Tag Archives: Bogdan Klich

Donald Tusk o złodziejach PiS

17 Gru

Sąd Najwyższy opublikował ponad 40-stronicową opinię do projektu ustawy, która ma wprowadzić zmiany w ustroju sądów powszechnych oraz SN. Pierwsza Prezes SN, prof. Małgorzata Gersdorf wyraziła w nim dezaprobatę dla proponowanych zmian. Zdaniem wnioskodawców projekt ma przeciwdziałać „anarchii” w wymiarze sprawiedliwości, jednak zdaniem SN, w dłuższej perspektywie może on prowadzić nawet do polexitu. Opinia została złożona wczoraj w kancelarii Sejmu. jej treść dziś pojawiła się dziś w serwisie internetowym SN.

SN w swojej opinii stwierdza, że „skutki, do których wywołania dąży Projektodawca, pozostają w sprzeczności z zasadą pierwszeństwa prawa Unii Europejskim nad prawem krajowym”. Poza tym, według niego, projektodawca proponowanymi przepisami chce wymusić na sędziach niestosowanie prawa Unii Europejskiej w zakresie, który wynika między innymi z listopadowego wyroku TSUE, dotyczącego organizacji pracy w Izbie Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Może to, z dużym prawdopodobieństwem prowadzić do wszczęcia przez instytucje UE procedury o stwierdzenie uchybienia zobowiązaniom wynikającym z traktatów, a w dłuższej perspektywie – do konieczności opuszczenia wspólnoty państw europejskich.

Na marginesie, choć nie uważa tego za mniej istotne, SN w swojej opinii podkreśla, że projekt został zgłoszony przez grupę posłów, a nie Radę Ministrów, choć – jak wynika z doniesień medialnych – został opracowany w Ministerstwie Sprawiedliwości! Zabieg te, wielokrotnie już stosowany przez obóz rządzący, ma na celu uniemożliwienie przeprowadzenia rzetelnej dyskusji nad projektem ustawy oraz faktyczne wyeliminowanie udziału ekspertów i społeczeństwa obywatelskiego w procesie tworzenia prawa.

Zdaniem Sądu Najwyższego, proponowane zmiany świadczą o tym, że projektodawcy „nie odpowiadają poglądy reprezentantów większości środowiska sędziowskiego, a także idea samorządności sędziowskiej wykraczającej poza poszczególne sądy i dlatego jej przejawy zamierza po prostu zlikwidować”.

W jaki sposób? Wnioskodawcy z PiS dopuszczają m.in. możliwość odsunięcia sędziego od sprawowanej funkcji, jego przeniesienia czy nałożenia na niego kary finansowej. Nowelizacja ma zapobiegać także ocenianiu legalności orzekania jednych sędziów przez drugich. Jednym z przewinień ma być „działalność o charakterze politycznym”, innym – „kwestionowanie stosunku służbowego sędziego lub skuteczności jego powołania”. Takie postawienie sprawy otwiera nieograniczone pole do wywierani nacisków politycznych na „trzecią władzę”. Już teraz mamy tego liczne przykłady, a sam projekt autorstwa PiS jest odpowiedzią na działania kolejnych sędziów, którzy wykonują niedawny wyrok TSUE (jako pierwszy zastosował go sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna). Przypomnijmy: w listopadzie TSUE określił swoje zastrzeżenia do nowej Krajowej Rady Sądownictwa, pozostawiając jednak decyzji SN rozstrzygnięcie czy KRS jest niezależna od polityków.

Nic zatem dziwnego, że głos publicznie zdecydowali się zabrać także dziekani wydziałów prawa na polskich uczelniach. „Wyrażamy głębokie zaniepokojenie niekonstytucyjnymi rozwiązaniami proponowanymi w projekcie zmiany ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw” – czytamy we wspólnym oświadczeniu, poświadczonym podpisami większości z nich.

Jakie mankamenty projektu w nim dostrzegają? Przede wszystkim dążenie do ograniczenia autonomii samorządu sędziowskiego, a także podstawowych praw i wolności sędziów jako obywateli Rzeczypospolitej Polskiej – w tym ich prawo do zrzeszania się, do prywatności, do krytyki władzy i udziału w życiu publicznym, do pozyskiwania informacji oraz wolność słowa. Projekt wprowadza także odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów za ich zgodną z obowiązującym prawem działalność orzeczniczą i umożliwia usuwanie ze służby tych z nich, którzy będą stosować bezpośrednio przepisy konstytucji lub prawa Unii Europejskiej.

Dziekani podkreślają także fakt, że projekt zmienia sposób wyboru pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, na podobieństwo budzącej poważne wątpliwości konstytucyjne procedury wyboru obecnego prezesa Trybunału Konstytucyjnego. To wszystko, razem wzięte, może pozbawić obywateli Rzeczypospolitej ich konstytucyjnego prawa do ‚sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd’ (art. 45 ust. 1 Konstytucji RP)” – czytamy w oświadczeniu.

Jestem przekonany, że sędziowie nie okażą się pętakami

Ten projekt jest wyrazem prymitywnej instrumentalizacji prawa, której jedynym celem pozostaje całkowite przejęcie kontroli nad sądami przez polityków partii rządzącej – pisze sędzia Jakub Kościerzyński

Cały czas mam w pamięci słowa Prezesa Sądu Najwyższego, sędziego tego Sądu, Stanisława Zabłockiego, który komentując wypowiedź posła Stanisława Piotrowicza, powiedział w Senacie, że sędzia o mentalności służebnej jest karykaturą sędziego. Polscy sędziowie wielokrotnie na salach rozpraw i na ulicach pokazali, jak odważnie bronić wartości demokratycznego państwa prawa, w tym niezależności sądów i niezawisłości sędziów, bez względu na konsekwencje.

Jak pisał K.I. Gałczyński: „Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom”. Jestem przekonany, że sędziowie nie okażą się pętakami.

W sieciach społecznościowych PiS toczy wojnę o zdobycie poparcia Polaków, a przede wszystkim wyborców PiS, dla ustawy „kagańcowej”. Główny argument: sędzia powinien sądzić tak, jak chce społeczeństwo. A czego chce społeczeństwo, wie tylko PiS

Rządząca prawica od początku grudnia podgrzewa w sieci narrację o „sędziowskiej kaście”, by zbudować społeczne poparcie dla projektu tzw. ustawy dyscyplinującej sędziów i prokuratorów. Posłużono się narzędziami znanymi z kampanii billboardowej „Sprawiedliwe sądy” z 2017 r.

Jednak celem nie jest jedynie akceptacja społeczna dla nowej ustawy. Rządzący chcą zbudować wśród swoich wyborców przekonanie, że dobry sędzia to taki sędzia, który wydaje wyroki zgodne ze społecznymi oczekiwaniami. A kto będzie mówił, jakie oczekiwania ma suweren? Rządzący oczywiście.

W 2017 r. PiS przeprowadził kampanię billboardową (sfinansowała to utrzymywana przez spółki Skarbu Państwa Polska Fundacja Narodowa), która miała przekonać Polaków, że sądami rządzi kasta sędziów, którą trzeba wymienić, by do Polski wróciła sprawiedliwość.

Start 1 grudnia

Teraz, zamiast wydawać pieniądze na billboardy, posłużono się zaprzyjaźnionymi mediami i internetem. Urabianie opinii publicznej na dużą skalę rozpoczęto 1 grudnia. Tego dnia liczba wzmianek ze słowem „kasta” zaczęła wyraźnie rosnąć, a analiza wpisów wskazuje, że nie była to po prostu reakcja na odbywające się wówczas protesty pod sądami.

Wpisy z największymi zasięgami pokazują, co było i jest celem narracji: przypomnienie po raz kolejny Polakom „powodów” zmian w wymiarze sprawiedliwości.

Według tego przekazu „kasta”, czyli sędziowie, są źli, niesprawiedliwi i dbają wyłącznie o elity, a nigdy o zwykłych ludzi. Wykorzystano do tego m.in. wyrok uniewinniający dziennikarza Piotra Najsztuba, niewydanie nakazu aresztowania Kamila Durczoka, publikowane już wcześniej informacje o majątkach sędziów, zmanipulowane i dementowane informacje o spotkaniu sędziów TK z politykami PO, aż wreszcie wyrok ws. Jana Śpiewaka.

To nie przypadek, że właśnie w tym okresie (dokładnie 6 grudnia) sędzia Izby Cywilnej Sądu Najwyższego prof. Kamil Zaradkiewicz przekazał TVP Info i wpolityce.pl listę czynnych dziś sędziów, którzy orzekali w PRL.

To nie przypadek, że na facebookowych grupach wspierających ministra Zbigniewa Ziobrę od 6 grudnia zaczęła rosnąć liczba postów na temat sędziowskiej kasty.

Mamy do czynienia ze świadomym oddziaływaniem na społeczeństwo.

Przy czym wydaje się, że bulwersujący projekt tzw. ustawy kagańcowej wobec sędziów i prokuratorów, zgłoszony w Sejmie 12 grudnia przez posłów PiS, nie jest najważniejszym elementem całego „projektu”.

„Kasta” wróciła

Analiza liczby wzmianek „kasta” w sieci w ostatnim roku pokazuje, że temat miał główny szczyt popularności w sierpniu, gdy opisywana była afera hejterska w Ministerstwie Sprawiedliwości. Potem zainteresowanie opadło, by nagle 1 grudnia znowu wzrosnąć, tym razem w kontekście „złej kasty sędziowskiej”.

Od tego dnia dzienna średnia wzmianek to ok. 3 tys., gdy w okresie od połowy października do 1 grudnia wynosiła zaledwie ok. 800 wzmianek dziennie.

>>>

Banasia nie da się przykryć. Potwierdza to ostatni wywiad, który czytałem z nim kilka dni temu. Trochę to wygląda tak, że jak Jarosław Kaczyński poszedł na operację kolana, to stracił kontrolę i młode wilki wyszły i zaszalały – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od wizerunku i marketingu politycznego. – Czego byśmy nie powiedzieli o opozycji, to zachowała się rozsądnie, bo byłoby to samobójstwem. Poza tym zmieniać konstytucję, aby zdjąć kogoś z urzędu, to naprawdę są standardy azjatyckie – dodaje. Pytamy też o ustawę represyjną i wybory prezydenckie. – Widziałem cztery wystąpienia Kidawy-Błońskiej i w każdym była lepsza, zatem ktoś z nią pracuję i to widać. Są ciągle nerwy, ale dobry polityk musi umieć się uczyć i to na własnych błędach. Dodam też, że ona ma kilka sukcesów na koncie, np. była szefem wygranej kampanii Bronisława Komorowskiego. Zapominamy też, że była rzecznikiem rządu Tuska i jak była afera podsłuchowa, to ona wyszła z premierem do dziennikarzy, wszyscy inni uciekli – podkreśla nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Czy to Jan Śpiewak rozgrywa PiS w swojej sprawie, czy jednak PiS jego w walce o sądy?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Z całym szacunkiem dla Jana Śpiewaka, ale wygląda na to, że się trochę pogubił. To też słychać, gdy rozmawia się z osobami związanymi z NGO, że ego Jana Śpiewaka znacznie dominuje.

Jest rozgrywany i to świetny przykład tego, jak można to robić. Inną kwestią jest to, że albo godzimy się na jakiś ład prawny, albo nie.

ŚPIEWAK WPISUJE SIĘ W ANARCHIZACJĘ PRAWA W POLSCE.

To zaczyna przypominać wojnę informacyjną, bo normalny Polak nie jest w stanie połapać się w tym wszystkim i ocenić, kto ma rację. Jan Śpiewak ma niezły background rodzinny, więc tym bardziej powinien rozumieć, co się dzieje. Naprawdę słabo to wygląda.

Do tej pory kwestionowane były wyroki niewygodne dla władzy. Teraz mamy wyrok niewygodny dla działacza społecznego i on także jest podważany w ten sposób.
Bo to jest właśnie anarchizacja prawa. Śpiewak nie jest anonimowym obywatelem, przypomnę tylko, że startował na prezydenta Warszawy, wcześniej informował o różnych nieprawidłowościach, a teraz

SKULIŁ OGON I POSZEDŁ DO PREZYDENTA PO PROŚBIE. WIZERUNKOWO BARDZO NIEDOBRE.

Jak ocenia pan próbę wprowadzenia ustawy “kagańcowej”, jak nazywany jest projekt nowelizacji wprowadzający karanie sędziów.
Jak najgorzej. Wydawało się, że PiS coś zrozumiał, ale być może mają “syndrom Banasia”, który ich strzelił po głowie. Ewidentnie widać, że sprawa szefa NIK-u spowodowała, że poczuli się niepewnie, a jeszcze prezes sam mówił, że domaga się dymisji Banasia i nic. Teraz pojawia się trójka młodych ludzi i to wróży bardzo źle polskiej polityce – prawdopodobnie urodzonych po lub chwilę przed 89 rokiem – którzy raczej nie mają pamięci historycznej i proponują projekt rodem z lat 50. Przypominam, że robią to jeszcze 13 grudnia, nie 14, 15 czy 12, tylko 13 grudnia, a są w polskiej historii daty symbole.

Widziałem tę konferencję i przyznam, że postawa tych młodych polityków – przepełnienie butą i arogancją – jest czymś, co poraża i przeraża. Myślę, że po 89 roku aż takiej pogardy dla przeciwników politycznych jeszcze nie było. Nie ma  żadnych świętości, żadnych autorytetów. Ci młodzi politycy z niczym się nie liczą. To powinno budzić obawy, bo kiedyś oni przejmą stery.

PROSZĘ SPOJRZEĆ NA MŁODYCH WSPÓŁPRACOWNIKÓW PANA ZIOBRY. ONI FUNKCJONUJĄ W MYŚL ZASADY, ŻE PRAWO JEST NASZE, A JAK KTOŚ MYŚLI INACZEJ, TO JEST SPECJALNĄ KASTĄ, GORSZYM SORTEM, TU MOŻNA PODSTAWIAĆ DOWOLNIE. Z DRUGIEJ STRONY MAMY PROKURATORA STANU WOJENNEGO, KTÓRY OSKARŻAŁ OPOZYCJONISTÓW, ALE JEST WYŚWIĘCANY NA SĘDZIEGO TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO.

Powoli przestają liczyć się zasady, tylko to, kto rządzi. Stajemy się powoli krajem azjatyckim. W końcu w UE też to dostrzegą i skończy się przymykanie oka na nasze zachowanie. Ktoś w końcu powie, że skoro nie chcecie respektować zasad prawa, skoro nie chcecie wspólnie dbać o klimat, to idźcie do Azji, do Łukaszenki, Putina.

To jest najgorsze, co może się stać, gdy na zachodzie przestaną o Polsce myśleć jak o kraju zachodnim. Wtedy zostaniemy wypchnięci z tego kręgu i nawet nie będziemy wiedzieli, czy to się stało z 13 na 14 czy z 15 na 16, a może dwa dni później.

Proponowane zmiany stoją w ostrym sprzeciwie do prawa unijnego, chociaż PiS przekonuje, że takie rozwiązania są np. we Francji.
Ale to już zostało wielokrotnie obalone przez ekspertów prawa, że wcale tak nie jest. Powinniśmy się cieszyć, że jeszcze w Unii ktoś chce o nas i z nami rozmawiać, tym bardziej, że za chwilę zmieni się kanclerz Niemiec. Angelę Merkel, która jest tak strasznie postponowana, zastąpi ktoś, kto na pewno nie będzie tak przychylny Polsce.

PODEJRZEWAM, ŻE PRZEZ NASTĘPNE 50 LAT NIE BĘDZIE TAKIEGO PROPOLSKIEGO KANCLERZA.

