Tag Archives: bracia Karnowscy

Karnowscy w sieci szujstwa, Morawieckiego wyczyny krętactwa, smogiem chcą nas zabić. Z życia pasqud (6)

1 Lip

„Mam nadzieję, że za takie okładki Karnowscy doczekają się wreszcie kary. To już przechodzi ludzkie pojęcie, do jakiego stopnia można się upodlić, żeby przypodobać się PiSowi. Prezydent Gdańska wybrało 84% mieszkańców. Zestawiać nas ze swastyką?” – tak jedna z internautek podsumowała okładkę najnowszego wydania prawicowego tygodnia „Sieci”. Redaktorem naczelnym pisma jest Jacek Karnowski, a jego brat Michał (poza publikowaniem w nim tekstów) zasiada we władzach spółki Fratria, która pismo wydaje.

Na okładce najnowszego numeru tygodnika widnieją fotografie prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, jej poprzednika, zamordowanego w styczniu tego roku Pawła Adamowicza oraz Donalda Tuska. Otoczeni są m.in. flagami ze swastykami, a tytuł głosi: „Czy Gdańsk chce do Niemiec?”.

„To z bezsilności. Gdańsk ich uwiera! To wolne Miasto wolnych Ludzi i nie mogą nic z tym zrobić. Wiedzą, że jak spróbują na siłę – będzie jak z poprzednią komuną. Potkną się, połamią sobie te spróchniałe kły i skończą na śmietniku. Prawdziwi Polacy potrzebują Gdańska jak powietrza”;

„Gdańsk do Niemiec, Wy do Tworek”; – „Tak sobie pomyślałem że przejęcie terenu Westerplatte ma służyć temu, żeby w przyszłości postawić posąg naszego świetlistego wodza JK i okaże się, że to on wywołał, a potem wygrał wojnę i rozgromił III Rzeszę”; – „Władze Gdańska powinny bez żadnej zwłoki złożyć pozew o takie odszkodowanie, dzięki któremu bracia ciągnący państwowe pieniądze do końca życia będą tylko rozwozić gazety” – komentowali internauci.

Polska w ruinie, zwijanie państwa, konieczność reindustrializacji gospodarki, państwo teoretyczne, czy najdroższe drogi świata – tak od lat propaganda kolportowana przez zwolenników i funkcjonariuszy medialnej “dobrej zmiany” mówi o działaniach w obszarze infrastruktury w czasie rządów koalicji PO-PSL.  Tak samo często politycy PiS przekonują, że teraz jest inaczej, że poprzednicy mogliby od nich uczyć się skutecznego zarządzania, że dopiero teraz wykorzystywane są wszystkie możliwości. Tyle tylko, że to pic na wodę. Nie jest przypadkiem, że Mateusz Morawiecki to właśnie w kwestii budowania dróg przez ekipę Donalda Tuska i Ewy Kopacz został skarcony przez sąd w trybie wyborczym. Dziś szczegółowe dane, pokazujące przepaść w skali “Polski w budowie” tj. wielkiego programu budowy infrastruktury drogowej pokazała na Twitterze Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

Okazuje się, że tempo przyrostu dróg szybkiego ruchu i autostrad radykalnie spadło w czasie ostatnich dwóch lat rządów PiS. Jak wynika z oficjalnych odpowiedzi z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, łączna liczba kilometrów autostrad w Polsce zwiększyła się 3-krotnie (z 535 km do 1 638 km), a dróg ekspresowych aż 11-ktrotnie (z 190 km do 2092 km) między 2004 r. a 2018 r. Najwięcej nowych autostrad oddano do użytku w 2011 r. – 210 km i w 2012 r. – prawie 241 km. Między 2017 r. a czerwcem 2019 r. nie oddano do użytku ani jednego kilometra autostrady!

Zestawienie danych dotyczących budowy dróg i autostrad w Polsce skomentował poseł PO Sławomir Neumann, który zauważył, że te kilometry autostrad, dróg ekspresowych i dróg krajowych, które w zestawieniu wliczone zostały “na konto” dobrej zmiany to w olbrzymiej części dokończenie inwestycji przygotowanych i podpisanych za rządów PO-PSL, co tylko jeszcze wydatniej pokazuje, jak bardzo PiS skapitulowało w tym obszarze. Polityk opozycji zwrócił także uwagę, że dużą determinację w załatwianiu dróg lokalnych w zasadzie wykazał jedynie w przypadku budowy drogi w Brzeszczach, z której teraz korzystać może mieszkająca tam Beata Szydło.

Pozostaje jedynie zadać sobie pytanie, na ile szybciej mogłaby się dziś rozwijać polska gospodarka, gdyby owoców jej wzrostu nie wykorzystywano do kupowania wyborców w szeregu programów socjalnych tylko inwestowano w polepszanie warunków prowadzenia polskich biznesów. Moglibyśmy skorzystać wszyscy, korzystają jedynie nieliczni. Oto państwo PiS w pigułce.

Komisja Europejska nie będzie spotykać się już z polskim rządem i pracować nad zmianą programu „Czyste powietrze”. W praktyce oznacza to, że z 4 mln pieców na węgiel uda nam się zlikwidować niewielki procent.

Nie ma zgody Komisji Europejskiej na kontynuowanie unijnej pomocy przy programie „Czyste powietrze”  – dowiedziała się „Wyborcza”. Informacja z Komisji o tym, że nie spotka się z polską stroną i odwołuje Komitet Sterujący, trafiła już do przedstawicieli polskiego rządu, Banku Światowego, samorządowców, niezależnych ekspertów oraz urzędników Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska.

Komitet Sterujący to instytucja powołana przez polski rząd i KE do podejmowania strategicznych decyzji dotyczących „Czystego powietrza”. Najbliższe spotkanie, na którym miały zapaść finalne decyzje dotyczące reformy programu, miało odbyć się 4 lipca.

– To spotkanie nie ma sensu, Komisja straciła cierpliwość. Od pół roku strona polska nie podejmowała żadnych decyzji niezbędnych dla reformy programu – tak nieoficjalnie unijni eksperci komentują swoją decyzję.

KE miała zastrzeżenia do realizacji programu

Nim ją podjęli, Marc Lemaitre, dyrektor generalny KE ds. polityki regionalnej i miejskiej, wysłał do polskiego rządu list. Opisaliśmy go 19 czerwca. Lemaitre podkreślał w nim, że obecnie program nie kwalifikuje się do uzyskania unijnych funduszy i „stanowi ryzyko utraty reputacji dla Komisji, Banku Światowego i polskiego rządu”. KE dała ultimatum: albo strona polska zreformuje program i dysponowanie pieniędzmi na wymianę pieców na węgiel odda w ręce samorządów i banków komercyjnych (dziś zarządza nimi tylko NFOŚ podległy ministrowi środowiska), albo Unia na program pieniędzy nie da.

Liczone na ponad dziesięć lat „Cp” jest warte ok. 35 mld euro. Za te pieniądze ma zostać wymienionych 4 mln kopciuchów i docieplone budynki. Celem jest ograniczenie smogu, którego głównym źródłem są domy opalane węglem.

Unia w najbliższej perspektywie finansowej 2021-27 zamierzała dołożyć Polsce miliardy euro na walkę ze smogiem i gotowa była też przekazać niewykorzystane środki z obecnej perspektywy. Bez tych pieniędzy programu nie uda się zrealizować. Obecnie bowiem NFOŚ dysponuje ok. 1 mld zł na „Cp”. W przyszłym roku publicznych pieniędzy będzie ok. 2,5 mld. zł.

Lemaitre dał rządowi na odpowiedź czas do 21 czerwca i wezwał do zorganizowania przed 4 lipca spotkania najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za „Cp”.

PiS nie widział problemu

Do spotkania jednak nie doszło, a minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński, który miał je zorganizować, w mailu do „Wyborczej” przekonuje, że KE nie postawiła polskiej stronie żadnego ultimatum, lecz zapytała grzecznie, czy „polska strona wyraża chęć kontynuowania wsparcia Banku Światowego w realizacji programu” i dalszej współpracy.

Co więcej, jak udało nam się dowiedzieć, oficjalna odpowiedź ministra Kwiecińskiego KE jest lakoniczna. Resort zaznacza w niej jedynie, że Polska jest zdeterminowana, by walczyć ze smogiem.
To jeszcze bardziej zirytowało europejskich ekspertów KE i Banku Światowego, którzy od początku roku przyjeżdżali na spotkania z rządem i na podstawie analiz BŚ wskazywali, co zrobić, by poprawić niedziałający dziś program. Szacuje się, że na dotychczasową pomoc przy flagowym programie PiS KE wydała ok. 1 miliona euro.

Mimo to flagowy program PiS, którym premier Mateusz Morawiecki chwalił się w 2018 r., został źle przygotowany i jest dziś źle realizowany.

Miliony kopciuchów w Polsce

Program „Czyste powietrze” zakłada, że w ciągu najbliższej dekady zlikwidujemy 4 mln kopciuchów dymiących w polskich domach i docieplimy przestarzałe budynki, z których na potęgę ucieka ciepło. Mieszkają w nich głównie ludzie dotknięci ubóstwem energetycznym – ci, których nie stać na ekologiczne ogrzewanie, nie mają możliwości jego podłączenia, bo w pobliżu ich domów nie biegną sieci ciepłownicze i gazowe, oraz ci, których nie stać na termomodernizację budynków, przez co płacą znacznie wyższe rachunki za ogrzewanie.

Premier Morawiecki, ogłaszając program, zapowiadał, że na jego realizację potrzebnych jest ponad 100 mld zł. Skąd te pieniądze?

Unia miała sypnąć pieniędzmi

Mają pochodzić z budżetu państwa, z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i wojewódzkich funduszy ochrony środowiska, przychodów w ramach handlu emisjami (ETS), a przede wszystkim z funduszy unijnych. Ochrona środowiska będzie bowiem w najbliższej perspektywie unijnej 2021-27 jednym z głównych priorytetów, a ponieważ program „Czyste powietrze” miał być największym programem modernizacji budynków, na jego realizację pieniądze miały dotrzeć do Polski już teraz – niewykorzystane w ramach obecnej perspektywy.

Aby jednak otrzymać pieniądze z UE, program musi być dostosowany do unijnych przepisów i wytycznych. Dlatego Komisja Europejska, od momentu gdy program „Czyste powietrze” został przygotowany, wyliczała jego błędy i wzywała do jego reformy. Po pierwsze, resort środowiska zapisał w nim, że przestarzałe kopciuchy zatruwające powietrze będą mogły być wymieniane na inne kotły na węgiel, tyle że nowoczesne, oraz że dopuszczalne jest montowanie pieców węglowych w nowo budowanych domach. To jasno kłóci się z polityką UE, która nie finansuje i nie wspiera żadnych inwestycji opartych na paliwach kopalnych.

Po drugie, eksperci Banku Światowego wyliczyli, że w ciągu roku musi być likwidowane ok. 400 tys. kopciuchów, by osiągnąć cel programu i prawidłowo wydatkować pieniądze. Dlatego – wzywali eksperci BŚ – realizacją programu powinny zająć się samorządy (tak jak np. programem 500 plus) i banki komercyjne. To one powinny przyjmować wnioski o dotacje i udzielać dofinansowania. MŚ jednak od miesięcy upiera się, by pieniędzmi zarządzał jedynie NFOŚ poprzez fundusze wojewódzkie. To doprowadziło do zastoju w programie i zamiast kilkuset udzielonych dotacji po dziesięciu miesiącach trwania programu udzielono ich niewiele ponad 20 tys., a kolejne prawie 60 tys. czeka w długiej kolejce.

Unia mówi koniec

Dlatego po miesiącach prób współpracy KE mówi dość współpracy z polskim rządem. Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego Kowalskiego?

Dotychczas złożone 60 tys. wniosków o dotację ma szanse na realizację, bo w budżecie NFOŚ jest w tym roku ok. 1 mld zł na program „Czyste powietrze”. Uśredniając, że jedna dotacja to 15 tys. zł, obecnie złożone wnioski sięgają 900 mln. Bez unijnej kasy nie uda się jednak zrealizować kolejnych 340 tys. planowanych przez BŚ inwestycji.

W przyszłym roku na program NFOŚ ma blisko 2,5 mld zł. W programie będzie mogło wziąć więc udział ok. 160 tys. mieszkańców.

