Tag Archives: Brexit

Kłamcy do sześcianu. 15 bzdur PiS

3 Lu

Władzę mamy amoralną, etyka w polityce to podstawa. Jak wierzyć kłamcom, mitomanom, a takim jest choćby Mateusz Morawiecki.

Cechy osobowe polityków PiS dyskwalifikują ich z życia towarzyskiego, a oni zajmują się polityką. Tak nisko upadła w Polsce przestrzeń publiczna.

Jeżeli politycy rżną naród, to naród rżnie siebie nawzajem. Taki mamy klimat – zakłamania.

Eksperci Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego udowodnili czarno na białym, jak politycy PS kłamią w kwestii uchwały Sądu Najwyższego, która podważa reformę sądowniczą PiS, a która tak naprawdę jest bezprawiem.

No i weszło na agendę wyjście Polski z Unii Europejskiej (Polexit). Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Kaczyński wyznaczy mapę drogową opuszczenia przez nas Unii. Oczywiście będą zaklinać się, że tak nie jest. Jak to kłamcy do sześcianu.

PiS twierdzi, że Sąd Najwyższy działa bezprawnie, wkracza w kompetencje Sejmu, narusza prawo unijne i próbuje zablokować odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów. To wszystko fałsz – pokazują eksperci Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego. Prawnicy obalają wszystkie (na razie) przekłamania władzy na temat historycznej uchwały SN.

Wszystkie 15 bzdur (ohydnych kłamstw) PiS tutaj >>>

My nauczyliśmy Francuzów jeść widelcem, a oni zrewanżowali się lekcją o poszanowaniu prawa. Chyba jesteśmy kwita, c’nie?

– Czasami czuję się jak Szkot, ale muszę uszanować to, jak ważna (dla Wielkiej Brytanii) jest kwestia suwerenności. Wbrew mojej sympatii (dla Szkocji), nie jest moją rolą interweniowanie w tej debacie – odpowiedział Tusk. Przyznał, że „na poziomie emocjonalnym nie ma wątpliwości, że wszyscy będą entuzjastycznie nastawieni” do ewentualnej akcesji Szkocji jako niepodległego kraju.

Wywiad Donalda Tuska dla BBC tutaj >>>

Choćby nie wiem jak gorącą miłość do Unii deklarował Kaczyński i jego ekipa, to nie mam wątpliwości, że nie zawahają się odtrąbić odwrotu od dyktatu groźnej „zagranicy”.

Aż do 89 procent zwiększył się odsetek Polaków optujących za pozostaniem w Unii Europejskiej. Badanie przeprowadzono po miażdżącej dla rządu PiS rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy o stanie praworządności w Polsce, zaraz po tym jak Rada (stosunkiem głosów 140: 37) wezwała do objęcia Polski procedurą stałego monitoringu, która dotyczy takich krajów jak Rosja, Albania czy Turcja pod butem satrapy Erdogana. Wynik tego sondażu to na pierwszy rzut oka dobra wiadomość. Na drugi rzut oka – niekoniecznie. Trudno bowiem ocenić, jak bardzo przywiązani jesteśmy do obowiązujących w Europie cywilizowanych reguł stanowiących o przynależności do rodziny państw praworządnych, a na ile myślimy wyłącznie o otwartych granicach oraz unijnych dotacjach i dopłatach.

(…)

W dniu Brexitu w Moskwie strzelały szampany. Kiedy Polska odłączy się od europejskiej wspólnoty, gdy stanie się słaba, pozbawiona unijnych funduszy i wsparcia technologicznego, wyłączona z korzystnych projektów, opuszczona nawet przez Orbana, pozostawiona tylko z artykułem 5 umowy NATO, umowy kwestionowanej przez nieobliczalnego egocentryka Trumpa, wtedy, kto wie, co wymyśli wschodni satrapa, który nie ukrywa tęsknoty za dawną strefą wpływów. Tak może być, jeśli pozwolimy na to. Jeśli nie zaakceptujemy jedenastego przykazania: Nie bądź obojętny!

Cały felieton Andrzeja Karmińskiego tutaj >>>

Kaczyńskiego nie należy zamykać do więzienia. On od dawna żyje w więzieniu. Przeciwnie – za karę wypuścimy go na ulicę. Samego

28 Paźdź

Ta afera świadczy źle nie tylko o Marianie Banasiu i obozie politycznym, który jak ściana stał za jego kandydaturą na szefa NIK. Afera rujnuje reputację konstytucyjnej instytucji, która jest jednym z filarów działań antykorupcyjnych. Pokazuje, że wybór osób na najwyższe stanowiska państwowe jest pozbawiony jakichkolwiek standardów – pisze Grzegorz Makowski

Sprawa Mariana Banasia, prezesa Najwyższej Izby Kontroli wybranego z rekomendacji Prawa i Sprawiedliwości, mimo zaklęć prawicowych polityków i zapewnień o krystaliczności jego osoby nie chce zejść z publicznej agendy. Wręcz przeciwnie, zaczyna się rozgałęziać.

Okazuje się, że bliscy, wieloletni współpracownicy prezesa NIK, Arkadiusz B. i Krzysztof B. wiedli podwójne życie. Niby poprawiali wraz z Banasiem system kontroli skarbowej, ale wiele wskazuje na to, że równolegle korzystali z jego luk i wyłudzali miliony z podatku VAT. Obaj panowie już wiele miesięcy temu byli zatrzymani, aresztowani i mają postawione zarzuty.

Nic więc dziwnego, że nawet politycy PiS i jego satelitów zaczynają tracić wiarę w „pancernego Mariana”. Patryk Jaki niedawno stwierdził w jednym z wywiadów, że „[…] prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś niedostatecznie wyjaśniał sprawę swoich oświadczeń majątkowych, mnie nie przekonał”.

Z kolei Joachim Brudziński, prawa ręka Jarosława Kaczyńskiego, delikatnie acz stanowczo opisał ciągnący się kryzys tak: „Pan prezes Najwyższej Izby Kontroli pracuje już na swój wizerunek, nie jest członkiem Prawa i Sprawiedliwości”. W ten sposób dał znać opinii publicznej, że PiS dystansuje się od swojego protegowanego i że „co złego to nie my”.

Marian Banaś stał się ewidentnym obciążeniem dla obozu prawicy. Jest czynnikiem politycznego ryzyka, który może zagrozić zbliżającym się wyborom prezydenckim, a nawet i następnym wyborom parlamentarnym.

A sprawa jest dość paskudna. Jest w niej wątek możliwych oszustw podatkowych i wątek obyczajowy. Dodatkowo sam Banaś tłumacząc się w mediach jeszcze się pogrąża przyznając, że jednak kontaktował się osobiście z najemcami jego kamienicy rodem z półświatka i opowiadając jak zaniżał cenę najmu, co zakrawa na przestępstwo skarbowe.

Co gorsza, na tle tej afery służby specjalne, które powinny były pana Banasia już dawno zweryfikować wypadają wyjątkowo nieudolnie. Wygląda na to, że z pobudek politycznych w ogóle go nie chciały weryfikować dopóki nie stało się to koniecznością, po dziennikarskim śledztwie.

Afera świadczy źle nie tylko o samym panu Banasiu i całym obozie politycznym, który jak ściana stał za jego kandydaturą na szefa NIK. Kryzys związany z jego osobą rujnuje reputację konstytucyjnej instytucji, która jest jednym z filarów działań antykorupcyjnych.

W zasadzie jednak, jest to typowa sytuacja „Polaka mądrego po szkodzie”, której można było uniknąć. Nie tylko dogłębnie weryfikując kandydata, ale przede wszystkim przeprowadzając rzetelny i transparentny wybór na stanowisko szefa NIK. Tam, bowiem gdzie zawiodły upartyjnione służby, tam mogłyby pomóc odpowiednie demokratyczne standardy wyboru, media i obywatele, którzy powinni mieć prawo do uczestnictwa w tych procedurach.

Państwo nie z wyboru

W Polsce istnieje sporo ważnych stanowisk państwowych, newralgicznych z punktu widzenia demokratycznego państwa prawa, które nie są obsadzane w drodze bezpośrednich wyborów. O tym, kto obejmie te funkcje decydują różne gremia, które zazwyczaj muszą też porozumieć się między sobą lub co najmniej wskazać swoich kandydatów.

Do tej kategorii zaliczają się m.in. sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, których wyboru dokonuje parlament, a prezydent wręcza nominacje i odbiera ślubowanie. Własnych kandydatów Sejm i Senat wskazują do Krajowej Rady Sądownictwa (zmieniona przez PiS ustawa o KRS wprowadziła tu element niekonstytucyjny, ponieważ środowiska sędziowskie zostały pozbawione możliwości bezpośredniego wskazania własnych członków Rady).

W zbliżony sposób wyznaczani są członkowie Rady Polityki Pieniężnej – częściowo wskazywani przez Sejm, częściowo przez Senat, a jeden z członków RPP jest też wskazywany przez prezydenta. Podobnie jest z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, Radą Mediów Narodowych, czy Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

W przypadku prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), prezesa NIK czy Rzecznika Praw Obywatelskich, do wyboru tych osób niezbędne jest porozumienie między Sejmem i Senatem.

Nie jest to pełna lista ważnych stanowisk państwowych, które są obsadzane przez parlament, prezydenta, czy rząd. Widać jednak, że są to funkcje na których podejmuje się kluczowe decyzje dotyczące polityki pieniężnej, wymiaru sprawiedliwości, polityki historycznej, ochrony praw człowieka, czy szeroko pojętego bezpieczeństwa publicznego, czym między innymi zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli. Stanowiska te powinny piastować osoby o najwyższych kwalifikacjach – merytorycznych, etycznych i charakterologicznych. Nade wszystko powinny to być osoby rozumiejące czym jest interes publicznych i kierujące się w swych działaniach wyłącznie tą przesłanką.

Przekleństwo upartyjnienia

Tymczasem upartyjnione do szpiku państwo, o czym po czterech latach rządów obozu prawicy wiemy już doskonale, niestety nie jest w stanie zagwarantować, że te stanowiska obejmą właściwe osoby. Po tym jak działa KRS, czy UODO widać doskonale, że głównym, a czasem jedynym kryterium wyboru jest lojalność partyjna. Stąd też ludzie, którzy znaleźli się na tych stanowiskach nie kierują się interesem publicznym, tylko partyjnym właśnie.

Niedawno, w sprawie grupy sędziów-hejterów, którzy działali w Ministerstwie Sprawiedliwości i Krajowej Radzie Sądownictwa, upartyjniona Rada stwierdziła, że żadnych przepisów nie łamano i nie naruszono żadnych standardów etycznych. Z kolei w sprawie nieujawnienia przez Kancelarię Sejmu list poparcia dla sędziów, którzy weszli w skład nowej KRS (PiS ukrywa je dlatego, że wyszłoby na jaw, że zapewne większość popierających tych kandydatów to sędziowie na delegacjach w Ministerstwie Sprawiedliwości) okazało się, że wbrew prawomocnemu wyrokowi sądu nazwisk tych nie poznamy. Wybrany z partyjnego nadania prezes UODO, były radny PiS, wydał decyzję administracyjną dającą pretekst Kancelarii Sejmu do niepublikowania nazwisk osób popierających – wbrew wyrokowi sądu, podkreślmy. Przypadki KRS czy UODO to jednak nic w porównaniu z NIK-iem. Ta instytucja bowiem ma o wiele większą siłę oddziaływania na państwo.

Dziurawe prawo i brak standardów

Obecnie wybór osób na najwyższe stanowiska państwowe właściwie jest pozbawiony jakichkolwiek standardów, poza formalnym, ogólnym rytuałem wynikającym wprost z ustaw – najczęściej lakonicznych i dziurawych. Dlatego w praktyce wybór tych osób jest pośpieszny i nietransparentny.

Przepisy w zakresie wymogów dotyczących kandydatów są bardzo ogólnikowe. Przykładowo, kryteria dotyczące prezesa NIK są sformułowane wyłącznie w konstytucji. Osoba taka nie może zajmować innego stanowiska, z wyjątkiem profesora szkoły wyższej. Nie może też należeć do partii politycznej, związku zawodowego, ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z godnością jego urzędu. W ustawie o NIK brak jakiegokolwiek dalszego doprecyzowania kim powinien być prezes.

Z kolei w przypadku sędziów Trybunału Konstytucyjnego ustawa zasadnicza stanowi jedynie, że muszą to być „osoby wyróżniające się wiedzą prawniczą” (dotyczą ich też ograniczenia innej działalności, podobnie jak w przypadku prezesa NIK). Teoretycznie więc, zgodnie z literą konstytucji sędzią TK mógłby zostać na przykład inżynier, który przy okazji wyróżnia się wiedzą prawniczą. W tym przypadku jednak dodatkowe kryteria formułuje ustawa statusie sędziów TK – muszą oni spełniać wymogi takie jak w przypadku sędziów Sądu Najwyższego lub Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ale ich wybór pozostawia się procedurom opisanym w regulaminie Sejmu i Senatu, które są bardzo mało wymagające. W przypadku innych wysokich urzędów sytuacja jest podobna.

„Polski standard” wyboru najwyższych urzędników państwowych przypomina łapankę na ulicy, albo namaszczanie w jakimś tajnym stowarzyszeniu. Do ogólnikowych wymogów i dziurawych procedur dochodzi pośpiech i dezorganizacja.

Dobrą ilustracją tegoż jest przypadek prof. Henryka Wronkowskiego, kandydata do Rady Polityki Pieniężnej w 2016 roku. Popierające go PiS nagle wycofało rekomendację, gdy profesor był już w drodze na posiedzenie Sejmowej Komisji Finansów Publicznych, która miała głosować jego kandydaturę. Opinia publiczna nie miała szans dowiedzieć się dlaczego prof. Wronkowski nie otrzymał szansy, cóż takiego zawinił, jaką miał skazę.

Ustawowe terminy wyboru osób na najwyższe stanowiska państwowe są zbyt krótkie. Uniemożliwiają nie tylko śledzenie procesu, nie mówiąc już o udziale w nim, ale też przygotowanie się kandydatów. Mamy do czynienia z grą pozorów, w której nie ma możliwości przesłuchania, a jedynie pobieżna akceptacja kandydata. W konkury stają więc „pewniacy”, którzy de facto są już wcześniej wybrani przez partie mające większość w parlamencie, gdzieś przy winie i cygarach.

Brak też standardów i jakichkolwiek wymogów co do tego jak kandydaci na te stanowiska mają się przygotować i jakie informacje mają przekazać tym, którzy dokonują oceny i wyboru oraz opinii publicznej. W praktyce wyboru dokonuje się więc „po znajomości”, na podstawie zdawkowych biografii i niewiele mówiących CV, w których prezentuje się wyłącznie pozytywne cechy kandydata. Jednocześnie, ponieważ kandydaci nie mają żadnego obowiązku odpowiadania na pytania dziennikarzy i obywateli, a zdarza się, że nie odpowiadają nawet na pytania posłów i senatorów (lub wręcz są z tego „zwalniani” przez promującą ich partyjną większość), żeby dowiedzieć się o mankamentach takiej osoby trzeba przeprowadzić prywatne śledztwo.

Obecny stan prawny i praktyka tworzą niesłychany chaos jeśli chodzi o wymogi kompetencyjne i tryb wyboru takich osób, wystawiając tym samym instytucje, którymi później takie osoby kierują na ogromne ryzyko. Jeśli wybrany zostanie ktoś o niewystarczających kompetencjach lub kontrowersyjny (jak w przypadku obecnego prezesa NIK) problem będzie mieć instytucja, a nawet całe państwo.

Można wybierać lepiej

Jak można byłoby lepiej zorganizować proces wyboru na stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego, Rady Polityki Pieniężnej, czy NIK pokazały działania takich organizacji jak Fundacja Batorego, Helsińska Fundacja Praw Człowieka (HFPC) czy Instytut Prawa i Społeczeństwa (INPRIS), które monitorowały obsadę różnych wysokich urzędów.

W raporcie „Pod lupą obywateli – standardy, regulacje i praktyka wyborów na wysokie stanowiska publiczne” wydanym w 2017 roku znalazła się zarówno diagnoza, jak i rekomendacje odnośnie tego jak ulepszyć te procedury.

Sytuację mógłby poprawić odpowiednio zorganizowany tryb wyboru takich osób. Taki, który tworzyłby możliwość realnego uczestniczenia w nim posłom, senatorom, obywatelom (w tym zwłaszcza ekspertom i organizacjom strażniczym) i mediom. Taki tryb musiałby również zmuszać kandydatów do solidnego przygotowania się do debaty i prezentacji swojej osoby. Musiałby być również publicznie dostępny (np. poprzez transmisję w internecie).

To oczywiście wydłużałoby całą procedurę, ale czy nie lepiej publicznie prześwietlić kandydatów na tym etapie, niż później rozkładać ręce, jak w przypadku pana Banasia i apelować do niego, żeby może sam zrezygnował, bo nie ma innego sposobu, żeby zdjąć go ze stanowiska. Ponadto, zaletą takiego otwarcia procesu wyboru kandydatów na te stanowiska byłoby odanonimizowanie instytucji. Dzięki debacie i szerszej, publicznej prezentacji kandydatów obywatele mieliby szansę poznać nie tylko ich, ale też urzędy, które mieliby obejmować.

O tym, że taki proces może wiele zmienić świadczą chociażby doświadczenia INPRIS i HFPC, które monitorowały wielokrotnie wybory na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kilka razy udało się nawet zorganizować obywatelskie przesłuchania z udziałem kandydatów. W trakcie jednego z takich monitoringów, w 2010 roku, okazało się, że (nieżyjący już) prof. Bogusław Banaszak zataił informację o postępowaniu, które toczyło się wobec niego w związku z podejrzeniem o plagiat (w 2016 roku zapadł wyrok skazujący Banaszaka). Informacja ta wyszła jednak na jaw dzięki monitoringowi i profesor Banaszak zrezygnował wówczas z kandydowania (potem, w 2017 roku, mimo ciążącym na nim wyroku, został wybrany głosami PiS do TK).

Gdyby parlament poważnie traktował wybór prezesa NIK, a możliwość uczestnictwa w tej procedurze mieli też obywatele i media, sytuacja z panem Banasiem nie mogłaby się zdarzyć. Swoje pytania w trakcie porządnie zorganizowanego przesłuchania mógłby zadać choćby dziennikarz Bertold Kittel, któremu pan Banaś odmówił wywiadu w trakcie przygotowywania materiału na temat kontrowersji w jego oświadczeniach majątkowych. Przejrzysta i otwarta procedura mogłaby zapobiec temu, czemu nie zapobiegły (a jak wiele wskazuje, nie chciały zapobiec) służby państwa – upartyjnione i nieskore do kwestionowania stanowiska polityków partii rządzącej.

Do prawdziwych demokratycznych standardów jeszcze nam daleko

Jak dotąd mimo wysiłków wielu organizacji społecznych żaden skład Sejmu, czy Senatu nie był autentycznie zainteresowany, żeby przeprowadzić solidny proces wyboru na jakiekolwiek wysokie stanowisko państwowe – zrobić to bez pośpiechu, zorganizować przesłuchanie, dopuścić do zadawania pytań media i obywateli, zobowiązać kandydatów do odpowiedzi i przedstawienia szczegółowych informacji na piśmie.

Nie mam złudzeń, że uda nam się szybko osiągnąć takie standardy wyboru na najwyższe stanowiska państwowe jakie obowiązują w USA, Wielkiej Brytanii, czy w Unii Europejskiej. Tam przesłuchanie kandydatów do sądów konstytucyjnych, na kluczowe stanowiska w administracji rządowej, czy do Komisji Europejskiej trwa nie klika godzin, ale tygodnie lub nawet miesiące. W tym procesie swoje miejsce mają media i organizacje społeczne. W trakcie publicznych przesłuchań można poznać taką osobę i wyrobić sobie o niej zdanie.

