Tag Archives: Bożena Chlabicz-Polak

Gadzinówka TVP atakuje. To z niej pójdzie sygnał do przelewu krwi Polaków

15 List

Szanowni państwo, trzymajcie się za kieszenie i portfele, bo PiS zaczyna realizować swoje obietnice wyborcze – mówi Izabela Leszczyna o projekcie likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS. Koalicja Obywatelska chce w tej sprawie zwołania komisji finansów.

Pierwszy projekt nowej kadencji

PiS wprowadza pierwszy projekt poselski – co oznacza krótszą ścieżkę legislacji – dotyczący likwidacji limitu 30-krotności przy składkach ZUS.

– Około 400 tys. pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, ludzi dobrze wykształconych, innowacyjnych, czyli takich, którzy mają szanse sprawić, że polska gospodarka stanie się konkurencyjna i innowacyjna. Oni będą zarabiać mniej – tłumaczyła Izabela Leszczyna z KO.

– Mimo że w kampanii wielokrotnie słyszeliśmy, że tej ustawy nie będzie, pierwsza jest właśnie ta. Dlaczego PiS to robi? Powód jest tylko jeden – do budżetu musi wpłynąć ponad 5 mld zł więcej ze składek, bo budżet nigdy nie był zrównoważony – mówiła Leszczyna.

Szukanie pieniędzy w portfelach Polaków

Projekt zakłada likwidację od 2020 roku górny limit przychodu, do którego płaci się składki na ubezpieczenie emerytalne i zdrowotne. Ten zabieg ma przynieść dodatkowe 7,1 mld zł więcej. PiS potrzebuje więcej pieniędzy na spełnianie obietnic wyborczych

– PiS robi rzecz dla przyszłych pokoleń Polaków, dla naszych dzieci, okrutną. Dzisiaj do budżetu wpłynie 5, 7, 10 mld, w przyszłości więcej, natomiast za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat z tego budżetu powinno wypłynąć o wiele więcej miliardów złotych na wypłatę emerytur. Im wyższa składka, tym wyższa emerytura – tłumaczyła Leszczyna.

Kontrowersje wokół projektu

– PiS w panice szuka pieniędzy do przyszłorocznego budżetu i wprowadza drogą poselską tak naprawdę ustawę systemową dla systemu ubezpieczeń społecznych – tłumaczyła Paulina Hennig-Kloska – tak naprawdę dopiero nasze dzieci i wnuki odczują, co dzisiaj PiS robi z naszymi portfelami. Wtedy trzeba będzie oskładkować pracę dużo bardziej niż dziś, żeby utrzymać kominowe emerytury, które w wyniku tej regulacji powstaną – tłumaczyła.

KO złożyła do przewodniczącego komisji finansów publicznych Henryka Kowalczyka wniosek o zwołanie specjalnego posiedzenia, aby przedyskutować i ocenić skutki regulacji.

Kryzys w rządzie?

Sprzeciw wobec pomysłu zniesienia limitu składek jeszcze przed wyborami wnosił wicepremier Jarosław Gowin. Już po wyborach powtórzył, że projektu nie poprze. Zmianom sprzeciwiają się także pracodawcy i związkowcy.

Poparcie projektu rozważa część Lewicy, ale z klauzulą emerytury maksymalnej.

Marszałek Elżbieta Witek zamierza zamówić ekspertyzy ws. kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego. Witek chce sprawdzić, czy do TK może kandydować osoba w wieku 65 lat.

Do Trybunału Konstytucyjnego zamierzają kandydować Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Elżbieta Chojna-Duch. Pierwszych dwoje ma 67 lat, Chojna-Duch natomiast 71.

Po ogłoszeniu kandydatur pojawiły się pierwsze wątpliwości. Nie wiadomo, czy wspomniane osoby mogą kandydować do TK – prawicowy rząd zmienił wiek przejścia sędziów Sądu Najwyższego na emeryturę, który ustalono na 65 lat. Wprowadzenie nowego wieku emerytalnego miało umożliwić pozbycie się z SN Małgorzaty Gersdorf. Zarówno Piotrowicz i Pawłowicz przekonywali wtedy, że… zmiana jest potrzebna.

W ustawie o Trybunale Konstytucyjnym widnieje zapis, że kandydaci do TK muszą spełniać takie same wymogi, co sędziowie Sądu Najwyższego. Wszystko wskazuje więc na to, że Piotrowicz, Pawłowicz i Chojna-Duch nie nadają się do kandydowania. Witek zamówiła ekspertyzę właśnie w tej sprawie.

„Gazeta Wyborcza” zapytała Witek o wiek PiS-owskich kandydatów. Marszałek odpowiedziała, że – jak podaje przywołany dziennik – „w ustawach mogą występować sprzeczności”.

Sytuacja wzbudziła rozbawienie internautów, którzy wypominają partii rządzącej niebywałą hipokryzję i obłudę. „Nazwa partii, w której jest pani marszałek, też jest w sprzeczności ze stanem faktycznym”, „Sam istniejący przepis nie wystarcza! Teraz jeszcze trzeba go przetłumaczyć z polskiego na nasze !!!”, „Wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze!” –  to tylko niektóre komentarze użytkowników serwisu Wyborcza.pl.

Fantastyczne posunięcie nowego marszałka Senatu, pana Tomasza Grodzkiego. Uznał on, zresztą słusznie, że przyjmując takie stanowisko, należy przedstawić się narodowi i postanowił wygłosić orędzie w Telewizji Publicznej, zaraz po „Wiadomościach”. Dla pana Kurskiego był to zapewne szok, nie mógł przecież odmówić, jednak odpowiednio „przygotował” odbiorców swojej telewizji do tak nieoczekiwanego wydarzenia.

Sytuacja dla „reżimówki” bardzo niekomfortowa, więc trzeba było szybko odpowiednio zareagować i pokazać w „Wiadomościach”, kim jest nowy marszałek. Nie ma co, dziennikarze świetnie się przygotowali i ostro rzucili na marszałka.

Najpierw porównano jego majątek z majątkiem Elżbiety Witek, przy którym pan Grodzki wyszedł na krezusa. Przy okazji wyemitowano też fragment jego rozmowy z Robertem Mazurkiem. Dziennikarz usiłował dociec, ile tak naprawdę zarabiał pan profesor w minionych latach i nie chciał przyjąć do wiadomości, że wysokość tych zarobków obejmowała też dochód żony.

Przypomniano również, że profesor był przez 18 lat dyrektorem szpitala, który znalazł się na progu bankructwa, a wisienką na torcie była wypowiedź prof. Agnieszki Popieli, oburzonej wyborem na marszałka Senatu człowieka, któremu wręczyła łapówkę w wysokości 500 dolarów za operację matki. Zgodnie z tradycją Telewizji Publicznej, Tomasz Grodzki nie miał możliwości odnieść się do tak ostrej krytyki.

Z przekazu telewizyjnego wyłonił się nam człowiek, nieco szemrany. Tu łapówka, tam jakieś machlojki przy deklaracjach majątkowych, a do tego fatalne zarządzanie szpitalem. Jak widać, dziennikarze Kurskiego stanęli na wysokości zadania. Teraz telewidz został już odpowiednio „urobiony”, spokojnie odbierze orędzie pana profesora i nie da się nabrać, bo już zna całą prawdę. Oczywiście, pod warunkiem, że nie wyłączył wcześniej telewizora, bo o wystąpieniu marszałka Sejmu „Wiadomości” nie raczyły poinformować.

Prof. Agnieszka Popiela z Katedry Botaniki i Ochrony Przyrody Uniwersytetu Szczecińskiego napisała we wtorek na swoim profilu na Facebooku: „Masakra. Pan profesor Grodzki kandydatem na Marszałka Senatu. Jak moja Mama umierała, to trzeba było dać 500 dolarów za operację. Podobno na czasopisma medyczne. Faktury ani rachunku nie dostałam. Nigdy tego nie zapomnę”.

Mimo swej niejasności wpis niepoparty żadnymi dowodami odbił się donośnym echem w mediach, a dla TVP był gwoździem programu poprzedzającego orędzie nowego marszałka Senatu.

Nie pamiętam żadnego kontaktu z autorką wpisu. Kategorycznie i stanowczo zaprzeczam, bym domagał się pieniędzy za operację. Wpłaty na działającą poza szpitalem fundację na rzecz transplantologii są absolutnie dobrowolne” – oświadczył Wirtualnej Polsce prof. Tomasz Grodzki.

Równocześnie marszałek dodał: „Apeluję, zgodnie z wymową mojego wczorajszego orędzia, o opamiętanie. Tym niemniej, choć z natury jestem człowiekiem łagodnym, w przypadku dalszego oczerniania mojej osoby będę zmuszony wystąpić na drogę sądową w obronie mojego dobrego imienia”.

I chyba opamiętanie przyszło dość szybko, bo pani Popiela w następnych wpisach zaczęła wyraźnie łagodzić swoje stanowisko:

„Ponieważ mój wpis wywołał dyskusje, wyjaśniam: Pan prof. T. Grodzki to wybitny torakochirurg, który pomógł mojej śp. Mamie. Dzięki niemu miała łatwiejszą śmierć i za to jestem wdzięczna. Napisałam to, co napisałam, bo objął wielką godność w Polsce, a to wymaga etyki na najwyższym poziomie” – napisała. W czym więc rzecz?

Dalej pani Popiela dodała: „Jeśli to była fundacja, a ja nie dostałam faktury/rachunku/potwierdzenia wpłaty przez pomyłkę, to chętnie przeproszę. Powinna być dokumentacja fundacji” – i powołała się na maksymę Ojca Świętego Jan Paweł II: „Prawda nas wyzwoli”.

Poproszona przez portal gazeta.pl o komentarz odpisała: „Nie komentuję tej sprawy”. Ale na Twitterze zamieściła kolejny wpis: „Liczę na wyjaśnienia Pana Marszałka. Jeśli dokumentacja fundacji jest ok to chętnie przeproszę”.

Nawiasem mówiąc – jak wynika z aktywności tej pani na Facebooku – w czasie jesiennych wyborów samorządowych wsparła ona polityka PiS i została członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Bartłomieja Sochańskiego na prezydenta Szczecina – pisze gazeta.pl.

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Pojednawcze gesty obozu władzy z okazji inauguracji Sejmu nowej kadencji na razie zdały się na nic. Polacy wciąż pozostają głęboko podzieleni. Sort gorszy od sortu lepszego dzieli nie tylko uporczywy brak wiary w zbawczo-narodową misję pana prezesa, ale nawet… poczucie humoru.

Najlepiej dowiodły tego reakcje opozycji na sejmowe przemówienia pana prezydenta oraz marszałka seniora. Reakcje krytyczne, co niejako oczywiste. Ale krytyczne ze szczególnego powodu. Otóż wystąpienie Andrzeja Dudy niektórzy posłowie oprotestowali ze względu na brak zwyczajowych dowcipów, z których prezydent zdążył już zasłynąć w niejednym powiecie. Tymczasem w Sejmie – narzekali parlamentarzyści od centrum do lewa – nawet o Murzynach nie było ani słowa…

Co innego marszałek senior. Ten rozbawił opozycyjne towarzystwo niemal do łez, tropiąc szpiegów w „GW”, marksistów w SN i gender w podstawówkach, a też co chwila powołując się na Konstytucję. Pan marszałek „śmieszył, tumanił i przestraszał”, ani na chwilę nie wypadając ze swej zwyczajowej roli. Więc i brawa na koniec dostał całkiem zasłużenie.

No, ale właśnie na przykładzie reakcji na te dwa przemówienia widać najlepiej, jak bardzo stronnicy i przeciwnicy aktualnej władzy różnią się nie tylko pod względem poglądów, ale też poczucia humoru. Bo co jednych śmieszy, innych cieszy – i odwrotnie.

Zacznijmy od wystąpienia pana prezydenta i zarzutów opozycji, że było owszem, poprawne, ale strasznie poważne. Tymczasem można w ciemno iść o zakład, że parlamentarzyści PiS w duchu pokładali się przy nim ze śmiechu. Najzabawniejsze musiały się im wydać fragmenty o konieczności naprawy języka polityki, szacunku dla cudzych poglądów, wzajemnej tolerancji i temu podobne androny. Niektórzy musieli się chyba popłakać z uciechy.

Wewnętrznie, bo trzeba wszak było zachować pozory powagi, licząc, że ciemny antypisowski lud to kupi. Że da się nabrać na te puste gesty i nic nieznaczące deklaracje, które potrwają najdalej do majowych wyborów prezydenckich. Bowiem lud pisowski doskonale rozumie, że to tylko takie gadanie, obliczone na łagodzenie nastrojów i reelekcję prezydenta. On tak po prostu musi, bo inaczej „dobra zmiana” nie posunie się już ani o krok w kierunku Polski marzeń marszałka seniora.

Bo on, z kolei, mówił jak najbardziej serio. Owszem, lewactwo śmiało się w kułak na samo wspomnienie o „agentach”, „postkomunie” i „potworze gender”. Zresztą niektórzy „totalsi” już na sam widok marszałka seniora dostają napadu nerwowego chichotu, bo zaraz im się przypominają a to parówki smoleńskie, a to wyprawa na Caracale z widelcem. Tymczasem prawa strona sejmowej sali z pewnością wsłuchiwała się w słowa marszałka seniora z należytą powagą, a potem nagrodziła je jeszcze owacją na stojąco. Nie bez powodu wicepremier Sasin, barwna eminencja partii aktualnie rządzącej, z niekłamanym entuzjazmem wyrażał się w telewizji o treści i formie tego specyficznego przemówienia. Państwo z PiS i okolic wiedzą otóż doskonale, że pan Antoni bynajmniej nie żartował, kiedy zapowiadał polowanie na agentów w sądach i mediach, dalsze ograniczanie praw kobiet oraz „obronę wartości chrześcijańskich”. Całkiem serio zapowiadał też Polskę dla „prawdziwych” Polaków. To – drodzy totalsi – nie był żaden tam „kabaret”. Dowcipy o Konstytucji to opowiadał naiwnym rodakom pan prezydent Duda.

I tylko „totalsi” się w tym wszystkim nie zdążyli połapać tak od razu. Cóż – po prostu za grosz nie mają poczucia humoru.

Duda, Macierewicz, Jędraszewski, Ziobro – pisowska groteska grozy

8 List

Posłowie KO zaapelowali do prezydenta, aby ten zmienił swoją decyzję i wyznaczył kogoś innego na stanowisko marszałka seniora niż Antoniego Macierewicza. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, tę decyzję zmieni – tłumaczył wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Jest czas na zmianę decyzji

Posłowie Koalicji Obywatelskiej wysłali do prezydenta specjalne pismo w sprawie Antoniego Macierewicza, który ma w nowym Sejmie pełnić rolę marszałka seniora.

– Ma pan kolejny raz szansę być prezydentem nie tylko jednej partii, ale wszystkich Polaków. Do tego wymagana jest zmiana tej decyzji. Nie może być tak, że człowiek, który w ostatnich latach szkodzi polskiej racji stanu, jest nominowany na takie stanowisko – mówił Marcin Kerwiński.

Wiele powodów, aby decyzję zmienić

W obszernym, 3-stronicowym piśmie posłowie opozycji argumentują, dlaczego były szef MON nie powinien piastować tej funkcji.

Posłowie przypominają w nim niejasne powiązania Antoniego Macierewicza z obcymi służbami, miliony wydane na komisję smoleńską i budowanie kapitału politycznego na kłamstwie smoleńskim, a także demolowanie polskiej armii.

– Antoni Macierewicz kłamał z mównicy sejmowej o rzekomych “mistralach za dolara”, a teraz kilka metrów dalej ma otwierać uroczyście pierwsze posiedzenie Sejmu jako marszałek senior. To zła decyzja i żadne zasługi Macierewicza, wokół których i tak są kontrowersje, tego nie usprawiedliwią – tłumaczył Tomasz Siemoniak.

Politycy przypomnieli, że jako szef MON chciał zdegradować major zasłużoną na misjach w Afganistanie. Oskarżył kłamliwie o szpiegostwo byłych szefów SKW, a prezydenckiego generała Kraszewskiego wręcz “niszczył”. To m.in. ten konflikt doprowadził to tego, że prezydent wypowiedział się, że Antoni Macierewicz używa “ubeckich metod”.

– Prezydent zaprzecza swojej ocenie i podejmuje fatalną decyzję dla polskiego parlamentaryzmu. Prosimy, apelujemy i wzywamy do zmiany tej decyzji. Jest jeszcze czas, są godne osoby w Sejmie do tego, aby sprawować funkcję marszałka seniora – komentuje Tomasz Siemoniak.

Upokorzenie Sejmu

– To decyzja, która obraża nas wszystkich – komentuje wybór na marszałka seniora Antoniego Macierewicza Joanna Kluzik-Rostkowska. – Ta decyzja to próba upokorzenia Sejmu i posłów i tej znaczącej części opinii publicznej, która ma wyrobione zdanie o Macierewiczu – mówił także Tomasz Siemoniak. – Wierzę w to, że prezydent Duda, kierując się zgodą w Sejmie i odpowiedzialnością za polską demokrację, decyzję zmieni – dodaje.

Podobne pismo do prezydenta złożyła też Lewica.

Macierewicz to hańba – więcej >>>

„237 osób na 100 tys. umarło z powodu raka w 2017 w Polsce. To jeden z najwyższych wskaźników wśród krajów OECD, dla których średnia wyniosła 201 osób” – poinformowała na Twitterze Alicja Defratyka z ciekaweliczby.pl.

A tak do podanych przez Defratykę informacji odniósł się były wiceminister zdrowia w rządzie PiS: – „Szanowna Pani. Na coś ludzie muszą umierać. Jeśli nie umierają na choroby serca to będą umierać na raka. Sukces polskiej kardiologii musi się przełożyć na pogorszenie surowego współczynnika umieralności w onkologii. Potrzeba standaryzowanych współczynników umieralności” – napisał Krzysztof Łanda. W latach 2015-2017 był on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia.

„Czy mamy się cieszyć, że umieralność na raka wzrosła, bo umieralność na choroby serca spadła? Czy według Pana mamy się cieszyć, że w innych krajach ten wskaźnik spada, a w Polsce rośnie?” – zapytała Łandę Defratyka.

Ale nie tylko ją oburzył wpis byłego wiceministra zdrowia. – „Czy Pan przeczytał to, co napisał? Choć raz?”; – „Wypowiedź w stylu „żywność zdrożała, ale za to lokomotywy staniały”!”; – „To jeżeli pan kiedyś (czego nie życzę), zachoruje na raka, może się pan na łożu śmierci pocieszać, że za to sąsiad z zawałem przeżyje”; – „Szanowny Panie” gdyby ludzie umierali na głupotę to w PiS nie miałby kto rządzić!”; – „Co za chamskie odzywki. Nic dziwnego, że polska służba zdrowia jest najgorsza w UE skoro odpowiedzialni za nią potrafią tylko bezczelnie pyskować”.

Jeden z internautów w odpowiedzi Łandzie napisał o swojej sytuacji rodzinnej: – „Na chemioterapii dziennej Onkologii Szpitala MSWiA w Wa-wie zostało 2 lekarzy! Przerwali chorym chemioterapię. Za 2 tygodnie mają pytać, kiedy będzie wznowiona. Wiem, bo moja mama też czeka. Nowych pacjentów się nie rejestruje. Mogą umierać!”.

Z wielką pompą na Zamku Królewskim w Warszawie wręczane były nagrody prawicowego tygodnika „Do Rzeczy” „Strażnik pamięci 2019”. Podczas uroczystości przyznano także nagrodę specjalną Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka „Strażnik Wartości”. Otrzymał ją arcybiskup Marek Jędraszewski.

Laudację ku czci metropolity krakowskiego wygłosił dyrektor tego Instytutu Maciej Szymanowski. – „Takim kurierem z Krakowa, posłańcem, a zarazem strażnikiem wartości, jest także nasz laureat, którego wygłoszone w rocznicę Powstania Warszawskiego słowa sprzeciwu wobec destrukcyjnych względem człowieka, rodziny i rodziny rodzin – czyli narodu pseudo-prawd, zabłysnęły w tym roku niczym światło latarni morskiej” – powiedział Szymanowski. Chodzi o skandaliczne słowa metropolity krakowskiego: „Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”.

Na gali na Zamku w pierwszych rzędach zasiedli m.in. Mateusz Morawiecki, Piotr Gliński, Ryszard Terlecki, Zbigniew Ziobro. Uroczystość została objęta patronatem narodowym (!?) przez Andrzeja Dudę.

„W następnym odcinku naszej bajki: pani prof. Krystyna Pawłowicz i pan prof. Piotr Gliński dostają ex aequo nagrodę „Strażnika/strażniczki kultury”; – „Nagroda za tuszowanie skandali. Obrzydliwość”; – „Strażnik Wartości abp Paetza?”; – „Strażnik Szczucia, Obłudy i Nienawiści. Takich w Polsce PiS się nagradza” – komentowali oburzeni internauci.

A nowo mianowany „Strażnik Wartości” w wieczornym wywiadzie dla Telewizji Republika powtórzył swoje słowa o „tęczowej zarazie”. – „Fikcyjna ideologia przeczy wizji urojonego bytu – taki sens mają słowa hierarchy, który znów powtarza nawiązujący do repertuaru nazistów refren o „tęczowej zarazie”. Być może wierzy, że powtórzony tysiąc razy objawi prawdę – w to również wierzyli naziści” – podsumował jeden z internautów.

Coraz głośniej mówi się o narastającym konflikcie między Zbigniewem Ziobro a Mateuszem Morawieckim. Obaj panowie zdecydowanie za sobą nie przepadają i jak informują media, premier stara się za wszelką cenę powstrzymać zapędy Ziobry do kontrolowania jak największej liczby spółek skarbu państwa.

Ostatnio też słyszymy o tym, że Ziobro wynegocjował przejęcie przez Solidarną Polskę dodatkowego ministerstwa. Ma je objąć bliski współpracownik ministra i prokuratora w jednym, 28-letni Michał Woś.

