Tag Archives: Borys Budka

Pisizm i faszyzm. Z życia pasqud 26

21 Lip

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Reklamy

Głódź, przyjaciel pedofilów w sukienkach. Z życia pasqud 24

19 Lip

„Politycy PiS stawiają się ponad prawem, nie udostępniając opinii publicznej dostępu do informacji, jaką jest to, kto poparł obecnych nominatów PiS w Krajowej Radzie Sądownictwa” – powiedziała Kamila Gasiuk-Pihowicz z PO. Wymieniła marszałka Sejmu i urzędników Kancelarii Sejmu, którzy nie wywiązali się z prawomocnego wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego i nadal nie opublikowali list poparcia nominatów w nowej KRS.

Gasiuk-Pihowicz poinformowała, że do prokuratury trafi zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na nieudostępnieniu, wbrew obowiązkowi wynikającemu z dostępu do informacji publicznej, zgłoszeń do upolitycznionej KRS. – „Listy poparcia dla członów KRS to najwyraźniej lista wstydu dla polskiego wymiaru sprawiedliwości, skoro tak wielkim problemem jest jej ujawnienie. Ludzie mają prawo wiedzieć, kto podpisał się pod listami poparcia dla nominatów polityków PiS-u w KRS i zrobimy wszystko, żeby ta informacja stała się znana opinii publicznej” – stwierdziła posłanka PO. Za niewywiązanie się z tego obowiązku grozi kara grzywny, kara ograniczenia wolności lub kara pozbawienia wolności do jednego roku.

Wiceszef klubu PO Borys Budka powiedział, że przed prawem nie ma „równych i równiejszych”. – „Marszałek Sejmu ma obowiązek wykonać prawomocny wyrok. Należy zadać pytanie: dlaczego z uporem maniaka usiłuje ukryć, kto podpisał listy poparcia dla kandydatów do neoKRS? Dlaczego PiS tak bardzo chroni tę informację? Może się okazać, że te osoby są podległe ministrowi sprawiedliwości. Zadajemy publiczne pytanie: czy minister sprawiedliwości – polityk i poseł – wpływał, naciskał na sędziów zatrudnionych w ministerstwie sprawiedliwości, by podpisywali tego typu listy?” – stwierdził Budka. Jego zdaniem, w nowej KRS są osoby, które zawdzięczają karierę politykom PiS, co sprawia, że obecna KRS „została pobawiona konstytucyjnego przymiotu niezależności, a osoby, które się w KRS znalazły nie mogą być uznawane za niezawisłych sędziów”.

W odpowiedzi Kancelaria Sejmu podała, że trwa „gromadzenie materiałów, co ma potrwać co najmniej do 28 sierpnia. – „Listy [poparcia do nowej KRS] zawierają zarówno PESEL, jak i wzory podpisów i w związku z tym muszą być zanonimizowane” – tak tłumaczy się Kancelaria Sejmu. Przecież to jest 30 minut pracy! Nie ma żadnych powodów, by przedłużać obywatelom ten termin do końca sierpnia” – poinformował na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR. A Michał Wawrykiewicz z Inicjatywy Wolne Sądy dodał: – „Zobaczycie Państwo, że nie pokażą tych list. Na pewno nie przed wyborami. Mogę przyjąć każdy zakład. Okaże się, że „służby prawne Kancelarii” odkryły jakieś nieprawidłowości bądź niejasności interpretacyjne wyroku, albo że listy zaginęły, zalały się kawą czy coś takiego. Na bank”.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku już po raz drugi odmówiła wszczęcia postępowania w sprawie tuszowania pedofilii księży przez hierarchów Archidiecezji Gdańskiej. Zawiadomienie złożyła Beata Maciejewska z partii Wiosna, która napisała, że abp Sławoj Leszek Głódź oraz bp Ryszard Kasyna mogli dopuścić się przestępstwa z art. 200 kk, polegającego na tym, że nie zawiadomili organów ścigania, mając wiarygodną wiadomość o wykorzystywaniu seksualnym nieletnich.

Wcześniej z podobnym zawiadomieniem do prokuratury wystąpiła Anna Górska z partii Razem. Zostało ono oddalone, o tym w artykule „Abp Głódź nie będzie musiał wyjaśniać, czy w jego diecezji kryto księży pedofilów”.

Maciejewska złożyła swoje zawiadomienie 21 maja. Decyzję o odmowie śledztwa otrzymała kilka dni temu.

„Bardzo mnie zdziwiła ta odmowa, bo inne prokuratury w kraju podjęły czynności po podobnych zawiadomieniach w podobnych sprawach. Dziwi mnie także zachowanie prokuratury w kontekście zapowiedzi Zbigniewa Ziobry, który jako prokurator generalny mówił, że przypadki pedofilii będą bezwzględnie ścigane” – skomentowała w rozmowie z „GW” Maciejewska.

Droga młodzieży, może w tej chwili marzy się Wam renomowane liceum, a potem akces do lewackich elit, ale władza PiS ma dla Was swoje pomysły.

Kolejne podejście? To naprawdę nic złego. Wręcz przeciwnie. Kolejne podejście dowodzi determinacji, siły woli i odporności na przeciwności losu. Tak więc, droga młodzieży, nawet jeśli któreś z Was wciąż nie odnalazło swojego nazwiska na liście do żadnej z wybranych szkół średnich, nie ustawajcie w wysiłkach. Jak to mawiali starożytni – per aspera ad astra, czyli przez trudy do gwiazd. Im sroższe ciernie, głogi, tym milsze jest zwycięstwo w postaci oślej ławki w branżowej szkole gastronomicznej. Albo budowlanej.

Siedząc już w ławach budowlanki, ostatecznie będziecie wygrani. Bo nie ma to, jak mieć porządny fach w ręku. Może w tej chwili marzy się Wam renomowane liceum, a potem akces do lewackich elit, ale mądra władza pomyślała o Was zawczasu, bowiem nic nie leży jej na sercu tak, jak młodzieży chowanie. Przygotowała dla Was fantastyczną reformę oświaty. Może i perspektywa studiowania medycyny, prawa, a nawet filozofii w tej chwili wydaje się Wam kusząca, ale uwierzcie byłej minister Zalewskiej oraz stojącym za nią anonimowym reformatorom polskiej oświaty. Ten brak miejsc w liceach to tylko dla Waszego dobra przecież.

Po pierwsze – szukanie wolnej ławki w szkole ogólnokształcącej to będzie dla Was pierwsza prawdziwa próba charakteru oraz wiary (proście, a będzie Wam dane, szukajcie, a znajdziecie). Po drugie zaś, nawet jeśli będziecie pukać wytrwale, ale drzwi „Staszica” jednak się dla Was nie otworzą, to – jak to pięknie i mądrze podsumował pan senator Bonkowski (zapamiętajcie dobrze to szlachetne nazwisko) – niejeden dzisiejszy parlamentarzysta, wicewojewoda, a nawet prezes w spółce skarbu państwa jest absolwentem takiej sobie podstawówki na Podlasiu. Mało to wysokich stanowisk zajmują teraz ludzie po zawodówkach? A przecież „dają radę”. No, a poza tym uczyć się można wszędzie. No i w każdym wieku. Nawet pan prezydent zapewnia przy każdej okazji, że „ciągle się uczy”, o ministrach aktualnego rządu i nowych europosłach nie wspominając.

Wy też powinniście się byli – swoja drogą – bardziej do książek przyłożyć, skoro miejsca dla Was nie starczyło, a inni się jednak dostali. Więc może byli lepsi?  Weźcie przykład z pani Beaty. Też się ciągle uczy. Jeszcze niedawno witała amerykańskich żołnierzy kultowym „welcome in Poland”, a teraz – proszę – zamierzała szefować komisji w Europarlamencie, a mówiło się przecież o jeszcze wyższych stanowiskach dla niej. To się nazywa zdrowa ambicja. Wprawdzie dwa razy przegrała sama ze sobą, bo nie miała kontrkandydata, ale co z tego. Taki Grzegorz Schetyna to przegrał i to nawet nie z sobą, ale z Nie Wiadomo Kim. Respondenci pytani, kogo wybraliby na lidera opozycji częściej niż na Schetynę wskazywali przecież na Kogoś Innego!

Ale – wracając do brakujących miejsc w liceach – nie przejmujcie się. Ministerstwo Edukacji zapewnia, że w szkołach ogólnokształcących ciągle czeka na was ileś tam tysięcy wolnych ławek. A że akurat nie w Warszawie, tylko w Augustowie albo Cisnej? To szczegół. Pomyślcie sobie, że tacy – na przykład – chorzy na cukrzycę lub tarczycę mają jeszcze gorzej. No, bo są chorzy, a po leki muszą jechać z Krakowa na Pomorze albo z Podkarpacia gdzieś pod Szczecin. Tymczasem wiele pociągów Intercity wciąż nie ma klimatyzacji, a i tak przejazd nimi kosztuje majątek.

Natomiast Was, inaczej niż emerytów, którym w kryzysie służby zdrowia nawet „trzynastka” niewiele pomoże, od września będzie bez problemu stać na bilet. Nie bez powodu państwo zapewniło Pięćset Plus na każde dziecko przecież. Ostatecznie starczy Wam nawet na samolot, kiedy – korzystając ze światłej rady wiceministra nauki – wybierzecie liceum za granicą. Ów nie wspomniał wprawdzie, czy budżet zwróci Wam za czesne i utrzymanie w Eaton czy innym Oxfordzie, ale to chyba oczywiste. Wszak zwraca koszty pacjentom, którzy wyjeżdżają z kraju na pilne operacje, więc czemu państwo miałoby traktować swoją młodzież gorzej niż seniora z zaćmą czy niewydolnością tarczycy.

Zatem głowa do góry i szukacie swojej szansy w kolejnym podejściu. Przypadek Anny Zalewskiej i jej awansu do Brukseli w nagrodę za reformę edukacji dowodzi, że zmiany w oświacie wyjdą Wam tylko na dobre. Może Wy, Wasi rodzice i nauczyciele, jeszcze tego nie dostrzegacie, ale skoro była minister została wybrana w wyborach powszechnych, inni musieli dostrzec to za Was. I odpowiednio docenić. Pewnie właśnie dlatego wysłali Was do szkół, które w przeszłości pokończyli sami. No, żebyście wreszcie przejrzeli na oczy i wyszli na ludzi. Wtedy Waszej przyszłości już nic nie zagrozi. Trzeba tylko trochę wytrwałości, uporu i wiary (w prezesa), a jeszcze porobicie kariery jak gwiazdy PiS – Beata Szydło i jej brukselskie koleżanki. Welcome in Poland!