Oczywiście żadne system nie jest idealny. Zdarza się, że wybierane są osoby budzące kontrowersje, jak sędzia Sądu Najwyższego USA Brett Kavanaugh, który był oskarżany o alkoholizm i molestowanie seksualne. Ale jednak taki otwarty rozbudowany wybór zmniejsza ryzyko. Niedawno w ramach toczącego się wciąż procesu formowania Komisji Europejskiej, z konkurencji o fotel komisarzy odpadli Rovana Plumb i László Trócsányi. Między innymi z powodu „nierozwiązywalnych konfliktów interesów”, które wykazano w trakcie przesłuchań. Teki komisarza nie otrzymała też Sylvie Goulard, francuska kandydatka, na której ciążą zarzuty o korupcję. O mało co nie odrzucono również polskiego kandydata Janusza Wojciechowskiego, któremu zarzucano nadużycia finansowe, ale co ważniejsze, brak kompetencji.

Niestety w Polsce obywatelom nie jest dany pełny wgląd w to, kto obejmuje najwyższe stanowiska państwowe. Nie mówiąc już o uczestnictwie w procedurze wyboru. Nie dba o to obóz prawicy, nie dbały poprzednie rządy. Teraz przekonujemy się na własnej skórze jakie to ma konsekwencje dla państwa.

Morawieccy mają więcej za paznokciami niż nam się wydaje. To może być nawet najcięższe oskarżenie – zdrada. Pisze o tym Tomasz Piątek.

Czytaj tutaj >>>

Skargi na wysokiego urzędnika resortu finansów wpływały do Kancelarii Premiera już w 2016 r., ale wtedy je zlekceważono.

Marian Banaś, obecny prezes NIK, zapewniał nas, że nie wiedział o przestępczej działalności Arkadiusza B., który w czasach pracy w resorcie finansów był jednym z najbliższych jego współpracowników. Tymczasem to jemu jako wiceministrowi podlegało Biuro Inspekcji Wewnętrznej, które ma za zadanie rozpoznawać, wykrywać i zwalczać m.in. przestępstwa korupcyjne, przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez pracowników i funkcjonariuszy Krajowej Administracji Skarbowej. A skargi na B. – jak ustaliła „Rzeczpospolita” – wpływały do biura od ponad 3 lat.

ROZLICZANIE AFERY

Arkadiusz B., szef Krajowej Szkoły Skarbowości, oraz Krzysztof B., dyrektor Departamentu Kontroli Celnej, Podatkowej i Kontroli Gier Ministerstwa Finansów, w czasie, kiedy pracowali w resorcie, mieli kierować grupą przestępczą, która poprzez sieć spółek, zarejestrowanych m.in. w Czechach, fikcyjnie handlowała sztuczną biżuterią oraz tarcicą i w ciągu blisko czterech lat wyłudziła 5 mln zł VAT (zarzuty ma łącznie 15 osób). Arkadiusza B. odwołano ze stanowiska niespełna dwa miesiące przez zatrzymaniem go przez Centralne Biuro Śledcze Policji – od stycznia tego roku siedzi w areszcie. Krzysztof B. – także już były dyrektor – wpadł we wrześniu 2018 r.

Skandal w resorcie finansów ujawniliśmy i opisaliśmy w piątkowej „Rzeczpospolitej”. Po burzy, jaką wywołał nasz tekst w służbach i polityce, trwa rozliczanie tej afery. Kto i dlaczego pozwolił, by grupa działała tak długo – gdy czas potęgował straty?

Ministerstwo Finansów wydało oświadczenie, zapewniając, że w Krajowej Administracji Skarbowej utworzono specjalne Biuro Inspekcji Wewnętrznej (BIW), które „zapobiega tym przestępstwom i ściga ich sprawców, a także współpracuje z innymi służbami i organami ścigania w sprawach dotyczących pracowników oraz funkcjonariuszy KAS. Taka intensywna współpraca miała i ma również miejsce w sprawie opisywanej przez media” – twierdził resort.

To prawda. Biuro współpracowało z policyjnym CBŚP. Jednak to nie BIW, ale policja – jak ustaliliśmy – wykryła, że za procederem stoją wysokiej rangi ministerialni urzędnicy. Dlaczego własnymi siłami nie wykryło tego Biuro Inspekcji Wewnętrznej resortu? Tego oświadczenie ministerstwa nie wyjaśnia.

PÓŁTORA ROKU W SZUFLADZIE

Nieco światła na pracę BIW rzuca inna sprawa. We wrześniu 2016 r. (pół roku po utworzeniu Krajowej Administracji Skarbowej) „pracownicy Ministerstwa Finansów” w anonimowym liście poskarżyli się na Arkadiusza B. (wtedy jeszcze dyrektora Centrum Edukacji Zawodowej Resortu Finansów), że rzekomo nadużywa on stanowiska. „Za wszelką cenę wykorzystuje zaufanie kierownictwa MF tylko i wyłącznie dla swoich korzyści materialnych” – wskazali w liście.

Jego autorzy twierdzili, że B. miał zasiadać w komisji egzaminacyjnej m.in. do służby przygotowawczej i „inkasować za każdy egzamin 2–3 tys. zł” – choć powinien to robić w ramach obowiązków służbowych. Sugerowali też, że B. miał dopuszczać się nepotyzmu, bo „zatrudnił w resorcie finansów swoje dzieci”.

Kancelaria Premiera, która otrzymała pismo, szybko, bo w październiku 2016 r., przesłała je do Ministerstwa Finansów, ale tu przeleżało półtora roku – dopiero w styczniu 2018 r. trafiło do tutejszego Biura Inspekcji Wewnętrznej, które po wstępnej analizie uznało za celowe sprawdzenie, czy i kiedy Arkadiusz B. brał udział w komisjach egzaminacyjnych na studiach podyplomowych (tam znaleziono jego nazwisko), czy brał wynagrodzenie z Krajowej Szkoły Skarbowości i w jakiej wysokości. Za celowe BIW uznało też zbadanie, czy z tej szkoły wynagrodzenie bierze córka B. i na jakiej podstawie zatrudniono ją w ministerstwie – w Departamencie Kluczowych Podmiotów – skoro w 2013 r., gdy została przyjęta, nie było naboru na takie stanowisko.

Nasi rozmówcy twierdzą, że wiosną ubiegłego roku ówczesny szef BIW poszedł do nadzorującego jego biuro wiceministra Mariana Banasia, by wszcząć kontrolę operacyjną wobec Arkadiusza B. Efekt? Arkadiusz B. nadal pracował w ministerstwie. A funkcjonariusza, który był oddelegowany do BIW z policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych, wkrótce odwołano.

Ta drobna z pozoru sprawa może sugerować, że do BIW niechętnie przekazywano sygnały wymagające sprawdzenia. Jeden z naszych rozmówców twierdzi wręcz, że w czasie, kiedy szefem BIW był oddelegowany do tego policjant, to sprawy, którymi chciało zająć się biuro, były blokowane. Aż dociekliwego szefa BIW zmieniono. Czy ostatecznie zweryfikowano sugestie z anonimu? Nic na to nie wskazuje.

ZNAJOMOŚĆ ZE SPÓŁKI

Pytań wokół siedzącego w areszcie Arkadiusza B. jest więcej. Oficjalnie jest on – od 2015 r. – prezesem jednej spółki zarejestrowanej w Poznaniu, zajmującej się pomocą osobom wywłaszczonym w czasach PRL. Nie ma to wprawdzie nic wspólnego z zarzutami prokuratury za wyłudzenia VAT, ale z rejestrów wynika, że w tym samym czasie do tej spółki trafił z Arkadiuszem B. prawnik prof. Piotr Pogonowski, który kilka miesięcy później został szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, oraz prof. Konrad Raczkowski – były i wtedy również przyszły wiceminister finansów (na krótko powrócił do resortu wraz z nowym rządem Beaty Szydło jako specjalista ds. nadużyć finansowych – był m.in. konsultantem Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych w Brukseli, a także ekspertem od podatków).

Pytania do Piotra Pogonowskiego, szefa ABW, o znajomość z Arkadiuszem B. wysyłaliśmy już 18 października, ale odpowiedzi nadeszły dopiero po naszym tekście „Przestępczy skandal w resorcie finansów”.

Stanisław Żaryn, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych, informuje nas, że „Arkadiusza B. prof. Piotr Pogonowski poznał w ramach wspólnej pracy w Ministerstwie Finansów w latach 2006–2007″ (obaj byli dyrektorami: B. – logistyki, a Pogonowski – prawnego). Z odpowiedzi nie dowiadujemy się, kto w 2015 r. zaproponował Pogonowskiemu wejście do spółki – i czy był to Arkadiusz B. „Na skutek braku możliwości realnego wykonywania zadań członka Rady Nadzorczej (m.in. nieuzyskania informacji od Zarządu i Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Spółki na temat sytuacji prawnej i finansowej Spółki) w dniu 10 lipca 2015 r. prof. Piotr Pogonowski złożył rezygnację z funkcji” – odpowiada Stanisław Żaryn i podkreśla, że „insynuacje, jakoby prof. Pogonowski brał udział w procederze przestępczym, spotkają się ze zdecydowaną reakcją prawną”.

Również prof. Raczkowski wyjaśnia, że szybko pożegnał się z pracą w agencji wywłaszczeń. „W roku 2015 r. nie zostały mi udostępnione dokumenty księgowe i sprawozdawcze spółki, co było powodem mojej rezygnacji” – podkreśla w odpowiedzi na nasze pytania Konrad Raczkowski.

Czy Arkadiusz B. chciał poprzez takie znajomości budować sobie strefę wpływów, parasol ochronny? Trudno to jednoznacznie ustalić.

SPRAWA DLA KOMISJI ŚLEDCZEJ

Wyjaśnień dotyczących współpracowników Mariana Banasia z czasów jego pracy w Ministerstwie Finansów zażądali w piątek od premiera posłowie PO–KO. Zapowiedzieli, że jeśli nie będzie ich w obecnej kadencji Sejmu, to w nowej będą domagać się komisji śledczej.

– Prawo i Sprawiedliwość, które mówiło, że walczy z mafiami VAT-owskimi, tak naprawdę wpuściło mafię VAT-owską do Ministerstwa Finansów – mówił poseł Sławomir Nitras na konferencji w Sejmie, uznając naszą publikację za „wstrząsającą”.

Twierdzenie resortu finansów, że w „Krajowej Administracji Skarbowej zatrudnionych jest ponad 60 tys. pracowników i funkcjonariuszy; jednostkowe przypadki zachowań niezgodnych z prawem zdarzają się w każdej organizacji” brzmi groteskowo. Arkadiusz B., Krzysztof B. i szef największego w Warszawie urzędu skarbowego mający zarzuty wyłudzeń VAT to nie byli szeregowi pracownicy, ale urzędnicy wysokiego szczebla, w dodatku zaangażowani w zwalczanie nadużyć VAT.

  • Autorka ujawnia mechanizmu działania typowego trolla. Trzeba być systematycznym i pisać kontrowersyjnie, a także działać w sposób zorganizowany
  • Trolle działają według zleceń, są aktywne podczas afer, konfliktów oraz w tematach kontrowersyjnych
  • Dzięki dotacjom z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) – od listopada 2015 r. do sierpnia 2019 r. Cat@Net otrzymała blisko 1,5 mln zł
  • W firmie pracuje 14 osób, które prowadzą 170 troll-kont w mediach społecznościowych. Trollowały m.in. dla TVP – ocieplając wizerunek Jacka Kurskiego
  • Ogółem treści produkowane przez Cat@Net mogły wygenerować nawet 168 milionów odsłon
  • „Newsweek” ujawnia powiązania agencji – to środowiska związane z „Najwyższym Czasem” czy „Gazetą Polską”, a także Antonim Macierewiczem i Bartłomiejem Misiewiczem

Dziennikarka „Newsweeka” Katarzyna Pruszkiewicz przez pół roku wcielała się w rolę trolla. W najnowszym artykule opisuje, w jaki sposób rekrutowała się do firmy Cat@Net. Pracownica tygodnika wyczerpująco przedstawia oczekiwania, jakie stawiała przed nią farma trolli, czym zajmowała się firma, a także z kim jest powiązana.

Aby zapoznać się z pełnym śledztwem Katarzyny Pruszkiewicz, przeczytaj poniższe materiały:

Budowanie tożsamości

„Zakładam konto na Twitterze. Staję się prawicową, patriotyczną »Panną z Żoliborza«, z flagą Polski w opisie. Piszę, że jestem tradycjonalistką, śpiochem, gadułą. Że wciąż studiuję. Alicja (rekruterka – red.) dała mi wskazówki: ważne jest to, aby konto było jak najbardziej wiarygodne – ja wiem, że jestem prawdziwą osobą, teraz jeszcze inni użytkownicy Twittera muszą w to uwierzyć. Przypominam sobie strzępy porad od Alicji: oprócz wpisów »społeczno-politycznych« muszę pokazać wymyśloną siebie. Studiuję? Wstawiam zdjęcie z uczelni. Ugotowałam obiad? Chwalę się na Twitterze. Nowe paznokcie? Wklejam zdjęcie. Takie drobiazgi budują autentyczność konta” – czytamy w tekście.

Autorka ujawnia mechanizmy działania typowego trolla. Trzeba być systematycznym i pisać kontrowersyjnie, a także działać w sposób zorganizowany. Trolle działają według zleceń, są aktywne podczas afer, konfliktów oraz w tematach kontrowersyjnych.

„Moja fikcyjna »Panna z Żoliborza« wybiera hasztag #niepopieramstrajkunauczycieli. Piszę o dzieciach jako zakładnikach, nauczycielach jako egoistach i ludzi z nieuzasadnionymi roszczeniami. O nauczycielkach w drogich szalikach, które mają miny, jakby pracowały za karę. Chwalę starania rządu, który chce załagodzić sytuację. Piszę, komentuję, podaję dalej. Pannę z Żoliborza zaczynają obserwować kolejne konta. Im więcej obserwujących, tym bardziej konto staje się wiarygodne” – pisze Katarzyna Pruszkiewicz.

Organizacja pracy

Dziennikarka ujawnia wiele screenów z wewnętrznego komunikatora farmy trolli. Ukazuje w ten sposób metody, jakimi posługują się trolle, ich mobilizowanie się do lepszej pracy – wzajemnie chwalą i krytykują treść hejterskich wpisów.

Z tekstu dowiadujemy się także, jak pod względem formalnym działała firma Cat@Net. Promując się jako agencja e-PR skupiająca specjalistów ds. kreowania wizerunku, zwłaszcza w mediach społecznościowych, od lat zatrudnia przede wszystkim osoby niepełnosprawne. Dzięki temu otrzymuje dotacje z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) – od listopada 2015 r. do sierpnia 2019 r. Cat@Net otrzymała z PFRON blisko 1,5 mln zł.

W firmie pracuje 14 osób, które prowadzą 170 troll-kont w mediach społecznościowych. Trollowały m.in. dla TVP – ocieplając wizerunek Jacka Kurskiego. Agencja zajmowała się także atakiem na Jurka Owsiaka i WOŚP czy na Pawła Adamowicza, choć z jej usług korzystał także lewicowy polityk Andrzej Szejna. Skorzystał, by dostać się do Parlamentu Europejskiego – ujawnia „Newsweek”.

Olbrzymi zasięg w internecie

ISD Global na prośbę „Newsweeka” przeanalizował kampanię Cat@Net. Ustalił w ten sposób, że od września 2017 r. do maja 2019 r. firma wyprodukowała 10 tys. postów na temat TVP. Tweety o TVP czy Jacku Kurskim mogły zebrać nawet 15 mln odsłon.

To nie koniec statystyk – między kwietniem 2016 r. a połową października 2019 r., na zlecenie różnych podmiotów Cat@Net wyprodukowała 250 tys. tweetów, 94 troll-konta na Twitterze, 70 na Faceboku, po dwa na Instagramie i Youtubie – do obsługi tego wszystkiego wystarczyło 14 osób. Ogółem treści produkowane przez Cat@Net mogły wygenerować nawet 168 milionów odsłon.

Powiązania Cat@Net

„Newsweek” w swoich doniesieniach wskazuje także na powiązania Cat@Net. Okazuje się, że według KRS, głównym udziałowcem firmy jest Adam Wojtasiewicz – wicenaczelny „Najwyższego Czasu”, zaś sama farma miałaby być jedynie podwykonawcą m.in. PR-owej agencji Art-Media, która jest rzekomo powiązana ze środowiskiem „Gazety Polskiej”. To Art-Media miała odpowiadać za pośrednictwo między Cat@Net a TVP.

Inne powiązania są równie szokujące. Zdaniem „Newsweeka” trop Art-Media prowadzi do środowiska Antoniego Macierewicza i Bartłomieja Misiewicza.

Kwestia niepodległości dzieli Szkotów na pół. Polscy imigranci mogą więc przeważyć szalę zwycięstwa.

Union Jack, flaga Zjednoczonego Królestwa, dumnie łopoce nad hotelem Balmoral, wspaniałym wiktoriańskim gmachem postawionym w samym centrum Edynburga. Ale to już wyjątek. Niemal wszędzie indziej zastąpiono ją białym krzyżem na niebieskim tle, barwami Szkocji. Jeden z wielu sygnałów, jak bardzo 312-letnia unia z Anglią jest zagrożona.

– Sondaże są różne, ale zasadniczo poparcie dla niepodległości sięga już 50 procent. Szkoci popierają ugrupowania lewicowe i od lat dostają w Londynie rządy torysów, bo są przegłosowani przez Anglików. Ale to brexit, którego tu nie chciano, przelał czarę goryczy – tłumaczy „Rzeczpospolitej” Scott Macnab, szef działu politycznego dziennika „The Scotsman”.

Na początku października pierwsza minister Szkocji Nicola Sturgeon ogłosiła, że w przyszłym roku ta zmiana nastrojów przełoży się na bardzo konkretny efekt: powstanie w Europie nowego państwa. Plan jest może nieco na wyrost, ale to nie pusta groźba czy kataloński skok w bezprawie. Bo ścieżek do wymuszenia ponownego (po tym w 2014 r.) referendum niepodległościowego jest kilka. Jedna to utworzenie w razie przedterminowych wyborów koalicji Szkockiej Partii Narodowej (SNP), która już teraz jest trzecią siłą w parlamencie w Westminsterze z laburzystami, ale pod warunkiem zgody Londynu na głosowanie w sprawie niepodległości. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn jest na taki układ otwarty. Inna to pozew przed szkockimi sądami.

Ustawa o dewolucji władzy Szkocji z 1998 r. nie precyzuje, kto ma prawo do rozpisania referendum. Może mógłby to zrobić nasz parlament (Holyrood)? – zastanawia się Macnab. – Ale nawet w takim przypadku to Londyn musiałby dokonać samej proklamacji niepodległości – przyznaje.

Wreszcie sam rząd torysów mógłby się zgodzić na kolejne referendum, jeśli w wyborach SNP odniosłaby wielki triumf i nacisk Edynburga okazałby się niemożliwy do powstrzymania.

DENTYSTA JUŻ WYJECHAŁ

Wynik głosowania najprawdopodobniej rozstrzygnęliby w takim przypadku jednak nie sami Szkoci, ale mieszkający w prowincji imigranci z krajów UE. To 200 tys. osób, 7 proc. uprawnionych do głosowania – strategiczna liczba wobec tak równego podziału elektoratu. Co prawda bez brytyjskiego obywatelstwa nie mogli oni ani wybierać deputowanych w Westminsterze, ani brać udziału w referendum w sprawie brexitu. Ale Sturgeon zadbała, aby w wyborach do szkockiego parlamentu, a także referendum niepodległościowym zasady były o wiele bardziej liberalne – wystarczy numer ubezpieczenia społecznego.