Możliwe, że to właśnie jest powodem, dla którego Zbigniew Ziobro unika posiedzeń rządu. We wrześniu opuścił dwa spotkania, w październiku cztery i na tym ostatnim, 6 listopada, również go nie było. Ministra sprawiedliwości reprezentuje jego wiceminister i uważa on, że to nic dziwnego, bo pan minister – jak twierdzi Sebastian Kaleta – jest na bieżąco „o wszystkim poinformowany i jest w bieżącym kontakcie z premierem, jak i innymi ministrami”, a że nie przychodzi na posiedzenia rządu? No cóż, nie ma czasu, bo jako prokurator generalny ma mnóstwo zajęć, niecierpiących zwłoki.

Wiceminister Kaleta zapomniał dodać, że mimo licznych obowiązków, Ziobro znalazł czas, by aktywnie prowadzić własną kampanię wyborczą i gościć, ile się da, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie walczył o stołki dla swoich ludzi.

Ewidentnie więc widać, że to nie kwestia braku czasu, ale jednak chyba właśnie ta wzajemna niechęć. Czy ta wojenka osłabi PiS? Podejrzewam, że nie, bo w odpowiednim momencie, panowie zjednoczą siły, byle tylko utrzymać się przy władzy i dalej razem demolować Polskę.

Chyba nie ma już powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego), chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Słychać wycie? Owszem, słychać. Ale to niekoniecznie znakomicie. Bo protesty podniosły się nie tylko w okopach opozycji. Decyzja o nominacjach partii pana prezesa do TK nie spodobała się nie tylko „totalsom”. Wzbudziła też ponoć spore kontrowersje w „Dużym Pałacu”. No i Jarosław Gowin, jeśli ją nawet poprze, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru, to cieszył się raczej nie będzie. Ba, pomysł, że na straży Konstytucji mają stanąć Stanisław Piotrowicz i Krystyna Pawłowicz skonsternował również część… wyborców PiS-u. Ma on poparcie zaledwie jednej trzeciej głosujących na „dobrą zmianę”. Okazuje się, że nawet Pięćset Plus to dla części z nich za mało, jak na Trybunał dla pana Staszka oraz pani Krysi…

No, ale z drugiej strony, zrozumcie prezesa. Przecież państwo P&P to żywe symbole rewolucji moralnej, jaka dokonuje się właśnie między Odrą a Bugiem. Trudno o bardziej oczywiste wzorce osobowe „dobrej zmiany”, co zresztą pięknie zaprezentowano w uzasadnieniu tych szczególnych nominacji.

To osoby, które – jak podsumował to sam pan Stanisław – mają „piękną przeszłość”, on w peerelowskiej prokuraturze, a ona przy Okrągłym Stole. Mają też nieocenione zasługi w utrwalaniu władztwa PiS w wymiarze sprawiedliwości i pacyfikacji opozycji („Cicho! Teraz ja mówię!”). Nikt nie potrafił tak skutecznie przeciwstawiać się atakom lewactwa w komisji sprawiedliwości, jak pan Stanisław właśnie, ani pacyfikować „myszek-agresorek”, jak pani Krystyna.

Ale nie tylko te merytoryczne talenty zdecydowały – zapewne – o wyborze nominatów. Znalazłoby się przecież kilku profesorów prawa z większym dorobkiem i budzących mniej – delikatnie mówiąc – kontrowersji. Niemniej w aktualnym Trybunale obok kompetencji liczą się też inne przymioty, w tym wyrobione gusty kulinarne oraz umiejętność eleganckiej i dyskretnej konsumpcji sałatek z tuńczykiem na sali rozpraw, w czym nikt nie sprosta przecież pani Pawłowicz. Tymczasem nie wiadomo wprawdzie, jaki dorobek naukowy ma za sobą pani prezes Julia, ale wiadomo za to, że świetnie gotuje…

Ważna jest także odporność nominatów na takie lewackie wynalazki, jak fakty, logika i racjonalna argumentacja, a też ich naturalna umiejętność recytacji z pamięci partyjnego „przekazu dnia” tonem nieznoszącym wątpliwości ani sprzeciwu, tak charakterystycznym dla przodowników „dobrej zmiany”. Nie bez znaczenia jest też zapewne ironiczno-pogardliwy grymas, jaki w niewymuszony sposób pojawia się na twarzach prawdziwych patriotów (w tym także państwa P&P) w relacjach z lewactwem. Ale najważniejsza jest lojalność w stosunku do partii, a w szczególności jej prezesa. Tej zaś obojgu nominatom nie można wszak odmówić. Bo przecież, jak ujęła to sama pani Krystyna – „Konstytucja jest martwa”, w przeciwieństwie do interesów PiS.

Dlaczego to ważne? Cóż – łaska suwerena na pstrym koniu jeździ, więc nigdy nie wiadomo, kiedy partii aktualnie rządzącej przyda się absolutna przychylność Trybunału. Była posłanka Pawłowicz ma już zresztą za sobą dowód lojalności w postaci głosowania za wnioskiem, który sama uznała za niekonstytucyjny. Była jednak „za”, bo „takie były partyjne uzgodnienia”. Czyż trzeba lepszego przykładu jej bezstronności i obiektywizmu?

Prokurator Piotrowicz jako niedościgły wzór praworządności dał się z kolei poznać, firmując tak zwaną reformę sądownictwa. Był w tym lepszy nawet od samego ministra Ziobry, więc taki talent nie mógł pozostać niezauważony, a zasługi – nienagrodzone.

No i jest jeszcze coś. Praca w Trybunale to praca zespołowa. Nowi sędziowie nie powinni zatem za bardzo odstawać od reszty nominatów partii aktualnie rządzącej, co – zważywszy na dotychczasowe awanse – nie było łatwe. Wypada więc zrozumieć pana prezesa, który musiał znaleźć aż trójkę chętnych do orzekania pod kierownictwem aktualnej szefowej Trybunału i jej zastępcy. Dobrze, że zgłosili się sami, bo inaczej trzeba by chyba urządzać łapankę pod jakąś prokuraturą rejonową na Podkarpaciu.

Inna sprawa, że w tej chwili nie ma już żadnego powodu, by zajmować się składem TK (Trybunałem Kaczyńskiego). No, chyba że kogoś interesują najnowsze „odkrycia towarzyskie” pana prezesa.

Duda jest do ogrania przez opozycję, a PiS do odsunięcia od koryta

2 List

Aż dwie trzecie wyborców KO chciałoby jednego opozycyjnego kandydata w I turze wyborów prezydenckich. Lewica i PSL niewiele ustępują w tym entuzjazmie. Analiza wyników wyborczych wskazuje, że to wariant raczej nieracjonalny, ale wyraża marzenie, byśmy „wszyscy razem” odsunęli Dudę od prezydenckiej godności [SONDAŻ OKO.PRESS]

W październikowym sondażu Ipsos badaliśmy pojedynek kilku kandydatów opozycji z Andrzejem Dudą w I turze. Sprawdzaliśmy, kto na opozycji ma największy negatywny elektorat,  co może decydować o wyniku II tury. Ale zapytaliśmy też o inny wariant wyborczy:

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020 r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Okazało się, że:

  • 44 proc. badanych opowiedziało się za wspólnym kandydatem;
  • 44 proc. stwierdziło, że każde z trzech ugrupowań powinno wystawić swojego kandydata;
  • 12 proc. nie miało zdania.

Wśród kobiet wyraźnie wygrywa koncepcja jednego kandydata/kandydatki w pierwszej turze (50 proc.), mężczyźni opowiadają się raczej za trzema kandydatami (49 proc.).

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Oczywiście pytanie o jednego kandydata ma zupełnie inny sens dla zwolenników i dla przeciwników PiS.

Wyborcy opozycji myślą o opozycji

W elektoracie KO zwolennicy jednego kandydata stanowią aż 66 proc. wyborców, w Lewicy – 55 proc., w PSL – 52 proc. Postawa wyborców KO jest zrozumiała, w końcu to ten komitet ma najsilniejszą pozycję i przekonanie, że wspólny kandydat byłby tak naprawdę „nasz” jest uzasadnione. Poparcie na Lewicy i PSL może dziwić, wszak oznaczałoby to zapewne niewystawienie „swojego” kandydata, co osłabia pozycję partii.

Podobną postawę odkryliśmy jednak już wcześniej, analizując wyniki pytania naszego sondażu o zadowolenie z wyników wyborów do Sejmu i Senatu.

Satysfakcję z (minimalnego) zwycięstwa w Senacie podzielało aż 77 proc. wyborców PSL i Koalicji Obywatelskiej i 79 proc. wyborców Lewicy (niezadowolonych w tych trzech elektoratach było po 19-20 proc.). Odczucia wyborców trzech partii są identyczne, choć partyjne zyski były tak różne: Koalicja Obywatelska zdobyła 43 senatorskie mandaty, PSL – 3 mandaty, Lewica – 2 mandaty.

Jak widać, duża część wyborców, choć ma swoje preferencje partyjne, myśli w kategoriach „zjednoczonej opozycji”. I marzenie o sukcesie „opozycji” jest silniejsze, niż pragnienie wygranej „mojej partii”.

Podobnie może być tutaj. Jeden wspólny kandydat może być postrzegany jako sygnał jedności i siły opozycji jako całości.

Wszyscy razem, pięści w górę, obalimy dyktaturę

Nie bez znaczenia jest również efekt psychologiczny. Wyborcom partii opozycyjnych Prawo i Sprawiedliwość jawi się jako kolos i monolit. W obliczu tak wielkiego zagrożenia oczekują stworzenia wielkiego bloku, który dorównałby rozmiarami partii rządzącej. Trzy mniejsze zdają się bez szans.

Odpowiedzi wyborców PiS kształtują się dokładnie odwrotnie. Reagują na sygnał wspólnego kandydata opozycji jak na zagrożenie dla „naszego Dudy”, bo „większy” po stronie opozycji wydaje się groźniejszy. Wyborcy PiS mogą też liczyć na to, że opozycja podzielona pogrąży się we wzajemnej rywalizacji, oddając łatwo zwycięstwo obecnemu prezydentowi.

Głosy zwolenników Konfederacji wyglądają podobnie jak głosy PiS. Ale stać może za nimi inna kalkulacja. W przypadku zjednoczenia opozycji jest oczywiste, że do drugiej tury przechodzi kandydat opozycyjny i Andrzej Duda (jeśli oczywiście wybory nie kończą się na jednej turze). Konfederaci mogą liczyć na to, że rozbicie głosów na kilku kandydatów nieco wyrówna szanse kandydata Konfederacji, który dodatkowo może robić sobie nadzieję na przejęcie wyborców Pawła Kukiza z 2015 roku (a to ok. 20 proc.).

Czy w ogóle warto rozpatrywać wspólnego kandydata? Warto, bo…

Założeniem pomysłu jest oczywiście zwycięstwo w pierwszej turze.

Skumulowane głosy elektoratów partii prodemokratycznej opozycji miałyby wygrać z Andrzejem Dudą, dodatkowo osłabionym o głosy kandydata Konfederacji. W II turze te głosy zasilą raczej puszczającego oko do skrajnej prawicy Dudę, choć trudno to dziś przewidzieć z większą pewnością.

Żeby to osiągnąć trzeba zdobyć jednak aż 50 proc. wszystkich głosów. Nie udało się to ani w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ani w wyborach do Sejmu, a nawet w wyborach do Senatu (opozycja wygrała na mandaty, remisując w liczbie głosów). Z drugiej strony, notowania PiS zachwiały się po wyborach…

W rozważaniach nad strategią na I turę chodzi też o ekonomię mobilizacji. Zwolennicy jednego kandydata podkreślają, że wspólne prowadzenie kilkumiesięcznej kampanii przyniesie lepszy efekt, niż wsparcie udzielone jednemu kandydatowi opozycji dopiero w drugiej turze.

Dodatkowo rozdrobnienie w I turze może działać demobilizująco na elektoraty partii, której kandydaci odpadną. Argumentem za formułą „jeden wspólny kandydat” jest  uniknięcie miesięcy kampanii, podczas której między kandydatami opozycji dochodziłoby do bratobójczej walki.

Ta obawa artykułowana była także przy okazji kampanii do Sejmu i Senatu. Ostatecznie jednak ugrupowania demokratyczne wypracowały formułę rywalizacji, w której jest miejsce na krytykę, nawet spięcia, ale nie są wytaczane najcięższe działa.

Nie warto, bo…

Najpoważniejszym argumentem przeciwko jednej kandydaturze jest fakt, że elektoraty tak łatwo się nie sumują, a raczej nieco się „odejmują”. Oparcie całej, wielomiesięcznej kampanii na jednym kandydacie z KO z przekazem „musimy odsunąć od PiS od władzy” mogłoby skutecznie zniechęcić do udziału w głosowaniu wyborców dwóch pozostałych komitetów.

Z takich zapewne powodów wynik „paktu senackiego” opozycji do Senatu był gorszy od sumy wyników trzech partii osobno do Sejmu (w powyborczym sondażu OKO.press ta przewaga urosła z 5 do 7 pkt proc.):

Poparcie dla PiS i partii opozycji w wyborach do Sejmu i Senatu 2019 (w proc.)

Dane PKW

Uwaga! Do wyniku PiS do Senatu (44,56 proc.) doliczamy poparcie niezależnej Lidii Staroń (0,58 proc.), a do wyniku opozycji (KO + PSL + SLD = 43,66 proc.) trzech niezależnych senatorów: Stanisława Gawłowskiego, Krzysztofa Kwiatkowskiego i Wadima Tyszkiewicza (razem 1,04 proc.). Gdy policzyć też poparcie kandydatów, którzy nie weszli do Senatu  (jak zrobiła Dominika Wielowieyska w „Wyborczej”) okaże się, że opozycja miała minimalną przewagę.

Dopuszczenie realnej rywalizacji w pierwszej turze, a następnie oficjalne udzielenie poparcia przeciwnikowi Andrzeja Dudy może mieć większy mobilizacyjny potencjał. Przy założeniu, że „ujemna premia za zjednoczenie” będzie mniejsza niż w wyborach do Senatu.

Mało realny scenariusz

Władysław Kosiniak-Kamysz w połowie października snuł rozważania na temat wyłonienia wspólnego kandydata opozycji w prawyborach opartych na debatach i spotkaniach. Nadal opowiada o tej koncepcji w mediach, ostatnio w TVN24. Kosiniak-Kamysz był bardzo długo liderem w rankingach zaufania wśród polityków opozycji (obecnie dogoniła go Małgorzata Kidawa-Błońska), ale jest jednak liderem najmniejszego z trzech ugrupowań. Można to czytać jako kalkulację: jestem na tyle popularny, by stawić czoła Andrzejowi Dudzie, ale jednocześnie mając konkurentów w postaci liderów dwóch większych ugrupowań, mogę nie dostać się do drugiej tury.

Lider PSL jest jednak odosobniony. Politycy KO i Lewicy jednoznacznie odrzucają formułę „jednego kandydata”. Grzegorz Schetyna określił pomysł jako mało realny, a I turę nazwał „pewnego rodzaju prawyborami”. KO liczy na to, że jako opozycyjne ugrupowanie z największym poparciem wprowadzi swoją kandydatkę (Kidawę-Błońską) lub kandydata (Donalda Tuska?) do drugiej tury, nie ryzykując ewentualnej przegranej w prawyborach.

Ale pomysł jednego kandydata odrzucają też politycy Lewicy (m.in. Krzysztof GawkowskiRobert Kwiatkowski), a start lewicowego kandydata ogłosił Włodzimierz Czarzasty. Wszystkie partie lewicowe chcą natomiast wspólnego kandydata lewicy. Dotychczas mówiło się, że ma to być Robert Biedroń, choć jak wskazuje sondaż OKO.press, Adrian Zandberg, jeden z liderów Razem, niewiele mu ustępuje w poparciu wśród elektoratu lewicy.

Tu motywacją jest zachowanie podmiotowości własnego obozu, który rośnie po wyborach w siłę.

O Trybunale Konstytucyjnym tutaj >>>

Duszno jest w te Zaduszki. Rodziny dzielą się wzdłuż i w poprzek. Na groby chodzą oddzielnie. Nawet zmarłych dzielą na lepszych i gorszych. Ciała na cmentarzu, kości i popioły w urnach są też lepsze i gorsze. To zależy od tego, kto na kogo głosował, jaki wrzucał głos do urny. Dziwna jest ta zbieżność urny z prochami z urną z głosami. W te dni warto pamiętać, że papierowe głosy w proch się obrócą, jak ci co głosowali i ci, na których głosowano.

Zaduszki jako „przypomnienie wszystkich wiernych zmarłych” wprowadził opat z Burgundii w 993 roku. Zagospodarowanie symboli jest podstawą działania w polityce i kościele. Zalecił to ów opat zamiast pogańskiego obyczaju oddawania czci zmarłym. Uwaga: my jako kraj nie byliśmy jeszcze nawet ochrzczeni i obchodziliśmy ciągle nasze swojskie Dziady. Teraz królują dynie z otworami, czaszki, kościotrupy, amerykańskie święto dzieciaków i wesołych przebierańców. Uchodzi za grzech i jest potępiane przez Kościół bardziej niż pedofilia w jego, za przeproszeniem, łonie…

Meksykańskie przysłowie mówi, że życie jest snem, a śmierć jest przebudzeniem. Mało kto chce się jednak przebudzić z życiowego snu. Raczej boimy się kościstej Madame. Staramy się jak najdłużej zostać na tym „padole płaczu”, wspominając zmarłych i ich ostatnie słowa, ostatnie życzenie. Tata prosił, żeby dać mu kopsnąć szluga i setkę, a ty mu nie dałaś, mówi brat do siostry, a ona, że nie chciała, żeby się uzależnił…

Ostatnie słowa wielkich wchodzą do literatury czy historii. Goethe, umierając zawołał: „Więcej światła!”. Co się rozumie, że pragnął oświecenia dla społeczeństwa i tak dalej. Prawda jest taka, że trzymano go w „choralni”, czyli ciemnym pokoju. Zasłonięte kotary tłumiły światło, biedny poeta pragnął słońca.

Gdy pewnego francuskiego polityka prowadzono na gilotynę, ktoś z orszaku powiedział do niego: „Ty drżysz”, a on odpowiedział: „To z przeziębienia!’. Zastanawiam się, czy jest u nas wśród rządzących ktoś obdarzony takim dowcipem? Eee nie, oni mówią to, co przyniesie przekaz dnia.

Sokrates natomiast czując, że koniec jest bliski nakazał swemu służącemu, by zapłacił za koguta. Jako filozof wiedział, że całun nie ma kieszeni, a trumna portfela, o czym zapominają pazerni świeccy i duchowni. Neron, któremu się wydawało, że jest wspaniałym wokalistą, biadolił: „Jakiż artysta ginie we mnie!”. Cezar, jak to władca oderwany od rzeczywistości, zdziwił się: „I ty Brutusie?”, zanim otrzymał cios. To nauka dla każdego wielkiego dyktatora oraz małego dyktatorka. Każdy ma obok siebie kogoś, kto czyha na jego stanowisko. Nawet jeśli ma tylko 18%.

Bardzo brakuje nam ludzi, którzy odeszli. Niezwykłych, dowcipnych. Odczuwamy brak Marii Czubaszek, mówiącej: „To było w czasach, kiedy Ibisz był jeszcze stary”. Nawiązywała do jego coraz młodszego wyglądu. Zaatakowana przez kogoś ekobio, kto jej zarzucił, że tak kocha zwierzęta, a odżywia się parówkami, wypaliła: „Każde dziecko wie, że w parówkach nie ma mięsa”. Żal, żal, że jej nie usłyszymy.

Janusz Głowacki mawiał „Szanuję nagrody, które dostaję, gardzę tymi, których mi nie dano”. A na pogrzebie Głowackiego Kazimierz Kutz mówił: „Są wszyscy, tylko Głowy nie ma”. Gdy wybuchła afera MeToo Kutz samokrytycznie stwierdził, że gdyby to się wydarzyło w jego czasach, nie nakręciłby żadnego filmu. Chyba zabrakło mu Głowy, przyjaciela, bo zawinął się szybko po nim, spakował manatki i odjechał w ostatnią podróż.

Jacek Kurski odmówił emisji spotu kampanii, przygotowanej przez lekarzy „Polska to chory kraj”. Według niego, był „niezgodny z linią programową TVP”!

Co to takiego „eufemistyczny wulgaryzm”? Coś, co z pewnością nie jest wulgaryzmem nieeufemistycznym. Bo kiedy na przykład naczelny satyryk prawicy Jan Pietrzak mówi o Klaudii Jachirze, że to „wynajęta zdzira”, to jest to wulgaryzm bezprzymiotnikowy, inaczej mówiąc – zwyczajny.

Z podobnym, swojskim, by nie rzec „narodowo-katolickim” wulgaryzmem mamy do czynienia, gdy poseł Tarczyński (z PiS, gdyby ktoś miał ewentualne wątpliwości) wyraża się o zwolennikach „damskich końcówek” per „dewianci”. Jaka prawica, takie jej wulgaryzmy…

Co innego wykształciuchy. Wulgarne są i agresywne jak wszyscy, ale perfidne zarazem. Nie nazywają rzeczy po imieniu, tylko – nawet przeklinając – pragną się wywyższyć ponad zwyczajnego suwerena. Elity gorszego sortu nie powiedzą więc, że to, co się dzieje w służbie zdrowia to „burdel, granda i skandal”. Skądże znowu…

Żeby chociaż zacytowali klasyka, nazywając problem „dżumą” lub – swojsko – „cholerą”, co bierze zwykłych ludzi po dobie na SOR-ze. Ale nie. Mówią o „chorobie”. A po cichu życzą sobie, by zainfekowała architektów „dobrej zmiany”. Żeby dramatyczne sceny z przychodni i szpitali przełożyły się na krytykę rządu i jego zwolenników. I w ten sposób, w ustach autorów spotu, którego emisji odmówiła TVP, określenie „chory” zmienia się w „eufemistyczny wulgaryzm”. I staje się narzędziem agresji.