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

PiS skręci wybory. Z życia pasqud 23

18 Lip

Krystyna Pawłowicz po raz kolejny zadziwiła obserwatorów życia politycznego. Kiedy PiS dokonuje kolejnego skoku na Sąd Najwyższy, tym razem za pomocą fasadowego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, posłanka PiS ogłasza wszem i wobec tezę, że to sędziowie wykorzystują politycznie sądy do… nękania obozu władzy. Co jeszcze bardziej absurdalne, ta niecodzienna teza jest poparta argumentami w postaci przegranych procesów przez polityków PiS. Pawłowicz utrzymuje bowiem wypowiedzi w tonie, jakby każdy wyrok nie na rękę władzy był działaniem “stronniczym”. W myśl polityk Prawo i Sprawiedliwość, niczym niegdyś władza ludowa, jest nieomylne, a decyzje niekwestionowalne. W oczach posłanki sądy działają w celu “ochrony agresorów” – sił, jak mamy się domyślać, nękających obóz władzy – czyli “obrońców demokracji”. Obywatelski sprzeciw wobec skandalicznego skoku na instytucje wymiaru sprawiedliwości jest zatem dziś wyrazem nękania. Choć wśród protestujących znajdują się też postawy co najmniej etycznie wątpliwe, to jednak posłanka Pawłowicz jest ostatnią osoba, która może wytykać tego typu przykłady. Niewielu jest bowiem w obecnej kadencji posłów, którzy z taką chęcią i łatwością obrażają wszystkich naokoło. Poniekąd polityk w kategoriach używanego języka może uchodzić za polskiego Donalda Trumpa.

Ujęcie sprawy w powyższy sposób jest trudnym do uwierzenia postawieniem rzeczywistości na głowie. Faktem jest przecież to, że PiS wymienia prezesów sądów, upolitycznia KRS, przejął Trybunał Konstytucyjny i zaczął wybierać posłusznych sobie sędziów, szykanując krytyków reform Ziobry. To w końcu PiS już wielokrotnie próbował majstrować przy ustawie o Sądzie Najwyższym, aby pozbawić stanowisk ludzi od władzy niezależnych, czemu towarzyszyło oczernianie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a tym samym i samego państwa polskiego za granicą przez “patriotów” z PiS. Powyższe nie są kwestią interpretacji czy sympatii politycznych, ale rzeczywistością. Polacy mogą debatować zatem długo o sensowności i celu działań rządzących, jednak ich metody nie podlegają większej wątpliwości. PiS jednak nie od dziś stosuje strategie zamieniania kata z ofiarą.

Co jednak najbardziej zaskakujące, posłanka z lubością wykorzystuje jako przykład upolitycznienia sądów swoje potyczki z Jurkiem Owsiakiem. Przypomnijmy zatem, że tak upolityczniony warszawski sąd w październiku zeszłego roku uznał, że to lider WOŚP musi przeprosić posłankę PiS za słowa “niech pani spróbuje seksu” oraz zapłacić 10 tys. zadośćuczynienia. Niedługo potem Owsiak przegrał drugą sprawę, kiedy także musiał przeprosić posłankę. Z racji apelacji i toczących się spraw karnych spór między wspomnianymi nie jest jeszcze ostatecznie rozstrzygnięty, jednak beneficjentkę dwóch korzystnych wyroków ciężko nazwać ofiarą zmowy upolityczniony sądów. Posłanka natomiast wyprawia zwyczajną oderwaną od faktów demagogię.

W systemie ochrony zdrowia narasta kryzys, który staje się coraz trudniejszy do zatuszowania. Braki kadrowe nie są bowiem niczym nowym w naszych realiach, jednak obecnie ich skala przybrała taki rozmiar, że z zatrważającą wręcz regularnością zamykane są w Polsce kolejne oddziały szpitalne, a pacjenci są kierowani do przepełnionych placówek. To ostatnie zaś dokłada kolejną cegiełkę do i tak niełatwych warunków pracy tamtejszych kadr, co tylko napędza spiralę zwolnień lekarzy i kolejnych zamknięć. Jak donosi tygodnik “Polityka”, w samym województwie zachodniopomorskim w ciągu ostatniego pół roku liczba łóżek w placówkach zmniejszyła się już o ponad 10% (827 szt.). Scenariusz w całym kraju jest podobny, liczba specjalistów w placówkach spada, do tego stopnia, że w momencie pozostania tylko jednego z nich nie jest możliwe dalsze funkcjonowanie placówki z powodu problemów w unormowaniu czasu pracy, urlopów i obsady dyżurów. Taki los spotkał m.in, oddział hematologii i onkologii dziecięcej w Chorzowie, którego działalność została zawieszona na początku wakacji. O skali problemu świadczy fakt, że w samym tylko województwie śląskim w ciągu roku zamknięto w sumie 17 oddziałów szpitali. Na horyzoncie jednak są zwolnienia w kolejnych placówkach, min. wojewódzkim szpitalu psychiatrycznym w Gdańsku, co może sparaliżować i ten podmiot.

Powody są tutaj oczywiste. Lekarze nie chcą pracować w ciężkich warunkach polskich szpitali i nawet jeśli nie emigrują, to decydują się na pracę wyłącznie w poradniach, przychodniach czy prywatnych praktykach, co sprawia, że obsada oddziałów szpitalnych staje się dramatycznie niska, a ich reputacja zniechęcająca do pracy absolwentów kierunku lekarskiego. Ten stan rzeczy nie dziwi jednak w świetle raportu “Health at a Glance 2018” OECD i Komisji Europejskiej, który mówi, że w Polsce brakuje około 30 tys. lekarzy.

Lekarze jednak nie chcą czekać na zawalenie się systemy z powodu bierności polityków i postanowili działać. Członkowie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy i Porozumienia Rezydentów wznowili bowiem swój protest w postaci wypowiadania klauzuli umożliwiających wykonywanie obowiązków w nienormowanym czasie pracy. Spełnienie idei “jeden lekarz – jeden etat” nieuchronnie pokaże braki i logistyczną zapaść, co zmusi władze do działań.

Kiedy bowiem rząd oszukał młodych lekarzy i dzięki sztuczkom księgowym zabrał z budżetu NFZ 7 mld zł na swoje populistyczne obietnice, to w tym samym czasie rosły kolejki do lekarzy. Jeszcze sześć lat temu na wizytę u specjalisty czekaliśmy ok. 60 dni, a dziś niemal dwa razy dłużej.Tymczasem rząd obiecywał, że skróci kolejki, w tym do końca 2018 r. na badania w trybie pilnym, na których realizację przewidywano maksymalnie do 30 dni. W przypadku badań obrazowych takich jak rezonans magnetyczny czas ten wynosi jednak czasem aż ponad trzy miesiące. Takie oczekiwanie opóźnia postawienie diagnozy i zmniejsza niestety skuteczność leczenia.

Widać zatem wyraźnie, że zdrowie jest obszarem, który wymaga pilnej uwagi opinii publicznej. Bez priorytetu na ochronę zdrowia opieka nad polskim pacjentem będzie coraz bardziej teoretyczna i nawet dobra wola personelu medycznego niewiele pomoże na tę sytuację.

Politycy PiS chcą zmian w kodeksie wyborczym. W tym celu rozpoczęli proces w Sejmie zmiany sposobu zatwierdzania wyborów.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Wyrok TSUE w sprawie SN kompromituje PiS. Co zadecyduje Kaczyński? Polexit?

24 Czer

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał niekorzystny wyrok dla polityków rządu Prawa i Sprawiedliwości ws. Sądu Najwyższego.

Przepisy dotyczące obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego są sprzeczne z prawem Unii – tak orzekł Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

  • TSUE orzekł, że obniżenie wieku narusza zasadę nieusuwalności sędziów
  • Chodzi o przepisy wprowadzone przez Polskę w lipcu 2017 roku
  • Polska część przepisów zmieniła, ale wyrok zapadł, gdyż TSUE uznał, że nie wszystkie problemy zostały rozwiązane

– Trybunał orzekł, że zastosowanie przepisów przewidujących obniżenie wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego (…) narusza zasadę nieusuwalności sędziów, która jest nierozerwalnie związana z ich niezawisłością – podkreślił TSUE.

Polska ustawa z lipca 2017 r. ustanowiła nowe zasady dotyczące przechodzenia w stan spoczynku przez sędziów. Zgodnie z nowymi przepisami, wiek przejścia w stan spoczynku dla sędziów sądów powszechnych, sędziów Sądu Najwyższego i prokuratorów został obniżony do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn, chociaż wcześniej wynosił on 67 lat dla obu płci.

Zdaniem Komisji Europejskiej przepisy obniżające wiek emerytalny, które przyznały ministrowi sprawiedliwości prawo do decydowania o tym, czy sędzia będzie miał przedłużoną możliwość orzekania, naruszają gwarancje niezawiłości sędziowskiej. Uznawszy, że przepisy te są sprzeczne z prawem Unii, KE wniosła do trybunału skargę o stwierdzenie naruszenia prawa UE.

Polskie władze już zmieniły przepisy, których ona dotyczy, ale KE zdecydowała się na podtrzymanie zarzutów, bo jej zdaniem nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

W odniesieniu do zarzutu Komisji dotyczącego dyskryminacji ze względu na płeć, rzecznik generalny odrzucił argument Polski, że w tym przypadku nie istnieje bezpośredni związek między przepracowanym okresem a pobieranym uposażeniem, co oznaczałoby, że omawiany tu system jest objęty przyznaną państwom członkowskim swobodą ustanowienia odmiennego wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn w ramach publicznego systemu zabezpieczenia społecznego.

Zdaniem rzecznika zważywszy, że kobiety sędziowie w stanie spoczynku przestają rywalizować na rynku pracy i nie kontynuują już kariery, zakwestionowane przez Komisję przepisy w żadnym razie nie mogą stanowić środków „pozytywnej dyskryminacji”.

– Co więcej, przepisy, które utrwalają tradycyjny podział ról na przyszłość, nie powinny być postrzegane jako środki mające na celu promowanie równości kobiet i mężczyzn. Z zakwestionowanych przepisów nie mogą też skorzystać mężczyźni, którzy utracili szansę awansu zawodowego z powodu wychowywania dzieci, a ponadto nie biorą one pod uwagę sytuacji kobiet, które nigdy nie były zaangażowane w wychowywanie dzieci – wskazał rzecznik generalny TSUE.

Podkreślił też, że prawo Unii chroni sędziów przed usuwaniem z urzędu, a nieusuwalność sędziów stanowi jedną z podstawowych gwarancji niezawisłości sędziowskiej.

– W ocenie rzecznika generalnego obniżenie wieku przechodzenia przez sędziów w stan spoczynku powinno być obwarowane zabezpieczeniami, aby zapewnić, że sędziowie nie będą de facto usuwani z urzędu, natomiast ustawa z lipca 2017 r. nie jest zgodna z gwarancjami nieusuwalności sędziów i ich niezawisłości – wskazał.

Władze TVP – jeszcze mogą spać spokojnie – ale tak może być wyłącznie do momentu, kiedy Prawo i Sprawiedliwość przegra wybory parlamentarne. Prawnik prof. Wojciech Sadurski ostrzega kierownictwo telewizji publicznej.