– Dla mnie to jest temat bardzo emocjonalny, osobisty. Mieszkam w Szkocji od 24 lat, a jednak z powodu brexitu już nie czuję się tu u siebie w domu. Syn wyjechał do Szwajcarii, mój dentysta do Hamburga, także przyjaciółka przeprowadziła się na kontynent, bo boi się, że zabraknie leków dla jej dziecka, które ma białaczkę. Ja uważam, że trzeba jeszcze walczyć z tym szaleństwem. Jestem artystką, organizuję koncerty na rzecz niepodległej Szkocji, jedynej drogi do powrotu do zjednoczonej Europy. Dla nas swoboda podróżowania to podstawa – mówi „Rzeczpospolitej” Claudia Zeiske, Niemka mieszkająca w Huntly na północ od Edynburga.

Stefano Cattarin takich ambicji nie ma. Bo też korzeni nie zapuścił tu tak głębokich. Gdy przez pół roku nie mógł znaleźć pracy w rodzinnych Włoszech, przyjechał w grudniu do Edynburga, gdzie w trzy dni znalazł zajęcie – w recepcji hotelu Piries. Teraz obawia się, że może to wszystko stracić, bo tylko ci, którzy mieszkają legalnie w Wielkiej Brytanii od pięciu lat, mają w razie brexitu gwarancję pobytu. Rozwiązaniem może być niepodległa Szkocja.

Julia Stachurska nie ma jednak wątpliwości, że to Polacy mogą przechylić szalę na rzecz niepodległego państwa. Ich siła tkwi po prostu w liczbach: to 86 tys. osób, prawie połowa wszystkich, którzy przyjechali do Szkocji z innych krajów Unii.

Nicola Sturgeon doskonale zdaje sobie z tego sprawę: dwa miesiące temu powierzyła 19-letniej Polce nadzór nad strukturami SNP na wyższych uczelniach, chodzi aż o 3,7 tys. osób.

– To wspaniała kobieta, realny człowiek, a nie fasadowy polityk. Gdy mnie widzi, zawsze się pyta, jak mi idzie z legalizacją pobytu, statusu osoby osiedlonej – mówi „Rzeczpospolitej” Julia Stachurska.

PRAWA KOBIET

Do Szkocji przyjechała 12 lat temu, gdy po rozwodzie mama musiała pilnie szukać jakiegoś dochodu. Pracę znalazła w jednej z fabryk w Wishaw, przemysłowym zagłębiu zbudowanym wokół Glasgow.

– To Unia Europejska dała nam wtedy ratunek, dzięki niej mogliśmy skorzystać ze swobody przemieszczania się osób – odpowiada, gdy pytam, czy nie czuje wyrzutów sumienia, że dziś działa na rzecz rozpadu Zjednoczonego Królestwa, które w krytycznym momencie rzuciło mamie koło ratunkowe.

Ale to nie niepodległość była powodem, dla którego dziewczyna związała się początkowo z SNP. Chodziło raczej o trudne doświadczenia rodzinne, postać ojca, z którym nie ma dziś żadnego kontaktu. Szkoccy nacjonaliści są bowiem też ugrupowaniem bardzo mocno zaangażowanym w prawa kobiet, podobnie jak osób LGBT.

Scott Macnab tłumaczy: „To jest bardzo długa tradycja sięgająca rewolucji przemysłowej, gdy Glasgow wyrósł na drugi po Londynie ośrodek produkcyjny. Silne związki zawodowe dały początek wizji państwa socjalnego, którą od laburzystów przejęło SNP”.

Julia mówi dziś lepiej po angielsku niż po polsku. I to z charakterystycznym szkockim akcentem. W końcu nigdy nie chodziła do innych niż tutejsze szkół. Ale nie da się wykluczyć, że w razie brexitu mogłaby zostać z Wysp wyrzucona.

– Nigdy nie przyszło mi do głowy występować o brytyjskie obywatelstwo, gdy oglądam Borisa Johnsona, nie mogę się z tym identyfikować – tłumaczy. Ale tak jak bardzo wielu obywatelom Unii władze robią jej problemy z przyznaniem statusu osoby osiedlonej.

– Torysi chyba chcą skorzystać z tej okazji, aby „wyczyścić” społeczeństwo z osób niepożądanych – zastanawia się.

Wizja kolejnej przeprowadzki z musu, tym trudniejszej, że mama od niedawna znowu wychowuje sama małe dziecko, w naturalny sposób wciągnęła młodą studentkę do zaangażowania się w niepodległościową sprawę: przemawia na wiecach SNP, udziela wywiadów, jest aktywna w mediach społecznościowych. I przekonuje Polaków w Wishaw i całej Szkocji do poparcia idei budowy nowego państwa.

Ale to nie jest łatwe zadanie. Nie tylko znajomi Claudii Zeiske, ale także Polacy coraz częściej wyjeżdżają ze Szkocji. Nie mogąc w ich zastępstwie znaleźć pracowników, znana fabryka Dean’s of Huntly po raz pierwszy musiała postawić na roboty. To przypadek wielu innych zakładów.

Ale także ci, którzy są zdecydowani zostać, mają wątpliwości co do niepodległej Szkocji.

65-letni dziś Zbigniew Zakieta także przyjechał do Szkocji w 2006 r. po rozwodzie. Choć – jak sam mówi – do dziś bardzo słabo zna angielski, dostał od szkockich władz wiele: solidną dopłatę do zakupu mieszkania, darmowe leki po zawale serca, kurs angielskiego.

Scott Macnab: „Naszym wzorem jest Skandynawia. Od ustawy od decentralizacji w 1998 r. wprowadzono tu o wiele większe osłony socjalne, np. darmowe uniwersytety. Ale też deficyt Szkocji sięga 7 proc. PKB, część ludzi obawia się, że skończymy jak Grecja”.

Pan Zbyszek niedawno zapewnił szkockiego sąsiada: „Jesteśmy tu za krótko, aby decydować o przyszłości waszego kraju”. Rozumieli się bez słów.

Może to już początek końca?

Na politycznej scenie trwa osobliwy spektakl. Scenariusz tego przedstawienia obfituje w nielogiczne narracje i absurdalne zwroty akcji, za którą aktorzy wyraźnie nie nadążają. Trudno zrozumieć bełkotliwe kwestie, a choreografia sprowadza się do niezbornych gestykulacji. Coś się stało autorom dotychczasowych przekazów dnia, funkcjonariuszom tak dotąd sprawnej służby propagandowej PiS. Kompromitują się ostatnio na potęgę, przekazując prominentom partyjnym sprzeczne sygnały i dziwaczne łamańce logiczne. Pogubili się w natłoku własnych kłamstw? A może po prostu wzięli sobie urlop, bo życie przerosło ich wyobraźnię? Tak czy owak wychodzi na to, że kraj i społeczeństwo nie są już w stanie sprostać oczekiwaniom prezesa.

Propagandowe bezhołowie szczegółowo obserwować można w sprawie Mariana Banasia. Komentarze prominentów PiS miotają się od Sasa do Lasa, i wcale nie jest tak, że kryształowy niegdyś urzędnik nagle stał się niewygodny dla wszystkich rządzących i w ogóle jest już mało znany w środowisku.  Minister Emilewicz nadal zna prezesa NiK z dobrej strony jako człowieka wyjątkowo propaństwowego. Minister Sasin jest zdania, ze mimo wszystko Marian Banaś jest „potrzebny Polsce”. Wicemarszałek Terlecki odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy Banaś powinien zrezygnować z funkcji prezesa NIK, wyjaśnia, że „nie było takiej sugestii – być może zastrzeżenia CBA są mało przekonujące”.  Wtórują mu liczni funkcjonariusze partii władzy, niepomni co dotąd mówili o Wałęsie czy Balcerowiczu , którzy dziś głoszą tezę, że pan Banaś może i trochę zbłądził, ale nie wolno odbierać mu jego minionych ogromnych zasług. Najbardziej irytujące są jednak opinie ludzi wciąż zapewniających o osobistej uczciwości prawego, pancernego Banasia. Tego, który przejął od schorowanego kombatanta AK kamienicę w Krakowie oraz działkę z domem w zamian za „dożywocie”, na co przeznaczył raptem 30 tys. zł i notarialnie zobowiązał się wspomagać starego człowieka miesięczną dotacją w wysokości… 500 zł. Sprzedając te nieruchomości, za samą tylko kamienicę pan Banaś wziął 4, 5 miliona. To się chyba kiedyś nazywało wyłudzenie, ale od czasu gdy PiS doszedł do władzy, pewnie już tylko zapobiegliwość.

Ryszard Czarnecki (i nie tylko on) ostrzega, że prezes NIK może się jeszcze okazać człowiekiem bez skazy i warto poczekać z wyrokowaniem na wyniki dochodzenia prowadzonego przez służby. Tyle że są to te same służby, które już długo przed nominacją prowadziły śledztwo w sprawie źródeł pochodzenia majątku Banasia, meandrów jego zeznań i zawiłości oświadczeń majątkowych, a także przekrętów mafii watowskiej zorganizowanej przez ludzi, których ówczesny minister Banaś wprowadził do Ministerstwa Finansów.  W tej drugiej sprawie ministerstwo wystosowało wyjaśnienie tak pokrętne, że z pewnością znajdzie miejsce wśród największych kuriozów retoryki PiS: „ Zarzucane podejrzanym przestępstwa nie mają bezpośredniego związku z pełnieniem przez nich funkcji publicznych”! No pewnie, przecież oni popełniali przestępstwa po godzinach, w pracy ścigali kradzieże, a po robocie sami kradli. Ale mniejsza o to. Ważniejsze, że ABW która już wcześniej miała informacje zebrane przez CBA o kontaktach pana Banasia ze światem przestępczym, tuż przed nominacją wydała mu certyfikat dostępu do największych tajemnic państwowych!  Długą listę najrozmaitszych opinii „w sprawie Banasia” zasiliła więc jeszcze jedna: to jest rozgrywka służb specjalnych. Nie wiadomo tylko, jakie korzyści może mieć państwowa służba z udostępnienia tajemnic przestępcom. No chyba, że nie ma między nimi większej różnicy.

Inne ciekawe zjawiska towarzyszą reakcji PiS na przegrane wybory do Senatu. Oburzyły się wielce władze partyjno-rządowe. Jak to przegraliśmy? Jakim prawem, skoro mieliśmy wygrać? A potem przyszło jeszcze zdumienie, że żaden senator żadnej wrażej partii nie dał się przekupić ani stanowiskiem w rządzie, ani synekurą w spółce. Czy oni w tej opozycji są nienormalni? Jak można nie chcieć władzy ani pieniędzy? Czym tamci się różnią od naszych senatorów? Tak czy owak – nie można tego tak zostawić. Nie wolno zasiać w ciemnym ludzie nawet najmniejszych wątpliwości w omnipotencję prezesa. Trzeba jakoś poprawić wynik wyborów. Nie po to powołaliśmy swoich komisarzy i nową izbę Sądu Najwyższego, która decyduje o ważności wyborów, żeby wygrywali je nasi wrogowie…

Coś wpadło w tryby buldożera, którym PiS od 4 lat rozjeżdża polską demokrację. Może zwątpienie, może nawet obawy. Mnożą się błędy i kuriozalne reakcje. We wnioskach kwestionujących wyniki wyborów do Senatu powołano się na art. 277 kodeksu wyborczego, dotyczący wyborów do Sejmu. A argumentacja tych protestów dosłownie zwala z nóg: głosy nieważne powinny być zakwalifikowane jako ważne, oddane na PiS. I już. Kilometry poza granicą bezczelności. A to przecież tylko logiczna konsekwencja ogólnej reguły, którą Kaczyński od lat spaja swoją trzódkę: suweren powierzył nam kraj na własność. Więc jeśli w zawłaszczonym kraju wszystko „po prostu nam się należy”, to czemu nie dodatkowe mandaty parlamentarne?

Legislacyjną głupawką nazwać można skutki publicznego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, który pół roku temu dał słowo, że majątek premiera Morawieckiego zostanie szybko ujawniony. Ale o tym co, jak i za ile nabył pan premier, komu to sprzedał oraz dlaczego nie chce się chwalić swoimi milionami cedując majątek na żonę, nie dowiemy się przez długie lata, albo nigdy. Ne ma w tym nic nadzwyczajnego, po raz kolejny okazało się tylko, że słowo prezesa nie jest warte funta kłaków jego kota. Interesująca jest natomiast procedura, którą w tej sprawie uruchomiła władza. Najpierw premier ogłosił, że najchętniej ujawniłby wszystko to, co ma, ale on tego nie ma, bo przepisał na żonę, która ujawni, co trzeba, jeśli tylko uzyska podstawę prawną. Psu na budę potrzebna ta podstawa, bo i bez przepisu każdy może, a niektóry nawet powinien, poinformować o swoich dobrach. Więcej: w przypadkach podejrzanych transferów majątku mogą się nim zainteresować odpowiednie służby, nie czekając na zgodę właścicielki. Ale nie wszyscy o tym wiedzą, więc wyborców skazanych na TVPiS poinformowano tylko o dobrej woli rządzących i ekspresowo przygotowanej ustawie. I zaraz okazało się, że całkiem świadomie – bo ignorując ostrzeżenia parlamentarzystów opozycji – spreparowano prawny bubel, który podłożono głowie państwa do podpisu. Tym razem pan prezydent, doktor prawa po UJ i gorący zwolennik jawności wszelkich prominenckich majątków do siódmego pokolenia, dokonał dogłębnej analizy ustawy i ze zdumieniem zauważył w niej poważne wady prawne. Po głębokim namyśle i z żalem skierować musiał ten przepis do Trybunału Konstytucyjnego.

Trzeba dziecięcej naiwności lub rozchybotania jaźni, by sądzić, że naród uwierzy w ten przekaz szyty grubą dratwą. Kto uwierzy, że magister Przyłębska, odkryta towarzysko przez Kaczyńskiego podczas licznych spotkań przy „herbatce”, kiedykolwiek skieruje tę sprawę do rozpatrzenia? Nie ma wątpliwości, że ustawa nakazująca ujawnianie prominenckich majątków rodzinnych trafi do trybunalskiej zamrażarki. Czyli tam, gdzie tkwią inne kalekie akty prawne, których nawet sędziowie gorliwie kibicujący „dobrej zmianie” nie są w stanie zaakceptować i zalegalizować. W tej zamrażarce są również niewygodne wnioski, takie jak np. o niedopuszczalności aborcji ze względu na ciężkie uszkodzenie płodu, o ujawnienie list poparcia dla członków KRS, albo o opinię, czy Polska może występować o reparacje wojenne od Niemiec – projekty, wymuszone przez elektorat, o których jednak PiS wolałby zapomnieć. Mechanizm jest taki, że niewygodne ustawy tkwią w szufladzie pani prezes do końca kadencji, po czym kończą żywot na legislacyjnym śmietniku, bo po wyborach tracą ważność i trzeba będzie znowu składać do TK nowy wniosek w tej samej sprawie. Wniosek, który jeszcze raz można zamrozić.

Coraz częściej i w coraz większej odległości rządzący mijają się z rzeczywistością.  Z każdym dniem kolejni wyborcy PiS dowiadują się na przykład, że:

  • pan premier odpytywany o źródła sfinansowania obietnic PiS wymienia rosnące inwestycje zagraniczne, podczas gdy w światowym rankingu atrakcyjności inwestowania Polska spadła właśnie do piątej dziesiątki, tracąc 16 miejsc w czasie rządów PiS;
  • kilku prominentów związanych z „Solidarnością” radośnie podsumowało dotychczasowe efekty zakazu handlu w niedzielę, nie dostrzegając, że od wprowadzenia zakazu zbankrutowało 15 tys. małych sklepików osiedlowych, które miały być beneficjentem tej ustawy, natomiast duże supermarkety znacznie zwiększyły obroty;
  • minister Ziobro, pytany o przyczyny drastycznych zmian systemu prawnego, wciąż powtarza, że celem zmian jest ułatwienie i przyspieszenie procedur oraz bardziej sprawiedliwe orzekanie, dodając za każdym razem, że wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Tymczasem po 9 miesiącach (zamiast ustawowych 30 dniach) prokurator Renata Śpiewak urodziła decyzję, że Jarosław Kaczyński – z definicji, bo nawet bez przesłuchania – miał prawo nie zapłacić wynajętemu biznesmenowi za 14 miesięcy dobrze ocenionej pracy, przy czym poszkodowany nie może już dalej dochodzić swojej krzywdy, bo w trakcie tego „śledztwa” udało się uchwalić odpowiednią zmianę przepisów. Za wielomiesięczną pracę w pocie czoła pani prokurator nagrodzona została awansem i wysoką premią;
  • po niemal dwóch latach prokurator Adam Piotrowski z katowickiej prokuratury okręgowej nie zdążył zbadać sprawy pikiety narodowców, którzy powiesili wizerunki europosłów PO na szubienicach, chociaż na licznych nagraniach można było wyraźnie zobaczyć, co się zdarzyło i kto wieszał (m.in. asystent sędziego Jakub Kalus, narodowiec pracujący wówczas na delegacji w Ministerstwie Sprawiedliwości). Sąd Apelacyjny w Katowicach zdruzgotał działania prokuratury wytykając bezczynność i działania pozorne, natomiast rzeczniczka prokuratury Marta Zawada-Dybek odpowiedziała, ze wszystko jest w porządku, bo prokurator nie dysponuje jeszcze pełnym materiałem dowodowym, niezbędnym do podjęcia decyzji merytorycznych. Narodowcy pozostają więc bezkarni, a Jakub Kalus wciąż jest zatrudniony w Sądzie Apelacyjnym w Katowicach;
  • już wiadomo, ze nie ma podstaw do wszczęcia postępowań i postawienia zarzutów sędziom zamieszanych w tzw. aferę hejterską. Wyjaśnił to rzecznik dyscyplinarny mianowany przez Zbigniewa Ziobro. Nie wiadomo tylko, czy i kiedy wróci do pracy wiceminister Piebiak. I tak dalej, i dalej…

Sam bym tego nie zmyślił – jak mawiał Antoni Słonimski.

PiS wraz z Kościołem chce obalić pozycję Polski, którą wznosiliśmy z mozołem

6 Kwi

Od lat zastanawiałam się co też uczą w seminariach duchownych przyszłych „władców dusz”. Kiedyś chodziło mi o jeden temat: o przemoc domową. Czy w seminariach duchownych mają jakąś psychologię? Czy poznają dane dotyczące przemocy i uczą się wrażliwości, która pomaga reagować?

Myślałam, ile mógłby zrobić taki ksiądz dobrego, gdyby raz na miesiąc podczas kazania potępił przemoc wobec słabszych: kobiet, dzieci, zwierząt. W żadnym kościele tego nie robią. Nie uczą ich tego, a czego uczą? Egzorcyzmów? Nacjonalizmu? Nietolerancji? Są pazerni i nie dają sobie rady z własną seksualnością (przy takiej liczbie przesądów nie trudno o różne dewiacje).

Księży bardziej wzrusza abstrakcyjne cierpienie Jezusa (pozór tego wzruszenia) niż realne cierpienie wiernych, bardziej się przejmują ile wezmą na tacę i jaką mają władzę niż co zrobić, by pomóc ludziom.

Kto ich kształci? Czego się tam uczą? Kto tam chodzi? Myślę, że odpowiedzi na te pytania są kluczem do zrozumienia średniowiecznej kondycji naszego kleru, katechetów, hierarchów.

Ale nie tylko o tę kastę chodzi. Ich poziom wyznacza poziom moralności w Polsce. I w tym tkwi cały dramat.

>>>

Znany publicysta „Financial Times” David Allen Green, na twitterze, rzucił pomysł, żeby Donalda Tuska odznaczyć brytyjskim Orderem Zasługi.

Stało się to zaraz po tym, kiedy szef Rady Europejskiej niespodziewanie zaproponował opóźnienie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nawet o 12 miesięcy.