Tak przynajmniej uzasadnił cenzurę inkryminowanego materiału szef publicznej telewizji Jacek Kurski, w ten sposób stając do rywalizacji z samym panem prezesem o status Największego Językoznawcy „dobrej zmiany”.

I miał rację, że zakazał emisji. Nie ma powodu rozpowszechniać eufemistycznych wulgaryzmów, skoro śmigają one teraz w powietrzu nawet częściej, niż te swojskie i zwyczajne. Pewnie wszyscy pamiętają jeszcze, jak już dawno temu poseł Szczerba wygłosił swoje słynne „panie marszałku kochany!” Jaki „panie”? Jaki „kochany”? I co to w ogóle były za ukryte sugestie? Chamstwo, prowokacja i wezwanie do puczu, po prostu…

Co innego „mordy zdradzieckie”. Takich właśnie prostych i z sercach płynących wulgaryzmów oczekuje naród od swojego przywódcy. I za to – między innymi – pan prezes jest kochany wśród swojskiego elektoratu kto wie, czy nie bardziej niż za liczne Plusy i trzynastą emeryturę. Bo i suweren w co drugim zdaniu zwykł – w miejsce kreślenia: „niewiasta lekkich obyczajów” — używać słowa na „ka”, jakże niesłusznie uchodząc w związku z tym za prostaka. Ale teraz – dzięki posłom, kierownikom i prezesom od pana prezesa – już nie musi się wstydzić. A zresztą co niby miałby mówić w zamian? „O, pani… jak – nie przymierzając – mops w reklamie Voltarenu”?

Toteż jest pełna zgoda, że – jak sugeruje prezes TVP – mówienie o „chorobie” tam, gdzie bardziej stosowna byłaby swojska (i też medyczna) „kiła i mogiła”, a w ostateczności „zaraza” (ta od „tęczowej zarazy”), to „naruszanie dobrych obyczajów”, które „stoi w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego”.

Jasne, że narusza i że stoi, skoro normalny wyborca obu panów prezesów wyraża się całkiem inaczej. Toteż takie językowe ewolucje „godzą w jego wrażliwość”, czemu Jacek Kurski powiedział – cenzurując spot o służbie zdrowia – swoje stanowcze „nie”. Znaczy – spełnił misję kulturową i stanął na straży dobrych obyczajów. Brawo ten pan!

Natomiast wracając do stanu służby zdrowia po czterech latach rządów PiS, to należało raczej odwołać się do narodowej tradycji i posłużyć cytatem z Sienkiewicza: „ch..j, d..a i kamieni kupa”. Każdy by zrozumiał. Sienkiewicz wprawdzie nie ten, ale wrażliwość stosowna, no i wzmiankowaną frazę trudno posądzać o eufemizm.

Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów?

1 listopada, dzień zadumy, refleksji, wspomnień. Lubię te leniwie płynące godziny pełne wyciszenia i nostalgii. Pomaga mi to nabrać dystansu do dość ponurej rzeczywistości, uspokoić emocje, zamknąć swój świat w dobrych myślach i przywołać do siebie tych, którzy bardzo byli mi bliscy, ale i tych, których mądrość, życzliwość, inteligencja, system wartości, odłożyły się we mnie, budując moje człowieczeństwo.

Żeby jednak nie było tak sielsko, anielsko i różowo, to warto zwrócić uwagę, że spotkania rodzinne przy grobach to też okazja, do wspólnego biesiadowania, wielokrotnie zakrapianego alkoholem, a potem powroty do domu i może znowu pobity rekord wypadków drogowych i niepotrzebnej śmierci. To przed nami, a za nami… dni poprzedzające uroczystości Wszystkich Świętych, zdominowane przez coroczną walkę o sens i rację bytu Halloween i na tym właśnie chciałabym się dzisiaj skupić.  Nie ma co, jak każdego roku, Polskę ogarnia istne szaleństwo. Nic nie jest tak ważne jak to, czy obchodzić Halloween czy też bronić się przed nim rękami i nogami.

Kościół ostrzega przed tym świętem, bo „to niebezpieczny festiwal brzydoty dla ludzkiej duszy” i apeluje do rodziców, „byli czujni. Diabeł nie żartuje. Pielęgnujmy u dzieci katolickie wychowanie”. Rodzic chrześcijanin musi wiedzieć, że dynia z zapaloną w niej świecą to symbol dusz błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci)to nic innego jak próba nawiązania kontaktu człowieka z duchami, a wróżby, których celem zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości, to grzech śmiertelny „przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów”. Rodzic musi mieć też świadomość, że słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły to nic innego jak prosta droga do opętania i chorób psychicznych. Ponoć po Halloween wzrasta liczba właśnie opętań wśród dzieci, dacie temu wiarę?

Do tego kościelnego chóru ochoczo włączają się politycy PiS i sympatycy partii rządzącej. Posłanka Masłowska zamierza nawet wystąpić do MEN, by zablokować „tę głupotę”. Wspiera ją z całych sił minister edukacji, Dariusz Piontkowski, dla którego to święto „jest makabryczne i angażowanie w to dzieci nie jest dobre. Dziwię się nauczycielom, którzy chcą to organizować. To jest chore, że dzieciom organizuje się Halloween. Na siłę się nas zmusza, byśmy ten zwyczaj obchodzili. Idiotyczne. Ten zwyczaj kojarzy się z horrorem. Nie można tak narażać dzieci, zwłaszcza najmłodszych”. Biedne dzieci są straszone przez swoich katechetów, którzy w bardzo obrazowy sposób mówią o uleganiu szatanowi i innych okropieństwach, jakie spotkają te dzieciaczki, gdy wezmą udział w Halloween.

Swoją cegiełkę do walki z tym niecnym świętem dokładają kuratorzy oświaty. Małopolska kurator oświaty chwali szkołę w Poroninie, gdzie odbył się dzień Dyni, niby podobny w założeniach do Halloween, a jednak taki nasz, chrześcijański. Do podobnej imprezy zachęcał szkoły bydgoskie kurator Marek Gralik, do którego zwrócili się ponoć „nauczyciele i rodzice uczniów, którzy poinformowali mnie o drastycznych wydarzeniach, w tym o zmuszaniu niepełnosprawnych intelektualnie dzieci do udziału w halloweenowych zabawach”. Za zdecydowaną reakcję pan kurator otrzymał serdeczne podziękowania od pupilki Rydzyka, Anny Sobeckiej. Również i w Wielkopolsce szkoły dostały zakaz organizowania Halloween, choć rzeczniczka tłumaczy, że to nie tak, że to tylko wyjaśnienie, co dyrektorom wolno, a co nie.

Przyznam szczerze, że zupełnie mi to święto nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi jego „pogańskość”, bo przecież większość świąt kościelnych opartych jest na przedchrześcijańskich wzorach. Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów? Fakt, przekaz jest może nieco przejaskrawiony, ale najmłodsze pokolenie, wychowywane na grach komputerowych, gdzie krew sika na okrągło, bohaterowie leją się równo, jest ileś tam żyć do wykorzystania, okrucieństwo leci z każdej możliwej strony, postrzega go już zupełnie inaczej. Liczy się pomysłowość, ilość zebranych słodyczy i przede wszystkim zabawa.

To też otwartość na inną kulturę. To święto ma już ponad 2000 lat, a jego kolebką była Anglia, Irlandia, Szkocja, Walia i Francja. Celtowie obchodzili ten dzień właśnie 31 października, uważając go za święto zbiorów oraz koniec lata i początek zimy. Kapłani celtyccy uważali, że tego właśnie dnia demony i upiory wracają z zaświatów, dlatego przesądny lud przebierał się, dzięki czemu mógł zapewnić sobie bezpieczeństwo i przypodobać duchom. Ot, jedna z wielu legend, która jest wciąż żywa i może tak właśnie należy Halloween traktować? Nie jako zło, ale sięganie do korzeni?

Oczywiście, każdy ma prawo mieć własne zdanie w tej sprawie, może jednak warto wziąć przykład z tych, którzy postanowili nieco ten dzień ucywilizować i zabezpieczyć się przed sąsiedzkimi kłótniami. W skrzynkach pocztowych mieszkańców ul. Namysłowskiej w Warszawie znalazły się karteczki z wydrukowaną dynią i informacją, że „W dniu 31.10.2019 r. dzieci z pobliskich bloków będą chodziły i zbierały słodycze. Wiemy, że nie każdy z Państwa toleruje powyższą zabawę, w związku z powyższym do każdej skrzynki wrzucono karteczkę z obrazkiem dyni. Ci z Państwa, którzy zgadzają się na odwiedziny dzieci w celu podarowania im cukierka, proszone są o przyklejenie karteczki do drzwi mieszkania. Dzieci nie chcą niepokoić tych z Państwa, którzy nie życzą sobie ich odwiedzin. Proszę potraktować to jako zabawę”. Świetny pomysł na pogodzenie miłośników Halloween z ich przeciwnikami, prawda?

Dzisiaj mamy głowy zajęte już czymś innym. Odwiedzamy groby, palimy znicze, oddajemy się pamięci. Jednak może warto w kolejnym roku nieco spasować, dostrzec, że każdy może po swojemu podchodzić do tych dni zadusznych i nie robić z tego wielkiego problemu, bo, po co ….

Marian Banaś, oficer Corleone Kaczyńskiego

25 Paźdź

Kaczyński, Kamiński i Ziobro od dawna musieli wiedzieć o majątku Mariana Banasia i jego biznesowych konszachtach z gangsterami. A mimo to karnie podnieśli rękę za powołaniem tego „krystalicznie uczciwego” człowieka na szefa NIK. Dlaczego?

Prezes PiS, prokurator generalny, szefowie służb specjalnych jak jeden mąż zagłosowali 30 sierpnia w Sejmie za tym, by powołać Mariana Banasia na prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Choć od miesięcy było wiadomo, że w sprawie jego majątku są niejasności, a jego byli współpracownicy z resortu finansów mają zarzuty za wyłudzenie VAT, „Pancerny Marian”, jak nazywają Banasia partyjni koledzy, jest mocniejszy, niż nam wszystkim się wydawało.

Gdy „Superwizjer” TVN ujawnił, że od lat wynajmował znanym krakowskim sutenerom kamienicę, którą ci zamienili na hotelik z pokojami na godziny, PiS bronił go jak niepodległości. Sam Banaś brylował w prorządowych mediach, pokrętnie tłumacząc się z biznesów z karanymi w przeszłości gangsterami, którzy mają do niego bezpośredni telefon. I sam się denuncjował, ujawniając, że specjalnie zaniżał cenę wynajmu kamienicy, od czego musi płacić podatek, by różnicę odebrać sobie przy sprzedaży nieruchomości, ale wtedy podatek zostałby mu w kieszeni.

Rządząca partia zmiękła dopiero, gdy na jaw zaczęły wychodzić szczegóły majątku Banasia, które nijak nie spinają się z jego urzędniczymi dochodami. Nie zmiękł tylko „Pancerny Marian” – mimo nacisków z samej partyjnej góry nie podał się do dymisji.

No, ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że Banaś już w 2015 r. zatrudnił w resorcie finansów i Krajowej Szkole Skarbowej, kuźni kadr Krajowej Administracji Skarbowej, ludzi, którzy – jak twierdzi Centralne Biuro Śledcze Policji i Prokuratura Krajowa – rozkręcili karuzelę VAT-owską, czyli mówiąc wprost, okradali państwo z podatków.

Wyłudzili w ten sposób około 5 mln zł. Nie wiedzieliśmy, że działali aż do sierpnia 2018 r. i że w styczniu 2019 r. policjanci zatrzymali pierwszego podejrzanego, a sąd na wniosek prokuratury go aresztował. Tego wszystkiego dowiedzieliśmy się z piątkowego artykułu w „Rzeczpospolitej”.

Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro, szefowie służb specjalnych Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik, wreszcie sam prezes PiS Jarosław Kaczyński musieli o tym wszystkim wiedzieć od dawna – i o majątku, i współpracownikach Banasia. A mimo to karnie – przy aplauzie premiera Mateusza Morawieckiego – podnieśli rękę za powołaniem „krystalicznie uczciwego” człowieka, jak mówił o Banasiu marszałek Senatu Stanisław Karczewski, na szefa NIK.

Z obecnych na sejmowej sali 232 posłanek i posłów Zjednoczonej Prawicy tylko minister infrastruktury zagłosował przeciw (ale też przeciw wystawionemu przez PO Borysowi Budce). Nie głosowali też – albo nie było ich na sali – wicepremier Jarosław Gowin oraz siedem innych posłanek i posłów obozu władzy.

W tym momencie trzeba zadać pytanie kluczowe: dlaczego Banaś jest tak mocny? Czy jako były szef służby celnej, Krajowej Administracji Skarbowej, wiceszef i szef resortu finansów ma wiedzę, która może skompromitować środowisko PiS? A może to szersza gra np. służb specjalnych? Bo zanim Banaś obejmował prominentne stanowiska, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wydała mu certyfikat dostępu do najważniejszych tajemnic państwowych. I tak się dziwnie stało, że nie dopatrzyła się niczego podejrzanego ani w sprawie majątku, ani w sprawie kontaktów z krakowskimi sutenerami.

Bo wytłumaczenie, że Polska za PiS to prawdziwe „państwo z dykty” rządzone przez nieudaczników, po prostu nie mieści mi się w głowie. Nie po tak wielu dziwnych przypadkach związanych z „Pancernym Marianem”.

Zapowiadany z pompą budżet bez deficytu coraz bardziej się oddala. – Nie wykluczam, że jakiś niewielki deficyt się pojawi – zaklina rzeczywistość rzecznik rządu Piotr Muller. Wcześniej minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz potwierdziła, że rząd nie zniesie limitu zarobków, które nie podlegają ozusowaniu. A i to nie koniec kłopotów.

Kiedy ogłaszano plan budżetu na przyszły rok, premier Mateusz Morawiecki nie szczędził sobie pochwał. Nazwał go „historycznym”. To miał być dowód na to, że mimo niespotykanej skali wydatków socjalnych rząd PiS prowadzi odpowiedzialną politykę finansową. W sukurs szło mu bieżące wykonanie budżetu, gdzie przy dobrej koniunkturze wykazywano nadwyżkę.

– Rząd pokazał ten budżet, żeby zapunktować przed wyborami. Nie mogli wybrać lepszego sposobu niż spełnienie marzenia praktycznie każdego ministra finansów III RP – mówi anonimowo „Wyborczej” znany ekonomista, ekspert od giełdy i finansów.

Skonstruowany bez deficytu budżet centralny ma przy tym znaczenie raczej czysto propagandowe. Nie oznacza to jednak, że nie należy przyglądać się, jak PiS-owi udało się osiągnąć idealną równowagę między wydatkami a dochodami.

Bo też od początku sposób zbilansowania kasy państwa budził wątpliwości ekspertów. Podkreślano, że osiągnięto go dzięki maksymalnemu wykorzystaniu źródeł dochodów jednorazowych. Przede wszystkim z kolejnej „reformy” OFE.

Posiadacze kont w funduszach emerytalnych mogą wybrać, czy chcą je pozostawić ZUS, czy też przelać na indywidualne konta emerytalne (IKE). W tym drugim przypadku rząd będzie pobierał „opłatę przekształceniową” w wysokości 15 proc. Rząd miał pozyskać z tego 19,3 mld zł. Plan zakładał rozłożenie tej sumy na dwie równe wpłaty (po niecałe 10 mld zł) – jedna miała zasilić budżet w 2020, druga w 2021 r.

Reguła wydatkowa zagrożona, rating Polski też

Ale że coś jest nie tak z rządowymi planami sygnalizował już „Dziennik Gazeta Prawna”. Według ustaleń gazety, dwie równe raty z opłaty przekształceniowej to już przeszłość, bo do przyszłorocznego budżetu ma z niej trafić o 3,86 mld zł więcej, niż pierwotnie zakładano, czyli łącznie aż 13,5 mld zł.

Ważą się też losy tzw. podatku handlowego. W tej sprawie Polska znajduje się w sporze z Komisją Europejską przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. KE uważa, że nowa danina to niedozwolona forma pomocy publicznej. Rozstrzygnięcie sporu może zająć nawet kilkanaście miesięcy.

W założeniach do ustawy budżetowej wpisano także dochody z likwidacji limitu zarobków, od których nie pobiera się składek na rzecz ZUS. Obecnie to 30-krotność średniej krajowej. Oznacza to, że jeżeli ktoś zarabia tyle i więcej, to nie musi płacić składki emerytalnej. To bezpiecznik, który ma zapobiec konieczności wypłaty w przyszłości ogromnych emerytur, rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Z tytułu jego usunięcia w przyszłym roku państwo miało zyskać 5,1 mld zł, a w 2021 r. kolejne 1,8 mld.

Po olbrzymich protestach środowiska przedsiębiorców i kolejnych wypowiedziach przedstawicieli władzy plan ten ląduje w koszu. Ale zdaniem Jakuba Borowskiego, głównego ekonomisty banku Credit Agricole Polska, rodzi to poważne problemy.

Chodzi o tzw. stabilizującą regułę wydatkową. Jest to zasada, która wyznacza limit wzrostu wydatków sektora publicznego, uwzględniając średniookresowe wskaźniki wzrostu PKB i inflacji. Poza tym każdy nowy, stały wydatek w budżecie musi mieć wskazane źródło finansowania (i nie mogą być nim dochody jednorazowe, czyli np. wspomniana opłata przekształceniowa OFE, którą przewidziano tylko na dwa lata).

– Problem w tym, że dochody z tytułu likwidacji 30-krotności zostały wpisane w uzasadnieniu do budżetu jako dochody stałe, tzw. dyskrecjonalne, zgodnie z regułą wydatkową. Innymi słowy, jeśli likwidacji 30-krotności nie będzie, to trzeba wskazać inne źródło dochodów – komentuje Borowski. Pytanie więc, co zrobi rząd?

Powiedzieć, że budżet jest napięty do granic możliwości, to mało. A eksperci, z którymi rozmawialiśmy, nie widzą możliwości obcięcia wydatków.

Trop co do tego, skąd rząd weźmie dodatkowe dochody, dała minister Emilewicz, która w rozmowie z Gazetą.pl nie wykluczyła, że pomysł likwidacji limitu nieozusowanych zarobków może powrócić, ale w innej formie, np. zmiany granicy z 30-krotności na 45-krotność.

Kosztowna trzynasta emerytura

Na pewno jednak nie załatwia to sprawy. W projekcie budżetu nie zapisano bowiem wypłaty 13. renty i emerytury, którą obiecano wyborcom. Przy wypłacie tego świadczenia w tym roku wyraźnie zaznaczono, że to świadczenie jednorazowe. W ten sposób ominięto regułę wydatkową mówiącą, że stałe wydatki muszą mieć wskazane stałe źródło dochodów.

Ale że wypłata trzynastki będzie coroczna zapowiedział podczas kampanii parlamentarnej prezes PiS Jarosław Kaczyński. Stawką jest więc wiarygodność „naczelnika państwa” jako obrońcy najbardziej potrzebujących. Tymczasem wypłata trzynastki to koszt 10 mld zł.

Minister Jacek Sasin podkreślał w wywiadzie dla „Super Expressu”, że 13. emerytury będą wypłacane z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, a nie z budżetu. Tyle tylko, że FUS otrzymuje dofinansowanie właśnie z budżetu, bo inaczej byłby na ciągłym deficycie. Najprawdopodobniej więc projekt powróci znowu w formie ustawy o świadczeniu jednorazowym.

– Jeżeli rząd nie będzie traktować tego jako trwałego podniesienia wydatków, a jednocześnie drugi rok z rzędu będzie ustawa o jednorazowej wypłacie trzynastki, to mamy do czynienia z obchodzeniem reguły wydatkowej – mówi Borowski.

I w tym momencie sprawa robi się bardzo poważna. Reguła wydatkowa to bardzo istotny czynnik dla wiarygodności Polski na rynkach finansowych. Pytani przez nas eksperci nazywają ją kotwicą. – To jest tak, jakby kapitan statku powiedział: „Mamy dobrą kotwicę, nie martwcie się”. Tyle że nie wspomniał, iż wisi ona na zwykłym sznurku, a nie na porządnym łańcuchu – ocenia prof. Bogusław Grabowski, ekonomista, były szef resortu finansów i były członek Rady Polityki Pieniężnej Narodowego Banku Polskiego.

– Reguła wydatkowa jest najsilniejszą kotwicą dla polskich ratingów przyznawanych przez agencje. Dla Moody’s, Fitch, S&P to bardzo ważna zasada stabilizująca finanse publiczne. Gdyby się okazało, że ją zmiękczamy bądź obchodzimy, to będzie negatywne dla naszych ocen. To będzie wyraźny sygnał, żeby je obniżyć w dłuższej perspektywie – mówi z kolei Borowski.

Ponadto Grabowski podkreśla, że i bez tych problemów plan budżetu nie wytrzymałby starcia z rzeczywistością. – Mamy sytuację, którą można określić mianem pudrowania trupa – twierdzi.

Według niego rząd, aby nie przekroczyć wymagań stawianych przez regułę wydatkową, zwyczajnie zaniżył poziom wydatków. – W porównaniu z 2019 r. ich pozom rośnie minimalnie, raptem o 13,1 mld zł. Czyli o wiele wolniej niż nominalny wzrost PKB. Gdyby je urealnić, to przekroczylibyśmy kwotę określoną w regule. Chyba, żebyśmy ją zmienili – twierdzi ekspert.

Sęk w tym, że nie wiadomo dokładnie, co zrobi rząd PiS. Większość pomysłów budżetowych, w tym sławetne przekształcenie OFE, nie przeobraziło się jeszcze z pomysłów w uchwalone prawo.

„Manipulowanie jak w Grecji”

Wątpliwości związanych z budżetem jest znacznie więcej. Grabowski twierdzi wręcz, że mamy do czynienia z manipulowaniem danymi budżetowymi. Jako przykład podaje choćby opłatę przekształceniową.