A może ten projekt nowelizacji ma przykryć sprawę Banasia? Marketingowo da się to w ten sposób obronić?
Banasia nie da się przykryć. Potwierdza to ostatni wywiad, który czytałem kilka dni temu z Marianem Banasiem, w którym on wyraźnie mówi, mówi wprost, że “możecie mi skoczyć”. Tego nie da się przykryć. Trochę to wygląda tak, że jak Jarosław Kaczyński poszedł na operację kolana, to stracił kontrolę i młode wilki wyszły i zaszalały. Ja oczywiście tego nie wiem, ale przypomina mi się sytuacja, gdy prezes był na wakacjach i wybuchła afera z lotami marszałka Kuchcińskiego. Widać było, że nie wiadomo, co zrobić. Mieliśmy wtedy tę fatalną konferencję z marszałkiem, który się pogubił. Dopiero jak wrócił prezes, to sytuację udało się naprostować. Marian Banaś mimo jasnych nacisków prezesa nie odszedł i to też jest wizerunkowy cios.

NOWELIZACJA USTAWY O SĄDACH JEST MOIM ZDANIEM OBJAWEM BEZRADNOŚCI, ŻE SĘDZIOWIE PODNOSZĄ GŁOWY I NIE CHCĄ SIĘ PODPORZĄDKOWAĆ. PYTANIE TYLKO, CZY SĘDZIOWIE TO WYTRZYMAJĄ, BO TO KAGANIEC, KTÓRY NAPRAWDĘ OGRANICZA ICH PRAWA I GROZI POWAŻNYMI REPRESJAMI.

Warto tez zwrócić uwagę na formę, czyli właśnie na postawę tych polityków – o czym już mówiliśmy – którzy niczym bezrefleksyjni komsomolcy wierzą w to, co mówią.

Jak ocenia pan narrację, że Banaś ciągle jest szefem NIK-u, bo opozycja nie chce zmienić z PiS-em konstytucji?
Czego byśmy nie powiedzieli o opozycji, to zachowała się rozsądnie, bo byłoby to samobójstwem. Poza tym zmieniać konstytucję, aby zdjąć kogoś z urzędu, to naprawdę są standardy azjatyckie. Tym bardziej, że jeszcze kilka tygodni temu prominentni działacze PiS-u dawali sobie rękę i głowę obciąć za Mariana Banasia. Można by tu przewrotnie powiedzieć, że twórcy konstytucji przynajmniej jeden urząd tak skonstruowali, że nie udało się go przejąć i pozostaje niezależny od władzy wykonawczej. To jest oczywiście śmiech przez łzy, bo wszyscy wiemy, co pan Banaś ma w plecaku, a właściwie w mieszaniu czy na koncie, ale wszystkie inne, jak KRS, TK, czy prokuraturę udało się przejąć, a NIK-u nie. Moim zdaniem ta strategia oskarżania opozycji tym razem nie zadziała, tym bardziej, że mamy za chwilę wybory prezydenckie.

Sam prezydent ma swoje problemy. Jednego dnia krzyczy o komunistycznych sędziach, a drugiego mianuje Piotrowicza na sędziego TK.
To prawda. Zwróciłbym tu uwagę jeszcze na ustawkę ze starszą panią u niej w domu, która to opowiada, jacy to straszni są sędziowie i dobrze, że w końcu coś się z nimi robi. Dla mnie to niczym Lenin w Poroninie głaszczący dzieci po główkach. Ja lubię słodycze, ale mnie zemdliło. Pytanie, co dalej, bo kampania musi się w końcu rozpocząć.

WSZYSTKO, CO BĘDZIE ZWIĄZANE PIS-EM, BĘDZIE UDERZAŁO W ANDRZEJA DUDĘ.

Jaka to będzie kampania?
Wolałbym się mylić, ale będzie bardzo brutalna. Nie wiemy, kto jeszcze wystartuje, na razie mamy 3 oficjalnych kandydatów. Małgorzatę Kidawę-Błońską, pana Hołownię i Kosiniaka-Kamysza. Zakładamy, że będzie to też pan Duda, chociaż nie zdziwiłbym się, gdyby Jarosław Kaczyński wyciągnął z kapelusza panią Szydło, i rozpocznie się brutalna walka. Już widzimy jej przedbiegi, gdy nie można było uderzyć w Kidawę-Błońską, bo nie ma się do czego przyczepić, to chociaż w jej męża, że studiował w Moskwie reżyserię i scenopisarstwo. Dokładając to tego, że wiemy, kto jest prezesem telewizji kiedyś publicznej, to można sobie wyobrazić, że ta śruba zostanie dokręcona na maksa. Tym bardziej, że stawka jest bardzo wysoka. Nie patrzyłbym w tej chwili na słupki zaufania, bo to może być mylne. Przypominam sondaże dla Komorowskiego czy Jacka Kuronia, który wygrywał w sondażu zaufania, a nie wszedł do drugiej tury.

JAROSŁAW KACZYŃSKI ZDAJE SOBIE SPRAWĘ, ŻE JEŻELI ODDA PREZYDENTA, TO CAŁY UKŁAD SIĘ ROZSYPIE, ZATEM DLA NIEGO TO BĘDZIE WALKA NIEMAL O WSZYSTKO.

Jak ocenia pan Małgorzatę Kidawę-Błońską? Lepiej sobie poradzi niż Jacek Jaśkowiak?
Moim zdaniem tak. Może rok temu lepszy byłby prezydent Poznania, jednak przy całym szacunku dla pana Jaśkowiaka, którego bardzo doceniam wizerunkowo, ale też jako człowieka i polityka, to było oczywiste, że musi wygrać Kidawa-Błońska. Jaśkowiak nie jest znany nawet w PO, a co dopiero w Polsce. On nie miałby czasu.

JEŻELI MĄDRZE POPROWADZONA ZOSTANIE KAMPANIA KIDAWY-BŁOŃSKIEJ, TO MA SZANSE WYGRAĆ. JEST W POLSCE TAKA PODSKÓRNA TENDENCJA, ŻE PREZYDENT POWINIEN ŁAGODZIĆ, ŁĄCZYĆ.

Jeżeli tylko dostanie profesjonalny sztab z kimś młodym z pomysłem, to ma szanse. Analizowaliśmy wybory parlamentarne i wbrew pozorom wynika z nich, że to pani Kidawa-Błońska uratowała Platformę. Zrobiła tyle, ile mogła, i gdyby nie ona, to wynik byłby dużo gorszy. Nie wiem tylko, po co te prawybory, bo można było od razu dalej prowadzić kampanię, a teraz trochę jakby ją zatrzymano w blokach. Wizerunkowo mogę dodać, że widziałem cztery wystąpienia Kidawy-Błońskiej i w każdym była lepsza, zatem ktoś z nią pracuję i to widać. Są ciągle nerwy, ale dobry polityk musi umieć się uczyć i to na własnych błędach. Dodam też, że ona ma kilka sukcesów na koncie, np. była szefem wygranej kampanii Bronisława Komorowskiego. Zapominamy też, że była rzecznikiem rządu Tuska i jak była afera podsłuchowa, to ona wyszła z premierem, wszyscy inni uciekli. Pytanie, z czym się będzie musiała zmierzyć w kampanii, jak poprowadzi swoją kampanię Kosiniak-Kamysz, który jest ewidentnie w uderzeniu. Szymon Hołownia jest raczej kwiatkiem do kożucha.

To nie Ukraina i nie Załenski?
W Polsce musiałby wystartować Rysiek z „Klanu”, aby mieć szanse wygrać.

Solidarnie stajemy w obronie niezawisłości polskiego wymiaru sprawiedliwości. Spotykamy się w środę 18 grudnia o godz. 18:00!

Partia rządząca nie zamierza stosować się do zaleceń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który wydał swój wyrok dotyczący praworządności w Polsce. Mało tego, postanowiła jeszcze bardziej zaostrzyć przepisy prawne, całkowicie likwidując niezawisłość sądów, tym samym łamiąc podstawową zasadę demokracji, czyli trójpodział władzy, by zmusić sędziów do podporządkowania się.

W tej sytuacji nie można stać bezczynnie i udawać, że nic się nie dzieje. Komitet Obrony Demokracji, na czele którego stoi nowy przewodniczący Jakub Karyś, wydał oświadczenie, w którym pisze że „Obóz rządowy wypowiada tym samym otwartą wojnę niezależnemu wymiarowi sprawiedliwości, ukierunkowując Polskę bezpośrednio na wystąpienie z Unii Europejskiej. Nie można bowiem być w tej wspólnocie i zarazem wprowadzać do systemu prawnego rozwiązań, które mają uniemożliwić stosowanie prawa europejskiego”.

Za słowami idą czyny. W środę, 18 grudnia, w miastach i miasteczkach KOD organizuje wielki, ogólnopolski protest pod hasłem „Dziś sędziowie jutro Ty”, na którym staną ramię w ramię członkowie KOD-u, Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”, Stowarzyszenia Sędziów „Themis”, Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych Pro Familia, Stowarzyszenia Adwokackie „Defensor Iuris”, Stowarzyszenia Prokuratorów „Lex Super Omnia”, Inicjatywa Wolne Sądy, Obywatele RP, Akcja Demokracja, Front Europejski, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, a wraz z nimi, miejmy nadzieję, wszyscy ci Polacy, którzy rozumieją powagę sytuacji.

Na Facebooku pojawiła się mapa Polski, gdzie na bieżąco zaznacza się miasta, których mieszkańcy nie chcą stać z boku i odpowiadają na apel KOD-u. Protesty w obronie polskiego sądownictwa zapowiadają mieszkańcy m. in. Krosna, Przemyśla, Myślenic czy Nowego Targu, z Polski południowej, zwanej bastionem PiS-u.

Z każdą godziną coraz więcej czerwonych kropek na mapie, co daje nadzieję, że tym razem PiS mocno poczuje, czym jest niezadowolenie społeczne, jak wielkie jest przywiązanie Polaków do wartości demokratycznych. Wierzę, że nad Polską uniesie się tak silny głos w obronie sędziów i polskiego sądownictwa, na który ta władza nie będzie mogła pozostać głucha.

Pamiętajcie! Wszyscy spotykamy się w środę 18 grudnia o godz. 18! Do zobaczenia na proteście.

Macierewicz i Falenta. Pokłosie Moskwy

29 Lip

Tygodnik „Wprost” zdradza sekretną misję, jak przypadła w udziale Antoniemu Macierewiczowi na czas kampanii wyborczej do Parlamentu. Były szef resortu obrony ma się zająć tym najtwardszym elektoratem Prawa i Sprawiedliwości na wschodniej rubieży Polski i motywować go do aktywnego udziału w głosowaniu. Ma to jednak robić na tyle dyskretnie, by nie było o tym głośno w pozostałej części kraju.

Macierewicz będzie jeździł po tych katakumbach i opowiadał o zdradzie narodowej naszym wyznawcom. Dla tych ludzi jest ikoną, nikt nie ma takiego posłuchu jak on” – wyjaśnił tygodnikowi jeden z polityków prawicy.

Co ciekawe były minister ma ponoć zakaz udziału w ogólnopolskiej kampanii, bo burzy wizerunek PiS jako „partii umiaru i miłości”.

W rzeczywistości pozycja Macierewicza w partii znacznie osłabła. Tygodnik sugeruje, że Kaczyński woli go trzymać stosunkowo blisko siebie, aby nie wyrządził partii więcej szkód niż będąc poza nią.

Dla umiarkowanego wyborcy PiS były minister uchodzi za zbyt nieprzewidywalnego polityka, ale nie to jest najgorsze. „Macierewicza obciąża (…) też dawna relacja z jego asystentem Bartłomiejem Misiewiczem” – twierdzi „Wprost„. Wprawdzie nie wiadomo, czy były szef resortu obrony nadal utrzymuje z nim kontakty, ale oskarżenia wobec Misiewicza stawiają go w niekorzystnym świetle.

Antoni Macierewicz odniósł się do tych spekulacji na antenie Polskiego Radia 24  i zakomunikował, że „ma realizować plan PiS” i jego realizacja jest dla niego najważniejsza. Zaprzeczył jednak, że jest to tajna misja. Wyobrażenia „Wprost” są „mylne” – podsumował.

Wyraźnie widać, że prokuratura na uszach staje, byle tylko nie pozwolić Markowi Falencie przedstawić dowody na udział polityków PiS w aferze podsłuchowej, która tak mocno podkopała wiarygodność PO i zapewne w dużym stopniu przyczyniła się do przegranej tej partii w wyborach parlamentarnych 2015 roku.

Wprawdzie Bogdan Święczkowski zapewniał, że biznesmen będzie mógł dokładnie opowiedzieć o powiązaniach z partią rządzącą i złożyć obszerne wyjaśnienia, ale działania śledczych pokazują, że została przyjęta zupełnie inna taktyka. Taka, która nie powinna zaszkodzić PiS-owi w kampanii parlamentarnej.

Na początku lipca Falencie postawiono zarzut dotyczący kolejnego nagrania z 2015 roku, jednak temat listów do najważniejszych osób w państwie wówczas całkowicie pominięto. Teraz prokuratura tłumaczy, że biznesmen miał swoją szanse, by wszystko wyjaśnić, ale tego nie zrobił. Nie ma więc sensu ciągnąć sprawy dalej. Wygląda na to, że pod takim właśnie pretekstem śledczy zamykają tak niewygodną dla PiS, sprawę.

Żeby zabezpieczyć interesy partii rządzącej, prokuratura odmówiła podjęcia umorzonego 4 lata temu śledztwa w sprawie „zorganizowanej grupy przestępczej”, czego domagał się mecenas Roman Giertych. Mało tego, Falenta ma przejść obowiązkowo badania psychiatryczne.

Jeśli uda się stwierdzić jego niepoczytalność, to politycy PiS będą mogli już spać spokojnie. Nikt im nie zagrozi w drodze do zwycięstwa w nadchodzących wyborach parlamentarnych i o to przecież chodzi. A co z tą transparentnością i uczciwością, które partia rządząca niesie na swoich sztandarach? Ano nic, kolejne puste słowa…

„Idzie potop LGBT, musimy stanąć do walki”. Czyli – do broni, Rodacy! 

Jeszcze 15 lat temu Białystok był – obok Płocka i Częstochowy – najbezpieczniejszym miastem w Polsce. Tak przynajmniej wynika ze statystyk miejskiej przestępczości.  Nikt się nie spodziewał, że w tym wielokulturowym mieście, z długą tradycją tolerancji dla rozmaitych różnorodności, marginalne grupki neofaszystów i kiboli tak urosną w siłę, że zaczną „rządzić”.  Kiedy ich wyczyny stały się głośne w kraju, minister Bartłomiej Sienkiewicz ostrzegł: – Idziemy po was! No i poszedł. Wszczęto ponad 130 spraw, aresztowano kilkudziesięciu bandziorów, zapoczątkowano dochodzenia związane z przestępczością zorganizowaną, prześwietlano nazistowskie grupy, do sądów trafiły pierwsze sprawy. Pierwsze i ostatnie. Odbyły się wybory i nastała nowa władza.  Aresztowani opuścili areszty, śledztwa umorzono, prokurator, który wszczął postępowania, został odwołany, a ten, który je umorzył – awansowany. A potem MSW wycofało podręcznik szkoleniowy dla policjantów opisujący przestępstwa z nienawiści.

Pierwszy w historii miasta Marsz Równości zmobilizował białostocki margines, do którego dołączyli obywatele skutecznie straszeni przez rządzących „ideologią” LGBT i gender. Z odsieczą przybyli też wierni, których miejscowi księża wezwali do „sprzeciwu wobec deprawacji”. Bezpośrednio po zamieszkach lokalni działacze PiS gratulowali obywatelom i sobie nawzajem skutecznej obrony polskich rodzin oraz miejscowej katedry „zagrożonej pedalską nawałą”, a proboszczowie dziękowali bandziorom za skuteczną „obronę wartości i wiary”.  Jednak po trzech dniach, gdy polski premier dowiedział się wreszcie – z zachodnich mediów – o homofobicznych zamieszkach, kiedy światowe telewizje pokazały mu groźne ataki na spokojnych uczestników legalnej demonstracji oraz polowania bojówek na pojedynczych ludzi „wyglądających” na przedstawicieli innych orientacji, wtedy wyszło na jaw, że w Białymstoku zdarzyło się jednak coś niedobrego.