Takiej propozycji nikt się nie spodziewał. Od dłuższego czasu liczono się raczej z twardym brexitem, bez żadnych umów. Oczywiście na propozycję Donalda Tuska muszą się jeszcze zgodzić państwa członkowskie.

Niemniej fakt złożenia jej, dał Brytyjczykom nadzieję i rozgrzał uczucia do szefa RE. Szczególnie ucieszył tych, którym nie podoba się opuszczenie Unii bez żadnego porozumienia. Poparli więc pomysł Greena i wspólnie uznali, że przewodniczący Rady Europejskiej jest jednym z największych przyjaciół, jakich Wielka Brytania miała kiedykolwiek w dziejach i że należy mu się za to brytyjski Order Zasługi.

Trzeba tu dodać, że Order Zasługi to bardzo szczególne odznaczenie. Mogą je mieć zaledwie 24 żyjące osoby, a przyznawane jest za wybitną służbę w siłach zbrojnych, osiągnięcia na polu nauki, sztuki albo literatury lub za wspieranie kultury.

Znany z poczucia humoru i dystansu do siebie Donald Tusk, nie traktując tej propozycji zbyt poważnie, odpowiedział na Instagramie: „You made my day” – „Poprawiłeś mi humor” – „Sprawiłeś, że mój dzień jest szczęśliwy”.

To spowodowało jeszcze większy entuzjazm i uwielbienie. W komentarzach pod jego wpisem Brytyjczycy i Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii podkreślają, że tylko w Tusku nadzieja, że tylko on może rozjaśnić ich przyszłość.

>>>

„Nie miałem powodu nie wierzyć takiemu człowiekowi jak Kornel Morawiecki. Zresztą, w ręku miałem podpisaną przez marszałka umowę” – tak dziennikarzom Onetu mówił Janusz Kulesza, którego firma budowlana przeprowadzała remont w siedzibie partii Wolni i Solidarni, której liderem jest ojciec urzędującego premiera, Kornel Morawiecki. Panowie podpisali umowę dotyczącą remontu w sierpniu 2017 roku. Jak informuje portal Onet „Kulesza zgodził się, że przeprowadzi remont na niezwykle dogodnych dla partii warunkach, bo jedynie za zwrot poniesionych w trakcie prac kosztów.” Koszty te według ustaleń miały być rozliczane etapowo, a Kulesza miał jednorazowo wydawać do 20 tys. złotych. W przypadku przekroczenia tej kwoty miał, zgodnie z ustaleniami, wysyłać partii faktury do zapłaty.

Problemy z płatnościami pojawiły dość szybko. Do końca października Kulesza zainwestował w remont siedziby partii ok. 90 tys. złotych i nie otrzymał ani złotówki zwrotu tych kosztów. „Pan Morawiecki poprosił mnie wtedy, żebym jeszcze przez chwilę się wstrzymał z wystawianiem faktur i żebym wyraził zgodę na opóźnienie terminu zapłaty. Tłumaczył się „innymi pilnymi wydatkami” partii. Równocześnie zapewnił mnie o rychłym rozliczeniu zaległości” – opowiada Kulesza. W tak zwanym międzyczasie panowie spotykają się kilka razy, a na spotkania zapraszane są również inne osoby, jak na przykład prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Niestety nic konkretnego z nich nie wynika, a Janusz Kulesza coraz bardziej niepokoi się o zwrot pokaźnej sumy.

Tuż przed świętami, 22 grudnia 2017 r., Kulesza przekazuje partii Wolni i Solidarni za pośrednictwem Wójcika zestawienie kosztów na łączną kwotę 133 tys. 679 zł i 48 gr brutto.” Na początku stycznia 2018 roku Kornel Morawiecki podpisuje protokół odbioru prac budowlanych i po raz kolejny zapewnia o rychłym uregulowaniu należności, prosząc jednocześnie o rozbicie jej na dwie faktury. Kulesza przystaje na tę propozycję i wystawia jedną fakturę na 45 tys. złotych, a drugą pro forma. Jak można się spodziewać, faktury nie zostały zapłacone, a tracącego cierpliwość Kuleszę zaproszono na kolejne spotkanie w słynnym „Czytelniku”. Tym razem Kulesza miał się spotkać z Maciejem Wyszoczarskim, „dyrektorem Pionu Sieci i Operacji PKO BP, który zaczynał karierę w Banku Zachodnim WBK, gdy na czele tego banku stał Mateusz Morawiecki, obecny premier i syn Kornela Morawieckiego.”

Wyszoczarski zaproponował  Kuleszy- jak podaje onet – rozliczenie zadłużenia w transzach po 18-20 tys. zł z pominięciem faktur, czyli miały to być rozliczenia nielegalne. Dziennikarze portalu piszą, że to nie pierwsza tego typu propozycja zerowania faktur, jaka wyszła od Partii Wolni i Solidarni. „Anulować można wyłącznie fakturę, która nie została doręczona nabywcy i gdy nie doszło do dostawy towaru lub wykonania usługi. To podstawowa zasada, o której powinien pamiętać każdy przedsiębiorca. Innymi słowy, jeśli faktura została wysłana, to już nie można jej anulować. Propozycję wyzerowania faktury można rozpatrywać w kontekście ewentualnego podżegania do popełnienia przestępstwa skarbowego” – stwierdza ekspert prawa podatkowego adwokat Jarosław Ziobrowski.

Kulesza nie przystał na propozycję i jak powiedział dziennikarzom Onetu „wtedy usłyszałem, że Wyszoczarski „nie rozumie” pewnych pozycji z mojego wykazu kosztów. Stwierdził, że ma duże doświadczenie w rozliczeniach remontów, gdyż podlegały mu remonty wielu oddziałów bankowych. „ Sprawa płatności znowu pozostaje w punkcie wyjścia. Podczas ponownego spotkania Kuleszy z Kornelem Morawieckim w czerwcu 2018 roku, ten ostatni przy świadkach potwierdza istnienie długu i dając słowo honoru przekonuje, że do 13 lipca zapłaci 70 tys. złotych. Oczywiście pieniądze nie wpływają, a Kulesza odbiera telefon z groźbami.

Zadzwonił nieznany mi wcześniej, przedstawiający się jako prawnik WiS-u Paweł Wiącek. Powiedział, żebym „zwrócił uwagę na swoją przeszłość polityczną, o której nie raczyłem dotąd poinformować”. Sugerował, że byłem w latach 90. powiązany z SLD.” – mówi Kulesza, którego pełnomocnik składa wreszcie do sądu pozew o zapłatę ponad 146 tys. złotych wraz z odsetkami. Sąd wydaje nakaz zapłaty, a 5 października 2018 r. pełnomocnik Kuleszy składa wniosek o wszczęcie postępowania komorniczego. Komornik uzyskuje informację, że partia Morawickiego posiada konto w banku PKO BP, na którym są środki pieniężne w wysokości 52 złotych i 14 groszy. Co interesujące, dziennikarzom Onetu udało się dotrzeć do sprawozdania finansowego partii za 2018 rok, w którym nie ma wzmianki o zajęciu konta przez komornika. Z kolei w aktach sprawy sądowej jest pismo Kornela Morawieckiego, w którym można przeczytać m.in.: „Zostało zajęte konto bankowe naszej Partii, z którego to konta komornik sądowy zajął w ostatnich dniach października 2018 roku ponad 22 tysiące złotych (z konta funduszu wyborczego w trakcie procesu wyborczego) i w tym stanie rzeczy >minus< na kontach partii wynosi nadal ponad 130 tysięcy złotych wraz z kosztami egzekucji komorniczej”.

Kornel Morawiecki uważa roszczenia Kuleszy za „bezpodstawne”, a w oświadczeniu majątkowym swojej partii wykazuje brak jakichkolwiek środków. Sprawę rozstrzygnie sąd. Dziennikarzom Onetu nie udało się porozmawiać z samym Kornelem Morawieckim, który wciąż jest „niedostępny”. Rozmawiali za to z Maciejem Wyszoczarskim z PKO BP, jednak nie mógł on sobie niczego przypomnieć.

Wolność dzisiaj mierzona jest barierkami, które wyznaczają granicę między obywatelami pisowskiej Polski a resztą

Czym dla mnie jest wolność? Jedną z tych wartości, która od zawsze była podstawą mojego życia. To przekonanie, że w ramach społeczeństwa i państwa, w jakim żyję, mam prawo do własnego zdania, własnych poglądów. Do funkcjonowania w zgodzie z samą sobą tak, by jednocześnie nie krzywdzić innych. Nie ukrywam, że taka właśnie wolność towarzyszyła mi od 1989 roku, gdy Polska zmieniła swoje oblicze. Wiadomo, nie było lekko. Raczkująca demokracja niejeden raz dała mi popalić, wielokrotnie z oburzeniem obserwowałam takie działania kolejnych rządów, które nie przystawały niczym do mojego pojmowania wolnościowych realiów, jednak czułam się jak ptak, wreszcie po latach wypuszczony z klatki zakazów, nakazów, partyjnych przekazów. Od prawie już czterech lat ponownie znalazłam się w klatce. Teraz to bardziej boleśnie odczuwam, bo udało mi się liznąć tej wolności sporo i znowu ją straciłam.

Wolność stała się wyświechtanym frazesem, narzędziem w rękach partii rządzącej, która usiłuje przekonać nas, że nigdy wolni nie byliśmy, a dopiero teraz, prezes i spółka niosą nam tę wolność jak pochodnię oświecenia i prawdy. Jarosław Kaczyński przekonywał nas w maju 2017 roku w Stoczni Gdańskiej, że okres rządów PO to „był czas strachu. Dziś jest czas wolności. Chciałbym żebyście to wiedzieli. Idąc w tym marszu i twierdząc, że dziś wolność jest zagrożona idziecie w innym kierunku niż sądzicie (…) Wy maszerujecie właśnie dlatego bez żadnych przeszkód, że wolność w Polsce istnieje. Nie ona jest dzisiaj zagrożona. Zagrożeniem są plany, które w gruncie rzeczy godzą w wolność. Bo pamiętajcie państwo, że prawo do pracy to też wolność”.

Podczas miesięcznicy smoleńskiej we wrześniu 2017 r. prezes rzucił między tłum, że „pozostaniemy i będziemy tą wyspą wolności, tolerancji, tego wszystkiego, co tak silnie było obecne w naszej historii”, a na konwencji w Gdańsku, 30.03.2019 r., przekonywał, że „Prawo i Sprawiedliwość jest partią wolności. Dobre prawo, równe dla wszystkich i sprawiedliwość równa się wolność. Dlatego nie będziemy już mówić o „piątce” PiS, tylko o „piątce” plus, gdzie ten plus, to wolność”.

Ta wolność, o której z takim zapałem opowiada prezes, dotyczy tylko polityków Zjednoczonej Prawicy i jej sojuszników, a całą reszta obywateli może sobie o tej wolności tylko pomarzyć. Wolność dzisiaj mierzona jest barierkami, które wyznaczają granicę między obywatelami pisowskiej Polski a resztą. Granicę również w sensie psychologicznym. Barierki na miesięcznicach smoleńskich, barierki na spotkaniach polityków PiS z narodem, barierki wokół pomników Lecha Kaczyńskiego. Barierki, które wbijają się nam w głowę, coraz wyraźniej pokazując, że władza stoi tam, a my zupełnie gdzie indziej, poza tym dzisiejszym państwem prawa i sprawiedliwości. Wyraźnie widać, że PiS ma bardzo specyficzne rozumienie pojęcia „Wolność” i buduje ją na dzieleniu Polaków na tych, którym wolność się należy i tych, którzy nie mają do niej żadnego prawa.

Te barierki wyznaczają obszar, na którym za przyzwoleniem PiS zamyka się lesbijki, gejów i osoby transpłciowe. Już dzisiaj są one wykluczane z polskiego społeczeństwa obywatelskiego, a homofobia urasta do niebotycznych rozmiarów. Mówi się o leczeniu homoseksualizmu jako zaburzenia psychicznego, grozi wsadzaniem do więzień, ostrzega przed przyjmowaniem do pracy, myli się homoseksualizm z pedofilią.

Za barierkami, w strefie pisowskiej, stoi tolerancja dla narodowców, ataków na cudzoziemców, dla antysemityzmu i najbardziej prymitywnych przejawów rasizmu. Jest tu też miejsce dla Polskiej Instytucji Kościelnej, która wraz z partią prezesa buduje tę „chorą” Polskę. Polskę krzyży, przyzwolenia na pedofilię, kościołów tylko dla wybranych, pełną indoktrynacji religijnej w publicznych palcówkach oświatowych.

Barierkami śmiało możemy nazwać pogorszenie sytuacji kobiet na rynku pracy, bo po co im praca? Dostają 5 stów na dziecko, jak się postarają to, mając czwórkę potomków, załapią się na emeryturkę, więc niech siedzą w domu i będą na usługi swego męża pana. To też działania PiS ograniczające wolność organizacji pozarządowych, poddanie ich ostrej kontroli państwowej i zakręcenie kurka z dofinansowaniem, bo pieniądze ta władza woli przekazać ojcu Rydzykowi i instytucjom związanym z kościołem. To przejęcie mediów publicznych, by manipulować Polakami i wpędzać ich w stan permanentnej głupoty. Ograniczenie wolności słowa, o zamachu na Trybunał Konstytucyjny i nagminne manipulowanie Konstytucją, już nie wspomnę.

Czyż możemy wierzyć w tę Wolność w wersji PiS, gdy widzimy, jak przywódcy narodu nie wpuszczają mediów niezależnych na swoje imprezki czy konferencje. Gdy zamyka się dziennikarzom usta, zakazując zadawać pytania na konferencjach prasowych? Gdy odmawiają dofinansowania imprez, za którymi nie stoją politycy PiS i są one zbyt wolne i śmiałe? Gdy, zależne już od PiS-u, sądy wydają wyroki na przeciwników tej władzy, a uniewinniają „swoich”?

Nie zapominajmy też o kolejnym „akcie wolnościowym” czyli wprowadzonej zasadzie cyklicznych zgromadzeń, którą daje się świetnie manipulować i wykorzystywać ją do odbierania obywatelom prawa do wspólnego obchodzenia rocznic tak ważnych dla naszej historii i naszej tożsamości obywatelskiej. Przykłady? Proszę bardzo… Oddanie narodowcom Warszawy w dzień obchodów Święta Niepodległości. Miesięcznice smoleńskie, w których wolno było wziąć udział tylko fanatykom zamachu. No i najświeższa sprawa. Oddanie NSZZ Solidarności pl. Solidarności w Gdańsku, by 4 czerwca nie mogły tu się odbyć ogólnopolskie uroczystości w 30 rocznicę wyborów, które otworzyły nam drzwi do demokracji. Co ciekawe, do dzisiaj pan Duda nie jest w stanie pokazać, jaką imprezę tego dnia na placu organizuje. On wie tylko jedno: hura, hura, hura! Placu Solidarność nie odda, ewentualnie pozwoli położyć kwiaty pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców i tyle. Przy okazji Solidarność zajęła sobie to miejsce na kolejne trzy lata na 10 kwietnia, 3 maja, 14 sierpnia i 11 listopada. A co jakiś obcy element ma się wtryniać w polskie święta?

Nie wiem, jak Wam, ale mnie ta wolność w wersji PiS zupełnie się nie podoba. Mało tego, z prawdziwą wolnością nie ma ona nic wspólnego. To tylko jakiś slogan, bez treści, bez solidnych podwalin. To populistyczne hasełko, które ma jedno zadanie. Przekonać Polaków, że jest super, a te wykluczenia, te barierki na każdym kroku, to właśnie ta prawdziwa wolność. Wolność prawdziwych Polaków, prawdziwych Patriotów, a kto tego nie rozumie to niech spada… nie zasługuje na życie w tak wolnej Polsce.

Polexit jest głównym celem polityki zagranicznej PiS

1 Kwi

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali pouczani przez nacjonalistyczne centrale.

Fiaskiem zakończyła się poniedziałkowa rozmowa „ostatniej szansy” przedstawicieli związków nauczycielskich z członkami rządu.

„Do 8 kwietnia mamy tydzień. Tydzień na negocjacje. Jeżeli będziemy obserwowali taką postawę ze strony rządu, to nie pozostaje nam nic innego, niż zamknąć placówki oświatowe i rozpocząć strajk” – zapowiada Sławomir Broniarz.

„Wysłuchaliśmy propozycji premier Beaty Szydło. To powtórzenie tego, co już zanegowaliśmy” – ocenił deklaracje strony rządowej szef ZNP.

Wszystko wskazuje na to, że PiS nie zamierza się uginać przed żądaniami związkowców, a premier Mateusz Morawiecki nie spotka się z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem – pisze Money.pl

W cieniu tych negocjacji pozostaje minister edukacji Anna Zalewska – odpowiedzialna za chaos w szkolnictwie i obecne perturbacje.

Działa dziś na nauczycieli jak przysłowiowa „płachta na byka”, ale – jak mówią dobrze zorientowani – „coś za coś”.

Ponoć we wcześniejszych negocjacjach z Kaczyńskim zgodziła się być twarzą PiSowskiej reformy oświaty w zamian za „biorącą” pozycję listy dolnośląsko-opolskiej do Parlamentu Europejskiego.

Z informacji radia RMF FM wynika, że to taki „element porozumienia” z liderem partii rządzącej.

Zalewska jest dziś „potężnym wizerunkowym obciążeniem” dla PiS – mówią w rozmowie z radiem politycy partii rządzącej. „Jeden z bliskich współpracowników premiera w nieoficjalnej rozmowie powiedział dziennikarzowi RMF FM, że z chęcią – już teraz – pomógłby minister spakować walizki do Brukseli”.

Więcej >>>

Waldemar Mystkowski pisze o przywłaszczaniu przez PiS obchpodów 4 czerwca.

Dlaczego PiS chce przywłaszczyć obchody rocznicy 4 czerwca 1989 roku, pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych? Przecież narracja partii Kaczyńskiego o Okrągłym Stole jest mało pozytywna, a 4 czerwca to pierwszy i najważniejszy owoc kompromisu strony solidarnościowej z komuszą.

Potem przechodziliśmy transformację ustrojową zwaną reformami Balcerowicza, te okazały się wzorem dla innych państw naszego regionu, przede wszystkim są jednym z największych naszych sukcesów cywilizacyjnych w historii. Polska wreszcie stała się pełnoprawnym członkiem Zachodu poprzez przynależność do NATO i Unii Europejskiej.

Obok transformacji ustrojowej zachodziła dłuższa „transformacja” mentalna, którą swego czasu w lapsusie freudystycznym Jarosław Kaczyński wyłożył, jako „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” W tej „transformacji” kłamstwo ma wartość prawdy, byle było głoszone z determinacją Goebbelsa.

4 czerwca ma wpisać w „transformację” mentalną PiS ich wersję historii, nie mającą wiele wspólnego z faktami, ale z kompleksami prezesa. Gdyby to odbywało się na płaszczyźnie osobistej, byłby to kłopot psychiatry z pacjentem, ale pacjent Jarosław Kaczyński funduje swoje kompleksy w polityce i to będąc u władzy.

Jak trafnie ujął taką wersję życia Szekspir, jest to „opowieść idioty pełna wrzasku i wściekłości”. Narracja Kaczyńskiego o współczesności nie trzyma się kupy ani tym bardziej narracja o niedalekiej przeszłości, w której on i jego brat Lech nie odgrywali szczególnie ważnych ról, byli tylko kamerdynerami Lecha Wałęsy. Rola służby boli, stąd mamy u prezesa przypadłości wściekłości i wrzasku o gorszym sorcie, ZOMO, gestapo, kanaliach, zdradzieckich mordach, etc.

Jeżeli 4 czerwca 2019 PiS będzie po wygranych do Parlamentu Europejskiego rozszerzona zostanie „opowieść idioty” o kolejne wściekłe kłamstwa i wrzaskliwe opluwanie prawdy. Lech Wałęsa chciałby częściowo przerwać tę narrację idiotów poprzez pozbawienie „NSZZ Solidarność” możliwości posługiwania się nazwą.

