niezależność władzy sądowniczej pod presją UE, albo wręcz przeciwnie. W dłuższej perspektywie czasowej trudno wyobrazić sobie dwa równoległe sądownictwa, sędziów uznawanych przez jedną lub drugą stronę. Ta sytuacja będzie musiała znaleźć jakieś rozstrzygnięcie. Ale

nie jestem w stanie przewidzieć, jakiego wyboru dokona obóz władzy, czyli de facto Jarosław Kaczyński. Mogę przewidzieć tylko jedno – nastąpi korekta politycznego kursu.

Donald Tusk wróci do polskiej polityki?
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że będzie wspierał, a nawet już wspiera w sposób otwarty polską opozycję. Jego ostatnie przemówienia miały charakter deklaracji człowieka, który aspiruje do politycznego przywództwa. Klamka zapewne jeszcze nie zapadła, pozostawia sobie otwartą furtkę, ale myślę, że taki jest jego cel.

Jak pan zrozumiał słowa byłego premiera o tym, że Polacy mogą pokonać „współczesnych bolszewików”, tak jak pokonali ich Józef Piłsudski i Lech Wałęsa?
Trudno było je zrozumieć inaczej niż zrozumiała sala, ja też je tak zinterpretowałem. „Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież

Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje.

Niektórzy mówią, że to były za mocne słowa. Pan też tak myśli?
Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa.

Powinien wrócić? Pomógłby opozycji w walce z PiS-em?
W tej chwili potrzebne są każde ręce na pokładzie.

Polityk mający tak znaczne poparcie społeczne, wielką rozpoznawalność i pozycję w Europie jest Polsce potrzebny.

Dlatego PiS się go tak boi, że zostaje zlekceważony podczas oficjalnych obchodów przed Grobem Nieznanego Żołnierza i postawiony w ostatnim rzędzie?
Myślę, że to było działanie z premedytacją. Chociaż była to rzecz bezprecedensowa. Przecież Donald Tusk był jedynym wysokim rangą przedstawicielem świata, który zdecydował się wziąć udział w tym święcie. Nawet przyjaciel PiS-u, czyli premier Węgier Victor Orbán nie przyjechał do Warszawy.

To chyba wiele mówi o naszej pozycji w Europie i organizowanych przez władze obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości…
Oficjalne obchody trudno uznać za udane. Poza tym muszę pani powiedzieć, że

nie lubię sposobu przemawiania prezydenta Andrzeja Dudy, który po prostu krzyczy. To jest cecha ludzi niepewnych siebie, dodających sobie tym sposobem ekspresji otuchy. Ale to nie jest właściwy styl.

Patrząc krytycznie na te obchody, trzeba jednak podkreślić, że w wielu miejscach Polski ten dzień był obchodzony uroczyście, pogodnie i ekumenicznie. Dobrym przykładem jest Gdańsk.

Nie zabrakło panu w ostatnim czasie dyskusji o tym, co znaczy dla nas niepodległość i jak obroniliśmy ją po raz drugi? PiS oczywiście ani razu nie wspomniał na przykład o Lechu Wałęsie. To przykre.
Obecna władza nie jest w stanie wpłynąć na moje samopoczucie.

Od długiego czasu widać, że w przekazie, jaki PiS kieruje do polskiego społeczeństwa, III RP jest przedstawiana przede wszystkim jako okres błędów i wypaczeń, zmarnowanych szans, a nawet nowego zniewolenia przez kondominium niemiecko-rosyjskie. Polska według obozu władzy przecież wstała z kolan dopiero w 2015 roku.

W tym jest pewna logika, ale i niekonsekwencja. Skoro PiS odwołuje się do polskiej dumy, chce budować poczucie patriotyzmu na historycznych zasługach Polski, to przynajmniej nieroztropne jest przekreślanie ostatniego ćwierćwiecza naszej historii. To jest też głęboko niesprawiedliwe.

Niesprawiedliwe jest też to, że na Placu Piłsudskiego stanął pomnik Lecha Kaczyńskiego, a Andrzej Duda przekonuje, że „od czasów marszałka Józefa Piłsudskiego tak wielkiego przywódcy państwa polskiego nie było”?
To jest przede wszystkim wyrządzanie krzywdy Lechowi Kaczyńskiemu. Wydaje mi się, że to jest nieświadome działanie ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Przecież

jego brat ma swoje miejsce w historii Polski, jest tam dużo zasług, ale ich wyolbrzymianie i wynoszenie go na piedestał z pominięciem wielu postaci, których zasługi były większe i porównywalne, tak drastycznie rozmija się z prawdą historyczną i świadomością większości obywateli, że przynosi przeciwne efekty.

Deformacja historii i narzucony kult Lecha Kaczyńskiego powoduje reakcje odrzucania, które przejawiają się także w nieparlamentarnych słowach, czy zapowiedziach burzenia pomników. To też jest złe, ale absolutnie wytłumaczalne zjawisko.

„Bankier Leszek Czarnecki oskarża szefa KNF: 40 milionów złotych i nie będzie kłopotów”– to tytuł pierwszej strony z „Gazety Wyborczej”. Według dziennika, „Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, zaoferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych – twierdzi właściciel banku Leszek Czarnecki”.

Oferta miała zostać nagrana przez bankiera. – „To zbyt gruba sprawa, by ją przemilczeć… Miało się nie nagrać, a jednak – co za pech – się nagrało” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, wicenaczelny „GW”.