– Rozwalili co się dało: nie tylko wielkie spółki skarbu państwa, NBP, szkoły, lasy, TK czy TVP, ale nawet takie samograje jak Muzeum Narodowe, Teatr Stary, stadnina w Janowie, radiowa Trójka. Dlatego należy im się większość konstytucyjna, by Suweren ukontentował się konstytucyjnie. Ponieważ osoby pełniące funkcje kierownicze w TVP czy wTVPInfo są „funkcjonariuszami publicznymi, stosować się do nich będzie art. 231 kk o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza publicznego – propaganda partyjna niezgodnie z ustawą o radiofonii i TV, art 21 -. Kara pozbawienia wolności do lat 3 – napisał na Twitterze prof. Wojciech Sadurski.

– …a profosem będzie prezydent Lech Wałęsa. Sympatycy i liderzy opozycji już szykują polityczne represje po ewentualnym przejęciu władzy. Ale z Was demokraci… pełną gębą – odpowiedział Sadurskiemu szef Wiadomości Jarosław Olechowski.

– Telewizja Polska, zazwyczaj bez skrupułów w atakowaniu oponentów PiS, bez dawania im możliwości repliki, strasznie użala się nad sobą, gdy przypomni się, że kiedyś prawo zostanie wobec nich zastosowane, albo powie się coś w kierunku ich propagandystki. Odwaga krzykacza zzawęgła – skwitował profesor pracownika TVP.

Patryk Słowik (Dziennik Gazeta Prawna): Wiadomości TVP znów przypomniały, że sędzia Tuleya przyznał odszkodowanie zabójcy Ryszardowi Boguckiemu. Znów zabrakło czasu antenowego;) na dodanie, że odszkodowanie to było za 9-letnie niesłuszne aresztowanie do sprawy zabójstwa gen. Papały – Bogucki został uniewinniony.

Tomasz Lis (Newsweek): Parę razy oglądałem w ostatnich dniach tzw. Wiadomości. W demokratycznym kraju za takie kłamstwa i manipulacje, za tak ordynarną i obrzydliwą propagandę, powinien być paragraf w kodeksie karnym. To także kradzież pieniędzy podatnika. Miliardy ukradzione Polakom.

Marcin Kierwiński (PO): Jedno zdjęcie dzieci premiera w tabloidzie wywołało burzę w pisowskich mediach. Dwa dni obrzydliwej nagonki w TVP na dziecko Adama Bodnara wywołuje u tych samych ludzi jedynie uśmiech tryumfu. Obrzydliwe i podłe.

Ewa BorguńskaMec. Elżbieta Kosińska-Kozak, Maciej Ślusarek i Michał Zacharski wnieśli pozew przeciwko TVP w imieniu 10 osób, których wizerunkami pozwana posłużyła się do partyjnej propagandy w wyniku „ogórek gate„. Połączone kancelarie pod patronatem kanc. Dubois i wspólnicy działają pro bono.

Krystyna Pawłowicz, Duda, Jacek Kurski – bliżej im do sowietów, niż do Polaków

4 Maj

„Materiał o Tusku „Wiadomości” zilustrowały zdjęciem Hitlera. Naprawdę nie da się upaść niżej” – skomentował na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki” wczorajszy program „informacyjny” w TVP.  To wydanie prowadziła Danuta Holecka, która od niedawna jest także szefową „Wiadomości”.

Materiał przygotował Krzysztof Nowina-Konopka, który do opowiedzenia o wykładzie Donalda Tuska użył zdjęć z Hitlerem, Stalinem i defiladą żołnierzy nazistowskich Niemiec! Co istotne – tego fragmentu „dziwnym trafem” zabrakło na internetowej stronie TVP. Materiał został przemontowany i w takiej wersji umieszczony w internecie. Nie zabrakło natomiast stwierdzeń, że Tusk jest „na pasku” Angeli Merkel, której – zdaniem TVP – zawdzięcza stanowisko szefa Rady Europejskiej.

„TVP zapakowała Hitlera i Stalina do programu o Tusku. Żeby wnieść do dyskusji nieco – obiektywizmu – zdrowego rozsądku – i chrześcijańskiego pojednania” – sarkastycznie skomentował Marcin Wyrwał z onet.pl.

„Za każdym razem gdy wydaje się, że Wiadomości TVP sięgnęły dna, ludzie z placu Powstańców Warszawy pokazują, że potrafią być jeszcze podlejsi i jeszcze gorsi” – to opinia Patryka Słowika z „DGP”. – Jeśli myślisz, że wszystkie granice zostały przekroczone, TVP podnosi poprzeczkę. Wczorajszy materiał tego przykładem” – to wpis Żanety Gotowalskiej z „GW”.  – I już ponad trzy lata ciągła myśl w głowie: jakim cudem oni są w stanie spojrzeć sobie w lustro?” – napisał Janusz Schwertner z onet.pl.

Najnowszy wpis Krystyny Pawłowicz na Twitterze trudno nazwać inaczej jak zwyczajną konfabulacją, żeby nie użyć mocniejszych słów. – „IDŹMY na wybory 26 V i głosujmy na PIS, by już NIGDY WIĘCEJ na żadne stanowisko w UE nie został przez GER lub FRA WSKAZANY ktoś taki, jak D. TUSK, który dla kasy porzucił funkcję premiera PL, upokorzył i zubożył Polaków, dzieli nas, łamie traktaty i podważa wynik demokrat. wyborów w RP” [pisownia oryg. – przyp. red.] – napisała posłanka PiS.

„Pani poseł, bardzo przepraszam, czy wicepremier Szydło, minister Brudziński i minister Zalewska porzucają Polskę dla kasy i upokarzają Polaków?” – zapytała dziennikarka Dominika Długosz. – „Bardzo ciekawe – a w którym konkretnie miejscu podważył wynik wyborów bądź złamał traktat?” – to z kolei pytanie Dariusza Ćwiklaka z „Newsweeka”. Posłanka Pawłowicz nie raczyła odpowiedzieć.

A Pani Zalewska tam dla kasy czy z powodu swoich wysokich kompetencji w upokarzaniu, dewastowaniu i dzieleniu szkolnictwa? Nie mówiąc o dobru dzieci zwłaszcza z obecnych 8 klas SP i 3 Gimnazjum”; – „Wycie Pawłowicz wyjątkowo bezcenne. Strach przed przegranymi wyborami i odpowiedzialnością karną zagląda pisiakom w oczy? Znakomicie”;

„Fakt. Z PiS nikt by takiego stanowiska nie otrzymał. Nie ta liga droga Pani. Macie się kogo obawiać”; – „Wy fachowcy z PiS-u już pokazaliście co potraficie. To Pani flagę UE nazywała szmatą, a teraz euro do was przemówiło?”; – „Im więcej nienawiści się z Pani wylewa tym bardziej widoczna jest przepaść między PiS-em a normalnością. Donald Tusk to klasa, o której Pani koledzy nawet pomarzyć nie mogą” – podsumowali wpis Pawłowicz internauci.

„PAD może być wykorzystywany przez naszych wrogów! Wystarczy, że zacznie przemawiać, a uśpi całą polską armię. Ktoś musi go przed tym ostrzec! Ktoś, kogo jego speeche nie uśpiły. Ale czy jest w narodzie ktoś taki?! Może Krzysztof Szczerski? – ironicznie zapytał na Twitterze politolog Marek Migalski. Tak na marginesie – może jednak nie, zważywszy na jego pomysły, o tym w artykule „Szczerski proponuje katolickie paszporty – By Polacy emigrujący nie ulegli lewicującym modom”.

A wracając do tweeta Migalskiego, chodzi o przemówienie Andrzeja Dudy podczas wczorajszej defilady w Warszawie z okazji 20-lecia Polski w NATO i 15. rocznicy przystąpienia do UE. Prezydent tokował, a w tle widać żołnierza, który zasnął na siedzeniu w wozie bojowym. – „Pan Duda i reakcja rozentuzjazmowanej publiczności” – napisał jeden z internautów.

„Po prostu zamknął oczy, żeby się lepiej skupić i uchwycić treść wystąpienia”; – „I się wyjaśniło, dlaczego PAD tak zawsze krzyczy”; – „Zachwycony sobą, swoim głosem, podniecony tym, co mówi, po chwili zaczyna wrzeszczeć. Tu widzę szansę, jakieś światełko w tunelu. Obudzą się” – komentowali internauci wpis Migalskiego.

Przez ponad trzy lata rządzący wbijali nam do głów, jaka ta UE fatalna, a teraz  politycy PiS dają dyla do Brukseli.

Wyścig do Parlamentu Europejskiego trwa w najlepsze. Przepychanki, obietnice na każdym kroku… Kto da więcej, kto się lepiej sprzeda, ten przez dobrych kilka lat będzie żył jak pączek w maśle. Ech ta kasa, ten prestiż. Czyż można pragnąć czegoś więcej? Jak to się mówi „tylko krowa nie zmienia poglądów”, więc ruszyli do walki eurosceptycy i tak powalczą do tchu ostatniego, bo fucha europosła warta wszystkiego…

Przez ponad trzy lata partia rządząca wbijała nam do głów, jaka ta UE fatalna. Flaga unijna to szmata i nie warto jej eksponować (Krystyna Pawłowicz), polityka unijna skierowana przeciwko interesom Polski ogranicza suwerenność (Gabriela Masłowska), ukrywa informacje o gwałtach na kobietach (Patryk Jaki), to dyktat i podległość (Anna Sobecka), kasa unijna ważna, ale honor i sprawy narodowe ważniejsze (Andrzej Melak), Komisja Europejska ma problem z autorytetem i reputacją (Beata Szydło), UE już upada (Zdzisław Krasnodębski), wyimaginowana wspólnota (Andrzej Duda), Polska jest gonioną ofiarą, na którą poluje UE (Krystyna Pawłowicz), rządy PiS ważniejsze od obecności Polski w UE (Mateusz Morawiecki) – to tylko nieliczne przykłady, czym dla PiS jest, a właściwie była jeszcze niedawno UE. Mówiono, że Unia niczego nam nie daje. Mówiono, że wszystko, co buduje PiS to za nasze, polskie złotówki. Mówiono, że Unia doi nas równo. Niszczy nasz system wartości, nie dba o chrześcijańskie korzenie, niesie za sobą zło.

A teraz nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakaż zmiana nastawienia do Unii. Dzisiaj Duda mówi, że „Unia Europejska to my”, pozostali politycy z kręgu prezesa nie ukrywają, że Unia to też i nasza przyszłość. Dzisiaj Unia jest kochana, cudna i w ogóle naj… Partia przygotowała wspaniały pakiet eksportowy, a w nim politycy z tzw. pierwszej półki. Ci, którzy do tej pory tak ochoczo włączali się w antyunijność, a teraz chętnie ruszą do Brukseli, by wnieść tam „kaganek” polskiego oświecenia i  polskiego myślenia.