Na tyle jest szansa ze środków krajowych. Oznacza to więc, że bez unijnych pieniędzy tego programu nie uda się zrealizować, bo w optymistycznym wariancie 160 tys. dotacji udzielanych przez dziesięć lat daje 1,6 mln zlikwidowanych pieców zamiast 4 mln. A więc polskie miasteczka zimą dalej będą spowite chmurą pyłów, a Polska nadal będzie brunatną, zanieczyszczoną plamą na mapie Europy.

„Domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.”

W szkole mojej młodości dyżurne pytanie wielu sprawdzianów z języka polskiego brzmiało: co autor chciał przez to powiedzieć? Uzyskana w owych czasach sprawność w doszukiwaniu się sedna rozmaitych cytatów przydaje mi się ostatnio coraz częściej, umożliwiając dotarcie do rzeczywistych intencji polityków. Szczególnie polityków rządzących, którzy do perfekcji opanowali sztukę skrywania brudnych myśli i paskudnych intencji w stercie słów wzniosłych, płomiennych, porywających masy ludowe. Mimo, że wszyscy posługują się argumentacją wymyśloną w wydziale propagandy i agitacji PiS, to jednak każdy funkcjonariusz tej partii ma swój charakterystyczny sznyt.

Weźmy przykładowo takiego premiera. Mateusz Morawiecki nie jest wirtuozem skomplikowanych narracji, chociaż lubi mówić, a jeszcze bardziej kocha słuchać jak mówi. Co do formy wypowiedzi – to serce na dłoni po prostu. Owszem, jak kłamie, to już kłamie, ale kiedy mówi prawdę, to bynajmniej nie kryje prawdziwych intencji. Wystarczy posłuchać go uważnie. Weźmy taki przykład: – Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce. Co to oznacza? Oczywiście to oznacza, że takie plany są. Od dawna straszy nimi Jarosław Kaczyński, już przed rokiem Krystyna Pawłowicz groziła że PiS przejmie media prywatne zaraz po wakacjach i nie bez powodu powrócił teraz do tematu Jarosław Gowin.  Zatem plany repolonizacji mediów bezsprzecznie istnieją, ale – jak podkreśla Morawiecki – nie ma planów KONKRETNYCH. One są jeszcze niekonkretne.  Bo na przykład nie wiadomo czy zmusić właścicieli do sprzedaży swoich mediów jakąś specustawą, czy stworzyć im takie bariery i przeszkody, które zniechęcą właścicieli mediów i skłonią ich do wycofania się z interesu, czy może nakazać spółkom skarbu państwa, by cichcem wykupiły udziały w prywatnych mediach za cenę, której nie oprze się żaden człowiek interesu? Premier Morawiecki zaprzeczając planom zagarnięcia przez PiS niezależnych mediów, nie ukrywa, że plany takie są – tyle, że DZISIAJ nie są jeszcze KONKRETNE.

W tej samej sprawie odmienną formę narracji przyjął szef gabinetu premiera Marek Suski, który w TVP „wyjaśniał”: – Bo te zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę – mieliśmy takie informacje, że gdzieś z zagranicy dostawali instrukcje w jaki sposób atakować rządzących. Czyli – tłumacząc z języka Suskiego na język polski – media z udziałem kapitału zagranicznego uczestniczą w zamachu stanu, realizując instrukcje swoich mocodawców, żywo zainteresowanych unicestwieniem polskiego rządu.  Oczywiście nikt w TVP nie ośmielił się poprosić o dowody potwierdzające zatrważającą tezę pana Suskiego, ani tym bardziej nie spytał na jakim etapie jest obecnie śledztwo ABW w sprawie zagrożenia Polski puczem inspirowanym przez wrogie państwa, takie jak USA i Niemcy – bo stamtąd wywodzą się właściciele niemal wszystkich polskich mediów niezależnych od rządu PiS. Nietrudno jednak odgadnąć co Marek Suski, autor groźnego scenariusza, miał na myśli: nic, albo co najwyżej bardzo niewiele.

Europoseł Richard Henry Czarnecki (naprawdę tak ma w papierach), do niedawna zabawny kuglarz słowami oraz niekwestionowany mistrz świata w odwracaniu kota ogonem na czas, stara się teraz o pozycję zasłużonego ideologa PiS, bezkompromisowego i pryncypialnego do bólu. Możliwe, że w tym właśnie celu wygłosił następującą groźbę: – My wycofaliśmy się z projektu sądowego [chodzi o ustawę odsyłającą na wcześniejszą emeryturę niepokornych sędziów Sądu Najwyższego], ale Timmermans nie wycofał skargi z TSUE, a to oznacza, że w przyszłości będziemy mniej elastyczni… Zastanawiam się co by powiedział o tym Czarnecki, gdyby go spytać prywatnie, na luzie, przy ośmiorniczkach na przykład. Znam tego pana z czasów gdy szefował nowej, ale szybko bankrutującej gazecie dolnośląskiej, kiedy polemizowałem z nim na łamach mojego „Słowa Polskiego” – i mam podstawy by wyobrazić sobie taką oto wypowiedź: – Jasne, że ta nasza ustawa była niekonstytucyjna, ale wcale nie musieliśmy się z niej wycofywać! Przecież inne, konieczne, ale też bezprawne ustawy pozostały w obiegu. A jednak poszliśmy Unii na ustępstwo, ponieśliśmy poważną stratę wizerunkową, bo nasz wyborczy ludek nie zrozumiał dlaczego pozostawiamy na stanowiskach sędziów, o których mówimy że kradną i że skazywali opozycję w stanie wojennym. Poszliśmy więc Unii na rękę, licząc, że Timmermans zachowa się przyzwoicie i odpuści. Okazało się, że jednak zrobił nam świństwo. Jeśli tak, to na drugi raz już się nie cofniemy. Uchwalimy co chcemy i co nam zrobią?

Zbigniew Ziobro – zarazem minister, prokurator i buldożer rozjeżdżający państwo prawa – ogłosił święto wolności (…) sumienia, wyznania, decydującej o tożsamości każdego z polskich obywateli, bo każdy ma prawo sam tę tożsamość określać, ale też święto wolności konkurencji, wolności gospodarczej, bo ta wolność też była miarą rozstrzygnięcia sądu konstytucyjnego”. Okazją do świętowania był wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który głosami 3:2 z przewagą nominatów PiS stwierdził, że przepis Kodeksu wykroczeń przewidujący karanie za umyślną, bez uzasadnionej przyczyny, odmowę świadczenia usług, jest niekonstytucyjny, czyli praktycznie przedsiębiorca czy handlowiec ma prawo odmówić obsługi każdego, kto mu się nie podoba. Minister – buldożer podkreślił, że ten wyrok oznacza zwycięstwo wolności, bo o wolną Polskę nam chodziło i byłoby rzeczą smutną, gdyby zmory i zaszłości komunistyczne mogły nam tę wolność ograniczać”. Oczywiście nie chodziło mu w tej sprawie o żadne wolności, swobody ani o demokracje, tylko o to, że przyczyną całej procedury zakończonej w TK była odmowa wykonania usługi na rzecz organizacji LGBT, których Ziobro i jego formacja z całej duszy nienawidzą.  Nie przyszło mu do głowy, że teraz każdy właściciel sklepu czy punktu usługowego może wywiesić kartkę NIE OBSŁUGUJEMY WYBORCÓW PiS, albo wręcz odmówić wykonania usługi Zbigniewowi Ziobrze argumentując, że nie jest w stanie znieść jego idiotycznych argumentów, bufonady i zachwytu nad własnym geniuszem prawnym.

Niezgłębioną dotąd wiedzą prawniczą popisała się również Krystyna Pawłowicz, enfant terrible prezesa. Doktor hab. nauk prawnych, żartobliwie nazywana „profesorem”, wyjaśniła maluczkim, że „domniemanie niewinności nie ma zastosowania przy zatrzymaniu osoby, której popełnienie przestępstwa zostało wystarczająco uwiarygodnione. W chwili zatrzymania traktuje się ją jak osobę winną.” Wszystkich prawników zatkało tak skutecznie, że nikt nie spytał tej pani skąd wywodzi owo rewolucyjne przeświadczenie, stanowiące przełom nawet w prawodawstwie białoruskim. Warto przypomnieć, że nieco wcześnie w radiu Maryja pani Pawłowicz komentując sprawę

Niewinnego Tomasza Komendy grzmiała, że w jego sprawie wszystkie postępowania wyglądały bardzo dziwnie, w ogóle nie działało domniemanie niewinności”.

Nietrudno zgadnąć co autorka miała na myśli głosząc te sprzeczne komentarze. Pamiętamy, że już raz dokonała politycznego sepuku informując w Sejmie, że oto z lojalności dla swojej partii głosuje za ustawą mimo świadomości, że jest ona niekonstytucyjna. To zdumiewający przypadek medyczny człowieka, który dwukrotnie popełnił skuteczne samobójstwo. A obserwując jej środowisko można dostrzec, że nie jest to przypadek pojedynczy.

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TSUE.

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

Więcej >>>

Osądzić Kościół, nie pozwolić mu stać ponad prawem

15 Maj

Kolejny, który idzie w zaparte i udaje, że nie ma problemu pedofilii w polskim kościele. To ksiądz Sławomir Marek, proboszcz parafii w Stanowicach na Dolnym Śląsku.

Duchowny wyrobił sobie opinię o filmie, choć nawet go nie obejrzał. Po co, jeśli on i tak wie, że „w filmie WSZYSCY zboczeńcy to księża. w życiu 1 na 1000… Nie będę oglądał tego gniota, bo nie ma tam dziennikarzy, lekarzy, sędziów itd. A zboczonych księży nie bronię”.

Ksiądz Marek należy do tych, którzy usiłują przekonać opinię publiczną, iż pedofilia w kościele to tylko malutki margines, a tak naprawdę problemem są ci, którzy „dziś walczą z pedofilią Sekielski, Morozowski, Kopacz, Schetyna i Biedroń… promując pederastię, aborcję, upadek sztuki i moralności. Chodzą w pochodach dla zboczeńców a przechodząc koło kościoła głośno krzyczą no pasaran! Żałosne to i tyle!”.

Kiedy jedna z internautek zareagowała na wpisy księdza, ten w swej odpowiedzi przekroczył wszelkie granice, pisząc „A pani jest wstyd za prostytutki z Grójca??? powinno pani być przecież jest pani kobietą! mało tego jako kobieta jest pani potencjalna prostytutką”.

Reakcja Diecezji Świdnickiej była natychmiastowa. Ksiądz Marek obiecał panować nad swoimi emocjami, a „Świdnicka Kuria Biskupia oświadcza, iż Ksiądz Proboszcz Parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stanowicach po rozmowie z Księdzem Biskupem Ignacym Decem, Biskupem Świdnickim, przeprasza wszystkich, którzy mieli prawo poczuć się tymi wypowiedziami urażeni”.

Prawdziwą burzę wywołał na Twitterze artykuł Jacka Karnowskiego („Jażdżewski „antycypował”? Dobry żart. Scenariusz jest więcej niż precyzyjny, to poważna operacja socjotechniczna”),opublikowany w portalu wpolityce.pl, który nawiązując do obecnej kryzysowej sytuacji w polskim Kościele, znalazł proste jej wytłumaczenie:

„Scenariusz jest więcej niż precyzyjny: najpierw Jażdżewski, z błogosławieństwem Donalda Tuska, przygotowuje grunt, później profanacje Matki Bożej Jasnogórskiej, a teraz film Sekielskiego i towarzysząca mu histeria z elementami zorkiestrowanej nagonki” – pisze Karnowski.

Następnie pomijając sedno sprawy i tragedię ofiar ludzi Kościoła, autor insynuuje: „Tu chodzi o sprzężenie zmiany kulturowej, cywilizacyjnej, ze zmianą polityczną…”

Przenosząc się z kolei na Twittera Karnowski apeluje do społeczeństwa: „Najbliższa niedziela to będzie ważna data w historii Polski. Nie zawiedziemy naszych kapłanów, i będziemy tam, gdzie należy być w niedzielę, prawda? Nie zagramy w scenariuszu Sorosa, prawda? PODAJ DALEJ” –zwraca się do użytkowników portalu.