A publicysta dziennika Wojciech Maziarski na Facebooku dodał: – „No ładnie. Szef Komisji Nadzoru Finansowego, członek prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju Marek Chrzanowski oskarżony przez Leszka Czarneckiego – właściciela Getin Noble Banku, jednego z najbogatszych Polaków – o złożenie propozycji korupcyjnej. Czarnecki nagrał rozmowę z Chrzanowskim”. Chrzanowski w październiku 2016 r. został powołany przez Beatę Szydło na stanowisko szefa Komisji Nadzoru Finansowego.

Jak pisze onet.pl, zawiadomienia w tej sprawie mają trafić do Prokuratora Generalnego.

Z nieoficjalnych informacji portalu wynika, że mogą one dotyczyć właśnie Chrzanowskiego, premiera i przedstawiciela Andrzeja Dudy w KNF Zdzisława Sokala.

Ujawniamy: Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, zaoferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za mniej więcej 40 mln zł – twierdzi właściciel banku Leszek Czarnecki. Bankier nagrał tę ofertę i zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez szefa KNF. Chrzanowski nagle poleciał do Singapuru.

Leszek Czarnecki, właściciel Getin Noble Banku i Idea Banku, z majątkiem ponad 2,19 mld zł należy do najbogatszych Polaków. Ale od 2016 r. wartość jego banków spada. Mają poważne kłopoty, ich los w dużej mierze zależy od regulacji rządowych i wymagań KNF sprawującej państwowy nadzór m.in. nad rynkiem finansowym.

Z nagrania, którego stenogram Czarnecki przekazał prokuraturze wraz z zawiadomieniem o przestępstwie, wynika, że Chrzanowski proponował mu następujące przysługi:

* usunięcie z KNF Zdzisława Sokala – przedstawiciela prezydenta w Komisji i szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – bo jest on zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo;

* złagodzenie skutków finansowych zwiększenia tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł);

* życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Czarneckiego.

W zamian bankier miałby zatrudnić prawnika wskazanego przez Chrzanowskiego. Wynagrodzenie – „powiązane z wynikiem banku” – 1 proc. wartości Getin Noble Banku, czyli ok. 40 mln zł.

Pełnomocnik Czarneckiego mec. Roman Giertych zawiadomił prokuraturę 7 listopada. Deklaruje, że nagrania przekaże „w charakterze dowodu w trakcie przesłuchania pokrzywdzonego”. „Wyborcza” ma kopię tych nagrań.

9 listopada Chrzanowski poleciał do Singapuru.

„Mam takie szumidła”

Południe, 28 marca 2018 r. Szare bmw Czarneckiego parkuje na pl. Powstańców Warszawy. Tu pod nr 1 ma siedzibę Komisja Nadzoru Finansowego. Bankier przyjechał na spotkanie z szefem KNF Markiem Chrzanowskim.

Wysiadając z auta, Czarnecki nerwowo sprawdza zawartość kieszeni. Na biodrze ma cyfrowy dyktafon, na piersi – drugi na wszelki wypadek. Do kieszonki na poszetkę wsunął długopis z minikamerą. Uruchamia wszystkie trzy urządzenia nagrywające.

Po co? Szef KNF zaprasza go już trzeci czy czwarty raz. Ale to zaproszenie jest wyjątkowe. Żąda, by bankier stawił się sam. Wcześniej zawsze towarzyszył mu prawnik lub prezes Getin Noble Banku. Teraz rozmowa ma być „w cztery oczy”.

Czarnecki jest bardzo podejrzliwy. Intuicja go nie zawodzi.

TU PRZECZYTASZ STENOGRAM Z ROZMOWY CZARNECKIEGO Z CHRZANOWSKIM

W gabinecie Chrzanowski mówi: – Mam tu takie szumidła, ponoć to nic nie daje, ale…

Chodzi o urządzenia antypodsłuchowe, które zakłócają sygnał telefonów i sprzętu elektronicznego.

Szef KNF pyta: – Pan nie ma telefonu ze sobą, żadnych takich?

Dodaje: – Byli tu jacyś komandosi, ale powiedzieli, że jest tyle sygnałów w okolicach tego miejsca, bo tam jest telewizja [obok mieści się siedziba TVP], że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat.

„Komandosi” mieli rację. Kamera i jeden dyktafon przestają działać po włączeniu zagłuszarek. Ale drugi dyktafon Czarneckiego pokonuje przeszkodę. Na nagraniu wyraźnie słychać obu rozmówców.

Chrzanowski zapewnia właściciela banku, że jest z nim „szczery”. Kilka razy przypomina, że to rozmowa „poufna”. Upewnia się: – Ja mogę pana o dyskrecję prosić?

„Zdzisław ma plan”

Najpierw rozmawiają o sytuacji banków Czarneckiego. Przeżywają one kryzys związany z koniecznością dokapitalizowania, z podatkiem bankowym, kredytami we frankach oraz obligacjami GetBacku sprzedawanymi przez Idea Bank. Zagrożony jest zwłaszcza ten ostatni.

Przed siedzibą Dowództwa Garnizonu Warszawa przy pl. Józefa Piłsudskiego w Warszawie odsłonięto pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pomnik odsłonili wspólnie prezydent Andrzej Duda, prezes PiS Jarosław Kaczyński oraz Marta Kaczyńska – córka Lecha Kaczyńskiego.

– Mamy dzisiaj wigilię 100-lecia odzyskania niepodległości, dzień szczególny – szczególne zrządzenie Boże spowodowało, bo przecież plany były inne, że dziś właśnie odsłoniliśmy ten pomnik – mówił prezes PiS.