Natychmiast okazało się, że miejscowi działacze PiS, z marszałkiem województwa Arturem Kosickim na czele, wcale nie organizowali blokad legalnego marszu, nie podburzali tłumu i nie uczestniczyli czynnie w zamieszkach – jak wynikałoby z licznych relacji filmowych. Przeciwnie – przedstawiciele lokalnych władz i partii rządzącej po prostu nawoływali mieszkańców do życzliwości wobec uczestników parady i przyjęcia współobywateli środowisk LGBT z tradycyjną białostocką gościnnością…  Ustami minister Witek władza wyraziła dezaprobatę wobec „ekscesów” ogłaszając wręcz, że osoby „dopuszczające się przemocy zasługują na potępienie”! Minister edukacji nie był aż tak bezkompromisowy. W jego opinii podobne marsze to nic dobrego i należałoby się zastanowić, czy ich nie zakazać (co prawda, podobne przedsięwzięcia nie wymagają zgody ani zezwolenia, bo wystarczy je zgłosić, ale jaki to problem zaostrzyć niewygodny przepis?). Logika ministra Piontkowskiego jest żelazna: zamieszek nie byłoby bez parady równości, zatem jeśli napaść na demonstrantów jest skutkiem ich demonstracji, to autorami zamieszek i niepokojów są sami uczestnicy parady.  Tym samym do wszystkich demonstrantów ze wszystkich legalnych manifestacji w obronie konstytucyjnych praw dotrzeć powinno, że w razie czego sami sobie będą winni, a bijący ich siłą rzeczy pozostaną niewinni, ponieważ ich reakcja będzie tylko skutkiem, a nie przyczyną zjawiska, które PiS zwalczać będzie z całą surowością prawa…

Po kilku dniach nawet do wyborców PiS dotarły informacje oraz obrazy ludzi bitych, kopanych, opluwanych obrzucanych kamieniami i osaczanych w tłumie za to, że byli inaczej ubrani, nie tak uczesani, mieli niewłaściwą plakietkę lub nie taką chorągiewkę, jak trzeba. Wyborcy PiS zobaczyli bojówki polujące na kobiety, na podrośnięte dzieciaki, na pojedyncze bezbronne osoby. Zobaczyli i zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno napastnicy walczyli z gender i LGBT, czy jednak tylko ze zwykłymi ludźmi z sąsiedztwa. A potem odezwał się episkopat i wreszcie okazało się, że ci biskupi oraz księża, którzy zagrzewali do boju w obronie wiary, reprezentują jakiegoś innego Boga, Boga o złowrogim obliczu, który mówi człowiekowi, że ma prawo nienawidzić każdego bliźniego swego, którego się boi i którego nie rozumie.

Dzisiaj już każdy funkcjonariusz PiS zna na pamięć tekst z przekazu dnia, że „wszyscy jesteśmy zgodni w ocenie tych skandalicznych wydarzeń”.  Europoseł Joachim Brudziński, który lubi harcować przed szykiem, nazwał nawet napastników z Białegostoku troglodytami. Rządzący chórem odcinają się, potępiają, kategorycznie piętnują, wyrażają stanowczą dezaprobatę i bezwzględny sprzeciw.  Co więcej – okazuje się, że PiS nigdy nie popierał kiboli i nacjonalistów, nie akceptował homofobii i nietolerancji, nie wykluczał, nie dzielił, a już na pewno nie szczuł. Przeciwnie, zarówno prezes, jak i wszyscy jego pomazańcy, po wielokroć powtarzają, że PiS zamierza łączyć i zasypywać podziały. Na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy uwierzyć w te brednie, przedstawiam krótki kalendarz wydarzeń dowodzących dokładnie przeciwnych intencji Jarosława Kaczyńskiego.

Ludzie o odmiennej orientacji byli na celowniku prezesa zanim jeszcze pochwalił podpalanie tęczy zainstalowanej w Warszawie. Ale przed ostatnimi wyborami rozpoczęło się już regularne szczucie na ludzi nieheteroseksualnych. Jak się wydaje, prezes uznał, że gender i LGBT będą lepszym wrogiem niż opozycja, a gra na niskich instynktach społeczeństwa przyniesie PiS więcej korzyści niż normalna kampania wyborcza, podczas której opozycja z łatwością mogłaby wytknąć to czy owo. Prezes uznał, że dolepienie przeciwnikom plakietki „Obrońca gejów i lesbijek” będzie skuteczniejsze od starcia na programy. Już w marcu warknął do nieheteroseksualnych Polaków: „Wara od naszych dzieci!”. W kwietniu postraszył: „Ruch LGBT i gender zagrażają naszej tożsamości, zagrażają naszemu narodowi. Zagrażają polskiemu państwu”. Wtórowali mu niektórzy biskupi, więc podczas konferencji Duma i Powinność prezes postanowił spłacić dług sojusznikowi: „Obecnie trwa w Polsce atak na Kościół, jakiego nie było na początku lat 90”, dodając, że wraz z atakami na Kościół trwają też ataki na rodzinę i dzieci.

Z braku uchodźców samoistnie wygasło śmiertelne zagrożenie armią imigrantów, pełną arabskich terrorystów. Od chwili, gdy Unia zagroziła obcinaniem dotacji za demolkę państwa prawa i nasze władze zaczęły się liczyć z partnerami, przeterminowała się groźba pozbawienia Polaków katolickiej wiary i polskich obyczajów wskutek inwazji europejskiego ateizmu, lewactwa i wyuzdanych mód.  Ale Kaczyński jest przecież mistrzem świata w kreowaniu wrogów oraz w sztuce obrony przed zagrożeniami, które sam tworzy. Niedawno zaprezentował „ciemnemu ludowi” nową listę aktualnych zagrożeń. Poczesne miejsce zajmują tam geje i lesbijki : „Do tego dochodzi ruch LGBT. Dżender, jak niektórzy mówią, albo gender, jak się czyta po polsku, cały ten ruch kwestionujący wszystkie przynależności. To ma związek z ideologią, filozofią, która w zachodniej Europie narodziła się wcześniej, to jest, można powiedzieć, importowane do Polski” . Kaczyński nie omieszkał przy tym ostrzec, że ruchy te „zagrażają tożsamości, narodowi, jego trwaniu i polskiemu państwu”.

W maju prezes uznał, że LGBT naciera coraz gwałtowniej i już czas, by normalne rodziny zaczęły się bronić: chcą nawet prześladować ludzi, którzy mówią rzeczy oczywisteMy się tym martwimy, my to uważamy za niesprawiedliwe, że ktoś jest ciągany na policję, dlatego że mówi, że z homoseksualnych par nie ma dzieci”.  Podczas konwencji PiS pod Rzeszowem Kaczyński postraszył, że „Cały mechanizm przygotowania dzieci do przyszłej roli matki i ojca ma być zniszczony. W imię czego?”. A podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Bydgoszczy Jarosław Kaczyński obiecał bronić Polaków przed sześcioma zagrożeniami, w tym przed seksualizacją dzieci i adopcją przez pary jednopłciowe. Bo LGBT – to ideologia, która przewiduje seksualizacje kilkuletnich dzieci!

Idiotyczna opowieść o preferowanej przez ONZ, a wdrażanej przez PO nauce onanizowania czteroletnich dzieci, brednie o wielkiej nadreprezentacji pedofilii wśród gejów, czy absurdalne wieszczenie, że wraz z wygraną opozycji rządy w kraju dostaną się „lesbom i pedałom, którzy od razu uchwalą sobie prawo do adopcji dzieci” – te i podobne idiotyzmy, to już nie są zwyczajne wyborcze kłamstwa.  To oszustwa obliczone na kradzież głosów ugrupowaniom, którzy kampanię prowadzą metodami cywilizowanymi. Ale przede wszystkim – to obrzydliwa podłość. Ci, którzy świadomie głoszą te cyniczne łgarstwa, to nikczemnicy, którym przyzwoity człowiek nie powinien podać ręki.

A jak nazwać tego, który dla własnej lub grupowej korzyści, a może tylko dla własnej chorej uciechy, podsyca nienawiść, szczuje ludzi na siebie, eliminuje ze społeczeństwa całe grupy, świadomie prowokuje zamieszki i fizyczną wręcz konfrontację, która już doprowadziła do tragedii, a w przyszłości może się zakończyć bratobójczą wojną?  Na „pikniku rodzinnym” w Chełmie prezes Kaczyński przekazał ludowi prosty komunikat: LGBT zagraża Polsce, zagraża narodowi, zagraża państwu polskiemu i trzeba z tym walczyć. Wtórował mu biskup Frankowski wołając z Jasnej Góry, że „idzie potop LGBT, musimy stanąć do walki”. Czyli – do broni, Rodacy!  Larum grają, straszliwy Gender u bram!  Co ma zrobić patriota, którego wzywają wołaniem: „Ojczyzna w niebezpieczeństwie!!”? Nie masz wyjścia, Polaku. Stań u drzwi, bagnet na broń!

Kilka spośród tysięcy obecnych w sieci obrazów nie daje mi spokoju. Kobieta z małym dzieckiem wyje do uczestników marszu: – Zboki, wypierdalać!. Młody człowiek w jakimś amoku woła do policjanta: – Kogo wy bronicie, oni chcą dzieci gwałcić! Napakowany troglodyta z symbolem Polski Wałczącej na lewym ramieniu i swastyką na prawym z rozanieloną miną obserwuje kamienie padające w tłum. Mężczyzna z wózkiem dziecięcym w samym środku watahy rozgorączkowanych napastników. Dwóch wyrostków próbujących nasikać do plastikowych butelek, by rzucić nimi w szeregi uczestników marszu…

Naprawdę obawiam się, że wydarzenia białostockie mogą być wstępem do większej tragedii. Sztucznie tworzone napięcia rodzą coraz liczniejsze konflikty. W indoktrynowanych i napuszczanych na siebie ludziach zaczyna coś pękać. Powoli dziczejemy. We Wrocławiu ciężko pobito człowieka za to, że niepochlebnie ocenił wredne homofobiczne graffiti. W Gdyni znany projektant omal nie stracił życia, ponieważ jakiemuś bandycie wydał się gejem. Dziewczynce z tęczową torbą nobliwy starszy pan zagroził „obiciem mordy laską”. Na forach zadymiarze umawiają się, by 10 sierpnia zablokować Paradę Równości w Płocku i całkiem serio padają pomysły wjechania rozpędzonymi samochodami w tłum. Problemem dla tych bezmyślnych matołów nie jest prawdopodobna śmierć wielu ludzi, tylko – jak potem nie dać się złapać… O takich ludziach piszą codziennie światowe media w doniesieniach z Polski.  Oni reprezentują dzisiaj Polaków przed cywilizowaną Europą.

Morawiecki w szambie po uszy, słychać tylko bulgot

24 Maj

Emocje związane z zakupem działek przez premiera Morawieckiego, nie milkną, a z każdym dniem wyskakują kolejne fakty, podważające uczciwość całej tej transakcji. Jak twierdzi „Wyborcza” mogło tu dojść do złamania prawa kościelnego i nawet dzisiaj można taką umowę unieważnić.

W czasie, gdy Morawiecki dokonał zakupu, obowiązywał kościelny przepis, który mówił, że przy sprzedaży dóbr powyżej 100 tys. dolarów (wtedy to było ok. 400 tys. zł) potrzebna była zgoda biskupa, a jeśli wartość przekraczała 500 tys. dolarów (ok. 2 mln zł) to już musiała być zgoda Watykanu (wytyczne określone przez KEP w czerwcu 1995 r.).

Premier Morawiecki zakupił działki za 700 tys. zł (ok. 175 tys. dolarów) chociaż już wtedy były one warte ok. 4 mln. zł. Tak twierdziła biegła sądowa, w procesie osób zamieszanych w przekręty związane z ziemią, przekazywaną kościołowi. Wtedy jednym ze świadków w sprawie był również i pan premier.

Wydaje się więc pewnym, że również i jego transakcja wymagała zgody stolicy apostolskiej, a jednak w akcie notarialnym zakupu działek nie ma o tym ani słowa. Jest tylko zapis, że ks. Żarski jest „organem” parafii św. Elżbiety i według niego, „nie istnieją żadne przeszkody prawne do zawarcia umowy” sprzedaży. Dodajmy do tego uchwałę Sądu Najwyższego z 19 grudnia 2008 r., która mówi, że „sprzedaż nieruchomości przez kościelną osobę prawną osobie świeckiej, bez wymaganego w prawie kanonicznym zezwolenia właściwej władzy kościelnej, stanowi czynność prawną niezupełną”.

Profesor Bartosz Rakoczy, znawca prawa kanonicznego z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy i adwokat pracujący w kościelnym Gnieźnieńskim Trybunale Metropolitalnym, zwraca uwagę, że sądy już kilkakrotnie orzekały w podobnych sprawach i wydały wyroki podważające transakcje właśnie z powodu braku zgody odpowiednich przedstawicieli władz kościelnych.

Według rzecznika archidiecezji wrocławskiej w archiwum znajduje się dokument dotyczący sprzedaży działki z wyrażoną na to zgodą arcybiskupa Gulbinowicza. W dokumencie brak nazwiska i aktu notarialnego. Wydaje się, że to nie ten arcybiskup powinien podpisać zgodę na sprzedaż działki, bowiem Parafia św. Elżbiety jest częścią Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego a jej proboszcz, ks. płk Sławomir Żarski, który sprzedał ziemię Morawieckiemu, został mianowany przez biskupa polowego WP Sławoja Leszka Głódzia. Czyli to właśnie Głódź powinien wydać zgodę na sprzedaż i to jego podpis powinien figurować na dokumencie.

W akcie notarialnym nie ma informacji, by transakcja uzyskała zgodę odpowiednich władz kościelnych. Nie ma też uzasadnienia sprzedaży, co pozostaje w niezgodzie z kodeksem prawa kanonicznego, które mówi, iż „Dla dokonania alienacji [sprzedaży], której wartość przekracza najniższą określoną sumę, wymaga się ponadto: 1° słusznej przyczyny, jak nagląca potrzeba, wyraźna korzyść, pobożność, miłość lub inna poważna racja pasterska; 2° oceny rzeczy alienowanej, dokonanej na piśmie przez rzeczoznawców”.

No to się premier Morawiecki doigrał. Cały PR legł w gruzy, bo trudno utożsamiać bogatego człowieka, prężnego biznesmena, mającego głowę do interesów i balansującego na granicy prawa z obrazem polityka iście w stylu PiS, czyli pełnego empatii dla Maluczkich, oddanego służbie dla najbardziej potrzebujących wsparcia obywateli, stawiającego naród ponad swoje własne dobro, takiego kolesia z sąsiedztwa.

Roman Giertych tym razem swój list na Facebooku zaadresował do „Anonima”. Dlaczego? – „Bo nie wiadomo kto stoi za uchwaleniem złagodzenia odpowiedzialności za pedofilię, co był łaskaw przyjąć ostatnio Wysoki Sejm. Ale już Rzymianie pisali: qui fecit cui prodest. Ten zrobił, kto zyskał…” – wytłumaczył.

List zaczyna się następującym nagłówkiem: „Drogi Anonimie Kochany!” i budzi oczywiste skojarzenia… – „Widzę mój Anonimie, żeś pięknie to sobie wymyślił i chybcikiem przez Sejm depenalizację pedofilii załatwiłeś. Sprytne, sprytne. Nie powiem. Oskarżali Cię (oczywiście fałszywie!), że dałeś się skusić jakiemuś dziecku, a tutaj myk i czyn sobie może być albo nie, ale przestępstwa nie ma. Genialne!!! (…) Tobie przecież mój Anonimie nie wypada należeć do grona śmiertelników, którzy pod jakieś przepisy karne podpadają. Należysz przecież do Panów, którzy są tak ważni i potrzebni dla kraju, że nawet jeżeli (czemu oczywiście zaprzeczamy stanowczo), ale przypuśćmy jednak, że jakieś dziecko się przytulało, przytulało i koniec końców skusiło, to nie powód, żeby groziła Ci jakaś odpowiedzialność. Ta jest dla tych, którzy podpadną władzy i będą ją krytykować” – napisał Giertych.