– Koszty przekształcenia aktywów OFE są przecież żadne. To po prostu przesunięcie przyszłego opodatkowania emerytur na okres bieżący – komentuje. Jego zdaniem zbilansowanie kasy państwa od początku nie było realne. Zabiegi PiS, aby koniecznie pokazać zbilansowany budżet, przypominają mu zdarzenia, które doprowadziły do kryzysu w Grecji. – Nie chcę powiedzieć, że za rok czy za dwa będziemy mieli taką samą sytuację  – komentuje. – Zwracam jednak uwagę, że tam było parę etapów dochodzenia do sytuacji kryzysowej. Pierwszym było właśnie manipulowanie danymi budżetowymi – tak, żeby zarówno opinia publiczna, jak i analitycy finansowi byli przekonani, że wszystko jest w porządku – opowiada.

Co to jest zbilansowany budżet

Zbilansowany budżet to taki, w którym wydatki pokrywają dochody. Dotychczas w historii III RP każdy budżet był z deficytem, tj. zaplanowane wydatki przekraczały poziom dochodów. Co oczywiście oznaczało zwiększanie zadłużenia. Jednak tak naprawdę istotny jest deficyt sektora finansów publicznych, tj. różnica między wydatkami i dochodami, ale nie tylko na poziomie centralnym, ale także biorąc pod uwagę sektor samorządowy i ubezpieczeń społecznych. Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego deficyt sektora finansów publicznych w 2018 r. wyniósł ledwie 0,2 proc., co jest najlepszym wynikiem w historii.

Społeczność międzynarodowa dowiaduje się coraz więcej o pewnym interesującym kraju leżącym w sercu Europy. I coraz bardziej mu zazdrości.

W państwie tym od czterech lat trwa wspaniała godnościowa rewolucja i naprawianie 30-letnich zaniedbań. Jego władze dostały właśnie od społeczeństwa mandat, by kontynuować mozolne podnoszenie kraju z ruiny.

W państwie tym władza odnosi się do społeczeństwa w sposób modelowy. Nazywa je z szacunkiem „suwerenem” i hojnie obdarowuje. Spokojnie patrzy na niedojrzałość społeczeństwa, które wybierając Senat, głosowało przeciw niej i wbrew swoim interesom. Władza wie bowiem, jak tę pomyłkę skorygować, np. przyznając sobie głosy nieważne. Suweren tylko na tym skorzysta, jego interesy będą chronione w pełni.

Władza w owym kraju wprowadziła szereg politycznych innowacji.

W ważnym ministerstwie, które zwalczało zorganizowaną przestępczość, powstała mafia złożona z jego urzędników. Niezorientowanych może to dziwić, nawet oburzać. Ale władzy chodziło o to, by w sposób kontrolowany, jak w laboratorium, poznawać metody przestępców i tym skuteczniej ich tropić. Inne państwa Europy do walki z mafiami angażują tysiące ludzi, a tu wystarcza skromny, sprawny szwadron pracowników ważnego resortu.

W innym ważnym resorcie wyhodowano internetowych trolli, prawdziwych patriotów czerpiących z chwalebnych tradycji Polskiego Państwa Podziemnego, aby toczyli heroiczną batalię o ład i lepszą przyszłość kraju. W innych krajach Europy trzeba takie szlachetne misje zlecać specom z Sankt Petersburga. Jednak ulokowanie farmy trolli w samym rządzie zwiększa skuteczność i zmniejsza koszty.

W państwie tym udało się też połączenie funkcji przywódcy narodu i wielkiego inwestora w nieruchomości. Wiadomo, ziemia jest święta, trzeba o nią dbać i nie pozwolić, by stała odłogiem. Przywódca narodu dał przykład deweloperom na całym kontynencie, prowadząc ambitny projekt budowy drapacza chmur. Dowodzi to, jak dobry jest stan gospodarki w owym państwie.

Dlatego państwo to stać na dostarczanie garderoby bardzo ważnym osobistościom samolotami, by było szybciej. Stać je na kupno w Izraelu specjalnego systemu, który pozwala władzy niezwykle precyzyjnie badać nastroje umiłowanego społeczeństwa. Dzięki temu władza wie, co o niej myśli każdy z osobna obywatel.

Cztery lata temu o państwie tym mówiono pogardliwie, że jest z tektury. Dziś zmieniło się w państwo z bibułki.

W Europie budzi to zrozumiałą zazdrość.

Wyniki wyborów do Senatu przyniosły niespodziewany skutek leksykalny. Okazało się, że podobnie jak obywatele, tak również i niektóre słowa dzielą się na „sorty”, np. ciekawość.

Kwestia ciekawości wypłynęła w związku z uzasadnieniem protestów wyborczych składanych przez partię rządzącą, a podjął ją publicznie marszałek Terlecki mówiąc, że podstawowym uzasadnieniem tychże (protestów znaczy) jest… ciekawość właśnie. Innych przesłanek do weryfikacji wyników wicemarszałek nie podał żadnych. Powołał się za to na oczekiwania działaczy i „słuchy” krążące w partii rządzącej. Ale kto ciekawskiemu zabroni?

Tym bardziej, że narzędzi do zaspokajania takiej właśnie „ciekawości” partia władzy przezornie przygotowała już jakiś czas temu, słusznie przewidując ich przydatność w nadchodzącym okresie wyborczym. Sama stworzyła, chyba właśnie po to, specjalną izbę w Sadzie Najwyższym, którą obsadziła zawczasu lojalnymi urzędnikami. Zapewne bez większych oporów zdecydują się oni teraz zaspokoić „ciekawość” pana marszałka i jego partyjnych kolegów. A może nawet potwierdzić „słuchy” i spełnić „oczekiwania” zawiedzionych działaczy.

Przy okazji wyszło na jaw, że ciekawość dzieli się na sorty. Ta wyrażana przez członków i sympatyków partii rządzącej jest – naturalnie – lepszego gatunku, więc zasługuje, by została usatysfakcjonowana niezależnie od okoliczności. Co innego z ciekawością „gorszego sortu”, stojącą za działaniami opozycji. Ta bowiem służy wyłącznie szkodzeniu polskiej racji stanu i sypaniu piasku w szprychy „dobrej zmiany”.

Toteż nie ma mowy o upublicznieniu nazwisk sędziów stojących za wyborami członków nowej KRS oraz Sądu Najwyższego. Dostępu do tej informacji partia rządząca broni jak nieodległości. Nikt się też nie dowie, jakim cudem – pomimo zwasalizowania służb specjalnych – partia rządząca nominowała Mariana Banasia na szefa NIK. Albo na jaki dystans zbliżyła się do „prawdy” podkomisja smoleńska po serii eksperymentów z parówkami oraz kto jest na liście jej płac i firmuje kolejne eksperymenty podobnego rodzaju. Nie wiadomo, co dzieje się z Jachtem Niepodległości zakupionym za miliony w celu „promowania Polski” i nikt nie kwapi się, by odpowiedzieć na pytanie, jakim to cudem kolejne miliony wydano z publicznej kasy na polonijną firmę, która – też w ramach „promocji Polski”, promowała w tym charakterze zupełnie inne kraje.

Ciekawość opozycji w tych i tysiącu innych kwestii z pewnością nie zostanie zaspokojona. Podobnie, jak otwarte pozostanie pytanie o prawdziwość plotek krążących teraz po internecie na temat księdza Tymoteusza, syna Beaty Szydło. Tu akurat obłożenie informacji klauzulą poufności dokonało się pod pretekstem „ochrony świętości rodziny”, z oczywistym zastrzeżeniem, że przysługuje ona (ochrona, znaczy) wyłącznie rodzinom „lepszego sortu”. Bo podobnej dyskrecji trudno się było dopatrzyć w przypadku potomstwa rzecznika Bodnara czy prezydent Dulkiewicz.

Za to ciekawość partii rządzącej w osobistych sprawach obywateli jest – zdaje się – zaspokajana na bieżąco, a to za sprawą najnowszych technologii do inwigilacji, sprowadzonych ponoć przez nasze służby z Izraela. Niemniej ciekawość opozycji w kwestii Pegasusa też nie zostanie – rzecz jasna – zaspokojona. Podobnie, jak pytanie, „skąd się biorą dzieci?” Za próbę odpowiedzi na nie już za chwilę będzie nawet można trafić do więzienia.

Jeszcze trochę, a ciekawość „gorszego sortu” zostanie w ogóle zakazana. Raz dlatego, że to pierwszy stopień do piekła, tymczasem państwo PiS troszczy się o dusze obywateli, zwłaszcza bezbożnych „nihilistów”. No a poza, jak mówi angielskie przysłowie: „Curiosity killed the cat” (ciekawość zabiła kota), na co w państwie pana prezesa nigdy nie będzie przyzwolenia.

Przeklęty biskup, szczuj prezes i nasza walka o demokrację

11 Paźdź

W milczeniu kilkudziesięciu katolików protestowało przed budynkiem krakowskiej kurii. Już po raz drugi przyszli na Franciszkańską pod papieskie okno, żeby pokazać, że nie godzą się mowę nienawiści sączącą się z kościelnych ambon. Przynieśli kartki z hasłem: „Odzyskajmy nasz Kościół”. Zapalili też świece – „na znak solidarności z każdym, bez wyjątku”.

Po raz pierwszy pojawili się w tym miejscu latem tuż po wygłoszeniu przez metropolitę krakowskiego skandalicznych słów („Abp Jędraszewski znów bulwersuje – mówi o „nowej zarazie”: już nie czerwonej, a tęczowej”). Wtedy okryli się tęczową flagą, a na kartkach napisali: „tęczowa zaraza to ja”.

Po ponad dwóch miesiącach znów przyszli na Franciszkańską. – Ostatni raz byłem tu, kiedy zmarł papież Jan Paweł II. Dziś jego okno jest zamurowane. Trudno o lepszy symbol polskiego Kościoła dzisiaj” – powiedział „Wyborczej” pan Krzysztof. A pani Irena dodała: – „Wielu upatruje dzisiejszej twarzy Kościoła w postawie abpa Jędraszewskiego. Nie podoba mi się, że ambona staje się mównicą sejmową, że coraz częściej dzieli całe rodziny. Wierzę, że gdyby Jezus żył, to byłby dzisiaj tu, z nami. Byłby z osobami bezdomnymi, homoseksualistami, alkoholikami. Nie siedziałby sam, za zamkniętymi drzwiami i zamurowanymi oknami”.

Protest nie spodobał się jednemu z duchownych, który wyszedł do protestujących.  Zaczepiał ludzi stojących w ciszy, kpiąc z ich haseł. – „Islam chcecie wpuszczać? Gejów do kościoła zapraszać?” – pytał. Duchowny nie chciał się przedstawić. Zapytany przez reporterkę „Wyborcze” o definicję Kościoła, odpowiedział: – „Kościół to jest hierarchia. To są biskupi, księża i kardynałowie”.

Kilka dni temu organizatorzy protestu wystosowali petycję. – „Chcemy przeprosić wszystkich tych, których przedstawiciele naszego Kościoła obrazili i upokorzyli. Słowa o tęczowej zarazie zabolały i zraniły także nas. Tak jak wykluczające wypowiedzi o żydach, muzułmanach, osobach niewierzących, które padały z ust kapłanów i biskupów” – napisali. Podpisało się pod nią prawie 2 tysiące osób. Została przetłumaczona na włoski – organizatorzy mają nadzieję, że dotrze ona do papieża Franciszka.

Chciałabym powiedzieć moim przyjaciołom, ludziom w Polsce: głosujmy we właściwy sposób na rzecz demokracji” – zaapelowała Olga Tokarczuk. Laureatka literackiego Nobla za 2018 rok spotkała się z dziennikarzami przed wykładem w niemieckim Bielefeld.

Mówiła też, że niedzielne wybory parlamentarne w Polsce są szansą na naprawę demokracji w kraju. – „Nagroda Nobla trafia do Europy Wschodniej, co jest niezwykłe, niewiarygodne. Dla mnie jako Polki, pokazuje ona, że mimo wszystkich problemów z demokracją w moim kraju, wciąż mamy coś do powiedzenia światu” – powiedziała Olga Tokarczuk w rozmowie z dziennikarzem agencji Reuters.

Opowiedziała też o okolicznościach, w których dowiedziała się o przyznaniu nagrody. – „Gdzieś między Berlinem a Bielefeldem zobaczyłam połączenie ze szwedzkim numerem na wyświetlaczu i serce zaczęło mi szybciej bić. Gdy się dowiedziałam, musiałam się zatrzymać. To jeszcze w ogóle do mnie nie dociera. To wspaniale, że Akademia Szwedzka doceniła literaturę z centralnej części Europy” – mówiła Tokarczuk.

Wcześniej w rozmowie z TVN Tokarczuk powiedziała: – „To jest coś niesamowitego, że moje książki, które są lokalne, bo wiele z nich dzieje się w małych miejscowościach w Polsce, dotyczy tego naszego malutkiego kawałka świata, to jednak mogą być czytane uniwersalnie, mogą być ważne dla ludzi na świecie”.

Nagroda dla Olgi Tokarczuk to pierwszy literacki Nobel dla Polaka od 23 lat, gdy w 1996 r. otrzymała go poetka Wisława Szymborska. W uzasadnieniu przyznania Tokarczuk tej najbardziej prestiżowej literackiej nagrody Akademia Szwedzka stwierdziła, że otrzymała ją „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”.

– „Prezes Kaczyński zrzucił wczoraj maskę i wreszcie powiedział prawdę, to o czym myśli naprawdę, że chce Polaków dzielić. Mówi bardzo wyraźnie – jeśli nie jesteś z partią PiS, to jesteś niczym i będziesz napiętnowany. Jeżeli nie działasz z nami, jesteś kolaborantem i także będziesz napiętnowany” – powiedziała Małgorzata Kidawa-Błońska. O wypowiedzi prezesa PiS podczas konwencji w Sosnowcu: „Strach się bać”. Kaczyński zapowiada piętnowanie złych elit”.

Kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera dodała, że „tylko zły człowiek może w taki sposób mówić o współobywatelach”. – „Prezes Kaczyński znowu dzieli ludzi; tworzy wielki mur i doprowadza do wielkich napięć. Nie mogą wrócić te ciemne czasy, kiedy były wilcze bilety, ludzie byli wykluczani z działalności zawodowej, społecznej. Dlatego apeluję do wszystkich ludzi dobrej woli, niezależnie z jakiej są opcji, obrońmy Polskę przed takim podziałem, przed taką nienawiścią” – mówiła.

Kidawa-Błońska podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej w Chorzowie wezwała też prezesa PiS, by przeprosił Ślązaków za swoje słowa sprzed kilku lat, jakoby byli „ukrytą opcją niemiecką”. – „Panie prezesie, teraz jest szansa, w setną rocznicę Powstań Śląskich, teraz albo nigdy – niech pan przeprosi Śląsk” – powiedziała.

Z kolei lider PO mówił, jak ważne są niedzielne wybory. – „Stoimy przed wyborem cywilizacyjnym, w która stronę pójdzie Polska – zachodniej Europy, czy odwróci się do niej tyłem, bo woli tam szukać wrogów i przeciwników” – stwierdził Schetyna.

„Wyobraźmy sobie taką oto sytuację. Pewien Zły Polityk, zachowując pozory praworządności, chce zabezpieczyć swej formacji sprawowanie władzy na dłużej, nawet przy mniej korzystnej dla siebie sytuacji politycznej. Wiem, zapewne nikt nie uwierzy w to, że taki Zły Polityk mógłby istnieć, ale… Pogdybajmy” – piszą w swoim wspólnym tekście Witold Bereś i prof. Marcin Matczak.

  • Zgodnie z decyzją PiS, ostatnie posiedzenie obecnej kadencji Sejmu odbędzie się już po wyborach. Nigdy wcześniej nie doszło do takiej sytuacji
  • Od tygodni nie milkną przypuszczenia, czym zajmą się wtedy posłowie
  • Prezentujemy całe opowiadanie Witolda Beresia w konwencji political fiction wraz z komentarzem prof. Marcina Matczaka
  • Jedyna droga do zastopowania niepożądanych zmian prawno-ustrojowych, w tym – zmiany Konstytucji, to obecność wszystkich posłów opozycyjnych na ostatnim posiedzeniu Sejmu w ich kadencji – przekonuje Witold Bereś

Opowiadanie Witolda Beresia

Co najpierw musiałby taki polityk zrobić, aby zachować władzę?

Ano musiałby zmienić konstytucję (poseł Kaczyński, niewątpliwe samo dobro w polityce, zapowiada to ostatnio intensywnie). Ale nie trzeba zmieniać całej konstytucji, tym bardziej to praktycznie niemożliwe. Można jednak zmienić jej elementy, ważne dla sprawowania zamordyzmu.

Złego Polityka tak naprawdę nie będzie interesowała warstwa ideowa, bo zapisy o prawach i przywilejach obywateli to z jego punktu widzenia – czysta propaganda.

W dodatku dzisiejsza Konstytucja szalenie utrudnia zmianę rozdziałów I, II i XII. A to one kolejno omawiają: kształt Rzeczpospolitej, następnie: wolności, prawa i obowiązki obywatela, a wreszcie możliwości zmiany Konstytucji. I gdyby ktoś chciał w tych miejscach coś ZMIENIĆ, to nie może tego zrobić wcześniej niż sześćdziesiątego dnia po pierwszym CZYTANIU projektu takiejż ustawy. To – gdyby dbać o pozory prawa – jest prawie niemożliwe, nawet przy wielkim zwycięstwie obecnej władzy. Więc nikt tego nie będzie ruszał (przynajmniej jak na razie).

Ale to, co interesuje Złego Polityka to źródła prawa (rozdział III – tu kwestia sądów), to „Sejm i Senat” (rozdział IV) oraz „Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej” (rozdział V). A na deser – Preambuła Konstytucji.

Złemu Politykowi chodzi bowiem o sprawy praktyczne. Żeby posunięć władzy nie mógł blokować przyszły Senat. Żeby Prezydent miał większe prerogatywy. No i żeby można było ostatecznie przetrącić kark sędziom – dlatego faktycznie trzeba znieść immunitet sędziowski i poselski, który uniemożliwia prokuratorowi aresztowanie sędziów bez zgody właściwego sądu, a posłów – bez zgody Sejmu. To będzie bat, pod którym ugną się nawet najtwardsze karki.

Uzasadnienie, a właściwie propagandowa motywacja? Prosta. Pracowity koordynator służb specjalnych co rusz dostarcza dowody rzekomych przestępstw popełnianych przez parlamentarzystów i sędziów. Trzeba uzdrowić sytuację – suweren tego oczekuje!

Konstytucja jednak sprawia tu kłopot: nazywa się on rozdział XII i art. 235 o zmianie Konstytucji.

Co on mianowicie mówi? Oto o zmianę Konstytucji może wnioskować albo 1/5 ustawowej liczby posłów, albo senat, albo prezydent RP. Potem do zmiany konstytucji trzeba większości 2/3 w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby – czyli 460 – posłów. Następnie, nie później niż 60 dni, zmiany musi klepnąć zwykła większość senatorów. Na sam koniec Prezydent musi podpisać te zmiany – nie później niż w 21 dni.

Jednak największy kłopot jest z ustępem 3 tegoż artykułu 235, który mówi, że pierwsze czytanie projektu ustawy o zmianie konstytucji może się odbyć nie wcześniej niż trzydziestego dnia od przedłożenia sejmowi projektu ustawy. Czyli sens jest taki, że musi być czas na debatowanie nad Konstytucją.

Ale jeśli Zły Polityk nie będzie chciał debaty? Hm… Pomyślmy.

„Panie posłanki, panowie posłowie. Lepiej większy hołd złóżmy ojczyźnie i uchwalmy nową Konstytucję”

Przenieśmy się zatem w czasie o kilka dni w przyszłość.

Jest poniedziałek 14 października. Oszałamiające zwycięstwo władzy. W komentarzach opozycji przeważa w najlepszym razie zniechęcenie, a w najgorszym – wściekła chęć rozliczenia swoich przywódców.

W tej atmosferze niemal niepostrzeżenie marszałek Sejmu ogłasza po południu, że w związku z wielkimi zasługami posła Kaczyńskiego, następnego dnia Sejm poprzedniej kadencji, na ostatnim swoim posiedzeniu, przesuniętym jeszcze przed wyborami, będzie głosował uchwałę-laudację dla niego.

Ten poprzedni parlament – teraz już nieaktualny – po stronie PiS liczy 240 posłów i 61 senatorów. Opozycja (Koalicja i PSL/Kukiz) ma łącznie 193 „stare” mandaty.

Ale co się dzieje? Wszyscy posłowie i senatorowie PiS w sytuacji ogłoszenia takiegoż hołdu oczywiście zjeżdżają na Wiejską. A posłowie opozycyjni podłamani moralnie, a przede wszystkim – politycznie (bo przegrali wybory, a wielu nawet w nich nie startowało) – nie widzą powodu, aby jechać do Warszawy.

W ten sposób częściowo wypełniona sala Sejmu, wśród okrzyków pełnych zachwytu nad geniuszem Naczelnika przegłosowuje uchwałę nieomalże deifikującą posła.

A ten hołdów odmawia: – Panie posłanki, panowie posłowie. Lepiej większy hołd złóżmy ojczyźnie i uchwalmy nową Konstytucję. To wszystko w podzięce dla Matki Boskiej za to, że dała siłom patriotycznym tak wspaniałe zwycięstwo.

Mam przed sobą podpisany przez Pana Prezydenta projekt ustawy o zmianie Konstytucji. Projekt ten, co z satysfakcją chcę podkreślić, przewiduje nową preambułę odwołująca się do katolickiego dziedzictwa Polski i zasług Kościoła. Nie przez przypadek odwołuje się też w ten sposób do najwspanialszego dokumentu polskiej demokracji – Konstytucji 3 Maja: „W imię Boga w Trójcy Świętej Jedynego, z Bożej łaski i woli Suwerena, którym może być tylko Naród Polski…”

Projekt zmian w Konstytucji został złożony – zgodnie z wymogami dotychczasowej Konstytucji – na ręce jeszcze marszałka Kuchcińskiego ponad miesiąc temu. Marszałek nie chciał tego ujawniać, aby to nie było elementem gry przedwyborczej. A my nie chcemy kłótni, bo my chcemy spokoju. Raz jeszcze mu za to dziękuję.

