Tag Archives: Beata Mazurek

Mazurek i Macierewicz. Z życia pasqud 20

15 Lip

W ten weekend Koalicja Obywatelska przedstawiła zręby swojego programu gospodarczego. Wart 30 mld zł projekt obniżki podatków, szczególnie dla najmniej zarabiających (zysk dla zarabiających najniższą krajową w granicach 600 zł netto miesięcznie) stanowi pierwszy krok, aby rzucić wyzwanie wizji państwa zaproponowanej przez PiS.

Jak się można było spodziewać, rządzący postanowili zrobić co w ich mocy, aby uniemożliwić wyjście opozycji z ofensywą. O ile jednak sam merytoryczny zrąb propozycji konkurentów okazał się dla PiS medialnie nie do ruszenia, to ci postanowili użyć innej starej sztuczki, czyli oddalić argument poprzez pozbawienie wiarygodności jego autora. Stąd rząd ruszył ze specjalną stroną internetową prezentującą alternatywny “program” opozycji z wyborem cytatów polityków PO z przestrzeni ostatnich lat. Na Twitterze uaktywnili się politycy obozu władzy zarzucając KO brak wiarygodności i odpowiedzialności. Te próby uderzenia były mniej lub bardziej trafne, jednak zdarzały się przypadki niesamowicie niefortunne, jak atak w wykonaniu byłej rzeczniki PiS, dziś europoseł, Beaty Mazurek. Polityk na Twitterze napisała: “zadaję KE i Schetynie pytanie-ile dziesiątek mld złotych będą kosztowały PL wasze populistyczne obietnice?”

Powyższe słowa są ze strony PiS niesamowicie nieprzemyślane, ponieważ Beata Mazurek użyła argumentu ze słynnego i tak lubianego przez rząd cytatu Jacka Rostowskiego, że pieniędzy na 500+ “nie ma i nie będzie”. Przecież sam sztandarowy program 500+ to teraz rocznie koszt ponad 40 mld zł, czyli niemal 1,5 krotność kosztu wszystkich obietnic z programu “Wyższa Płaca”. Jeśli ten drugi jest niegospodarnością, to jak nazwać ten pierwszy?

Przypomnijmy przy tym, że dzięki propozycji KO praca zacznie bardziej się opłacać. Jeśli zarobki najmniej zarabiający wzrosną o 38%, to zwyczajnie podjęcie aktywności zawodowej stanie się bardziej atrakcyjne, a warunki życia bardziej godne, bez podwyższania kosztów pracy i opieki społecznej. Przypomnijmy, że mówimy o kraju, gdzie pracuje zaledwie 56% osób w wieku produkcyjnym. Innymi słowy program PO generować będzie nie tylko koszty ale i zyski wynikające ze wzrostu zatrudnienia i podatków z dodatkowych etatów i godzin pracy. Nie można tego samego powiedzieć o 500+, ponieważ jego błogosławiony wpływ na wzrost gospodarczy jest jednym z najbardziej szkodliwych mitów gospodarczych. W myśl tego ostatniego bowiem to nie praca, a kredyt rozwija gospodarkę narodową. Pożyczać nie można jednak w nieskończoność.

Słowa Beaty Mazurek pokazują, że wielką obłudą władzy były twierdzenia, że Polskę stać na wielkie programy redystrybucyjne. Cała “Piątka Kaczyńskiego” ma kosztować przyszłoroczny budżet 42 mld zł, do których dochodzi ponad 20 mld zł z programu 500+ na drugie i kolejne dziecko, a trzeba jeszcze uwzględnić kolejne środki na wyprawkę 300+. Do tego 13-sta emerytura ma być najprawdopodobniej utrzymana, zatem kiedy niegospodarna opozycja chce wydać 30 mld zł, to odpowiedzialni gospodarze z PiS wydadzą prawie 70 mld zł. Do tego trzeba doliczyć nawet do 15 mld zł kosztów obniżenia wieku emerytalnego, czyli jeszcze kilka nawet małych programów “Plus” i zbliżamy się do 100 mld zł rocznie, czyli równowartości całych wydatków państwa na ochronę zdrowia. Proszę sobie teraz wyobrazić jak mogłaby wyglądać opieka nad pacjentem, gdybyśmy wydawali dwa razy więcej środków na zdrowie. To jest właśnie cicha cena za politykę PiS, którą dziś wszyscy musimy zapłacić.

Słowa Beaty Mazurek są wyżynami hipokryzji politycznej, która dobitnie obnaża jak bardzo dziś okłamuje się wyborców w Polsce. Rząd marnuje na potrzeby swojego populizmu kolejne szanse rozwojowe naszego kraju, a rozwiązania, które pozwolą cieszyć się ciężko pracującym ludziom godniejsza płacą uważa za szkodliwe. W myśl ostatnich awantur zadajmy sobie ponownie pytanie, kto pała zatem większą pogardą dla zwykłego człowieka?

Grzegorz Schetyna ogłosił sześć kluczowych punktów nowego programu wyborczego opozycji. – Nie wystarczy być jedynie anty-PiS-em, bo bycie anty-PiS-em nie odzwierciedla tak naprawdę tego, kim jesteśmy i za czym się opowiadamy – mówił podczas drugiego dnia Forum Programowego Koalicji Obywatelskiej pod hasłem “Uzdrowić Polskę”. Wśród zaprezentowanych punktów są m.in. wzrost płac, poprawa jakości służby zdrowia, wprowadzenie programu ochrony środowiska i związki partnerskie.

Sześć głównych zmian, których potrzebuje Polska

  1. Akt odnowy demokracji
    – Jednym zbiorem ustaw usuniemy cały śmietnik bezprawia – mówił Grzegorz Schetyna. Chce też wprowadzenia obligatoryjnych referendów po zebraniu miliona podpisów, głosowania przez Internet, praw dla kobiet i związków partnerskich.
  2. Podwyżki płac
    – To jest ten moment, w którym powinny urosnąć pensje. Dorabiają się partyjni działacze, pompują pieniądze ze spółek, tylko wypłata uczciwego człowieka nie rośnie. Ci, którzy zarabiają mniej niż 4500 złotych brutto, dostaną dodatkową premię za aktywność i pracę – zapowiedział lider PO.Wprowadzony ma zostać niższy PIT i ZUS dla wszystkich pracujących; przygotowany specjalny program startowy dla młodych; równe płace dla kobiet i mężczyzn, a także zniesienie zakazu handlu w niedziele.
  3. Europejska Ochrona Zdrowia
    – Ludzie widzą, że służba zdrowia się sypie i zwyczajnie zaczynają się bać. Na chorowanie mogą sobie dziś pozwolić jedynie najbogatsi albo związani z władzą. Nasz projekt europejskiej ochrony zdrowia pozostaje w mocy. Czekanie miesiącami, latami na poradę musi się skończyć – mówił Grzegorz Schetyna.Termin oczekiwania do specjalisty ma nie być dłuższy niż 21 dni, a oczekiwanie na SOR-ach nie może trwać dłużej niż 60 minut. Poza tym wprowadzony ma zostać program walki z rakiem; pełen bilans zdrowotny dla osób 50+; wprowadzone szczepienia dla dzieci; pakietu dla osób niepełnosprawnych oraz przywrócenie i rozszerzenie programu in vitro.
  4. Program dla seniorów
    – Trzynastą emeryturę trzeba utrzymać na stałe i oderwać od kaprysów władzy. Skoro można ją wypłacać, to ma być i już, a nie „może będzie, może nie będzie”. To nie jest kaprys władzy. To jest nasz obowiązek – mówił.Poza tym powstać mają centra rehabilitacji i domy dziennego pobytu; a pakiet dla seniora ma obejmować m.in. darmowe przejazdy taksówką do przychodni czy pomoc przy drobnych pracach domowych.
  5. Przyjazna szkoła
    – Nie będziemy do tego zamieszania dokładali kolejnej reformy. Najpierw musimy posprzątać i uspokoić sytuację. Naszymi sojusznikami będą samorządy i nauczyciele. I jednym, i drugim trzeba zaufać. Nauczycielom damy obiecane podwyżki (czyli 1000 złotych) i więcej autonomii – zapowiedział lider PO.Chce też, aby dom stał się “domem bez tornistra i prac domowych”, tak aby dzieci w szkole po lekcjach odrabiali zadania pod opieką nauczycieli.
  6. Czyste powietrze i woda
    – Jeśli nie dokonamy radykalnej zmiany, nasze dzieci nie zobaczą już świata, jaki my znaliśmy. Już teraz choroby wywoływane przez smog zagrażają prawidłowemu rozwojowi najmłodszych. Świeże powietrze już tylko z nazwy jest świeże, a znalezienie czystego wymaga wypraw i poszukiwań. Ogromne obszary Polski zagrożone są pustynnieniem – mówił Schetyna.Co KO chce zrobić? W ciągu 8 lat zredukować zanieczyszczenie powietrza w Polsce do poziomu “w pełni bezpiecznego dla zdrowia”, do 2030 roku wyeliminować węgiel w ogrzewaniu domów i mieszkań, do 2035 roku w ogrzewaniu systemowym, a do 2040 roku w energetyce. Poza tym ograniczyć zużycie plastiku oraz wprowadzić program „Dzika rzeka”, który ma uratować i wrócić naturze najcenniejsze duże i małe rzeki.

Antoni Macierewicz w ramach swoistego uaktywniania „reanimował” swoją podkomisję smoleńską, o której słuch zaginął. Ostatnio więc były szef MON wezwał do stawienia się przed nią, choć jak się okazało tylko on „przesłuchiwał”, dwóch posłów PO Cezarego Tomczyka i Pawła Suskiego:„Powiedzieć o tej podkomisji [smoleńskiej], że to parodia państwa to nie powiedzieć nic”.

Do tego grona dołączył także długoletni reporter Radia Zet Jacek Czarnecki. I tak jak w przypadku posłów, którzy opisywali spotkanie z Macierewiczem jako kuriozalne, podobny wniosek płynie z relacji Czarneckiego. Pierwotnie miał się stawić na przesłuchanie w miniony poniedziałek, ale zbyt późno dostarczono mu wezwanie. W efekcie spotkał się z Antonim Macierewiczem w ubiegły piątek

Rozmowa przebiegała w cztery oczy. – „Na koniec pan przewodniczący poinformował mnie, że spotkanie miało charakter niejawny. Powiedziałem, że muszę zaprotestować, bo o niejawnym charakterze powinienem zostać poinformowany na wstępie, a nie na końcu i według mnie nie można teraz stwierdzić, że spotkanie miało charakter niejawny. Pan Macierewicz poinformował mnie, że nie mogę ujawniać tego, co poruszał w zadawanych mi pytaniach, natomiast mogę mówić o samym fakcie i okolicznościach przesłuchania. Powiedziałem, że się nie zgadzam, na co pan przewodniczący odpowiedział: jeśli się pan nie zgadza, to możemy skasować nagranie” – opowiedział w onet.pl. Jacek Czarnecki.

A na Twitterze dodał: – „Jak można skasować nagranie z oficjalnego przesłuchania świadka? Przecież to jest rodzaj dokumentu. Tym bardziej że byliśmy z AM sam na sam, żadnego protokołu, ani nic z tych rzeczy. Wezwanie zachowałem, gdyby nagle miało się okazać, że to przesłuchanie „nigdy nie było aktualne”.