W odpowiedzi, na Twittere zawrzało:

„Ci co pójdą do kościoła, pójdą do kościoła. I nie zagrają tym ani w scenariuszu Sorosa, co jest czystym kretynizmem, ani w scenariuszu Kaczyńskiego/Karnowskiego” – zareagował Tomasz Lis.

„Kompletna kpina z wiernych. Tak jak gdyby chodzenie do Kościoła nie było pójściem na spotkanie z Bogiem, ale manifestacją tego albo owego. Wyjątkowy cynizm plus wredny emocjonalny szantaż” – dodał w innym wpisie szef Newsweeka.

Nie zawiedli w tej polemice duchowni: „Co to znaczy: idźmy się pomodlić, nie zawiedźmy naszych kapłanów?” – napisał o. Grzegorz Kramer „Eucharystia jest jakimś manifestem poparcia? Na serio chce Pan teraz rozgrywać świat Eucharystią? Na serio uważa Pan, że za pedofilami w sutannach stoi mityczny Soros? Przecież to jest kpina z ofiar.”

„… to jest potwierdzenie tego, czego tak się wypiera kościół i PiS – że żyją w symbiozie, obleśnym konkubinacie. PiS sponsoruje kościół i systemowo ukrywa kościelne brudy a kościół gna owieczki do urn wyborczych. W oparach antysemityzmu, walki z LGBT i neofaszyzmu” – zareagował na to Paweł Kania,

a Mszwed mocno podsumowuje tę dyskusję:

„Jesteśmy 4 dni po emisji „Tylko nie mów nikomu”. Dowody są bardzo mocne. Osób, które czują się odpowiedzialne w ramach episkopatu – zero. Nikt. Liczba dymisji – zero. Wierni powinni raczej pokazać KK żółtą kartkę i w niedzielę zostać i pomodlić się w domu zamiast w kościele”.

Dostaje się też przy okazji osobiście samemu autorowi:

„Jesteś przykładem tego, jak nisko może upaść dziennikarz dla paru groszy. Przypominam, że twarz ma się jedną, co w zawodzie dziennikarza jest dość istotne. Chyba zostanie wam tylko tv Republika albo Trwam. Niestety obie chyba nie będą tak hojne, jak podatnik” – skomentowała postawę autora Agnieszka Kobylarz, a Andrzej Jeczen rozwiewa jej ewentualne wątpliwości:

„Karnowski akurat ma dwie twarze. Nigdy nie wiem, kto jest kto :)” – ocenił.

Marek Lisiński, prezes Fundacji „Nie Lękajcie Się” powiedział w środę w „Rozmowie Piaseckiego”, że „instytucji Kościoła nic nie oczyści”. „Im trzeba wszystko wyrwać” – ocenił, mówiąc o potrzebie społecznej i politycznej presji. Podkreślił, że „dopiero wtedy Kościół daje jakieś dokumenty…”

Odwołał się do przykładu Stanów Zjednoczonych, przypominając, że w zeszłym roku sąd w Pensylwanii opublikował raport, w którym opisał przypadki molestowania seksualnego w tamtejszym Kościele katolickim i niewiele to pomogło, bo w dalszym ciągu ukrywa akta, boi się pokazania skali zjawiska. „W Polsce jest podobnie” – ocenił prezes Fundacji „Nie Lękajcie Się”.

Pytał „gdzie do tej pory byli hierarchowie”. „Dlaczego do tej pory dawali przyzwolenie na to, a wiedzieli doskonale o tym, co się dzieje w Kościele?”

Opowiadał, że teraz do fundacji dzwonią ludzie, skarżąc się, iż 20, 10 lat temu zgłaszali swoje problemy do lokalnych biskupów, a oni pozostawali na to głusi. „Mamy dowody, że biskupi ukrywali (przypadki nadużyć seksualnych – red.) i przenosili (księży – red.)” – powiedział.

Lisiński pytany, czy spodziewa się, że teraz nastąpi jakiś zwrot w podejściu do pedofilii w Kościele, ocenił, że „wszystko będzie inaczej wyglądało, ale w społeczeństwie” i wielką zasługę przypisał w tym względzie braciom Sekielskim.

Powiedział, że ludzie już mają odwagę mówić, co ich spotkało.

Mówiąc o danych dotyczących pedofilii w polskim Kościele przedstawionych przez Konferencję Episkopatu Polski 14 marca stwierdził, że te liczby są dalekie od prawdy. „Nie ma to przełożenia na to, co mamy (w zgłoszeniach – red.) w fundacji” – oświadczył.

Jak powiedział, obawia się, że na tysiąc księży, „10 procent” ma na sumieniu nadużycia seksualne.

Jego zdaniem, „95 procent przypadków nie było zgłoszonych, a jedynie 5 procent”.

W tej sytuacji uważa, że „skali zjawiska pedofilii w Kościele nikt nie zbada, dopóki nie powstanie niezależna komisja” i dlatego mówi: „chcemy powołania komisji eksperckiej (…) Chcemy, żeby ta komisja miała nawet uprawnienia prokuratorskie”.

Uważa, że powinno się „zmienić wewnętrzne prawo tak, żeby ofiary miały wgląd w akta” i że nie jest rozwiązaniem wydalenie księdza ze stanu kapłańskiego oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. „Oni trafiają w różne miejsca. A też nie wiemy, czy nie trafiają do Brazylii, Afryki (…) czy Dominikany” – zauważył.

Lisiński oczekiwałby ponadto oddania się biskupów do dyspozycji papieża, bo uważa, iż „na pewno dałoby to poczucie ofiarom, że Kościół zareaguje w taki sposób, jaki one oczekują”.

Powiedział, że spodziewa się, iż Kościół utworzy fundusz, żeby wypłacać zadośćuczynienie ofiarom.

„Wg IMF polska gospodarka po raz pierwszy w historii jest większa od szwedzkiej, nasz PKB to 586 mld US, Szwecji 551. Rozwój jest dla nas najważniejszy” – napisała pani Szydło na Twitterze, podkreślając w jak dobrym Polska zmierza kierunku – oczywiście pod rządami PiS i że „to pomaga polskim rodzinom”.

Dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego są jak najbardziej prawdziwe, ale była premier nie uwzględniła ważnych szczegółów.

Sęk w potraktowaniu wskaźnika PKB.

Uwzględniając ten sam wskaźnik w przeliczeniu na głowę mieszkańca jednego i drugiego kraju, okazuje się, że pani Szydło uciekła się do nieprzyzwoitej manipulacji, którą wytknęli jej internauci.

Zwrócili oni uwagę na fakt, że w Szwecji żyje niecałe 10 mln obywateli, zaś w Polsce mieszkańców jest aż 38 mln.

Faktycznie według wskaźnika PKB per capita – prezentowanego na stronie Międzynarodowego Funduszu Walutowego w 2018 r.- w Szwecji to 53 870 dol. na mieszkańca, zaś w Polsce to zaledwie 15 430 dol. Ciekawe jak pani Szydło zechce wytłumaczyć tę wpadkę?

Powołajmy do życia niezależną komisję do sprawy zbadania rozmiarów i skali pedofilii w Kościele, a później postawmy przestępców w sutannach przed sądami. Tego wymaga szacunek do ofiar.

Nie istnieje w Polsce grupa społeczna czy zawodowa, nie istnieją ludzie, którzy w sytuacji takiej, jak pokazana w filmie „Tylko nie mów nikomu”, mogliby pozostać bezkarni. Nie pójść do więzienia. Oprócz księży. Oprócz biskupów. O tym, jak bardzo Kościół stoi ponad prawem, świadczy fakt, że tak przyzwyczailiśmy się do rzeczy kompletnie nienormalnych i bezprawnych w funkcjonowaniu tej instytucji, że już nawet nie zwracamy na nie uwagi, przestaliśmy je zauważać.

Wiele wymiarów działań Kościoła to kompletna patologia, którą, o zgrozo, traktujemy jak zwykłą codzienność.

Wyobrażacie sobie na przykład, że w mojej redakcji działa szajka pedofilów, wychodzi to jaw i okazuje się, że ja, podobnie jak większość pracowników stacji, o tym wiedziałam i pomagałam kryć sprawcę moim milczeniem? Że mój szef, zamiast wyrzucić pedofilów z pracy i zgłosić sprawę policji, po prostu przeniósł ich do gdańskiego albo krakowskiego oddziału firmy, gdzie pedofile nadal bezkarnie gwałcili dzieci?

I że po tym wszystkim, po wyjściu sprawy na jaw, wszyscy mówią: – „Liczymy na to, że Superstacja sama się oczyści, że stworzy specjalną komisję złożoną z pracowników Superstacji do zbadania przestępstw swoich kolegów i swoich szefów?”. Że prezes Superstacji robi konferencję prasową, na której ogłasza, że ujawnienie tej sprawy to atak na media i wolność prasy? Że pyta, jakie właściwie intencje mieli ci, którzy ośmielili się ujawnić te przestępstwa? Że on sam nie traci pracy i nie trafia do aresztu? A później do więzienia? Że dziennikarze, którym udowodniono pedofilię nadal pracują? I pouczają opinię publiczną o tym, co jest słuszne? A policja i prokuratura, mimo, że znają nazwiska przestępców z mikrofonami i ich szefów, którzy te przestępstwa kryli, nie robią kompletnie nic?
Wyobrażacie sobie, że ci pedofile z mojej redakcji mogliby pozostać na wolności?
Nie. Prawda? Bo to jest niewyobrażalne.

Nie istnieje w Polsce grupa społeczna czy zawodowa, nie istnieją ludzie, którzy w takiej sytuacji mogliby pozostać bezkarni. Nie pójść do więzienia.

Oprócz księży. Oprócz biskupów. Wiecie, co to jest pomocnictwo? W prawie karnym pomocnictwo jest jedną z form popełnienia przestępstwa, polegającą na ułatwieniu innej osobie popełnienia czynu zabronionego. Kodeks karny wyraźnie mówi, że pomocnictwo jest zachowaniem umyślnym, karanym tak samo surowo jak sprawstwo. Pomocnictwo może przybierać różne formy: działania lub zaniechania działania, może być aktywną pomocą w zbrodni lub po prostu chronieniem zbrodniarza poprzez milczenie, ułatwienie i pomoc w ukryciu się lub/i uniknięciu kary. Pomocnictwo zachodzi także wtedy, gdy poprzez swoje milczenie i ochronę ułatwia się komuś popełnianie kolejnych przestępstw.

I najważniejsze: w przypadku, kiedy rola osoby ułatwiającej innemu popełnienie czynu zabronionego była tak istotna, że bez jej udziału przestępstwo nie byłoby możliwe.

Zgodnie z art. 200 Kodeksu karnego uprawianie seksu z małoletnim poniżej lat 15 roku życia, nakłanianie go do poddania się innym czynnościom seksualnym lub masturbowanie się w jego obecności jest zagrożone karą więzienia od 2 do 12 lat. W artykule 200 b jest nawet mowa o tym, że za same wypowiedzi przychylne pedofilii lub w jakiś sposób ją propagujące można iść do więzienia nawet na 2 lata.

To wszystko oznacza, że nie tylko księża gwałcący dzieci, ale wszyscy biskupi, o których wiemy (a po raporcie Fundacji Nie Lękajcie Się i dokumencie braci Sekielskich znamy częściowo ich nazwiska), powinni stanąć przed sądem, a po udowodnieniu im winy i skazaniu trafić za kratki. To oznacza, że powinni tam również trafić pracownicy, duchowni i świeccy, ze wszystkich parafii i diecezji, którzy nie zgłosili na policję wiadomych sobie przypadków pedofilskich zachowań wśród księży (wiemy, że takie diecezje były, bo biskupi wprost przyznali to na niesławnej konferencji prasowej Episkopatu Polski).

To także oznacza, że prokuratura ma obowiązek zbadać, czy słowa arcybiskupa Michalika: – „Słyszymy nieraz, że często wyzwala się niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego wciąga” – nie były usprawiedliwianiem i propagowaniem pedofilii. A słowa księdza Ireneusz Bochyńskiego, rektora kościoła akademickiego Panien Dominikanek w Piotrkowie Trybunalskim, na co dzień pracującego z dziećmi i młodzieżą (!): – „Postawienie tezy, że czasem dzieci prowokują do czegoś, nie jest tak do końca bezpodstawne. (…) Mamy dzieci dziesięcioletnie i znam przypadki, gdzie ich życie intymne potrzebowało wcześniejszego zaspokojenia. Same wchodziły do łóżek dorosłych, chcąc być spełnionym. I to był wybór dziecka” – czy nie są pochwałą pedofilii i jawnym nawoływaniem, namawianiem do niej? Czy po takiej wypowiedzi policja i prokuratura nie powinny wziąć tego księdza pod lupę i zmusić go, że opowiedział o tych dorosłych, o których wie, że dziesięcioletnie dzieci wchodziły im do łóżek?

