Tag Archives: Błażej Spychalski

Kaczyński Samo Zło

4 Sty

Władza pisowska wprowadziła nowe „standardy”, których nie uświadczysz w zachodnich demokracjach.

Codziennie skandal, który zmiata ze sceny politycznej rządzących, ale nie PiS.

Najważniejsze osoby kłamią w każdym wystąpieniu. Mateusz Morawiecki jest pod tym względem mistrzem. U niego często występuje wyśrubowany rekord kilka kłamstw w jednym zdaniu.

Rządzi nami oszust pisany przez duże O – Oszust Morawiecki.

A Jarosław Kaczyński to tchórz nad tchórze (otoczony kordonem ochroniarzy, których sponsorami jesteśmy myy wszyscy). Trafne jest określenie Kaczyńskiego: Kaczyński Samo Zło.

>>>

– „Pozycja szefa Rady Europejskiej ograniczała mnie, kazała zachować neutralną poprawność, ale słyszałem, że jestem zbyt ekspresyjny i naruszam reguły. To było męczące, bo przecież zaciskałem zęby. Dlatego teraz wracam do nazywania rzeczy po imieniu. Debata musi polegać na wyraźnie ciosanych argumentach. W polityce nie należy się bać walki, kiedy chodzi o poważne sprawy, ale nie powinny temu towarzyszyć pogarda czy brak elementarnego szacunku dla oponenta” – powiedział w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Donald Tusk.

Nie mogło więc zabraknąć wątku, dotyczącego największego oponenta. Były premier przypomniał, co powiedział mu prezes PiS po wyborze Tuska na przewodniczącego RE w 2014 r. – „Jarosław Kaczyński podszedł do mnie i nie przeszło mu przez gardło: „Ja ciebie w sumie lubię” czy coś w tym stylu, tylko powiedział: „Ja ciebie nie nienawidzę”. – „Uważam, że ma w sobie dużo zła, jest nieszczęściem dla Polski – co nie oznacza, że czuję nienawiść. Osobiste relacje z Kaczyńskim nie mają dla mnie znaczenia. Mam swoje emocje, jednak w polityce udaje mi się nad nimi panować. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że przed snem modlę się za jego powodzenie” – stwierdził były premier.

A propos modlitwy, zapytany, czy pójdzie do nieba czy do piekła, Tusk odparł: – „Oczywiście, że do nieba. Poszedłbym do piekła, gdybym narzekał, że zostałem politykiem, bo raczej jestem człowiekiem, któremu się udało”.

Odniósł się też do kłamliwej wypowiedzi prezydenta Putina, który oskarżył Polskę o współodpowiedzialność za wybuch II wojny światowej i Holokaust. – „Bezpośrednim powodem propagandowego wzmożenia ze strony Kremla są rocznice wyzwolenia Auschwitz i zakończenia II wojny światowej. Polska jest dziś łatwym celem w tej kampanii. Putin chce być pozytywnym i głównym bohaterem obchodów – w Izraelu może liczyć na pomoc premiera Netanjahu. Poważne błędy w polityce historycznej PiS i europejskie osamotnienie Polski ułatwiają zadanie naszym przeciwnikom oraz tym, którzy chcą uczynić nas współodpowiedzialnymi za Holocaust” – zaznaczył były szef Rady Europejskiej.

Według Tuska, Putinowi chodzi „o dezintegrację Unii Europejskiej i NATO”. – „Ma w tym projekcie sojuszników i pomocników: świadomych, mimowolnych i tzw. pożytecznych idiotów. W PiS można odnaleźć wszystkie trzy kategorie. Sytuacja jest dziś poważniejsza niż w przeszłości. Zmiany w Kijowie, bliska reintegracja Moskwy i Mińska oraz polityka prezydenta Trumpa to wystarczające powody, aby starać się za wszelką cenę odbudować elementarny wewnętrzny konsensus w polityce międzynarodowej i przywrócić Polsce status regionalnego lidera integracji europejskiej. Obawiam się, że rządzący nie do końca rozumieją powagę sytuacji” – stwierdził Tusk.

Jacek Kurski pewnie oblewa jeszcze sukces Sylwestra Marzeń w Zakopanem, a tymczasem TVP pozywa własnego dziennikarza. Piotr Owczarski sugeruje, że na jaw mogą wyjść sekrety telewizji publicznej, których boi się prezes. Zapowiada się medialna masakra!

Więcej o Kurwizji czytaj tutaj >>>

Za tydzień w Warszawie „Marsz Tysiąca Tóg” w proteście przeciwko pisowskiej ustawie „kagańcowej”, która odbiera sędziom prawo oceniania prawidłowości powołania sędziów i wprowadza za to kary dyscyplinarne. Ustawy, która de facto zakazuje sędziom wykonywania wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada – TSUE nakazał badać prawidłowość powołania neo-KRS i powołanej z jej udziałem Izby Dyscyplinarnej SN.

Więcej o milczeniu Marka Zirc-Sadowskiego tutaj >>>

Mam ciche marzenie, by było to ostatnie orędzie w wykonaniu pana Dudy, bo to jedyna szansa, by partia rządząca i jej prezydent przestali karmić nas papką dla idiotów i wciskać nam kit.

O szopce Dudy tutaj >>>

O akcji Lotnej Brygady Opozycji tutaj >>>

Kaczyński, Duda, Banaś – pisowskie poplątanie z pomieszaniem

6 Gru

„Obecnie Polska, według wskaźnika Giniego, określającego poziom różnic społecznych, zajmuje jedno z najlepszych miejsc w Europie” – stwierdził Jarosław Kaczyński. Niestety, z niedawnych badań wynika, że nierówności dochodowe w Polsce należą do najwyższych w Europie

Rosnące nierówności dochodowe i majątkowe to jeden z najważniejszych tematów ekonomicznych i politycznych ostatnich lat. Na Zachodzie, bo w Polsce z wyjątkiem pozaparlamentarnej (do niedawna) lewicy mało kto interesował się problemem. Listopad 2019 przejdzie do historii jako miesiąc, w którym politycy rządzący naszym krajem nareszcie go zauważyli.

I od razu rozwiązali.

“Obecnie Polska, według wskaźnika Giniego, określającego poziom różnic społecznych, zajmuje jedno z najlepszych miejsc w Europie” – stwierdził Jarosław Kaczyński w opublikowanej 26 listopada rozmowie z „Gazetą Polską”.

Prezes PiS musiał zaczerpnąć tę tezę od premiera Mateusza Morawieckiemu, który w exposé tydzień wcześniej mówił, że obecnie w Polsce „poziom nierówności jest taki, jak w Danii, a niższy niż przeciętnie w Europie. Niższy niż we Francji, w Niemczech, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii”.

Czy te twierdzenia mają coś wspólnego z rzeczywistością?

„Takie wnioski płyną z oszacowań opartych na danych nieskorygowanych o dochody najbogatszych” – tłumaczy OKO.press dr Paweł Bukowski z London School of Economics, ekonomista zajmujący się badaniem nierówności w Polsce i Europie. „W moim badaniu z Filipem Novokmetem pokazujemy, że po uwzględnieniu dochodów bogatych, Polska po 2003 r. doświadczyła bardzo dużego wzrostu nierówności.

Lokuje to nas to wśród najbardziej nierównych krajów Unii Europejskiej, takich jak Niemcy czy Wielka Brytania”.

Skąd ten Gini

Na pozór sprawa jest prosta – aby porównać poziom nierówności w różnych krajach, wystarczy spojrzeć na zestawienie wartości współczynnika Giniego.

To powszechnie stosowana miara nierówności dochodowych. Przybiera wartość między 0 a 1. Wartość 0 wskaźnik osiągnąłby, gdyby wszystkie osoby miały ten sam dochód. Wartość 1 – gdyby wszystkie osoby poza jedną miały zerowy dochód. (Niekiedy wskaźnik mnoży się przez 100, wówczas przyjmuje on wartość od 0 do 100).

Zatem: im wyższa jest wartość wskaźnika, tym większe nierówności dochodowe.

Eurostat publikuje tabele ze współczynnikiem Giniego dla wszystkich państw UE. Co z nich wynika?

W najświeższym zestawieniu z 2018 rokiem współczynnik w Polsce miał wartość 27,8 i faktycznie lokuje nasze społeczeństwo w gronie względnie równych. Dokładnie taki sam poziom nierówności jest w uchodzącej za egalitarną Danii (to dlatego Morawiecki wspomniał ją w exposé). Wyprzedza nas 9 krajów, „najrówniejszym” z nich jest Słowacja ze wskaźnikiem Giniego wynoszącym zaledwie 20.9.

Czy zatem wszystko jest w porządku i możemy rozejść się do domów w tej naszej słowiańskiej Skandynawii?

Niestety nie.

Gdzie są bogaci?

Eurostat czerpie swoje dane z badań ankietowych w poszczególnych krajach (w Polsce przeprowadza je GUS w badaniu budżetów gospodarstw domowych). Tymczasem ekonomiści wskazują, że taka metoda wiąże się z niedoszacowaniem gospodarstw domowych o najwyższych dochodach.

Chodzi przede wszystkim o losowość próby – prawdpodobieństwo, że w badaniu ankietowym trafimy na osoby o bardzo wysokich dochodach, jest niewielkie. A bez nich nie możemy poprawnie określić poziomu nierówności w całym społeczeństwie. To tak, jakbyśmy pisali książkę o współczesnej polskiej polityce i ani słowem nie wspomnieli o Jarosławie Kaczyńskim. Co gorsza, ludzie wprost pytani w ankietach o dochody często je zaniżają – zwłaszcza jeśli są wysokie.