„W jakim kraju my żyjemy ? Wyobraźcie sobie, co robią z nagraniami, które obciążają kogoś z PiS. Po prostu je kasują…”; – „Bezcenne doświadczenie, a do tego dowiedziałeś się jak niektórzy bezgranicznie potrafią być kreatywni… i z każdej sytuacji znajdą wyjście” – komentowali internauci. – „Wiceprezes PiS Macierewicz proponuje skasowanie „przesłuchania” dziennikarza, które sam przeprowadzał. Wcześniej sam sobie wypisał legitymację, żeby „przesłuchiwać” posła opozycji. Wystawianie Macierewicza jako lidera listy w wyborach do Sejmu to kompromitacja PiS” – podsumował na Twitterze były minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak.

Ostatnimi bastionami demokracji pozostały tylko sądy, oblegane przez hufce najemników Zbigniewa Ziobry, oraz wolne media, opluwane przez wynajętych propagandystów udających dziennikarzy

W programie przedwyborczym PiS nie ma projektu zmiany konstytucji, ale nikt rozsądny nie zaprzeczy, że Kaczyńskiemu marzy się Polska w pełni autokratyczna, gdzie wszelkie instytucje państwa karnie podporządkują się jednemu ośrodkowi władzy. Ośrodkowi skupionemu wokół osoby Prezesa RP. A niewiele mu już brakuje do osiągnięcia celu. Ostatnimi bastionami demokracji pozostały tylko sądy, oblegane przez hufce najemników Zbigniewa Ziobry, oraz wolne media, opluwane przez wynajętych propagandystów udających dziennikarzy.

Dzięki desperacji przedstawicieli władzy sądowniczej broniących swojej niezależności oraz wsparciu instytucji unijnych polskie sądy trzymają się nieźle. Nie da się tego powiedzieć o wolnych (jeszcze) mediach, które czują się niezagrożone i za dobrą monetę przyjmują zapewnienia, że władza nie ma w planach wrogiego przejęcia zwanego „repolonizacją”.  Jakby zapominali, że ich redakcja czy rozgłośnia to zwykłe przedsiębiorstwo podlegające normalnym prawom rynku, a dla PiS żadna kwota (z budżetu państwa) nie jest zbyt duża, by wykupić „z obcych rąk” udziały wrażej firmy. Rządzącym, którzy dysponują ogromną pulą reklam spółek skarbu państwa, koncesjami, dyspozycyjnymi organami kontrolnymi oraz zbójeckim prawem do natychmiastowej zmiany regulacji i przepisów, udało się już osłabić wolę walki i siłę rażenia niektórych stacji, rozgłośni i tytułów. Ale są i takie wciąż przyzwoite media, gdzie przyzwoici ludzie, prawdziwi dziennikarze, nawet ci nagradzani i zasłużeni w obronie demokracji i zdrowego rozsądku, nie wykorzystują swego potencjału intelektualnego, refleksu i zawodowego doświadczenia, albo wykorzystują go jedynie dla własnej promocji. Niektórzy zdają się mieć dosyć uciążliwej i nieefektywnej walki o normalność. Inni zaczynają płynąć z prądem „demokratycznych przemian”.

Wiceminister Edukacji Marzena Machałek na pytanie o przyczyny bałaganu oświatowego idzie w zaparte. Wszystko jest w porządku, bo ona otrzymuje wiele podziękowań od szkół z całej Polski. Zasłużona dziennikarka nie pyta, które konkretnie szkoły są zachwycone reformą i wdzięczne ministerstwu, więc pani Machałek kontynuuje, że samorządy przygotowały miejsca w liceach dla wszystkich uczniów i prosi by nie nakręcać niepokojów, bo „pani jest doświadczonym dziennikarzem i wie jakie to stresujące dla uczniów i rodziców”.  Doświadczona dziennikarka chyba to wie, bo zmienia temat.

W innym programie bulwersujący temat kontynuuje minister edukacji Dariusz Piątkowski. Obliczył, że w skali kraju miejsc w szkołach średnich jest tyle, że z naddatkiem wystarczy dla wszystkich chętnych. Dziennikarka nie pyta, czy wobec tego uczeń z czerwonym paskiem o zdolnościach humanistycznych, dla którego zabrakło miejsca w liceum, powinien pójść do odzieżówki lub technikum mechanicznego.  Nie pyta też, czy wolne miejsca w Stalowej Woli zapełnić mają kandydaci z Warszawy i Wrocławia. A gdy minister twierdzi, że również poprzednio wielu uczniów dysponujących świadectwami z czerwonym paskiem nie dostawało się do liceów, dziennikarka nie stara się dowiedzieć, kiedy „poprzednio”, gdzie to było i z czyjego kapelusza pochodzą te dane.

Kiedy minister oświaty zapewnił, że reforma oświaty nie ma nic wspólnego z polityką, bo gdyby miała, to przeprowadzona zostałaby po wyborach, to dziennikarka nie spytała, z czym w takim razie ta reforma ma coś wspólnego, po co ją wymyślono i czemu uchwalono ją w ekspresowym tempie bez prawdziwych konsultacji. A gdy minister zrobił odkrycie, że jeśli brakuje miejsc w klasach, to przecież można utworzyć kolejne, dziennikarka nie dopytała, gdzie jeszcze można je tworzyć, skoro w sale lekcyjne przekształca się już korytarze, pokoje nauczycielskie, sekretariaty i szatnie. Gdy minister plecie coś o samorządach, opanowanych przez PO, które wyłącznie odpowiadają za bałagan w oświacie, to dziennikarce nie przyjdzie do głowy, że wszelkie zmiany kosztują, więc nie pyta, dlaczego ministerstwo zwraca samorządom jedynie kilka procent ich rzeczywistych wydatków, skoro dziesiątki razy słyszeli od minister Zalewskiej, że reforma jest policzona, a wydatki będą w pełni refundowane? A tak w ogóle to w żadnym wywiadzie nie usłyszałem najważniejszego pytania: Jaką korzyść z tej „reformy” odniosą mieszkańcy, którym trzeba będzie obciąć budżetowe fundusze na rozwój infrastruktury, komunikację, kulturę, zdrowie czy wydatki socjalne dla pokrycia kosztów fanaberii jednej pani wykonującej polecenia starszego faceta, któremu zamarzyło się, żeby szkoły były takie jak dawniej.

Główny macher od propagandy PiS Adam Bielan uznał, że warto powrócić do retoryki „dziadka z Wehrmachtu”, zarzucając Platformie jakieś faszystowskie resentymenty.  W wywiadzie prowadzonym przez znanego i przyzwoitego skądinąd dziennikarza ogłosił, że PO nawiązuje do symboliki Wolnego Miasta Gdańska, które przecież było siedliskiem niemieckiego nazizmu. Redaktorowi zabrakło wiedzy, a może tylko refleksu, by wyjaśnić widzom, że po przegranej wojnie Gdańsk odebrano Rzeszy i przekształcono w Wolne Miasto pod zarządem Ligi Narodów, że nie rządzili tam Niemcy, tylko Brytyjczyk, niejaki Reginald Tower, a porządku strzegły francuskie i angielskie wojska Ententy. Dla ludzi myślących Wolne Miasto Gdańsk może być zatem symbolem wolności i pokoju, a nazistowskie skojarzenia z obecną władzą polskiego Gdańska i chamskie dolepianie „frau” do nazwiska prezydent Dulkiewicz trafiają się tym, którzy incydentalne zwarcia w synapsach nazywają myśleniem.

Marcin Horała, poproszony o ocenę ogłoszonego właśnie programu Platformy, ochoczo wyjaśnił, że w odróżnieniu od programu PiS jest on niepoliczalny, niewykonalny, księżycowy, niewiarygodny i niekonkretny.  Znany dziennikarz nie zwrócił mu uwagi, że ta ocena wypisz – wymaluj przystaje do wypowiedzi pana Horały pozbawionej argumentów i dowodów oraz nie zasugerował, by PiS lepiej nie stawał w szranki z PO w konkurencji „wiarygodność”. A gdy pan Horała oświadczył, że związki jednopłciowe są nie do przyjęcia jako niekonstytucyjne, bo ustawa mówi tylko o związkach kobiety i mężczyzny, to doświadczony redaktor nie zwrócił mu uwagi, że pytanie nie dotyczyło małżeństwa, tylko związku partnerskiego, którego Konstytucja nie zabrania, bo wcale o nim nie mówi.

Kiedy marszałek Senatu Stanisław Karczewski powiedział dziennikarzom, że dla świętego spokoju Rzecznik Praw Obywatelskich „powinien wreszcie podać się do dymisji”, nikt jakoś nie zapytał dlaczego jeden z najwyższych rangą urzędników państwowych wywiera nacisk na inny organ konstytucyjny, na jakiej podstawie oferuje mu łaskawie spokój w zamian za wyczekiwaną dymisję i tym samym daje do zrozumienia, że festiwal nienawiści wobec Adama Bodnara i jego rodziny, który zainaugurowała TVP, może się skończyć wraz z położeniem na biurku dymisji RPO. Przy okazji: nikt nie zauważył, że Karczewski ujawnił ośrodek nagonki, bo w jego wypowiedzi: „mielibyśmy lepszego rzecznika” podmiotem nie są wszyscy Polacy, tylko partia, ludzie podzielający zdanie PiS o RPO.

***

Rośnie poparcie dla partii, która za nic ma demokrację, wolność, równość, prawo i sprawiedliwość. Czego domagać się od zwyczajnych Kowalskich, skoro bezczelna hucpa oszałamia nawet wytrawnych dziennikarzy, którzy nie radzą sobie z wyuczoną w PiS metodą zakrzykiwania niewygodnych pytań i ucieczki na manowce. Za dobra monetę przyjmują wyjaśnienie, że w istocie PiS zrobił to, ale poprzednicy zrobili owo, więc nie ma powodu się czepiać. Czy chociaż jeden prowadzący jakiś wywiad zareagował na masowe groźby kierowane do elektoratu: „jak nie wybierzecie naszych, to rząd nie da wam kasy”? Nie słyszałem, by ktoś przekazał widzom informację, że nakłanianie do zachowań wyborczych pod groźbą jest przestępstwem. Tylko raz usłyszałem ripostę dziennikarki na wypowiedź prominenta, który straszył apokalipsą napływu terrorystów w przypadku wygranej konkurentów w wyborach samorządowych: – Zgodę na pobyt wydaje rząd, a nie samorządy! Szkoda, że nie dodała, że rząd PO-PSL zobowiązał się do przyjęcia 7 tys. uciekinierów z bombardowanych miast Syrii, natomiast rząd PiS tylko w ubiegłym roku wydał zgodę na pobyt w Polsce ponad 25 tys. imigrantów z Azji i ponad 10 tys. obywateli krajów muzułmańskich. I pięknie, tylko po co było straszyć?