Nie mówiąc o tym, że te słowa brzmią, jakby sam miał pedofilskie inklinacje i moim zdaniem, nikt przy zdrowych zmysłach po tej wypowiedzi nie zostawiłby z nim dzieci sam na sam i nie pozwolił mu z dziećmi pracować.

Tymczasem ani arcybiskupowi Michalikowi, ani księdzu Bochyńskiemu, ani żadnemu innemu księdzu, który wiedział o przypadkach pedofilii i nie zawiadomił o nich organów ścigania nie spadł włos z głowy. Funkcjonariusze Kościoła katolickiego stoją w Polsce ponad prawem, łamiąc konstytucyjną zasadę równości obywateli wobec prawa, podobnie zresztą jak policjanci i prokuratorzy, którzy im na to pozwalają, mimo że przepisy zobowiązują ich do działania i do traktowania duchownych tak samo, jak wszystkich innych obywateli.

Prawda jest taka, że przed ową, słusznie postulowaną niezależną komisją do sprawy zbadania rozmiarów i skali pedofilii w Kościele, powinni stawać nie tylko księża i biskupi, ale także policjanci i prokuratorzy, którzy mając informacje, choćby z mediów, o możliwych przestępstwach duchownych, nic w tych sprawach nie zrobili. Lub politycy, którzy zabraniali im podejmowania takich działań – bo taka wersja zdarzeń także powinna być brana pod uwagę.

Kościół katolicki w Polsce jest głęboko zdegenerowaną i zdemoralizowaną instytucją, dla której nie ma już najmniejszej nadziei na samodzielną poprawę, a dowodzą tego systemowe, konsekwentne i wieloletnie działania: popełnianie przestępstw przez księży i celowe ich ukrywanie oraz ochronę sprawców przez biskupów.
Mało tego – Kościół nie powinien mieć szansy na samodzielną poprawę poza państwowym systemem wymiaru sprawiedliwości, ponieważ nie ma jej żadna inna instytucja. Zgodnie z polskim prawem, każdy przestępca musi zostać osądzony i skazany, ksiądz i biskup też. Skończmy więc z bezprawiem i zacznijmy traktować księży i biskupów tak, jak wszystkich innych obywateli. Powołajmy do życia komisję, a później postawmy przestępców w sutannach przed sądami.

Tego wymaga szacunek do ofiar. Tego wymaga prawo i sprawiedliwość.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Glapiński uważa, że NBP powinien nadal być burdelem dla jego przyjemności

7 Mar

Prezes NBP Adam Glapiński, zmuszony do ujawnienia zarobków swoich dwóch „przybocznych”, dalej nie ma sobie nic do zarzucenia w tej sprawie. Nie widzi więc także powodu do swojej dymisji. – „W ogóle to nie jest brane pod uwagę. Żartowałem już kiedyś mówiąc, że po powrocie z Radomia się zastanowię. To nie jest nawet z tego filmu cytat (…), to jest stary przedwojenny żart, oznaczający, że pytanie jest absurdalne i że w ogóle to nie jest brane pod uwagę” – powiedział Glapiński na konferencji prasowej po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej.

Dodajmy, że podczas poprzedniej konferencji zapytany o swoją dymisję, Glapiński stwierdził: – „Jedna odpowiedź dobra mi przychodzi: Jak wrócę z Radomia, to się zastanowię„. Cytat pochodzi z filmu „Halo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy”. Jest w nim scena, kiedy narzeczony głównej bohaterki pyta krawca, czy mógłby mu pożyczyć 50 zł. „Może mógłbym, ale dopiero jak wrócę z Radomia. – A kiedy pan wróci? – Nie zamierzam”.

Może Glapińskiemu podobają się jego żarty, nam jednak zupełnie nie jest do śmiechu, kiedy przypomnimy sobie, ile zarabiają jego „przyboczne”. Dyrektor Departamentu Komunikacji i Promocji NBP Martyna Wojciechowska w 2018 r. miesięcznie zarabiała średnio 49 563 zł brutto. To najwyższa pensja na dyrektorskim stanowisku w NBP. Kamila Sukiennik, druga ze współpracowniczek szefa banku, dyrektor gabinetu prezesa NBP co miesiąc otrzymywała 42 760 zł brutto.

Co na temat tak wysokich zarobków miał do powiedzenia Glapiński? – „Dyrektorzy w Narodowym Banku Polskim są wynagradzani właściwie, merytorycznie stanowią elitę. NBP jest bankiem banków. Wysokie wynagrodzenia w bankach centralnych są czymś normalnym” – powiedział prezes NBP. Cóż… Być może, ale pod warunkiem, że dotyczą kompetentnych osób.

Niezbyt szerzej znany poseł PiS Janusz Szewczak postanowił zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do kupienia Radia Zet przez Agorę i czeską spółkę SFS Ventures. W związku z tym wysłał dwie interpelacje: do premiera oraz do ministra kultury.

Koniecznie trzeba dodać, że poseł Szewczak był w przeszłości głównym ekonomistą SKOK. Z tą instytucją związana jest spółka Fratria braci Karnowskich. Pisaliśmy o tym, że bardzo chcieli – przy pomocy kredytu z państwowego banku – przejąć Radio Zet, ale się nie udało.

Poseł Szewczak nie składa jednak broni. – „Wyrażana jest powszechna obawa, że ta transakcja przyczyni się do dalszej koncentracji mediów w Polsce w rękach zagranicznych i jest ona być może formą obejścia przepisów antykoncentracyjnych, a stanie się źródłem kreowania ideologii antychrześcijańskiej i antynarodowej oraz instrumentem propagandy antyrządowej” – napisał Szewczak w interpelacji do Mateusza Morawieckiego.

Dalej poseł PiS pisze, że „tego typu transakcja jest całkowitym zaprzeczeniem idei repolonizacji mediów, która była jedną z głównych obietnic wyborczych obozu rządzącego. Nowe środowisko właścicielskie Radia Zet związane z „Gazetą Wyborczą” może odgrywać kluczową i wielce negatywną rolę na polskim rynku medialnym i w sposób niezgodny z polską racją stanu kształtować świadomość społeczną”. Szewczakowi chodzi o udziały w Agorze funduszy związanych z Georgem Sorosem, znanym inwestorem, którego poseł określa mianem „spekulanta finansowego”.

W drugiej interpelacji skierowanej do ministra kultury Szewczak pyta, jakie resort podejmie działania, by zablokować tę transakcję.

Bracia Karnowscy – oligarchia pisowska

23 Gru

Czy to możliwe, by spółka Fratria związana z braćmi Karnowskimi i senatorem Grzegorzem Biereckim, zainteresowana przejęciem Radia Zet i całej spółki Eurozet, była aż tak pozbawiona elementarnej przyzwoitości?

Jest bowiem obawa, a serwis InnPoland.pl. nawet to sugeruje, że Fratria po przejęciu Eurozetu mogłaby przestać spłacać gigantyczny kredyt  zaciągnięty w Pekao SA, oddając w ten sposób całą „zdobycz” spółce skarbu państwa.

Pojawiające się wątpliwości co do decyzji kredytowej, a w szczególności zabezpieczenia kwoty 200 mln zł, o jaką kupujący zabiegają sprawiły, że poseł Platformy Obywatelskiej Jarosław Urbaniak, postanowił w drodze interpelacji poselskiej zapytać premiera Mateusza Morawieckiego o to, na jakich zasadach Bank PKO S.A zamierza przyznać wydawcy tygodnika „Sieci” i telewizji „WPolsce” aż taką kwotę kredytu – przy niewspółmiernie – bo 70 razy mniejszych rocznych zyskach.

Wchodząc w szczegóły interpelacji, poseł Urbaniak pyta premiera o gospodarność takiej decyzji, o kontrolę Komisji Nadzoru Finansowego pod kątem bezpieczeństwa udzielanych przez Bank PKO S.A kredytów oraz o to, czy zwrócono się o opinię do Komisji Europejskiej o zgodę na pomoc publiczną, którą ma być ten kredyt.

O zgodzie na przyznanie kredytu Fratrii nieoficjalnie poinformował przed paroma dniami portal Wirtualnemedia.pl. (O tym w artykule „Karnowscy dostali 51 mln euro kredytu z Pekao SA. Radio Zet trafi pod PiSowskie wpływy?”). Podkreślił on, że spółka ta, ma obecnie największe szansę na przejecie Radia Zet od czeskiego inwestora, który od kilku miesięcy jest właścicielem stacji.

Media pisowskie jak gadzinówki i pierdu pierdu Błaszczaka

22 Gru

Czym stały się Wydarzenia Polsatu w telewizji, tym stanie się Radio Zet po przejęciu przez braci Karnowskich. Medialne symbionty Jarosława Kaczyńskiego mają wg najnowszych doniesień przejąć drugie prywatne radio w Polsce. Jak podaje portal wirtualnemedia.pl, grupa Fratria, w której udziały ma m.in. Jacek Karnowski i senator Grzegorz Bierecki, ma już zagwarantowane finansowanie z Banku Pekao. Wartość kredytu może wynieść około 51 mln euro.

Czy to oznacza, że Fratria dogadała się już z wystawiającą na sprzedaż Eurozet czeską spółką Czech Media Invest? Wg portalu niekoniecznie, jednak żadne z pozostających nadal przy stole negocjacyjnym spółek, czyli ZPR Media, Agora i PMPG Polskie Media nie liczą na finansowanie z kredytu pozyskanego od państwowego banku.

Radio Zet grozi zmiana profilu politycznego. Całe szczęście PiS, jeśli nawet przejąłby rozgłośnie rękami spółki Fratria, doskonale z doświadczenia TVP wie, czym kończy się swoista „repolonizacja” mediów. Tak jak niszę po TVP zajął Polsat ze swoimi zmodyfikowanymi pod to Wydarzeniami, tak inne rozgłośnie czekają tylko na słuchaczy z nową ofertą.

Bo Prawo i Sprawiedliwość nie potrafi zarządzać mediami. Te służą mu w celu szerzenia rządowej propagandy, a swój budżet domykają publicznymi pieniędzmi pompowanymi przez dotacje, czy kontrakty reklamowe spółek Skarbu Państwa. I niestety, PiS dobrze o tym wie, bezkarnie pozwalając sobie na takie operacje w imię „zrównoważonego budżetu”.

Jest to pomysł nietuzinkowy, ale możliwe, że jedyny skuteczny. W końcu spadek słuchalności to nie jest coś, czego chciałaby ogólnopolska rozgłośnia radiowa z taką renomą. Ale jednak przejęcie a zarządzanie nią to dwie różne rzeczy. Czy akcja ma szanse powodzenia? Z pewnością, jeśli ludzie w Polsce zrozumieją, że scenariusz realizowany przez PiS to kopia tego, który przeprowadził Orban na Węgrzech, przejmując wszystkie wolne media.

Na sprawdzenie się doniesień odnośnie przejęcia musimy poczekać prawdopodobnie do stycznia. Czy tym razem PiS zdobędzie się na mniej spektakularne przejęcie kolejnego mediów? W każdym razie, sama dyskusja o pojawieniu się nowego, prorządowego gracza w negocjacjach ws. sprzedaży Eurozet ustabilizowanej marce Radio Zet nie pomaga. Czy rozważacie zmianę Waszego codziennego nadawcy radiowego?

Kiedy rok temu „wybitny mini-ster” M. Błaszczak ogłosił, że będzie uzbrajał naród w ławki niepodległości pomyślałem, że to jakiś żart. Kpiłem z tego do woli i myślałem, że mini-ster dawno wycofał się z tego uzbrojenia polskiej armii. Teraz jednak okazało się, że ławki powstają.

Patrząc na załączone zdjęcie bardziej kojarzy mi się ta ponoć ławka z sarkofagiem, albo z podmurówką kolejnego pomnika zasłużonego PiS-owca niż z uzbrojeniem naszej armii.