Miejmy nadzieję, że 4 czerwca będziemy świętować dwa zwycięstwa – 4 czerwca 1989 roku Komitetu Obywatelskiego i 26 maja 2019 – Koalicji Europejskiej. Wystarczy wściekłości i wrzasku z opowieści zakompleksiałego prezesa.

Brunatny Kościół, Brexit i pisowskie pacyfikowanie strajku nauczycieli

31 Mar

Krzysztof Pieczyński (Polska Laicka) w swoim najnowszym felietonie na temat Kościoła katolickiego w kontekście krytykowania karty LGBT oraz wspierania polskich neofaszystów. przez instytucję z Watykanu.

„Kościół w imię ewangelizacji mordował i torturował z zimną krwią. Dzisiaj w imię ewangelizacji gwałci, kradnie, kłamie i znów, jak to było w przeszłości, brata się z faszystami. W przeszłości papieże potępiali każdy zryw wolnościowy Polaków bredząc o ewangelii, tak jak to robią dzisiaj. Łamią strajk nauczycieli i protestują przeciwko karcie LGBT, ponieważ jest im odbierana przyjemność wprowadzania dzieci do ich pedofilskiego rzemiosła. Powołują się przy tym na ewangelie.

Wszystkie cierpienia, które przez osiemnaście wieków Kościół Katolicki  zadał ludzkości były i są przedmiotem czerpania z nich przyjemności. Gdyby ludzie kościoła nie czerpali przyjemności z mordów, tortur i gwałtów, to by tego nie robili. Świat jest pełen nienawiści i przemocy z powodu religii. Religie kształtują świat od tysięcy lat i dopóki będą miały wyznawców, ludzkość nie pozna swojej dobrej strony, a każda próba humanizacji zostanie stłumiona. Jeżeli religie różnych maści zaczną ze sobą współpracować to będzie koniec wolności, matrix. To, że się nawzajem tępią walcząc o wpływy, chroni nas przed zamienieniem świata w jeden wielki zakon, w którym ludzie nie mają żadnych praw, giną w tysiącach i są przedmiotem handlu, jak w czasach niewolnictwa. Oficjalnie są wysyłani na pogłębioną ewangelizację i mają wolny wybór zgodny ze swoim sumieniem. Takie brednie głoszą od wieków. To jest jedyna niewolnicza organizacja działającą jawnie. Kościół jest obozem, w którym kobiety, dzieci, młodzi ludzie są przedmiotami seksualnych korzyści dla wyżej stojących w hierarchii. Jak to jest możliwe, żeby niewolnictwo nie było karane? Jak to jest możliwe, żeby taka potworna sekta utrzymywała stosunki dyplomatyczne z rządami wszystkich krajów?

Dlatego tak jest, że ta sekta stworzyła taki świat. Stworzyła go dla siebie. Wystarczy powołać się na ewangelie i wszystko staje się możliwe. Każda zbrodnia, każde łajdactwo i kolaboracja z każdą władzą. Jeśli kk sam ustanawia prawa, wówczas kolaboracja po prostu staje się rządzeniem. Kościół w jakimś stopniu sprzeciwiał się komunie, bo ta nie dawała mu władzy i przywilejów, a tylko o to mu chodziło. Odzyskać wszystko z nawiązką. I odzyskał. Czemu? Bo jesteśmy słabi, głupi, zniewoleni, leniwi. Bo ewangelizacja uczyniła z Polaków naród nietwórczy, zawistny, małostkowy. Potencjał odbicia się od dna wciąż istnieje. Potencjał, by piękni ludzie, szlachetni dawali przykład do naśladowania, a nie zakłamana, pedofilska sekta złodziei uczyła Polaków moralności tylko dlatego, że powołuje się na ewangelie.

Tak jak kiedyś kk został zmuszony przez postępową ludzkość do zaprzestania tortur i holokaustu na rdzennych ludach, tak samo dzisiaj został zmuszony do zajęcia się sprawą pedofilii. To nie od ludzi kościoła wypłynęła zmiana, to myśmy ich do tego zmusili. Żadna zmiana w działaniach kk nie miała i nie będzie miała miejsca, gdyż oni wciąż uważają, że ludzie są ich trzodą, ich własnością” – pisze aktor i aktywista obywatelski Krzysztof Pieczyński. 

No i doczekaliśmy się brunatnego kościoła katolickiego. Nie wiem jak państwo katolicy, ale ja bym, w tym momencie najpóźniej, z tej organizacji wystąpiła – komentuje publicystka Eliza Michalik.

Od lat alarmuję, że Polska brunatnieje. To kolejny dowód. Skrajna prawica stosuje „marsz przez instytucję”, jest osłaniana przez PiSowski aparat państwa, powoli opanowuje pozycje w Kościele. Skutki będą dla Polski opłakane – mówi były szef MSWiA Bartłomiej Sienkiewicz.

Dlaczego Wielka Brytania nie potrafi wyjść z Unii Europejskiej?

Więcej >>>

Więcej >>>

Mamy nagrania z tajnego spotkania władz PiS!

Z dwóch niezależnych źródeł otrzymaliśmy taśmy z nagraniem nocnej partyjno-rządowej narady najważniejszych funkcjonariuszy PiS. Głównym tematem tajnego spotkania na Nowogrodzkiej była sytuacja w oświacie.  Niestety otrzymane nagrania wymagają czasochłonnej obróbki, ponieważ w sali konferencyjnej panował nieopisany zamęt i trudno jest zidentyfikować autorów poszczególnych wypowiedzi. Uznaliśmy jednak, że ze względu na ważką treść nie powinniśmy zwlekać do czasu uporządkowania zapisu i przydzielenia wypowiedzi odpowiednim dyskutantom. Nie czekając również na wyczyszczenia taśm z onomatopeicznych dźwięków i usunięcie niecenzuralnych słów, już dziś publikujemy najistotniejsze naszym zdaniem opinie, wygłoszone podczas tej narady. Wypowiedzi te zmuszeni byliśmy poddać niewielkim skrótom i pewnej obróbce stylistycznej, zbliżając je do wymogów języka polskiego.

– Ja się pytam dlaczego znowu nie ma pani minister? Już i tak wierszyki o niej układają, że się nie pokazuje, bo się już pakuje.  A ja chciałbym się dowiedzieć, dlaczego nie poszła do głodujących z „Solidarności”, żeby się z nimi dogadać.  Czy to nie ona wymyśliła, żeby rozkręcić tę całą akcję? Miało być tak, że „S” wcina się nagle między ZNP a rząd, wali pięścią w stół, załatwia nauczycielom parę stów na raty i Duda wychodzi na gieroja, a Broniarz na wroga dzieci i rodziców. A co wyszło? Kapiszon! Zaczęliśmy dobrze, ale znowu nie było komu skończyć…

– A ja nie rozumiem, o co to całe zamieszanie. Przecież mamy pieniądze. Mamy całą kasę. Mamy swój budżet i pełny bank. Jaki problem jeszcze trochę zwiększyć zadłużenie? Przecież wszyscy wiedzą, że budżet jest gumowy. Wolicie mniejszy deficyt i przegrane wybory?

– Ale tu wcale nie chodzi o kasę, tylko o zasadę. Nauczyciele chcą tysiąca, a ja się pytam – za co? Co nadzwyczajnego zrobili ostatnio nauczyciele, że zasługują na tak dużą podwyżkę? Uważam, że wielu z nich powinno mieć nawet obniżone zarobki!  Za sabotaż reformy, za protesty, za koszulki z konstytucją, za skłócanie rządu z rodzicami. Nasz rząd wciąż im podnosi pensję, a oni zamiast podziękować, to naśmiewają się, że zarobki w oświacie rosną tylko dlatego, że średnią nabijają pracownicy MEN, i że sama pani minister też ciągle dostaje podwyżki.  A to przecież gruba bezczelność! Ja sprawdziłam i okazało się, że wynagrodzenie zasadnicze pracowników Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2018 roku wyniosło średnio 4 881,32 zł. Nie liczę premii, bo one są za konkretne zasługi. A jeśli chodzi o Anię, to razem z dietą poselską zarabia rocznie tylko 280 tysięcy. To prawda, że od 2015 r. jej wynagrodzenie urosło ponaddwukrotnie, ale pamiętajmy ile w tym czasie zrobiła dla Polski!

– Ja jeszcze w sprawie tego tysiąca. Sasin powiedział w TVN, że nauczycielom chodzi o dodatkowy tysiąc netto, a zaraz potem Broniarz zaczął wykrzykiwać, że to nieprawda, bo brutto. Uważam, że powinniśmy się trzymać przekazu Jacka. No bo kto jest bardziej wiarygodny: przedstawiciel PiS, czy ZNP? A najlepiej mówić, że nauczyciele żądają tysiąca złotych „do kieszeni”. Broniarz będzie prostował, ale niech to wygląda, jakby nagle zmienił zdanie i teraz się tłumaczy. Trzeba mówić, że niedługo w ZNP będą wybory i tak naprawdę, to nie obchodzą go pensje nauczycieli, tylko chce, żeby znowu go wybrali na przewodniczącego.

– Ja nie rozumiem, czemu cackamy się z tym facetem. Przecież to pezetpeerowski aparatczyk, komuch, który teraz spiknął się z totalną opozycją, chodzi z nimi na wszystkie zadymy i na zdjęciach staje obok Schetyny. A jego ZNP to tak naprawdę komunistyczna organizacja. To jeszcze jedna kasta. Też ich przyjmują na salonach i certolą się z nimi jak z kim dobrym. A przecież wszyscy wiedzą, że strajk to uderzenie w PiS, czyli w demokratyczną władzę. ZNP po prostu szkodzi Polsce. A jeśli szkodzi Polsce, to czemu Ziobro ich jeszcze nie zdelegalizował?

– Z nimi to w ogóle jakaś dziwna sprawa. Żeby tylko chcieli kasy dla siebie, to bym zrozumiał, ale oni jeszcze pokrzykują żeby zwiększyć nakłady na oświatę! O co im chodzi? Przecież wiadomo, że to platformerska hołota i na pewno ot tak nie rezygnowaliby z zarobków, bo przecież nikt im nie zapłaci za czas strajku. Ciekawe, kto ich opłaca, kto za nimi stoi? Również tą sprawa powinien się Zbyszek zająć. Tym bardziej, że ich żądania eskalują. W łódzkich liceach na przykład chcą, żeby było mniej religii, bo niby sal im brakuje dla podwójnego rocznika. To przecież atak na Kościół! Jeszcze trochę i zaczną tam ganiać po szkołach jakieś oszalałe Biedronie!

– Mam taki pomysł: obiecajmy im ten tysiąc, ale po wyborach. Na pewno się zgodzą i zakończą strajk. Jeśli przegramy wybory, to niech się totalni martwią. A jak wygramy, to mamy dwie opcje. Albo ogłosimy, że jedyną możliwością realizacji tego zobowiązania jest rozłożenie go na długoletnie raty, albo damy im ten tysiąc, ale jednocześnie zabierzemy wszystkie dodatki, rozmaite funkcyjne, motywacyjne, rozłąkowe, premie, urlopy zdrowotne i wszystko, czego nie mają inne grupy zawodowe.  Będziemy czyści, bo nie naruszymy porozumienia z ZNP i nauczyciele dostaną swój tysiąc, a w sprawie dodatków przecież się nie umawialiśmy. Wyborcy nas zrozumieją, bo nie lubią, jak inni mają jakieś bonusy, których oni nie mają. A co do nauczycieli, też nie musimy się bać , że skoczą nam do gardeł. Wiecie dlaczego? Bo kiedy teraz zakończą strajk, to od razu zarządzimy przedłużenie roku szkolnego o tyle dni, ile trwał strajk. I wyjdzie na to, że my troszczymy się o wykształcenie i pilnujemy, żeby dzieci nic nie straciły na strajku, a winni zamieszania są nauczyciele. Kiedy szlag trafi rodzinne plany wakacyjne, to rodzice się wściekną i już nigdy nie poprą żadnego protestu ZNP!

– Musimy wytrzymać. Nie wolno poddać się szantażowi. Straszą, ze matur nie będzie. No i co z tego? Wiecie, ilu naszych ludzi nie ma matury, a jak świetnie sobie radzą na ważnych stanowiskach? Straszą, że nie będzie egzaminu ósmoklasisty? No to co? Ogłośmy nabór do liceów na podstawie świadectw. Przecież świadectwa musza wydać, bo rodzice ich zjedzą. Zobaczycie, że w końcu ludzie nas poprą, dotrze do nich, że dajemy nauczycielom, ile tylko możemy. Zrozumieją, że jak ktoś chce zarabiać więcej, niż rząd może mu zapłacić, to powinien zmienić pracę, a nie rozwalać państwo!

– Egzaminy to jednak poważniejszy problem. Uważam, ze musimy je przeprowadzić, choćby nie wiem co. Trzeba coś zdecydować. Zastanawiam się, czy nie dałoby się jakoś zmilitaryzować oświaty na postrach, wziąć choćby tylko część nauczycieli w kamasze. A jednocześnie już myśleć o zastąpieniu nauczycieli. Może zwrócić się do wykładowców z Akademickiego Klubu Obywatelskiego, którzy robią dla nas potrzebne ekspertyzy? Może po cichu ogłosić nabór wśród katechetów i wykładowców na wydziałach teologicznych? Pewnie i wielu studentów dałoby się skusić, jak im dobrze zapłacimy. Co z tego, że nie mają kwalifikacji do egzaminowania na maturze? A nowi sędziowie mają? A nasi członkowie rad nadzorczych, co wiedzą o gospodarce? A Jan Nowak nie nadaje się na prezesa urzędu od danych osobowych? Przecież oni wszyscy wcale nie są fachowcami, a radzą sobie. Z egzaminami też sobie poradzą. Musimy Polakom pokazać siłę, bo jak raz nas złamią, to po kasę przyjdą inni. I ci następni mogą już mieć ze sobą nie tylko plakaty i chorągiewki…

Wynotował: Andrzej Karmiński
 1.04.2019

PS. Poprzedniego dnia na konwencji PiS we Wrocławiu Jarosław Kaczyński objawił się zebranym jako obrońca wszelakich wolności oraz ujawnił, że jego partia to w istocie związek bojowników o wolność i demokrację w kraju i za granicą. Czuję się w obowiązku ostrzec przed próbami zrozumienia, co prezes miał na myśli. Osoby, które w przeszłości próbowały tego dociec, po wyleczeniu musiały się poddać długotrwałej publicznej rehabilitacji.

Dopisek z 2.04.2019

Artykuł pod tytułem „Jak spacyfikować strajk oświatowy” był oczywiście primaaprilisowym żartem.

Co prawda, ten tekst ukazał się na łamach koduj24.pl w przeddzień 1 kwietnia wieczorem (zgodnie z redakcyjnym harmonogramem udostępniania gazety autorom według ustalonej kolejności), ale uważni Czytelnicy mogli w nim dostrzec datę 1.04.2019. Mniej uważni Czytelnicy podzielili się w komentarzach, uznając ten artykuł bądź za relację prawdziwą lub wielce prawdopodobną, bądź za paskudny fake news.

Obie te opinie są uprawnione, bo prawie wszystkie wypowiedzi rzekomych uczestników tajnej narady w siedzibie PiS to autentyczne, trochę tylko skrócone i uładzone stylistycznie wypowiedzi prawdziwych funkcjonariuszy PiS, wygłoszone w rozmaitych okolicznościach i w różnym czasie. Zebrane w jednym miejscu stały się jednak swoistym świadectwem degrengolady naszej obecnej władzy.

W moim zamierzeniu ten primaaprilisowy żart nie miał być zabawny. Był smutny jak nasza polska rzeczywistość. Ale jeśli poruszył Czytelników, jeśli skłonił kogoś do refleksji, jeżeli sprowokował irytację tych, których dotychczas omijały opresje państwa zawłaszczonego przez partię Kaczyńskiego, to myślę, że ta publikacja spełniła swoje zadanie.

 

>>>

Duda: Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent, tylko d..a

28 Mar

Jak informuje RMF FM gorąco było w środę podczas posiedzenia rządu.  W budżecie nie ma wolnych pieniędzy, więc premier zapowiedział radykalnie zwiększenie dziury budżetowej.

To jest trudne do zaakceptowania dla szefowej resortu finansów Teresy Czerwińskiej, która odwołuje się do analiz ostrzegających przed nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym. To oznacza, że spłacanie zaciąganych teraz długów może być bardzo trudne.

W tej sytuacji Czerwińska stanowczo wezwała swoich kolegów z Rady Ministrów do wielomiliardowego zaciskania pasa – ustalili reporterzy RMF FM.

Podkreśliła, że trzeba bardzo roztropnie rozplanować finansowanie obietnic takich jak 500 plus na pierwsze dziecko i 890 złotych jednorazowego dodatku dla emerytów.

Oświadczyła, że chce, by każdy resort znalazł oszczędności. „Każdy minister w swoim resorcie musi być takim „miniministrem” finansów, który znajdzie tę elastyczność podatkową” – tłumaczyła Czerwińska, co wywołało ostre spięcie z szefami resortów.

Każdy z nich boryka się ze swoimi problemami, a niektóre są w dramatycznej sytuacji, jak choćby MEN i nadchodzący strajk nauczycieli.

Nie lepiej jest w ministerstwie zdrowia MON czy MSWiA. Oszczędności oznaczają dla ministrów kłopoty – z podległymi służbami i opinią publiczną.

Trwa rozgrzewka przed najważniejszym meczem w eliminacjach. Na płytę stadionu, którego murawa przypomina kartoflisko, w świetnych nastrojach wybiegają kolejni zawodnicy. Selekcjoner zalecił każdemu z nich pięć skłonów, przysiadów i fikołków, po pięć podbić piłki głową, stojąc na jednej nodze, a na koniec zarządził sprint na pięciometrowym odcinku. Ze względu na kontuzję indywidualnie trenuje reprezentacyjna bramkarka, która pomimo bólu nogi, ręki i głowy w ostatniej fazie rozruchu musi obronić pięć karnych. Tak mniej więcej wygląda obraz przygotowań do zaordynowanego przez prezesa Kaczyńskiego meczu z drużyną, której wartość w kolejnym sezonie wyniesie rekordowe 40 mld zł.

Dziennik Gazeta Prawna pisze dzisiaj, że do ćwiczeń rozciągających doszły szpagaty – “W najbliższych dniach do resortów może trafić pismo nakazujące ministrom szukać rezerw i zastanowić się nad możliwymi cięciami w wydatkach na przyszły rok. Wbrew pozorom możliwości jest sporo” – pisze dziennik. Gazeta zapytała poszczególne ministerstwa, czy coś im wiadomo na ten temat, ale wydźwięk odpowiedzi był negatywny, oprócz MSWiA – “Informacje o które pan pyta, są zawarte w uzasadnieniu do projektu ustawy o jednorazowym świadczeniu pieniężnym dla emerytów i rencistów w 2019 r.” – odpisało biuro prasowe. Emerytura+ dla służb mundurowych ma być sfinansowana z oszczędności MON, MSWiA oraz Ministerstwa Sprawiedliwości.

DGP zawraca uwagę, że wydatki budżetowe urosły od 2015 roku z 331 mld zł do 416 mld zł – “W wielu przypadkach rosły automatycznie, odłożyło się trochę tłuszczu i jest z czego ciąć” – mówi anonimowo osoba z rządu. Gazeta przeprowadziła prosty rachunek – “Gdyby więc ściąć wszystkie wydatki o 1 proc., to oszczędności wyniosłyby 4 mld zł przy 5-proc. cięciu jest już około 20 mld zł. A więc ponad połowę sumy potrzebnej na piątkę” – czytamy. Bogatym łowiskiem, na które prawdopodobnie wybierze się Morawiecki, jest MON i resort pracy, gdzie można wprowadzić korekty w wydatkach na zwalczanie bezrobocia.