Zwrócił uwagę, że jego brat „urodził się prawie 31 lat po po tym wspaniałym listopadzie 1918 r.”. – Był z tego pokolenia, które doznało łaski późnego urodzenia – nie musiał przeżywać wojny, stalinizmu, to było wspomnienie co najwyżej dzieciństwa, i było to jednocześnie pokolenie, które podjęło (…) ponownie, w sposób czynny i bezpośredni idee polski niepodległej, demokratycznej, obywatelskiej – podkreślił Kaczyński.

Prezes PiS przypomniał m.in. że jego brat uczestniczył w wydarzeniach marcowych „w tym wszystkim, co przyczyniło się do powołania Solidarności”. Przypomniał, że pełnił też wiele funkcji państwowych i samorządowych – był m.in. posłem, senatorem, prezesem Najwyższej Izby Kontroli, ministrem sprawiedliwości, prezydentem Warszawy a wreszcie prezydentem Polski.

– Ten pomnik tutaj staje to nie dlatego, że – można tak powiedzieć – (Lech Kaczyński – PAP) awansował najwyżej jak można. Nie o to tutaj chodzi. Chodzi o to, że jego działalność przyczyniła się – i to w sposób decydujący – do tego, iż można było się przeciwstawić temu wszystkiemu, co zostało nazwane (…) postkomunizmem. Systemu, który był nieporównanie lepszy od poprzedniego ale jednak w dalszym ciągu obciążony ogromnymi wadami – oświadczył Kaczyński.

Prezes PiS podczas swojego wystąpienia powiedział, że jego brat – Lech Kaczyński był człowiekiem „głębokiej wiary”. – (Był)jednocześnie człowiekiem skromnym i wyjątkowo osobiście dobrym” – podkreślił. „Pamiętam, że kiedy w samolocie lecącym do Smoleńska po katastrofie, po tragedii pisałem jego nekrolog, to tę cechę właśnie bardzo mocno podkreśliłem – dodał Kaczyński.

Prezes PiS powiedział też, że jego brat był „z jednej strony skutecznym politykiem, który potrafił przeciwstawiać się przemysłowi pogardy, całemu temu ogromnemu przedsięwzięciu zmierzającemu do tego by go zniszczyć, a z drugiej strony potrafił kierować się w swoim życiu osobistym, prywatnym, ale także w życiu publicznym dobrocią, a także względami moralnymi, które potrafił często stawiać przed korzyścią polityczną”.

– Tak było kiedy doprowadził do zmiany ustawy o lustracji, bo wiedział, że uczyni ona pewnym ludziom, zasłużonym w walce o niepodległość Polski, w walce o solidarność, wiele osobistych krzywd, bo znał różne wydarzenia z życia tych ludzi, wiedział, że zostaną one ujawnione – mówił prezes PiS.

– I powtarzam: to połączenie bardzo rzadkie w polityce. Każdy, kto zna historię, to wie. I to też jest przesłanka dla której powinien być uczczony, powinien być pamiętany, bo jeszcze raz powtórzę – dobrze zasłużył się Polsce, wpisał się złotymi zgłoskami w jej historię – podkreślił Kaczyński.

Prezes PiS dziękował tym wszystkim, którzy przyczynili się do budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w sposób najbardziej bezpośredni, m.in. członkom komitetu budowy pomnika. W szczególności Kaczyński dziękował trzem osobom: szefowi KPRM Jackowi Sasinowi, szefowi gabinetu premiera Markowi Suskiemu i szefowi MON Mariuszowi Błaszczakowi, choć – jak zaznaczył – „tych zasłużonych jest znacznie więcej”.

Waldemar Mystkowski pisze o możliwości przyspieszonych wyborów.

PiS Polską raczej się nie martwi. Oni martwią się o władzę, o koryto, a scenariusz kampanijny nie jest dla nich korzystny. Mogą więc zechcieć zawrócić bieg wydarzeń. Najpierw jednak zmierzą się z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, który w najbliższy piątek wysłucha stron w sprawie decyzji dotyczącej zawieszenia stosowania przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

A dzisiaj właśnie w tej sprawie w Brukseli zebrała się Rada ds. Ogólnych, na której nie był żaden polski minister ani wiceminister spraw zagranicznych. Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans był tym wielce zaniepokojony i debatę o Polsce zamknął w 15 minutach. Mateusz Morawiecki w niedzielę zapewniał, iż strona polska w sprawie Sądu Najwyższego przedstawi „bardzo konkretne kroki”. Jakie zatem one będą, gdy dzisiaj są trzymane w tajemnice? A ponadto, co znaczą słowa, że „kompromis wymaga takich jakichś ustępstw z obu stron”. Wszak ani Komisja Europejska, ani TSUE nie demolowali Sądu Najwyższego ani wcześniej Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa.

Można zatem spodziewać się dalszego matactwa rządu pisowskiego, który zechce oddalić w czasie wyrok Trybunału unijnego. Jeżeli dorzucimy do tego stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „Bruksela i Europa mają inną wizję państwa niż my”, to możemy spodziewać się, że kompromisu nie będzie.

A zatem, co nas czeka? Prędzej czy później Polexit, który nie ma jeszcze „wzięcia” wśród elektoratu partii Kaczyńskiego, ale nie musi być ostatecznie odstręczający. I właśnie w tym momencie należy uwzględnić to, iż PiS zechce zmienić bieg spraw, przyspieszyć, bo kalendarz wyborczy nie jest dla niego korzystny. A do tego odnowił się w przestrzeni publicznej Donald Tusk, polityk wybitny i skuteczny, który potrafi wygrać z Kaczyńskim i jego marionetkami.