Widać nasza obronność zależy od propagandy, a nie, od jakości i ilości dobrze wyszkolonych jednostek wojskowych, systemu dowodzenia, powszechności obrony.

Tymczasem widziałem cukierki i maskotki promujące Ministerstwo Obrony Narodowej, wielką ściemę propagandową Wojsk Obrony Terytorialnej, która wyzwala wprawdzie patriotyczne postawy wśród polskiej młodzieży, ale jest środkiem do niszczenia armii zawodowej. Widzę propagandową gwarancję naszej obronności w postaci miliardowych sum za stacjonowanie obcej armii na naszym terenie, ogromne sumy za rakiety, których jeszcze nie skonstruowano … i czuję się oszukany.

Pamiętam, jak w czasach słusznie minionych mówiło się, że jesteśmy wojskiem telewizyjnym, bo tylko w środkach masowego przekazu wojsko wyglądało dobrze. Miałem nadzieję, że te czasy bezpowrotnie minęły.

PiS postanowił zakrzyczeć propagandą, cukierkami i ławkami swoją niekompetencję. Nic dziwnego, bo nie znam ani jednego członka PiS, od prezesa i ministra ON poczynając, który „skaził się” chociażby zasadniczą służbą wojskową w minionych czasach. To partia kategorii „D” przydatności do służby, czyli ludzi całkowicie niezdolnych i zaryzykuję tezę, że również do obronności kraju. Swoją niekompetencję przykrywają propagandą i wierzą, że to wystarczy, aby ludzie ich popierali, bo tak fantastycznie dbają o zdolności obronne naszego narodu.

Kiedy już przysiądę na tym sarkofagu pilnowanym przez po zęby uzbrojonych żołnierzy niedzielnych, kiedy poczęstują mnie krówką z napisem MON i obok posadzą misia, włączą mi opowiadanie o historii rodzącego się państwa polskiego, to już sobie wyobrażam jak urośnie moje przekonanie, o skuteczności działań mini-stera w sprawie mojego bezpieczeństwa.

Zagłębiając się w wizjonerskich myślach już widzę te samoloty VIP-owskie, limuzyny pancerne urzędników, bohaterskie oddziały ochroniarzy ministrów, jak ruszają do walki w mojej obronie rozbijając w pył potencjalnego agresora. Pomyślałem, że może wspomogę ten wysiłek obronny partii rządzącej i kupię sobie, chociażby nowy szybki komputer do robienia walki dezinformującej siły potencjalnego agresora. Jak jednak zagwarantować, że mi go nie zarekwirują przy najbliższym przeszukaniu mieszkania obywatela w koszulce „KONSTYTUCJA”.

Więcej >>>

To się musiało tak skończyć 😄

Kościół katolicki jak abp Gądecki gnije zewsząd. Za rządy PiS zapłacimy wysoką cenę. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (6). Dopaść Tuska (9)

22 Gru

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie zamiast chłodzić szampana będą majstrować przy prądzie. PiS rzeczywiście przeraził się, że porażą go efekty podwyżki cen energii. Antyrynkowe wstrzymanie podwyżek obiecał na 2019. A co potem? Potem będzie już po wyborach parlamentarnych” – napisał na Twitterze Krzysztof Adam Kowalczyk z „Rzeczpospolitej”. A oto, jaki jest PiS-owski przekaz dnia w tej sprawie: – „Znalezienie najlepszych rozwiązań dotyczących cen energii to bardzo ważne zadanie. Bezpieczeństwo budżetów domowych Polaków jest niezmiennie jednym z priorytetów prac Parlamentu. Dlatego będziemy pracować jeszcze przed nowym rokiem. Dodatkowe posiedzenie Sejmu odbędzie się 28.12.” – poinformował na Twitterze Marek Kuchciński.

Mateusz Morawiecki zapowiedział dziś obniżenie akcyzy za energię elektryczną, a o 95 proc. ma zostać zmniejszona opłata przejściowa. – „Podsumujmy: rząd NIE obniża cen energii. Daje jasny sygnał, że w 2019 roku zacznie się żonglerka innymi składnikami rachunków za prąd, by zrekompensować WZROST cen energii, który, nota bene, zdaniem URE jest nie w całości uzasadniony” – napisała na Twitterze Justyna Piszczatowska, dziennikarka specjalizująca się w tematach związanych z sektorem energetycznym.

A Krzysztof Berenda napisał: – „Jest projekt ustawy o obniżce akcyzy na prąd. Tylko czemu skutki budżetowe są tylko w jednym roku? Te „obniżki podwyżek” są tylko na 2019? A potem? Panie Premierze?”.

Morawiecki mówił także o „lepszym gospodarowaniu kosztami w spółkach energetycznych”. W tym kontekście wymienił „oszczędności na wydatkach na marketing i operacyjnych”.

„Premier Morawiecki zapowiedział, że spółki energetyczne będą lepiej gospodarować kosztami, np. oszczędzając na wydatkach marketingowych. Zapowiadają się niespokojne święta u braci Karnowskich i Tomasza Sakiewicza?” – skomentował  Thomas Orchowski z TOK FM. Wiadomo bowiem, że do spółek medialnych przez nich prowadzonych trafiają reklamy z państwowych spółek energetycznych.

Żarty się skończyły, zaczęły się schody. Tymi schodami w coraz szybszym tempie posuwają się w górę ceny energii elektrycznej. A to w roku wyborczym grozi nieobliczalnymi stratami dla rządu, nie tylko ekonomicznymi, ale i wizerunkowymi. Więc zrobił się popłoch, bo straty wizerunkowe to jedyne, czego dziś lękają się politycy.

Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Powrót do PRL

Dlatego rząd od kilku tygodni jest jak porażony i rozpaczliwie szuka doraźnego rozwiązania, które sprawiłoby, że wysokie ceny energii dla odbiorców w 2019 r. pozostałyby na poziomie z 2018 r. Szczególnie dla 15 mln gospodarstw domowych. Najnowszy pomysł to administracyjne zamrożenie cen. A co potem? Tym będziemy się martwić za rok.

Starszym może to przypominać czasy peerelowskiej gospodarki centralnie sterowanej, kiedy też w obliczu protestów społecznych podejmowano decyzje o zamrożeniu cen, a urzędnicy decydowali, ile i co ma kosztować. I nieważne, ile kosztowało wytworzenie tego czy innego dobra, liczyło się to, jaka powinna być społecznie akceptowalna cena.

Dziś rząd usiłuje dokonać rekonstrukcji historycznej i wrócić do regulacji cen w sytuacji, gdy rynek energetyczny został już dawno uwolniony i nie da się łatwo wrócić do starego porządku. Ceny na rynku hurtowym rządzą się prawami popytu i podaży, a wzrost cen jest głównie efektem wzrostu kosztów wytwarzania. Coraz więcej kosztuje węgiel spalany w elektrowniach i prawa do emisji CO2, które trzeba kupować, by móc wysyłać do atmosfery miliony ton tego gazu cieplarnianego.

Co Morawiecki i Tchórzewski mówią o rosnących cenach prądu

Nowy plan Morawieckiego

Pomysłów na ograniczenie skutków wzrostu cen energii było kilka. Opozycja sugerowała ograniczenie stawek podatkowych, VAT i akcyzy na prąd, ale o tym rząd początkowo rozmawiać nie chciał. Zamiast tego miała zostać przeprowadzona dość karkołomna operacja polegająca na zrekompensowaniu dystrybutorom energii wyższych cen prądu z pieniędzy publicznych. W zamian za to dystrybutorzy utrzymaliby ceny na dotychczasowym poziomie.

Poza gospodarstwami domowymi ma to dotyczyć samorządów, a także większości małych i średnich firm. Pieniądze na ten cel, a chodzi o kilka miliardów złotych, mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 (którymi handluje rząd) oraz „dobrowolnej” daniny ze strony koncernów energetycznych. Mają powyjmować pieniądze z zaskórniaków i podzielić się z odbiorcami prądu.

Minister energii przekonuje, że od tego nie zbiednieją, najwyżej akcjonariusze nie dostaną dywidendy. Słysząc to, prezes Urzędu Regulacji Energetyki, do którego spółki energetyczne zgłosiły z wnioskami o zatwierdzenie nowych wyższych taryf (średnio o 30 proc.), oświadczył, że wstrzymuje rozpatrywanie wniosków do czasu wyjaśnienia, kto i ile zachomikował. Bo prezes URE ma obowiązek zatwierdzać taryfę, jeśli uzna, że zaproponowane ceny odpowiadają kosztom uzasadnionym firm energetycznych. A tu minister zdradza, że nic nie jest uzasadnione, bo są jakieś zaskórniaki.

Najnowszy, ogłoszony w piątek plan premiera Mateusza Morawieckiego zakłada, że pieniądze niezbędne do utrzymania cen energii dla wybranych odbiorców mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, a także – co jest nowością – z obniżenia akcyzy na prąd oraz opłaty przejściowej. Odpowiednia ustawa w tej sprawie ma trafić do Sejmu tuż po świętach. Akcyza ma spaść z 20 do 5 zł za megawatogodzinę, a opłata przejściowa zostać zredukowana aż o 95 proc. W tym ostatnim przypadku podanie konkretnej kwoty jest trudne, bo różni odbiorcy mają różne stawki, ale opłata przejściowa w przypadku gospodarstw domowych to kilkadziesiąt złotych rocznie.

O co chodzi z opłatą przejściową

Nikt nic nie wie

Morawiecki musi czuć, że jest w sytuacji podbramkowej, skoro sam zajął się sprawą cen energii, choć jeszcze niedawno wydawał tylko polecenie ministrowi energii. Widać wyraźnie, że jego cierpliwość dla Krzysztofa Tchórzewskiego coraz bardziej się wyczerpuje. I nic dziwnego, bo to, co wyprawiał w ostatnich dniach, robiło wrażenie nawet na energetykach, którzy niejedno już widzieli, i groziło kompletną destabilizacją tej strategicznej branży.

Obniżka akcyzy jest o tyle prosta, że Polska ma jeden z najwyższych poziomów opodatkowania energii elektrycznej w UE. Problem jest tylko taki, że w projekcie budżetu uwzględniono już wpływy z tego podatku, więc trzeba będzie znaleźć oszczędności. Także opłata zastępcza jest wydajnym źródłem, zwłaszcza że rząd PiS w 2017 r. radykalnie podniósł jej wysokość.

Opłata zastępcza to tak naprawdę podatek na utrzymanie i rozbudowę energetyki węglowej. Jednak, żeby było śmieszniej, wprowadzona została w ustawie o… odnawialnych źródłach energii. Zapewne rząd chętnie do listy oszczędności dopisałby opłatę OZE, gdyby nie fakt, że już od dwóch lat jej stawka wynosi 0 zł, więc nie ma jak jej przyciąć. Od dwóch lat subsydiujemy energetykę węglową, a nie odnawialną.

Energetyczny plan Morawieckiego, który ma być kolejnym gospodarczym cudem, tyle że w energetycznej kasie, nie wróży nic dobrego. Na kilka dni przed końcem roku pisane są kolejne projekty ustaw i nikt nie wie, ile ma kosztować energia. Który odbiorca ma płacić nową, a który starą cenę? Jak mają wędrować pieniądze z państwowych rekompensat do kas spółek? Co będzie, jeśli ceny na rynku hurtowym w 2019 r. będą nadal rosnąć i pieniędzy nie wystarczy? Pytań jest więcej niż odpowiedzi. A chaotyczna próba rozwiązywania problemów nie wróży dobrze.

Ostrołęka, czyli długie pożegnanie w węglem

Miała być maszynka do robienia pieniędzy

Na dodatek wszyscy robią wrażenie zaskoczonych tym, że ceny prądu rosną, choć żadnego zaskoczenia w tym nie ma. Właściwie wysokie ceny energii były celem działania rządów PiS. Po to stworzono pionowo zintegrowane struktury koncernów energetycznych, po to pracowicie repolonizowano energetykę, wykupując z rąk zagranicznych inwestorów wszystko, co wcześniej im sprzedano. Po to wreszcie podnoszono podatki i parapodatki, od których puchną nasze energetyczne faktury.