>>>

Jak zwykle, Giertych spieszy z radami, co jeszcze można zmienić w Kodeksie karnym: – „Nasz ukochany Bartuś kolejny miesiąc spędza w celi, gdzie okrzykiem „czołem Panie Ministrze” drwią z niego współosadzeni. Tymczasem drobna zmiana kk i wykluczenie tego artykułu karnego, z którego siedzi (chyba 286 kk) i już. Kwiat naszej młodzieży będzie się mógł rzucić na szyję drogiego naszego Antoniego. Sam prezes z wyrzucenia 286 kk byłby zadowolonym, bo jak go Austriak będzie o oszustwo oskarżał, jak przestępstwa oszustwa nie będzie? Ale się głupio zrobi naiwniakowi, gdy dowie się, że ścigał wuja za rzecz, która już jest legalna. To świetny pomysł, aby się przypodobać Umiłowanemu Przywódcy”.

Giertych kończy list życzeniami dla „Anonima”: – „No i jak się to wszystko uchwali, to można do samolotu i do Rzeszowa. Każdemu reset jest potrzebny!”.

Wśród polityków partii rządzącej znajduje się wiele „ciekawych” osób, a wśród nich Beata Boros – Burdingo. Jej historię opisali dziennikarze Onetu, Janusz Schwertner i Daniel Olczykowski.

Pani Boros – Burdingo była kandydatką PiS na wójta gminy Elbląg w ostatnich wyborach samorządowych. Już w trakcie trwania kampanii wyborczej do władz partii dotarł list, w którym anonimowy autor pisał o ewentualnych powiązaniach tej kandydatki ze SKOK-iem Wołomin. Według informatora była ona „kimś w rodzaju księgowej w mafii, ale też po prostu damą do towarzystwa”.

Pani polityk przyznała się do swoich powiązań ze szczecińskim gangsterem Stanisławem P. oraz byłym prezesem PZPN Marianem Dziurowiczem i nie ukrywała, że była finansowo zależna osób oskarżonych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i wyłudzenia ze SKOK Wołomin.

Działaczka PiS dopuściła się również kłamstwa, gdy wkroczyła na ścieżkę kariery politycznej. Napisała o sobie, że jest „ekonomistką ze specjalizacją administracja i ekonomia. Od 1993 roku pracownik Urzędu Skarbowego, organizacji pozarządowych, rewident księgowy i podatkowy”. Prawdą okazała się tylko informacja o organizacjach pozarządowych. Rzeczywiście pani polityk jest prezesem Stowarzyszenia Wspierania Społeczeństwa Obywatelskiego im. Piotra Skargi, tyle tylko, że jej fundacja nie została zarejestrowana w sądzie, co stawia pod dużym znakiem zapytania jej prawne umocowanie.

Władze PiS nie wydają się zainteresowane takimi informacjami o Boros – Burdingo. Wprawdzie przegrała ona wybory, zajmując ostatnie, trzecie miejsce w walce o stanowisko wójta, ale nadal należy do czynnych działaczek lokalnych PiS-u. Rozumiem, że partia ta wyznaje zasadę, iż każdemu należy się druga szansa.

Jestem pełna podziwu dla takiej postawy, choć wydaje mi się, że w tym momencie PiS powinno odpuścić sobie szukanie „haków” na przeciwników politycznych. W końcu, jeśli im wolno mieć takich działaczy to, dlaczego innym nie?

Krystyna Pawłowicz do swojego „the best of” wypowiedzi dodała właśnie kolejną perełkę. Posłanka w mediach społecznościowych po raz kolejny wywołała burzę. Na Twitterze prosi Boga, by ocalił Polskę. Wymieniła chyba wszystkich swoich wrogów, a lista jest długa.

Sądząc po jej aktywności w mediach społecznościowych, Krystyna Pawłowicz nigdy nie śpi. A pewno sen z powiek spędzają jej geje, politycy opozycji i komuniści. W mediach społecznościowych opublikowała dramatyczny apel do Boga, by ocalił kraj przed wrogami.

Krystyna Pawłowicz ma obsesję. Geje, odbyty i kagańce

PiS odcina się od Pawłowicz. Jej reakcja szokuje

Wrogowie Pawłowicz

Pawłowicz obawia się męskich feministek, zniewieściałych facetów, sex-patologii, polskiej targowicy, „V rudej niemieckiej i ruskiej kolumny”. Prosi Boga, by nie wystawiał kraju na kolejną próbę i nie pozwolił komunistom na powrót do władzy.

Czy jej prośba zostanie wysłuchana? Niektórzy internauci twierdzą, że tak się nie stanie, bo Pawłowicz Bóg już dawno opuścił.

Pawłowicz kontra wszyscy

Zastanawiacie się kim są zdradzieccy komuniści? Wyjaśnieniem może być jeden z wcześniejszych wpisów Pawłowicz. Zaatakowała Koalicję Obywatelską i „listę wyborczej hańby”. Wymieniła konkretnych polityków, którzy jej zdaniem są komunistami, oprawcami polskich bohaterów i ludźmi zwalczającymi niepodległość.

Cytaty Krystyny Pawłowicz – „the best of”

Pawłowicz w Radio Maryja: lewactwo niszczy PiS, Biedroń broni nekrofilów

Mateusz Morawiecki publicznie zapewnił, że bardzo, ale to bardzo chciałby wszystko uczciwie wyjaśnić, ale… jak dotąd nie ma na to odpowiedniej ustawy!

Z zawiścią Polaków to chyba jednak jest prawda. Weźmy żonę pana premiera. Wszyscy zazdroszczą jej teraz majątku o nieokreślonej dotąd wprawdzie, ale – jak wieść niesie – ogromnej wartości. Zazdroszczą tym bardziej, że jeszcze do niedawna była przecież niepracującą zawodowo małżonką skromnego radnego AWS-u. No, ale z Polakami to tak zawsze. Liczą cudze pieniądze, zamiast „zmienić pracę i wziąć kredyt”. Pani premierowa zmieniła, a zaraz potem wzięła pożyczkę w banku i proszę – w niespełna dwie dekady „dobra rada” prezydenta Komorowskiego przyniosła fantastyczne owoce!

Zawistnicy krzyczą teraz, że nie każdemu udaje się, ot tak, bez żadnego zabezpieczenia i zdolności kredytowej dostać – na dobry początek – parę milionów franków szwajcarskich. I do tego w banku, który – według zapewnień jego ówczesnego szefa – w ogóle nie udzielał wtedy pożyczek w tej walucie! No, ale pani premierowa „dała radę”. A jej mąż, który – trzeba trafu – został akurat szefem tego właśnie banku – nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia.

Nie wiedział też, skąd żona wiedziała o tych 15 ha gruntów, które można było nabyć za bezcen od pewnego arcybiskupa. Żona twierdzi, że powiedział jej o tym znajomy, a mąż, że informacja wyszła z kurii. Pewne jest jedno – inwestycja opłaciła się obrotnemu małżeństwu stukrotnie. I tak się, moi drodzy, robi interesy! Gdyby tak tylko wszyscy bezrobotni i niezamożni rodacy poszli w ślady państwa premierostwa, problem niedostatku zniknąłby z Polski na zawsze, a sprzedaż samochodów elektrycznych rodzimej produkcji ruszyłaby z kopyta.

Ten jeden przykład powinien zamknąć usta wszystkim, którzy twierdzą, że partia aktualnie rządząca ma deficyty kadrowe. Nie ma żadnych, a już na pewno nie dotyczy to stanowiska premiera. Nikt inny nie gwarantuje narodowego dobrobytu tak, jak aktualny szef rządu, bo na inwestycjach zna się on, jak mało kto. Potrafi wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do zrobienia pieniędzy. Wie, z kim przestawać, żeby czynić korzystne inwestycje.  No i obraca się w dokładnie w tych kręgach, które akurat gwarantują sowite profity.

Toteż w robieniu interesów jest nawet skuteczniejszy od samego pana prezesa Kaczyńskiego! Podczas, gdy Dwie Wieże pozostają zaledwie w fazie projektu, majątek państwa premierostwa już w tej chwili czyni ich finansową elitą nowopowstającej rodzimej „oligarchii”. No, ale nie chcielibyśmy chyba, żeby za finanse państwa odpowiadał ktoś bez doświadczenia, znajomości i pieniędzy, zarabiający dotąd poniżej średniej krajowej?

Przecież partia pana prezesa zapewnia od dawna, że stawia na sprawdzonych fachowców. W informatyce najlepiej sprawdzają się byli hakerzy. Z pieniędzmi jest podobnie. Nikt nie potrafi ich robić tak, jak beneficjenci naszej „dzikiej” transformacji.

Owszem, partia aktualnie rządząca ściga takich cwaniaków, jak potrafi, ale przecież nie tych, którzy owszem, swoje wtedy ugrali, jednak teraz wykorzystują to swoje bezcenne doświadczenie dla dobra Narodu! Przecież to dobrze, że pan premier (i jego małżonka) dają sobie radę w brutalnym świecie wielkich finansów i wielkiego biznesu, a że może czasem korzystają przy tym ze znajomości czy nadarzających się specjalnych okazji, to tylko dobrze świadczy o ich „smykałce” do pieniędzy.

Poza tym działania inwestycyjne państwa premierostwa godne są pochwały z jeszcze jednego ważnego powodu – zawsze były one patriotyczne. Bank, który miał dać premierowi rzekomą „odprawę” ukrytą na wewnętrznym koncie, jest zachodni. A grunty odzyskane zostały z rąk obcego państwa (Watykanu), a na dodatek leżą na wrocławskim Oporowie, więc spokojnie można je uznać za zadatek na poczet tych reparacji, co to ma je od Niemców uzyskać pan poseł Mularczyk. Toteż państwo premierostwo, inwestując w nieruchomości, dokonali zarazem prywatnego aktu repolonizacji.

W tej sytuacji domaganie się wyjaśnień w kwestii działek, kredytów frankowych czy rzekomej, zatajonej odprawy, po prostu nie uchodzi. Zwłaszcza, że pan premier publicznie zapewnił, że bardzo, ale to bardzo chciałby to wszystko uczciwie wyjaśnić, ale… jak dotąd nie ma na to odpowiedniej ustawy! A każdy wie, że w państwie tak praworządnym, jak to rządzone przez pana premiera, być uczciwym bez ustawy, to jak samemu prosić się o poranną wizytę funkcjonariuszy prokuratora Ziobry.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Jak działa państwo mafijne don Corleone Kaczyńskiego?

23 Maj

„Gazeta Wyborcza” ujawnia, że w mieszkaniu prezes Trybunału Konstytucyjnego, Julii Przyłębskiej odbywają się cykliczne spotkania, w których uczestniczy prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki. Rozmówcy z rządu w rozmowie z GW podkreślają wprost, że to ważny ośrodek władzy.  Mieszkanie mieści się w reprezentacyjnym budynku z balkonami i dużymi oknami naprzeciwko TK. Obok swoje siedziby mają Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Edukacji Narodowej, niedaleko jest kancelaria premiera. W PiS od dawna narasta niezadowolenie, że partyjna siedziba przy ul. Nowogrodzkiej nie jest jedynym centrum decyzyjnym.

Jarosław Kaczyński skomentował publiczne swoje kontakty z prezes TK 13 maja w programie „Pytanie na śniadanie” w TVP 2. Niespodziewanie ujawnił w nim, że Przyłębska „jest jego towarzyskim odkryciem ostatnich lat” i bardzo lubi u niej bywać, a spotkania mimo pełnionej przez nią funkcji mają prywatny charakter.

Wypowiedź ta (temat przyjaźni prezesa PiS miał być jednym z zaplanowanych przez jego PR-owców tematów rozmowy) padła w czasie, gdy GW zaczęło prowadzić dziennikarskie śledztwo w sprawie spotkań w warszawskim mieszkaniu. Gazecie powiedział o nich jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości – czytamy w portalu. Po telewizyjnych występach prezesa PiS kontrolę w budynku przy al. Szucha przeprowadziła Służba Ochrony Państwa. Pracownicy zostali poinstruowani przez SOP o zachowaniu zasad RODO i ochronie danych osobowych.

>>>

Jarosław Kaczyński przyjeżdża do Przyłębskiej dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Czasami niesie reklamówkę, a towarzyszący mu ochroniarz teczkę z dokumentami. Budynek jest chroniony, a gości wita konsjerż. Prywatni ochroniarze lidera PiS czekają w recepcji budynku. Pod koniec 2017 r. w spotkaniach zaczął uczestniczyć Morawiecki, wtedy jeszcze wicepremier i minister finansów. Według informatorów z PiS to właśnie w mieszkaniu Przyłębskiej miał się narodzić kształt jego rządu. Wpływy Przyłębskiej w obozie władzy wyraźnie rosną. Według informatora z PiS trzyma ona stronę premiera w stałym sporze Morawieckiego z Ziobrą. Rozmówcy GW z rządu opowiadają, że doradcy premiera pytają jeden drugiego, kto „powiadomi Julię” o konkretnej decyzji.

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek, biuro prasowe premiera i rzecznika TK na pytania „GW” w sprawie spotkań na Szucha nie odpowiada. Odpowiedział jedynie Jakub Kozłowski, rzecznik TK. Stwierdził, że spotkania „mają charakter towarzyski i nie są związane z wykonywaniem funkcji publicznych przez osoby, które w nich uczestniczą”. W ubiegłym tygodniu wicemarszałek Senatu Adam Bielan twierdził w TVN 24, że Kaczyński nie rozmawia z Przyłębską o działalności TK.

– Takie sytuacje są nie do wyobrażenia – powiedział „Wyborczej” były prezes Trybunału prof. Andrzej Rzepliński. Jak podkreślił, on takich towarzyskich relacji ze sprawującymi władzę politykami nie miał, bo nie było na to ochoty ani z ich, ani z jego strony. – Polska już nie jest demokratycznym krajem – powiedział prof. Rzepliński.

Przypomnijmy: prezes Przyłębska zaczęła awansować za „dobrej zmiany”. W przeszłości była sędzią sądów w Poznaniu i pracownikiem ambasady w Berlinie. W 2016 r. głosami PiS została wybrana w skład Trybunału, a od 21 grudnia tamtego roku jest jego prezesem. W 2018 r. odebrała nagrodę Człowieka Wolności tygodnika „Sieci”. Na towarzyszącej temu gali, transmitowanej przez TVP, zjawiły się wszystkie najważniejsze osoby w kraju.

Dzisiejszy układ sił w Polsce zaczyna przypominać ten, opisany przez Bálinta Magyara w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego. Czy taka przyszłość czeka Polskę?”. Pisze on m.in.: „Centrum podejmujące rzeczywiste decyzje polityczne i gospodarcze przesunęło się ze sformalizowanych i posiadających legalną legitymację ośrodków rządowych, a nawet z partyjnego politbiura, do „polipbiura” należącego do adopcyjnej rodziny politycznej. (…) Rzeczywiste centrum władzy w państwie mafijnym znajduje się w rękach wąskich, najwyższych kręgów rodziny politycznej, a nie w sformalizowanej instytucji posiadającej legalne kompetencje” (cytujemy za „Gazetą Wyborczą”, która przedrukowała fragmenty książki).