To nie żart. Politycy PiS obudowali swoją żądzę pieniądza piękną ideologią i naprawdę trzeba poważnie potraktować słowa Beaty Szydło, która już czuje misję w kościach i woła pełna uniesienia, by Europa ocknęła się, wyszła z mroków i zobaczyła wreszcie „jak można pięknie żyć i wspaniale się rozwijać. Chcemy, żebyś czerpała od nas te wzorce”. Toż to istna krucjata na miarę XXI wieku. Będzie więc walka o krzyże w każdym pomieszczeniu Parlamentu Europejskiego, o przywrócenie chrześcijaństwu godnego miejsca, o zmianę mentalności z tej, tak otwartej na gender, LGBT, imigrantów, na prawdziwie polską, naładowaną zabobonami i wstecznictwem. Będzie walka o umocnienie polskiej złotówki, a może nawet zastąpienie nią tego byle jakiego euro czy też o całkowite podporządkowanie Unii polskiemu interesowi. Będzie walka o wprowadzenie w Europie takiej demokracji, jaką PiS zafundowało nam w Polsce. Koń by się uśmiał…

Do Europarlamentu pchają się też członkowie Konfederacji Korwin Liroy Braun Narodowcy. Swój program wyborczy konfederaci zawarli w pięciu punktach, a w nim wszystko, czego nie chcą, czyli Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej. Jak mówią liderzy Konfederacji, „Idziemy po sukces w imię Polski niepodległej. My jesteśmy tymi, którzy realnie chcą walczyć o suwerenność. Będziemy bić się z Brukselą o naszą niepodległość!”. Jeden z przywódców tego ugrupowania już kilka lat temu straszył, że idzie do Brukseli, by rozwalić UE i co mu z tego wyszło? Wiadomo, że Janusz Korwin-Mikke nie przemęczał się za bardzo. A to sobie przysnął podczas przemówienia włoskiej minister Federiki Guidi, a to w czasie dyskusji na sali Parlamentu Europejskiego podniósł rękę w geście nazistowskiego pozdrowienia. W swoim pierwszym przemówieniu żądał ukarania pseudonaukowców, którzy gadają bzdury o jakimś tam zagrożeniu klimatycznym. Zasłynął stwierdzeniem, iż kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn czy określeniem „czarnuchy”. I to właściwie wszystko. Tak wyglądało to jego rozsadzanie UE od środka.

Nie ma co ukrywać. Żadna, nawet najlepiej przegadana i podana na tacy ideologia nie przykryje faktycznych przyczyn startu eurosceptyków do Brukseli. Politycy PiS dają dyla. Zostawiają swoje ministerstwa w stanie całkowitego rozkładu i uciekają tam, gdzie jeszcze może uda im się zaistnieć, sprzedać swój populizm. Podobnie i ci z Konfederacji. Głupie gadanie nic tu nie da. Chodzi przede wszystkim o kasę, ciepłą posadkę na kilka lat i zaspokojenie swego wygłodniałego ego.

Lud to kupi? Zapewne w jakimś stopniu tak, bo przecież wielu wierzy bezkrytycznie w każde słowo prezesa i spółki. Zupełnie nie przeszkadza im, że dzisiejszy przekaz ich ukochanej partii ma się nijak do tego sprzed kampanii wyborczej. Nawet nie zamierzają się nad tym zastanowić. Tak samo kupi populizm w wykonaniu Konfederacji, bo przecież „Polska, Polska nade wszystko”. Już niebawem przekonamy się, co wygra w Polsce: mądrość czy głupota…

Kiedy jesienią 1981 roku Rolling Stonesi grali koncert w Los Angeles Colloseaum, na rozgrzewkę występował przed nimi jeszcze zupełnie wtedy anonimowy Prince. I tak już trudnej sytuacji nie poprawiał fakt, że ubrany był, jak zwykle, w czerwone koronkowe bikini i prochowiec. Jego występ publiczność nagrodziła gradem obelg, za którymi wkrótce poszły warzywa. Prince na scenie wytrzymał 15 minut. Ale trzeba mu oddać, że wrócił na występ kolejnego wieczoru. 

Cóż, nie jest łatwo być supportem. 

Pozostaje mi mieć nadzieję, że SOP starannie wszystkich zrewidował przy wejściu.

W niecałe cztery i pół roku po uchwaleniu Konstytucji 3 maja Polska zniknęła z mapy. 

Absolutystyczne monarchie, pod rękę z rodzimymi reakcjonistami, powołującymi się na obronę zagrożonych polskich tradycji, zniszczyły próbę odrodzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów w oparciu o oświeconą myśl ustrojową i reformatorskie wysiłki. 

Narodzinom nowoczesnego świata przyglądaliśmy się jakby zza szyby, jako zniewolony naród. Wielkie dylematy – emancypację jednostki, rozwój kapitalistyczny, wreszcie samo pojęcie Boga, przysłoniło pierwsze i najbardziej fundamentalne pytanie: bić się czy nie bić? Ten dylemat ukształtował naszą kulturę po dziś dzień. W dobie Polski niepodległej, stanowi obciążenie, z którym nie potrafimy sobie poradzić. 

Nasze myślenie i nasza polityka są głęboko niegotowe stawić czoła nowym wyzwaniom: rewolucji cyfrowej, zmianom ekologicznym i energetycznym, migracjom i skutkom globalizacji. Jak w lunatycznym śnie powtarzamy drogę, która doprowadziła nas poza krawędź upadku.

Tadeusz Konwicki w „Kompleksie polskim” napisał. 

W tym nieszczęsnym kraju rządziły duszami ludzkimi przez wieki zdeprawowana religia i sprzedajny kościół. Religia na usługach państwa, religia kierowana przez głowę państwa. A istotą tej religii była zawsze forma, rozdęta, zmitologizowana, zabsolutyzowana forma. A w tej formie najważniejsze było słowo.(…) Słowo stało się krwawym tyranem, słowo stało się okrutnym zabobonem i bezlitosnym Bogiem. 

Kościół katolicki w Polsce, obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze i o wpływy stracił moralny mandat do sprawowania funkcji sumienia narodu. Ten kto szuka transcendencji i absolutu w kościele będzie zawiedziony. Ten kto szuka moralności w Kościele nie znajdzie jej. Ten kto szuka strawy duchowej w kościele nie zostanie nakarmiony.

Polski Kościół wyparł się Chrystusa, wyparł się Ewangelii. Gdyby dziś Chrystus pojawił się na świecie zostałby ponownie ukrzyżowany – przez tych, którzy na krzyżu zbudowali sobie trony.

„Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie” – z tym zostawia nas królewiecki filozof. 

Agendę układają nam dziś cyniczni wrogowie nowoczesności, czarnoksiężnicy, którzy liczą, że przy pomocy zaklęć i manipulacji złymi emocjami, zdobędą władzę nad duszami Polaków. 

Rywalizacja na inwektywy i startowanie w konkurencji na wyścig do dna nie ma sensu, bo albo przegra się z ludźmi, którzy nie mają żadnych moralnych hamulców albo trzeba się do nich całkowicie upodobnić. 

Po kilku godzinach zapasów ze świnią w błocie orientujesz się, że świnia to lubi. Trzeba zmienić zasady gry.

Nie może być mowy o odnowie polityki jeśli rozmowę o niej zaczniemy od pytania „z kim trzymasz”?, zamiast „o co walczysz?”. Ci, których „łączy tylko matematyka” będą mieli poważny problem z wyborczym sukcesem.

Walka o władzę i jej zdobywanie jest domeną partii politycznych i ich liderów, to na nich spoczywa pełna odpowiedzialność za wynik. Próba wchodzenia w ich rolę byłaby nieodpowiedzialna nierozsądna, nawet jeśli zwycięstwo strony, z którą sympatyzujemy nie wydaje się przesądzone.

Ale siedzenie z założonymi rękami i krytykowanie z kanapy w oczekiwaniu aż polityka zmieni się sama, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie jest opcją! 

Donald Tusk powiedział na Igrzyskach Wolności, gdzie narodził się ten nasz wspólny plan obchodów trzeciomajowych: „nie czekajcie na jeźdźca na białym koniu”. Cytował Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne.” Od siebie już dodam: nie czekajcie na Mesjasza, bo łatwo może się zmienić w czekanie na Godota. 

Gdzie bije źródło nadziei? W Polkach. 

To bunt kobiet przeciwko nieludzkiemu prawu stał się siłą napędzającą zmiany społeczne w ostatnich latach. Choć jest jeszcze tyle do zrobienia w kwestii równości, to przyznam się wam, że po cichu czekam na nową Joannę Szczepkowską, która powie, że „26 września 2016 (początek czarnego protestu) skończył się w Polsce patriarchat”. Na razie chyba nie będzie to jednak w telewizji publicznej.

Poglądy Polaków na rolę Kościoła katolickiego, małżeństwa homoseksualne, legalizację aborcji ulegają radykalnej liberalizacji. Ci, którzy chcą swój punkt widzenia w tych sprawach wyrażać pokrętnie i niejednoznacznie, byleby nikomu nie podpaść, myślą kategoriami ubiegłej dekady.

Każdy dzień rządów opresyjnej, konserwatywnej ideologii przybliża Polskę do obyczajowej rewolucji. Potrzebna jest nam polityka oparta na fundamentalnych wartościach i moralnych wyborach. Polityka, która pozwala na własnych warunkach zmierzyć się z nowoczesnością. 

Jestem niemal pewien, że na tej sali siedzi przyszła prezydentka Polski. Dała nam przykład Zuzana Czaputova jak zwyciężać mamy!

Na koniec, widzę na sali wielu moich znajomych, rówieśników, – trzydziesto i coraz częściej czterdziestolatków, często świeżo upieczonych rodziców. Odwołam się do pewnie znajomego nam wszystkim doświadczenia przestrzeni jaką jest plac zabaw.

Kiedy siedzimy tam z Magdą i naszym Stasiem nie znamy poglądów innych rodziców, może różnić nas wszystko, ale łączy nas miłość do naszych dzieci, troska o ich szczęśliwe i bezpieczne życie. To emocja, która może połączyć nas wszystkich, tak bardzo różnych, a w pewnym sensie tak bardzo podobnych. 

„Wyborcy populistów niekoniecznie sami są populistami”, warto zapamiętać tę pozornie oczywistą uwagę Jan Wernera Mullera

Kiedy nasz dwu i półletni synek z ufnością chwyta nas za ręce, kiedy wychodzimy razem na ulicę, chcę wiedzieć, że z równą ufnością może spoglądać w przyszłość, którą mu tworzymy. 

Jaka będzie, ta Polska z marzeń naszych dzieci, naszych wnuków? Czy naprawdę jesteśmy gotowi powierzyć ją ludziom, którzy myślą w kategoriach, które już dekadę temu wydawały się mocno anachroniczne? Czy pokolenie wyżu demograficznego i Unii Europejskiej nie dojrzało już do tego, żeby w filmie pod tytułem Polska 2019 przestać grać ogony i role drugoplanowe?

Musimy poszukać nowej opowieści o nas samych, o naszych zbiorowych lękach i aspiracjach. O tym jak nasze indywidualne marzenia wpisać w zbiorową opowieść o Polsce i Europie. Zamiast wciąż fedrować ideowy węgiel trzeba rozejrzeć się za energią odnawialną. 