Na agendę wchodzi – na razie jako tajemnica poliszynela – temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które mają swoją kolej po wyborach do europarlamentu, ale przecież nie muszą. Mogą być już wiosną 2019 roku, gdy Komisja Europejska za sprawą wyroku TSUE jeszcze nie wdroży sankcji.

Już raz Kaczyński na przyspieszeniu wyborów przewiózł się w 2007 roku. Dzisiaj jednak jeszcze Tuska w Polsce nie ma, 2,5 letnia kadencja w Brukseli kończy mu się na jesieni 2019 roku.

Tusk ma świadomość, że Kaczyński coś szykuje, dlatego usłyszeliśmy w Łodzi podczas Igrzysk Wolności tak zdecydowane jego słowa o sytuacji w Polsce i demonstracyjną solidarność z Grzegorzem Schetyną w sprawie jednoczenia opozycji. Ciągle do odwrócenia jest fatalna sytuacja Polski na zewnątrz, której losy się ważą, czy pozostanie liczącym się graczem na Zachodzie, czy zostanie wepchnięta przez PiS w łapy Kremla.

Duda w piaskownicy, czyli jak polubił być prezydentem

12 List

>>>

Obchody setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości miały być punktem kulminacyjnym prezydentury Andrzeja Dudy. Miało być dwudniowe referendum na temat zmian w Konstytucji i obchody z wielką pompą. Ale PiS prezydenckie referendum utrąciło w Sejmie. A gdy okazało się, że nie ma pomysłu na żadne spektakularne wydarzenia, które Polacy mogliby zapamiętać na lata, Duda zaczął negocjacje z narodowcami. Chciał stanąć na czele Marszu Niepodległości. Jednak narodowcy odmówili, tłumacząc, że nie zamierzają oddać swojego marszu. Wtedy rzecznik prezydenta oświadczył, że Duda nie pójdzie w marszu, bo „od rana do wieczora będzie na uroczystościach”. W kancelarii zdecydowano nawet, że prezydent powinien wyjechać na ten czas z Warszawy – miał się pojawić wieczorem na uroczystościach w Gorzowie Wielkopolskim. Ale nieoczekiwanie prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz zakazała marszu narodowców. I Duda mógł na cztery dni przed rocznicą ogłosić, że organizuje wraz z premierem państwowy marsz niepodległości.

– To, co oni zrobili z tym stuleciem niepodległości, to jest rekord świata. Przygotowywać się dwa lata, opowiadać różne rzeczy, wydać 200 milionów złotych i na końcu, żeby tego się do kupy nie dało zebrać, to jest niezwykłe! – nie może się nadziwić były prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Dodaje, że Duda mógł zaprosić do Warszawy światowych przywódców i zorganizować uroczystości. – Gdyby Duda miał trochę prestiżu w świecie, zrobiłby wielkie wydarzenie 10 listopada, z udziałem kanclerz Merkel, prezydenta Macrona i innych, bo 11 odbędą się w Paryżu obchody setnej rocznicy zakończenia I wojny światowej – twierdzi Kwaśniewski.

11 listopada to dla Dudy data symboliczna. Dokładnie cztery lata temu podczas rocznicowych uroczystości w Krakowie prezes PiS Jarosław Kaczyński ogłosił, że Duda będzie kandydatem partii na prezydenta. Duda deklarował, że jego prezydentura „będzie dynamiczna, aktywna w polityce zagranicznej i będzie to prezydentura łączenia tutaj, w Polsce”. Dzisiaj te słowa brzmią jak żart. Prezydent zalicza gafę za gafą, na arenie międzynarodowej się nie liczy, a Polska nigdy nie była tak bardzo podzielona.

Bliski współpracownik Dudy, pytany o nastroje w kancelarii prezydenta odpowiada krótko: – Bezwład.

Jest koniec października. Duda na forum polsko-niemieckim w Berlinie oskarża UE o deficyt demokracji, bo zakazała sprzedaży zwykłych żarówek i można kupić tylko żarówki energooszczędne. Ludzie prezydenta wiedzą, że głupio chlapnął i zaraz zostanie bohaterem memów. Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, który siedzi obok Dudy, demonstracyjnie odwraca wzrok, a obecni na sali zaczynają buczeć. Internauci nazywają głowę państwa polskim Januszem za granicą. Szef Rady Europejskiej Donald Tusk, pytany o słowa Dudy, otwarcie kpi z niego, mówiąc, że „wtedy, kiedy wydaje się on pogubiony w argumentacji, potrzebuje raczej naszego wsparcia, przynajmniej życzliwej cierpliwości”.

Jeden z moich rozmówców w pałacu prezydenckim przyznaje, że przykład z żarówkami nie był najszczęśliwszy, ale Duda chciał zwrócić uwagę na to, że wiele spraw w Unii jest przeregulowanych. Jednak żaden z prezydenckich ministrów nie próbował tłumaczyć w mediach, o co chodziło głowie państwa. Powinien to robić rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, ale on jest nowy i nie wyczuwa jeszcze, które miny trzeba szybko rozbroić. Szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski, który ma największe doświadczenie polityczne w kancelarii, woli się nie wychylać.