W odpowiedzi na wstrząsający dokument braci Sekielskich Jarosław Kaczyński zarządził natychmiastowe wniesienie pod obrady Sejmu nowej wersji Kodeksu Karnego, który od pewnego czasu pitrasił po cichu Zbigniew Ziobro. Na chybcika dopisano tam kilka zmian, reklamowanych jako „młot na pedofilów”.  Prawnicy przecierają oczy ze zdumienia. Nie dość, że cała ustawa pełna jest niedopowiedzeń i niekonsekwencji, to zmiany w art. 200 nowego KK sprzyjają bynajmniej nie ofiarom pedofilii, a tym, którzy mają wiedzę o tym obrzydliwy procederze, pomagają pedofilom i ich wspierają! Zmiany te zapewniają bezkarność ludziom, którzy sprzyjają przestępcom i pośrednio uczestniczą w haniebnych czynach, doprowadzając do kontaktu pedofila z dzieckiem celowo lub wskutek braku odpowiedniego nadzoru. Domyślności Czytelników pozostawiam odpowiedź na pytanie – kogo chronią nowe przepisy?

W obliczu zagrożenia, że partie opozycyjne zdobędą społeczne poparcie dla takiej komisji badającej pedofilię w Kościele, która mogłaby oskarżyć zaprzyjaźnionych z PiS hierarchów, prezes zdecydował się powołać swoją komisję, badającą przypadki pedofilii – wszędzie. Wszędzie, czyli nigdzie. To tak, jakby kazał utworzyć komisję do zbadania wszelkich przypadków zabójstw albo kradzieży w celu zidentyfikowania każdego mordercy i złodzieja. A przecież od tego są organy ścigania. Natomiast politycy są od tego, żeby tym organom dać do ręki odpowiednie narzędzia. Odpowiednie, czyli niekoniecznie prymitywne maczugi. Niewiele się zmieni, jeśli za morderstwo karać będziemy wbijaniem na pal, a za kradzież obcięciem ręki.

Samo podniesienie górnej granicy kary za pedofilię nie ograniczy jej rozmiaru, a już na pewno nie w Kościele, jeśli prokuratorzy traktować będą przestępców w koloratkach tak jak poseł Piotrowicz księdza z Tylawy. Żadnego pedofila nie odstraszy nawet najsurowsza kara, jeśli wszczynane sprawy przeciągane będą aż do przedawnienia.  Również upublicznienie rejestru pedofilów nie zmniejszy skali problemu, dopóki niektórzy z nich mogą liczyć na wykreślenie ze spisu lub utajnienie swego skazania.  A już na pewno nie rozwiążemy sprawy, jeśli biskupi stanowić będą jedyną grupę, której nie dotyczy polskie prawo.

Nasze prawo karze za współudział w przestępstwie i pomoc udzielaną przestępcom. Biskupi o tym wiedzą. Mają świadomość, że molestowanie, a przede wszystkim gwałt na dziecku, to ohydne przestępstwo. Wiedzą zatem, że sprawcy, którzy przychodzą do nich po ratunek (a czasem nawet nie muszą o to prosić), to przestępcy. A zatem mają świadomość, że pomoc udzielana przestępcy oraz ukrywanie jego czynów można traktować jak współudział w przestępstwie. I godzą się z tym, bo wiedzą, że przy tej władzy nigdy nie ujrzą ani kajdanek ani nawet pisma z prokuratury.

Licząc na dalsze wsparcie hierarchów w kolejnych kampaniach wyborczych, Kaczyński opowiada dyrdymały, jakby miał nas za głupków. Ale tak naprawdę sam robi z siebie durnia głosząc, że pedofilia w Kościele różni się od pedofilii wśród murarzy czy bezrobotnych tylko tym, że wśród księży występuje rzadziej. Tylko podły cynik albo ktoś słabujący na umyśle nie dostrzeże, że nie murarze i nie bezrobotni poczuwają się do formułowania norm moralnych i wskazywania ludziom drogi do prawdy. I nie murarzom ani bezrobotnym powierzamy z ufnością nasze dzieci w przekonaniu, że akurat tam nikt je nie skrzywdzi.

Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński albo rżnie głupa – jak mówią w mojej okolicy – albo los naszych dzieci jest mu doskonale obojętny. W końcu to nie jego dzieci.

Dlaczego Zbigniew Ziobro i rządząca partia nie wszczynają śledztw w przypadku oczywistych przestępstw i to zagrożonych wysoką sankcją? – pytają politycy PO. Chodzi o przypadki pedofilii w Kościele wskazane w raporcie Konferencji Episkopatu Polski. Posłowie Sławomir Nitras i Cezary Tomczyk składają do prokuratury zawiadomienie o bezczynności ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Państwo nie działa

– Polacy zawsze muszą mieć świadomość, że państwo działa w ich interesie i stanie po stronie ofiar. W ciągu ostatnich 4 lat zobaczyliśmy, że państwo PiS nie stanęło na wysokości zadania, nie stanęło po stronie dzieci i ofiar. Sprawa jest poważna, bo dotyczy tych najsłabszych. W raporcie są twarde dane, a mimo to prokuratura Zbigniewa Ziobry nie zrobiła w tej sprawie nic – mówił na konferencji prasowej poseł Cezary Tomczyk.

Chodzi o przedstawiony w połowie marca raport Konferencji Episkopatu Polski mówiący o przypadkach pedofilii wśród księży i zakonników. Mówi on o 382 przypadkach duchownych, którzy skrzywdzili dzieci wykorzystując je seksualnie. W raporcie mowa jest w sumie o 625 skrzywdzonych dzieciach. Dane pochodzą z 74 zakonów oraz 41 diecezji.

Z zestawienia wynika, że co najmniej 120 przypadków wykorzystywania seksualnego małoletnich nie zostało zgłoszonych właściwym organom państwa.

„Zbigniew Ziobro łamie prawo”

Politycy PO podkreślają, że mija już kolejny dzień dyskusji o raporcie Konferencji Episkopatu Polski, a minister sprawiedliwości i prokurator generalny nie zrobił nic.

– Naszym zdaniem Zbigniew Ziobro łamie przepisy Kodeksu karnego, a konkretnie art. 231, nie wszczynając śledztw w przypadku ewidentnego złamania prawa w przypadku pedofilii – tłumaczy poseł Sławomir Nitras.

Dlatego posłowie Platformy zdecydowali się złożyć zawiadomienie o bezczynności działań Zbigniewa Ziobry.

– Gdzie są dzisiaj organy ścigania? Dlaczego o 6 rano nie są tam, gdzie ich miejsce i gdzie są przestępcy? Dlaczego nie pomaga ofiarom i próbuje zamiatać tę wielką aferę pod dywan?! – pyta Cezary Tomczyk.

Zapowiada, że jedną z pierwszych decyzji nowego rządu po wygranych przez Koalicję Europejską wyborach będzie decyzja o powołaniu Komisji Prawdy, która „w sposób niezależny od polityków będzie mogła wyjaśnić wszystkie nieprawidłowości związane z działalnością instytucji państwa, tak aby żadne dziecko nie zostało skrzywdzone”.

„Biznesmen Bogdan Szagdaj i przedziwna transakcja z M. Morawieckim. W 2002 nabył udział 1/4 działki od Morawieckich, później ten udział im zbył… Jaki był jej sens? Domyślacie się już?” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza.

Poseł PO dołączył wypisy z ksiąg wieczystych.

W kolejnym wpisie Brejza dodał: – „Wg kelnera z Sowy istnieje nieujawnione jeszcze nagranie, na którym premier Morawiecki ma mówić o kupowaniu nieruchomości na podstawione osoby”. Tu pojawił się fragment zeznania rzeczonego kelnera, które opublikował onet.pl.

„Kasa za coś, za co miał zapłacić, a nie mógł legalnie. Czyli „pod stołem”, ale „na stole””; – „Dobrze rozumiem, że kupujący kawałek działki od Morawieckiego odsprzedał ją z powrotem Morawieckiemu, uzyskując znaczący dochód, i to nieopodatkowany?”;

„Atmosfera wokół działki premiera rządu o „nieskazitelnie czystych rękach” i „emanującego transparentnością” zagęszcza się tak, że już teraz można zawiesić siekierę” – odpowiadali posłowi internauci.

Kaczyński może mi wszystko zabrać, a ja i tak dojdę do prawdy o Srebrnej, o imperium tego oligarchy – mówi Krzysztof Brejza w rozmowie z Magdą Jethon.

Magda Jethon: – Od dawna jest Pan taki waleczny?

Krzysztof Brejza: – Mam to w genach. Cała moja rodzina jest taka. Ojciec działał w NZS, po latach został odznaczony za walkę z komuną, jego brat, walkę z komuną w stanie wojennym przypłacił życiem. Gdzieś w genotypie mam waleczność, aktywność, opór wobec niesprawiedliwości oraz wewnętrzny sprzeciw na ograniczanie wolności.

Budzi Pan skrajne emocje, od uwielbienia po bezgraniczną nienawiść. A wszystko dlatego, że ciągle pyta Pan, jak nie o premie, to o 50 tys. łapówki albo o panią Basią itd.

Muszę i chcę to robić. 26 maja Polska podejmie decyzję, czy jest krajem Zachodu, czy Wschodu. Dlatego muszę pokazywać tę wschodnią „hipokryzyjną” twarz PiS-u. Nie wiem, dlaczego taką budzę nienawiść wśród polityków tej partii, czy dlatego, że pokazuję prawdę? Ostatnio pani Kempa powiedziała: – „Z nim nigdy nie usiądę do stołu, to jest taki jedyny poseł PO”. Nie użyła mojego nazwiska, ale z obrzydzeniem mówiła, że takich ludzi, jak ja nie powinno być w polityce. Krzywdy jej w życiu nie zrobiłem, no, może jedną – ujawniłem system drugich pensji, pseudo nagród, które zaczęli sobie wypłacać. Dostali po kieszeni i to ich bardzo zabolało. Resentyment czysto ekonomiczny. A tam, gdzie boli finansowo, tam rodzi się nienawiść do Brejzy, który wykonuje swoje zadania.

Jest Pan bezlitosny…

Nie lubię kłamstw ani tej pato-polityki narzucanej przez PiS, ale staram się działać tak, żeby nie używać argumentów personalnych. Zawsze działam w oparciu o merytorykę, dokumenty, pytania, precyzyjne kwoty, precyzyjne umowy. Jeżeli zarzucam komuś kłamstwa, to precyzyjnie i rzeczywiście bezlitośnie dopytuję do końca. Takie jest główne zadanie opozycji.

Najgłośniejsza afera to te słynne już premie…

Tak i jestem z niej dumny, bo doprowadziła do największego tąpnięcia w historii badań opinii publicznej. PiS przekraczał wówczas w niektórych badaniach 50 proc.; szli szlakiem Fideszu Orbana. Po ujawnieniu tych premii spadło im do 38, 37, to było wielkie tąpnięcie w kwietniu 2018. Wybiłem im te populistyczne zęby. Do dziś nie mogą się ponad ten pułap podnieść. Uważam, że z nimi trzeba walczyć w ten sposób. Oczywiście obrona sądów, trójpodział władz są bardzo ważne, ale arogancja władzy to jest to, co trzeba pokazać elektoratowi, bo PiS jest najbardziej arogancką ekipą w historii Polski.

A jak prezes spogląda na Pana podczas „mijanek” korytarzowych w Sejmie?

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek minał się z prezesem Kaczyńskim. On po Sejmie chodzi bocznymi korytarzami obstawiony ochroniarzami, trudno się z nim minąć. U większości posłów PiS widać wielkie zacietrzewienie i nieracjonalną nienawiść. Ale uwaga, jest niewielka grupka posłów PiS, którzy z sympatią i uznaniem patrzą na moją pracę, ale ich nie wymienię, bo nie znajdą się na listach wyborczych.

Poseł ma instrumenty do kontroli rządzących w postaci interpelacji czy interwencji, ale czy obecna władza zawsze na nie odpowiada?

Interpelacja, zapytania bywają nieskuteczne. Interwencje poselskie również podejmuję, ale  moim ulubionym środkiem pracy poselskiej jest wniosek o dostęp do informacji publicznej. Bo tylko ten wniosek daje możliwość odwołania do sądu. Oni wiedzą, że jeżeli w ciągu 14 dni nie odpowiedzą, to ja składam skargę do WSA i rozpoczynamy sprawę w trybie administracyjnym. Wtedy sąd ostatecznie może ich przymusić do odpowiedzi. I tu już zaczynają się inne rozmowy. Na interpelacje Macierewicz nie odpowiadał przez 500 dni, a premier na interwencję nie odpowiada już kilkadziesiąt dni. Wnioski o dostęp do informacji publicznej są dużo skuteczniejsze, ale wymagają precyzji prawniczej, muszą być dobrze sformułowane, są jednak teraz moim głównym orężem walki.

Sam Pan to wszystko przygotowuje?

Mam dwoje asystentów, a dokładnie jednego i pół etatu asystentki. Wstaję o 6., zaczynam pisać od 7. Przeważnie robię wszystko sam.  Do asystenta należy obsługa skrzynek, Twittera, e-maila. Od 1 lutego zaliczyłem bodaj 3,5 tys. interwencji i wniosków w trybie ustawowym. To wszystko są problemy ważne dla Polaków, afery, podejrzane kwoty płynące chociażby do Rydzyka, który np. dostał dla telewizji Trwam, telewizji o oglądalności osiedlowej kablówki, półtora miliona złotych z państwowej agencji. Godzina programu dwóch gadających głów, zestresowanego dziennikarza z TV Trwam i pani urzędniczki, która powinna to robić w godzinach pracy, kosztuje 20 parę tysięcy złotych. Takich programów powstaje kilkadziesiąt, za półtora miliona złotych.

Skąd Pan wie, kogo, o co i kiedy pytać?

Intuicja. Mam nosa, zadaję pytanie i kiedy czuję w odpowiedzi, a to widać nawet w języku urzędniczym, że coś kręcą, to dociskam, dopytuję kolejne instytucje i worek się wysypuje.

Rozumiem, że nie buduje Pan swojego wizerunku przy pomocy poradników. Wiem też, że śmiał się pan z tego, iż ponoć Ziobro ma cały regał poradników od wizerunku. Dlaczego więc nie chce Pan być zapamiętany jako poseł śledczy, kiedy pana działania świadczą o tym, że jest pan dociekliwy, rzetelny, konsekwentny, pracowity?

Nie chcę się zawężać do roli śledczego. Potrafię robić i inne rzeczy. Występuję w programach, w debatach, wiele hipokryzji PiS udało mi się udokumentować w komisji Amber Gold, która okazała się ich wielką kompromitacją.

A propos komisji Amber Gold, kilka dni temu zakończyła ona prace. Telewizja Kurskiego transmitowała najpierw prawie godzinne wystąpienia przewodniczącej Wassermann z PiS, potem równie długie posła PiS Krajewskiego. Następnie udzielono Panu głosu, ale po kilku Pana zdaniach TVPis przerwała transmisję. 

Naprawdę!? Nie wiedziałem o tym.

Przerwano Pańską wypowiedź w połowie zdania …

Nie wierzę! Może dlatego, że mówiłem o tym, jak funkcjonariusz TVPis niszczył prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To było zaraz po jego przesłuchaniu. Biegł za nim niejaki Sitek i w sposób agresywny, wbijając mu mikrofon pod usta, pytał, kim jest Paweł Adamowicz na liście klientów Amber Gold. Podłość tego pytania polegała na tym, że na liście klientów Amber Gold nie było prezydenta Gdańska. Oni to doskonale wiedzieli. Mają cały aparat szczucia, prokuraturę, służby, ABW, CBA, komisję śledczą i świadomie wypuszczają takie insynuacje. Doskonale wiedzieli, że Paweł Adamowicz nie lokował środków w Amber Gold. Na liście klientów, na której było kilkadziesiąt tysięcy osób, osobiście znalazłem człowieka o nazwisku Adamowicz, ale z miejscowości odległej o kilkaset kilometrów od Gdańska. To była zupełnie inna osoba. I oni to doskonale wiedzieli, ale ich zamiarem jest szczuć i zniszczyć.