Niezawodny Krzysztof Brejza z Platformy Obywatelskiej ujawnił w drugiej połowie ubiegłego roku, że w szczytowym momencie rządy Szydło i Morawieckiego liczyły ponad 120 ministrów i wiceministrów, co było rekordem na tle poprzednich rządów. Jeżeli tego rodzaju tłuszcz miała na myśli osoba z rządu, to można przyklasnąć, ale są duże obawy, że to marzenie ściętej głowy. Prezes Prawa i Sprawiedliwości ściąga swoimi pomysłami same kłopoty na głowy rozpasanych ministrów. Najpierw przyznali sobie gigantyczne nagrody, a pożar, jaki wybuchł, trzeba było gasić pijarowym oddaniem pieniędzy oraz obniżką uposażeń poselskich. Oczywiście do dzisiaj nikt nie wie, czy otrzymane gratyfikacje zostały przekazane na szczytne cele.

Teraz na tapetę do resortów wjechała na sygnale “piątka Kaczyńskiego”, która jak już wiemy, nie została wcześniej policzona i oszacowana, bo dopiero po fakcie zaczęto szukać form sfinansowania wielkiego planu. Naturalnie można bić brawo, jeżeli dojdzie do redukcji wiceministrów, ale są w ministerstwach pola, na których uszczuplenie wydatków może po prostu wywołać jeszcze większy syndrom “dziadostwa państwa”. “Piątka Kaczyńskiego” może stać się niebezpieczna dla sprawnego funkcjonowania państwa, jeżeli dochody budżetowe zaczną spadać. Ale w tym wszystkim może być inny haczyk, którym jest zmiękczenie postawy nauczycieli domagających się podwyżek. Wysłanie sygnału o powszechnej finansowej mobilizacji w ministerstwach jest wyraźną zapowiedzią o dojściu do ekonomicznej ściany.

Przed szczecińskim Sądem Okręgowym rozpoczął się proces Pawła Jackowskiego. Prokuratura oskarżyła go o to, że 29 lipca 2018 r. publicznie znieważył Andrzeja Dudę poprzez „wystawienie na ogólny widok wulgarnego słowa”.

Chodzi o wierszyk ułożony przez Jackowskiego: – „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent, tylko d..a”. W oryginale słowo było napisane w pełnym brzmieniu. Tekst widniał na niedużej tablicy, z którą Jackowski stanął na trasie przejazdu prezydenckiej kolumny. Duda jechał do obozu harcerskiego koło Nowego Warpna nieopodal Szczecina. Policjanci spisali Jackowskiego, a prokuratura postawiła mu zarzut znieważenia prezydenta.

„Zgadzam się, że jest tam dosadne określenie, ale jest to de facto satyryczna rymowanka. Moim zamiarem nie było znieważenie, chciałem jedynie wyrazić swój krytyczny stosunek do sprawowania urzędu przez prezydenta RP, ponieważ uważam, że urąga on stanowisku prezydenta. Sankcjonuje łamanie prawa, niszczy demokrację, łamie Konstytucję” – mówił przed sądem Jackowski. Tłumaczył też, dlaczego użył takiego dosadnego określenia. – „W moim rozumieniu słowo d..a odnosi się do sytuacji beznadziejnej, bez wyjścia, natomiast jeżeli chodzi o osobę, to dotyczy ona kogoś niezaradnego, niepotrafiącego się odnaleźć, osoby bezwolnej, podatnej na wpływ innych, sterowalnej, słuchającej poleceń innych” – stwierdził. Jackowski uważa, że w przyszłości po osądzeniu przez Trybunał Stanu Andrzej Duda powinien znaleźć się w więzieniu.

Dodał, że nie rozumie, dlaczego jego słowa są traktowane jako znieważenie, skoro w przestrzeni publicznej pojawią się bardziej obraźliwe określenia. Jackowski przytaczał słowa Jarosław Kaczyńskiego, który mówił, że „oni stoją tam, gdzie stało ZOMO” czy Joachima Brudzińskiego o „komunistach i złodziejach”. – „Byłem nazywany drugim sortem, elementem animalnym” – podkreślał Jackowski. Sąd odroczył rozprawę do 17 maja, kiedy to zostaną przesłuchani świadkowie.

Waldemar Mystkowski pisze o Donaldzie Tusku w kontekście Brexitu.

Jarosław Gowin zaznał goryczy dotkliwej porażki z Donaldem Tuskiem, gdy zamarzył sobie wystartować na szefa Platformy Obywatelskiej. Nie był to kompromitujący wynik 1:27, jaki na zawsze opisze kompetencje Beaty Szydło i Jacka Saryusza-Wolskiego, niemniej daje pojęcie o walorach profetycznych i intelektualnych obecnego wicepremiera rządu PiS.

Gowin tym razem nie stawia swojej osoby w szranki z obecnym szefem Rady Europejskiej, lecz chętnie postawiłby jakieś pieniądze u bukmachera, aby choć symbolicznie zmierzyć się z Tuskiem. Tym razem Gowin zajmuje się przewidywaniami co do wyborów prezydenckich, twierdząc, że Tusk „wystartuje w wyborach prezydenckich” i właśnie w związku z tym „postawiłby pieniądze” u buka.

Tusk w tej chwili rozgrywa swoją polityczną partię życia, a stawka jej jest zdecydowanie wyższa niż prezydent RP. Były premier jest głównym negocjatorem ws. Brexitu. Tusk prezentuje stanowisko zatrzymania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej i ma poparcie większości Brytyjczyków, w tym 6 milionów, którzy podpisali się pod petycją dotyczącą pozostania ich ojczyzny w UE.

Niezależnie od tego, jak skończy się Brexit, Tusk jest oceniany jako jeden z najważniejszych polityków europejskich, z którym liczą się wielcy tego świata. Do tego Tusk ma świadomość, że Brexit może w czasie wyprzedzać Polexit, wyjście Polski z Unii Europejskiej.

Bardzo wiele wskazuje, że Polexit jest głównym celem polityki PiS, choć Jarosław Kaczyński i jego akolici nie przyznają się do tego, bowiem Polacy są euroentuzjastami. Pisowcy nazywają to inaczej, jak choćby Witold Waszczykowski, który mówi o „drastycznym obniżeniu poziomu zaufania do Unii Europejskiej”.

Jednym z etapów drastycznego obniżenia poziomu zaufania do Unii jest niedawny wyrok pseudo Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wyboru sędziów KRS przez polityków. Ten wyrok zderzy się z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE w tej samej sprawie, acz definiującym inaczej, czy taki KRS jest zgodny z prawem unijnym. Oczywiście, że nie. Będą z tego takie konsekwencje, że Polska rządzona przez PiS poniesie konsekwencje nie tylko polityczne, ale i sankcje finansowe, które nałoży Bruksela.

Tak będzie wyglądało „drastyczne obniżenie poziomu zaufania”. PiS w tej kwestii ma przećwiczoną śpiewkę: „nam się należy”, mimo że ich władza nie trzyma standardów demokracji zachodniej.

A Tusk w sprawie Brexitu ćwiczy możliwość pre-Polexit, który szykuje nam PiS. Oby i w tej kwestii Gowin, a za nim pozostałe marionetki Kaczyńskiego – Szydło, Mateusz Morawiecki et consortes – zaznały goryczy porażki.

Kaczyński, przed sąd! Ty amoralny człeku

27 Mar

„Weryfikacja” – pod takim tytułem ukazał się najnowszy spot wyborczy Platformy Obywatelskiej. Przypomina on kontrowersyjne wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego z ostatnich lat i tym sposobem zachęca Polaków do pójścia na wybory oraz „należytego” głosowania.

Całość zaczyna się od „gołębiej” postawy prezesa, przypominającego o tym, że „rządzący nie dzielą Polaków”, a potem już tylko z górki:

„my jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam gdzie stało ZOMO”- słyszymy. Dalej tylko gorzej i gorzej: „to nie są ludzie, którzy mają sprawne głowy”; „bo jesteśmy panami, w przeciwieństwie do innych”; „najgorszy sort Polaków”; „mordy zdradzieckie, kanalie, aferzyści, gangsterzy” itd.

W tak czytelnej formie Platforma kieruje jasny przekaz do liberalnego wyborcy: „Nie daj się oszukać. Przed nami wielki wybór”- woła.

Kiedyś było może trochę oględniej, ale do historii przeszły negatywne spoty „Oni pójdą na wybory, a ty?”, „schowaj babci beret” itp…

Wszystko dla mobilizacji swojego własnego elektoratu i przyciągnięcia do siebie choć części wyborców niezdecydowanych.

W mediach społecznościowych politycy Koalicji Europejskiej mają używać od dziś hashtagu #WielkiWybór.

„JK nie odebrał wezwania do zwrotu 50 tysięcy. Pomimo dwukrotnego awizo. W przyszłym tygodniu kierujemy sprawę do sądu” – napisał na Twitterze Roman Giertych. Do wpisu dołączył zdjęcie nieodebranej przez Jarosława Kaczyńskiego przesyłki.

Chodzi o zwrot 50 tysięcy złotych, które austriacki biznesmen Gerard Birgfellner przekazał prezesowi PiS. W prokuraturze pod przysięgą Austriak zeznał: – 7.02.2018 r. w godz. 15-17 przekazałem kopertę, a pan Kaczyński z kopertą wszedł do swojego pokoju, gdzie pan Sawicz już siedział. 50 tys. zł w 100 zł banknotach”. Sawicz to ksiądz, członek Rady Fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Jego zgoda była niezbędna, aby spółka Srebrna mogła rozpocząć przygotowania do budowy dwóch wież w Warszawie. 50 tys. zł pochodziło z prywatnych środków Birgfellnera.

 „Może trzeba było napisać Jaśniepan? Dajcie sobie spokój z polskim wymiarem sprawiedliwości pod kierownictwem Zbigniewa ZERO”; – „Na kaczystowskie sądy nie ma co liczyć. Lepiej było od razu zwrócić się do prokuratury w Wiedniu”; – „Należy dostarczyć list przy pomocy gońca. Może odbiorca pomyśli, że to znowu jest kasa i odbierze. Najlepiej w świetle kamer”;

„Miejcie litość dla ,,słońca ” narodu. Chłopina taki ,,niematerialny”, podarte buty, wytarty garnitur… Dajcie spokój, z czego Jarosław ma oddać?”; – „Nie odbiorę Pańskiej przesyłki i co Pan mi zrobisz?” W takim świecie żyje Jarek” – komentowali internauci.

A majowe i jesienne wybory nie będą walką do pierwszej krwi, ale wojną totalną.

Politycy PiS nie atakują osób LGBT i nie wracają do kultu smoleńskiego, bo są nienormalni czy też nagle zwariowali. Pomijając pojedyncze przypadki, nie ma w tym odrobiny szaleństwa i fanatyzmu, wyłącznie czysty pragmatyzm. To strategia – bo zwycięstwo PiS w majowych i jesiennych wyborach zależy głównie od tego, czy PiS uda się przekonać Polaków, żeby zapomnieli o aferach, a skupili na tym, że zagraża nam wojna cywilizacji, najazd zdegenerowanych barbarzyńców, im bardziej mglistych, tym lepiej, przed którymi może obronić nas tylko partia Kaczyńskiego.

Podprogowy przekaz wtłaczany nam już od jakiegoś czasu do głów brzmi w związku z tym mniej więcej tak: „może i nie jesteśmy doskonali, może mamy na sumieniu grzeszki, a nawet duże grzechy, może dopuściliśmy się nepotyzmu, korupcji, załatwialiśmy poza konkursami posady naszym rodzinom i kochankom, ale wciąż tylko my, jesteśmy w stanie obronić Polskę przed demonami, które nadciągają ze zgniłego Zachodu (zwróciliście uwagę jak bardzo ta retoryka przypomina przekaz Putina?). Jeśli na nas nie zagłosujecie, Polska jaką znacie i kochacie przestanie istnieć”.

Oczywiście owi barbarzyńcy za wszelką cenę nie mogą być konkretni, a przeciwnie, bardzo niedookreśleni i mgliści, podobnie jak powodowane przez nich zagrożenia.

Dlatego osoby LGBT, a wcześniej „gender”, „feministki”, „zdrajcy” czy „lewacy” nadają się do tego wręcz idealnie – nie można wskazać nikogo konkretnego, ani żadnej konkretnej rzeczy, którą ten ktoś miałby zrobić. Bo jak się wskaże konkret, to już nie jest tak wesoło. Bo popatrzcie: geje są przecież krwiożerczy i straszni, ale już konkretny Robert Biedroń wydaje się przecież normalnym, miłym facetem i nikt się go nie boi. Feministki niby zgroza, ale jak się spojrzy na jedną czy drugą, to się okazuje, że to miłe babki, mają rodziny, hobby, są kreatywne i wygadane. Zdrajcy i lewacy – niby brzmi groźnie, ale jak się zacznie dociekać kto kogo konkretnie zdradził i co to znaczy lewak i dlaczego ten lewak, nawet gdyby istniał, miałby komuś szkodzić i kto miałby tę szkodę ocenić – to już jakoś trudno sprecyzować.

I o to właśnie chodzi: zagrożenie ma być przerażające, lęk wyborców PiS wszechogarniający i jak to z lękiem bywa, bardzo niekonkretny, bo przy skonkretyzowaniu okazałoby się, jak zawsze, że nie ma się czego bać, oprócz samego strachu.

Prawda jest oczywiście taka, że w Polsce – wyjąwszy rządy PiS – nic nietypowego się nie dzieje. Ludzie żyją, jak żyli, myślą, co myśleli, chodzą do kina, oglądają seriale, wyjeżdżają za granicę, kłócą się i godzą, rodzą, umierają, rozwodzą i żenią. Jest jak było, a nawet coraz bardziej liberalnie, bo kilka ostatnich badań opinii społecznej pokazało, że więcej niż połowa Polaków jest za uzyskaniem przez kobiety prawa do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Pod wpływem tego co wyprawiają księża pedofile i chroniący ich biskupi spada także zaufanie do kościoła. Nie toczy się u nas rzecz jasna również, żaden „spór cywilizacyjny”. Nie istnieje podział na cywilizację życia i śmierci ani obrońców i przeciwników rodziny. To całkowicie sztuczne problemy wymyślone przez zdolnych PR-owców na użytek kampanii wyborczej PiS.

I teraz: przegrana lub zwycięstwo PiS w wyborach zależą od tego, czy opozycja sprawi, że Polacy to dostrzegą, zobaczą kłamstwo, które się im wciska.

Opinia publiczna powinna zrozumieć, że w interesie Jarosława Kaczyńskiego jest odwrócenie uwagi opinii publicznej od jego własnych podejrzanych biznesów, dwóch wież, przywilejów i nieudolności władzy, nepotyzmu, łamania prawa i afer finansowych i korupcyjnych i skierowanie ją na sprawy obyczajowe, które z politycznego punktu widzenia nie są w tym momencie istotne, ale od zawsze wzbudzają ogromne emocje.

Jego determinacja, żeby tak się stało jest ogromna, bo ta kampania wyborcza, to nie tylko dla opozycji, ale także dla PiS wojna o wszystko. Bo majowe i jesienne wybory nie będą wcale, jak sobie to wciąż wielu co bardziej naiwnych komentatorów i polityków  wyobraża, walką do pierwszej krwi, ale wojną totalną.

Wygra ją ten, kto narzuci przeciwnikowi temat kampanii i na kilka miesięcy zawładnie wyobraźnią Polaków, narzuci im o czym mają myśleć, czym ekscytować i czego się bać, w taki sposób, że nawet tego nie zauważą.

Sprawa jest prosta. Opozycja zwycięży, jeśli wyborcy skupią się na aferach finansowych PiS, pedofilii w kościele, która pośrednio uderza też w formację Kaczyńskiego, dwórkach Glapińskiego, domniemanej korupcji Chrzanowskiego, dwóch wieżach Kaczyńskiego, zniknięciu Falenty, przywilejach i bezczelności władzy i olbrzymim deficycie budżetowym. przegra, jeśli pozwoli by w nieskończoność prowadzić głupie dyskusje o LGBT i tym podobnych.

Dlatego z ciekawością obserwuję pojedynek obu partii i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na razie lekko prowadzi PiS.

Owszem, pojedyncze nadużycia PiS budzą oburzenie opinii publicznej, ale opozycja nie potrafi skonstruować z niej spójnej, ciągłej opowieści, którą można by snuć miesiącami. Nie jest w tym, w przeciwieństwie do PiS konsekwentna.

Obserwując dziś scenę polityczną, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wygra nie ten, który ma słuszność, tylko ten, kto lepiej sprzedaje swoją wersję Polski. A przede wszystkim: jest w tym bardziej konsekwentny i ma silniejsze nerwy.

Waldemar Mystkowski o związkach PiS i Kościoła katolickiego.

Nie od dzisiaj Kościół katolicki ma problem sam ze sobą. Stosuje sprawdzoną metodę, najstarszą dialektykę świata. To nie my, pasterze, mamy problem, ale wy, wierni.

Pasterze z Konferencji Episkopatu Polski w poniedziałek zaprezentowali list społeczny w sprawie „głębokich podziałów społecznych, które podzieliły Polaków”. Biskupi w liście „O ład społeczny dla wspólnego dobra” apelują „o dialog o Polsce z udziałem polityków, samorządowców i przedstawicieli klubów parlamentarnych”. W liście biskupi podkreślają wagę dialogu między rządzonymi (wiernymi) a rządzącymi, między sprawującymi władzę a opozycją.

Szybko przyszedł sprawdzian listu biskupów apelujących „O ład społeczny…” Episkopat przyjął oficjalne stanowisko w sprawie strajku nauczycieli. Nauczyciele religii nie mogą brać udziału w proteście, nie mogą angażować się politycznie i „rezygnować z głoszenia ewangelii ze względów ekonomicznych”.

W ten oto sposób biskupi zaprzeczają sami sobie. Apelują o dialog między rządzonymi i rządzącymi, aby następnie stanąć po stronie rządzącego PiS, rządzonym zaś proponować „zrezygnowanie ze strajku ze względów ekonomicznych”.

Troska biskupów apelujących o ład jest nieodmiennie traktowana ewangelicznie, „co cesarskie cesarzowi”, a że w kraju cesarzem jest prezes, więc należy strawestować tę słynną maksymę „co cesarskie prezesowi”.

Nie da się ukryć, że w Polsce mamy sojusz ołtarza z tronem, a dokładnie: sojusz ołtarza z prezesem.

>>>

Donald Tusk kochany przez Brytyjczyków

24 Mar

Zgodnie z wypracowanymi ustaleniami, państwa Unii Europejskiej zgodziły się na warunkowe przesunięcie daty Brexitu na dzień 22 maja. Donald Tusk przyznał zaś, że chciałby, aby Brytyjczycy rozważyli udział w wyborach do Europarlamentu oraz ewentualne wycofanie się z opuszczenia wspólnoty. „Rząd brytyjski nadal będzie miał wybór pomiędzy umową, brakiem umowy, znacznym wydłużeniem albo wycofaniem się z art. 50” – mówił. Przemyślany, mądry ruch oddala wszak ewentualne oskarżenia ze strony Brytyjczyków, jakoby Bruksela dążyła do tzw. twardego Brexitu. Z drugiej strony jest to nadzieja dla milionów obywateli Zjednoczonego Królestwa, którzy coraz głośniej domagają się uszanowania swojego głosu w procesie wychodzenia ich kraju z Unii. To właśnie oni, w liczbie ponad miliona demonstrantów, zgromadzili się wczoraj na 2019 People’s Vote March w Londynie oraz zebrali ponad 4,5 miliona podpisów w sprawie wycofania się z art. 50. Jednym krótkim wpisem Donald Tusk dodał otuchy zebranym. Jak się również okazało, stał się jednym z najważniejszych bohaterów marszu.