Ten, kto znajdzie siłę do tego, żeby otworzyć polską politykę na zmianę ideową i pokoleniową będzie mógł chodzić w glorii zwycięzcy. 

„Oczywiście jesteśmy romantykami – pisał Juliusz Mieroszewski, porte-parole Jerzego Giedroycia, w liście do redaktora paryskiej „Kultury”. – Ludzie, którzy do czegoś dążą, zawsze są romantykami i dopiero gdy dopną swego, nagle stają się realistami . (…) Faceci, którzy do niczego nie dążą, nie są romantykami ani realistami, tylko zgoła zerami”.

Podejrzewam, że facet, o którym myślę pozostał w głębi serca romantykiem, nawet jeśli jest to romantyzm po przejściach. A już z całą pewnością nie można mu zarzucić, że do niczego nie dąży. Zapraszam na scenę Donalda Tuska. 

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy…

Więcej >>>

Standardy białoruskie Kaczyńskiego

27 Kwi

Czy Polacy są zadowoleni z trzech i pół roku rządów Prawa i Sprawiedliwości? O to swoich respondentów zapytali ankieterzy SW Research przygotowując sondaż dla serwisu rp.pl.

Okazuje się, że Polacy nie są już zadowoleni z rządów PiS. Trochę kłóci się to z sondażami wyborczymi…

Ponad połowa na „nie”

Większość ankietowanych – bo aż 56 proc. – negatywnie ocenia dziś trzy i pół roku rządów PiS, z czego aż 36 proc. bardzo negatywnie. Z kolei dobrą notę wystawia partii rządzącej i jej rządom 31 proc. badanych. Jednoznacznej odpowiedzi nie udzieliło 13 proc. przepytywanych. Tyle osób nie miało bowiem zdania w tej kwestii.

Kto nie lubi Jarosława Kaczyńskiego?

Okazuje się, że częściej negatywnie do PiS nastawieni są mężczyźni (57 proc.), osoby do 24 roku życia (62 proc.) oraz osoby o wykształceniu średnim i wyższym (po 57 proc.). Za partią rządzącą nie przepadają też osoby zamożniejsze, tj. badani o dochodzie netto powyżej 5000 zł (64 proc.). Co potwierdziły ostatnie wybory samorządowe, Jarosław Kaczyński i spółka pod górkę mają też w największych miastach. Tam nie popiera ich 67 proc. ankietowanych.

Najlepsze rządy w historii

W ubiegłym roku SW Research przygotowało też dla serwisu rp.pl badanie dotyczące najwyżej ocenianych rządów w historii III RP. Wyniki były zaskakujące. O ile popularność gabinetu ministrów Donalda Tuska (wysoko ceniło go aż 15 proc. ankietowanych) można tłumaczyć PR-ową sprawnością ex-lidera PO, dalsze miejsca mogły być zastanawiające i gryzą się z najnowszą sondą.

Kolejne dobrze oceniane rządy to bowiem aktualny rząd Mateusza Morawieckiego (8 proc.) oraz poprzedni rząd Beaty Szydło (7 proc.). Dopiero później znalazła się historyczna ekipa Tadeusza Morawieckiego (5,8 proc.). Krótki, ale istotny dla dziejów III RP, gabinet Jana Olszewskiego zyskał sympatię tylko 4%. Z kolei równie ważne rządy Leszka Millera docenia tylko 3,5 proc. Polaków. Reformator Jerzy Buzek, dziś święcący tryumfy jako lokomotywa wyborcza, jest pozytywnie oceniany jako premier przez 1,8 proc. ankietowanych. Najgorzej Polacy wspominają rządy Ewy Kopacz (0,7 proc.).

Co to oznacza?

Trudno jednoznacznie ocenić badanie. Niska nota dla rządów PiS kłóci się z obecnymi sondażami wyborczymi, pokazuje jednak też, że Polakom polityka socjalna przestała już wystarczać do cenienia obecnej władzy. Wysoka popularność Tuska pokazuje, że ma on wysokie szanse na prezydenturę. Dziwi też fakt, że PO w swoim marketingu politycznym tak rzadko wykorzystuje dziś zestawianie swoich rządów z rządem Morawieckiego. Może właśnie taka merytoryczna kampania pomogłaby Polakom ponownie zaufać Platformie?

Z drugiej strony zeszłoroczne badanie pokazuje, że Polacy nie cenią reformatorów i „historycznych” rządów. Gabinet Millera – pomijając aferę Rywina – zrobił dla Polski zdecydowanie zbyt wiele dobrego, by dziś tak źle go oceniać. Ojciec paru reform Jerzy Buzek też, jak widać, nie jest miło wspominany w roli szefa rządu. To niebezpieczna dla kraju lekcja dla kolejnego pokolenia polityków…

Pod osłoną nocy rządząca większość po raz kolejny nowelizowała ustawę o Sądzie Najwyższym. Oznacza to, że w ciągu niespełna półtora roku rządzący zdążyli zmienili ustawę o SN już osiem razy. Nowelizacja wyklucza możliwość wnoszenia odwołań od uchwał KRS z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego. – Idziecie na totalne zwarcie z Trybunałem Sprawiedliwości, z Unią Europejską. Z jednej strony zapewniacie, że jesteście ugrupowaniem proeuropejskim, demokratycznym, ceniącym wartości, na których Unia jest wybudowana, z drugiej krok po kroku wyciągacie cegły, na których opierają się filary zjednoczonej Europy – mówił podczas debaty w Sejmie Borys Budka z PO.

Kolejne zmiany pod osłoną nocy

Nowelizację PiS złożył tuż przed Wielkanocą, 18 kwietnia. Na wczorajszym posiedzeniu Sejm miał się nią zająć, ale niespodziewanie nowela spadła z porządku obrad, tylko po to, aby wrócić z autopoprawkami. PiS zrezygnował z części kontrowersyjnych zmian i w trybie ekspresowym przegłosował.

Zmiany, które zostały, dotyczą skarg odrzuconych kandydatów do Sądu Najwyższego. Część z nich złożyła skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego i to w tej sprawie SN zadał pytania prejudycjalne.

Obecnie zajmuje się nimi TSUE, a orzeczenie ma zostać wydane w ciągu najbliższych miesięcy. Jeszcze w  maju, przed wyborami do PE, rzecznik Trybunału przedstawi opinię, która prawdopodobnie będzie zgodna z późniejszym orzeczeniem.

TSUE bada m.in., czy wybrana przez polityków neo-KRS może stać na straży sędziowskiej niezawisłości i niezależności sądów oraz czy nową Izbę Dyscyplinarną SN nazwać można sądem w znaczeniu prawa europejskiego.

Konsekwencje nowelizacji

Zdaniem ekspertów nowelizacja ma przygotować pole pod niewygodne dla rządzącej większości orzeczenie TSUE. Przedstawiciele rządu będą mogli argumentować, że Trybunał nie ma podstaw do wydania orzeczenia, bo skargi w polskim porządku prawnym już nie istnieją.

Zmiany wywołają dodatkowo kolejne pole konfliktu z Brukselą, bo pozbawiają elementarnego prawa do odwołania się od decyzji.

– Jest środek nocy, a ci barbarzyńcy procedują zmianę ustawy o SN! I to taką, która zabiera prawo do sądu oraz unicestwia pytania prawne (prejudycjalne) zadane Trybunałowi w Luksemburgu. Choćbyście uchwalili, że w piątek jest czwartek, to i tak TSUE wyda wyrok! – skomentował nowelizację Michał Wawrykiewicz z inicjatywy Wolne Sądy.

Standardy białoruskie w Polskie

Tymczasem połowie Platformy Obywatelskiej zapytali Ministerstwo Spraw Zagranicznych o to, czy odnotowano w ciągu ostatnich 3 lat jakiekolwiek protesty w sprawie wprowadzanych zmian w systemie sądowniczym ze strony Białorusi i Rosji.

Pytanie o tyle zasadne, że zmiany, które wprowadza w sądownictwie rządząca większość, często porównywalne są do standardów wschodnich, krajów, w których panuje autorytarny model władzy, gdzie praworządność nie jest przestrzegana, podobnie jak trójpodział władzy.

– Z odpowiedzi jasno wynika, że MSZ nie odnotował jakichkolwiek protestów strony białoruskiej w sprawie naruszania trójpodziału władzy – mówił Krzysztof Brejza, pokazując pismo resortu spraw zagranicznych. Podobnie nie odnotowano sprzeciwu ze strony Federacji Rosyjskiej.

– Te dwa pisma są najlepszą pieczątką na tej „wschodniorządności” wprowadzonej przez PiS, ponieważ w tym samym czasie protestowały wszystkie państwa sąsiednie z Polską. Protestowali sędziowie z Niemiec, Czech, Litwy, Słowacji, sędziowie Trybunałów z Czech i Słowacji, protestowała Komisja Europejska. Świat Zachodu protestował, świat Wschodu milczał i akceptował, ponieważ jest to model kopiowany z Białorusi, Rosji i republik postsowieckich. W ten sposób dokonuje się Polexit – mówił w Sejmie Krzysztof Brejza.

Prokuratorski system sądownictwa

Posłowie tłumaczyli też, że obecnie, po reformach Prawa i Sprawiedliwości, Polska nie spełniłaby kryteriów kopenhaskich i tym samym nie zostałaby przyjęta do UE.

– Mamy czarno na białym, bo to przecież oficjalne dokumenty MSZ, które dowodzą, że te wszystkie organizacje, które mają w swoim statucie wpisaną praworządność, ochronę praw obywatelskich, demokratyczny ład prawny, wykluczają dziś polskie instytucje, jak chociażby neo-KRS – tłumaczył Andrzej Halicki.

Zdaniem opozycji to oznacza, że polskie sądownictwo jest wyłączne z europejskiego standardu praworządności i demokracji, a pochwała ze strony rosyjskiej dowodzi jasno, dokąd zmierza Polska pod rządami PiS.

– Prokuratorski system sądownictwa, a taki mamy w Polsce, to czysty PRL. Tak wyglądała pseudosprawiedliwość w latach 80. – mówił Halicki.

Szukacie hitlerowców wśród nauczycieli, a nie widzicie neofaszystów pod własnym nosem – mówił o politykach rządzącej większości na konwencji w Poznaniu lider Koalicji Europejskiej, przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Zapowiedział też wielki marsz organizowany przez KE w Warszawie 18 maja. – Chcemy innej Polski, Polski dla Kowalskiego, nie dla Kaczyńskiego. Wystarczy szanować ludzi, a kończy się złodziejstwa, kłamstwa i zawiść, zacznie się praca i rozsądek – mówił także.

Reprezentacja KO w Wielkopolsce

– Wystawiamy w Wielkopolsce bardzo silną reprezentację. To lista m.in. dwojga premierów. Za czasów Ewy Kopacz ratyfikowaliśmy konwencję antyprzemocową. Jest z nami też Leszek Miller, który naprawdę wprowadził Polskę do UE – mówił o w Poznaniu o lokomotywach listy wyborczej KE Grzegorz Schetyna.