Ma Pan o tyle dobrą sytuację, że jest Pan prawnikiem, czyli trudniej Pana zastraszyć. Dostaje Pan jakieś pisma przedprocesowe?

Dostaję, głównie z powodu SKOK-ów. Poza tym sam Kaczyński straszył mnie trybem karnym z art. 212 w sprawie Srebrnej. Otrzymalem od niego pozew.  Dostaję też mnóstwo chamskich pogróżek. Wczoraj do biura dzwoniło kilka osób rzucając, przepraszam, k… i ch… na mnie, to jest elektorat tego środowiska, tej populistycznej partii. I wczoraj też dostałem wiadomość, proszę zobaczyć, od pana, który istnieje, bo na Twitterze ma profil, pan Jacek Doniewski: „won z mojej ojczyzny, życzę nagłej i niespodziewanej śmierci”, to przyszło na moją pocztę sejmową. To są te emocje, które radykalni populiści wywołują w ludziach.

Coś Pan z tym zrobi? To są przecież groźby karalne!

Zgłoszę na policję.

Poniósł Pan jakieś straty materialne w związku ze swoją działalnością?

Na razie nie, no oprócz tego, że Kaczyński za ujawnienie drugich pensji obciął nam wynagrodzenie o jedną trzecią. Ale mówię: Kaczyński może mi wszystko zabrać, a ja i tak dojdę do prawdy o Srebrnej, o imperium tego oligarchy.

Czuje się Pan zagrożony na ulicy?

Nigdy tak się nie czułem, ale ostatnio szliśmy z senatorami na konwencję Koalicji Europejskiej i na Placu Trzech Krzyży w Warszawie starsza pani podeszła i uderzyła mnie w głowę, krzycząc „zdrajca” i „hańba”. Zrozumiałem wtedy, że przemoc zaczyna się rodzić w jakiejś części elektoratu PiS, że ludziom puszczają nerwy. I pierwszy raz poczułem się zagrożony.

Mówi Pan, że jest wyczulony na prowokacje?

Mam niezłą intuicję, wyczuwam takie rzeczy. Dostaję dużo mejli, często czuję, że coś jest nie tak. Potrafię wyczuć, że ta konkretna propozycja spotkania, kontaktu, że niby ktoś ma mi coś do przekazania, jest podejrzana. Intuicja to mój najlepszy doradca, który pomaga mi to wszystko przefiltrować. Ograniczam oczywiście miejsca, w których umawiam się na spotkania. Nie chodzę po pubach.

A pożar w Pańskiej kamienicy przestraszył Pana?

Wtedy się przestraszyłem, bo pożar objął rury instalacji gazowej pod oknem moich dzieci. Pożar jednak wyśmiano, mimo iż wiadomo na pewno, że doszło do celowego podpalenia (a nie do zaprószenia od niedopałka), a prokuratura źle zabezpieczyła materiały dowodowe, co uniemożliwiło poczynienia dalszych ustaleń.  Sprawcą nie jest wcale zatrzymany sąsiad, sprawca jest nadal nieznany. Takie są ustalenia prokuratury, ale już nie chce tego nagłaśniać.

Tata mówi czasem – synku dosyć, bo nas wszystkich zmiażdżą?

Nie, mój tata jest samorządowcem z krwi i kości. Po 250 audycjach szczujni TVPiS dostał znacznie lepszy wynik niż w poprzednich wyborach i wygrał w pierwszej turze. Uzyskał najlepszy wynik spośród prezydentów w województwie i jeden z najlepszych w Polsce. Widzę ogrom poparcia i sympatii dla mojego ojca, również i dla mnie. Widzę, że ludzie są po naszej stronie, bo ludzie nie są głupi, nie dają się na tę propagandę nabrać.

A żona nie mówi – masz trójkę dzieci, zastanów się, co robisz.

Nie, choć często sie martwi o mnie. Ale moja żona jest też prawnikiem, adwokatem, wszystko rozumie, a do tego jest pełna empatii i ma bardzo głęboką wrażliwość na drugiego człowieka. Krótko mówiąc – bardzo mnie wspiera. Także merytorycznie. Prowadzi wiele z moich spraw sądowych.

Jak Pan to wszystko ogarnia? Ma Pan jakiś program do zarządzania czasem?

Nie, nie mam żadnego programu, mam kalendarz w głowie, zbieram wszystko w postaci mejli, oczywiście dobrze otagowanych, to najprostsza metoda, inaczej byśmy się pogubili. Mam też skrzynki na interwencje i interpelacje. Poza tym mam bardzo fajne tablice sucho ścieralne. I w biurze, i w domu mam jedną wielką tablicę z interwencjami.

W domu?

W domu. Na korytarzu, taką podświetlaną, a na niej porozpisywane wszystkie interwencje i interpelacje.

Z sypialni ją widać?

Jak przechodzę z sypialni do salonu, to czasem się przy niej zatrzymuję, nie ukrywam. Ale czasy są takie, że trzeba działać. Przyszedł moment, że trzeba było zawiesić tę tablicę, ale kiedyś ją zdejmiemy.

Śnią się Panu interpelacje?

Mam w sobie obowiązkowość i bardzo nie lubię, jak o czymś zapomnę. Pojawiają się wtedy zwyczajne wyrzuty sumienia. Zdaję sobie sprawę, że masa mejli, pism kierowanych do mojego biura, wiadomości na Facebooku może w natłoku do mnie nie trafić. I choć wiem, że  jedna osoba nie jest w stanie fizycznie tego wszystkiego obrobić, to jednak nie daje mi to spokoju.

Wiemy, że każda władza kiedyś przegra, kiedy wg Pana zacznie się początek upadku tej władzy?

Już nastąpił po publikacji filmu Sekielskich, który miał ponad 20 milionów odtworzeń, tego się nie da zatrzymać. Jeżeli Sekielski zdąży jeszcze zrobić film o SKOK-ach, czyli o kuźni kasy ludzi PiS, to będzie już ostateczne dobicie. Koalicja Europejska 26 maja musi wygrać wybory. Apeluję, żeby poprzeć listę Koalicji Europejskiej, bo to są wybory zero-jedynkowe. Nie zróbmy błędu z 2015 r., kiedy mniejsze ugrupowania nie przekroczyły progów, a ich stracone głosy przeszły na PiS. Ordynacja d’Hontowska jest bezlitosna – albo Koalicja Europejska, albo PiS, każdy głos nie na Koalicję Europejską jest głosem de facto na Kaczyńskiego.

Chce Pan zostać europosłem. Jaką rolę widzi Pan dla siebie w PE?

Bardzo mnie interesuje cyberbezpieczeństwo Polski i UE. Wyczuwam też potrzebę budowy narracji dla ludzi młodych w Polsce, żeby wiedzieli, czym jest UE, ponieważ widzę duże zagrożenia ze strony ruchów antyeuropejskich, różnych trolli, które mają zniszczyć UE od środka. Te trolle docierają do nas, bardzo często są inspirowane przez naszego wschodniego sąsiada, czyli Rosję: to jest Aleksander Dugin, który buduje wielki projekt Eurazji, partia Jedna Rosja, która ma zniszczyć upadłą Europę, bo świat cywilizacji północnoatlantyckiej jest wg niej zgniły. Tu oczywiście nie wjadą żadne czołgi – to będzie potężna wojna informacyjna. Jej celem jest rozbicie UE, żeby Europa była znów podzielona, skłócona i słaba. W takiej Europie nie będzie już miejsca dla Polski. Nasz kraj w sposób naturalny podryfuje na Wschód. Do tego nie można dopuścić.

A kto w takim razie będzie śledził polskie afery, kiedy przeniesie się Pan do Europarlamentu?

Będę śledził je w dwójnasób, bo będę miał do tego dużo lepsze warunki, nie jednego asystenta, ale pięciu albo siedmiu. To już nie będzie jednoosobowa robota Brejzy. Stworzymy naprawdę dobrą drużynę. Musimy przedefiniować pracę eurodeputowanego. Ludzie myślą, że wyjazd posła do Parlamentu Europejskiego, to wakacje all inclusive, to placówka, na której można odpocząć przez pięć lat, popijając wino. Nie. Tam trzeba pracować dla Polski i dla UE. Równocześnie można i trzeba pracować dla swojego regionu. Mój teren to województwo kujawsko-pomorskie. Tu są bardzo ważne miasta Bydgoszcz, Toruń, Włocławek, Grudziądz, Inowrocław i mnóstwo innych. Powtarzam, eurodeputowany jedzie do pracy, a nie na wycieczkę czy wakacje all inclusive.

Czyli jeśli Pan dostanie się do PE, planuje Pan wykonywać podwójną pracę?

Tak, na dwie nogi, jedną brukselską, drugą krajową, regionalną. Będę jeszcze aktywniej działać w Polsce – obiecuję! Tam cyberbezpieczeństwo, sprawy obrony i wojny informacyjnej, która jest toczona z nami, a tu w Polsce sprawy bieżące, których nie brakuje i nie zabraknie.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Pedofilia polityków, nie tylko kleru. Czas obnażyć zbrodnie

30 Kwi

Ze zdumieniem i niedowierzaniem obserwuję informacje, które pojawiają się w mediach na temat afery pedofilskiej w domu publicznym na Podkarpaciu. Na szczęście nie jestem pełnomocnikiem ani byłego agenta CBA, ani pokrzywdzonych ani nikogo innego w tej sprawie, więc mogę się wypowiadać jako obywatel, a nie adwokat.

Czy myśmy wszyscy przez te ostatnie cztery lata tak zdziczeli, że gwałty na dzieciach organizowane przez służby specjalne (albo za ich przyzwoleniem) nas nie ruszają? Moja wiedza pochodzi wyłącznie ze źródeł medialnych, ale ponieważ nikt nikomu jeszcze procesu nie wytoczył, to mam podstawę sądzić, że prawdą jest iż od lat funkcjonował dom publiczny, który sprowadzał nieletnie dziewczynki z Ukrainy, które były gwałcone przez tysiące „Vipów”, w tym osoby z najwyższych kręgów władzy. Dodam że dla mnie jako obywatela współżycie seksualne nawet za zgodą osoby poniżej 15 roku życia, to zawsze gwałt, mimo że kategoria prawna jest nieco inna. Tak czy inaczej pedofile z najwyższych kręgów władzy (według publicznych oświadczeń b. agenta CBA, który miał dostęp do taśm z nagrywanymi politykami) używały tego domu publicznego. Jak wynika z informacji medialnych osoby te mogły być szantażowane tymi materiałami. Nadto wiemy, że kierownictwo służb próbowało w/w agenta CBA zmusić, czy przekupić, aby milczał o tym skandalu. Czyli służby specjalne chroniły osoby publiczne, które były odpowiedzialne za jedne z najbardziej odrażających przestępstw.

Czy może być coś bardziej szokującego? Dla mnie nie.

Co się z nami wszystkimi na Miłość Boską stało, że o tej sprawie nie huczą wszystkie media od rana do wieczora? Gdy przypomnę sobie jak reagowały media wobec seksafery w Samoobronie to muszę stwierdzić, że z naszym krajem przez te dwanaście lat stało się coś bardzo złego.

Gdzie demonstracje pod siedzibami służb domagające się pełnej listy „klientów” tego domu publicznego? Gdzie apele organizacji chroniących dzieci, kobiety i zwalczające handel niewolnikami? Gdzie głos organizacji religijnych? Gdzie wniosek o komisję śledczą? Gdzie działania prokuratury? Gdzie wyjaśnienia premiera? Gdzie zainteresowanie Prezydenta?

Przypomnę: według pojawiających się w mediach wiarygodnych informacji mamy do czynienia z wykorzystywaniem seksualnym setek dziewczynek przez osoby publiczne i to na przestrzeni wielu lat. Wykorzystywaniem nagrywanym, które może być źródłem szantażu przy którym dawne teczki SB, to zabawa w przedszkolaka. Właściciel teczki z nagranym np. posłem uprawiającym seks z 14-latką jest właścicielem tego posła. W sensie dosłownym. Może mu kazać się zrzec mandatu, głosować tak lub inaczej, zdradzić tajemnice państwową etc. Od niego bowiem zależy, czy dany człowiek pójdzie na dekadę do więzienia z piętnem pedofila, czy nie. Oprócz więc wątku obyczajowego i karnego mamy tutaj fundamentalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa.

Czy zebrała się w tej sprawie Rada Bezpieczeństwa Narodowego? Czy Pan Prezydent , który jak już wiemy sezon narciarski zakończył, zainteresował się tą fundamentalną kwestią? Może być tak, że najważniejsze dokumenty w Państwie trafiają np. do osoby szantażowanej? Czy samo zbadanie takiej możliwości nie powinno być obecnie priorytetem wszystkich służb?

Apeluję do wszystkich osób uczciwych, aby nie dopuściły do tego, aby ten chyba największy skandal naszych czasów zginął w tumanach mgły, która się rozciągnęła nad naszym życiem publicznym i nie pozwala dostrzec rzeczy najważniejszych.

*

„Rzeczpospolita” opublikowała nowe ustalenia ws. afery z Podkarpacia. Pojawiają się kolejne potwierdzenia tego, że w agencjach towarzyskich braci R. nagrywano VIP-ów. Samych taśm ma być blisko cztery tysiące.

Coraz więcej wskazuje na to, że sekstaśmy z podkarpackich agencji towarzyskich prowadzonych przez dwóch braci istnieją – donosi wtorkowa „Rzeczpospolita”. Wcześniej były to tylko doniesienia – m.in. byłego agenta CBA – a teraz pojawiają się nowe informacje.

Gazeta dotarła do zeznań Ukraińców, braci Jewgenija i Aleksieja R., a także ich pracowników. W trakcie śledztwa z 2015 roku zeznawali, że w pokojach prostytutek były kamery. „Rzeczpospolita” w kontekście braci R., którzy mieli mieć specjalne traktowanie w regionie za sprawą policjanta Centralnego Biura Śledczego Daniela Ś. przypomina reportaż Superwizjera TVN z 2017 roku.

Mieli kamerę zamontowaną w niektórych pokojach i tam panie przyjmowały panów z różnych urzędów

– relacjonował bohater reportażu (był świadkiem w sprawie przeciwko policjantowi Ś.). Dalej tłumaczył, że zasada była prosta – VIP-om odtwarzano te filmy, dzięki czemu bracia R. mieli „dodatkowe zabezpieczenie interesu”.

Samych taśm – o czym wcześniej nieoficjalnie informowano – ma być blisko cztery tysiące, a wśród nagranych mają być politycy, arcybiskup, wiceminister obrony czy szef jednej z komend policji.

Bracia R. i sprawa obywatelstwa

„Rzeczpospolita” w poniedziałek pisała też, że nie wiadomo, jak doszło do tego, że bracia R. otrzymali polskie obywatelstwo. Zwłaszcza że doszło do tego w czasie, gdy bracia R. handlowali ludźmi (ich ofiarą padło 250 kobiet).

Jeszcze 29 kwietnia Kancelaria Prezydenta nie chciała podawać szczegółów, dzień później już zmieniła podejście.

Okazuje się, że obywatelstwo otrzymał tylko jeden z braci i nie stało się to za kadencji zarówno Andrzeja Dudy, jak i Lecha Kaczyńskiego. Nie padła za to dokładna data, Kancelaria Prezydenta stwierdziła tylko, że obywatelstwo nadano mu „znacznie wcześniej”– co wskazywałoby na to, że jeszcze za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego.

Seksafera na Podkarpaciu – to warto wiedzieć:

Przed Muzeum Narodowym setki osób wzięły udział w proteście przeciw cenzurowaniu sztuki. „Bananowa rewolucja”, „Chcemy edukacji, nie indoktrynacji”, „Polska kolorowa, nie narodowa”, „Wolna sztuka” – skandowali uczestnicy. Podczas happeningu jedli też banany.