– Szczerski nie chce mówić Dudzie, że popełnia błędy, żeby się nie narazić, a reszta ministrów jest bardziej pochłonięta promowaniem siebie albo wewnętrznymi wojenkami niż kreowaniem polityki głowy państwa – przyznaje osoba z otoczenia prezydenta. I przytacza anegdotę, żeby zobrazować klimat panujący w pałacu. Jest cotygodniowe spotkanie kierownictwa kancelarii. Za stołem zasiadają: szefowa kancelarii Halina Szymańska i ministrowie Krzysztof Szczerski, Wojciech Kolarski oraz Paweł Mucha. Mają ustalić kalendarz prezydenta. Głównym tematem staje się kwestia uroczystości koronacji obrazu Matki Boskiej w jednej z parafii w Zachodniopomorskiem. Stamtąd pochodzą Mucha i Szymańska, radni w lokalnym sejmiku. Mucha przekonuje, że ktoś z kancelarii musi być na uroczystości. A jeśli nie, to trzeba przynajmniej wysłać list.

200 mln, które rozpłynęły się w powietrzu. Gdzie podział się budżet na obchody 100-lecia polskiej niepodległości?

PiS i prezydent mają z 11 listopada obrazki, jakich chcieli: sielankę rodzin z dziećmi niosącymi narodowe flagi. Opozycja znajdzie w marszu sceny, które są profanacją święta: łopoczące sztandary neofaszystów. Polskie i zagraniczne media szukające ekstremów doszukają się ich wielu. Wszyscy solidarne pozostaną przy swoich „najmojszych” ocenach.

To, co pozostanie po marszu, a właściwie marszach 11 listopada w Warszawie, Jarosław Kaczyński zwykł określać jednym słowem. Absmak. I to nawet jeśli obóz rządzący będzie suflował narrację, że stołeczny pochód był feerią patriotyzmu.

Cichy rekord

MSWiA, które może przeszacowywać liczbę uczestników, podawało, że maszerowało ćwierć miliona osób. To tak, jakby cała Gdynia kroczyła jedną ulicą Warszawy.

Ale nie ma donośnego głosu obozu władzy, że była to największa demonstracja w historii wolnej Polski – po 1989 r. Gdyby obóz rządzący promował taką narrację, to postawiłby się w jednym rzędzie z narodowcami – a nie po to był bufor między marszem państwowym a marszem narodowców, by się dusić w dymie flar i ogłuchnąć od „raz sierpem, raz młotem”.

Niech nikt nie mówi, że marsz był jeden i wspólny. Twój przyjaciel nigdy nie idzie daleko za Twoimi plecami, gdy macie ten sam cel.

Na łasce ekstremum

Obyło się bez ulicznej konfrontacji narodowców z marszem rządowym, więc PiS i prezydent mogą odetchnąć z wielką ulgą. Największa w tym zasługa służb i wojska, które stanęły na wysokości zadania. Obecność żołnierzy i żandarmów, obok oddziałów Policji, z pewnością stępiła nacjonalistyczne ostrze pochodu, a tym, którzy mieli zakusy, by „dymić”, odebrała taką chęć.

Faktem jednak jest, że w święto 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę najsilniejszy w historii III RP obóz władzy był zdany na łaskę społecznie marginalnej organizacji narodowców i narażony na ryzyko szantażu i prowokacji ze strony ekstremistów.

Obóz „dobrej zmiany” ma przecież w rękach Sejm, Pałac Prezydencki, Senat, premiera, cały rząd, a resorty siłowe są we władaniu absolutnie najbardziej zaufanych ludzi prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem ruch narodowy w Polsce to wręcz skraj marginesu. Samodzielnie narodowcy są w stanie zdobywać ok. 1 proc. poparcia w wyborach. Nie ma dla nich w Polsce społecznej bazy.

Mimo jednak, że są marginesem, to wciąż udaje im się kanalizować patriotyczną emocję potężnej liczby osób, które co rok przychodzą na Marsze Niepodległości. I to nawet jeśli ci narodowcy wydają z siebie antysemickie albo rasistowskie pomruki. Cóż z tego, że ktoś powie o „separatyzmie rasowym”, „judeosceptycyzmie” albo zaprosi ruch Forza Nuova (neofaszystów z Włoch)? Uczestnicy marszu z dalszych szeregów puszczą to mimo oczu i uszu – z przyzwyczajenia, bo wrosło to już w polski krajobraz. A żadna kolejna władza nie jest w stanie odbić tego tłumu narodowcom.

Ani klęska, ani sukces

Władze państwowe – w osobie marszałka Senatu – spotykały się z szefostwem Stowarzyszenia Marsz Niepodległości. Negocjacje trwały do ostatnich godzin przed startem pochodu. Skończyło się na tym, że obóz rządzący zapewnił sobie miejsce na czele, długi bufor separujący część państwową od tej prowadzonej przez narodowców. Część rządowa rozeszła się dość szybko, a marsz kontynuowali narodowcy.

Pochód 11 listopada nie zakończył się klęską i totalnym blamażem obozu PiS, choć wiele osób z opozycji na to liczyło. Obóz rządzący nie oddał przecież narodowcom i nacjonalistom Święta Niepodległości, ale tuż przed nim politycznie konfrontował się z narodowcami i ostatecznie to prezydent, premier i prezes stanęli na czele – tak brzmi oficjalna nazwa – Biało-Czerwonego Marszu „Dla Ciebie Polsko”. Obyło się też bez zadym, a flagi narodowe dominowały nad tłumem.