Chodziło o to, by stworzyć możliwie wyizolowany ekosystem, w którym zamiast konkurencji rządziliby politycy. Koncerny energetyczne tworzące państwowy oligopol zostały przez nich zaprzęgnięte do finansowania upadającego górnictwa. Celem było też zbudowanie maszynki do robienia pieniędzy, które można było wykorzystywać na inne dowolne cele: na Polską Fundację Narodową, na budowę kolejnych elektrowni węglowych, na ratowanie siedleckiego Mostostalu (bo Siedlce to miasto ministra energii), na produkcję samochodów elektrycznych, na finansowanie deficytowej fabryki Autosan.

Najmniej myśli się o realnych inwestycjach w starzejącą się infrastrukturę, w elektrownie, które powinny przechodzić transformację energetyczną, w gospodarkę niskoemisyjną. Wszystkie sąsiedzkie kraje są dziś zajęte energetyczną transformacją, tylko nie my. Rząd wciąż nie jest w stanie stworzyć Polityki Energetycznej Polski, dokumentu określającego, jak ma wyglądać nasza elektroenergetyka w nadchodzących latach. I czego my właściwie chcemy?

Gorący finisz szczytu klimatycznego

Koniec końców my zapłacimy

Trudno się w tej sytuacji dziwić, że energia drożeje, skoro musi być wytwarzana z coraz droższego węgla, a cena węgla musi rosnąć, by zapewnić opłacalność wydobycia kopalniom. A teraz kopalnie rozpaczają, że nie stać ich na kupowanie drogiego prądu, bo polskie górnictwo jest piekielnie energochłonne. Trwa więc zjadanie własnego ogona: trzeba kopać węgiel, by produkować energię potrzebną do kopania węgla. Na tym polega bezpieczeństwo energetyczne.

Cała operacja z rekompensatami ma stworzyć wśród społeczeństwa złudzenie, że politycy mają władze, by zmieniać prawa ekonomii i nalewać nawet z próżnego. Wiadomo przecież, że koniec końców my te wyższe ceny zapłacimy. Może spółki energetyczne w rachunkach wpiszą nam starą cenę energii, ale dopiszą tyle pozycji do rachunków, że i tak wyjdą na swoje. Po to zmonopolizowano państwową energetykę, by można było żonglować kosztami.

Wiedzą coś o tym klienci banków, na początku kadencji PiS obciążonych specjalnym podatkiem, który miał ograniczać ich zyski. Rząd zapewniał, że żaden bank nie odważy się przerzucać podatku na klientów. A jak się skończyło? Zyski banków (w coraz większym stopniu państwowych) mają się dobrze, a klienci płacą za wszystkie usługi jak za zboże. Przepraszam: jak za energię elektryczną.

Państwowy skok na prywatny bank

„Teraz państwo bierze się za budowę hoteli. Może po prostu skoczmy od razu do PRL, na cholerę to udawanie?” – podsumował na Twitterze Bartosz Węglarczyk z onet.pl najnowszy pomysł rządu PiS. Chodzi o powołanie Polskiego Holdingu Hotelowego. – „Realizację tego ważnego dla sektora turystycznego projektu oddajemy w ręce profesjonalistów z branży hotelarskiej – spółce Chopin Airport Development, która opracuje model konsolidacji, a następnie będzie mogła rozpocząć integrację aktywów hotelowych rozproszonych dziś między różne podmioty pozostające w domenie państwa” – powiedział Mateusz Morawiecki, cytowany przez TVP Info.

Dosadnie pomysł skomentował Waldemar Kuczyński: – „Potrzebny jeszcze Polski Holding Ustępów Państwowych (PHUP). To ważny składnik CPK i robota dla babć klozetowych z CBA, by nikt antypaństwowo się nie załatwiał”. Inni internauci też mieli swoje propozycje: – „Powinien też powstać Polski Holding Fryzjerski, żeby jeszcze lepiej i skutecznej strzyc obywateli”; – „A czy będzie powrót zakupów w PEWEX za dolary i konsolidacja produkcji rolnej w ramach PGR?”; – „To jest nawet zabawne, że rzekomo najbardziej antyPRL-owski rząd III RP myśli dokładnie tak jak notable okresu słusznie minionego. Państwowa spółka hotelowa, państwowe samochody, państwowe stocznie. Co dalej? Państwowy holding bieliźniany?”.

Na jeszcze jeden aspekt sprawy zwrócił uwagę poseł PO Paweł Zalewski: – „Zarządzanie hotelem wymaga dużego doświadczenia i wiedzy. Wszędzie robią to firmy lub osoby prywatne. Jedynym celem jest stworzenie nowych miejsc zarabiania dla członków kasty PiS” – napisał. Wtórował mu jeden z internautów:

„Im więcej państwo będzie budowało czy zarządzało, tym więc miejsc w zarządach, radach nadzorczych, stanowisk dyrektorskich dla Misiewiczów z Nowogrodzkiej i okolic. Wszelka „repolonizacja” tylko taki ma cel”.

„Zamysł Prokuratury Krajowej uzyskania od pani Magdy Fitas-Dukaczewskiej informacji o przebiegu i treści choćby jednej rozmowy prowadzonej przez najwyższej rangi przedstawiciela państwa polskiego z jego zagranicznym odpowiednikiem będzie nie tylko złamaniem ważnej zasady zachowania przez tłumaczy pełnej tajemnicy rozmów politycznych. W naszym przekonaniu może stać się również groźnym precedensem na przyszłość. Złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych, narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych” – napisali w liście otwartym byli prezydenci, premierzy i ministrowie. Sygnatariuszami apelu są: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski; byli premierzy: Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak, Hanna Suchocka, Włodzimierz Cimoszewicz, Jerzy Buzek, Leszek Miller, Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz, Ewa Kopacz; byli ministrowie spraw zagranicznych: Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati, Adam D. Rotfeld, Radosław Sikorski, Grzegorz Schetyna; byli ministrowie obrony narodowej: Janusz Onyszkiewicz, Zbigniew Wojciech Okoński, Stanisław Dobrzański, Bogdan Klich, Tomasz Siemoniak.

Autorzy listu otwartego przypominają, że Fitas-Dukaczewska pracowała także dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego: –  „Była więc dopuszczona do największych tajemnic polskiej dyplomacji jako osoba nie tylko kompetentna, ale i w pełni zaufana”. Apelują więc do obecnych władz, a szczególnie do premiera Mateusza Morawieckiego, o „powstrzymanie tego groźnego dla interesów Polski działania prokuratury”.

Magda Fitas-Dukaczewska ma zostać przesłuchana 3 stycznia przez prokuraturę w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej Donalda Tuska, dotyczącej katastrofy smoleńskiej. Głos w tej sprawie zabrało także Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych, o czym pisaliśmy w artykule „Murem za tłumaczką, która ma zeznawać w sprawie „zdrady Tuska”.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o zyczeniach świątecznych.

Oby były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Wielkie odliczanie czas zacząć. Już za trzy dni usiądziemy do stołu i zacznie się wielkie radowanie Świętami Bożego Narodzenia. Wszyscy liczymy na to, że Dobry Duch tych Świąt znajdzie trochę czasu i wpadnie do nas, by obdarować nas spokojem, miłością, ciepłem i uśmiechem najbliższych. Ważne, by nie zapomniał odsunąć od nas wszelkie swary, szczególnie te, o charakterze politycznym, bo inaczej nie mamy szans, by zaliczyć te Święta do udanych. Zdecydowanie lepiej jest powalczyć z karpiem na ości niż wkręcać się w coraz większą awanturkę pomiędzy teściem, który wielbi PiS, a bratową, oddaną sercem i duszą opozycji, prawda?

Wigilia to czas, gdy zwierzęta mówią ludzkim głosem, człowiek człowiekowi przyjacielem się staje, a szczerość życzeń wydaje się bezterminowa, choć najczęściej kończy się o północy w ostatni dzień Świąt. To może ja zacznę nieco wcześniej i już teraz złożę życzenia tym, których nie darzę szacunkiem ani sympatią, a jednak stanę ponad polityczne animozje…

Zacznę od najważniejszej osoby w dzisiejszej Polsce, czyli prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Życzę mu, by wreszcie przeszedł na zasłużoną emeryturę. Jestem przekonana, że to już najwyższy czas, bo on biedny, w ferworze wiecznej walki, najpierw z komuną, potem z postkomuną, PO i znaczną częścią narodu, zapomniał, co to jest spacer po lesie, wylegiwanie się z książką na hamaku w ogrodzie, beztroska zabawa z kotami, rozmowa o wszystkim i niczym z prawdziwym przyjacielem. Panie prezesie, proszę dać sobie wreszcie szansę, by odpocząć od Polski, a Polsce, by odpoczęła od Pana. Proszę mi wierzyć, świetnie damy sobie bez Pana radę.

Dla prezydenta Andrzeja Dudy mam mnóstwo życzeń. Przede wszystkim, by wreszcie dorósł. Facet ma 46 lat, a w tym wieku powinno się być już odpowiedzialnym, wiedzieć, czego się chce od życia, znać swoją wartość na tyle, by nie dać się rozstawiać po kątach i zasłużyć sobie na miano tylko „długopisu”. Gdyby to ode mnie zależało, zafundowałabym mu studia w jakimś wybitnym instytucie prawniczym, by zrozumiał, że prawnik z niego kiepściutki i zalicza wpadkę za wpadką. Niech mu Dobry Duch Bożego Narodzenia przyniesie opamiętanie, kaganiec, by od czasu do czasu przestał pleść bzdury, zrozumienie, że zrobił z siebie chłopca na posyłki w wersji PiS, a nie Prezydenta Rzeczpospolitej, a miłość do samego siebie zamienił na miłość do narodu. To już ostatni dzwonek, jeśli chce Pan wyjść z choć kawałkiem twarzy z polityki.

Premierowi Morawieckiemu życzę, by znalazł wreszcie dobrego chirurga od operacji plastycznych i zoperował sobie nos. My Polacy naprawdę mamy już dosyć rządów Pinokia, którego kłamstwa przejdą do historii, ale tej mało chlubnej. Życzę, by uwolnił się wreszcie od rozdmuchanej megalomanii i przestał nam wmawiać, że to jemu zawdzięczamy wszystko, co dla Polski było ważne. Walka z PRL-em, wejście do NATO, Traktat Lizboński, a może i wygrana pod Grunwaldem czy wcześniej przekonanie Mieszka, by przyjął chrzest?  Proponuję też prezent pod choinkę w postaci dobrej jakości endoprotez, bo to długotrwale wstawanie z kolan na pewno odbije się na jego zdrowiu, a do tego spory zapas leków nasercowych, bo stan zawałowy w stosunkach z UE już blisko.

Oczywiście, nie zapominam też o panu Ziobrze, któremu życzę, by stanowisko prokuratora generalnego odbiło mu się ostrą czkawką. Niech te Święta przyniosą mu przekonanie, że daleko mu do alfy i omegi, że jest malutkim i okrąglutkim zerem przy tych autorytetach sędziowskich, których tak chce zniszczyć. Niech w zaciszu domowym, uświadomi sobie, że Polska to nie prywatny folwark, a każde zło wcześniej czy później, wróci do niego jak bumerang. I niech się cieszy chwilą, bo już niedługo dostanie niezłe baty.

Antoniemu Macierewiczowi życzę powrotu do zdrowia i odpowiednio dużej szafy, w której bez problemu zmieści się na czas jakiś wraz z posłanką Pawłowicz. Pani Zalewskiej jak najszybszego powrotu do pracy w szkole, by na własnej skórze odczuła boleśnie skutki swojej deformy edukacji. Wiceministrowi Zielińskiemu kolejnych poodcinanych główek, które usprawiedliwią wzmożoną ochronę policyjną własnego domostwa, Kuchcińskiemu taczki z wikliny, by przyjemnie mu się opuszczało parlament już tak na wieki wieków, Błaszczakowi chociaż jednego Caracala, pani Szydło bezkolizyjnej jazdy przez co najmniej pół roku i odpuszczenia sobie startu do Parlamentu Europejskiego, w którym naprawdę nikt jej nie potrzebuje.

Pozostałym politykom PiS życzę większego dystansu do siebie. Niech wreszcie uwierzą, że Polska nie potrzebuje już „mesjaszy narodu”. Niech przestaną usprawiedliwiać swoje wtopy rządami PO i wezmą odpowiedzialność za to, co czynią na swoje barki. Niech wreszcie przemówią ludzkim głosem, bez fałszu, kłamstw i populizmu. Niech zrozumieją, że to nie cyrk, ale Polska, Ojczyzna nas wszystkich, która zasługuje na to, co najlepsze. I tak w ogóle, niech im Gwiazdka Betlejemska świeci i niech ich dobrze oświeci.