Podsumowując: wyniki sondażowe zaniżają dochody najbogatszych, a zatem również wskaźniki nierówności. Jak więc zbadać faktyczny poziom nierówności?

Fiskus widzi więcej

Nowoczesnym rozwiązaniem jest uzupełnienie danych z ankiet o dane administracyjne z zeznań podatkowych. Te ostatnie znacznie lepiej pokazują, co – pod względem dochodów – dzieje się w górnych 10 proc. społeczeństwa.

W październiku 2017 artykuł takie szacunki nierówności w Polsce opublikowali Paweł Bukowski z London School of Economics i Filip Novokmet z Uniwersytetu w Bonn i Paris School of Economics. Wyniki odbiły się szerokim echem – tak szerokim, że powinni o nich słyszeć i Morawiecki i Kaczyński (skądinąd czytelnik książek Thomasa Pikettego).

Badanie pokazało bowiem, że ponad 13 proc. całkowitego dochodu w 2015 roku trafiało w Polsce do zaledwie 1 procenta najbogatszych. Od początku transformacji owoce wzrostu gospodarczego w dwukrotnie większej części trafiły do tej bardzo wąskiej grupy niż do całej mniej zamożnej połowy społeczeństwa.

W konsekwencji – jak tłumaczył Bukowski na łamach „Krytyki Politycznej”:

„Polska znajduje się obecnie wśród najbardziej nierównych krajów Unii Europejskiej, takich jak Niemcy (procent najbogatszych zarabia tam 13 procent dochodu) czy Wielka Brytania (14 proc.). Rozwarstwienie dochodów w Polsce jest nie tylko większe niż we Francji (11 proc.) czy Szwecji (9 proc.), ale również na Węgrzech (10 procent) czy w Czechach (9 proc.)”.

Na czym polega rewolucyjność tych wyników? Wcześniej wierzono, że potransformacyjny wzrost gospodarczy był – mimo wszystkich głośnych problemów – w miarę egalitarny. Okazało się, że to fikcja.

W listopadzie 2019 ekonomiści Michał Brzeziński, Michał Myck i Mateusz Najsztub opublikowali artykuł na temat nierówności w Polsce, w którym zajęli się nierównościami w dochodzie rozporządzalnym – po odprowadzeniu podatków i składek. Tu także posłużono się danymi ankietowymi skorygowanymi o dane fiskalne.

Wg nieskorygowanych danych GUS współczynnik Polski wynosił w 2015 roku 30,1, co nie odbiegało średnia dla Unii Europejskiej. Skorygowany współczynnik Giniego jest dużo wyższy – w przedziale od 36,5 a 40,2.

Okazuje się też, że skorygowany wskaźnik nierówności jest w Polsce wyższy niż (również skorygowane) wskaźniki w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii – krajach o wysokich nierównościach.

Czyni to z nas jeden z najbardziej nierównych krajów UE.

Nawet jeśli (skorygowany, a nie tylko ankietowy) wskaźnik nierówności nieco spadł w ostatnich 4 latach, to nierówności i tak muszą pozostawać na niebezpiecznie wysokim poziomie.

Niesprawiedliwe podatki

Brzeziński, Myck i Najsztub wskazują na jeden z czynników – progresywność polskiego systemu podatkowego w 2015 była bardzo niska, prawdopodobnie najniższa we UE. Oznacza to, że podatki w Polsce nie służą redystrybucji.

W kontekście słów Kaczyńskiego warto przypomnieć, że od 2015 roku nasz system podatkowy nie zyskał szczególnie na sprawiedliwości.

Choć wprowadzono (raczej skromną) „daninę solidarnościową” – de facto trzeci próg podatkowy dla ludzi o ekstremalnie wysokich dochodach – to jednak nic nie zrobiono z największym przywilejem zamożnych, czyli funkcjonującą od 2005 roku możliwością liniowego opodatkowania jednoosobowych działalności gospodarczych.

W Polsce pracownica z płacą minimalną oddaje w podatku dochodowym i składkach znacznie większą część swojego dochodu niż przedsiębiorca zarabiający kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie.

Prof. Ewa Łętowska komentuje skutki wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego. I przestrzega: jeśli władze nie zastosują się do wyroku i nie podejmą się naprawy ustaw o SN i KRS, będzie to dodatkowym obciążeniem w sprawie skargi Komisji Europejskiej przeciwko Polsce

Komentarz prof. Ewy Łętowskiej po wyroku SN w sprawie III PO 7/18 z 5 grudnia 2019.

Sąd Najwyższy uzupełnił to, co zapoczątkował TSUE (w sprawach połączonych pytań prejudycjalnych C- 585/18, C-624/18, C- 625/18) w wyroku z 19 listopada 2019. Mamy już zatem kompletny wzorzec oceny niezależności i niezawisłości sędziowskiej; częściowo zbudował go już Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Stało się to w związku z koniecznością oceny, czy KRS jest organem niezależnym, a Izba Dyscyplinarna SN odpowiada kryteriom niezawisłego sądu. W obu tych kwestiach ocena wypadła niekorzystnie dla KRS i ID.

Kolejne dowody ingerencji w niezawisłość

TSUE sugerował wzięcie pod uwagę przy ostatecznej ocenie zarówno bieżącej praktyki, jak i tego, czy umacnia ona społeczne przekonanie o niezależności i niezawisłości ocenianych organów. Wydarzenia ostatnich tygodni, ze wzmożoną aktywnością organów dyscyplinarnych, niestety, dostarczyły kolejnych dowodów wkraczania środkami administracyjnymi albo quasi-politycznymi w sferę niezawisłości sędziowskiej.

Paradoksem jest, że tak KRS, jak i ID SN wręcz ułatwiły zadanie składowi sędziowskiemu w SN. Nie uznały bowiem za właściwe wstrzymać się z dotychczasowymi działaniami (opiniowanie nowych sędziów do SN, wyrok ID SN w sprawie sędzi Czubieniak).

Mieli rację pesymiści. Mamy do czynienia z granatem lub petardą. Wielu konstruktorów przygotowywało je przez kilkanaście miesięcy, a wyrok TSUE oznacza , że znów wróciły one na nasze podwórko.

Powstaje bowiem teraz problem jak zapobiec skutkom (zewnętrznym i wewnętrznym) dotychczasowego występowania składów sędziowskich, nie odpowiadających standardom niezależności i niezawisłości. Nie ma mowy o automatycznym podważeniu dotychczasowych wyroków czy nominacji sędziowskich en masse. Istnieje jednak prawdopodobieństwo ich kwestionowania poprzez wnioski wyłączeniowe i wznowieniowe.

Jak sądzę, na pierwszy ogień powinno pójść wznowienie sprawy s. Czubieniak (art. 540 § 3 k.p.k., w związku z wyrokiem TSUE i zakwestionowaniem standardu wymaganego przez art. 47 KPP wobec ID SN).

Groźba destabilizacji i dalszych podziałów

Jednak nie każda sprawa będzie tak oczywista; przeciwnie, należy się tu liczyć z kwestionowaniem rozstrzygnięć samych w sobie skądinąd poprawnych, wydawanych także przez inne sądy, także w kwestionowanych z uwagi na obsadę sądu. Groźna w tej sytuacji jest nie tylko destabilizacja wymiaru sprawiedliwości, ale i to, że badanie konkretnych, indywidualnych wypadków musi spowodować dalsze podziały i pogorszenie atmosfery w sądach.

Chaos, spowodowany nie przez sędziów, lecz fatalne obchodzenie się polityków z konstytucyjną zasadą podziału władz, staje się faktem, przed którym ostrzegano.

Wykonanie wyroku TSUE jest sprawą wszystkich organów państwowych w granicach ich kompetencji. Tego wymaga art. 4 ust. 3 TUE. Teraz, kiedy SN wyrokiem z 5.12. wykonał to, co do niego należało po uzyskaniu odpowiedzi na pytanie prejudycjalne, czas na naprawcze działania legislacyjne (KRS, konstrukcja SN).

Lojalne wykonywanie wyroków TSUE jest probierzem lojalnego wykonywania obowiązków traktatowych przez państwo-członka UE. A w Luksemburgu na rozpoznanie czeka sprawa C- 791/19; jej podstawą jest art. 258 TUE. To skarga Komisji Europejskiej na niewykonywanie obowiązków traktatowych w zakresie wymiaru sprawiedliwości. Od polskich władz zależy, czy rozwój wydarzeń i realizacja wyroku SN III PO 7/18 wzmocni czy osłabi materiał dowodowy tej skargi.

Nie wiemy dokładnie, jak wyglądało czwartkowe ślubowanie trojga sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kancelaria Prezydenta nie chwali się zdjęciami, do Belwederu nie zaproszono też mediów. – To nie była uroczystość polityków, tylko sędziów. Na uroczystościach dotyczących sędziów zazwyczaj nie ma mediów – stwierdza w rozmowie z Gazeta.pl Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta.