„To właśnie, my demokratycznie wybrana władza, walczymy o Konstytucję, a nie totalna opozycja, która pajacuje w koszulkach z napisem Konstytucja…”

I wtedy wystarczy, by na Wiejskiej nie zjawiło się – uwaga – tylko 71 posłów partii opozycyjnych (wliczając w to PSL i Kukiza). To będzie oznaczać, że na sali sejmowej PiS w pełnym składzie 240 posłów ma konstytucyjną większość. A nie liczymy do tego po stronie władzy posłów mniejszości narodowych, którzy zwyczajowo głosują za większością, nie liczymy nacjonalistów – konfederatów, którym bliżej do PiS niż do opozycji, no i nie liczymy poputczików i zdrajców w szeregach samej opozycji (bo i tacy się znajdą). Tak czy siak wystarczy, aby co trzeci poseł opozycji nie przyjechał – i już PiS ma większość wystarczającą do uchwalenia Konstytucji!

A potem, tej samej nocy, a dlaczego nie?, zbiera się Senat w tej samej sprawie. Wszak Konstytucja mówi, że Senat ma sprawę przegłosować NIE PÓŹNIEJ niż 60 dni po Sejmie, więc poseł Piotrowicz drwiąco tłumaczy, że szybciej z duchem Konstytucji już się nie da iść.

– Zgłoszenie projektu Konstytucji do Marszałka i nie procedowanie go publiczne wyczerpuje zapisy ustępu trzeciego artykułu 235. Zwracam uwagę krytykantom, że tam gdzie ustawodawca chciał mówić o publicznym odczytaniu projektu, wpisywał do Konstytucji „pierwsze” i kolejne „czytania”. Więc projektując możliwość zmian w Konstytucji ustawodawcy chodziło po prostu o formalne zgłoszenie dokumentu.

To właśnie, my demokratycznie wybrana władza, walczymy o Konstytucję, a nie totalna opozycja, która pajacuje w koszulkach z napisem Konstytucja…

Prof. Marcin Matczak, prawnik:

– Zacznijmy od kwestii, czy taki misterny plan, związany z dużym ryzykiem postawienia zarzutu, że dokonuje się zmian niezgodnych z Konstytucją, jest do pomyślenia, gdyby chodziłoby o tak stosunkowo niewielką zmianę jak kwestie immunitetu.

Ale rzeczywiście – nawet jeżeli ktoś by podejmował takie działanie, to ono by prawdopodobnie nie polegało na uchwaleniu nowej Konstytucji. Natomiast można sobie wyobrazić, że ci, którzy by taki plan uknuli, zmieniliby tę Konstytucję w miejscach symbolicznych.

Na przykład zmieniliby preambułę, wprowadziliby bezpośrednie odwołanie do Boga. Być może zmieniliby jakieś inne elementy – takie, które mogłyby być jakąś istotną zmianą ustroju dotyczącą na przykład sposobu wyboru Prezydenta RP. To jest w rozdziale piątym, gdzie zamiast wybierania prezydenta przez naród, można by zapisać jego wybór przez sejm czy zgromadzenie narodowe. I jeżeli chciałoby się w ten sposób uhonorować Jarosława Kaczyńskiego, to byłoby to zapewne rozwiązaniem wygodne.

Podstawowy problem dotyczy jednak tego ustępu 3 art. 235, czyli tego, że nie można głosować projektu zmian konstytucyjnych wcześniej niż 30 dni przed przedstawieniem go w Sejmie.

Przyjęcie, że jest możliwe de facto tajne przedłożenie Sejmowi projektu tak fundamentalnych zmian, to coś, czego sobie w ogóle nie można wyobrazić. Bo po co są te przepisy dotyczące 30 i 60 dni? Chodzi o to, żeby takich przekrętów nie robić. Twórcy Konstytucji znali historię i wiedzieli, że właśnie w taki sposób przemocą zmienia się ustrój konstytucyjny. Właśnie po to wprowadzono te bezpieczniki, żeby nie uchwalać ważnych zmian ustrojowych w momencie, kiedy ludzie mają gorące głowy.

Tym bardziej jest to istotne w przypadku przepisów konstytucyjnych, których sens polega na tym, że wszyscy muszą wiedzieć, jaka jest propozycja zmian.

Dlatego przedłożenie sejmowi nie może być traktowane jako tajne przekazanie dokumentu marszałkowi, który tego nie ujawnia.

Muszę podkreślić jedno: mówię to wszystko jako prawnik i jestem pewien, że moja interpretacja jest słuszna. To byłoby złamanie Konstytucji.

Ale przekręty, które ta władza robiła w związku z Konstytucją, na przykład argumentacje, które słyszeliśmy w odniesieniu do oczywistych przepisów Konstytucji określających sześcioletnią kadencję prezes Sądu Najwyższego, były tak absurdalne i bezczelne, że potrafię sobie wyobrazić wszystko. Również i to, że ktoś może zechcieć przekonać tzw. suwerena, iż przedłożenie sejmowi może oznaczać po prostu wręczenie projektu zmiany Konstytucji w zamkniętej, tajnej kopercie i to zostanie uznane za spełnienie przesłanki ustępu 3.

I nie zdziwiłbym się, gdyby później doktor praw Jarosław Kaczyński w telewizji przekonywał, że to oczywista oczywistość: jeśli ustawa konstytucyjna nie precyzuje, czy przekazanie projektu zmian ma się odbyć jawnie czy tajnie, to on wybiera tajność.

Trzeba sobie jasno powiedzieć: jeśli w obecnej sytuacji politycznej ktoś zechce zgwałcić Konstytucję, to może mu się to udać. Byłoby to oczywiście fatalne w skutkach. Nie tylko dlatego, że to, co zostałoby uchwalone byłoby złe. Ale dlatego, że Konstytucja musi być dokumentem zgody narodowej i określać wartości, które są akceptowane przez ogół.

Dlatego jej uchwalenie musi być absolutnie zgodne ze wszystkimi procedurami. Jeżeli tak by nie było, to byłby grzech pierworodny takiej ustawy zasadniczej. Taka Konstytucja byłaby świstkiem, który zamiast być szanowany byłby pogardzany, bo wszyscy wiedzieliby – nawet autorzy tych zmian – że została wymuszona w sposób niegodny.

Moim zdaniem jednak chodzi o coś innego. Termin ostatniego posiedzenia Sejmu został przedłużony dlatego, że to jest pewnego rodzaju bezpiecznik dla władzy, która – gdyby straciła możliwość samodzielnego rządzenia – stanęłaby przed groźbą rozliczeń. Można sobie bez trudu wyobrazić, że powstanie rząd złożony z partii opozycyjnych ze względu na słabą zdolność koalicyjną PiS-u. W takiej sytuacji Sejm w starej kadencji mógłby dokonać kilku zmian, które zabezpieczyłyby interesy Prawa i Sprawiedliwości jako partii. Na przykład dokonana by została zmiana oddająca prezydentowi prawo mianowania prokuratura generalnego.

Może też chodzić o dokończenie skoku na Trybunał Konstytucyjny. Pamiętajmy, że w tymże Trybunale cały czas jest wniosek kwestionujący legalność wyboru trzech sędziów w roku 2010 – sędziego Zubika, sędziego Tuleyi i sędziego Rymara. A kadencja tych sędziów kończy się w grudniu tego roku. Jeżeli PiS wygra wybory, to sobie spokojnie wybierze ich zastępców w grudniu, bo będzie miał większość.

Gdyby jednak stracił władzę, to wyobrażam sobie, że usłużny obecny Trybunał Konstytucyjny szybko zebrałby się i orzekł, że wybór tych sędziów w roku 2010 był jednak niekonstytucyjny, czyli zgodziłby się z ministrem Ziobro. To by oznaczało, że nie są sędziami i wtedy PiS mógłby w trybie nagłym wybrać następców tych trzech sędziów. A to dawało PiS absolutną większość w Trybunale, który wtedy mógłby blokować jakiekolwiek zmiany wprowadzane przez nowy rząd.

Z pragmatycznego punktu widzenia PiS nie musi zmieniać Konstytucji, bo pokazał, że potrafi rządzić kompletnie się nią nie przejmując – faktyczne wyłączenie Trybunału Konstytucyjnego oznacza funkcjonowanie bez Konstytucji. Można uchwalić dowolną ustawę i jej sprzeczność z konstytucją nic nie znaczy, bo nie ma nikogo, kto to może stwierdzić.

Ale podkreślę – nie sposób wykluczyć, że populistyczna władza złamie i w tym wypadku reguły gry i spróbuje nawet zmienić Konstytucję. A następnie – na przykład – poprosi suwerena o to, ażeby jej dał jej błogosławieństwo w postaci referendum.

Pozostaje mieć tylko nadzieję, że cała opozycja jest odpowiedzialna i nie zlekceważy tego przedłużonego posiedzenia Sejmu, tym bardziej, że dziś wielu (w tym np. profesor Nałęcz) ostrzega przed tym zagrożeniem faktycznego zamachu stanu. Więc niepojawienie się w parlamencie opozycyjnych posłów i senatorów z tej kończącej się właśnie kadencji, skończyłoby się dla nich czerwoną kartką w sensie politycznym…

Zła prasa Rzeczpospolitej rzeczywiście zaczęła się na dobre ok. 300 lat temu. Wówczas na Zachodzie stały się popularne świeckie ideały Oświecenia i tolerancji religijnej. Tymczasem w Polsce dochodziła do głosu katolicka reakcja, która „innowiercom” odmawiała praw politycznych. Prezes PiS jak zwykle miesza skrawki prawdy z fantazjami i poczuciem krzywdy

Prezes PiS jest mistrzem insynuacji – umie zarzucać politycznym przeciwnikom czyny najgorsze w taki sposób, że nie da się go np. oskarżyć o zniesławienie. O tej technice retorycznej Kaczyńskiego pisaliśmy w OKO.press wielokrotnie (np. tutaj i tutaj). Zawsze byliśmy pod wrażeniem tego, jak sprawnie się nią posługuje.

Podczas konwencji wyborczej PiS w Sosnowcu 8 października prezes partii jednak zagalopował się nieco i powiedział więcej konkretów, którym można przyjrzeć się z bliska. Groził również polskim elitom. Te groźby nie znalazły się w oficjalnej relacji na stronie partii. Nie ma tam także nagrania wystąpienia Kaczyńskiego. Media jednak obszernie relacjonowały to, co mówił.

„Polska miała to nieszczęście i ciągle w jakiejś mierze to nieszczęście trwa, że od prawie 300 lat byliśmy przedmiotem zorganizowanej akcji dyfamacyjnej, niszczącej naszą reputację ze strony sąsiednich mocarstw” – mówił Kaczyński.

Wymienił jeden konkretny przykład: przez ostatnie kilka lat, zdaniem Kaczyńskiego, bliżej nieokreślone złe siły odbierały Polakom „prawo do powiedzenia zgodnie z prawdą, że byliśmy pierwszymi, którzy przeciwstawili się zbrojnie hitleryzmowi i walczyliśmy z nim bardzo zaciekle tu w kraju i na całym świecie, niemal na wszystkich frontach drugiej wojny światowej i przedstawić nas jako w istocie współpracowników Niemiec hitlerowskich, współpracowników Hitlera w szczególności w kontekście Holokaustu”.

Prezes uzupełnił, że w tę narrację za rządów PO-PSL „dołączali się i to bardzo intensywnie przedstawiciele polskich elit”. Przywołał film „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego, ale mówił także o innych książkach, filmach oraz „różnego rodzaju akcjach”.

Była to – zdaniem Kaczyńskiego – działalność antypolska.

„Ale takich filmów było więcej, niektóre z nich były niestety w sensie artystycznym dobre czy nawet bardzo dobre, ale niszczyły polską reputację, niszczyły nasze wartości, niszczyły nasze bezpieczeństwo w sferze moralnej, a to też ma ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa w ogóle, bo naród, który jest traktowany jako naród zbrodniarzy nie jest też zwykle przedmiotem empatii innych narodów” – mówił.

Logika wypowiedzi Kaczyńskiego jest więc następująca:

  • od 300 lat sąsiednie mocarstwa szkalowały Polaków;
  • od niedawna wykorzystują do tego oskarżenie o współudział w Zagładzie;
  • to oskarżenie propagują polskie „elity” (cudzysłów Kaczyńskiego, bo naprawdę nie są elitami);
  • wykorzystują do tego m.in. filmy i książki, w tym np. „Pokłosie”;
  • zagraża to polskiemu bezpieczeństwu, bowiem „naród zbrodniarzy” nie budzi sympatii;
  • PiS zrobi z tym porządek, wymieniając elity.

Ten ostatni punkt Kaczyński potraktował jako częściowo dokonany. „Nowa polska elita władzy i coraz większa część elity kulturalnej i innych elit już nie pracuje dla naszych wrogów (…) Zwycięstwo w tych wyborach oznacza, że czas tych elit się ostatecznie skończy” – mówił.

Mowa Kaczyńskiego: rozkładamy na części pierwsze

Jak bardzo często w wypowiedziach Kaczyńskiego, mamy tu do czynienia ze skomplikowaną konstrukcją – w której elementy fałszywe mieszają się z prawdziwymi (i tworzą zupełnie nieprawdziwą całość). Bardzo często rozplątanie tego wymaga dłuższego wyjaśnienia.

Posłużmy się przykładem.

„Od prawie 300 lat byliśmy przedmiotem zorganizowanej akcji dyfamacyjnej, niszczącej naszą reputację ze strony sąsiednich mocarstw” – mówił prezes.

Dlaczego akurat 300 lat? Otóż zła prasa Rzeczypospolitej na Zachodzie rzeczywiście zaczęła się na dobre mniej więcej 300 lat temu. Wówczas na Zachodzie stały się popularne świeckie ideały Oświecenia i tolerancji religijnej. Tymczasem w Rzeczypospolitej dochodziła wtedy do głosu katolicka reakcja, która „innowiercom” odmawiała praw politycznych. Był to odwrotny proces niż na Zachodzie: kiedy w Rzeczypospolitej panowała tolerancja religijna (XVI w.), we Francji i Niemczech trwały krwawe konflikty na tle religijnym. W XVIII w. sytuacja się odwróciła – to w Rzeczypospolitej protestanci ulegali prześladowaniom, które odbijały się szerokim echem na Zachodzie.

Zaczęło się to – i tu prezes ma rację – niemal dokładnie 300 lat temu.

  • W 1715 roku skazano na śmierć protestanckiego szlachcica Zygmunta Unruga, oskarżonego o bluźnierstwo. Oskarżył go (fałszywie, co warto dodać) katolik Andrzej Potocki, licząc na przejęcie majątku Unruga, który musiał uciekać z kraju. W obronie protestanta występował nawet nuncjusz papieski. Z powodu niewydolności sądów i władz Rzeczypospolitej rodzina szlachcica odzyskała jego majątek już po jego śmierci – dopiero w 1741 roku.
  • W 1724 roku po zamieszkach pomiędzy protestantami i katolikami w Toruniu sąd królewski skazał na śmierć 9 protestantów oraz 2 burmistrzów miasta (tego samego wyznania). Jednostronny wyrok – podjęty z oskarżenia jezuitów; przewodniczącym komisji badającej sprawę był biskup – wzburzył rządy obcych krajów, w tym Prus i Rosji, którym dał pretekst do interwencji w sprawy słabej Rzeczypospolitej. Sprawa wyrobiła też Rzeczypospolitej opinię kraju zacofanych bigotów, gorliwie utrwalaną przez dyplomację wrogich nam sąsiadów.

Jak widać, prezes mówił nieprawdę w części – Polskę faktycznie oskarżali za granicą wrogowie (i tu Kaczyński ma odrobinę racji), ale też daliśmy do tych oskarżeń całkiem solidne podstawy (i tu racji nie ma).

To typowy zabieg retoryczny Kaczyńskiego.

Fałsze Kaczyńskiego, marzenie o nowych elitach

Wyliczmy teraz piętrowe fałsze w wypowiedziach Kaczyńskiego.

  • Współudział części Polaków w Zagładzie nie jest antypolską fantazją, tylko historycznym faktem, nienegowanym nawet przez IPN. Historycy różnią się jedynie w ocenie zakresu i skali współpracy – ci prorządowi usiłują ją bagatelizować i umniejszać, ci niezależni – piszą książki o systemowej współpracy instytucji obsadzonych przez Polaków (takich jak „granatowa” policja) w Zagładzie.
  • Nie wiadomo, na czym ma polegać „propagowanie” tego zarzutu. Historycy mają nie pisać książek? Reżyserzy mają nie kręcić filmów na ten temat? Politycy PiS mają w dorobku długą listę wypowiedzi dyskredytujących dorobek niezależnych naukowców oraz mówiących, że zgodne z polską „racją stanu” jest pisanie o relacjach polsko-żydowskich w taki sposób, którego chce rząd. Mówił tak w udzielonym we wrześniu 2019 roku wywiadzie wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin. W filmie „Pokłosie” – atakowanym przez prawicę – reżyser pokazał w metaforyczny sposób próbę wyparcia przez polską wspólnotę win popełnionych przez przodków. Nie jest jasne, co w tym jest antypolskiego.
  • Nie wiadomo, w jaki sposób pisanie i kręcenie filmów o polskich „winach” ma uczynić z Polaków „naród zbrodniarzy”. Historycy i opinia publiczna na Zachodzie doskonale wiedzą, kto rozpoczął II wojnę światową i zorganizował Holocaust. Niemcy nie wypierają się tego, że byli głównymi sprawcami Zagłady. Nie jest też jasne, w jaki sposób Polacy mieliby przestać „być przedmiotem empatii innych narodów”, ani nawet w ogóle po co ktokolwiek miałby odczuwać wobec nas empatię.

Właściwie każde ze zdań w cytowanej wypowiedzi Kaczyńskiego zawiera takie intelektualne płycizny i fałsze. Sprostowanie ich wymagałoby napisania kilkudziesięciostronicowej broszury.

Istotna jest tu jednak groźba: „Zwycięstwo w tych wyborach oznacza, że czas tych elit się ostatecznie skończy” – mówił Kaczyński.

To kolejna już zapowiedź „wymiany elit”, którą planuje rząd PiS. Kaczyński wraca do tego tematu często: mówił już o nim np. podczas wystąpienia w Gdańsku w sierpniu 2014 roku. Jest w tym też zawarta pewna wizja roli elit – intelektualistów i twórców – która jest miła sercu konserwatywnego wyborcy. Ich zadaniem jest bronić wspólnoty, tłumaczyć ją z win, chwalić – a nie krytykować, bowiem krytyka jest destrukcyjna. Takie elity partia Kaczyńskiego wymieni na własne.

Dodajmy na zakończenie, aby było to jasne: twierdzenie o „300 lat współpracy elit z wrogami w dyfamowaniu Polski” jest całkowicie fałszywe. Wielu polskich twórców krytykowało swój naród – dla jego dobra – z tak wielkimi figurami, jak Prus czy Orzeszkowa na czele. Niektórzy konserwatyści, wychwalający tradycję polską i polskość, byli zaś politycznymi zdrajcami, współpracującymi z wrogami – np. Seweryn Rzewuski.

Nie bez powodu wielu ludzie dobrowolnie rezygnuje z wolności. Bo wolność to – w myśl jej klasycznej definicji – możliwość, ale też męka wyboru. A potem kac moralniak z powodu konsekwencji.

A porpos moralniaka, to kiedy u nas podwójnie wygrało PiS, za Kanałem Brytyjczycy właśnie decydowali się na Brexit, a za oceanem Amerykanie głosowali na prezydenta Trumpa. Teraz z premierem Johnsonem oraz Brexitem nie wiadomo, co dalej, a przed The Donaldem rysuje się coraz bardziej realna perspektywa usunięcia z urzędu. Na razie nic nie jest wprawdzie przesądzone i nie wiadomo, czy w Londynie i w Waszyngtonie znajdzie się wystarczająco wielu „sprawiedliwych”, by pogonić z polityki Borisa z Donaldem. Ale stare demokracje przed zderzeniem ze ścianą przynajmniej wcisnęły hamulce.

Zdecydowała – zdaje się – „racja stanu”.

Bo przecież, sądząc po wskaźnikach gospodarczych, Brytyjczykom i Amerykanom pod rządami populistów wcale nie żyje się  (na razie) gorzej niż za liberałów, a niektórym, to nawet wręcz przeciwnie. Pewne posunięcia obu przywódców podobają się nawet wyborcom opozycji, bo tak naprawdę, to i Amerykanie i Brytyjczycy są zmęczeni konsekwencjami nielegalnej i legalnej imigracji oraz dokładaniem się – jak sądzą – do rachunków reszty świata.

Niemniej, entuzjazm dla Brexitu, zwłaszcza takiego bez umowy, żywią już chyba tylko najwierniejsi zwolennicy premiera Johnsona. Zaś perspektywa dalszych rządów prezydenta, który tylko patrzeć, jak wplącze Amerykę w kolejny konflikt zbrojny, spędza z sen z powiek coraz większej rzeszy Amerykanów. Urok „niesfornych dzieci” polityki – Trumpa i Johnsona, powoli przestaje działać, podobnie jak obietnice uczynienia – odpowiednio – Ameryki i Wielkiej Brytanii – „great again”. Zwłaszcza w kontekście coraz wyraźniej widocznych, ukrytych za plecami Borisa i Donalda, ich rzeczywistych promotorów i sponsorów. A w zasadzie to jednego i tego protektora z siedzibą na Kremlu.

Bo to Rosji zależy, jak nikomu innemu, na destabilizacji świata, ze szczególnym wskazaniem na rozpad, lub przynajmniej osłabienie Unii Europejskiej.

Toteż niewykluczone, że dni Borisa Johnsona na urzędzie są już policzone, a impeachment Donalda Trumpa przesądzony. Wystarczy paru przyzwoitych Republikanów, którym nie jest obojętne, że ich prezydent usiłuje skompromitować konkurenta do urzędu szukając wsparcia za granicą (a niewykluczone, że prosząc o nie wrogie mocarstwo).