Obóz władzy w żadnym razie nie może jednak ogłosić się wygranym, co teraz czyni wielu notabli. Co więcej – choć zabrzmi to patetycznie – państwo polskie nie może ogłosić się zwycięzcą święta 100-lecia swojej niepodległości. Bo cóż z tego, że państwo rządzone przez PiS szło na czele i prowadziło gigantyczny pochód, skoro na plecach czuło oddech skrajnych narodowców, czasami nacjonalistów, a także grupki neofaszystów z Forza Nuova? Obok obrazu Chrystusa miłosiernego wybuchały petardy, płonęły race, ludzie krzyczeli „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. W tłumie spłonęła flaga Unii Europejskiej.

Takiej skrajności państwo polskie zeszło z drogi. Nim jednak obóz rządzący zakończył własny marsz i wsiadł do limuzyn, chciał zadbać o pogodne obrazki.

Inscenizowana sielanka

Premier Mateusz Morawiecki szedł na czele trzymając najmłodszą córkę i syna za ręce. Szef kancelarii premiera Michał Dworczyk z dzieckiem niesionym na ramionach. Jarosław Kaczyński z biało-czerwoną flagą w ręku. Na pogodnym selfie prezes PiS z kilkoma kobietami obok uśmiechał się do obiektywu. W pierwszym szeregu roiło się od harcerzy najmłodszego pokolenia. A na trasie marszu, przed samym bannerem „Dla Ciebie Polsko” chłopak oświadczył się dziewczynie, czego uściskiem dłoni pogratulował im sam premier.

Absmak, choć prezes Jarosław Kaczyński tego nie powie, jednak pozostaje. I coś więcej: chęć odwetu narodowców na obozie władzy, który już jest oskarżany o kradzież Marszu Niepodległości.

Obchody rozpoczęły się przed 9.00. Donald Tusk w towarzystwie polityków i warszawiaków złożył kwiaty pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego koło Belwederu. Cały dzień obfitował w wydarzenia: oficjalne obchody na pl. Piłsudskiego, odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego na pl. Na Rozdrożu, demonstracja antyfaszystowska na pl. Unii Lubelskiej i w końcu wielki marsz organizowany wspólnie przez rząd i nacjonalistów. Warszawa świętowała 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości.

Donald Tusk uczestniczył w państwowych uroczystościach przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Nie był przedstawiony. Mógł złożyć wieniec dopiero po zamknięciu oficjalnej części. Mówi jak ocenia wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudy.

Więcej o Tusku >>>

Urocze… 😃

Kaczyński i jego Piszczyki

31 Paźdź

Schetyna o obchodach setnej rocznicy odzyskania niepodległości: Dwa lata przygotowań i jest wielkie zero

Nie będziemy robić nic nowego, własnego, bo uważamy, że tutaj trzeba z godnością uczcić tę rocznicę, natomiast jest wielkim rozczarowaniem to, czego nie zrobił PiS i prezydent. Blisko dwa lata przygotowań, my też uczestniczyliśmy w pracach tego komitetu. Jest wielkie zero” – mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Schetyna: Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą

Wierzę, że prezydent miał na początku dobrą wolę, mówiąc o intencji wspólnego świętowania. Mówiliśmy, że muszą być rozliczone ekscesy z ostatniego 11 listopada i wtedy jest możliwość rozmowy. Ta możliwość się zakończyła. Jeszcze dochodzi do takiej sytuacji, że prezydent zaprasza na udział w marszu, z którego ucieka” – mówił w RMF FM szef PO, Grzegorz Schetyna.

Smutna historia. Fatalnie się stało, że jeszcze się nie zaczęły obchody tego święta, a już się kończą” – dodawał.

To wystarczyło, by zaniepokoić oportunistów, którzy uwierzyli już w wieczność rządów PiS-u nad Polską. Nawet Kazimierz Kik, ulubiony ekspert TVP Info (który nie może się nachwalić Andrzeja Dudy, że „odblokował jego profesurę”), czy Jarosław Gowin (który otrzymał od Kaczyńskiego o wiele więcej władzy, niż by to wynikało z jego faktycznej politycznej siły) przez chwilę się zawahali. Kik skrytykował „nachalną propagandę państwowych mediów”, a Gowin stwierdził, że „wstydzi się za spot o uchodźcach”. To wszystko trwało tylko przez moment, dopóki Kaczyński nie narzucił narracji o „totalnym tryumfie w sejmikach”. Jednak prawicowe media zdążyły wyczuć u Gowina i Kika „mdły zapaszek zdrady”.

Władzę w Polsce daje obywatel Piszczyk

Szczególnie komentarz Kazimierza Kika wzbudził rozgoryczenie prawicy. W końcu od trzech lat jest on ulubionym komentatorem TVP Info. Kik zresztą z każdą władzą ma dobre stosunki, a każdą opozycję chętnie i gromko potępia. W czasach rządów PO był nie tylko członkiem honorowego komitetu wyborczego Platformy, ale mówił w mediach, że „Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz powinni siedzieć za antypaństwową działalność”. Dopiero po zwycięstwie PiS-u uznał rządy PO za „antynarodowe”. Złożył też samokrytykę mówiąc: „przez wiele lat wspierałem siły, które niszczyły kraj”. To wystarczyło, aby stał się gwiazdą TVP Info dostarczając cytatów, które trafiają nawet na „paski grozy”.

Ziobro powodem porażki w wyborach samorządowych?