W czwartek odbyło się ślubowanie nowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego – Krystyny Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i Jakuba Steliny. Jak już informowaliśmy, na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta pojawiła się jedynie krótka notka na ten temat. Natomiast ani w oficjalnych mediach społecznościowych prezydenta, ani na jego stronie nie można zobaczyć zdjęć z uroczystości, na którą nie zostały zaproszone media. – Cichcem, ukradkiem, prawie bez wiedzy mediów – takie rzeczy robi się, kiedy człowiek się wstydzi, kiedy chce to ukryć – komentowała w rozmowie z TVN24 Kamila Gasiuk-Pihowicz z Koalicji Obywatelskiej. Z kolei Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził, że widocznie „prezydentowi to ciąży”.

Ślubowanie sędziów TK. Błażej Spychalski o uroczystości

Krystyna Pawłowicz na Twitterze pisała o „mediach i błysku fleszy” na uroczystości. Stwierdziła też, że prezydent wygłosił „ważne przemówienie na temat wymiaru sprawiedliwości”. O charakter uroczystości zapytaliśmy Błażeja Spychalskiego, rzecznika prezydenta. – To nie była uroczystość polityków,  tylko sędziów. Rano powoływano nową minister sportu i to było wydarzenie polityczne, więc z mediami. Na uroczystościach dotyczących sędziów zazwyczaj nie ma mediów, są natomiast przedstawiciele instytucji związanych z wymiarem sprawiedliwości – komentuje w Gazeta.pl Spychalski. – Tak też było i wczoraj. Byli reprezentanci TK, KRS, MS, PG, a także Marszałek Sejmu, osoby zaproszone przez Sędziów i przedstawiciele Kancelarii Prezydenta. To była standardowa uroczystość sędziowska – dodaje.

Ślubowanie w 2015 r. Zdjęcia są

Niewiadomych wokół uroczystości jest więcej. Od rzecznika nie dowiedzieliśmy się, o czym mówił Andrzej Duda. Nie wiemy też, o której godzinie odbyło się ślubowanie. Rzecznik na nasze pytanie odpowiedział: – Wczoraj po południu.

3 grudnia 2015 r. w nocy Andrzej Duda przyjmował ślubowanie od sędziów Trybunału – Henryka Ciocha, Lecha Morawskiego, Mariusza Muszyńskiego i Piotra Pszczółkowskiego. Zdjęcia z uroczystości można obejrzeć na stronie prezydenta.

JUSTYNA KOĆ: Bez kamer i fleszy, po cichu prezydent zaprzysiągł nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, Krystynę Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i Jakuba Stelinę.

JERZY STĘPIEŃ: Zarówno pani prof. Pawłowicz, jak i pan Piotrowicz to bardzo reprezentatywne postaci dla tego środowiska politycznego, więc mnie to nie zaskakuje, choć dla pana prezydenta to była gorzka pigułka do przełknięcia, dlatego nie chciał mieć mediów na uroczystości. Wydaje mi się, że nie miał innego wyjścia i musiał ich zaprzysiąc.

NIE MÓGŁ POWTÓRZYĆ TEGO MANEWRU SPRZED 4 LAT, KIEDY ODMÓWIŁ ZAPRZYSIĘŻENIA 3 SĘDZIÓW PRAWIDŁOWO WYBRANYCH.

Dlaczego nie mógł?
Sam prezydent przyznał się, że czekał na decyzję polityczną, a ta została podjęta przez większość rządzącą, która zdecydowała, że ci sędziowie nie zostaną zaprzysiężeni i że zostanie uchylona uchwała Sejmu. Nastąpił nowy wybór sędziów, których prezydent zaprzysiągł. Skoro prezydent sam przyznał, że czekał na decyzję polityczną, to trudno to komentować. To pokazuje faktyczną pozycję prezydenta, który jest bardzo uzależniony od swojego zaplecza politycznego i widać, że jest na krótkiej lince. Na pewno w obliczu zbliżających się wyborów to pozycja bardzo niewygodna, ale “sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”, chciałoby się powiedzieć.

Jaki będzie TK z panią Pawłowicz i prokuratorem Piotrowiczem?
Ja powtarzam, że Trybunału już nie ma od dawna.

W MOMENCIE KIEDY PIERWSZE ORZECZENIE TK ZOSTAŁO ZLEKCEWAŻONE, SKOŃCZYŁA SIĘ NIEZALEŻNOŚĆ TK. WTEDY PRZESTAŁ PEŁNIĆ SWOJĄ FUNKCJĘ.

Konstytucja mówi, że wyroki TK są ostateczne, a okazało się, że rządzący powiedzieli, że nie są ostateczne, jeżeli nie są po ich myśli. W tej sytuacji musimy uznać, że nie ma Trybunału Konstytucyjnego. Mam nadzieję, że kiedyś dojdzie do postawienia przed Trybunałem Stanu, a także przed sądami osób odpowiedzialnych za to, bo bardzo łatwo wskazać winnych tego deliktu konstytucyjnego i jednocześnie przestępstwa urzędniczego.

Pan mówi, że TK już nie ma, a pan Kaleta komentując wyrok SN w sprawie KRS powiedział, że to TK jest sędzią ostatniego słowa.
Ale rządzący powiedzieli coś innego w grudniu 2015 roku i dobrze, żeby pamiętali, co zrobili z Trybunałem. Mają atrapę TK, jest budynek i pensje, to miejsce, gdzie można upchnąć ludzi, którzy przegrali wybory – co sam powiedział pan Lipiński, wiceprzewodniczący PiS – ale swojej funkcji nie pełni.  To najlepszy dowód, co rządzący sami uważają o TK i jak go traktują. Z punktu widzenia państwa TK nie ma już żadnego znaczenia. Właśnie trzech sędziów wybranych jeszcze przez poprzedni Sejm skończyło kadencję i okazuje się, że jeden z tych sędziów przez 3 lata nie był w ogóle dopuszczany do orzekania.

JAK MOŻNA MÓWIĆ O ISTNIENIU TRYBUNAŁU, KIEDY JEDEN Z SĘDZIÓW NIE JEST DOPUSZCZANY DO ORZEKANIA POD BYLE PRETEKSTEM?

A był on taki, że ponieważ prokuratura wniosła sprawę, że jego wybór był niewłaściwy, to on teraz będzie stronniczy w sprawach, w których występuje Prokurator Generalny, a ponieważ PG występuje we wszystkich sprawach, to pana sędziego Zubika odsunięto od orzekania. To logika schizofrenika.

SN orzekł, że neo-KRS nie może stać na straży praworządności sędziowskiej.
Bo nie stoi i to jest fakt. Gdyby chociaż przez moment czuli się odpowiedzialni za stan praworządności w Polsce, to KRS wzięłaby w obronę chociażby sędziego Juszczyszyna. Poszczególni członkowie KRS biorą go w obronę, jak rzecznik KRS sędzia Mitera czy wiceprzewodniczący neo-KRS sędzia Johann, ale nie stać było tego organu, aby podjąć uchwałę w obronie tego sędziego czy innych. Przypomnę, że sędziowie są szykanowani dziś za to, że wydają orzeczenia. Są przecież w prawie polskim specjalne procedury, które określają, w jaki sposób można polemizować z orzeczeniami, wręcz je uchylać, natomiast tutaj nic takiego się nie stało.

KRS NIE STANĘŁA ANI RAZU – MOIM ZDANIEM – W OBRONIE PRAWORZĄDNOŚCI I NIEZAWISŁOŚCI SĘDZIOWSKIEJ. TO NAJLEPSZY DOWÓD, ŻE NIE SPEŁNIA SWOJEGO KONSTYTUCYJNEGO ZADANIA, A NIE SPEŁNIA GO, BO JEST REPREZENTACJĄ NIE SĘDZIÓW, TYLKO POLITYKÓW, KTÓRZY JĄ WYBRALI, I KOŁO SIĘ ZAMYKA.

Jakie to rodzi konsekwencje? Już dziś mamy ok. 500 sędziów wybranych przez neo-KRS, ci sędziowie wydali ok 70 tys. wyroków. Każdy z nich można zakwestionować?
Tak i na pewno strony, które nie będą zadowolone z orzeczeń, będą kwestionowane. Podejrzewam, że gdy te sprawy trafią do II instancji, sędziowie będą się zachowywali według tego, co orzekł SN, czyli respektując wyrok TSUE. Będziemy mieli pogłębiający się chaos i mam nadzieję, że to skłoni rządzących, aby czym prędzej usiąść i zdecydować o nowym kształcie KRS, bo ta sytuacja na dłuższą metę jest nie do utrzymania.

TA SYTUACJA NIE BĘDZIE KOMFORTOWA DLA RZĄDZĄCYCH, A WRĘCZ PRZECIWNIE, CO W KOŃCU PRZEŁOŻY SIĘ NA SŁUPKI POPARCIA. PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ RZĄDZĄCY BĘDĄ MUSIELI ZMIENIĆ PRAWO O KRS, TU NIE MA INNEGO WYJŚCIA, A JEŻELI COŚ JEST NIEUCHRONNE, TO LEPIEJ, ŻEBY ZDARZYŁO SIĘ WCZEŚNIEJ NIŻ PÓŹNIEJ, BO POZWOLI TO UNIKNĄĆ PRZYKRYCH KONSEKWENCJI DLA PORZĄDKU PRAWNEGO I PAŃSTWA, AUTORYTET POLSKI NA ARENIE MIĘDZYNARODOWEJ BĘDZIE UPADAŁ, A TO JEST NIE DO ZAAKCEPTOWANIA.