…a nam wszystkim życzę, by były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu (fragment).

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

Eliza Michalik w państwie w PiSdoo. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (4). Polowanie na Tuska (7)

21 Gru

„Nie zniweczycie filmikiem efektów kilkuletniego łamania prawa, konstytucji, podważania wiarygodności UE, promowania skrajnie prorosyjskich polityków, jak Macierewicz i osłabiania bezpieczeństwa Polski” – napisała na Twitterze – Eliza Michalik, pod najnowszym spotem PFN mającym promować Polskę.

Fundacja się wykosztowała i zaangażowała do krótkiego i bardzo ckliwego filmiku słynnego aktora Jeana Reno.

Rzecz o Bożym Narodzeniu: widzimy dziewczynkę, która wraz z mamą odwiedza swojego dziadka. W jego postać wciela się właśnie Reno, który opowiada wnuczce o Świętach Bożego Narodzenia w Polsce. Jest słodko, ciepło i nastrojowo, jak nie w PiS–owskiej Polsce.

Co do powiedzenia na przywracające do rzeczywistości słowa dziennikarki ma niejaki  Filip Rdesiński, szef PFN?

Musiał mieć bardzo mało do powiedzenia: „Eliza, zjedz snickersa”- napisał głupawo na Twitterze.

Dziennikarka zapytała więc Rdesińskiego ze zdziwieniem: „państwowym urzędnikom wolno/wypada tak rozmawiać z dziennikarzami?”

Ta wymiana zdań zapoczątkowała gorącą dyskusję.

Jako jeden z pierwszych głos zabrał naczelny tygodnika „Newsweek”- Tomasz Lis. „Państwowym nie. Ale to są partyjni, którym w państwie PIS wolno wszystko” – napisał rzeczowo.

Był to kamyk który poruszył lawinę. Ktoś, nawiązując do wątpliwej elegancji odzywki Rdesińskiego wypomniał mu „grzeszki” z przeszłości: przypomniał, jak będąc dwukrotnie prezesem Radia Merkury w Poznaniu, każdorazowo zostawiał spółkę w opłakanym stanie finansowym. Za pierwszym razem został z hukiem odwołany przez KRRiTV.

Zasłużenie „dołożył” mu również dziennikarz Przemysław Szubartowicz, pisząc: Pamiętam Rdesińskiego z programu Hejke i Lisiewicza w TV Republika. Pięknie szczuli. Po takiej szkole manier niczego innego bym się nie spodziewał.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Kaczyzm, czyli stalinizm. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (3). Polowanie na Tuska (6)

21 Gru

Pan minister Zieliński nie będzie miał wesołych i spokojnych świat. Może trochę nie w porę, ale policjanci z Zakopanego odważyli się ujawnić nieprawidłowości, po tym jak zrobili to ich koledzy z Podlasia. Tyle tylko, że ich skala wprawia w dużo większe zakłopotanie.

Wirtualna Polska dotarła do listów zakopiańskich funkcjonariuszy, w których o licznych nieprawidłowościach informują wiceministra a także Komendanta Głównego Policji Jarosława Szymczyka. Mówią w nich o fałszowaniu dokumentacji, mobbingu, a nawet przestępstwach na tle seksualnym.

Policjanci, ponoć od wielu miesięcy proszą o interwencję odpowiedzialnego za policję polityka PiS. „Od końca 2015 roku do chwili obecnej, tj. do dnia 1-5 listopada 2018 roku, skierowaliśmy kilka pism, ale jak na razie nikt nam nie pomógł, a patologia ma się bardzo dobrze w naszej jednostce policji” – piszą zdesperowani.

Pewna sprawa dotyczy samochodu należącego do jednego z przełożonych. Auto miało spłonąć we wrześniu. Funkcjonariusze twierdzą, że podpalił je mąż sekretarki funkcjonariusza. Policjantka, która przybyła na miejsce zdarzenia, miała stwierdzić, że doszło do samozapłonu. „Sfałszowano dokumentację procesową na miejscu zdarzenia w taki sposób, aby poszkodowany bez żadnego problemu otrzymał pieniądze z ubezpieczenia pojazdu” – alarmują policjanci.

Komendant Główny Policji był informowany też o przemocy, jaką stosują funkcjonariusze. Ponoć jeden z zatrzymanych miał mieć przykładaną do głowy naładowaną broń. „To miała być „dobra zmiana”, a jest gehenna policyjna – napisali funkcjonariusze. Obawiają się tragedii…

Na dodatek sygnalizują, że każdy funkcjonariusz, który w jednostce sprzeciwia się nieprawidłowościom, jest zastraszany: „Kto nie jest w opcji wymienionych, jest gnębiony psychicznie, straszony dyscyplinarką i wydaleniem z policji.

Oficjalnie boimy się zgłosić te nadużycia do prokuratury, bo obawiamy się zemsty przełożonych” – piszą funkcjonariusze.

Żalą się, że przełożeni wyzywają ich, używając sformułowań typu: „pier…ne debile i nieroby”. Dwóm przełożonym zarzucają dopuszczenie się przestępstw na tle seksualnym. Policjanci zwracają uwagę, że dokumentacja jest fałszowana nawet w sprawie egzaminów sprawnościowych. I dają konkretny przykład: „Od 15 lat nie jest w stanie zdać WF” –  piszą o jednym z policjantów  i dodają: „mierzy ok. 163 cm, a waży ponad 130 kg. Nie potrafi wykonać skłonu w przód, a policjanci prowadzący egzaminy fałszują dokumentację”.

Wiele wskazuje na to, że jeszcze w styczniu radio Zet wraz z całą grupą Eurozet – której jest składową – znajdzie  się rękach prawicowej  spółki Fratria. Jak informują Wirtualne Media wydawca m.in. tygodnika „Sieci” i portalu „wPolityce.pl” „na zagospodarowanie” ma otrzymać 51 mln euro kredytu od banku Pekao SA . I z pewnością otrzyma, bo choć przy stole negocjacyjnym wciąż zasiadać mają również inne spółki, to jak ustaliły WM – we  Fratrii udziały ma  m.in. Jacek Karnowski oraz senator PiS Grzegorz Bierecki. A to może mówić samo za siebie.

„Oferty formalnie są teraz kompletowane, wraz z potwierdzeniem finansowania. Będą ponownie analizowane przez  właściciela Eurozetu spółkę Czech Media Invest”  – powiedział WM jeden z informatorów.

Możliwość  przejęcia Eurozetu przez Fratrię z takim scenariuszem finansowym budzi jednak spore oburzenie i sprzeciw postronnych obserwatorów oraz internautów. Jak pokazują dane liczbowe – słuchalność radia Zet dość gwałtownie spada, więc pytają na jakiej podstawie bank udziela promesy kredytowej firemce o tak nikłych obrotach?

I sami z kpiną odpowiadają pod artykułem WM :  „odpowiedź jest prosta: to postrzeczywistość pisowska, w której 1 to więcej niż 27, a zatem 3 mln zysku Fratrii to znacznie więcej niż obiecany kredyt. Sugerują, iż kredyt przyznany jest według kryteriów politycznych, a nie ekonomicznych i to wydawcy który otrzymując rekordowe reklamy od państwa, odnotowuje największy spadek sprzedaż”.

Czytelnik, pod  artykułem  WM zauważa: „W normalnym kraju komitet kredytowy, który udzieliłby prawie 300 milionów złotych kredytu firmie z 3 milionami zysku miałby juz prokuratora na głowie. Byłoby to tez działanie na szkodę spółki co powinno zainteresować KNF i władze giełdy (bo podobnie działał SKOK Wołomin) transferując kasę na kredyty bez szans na spłatę. Ale w naszej bananowej republice nie takie wały się robi”.

Grupa Eurozet jest właścicielem takich rozgłośni, jak Radio ZET, Antyradio, Meloradio, Chilizet, kilku serwisów internetowych, spółki Studio ZET i agencji Eurozet Live.

* * *

— MONIKA OLEJNIK O WYWIADZIE PAD DLA 300 I WP – pisze w GW: “Pan prezydent wyznał w Wirtualnej Polsce, że TSUE się za bardzo rozpycha: „Zagarnia pod siebie coraz większe kompetencje. To poważne zmartwienie dla państw UE. Dla mnie zapalił się dzwonek alarmowy”. A nie żarówka? Pan prezydent cierpi, cierpi i wylewa żale na szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Mówi, że nie reprezentuje on polskich interesów. Pan prezydent czuje, że Tusk nie ma szacunku dla naszego kraju. Pan prezydent zapomniał, jak to nasz kraj przegrał głosowanie na przewodniczącego Rady Europejskiej 27:1. A ja się zastanawiam, czy pan prezydent w przyszłości miałby szanse zostać przewodniczącym Rady Europejskiej?”
wyborcza.pl

— FAKT O ROZBRACIE ORBANA Z PIS: “Najpierw węgierski rząd zdecydował, że kupi od Francji śmigłowce Caracal. Te same, z których PiS – a konkretnie ówczesny szef MON Antoni Macierewicz – zrezygnował, nie zostawiając na nich suchej nitki. Teraz okazuje się, że maszyny, które tak mocno krytykowaliśmy, Węgrzy uznali za idealne. Przy okazji produkujący je Airbus zbuduje nad Dunajem fabrykę części do śmigłowców. Ma ona powstać do 2021 r., a pracę w zakładach znajdzie 130 osób. Ma to zacieśnić współpracę na linii Niemcy-Francja-Węgry. I pomyśleć, że Polska zamroziła kontakty z Niemcami i Francją w ramach Trójkąta Weimarskiego na rzecz Grupy Wyszehradzkiej, której członkiem są właśnie Węgry”.

— FAKT O TYM, ŻE NIEMCY OTRZYMALI KONTRAKT ZAMIAST POLSKIEJ FIRMY: “Ale to nie wszystko! Według informacji Faktu, Węgrzy od roku negocjowali z Polską Grupą Zbrojeniową zakup polskich armatohaubic Krab. Ale zostawili nas na lodzie, bo kupią 24 armatohaubice od Niemców. W PGZ zapanowała żałoba, bo bardzo liczono na lukratywny kontrakt”.
fakt.pl

>>>

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Putinada. Szemrane nabywanie Radia ZET. Afera KNF jak katastrofa smoleńska

11 Gru

Jak informuje portal Wirtualnemedia.pl, popularna radiowa Zetka będzie niebawem PiSowska. Wydawca m.in. prawicowego tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl – Fratria, złożył wniosek do państwowego Banku Pekao SA, o kredyt na sfinansowanie zakupu tej stacji.

Podobno, o kupno całej grupy radiowej, w skład której oprócz Radia ZET wchodzą m.in. Antyradio, Meloradio i Chillizet, od początku starają się Agora (wydawca „Gazety Wyborczej”), ZPR Media (wydawca „Super Expressu) i PMPG Polskie Media oraz niedawny jeszcze faworyt – wydawca tygodnika „Wprost”.

W ostatnim momencie do wyścigu dołączyć miała spółka Fratria, i to mimo, że jeszcze w listopadzie większościowy udziałowiec spółki, senator Grzegorz Bierecki, zaprzeczał jakoby Fratria była zainteresowana ofertą.

Zdaniem komentatorów, sprzedaż rozgłośni nowemu właścicielowi może mieć wymiar polityczny i być elementem „repolonizacji mediów”, o której coraz głośniej mówią politycy PiS.

Radio ZET, powstało we wrześniu 1990 r. Jego założycielem był opozycyjny dziennikarz Andrzej Woyciechowski i przez lata uchodziło za radio inteligenckie, skierowane do odbiorcy miejskiego. W pierwszej dekadzie XXI wieku, stacja ruszyła w stronę komercji, co spowodowało bunt części zespołu. Wiele razy zmieniali się naczelni i koncepcje programowe.

Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro, 13 listopada po publikacji „Wyborczej”, ujawniającej aferę KNF, na specjalnej konferencji prasowej informował, że osobiście nadzoruje postępowanie w tej sprawie. Przeczą temu informatorzy dziennika wskazując na Karola Kopczyka –wojskowego prokuratora „od katastrofy smoleńskiej” – który w sprawach gospodarczych nie ma, ich zdaniem, żadnego doświadczenia.