Może się czepiam. Może mam przesadne wymagania. Jednak uważam, że w sytuacji, gdy lansady opozycji wokół tworzenia wspólnego frontu zdolnego skutecznie przeciwstawić się nawale PiS, nie napawają optymizmem, wolne media pozostają niemal ostatnią fortecą broniącą Polaków przed wyborczym kłamstwem, manipulacją i oszczerstwami. Marzą mi się dziennikarze, którzy nie odpowiadają sami na swoje pytania i nie przerywają rozsądnym interlokutorom, natomiast potrafią zatrzymać słowotok rozmówców uciekających od rzeczowej wypowiedzi. Marzą mi się dziennikarze, którzy na bieżąco identyfikują kłamstwa i nie pozwalają na upowszechnianie wśród odbiorców swojej stacji fałszywej rzeczywistości. Chciałbym usłyszeć skierowany do widzów komunikat prowadzącego, że wątpliwe argumenty, którymi posługuje się jego rozmówca, pochodzą z produkowanego przez partyjnych propagandystów „przekazu dnia”, a agresywna forma narracji, przekrzykiwanie oponentów i galeria min towarzyszących wypowiedziom krytycznym to wyuczone reakcje, ćwiczone pod okiem fachowców od agitacji.

Z przyjemnością obejrzałbym wywiad z prominentem PiS, poprzedzony wypowiedzią prowadzącego: – Umówmy się, że Polska była w ruinie, cokolwiek złego dzieje się w kraju ma swoją praprzyczynę w rządach PO-PSL, a za wszystko odpowiedzialny jest Donald Tusk. Ustalmy, że błędów obecnej władzy nie będziemy usprawiedliwiać błędami poprzedników. Czyli w moim programie wykluczamy te argumenty z wypowiedzi. To by dopiero była ciekawa rozmowa!

Reklamy

Kapciowe Kaczyńskiego i inne ancymonki PiS

21 Czer

To oczywiste, że kalendarz spotkań agentów nie może być jawny” – złośliwie komentują internauci decyzję Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nie zgodził się na ujawnienie terminarza spotkań prezes TK Julii Przyłębskiej.

Gdy wyszło na jaw, że kierownictwo TK przyjmuje polityków PiS, walcząca o dostęp do informacji publicznej Sieć Obywatelska Watchdog zapytała Trybunał Konstytucyjny o kalendarz spotkań prezes TK Julii Przyłębskiej oraz wiceprezesa TK Mariusza Muszyńskiego.

Skończyło się na niczym, choć nie jest tajemnicą, że jeszcze w pierwszych siedmiu miesiącach rządów Przyłębskiej w Trybunale „około trzech razy” (tak określiło to biuro TK) gościł m.in. koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński. Z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą i wiceministrem Marcinem Warchołem spotykał się Mariusz Muszyński. Przyłębską i Muszyńskiego odwiedził poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który reprezentuje Sejm przed Trybunałem. Oboje mieli też bywać w siedzibie PiS, chociaż TK powinien stać na straży konstytucji, a sami sędziowie być apolityczni.

W maju „Wyborcza” ujawniła ponadto, że w warszawskim mieszkaniu Przyłębskiej prezes TK cyklicznie spotyka się z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim i premierem Mateuszem Morawieckim.

Kalendarze spotkań stanowią przedmiot roboczy, biurowy i nie zostały stworzone na potrzeby podmiotów zewnętrznych. Tym samym nie stanowiły informacji publicznej” – uznał WSA w Warszawie.

Watchdog nie zgodził się z wyrokiem i złożył skargę kasacyjną w NSA. We wtorek. NSA oddalił ją uznając – podobnie jak WSA – że terminarze spotkań nie mają charakteru informacji publicznej.

„Nie składamy broni” – zapowiada Watchdog. Organizacja wyczerpała już drogę prawną w Polsce, ale zapowiedziała skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. „Ta sprawa jest bardzo ważna” – ocenia.

 „W Parlamencie Europejskim mamy już swoje korespondencyjne skrytki” – pochwaliła się na Twitterze Beata Mazurek, obecna europosłanka PiS, a wcześniej wicemarszałek Sejmu i rzeczniczka partii. Na jednym ze zdjęć, które dołączyła, Mazurek paluszkiem wdzięcznie wskazuje rzeczoną skrytkę – na wypadek, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości…

Ale to nie koniec. Na kolejnej fotografii Mazurek pozuje z Beatę Szydło – bez skrzynek korespondencyjnych w tle, ale można się domyślać, że i była wicepremier cieszy się z tego „przywileju”.

Internauci niemiłosiernie kpili z nowych europosłanek PiS: – „Beaty odkryły skrytki na listy, szał normalnie. Gorzej będzie jak odkryją w nich listy w językach obcych”; – „Spójrz na to z innej strony, przez tyle dni ich szukały i nic. Wreszcie połączyły siły i znalazły, bo co dwie głowy, to nie jedna… Jest radość, są emocje, to sukces na miarę 27:1”;

„Dostały skrytki na kapcie i się chwalą. A jutro napiszą, że dostały po zeszycie i długopisie”; – „A jak tam wyglądają szatnie i toalety? A w gumiakach wpuszajo tam czy każo zdjonć? Dla kolegi pytom”; – „A jaka będzie radość, jak pierwsza wypłata wpłynie w znienawidzonym euro…”.

Gdyby zdarzyło się, że PiS uzyska większość konstytucyjną, to będzie to wynik gry nie fair. Dla mnie niedozwolonym dopingiem jest przejęcie nielegalnie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym i mediami. Propaganda wpływa na emocje ludzi, którzy zaczynają podejmować decyzje nie na podstawie prawdy i faktów. Jeżeli telewizja cały czas informuje o sukcesach rządu i poniża opozycję, to może się zdarzyć, że ludzie zagłosują kierowani taką opinią – mówi prof. Marcin Matczak, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego

KAMILA TERPIAŁ: Czy praworządność jeszcze kogoś obchodzi?

MARCIN MATCZAK: Myślę, że wszyscy mamy takie poczucie, że emocje związane z praworządnością trochę opadły. Ale to nie musi być nic złego. One opadły dlatego, że udało się coś wygrać – mam na myśli m.in. obronę sędziów Sądu Najwyższego. Na ogół jest tak, że duża mobilizacja spada, gdy kończy się sukcesem. Poza tym praworządność jest cały czas wartością abstrakcyjną, więc nigdy nie będzie wywoływała takich emocji jak nienawiść etniczna. Nie możemy liczyć na to, że przez cztery lata emocje będą cały czas na najwyższym poziomie. Uważam, że praworządność jest bardzo ważna dla ludzi, tylko bronimy jej już mniej emocjonalnie, a bardziej racjonalnie.

Czyli?
Na przykład sędziowie kierują coraz więcej pytań do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, korzystając także z wcześniejszych emocji i wsparcia, bo czują się silniejsi.

Nie ma nic złego w tym, że codziennie nie odbywają się manifestacje na Krakowskim Przedmieściu. Obrona praworządności trwa, tylko zmienia formę.

Ale świadomość zagrożenia istnieje?
Tak i myślę, że odgrywa cały czas ważną rolę. Bardzo duża frekwencja w ostatnich wyborach europejskich i zapowiedziana jeszcze większa w parlamentarnych to jest efekt właśnie emocji związanych z tym, że ktoś naruszył najważniejsze wartości. Jestem przekonany, że walka o praworządność trwa, tylko z frontalnego starcia przeszliśmy w wojnę pozycyjną.

Ostatnio coraz więcej mówi się o niekonstytucyjnej zmianie konstytucji. To pan wywołał ten temat. Realna jest taka zmiana?
Na pewno istnieje takie ryzyko. Podjąłem ten temat po opiniach o tym, że na jesieni PiS może uzyskać większość konstytucyjną. Problem w tym, że można zdobyć taką większość legalnie albo nielegalnie.

Zmiana legalna jest wtedy, kiedy ktoś gra fair, nie fauluje i nie używa dopingu.

Gdyby zdarzyło się, że PiS uzyska większość konstytucyjną, to będzie to wynik gry nie fair. Dla mnie niedozwolonym dopingiem jest przejęcie nielegalnie kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym i mediami. Propaganda wpływa na emocje ludzi, którzy zaczynają podejmować decyzje nie na podstawie prawdy i faktów. Jeżeli telewizja cały czas informuje o sukcesach rządu i poniża opozycję, to może się zdarzyć, że ludzie zagłosują kierowani taką opinią.

PiS non stop atakuje legitymacje konstytucji z 1997 roku, mówiąc o tym, że w ówczesnym parlamencie nie było partii prawicowych. Przypominam, że wtedy nikt nie miał pełnej kontroli nad mediami i nie prowadził przez 4 lata propagandy na rzecz partii lewicowych. Taka była decyzja wyborców.

Jeżeli teraz, po kilku latach propagandy, zostanie uchwalona nowa konstytucja, to będę miał prawo mówić, że nie ma legitymacji, bo parlamentarna większość została zdobyta w efekcie kłamstw.

W prawicowych mediach ostatnio przeczytałam, że „szeryf” Ziobro dzięki wprowadzonym zmianom w Kodeksie karnym będzie skutecznie ścigał zwyrodnialców. To też kłamstwo?
Taka narracja oparta jest na manipulacji. Ludzie, którzy nie są prawnikami, bardzo chętnie słuchają takich zapowiedzi i wierzą, że jeżeli zwiększymy surowość kar, to przestępczość zniknie. Ale prawnicy doskonale wiedzą, że to nie surowość kar wpływa na to, co dzieje się z przestępczością, tylko poczucie nieuchronności kary. Większość przestępstw uwarunkowanych jest różnymi przyczynami, rzadko są popełniane z pełną intencją, nikt nie siedzi z głową w Kodeksie karnym i nie analizuje, o ile zwiększy się jego odpowiedzialność.

Jeżeli ktoś jest pedofilem i atakuje dzieci, to będzie to robił, nawet jeżeli kara będzie o parę lat większa czy mniejsza. Zmianę może spowodować wprowadzenie mechanizmów informacyjnych i kontrolujących.

Bardzo łatwo jest machać szabelką i mówić o zaostrzaniu kar, bo papier przyjmie wszystko. Trudniej jest systemowo zwalczać przestępstwa, także dlatego, że jest to mniej spektakularne politycznie. Wszystkie zmiany, w tym ostatnia nowelizacja Kodeksu karnego, są pewnego rodzaju przedstawieniem, które pokazuje się obywatelom po to, aby wyrobić w nich przekonanie, że rząd robi, co może, aby zapewnić obywatelom poczucie bezpieczeństwa.

Elementem tego przedstawienia jest też decyzja o wprowadzeniu bezwzględnego dożywocia, czyli „ukrytej kary śmierci”?
To jest gra na niskich emocjach, które w ludziach się pojawiają. Chodzi o zemstę, potrzebę linczu, zaatakowania osoby, którą uznajemy za pozostającą poza społeczeństwem.

Dziwne jest to, że „ukryta kara śmierci” wprowadzana jest przez partię, która mówi, że chce być w Europie, a to rozwiązanie jest niezgodne ze standardami europejskimi.

Co więcej, wprowadza to partia, która mieni się partią chrześcijańską, a to stanowisko jest niezgodne z nauczaniem papieża Franciszka. Jeżeli zostało wprowadzone, to chyba tylko po to, żeby ktoś poczuł się lepiej.