Jest pan optymistą?
Rządzący zderzyli się ze ścianą, na razie są jeszcze w szoku i tego nie wiedzą, ale w końcu to do nich dotrze.

Prokurator Parchimowicz powiedział, że on w świetle wyroku SN nie będzie stawiał się przed Izba Dyscyplinarną w swoich sprawach, bo nie ma ona prawa funkcjonować.
Bo tak jest i tak będą zachowywać się wszyscy sędziowie, którzy mają postępowania dyscyplinarne. Nie ma się co dziwić.

Żyjemy już w układzie niemal domkniętym, gdzie o wszystkim – karierze, majątku, a nawet wolności jednostki, decyduje „bez żadnego trybu” wola prezesa oraz skupionych wokół niego „grup towarzyskich”.

Media donoszą, że od jakiegoś czasu żyjemy w „Republice Banasiowej”. Przesadzają, jak to one, ale dla pewności można pokusić się o rozwiązanie takiego oto testu:

1. Szef NIK z nadania PiS Marian Banaś przedstawił nierzetelne oświadczenie majątkowe, a wcześniej prowadził niejasne interesy z podejrzanymi ludźmi, ponieważ:

a/ się po prostu pomylił, zarówno co do swojego majątku, jak i znajomych,

b/ liczył, że – szczęśliwie dla niego – nikt nie zwróci uwagi na jego kumpli od kamienic i same kamienice,

c/wierzył, że ujdzie mu to płazem, bo ma „ochronę” ze strony ludzi, dla których   pracuje oraz (bo może to ten sam skład osobowy) poparcie partii aktualnie rządzącej.

2. Służby specjalne, których obowiązkiem jest staranne sprawdzenie takich rzeczy, zwłaszcza przed wyborem kandydata na urząd podobnej rangi:

a/ uwierzyły na słowo panu Marianowi oraz podzieliły przekonanie partii PiS, że jest on „kryształowo uczciwy”, toteż niczego nie sprawdzały,

b/ sprawdziły, ale nikomu nie powiedziały, co odkryły, bo miały w tym jakiś interes,

c/ powiedziały, ale komuś w ścisłym kierownictwie PiS opłacało się zachować tę wiedzę dla siebie, w formie „haka”, na którym można by zawiesić szefa NIK w obowiązkach w razie ewentualnej potrzeby.

3. „Sprawa Banasia” wyszła na jaw, ponieważ:

a/ pana Banasia ruszyło sumienie i w trosce o wiarygodność NIK sam przyznał się do wszystkiego na konferencji prasowej,

b/ partia, poinformowana przez służby poniewczasie odkryła swój błąd i w trosce o dobro państwa postanowiła skłonić szefa NIK do rezygnacji, apelując o to w telewizji Jacka Kurskiego,

c/ na światło dzienne wywlekli aferę dziennikarze TVN-u.

4. Poseł „zwykły” Kaczyński oraz kierownik od służb minister Kamiński wezwali na Nowogrodzką szefa NIK, w teorii – niezależnej instytucji kontrolnej — i usiłowali skłonić do złożenia dymisji, gdyż:

a/ to fake news, nigdy nie doszło do takiego spotkania,

b/ mają takie uprawnienia,

c/ bez żadnego trybu, bo kto prezesowi zabroni…

5. Za dymisją Mariana Banasia przemawiają, w przekonaniu jego mocodawców z PiS następujące argumenty:

a/ moralne, bo szef NIK powinien być poza wszelkim podejrzeniem,

b/ polityczne – maglowanie sprawy w mediach źle wpływa na notowania partii,

c/ strategiczne – „niesterowalny” szef NIK może zagrażać interesom konkretnych grup i osób ze środowisk zbliżonych do partii aktualnie rządzącej.

6. Jak dotąd, użyto wobec pana Mariana następujących „środków perswazji”:

a/ grzecznych próśb i apeli do honoru,

b/ deklaracji, że w przypadku odmowy partia nie będzie już promować dalszej kariery zawodowej szefa NIK,

c/ doniesienia do prokuratury, informacji medialnej o zagrożeniu „czynu” wyrokiem do lat pięciu oraz pobawienia pracy syna pana Banasia.

Rozwiązanie:

Przewaga odpowiedzi a: wyborca PiS, czerpiący wiedzę o świecie z „Wiadomości” TV-PiS.

Przewaga b: człowiek poczciwy, acz polityką i rzeczywistością wokół zainteresowany raczej słabo.

Przewaga c: osoba świadoma, że oto żyjemy już w „Republice Banasiowej”, układzie niemal domkniętym, gdzie o wszystkim – karierze, majątku, a nawet wolności jednostki, decyduje „bez żadnego trybu” wola prezesa oraz skupionych wokół niego „grup towarzyskich”. Instytucje i media publiczne są publiczne tylko z nazwy i służą wyłącznie partii rządzącej, a prawo chroni „swoich”, przynajmniej dopóki służą władzy. Kiedy zaś tracą użyteczność, to – jak teraz w przypadku prezesa Banasia – paragraf jakiś zawsze się na nich znajdzie. I na ich rodziny też. Bo prokuratura jest na usługach formacji władzy. A w cieniu wielkich słów o „Bogu, Honorze i Ojczyźnie” oraz „wartościach chrześcijańskich” kryją się wyłącznie mniejsze i większe partyjne interesy.

Polska pisowska posklejana taśmą przylepną. Oto ojczyzna nam się rozpada

31 Sier

Prezydent Andrzej Duda rozmawiał z niemieckim dziennikiem “Bild”. Stwierdził, że Polska i Niemcy są “wzorem pojednania”. Mimo tego, prezydent wciąż przywołuje kwestie reparacji, czy w zasadzie przeczy wcześniejszemu twierdzeniu.

– “Reparacje to kwestia odpowiedzialności i moralności. Wojna, o której dziś mówimy, spowodowała w Polsce ogromne straty” – powiedział prezydent RP w rozmowie z dziennikarzem najpoczytniejszego niemieckiego dziennika. Duda dodał, że już Lech Kaczyński zlecił “opracowanie raportu, z którego jasno wynika, że straty te nie zostały nigdy wyrównane”.

Skutki wojny

Prezydent Duda uważa, że na pewno uda się znaleźć rozwiązanie problemu reparacji. Jego zdaniem skutki II wojny światowej skończyły się dla Polski tak naprawdę dopiero w 1989 roku. – “Dziś mogę całym sercem powiedzieć: Polska jest wolna. Nigdy nie zapomnieliśmy historii. Ale Polska i Niemcy całkowicie się pojednały. Jesteśmy przykładem dla innych narodów. Powstało partnerstwo i przyjaźń, która nie ma sobie równych” – uważa.

Podkreślił, że powyższe jest zasługą Kościoła katolickiego, polityki Willego Brandta, Helmuta Schmidta i Helmuta Kohla, ale też zaangażowanie zwykłych Niemców, którzy popierali “Solidarność”. Mimo wszystko dodał, że II wojna światowa była dla Polski katastrofą. – “Staliśmy się państwem satelickim sowieckiego imperium – jeńcami komunizmu. Chociaż zawsze odważnie walczyliśmy po dobrej stronie. Podczas wojny ani rząd, ani polska elita nie kolaborowała. Ani z Hitlerem, ani ze Stalinem. A mimo to zostaliśmy gorzko ukarani. Członkowie armii państwa podziemnego, którzy walczyli o prawdziwie wolną Polskę, aż do lat 60. byli prześladowani, więzieni i mordowani przez reżim komunistyczny” – mówi Duda.

“Fort Merkel”

Andrzej Duda ma wobec Niemiec określone oczekiwania. Wymienił wśród nich np. rezygnację z budowy gazociągu Nord Stream 2 i więcej zrozumienia dla reformy wymiaru sprawiedliwości. – “Co Niemcy by zrobiły, gdyby w Trybunale Konstytucyjnym wciąż siedzieli wysoko postawieni sędziowie z NRD, którzy orzekali przeciwko działaczom na rzecz praw obywatelskich? Ci starzy komuniści nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Chcemy to zmienić – tłumaczy Andrzej Duda.

Nasz prezydent zachęca też do budowy „Fortu Merkel: – Nie mielibyśmy nic przeciwko rozszerzeniu niemieckiej obecności w ramach NATO. Ale jedno jest pewne: armia amerykańska jest najsilniejsza na świecie. Stała obecność wojsk amerykańskich w Polsce przyczyniłaby się do zwiększenia bezpieczeństwa całej Europy, w tym Niemiec” – mówił. W to wszystko wpisał polskie doświadczenia z lat 30. XX w. – “gdyby Anglia i Francja zaatakowały Niemcy we wrześniu 1939 r. (…) wojna skończyłaby się w ciągu kilku tygodni. One jednak pozwoliły Polsce się wykrwawiać. Dlatego życzymy sobie dzisiaj poważnych sojuszników, którzy dotrzymają słowa i nie uciekają” – spuentował.

Czy to ma sens?

Czy domaganie się przez rząd PiS reparacji wojennych od Niemiec ma sens? W istocie to tylko gra obliczona pod kampanię wyborczą, która ma pokazać, że „wstaliśmy z kolan”. Tego typu reparacje są nierealne w obecnych warunkach i w oczach trzeźwo myślących osób Duda raczej się kompromituje.