Jak się okazuje Kopczyk był jednym z referentów w śledztwie smoleńskim jeszcze za czasów prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, a więc za rządów PO-PSL. Po nastaniu „dobrej zmiany” – dzięki rekomendacji Marka Pasionka – zastępcy Ziobry, jako jedyny z prowadzących sprawę, został powołany do nowego zespołu badającego katastrofę.

W styczniu ubiegłego roku „Newsweek” informował, że prokurator trafił do departamentu przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej. Znów wstawił się za nim Pasionek – podaje tygodnik. Szefem Kopczyka jest prokurator Jerzy Grajewski, który także był wcześniej w zespole powołanym za Ziobry do zbadania katastrofy smoleńskiej.

Prokuratura Krajowa pytana o przygotowanie merytoryczne Kopczyka do nadzorowania sprawy takiej wagi, jak afera KNF odpowiada nic nie mówiącymi ogólnikami.

„Nie jestem zaskoczony, że nie chcą się przyznać. To człowiek bez większego pojęcia o takich sprawach. A więc nadzorca doskonały” – ironizuje jeden z doświadczonych prokuratorów, prosząc o niepodawanie nazwiska z obawy przed dyscyplinarką.

Ten fragment rozmowy z przewodniczącym Kwaśniakiem w po prostu szokuje! Widać jak państwo występuje przeciw swoim urzędnikom,a chroni winnych nadużyć w systemie SKOK. W tej sprawie kiedyś musi powstać komisja śledcza. To jest naprawdę jakaś ośmiornica

Mafijne wręcz powiązania rodziny polityków PiS na wysokopłatnych posadach w spółkach skarbu państwa

29 List

Prawo i Sprawiedliwość chętnie widziałoby w aresztowaniu i prokuratorskich zarzutach dla Marka Ch. koniec afery KNF. Były szef Komisji Nadzoru Finansowego, któremu za postawione zarzuty grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności, idealnie nadaje się do roli kozła ofiarnego. Niestety, jakkolwiek temat afery KNF nie byłby pomijany w publicznej telewizji, sprawa ta jeszcze się nie zakończyła i, co ważne, ujawniła kolejną sieć powiązań polityczno-biznesowych w obozie władzy.

Dziennikarze Wirtualnej Polski przyjrzeli się działalności biznesowej Marka Ch. i jego żony Joanny Chrzanowskiej. Małżonkowie, zanim objęli stanowiska w państwowych instytucjach, prowadzili spółkę o nazwie MCC Grupa. Powstała w roku 2011 roku działalność kierowana była do marca 2016 r. przez prezesa Marka Ch., w roku 2013 do zarządu wchodzi jego żona. Spółka nie radzi sobie najlepiej. Do roku 2015 jest praktycznie ciągle na minusie. W międzyczasie Marek Ch. rozwija swoją karierę akademicką na SGH. Dzięki wsparciu swojego potężnego promotora Adama Glapińskiego, szefa NBP i jednego z założycieli Porozumienia Centrum trafia najpierw w październiku 2015 r. do prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju, skąd po kilku miesiącach, dzięki rekomendacji PiS, dostaje się do Rady Polityki Pieniężnej, by niedługo po tym zostać przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego. 

W związku z rekomendacją PiS na członka RPP urzędnik pozbywa się udziałów w spółce na rzecz swojej żony Joanny, która tym sposobem staje się jedynym udziałowcem i prezesem spółki MCC Grupa. Wg Krajowego Rejestru Sądowego Joanna Chrzanowska pełni tę funkcję po dziś dzień. W KRS brak jednak sprawozdań finansowych z lat 2016-2017, ostatni wpis tyczy się zaś zmiany na stanowisku prezesa spółki. 

Prezes MCC Grupa Joanna Chrzanowska w tym czasie pracuje w biurze Narodowej Rady Rozwoju w Kancelarii Prezydenta, skąd wkrótce trafia na kierownicze stanowisko wiceszefowej Departamentu Edukacji i Wydawnictw, gdzie jej bezpośrednią przełożoną jest nikt inny jak Anna Kasprzyszak, była żona Mariusza Kamińskiego, matka Kacpra, który również dzięki NBP, w wieku 29 lat otrzymał intratną posadę w Banku Światowym.

Z dawno nieaktualizowanej strony internetowej Grupy MCC czytamy, iż spółka świadczy „najwyższej jakości usługi dla sektora prywatnego i publicznego w zakresie szeroko rozumianego konsultingu”. W prezentacji czytam też, że firma Joanny Chrzanowskiej oferuje usługi prowadzenia analiz, ekspertyz i doradztwa dla sektora publicznego. Realizuje też dla niego badania społeczno-gospodarcze i ewaluacyjne, doradza ponadto w zakresie implementacji budżetu zadaniowego oraz systemów kontroli zarządczej. Firma w swoim portfolio ma współpracę z obszerną listą instytucji publicznych: „Sektor publiczny to wymagający partner. O wartości naszej oferty świadczy lista instytucji publicznych, które zdecydowały się nam zaufać. W ciągu ostatnich trzech lat współpracowaliśmy m.in. z: Kancelarią Prezydenta, Kancelarią Sejmu, Kancelarią Senatu, MON, MSZ, MSWiA, Trybunałem Konstytucyjnym”.

Profesor Antoni Kamiński z PAN, specjalista ds. korupcji politycznej twierdzi, iż Joanna Chrzanowska, pracując na kierowniczym stanowisku w NBP, łamie prawo, równocześnie prowadząc działalność gospodarczą. Obszar usług doradczych świadczonych przez kierowaną przez Chrzanowską Grupę MCC w dużej mierze pokrywa się z działalnością NBP. Wg naukowca w obecnej sytuacji mamy do czynienia z ewidentnym konfliktem interesu. Chroni przed nim polskie prawo, które zakazuje urzędnikom na kierowniczych stanowiskach prowadzenia działalności gospodarczej.

Z Kodeksu Etycznego firmy czytamy zaś, że „obowiązkiem pracowników MCC Grupy Sp. z o.o. jest unikanie działalności prowadzącej do konfliktu interesów, czyli przyjmowanie i oferowanie prezentów w ramach prowadzenia działalności biznesowo-handlowej. Nie wolno płacić ani proponować łapówek lub nielegalnych świadczeń urzędnikom państwowym, ani przedstawicielom partii politycznych, w celu zawarcia lub zachowania transakcji”.

W myśl ustawy antykorupcyjnej, osoby zajmujące kierownicze stanowiska w urzędach państwowych nie mogą być członkami zarządów spółek prawa handlowego; posiadać więcej aniżeli 10 proc. w spółkach prawa handlowego; prowadzić działalności gospodarczej na własny rachunek lub wspólnie z innymi osobami, a także zarządzać taką działalnością.

Z Kodeksu Etycznego firmy czytamy zaś, że „obowiązkiem pracowników MCC Grupy Sp. z o.o. jest unikanie działalności prowadzącej do konfliktu interesów, czyli przyjmowanie i oferowanie prezentów w ramach prowadzenia działalności biznesowo-handlowej. Nie wolno płacić ani proponować łapówek lub nielegalnych świadczeń urzędnikom państwowym, ani przedstawicielom partii politycznych, w celu zawarcia lub zachowania transakcji”.

W myśl ustawy antykorupcyjnej, osoby zajmujące kierownicze stanowiska w urzędach państwowych nie mogą być członkami zarządów spółek prawa handlowego; posiadać więcej aniżeli 10 proc. w spółkach prawa handlowego; prowadzić działalności gospodarczej na własny rachunek lub wspólnie z innymi osobami, a także zarządzać taką działalnością.

Nawet jeśli, co jest przerażające, do świadomości polskich obywateli nie dotrze co stoi u podłoża korupcyjnej afery w KNF i próby wykorzystania aparatu państwowego do „repolonizacji” prywatnego banku z polskim kapitałem, dobrze, że na jaw wychodzi sieć rodzinno-partyjnych powiązań w instytucjach opanowanych przez machinę Prawa i Sprawiedliwości. Być może rozszerzająca się lista „Misiewiczów” zmusi do refleksji ludzi, którzy w mafijnej wręcz działalności PiS nie dopatrywali się żadnej nieprawidłowości.

Burza wokół rządowych planów “repolonizacji” mediów, tj. przyjęcia przez Sejm rozwiązań mających wprowadzić dekoncentrację kapitału na rynku mediów zmusiła także prawicowych publicystów do poruszenia tego drażliwego tematu. W swoim wystąpieniu w Klubie Ronina, prawicowego klubu dyskusyjnego głos zabrał Michał Karnowski, brat redaktora naczelnego tygodnika “Sieci”. I przyznał wprost, że na wprowadzenie takich zmian w polskich realiach nie ma najmniejszych szans.

Nigdy nie wierzyłem w żadną siłową repolonizację, tego się po prostu nie da zrobić, zapomnijmy o tym, wybijmy sobie to z głowy. Nie da się zrobić ustawowej repolonizacji w tych warunkach, w których jesteśmy – powiedział Karnowski.

Jego zdaniem, na przeszkodzie stoi silna unijna presja, której przeciwstawienie się mogłoby faktycznie skończyć się przymusowym Polexitem. Zwrócił też uwagę, że polski rynek medialny jest bardzo płynny i wskutek dużej ekspansji obecności medialnej w Internecie, bardzo trudno jest rzeczywiście zmierzyć, kto medialnie jest potężny, a kto nie.

Złożył też kilka propozycji, które w jego przekonaniu miałyby doprowadzić do większego pluralizmu na rynku mediów. Jedną z nich byłoby wywindowanie cen za kolejne koncesje dla tych samych wydawców tak, by na rynku było więcej tytułów różnych właścicieli, a nie wiele tego samego imperium medialnego. Jego zdaniem zmiany powinny też dotknąć działalności domów mediowych tak, by kwoty reklam z rynku nie były ograniczone do widzimisię ich właścicieli.

Uważam, że trzeba zrobić porządek z domami mediowymi, tak jak zrobiono na Węgrzech. Tam domy mediowe stały się wyłącznie pośrednikiem jawnym, widocznym dla wszystkich – pomiędzy reklamodawcą a reklamobiorcą. Czyli dom mediowy kontaktuje jednych z drugimi, doprowadza do podpisania przez obie strony umowy, gdzie jest jasno zapisana marża, wszystko jest uczciwie, nic pod stołem. To działa, wyrównuje reguły gry – sprecyzował Karnowski.

Jego zdaniem dziś w kwestii zakupu reklam przez spółki Skarbu Państwa jest “mniej więcej po równo”, i optymalnie by było, gdyby w sektorze przedsiębiorstw prywatnych było podobnie. Publicysta “Sieci” kpi oczywiście w żywe oczy, bo wiadomo nie od dziś, że strumień pieniędzy na reklamy z SSP całkowicie niemal przesunął się na media zaprzyjaźnione z rządem, jednak chwilę później oczywiste kłamstwa przykrywa nieoczekiwana chwila szczerości, dotycząca Telewizji Polskiej i prezesury Jacka Kurskiego.

Gdyby nie telewizja publiczna – Jacek Kurski jest często jako prezes krytykowany – ja uważam, że gdyby nie on, tego rządu już dawno by nie było – byłby zmieciony chociażby przez te protesty grudniowe – ocenił publicysta.

Trzeba przyznać, że publiczne przyznanie, że największą siłą obecnego rządu Prawa i Sprawiedliwości jest akurat nachalna propaganda, która tworzy nierzeczywisty obraz otaczającej nas rzeczywistości i mami ludzi nieistniejącymi sukcesami, ukrywając jednocześnie ujawniane od trzech lat afery, to rzadko spotykanie zjawisko w prawicowych mediach. Jak widać, dla prawicowych publicystów problemem nie są ujawniane afery i grzechy rządu “dobrej zmiany” tak długo, jak ich ujawnianie nie uderza w wizerunek obozu władzy. Nie do pomyślenia wydaje się, że jeszcze kilka lat temu ci panowie nazywali siebie dziennikarzami. Diagnoza Karnowskiego wyjaśnia jednak, dlaczego pozycja Jacka Kurskiego wciąż jest w obozie Zjednoczonej Prawicy taka mocna. Po prostu robi to, co mu zlecono.