U nas natomiast, ekipa obiecująca uczynić Polskę great again ma się doskonale, a śladów hamowania zupełnie nie widać, o „dziesięciu sprawiedliwych” w szeregach formacji władzy to już nawet nie wspominając.

Po czterech latach „dobrej zmiany” Sejm jest – w zasadzie – niemy, ruchy społeczne, do niedawna masowe – spacyfikowane, aktywiści zniechęceni i zastraszeni, sędziowie gnębieni, media publiczne na usługach rządzących, a opozycji – dość skutecznie kompromitowanej, ośmieszanej i straszonej przez wszystkie możliwe służby – wyraźnie brakuje formy przed ostatnia prostą.

ImPiSmentu więc raczej nie będzie. A już na pewno nie można liczyć, że dokona się on w oparciu o instytucje polskiego prawa.

Tym bardziej, że po setce mniejszych i większych afer, rozłożeniu służby zdrowia, edukacji, administracji publicznej, systemu prawnego oraz sądownictwa poparcie dla „dobrej zmiany” wyraźnie w narodzie urosło i partia aktualnie rządząca może w wyborach liczyć na wynik w granicach około 40 procent!

Jedyny ImPiSment na jaki mogą liczyć ci, którzy chcą żeby Polska pozostała – nie tylko ciałem, ale i duchem – w Europie to ten, którego dokonać można w najbliższą niedzielę. Bo jak nie my, to już nikt.

Banaś, Morawiecki i Zadupie Kaczyńskiego

4 Paźdź

Gdyby wybory parlamentarne 2019 odbyły się w najbliższą niedzielę, wygrałoby je Prawo i Sprawiedliwość. Przewaga partii Jarosława Kaczyńskiego nad ugrupowaniami opozycyjnymi nie byłaby jednak duża. Z sondażu Instytutu Badań Pollster wynika, że PiS otrzyma 234 mandaty, a partie opozycyjne 226 mandatów.

>>>

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Marianowi Banasiowi kamienicę w Krakowie podarował znajomy. Spółka syna Banasia dostała na jej remont ok. 81 tys. zł z UE i budżetu państwa. Na remont innej kamienicy otrzymała co najmniej 482 tys. zł dotacji i i 151 tys. zł pożyczki z dwóch funduszy dysponujących publicznymi pieniędzmi. Wzięła też ok. 2,3 mln zł pożyczek z kontrolowanego przez państwo banku

„Superwizjer” TVN ujawnił, że w kamienicy przy ul. Krasickiego w Krakowie, która do sierpnia 2019 roku należała do szefa NIK Mariana Banasia, działał hotelik z pokojami na godziny. Trwało to od 2014 roku. To wtedy Banaś wynajął kamienicę Dawidowi O., pasierbowi Janusza K., karanego w przeszłości za udział w bitwie „o wpływy na krakowskim rynku agencji towarzyskich”.

Po emisji reportażu Bertolda Kittela w „Superwizjerze”, Banaś tłumaczył, że kamienicę dostał od znajomego, nie miał czasu interesować się, co się w niej działo i w ogóle od kilku lat chciał się jej pozbyć.

Jak ustaliło OKO.press, nieruchomość była od lat bazą dla biznesów jego syna – Jakuba Banasia. Dzięki niej i publicznym dotacjom dorobił się sporego majątku.

Według naszych ustaleń, firma Banasia juniora:

  •  w 2006 roku dostała ponad 44 tys. zł dotacji z UE i prawdopodobnie około 37 tys. zł z budżetu państwa na zorganizowanie w kamienicy przy ul. Krasickiego „centrum szkoleniowo – hotelowego Residance” [pisownia oryginalna]. W rzeczywistości prowadziła w niej po prostu hotelik „Rezydencja Krasickiego 24”, z dwoma salkami konferencyjnymi (od 2014, gdy prowadzenie hotelu przejął Dawid O., działał on jako „Rezydencja K. [nazwisko Janusza K.]”).
  • została właścicielem zabytkowej kamienicy – willi przy ul. Podskale, w centrum Krakowa. Na jej remont otrzymała co najmniej 482 tys. zł dotacji z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa i 151 tys. zł pożyczki z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie.
  • dzięki hipotece na obu kamienicach jesienią 2016 spółka zaciągnęła 1,75 mln zł kredytu w kontrolowanym przez państwo Banku Ochrony Środowiska. W 2016 i 2017 brała w tym banku także inne pożyczki. W sumie zadłużyła się w BOŚ na prawie 2,3 mln zł.

Historia biznesów Banasia juniora, jest doskonałą ilustracją tego, jak buduje się nowa „elita ekonomiczna”, której wspieranie zapowiada prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Kamienica od „pana z AK”

Właścicielem kamienicy przy ul. Krasickiego Marian Banaś został w dość nietypowy sposób.

Po emisji „Superwizjera” tłumaczył w TVP Info, że 30 lat temu poznał „pana z AK, z Kedywu, zasłużonego, naprawdę wielkiego patriotę”. Zaprzyjaźnili się. „Pan z AK” był samotny. „Prawie po 30 latach w umowie dożywocia przekazał mi starą kamienicę, swoją, którą miał rodzinną” – opowiadał Banaś.

Jak wynika z księgi wieczystej kamienicy, darczyńcą był Henryk Stachowski. Marian Banaś został wpisany do księgi jako właściciel na podstawie postanowienia krakowskiego sądu z 29 maja 2000 roku. Nie wiadomo, czego dotyczyło postanowienie.

12 kwietnia 2001 roku Stachowski i Banaś podpisali umowę dożywocia.

Były akowiec przepisał na Banasia 242 metrową działkę z kamienicą o powierzchni użytkowej ok. 400 m kw, w zamian za dożywotnią opiekę i zorganizowanie pogrzebu.

Zmarł w czerwcu 2007 roku.

Kamienica przy ul Krasickiego, którą Marian Banaś dostał od „pana z AK”. Fot. Jakub Porzycki/ Agencja Gazeta

Pod skrzydłami Opus Dei

Gdy Stachowski przepisywał na Mariana Banasia kamienicę, ten był wysoko postawionym urzędnikiem Najwyższej Izby Kontroli. Sprawami związanymi z nieruchomością zajął się więc jego syn – Jakub Banaś.

Do pracy w biznesie wdrażał się pod skrzydłami ludzi z Opus Dei. W czasie studiów prawniczych (1998-2003) działał w Ośrodku Akademickim „Barbakan” w Krakowie i OA „Przy Filtrowej” w Warszawie (w latach 2001-02 był tam „dyrektorem programowym”). Obie placówki są ośrodkami formacyjnymi Opus Dei dla mężczyzn – łączą funkcje akademików i domów modlitewnych. Ale organizują również szkolenia przydatne w karierze biznesowej oraz spotkania studentów z przedsiębiorcami i politykami.

Jakub Banaś był też jednym z inicjatorów powołania w 2002 roku Inkubatora – Fundacji Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu.

Miała ona m.in. przygotowywać „profesjonalne i etyczne kadry dla biznesu, polityki, mediów i nauki”.

W zarządzie Inkubatora, obok Jakuba Banasia, zasiadał Marian Moszoro – ekonomista, numerariusz Opus Dei, bratanek ks. Stefana Moszoro-Dąbrowskiego, który budował struktury OD w Polsce. W 2005 roku Moszoro i Marian Banaś zostali powołani równocześnie na wiceministrów finansów w pierwszym rządzie PiS.

Akademik dla uczelni Gowina

Działając w Inkubatorze, Jakub Banaś zaczął równocześnie rozkręcać własny biznes. Jesienią 2003 roku, w kamienicy ojca przy ul. Krasickiego, uruchomił prywatny akademik.

Na portalu linkedin.com, ułatwiającym kontakty zawodowo-biznesowe, chwali się: „Największym osiągnięciem było wymyślenie niestandardowego konceptu na sprzedaż usług. Komercjalizację akademika zakończyłem w ciągu kilku tygodni dzięki nawiązaniu współpracy z tworzącą się wówczas WSE im. ks. Józefa Tischnera. W pierwszym etapie 100% mieszkańców było studentami tej prywatnej uczelni.”

W latach 2003-11 rektorem Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie był kojarzony z Opus Dei Jarosław Gowin.

Według relacji absolwenta WSE, który skontaktował się z OKO.press, nowoprzyjęci studenci tej uczelni dostawali informację o pokojach w kamienicy przy ul. Krasickiego; powszechnie uważano ją za nieformalny akademik WSE.

„Residance”

Przed uruchomieniem akademika i po zakończeniu jego działalności w kamienicy przy ul. Krasickiego przeprowadzono remonty. Prawdopodobnie oba przy wsparciu z publicznych pieniędzy.

Śladem są dwie tabliczki, które wisiały przed laty przy drzwiach wejściowych do budynku. Widać je na archiwalnych zdjęciach Google. Niestety jakość fotografii nie pozwala odczytać treści tabliczki po prawej stronie – która została już zdjęta.

Kamienica przy ul. Krasickiego 24 z dwiema tabliczkami informacyjnymi. Fot. archiwalne zdjęcia Google Earth

Z informacji na drugiej tabliczce – wciąż wiszącej na ścianie – wynika, że w 2006 roku spółka PI Investment (wcześniej działająca jako IT Investment, a później – jako Open Qualis), otrzymała dotację na uruchomienie w kamienicy „centrum szkoleniowo- hotelowego Residance” [pisownia oryginalna].

Głównym udziałowcem i prezesem tej spółki był wówczas Jakub Banaś.

Inwestycja była „współfinansowana przez UE z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz budżetu państwa w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego”.

  • Jak wynika z informacji na rządowej stronie o dotacjach unijnych (mapadotacji.gov.pl), cały projekt kosztował 165.745 zł.
  • Tablica na kamienicy informuje: „udział środków w kosztach kwalifikowanych projektu: instytucja wdrażająca – 49%, beneficjent – 51 %”.
  • Wkład własny spółki Banasia powinien więc wynieść 84.530 zł, a dotacja – łącznie 81.215 zł.
  • Portal mapadotacji.gov.pl podaje, że Unia Europejska na projekt „Residance” wyłożyła 44.424 zł. Budżet państwa musiał więc dołożyć 36.791 zł.

Wysokość dotacji przyznanej spółce PI Investment chcieliśmy potwierdzić, pytając o nią Jakuba Banasia. Pytaliśmy także o inne dotacje dla jego firm z publicznych pieniędzy. Syn szefa NIK odmówił nam jednak udzielenia informacji, twierdząc, że „stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa”.

Pytania w tej sprawie wysłaliśmy również do małopolskiego urzędu marszałkowskiego, który dzielił pieniądze ze Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Mimo wielokrotnych próśb, nie otrzymaliśmy do dziś odpowiedzi. W małopolskim samorządzie rządzi obecnie PiS.

„Menedżer” Dawid O.

Od 2006 roku, przez kilka lat spółka PI Investment prowadziła w kamienicy Mariana Banasia hotelik „Rezydencja Krasickiego 24”. Potem interes przejęła kolejna firma założona przez Jakuba Banasia – X4 Poland. Na portalu Linkedin Banaś pisze o niej:

„W spółce zrealizowałem cztery projekty

  • hotel Rezydencja Krasickiego 24,
  • pub Katedra,
  • pub Sarmacja,
  • touroperator X4 Poland.

W każdym z nich odpowiadałem za cały proces: od pomysłu, do jego wdrożenia, wprowadzenia biznesu na rynek i pozostawienia ustawionego biznesu menadżerowi”.

W przypadku hoteliku „Rezydencja Krasickiego 24” „menedżerem”, któremu Banaś jr. przekazał prowadzenie „ustawionego biznesu” był 25-letni wówczas Dawid O, pasierb związanego z krakowskim półświatkiem Janusza K.

Od 2014 roku O. wynajmował w kamienicy szefa NIK pokoje na godziny. Informacja o tym była od początku na stronie internetowej hoteliku.

Strona internetowa Rezydencji K[…] z 2004 roku.

Willa Podskale

W międzyczasie – 30 grudnia 2009 roku – Jakub Banaś kupił od małżeństwa krakowskich hotelarzy zabytkową, secesyjną Willę Podskale, przy ulicy o tej samej nazwie. W kwietniu 2012, w wyniku „umowy przeniesienia własności celem zwolnienia z długu” przekazał willę swojej firmie – PI Investment (obecnie Open Qualis).

Willa Podskale. Fot. Google Earth

To ta sama spółka, która prowadziła początkowo hotelik przy ul. Krasickiego. Na co dzień zajmuje się ona doradztwem biznesowym i szkoleniami. Jak pisze na swojej stronie internetowej – „wspiera przemianę dobrych organizacji w Wielkie”.

Willę Podskale wskazuje jako swoją „główną inwestycję”. Z dokumentacji architektonicznej wynika, że budynek został przebudowany, rozbudowany i nadbudowany „z przeznaczeniem na pensjonat, z częścią handlowo-usługową, gastronomiczną i mieszkaniem w części poddasza” oraz tarasem na dachu.

Dotacje z NFRZK

Koszty renowacji willi spółka Banasia juniora pokryła w znacznej części z dotacji przyznawanych przez z Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa. Pochodzą one z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa, a ten finansowany jest głównie z budżetu państwa.

Ze sprawozdań SKOZK wynika, że firma Banasia dostała:

  • w 2013 roku – 174.172 zł dotacji na remont konserwatorski elewacji (sama na ten sam cel wydała ze swoich środków 176.480 zł plus dodatkowo 60.000 zł na inne prace w obiekcie);
  • w 2015 roku – 179.240 zł na „zabezpieczenie i konserwację murów oraz klatki schodowej I etap” (z własnych środków wydała 219.071 zł);
  • w 2016 roku – 109.492 zł na kontynuację remontu konserwatorskiego (własne środki – 136.668 zł)
  • i w tym samym roku – 19.053 zł na „prace renowacyjne przy elementach kamiennych wraz z wykonaniem napisu na elewacji i wykonaniem płotków przeciwśniegowych” (własne środki – 24.270 zł).

W 2016 roku SKOZK miał w planach także dofinansowanie „renowacji stolarki drzwiowej” w willi kwotą 61.483 zł. W rozliczeniu wydatków za 2016 nie znaleźliśmy jednak tej pozycji.

Łącznie spółka Jakuba Banasia dostała więc ze SKOZK na remont Willi Podskale co najmniej 481.957 zł, a jeśli przyznano jej także środki na renowację stolarki – w sumie 543.440 zł.

Pożyczka z funduszu ochrony środowiska

Dotacje z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa to jednak nie jedyne środki publiczne, które firma Open Qualis dostała na remont Willi Podskale.

Jak ustaliliśmy, 17 października 2018 roku, spółka podpisała umowę z Wojewódzkim Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie.

Fundusz udzielił jej pożyczki w wysokości 151.024 zł na „kompleksową termomodernizację zabytkowego budynku »Willa Podskale«”.

Prezesem WFOŚiGW w Krakowie był wówczas Witold Kozłowski, od listopada 2018 marszałek województwa małopolskiego z ramienia PiS. To jego urzednicy nie udzielili nam odpowiedzi na pytania o dotacje z UE dla firmy Banasia na remont kamienicy przy ul. Krasickiego.

Kredyt pod hipotekę

Skąd spółka Jakuba Banasia miała setki tysięcy złotych na pokrycie własnego wkładu w renowację Willi Podskale? Prawdopodobnie w znacznej części z pożyczek bankowych.

27 września 2016 roku Open Qualis zaciągnęła kredyt pod zastaw kamienicy przy ul. Krasickiego i Willi Podskale, w kontrolowanym przez państwo Banku Ochrony Środowiska.

Ze sprawozdania spółki Banasia juniora za 2017 rok wynika, że kredyt opiewał na kwotę 1,75 mln zł. W księgach wieczystych kamienicy i willi wpisano hipotekę do wysokości ponad 2,6 mln zł.

To o tyle dziwne, że – jak twierdzi Marian Banaś – przynajmniej od kilku lat kamienica przy ul. Krasickiego przeznaczona była na sprzedaż. W grudniu 2015 roku obecny szef NIK podpisał z najemcą nieruchomości – Dawidem O., przedwstępną umowę sprzedaży. W księdze wieczystej odnotowano wówczas roszczenie Dawida O. „o zawarcie umowy przyrzeczonej sprzedaży”.

Jak wyjaśniał Marian Banaś, do transakcji ostatecznie nie doszło, bo O. nie dostał kredytu. Jego roszczenie wykreślono z księgi wieczystej dopiero na podstawie oświadczenia z grudnia 2018 roku.

Dziwne więc

  • z jednej strony – że Marian Banaś zgodził się, by firma jego syna wzięła kredyt pod na hipotekę nieruchomości, która miała wkrótce zostać sprzedana,
  • z drugiej – że bank udzielił firmie Jakuba Banasia wysokiego kredytu pod zastaw kamienicy, która w księdze wieczystej miała zapisane roszczenie Dawida O.

Według relacji szefa NIK kamienica przy ul. Krasickiego została ostatecznie sprzedana w sierpniu 2019 roku (nie ujawnił komu). W księdze wieczystej zapisano wówczas wzmiankę o planowanym wykreśleniu hipoteki na rzecz BOŚ.

Jak wynika ze sprawozdania Open Qualis za 2017 rok, oprócz kredytu pod hipotekę kamienic, spółka miała w Banku Ochrony Środowiska także:

  • 128 tys. zł kredytu obrotowego odnawialnego (na podstawie umowy z 2016 roku),
  • 100 tys. zł  kredytu obrotowego nieodnawialnego (umowa z 2016 roku)
  • oraz 300 tys. zł innego kredytu (umowa z grudnia 2017).

Wszystkie te pożyczki były zabezpieczone były gwarancjami COSME BGK.

Dyrektor – prezes

Jak wynika z doniesień mediów, obecnie Jakub Banaś jest dyrektorem i pełnomocnikiem zarządu „zrepolonizowanego” przez rząd PiS banku Pekao SA.

Według rejestru sądowego, jest też nadal:

  • wspólnikiem i prezesem spółki Open Qualis,
  • prezesem spółek Apoel i Room4you,
  • prokurentem firmy X4 Poland
  • a także prezesem Fundacji Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu…

„Mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki będzie premierem przez wiele lat. Może pobije nawet Józefa Cyrankiewicza” – powiedział Jarosław Kaczyński w Telewizji Trwam. Wielu komentatorów oceniło to porównanie do szefa rządu z czasów PRL jako wpadkę prezesa PiS. Tymczasem Kaczyński grę na nucie nostalgii do Polski Ludowej opanował do perfekcji.

Być może pamiętają państwo film „Good bye, Lenin”. To urocza niemiecka komedia opowiadająca o młodym chłopaku, który udaje przed wybudzoną ze śpiączki matką, że mur berliński nie upadł i cały czas istnieje Niemiecka Republika Demokratyczna. W tym celu preparuje newsy i tworzy nawet nowe wersje komunistycznego dziennika telewizyjnego z czasów rządów Ericha Honeckera.

Podobny zabieg stosuje wobec części swoich wyborców Jarosław Kaczyński. I nie jest to strategia pozbawiona racjonalności. Już wyjaśniamy, dlaczego.

Ostatnie badanie CBOS o stosunku Polaków do PRL pochodzi z maja 2014 roku. W porównaniu do pomiarów z roku 2000 i 2009 opinia respondentów o czasach realnego socjalizmu zmieniła się wtedy nieznacznie, można więc ostrożnie założyć, że przez ostatnie pięć lat w poglądach Polaków na ten temat również nie doszło do rewolucji.

Kraj lepszy do życia

Czego się dowiadujemy? 54 proc. badanych powyżej 40. roku życia pozytywnie oceniało w 2014 r. okres PRL w polskiej historii, w tym 39 proc. ówczesnego elektoratu PiS.

Według 43 proc. respondentów powyżej czterdziestki Polska przed 1989 rokiem była krajem lepszym do życia „dla takich osób jak ja”. 37 proc. starszych ankietowanych miało z PRL skojarzenia wyłącznie pozytywne, a 13 proc. zarówno pozytywne i negatywne.

Warto dodać do tego obrazu jeszcze sondaż z maja 2004 r. dla „Wyborczej”, TVN i Radia Zet, według którego połowa Polaków uważała, że Edward Gierek najwięcej zrobił dla Polski  spośród wszystkich polskich przywódców po II wojnie światowej.

Można założyć, że również obecnie istotna grupa starszych wyborców ma duży sentyment do PRL i umiejętne granie na tych emocjach, może przynieść sporo głosów pozwalających zdobyć bądź utrzymać władzę.

Jarosław Kaczyński, trzeba mu to przyznać, opanował tę sztukę do perfekcji.

Mieszkania jak za Gierka

Po raz pierwszy w spektakularny sposób prezes PiS wypróbował tę metodę podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku. Walcząc przed drugą turą o wyborców sympatyzujących do tej pory z SLD, nawiązał do rządów I sekretarza PZPR Edwarda Gierka:

„Śmiano się często z tego 10. miejsca na świecie, ale ja się z tego nie śmiałem. Wiedziałem, że to nieprawda, ale uważałem, że to zdrowa ambicja. On miał nawet ambicje dalej idące, takie mocarstwowe. Ja akurat to uważam za dobre. To, że chciał uczynić z Polski kraj ważny – w tamtym kontekście, w tamtych okolicznościach – to była bardzo dobra strona jego działania, wskazująca na to, że był komunistycznym, ale jednak patriotą”.

W tym samym czasie prezes PiS zadekretował również język miłości w stosunku do ludzi z przeszłością w aparacie komunistycznym. Stwierdził, że już nie są dla niego postkomunistami, tylko po prostu lewicą.

Jak informował PAP, Kaczyński zadeklarował, że tak mówić będzie zarówno o politykach młodego pokolenia, jak i do ludzi, „którzy przeżyli kawał życia w komunizmie”: – Jeśli ktoś mnie zapyta, kim jest Józef Oleksy, to powiem: „jest to polski lewicowy polityk – no powiedzmy sobie – starszo-średniego pokolenia”.

Motyw dobrych, gierkowskich czasów pojawił się również w kampanii PiS przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Podczas spotkania z wyborcami w kinie „Wisła” Kaczyński mówił:

W latach 70. (…), znaczna część z nas to pamięta, budowano ponad 300 tys. mieszkań rocznie. Dzisiaj 150 tysięcy. Kto by pomyślał 25 lat temu, że tak to będzie w nowej Polsce?