Z wielkopolskich list startuje także szef regionalnych struktur PSL europoseł Andrzej Grzyb, poseł PO Jakub Rutnicki, były ambasador RP w Kanadzie Marcin Bosacki oraz adwokat, współtwórca stowarzyszenia Wolne Sądy Michał Wawrykiewicz.

Pełzający polexit

Grzegorz Schetyna, który przemawiał na konwencji jako pierwszy, sporą część wystąpienia poświęcił pozycji Polski w UE i polityce rządzącej większości. Jego zdaniem rządy PiS-u prowadzą do polexitu.

– Niektórzy łudzą się, że za rządów PiS Polska jest na marginesie Unii Europejskiej, ale to jeszcze nie jest polexit. To nieprawda. Nasz pełzający polexit trwa w najlepsze od czterech lat. PiS już nas wyprowadza z Unii Europejskiej – mówił Schetyna.

Podkreślał też, że za upartyjnianie sądów grozi nam wstrzymani środków z budżetu Unii, a projekt kolejnego budżetu jest dla Polski tragiczny, niższy od poprzedniego, wywalczonego przez koalicję Platformy i PSL o 25 mld euro. To jest cena za izolację Polski przez PiS – mówił lider PO.

Podkreślał też, że gdyby Polska dziś ubiegała się o członkostwo w UE, to nie weszłaby do wspólnoty. – Koalicja Europejska nie pozwoli na wyjście Polski z UE. Dzięki wsparciu Unii zwalczymy smog i zlikwidujemy węgiel jako paliwo do domów i mieszkań w ciągu najbliższej dekady – dodał Schetyna.

„Strajk nauczycieli nie poszedł na marne”

Lider PO odniósł się też do sytuacji w oświacie i zawieszonego dziś strajku nauczycieli.

– Czy rząd, któremu choć w najmniejszym stopniu zależałoby na edukacji, przyjąłby taką ustawę, jak w ostatni czwartek w Sejmie? Przecież cały proces legislacyjny trwał dosłownie parę godzin. Czy burmistrz ma wystawiać stopnie na świadectwach, czy prezydent ma wydawać świadectwa? Czy to jest rozwiązanie? To tak ma wyglądać system edukacji w Polsce? Serio? Taki macie pomysł na to? – pytał Grzegorz Schetyna.

– Zamiast poważnej, uczciwej rozmowy z nauczycielami propagandowa szopka na stadionie. Widzieliśmy to wczoraj. Tak nie postępuje europejski rząd. Oni już nawet nie udają, że chcą rozwiązać ten problem. Edukacja ich nie interesuje, bo tam nie mogą szukać dla siebie głosów. Szkoda im czasu na to. Dzieci i nauczyciele nie mają więc dla nich znaczenia – mówił lider PO.

– Chcę dziś powiedzieć nauczycielom: wasz protest miał sens, wasza determinacja zrobiła na nas wszystkich wielkie wrażenie. Uważnie słuchaliśmy tego, co mówiliście. Mamy największy szacunek dla was i waszej pracy. Zaraz po wyborach usiądziemy do poważnej, uczciwej rozmowy, ale już dziś bez warunków wstępnych mamy dla was propozycje, które spełnią wasze postulaty – mówił lider PO, po raz kolejny zapewniając nauczycieli, że gdy Koalicja Europejska wygra wybory, nauczyciele dostaną podwyżki, o które walczą.

W pisowskiej Polsce inteligencja powinna zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie.

Nie chcę dzisiaj odnosić się do zawieszenia strajku nauczycieli. Od wczoraj jest to temat wałkowany na okrągło przez publicystów, dziennikarzy, internautów. Każdego, kto uważa, że nie trzeba dobrze znać środowiska nauczycieli, by móc głosić swoje prawdy i oceniać. Nie o tym więc chcę pisać, jednak… właśnie strajk nauczycieli, reakcja rządu, stanowisko części obywateli, stały się dla mnie kropką nad „i”. Bo to nie o samych nauczycieli chodzi, ale o stosunek partii rządzącej do nas, inteligencji – ludzi, którzy stają się elementem zbędnym, niewygodnym, więc trzeba ich wyśmiać, zniszczyć, zastąpić produktem intelektualnym godnym życia w pisowskiej Polsce.

Dla prezesa PiS jesteśmy „wykształciuchami”. Wmawia się narodowi, że inteligencja, powstała po II wojnie światowej w czasach PRL, ma się nijak do etosu, wywodzącego się z tradycji. Prawdziwy przedstawiciel inteligencji to patriota, służący narodowi, dbający o tradycje narodowe, podnoszący poziom cywilizacyjny, troszczący się o sprawiedliwość społeczną. Taki typ wielkiego społecznika, żyjącego skromnie, dźwigającego na swych barkach odpowiedzialność za utrzymanie ciągłości narodowej. Po II wojnie światowej ta stara, dobra inteligencja została zepchnięta na margines i zastąpiono ją nową, pozbawioną szlacheckich korzeni, oddaną interesom klasowym i idei międzynarodowego proletariatu. Ot, taki przeskok, z etosu wywodzonego z tradycji w etos stricte ideologiczny. Ta nowa inteligencja, często wywodząca się ze środowisk chłopskich, robotniczych czy mieszczańskich, ma się nijak do tej, która wykrwawiała się w powstaniach, żyła na granicy ubóstwa, oddana całym sercem i duszą dobru Rzeczpospolitej.

Jaki z tego wypływa wniosek? Inteligencja, która kształciła się w czasach PRL, skażona systemem, nie jest tą prawdziwą inteligencją, która byłaby godna szacunku, która mogłaby stanowić autorytet dla dzisiejszego pokolenia Polaków. Taki właśnie przekaz puszcza pomiędzy lud prezes Kaczyński.

Ta nowa inteligencja nie ma racji bytu. To jakiś archaiczny produkt, skazany na wymarcie. To walka prezesa o przywrócenie miejsca inteligencji z odpowiednim drzewkiem genealogicznym, napuszoną legendą własnej wielkości i wartości. To jest właśnie ten myk, dzięki któremu prezes buduje podwaliny Homo PiSus, negując wszystko z poprzedniej epoki, byle tylko wyhodować takiego obywatela, takiego inteligenta, który będzie na obraz i podobieństwo wodza, który będzie posłuszny, oddany i wdzięczny.

Idąc tym tokiem rozumowania, można stwierdzić, że w czasach powojennych do 1989 roku inteligencja wykształcona na uczelniach PRL nie wniosła niczego w walkę o wolną, demokratyczną Polskę. Wielu, wielu przedstawicieli tej nowej inteligencji nic nie znaczy, nie ma prawa znaleźć się na kartach polskiej historii. Oni niczego dla Polski nie zrobili, ich osiągnięcia są nic niewarte, nic nie znaczą, są po prostu niczym. Są tylko kiepskim produktem PRL. Są tylko „wykształciuchami”, których należy wyeliminować z życia publicznego, szkalując ich, obrażając, negując.

Ciekawe, że sam prezes nie dostrzega własnej niekonsekwencji. Sam przecież otacza się ludźmi, którzy zasilili szeregi inteligencji, studiując na tych strasznych uczelniach PRL-u. Robiąc wtedy kariery naukowe, chętnie zlizując swój rozwój z ideologicznego stołu partii. Kaczyński skończył prawo i administrację w 1971 roku. Na tej samej uczelni i w tym samym czasie studiował m. in. Andrzej Rzepliński, „wykształciuch numer 1” według prezesa. Jan Żaryn ukończył historię w 1984 r., Andrzej Zybertowicz zdobył wyższe wykształcenie w 1977 r., Ryszard Czarnecki w 1986 r., Piotrowicz w 1976 r. Każdy z członków PiS, który chce się pochwalić wyższym wykształceniem, a jest już po 50–tce, zaliczył edukację w tym samym czasie, co i ci, tak dziś przez PiS, negowani.

O czym to świadczy? Odpowiedź dla mnie prosta. To właśnie prezes otoczył się „wykształciuchami”. To pojęcie idealnie pasujące do każdego, kto sprzedał etos inteligencji za partię i wodza, kto sprzedał się za marną miskę pisowskiej ideologii i demagogii. To pisowscy historycy, fałszujący polską historię. To prawnicy, stawiający prawo boskie nad ustanowionym, lekceważący Konstytucję i polskie prawo. Ot, chociażby taki magister Ziobro czy doktor Andrzej Duda, którzy uważają się za lepszych prawników od najwybitniejszych polskich autorytetów w tej dziedzinie. To lekarze, chowający uczciwość i etykę zawodową za klauzulą sumienia. Artyści, piewcy wodza, klepiący na miesięcznicach smoleńskich, wypchane po brzegi sztucznym patriotyzmem, wierszyki. Nauczyciele, którzy nad prawdziwą edukację stawiają produkcję wyrobów „prezesopodobnych”. Spece od ekonomii, finansjery, gospodarki, wbijający nam pisowską propagandę o sukcesie. To każdy, kto zaprzedał duszę PiS-owi, zapominając, że inteligencja jest motorem rozwoju społecznego, a tym samym postępu i przyszłości państwa.

A co na to lud? Ochoczo klaszcze w ręce, ciesząc się, że skończyła się epoka, w której poziom wykształcenia, dorobek naukowy, opinia w świecie, wielki szacunek tak wiele znaczyły. Ten lud uwierzył teraz, że moc jest z nim, że nie trzeba mieć odpowiedniej wiedzy czy wykształcenia w danej dziedzinie, by wypowiadać swoje zdanie, by oceniać, komentować i negować. Prawda jest tylko jedna – ich własna i nieważne, że często ten lud nie ma pojęcia, o czym w ogóle mówi. Ważne, że prezesowi to odpowiada, że pogłaszcze po główce.

Ten lud pokazał swoją wiarę podczas strajku nauczycieli, plując, hejtując, wyśmiewając i obrażając tych, którzy wychowują i edukują ich dzieci. Tak jak i ta partia udowodniła właśnie teraz, że jednym z jej celów jest walka z inteligencją. Tą inteligencją, która śmiała nie zachwycić się prezesem. Kara musi ją spotkać: wczoraj prawników, sędziów, artystów, literatów, dziennikarzy, dzisiaj nauczycieli, a jutro całą resztę. Oni muszą zniknąć i oddać pole „wykształciuchom” prezesa, bo dopóki będą widoczni w przestrzeni publicznej, dopóty prezes nie będzie mógł spać spokojnie. Nie zrealizuje do końca swego snu o potędze…

Pisowski senator Bierecki chce, aby PiS stało się jak NSDAP

11 Kwi

Polityka dzielenia społeczeństwa i nastawiania jednych przeciwko drugim nie jest w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości żadną nowością. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że do postawienia silnego akcentu w tej kwestii dojdzie akurat w czasie kampanii wyborczej, w której to zwykle partia Jarosława Kaczyńskiego próbuje grać o wyborców centrum, a sam lider partii nakłada maskę “miłego wujka”, który łączy, a nie dzieli.