– To zaproszenie się pojawiło wczoraj (29 sierpnia) na moim biurku. Pewne reguły, standardy, obowiązują. Jeśli kogoś chce się traktować jak gościa, to powinno się go traktować poważnie. (…) Nie mam żadnych wątpliwości, że organizatorzy tej bardzo ważnej uroczystości postępują w taki sposób, by dać mi do zrozumienia, że nie chcą mnie tam widzieć. A ja nigdy nie narzucam się ze swoją obecnością, gdy wiem, że nie jestem mile widziany – powiedział w „Faktach po Faktach” przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Komentując sposób, w jaki został potraktowany przez PiS-owskich organizatorów uroczystości 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej, Donald Tuska zwrócił uwagę, że przyjętym standardem jest wysyłanie zaproszeń wcześniej. – Zaproszenie na uroczystości narodowe Francji 14 lipca wysyła się do mnie i do kolegów, z którymi współpracuję, prezydentów, premierów, na trzy miesiące przed takimi uroczystościami. Na uroczystości do Izraela prezydent Izraela wysyłał z rocznym wyprzedzeniem i to są pewne standardy – zaznaczył.

Tusk przypomniał również, że gdy 2009 roku organizował obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej to na Westerplatte pierwszy przemawiał ówczesny prezydent Lech Kaczyński. – Nasze relacje nie były łatwe, spór polityczny był wówczas też bardzo gorący, ale szczerze powiedziawszy do głowy by mi nie przyszło, żeby łamać reguły i traktować kogoś w sposób taki nieprzystający do dyplomacji.

Zamieszanie wokół zaproszenia Donalda Tuska

– Donald Tusk nie jest przywódcą żadnego państwa – mówił w środę Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta. Tłumaczył, że na uroczystości „zostali zaproszeni przywódcy państw”, a „Tusk nie jest przywódcą żadnego państwa”. – Klucz zaproszeń był prosty, zapraszani byli przywódcy państw Unii Europejskiej, NATO i Partnerstwa Wschodniego – stwierdził w rozmowie z gazeta.pl.

Już po rozmowie z Gazeta.pl, Spychalski na Twitterze sprostował swoją wypowiedź: W związku z licznymi pytaniami informuję, że zawsze na ważne uroczystości państwowe zapraszamy wszystkich byłych Prezydentów i Premierów. Tak jest i tym razem – na uroczystości 1.09 do Warszawy zaprosiliśmy wszystkich byłych Prezydentów RP i Premierów RP. – napisał.

„Tymczasem w Szczecinie super komedia, czyli „stępka do kwadratu”. Min. Gróbarczyk odbierał przed wyborami kadłub lodołamacza, miał być zwodowany – nie zdążyli. Ale żeby było widać, że skończony – pokleili go papierową taśmą i pomalowali” – napisał na Twitterze Łukasz zach-pom. Dołączył do wpisu zdjęcia opublikowane na Facebooku przez Rafała Zahorskiego.

Internauci kpili z poczynań rządzących: – „Taśma klejąca wytrzymała! A tak serio. Jakby żył Bareja, byłby z was strasznie dumny”; – „Po co prezesowi lodołamacz?”;

„Pamiętacie model dostawczaka elektrycznego Ursusa, wydrukowany drukarką 3D? To tu mamy kolejny hit: statek z tektury. To lepsze, niż Monty Python”; – „Czy nadano także imiona kołom ratunkowym? No chyba, że nie ma kół, bo już wiecie, że ta skorupa nigdzie nie popłynie???”.

Przypomnijmy, słynną stępkę pod prom samochodowo-pasażerski uroczyście położył Mateusz Morawiecki w czerwcu 2017 r. „Miało być pięknie, a jest jak zwykle. Po dwóch latach od położenia stępki kupujemy gotowy projekt”.

Przepraszam, że nie wpadam w dziki zachwyt nad umiejętnością zamiatania afer pod dywan i wciąż żądam wyjaśnienia sprawy Srebrnej, dwóch wież, SKOK-ów, afery w KNF czy hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jarosław Kaczyński zawitał wczoraj na konwencję Zjednoczonej Prawicy do Poznania. Okrzykom „Jarosław! Jarosław!” nie było końca. Kółeczko wzajemnej adoracji aż puchło z podziwu nad sobą, a samozadowolenie aż biło po oczach. No i oczywiście padło wiele wielkich słów. O drodze do zwycięstwa, która jeszcze trochę musi potrwać, o szkołach wolnych od eksperymentów, bo muszą wychowywać młode pokolenie w duchu chrześcijańskim, o sukcesach, prawdzie, ble ble ble… Biedny prezes przyznał też, że ma z nami, poznaniakami i Wielkopolanami problem, bo „znaczna część społeczeństwa w tej części Polski jeszcze nie do końca zrozumiała nasz program i nasze idee”.

I teraz nie wiem, mam się kajać, że zbyt głupia jestem, bo nie załapałam wielkości partii rządzącej? Mam się ukorzyć, błagać o wybaczenie i biegiem zrozumieć, że bez PiS-u czeka nas kanał, że tylko PiS uchroni nas… chwilowo nie wiem, przed czym, ale na bank, uchroni?

Jako że jestem zawsze pełna pokory i umiem przyznać się do popełnionych błędów, przepraszam więc. Przepraszam zawiedzionego mną prezesa, że czepiam się, zamiast uznać, iż prawdziwa Polska to taka, klerykalizująca się na potęgę. Polska, w której nagłaśnianie pedofilii wśród duchownych, piętnowanie Jędraszewskiego za haniebne słowa o zarazie LGBT, zniesmaczenie spowodowane ostrym upolitycznieniem hierarchów, potraktowanie ambony jako miejsca propagandy politycznej, narzucanie ideologii kościelnej, nie mającej nic wspólnego z zasadami wiary, wzrastająca dominacja prawa katolickiego nad prawem stanowionym, nazywa się atakiem na Kościół. Przepraszam, że nie rozumiem, jak można ładować miliony w nienażartych kleryków, gdy zamyka się szpitale, emeryci ledwo przędą, drożyzna szaleje.

Błagam o wybaczenie, że nie mogę pojąć, dlaczego partia rządząca stawia na kłamstwo i manipulowanie ludźmi. Dlaczego – patrząc mi w oczy – wciska kit o coraz mocniejszej pozycji Polski w świecie, kwitnącej gospodarce. Dlaczego opiera swoje rządy na dyletantach, którzy nie mają pojęcia, co mówią i co czynią, czego dowodem rozwalona edukacja, wojsko oparte na antykach z epoki Układu Warszawskiego, kolejne wpadki, pokazujące niewiedzę z zakresu podstawowych nauk, takich jak historia, ekonomia, geografia czy prawo.

Proszę mi wybaczyć, że wkurzam się, gdy słyszę o potędze polskich stoczni, wreszcie odzyskanych przez państwo, włączeniu się w walkę o zatrzymanie umierania ziemi, dbałości o klimat, wykorzystywaniu zasady „Bóg Honor Ojczyzna”, by robić ludziom wodę z mózgu, wspieraniu ideologii rodem z faszystowskich Włoch i nazistowskich Niemiec, sprowadzeniu pojęcia „patriotyzm” tylko do umierania za Polskę i poszatkowaniu historii tak, by wyciągnąć z niej tylko to, co staje się świetnym narzędziem do utrzymania obywateli w ryzach.

Przepraszam, że nie wpadam w dziki zachwyt nad umiejętnością zamiatania afer pod dywan i wciąż żądam wyjaśnienia sprawy Srebrnej, dwóch wież, SKOK-ów, afery w KNF czy też ostatniej, hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości. Że nie podziwiam Kuchcińskiego za loty rodzinne, obrzydza mnie język i agresja, tak ochoczo wprowadzone przez polityków PiS do przestrzeni publicznej, a które wcześniej czy później doprowadzą do rozlewu krwi. Że ze wstrętem słucham wypowiedzi, w których partyjni kolesie Kaczyńskiego pokazują, za jakich idiotów mają naród.

Przepraszam, że nie pozostaję bierna, widząc, jak wyciągają z mojej kieszeni każdy grosz, byle tylko zapewnić sobie poparcie tej grupy społeczeństwa, której nic więcej poza darmówką w łapie nie trzeba, by kochać wielbić i pozostać wiernym do końca. Widząc, jak władza szczodrze rozdziela między sobą pieniądze, które ciężko zarobiłam, a do tego jest przekonana, że tak ma być, bo przecież „te pieniądze jej się należą”.

Przepraszam, że w ogóle jestem jak taki wrzód na zdrowym, pisowskim organizmie społecznym. Nie podporządkowuję się, nie wierzę w te gruszki na wierzbie, nie przymykam oczu na łamanie prawa w imię pisowskiego prawa, nie wyrażam zgody na bezprawne działania policji, na rządy miernot, które mają o sobie znacznie większe mniemanie niż jest naprawdę. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

I cóż teraz prezes zrobi z takimi jak ja? Co się stanie, gdy jednak nadal nie zrozumiemy, czym jest program i idee PiS-u? Odbierze nam prawa obywatelskie, stłamsi poczucie wolności na maksa czy też podda długoletniej resocjalizacji? No cóż, panie prezesie, czarno to widzę. Choćby na uszach pan stanął, nie ma pan szans. Tak długo, jak uda się panu utrzymać przy władzy, ja i mnie podobni nie odpuszczą. Dlaczego? Bo „Polak to brzmi dumnie”. Przepraszam więc bardzo, że nie poddaję się indoktrynacji, populizmowi. Przepraszam, że jestem i będę. Przepraszam…

PiS wrócił do flagi unijnej jako szmaty

4 Czer

„Już po wyborach! Flagi unijne zniknęły z kancelarii prezydenta. Polska sercem Europy!!!” – podsumował jeden z internautów zdjęcia z dzisiejszej konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim. Ministrowie Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski i Błażej Spychalski stoją na tle wyłącznie polskich flag.