Prezes obiecał, że pod rządami PiS prosperity mieszkaniowe z gierkowskiej dekady powróci w pełnej chwale. Nic z tego nie wyszło, ale jesienią 2015 roku cel został osiągnięty: wzbudzenie nostalgii za czasami PRL zostało odhaczone.

PiS jak PRL: porównanie obosieczne

Nawiązania do PRL podczas poprzednich kampanii wyborczych PiS nie były przypadkowe i z dużą dozą pewności można stwierdzić, że podczas trwającej kampanii jest tak samo. Prezesowi Kaczyńskiemu wcale nie wypsnęło się porównanie Morawieckiego do Józefa Cyrankiewicza, najprawdopodobniej użył go celowo, na zimno.

Zwłaszcza że zrobił to antenie telewizji Trwam, czyli kierował swój komunikat do osób starszych, z mniejszych ośrodków.

Cyrankiewicz, premier za rządów Władysława Gomułki, współodpowiedzialny za krwawe tłumienie robotniczych protestów, nie kojarzy się starszym Polakom tak dobrze, jak Gierek, ale dla wielu z nich może być synonimem politycznej stabilizacji. Można używać jego nazwiska jako zapalnika nostalgii do czasów, gdy rządziła wciąż ta sama władza, nie było kłótni na górze, żyło się raz lepiej, raz gorzej, ale za to stabilnie.

Cyrankiewicz był w premierem PRL łącznie przez 21 lat. Jeśli Mateusz Morawiecki miałby pobić to osiągnięcie, musiałby sprawować urząd co najmniej do 2038 roku.

Dla dużej części opozycyjnej opinii publicznej takie porównania mogą być dyskwalifikujące bądź obraźliwe, ale wiele znaków wskazuje, że PiS odniesień do PRL – nie tylko w retoryce prezesa Kaczyńskiego – używa w sposób bardzo przemyślany.

Kiedy mówi się, że rządy PiS przypominają monopartyjną władzę Polski Ludowej, dla wielu starszych wyborców może to być bardziej komplement niż zarzut. Zwłaszcza dla tych – jak wynika ze wspomnianego wyżej sondażu CBOS – ze wsi i małych miast, czyli grupy wyborców, na której Prawo i Sprawiedliwości zależy szczególnie.

To dla nich tworzy symulację PRL.

Zespół ludowy śpiewa i tańczy

To, co zrobił Jacek Kurski z „Wiadomościami” TVP, do złudzenia przypomina działanie młodego Aleksa w „Good bye, Lenin”. W niemieckim filmie bohater tworzył nowe wersje dziennika NRD „Aktuelle Kamera”.  W polskiej rzeczywistości naśladowanie w TVP retoryki „Dziennika Telewizyjnego” z czasów PRL jest tak wierne, że trudno uwierzyć w przypadek.

Tak w rozmowie z portalem gazeta.pl opisywał to historyk Piotr Osęka:

„Propaganda peerelowska była budowana na tym samym. Jeżeli się mówiło o działaniach państw kapitalistycznych czy polityków brytyjskich, to zawsze trzeba było dodać określenia w stylu „marionetkowy rząd w Seulu” czy „imperialistyczne dążenia Białego Domu”. W materiałach musiały pojawić się ocenne przymiotniki, żeby widz dokładnie wiedział, co jest złe, a co dobre”.

Podobne skojarzenia budzi oprawa dużych imprez partyjnych Prawa i Sprawiedliwości. Tak jak w PRL pochody pierwszomajowe nie mogły się odbyć bez dziewcząt w strojach ludowych, tak konwencji PiS bez elementu ludowszczyzny wyobrazić sobie nie sposób.

Piknik PiS w Chełmie z udziałem prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego. fot. z TT PiS

Tak więc największą konwencję PiS w Lublinie otworzyli Mazurkiem Dąbrowskiego członkowie Zespołu Tańca Ludowego „Leszczyniacy” ze Świdnika, w Chełmie prezes Kaczyński przemawiał na tle sympatycznych pań w strojach ludowych i tak dalej i tym podobne.

Do wyborów zostało jeszcze kilka dni i bardzo niewykluczone, że z ust Jarosława Kaczyńskiego usłyszymy kolejne porównanie bądź metaforę nawiązującą do czasów PRL. Pamiętajmy wtedy, że to nie lapsus, pomyłka, przejęzyczenie.

Prezes PiS wie, co robi.

Ciągłe zagrożenie zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej, brak dostępu do legalnej aborcji czy pigułki dzień po na receptę, koniec rządowego programu in vitro, próby wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej, walka z edukacją seksualną… W 3. rocznicę Czarnego Protestu podsumowujemy 4 lata rządów PiS w obszarze praw kobiet

Słowa o tym, że Polska musi pozostać wyspa wolności Jarosław Kaczyński powtarzał od 2015 roku wielokrotnie. Ostatnio na konwencji w Tarnowie powiedział:

„Musimy być wyspą wolności, nawet jeżeli wokół tej wolności nie będzie. Musimy być także wyspą sprawiedliwości, solidarności i rozwoju”. 

W kwestii praw kobiet Polska PiS na pewno nie jest wyspą wolności i sprawiedliwości. W ostatnich czterech latach sytuacja kobiet jeszcze się pogorszyła.

W trzecią rocznicę Czarnego Poniedziałku, wielkiego protestu kobiet przeciw zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej, podsumowujemy działania PiS ograniczające prawa kobiet. Chodzi przede wszystkim o:

  • próby zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej,
  • przywrócenie recepty na pigułkę „dzień po”,
  • koniec dofinansowania programu in vitro,
  • klauzulę sumienia w usługach medycznych,
  • walkę z edukacją seksualną,
  • próby likwidacji korzystnych dla kobiet standardów okołoporodowych,
  • próby wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej.

Najważniejsze to urodzić

Cała kadencja rządu PiS to bezustanne straszenie Polek zaostrzeniem – i tak już jednej z najbardziej restrykcyjnych w UE – ustawy antyaborcyjnej. Co prawda, projekty zaostrzające ustawę złożyli aktywiści antyaborcyjni i PiS odcinał się od nich, ale jednocześnie nie chciał ich jednoznacznie odrzucić.

Pierwszy, najostrzejszy projekt, Kaja Godek złożyła jeszcze w 2016 roku. Zakazywał on aborcji w przypadku wad płodu oraz ciąży z gwałtu, a karane miały być także kobiety. Przesłanie projektu do prac w komisji sejmowej zaowocowało wielotysięcznymi protestami – Czarnym Poniedziałkiem 3 października 2016 roku. Sejm ostatecznie odrzucił projekt.

W 2017 roku Kaja Godek złożyła kolejny projekt – tym razem zakazujący aborcji w przypadku wad lub choroby płodu. W styczniu 2018 projekt trafił do komisji sejmowej. Wydawało się, że utknie w tzw. sejmowej zamrażarce, ale w marcu 2019 roku biskupi katoliccy popędzili parlamentarzystów i zajęła się nim komisja sprawiedliwości i praw człowieka. Projekt uzyskał pozytywną opinię. O obradach tej komisji pisaliśmy tutaj.

Tuż po przegłosowaniu pozytywnej opinii komisji sprawiedliwości Kaja Godek oraz hierarchowie Kościoła katolickiego naciskali, by projekt jak najszybciej poszedł dalej – czyli właśnie do komisji rodziny. Zdjęto go jednak z porządku obrad komisji w dniach 21-22 marca.

23 marca odbył się kolejny Czarny Protest przeciwko zaostrzeniu ustawy. W samej Warszawie wzięło w nim udział  co najmniej 55 tys. osób. Zobacz relację OKO.press z protestu.

W lipcu 2018 roku komisja rodziny w pół godziny powołała komisję nadzwyczajną, która miała zająć się jej projektem „Zatrzymaj aborcję”. I, co było do przewidzenia, projekt utknął na półtora roku – do wyborów.

Sprawa nie jest jednak przesądzona. W listopadzie 2017 roku poseł PiS Bartłomiej Wróblewski złożył wniosek do TK. Poseł domaga się sprawdzenia, czy jedna z trzech przesłanek do legalnej aborcji (wady i nieuleczalna choroba płodu) jest zgodna z konstytucją.

Zdaniem Wróblewskiego nie jest. Wniosek od roku leży w TK i czeka na termin rozprawy. Od tamtego czasu poparł go zarówno Sejm, jak i Prokurator Generalny.

Za zaostrzeniem ustawy opowiedziało się wielu polityków PiS oraz prezydent Andrzej Duda. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że sterowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny poprze wniosek Wróblewskiego i w ten sposób zaostrzy ustawę za pomocą (teoretycznie) niezależnego organu.

Pigułka śmierci na receptę

Po wielomiesięcznej batalii, odbywającej się głównie na sali sejmowej i podczas posiedzeń sejmowej komisji zdrowia, prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę, która przywróciła obowiązkowe recepty na pigułkę „dzień po”.

Ustawa weszła w życie 22 lipca 2017. OKO.press monitorowało cały proces zmiany, sprawdzając wypowiedzi polityków, głównie ówczesnego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła (PiS). Twierdził on m.in., że pigułka ellaOne jest w Polsce nadużywana (m.in. przez nastolatki), że w całej Europie są ograniczenia w możliwości jej kupowania, że jej główne składniki są niebezpieczne dla zdrowia, oraz, że tak naprawdę to pigułka wczesnoporonna.

Zmiana dotknęła przede wszystkim kobiety niezamożne (szybka wizyta u prywatnego ginekologa kosztuje) i z małych ośrodków, gdzie dostęp do ginekologa jest trudniejszy.

Na temat pigułki „dzień po” głos zabierali politycy PiS, m.in. poseł Marek Suski: „[ellaOne] Przerywa ciążę. Pytam, czy ona coś leczy? Bo jeżeli to jest lek, to powinien być dostępny. Ta pigułka niczego nie leczy. To nie pigułka zdrowia, tylko raczej pigułka śmierci. Jeżeli mamy taką pigułkę, to niech chociaż będzie na receptę”.

„Sumienie mi nie pozwala”

Kwestia wypisania recepty na antykoncepcję awaryjną przypomniała konserwatywnym środowiskom o klauzuli sumienia. Minister Radziwiłł, choć chwilę wcześniej udowadniał, że recepta na ellaOne w niczym Polkom nie zaszkodzi, uznał, że sam by jej nie wypisał.

ZBITY ZEGAR. Klauzula sumienia nie obejmuje wypisywania recept

Jest to niezgodne ze stanowiskiem Komitetu Bioetyki przy Prezydium PAN z 12 listopada 2013 roku, które wskazuje, że klauzula sumienia nie powinna dotyczyć wypisywania recept.

W tej kadencji okazało się, że klauzula sumienia powinna dotyczyć nie tylko lekarzy dokonujących aborcji, ale także… farmaceutów, którzy sprzedają leki w aptekach. W Sejmie pojawił się obywatelski projekt zapewnienia klauzuli sumienia farmaceutom. Projekt poparła komisja ds. petycji oraz Biuro Analiz Sejmowych. Na dezyderat komisji minister zdrowia nigdy nie odpowiedział i sprawa utknęła w styczniu 2018 roku.

Klauzula sumienia utrudniła także dostęp do legalnej aborcji w Polsce.

Oczywiście problem dostępu do legalnej aborcji nie pojawił się w okresie rządów PiS, ale w tym czasie się pogłębił. Monitoring Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny realizowany na przełomie 2015 i 2016 roku ujawnił, że szpitale często odmawiają legalnej aborcji i odsyłają pacjentki do innych placówek. Jednak na przykładzie Warszawy widać, że problem narasta.

Federa w 2019 roku zapytała warszawskie szpitale o to, czy wykonują zabiegi aborcji. Z tabelki poniżej wynika, że liczba takich szpitali spadła w stosunku do 2017 roku:

Dzieci tak, ale tylko naturalnie

W czerwcu 2016 roku, rząd PiS przerwał finansowanie z budżetu programu in vitro „Leczenie Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego”. Problem niepłodności w Polsce nie jest marginalny – dotyka aż 15 proc. par.

Refundacja in-vitro wyrównywała szanse w dostępie do kosztownej procedury medycznej – uśredniając cenniki różnych klinik zajmujących się leczeniem niepłodności, przyjmuje się, że koszt in vitro w Polsce to ok. 8-12 tys. zł.

W grudniu 2018 roku Ministerstwo Zdrowia ujawniło dane, które dowodzą, że rządowy program in vitro leczenia niepłodności z lat 2013-2016 był znacznie większym sukcesem, niż wszyscy sądzili. Na świat przyszło ponad 21 tys. dzieci.

Lukę po in vitro miał wypełnić „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego” zaplanowany przez rząd PiS na lata 2016-2020. Ale dokonania finansowanej w tym programie tzw. naprotechnologii trudno nazwać inaczej niż porażką.

W 2019 roku stowarzyszenie „Nasz bocian” poprosiło Ministerstwo Zdrowia o informację dotyczącą efektów programu ochrony zdrowia prokreacyjnego. Ministerstwo odpowiedziało, że nie zna liczby ciąż, które powstały w wyniku programu, bo… „Program nie zakłada zwiększenia liczby urodzeń tylko poprawę diagnostyki i leczenia, wskaźnik liczby ciąż był mylący dla oceny skuteczności Programu”.

I rzeczywiście, w opisie programu liczba ciąż nie jest wskaźnikiem. Jednak jeszcze w 2017 roku – przed aktualizacją – liczba ciąż była oczekiwanym efektem.

6 listopada 2018 do Sejmu wpłynął poselski projekt ustawy ograniczający możliwości stosowania pozaustrojowej metody leczenia bezpłodności – in vitro. Twórcy ustawy – posłowie PiS, Kukiz’15, WiS, PSL i niezrzeszonych, na czele z zasłużonym w inicjatywach anty-choice posłem Janem Klawiterem – chcą, żeby:

  • z metody mogły korzystać jedynie małżeństwa;
  • zapłodnieniu mogła być poddana tylko jedna komórka – a nie sześć jak do tej pory;
  • nie było możliwości mrożenia komórek (tzw. kriokonserwacja);
  • dane dawców nie były anonimowe.

Wychowanie do życia w katolickiej rodzinie

Prawu i Sprawiedliwości zawdzięczamy także zmiany w i tak dość konserwatywnym programie szkolnym Wychowania do życia w rodzinie. Podstawa WDŻ otwarcie stawia na katolicką etykę seksualną. Namawia na przedmałżeńską powściągliwość. Lansuje naturalne planowanie rodziny, potępia antykoncepcję, łącząc ją z aborcją i sterylizacją. W masturbacji widzi zagrożenie pornofilią i uzależnieniem od seksu. Podkreśla, że życie dziecka zaczyna się w jajowodzie. Chce wzmacniać „identyfikację z płcią”.

Dodatkowo Ministerstwo Zdrowia w latach 2017-2019 prowadziło projekt zdrowia prokreacyjnego „W stronę dojrzałości” dla uczniów szkół ponadpodstawowych. Uczniowie mogli się z niego dowiedzieć m.in., że antykoncepcja jest szkodliwa dla zdrowia i nieskuteczna, a seks najlepiej uprawiać dopiero po ślubie. W podręczniku dla nauczycieli znaleźliśmy z kolei takie opinie:

„Swoboda seksualna prowadzi do pustki w miłości. U kobiet powoduje to wstrząs i zupełną zmianę jej psychicznego ukierunkowania (jej psychika z natury nastawiona jest na całkowite oddanie ukochanemu mężczyźnie).

Uleganie kolejnym partnerom powoduje, że znika: delikatność w zachowaniu, zdolność do rozumienia innych, chęć do wypełniania ról opiekuńczych”.

Program ten nie tylko pogłębiał stereotypy płciowe, ale także zniechęcał młodych ludzi do stosowania antykoncepcji, także tej, która zmniejsza ryzyko zakażanie wirusem HIV.

Rodzić po ludzku?

Konstanty Radziwiłł (PiS), minister zdrowia w rządzie Beaty Szydło, chciał wycofać wprowadzone w 2012 roku (za rządów PO-PSL) standardy opieki okołoporodowej i zastąpić je zbiorem rekomendacji medycznych.

Ostatecznie ustąpił w obliczu protestów – fundacja „Rodzić po ludzku” zebrała ponad 70 tys. podpisów w ich obronie. W 2018 rząd uchwalił nowe standardy (nazywając je „organizacyjnymi”), które gwarantują rodzącym w zasadzie podobne prawa jak poprzednio. Wadą jest brak sankcji za ich nieprzestrzeganie (a z realizacją jest źle) oraz brak gwarancji znieczulenia zewnątrzoponowego.

Konwencja? Nie przestrzegałbym

Tak w skrócie zapatruje się prezydent Andrzej Duda na konwencję antyprzemocową, którą Polska podpisała, a tym samym zobowiązała się jej przestrzegać:

OKO.press ujawniło w grudniu 2016 roku plany wypowiedzenia konwencji, które – po serii sprzecznych deklaracji ministrów rządu – zostały zawieszone. Jeżeli jednak sam prezydent państwa ma do aktu prawnego tak lekceważący stosunek, rząd może ponowić próbę. Lub po prostu uznać przepis za martwy.

Konwencja Stambulska, czyli antyprzemocowa, została uchwalona przez Radę Europy w 2011 roku. Polska podpisała ją w 2015 roku. Konwencja uznaje „strukturalny charakter przemocy wobec kobiet za przemoc ze względu na płeć, oraz fakt, że przemoc wobec kobiet stanowi jeden z podstawowych mechanizmów społecznych, za pomocą którego kobiety są spychane na podległą wobec mężczyzn pozycję”. Celem konwencji jest przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet.

Wybór Donalda Tuska na szefa ELP może wzmocnić pozycję ugrupowania na europejskiej scenie politycznej

Nowy przewodniczący EPL, następca Francuza Josepha Daula, ma zostać wybrany na kongresie ugrupowania w listopadzie w Zagrzebiu. „Za faworyta uważany jest obecnie polski szef Rady Europejskiej Donald Tusk, który z końcem listopada kończy kadencję na tym stanowisku” – pisze „FAZ”.

Były polski premier miał obiecać we wrześniu, że wkrótce poinformuje o swoich planach na przyszłość. Prezydium EPL ma omawiać sprawę wyboru nowych władz na posiedzeniu przed szczytem UE 17 i 18 października w Brukseli.

Rezygnacja niemieckiego kandydata

Według nieoficjalnych informacji, na które powołuje się niemiecki dziennik, z kandydowania na szefa EPL zrezygnował Niemiec Manfred Weber, który stoi na czele frakcji chadeckiej w Parlamencie Europejskim. Powodem jest przekonanie, że nie należy dopuścić do sytuacji, aby niemieccy politycy pełnili najwyższe funkcje zarówno w Komisji Europejskiej oraz w EPL.

„Na niekorzyść Webera działa też to, że nigdy nie pełnił funkcji rządowej. Nie zapewni tym samym odpowiedniej wagi urzędowi szefa EPL. Prezydent Francji Emanuel Macron miał podnosić ten argument sprzeciwiając się wystawieniu Webera na czołowego kandydata EPL w eurowyborach” – pisze „FAZ”.

Tusk wzmocni pozycję EPL

„W Brukseli mówi się, że wybór Tuska i tym samym powrót do obowiązującej do 2013 roku praktyki nominowania na szefa EPL byłego szefa rządu, wzmocni pozycję ugrupowania na europejskiej scenie politycznej. Oczekuje się też, że nie będzie innych kandydatów oprócz Tuska” – pisze „FAZ”, dodając, że rozważano do niedawna również kandydaturę byłego szefa PE Antonio Tajaniego z Włoch.

Do założonej w 1976 roku Europejskiej Partii Ludowej należą obecnie 84 partie i organizacje partnerskie z 43 krajów europejskich. Z Polski są to Platforma Obywatelska i PSL. Tworzy ona największą frakcję w Parlamencie Europejskim.

Według posłanki PiS Hrynkiewicz i jej partii – bo posłowie w PiS nie są od posiadania osobistego zdania – wizyty, badania i leki są seniorom zbędne.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Osób Starszych (1 października) partia aktualnie rządząca zamiast życzeń, przekazała rodakom doskonałą wiadomość. Jak już wcześniej prorokował Paweł Kukiz, właśnie zapadła decyzja polityczna, że siedemdziesiątka to nowa trzydziestka, a każdy Polak ma prawo cieszyć się zdrowiem i sprawnością do co najmniej setki.

Tę fantastyczną nowinę ogłosiła publicznie posłanka Józefa Hrynkiewicz, deklarując w imieniu partii, że „starość to nie choroba”! I że – w związku z tym – nie ma powodu, by poddawać seniorów niepotrzebnej medykalizacji. Mówiąc po ludzku – ludzie w podeszłym wieku zbyt często odwiedzają lekarza. Tymczasem nie powinni, ponieważ nic im nie jest.

Według pani Hrynkiewicz i jej partii – bo posłowie w PiS nie są od posiadania osobistego zdania – te wszystkie wizyty, badania i leki są seniorom zbędne. Wiek zupełnie nie uzasadnia bowiem spadku formy i samopoczucia. Toteż zamiast wysiadywać po przychodniach, emeryci powinni zająć się czymś bardziej konstruktywnym. Na przykład – podpowiadamy, bo żadne przykłady niestety nie padły – pójść na pielgrzymkę. Zachodnie badania już dawno dowiodły, że aktywność fizyczna sprzyja zdrowiu i sprawności, natomiast wiara religijna – długowieczności. Faktem jest również, że chyba już tylko modlitwa o cud może jakoś pomóc polskiej służbie zdrowia wyjść z zapaści.