Tym razem w roli głównej wystąpił jednak nie naczelnik z Żoliborza, tylko szara eminencja Prawa i Sprawiedliwości, twórca SKOK-ów i senator PiS Grzegorz Bierecki, który wziął udział w obchodach 9. rocznicy katastrofy w Smoleńsku w Białej Podlaskiej.

– Nie ustaniemy, aż nie doprowadzimy do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej – powiedział.

Słowa niewątpliwie skandaliczne, jednak wpisujące się w retorykę nienawiści do przeciwników politycznych, uznające osoby nie popierające partii rządzącej, jako gorsze i pozbawione pewnych praw, które przysługują wyłącznie “prawdziwym Polakom” na modłę Prawa i Sprawiedliwości. 

Warto zauważyć, że w tym samym czasie, gdy Bierecki wypowiadał swoje oburzające słowa, w Warszawie prezes Jarosław Kaczyński znów próbował przekonywać, że celem jego partii jest budowanie zwartego narodu.

– Pamiętajcie o tej tragedii. Pamiętajcie o tych, którzy zginęli, bo choć różniło ich wiele, to w tym momencie byli zjednoczeni w tym jednym celu, tak ważnym dla naszego narodu. Ale pamiętajcie także o tym, że musimy jeszcze bardzo wiele uczynić, by nasze społeczeństwo, nasz naród był zwarty, miał poczucie siły, miał poczucie znaczenia, miał poczucie wewnętrznej sprawiedliwości – powiedział Kaczyński.

Sprawa słów senatora PiS wywołała falę komentarzy na portalach społecznościowych, gdzie nie przebierano w słowach by opisać ogromne oburzenie.

Tego jeszcze nie wiadomo, na razie prezydent nadał bieg wnioskowi o ułaskawienie biznesmena – podaje RMF FM.

Procedury są takie: Prezydent przekazuje prośbę o ułaskawienie, która do niego wpłynęła, do Prokuratury Krajowej, następnie dokumenty trafiają do sądu, który w tej sprawie orzekał, a sąd wydaje opinię w sprawie wniosku. Jeśli okaże się pozytywna, zostanie przekazana prezydentowi. Jeśli negatywna, sprawie nie będzie nadany dalszy bieg.

Minister w Kancelarii Prezydenta Błażej Spychalski twierdzi, że jest to standardowa procedura i wszczęcie jej nie oznacza, że prezydent zamierza ułaskawić Marka Falentę.

Jak podaje w ogólnym informatorze Kancelaria Prezydenta RP: „Nadanie prośbie skazanego biegu (…) nie przesądza jednak o decyzji Prezydenta RP dotyczącej ułaskawienia. Prezydent – po analizie wszystkich przedstawionych dokumentów – podejmuje merytoryczną decyzję w sprawie ułaskawienia, pozytywną bądź negatywną”.

Marek Falenta w styczniu 2017 roku został prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia, za zlecenie nagrywania rozmów polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach. Obecnie przebywa w Walencji w Hiszpanii, gdzie został zatrzymany.  Na początku lutego nie stawił się w zakładzie karnym i był poszukiwany przez policję od prawie dwóch miesięcy.

Polskie władze zwrócą się o przekazanie biznesmena do Polski, aby tu odbył karę pozbawienia wolności.

Nauczyciele ze szkoły, w której uczyła Pierwsza Dama, piszą gorzki list otwarty. II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie jest jedną ze szkół, która bierze udział w strajku. Nauczyciele piszą w mocnych słowach o wstydzie za postawę Pierwszej Damy. – W obecnej sytuacji nazwa „Szkoła Prezydencka”, która wyróżniała nas spośród innych placówek, przestała już być powodem do chluby – piszą nauczyciele.

Nauczyciele z II Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie w liście otwartym do Agaty Kornhauser-Dudy zarzucają jej, że jako Pierwsza Dama nie okazuje solidarności ze strajkującymi. Nauczyciele z krakowskiego liceum piszą o rozczarowaniu i żalu do dawnej koleżanki. Przekonują także, że ich list nie jest inspirowany przez żadne środowiska zewnętrzne.

List na swoich stronach opublikowało Radio Kraków.

„List otwarty do Koleżanki, Pierwszej Damy, Pani Agaty Kornhauser-Dudy.

Zwracamy się do Ciebie, pragnąc wyrazić nasz żal, rozczarowanie i narastający gniew. Decyzja o rozpoczęciu strajku w dniu 8 kwietnia 2019 r. w II Liceum Ogólnokształcącym im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie nie była dla nas łatwa.

Przez długi czas mogłaś liczyć na nasze wsparcie. Cieszyliśmy się Twoim sukcesem, a nawet byliśmy dumni, że mogliśmy z Tobą pracować. Tym większe jest nasze rozgoryczenie Twoim brakiem solidaryzmu ze środowiskiem nauczycielskim, z którego się wywodzisz i do którego tak często deklarujesz swoje przywiązanie. W obliczu obecnego kryzysu, związanego nie tylko ze strajkiem nauczycieli, lecz także z całkowitym załamaniem systemu szkolnictwa, a w konsekwencji podzieleniem i skłóceniem nauczycieli, rodziców oraz uczniów, nie możemy już dłużej milczeć.

Czujemy wstyd i upokorzenie, będąc zmuszonymi do tłumaczenia się, w jaki sposób traktujesz całe środowisko nauczycielskie, a między innymi nas, swoje koleżanki i kolegów, wyrażając milczeniem aprobatę dla destrukcyjnych działań i przekłamań rządu, w obliczu największego powojennego kryzysu edukacji. Jesteśmy zbulwersowani sposobem, w jaki degradowany jest cały system szkolnictwa, tak ciężko wypracowany przez ostatnie dekady. Czy naprawdę nie czujesz potrzeby zabrania głosu w naszej obronie i przeciwstawienia się medialnej fali nienawiści uderzającej w godność zawodu nauczyciela?

Jako wieloletnia nauczycielka doskonale znasz realia szkolne, wiesz ile czasu i pracy należy poświęcić, aby być dobrym nauczycielem i sprostać oczekiwaniom uczniów i rodziców. Pamiętamy doskonale, że mając w sercu dobro szkoły umiałaś zajmować stanowisko w rozwiązywaniu problemów i bronić go rzeczowymi argumentami.

Szanowna Pierwsza Damo, nauczyciele V Liceum Ogólnokształcącego im. Augusta Witkowskiego w Krakowie w sposób precyzyjny wypunktowali najważniejsze kwestie oświatowe, pod którymi i my się podpisujemy. Chcemy wierzyć, że nasz list i zawarte w nim emocje skłonią Panią do przemyśleń i podjęcia stosownych działań. W obecnej sytuacji nazwa „Szkoła Prezydencka”, która wyróżniała nas spośród innych placówek, przestała już być powodem do chluby.

Chcielibyśmy też podkreślić, że nasz list nie jest inspirowany przez nikogo z zewnątrz.

„Semper fidelis” (Zawsze wierny)

Strajkujący Nauczyciele
II Liceum Ogólnokształcącego
im. Króla Jana III Sobieskiego w Krakowie

Symboliczne kary i parasol ochronny nad prawdziwymi bohaterami seksafery, która dziś wstrząsa polską polityką.

Sprawa rzekomych sekstaśm z agencji towarzyskich na Podkarpaciu, na których nagrani mają być m.in. ważni politycy, to pokłosie tajnego śledztwa, w którym dzieją się zaskakujące rzeczy. Główny podejrzany – policjant CBŚP – został otoczony wyjątkową „opieką” i jakby nigdy nic jest dziś nadal detektywem. Z kolei Ukraińcy mający trudnić się sutenerstwem zostali skazani na zaledwie rok więzienia – ustaliła „Rzeczpospolita”. To wszystko zdumiewa – dlatego konieczne jest pełne wyjaśnienie wszystkich faktów w tej sprawie.

Skala ma być szokująca – według nieoficjalnych informacji jest 4 tys. nagrań, na których utrwalono wizyty w agencjach towarzyskich m.in. polityków, wiceministra obrony, arcybiskupa i szefa jednej z komend policji. Taśmy miały trafić na Ukrainę, a do jednej z nich dotarł były agent CBA Wojciech J. (co ujawniło Radio Zet). Teraz między nim a szefostwem CBA trwa otwarta wojna, w której obie strony przerzucają się argumentami.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że sprawy taśm – jeśli nośniki istnieją – mogą zagrażać bezpieczeństwu państwa, ale nikt tego nie bada. A prawdziwi „bohaterowie” seksafery – jak ustaliła „Rzeczpospolita” – wychodzą z niej obronną ręką.

Cofnijmy się do lutego 2016 r., kiedy to funkcjonariusze ABW urządzili spektakularny nalot na agencje towarzyskie prowadzone przez dwóch braci Ukraińców – Aleksieja i Jewgienija R. Zatrzymali także dwóch naczelników Centralnego Biura Śledczego Policji, w tym Daniela Ś. – szefa wydziału gospodarczego.

Prowadząca wtedy śledztwo Prokuratura Okręgowa w Krakowie ujawniła, że Daniel Ś. miał przyjmować korzyści majątkowe, pomagał lub obiecywał pomoc w czerpaniu korzyści z nierządu – mówiąc wprost, miał ochraniać biznes Ukraińców.

Śledztwo szybko jednak przejął małopolski wydział ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej. Dziś nie odpowiada nam na żadne z pytań – milczy o tym, czy Daniel Ś. ma utrzymane zarzuty i czy badana jest kwestia nagrań.

A to ważne, bo właśnie z agencji braci R. miały pochodzić sekstaśmy z VIP-ami, m.in. z Podkarpacia, którzy byli klientami domów publicznych (m.in. agencji Olimp z Budziwoja i Imperium ze Świlczy).

Według wersji Wojciecha J. służby wiedzą o taśmach i, co więcej, to jemu szef CBA miał polecić zweryfikowanie krążących na ich temat informacji.

Wojciech J. twierdzi dziś, że widział jedno z 4 tys. nagrań powstałych w latach 2013–2015. Taśmę przekazał mu OZI (informator). Potwierdza to mec. Beata Bosak-Kruczek, pełnomocniczka J. – Mój klient widział nagranie. Był to oryginał. Kopia zapewne jest zabezpieczona, ale dla dobra śledztwa nie możemy udzielić żadnych informacji – twierdzi mec. Bosak-Kruczek. Dodaje, że dziewczyna miała ok. 14–15 lat. „O tym, że jest nieletnia, powiedział OZI , tj. on zwrócił uwagę na jej wiek, odtwarzając mojemu klientowi nagranie. On także poinformował, że to nagranie dotyczy posła PiS” – odpowiada nam mec. Bosak-Kruczek. Podaje również jego inicjały. J. twierdzi, że nagranie skradziono mu z sejfu w CBA.

CBA zaprzecza wersji byłego agenta. „31 sierpnia 2017 r. w obecności Wojciecha J. została otwarta szafa pancerna, w której nie było opisywanej przez byłego funkcjonariusza koperty z nagraniami” – twierdzi Temistokles Brodowski, rzecznik CBA. Podkreśla, że agent „nie informował przełożonych o tym, że wszedł w posiadanie takich informacji, jak i nośników. Nie sporządził także żadnych dokumentów na tę okoliczność. CBA zweryfikowało informacje kolportowane przez J., które okazały się kłamstwem” – stwierdza CBA.