„Jakież to obrzydliwie przewidywalne…”; – „Polska – trzecia gospodarcza potęga świata, to po co UE-flagi, taki obraz lansuje teraz TVPiS”;

„Kuźwa człowiek myśli, że już niczym mnie nie zaskoczą i jak zawsze się mylę. Żenada to za mało powiedziane. Tak zachowują się tzw. elity PiS, a ich wpatrzony w nich lepszy sort wszystko łyka”; – „Pojawią być może na jesień na polecenie Naczelnika” – komentowali internauci.

A jak było przed wyborami do Europarlamentu? Nawet była premier Beata Szydło usiłowała dziennikarzom wmówić, że nie kazała usunąć flag unijnych z Kancelarii Premiera. Jak twierdziła zniknęły one tylko (!!!) z sali konferencyjnej. Cóż, po wyborach nie ma ich już w Pałacu Prezydenckim, czekamy więc na pierwszą konferencję w Kancelarii Premiera…

Publicysta Andrzej Bober o zachowaniu Mateusza Morawieckiego względem prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz.

4 czerwca 1989 roku, w dniu częściowo wolnych wyborów pełniłem obowiązki dowódcy 25 pułku zmechanizowanego w Opolu. Starsi żołnierze pułku pracowali w okolicach Konina na rzecz gospodarki narodowej, a w jednostce szkoliliśmy wtedy dużą liczbę rekrutów, którzy głosowali w koszarach.

Kiedy w poniedziałkowy poranek połączył się ze mną dowódca dywizji, zameldowałem o spokojnym przebiegu wyborów. Nie o to mu jednak chodziło – „ile głosów dostał minister gen. Florian Siwicki?” Kiedy usłyszał odpowiedź, że 15 % – wpadł w szał. Potem długo tłumaczyłem mu, o nowym duchu solidarności, ale to tylko wzmagało agresję generała. – Ty Mazguła się ubierz na wyjściowo i melduj się do raportu!”

Pod gabinetem generała spędziłem sporo czasu i nasłuchiwałem dochodzące do mnie urwane fragmenty telefonicznych rozmów i konsultacji, po czym adiutant przekazał mi polecenie powrotu do jednostki. Później dowiedziałem się, że F. Siwicki w innych jednostkach dostał 12 %.

Dzisiaj, maszerując po ulicach Gdańska, uczestnicząc w spotkanych wolności, wspominam tamten czas przełomu oraz niespodziewanego zwycięstwa nadziei i solidarności. Wspólnie z przyjaciółmi dumnie wznoszę biało-czerwoną flagę i symbole Unii Europejskiej, bo rozumiem, że tamtego dnia naród ostatecznie opowiedział się przeciwko porządkowi jałtańskiemu, radzieckim wpływom i zacofaniu cywilizacyjnemu. Wyniki tych wyborów wskazały pokojową drogę przemian demokratycznych i proeuropejskich.

Dzisiaj, kiedy polskie miasta wypiękniały, zbudowano autostrady, szlaki kolejowe, a Polacy korzystają z pokoju i nieskrępowanej wymiany technologicznej, pracują i uczą się na całym świecie, podróżują bez granic, znaleźli się ludzie, których boli to narodowe szczęście.

Polacy zachłysnęli się wolnością. Jednak wiedza i wolność wyzwoliła Polaków nie tylko z niewoli, ale i z ciemnoty zabobonów religijnych gloryfikujących śmierć i posłuszeństwo krzyżom.

W Polsce istnieje zbyt wiele organizacji, które żerują na zacofaniu i posłuszeństwie wiernych. Wolność narodu ich nie interesuje, bo niszczy ich porządek wpływów, uprzywilejowaną pozycję opartą na fałszywych tezach. To oni wolą rozdawać nasze wspólne dobra i pieniądze dla zachowania wpływów, niż oddać ślepo poddany naród. To oni dzisiaj wykupują nas z wolności. Zabierają nam złudzenia, prawo do decydowania o sobie, niszczą idee, dzielą Polaków i stawiają naprzeciwko siebie, aby tylko zachować ich w strefie swoich nieograniczonych wpływów.

Wolność jest w nas i my to rozumiemy! Dlaczego jednak nie wszyscy?
Dlaczego część polityków izoluje się od tego epokowego dla Polski wydarzenia? Mało tego, robią wszystko, aby zagłuszyć ten płynący z wybrzeża głos wolności?

Dziś PiS-kościelne państwo nie chce „zarazy” wolności. Jest w stanie zatruć agresywną propagandą każdy oddech świeżego powietrza, każde spojrzenie sięgające dalej, niż na najbliższy krzyż parafialny.

Przyjdzie jednak czas i większość zrozumie, że 4 czerwca skończyła się wygodna dla wielu ślepota społeczna i poddaństwo, a zaczęła się odpowiedzialność Polaków za swój kraj i wszystkich swoich obywateli.

Sojusz biskupów z PiS-em kiedyś się skończy, ale raz zasmakowana wolność i nadzieja na godne świadome życie przetrwa.

Moja wiara w zwycięstwo wolnych myśli jest mocna i tak już zostanie.

Zawsze z wolną myślą,

Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną dyktatowi władzy, dedykuję tę książkę – mówi Igor Brejdygant w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Martwisz się o Polskę?

Igor Brejdygant: Bardzo… Żyję tu i ciągle o Polsce myślę.

Jako pisarz i scenarzysta, czyli artysta z wyobraźnią, jesteś podatny na teorie spiskowe?

Czym innym jest wyobraźnia, a czym innym wkręcanie się w chore intrygi. Nie obserwuję u siebie takich skłonności.

Ale w układy wierzysz?

Tak, bo układy są faktem…

„Układ” to określenie, które do polskiej polityki, w pierwszej dekadzie XXI wieku, wprowadził Jarosław Kaczyński…

Prezes Kaczyński „wylansował” słowo układ w pewnym celu. I jak pamiętamy – cel ten osiągnął. Nie ukrywam, że pamiętałem o tym nadając, a właściwie akceptując, tytuł książki. Jest więc przy okazji trochę przekornie.

Twoja najnowsza, czwarta powieść, która właśnie ukazuje się na rynku, jest kontynuacją „Rysy” – kryminału nominowanego do Nagrody Wielkiego Kalibru 2019 i nosi właśnie tytuł „Układ”…

Książka pierwotnie miała się nazywać inaczej, ale w końcu tytuł wymyśliła moja żona. Książka jest po prostu o układzie, a może bardziej o walce jednostki, kobiety z układem, z bardzo mrocznym układem.

Twój „Układ” jest thrillerem politycznym, w którym obnażasz prawdę o tym, co dzieje się na szczytach władzy. To, co opisujesz jest przerażające. Tak widzisz współczesną Polskę?

Pisząc współczesną powieść, historię dziejącą się tutaj, nie mogłem nie zawadzić o pewne realia. Z drugiej strony to jest powieść kryminalna, a nie literatura faktu. A to, że moja wyobraźnia tworzy rzeczy, które mogą się sprawdzić czy spełnić, a może nawet już spełniają się w rzeczywistości, to zupełnie inna sprawa. Szukałem odniesień w Polsce, co nie znaczy, że opisałem dokładnie to, co dzieje się w Rzeczpospolitej anno domini 2019 czy 2018. Jeśli już coś opisałem, to jej przyszłość, może niedaleką, ale jednak przyszłość.

Uważasz, że dziś w Polsce są historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego?

Oczywiście, że tak. Mam wręcz wrażenie, że wszystko rozgrywa się w tej chwili na jakichś dwóch platformach, które są wprawdzie ściśle od siebie zależne, ale widoczna jest tylko jedna z nich. Z tej drugiej czasem coś wycieknie, ale wtedy możemy być pewni, że to „wyciek kontrolowany” – ktoś za kulisami rozgrywa właśnie jakąś swoją partię szachów. Usiłuje się na przykład kogoś skompromitować rzeczami, które albo tak naprawdę są błahe, albo, jak się później okazuje, w ogóle ich nie ma. Tyle że potem w świecie post-prawdy nie ma znaczenia, że kogoś, mówiąc gwarą policyjną, wsadziło się na „lewe sanki”. Potem, kiedy ten ktoś z tych sanek zsiada, to prawda na jego temat już nikogo nie interesuje. Ludzie są tak zamotani nieprawdopodobną ilością informacji, że te w najoczywistszy sposób nieprawdziwe przestają być jako takie rozpoznawane. Jeśli jutro rosyjscy hakerzy rozpowszechnią newsa, że jednak Ziemia jest płaska, to spory odsetek ludzi w to uwierzy i długo trzeba będzie to potem znowu odkręcać. W tym kontekście zbieranie o osobach publicznych informacji z ich życia prywatnego jest dla tych, którzy bełtają opinii społecznej w głowach niezwykle użyteczne. O tym między innymi opowiada „Układ”.