Bezpośrednim powodem akcji było usunięcie prac Katarzyny Kozyry i Natalii LL z ekspozycji Muzeum Narodowego przez dyrektora placówki prof. Jerzego Miziołka. Chodzi o instalacje wideo „Pojawienie się Lou Salome” (2005 r.) autorstwa Katarzyny Kozyry i „Sztuki konsumpcyjnej” Natalii LL z 1972 r., przedstawiającej kobietę jedzącą banana. Miziołek twierdził, że prace „rozpraszały młodzież”.

W poniedziałek w wydanym przez siebie oświadczeniu dyrektor Muzeum poinformował, że prace Natalii LL i Katarzyny Kozyry wrócą do galerii „do czasu rozpoczęcia prac rearanżacyjnych”. Tylko, że to oznacza, że będzie je można oglądać raptem przez tydzień – do 6 maja, bo wtedy właśnie rozpocznie się zmiana ekspozycji.

Podczas protestu wyczytano nazwiska uznanych polskich artystek współczesnych, których prace powinny znaleźć się w Muzeum Narodowym. – „Pamiętajcie, spotkamy się tu dzisiaj nie po to, żeby świętować, że przywrócono dwie prace do Muzeum Narodowego w Warszawie. Nie. Spotkaliśmy się tu po to, żeby wywalczyć nową, wspaniałą pracownię feministyczną w tym muzeum. Najlepiej całe skrzydło, które będzie poświęcone tylko pracom artystek. Starych i młodych” – mówiła do zgromadzonych przed bramą Muzeum Narodowego jedna z organizatorek protestu Joanna Drozda.

Głos zabrało również dwoje pracowników Muzeum Narodowego. – „Chcieliśmy w imieniu pracowników, którzy są tutaj z nami i tych, którzy nie mogli tu przybyć, serdecznie podziękować za waszą obecność. Za waszą troskę o wolność sztuki, za waszą troskę o autonomię instytucji kultury, a także o godność zawodu muzealnika. Od dłuższego czasu przeżywamy trudne chwile i bardzo potrzebujemy solidarności społecznej” – powiedzieli.

„Ta historia wywołała wielką falę myślenia o wolności sztuki i o cenzurze.  Sztuka nie może być pod presją żadnej cenzury. Nie w 2019 r. Nie jesteśmy 600-700 lat temu. To myślenie kruchciane, zamknięte, które by ograniczało sztukę jest nie do akceptacji. Myślę, że ta presja się powiodła. Ale być może trzeba ją utrzymać, żeby po zamknięciu Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym, kiedy będzie ponownie otwierana, żaden element cenzurowania czegokolwiek w sztuce nie przyszedł nikomu do głowy” – powiedział obecny na demonstracji europoseł PO Michał Boni. W proteście uczestniczyli także odwołani przez ministra Piotra Glińskiego byli dyrektorzy Muzeum Narodowego Agnieszka Morawińska i Piotr Rypson.

Szybkość zmiany poglądów partii rządzącej i jej narracji na użytek zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego może być sztandarowym przykładem wyborczej manipulacji.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości, którzy wyprowadzali flagi Unii Europejskiej teraz przekonują wyborców, jak ważne jest nasze członkostwo w europejskich strukturach.

Swoje spojrzenie na UE zmienił także prezydent Duda, o czym nie omieszkał poinformować Polaków w tekście napisanym specjalnie dla „Faktu”.

Głowa państwa, która zaledwie kilkanaście tygodni temu uważała, że Europa jest „wyimaginowaną wspólnotą, z której dla Polaków niewiele wynika i która powinna nas zostawić w spokoju„, teraz pisze tak: „podobnie jak miliony Polaków opowiedziałem się wtedy za szansą, jaką było nasze członkostwo w Unii. […] Zaangażowanie w budowę wspólnoty europejskiej płynie z naszego patriotyzmu, ale płynie też z naszego historycznego doświadczenia. […]

Możemy dziś z dumą powiedzieć: Europa to my, Unia Europejska to my.”  Do wyborców należeć będzie ocena, czy to godna podziwu przemiana, czy zwykła, zimna kalkulacja.

15 lat Polski w Unii Europejskiej ocenił w Radiu ZET Leszek Miller.

– Widzę same plusy. Nie ma żadnych minusów. Mówiliśmy o pieniądzach, ale proszę popatrzeć na sytuację obywateli RP w Europie. Mogą podróżować gdzie chcą, podejmować pracę gdzie chcą, osiedlać się gdzie chcą – powiedział.

Były premier odniósł się też do wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, który podczas ostatniej konwencji zapowiedział, że „Polska przyjmie euro, gdy gospodarką dogoni Zachód”.

– To baśń z mchu i paproci. Bez wejścia do strefy euro nigdy nie osiągniemy takiego poziomu, jak mają dzisiaj Niemcy – kwituje Miller.

Leszek Miller w rozmowie z Beatą Lubecką podkreśla, że z dziesięciu państw, które wchodziły do UE wraz z Polską, siedem jest już w strefie euro.

– Mają większy dochód narodowy na mieszkańca niż Polska. Opłacało się im wejść do euro – mówi Miller.

Jak dodaje, jutro premier Morawiecki spotka się z przedstawicielami krajow, które do strefy euro weszły.

– Siedmiu szefów rządów to premierzy krajów, które weszły do strefy euro. Ciekawe, jak premier będzie się czuł otoczony przez wilki z napisem „euro” – dodaje.

 Miejsce Polski w Unii jest wyrażone stosunkiem 27:1. Nie ma co upiększać. Polska jest na marginesie [UE -red.], negocjatorzy nie potrafią negocjować, są lekceważeni – ocenia Miller.

Uchwalona w kilkanaście godzin ustawa znosząca przepisy, na podstawie których Sąd Najwyższy i NSA zadały pytania TSUE prejudycjalne, czeka już tylko na podpis Andrzeja Dudy.

Na razie PiS zrezygnował z trzech innych wątków tej ustawy, w tym z ułatwienia sobie wyboru prezesów Sądu Najwyższego i ścigania sędziów. Ustawa działa wstecz: siedem dni od jej opublikowania toczące się na podstawie jej przepisów postępowania zostają automatycznie umorzone.

Pytania SN i NSA zmierzają do oceny prawomocności powołania i działania neo-KRS. Zostały zadane na tle odwołań sędziów od wyników konkursu przeprowadzanego przez nią na sędziów Sądu Najwyższego.

Wyrok TSUE spodziewany jest w czerwcu

PiS spieszył się, by z ustawą odbierającą prawo do odwołania kandydatom do SN zdążyć przed 14 maja, kiedy przed Trybunałem odbędzie się druga rozprawa w tej sprawie. Zapewne złoży wniosek o umorzenie postępowania, skoro w polskim prawie nie ma już przepisów, które były podstawą złożenia pytań.

Decyzja o tym, czy umorzyć postępowanie przed TSUE, nie jest automatyczna. Zależy od TSUE. Zasadą jest, że TSUE pyta o to podmiot, który wniósł sprawę. W tym wypadku zapyta autorów pytań prejudycjalnych w SN i NSA, czy odpowiedź nadal jest im potrzebna. Zważywszy że celem jest ocena prawomocności działań KRS, trudno sobie wyobrazić, by przestały potrzebować odpowiedzi.

Neo-KRS jest kluczowa dla planu PiS – kadrowego opanowania wymiaru sprawiedliwości – ponieważ to ona wybiera spośród kandydatów na stanowiska sędziowskie w sądach wszystkich rodzajów i instancji. Neo-KRS jest też ważna dla postępowań dyscyplinarnych służących do zastraszania niepokornych sędziów: kieruje wnioski do rzeczników dyscyplinarnych i – co ważniejsze – może uchwalać, jak należy rozumieć bardzo ogólne sformułowania kodeksu etyki sędziowskiej.

Na użytek postępowań wobec sędziów za założenie koszulki z napisem „KonsTYtucJA” czy inne publiczne prezentowanie tego napisu neo-KRS uchwaliła, że „zachowaniem mogącym podważyć zaufanie do niezawisłości i bezstronności sędziego” jest „publiczne używanie przez sędziego infografik, symboli, które w sposób jednoznaczny są lub mogą być identyfikowane z partiami politycznymi, związkami zawodowymi, a także z ruchami społecznymi, tworzonymi przez związki zawodowe, partie polityczne lub inne organizacje prowadzące działalność polityczną”.

Polskie sądy przed wyrokiem

Ustawa wprost sprzeczna z konstytucją

Odpowiedź TSUE na pytania prawne w sprawie neo-KRS jest też istotna dlatego, że usuwając te przepisy, PiS wywołał sytuację, która może być sprzeczna z art. 47 Karty Praw Podstawowych UE, czyli prawem do skutecznego środka odwoławczego w przypadku naruszenia praw gwarantowanych Kartą. Jednym z takich praw jest swoboda wykonywania zawodu.

To, co uchwalił PiS, jest wprost sprzeczne z konstytucją. Narusza zasadę równości wobec prawa i zakazu dyskryminacji (art. 32), równego dostępu do służby publicznej (art. 60), zasadę zaufania do państwa i prawa (art. 2 – przez niekorzystną zmianę sytuacji prawnej obywateli z mocą wsteczną) i prawo do zaskarżania wyroków i orzeczeń wydanych w pierwszej instancji (art. 78).

W tym ostatnim przypadku możliwe są wyjątki określone ustawą, ale muszą być zgodne z innymi zapisami konstytucji (np. z równym dostępem do służby publicznej czy równością wobec prawa), konstytucyjnie uzasadnione, proporcjonalne, nie naruszać istoty konstytucyjnego prawa i być niezbędne w demokratycznym społeczeństwie dla ochrony bezpieczeństwa czy porządku publicznego albo praw i wolności innych osób.

PiS twierdzi, że jego ustawa „wykonuje” wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 25 marca. W tym wyroku TK (w dobrozmianowym składzie, z dublerem sędziego) uznał, że neo-KRS powołano zgodnie z konstytucją. Ale tu ważniejszy jest inny wątek: orzekł – można się domyślać, że na użytek zablokowania wydania wyroku przez TSUE – że prawo odwołania się do NSA od wyniku konkursu do SN jest sprzeczne z konstytucją, bo „charakterystyka ustrojowa Naczelnego Sądu Administracyjnego nie predestynuje go do rozpatrywania spraw dotyczących uchwał Krajowej Rady Sądownictwa”.

Jednak po tym wyroku pojawiły się opinie prawników, że ponieważ sytuacja nierówności w prawie do odwołania jest sprzeczna z konstytucją, należy wyrok TK interpretować tak, że od konkursu do SN można się odwoływać, ale na zasadach ogólnych, czyli tak jak od wszystkich rozstrzygnięć KRS: do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN.

PiS, dla zablokowania wydania wyroku przez TSUE, chciał posłużyć się Trybunałem Konstytucyjnym, bo zapewne uznał, że będzie wyglądało bardziej elegancko, jeśli o wyeliminowaniu przepisu zdecyduje „niezawisły sąd”. Potem zobaczył, że mogą być problemy z jego interpretacją – więc wziął na siebie polityczną odpowiedzialność i uchwalił ustawę wprost odbierającą prawo do odwołania kandydatom na sędziów do SN.

Sędziowie będą mieli dyscyplinarki za wyroki

Teatr na użytek elektoratu

Szanse PiS na przekonanie TSUE i pytających sądów do poniechania sprawy są bardzo mizerne i chyba nie na to liczył, uchwalając tę ustawę. To raczej teatr na użytek wyborców PiS. Podobnie jak wniosek o wyłączenie od sądzenia tej sprawy przewodniczącego składu i prezesa TSUE Koena Lenartsa złożony przez przedstawiciela prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na poprzedniej rozprawie – w marcu. PiS chce pokazać elektoratowi, że Trybunał Sprawiedliwości UE jest stronniczy, „polityczny”, a jego wyroki nie zasługują na szacunek – a więc też na ich wykonanie.

Ale jeśli TSUE orzeknie – co stanie się zapewne w czerwcu – i zakwestionuje neo-KRS, PiS będzie miał problem, bo odmowa wykonania wyroku TSUE oznacza naruszenie wprost traktatu o UE, a to ożywi oskarżenia o polexit, których się boi. Jeśli więc TSUE uzna powołanie neo-KRS i jej działalność za sprzeczne z prawem Unii, rząd będzie zapewne sytuację rozwadniał, jak długo się da.

Wyrokiem będą natomiast związani sędziowie – zarówno składy, które zadały pytania prawne, jak i wszyscy, którzy mają wykonywać decyzje neo-KRS. Na przykład prezesi SN, którzy już wyznaczyli neosędziów nominowanych przez neo-KRS do składów orzekających.

Z cyklu – jak łatwo można zniszczyć jedno z najpotężniejszych ministerstw. Bardzo trafna analiza.

Krótkie podsumowanie fachowości ekipy byłego szefa MON Antoniego Macierewicza wg. redaktora

.

 

Morawiecki, przydupas Kaczyńskiego. Rozdymane ego małych ludzi, którzy niszczą Polskę

21 Mar

„Zamiast lansować się w spocie na tle ćwiczących żołnierzy GROM premier Morawiecki powinien przeprosić żołnierzy tej wspaniałej jednostki za Macierewicza, który powołał skompromitowanego oficera na jej dowódcę. I niszczył pamięć o twórcy GROM gen. Petelickim. Wstydu nie macie!” – napisał były minister obrony Tomasz Siemoniak. To jego komentarz do nagrania, które pojawiło się na Twitterze Kancelarii Premiera.

W spocie premier przez półtorej minuty opowiada o żołnierzach tej elitarnej jednostki. Morawiecki – w stylizowanej na wojskową kurtce i koszulce w kolorze khaki – na potrzeby nagrania zdjął nawet okulary. Być może wzrok nas myli, ale odnosimy wrażenie, że twarz premiera jest lekko… przypudrowana. A całość opatrzona została podpisem: – „Premier o operatorach GROM: Czujni niczym orzeł, szybcy jak błyskawica, potrafią znaleźć się w dowolnym miejscu i są gotowi do prowadzenia działań w każdych warunkach”.

Niektórzy internauci kpili: – „Powszechnie wiadomo, że to Mateusz szkolił operatorów GROM”; – „Mati jak był mały to był w GROMie i z cepem latał za Brucem Lee”; – „Kolega pyta, jaki miał Pan stopień wojskowy, kiedy był pan komandosem w GROM?”.

Pozostali nie kryli oburzenia: – „Dlatego pisowski minister pozbawił GROM emerytur. Z tej waszej dumy: gen. Gromosław Czempiński i płk Andrzej Maronde, dwaj ostatni żyjący dowódcy słynnej operacji „Samum”, zostali objęci ustawą dezubekizacyjną”; – „A Macierewicz dostaje i marnuje olbrzymie pieniądze podatników na podkomisję smoleńską, która nic nie wyjaśniła. Kompromitacja, na co idą nasze pieniądze”.

„Jesteśmy zdeterminowani, żeby odbudować Pałac Saski i odbudujemy, albo przy zgodzie prezydenta Warszawy, albo bez zgody” – stwierdził marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Poinformował, że w jednej części odbudowanego Pałacu miałaby się znaleźć siedziba Senatu, a w drugiej – Muzeum Zniszczenia Warszawy.

Rafał Trzaskowski uważa, że bez zgody władz stolicy rząd PiS nie będzie mógł wybudować czegokolwiek na działce należącej do miasta. – „To są grunty, które są we władaniu m.st. Warszawy, chyba że rząd będzie chciał nacjonalizować grunty, które należą do samorządu” – powiedział prezydent Warszawy. Dodał, że ratusz nie będzie partycypował w kosztach odbudowy Pałacu Saskiego – „Warszawa ma naprawdę mnóstwo innych priorytetów” – podkreślił Trzaskowski.