W tej sytuacji systemowe odstąpienie od „nadmiernej medykalizacji”, likwidacja oddziałów geriatrycznych, niedziałający program „leków za złotówkę” oraz wycofanie funduszy na „bilans siedemdziesiąciolatka” to żadne tam działania godzące w zdrowotność najstarszych pokoleń. To tylko metody łagodnej perswazji. Sposoby przekonywania seniorów, że w zasadzie to czują się świetnie, więc zamiast przesiadywać w przychodni, gdzie o infekcję nietrudno, powinni raczej siedzieć w domu i kisić kapustę, bo kiszonki to samo zdrowie i alternatywa dla szczepień przeciw grypie, które swoje kosztują. Mogliby też dorabiać do emerytury, żeby nie trzeba było nowelizować tak pięknie zbilansowanego budżetu na kolejne „trzynastki”. Wtedy od razu zapomną o strzykaniu w krzyżu, kołataniu serca i dusznościach. A NFZ przyoszczędzi na geotermię w Toruniu. Bo dla zdrowotności ciała i ducha nie ma jak zimny prysznic.

Zresztą – w przychodniach geriatrów i tak jak na lekarstwo, zwłaszcza młodych, których nie kto inny, jak właśnie pani posłanka Hrynkiewicz już dawno temu wysłała przecież za granicę. To ona nawoływała z sejmowej trybuny: „niech jadą!”. No to pojechali.

Na badania przesiewowe dla seniorów, na początek pilotażowe, kasę ministerstwo wprawdzie dało, ale to było zanim partia dokonała oficjalnego uzdrowienia polskich seniorów. Toteż teraz zabrało i badań żadnych już więcej nie będzie. Bo one – jak to ujęto w informacji o zakończeniu programu – powodują „nadwykrywalność” przeróżnych schorzeń, co skutkuje rosnącym apetytem seniorów na fundusze NFZ-u. Teraz widmo nadwykrywalności i tłumów szturmujących przychodnie i oddziały geriatryczne zostało skutecznie przegonione. Obywatele 60 plus są bowiem absolutnie zdrowi! A jeśli już chorują, to jak wszyscy. W końcu katar zdarza się w każdym wieku, a ból kolana też o metrykę nie pyta. Inna sprawa, że w naszym kraju to choroba występująca epidemicznie – powikłanie narodowego katolicyzmu.

Inna sprawa, że kierunek myślenia o starości jako „naturalnym etapie życia człowieka” idealnie wpisuje się w wizerunek partii na każdym kroku powołującej się na tradycję i „prawo naturalne”. Rzeczywiście – do całkiem niedawna żadna tam medykalizacja seniorów, a już zwłaszcza medykalizacja „nadmierna”, nie przeszkadzała Polakom w naturalnym procesie starzenia.

No, ale teraz, w epoce wojującego nihilizmu, chciwe amerykańskie koncerny wmówiły ludziom, że mogą w dobrej kondycji dociągnąć co najmniej do setki. Tylko potrzebują protez, implantów, rozruszników oraz całej listy leków i procedur, które kosztują majątek. Seniorzy zaś bez zastrzeżeń uwierzyli, że mamy tu nad Wisłą państwo dobrobytu, toteż sądzą, że to wszystko „im się należy”. Tymczasem gdyby trochę odpuścili, te środki mogłyby pójść na rozwój naprotechnologii. Trzeba tylko przekonać seniorów, że są zdrowi! A że boli? Boli, bo musi!

Za Peerelu władcy Polski też szanowali tradycję i – wbrew pozorom – prawo naturalne. I także usiłowali przekonać seniorów, że starość to nie choroba. Wdzięczni obywatele ubrali te starania w hasło: „Popierajcie partię czynem. Umierajcie przed terminem”. Budowa państwa dobrobytu w każdym ustroju wymaga poświęceń.

PS. Amerykańska agencja do spraw leków (FDA) koordynuje badania zmierzające do zatwierdzenia pierwszej w historii „pigułki na starość”, która (starość, nie pigułka) w ten sposób zostanie oficjalnie uznana za chorobę. Cukrzyca „dwójka”, demencja, wieńcówka i niektóre typy nowotworów będą odtąd traktowane jako objawy „zespołu senioralnego” czy jak tam ostatecznie nazwą tę nową jednostkę chorobową amerykańscy geriatrzy. Znów jesteśmy „sto lat za Murzynami”.

Nocnik Jadwigi Staniszkis, w którym zamieszkał Jarosław Kaczyński

27 Wrz

Komitet Inicjatywy Obywatelskiej chce powołania komisji, która wyjaśni przypadki pedofilii w polskim Kościele. Dziś w Sejmie – na ręce marszałek Witek – złożony został wniosek o zarejestrowanie komitetu. Stworzyli go m.in. Jolanta Banach, Barbara Labuda, Piotr Bauć, Michał Wojciechowicz.

Od dnia zatwierdzenia komitetu przez marszałek Sejmu będzie on miał trzy miesiące na zebranie 100 tys. podpisów pod projektem ustawy o Komisji Prawdy i Zadośćuczynienia ds. wyjaśnienia pedofilii w Kościele katolickim. Jeśli zbiórka się uda, projekt będzie rozpatrywany przez przyszły Sejm.

– „Obywatelski projekt komisji ds. pedofilii różni się od rządowego tym, że odnosi się do problemu ukrywania pedofilii w Kościele – podkreśliła koordynatorka projektu Jolanta Banach. – „Wprowadza mechanizmy i sposoby, dzięki którym Kościół i jego władze będą musiały współpracować z organami państwa, wydawać dokumenty kościelne. Będziemy mogli skutecznie przeciwdziałać ukrywaniu przypadków nadużyć seksualnych przez duchownych. Krótko mówiąc, nie będzie można przenosić księży, dopuszczać księży po wyrokach do pracy z młodzieżą albo z dziećmi. A ci, którzy będą to robić, będą podlegali karze” – dodała.

Ofiara księdza pedofila – w myśl projektu – otrzyma także wsparcie prawne. Nie będzie musiała wydawać własnych pieniędzy na prawników.

Banach skrytykowała powołaną głosami PiS państwową komisję „do spraw wyjaśniania przypadków czynności skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec małoletniego poniżej lat 15”. – „Znając sojusz ołtarza i tronu możemy się spodziewać, że komisja rządowa nie wyjaśni żadnych przypadków związanych z ukrywaniem nadużyć seksualnych popełnianych przez osoby duchowne” – powiedziała Banach w rp.pl.  

Program Koalicji Obywatelskiej, czytaj tutaj >>>

Ludzie utożsamiają władzę z bezkarnością i nadużyciami i przyzwyczaili się do tej destrukcji w tzw. demokracji, bo to, co się dzieje, trudno dziś nazwać demokracją. Myślę, że społeczeństwo jest znużone, ale też przestraszone, bo zaczyna zdawać sobie sprawę, że coraz więcej zależy od władzy, więc wolą siedzieć cicho – mówi prof. Jadwiga Staniszkis, socjolog. – Myślę, że możemy mówić o jakiejś formie autorytaryzmu, bo władza Jarosława Kaczyńskiego czy poszczególnych szefów partii koalicji rządzącej jest duża, ale w ramach tego autorytaryzmu jest anarchia – to rozkład prawa, moralności i instytucji. To obraz bardzo pesymistyczny – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Czy była pani zszokowana tym, co ujawniono o szefie NIK-u?

JADWIGA STANISZKIS: Nie zdziwiło mnie to, bo po tej władzy można się wszystkiego spodziewać. Poza tym mamy negatywną selekcję do władzy, więc takie są też tego efekty.

KAŻDA KADENCJA MIAŁA SWOJE AFERY, ALE W TEJ MÓWIMY PRAWIE WYŁĄCZNIE O AFERACH, NIE MA NICZEGO POZYTYWNEGO. PIS NIE ZDAJE SOBIE SPRAWY, JAKI SKONCENTROWANY, NEGATYWNY WIZERUNEK TWORZY SIĘ WOKÓŁ NIEGO, BO JEST PRZYZWYCZAJONY DO TAKIEGO DZIAŁANIA.

Co do pana Mariana Banasia, to moim zdaniem jest on powiązany ze służbami specjalnym i ma w związku z tym dużo więcej informacji o poszczególnych posłach, także we własnym środowisku, i dlatego może sobie pozwolić na więcej, mówiąc delikatnie.

Co to mówi o naszym państwie?
Wystarczy popatrzeć na to, co jest w telewizji, żeby zorientować się, że w polityce są ciągle te same twarze i te same osoby. W partii rządzącej nie ma już żadnej sensownej wizji modernizacji, inwestycji, tylko funkcjonuje ona od skandalu do skandalu. Tam widać myślenie w kategoriach indywidualnych, własnych karier.

TO OGROMNA DEMORALIZACJA.

Myślę, że możemy mówić o jakiejś formie autorytaryzmu, bo władza Jarosława Kaczyńskiego czy poszczególnych szefów partii koalicji rządzącej jest duża, ale w ramach tego autorytaryzmu jest anarchia – to rozkład prawa, moralności i instytucji. To obraz bardzo pesymistyczny.

Pesymistyczny dla władzy, dla obywateli?
Dla Polski.

Czy sprawa Mariana Banasia obciąża premiera?
Pan Banaś ze względu na swoje powiązania ze służbami ma możliwość wpływania na decyzje innych, być może nawet szantażem, i może w ten sposób dużo osiągnąć. Nie wiem, jakie są jego relacje z premierem, ale widać, że umie dużo uzyskać dla siebie, zatem

PODEJRZEWAM, ŻE MA PEWIEN KAPITAŁ W ZANADRZU I TO GO WYRAŹNIE USTAWIA W POLITYCE.

Czy to znaczy, że naszą polityką rządzą służby?
Może nie całą polityką, ale poszczególnymi karierami tak. Z drugiej strony polityką rządzi demoralizacja.

Jarosław Kaczyński skomentował sprawę Banasia jako atak na tego, który walczył z mafią VAT-owską. To dobra strategia?
To pozytywna dla Banasia interpretacja, że walczył z przestępcami, i to oni stworzyli w telewizji taki obraz, który prowadzi do wniosków, o których mówiłam.

To kolejna afera z udziałem polityków PiS-u. Czy to może zagrozić słupkom poparcia? Na razie partia trzyma się mocno.
Jak widać, poparcie na razie nie zmniejsza się, bo ludzie są przyzwyczajeni, że władza oznacza, i to na różnych poziomach, korupcję, egoizm, nepotyzm. Są przez to bardziej tolerancyjni dla takich nagannych zachowań. Dużo bardziej niż ja.

JEŻELI TO NIE WPŁYNIE NA WYNIKI WYBORÓW, TO BĘDZIE TO WYRAŹNY SYGNAŁ TEGO, CO DZIEJE SIĘ W SPOŁECZEŃSTWIE. Z DRUGIEJ STRONY TEGO TYPU DEMORALIZACJA IDZIE Z GÓRY I TRUDNO SIĘ DZIWIĆ, ŻE OPINIA PUBLICZNA TAK REAGUJE CZY WŁAŚNIE NIE REAGUJE.

Ludzie utożsamiają władzę z bezkarnością i nadużyciami i przyzwyczaili się do tej destrukcji w tzw. demokracji, bo to, co się dzieje, trudno dziś nazwać demokracją. Myślę, że społeczeństwo jest znużone, ale też przestraszone, bo zaczyna zdawać sobie sprawę, że coraz więcej zależy od władzy, więc wolą siedzieć cicho.

Polska nie jest krajem demokratycznym?
Chociażby ze względu na kontrolę nad mediami można mieć tu wątpliwości. O niezależności mediów trudno mówić, a wiemy, że w dużej mierze to media wypływają na wynik wyborów.

Czy opozycja ma szanse zmobilizować tę część, która nie chodzi na wybory?
Opozycja ciągle nie jest tak atrakcyjna jak by mogła być. Powinna zmienić sposób dyskusji przed wyborami. Mówić, jakie są perspektywy rozwoju, jakie czekają nas dylematy, ile pieniędzy wymagają inwestycje i jakie powinny być. Dawać Polakom nadzieję na przyszłość, bo

TO, CO SIĘ DZIEJE W TEJ CHWILI, TO ŻYCIE Z DNIA NA DZIEŃ I TOLEROWANIE DESTRUKCJI.

Czy Małgorzata Kidawa-Błońska jako kandydatka na premiera zamiast Grzegorza Schetyny to dobry pomysł?
Ja znam Grzegorza Schetynę i przyznam, że go lubię, co prawda od wielu lat się nie widzieliśmy. Cenię go także jako polityka. Ma w sobie pokłady i powinien bardziej merytorycznie przedstawiać wizję Polski. Pani Kidawa-Błońska jest sprawnym politykiem, ale wolę Schetynę.

PiS-owi udało się przeforsować odwołanie wiceprezesów NIK-u. Rządzący śpieszyli się z dymisjami przed odejściem Mariana Banasia na urlop. Dymisje poprzedziła burzliwa dyskusja podczas posiedzenia komisji i podwójne głosowanie. Pierwsze, nie po myśli rządzących, zostało bezpardonowo powtórzone. Wieczorem marszałek Sejmu Elżbieta Witek powołała nową wiceprezes NIK-u Małgorzatę Motylow.

Bez Banasia NIK i tak dla PiS-u

Sejmowa komisja ds. kontroli państwowej zaopiniowała odwołanie trojga wiceprezesów Najwyższej Izby Kontroli – powołanych przez poprzedniego prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego: Ewy Polkowskiej, Wojciecha Kutyły oraz Mieczysława Łuczaka. Jej opinia była konieczna, aby dokonać zmian na stanowisku wiceprezesa.

Komisja rekomendowała na nowego wiceprezesem Małgorzatę Motylow. Ostateczną decyzję wieczorem podjęła marszałek Sejmu Elżbieta Witek. Oznacza to, że w NIK władzę pełnić będzie osoba związane z PiS-em, mimo afery Banasia.

Przymusowy urlop za kontakty z gangsterami

Po doniesieniach medialnych o “kamienicy na godziny” należącej do Mariana Banasia, prowadzonej przez krakowskiego gangstera, szef NIK-u zdecydował udać się na bezpłatny. Oficjalny powód to kontrola jego oświadczenia majątkowego prowadzonego przez CBA, które ma się zakończyć dopiero po wyborach 13 października.

Wynik musi być nasz

Podczas posiedzenia sejmowej komisji, która zajmowała się wnioskiem o odwołanie jednej z wiceprezes, doszło do remisu – 4 członków komisji wniosek poparło, 4 było przeciw.

Przewodniczący komisji, Wojciech Szarama z PiS, zarządził wobec wyniku przerwę, aby na komisję mogli dojechać pozostali członkowie z obozu rządzącego, po czym poddał wniosek powtórnie pod głosowanie.

Co ciekawe, przedstawiciel Biura Analiz Sejmowych nie stwierdził niczego gorszącego w takim procedowaniu. Stwierdził nawet, że posłowie powinni “głosować do skutku”.

– Jestem absolutnie zdumiony, bo wyszło na to, że mamy tutaj do czynienia z konklawe. Jesteśmy kolegium kardynałów, którzy zostaną zamknięci, aż nie wyrażą swojego stanowiska. Dochodzi tutaj niestety do jakiejś przesady czy paranoi – komentował sytuację na komisji poseł opozycji Ryszard Wilczyński z PO-KO.

Wcześniej posłowie opozycji wnioskowali o odroczenie obrad komisji do czasu zakończenia działań CBA wobec Banasia. Wnosili także o odroczenie posiedzenia komisji do czasu przybycia Mariana Banasia i złożenia wyjaśnień.

Mateusz Morawiecki nie ma sobie równych w przejęzyczeniach i w przekręcaniu cytatów. W kategorii przeinaczania faktów też zresztą przoduje, o czym świadczą dwa wyroki sądowe na jego koncie za kłamstwa podczas poprzednich kampanii wyborczych.

W kampanii przed obecnymi wyborami parlamentarnymi Morawiecki bierze oczywiście czynny udział. Tym razem jego wystąpienie poświęcone było polskim jabłkom. – „Dacie wiarę, że apostoł Morawiecki wspomniał o mgle i kasztanach, chwaląc polskie jabłka? Ja nie wiem, co ja uważam” – napisał na Twitterze Stefan Skrupulatny i dołączył film z nagraniem przemowy premiera.

Morawiecki usiłował zacytować popularną niegdyś piosenkę, ale jabłka pomyliły mu się z kasztanami, a zamiast przymiotnika „mdły” pojawiło się „mgły”. W tzw. międzyczasie mówił też o… grawitacji, a na koniec zakrzyknął: „Niech żyją polskie jabłka”…

Przypominamy więc, jak naprawdę brzmi ten fragment piosenki, śpiewanej przez Halinę Kunicką: „Świat nie jest taki zły/ Świat nie jest wcale mdły/ Niech no tylko zakwitną jabłonie”. Autorką tekstu jest Agnieszka Osiecka.

– „Ten człowiek klepie, co popadnie, co Mu ślina na język przyniesie. Śmiałbym się, gdybym się nie wstydził za Niego”; – „Co oni z tą mgłą w tym PiSie?”; – „Jeszcze powinien dodać pancerną brzozę i już byłby skrót raportu komisji smoleńskiej”; – „Może chciał powiedzieć, że najlepsze polskie jabłka rosną na Placu Pigalle?”; – „Producenci jabłek w Polsce na pewno płakali ze wzruszenia. Sokiem jabłkowym oczywiście” – komentowali internauci.

To matematyka, ze swoim upartym „dwa plus dwa jest cztery”, najbardziej psuła dotąd szyki panu prezesowi i jego ministrom

Wszyscy podejrzewają, że to przez historię, ale tak naprawdę chodzi chyba głównie o matematykę. To – zdaje się – właśnie ze względu na nią Jarosław Gowin ogłosił kilka dni temu przełom kopernikański w podległym sobie ministerstwie. Zostanie ono poddane reformie „porządkującej” zawód naukowca, po której polska nauka, owszem, nadal poszukiwała będzie prawdy oraz nowych rozwiązań technologicznych. Niemniej samowola naukowców zostanie ukrócona, a wolność badań powiązana z odpowiedzialnością. Ponieważ w nowo powstającym KPNP (Katolickim Państwie Narodu Polskiego) prawda prawdą, ale między Bogiem a prawdą, najważniejsza ze wszystkiego jest… racja stanu!

Kto będzie orzekał, „co jest prawdziwe, to prawdziwe, a co się zdaje, to się zdaje”, minister nie był łaskaw wyjaśnić, ale to chyba oczywiste samo przez się, że „Stan” to w tym przypadku drugie, dla niepoznaki wymawiane z angielska imię prezesa Jarosława. I to jego racja będzie tu rozstrzygająca.

Ta reforma rzeczywiście była już pilnie potrzebna, bo o ile w spornych kwestiach historycznych partia aktualnie rządząca ma na usługach IPN i profesora Zybertowicza, to na fachowców od liczenia „dobra zmiana” nie za bardzo może liczyć. Już choćby ze sztuką współczesną idzie łatwiej, bo nikt suwerenowi nie wmówi, że „białe jest białe”, ale w przekonywaniu elektoratu, że 27 to mniej niż 1 nawet minister Sasin wypada mało wiarygodnie. Toteż wbrew wszelkim pozorom to właśnie ona, matematyka, ze swoim upartym „dwa plus dwa jest cztery”, najbardziej psuła dotąd szyki panu prezesowi i jego ministrom.

Wszystkim znane są wysiłki Nowogrodzkiej w przeprowadzaniu dowodu wyższości jednostki nad dwudziestką siódemką. A przecież każdy kolejny dzień kampanii wyborczej ujawnia kolejne pułapki zastawiane na przedstawicieli władzy przez bezduszną arytmetykę.

Jedyna słuszna partia zapowiedziała – na przykład – że w cztery lata zbuduje sto tysięcy mieszkań. A tu suche liczby pokazują, że powstało ich… sto razy mniej. Niespełna tysiąc. No, niestety. Zaś konfrontacja „samochód elektryczny rodzimej produkcji kontra rzeczywistość” wypadła jeszcze gorzej, bo sto tysięcy do zera. Dla rzeczywistości.

A tu trzeba by jeszcze pilnie przekonać publiczność TVP, że 2,6 miliona złotych to mniej, niż 35 tysięcy. Wiadomo, że te miliony, przez zapomnienie pominięte w deklaracji majątkowej szefa NIK, to drobiazg po prostu. Każdy mógł przeoczyć. To znaczy – każdy prominentny aktywista partii rządzącej. A że niejaki Nowak Sławomir miał na karku prokuratora za niewpisany zegarek i się sam do dymisji z powodu tego zegarka podał, to wiadomo – frajer z PO. Kolejny dowód, że się „platfusy” nie nadają do robienia polityki.

Teraz mamy zupełnie inne standardy, ale jakby nie liczyć, taka zapomniana stodoła ministra Szyszki, zapodziane udziały w działce z domem ministra Dworczyka czy właśnie przypadkiem pominięta kamienica szefa NIK warte są jednak trochę więcej, niż ów nieszczęsny zegarek Nowaka, co rodzi wredne insynuacje niejakiego Brejzy i w ogóle – rejwach na opozycji. I to się musi szybko zmienić.

Tym bardziej, że pan prezes powinien jeszcze pilnie dostarczyć dowodu na to, że 36 to mniej, niż 33. I że te 33 to – jak był to łaskaw ująć – „znacząca większość” z setki obietnic wyborczych jego partii z poprzedniej kadencji. Bo nieprzychylni obecnej władzy rewidenci (z Bożej łaski, a jednak nihiliści) policzyli, że ze stu takich zapowiedzi spełnionych zostało 33. Podczas gdy niespełnionych – 36.

No, ale teraz po reformach ministra Gowina, kiedy nadrzędnym kryterium weryfikacji prawd naukowych stanie się „racja stanu”, wszystkie aksjomaty arytmetyki stracą znaczenie. Matematyk zaś, o ile nie zechce podzielić losu niepokornych sędziów i utracić liczydła i zarękawków, będzie musiał skonsultować rozwiązanie działania „2+2” ze swoim rzecznikiem dyscyplinarnym, który zdecyduje o wyniku zgodnym z aktualną racją stanu. Nabór na liczne stanowiska dla takich rzeczników trwa od początku kadencji, a właściwa odpowiedź na pytanie, „ile jest 2 plus 2” brzmi – „a ile ma być?”.