Tomasz Sekielski o Twojej powieści napisał: „Rzeczywistość, którą znamy to jedynie fasada. Za nią skrywa się Układ, przestępczy sojusz ludzi władzy, którym wydaje się, że stoją ponad prawem. Igor Brejdygant stworzył powieść niezwykle aktualną i niepokojąco prawdziwą”. Aby złamać czyjąś karierę i zniszczyć jego życie prywatne, wystarczy zaledwie pomówienie. To zatrważająca refleksja. Czy tak postrzegasz władzę w Polsce 2019?

Nie tylko w Polsce i nie tylko władzę. Nie wiem, czy albo do jakiego stopnia żyjemy już w takim świecie, jaki opisuję w książce, ale wydaje mi się, że nawet jeśli jeszcze w nim nie żyjemy, to zaczniemy w nim egzystować szybciej niż nam się wydaje. Mamy do czynienia z nieprawdopodobnym postępem techniki, która z jednej strony nam służy, a z drugiej może być dla nas gwoździem do trumny. Internet, który łyknie każdą ilość nawet najbardziej absurdalnych informacji, urządzenia do inwigilacji, które mogą się znajdować tak naprawdę wszędzie i we wszystkim, nie wyłączając naszego własnego komputera. No i kolizja światów. Z jednej strony czyste zło, które wykorzysta każdą okazję i możliwość, żeby sięgnąć po władzę, a następnie się przy niej utrzymać, z drugiej miękkie podbrzusze świata, który chce być lepszy. Z jednej strony zbieranie kompromitujących materiałów, a z drugiej świat, który przez swoją doprowadzoną często do absurdu polityczną poprawność stworzył nieograniczone pole do tego, by ludzi można było kompromitować właściwie wszystkim.

Poprawność polityczna doprowadza nas do granic absurdu?

W Wielkiej Brytanii z nadmiernej poprawności politycznej śmieją się od dawna. Może akurat zresztą w tej chwili Wielka Brytania nie jest najlepszym przykładem, bo zmanipulowana przez złe siły sama toczy się w bardzo niebezpiecznym i dość idiotycznym kierunku. Czyżby nabijanie się z politycznej poprawności właśnie doprowadziło ją na krawędź katastrofy? (śmiech) Poprawność polityczna tak naprawdę została wymyślona dla ludzi, którzy nie rozumieją zjawisk dziejących się na świecie, światopoglądowo najczęściej są indyferentni, więc mogliby w swym niezrozumieniu popełniać idiotyczne gafy i na przykład krzywdząco wyrażać się o osobach innych od nich. Kiedy wiedzą już, że to nie przystoi, nie robią tego, żeby nie wypaść poza nawias pewnych sfer społecznych. Poprawność to system zakazów i zaleceń. Jak się lubi innych ludzi i rozumie, o co w świecie chodzi, to ten system nie jest tak naprawdę do niczego potrzebny.

W Twojej powieści giną świadkowie, okazuje się, że układ jest znacznie bardziej skomplikowany niż przypuszczamy, a bycie katem nie wyklucza bycia ofiarą. Czy taka jest właśnie prawda o politycznych i finansowych zależnościach? Czy w ogóle jest szansa na wyjście z matni przez którąkolwiek ze stron?

Myślę, że jedna ze stron wcale nie chce wychodzić z żadnej matni, bo matnia jej służy. Co do drugiej – jest w dużym kłopocie, bo ma bardzo i coraz bardziej ograniczone możliwości, aby się bronić. Fejk newsy, hejt, sfingowane oskarżenia, inwigilacja, szukanie haków, post-prawda, a przede wszystkim żądna igrzysk publiczność, która tylko czeka na czyjeś potknięcie, a wszystko po to, żeby okazało się, że ten, który był fajny, jednak ma coś za uszami. Utrzymanie opinii o własnej uczciwości w tych warunkach jest karkołomnym zadaniem, bo samo bycie uczciwym może się okazać zdecydowanie niewystarczające.

A jeśli chodzi o sytuację, w której  kat jednocześnie jest ofiarą, to najlepszym przykładem są odkrywani teraz księża pedofile, którzy jednocześnie byli informatorami Służby Bezpieczeństwa, z czym, jak sądzę wcale niekoniecznie było im po drodze, ale nie mieli wyjścia, bo milicja miała na nich po prostu haka w postaci ich pedofilii właśnie. To był PRL, możliwości techniczne i inwigilacyjne znacznie mniejsze.  Wyobraźmy sobie, na ilu ludzi mogą być haki dziś i ilu w związku z tym jest u kogoś na krótkiej smyczy.

„Rysa” i „Układ” to jednak przede wszystkim historia o kobiecie. W otaczającej nas rzeczywistości kobiety muszą nadal walczyć o swoją pozycję zawodową i społeczną. Z niekoniecznie dobrym skutkiem…

Z różnym zapewne, ale już sam fakt, że wciąż muszą walczyć, jest niepokojący. W mojej książce kobieta walczy, ale nie tylko po to, żeby się odnaleźć, ale też po to, by ten świat uczynić lepszym, czyli nie o siebie walczy jedynie, a o dobro ogólne. Ja w ogóle uważam, że dobrze by było dla świata, szczególnie teraz, gdyby mężczyzn na jakiś czas pozbawić praw wyborczych. Nie byłaby to jakaś szczególna niesprawiedliwość, bo przecież kobiety nie miały ich przez setki lat, a myślę, że przy okazji uniknęlibyśmy różnych dość poważnych kłopotów.

Jesteś jednym z najzdolniejszych scenarzystów i pisarzy swojego pokolenia.  Piszesz powieści, na których kanwie powstają scenariusze interesujących filmów i seriali. „Rysa” i „Układ” to świetny materiał na film lub serial. Piszesz już scenariusze?

Scenariusze piszę bezustannie (śmiech), ale mam nadzieję, że „Rysa” i „Układ” doczekają się ekranizacji, a są już po temu pewne przesłanki. Więcej powiedzieć nie mogę, bo źli i czujni ludzie z układu wykorzystają to potem przeciwko mnie. ( śmiech)

Książkę dedykujesz polskim policjantkom i policjantom. Dlaczego?

Niestety, w idei państwa, które przyświeca obecnie rządzącym, resorty siłowe znów nabierają nie tego znaczenia, do którego powołuje je definicja. Słowem policja i inne służby zamiast działać na rzecz obywatela i państwa zaczynają coraz częściej działać na rzecz rządzących. To jest zła wiadomość, ale dobra jest taka, że ci ludzie wychowali się już w normalnej, liberalnej demokracji, wychowali się w wolności i do wolności, więc część z nich, mam nadzieję, nie ulegnie presji, nie podda się dyktatowi przełożonych, którzy są funkcjonariuszami partii zamiast służby publicznej. Tym policjantkom i policjantom, którzy nie ulegną, dedykuję tę książkę, a właściwie dedykuję ją wszystkim funkcjonariuszom z cichą prośbą o to, żeby nie ulegli.

Rozmawiamy tuż po wyborach do Parlamentu Europejskiego. W Polsce, ale nie tylko, właściwie w większości krajów europejskich te wybory wygrała prawica, czasem nawet dość skrajna prawica. Jak to się ma do „Układu”?

Ten układ jest prawicowy. Rzekłbym nawet, że z różnych informacji wyraźnie wynika, że na świecie pod auspicjami głównie Rosji, ale też niestety Netanjahu i jego akolitów – nazwy kraju celowo nie wymieniam, żeby ci, którzy zbierają na wszystkich kwity, nie dostali do ręki choćby takiego świstka na mnie (śmiech) – oraz przy wsparciu bardzo wielu, bardzo nieciekawych ludzi na całym globie od Brazylii po Turcję powstaje rodzaj prawicowo – nacjonalistycznej, a często już wręcz po prostu faszystowskiej międzynarodówki. Układ nie zna moralności, jego jedynym celem jest zdobycie i utrzymanie władzy, przy czym, jak sądzę, nie władza w przypadku tych akurat grup jest najważniejsza, a pieniądze, choć to z grubsza zdaje się to samo. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Martwi mnie tylko bardzo, że owe nacjonalistyczne organizacje mają tak ogromne wsparcie wśród najmłodszych wyborców, bo po pierwsze – młodzi to siła, a po drugie – przyszłość świata. Według bodaj Ericha Fromma ludzkość przemieszcza się wciąż na swoistym wahadle albo może po sinusoidzie od nudy do rozpaczy i z powrotem. Mam niestety wrażenie, że po osiągnięciu górnej granicy nudy i rozleniwienia, wahadło ruszyło w tę drugą stronę. Teraz będzie nabierało prędkości, a układ po prostu najpierw cynicznie to wesprze, a potem niemniej cynicznie na tym skorzysta. Szkoda tylko tych młodych, bo po tamtej stronie krzywej wahadło przeważnie zamiast się zatrzymywać, powoli wytracając siłę, wali w ścianę z ogromną siłą.

Ks. Stanisław Walczak: Katolicy upadli, plemię żmijowe…

Pisowskie kosmiczne przyspieszenie. Smród Dudy i Morawieckiego, tak działa strach

7 List

Video tutaj >>>

Jak wynika z zapowiedzi polityków PiS, wojewoda łódzki z niecierpliwością czeka na ślubowanie Hanny Zdanowskiej, by rozpocząć procedurę usunięcia jej ze stanowiska, w związku z tym, że została wcześniej prawomocnie skazana na karę grzywny. Prezydent Łodzi ma złożyć ślubowanie 21 listopada. Wojewoda jest głęboko przekonany o swoich racjach i powołuje się na stosowne opinie oraz ekspertyzy mówiące, iż osoba skazana prawomocnym wyrokiem nie może w sposób trwały być wójtem, burmistrzem i prezydentem miasta.