Przewodniczący Rady Europejskiej napisał krótkie: „Duma i nadzieja”. Dodany zaś przez niego hashtag można rozumieć podwójnie. Z jednej strony oznacza „Marsz dla siebie”, z drugiej, biorąc pod uwagę liczne przykłady wsparcia dla Donalda Tuska okazane przez maszerujących Brytyjczyków można śmiało zaryzykować stwierdzenie, iż marsz zorganizowano dla poparcia starań i stanowiska polskiego polityka. Wizerunek byłego premiera znalazł się na licznych transparentach, imię zaś jego było na ustach wielu liczących na korzystny dla idei wspólnej Europy scenariusz Brexitu.

 

 

Ciężko nie być pod wrażeniem skali popularności Donalda Tuska na Wyspach. Świadczy o niej choćby liczba pozytywnych komentarzy i podziękowań pod jego wpisem na Twitterze.

“Jeśli uda się powstrzymać ten kretyński brexit, to Tusk stanie się wielki. A wieść o tym dotrze do mas w kraju i prezydenturę będzie miał w kieszeni. Tusk to ostatni “wizerunkowy zasób” RP.” – skomentował trafnie filozof prof. Jan Hartman na Facebook’u.

Profesor Jan Hartman wypowiedział l się na temat przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska w kontekście Brexitu i apelu Brytyjczyków do Tuska ws. powstrzymania rozwodu między Unią Europejską i Wielką Brytanią.

Tusk przywraca wiarę ludzkości w Donaldów! Można mieć wiele pretensji do Tuska (ja mam – o oportunizm wobec kościoła, populistyczne akcje, lekceważenie inteligencji, brutalność w zarządzaniu partią, nierozliczenie PiS), ale to jednak jest niesamowite, że miliony Brytyjczyków pokładają dziś nadzieję w polskim polityku – mówi prof. Jan Hartman

Rozwój sytuacji jest niesamowity. Pro-Brexitowy marsz Nigela Farage’a zorganizowany tego samego dnia zebrał ledwo 200 uczestników, a Donald Tusk, mimo swojej niewdzięcznej roli stał się najlepszym ambasadorem Polski w Wielkiej Brytanii. Ambasadorem kraju, którego obywatele są, niestety, często stawiani jako jeden z głównych czynników, który zadecydował o wyniku brytyjskiego referendum ws. opuszczenia UE. To świadczy też o klasie polityka, który, w przeciwieństwie do Kaczyńskiego i Prawa i Sprawiedliwości, nigdy nie wchodził w polityczny romans z brytyjskimi konserwatystami odpowiedzialnymi za Brexit. Świadczy też o silnej pozycji Polski, jeśli wyłączy się od niej hańbiący rząd.  Co gorsza, żadne zarzekania PiS tego nie zmienią.

Dziś (…) znów istnieje potrzeba czasu nienormalnego. (…) Gdy próbując zohydzić przeciwnika kładzie się na szalę wartości najważniejsze, suwerenność i bezpieczeństwo wynikające z naszej przynależności do Unii Europejskiej, a potem może i Paktu Północnoatlantyckiego, której nie da się pogodzić z niebezpiecznym zbliżeniem z Rosją. Znów aktualne staje się pytanie, czy naprawdę potrzebne jest aż zagrożenie z zewnątrz, groźba utraty suwerenności, a potem walka o jej odzyskanie, żeby było inaczej – pisze Mariusz Urbanek, którego tekst publikujemy za zgodą miesięcznika „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (nr 11/2018).

Historia, jak wiadomo, uczy jednego: nigdy jeszcze nikogo niczego nie nauczyła. Dlatego raczej trudno traktować przypominany z okazji stulecia moment odzyskiwania przez Polskę niepodległości w 1918 roku i późniejszą historię II Rzeczypospolitej jako lekcję. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, przeszłości nie da przepisać przez kalkę.

Z obu publikowanych w tym (11/2018) numerze „Odry” rozmów z biografami Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego wynika jasno, że III (a i IV) Rzeczpospolita lekcji tamtej Polski nie odrobiła. A nawet jeśli próbowała, to odrobiła ją źle. Ale łatwiej spojrzeć na tamtą Polskę z dzisiejszej perspektywy.

Po blisko trzydziestu latach, jakie upłynęły od 1989 roku i odzyskania przez Polskę suwerenności, łatwiej zrozumieć i ocenić to, co stało się sto lat temu. Dlaczego w 1918 udało się niepodległość odzyskać i dlaczego dwadzieścia lat później tak wielu ludziom tak trudno było na siebie patrzeć bez nienawiści.

NA SZCZĘŚCIE BYŁO NIENORMALNIE

Powrót Polski na mapy Europy w listopadzie 1918 był tyleż dziełem przypadku, zbiegu geopolitycznych okoliczności, upadku caratu i wyczerpania się potencjału istnienia tego molocha, jakim była monarchia austro-węgierska, co efektem pracy ludzi, którzy potrafili wznieść się w najważniejszym momencie ponad podziały.

Potrafili zapomnieć o dzielących ich różnicach i uznać istnienie celu ważniejszego, jakim była wolna Polska. Byli pośród nich ci dwaj najważniejsi: Józef Piłsudski i Roman Dmowski, choć nie tylko na pozór różniło ich niemal wszystko. Piłsudski chciał Polski federacyjnej, łączącej w swoich granicach jak Rzeczpospolita Jagiellonów ludzi różnych narodowości, wyznań i języków. Dmowski, oczywiście upraszczając, chciał państwa jednolitego narodowo; akceptował w polskich granicach mniejszości, ale pod warunkiem ich asymilacji. W normalnych czasach projekty tak skrajnie odmienne byłyby nie do pogodzenia.

Na szczęście przez kilka, może nawet kilkanaście miesięcy, było nienormalnie. Piłsudski i Dmowski mimo dzielących ich różnic potrafili wznieść się ponad podziały.

To, co różniło ich przed rokiem 1914, oczywiście nie zniknęło, dalej inaczej wyobrażali sobie Polskę, ale na krótki czas najważniejsze było to, żeby w ogóle powstała, a ci, którzy będą decydować o jej granicach podczas konferencji pokojowej w 1919 roku, zechcieli uznać jej istnienie i granice. Józef Piłsudski musiał uwierzyć, że Dmowski reprezentując Polskę w Paryżu, a potem podpisując traktat wersalski, nie zaprzeczy jego zasługom militarnym. Roman Dmowski zachować się lojalnie wobec człowieka, z którego poglądami przecież się nie zgadzał. I jak bardzo chcielibyśmy tamten czas, tamtych ludzi i ich decyzje idealizować, a przy okazji jubileuszu szalenie o to łatwo, trzeba uznać, że nie było to ani pewne, ani nawet spodziewane. Normą bowiem, także w nieistniejącym państwie, był konflikt, spór, polemiki przeradzające się w podjazdowe wojny.

Z perspektywy jubileuszu trzeba powiedzieć: na szczęście sto lat temu taki nienormalny czas się w historii zdarzył. Zdecydował wspólny cel i konieczność pokonania wspólnego wroga, w dodatku wielogłowego. Bo tylko tak Polska mogła po 123 latach się odrodzić. I to w granicach, które przecież wcale nie były takie oczywiste, jakby to mogło się wydawać dziś. Przekładając to na język czasów bardziej nam współczesnych: kiedy opozycja przed 1989 roku, tak różna przecież, jak tylko można to było sobie wyobrazić, miała jednego wroga i wspólny interes, potrafiła się wznieść ponad podziały. Cel pozwolił zapomnieć o różnicach ludziom o poglądach tak bardzo odmiennych, jak Adam Michnik i Antoni Macierewicz, Jacek Kuroń i Leszek Moczulski, Lech Wałęsa i Andrzej Gwiazda. Nie musieli przywdziewać historycznych masek i stroić się w kostiumy sprzed lat, wystarczyło to, czym różnili się na własny rachunek, to, jakiej Polski chcieli, by ciężko było sobie wyobrazić ich współpracę.

Oni nie pokłócili się później, oni na chwilę przestali się kłócić. Był jednoczący wróg i wspólny cel – to wystarczyło, żeby zachować się nienormalnie.

NA NIESZCZĘŚCIE TRWAŁO TO KRÓTKO

Dzień 11 listopada 1918 to nie tylko data, kiedy coś się w Polsce zaczęło. Tamtego dnia coś się także kończyło. Zaczynała się nowa Polska, ale kończył ten czas niedoskonałej, rachitycznej, kulawej zgody, którą zawarli między sobą ludzie, by wywalczyć Polskę. W jednym momencie wybuchła niepodległość i wielka narodowa awantura. Nareszcie – wielu zapewne zrobiło to z dużą ulgą – można było wyciągnąć ukryte za plecami sztylety i granaty. Sprawiedliwość sprawiedliwością, ale przecież racja powinna być po naszej stronie.

Pierwszy zamach stanu w II Rzeczypospolitej odbył się już w styczniu 1919 roku, pierwszy rząd upadł dwa miesiące po odzyskaniu niepodległości, a pierwsze wolne wybory zostały przez radykałów zbojkotowane. Kolejne gabinety, budowane przez coraz bardziej kulawe i coraz mniej racjonalne koalicje, rozpadały się przeciętnie co siedem miesięcy, a odtwarzały nierzadko w niemal identycznym składzie, za to z totalną krytyką samych siebie na ustach. W Sejmie posłowie zajmowali się głównie wzajemnym obrażaniem. Nazywali się chamami, odsyłali do gnoju, a jeśli już debatowali, to głównie o pieniądzach. Przy co bardziej kontrowersyjnych głosowaniach gdzieś znikali i nagle brakowało quorum.

Karol Irzykowski napisał, że pojęcie ustawodawstwo pochodzi od wody lejącej się obfitym strumieniem z ust posłów. O uchwalonej imponująco szybko – to akurat prawda – konstytucji z marca 1921 pisano, że tym się różni od tej najsłynniejszej z 3 maja 1791, że drugą obchodzi się raz w roku, a tę pierwszą codziennie.

Spory i konflikty zawieszono na krótki moment, gdy na granicach znów stanął wróg, bolszewicka Rosja, szykująca się właśnie do połknięcia Polski na rozgrzewkę przed rozpoczęciem rewolucyjnego marszu przez Europę. Potem jednak wszystko wróciło do normy, do oskarżeń o wyprzedaż Polski, zdradę, realizowanie niepolskich interesów itd. I dojmującej tęsknoty do nienormalności, która tak szybko się skończyła.

CZY PAŃSTWU CZEGOŚ TO NIE PRZYPOMINA?

Właściwie należałoby zapytać, czy aby na pewno niczego to nam nie przypomina. Trzydzieści lat temu „drużyna Wałęsy” też rozpadła się na skłócone partyjki, grupki interesów, kanapowe koterie niemal natychmiast po wyborach 4 czerwca 1989 roku. To prawda, była sklecona z ludzi wywodzących się z różnych opcji, odmiennych światów, nieprzystających do siebie środowisk, ale byli to ludzie świadomi celu do wykonania: mieli pokonać słabnących komunistów i odebrać im władzę. Nie na długo tej świadomości wystarczyło. Kolejne wybory odbyły się w roku 1991, co było uzasadnione wyczerpaniem się kontraktu z komunistami, ale następne, przedterminowe, po zaledwie dwóch latach, kiedy nienawidzące się wzajemnie i skłócone z prezydentem partie postsolidarnościowe oddały władzę tym, którym ledwie cztery lata wcześniej ją odebrały.

Czy zarówno po 1918, jak i po 1989 mogło być inaczej? To nielubiany przez historyków i dość grząski grunt historii alternatywnej, ale doświadczenie współczesne, rozpad „Solidarności”, niepojęte po wcześniejszych doświadczenia doszukiwanie się wroga we własnych szeregach, oskarżenia, wszystko to pokazuje, że nie. Nie mogło.

W skrajnie różnych okoliczności, w odmiennych warunkach, po dwudziestoletnim doświadczeniu wolności, a potem utracie na pół wieku suwerenności, mimo zmiany ustroju, który postawił wszystko na głowie, po 1989 roku pojawiły się te same demony i wszystko się powtórzyło. A więc chyba trzeba, choćby najbardziej niechętnie, przyjąć, że właśnie wtedy zaczęło znów być normalnie. Bo to stan konfliktu jest normalny, co dość nieudolnie próbował w 1990 roku powiedzieć Lecha Wałęsa, mówiąc o demokracji jako nieustającej „wojnie na górze”. Bo nienormalnie jest, gdy przychodzi czas wyciszenia, spokoju, współpracy, gdy na chwilę ciężkie słowa i ostra broń odłożone zostają na później.

 NORMALIZACJA

Lepiej już było, mówią pesymiści. Normalnie też już było, mogliby dodać z rezygnacją cynicy. Ale jeśli z pierwszymi w nieustannym sporze pozostają optymiści, twierdzący, że wszystko przed nami, to z drugimi spierać nie ma się o co, bo po prostu nie mają racji. Nienormalne są te krótkie momenty spokoju, interwały między bardzo długimi okresami wojen i mniejszych konfliktów, gdy wszyscy (no, większość) maszerują w tym samym kierunku. Normalnie jest wcześniej i później, gdy jednocząca siła wspólnego celu i jednego wroga się kończy, znika gdzieś jedyne spoiwo i zwarte szeregi rozpierzchają się błyskawicznie we wszystkich kierunkach.

Fundamentalne staje się więc pytanie, czy rzeczywiście nie możemy obejść się bez zagrożenia? Czy istnienie wroga jest koniecznie potrzebne, by robić coś wspólnie? Wroga koniecznie zewnętrznego, bo zdecydowanie łatwiej wtedy o mobilizację, a przynajmniej jako wróg zewnętrzny postrzeganego.

Nie było co do jego zewnętrzności wątpliwości w latach poprzedzających odzyskanie niepodległości w roku 1918 – w końcu chodziło o zaborców. Ale i w PRL partia komunistyczna, choć przecież złożona z Polaków (z całą pewnością od roku 1956), postrzegana była jako ekspozytura sił zewnętrznych, realizująca polskimi rękami niepolskie interesy. A to wystarczyło, by widzieć w niej wroga i chcieć zburzyć ową wymuszoną brakiem suwerenności „normalność”.

Uspakajanie nastrojów po wstrząsających systemem peerelowskim wystąpieniach robotników w latach 1956, 1970, inteligenckim buncie w roku 1968, po stanie wojennym, nazywano właśnie „normalizacją”. W „bratniej” Czechosłowacji to słowo nabrało po roku 1968 wymiaru wręcz ideologicznego. To zrywy niepodległościowe, bunt, sprzeciw wobec opresji, wspólny cel były czymś nienormalnym, a po ich stłamszeniu wracała upragniona „normalność”.

W NORMALNYM KRAJU

W II RP po wielkiej wojnie, którą potem zaczęto nazywać I światową, przedłużonej nieco o wojnę polsko-bolszewicką, zaczęło się normalne życie. Jak przystało na najzupełniej normalny kraj. Politycy, do niedawna potrafiący przynajmniej taktycznie powściągnąć emocje, mogli wreszcie powiedzieć, co o sobie myślą. Oskarżali się o narodowe zaprzaństwo, donoszenie zaborcom i branie pieniędzy od obcych kontrwywiadów (co zresztą nie tylko w przypadku Piłsudskiego było prawdą). Epitety, jakich używano, niewiele różniły się od tych, których pełne są też gazetowe polemiki w III RP.

Na porządku dziennym byli obłudnicy, bandyci, degeneraci, złodzieje, terroryści, płatne pachołki Niemiec albo Rosji. Marszałek Piłsudski mówił, że może wprowadzić do sejmu nawet trzystu posłów, posługując się tylko jednym hasłem: „Bić kurwy i złodziei”.

Gazety niemal każdego dnia donosiły o skandalach, demaskowały korupcję urzędników państwowych i obyczajowe łajdactwa. Dla ulicy szybko stało się jasne, że krajem rządzą aferzyści, którzy chcą Polskę wyprzedać obcym, albo rozkraść ją i podzielić między siebie. Nie znano jeszcze wtedy pojęcia „spółki nomenklaturowe”, ale afer, które dziś nazywane są prywatyzacyjnymi, było wystarczająco dużo, by dostrzec, że o nie właśnie chodziło. Na czele z najgłośniejszą, dotyczącą majątku ziemskiego Dojlidy. Sprzedanego najpierw za grosze, żeby oszukać Skarb Państwa, a potem podzielonego i rozprzedanego po kawałku z wielkim zyskiem. Karierę szybko zrobił dowcip, żeby lepiej nie zmieniać rządzących, bo ci starzy, jak się już nakradną, zajmą się być może sprawami kraju, a ci nowi będą musieli dopiero nabić sobie kabzy.

Dlatego najskuteczniejszym hasłem wykorzystywanym w kolejnych wyborach była walka z partyjniactwem, grająca na niechęci wyborców do skompromitowanych polityków i tych samych wciąż programów, kryjących się za wymienianymi na potrzeby wyborów szyldami. Nieźle sprzedawały się też deklaracje ograniczenia biurokracji, ukrócenia nomenklatury i powstrzymania nepotyzmu – oczywiście u tych, którzy władzę mieli stracić – oraz obietnice moralnej czystości tych, którzy do niej dopiero aspirowali. W kolejnych wyborach aktorzy odgrywający te role oczywiście zamieniali się miejscami.

 W NORMALNYM KRAJU – CIĄG DALSZY

Nie było jeszcze argumentu zagrożenia uchodźcami, ale strach przed „obcymi”: narodowo i kulturowo był wykorzystywany bez najmniejszych skrupułów. Granie na poczuciu lęku przed bolszewikami, a zwłaszcza przed bolszewikami w najgorszym wydaniu, czyli „żydokomuną”, zawsze dawało wymierne efekty. Wykorzystujące je hasła nie wymagały nawet specjalnego uzasadnienia, bo padały na podatny i żyzny grunt środowisk endeckich.

Ważnym elementem debaty publicznej – mówiąc elegancko, a mniej elegancko: medialnych pyskówek i awantur – było wysługiwanie się przez rządzących Polską klerowi. Ciągłe spory rodziła treść podpisanego przez młode państwo z Watykanem konkordatu, dającego Kościołowi katolickiemu przywileje i rangę niespotykaną w innych krajach europejskich.

W 1938 roku Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego specjalnym okólnikiem zobowiązało nauczycieli do dopasowania programów szkolnych do dogmatów religii katolickiej. A poczynając od połowy lat trzydziestych miarą lojalności nauczycieli wobec państwa było uczestniczenie w nabożeństwach, a nawet kontrolowanie udziału uczniów w spowiedziach.

W ustawie antyaborcyjnej – surowszej niż obecnie obowiązująca – dopuszczono co prawda przerwanie ciąży pochodzącej z przestępstwa i ze względu na zdrowie ciężarnej, ale potem rozporządzenie wydane przez prezydenta Ignacego Mościckiego o wykonywaniu praktyki lekarskiej istotnie te możliwości ograniczyło. Prawo wymagało „zaświadczenia prokuratora stwierdzającego uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała wskutek przestępstwa”, o co wcale nie było łatwo. Zapis o dopuszczalności aborcji z powodu tzw. przyczyn społecznych usunięto po interwencji Episkopatu już na etapie pracy nad projektem ustawy. A i tak praktycznie do końca II RP prawica i Kościół walczyły o wprowadzenie bezwzględnego zakazu aborcji.

Czy to Państwu czegoś nie przypomina?

FORTEPIAN WYNIÓSŁ DO KURNIKA

Aktywny nadzwyczajnie, podobny jest do gościa, który zajechawszy do starego domu, w ciągu jednej nocy poprzestawiał meble od sieni do strychu, skrzynie ze starymi butelkami zaniósł do salonu, fortepian wyniósł do kurnika, sedes klozetowy ustawił w sali jadalnej, łóżeczka dziecinne wyciągnął na mróz, meblami salonowymi zatarasował korytarze i chciał przestawiać dalej.