Ta ważna i kontrowersyjna zmiana Kodeksu karnego została przyjęta w Sejmie w ciągu kilku dni. Opozycja od początku alarmowała, że stało się to niezgodnie z Regulaminem Sejmu. Będzie można ją w związku z tym kiedyś podważyć?
Jeżeli powróci niezależny Trybunał Konstytucyjny, to taka szansa istnieje. To nie jest tak, że ważny akt prawny został przyjęty z pominięciem drobnych wymogów proceduralnych. To jest poważny problem. Procedury zmian kodeksowych, najważniejszych aktów prawnych po konstytucji, wymuszają refleksje i konsultacje. Jej naruszanie i bardzo szybkie procedowanie prowadzi do błędów, które w przypadku zmian w Kodeksie karnym mogą się okazać opłakane w skutkach, bo to jest ustawa, która może zabrać ludziom wolność, majątek i zniszczyć życie.

To jest robienie niebezpiecznego prawa niskiej jakości, które może mieć wpływ na czyjeś życie. To tak, jakby bardzo szybko przeprowadzać operację, chociaż nie ma takiej potrzeby, i w konsekwencji zrobić komuś poważną krzywdę.

A jak ktoś próbuje zwracać uwagę na błędy, to rządzący straszą sądowymi pozwami. Mam na myśli profesorów z UJ, których Ministerstwo Sprawiedliwości chciało pozwać za kłamstwo.
To zachowanie skandaliczne! Mamy do czynienia z wykorzenieniem jakiejkolwiek dyskusji, debaty i tworzeniem prawa, które jest wydawaniem społeczeństwu rozkazów. Posłanka PiS-u Krystyna Pawłowicz kiedyś podczas rozmowy z sędzią Waldemarem Żurkiem powiedziała do niego „cicho” i tak też postępują rządzący. Nie chcą nikogo słuchać, bo uważają, że są najmądrzejsi i zjedli wszystkie rozumy. To powoduje, że prawo nie jest uwspólnione – ludzie nie rozumieją, po co i dlaczego jest wprowadzane. A jeżeli eksperci chcą się włączyć w debatę, pokazując nieścisłości i zagrożenia, czyli działając w interesie publicznym, to zamiast ich wysłuchać, straszy się pozwem. To jest pogrożenie palcem i pokazanie, że macie siedzieć cicho.

To upadek jakichkolwiek obyczajów, związanych ze wspólnym podejmowaniem decyzji, ale tak działa władza, która uważa się za szeryfa.

Ministerstwo Sprawiedliwości ostatecznie z pozwu się wycofało. Dlaczego?
Z kilku powodów. Po pierwsze, minister ma taką przewagę nad profesorami z UJ, że jeżeli coś powie w telewizji i to pójdzie w świat, to nieważne, czy tak zrobi, efekt mrożący i tak zostanie osiągnięty. W taki sposób dał do zrozumienia społeczeństwu, że jeżeli ktoś inny ośmieli się go krytykować, to może wystąpić z akcją prawną. Profesorowie prawa się tego nie wystraszą, ale ktokolwiek inny, kto nie ma wiedzy prawniczej, może się zacząć obawiać. Po drugie, ten pozew był absurdalny. Nie można przecież uznawać za pomówienia stanowiska wobec ustawy. Po trzecie,

ministerstwo mogło się wystraszyć przeciwnika. Po drugiej stronie są bowiem wybitni prawnicy, którzy znają swój fach, a Zbigniew Ziobro nie ma wsparcia wielu wybitnych ekspertów. Ogromna większość polskich prawników nie chce wspierać naruszania państwa prawa. To mogła być zatem zwykła rejterada.

Profesorowie domagają się sprostowania, ale też zapowiadają pozew o naruszenie dóbr osobistych. Powinni wystąpić przeciwko Ministerstwu Sprawiedliwości?
Tak, dlatego że nie można pozwolić sobie na to, aby polityk z szerokim dostępem do mediów zarzucał akademikom kłamstwo, podważał ich autorytet i pozbawiał zaufania. Oni nie mogą się bronić w taki sam sposób, bo nikt ich do rządowych mediów nie zaprosi. Jedynym sposobem jest wystąpienie z pozwem i zmuszenie ministra do publicznego przeproszenia. To nie jest tylko walka o ich interes, ale przede wszystkim o jakość i kulturę dyskusji w życiu publicznym. Jeżeli tego nie będzie, to wszystkie decyzje w publicznych sprawach będą podejmowane jednoosobowo.

Historia uczy nas, że jeżeli przechodzimy w jednolitość władzy, to zawsze kończy się katastrofą, bo świat jest zbyt złożony.

Prawnicy bronią zatem ważnej dla demokracji wartości, czyli debaty publicznej, której wartość polega na tym, że problemy, które mamy, rozwiązujemy wspólnie, a nie powierzymy ich rozwiązanie jednej osobie lub wąskiej grupie.

Nie obawia się pan, że przyjdzie moment, w którym i pan, na przykład za krytykowanie zmian w Kodeksie karnym, otrzyma pozew od rządzących?
Nie raz o tym myślę, ale to już jest działanie „efektu mrożącego”. W sytuacji całkowitej swobody wypowiedzi w ogóle byśmy się nad tym nie zastanawiali. Ale jeżeli przychodzi taka myśl, że to, co mówię, może być kiedyś wykorzystane przeciwko mnie, to kończy się wolność wypowiedzi i mamy początek końca demokracji.

Sami zaczynamy stawać się swoimi cenzorami.

Nowi rzecznicy dyscyplinarni to sędziowska policja polityczna?
Konstrukcja odpowiedzialności dyscyplinarnej została zmieniona przez ministra sprawiedliwości nie po to, aby była bardziej efektywna w podnoszeniu etyki zawodowej sędziów. Od dawna słyszymy wypowiedzi Zbigniewa Ziobry, który straszył sędziów postępowaniami dyscyplinarnymi w sytuacjach, kiedy podejmowali rozstrzygnięcia, z którymi się nie zgadzał. To sytuacja przygotowywania konstrukcji represji politycznej, czyli sytuacji, w której akcje dyscyplinarne będą wykorzystywane po to, aby karać niezawisłych i niezależnych sędziów za to, że są tacy, jak wymaga konstytucja.

Jeżeli recenzent władzy będzie się jej bał, to przestaje być recenzentem.

To jest kolejny krok do jednolitości władzy, który może doprowadzić do całkowitego wyeliminowania niezależnego sądownictwa w Polsce.

Senat jest najłatwiej zdobyć, bo tam działa system większościowy. Warunek jest jeden – dobra współpraca opozycji i wspólna lista kandydatów. Inne działanie byłoby z politycznego punktu widzenia prawdziwym przestępstwem. Ale ten postulat jest bardzo skromny. Dobrze gdyby opozycji udało się zdobyć chociaż jeden przyczółek, który może blokować arbitralność władzy PiS-u, jeżeli ponownie zdobędzie władzę. Ważne byłoby posiadanie dwóch takich przyczółków, czyli Senat i prezydenta – mówi Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego. Rozmawiamy też m.in. o planie opozycji na wybory, stanie lewicy, zagrożeniu demokracji, racji stanu.

KAMILA TERPIAŁ: Do jesiennych wyborów parlamentarnych pozostało nieco ponad 100 dni. Na ten moment jest pan optymistą?

ALEKSANDER SMOLAR: W takiej sytuacji trudno być optymistą. Po pierwsze, wyniki wyborów europejskich były szokujące i zaskakujące dla przegranych, także dla wygranych. Charakter wyborów parlamentarnych, wysokość partycypacji może jeszcze wzmacniać atuty tych, którzy rządzą. Wybory europejskie pokazały, że najwyższy przyrost poziomu mobilizacji występował wcale nie w dużych miastach (tak jak w wyborach samorządowych), tylko na wsi i w małych miasteczkach, czyli tam, gdzie jest baza społeczna PiS-u. Podczas wyborów parlamentarnych zapewne niewiele się to zmieni, chyba że nastąpi niezwykła mobilizacja opozycji, pojawienie się nowych, silnych argumentów, kompromitacja obozu rządzącego albo czynniki demobilizujące ten obóz. Nic na to w tej chwili nie wskazuje. Chociaż trudno w tej chwili ocenić potencjał sprawy podsłuchów i zeznań Falenty. Sukces raczej sprzyja optymizmowi i służy mobilizacji. Tak jak w 2015 roku zwycięstwo ówczesnej opozycji w wyborach prezydenckich zwiększyło szanse wygranej PiS-u w wyborach parlamentarnych. W tym roku problem sekwencji pozostaje ten sam,

mamy do czynienia z rodzajem efektu domina, czyli zwycięstwo w wyborach europejskich zwiększa, a nie zmniejsza szanse PiS-u. Odwrócenie tej tendencji nie jest niemożliwe, ale będzie bardzo trudne.

Grzegorz Schetyna zapowiedział, że PO i Nowoczesna zamierzają ruszyć „w Polskę”. To dobry krok?
Bardzo dobrze, że jest taka wola i taki plan, zwłaszcza dotarcia tam, gdzie opozycja osiągnęła marny wynik. Ale nie jestem pewien, czy to zwiastuje poważny sukces. Problem opozycji przecież był też tam, gdzie ludzie na ogół na nią głosowali, ale tym razem po prostu ich część nie poszła do urn. W tych regionach powinna koncentrować się ofensywa opozycji.

Bez utrzymania optymizmu i pełnej mobilizacji niczego nie da się osiągnąć.

Donald Tusk ma się włączyć w walkę o Senat. Łatwiej będzie zdobyć tu większość?
Tak, ale to jest zdecydowanie wariant minimum. Senat jest najłatwiej zdobyć, bo tam działa system większościowy. Warunek jest jeden – dobra współpraca opozycji i wspólna lista kandydatów. Inne działanie byłoby z politycznego punktu widzenia prawdziwym przestępstwem. Ale ten postulat jest bardzo skromny. Dobrze gdyby opozycji udało się zdobyć chociaż jeden przyczółek, który może blokować arbitralność władzy PiS-u, jeżeli ponownie zdobędzie władzę. Ważne byłoby posiadanie dwóch takich przyczółków, czyli Senat i prezydenta.

Na razie o wyborach prezydenckich Donald Tusk nie wspomina…
Gdyby poruszył temat, musiałby zadeklarować swoje intencje. Na razie nie może albo po prostu nie chce tego robić.

Mobilizować wyborców powinna zjednoczona opozycja?
Sam fakt podzielenia opozycji nie będzie pozytywnie wpływał na wyborców. Ale z drugiej strony są tam ludzie o bardzo odległych poglądach. Gdyby można było stworzyć dwa bloki: centroprawicowy i centrolewicowy, to być może byłyby w stanie skutecznie działać i pobudzić nadzieję w swoich elektoratach. Tyle że to jest tylko gdybanie.

Stan lewicy w Polsce jest taki, że raczej trudno uwierzyć w jakiekolwiek zjednoczenie. Zwłaszcza po wyborach europejskich, w których partie lewicowe, poczynając od Wiosny, zostały poważnie osłabione. Robert Biedroń próbuje jeszcze uruchomić mechanizm samospełniającego się proroctwa, powtarzając, że odniósł sukces, ale tak to nie zadziała.

SLD nie wzmocniło się w Koalicji Europejskiej?
Jest bardzo odległe od swoich przeszłych wysokich notowań. Trzej byli premierzy, którzy startowali do Parlamentu Europejskiego, nie są już de facto ludźmi SLD. Można powiedzieć, że to jest dowód nie sukcesu SLD, ale sprawnej akcji Grzegorza Schetyny, który przekonał trzech byłych premierów i Sojusz nie mógł odmówić wejścia do koalicji.