Jeszcze wcześniej Kik był członkiem PZPR, podobnie jak Stanisław Piotrowicz „do wyprowadzenia sztandaru”. Zapisał się do partii między Marcem ’68 i Grudniem ’70, w jednym z najobrzydliwszych okresów PRL, kiedy władza najbardziej potrzebowała oportunistów. Po roku 1989 Kik PZPR gromko potępił. Jednak do SLD znów się zapisał – w 2001 roku, kiedy Leszek Miller został premierem. W ostatni wieczór wyborczy, gdy Warszawiacy ogromną większością wygłosowali kandydata PiS-u w pierwszej turze, Kazimierz Kik też próbował się przyłączyć do trendu. Wypowiedział słowa, które musiały PiS-owców obrazić: „Warszawa to przekorne miasto, specyficzne, z natury zbuntowane. Można je wziąć na rozum, a nie siłą. Tak zrobił Trzaskowski”.

Podobną wpadkę zaliczył Jarosław Gowin mówiąc pod wpływem chwili, że „jest mu wstyd za antyuchodźczy spot PiS”. Przez trzy lata rządów PiS nie Gowin nie wstydził się absolutnie niczego. Chwalił język Kaczyńskiego, Dudy i Szydło w sprawie uchodźców, kupował sobie sympatię Tadeusza Rydzyka za pieniądze z budżetu ministerstwa szkolnictwa wyższego, wreszcie przygotował dla Kaczyńskiego ustawę, która pomoże PiS-owi przejąć kontrolę nad polskimi uniwersytetami. Od kilku lat każda najskrajniejsza wypowiedź fundamentalisty czy narodowca nie tylko była przez Gowina broniona, ale przejmował ją i powtarzał jako swoją własną. Jego słynne słowa, że w polityce zobowiązuje go „krzyk rozpaczy dziesiątków tysięcy zamrożonych embrionów” były pasożytowaniem na języku Marka Jurka. Jurek jest fanatykiem, ale nie jest oportunistą, nie potrafi skorzystać nawet na zwycięstwie sprawy, której zawsze służył. Dlatego Kaczyński woli Gowina od Jurka.

Jarosław Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”. Prawicowi czy lewicowi radykałowie, nawet poczciwi liberalni inteligenci – wszyscy oni nadają się do ulicznych zadym, do „kampanii oburzenia”, do budowania „twardego elektoratu”. Ale rządzić się nimi nie da. Zbyt chimeryczni, zbyt patrzą na ręce, jest ich za mało i za bardzo denerwują masy zwykłych oportunistów.

Władza uśmiecha się do chłopa, czyli jak żyje polska wieś po wyborach

Dlatego Kaczyńskiemu tak bardzo zależało na tym, żeby mieć po swojej stronie Piotrowicza, Kika, Kryżego, Gowina. Problem w tym, że Piszczyki są płochliwe jak łanie. Wciąż niepewni, kto będzie rządził jutro, gdzie rodzi się najbardziej aktualny trend, na co się orientować. Czy być jeszcze zwolennikiem Sanacji, czy już endekiem? Czy już można zapisać się do „Solidarności”, czy lepiej potrzymać jeszcze w kieszeni legitymację PZPR. Czy PiS rzeczywiście będzie rządziło na wieki, czy także mieć parę furtek uchylonych w stronę na PO.

Piszczyk w polityce, biznesie i mediach

Chwilowe załamania Gowina czy Kika nie były żadnym wyjątkiem. Podobne sygnały pojawiły się pierwszego dnia po wyborach w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w policji i wojsku, w wielu państwowych urzędach. Właśnie dlatego Kaczyński nie może rozliczyć sprawców słabego wyniku PiS w wyborach samorządowych (Morawieckiego i Ziobrę). Musiał ogłosić totalne zwycięstwo, bo sama substancja jego partii zaczęłaby się rozłazić. W sukurs przyszła mu rzeź PSL-u w sejmikach.

Ale wielu ludzi w MSZ czy w urzędach miast zapamięta te pierwsze kilka godzin, kiedy rozdzwoniły się telefony od „starych przyjaciół”. Obiecujących bardziej cywilizowane traktowanie ostatnich zawodowych dyplomatów w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Czy lepszą współpracę lokalnej policji z samorządowcami Koalicji Obywatelskiej.

Piszczyka znajdziemy nie tylko w polityce, ale także w biznesie i mediach. Wiemy już, że w wyborach samorządowych przytłaczająca większość polskich przedsiębiorców zagłosowała przeciwko PiS-owi. Oni wiedzą najlepiej, że pieniądze na polityczną korupcję i do własnych kieszenie władza wzięła nie z „mafii watowskich”, ale dociskając podatkowo zwykłe polskie firmy. Stąd zapaść i stagnacja w polskich inwestycjach prywatnych. Ale ten opór wobec PiS-u dotyczy tylko drobnego i średniego biznesu. Wielki biznes jest zawsze i wszędzie zależny od władzy – od zamówień publicznych, od decyzji i regulacji państwa.