Lecz miasto nie daje za wygraną, mimo że słychać prawniczy dwugłos.

Część prawników uważa, że wojewoda ma rację, wielu jednak, jest odmiennego zdania – w tym np. szef PKW Wojciech Hermeliński. Odwołują się do kolizji przepisów między kodeksem wyborczym, a ustawą o pracownikach samorządowych. Jest teraz pytanie jakimi opiniami prawnym operuje wojewoda i czy one w ogóle istnieją.

Z urzędu Wojewódzkiego padła nawet szokująca na to pytanie odpowiedź, z której wynika, że odrębnych opinii prawnych zwyczajnie nie ma.

Również Urząd Miasta Łodzi zamówił opinię prawną na temat sytuacji pani prezydent. Wynika z niej, że „osoba skazana prawomocnym wyrokiem na karę grzywny za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego może kandydować na urząd prezydenta miasta, a także, w razie uzyskania mandatu, może pełnić tę funkcję oraz otrzymywać wynagrodzenie prezydenta miasta”. W podobnym duchu swoje opinie sporządzili prof. Marek Chmaj i dr hab. Sabina Grabowska z Uniwersytetu Rzeszowskiego (obie przygotowane na zlecenie Fundacji Państwo Prawa).

To nie pierwsza sytuacja, w której politycy partii rządzącej w ważnych kwestiach powołują się na ekspertyzy, których potem albo nie chcą udostępnić, albo nie są w stanie udowodnić, że w ogóle istnieją.

Dziennik Gazeta Prawna przypomina, że niemal rok temu głośno było o analizach, na jakie powoływał się ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Twierdził, że jego resort posiada ekspertyzy mówiące o tym, że Donald Tusk został wybrany na szefa Rady Europejskiej w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego. Sieć obywatelska Watchdog zażądała ich ujawnienia, ale MSZ odmówiło. Dopiero wojewódzki sąd administracyjny w październiku 2017 r. uznał, że ekspertyzy to informacja publiczna, która musi zostać udostępniona, a po licznych korowodach wyszło na jaw, że skoro MSZ żadnych ekspertyz nie posiada, trudno je zmusić, by takowe udostępniło.

Bożena Chlabicz-Polak pisze o mniemanym zwycięstwie Kaczyńskiego.

„Miejskość” to nie tyle wielkość populacji, ile – okazuje się – stan ducha

Po pierwszej turze opozycja rozsiewała złośliwe plotki, że w partii władzy trwa polowanie na winnych wyborczej klęski. Krążyły słuchy, że pan prezes zlecił nawet audyt kampanii pod kątem odpowiedzialności jej autorów. Ale teraz już wiadomo, że jeśli nawet ustalano jakieś personalia, to tylko po to, żeby wręczyć aktywistom medale za zwycięstwo. Bo partia aktualnie rządząca poniosła druzgocący… sukces, poprawiając swój dotychczasowy rekord, czyli 1:27. Teraz PiS wygrał wybory wynikiem 4:103 (w sejmikach 6:10).

Zdaniem pana prezesa, który właśnie ogłosił światu zwycięstwo, to fantastyczny prognostyk przed kolejnymi wyborami i zapowiedź dalszego bicia rekordów przy urnach.

Owszem, wyszło na to, że polityka formacji władzy niespecjalnie przypada do serca mieszczuchom, no ale – jak skwapliwie zapewniał we wszystkich możliwych mediach poseł Sasin – mieszczanie, czyli burżuje, to w zasadzie zaledwie niewielki margines naszego wspaniałego, karnie głosującego na partię pana prezesa społeczeństwa. Bo cóż znaczy tych marnych 15 procent liberałów i lewaków z Lemingradu i innych enklaw złodziejskiej urbanizacji, wobec reszty Narodu, żyjącego – patriotycznie – wśród pól rozmaitych, gdzie bursztynowy świerzop i pała. Znaczy – dzięcielina pała…

Ile to jest 15 procent wobec 40 milionów Polaków? Otóż to jest te same 6 milionów, co poszło na „Kler”. Tyle mamy – znaczy – obywateli gorszego sortu w ich wielkomiejskich matecznikach. Ale reszta kraju jest – Bogu dzięki – wolna od europejskich miazmatów, co daje partii aktualnie rządzącej solidnie poparte nadzieje na kolejne zwycięstwa wyborcze.

Ale w tym miejscu wypada nieco ostudzić entuzjazm pana posła, bo wyraźnie nie doczytał czegoś w rocznikach GUS-u, z których wynika, że w tak zwanych dużych miastach (powyżej 100 000 mieszkańców) żyje już w Polsce niemal 30 procent obywateli. Niezależnie od stuprocentowego niedoszacowania mieszkańców największych metropolii, z „miejskością” Polaków jest nawet większy problem. Bo w pozostałych, czyli tych trochę mniejszych miastach i miasteczkach mieszka kolejne 1/3 rodaków, co daje solidną średnią europejską. Podobnie jak na Zachodzie, ludność miejska to i u nas ponad połowa, a ściślej 60,7 procent populacji.

Inna sprawa, że poseł Sasin miał prawo się pomylić, bo do wyborów zwykło się uważać, że Polska powiatowa, czyli właśnie małomiasteczkowa, to ciągle elektorat wiejski. Wprawdzie żyjący po sąsiedzku z supermarketem, przystankiem, urzędem i przychodnią, ale jednak sielsko-anielski mentalnie.

A tu „prowincja” urządziła wszystkim wyborczą niespodziankę. Bo może i bruki w małych miasteczkach bywają krzywe, a jedyne, co łączy takie miejsca z wielkomiejskim stylem życia to autobus (lub pociąg) do najbliższej metropolii, ale „miejskość” to nie tyle wielkość populacji, ile – okazuje się – stan ducha. Przeciwko kandydatom z partii aktualnie rządzącej głosowała nie tylko Ostrołęka (która tak bardzo chciała obejrzeć „Kler”, że aż pogoniła burmistrza-katechetę) oraz Świebodzice, bo – choć to rodzinne miasto minister Zalewskiej – coś nie przepadają za jej reformą oświaty.

To jeszcze nie koniec złych wiadomości dla formacji rządzącej. Bo nie dość, że mieszczanie gremialnie podziękowali formacji władzy za „dobrą zmianę”, to jeszcze „miejskość”, niestety, szerzy się jak – nie przymierzając – odra na Mazowszu. Ludność miast, w przeciwieństwie do mieszkańców terenów wiejskich, ciągle rośnie.

Prognozy wskazują, że za pół wieku większość cywilizowanych społeczeństw będzie zurbanizowana, co oznacza, że życie w metropoliach (ewentualnie na suburbiach) stanie się udziałem zdecydowanej większości populacji. Jeszcze chwila, a wszyscy będziemy mieszczanami. I kto wtedy będzie głosował na PiS???

Biorąc pod uwagę tę dramatyczną dla partii władzy perspektywę, dopiero teraz przy okazji pierwszych wyborów epoki „dobrej zmiany”, można docenić dalekowzroczność autorów jednej z pierwszych ustaw nowej władzy – „ustawy o ziemi”. Bo czemu surowo zakazano sprzedaży choćby małych wiejskich działek mieszczuchom? Otóż po to, żeby włościanie nie oddali ojcowizny w ręce czytelników „GW”, zapewniając partii rządzącej stabilne trzydzieści kilka procent poparcia.

A jak wyborca Trzaskowskiego czy innego Sutryka nie zbuduje sobie daczy wśród „pól malowanych zbożem rozmaitem”, to i nie przywlecze między świerzop i dzięcielinę zgubnych dla tradycyjnego stylu życia (oraz wyników wyborczych PiS) miazmatów liberalizmu i lewactwa. Co otwiera drogę do dalszych druzgocących sukcesów partii pana prezesa.

>>>

PiS składa się z samych sromotnych postaci, prezes Kaczyński to Sromotnik Trujący.

vald2

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

„Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę”.

Jakie podłe nastroje muszą być w PiS po wyborach samorządowych – zwłaszcza po drugiej turze – że prezes Jarosław Kaczyński zdecydował się z chorym kolanem robić za frontmana. Prezes chwycił za mikrofon, wyszukał wzrokiem, która kamera transmituje i ogłosił: „Zwyciężyliśmy”.

Żeby nie było ten tego, że Koalicja Obywatelska tudzież pozostali obsadzili prezydentami niemal wszystkie miasta. Nie! – „Nasze zwycięstwo nie podlega najmniejszej wątpliwości” – prezes zaśpiewał glorię i wiktorię.

Może prezes wybudził się, podobnie jak w stanie wojennym w południe 13 grudnia, oszołomiony. Nie zdążył do sztabów wyborczych Kacpra Płażyńskiego albo Małgorzaty Wassermann, a nawet do Nowego Sącza, gdzie startowała żona Arkadiusza Mularczyka (tego harcownika od reparacji wojennych) Iwona Mularczyk – i w jednym z tych miejsc w niedzielę nie ogłosił wiktorii.

Prezes wybudził się po dwóch dniach, a jeszcze nie mamy zimy…

View original post 1 072 słowa więcej