Kto miałby zacząć budować taką koalicję?
Robert Biedroń próbuje stanąć na czele takiego ruchu. Ale dramatyzm jego sytuacji pokazuje to, że apeluje nawet do Barbary Nowackiej, którą nie tak dawno publicznie obrażał.

Każdy komponent lewicy jest pogrążony w głębokim kryzysie.

Alternatywna koncepcja jest taka, aby cała lewica przystąpiła do zjednoczonej opozycji, ale to też trudno sobie wyobrazić, chociażby z powodów ideologicznych. To oznaczałoby zresztą utratę PSL-u, którego przystąpienie do koalicji nie jest pewne. Jeżeli będzie Wiosna Biedronia, to nie będzie PSL-u.

Kogo lider PO powinien wybrać?
To jest bardzo trudne pytanie. Jeżeli doszłoby do takiego wyboru, to myślę, że Grzegorz Schetyna wybierze PSL. Licząc chociażby na to, na co liczą ludowcy – że są różne środowiska konserwatywne, które nie chcą PiS-u. To są środowiska, dla których to, co w oczach tradycjonalistycznej części Polski uchodziło za działania przeciwko Kościołowi, jest nie do zaakceptowania.

Po wyraźnej mobilizacji wsi w wyborach europejskich widzimy, że argument kulturowo-religijny odegrał bardzo ważną rolę.

Zmobilizował te środowiska?
Tak, one poczuły strach, że to, co się dzieje, jest zamachem na tożsamość Polaków. Nasz kraj jest pod tym względem bardzo podzielony. Na jesieni zeszłego roku zostały opublikowane w USA wyniki bardzo ciekawych badań opinii publicznej przeprowadzonych w 14 krajach Europy. Pokazały one, jak ogromna jest przepaść kulturowa między Europą Zachodnią i Wschodnią. Potwierdziły to ostatnie wybory. U wielu konserwatywnych wyborców pojawiły się obawy, że walka z pedofilią oznacza w istocie próbę podważenia nie tylko tożsamości religijnej, ale także narodowej.

Opozycja powinna odpuścić wojny światopoglądowe i ideologiczne?
Tu jest poważny dylemat. Z jednej strony jest sprawa wiarygodności opozycji. Przecież są poważne siły społeczne, które się z nią utożsamiają i nie zrezygnują z naturalnych postulatów: skończenia z uprzywilejowaniem Kościoła, rozliczenia w sprawach pedofilskich czy edukacji seksualnej w szkołach. I ja tego absolutnie nie krytykuję, wręcz przeciwnie, podzielam te żądania. Ale

w kategoriach politycznych trzeba zarazem myśleć, iż to może oznaczać jeszcze większą mobilizację sił tradycjonalistycznych, które są za PiS-em.

Film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu” też się w to wpisywał? Wydawało się, że ludzie zaczynają przeglądać na oczy.
To jest bardzo dobry film, ale został pokazany już w bardzo podgrzanej atmosferze. Z jednej strony wywołał zrozumiałe, masowe reakcje antyklerykalne, z drugiej jednak spowodował mobilizację po stronie ludzi, którzy też uważają afery pedofilskie i krycie ich przez część hierarchów za skandaliczne, ale w radykalizmie oskarżeń widzieli też zagrożenia dla istotnych elementów ich katolickiej i polskiej tożsamości.

Parodia mszy – jak mówią niektórzy – podczas ostatniego Marszu Równości w Warszawie może na starcie zaszkodzić opozycji?
Sam marsz był bardzo radosny i kolorowy. A to, co się tam stało, było tylko  drobnym incydentem. Natomiast rozgłos, jaki nadano temu zdarzeniu, jest tylko potwierdzeniem faktu, że

łatwiej zmobilizować siły tradycjonalistyczne i konserwatywne, niż liberalne i lewicowe.

Jakich argumentów do mobilizacji powinna użyć opozycja?
Ma ich bardzo wiele, różna jest tylko ich waga dla opinii publicznej. Większość Polaków już w grudniu 2015 roku odpowiadało w jednym z sondaży, że istnieje zagrożenie dla demokracji. To nie jest tak, że Polacy nie zdają sobie z tego sprawy. Później te wskaźniki jeszcze rosły.

Ale nie wystarczyły, aby powstrzymać PiS.
Ludzie zdają sobie sprawę z tego, co PiS robi, ale część myśli sobie „przecież wszyscy politycy kradną, ci przynajmniej się dzielą”. Z badań wynika też, że ludzie, którzy głosują na populistów na przykład w Stanach Zjednoczonych czy Francji wiedzą, że oni kłamią, ale równocześnie utożsamiają się z nimi ze względów kulturowych. Ludzie zapewne woleliby, żeby nie kłamano, ale w skomplikowanym, trudnym do zrozumienia świecie bardzo jest trudno odróżnić, kto kłamie, a kto nie. Ludzie nie przestają wierzyć, że PiS psuje demokrację, ale równocześnie nie ma dramatycznych sytuacji, takich jak masowe aresztowania czy tortury, bo z tym kojarzy się dyktatura. W taki sposób następuje sterylizacja bardzo ważnych argumentów. A PiS potrafi też argumenty zmieniać.

Ostatnie wybory opozycja przedstawiała jako starcie sił proeuropejskich i antyeuropejskich, ale PiS uświadamiając sobie, że może na tym poważnie stracić, zmienił język. Teraz bardzo uważać powinny samorządy.

Dlaczego?
Pojawiły się ostatnio w przestrzeni publicznej cztery różne koncepcje pogłębienia reformy samorządności, m.in. jedna przygotowana przez Fundację im. Stefana Batorego. I nagle w prawicowej prasie pojawiły się masowe komentarze, że chodzi w istocie o rozbiór Polski. To oczywiście jest absurdalne, ale pokazuje, że dla władzy to jest niebezpieczna problematyka. Tendencją naturalną PiS-u jest centralizacja. Od początku byli niechętni, a nawet wrodzy samorządom. Opozycja powinna bić na alarm.

Na co jeszcze powinna zwracać uwagę opinii publicznej?
We wrześniu pojawi się przecież problem kryzysu szkolnictwa. Opozycja musi się postarać to wygrać i zmobilizować nauczycieli i rodziców. Ten temat dotyczy milionów ludzi i będzie elementem walki politycznej. Do tego dochodzi jeszcze służba zdrowia. Argumenty istnieją, mogą być za to problemy z ich wykorzystaniem.

Czyli opozycja, wbrew temu, co mówi wielu publicystów, powinna straszyć PiS-em?
Istnieje takie przekonanie, że – tak jak w bajce o wilku i owcach – opozycja cały czas straszyła PiS-em i społeczeństwo w końcu przestało być na to straszenie wrażliwe. To jest pewien problem. Nie można absolutnie na tym poprzestać. Trzeba też przedstawić pozytywny program.

Ale przez to, że jest problem w komunikacji, nie traci na znaczeniu fakt, że PiS jest niebezpieczny dla polskiej demokracji, dla Polski w Unii Europejskiej i gospodarki. Jak przyjdzie recesja, to dopiero wtedy okaże się, jaka jest prawdziwa cena prowadzonej polityki redystrybucji dochodów.

O tym trzeba mówić, ale może w inny sposób, może powinni to robić inni, młodzi ludzie. Mówił zresztą o tym ostatnio sam Grzegorz Schetyna.

Samorządowcy na listach wyborczych to nadzieja opozycji?
To nie może być czynnik decydujący, ale może poprawić sytuację. Samorządy są najbardziej popularne spośród wszystkich instytucji publicznych. Ludzie mają do nich zaufanie. Wystartowanie na przykład prezydentów niektórych miast w wyborach może mieć pewne znaczenie, ale na razie nie wiemy, jaką miałoby to w ogóle przybrać formę. Nie wiedzą tego nawet sami samorządowcy. Udział w wyborach oznacza przecież rezygnację z funkcji samorządowych. To dla nich na pewno bardzo trudna decyzja. Poza tym wpływ prezydenta miasta na wiele rzeczy jest o wiele większy, niż szeregowego posła.

Powrócił właśnie temat afery podsłuchowej. Może zaszkodzić PiS-owi?
To jest bardzo poważna sprawa. Pan Marek Falenta nie jest może godny zaufania, ale przecież może posiadać jeszcze jakieś nagrania. Opozycja powinna to umiejętnie wykorzystać.

Chodzi nie o to, aby przekonać zwolenników PiS-u, tylko tych, którzy są zwolennikami opozycji, ale nie bardzo w nią wierzą.

Trzeba ich przekonać, że ci, którzy rządzą, są niebezpieczni także z punktu widzenia polskiej racji stanu. Mogło dojść do posłużenia się obcymi agenturami dla obalenia własnego rządu. Takim przekazem nie zdobędzie się może bardzo dużo głosów, ale można zmobilizować część wyborców. Poza tym należy im cały czas uświadamiać, że niepójście do wyborów jest de facto głosem oddanym na Prawo i Sprawiedliwość.

Istotą czynu zabronionego jest to, że on musi być opisany w ustawie na tyle precyzyjnie, aby nie było żadnych wątpliwości co do jego zakresu. Ta nowelizacja była procedowania bardzo szybko. Złamano zasadę trzech czytań. Na etapie senackim wprowadzono istotne poprawki, których już wprowadzać nie wolno. Tych zarzutów proceduralnych jest tak dużo, że prezydent tej nowelizacji nie powinien podpisywać. Andrzej Duda musi się obudzić jako strażnik konstytucji, jako osoba, która czuwa nad jej przestrzeganiem – mówi konstytucjonalista prof. Marek Chmaj i dodaje: – Mamy chory system, w którym o postawieniu polityka przed Trybunałem Stanu decydują inni politycy. Kiedy nie ma odpowiedzialności, politycy mogą robić wszystko

JUSTYNA KOĆ: Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro groził pozwem profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego, bo ci napisali krytyczną ekspertyzę odnośnie do zmian w Kodeksie karnym. Finalnie wycofał się z tego, ale czy to, że władzy w ogóle przychodzą do głowy takie pomysły, może budzić obawy?

MAREK CHMAJ: To kuriozalne, szczególnie że nowelizacja dotyczyła projektu, którego oficjalnym projektodawcą nie było Ministerstwo Sprawiedliwości. Inicjatywa ustawodawcza przysługuje Radzie Ministrów, posłom i innym podmiotom, ale nie ministrowi sprawiedliwości. Minister mógł tworzyć te przepisy, ale uchwalenie ich należy do Sejmu, później trafiają do Senatu. Opinia naukowców z Krakowskiego Instytutu Prawa Karnego była związana z konkretnym projektem, który przeszedł przez Sejm. Ta opinia miała charakter merytoryczny, odnosiła się nie tylko do błędów w tym projekcie, ale też do naruszeń proceduralnych w trakcie prac parlamentarnych. Tymczasem

minister sprawiedliwości za pieniądze publiczne groził, że wystąpi z powództwem o naruszenie dóbr osobistych w stosunku do autorów tej ekspertyzy. Takie rozwiązanie jest moim zdaniem nieakceptowalne. Jeżeli minister chce, może wystąpić, ale jako strona powodowa, jeśli czuje się w jakikolwiek sposób poszkodowany opinią.