Dziś trudno ocenić, kto ma rację. Co jest pewne?

Według naszych informacji w prokuratorskim śledztwie potwierdzono, iż bywalcami agencji towarzyskich braci R. były VIP-y z różnych kręgów – m.in. polityki i biznesu, nie tylko lokalni. Z naszych dziennikarskich ustaleń wynika, że małopolska prokuratura nie posiada jednak żadnych nagrań z agencji. Czy o nich wie i czy próbuje je odnaleźć? To całkiem prawdopodobne, że biznes kręcił się latami właśnie dzięki nagraniom, które mogły służyć do szantażu.

Prokurator prowadzący śledztwo nie zgadza się na przekazanie żadnej odpowiedzi – słyszymy w Prokuraturze Krajowej. Nam udaje się ustalić zaskakujące fakty.

Daniel Ś., były oficer CBŚP, który dostał zarzuty zagrożone karą dziesięciu lat więzienia, szybko wyszedł z aresztu. Jest obecnie prywatnym detektywem w agencji licencjonowanej przez MSWiA. Nie chce rozmawiać o sekstaśmach i swoich kłopotach z prawem. – Proszę kierować pytania do prokuratury. Śledztwo jest tajne, nie mogę ujawniać żadnych informacji – mówi nam Ś.

Według Wojciecha J. to właśnie Daniel miał stać za całym procederem nagrywania VIP-ów w przybytku braci R.

Obronną ręką ze sprawy, do której na wstępie zaangażowano nawet ABW, wychodzą inni „bohaterowie” – czyli bracia R. Jak ustaliliśmy, ich wątek wyłączono ze śledztwa i już zostali skazani. Wyrok jest prawomocny – zapadł 8 maja 2018 r. Wobec JewgienijaR. prokuratura wnioskowała o dobrowolne poddanie się karze (w przypadku Aleksieja wniosek złożył jego obrońca), a sąd się do tego przychylił. Mimo że za te przestępstwa grozi od minimum trzech (nie może być niższa) do dziesięciu lat pozbawienia wolności.

R. zostali skazani za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą czerpiącą zyski z handlu ludźmi (sutenerstwa i stręczycielstwa, zmuszanie do nierządu), a także za przekupstwo funkcjonariusza publicznego (były to m.in. darmowe usługi hotelowe). Tymczasem Aleksiej został skazany na 1,5 roku więzienia, jego brat – za udział w grupie przestępczej – na rok. Do tego m.in. grzywny (40 tys. zł i 50 tys. zł) oraz wypłaty nawiązek dla prostytutek zmuszanych do nierządu. Skąd tak niskie kary?

– Uzasadnienie wyroku ma klauzulę ściśle tajne – mówi sędzia Tomasz Kozioł, rzecznik ds. karnych Sądu Okręgowego w Tarnowie. Potwierdza, że wobec Aleksieja R. wykorzystano art. 60 par. 3 kodeksu karnego, a więc instytucję tzw. małego świadka koronnego. To przepis, który pozwala wymierzyć łagodniejszą karę temu, kto ujawni „informacje dotyczące osób uczestniczących w popełnieniu przestępstwa oraz istotne okoliczności”.

Jaką wiedzą podzielił się ze śledczymi Aleksiej R.? – Sprawa jest tajna, nie mogę wyjaśnić tych okoliczności. Powiem tylko, że w swojej wieloletniej karierze jako sędzia karny nie spotkałem się z taką sprawą jak ta. Zawiera ona wyjątkowe materiały – mówi nam sędzia Kozioł, który skazywał braci R.

Bracia R. nie trafili do więzienia – zaliczono im areszt na poczet kary, a Aleksiej wystąpił o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Nadal prowadzą biznes w Polsce (czynią to od lat 90., dotąd dorobili się hoteli). Dlaczego nie zostali wydaleni? Bo, jak ustaliła „Rzeczpospolita”, mają polskie obywatelstwo.

Pytań jest więcej. Np. dlaczego wszystko w tej sprawie – łącznie z wyrokiem – jest ściśle tajne. Tego nikt – prokuratura ani sąd – nie wyjaśnia.

Wojciech J., który wyciągnął na światło publiczne sprawę taśm, będzie musiał udowodnić, że nagrania istnieją. – Musiałby być samobójcą, żeby odpalać takie petardy, a nie mieć kopii nagrania – zaznacza nasze źródło.

PiS nie rozwiązuje problemów. PiS je zwalcza. W tej chwili zwalcza strajk nauczycieli. Kontynuuje zwalczanie niezawisłości sędziów i niezależności systemu wymiaru sprawiedliwości. Udało mu się zwalczyć Trybunał Konstytucyjny, zwalcza Komisję Europejską.

Ale to, jak zwalcza strajk nauczycieli, może być gwoździem do jego wyborczej trumny. Popełnił wszelkie możliwe błędy, poczynając od tzw. wizerunkowych, jak porady, by nauczyciele się mnożyli, to dostaną 500 zł na każde dziecko, czy ogłoszenie programu „tucznik plus” (dość niefortunne, zważywszy na to, jak już utuczył się u władzy). Czyni sobie wrogów z kolejnych grup społecznych: nauczycieli, rodziców i uczniów, czyli przyszłych wyborców – uczniowie zorganizowali we wtorek protest przed MEN, popierając postulaty nauczycieli. Rośnie lista grup zaliczanych przez PiS do „obywateli gorszego sortu”.

Nauczyciele to akurat grupa zawodowa, o którą PiS powinien dbać szczególnie, bo na szkole, realizującej narodowo-katolicki program kształcenia i wychowania, oparł ideę mentalnej przebudowy społeczeństwa. Tymczasem zamiast ich dopieszczać – potraktował gorzej niż wspomniane tuczniki, na które obiecał (co prawda nie swoje, ale zawsze) pieniądze. Teraz wygląda na to, że powtórzy się scenariusz wobec sędziów: miał ich skłonić do posłuszeństwa, mamiąc awansami, strasząc postępowaniami dyscyplinarnymi i napuszczając na nich opinię publiczną, a sprowokował ruch oporu: sędziowski i społeczny. Miał podzielić, a scementował.

Argument „brak pieniędzy” przypomina ten z protestu osób niepełnosprawnych i ich rodziców w Sejmie rok temu. Całkowicie niewiarygodny, skoro jednocześnie PiS rozdaje „prezenty Kaczyńskiego” innym grupom, na których wyborczym poparciu więcej zyska. Podobna jest też metoda rozwiązania sporu: rok temu było to zawarte pokątnie „porozumienie” z własnym organem opiniodawczo-doradczym działającym przy pełnomocniku rządu ds. osób niepełnosprawnych. Tym razem jest to porozumienie z własnym politykiem (Ryszardem Proksą) działającym w imieniu posłusznej PiS centrali związkowej.

Historia zatoczyła koło: „Solidarność” powstała w PRL jako odpowiedź na marionetkową CRZZ (Centralna Rada Związków Zawodowych), realizującą interesy PZPR. Teraz to „Solidarność” stała się CRZZ III RP.

PiS może się więc okazać grabarzem „Solidarności”. Rozbił solidarność: tę przez małe, ale też tę przez duże „S”. Posłużył się związkiem „Solidarność” jako łamistrajkiem, obnażając publicznie wasalną rolę, jaką „S” pod przewodnictwem Piotra Dudy pełni wobec rządzącej partii.

Jaki interes mają teraz w trwaniu w tym związku szeregowi członkowie? Liczyli, że „S” – dzięki bliskim relacjom z władzą polityczną – będzie skuteczniej niż inne związki realizować pracownicze postulaty. Tymczasem kierownictwo centrali „S” ponad głowami przedstawicieli strajkujących nauczycieli podpisało kwit przywieziony w teczce przez rząd. Do tej pory najliczniejszy związek zawodowy w Polsce został zredukowany do grupy związkowych bossów dysponujących majątkiem i prawami do logo „Solidarności”. Logo, które po autokompromitacji związku nie będzie już wiele warte.

Trudno się dziwić, że nauczyciele składają rezygnację z członkostwa w „Solidarności” (w Widuchowej rozwiązano nauczycielską „S”, bo po poniedziałkowym „porozumieniu” wystąpili z niej wszyscy nauczyciele).

PiS – jak PZPR w PRL – wasalizując partnerów społecznych, unieważnia mechanizmy dialogu społecznego i hoduje sobie ruch społecznego oporu. Uczynił kpinę z idei dialogu społecznego. Reklamuje się jako partia, która „słucha ludzi”, w odróżnieniu od opozycji, która słucha ponoć bliżej nieokreślonych „elit”. Tymczasem szef kancelarii premiera Michał Dworczyk przyznał w TVN24, że możliwości „dosypywania” pieniędzy do systemu oświaty się wyczerpały. Tym samym przyznał, że rozmowy na forum Rady Dialogu Społecznego – ustawowego ciała powołanego do dialogu władzy z interesariuszami społecznymi w celu „realizacji zasady partycypacji i solidarności społecznej w zakresie stosunków zatrudnienia” – były teatrem i polityczną hucpą.

PiS liczy zapewne, że przedłużający się strajk nauczycieli spowoduje zniecierpliwienie społeczne: rodzice będą mieli dość, że muszą organizować opiekę nad dziećmi. Do tego nieprzeprowadzone egzaminy, niezrealizowany program nauczania. Więc uda się jednak napuścić opinię publiczną na nauczycieli.

Zniecierpliwienie może nastąpić. Ale pojawiło się nowe zjawisko: samorząd lokalny zaczyna brać odpowiedzialność za „zagospodarowanie” uczniów. Organizuje zajęcia kulturalne i edukacyjne. To może być np. świetna okazja do edukacji obywatelskiej. I to niekoniecznie zmierzającej do sformatowania uczniów według planu PiS. Zajęcia dzieją się poza szkołami, więc nie trzeba na nie zgody politycznie podporządkowanych PiS kuratorów oświaty. Na przykład prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak prowadził zajęcia z religii w Teatrze Polskim. Razem z poznańskim imamem Youssefem Chadidem. Będą zajęcia z języka migowego, czytanie książek o Harrym Potterze i „Ślimaku Samie” – wyklętym, bo jest jednocześnie chłopcem i dziewczynką, więc ucieleśnia „gender”.

Fundacja Szkoła z Klasą przewrotnie proponuje scenariusze zajęć edukacyjnych o roli strajków w najnowszej historii Polski. Bo warto pamiętać, że strajk jest przewidzianą prawem formą rozwiązywania sporów zbiorowych pomiędzy pracownikami a pracodawcami. Dla nauczycieli pracodawcą jest państwo. A prawo nie odbiera im tej formy walki o swoje prawa.

PiS jest na najlepszej drodze do zmobilizowania przeciwko sobie kolejnych grup i struktur społecznych. Ma wmontowany gen autodestrukcji.