A jak komentują pomysł Karczewskiego o umieszczeniu w odbudowanym Pałacu Saskim Muzeum Zniszczenia Warszawy? – „Zlikwidować jedyny widomy i wymowny dla każdego, nawet cudzoziemca, znak zniszczenia Warszawy, by włożyć tam Muzeum Zniszczenia Warszawy. Absurd na poziomie stoczni w Radomiu”; – „Muzeum zniszczenia, a nie muzeum odbudowy – to świadczy o charakterystycznym stylu myślenia marszałka”; – „Proponuję muzeum zniszczenia Polski przez PiS, a tam wielkie okolicznościowe ekspozycje: zniszczenia niezależnego sądownictwa, zniszczenia stadnin koni arabskich, zniszczenia Puszczy Białowieskiej, zniszczenia polskiej pozycji międzynarodowej”; – „Stawiam, że tam ma powstać muzeum Lecha Kaczyńskiego” – pisali na Twitterze.

Jarosław Kaczyński przyjął na Nowogrodzkiej lidera skrajnie prawicowej hiszpańskiej partii Vox Santiago Abascala. – „Dużo wspólnych celów i wyzwań w UE a przede wszystkim zgoda, że przyszłość UE to ścisła współpraca suwerennych państw a nie federacja” – podsumował to spotkanie szef sztabu wyborczego PiS Tomasz Poręba.

Vox to nacjonalistyczna partia, opowiadająca się za silnym, scentralizowanym państwem. Chce ograniczyć aborcję, anulować ustawę o przemocy domowej wobec kobiet, jest przeciwna uchodźcom i krytykuje UE.

Senator Bogdan Klich z PO powiedział, że to spotkanie jest naturalną konsekwencją wcześniejszych rozmów Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Matteo Salvinim oraz premierem Węgier Viktorem Orbanem. – „Na naszych oczach tworzy się sojusz, który zamierza wysadzić Unię Europejską od środka. To partie, które mają charakter populistyczny, które często mają charakter nacjonalistyczny. PiS nie afiszuje się współpracą z tymi partiami, ale uczestniczy w takim zawiązywaniu sojuszu” – stwierdził Klich.

Dodał, że prezes PiS liczy na to, „że poprzez współpracę z takim ugrupowaniem jak Vox, doprowadzi do tego, że główne zdobycze Unii Europejskiej – z których korzystają w tej chwili wszyscy Polacy – zostaną zepchnięte na boczny plan, a niektóre nawet zlikwidowane”.

„Jest to element budowania nowej międzynarodówki w Parlamencie Europejskim, opartej o jeden wspólny cel: rozmontowanie Unii Europejskiej” – powiedział poseł Andrzej Halicki z PO. Jego zdaniem, PiS szukając sprzymierzeńców takich jak Abascal czy Salvini, „działa na rzecz braku inwestycji ze środków europejskich lub ich ograniczenia oraz braku środków dla polskich samorządów”. – „To jest działanie wbrew interesowi Polski i wbrew polskiej racji stanu, bo tak naprawdę ogranicza to polskie bezpieczeństwo” – dodał Halicki.

Jak dowiadujemy się z portalu wPolityce, po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego tzw. „nowej piątki PiS”, minister finansów Teresa Czerwińska podała się do dymisji. Szef rządu jej jednak nie przyjął.

Powołując się na swoich informatorów portal podaje, że Czerwińska od trzech tygodni nie pojawia się na wtorkowych posiedzeniach rządu. Pytany o to w „Kwadransie Politycznym” w TVP1 szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin bagatelizuje jednak te doniesienia.

„Pani minister ma też różnego rodzaju inne zadania, nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Uczestniczy w różnego rodzaju gremiach, które skupiają ministrów finansów” – mówi i uspokaja: „Mamy zabezpieczenie finansowe na te programy. Nie tylko na ten rok, ale również na przyszłe lata. (…) Jeśli będziemy rządzić w następnej kadencji, wszystkie te programy społeczne zostaną utrzymane i nie będzie to miało negatywnego wpływu na finanse publiczne, a wręcz przeciwnie”.

Dzień później dementując informacje Gazety Prawnej jakoby minister dystansowała się od nowych propozycji finansowych, szef KPRM Michał Dworczyk zapewniał, że Czerwińska brała udział w pracach wąskiej grupy osób, które opracowywały te propozycje programowe i od początku te wszystkie plany, które były przygotowywane, były analizowane pod kątem możliwości budżetu.

Portal zauważa jednak, że pani Czerwińska od kilku tygodni unika spotkań z dziennikarzami. Osobiście ani razu nie zabrała głosu w sprawie „nowej piątki PiS”.

Jeden z członków Rady Ministrów, potwierdził w rozmowie z portalem pogłoski o rezygnacji pani minister, choć dodał, że „w najbliższych tygodniach” nie należy spodziewać się ogłoszenia zmian na czele resortu finansów. Wskazał natomiast na możliwe konsekwencje wyborów do PE, przewidując głęboką rekonstrukcję rządu. A wtedy…?

„Złożyliśmy dziś zażalenie na bezczynność prokuratury w spr. zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa złożonego przez G. Birgfellnera. Przekroczone zostały terminy kodeksowe. Prokuratura mimo 6-krotnych przesłuchań pokrzywdzonego nie potrafi podjąć decyzji” – poinformował na Twitterze jeden z pełnomocników austriackiego biznesmena Roman Giertych.

O wielogodzinnych przesłuchaniach Gerarda Birgfellnera, który jest osobą poszkodowaną w tej sprawie m.in. w artykule „Prokuratura wciąż nie chce podjąć decyzji w sprawie taśm Kaczyńskiego”. Austriacki biznesmen na początku lutego złożył zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia oszustwa przez Jarosława Kaczyńskiego.

„Czas na ocenę sądu. Podejrzewam, że będzie druzgocąca dla prokuratury. Liczę, że będzie szansa na publikację uzasadnienia”; – „Przesłuchują, następnie czyszczą ślady. Ponownie przesłuchanie i ponowne czyszczenie kolejnych wątków. PIS stworzył państwo, w którym prokuratura jest od ochrony polityków PIS, a docelowo mają być w układzie również sędziowie”; – „Super! Jedyna nadzieja to sąd austriacki, tu nie znajdzie pan sprawiedliwości, szkoda czasu”; – „Panie Romanie ci prokuratorzy boją się własnego cienia” – komentowali internauci.

W UE prawa osób homoseksualnych stały się częścią praw człowieka.

Atak PiS na środowiska LGBT, pokrzykiwania Jarosława Kaczyńskiego „wara od naszych dzieci”, wykorzystywanie decyzji Rafała Trzaskowskiego oraz wypowiedzi jego zastępcy w sprawie możliwej adopcji dzieci przez pary homoseksualne wyznaczyły jedną z najważniejszych linii podziału w obecnej kampanii. Czy tego chcemy, czy nie, ta tematyka będzie aż do 26 maja jednym z najistotniejszych pól sporu w polskiej debacie publicznej. Fakt ten spycha nas na obrzeża Unii Europejskiej oraz skłania do refleksji, że polska prawica wybrała drogę, którą wcześniej kroczył Władimir Putin.

W państwach unijnych prawa osób homoseksualnych stały się częścią praw człowieka. Zresztą nie tylko tam – także w Stanach Zjednoczonych są one oczywiste i powszechnie akceptowane. Nawet Donald Trump, któremu zdarzały się wypowiedzi prawie rasistowskie, a na pewno seksistowskie, nie pozwoliłby sobie na to, na co pozwalają sobie Kaczyński i jego partia. W Europie nawet ugrupowania prawicowe, konserwatywne i chadeckie są zwolennikami włączenia praw osób LGBT do rezerwuaru praw człowieka obok praw kobiet czy mniejszości narodowych lub religijnych. To sojusznicy PiS w Parlamencie Europejskim, brytyjscy torysi, wprowadzili instytucję małżeństw jednopłciowych na Wyspach, a wszystkie formacje zrzeszone w EPP, czyli frakcji chadeckiej, są zwolennikami uznania tego typu rozwiązań za oczywiste. W wielu prawicowych, a nawet nacjonalistycznych, partiach zachodnich ta tematyka została już włączona do programów, a część polityków otwarcie przyznaje się do homoseksualnych preferencji.

To się już stało, o tym się już na Zachodzie nie dyskutuje – tak jak i o tym, czy warto przywrócić niewolnictwo lub odebrać prawa wyborcze kobietom. Społeczeństwa katolickich krajów, takich jak Hiszpania, Portugalia, Włochy czy Irlandia, już te kwestie rozwiązały i zgodziły się z tym, że prawa osób LGBT są częścią praw obywatelskich. Z ich punktu widzenia to, co dzieje się obecnie w Polsce, jest aberracją i horrendum – widowiskiem z poprzedniej epoki. Muszą przyglądać się nam z mieszaniną zdumienia i obrzydzenia, a to jeszcze bardziej marginalizuje nas w Europie.

Antyhomoseksualna szarża PiS czyni tę partię w oczach Zachodu jeszcze dzikszą niż do tej pory. I nie mam tu na myśli widzów jedynie lewicowych czy liberalnych – obraz ugrupowania Kaczyńskiego staje się także dziwaczny i pokraczny w oczach wyborców i polityków prawicowych. Dla nich także to, co się obecnie dzieje w Polsce, jest gorszącym widowiskiem. Nie ma dziś w tzw. starej Unii ani jednej partii, która retorykę i język PiS w sprawie edukacji seksualnej czy LGBT uznawałaby za akceptowalną. Nawet dla Marine Le Pen czy Nigela Farage’a to, co pada z ust Kaczyńskiego, jest oburzające.

Jedynie na wschodzie Europy ten język może znaleźć zrozumienie, bo właśnie tam przećwiczono stygmatyzowanie homoseksualistów do atakowania opozycji i umacniania władzy. Pisze o tym dość szczegółowo w ostatniej książce „Droga do niewolności” Timothy Snyder: „Pod koniec 2011 roku, gdy Rosjanie protestowali przeciwko sfałszowanym wyborom, ich przywódcy powiązali demonstrantów z homoseksualizmem. W obliczu ukraińskiego Majdanu pod koniec 2013 roku Kreml zdecydował się na ten sam krok. Po dwóch latach antygejowskiej propagandy w Federacji Rosyjskiej tamtejsi ideolodzy i showmani zyskali pewność siebie. Punktem wyjścia było to, że UE jest homoseksualna, więc ukraiński ruch dążący do zbliżenia z Europą też musi mieć taki charakter. Klub Izborski dowodził, że UE ugina się pod ciężarem dominującego lobby LGBT”.

Uderzono młotkiem tego typu oskarżeń w głowy i tak rachitycznej moskiewskiej opozycji. Te ataki zarówno na Ukrainie, jak i w Rosji okazały się po części skuteczne. Dlaczego tak się stało? Ponieważ tamtejsze społeczeństwa są w znacznej mierze homofobiczne. To jedna z cech odróżniających narody Europy Wschodniej od narodów Europy Zachodniej. Wśród tych pierwszych nadal powszechna jest postawa otwarcie wroga, podczas gdy wśród tych drugich ich prawa są czymś powszechnie zaakceptowanym. I dlatego polityka Putina może przynosić mu spodziewane korzyści oraz poparcie społeczne.

Trudno dziś przewidzieć, czy strategia PiS będzie owocna i zapewni partii dobry wynik 26 maja. Patrząc na postawy polskich wyborców, można zaryzykować twierdzenie, że może się ona zakończyć sukcesem. Antygejowski komunikat może zmobilizować uśpione masy wyborcze Zjednoczonej Prawicy.

Jeśli jednak będą przekonane, że muszą ratować „nasze dzieci” przed „homopropagandą”, to prawdopodobne staje się to, że jednak zdobędą się na wysiłek i wezmą udział w eurowyborach.

Ale może też się okazać, że strategia PiS ożywi elektorat mu przeciwny, który czuje się obrażany prostacką i brutalną kampanią wobec osób LGBT. A jeśli tak – wkurzony wyborca mógłby przesądzić o zwycięstwie opozycji.

Bez względu na to, jak zakończy się wprowadzenie do życia politycznego antyhomoseksulanych wątków, warto zauważyć, że przekroczona została kolejna granica i że fakt ten oddala nas od tego, co dziś charakteryzuje społeczeństwa zachodnie, natomiast upodabnia nasze życie publiczne do tego, które jest udziałem Rosjan czy Ukraińców. Kampania ożywiła zatem dalece nieeuropejskie demony i otworzyła nas na argumenty bliskie putinowskim polittechnologom.

Paweł Adamowicz nadal dzieli. Senatorzy PiS znowu nie popisali się

24 Sty

Senatorowie PO apelowali podczas debaty w Senacie o przyjęcie uzgodnionego wcześniej, wspólnego projektu uchwały upamiętniającej prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Okazało się bowiem, że senatorowie PiS w ostatniej chwili wycofali się z ustaleń i przedstawili własny projekt.

Wykreślili np. zdanie, że Paweł Adamowicz padł „ofiarą okrutnego mordu w dniu dzielenia się dobrem”, które nawiązuje do ostatnich słów prezydenta wypowiedzianych ze sceny Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zostało ono zastąpione przez stwierdzenie, że „zmarł w wyniku ciężkich ran”, a stało się to na „zgromadzeniu publicznym”. W uchwale PiS nie ma już stwierdzenia, że prezydent Adamowicz „pozostawił miasto nowoczesne, otwarte, tolerancyjne, przyjazne mieszkańcom i przyjezdnym”. Senatorom PiS nie spodobało się też zdanie: – „Był dobrym i wrażliwym człowiekiem z naturalną otwartością na losy innych ludzi i troską o nich, wspaniały mąż, ojciec, syn, brat i przyjaciel”.

„Miałem nadzieję, że ta śmierć doprowadzi do refleksji wszystkich. Miałem tę nadzieję do wczoraj, ale dziś tej nadziei nie ma, bo PiS wycofał się z uzgodnienia co do jednolitego tekstu” – powiedział wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Zaznaczył, że nie występuje jako polityk, ale jako przyjaciel zamordowanego prezydenta Gdańska.

Borusewicz stwierdził, że projekt uchwały nie był skrajny i nikt nie napisał w nim, że Adamowicz zginął w wyniku mordu politycznego, chociaż wicemarszałek Senatu tak uważa. – „W kompromisowym projekcie nie mówi się także o ciąganiu po prokuratorach Pawła Adamowicza i jego rodziny, jakie miało miejsce. Proszę mi wyjaśnić, dlaczego nie chcieliście napisać, że to był okrutny mord, proszę wyjaśnić, czemu nie chcieliście przyjąć sformułowania, że Adamowicz był wzorem samorządowca, dlaczego nie chcecie napisać, że Gdańsk to miasto wolności i solidarności, chociaż tak jest? Dlaczego nie ma protestu wobec mowy nienawiści, choć ona jest powszechną sytuacją, z którą się stykamy” – pytał wicemarszałek.

Senator PO Bogdan Klich był przekonany, że nie będzie sporu co do kształtu tej uchwały. – „Okazało się, że mamy nie tylko różne koncepcje uchwały, ale i różne wrażliwości” – stwierdził. Marek Borowski – senator niezrzeszony – podkreślił, że szacunek należy się tak samo żywym, jak i zmarłym. – „Tymczasem jest on okazywany żywym oszczędnie. Nie przypominam sobie takich czasów, by za człowiekiem – nie tylko za prezydentem miasta – biegał z mikrofonem „dziennikarz” TVP i głośno pytał, dlaczego brał od kogoś pieniądze, bez żadnych dowodów, a takie działanie nie spotkało się z żadną reakcją obozu rządzącego. Tak działo się w przypadku Pawła Adamowicza, a wytwarzanie pewnego klimatu może skończyć się tragedią” – powiedział Borowski. Protesty senatorów tak skwitował pisowski marszałek Senatu Stanisław Karczewski: – „Czepiacie się państwo szczegółów”.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

>>>