Czyli nie jako minister sprawiedliwości, tylko Zbigniew Ziobro?
Tak, i wtedy niech opłaci wpis sądowy i ewentualnie pełnomocnika, który będzie go reprezentował w sądzie.

Chyba ktoś wytłumaczył ministrowi, że to nie jest dobry pomysł, bo wycofał się z niego, tłumacząc się zresztą dość absurdalnie, że „wszyscy i tak wiedzą jak jest”.
Zbigniew Ziobro został powstrzymany przed kompletną kompromitacją.

Ktoś mu dobrze podpowiedział, żeby porzucił tę sprawę.

Czy to nie jest ingerowanie w wolność słowa, wyrażania opinii?
Zawsze wolność słowa musi być traktowana jako wolność do przekazywania swoich opinii czy swojego zdania, ale pamiętajmy, że ta wolność nie jest bezgraniczna. Nie może naruszać wolności i praw innych osób. Ta opinia profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego nie ma charakteru osobistego, a merytoryczny. Znajdują się w niej argumenty często krytyczne dla tej konkretnej nowelizacji. Z taką opinią można polemizować, ale też argumentami merytorycznymi. W tej opinii nie ma wskazania, że ktoś jest niemądry albo że mija się z prawdą czy wywiera nielegalny wpływ na proces ustawodawczy. W tej opinii są argumenty merytoryczne, zatem można się z nimi zgadzać lub nie, ale polemika musi być również merytoryczna.

Polemika i dyskusja to sól demokracji. To w systemach autorytarnych jest jedno zdanie i jedna nadrzędna opinia…
Dokładnie tak, zatem grożenie autorom opinii, że w stosunku do nich będzie wniesione powództwo o naruszenie dóbr osobistych, jest nadużywaniem swojej pozycji.

Jednocześnie jest też oczywiście pewną reklamą dla autorów opinii, bo minister przyznaje, że była ona na tyle istotna, że poczuł się zmuszony do wystąpienia przeciwko jej autorom.

Teraz profesorowie z UJ rozważają złożenie swojego pozwu. Jak pan ocenia ten pomysł?
Pamiętajmy, że to wszystko musi być związane z konkretnym naruszeniem dóbr osobistych. Jeśli doszło do naruszenia dóbr osobistych profesorów – ja tego nie wiem, trzeba by szczegółowo przeanalizować wypowiedź ministra Ziobry – ale jeżeli doszło do naruszenia autorów opinii wymienionych z imienia i nazwiska, to będzie im przysługiwało roszczenie na drodze cywilnoprawnej m.in. o przeproszenie czy sprostowanie.

Jak ocenia pan sam tryb uchwalania zmian w Kodeksie karnym? Bo konstytucja dokładnie określa, jak on ma wyglądać.
To koleje kuriozum. Mamy do czynienia z bardzo dużą nowelizacją Kodeksu karnego. To niezwykle ważna ustawa, bo odnosi się bezpośrednio do praw i wolności wielu osób.

Tego typu duża nowelizacja musi być przeprowadzana z odpowiednią rozwagą, z wysłuchaniem opinii praktyków środowiska akademickiego, że wszystkie przepisy zostaną odpowiednio przeanalizowane, aby w postępowaniu karnym nie było żadnej niejasności.

Istotą czynu zabronionego jest to, że on musi być opisany w ustawie na tyle precyzyjnie, aby nie było żadnych wątpliwości co do jego zakresu przedmiotowego i strony podmiotowej. Ta nowelizacja była procedowania bardzo szybko. Złamano zasadę trzech czytań. Na etapie senackim wprowadzono istotne poprawki, których już wprowadzać nie wolno. Tych zarzutów proceduralnych jest tak dużo, że prezydent tej nowelizacji nie powinien podpisywać. Andrzej Duda musi się obudzić jako strażnik konstytucji, jako osoba, która czuwa nad jej przestrzeganiem.

Chyba nikt nie ma złudzeń, że to nastąpi…
Andrzej Duda wielokrotnie udowodnił, że kompletnie zagubił się w roli strażnika konstytucji i potrafi bezrefleksyjnie podpisać nawet bardzo złe ustawy, które wychodzą z parlamentu.

Czy wobec tego konstytucja w Polsce jest tylko na papierze? Władza bezpardonowo ją łamie, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności.
Niestety

bardzo często w obecnej kadencji dochodzi do naruszenia przepisów konstytucji, niektóre przepisy są łamane wprost, niektóre są omijane.

Tylko czasami jest refleksja nad przepisami rażąco niezgodnymi z ustawą zasadniczą, ale zbyt rzadko. Tutaj zawodzi zarówno Sejm, jak i Senat, ale też prezydent Andrzej Duda, na którym ciążą jego czyny, bo można wskazać mu wielokrotne naruszenie konstytucji podczas kadencji.

Co grozi prezydentowi? W normalnej sytuacji byłby to Trybunał Stanu, ale dziś ten scenariusz jest nierealny.
Hipotetycznie Trybunał Stanu, ale mamy chory system, w którym o postawieniu polityka przed TS decydują inni politycy. Mamy zatem system, który powoduje bezkarność, bo jeżeli ktoś ma większość parlamentarną, to może być pewny, że ta większość w stan oskarżenia go nie postawi, a skoro nie postawi go w stan oskarżenia, to Trybunał Stanu nie będzie mógł go osądzić. W tym systemie, kiedy nie ma odpowiedzialności, politycy mogą robić wszystko.

Warto byłoby pomyśleć nad modyfikacją prawa w tym zakresie?
Były propozycje zmian i należy do tego powrócić jak najszybciej, aby polityk mógł być stawiany w stan oskarżenia, a przy postawieniu w stan oskarżenia z automatu następuje zawieszenie funkcji. Kiedyś mówiłem, że

w stan oskarżenia członka rządu mogłaby stawiać Izba Karna Sądu Najwyższego, a prezydenta Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN. Takie rozwiązanie wymaga jednak zmiany konstytucji.

Mamy tu problem, bo PiS z jednej strony wskazuje, że konstytucja jest zła i że trzeba ją znowelizować, a z drugiej często ją łamię. Zatem po co nowelizować coś, co jest łamane? Najpierw bezwzględnie przywróćmy przestrzeganie konstytucji, a potem możemy otworzyć dyskusję nad nowelizacją.

Trybunał Konstytucyjny wyraźnie zwolnił i działa najwolniej od 2014 roku. W tym roku rozpatrzono do początku czerwca tylko 22 sprawy. Jednocześnie o ponad 22 mln wzrósł budżet. Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle?
Jest to sytuacja dramatyczna, TK nie dość, że często orzeka w składzie dublerów, to jeszcze statystyka jego prac dramatycznie spadła. To pokazuje, że celem PiS-u nie była naprawa, przyśpieszenie prac, tylko przejęcie tej instytucji.

Trybunał Konstytucyjny w zasadzie dziś nie wypełnia tej ważnej roli, jaką wyznacza konstytucja. Zresztą podobnie jak Trybunał Stanu.

Czyli tu tez należałoby się zastanowić w przyszłości nad zmianami?
TK zepsuto kolejnymi ustawami oraz nielegalnym powołaniem na prezesa pani Julii Przyłębskiej. Tutaj prezydent złamał szereg przepisów konstytucji.

Prędzej czy później czeka nas wielka debata o tym, jak to wszystko poukładać na nowo, bo widać, że nie działa jak powinno?
Przed nami na pewno stoi ogromne zadanie przywrócenia zasad demokracji i przestrzegania konstytucji, a także zagwarantowania niezależności władzy sądowniczej, i to na tej władzy spoczywa szereg zadań związanych z dbałością przestrzegania prawa.

Jeżeli władza sądownicza nie będzie niezależna, a sędziowie niezawiśli, to w sporze z państwem obywatel zawsze będzie na przegranej pozycji.

Sędziowie z Iustitii mówią wprost, że postępowania dyscyplinarne wobec sędziów stały się narzędziem represji władzy i apelują do sędziów orzekających, aby tego nie robili. Zgadza się pan z opinią Iustitii?
Tak, zgadzam się, i wierzę w to, że nawet sędziowie, który są sędziami dyscyplinarnymi, nie zapomną, że ma nimi kierować litera prawa i niezawisłość sędziowska.

Mitologię – z licznych powodów – łatwo pomylić z mitomanią.

Parę dni temu pan premier zmienił narodowość. Postanowił udawać Greka, a konkretnie to niejakiego Temistoklesa. Ów akt etnicznej apostazji dokonał się w miasteczku Spała, co w tym kontekście wydaje się okolicznością symboliczną. Wprawdzie nie jest jasne, czy – by zacytować klasyka – pan premier „spał w Spale, a pił w Pile”, czy odwrotnie, niemniej to raczej nie był sen. Choć trudno wyrokować, albowiem szef rządu objawił swoje prawdziwe pochodzenie etniczne na spotkaniu z aktywistami Klubu „Gazety Polskiej”. Ci zaś, przynajmniej w kręgach zbliżonych do opozycji, nie bez powodu uchodzą przecież za śniących na jawie.

Tak czy inaczej pan premier powołał się w Spale na starożytne korzenie swoje i całej swojej politycznej drużyny, a wszystko w kontekście zbliżających się wyborów parlamentarnych. Oraz słynnej bitwy pod Salaminą. Tej z Persami.

W roli Persów obsadzona została, co oczywiste, Koalicja Europejska, choć każdy przyzna, że gdzie tam Grzegorzowi Schetynie do „króla królów” – Kserksesa. Nie wiadomo też, co na to wszystko Jarosław Kaczyński, bo wszak w ten sposób premier obsadził go w roli pozbawionego autorytetu, nominalnego wodza mocno skłóconego, nieefektywnego i nielojalnego względem koalicjantów pospolitego ruszenia, przeciwstawiając całe to kolorowe towarzystwo karnej i bitnej armii Persów. Ale to szczegół. Poważniejszym zarzutem wobec premiera udającego Greka jest – zdaje się – pomieszanie ról.

Bo jeśli już pisać scenariusz rekonstrukcji bitwy pod Salaminą z udziałem najważniejszych naszych bloków politycznych, to „przeważające siły i środki” są teraz zdecydowanie po stronie obozu władzy i jego samodzierżawcy – pana prezesa. Natomiast zbieranina spod sztandarów KE jako żywo przypomina skłóconych, rozdrobionych, ciągnących każdy w swoją stronę Greków, których największym atutem okazało się ostatecznie przywiązanie do – nazwijmy to – „europejskich wartości”, cudem obronionych przed zakusami wschodniej satrapii. Tak to wygląda w podręcznikach historii, ale pewnie teraz po reformie ta opowieść toczy się inaczej. A jak nie, to pan premier – w końcu historyk z wykształcenia, podyktuje, co należy…

Ale może jednak jest w tym wszystkim więcej racji, niżby z pozoru wyglądało. No bo, jak się tak głębiej zastanowić, jakieś analogie między obozem rządzącym a Grecją, tą starożytną, a i tą współczesną, jednak by się przecież znalazły. Demokracja, na przykład.