Zgadną Państwo, o kim to? Przypomina może Państwu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego odzyskującego sądy, nawet gdyby miało to odbyć się kosztem wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej? A może poprzedniego ministra wojny, który chciał oprzeć doktrynę obronną Polski w XXI wieku na pospolitym ruszeniu i prawie mu się udało. Albo któregoś z ministrów spraw zagranicznych, za których sprawą wizerunek Polski w świecie i Europie przypomina coraz bardziej karykaturę i to w dodatku autorstwa bardzo słabego karykaturzysty. Czy też, strach pomyśleć, przywodzi Państwu ów opis na myśl szefa rządu? A może po prostu któregoś z szeregowych posłów? Bo raczej nie prezydenta, za dużo w tym zdaniu samodzielności, aktywności, za dużo ruchu i ani jednego podpisu.

Może jednak jest wręcz przeciwnie? Cytowany opis został wzięty z komentarza telewizji rządowej i opisuje czasy partii rządzącej aż osiem lat, by ostatecznie zostawić Polskę w ruinie? Albo ze spotu opublikowanego tuż przed wyborami przez sztab wyborczy partii sterującej obecnie nawą państwową?

Otóż nic z tego, takimi słowami, wyjętymi jak mogłoby się wydawać z komentarza opublikowanego w ostatni weekend – nieważne w dodatku w gazecie której opcji – Stanisław Cat-Mackiewicz w latach trzydziestych opisywał braci Jędrzejewiczów, Janusza i Wacława (nie byli bliźniakami), którzy pełnili bezpośrednio po sobie urząd ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, a pierwszy był także premierem. Mówiło się w II RP, że tylko jedno może marszałkowi Piłsudskiemu spędzić sen z oczu. Nagłe zmaterializowanie się trzeciego Jędrzejewicza.

BOLESNE DÉJÀ VU

Zestawianie wydarzeń, które miały miejsce w II Rzeczypospolitej po roku 1918 i w III RP po roku 1989, jest kuszące, ale może prowadzić do dość nachalnej i nieprawdziwej w istocie symetryzacji, czyli na manowce. Bo można zabawić się w zestawienia afer, używanego języka, stosunku do sądownictwa, porównywać reformy szkolnictwa ministra Jędrzejewicza (Janusza) z deformami minister Anny Zalewskiej i oba obrazki zaczną niebezpiecznie do siebie pasować.

Oczywiście nieco gorzej będzie, gdy zaczniemy się przyglądać szczegółom, bo wtedy już część puzzli trzeba będzie odrzucić, choć i tak wrażenie pozostanie przeżywanego dość bolesnego déjà vu.

Z drugiej strony, nietrudno znaleźć argumenty, że III RP do tej z lat 1918-1939 na szczęście jeszcze daleko i lepiej odrzucić wszelkie analogie, skoro przecież po roku 1989 nie było ani zbrojnego przejęcia władzy, ani nie sadza się posłów opozycji do więzień. Nie zamordowano też prezydenta, choć oskarżenia kierowane przez polityków prawicy – także tych poważnych – pod adresem politycznych przeciwników o spisek, który doprowadził do katastrofy smoleńskiej, niebezpiecznie się do takich porównań zbliżają. Być może postawienie kropki nad uniemożliwia jedynie fakt, że to prezydent Gabriel Narutowicz był oskarżany o sprzyjanie „obcym”, a malarz Eligiusz Niewiadomski był patriotą i Polakiem najczystszej narodowej krwi.

Nie mówi się jeszcze nawet o rozwiązaniu parlamentu i zawieszeniu demokracji. Oczywiście na razie nie ma powodu, by sejm rozwiązywać, ale przy ewentualnych niekorzystnych dla rządzących tendencjach, perspektywie przegrania wyborów parlamentarnych za rok, może się okazać, że ktoś uzna, iż właśnie takie rozwiązanie jest niezbędne, po to, by dalej było „normalnie”! Bo nienormalność jest zawsze podejrzana.

CZY NAPRAWDĘ POTRZEBNY JEST WRÓG?

Po powrocie do normalności, czyli permanentnej „wojny na górze”, sytuacja w II RP sprowadzała się do codziennego poszukiwania wroga. Zwykle zresztą w podobnej sytuacji nie trzeba go daleko szukać.

Podział na dwa wielkie, skonfliktowane obozy trwał przez całe dwudziestolecie. Ogólnokrajowa polityka żyła awanturą.

Rząd dusz w wielu środowiskach inteligenckich i na wyższych uczelniach sprawowała endecja, polityczną władzę po przejęciu jej siłą w maju 1926 roku – sanacja. Ale nawet gdy pierwsi zdobywali w wyborach najwięcej głosów, to nie byli w stanie objąć rządów, bo brakowało im koalicjantów. A nigdy nie dysponowali wystarczającą siłą, a pewnie i determinacją, by jak Piłsudski odwojować władzę zbrojnie.

Najważniejsze zresztą, że było normalnie, znajomo: przedtem i potem. Wszyscy wiedzieli, co robić i mówić, i wszystkim to pasowało. Czy tęsknili do tego szczególnego momentu, gdy świat zawirował i było być może nienormalnie, ale za to z jakim skutkiem! Prawdopodobnie nie, niewiele w każdym razie na to wskazuje. A jeśli nawet pamiętali, to szybko zapomnieli. A potem przyszedł rok 1939 i okazało się za późno. Owszem, pojawił się wróg, spełniony został warunek konieczny, by wreszcie zaczęło być nienormalnie, ale jak zwykle było już za późno.

Dziś, co było świetnie widać w ostatnich tygodniach kampanii wyborczej, znów istnieje potrzeba czasu nienormalnego. Czasu, który powstrzyma szaleństwo nienawidzących się partyjnych bloków i ich liderów. Gdy próbując zohydzić przeciwnika kładzie się na szalę wartości najważniejsze, suwerenność i bezpieczeństwo wynikające z naszej przynależności do Unii Europejskiej, a potem może i Paktu Północnoatlantyckiego, której nie da się pogodzić z niebezpiecznym zbliżeniem z Rosją. Znów aktualne staje się pytanie, czy naprawdę potrzebne jest aż zagrożenie z zewnątrz, groźba utraty suwerenności, a potem walka o jej odzyskanie, żeby było inaczej? Nienormalnie.

Wtedy o nienormalność jest łatwo, a przynajmniej łatwiej, ale jej koszty są dużo większe. Co piszę ze świadomością, że historia uczy tylko jednego. Że jeszcze nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

PiS: banda ordynarnych i patologicznych kłamców, że aż mdli

23 Mar

„Piszę w pilnej sprawie do ważnej minister. Odpisuje mi, że odpisze, jak usmaży naleśniki i na potwierdzenie wysyła zdjęcie. Na tym polega piękno Polski. Naleśniki (rodzina, macierzyństwo, ojcostwo…) są najważniejsze. Wpis jak najbardziej serio, choć wielu go nie zrozumie” – poinformował na Twitterze Jarosław Gowin. Tylko dla porządku przypominamy, że to wicepremier oraz minister nauki i w rządzie PiS, no, ale grunt to mieć „właściwe” priorytety.

Większość internautów krytykowała wpis Gowina: – „Ku**rwa! Ale żeby i z naleśników zrobić Naleśniki Narodowe?”; – „Ja nigdy nie zakumam jak działa ich ta logika. Nawet żarcie ma orientację”;

„Naleśniki, rodzina, macierzyństwo, ojcostwo? Serio? Naleśniki, Honor, Ojczyzna! Co wy ćpacie?”; – „Nie zrozumiałem od razu się przyznaje. Naleśniki jako przejaw przywiązania do polskości i rodziny??? A dlaczego nie placki ziemniaczane?”.

Zwracali też uwagę na jeszcze jeden aspekt: – „Ależ rozumiemy. Gdyby nawet wybuchła wojna albo gdyby kraj stał się bankrutem, na pierwszym miejscu będą naleśniki jako uosobienie ojcostwa, a potem bieżące wydarzenia”; – „Rodzinie nic nie będzie, jak naleśniki zostaną usmażone 5 minut później. Zresztą smażenie może dokończyć mąż. Jeśli dla minister ważniejsze są jakieś naleśniki, to niech się poda do dymisji – będzie mogła smażyć od rana do wieczora”;

„Przez wasz stosunek do polityki nabrałem cynizmu, więc ja tę sytuacje interpretuje tak: W ważnej sprawie pisze Pan do ważnej osoby, a ona ma w D sprawy PL woli sobie usmażyć naleśnika. Proszę sobie wyobrazić, jakby coś takiego ta kobieta zrobiła w prywatnej firmie… wyleciałaby na zbity pysk, a przecież my tę kobietę zatrudniamy. Zresztą Pana również, więc proszę nie błaznować takimi wpisami”.

Przedstawiciele rządu od wielu dni zajmują się dementowaniem informacji o tym, że minister finansów Teresa Czerwińska podała się do dymisji w związku z tzw. piątką PiS. Premier i rzeczniczka rządu utrzymują, że to fake news. Więcej w artykule „Czerwińska podała się do dymisji. Szef rządu jej nie przyjął”.

Teresa Czerwińska od trzech tygodni nie pojawia się na posiedzeniach rządu. Minister w Kancelarii Premiera Jacek Sasin w Polsat News „tłumaczył”, co się z nią dzieje. – „Jakieś kilka dni temu miałem ostatni raz kontakt z minister finansów. Rozmawiałem telefonicznie. Pani minister, nawet jak jest na L4, to odbiera telefony” – powiedział Suski.

A wcześniej przekonywał, że Czerwińska „ma też różnego rodzaju inne zadania, nie tylko w Polsce, ale i za granicą”. Sama minister finansów nie odniosła się do informacji na swój temat.

Według informatorów „Gazety Wyborczej”, Czerwińska odejdzie z rządu za kilka tygodni, by „zminimalizować niekorzystny dla PiS efekt wizerunkowy”. – „Piątka Kaczyńskiego” nie przyniosła w sondażach oszałamiającego efektu, nie ma huraoptymizmu, a odejście szefowej finansów w proteście przeciwko naszym sztandarowym postulatom byłoby katastrofą” – powiedział jeden z polityków PiS w rozmowie z „GW”.

A pracownik resortu finansów dodał: – „Czerwińska wie, że ma jedno nazwisko, jest ekspertką, nie uprawia polityki. To ekonomistka z krwi i kości, tym się różni od premiera Morawieckiego, który de facto jest historykiem”.

Im bliżej wyborów, tym bardziej PiS chce przekonać Polaków, że wróg nie śpi, wróg czuwa i tylko Zjednoczona Prawica jest w stanie zapewnić narodowi bezpieczeństwo.

Od nadmiaru wrogów już mi się miesza w głowie i popadam w paranoję. Nawet, gdy idę wyrzucić śmieci, patrzę podejrzliwie na mijających mnie ludzi, bo może któryś z nich to właśnie ten wróg, przed którymi ostrzega prezes Kaczyński? I jak tu żyć, gdy w każdej chwili może dopaść mnie ktoś, komu nie podoba się moja polskość i mój mesjanizm narodowy?

Wrogiem jest cała opozycja i ci, którzy nie zasługują na miano prawdziwego Polaka. Od ponad trzech lat, intrygują, spiskują, nastawiają świat przeciwko polskiej demokracji, o którą tak przecież dba partia rządząca. Partie opozycyjne są antypolskie, reprezentują tylko interesy byłych „komuchów”, chcą zniszczyć polski Kościół, polską tożsamość, polską państwowość. Wpędzili kraj w ruinę, nakradli, ile się tylko dało, a teraz tylko czekają, by wrócić do władzy i dokończyć dzieła zniszczenia.

Mają wsparcie opozycji ulicznej, która nie wie, co to prawdziwy patriotyzm. Pęta się ona po ulicach miast i miasteczek, atakuje Kościół za wydumany problem pedofilii, a w głowie ma tylko interes jakiejś „żydokomuny”, „lewactwa” i kasę, od której tak praworządna i sprawiedliwa partia ją odcięła. Miesza w głowach, przeszkadza w utrwalaniu dobrej władzy i „dobrej zmiany”, ale spokojnie. Narodzie – nie bój się, bo dopóki prezes rządzi to taka opozycja nic nie zdziała.

Wrogiem są nauczyciele, którzy planują wielki strajk. No jak tak można? Biedne dzieciaczki, złożone na ołtarzu ofiarnym w imię wygórowanych żądań niedouków, którym się w głowach poprzewracało. A niech się wezmą za reprodukcję, to im kasy przybędzie. A niech sobie wskoczą na zerowy podatek, a nie godziwa pensja im się marzy. Rząd ma ważniejsze wydatki, więc niech nauczyciele nie podskakują. Zawsze można zastąpić ich wierną gwardią, która uważa, że do dobrego nauczania wystarczy wiedza na poziomie podstawowym i internet, a nauczyciel to jakiś, nikomu już niepotrzebny, archaizm.

Do worka z wrogami wrzucone są też osoby niepełnosprawne i ich opiekunowie. No, tym to się dopiero w głowach pomieszało. Państwo tak o nich dba, trzyma ich w domach, by żadna krzywda ich nie spotkała, nie daje na leki, bo po co mają coś przedawkować i gorzej się poczuć, a oni i tak niezadowoleni. W końcu rodzina to priorytet, więc po co jakiś dodatkowy opiekun, by mamusia mogła od czasu do czasu urwać się z domu, po co dodatkowa kasa na jakieś kino czy teatr, po co nauczanie integracyjne w szkole. Osoba niepełnosprawna ma siedzieć w czterech ścianach, jej opiekunowie mają jej towarzyszyć, bo miłość rodzicielska wymaga poświęcenia, bo o taką miłość walczy PiS i nie odpuści. Godność i prawo do normalnego życia? No bez przesady, tak jak jest, jest dobrze. W pierwszej kolejności PiS musi przecież zadbać o zarodki, o zabezpieczenie bytu rodzinom wielodzietnym, bo tego wymaga od nich przyzwoitość, Kościół i wiara, że partia wie najlepiej, ile i komu dać.

Również co niektórzy rolnicy załapują się na miano wroga. Porozrzucali jabłka w stolicy, popalili opony, zablokowali drogi, ależ to paskudy. I o co im chodzi? Wymyślają jakieś problemy, bo jak nazwać ich pretensje, że rynek rolny jest zagrożony ekspansją towarów z zagranicy, że nie mogą już liczyć na godziwe stawki za swoje produkty, coraz mniej jest dopłat, spadają stawki odszkodowań za straty w uprawach, a do tego ten nieszczęsny wirus afrykańskiego pomoru świń i brak wsparcia ze strony rządu na przykład w kwestii bioasekuracji. Dla PiS-u to wszystko jeden wielki pic, bo tak naprawdę chodzi o zamach na władzę, na Polskę. Ci rolnicy to spady poprzedniej epoki, która już powinna być zapomniana, a pisowska kraina nie może sobie pozwolić, by tacy szkodnicy wciąż funkcjonowali, żerując na zdrowym organizmie prezesa i spółki.

Wrogami są lekarze, którzy buntują się coraz bardziej i nie chcą pracować w takich warunkach, jakie im stworzył PiS ani za takie pieniądze. Wrogiem są pielęgniarki, te bezduszne istoty, odchodzące od łóżek i pozostawiające chorych własnemu losowi. Wrogami są samorządowcy, ludzie kultury i sztuki, profesorowie, których prezes Kaczyński nazywa wykształciuchami, bo nie zasługują na miano elity intelektualnej dzisiejszej Polski. Wrogami są osoby o innej orientacji seksualnej, bo to przecież zboczeńcy i pedofile, czyhające na dzieciaczki już od momentu ich poczęcia. To imigranci, odbierający pracę prawdziwym Polakom i tylko marzący o jakimś zamachu terrorystycznym. To ja, bo nie pieję z zachwytu, nie daję się zaszufladkować i przynoszę wstyd swojej uczelni (jak mi powiedział jeden z kolegów, co to odnalazł się w PiS-ie). To również Ty, bo wciąż opierasz się pisowskiej propagandzie chwały i sukcesu.

Wrogowie czają się też poza naszymi granicami. Wredna Rosja, która tylko marzy, by zrobić z nas kolejny już raz, swoją republikę. Ukraina, pozwalająca czcić Banderę i ma swoich narodowców, którzy naszym do pięt nie dorastają i są po prostu źli. Francja, bo śmie nas krytykować, choć to od nas nauczyła się posługiwać nożem i widelcem, Niemcy, bo wiszą nam mnóstwo kasy, Izrael, wciąż wmawiający nam jakieś winy za Holokaust. Litwa, bo nie lubi naszej Polonii, no i Unia Europejska, która nie chce tańczyć tak jak PiS jej zagra. Białoruś, wiadomo, przedłużenie Putina, Czechy nas nie wspierają, Słowacja idzie swoją drogą, Węgry też nie do końca są lojalni. Za chwilę do listy wrogów dołączą Stany Zjednoczone. My tak USA i Trumpa kochamy, a on zapiera się i nie chce nam odpuścić tych nieszczęsnych wiz, każe sobie słono płacić za wojska amerykańskie, stacjonujące w Polsce i zapomina o stworzeniu stałej bazy.

Obłęd narasta. Już sama nie wiem, kto wróg, a kto przyjaciel. Do kogo mogę się uśmiechnąć, a kogo walnąć w łeb. Nawet na swojego kota, który właśnie leży mi na kolanach i mruczy, patrzę lekko wykrzywionym przez to pisowskie gadanie, okiem i zastanawiam się, czy i on znajdzie się na liście wrogów… Ratunku!!!!

Kurwizyjne kłamstwo ma jak zwykle krótkie, kacze nogi. Tyle że 2 mln cepów, które każdego dnia wyjaławia sobie mózgi propagandą TVPis, już ma zakodowane, że jest zajebiście, rząd płaci średnio pińć tysi, a nauczyciele to roszczeniowi wrogowie podłej zmiany i ludowej ojczyzny.

Morawiecki potraktowany przez Kaczyńskiego jak przydupas

22 Mar

Miało być tak pięknie. Uszczęśliwiony „piątką Jarosława Kaczyńskiego” naród dostał wyraźny przekaz, kto zapewni mu dobre życie i na kogo należy zagłosować w zbliżających się wyborach parlamentarnych. Zjednoczona Prawica kupuje więc sobie głosy i rządzi kolejne cztery lata. Ech, jest wspaniale, a jednak okazało się, że nie wszystkich ten plan partii rządzącej zachwycił.

Minister finansów, Teresa Czerwińska już od pewnego czasu skarży się swoim współpracownikom, że nie ma żadnego wpływu na decyzje budżetowe, choć to ona ponosi za nie całkowitą odpowiedzialność, a teraz wyskoczyła ta nieszczęsna „piątka”, do której ma ona spore zastrzeżenia. Według niej, realizacja tego projektu to złamanie tzw. reguły wydatkowej, która zakłada, że wydatki publiczne mogą wzrosnąć w danym roku tylko o tryle, o ile wzrośnie gospodarka, a tu przecież mowa o 40 mld. zł. Pani minister nie chce firmować tego posunięcia swoją osobą, więc oddała się do dyspozycji premiera. Najprawdopodobniej Morawiecki nie przyjmie jej dymisji, bo to oznaczałoby to przyznanie, że na „piątkę” brakuje pieniędzy.

Członkowie rządu nie ukrywają, że stanowisko pani minister szkodzi partii, a ona sama jest bardzo oszczędna w komentowaniu sprawy. Mówi tylko, że „przedstawione plany (…) wymagają przeglądu zarówno strony dochodowej, jak i wydatkowej budżetu, sposobów racjonalizacji pozostałych wydatków”.

Czy rozmowa premiera z prezesem PiS cokolwiek zmieni? Czy uda się przekonać Teresę Czerwińską, by jednak przymknęła oczy i za tekę ministra, sprzedała swoje poczucie przyzwoitości i uczciwości? Czas pokaże…