Największy polski biznesmen, Zygmunt Solorz, wybrał ostrożny kurs wobec władzy, której nie kocha, ale potrzebuje jej przychylności do prowadzenia własnych interesów. Po zdobyciu władzy przez PiS zaczęło się od konfliktu. Kaczyński zablokował budowę nowej kopalni węgla brunatnego, od której zależy produkcja energii w jednym z największych polskich zespołów elektrowni (Pątnów-Adamów-Konin), którego właścicielem jest Solorz. Zygmunt Solorz chciał się wówczas nawet wycofać z produkcji energii, jego pośrednicy w kontaktach z PiS-em zaoferowali sprzedaż elektrowni państwu przypominając jednocześnie, że PAK produkuje 8,5 procent całej energii elektrycznej w Polsce. Władza się przestraszyła, bo z inwestycjami PiS-owi raczej nie idzie. A czym innym jest niezdolność przekopania Mierzei Wiślanej (czego naprawdę nikt nie zauważy), a czym innym doprowadzenie do „zaciemnienia” w jednej trzeciej Polski. Solorzowi pozostawiono zatem elektrownie i pozwolono budować kopalnię. Niestety, jako twardą walutę w tym dealu została wykorzystana dziennikarska niezależność Polsatu. W największej polskiej telewizji prywatnej, która jest dziełem i własnością Zygmunta Solorza, nastał czas Doroty Gawryluk. Została nową szefową informacji i publicystyki. Ta dziennikarka nigdy nie ukrywała swojej prawicowości, ale dopóki rządziło PO, była to prawicowość „cywilizowana”, „konserwatywna”, którą zawsze można wykorzystać w kontaktach z prawym skrzydłem Platformy. Dziś Gawryluk przestawiła Polsat na język całkowicie spolegliwy wobec PiS-u i agresywny wobec opozycji. Miało to szczególne znaczenie w wyborach samorządowych, Nie zrobiło krzywdy Koalicji Obywatelskiej, ale prawie zabiło PSL. Jednak na wsi i w małych miasteczkach Polsat jest jedynym medium prywatnym poza telewizją Kurskiego i mediami Rydzyka. Zmiana politycznej linii Polsatu domknęła tam szczelny system PiS-owskiej propagandy. Sam Zygmunt Solorz traktuje Gawryluk instrumentalnie, jako „pisowskiego zająca”. Trzyma wiele podobnych stworzeń w swoich szafach. Poprzedni szef publicystyki i informacji Polsatu, Henryk Sobierajski, człowiek o poglądach lewicowo-liberalnych, nie został wyrzucony z pracy, ale na bardzo komfortowych warunkach został szefem agencji produkcyjnej, też należącej do Zygmunta Solorza, która zatrudni także innych bardziej liberalnych dziennikarzy Polsatu wycofanych z anteny. Solorz zastąpi nimi Dorotę Gawryluk i jej dziennikarzy, kiedy PiS straci władzę.

Klasycznym obywatelem Piszczykiem w polskich mediach jest Krzysztof Ziemiec. Do 2015 roku ulubieniec ludzi Bronisława Komorowskiego, którego był fanem. Katolicki i konserwatywny, ale do 2015 roku absolutnie na sposób „konserwatywnego skrzydła PO”. Od kiedy PiS przejęło telewizję publiczną Ziemiec czyta komunikaty rządu podpisane „paskami grozy”. W wywiadach i odpowiedziach na trudne przedstawia, podobnie jak profesor Kik, prezentuje najbardziej cyniczną apoteozę oportunizmu.

Męczeństwo Piszczyków

Obywatel Piszczyk w zakończeniu „Zezowatego szczęścia” prosi naczelnika więzienia, aby ten nie kazał mu wychodzić na wolność. Ma dosyć ciągłych zmian okupantów, rządzących, koloru sztandarów. Polityczna skuteczność Jarosława Kaczyńskiego polegała na tym, że wszystkim polskim Piszczykom obiecał powrót do wygodnego więzienia. Koniec męczenia się z obstawianiem wciąż nowych numerów i barw na politycznej czy ideologicznej ruletce. Ale do tego Kaczyński musiał polskiego Piszczyka przekonać, że PiS będzie w Polsce rządziło tak stabilnie i długo, jak kiedyś car i cesarze, a później liderzy sanacji czy sekretarze PZPR. Przez trzy lata mu się to udawało. Dopiero pierwsze potknięcie się PiS w dużych miastach wprowadziło całą formację polskich Piszczyków w zauważalną panikę.

Kaczyński zawsze uważał, że Polską będzie trwale rządził tylko ten, kto przekona do siebie obywatela Piszczyka, wzorcowego oportunistę, bohatera genialnego filmu Andrzeja Munka „Zezowate szczęście”.

Holtei

„Wierzę, że dzisiejsza Polska – kraj wolny i demokratyczny – to także Pana zasługa. Dlatego też byłoby wielkim zaszczytem dla mieszkańców i władz stolicy Wielkopolski, gdyby zechciał Pan przyjąć zaproszenie do Poznania – miejsca, gdzie 11 listopada stanowi fenomen radosnego, wspólnego świętowania” – napisał w zaproszeniach do byłych prezydentów Jacek Jaśkowiak. Prezydent Poznania na Facebooku umieścił zdjęcia oficjalnych pism wystosowanych do Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego.

Jacek Jaśkowiak przypomniał, że w Poznaniu 11 listopada to także imieniny ulicy Święty Marcin. – „To kulturalny festyn, którego centralnym punktem jest barwny korowód z udziałem tysięcy poznaniaków. Świętujemy tu radośnie, chętnie dzieląc się z gośćmi naszą świętomarcińską tradycją”– napisał prezydent Poznania. Tego dnia mieszkańcy Poznania i turyści m.in. zajadają się słynnymi rogalami świętomarcińskimi.

W tym roku festyn organizowany jest w ramach programu „Pochwała Wolności”. – „Jego istotą jest refleksja nad ideą wolności oraz budowanie świadomej, aktywnej i odpowiedzialnej wspólnoty. Społeczności…

View original post 3 081 słów więcej