Formacja pana prezesa uważa się – jak ongiś Grecy – za gwaranta i obrońcę demokracji. Ba – niektórzy nawet w to wierzą. A ponadto, jeśli mają na myśli demokrację w jej starożytnym ateńskim wydaniu, nawet mają rację! Była to bowiem owszem, demokracja, ale taka dla wybranych. Dla swoich, znaczy. Wolnych, dorosłych ateńskich obywateli. Wyłącznie mężczyzn o ściśle określonym, wysokim statusie społecznym i materialnym. Jeśli przez „demokrację” rozumieć rządy jakichś 10 procent populacji (żadnych bab, niewolników, obcych i gorszego sortu), to tak, partia pana prezesa jest w prostej linii spadkobierczynią demokracji ateńskiej!

Natomiast co do czasów współczesnych to znowu, w aktualnych rządach da się odnaleźć bardzo wiele analogii do sytuacji Grecji z epoki, zanim – z powodu niekontrolowanych wydatków z budżetu – zawaliły się tam finanse państwa, a wcześniej załamała gospodarka i usługi publiczne.

No i jest jeszcze pewien szkopuł. Starożytni Grecy oprócz demokracji intensywnie promowali zachowania definiowane teraz jako „LGBT”. Ale może ta opowieść o Grekach to symboliczna deklaracja, że walka z homolobby jest tylko na pokaz, żeby się nie narazić biskupom i Konfederacji, ale tak naprawdę to partia pana prezesa jest jak najbardziej za. A gimnazja zlikwidowała przez przypadek, a nie dlatego, że się niektórym z Ordo Iuris źle kojarzyły z bezeceństwami greckich gymnasionów…

Tak więc – na jesieni czeka nas rekonstrukcja bitwy pod Salaminą z panem premierem w roli Temistoklesa. Jej wyniki, mimo historycznego kontekstu, są mocno niepewne. Bo co to jest, tak naprawdę, te niewiele ponad sto tysięcy mieczy po stronie armii „obrońców demokracji” pod wodzą pana premiera? To po pierwsze. A po drugie, mitologię – z licznych powodów – łatwo pomylić z mitomanią.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Pisowcy popuszczają po butach, szykuje się wyborczy wpieprz

10 Maj

Wyniki trzech dzisiejszych sondaży przynoszą PiS złe wieści. We wszystkich partia rządząca wypada dużo poniżej oczekiwań rządzących. W złe notowania nie wierzy Beata Mazurek, rzeczniczka prasowa Prawa i Sprawiedliwości.

W sondażu przygotowanym przez pracownię Kantar na zlecenie „Faktów” TVN, partia rządząca jest o krok od przegranej. Według sondażu PiS zdobyłby zaledwie 34% głosów poparcia, podczas gdy Koalicja Europejska 33%.

Ostatnie miejsce na podium przypadło Wiośnie, na którą swój głos oddać chce 8% wyborców. Skrajnie prawicowa Konfederacja może liczyć na 6% głosów, a populistyczny ruch Kukiz’15 na 5%.

Jeszcze gorsze wieści dla PiS niesie sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych dla „Newsweeka” i Radia Zet. Koalicja Europejska zdobyła w nim 41,94%, Prawo i Sprawiedliwość zaś 39,04%. Na trzecim miejscu znalazło się ugrupowanie Roberta Biedronia z 9,57%.

Obydwa sondaże nie są wiarygodne dla Beaty Mazurek. „Ten »wzrost« poparcia dla KE musi mieć mocne podstawy. Prawdopodobnie jest to wynik blamażu Jażdżewskiego i Tuska oraz brutalnego ataku na Kościół i wizerunek Matki Bożej. Pewnie Cimoszewicz odjeżdżając z miejsca wypadku dołożył swoje. Śmieszny sondaż” – napisała w swoim stylu polityczka.

Kontrowersyjny post Mazurek skrytykowany został przez internautów. Rzeczniczce rządu odpisał m.in. Krzysztof Bukiel, lekarz i przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Lekarzy. „A może to, że »polski pacjent« umiera w kolejkach do leczenia, a pieniądze publiczne szerokim strumieniem płyną na wszystko inne, tylko nie na zdrowie?” – napisał pochodzący ze Szczecina doktor.

Dzisiejsza okładka „Super Expressu” wywołała niemałe emocje. Przypomnij, że na okładce tabloidu umieszczono napis „Morawiecki adoptował dwoje dzieci” i zdjęcie przedstawiające premiera wraz z dwójką pociech.

Informacje podane przez dziennik mają pochodzić z książki „Delfin” autorstwa Jakuba i Piotra Gajdzińskich.

„Super Express” został mocno skrytykowany przez przedstawicieli innych mediów oraz polityków wszystkich opcji politycznych. Zdaniem dziennikarzy portalu natemat.pl sprawa może być jednak polityczną ustawką.

Redakcja internetowego portalu miała dotrzeć do jednego z polityków PiS, który stwierdził, że treść okładki dzisiejszego numer „SE” została uzgodniona z głównym zainteresowanym.

Sytuacja wzbudziła również reakcje ze strony innych dziennikarzy. „Pan Dworczyk udaje, że nie wie, iż sprawę rozdmuchał tabloid? Notabene bardzo przychylny obozowi władzy? O adopcji pisała w 2016 »Gazeta Wyborcza«, trudno więc mówić o naruszeniu jakiejś wielkiej tajemnicy. Czy to uprawdopodobnia tezę o PR-owej zagrywce? Jak uważacie?” – zapytała na swoim Twitterze dziennikarka telewizyjna Hanna Lis.

Także publicysta „Gazety Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skomentował zamieszanie. „W sierpniu 2016 r. w obszernej sylwetce @MorawieckiM autorstwa Witolda Gadomskiego pisaliśmy o adoptowanym dziecku premiera. Nie przypominam sobie, by zamieszczenie tej informacji wywołało jakąkolwiek negatywną reakcję” – stwierdził Wieliński.

Liczni internauci wskazują, że tabloid częściowo utrzymuje się z reklam Skarbu Państwa i od dłuższego czasu jest powiązany z PiS-em. Krytycy wskazują, że gazeta zwyczajnie nie odważyłaby się na taką publikację bez zezwolenia z góry.

W jutrzejszym numerze „SE” ma ukazać się wywiad z szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michałem Dworczykiem. Część wywiadu udostępniona została na Twitterze przez Grzegorza Zasępę, redaktora naczelnego bulwarówki. Dworczyk w swoich wypowiedziach nie zaatakował dziennikarzy odpowiedzialnych za dzisiejsze wydanie „SE”, oberwało się za to autorom książki „Delfin”… Czy ta sprawa faktycznie ma drugie dno?

„Z dużym zaniepokojeniem zauważyliśmy wczoraj na stronach sejmowych projekt ustawy o budowie Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. W naszej ocenie, w ocenie władz miasta Gdańska, jest to kolejna próba przejęcia Westerplatte dla celów bardzo jasno określonych, dla celów politycznych” – mówi na filmiku dodanym przez siebie na Twitterze Aleksandra Dulkiewicz.

„Złożyła ten projekt grupa posłów na czele z posłem Kazimierzem Smolińskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości z województwa pomorskiego. Nie wiemy oczywiście, jaka będzie droga Sejmowa tego projektu ustawy. Natomiast dzisiaj ja jako prezydent miasta Gdańska mogę wyrazić głębokie zaniepokojone, że tylnymi drzwiami, skróconą ścieżką legislacyjną prowadzoną przez grupę posłów, próbuje się zabrać gdańszczankom, gdańszczanom, Polkom i Polakom Westerplatte pod określone cele polityczne” – kontynuuje prezydent Gdańska.

Inicjatywa posłów PiS to kolejna już próba zmierzająca do zawłaszczenia historii Trójmiasta. Obecne działania partii rządzącej poprzedziły już propagandowe manewry prowadzone wokół Muzeum II Wojny Światowej oraz Placu „Solidarności”.

Opisywany przez Dulkiewicz projekt ma zakończyć się budową na Westerplatte punktu należącego do pisowskiego Muzeum II Wojny Światowej.

„Pomimo 79 lat, jakie upłynęły od pierwszych strzałów oddanych z pokładu niemieckiego okrętu Schleswig-Holstein do polskich żołnierzy stacjonujących w Wojskowej Składnicy Tranzytowej, Westerplatte nie zostało zagospodarowane w sposób adekwatny do swojej ogólnonarodowej rangi oraz międzynarodowego znaczenia” – czytamy na łamach projektu ustawy „O inwestycjach w zakresie budowy Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 – Oddziału Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”.

>>>

Po nabożeństwie z okazji kolejnej miesięcznicy smoleńskiej i uroczystym złożeniu kwiatów u stóp pomnika ofiar tej tragedii, na pl. Piłsudskiego w Warszawie, na monument wspiął się mężczyzna pragnący rozwinąć na szczycie transparent i krzyknął w stronę Kaczyńskiego: „Kiedy wreszcie skończysz tę szopkę? Dziewięć lat, kiedy przestaniesz oszukiwać ludzi; gdzie jest wrak?”

Arkadiusz Sz. działacz organizacji Obywatele Solidarni w Akcji (OSA), został zatrzymany przez policję.

Jak ustalił FAKT24 wcześniej organizował on „kontrmiesięcznice” smoleńskie w proteście przeciw wykorzystywaniu katastrofy do celów politycznych.

Przypomnijmy: 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154 wiozącego delegację na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka, najwyżsi dowódcy wojska i ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski.

Filozof prof. Tadeusz Gadacz odniósł się do zatrzymania przez policję Elżbiety Podleśnej za przerobienie obrazu Matki Boskiej (kobieta domalowała tęczową aureolę).

PiS nie wprowadziłby Polski do Unii Europejskiej, a w drugiej kadencji rządów PiS – jeżeli taka by się zdarzyła – zostaniemy z niej wykopani

2 Maj

Europoseł Jacek Saryusz-Wolski (dawniej PO, obecnie pupilek prezesa) przyznał niedawno, że to bracia Kaczyńscy wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej. Teraz twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane przez „Rzeczpospolitą”.

(…) również bracia Kaczyńscy, jako architekci naszej drogi do niepodległości, wprowadzali Polskę do UE, będąc aktywnymi uczestnikami tego długiego procesu, od NSZZ Solidarność poczynając. Już w 1991 roku ówczesne PC (Porozumienie Centrum) poprzednie wcielenie dzisiejszego PiS, jako pierwsza partia deklarowało wejście Polski do struktur NATO i EWG, jako priorytet w swoich postulatach politycznych, w przeciwieństwie do wielu polityków dzisiejszej Koalicji Europejskiej, optujących wówczas za zakonserwowaniem starego porządku geopolitycznego w postaci NATO-bis i EWG-bis” – mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Saryusz-Wolski.

Teraz europoseł twierdzi, że jego słowa zostały zmanipulowane. W rzeczywistości – jak twierdzi Saryusz-Wolski – treść niektórych pytań została zmieniona.

Było 12 pisemnych pytań i odpowiedzi. Zamiast: 1/3 wywiadu, dot.4 oryg pytań > teraz 7 pytań 1,2,4,5 zmienione, 6,7 dodane, co zmienia sens wypowiedzi” – dowodził na Twitterze polityk. „Tytuł też zmanipulowany. Kolejne ich tweety brną jeszcze bardziej w manipulację tytułem. Chodzi o spowodowanie hejtu? To już nie jest dziennikarstwo” – polityk miał nawet pretensje do autora tytułu, pod jakim ukazał się wywiad.

Na wpisy Saryusza-Wolskiego szybko zareagował dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz. „Panie Pośle, z przykrością muszę przyznać, że po raz kolejny oszczędnie gospodaruje Pan prawdą. Proszę wziąć odpowiedzialność za własne słowa, a nie obarczać za nie innych odpowiedzialnością” – napisał redaktor.

Także użytkownicy Twittera nie zostawili na Saryuszu-Wolskim suchej nitki. „Bardzo ostrożnie formułuje Pan swoje oceny. Nie lepiej jest napisać wprost? Wolski to taki Gryglas, tyle tylko, że razy dziesięć większy i oślizły” – odpisał Nizinkiewiczowi jeden z internautów.

Proszę następnym razem oszczędzić nam tej żenady i nie sądzić, że ktoś chciałby o przemyśleniach, takich czy owych, Wolskiego czytać. Do TVPis niech Wolski idzie. Tam jego odbiorcy” – napisała inna użytkowniczka serwisu.

Jakim trzeba być człowiekiem, by zostać w rządzie pisowskim „ministrem kultury”? Znany muzyk Zbigniew Hołdys uważa, że po prostu chamem.

Śmierć wybitnego Polaka, Profesora Karola Modzelewskiego, historyka mediewisty, dysydenta, więźnia politycznego, jednego z liderów opozycji demokratycznej w okresie PRL, twórcy nazwy „Solidarność”, wstrząsnęła opinią publiczną. Nie całą oczywiście. Działacze PiSu postanowili tej śmierci nie zauważyć. Odezwał się tylko jeden, co mieni się ministrem od kultury, Piotr Gliński, który napisał na Twitterze:

„Komunista, rewizjonista, opozycjonista, więzień PRL-u (łącznie 8 lat!), „Solidarnościowiec”, mój starszy kolega z PAN, adwersarz polityczny”.

Internauci zareagowali błyskawicznie. Wśród nich Zbigniew Hołdys:

„Minister Chamstwa Gliński miał 8 lat, gdy Karol Modzelewski został skazany na 3,5 roku więzienia za walkę z komunizmem. W 1968 minister chamstwa kończył podstawówkę, gdy Modzelewski dostał kolejne 4 lata za udział w Marcu 1968. I dziś minister chamstwa mówi o KM komunista”.

Wpis Glińskiego ocenił również dziennikarz magazynu „Liberté” Aleksander Twardowski: „Trudno mi sobie wyobrazić większe prostactwo – zacząć to epitafium od „KOMUNISTA”. Jesteś, Gliński, idealnym reprezentantem tej podłej i szkodliwej władzy. Następcy powinni zadbać, aby w podręcznikach do historii pisać o was tylko źle i z należytą pogardą, dranie”.

„Nic dodać, nic ująć”?  …dodać jak najbardziej!

Mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne

PiS posłał nas, Polaków, na wojnę. Krwawą, brutalną i bezwzględną. Część z nas tego nie widzi, bo „nie ma czołgów na ulicach” – nie jest w stanie ujrzeć zagrożenia, nie mając przed oczami jego najbardziej wyrazistych symboli. Żeby uśpić ich czujność, wystarczy po prostu je schować, nie wykładać kawy na ławę, zabierać wszystko co kochają kawałek po kawałku, nie nazywając tego zabieraniem i szepcąc uspokajające słowa.

Jest też część Polaków, która wojnę widzi, ale ma ją gdzieś, bo ich drużyna wygrywa, bo ich będzie na wierzchu. Nie pojmują, że właśnie ustanawiane są uniwersalne, bezwzględne i okrutne zasady walki, które ich także będą dotyczyć, których i oni padną ofiarami, bo przecież żadne zwycięstwo nie trwa wiecznie i to także przeminie.

Kolejna część ludzi sądzi, że „ich to nie dotyczy”, „to nie ich wojna”. Patrzą na politykę jak na grę komputerową, bez zrozumienia, że coś nie musi nas bezpośrednio dotyczyć, żeby nas dotknąć i na zawsze zmienić nasze życie.
Że jeśli nasz dom nie runie, ale runą wszystkie domy dookoła, to i tak nasz świat zmieni się bezpowrotnie, bynajmniej nie na lepsze.

I tak, od zwycięstwa wyborczego PiS, toczy się ta nigdy oficjalnie nie wypowiedziana bratobójcza walka, rzeź, o której mówi się, że jej nie ma, choć straty i ofiary widzimy codziennie.

Nienawidzimy się. Gardzimy sobą. Krzyczymy na siebie. Boimy się siebie. Rywalizujemy. Udowadniamy swoje racje. Zadajemy sobie głębokie i bolesne ciosy siekierą, które nie zagoją się przez wiele lat. Duma i to, kto wygra, jest ważniejsze niż rozsądek, solidarność, dobrobyt, radość, marzenia i plany, które kiedyś przecież jako społeczeństwo mieliśmy. Taka jest rzeczywistość. I jeśli te rządy potrwają dłużej, to tak już zostanie. Kolejne zwycięstwo PiS będzie celnym i ogromnym ciosem w nasz rdzeń kręgowy, w społeczną tkankę i materię, zaufanie, kapitał społeczny, wiarę w dobrze pojmowaną siłę instytucji państwa, ustrój jaki znamy, i w którym wielu z nas wychowało się i wzrastało – demokrację.

I bardzo ciężko będzie się z niego podźwignąć, ponieważ każdy dzień obecnych rządów to postępujący chaos, straty, zagarnianie kolejnych uprawnień, które się tej władzy nie należą i prób złamania ducha kolejnych grup społecznych.
Pisałam w poprzednim felietonie o tym, że wielu z nas czuje wszystkie symptomy stresu pourazowego, beznadzieję i nierealność tej sytuacji.

PiS to wie i po to zrobił. Posłał nas na tę wojnę celowo. Wiedział, że w umiejętnie już wcześniej skłóconym przezeń Smoleńskiem społeczeństwie już ujawniły się podziały, pokazały delikatne pęknięcia i rysy.

Wiedział, że teraz już wystarczy iskra, zagranie na kilku najniższych instynktach, żeby ludzie zaczęli bratobójczą walkę.
Przez którą, mimo wspólnej historii, bolesnych przeżyć i doświadczeń komunizmu, my Polacy, jesteśmy sobie po prostu obcy i tak wobec siebie okrutni i nieczuli. Samolubni i dziecinni.

Dlaczego PiS chce, żeby wojna i okopy były naszą rzeczywistością? Dlaczego z rozmysłem do tego doprowadził i podtrzymuje ten stan?

To akurat dość proste. Bo kiedy nie znasz dnia ani godziny, nie wiesz, czy przeżyjesz kolejny nalot, wybuch bomby, ani czy za chwilę nie rozerwie Cię granat myślisz tylko o przetrwaniu. Nie analizujesz. Nie zatrzymujesz się, nie bierzesz oddechu. Nie zadajesz sobie pytań, czy czegoś tak naprawdę chcesz i czy to sprawia ci radość, czy ufasz komuś, kto mówi różne dziwne rzeczy. Nie rozmyślasz zbyt wiele, nie filozofujesz, przestaje cię obchodzić, co dzieje się z innymi, bo skupiasz się na przetrwaniu własnym i swojej rodziny. Uczucia wyższe, plany i aspiracje sprzed wojny wydają się teraz małe i nieważne, wszystko schodzi na dalszy plan.

Nie ma na to miejsca, gdy jest ciągły stres, nieufność, patrzenie przez ramię, wyszczerzone zęby, kły i pazury. Spięcie i gotowość do wybuchu pod byle pretekstem. Nerwy napięte do granic możliwości czekające tylko na powód do wybuchu. Góra dół. Adrenalina. Walka od rana do wieczora. Wojna, do której pretekstem jest słowo za dużo, krzywy uśmiech, zła mina, wszystko. Nienawiść. Obcość. W takich warunkach człowiek nie może się rozluźnić, kochać, żyć, czuć spokoju i czułości. Rozwijać się – jako jednostka i w społeczeństwie. To nie są warunki do doskonalenia się, zdobywania wiedzy, planowania przyszłości, racjonalnego myślenia o gospodarce, prawie, sprawach ustrojowych, edukacji. Do tego potrzebny jest spokój i racjonalność, powolność, namysł, rozluźnienie, zaufanie, inteligencja, dyskusja, konsekwentne, planowe działanie. Dlatego do takiego stanu PiS nie może dopuścić.

Wie, że jeśli przestanie nas bombardować hakami, aferami, plwocinami, obelgami, wrzaskiem, chamstwem i agresją, przemocą, kiedy wreszcie zapadnie cisza, wszyscy uspokoją się, otrzeźwieją z wojennego szału i odetchną, zobaczą grupkę miernych, prostych, dość głupich w gruncie rzeczy bandziorków drobnego kalibru, a czasem drobnych cwaniaczków, którym paroma spluwami, hukiem i hałasem udało się sterroryzować całe osiedle.

I mądrzy ludzie będą zdumieni: jak u diabła mogło do tego dojść?, nie rozumiejąc, że zadziałała najprostsza psychologia.

PiS zdaje się rozumieć tylko język, chamstwa i przemocy i są tacy, którzy uważają, że tak właśnie należy się z nimi rozprawić. Ja jednak myślę, że znając mechanizm rządzenia przez wywoływanie wojny i utrzymywania ludzi w stanie ciągłego stresu, można go po prostu zablokować.

Wojnie przeciwstawić solidarność, krzykowi spokój, nadużyciom sprawiedliwe lecz surowe sądy i kary, gdy przegrają wybory, propagandzie wyborczą kartkę (nie ma nic ważniejszego niż pójść i zagłosować) i rzetelną informację, nadużyciom – nagłaśnianie, chamstwu klasę, godność i autentyczną prawość i zasady.

I nade wszystko spróbować przekonać jak najwięcej niedowiarków, że mimo braku czołgów na ulicach prowadzone są przeciwko Polsce regularne działania wojenne, najgorsze z możliwych – bo nie na terenie wroga, tylko na naszym własnych.

Aleksander Kwaśniewski był gościem Karoliny Lewickiej w radiu TOK FM. Były prezydent mówił m.in. o 15 latach obecności Polski w Unii Europejskiej.

Hej

mówiliście coś o Unii? Po co startować do Parlementu Europejskiego, którego się nienawidzi? Paradoks polega na tym, że najbardziej za Euro jesteście wy. A dokładnie za pensją w Euro. €€€ #WiekiWybór przed nami. Kompetencje albo 27:1

Raskolnikow

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

To także zniszczenie demokracji w Polsce i wykopanie nas ze struktur europejskich.

Grzegorz Schetyna ponownie wezwał Jarosława Kaczyńskiego do debaty o pozycji Polski w Europie. Szef Platformy Obywatelskiej podstawę rozmowy zawarł w trzech pytaniach, które definiują dzisiejszą sytuację kraju w Unii Europejskiej. I nie jest to definicja, która musi się prezesowi PiS podobać. Schetyna pyta, czy standardy demokratyczne przestaną być łamane, te są bowiem warunkiem członkostwa w europejskiej wspólnocie. Dwa następne pytania są trudniejsze, ale i one muszą być zadane: czy PiS potrafi odzyskać pieniądze, które zostały przegrane w dotychczasowych negocjacjach nad przyszłym budżetem UE oraz – czy Kaczyński zerwie sojusze z siłami, które dążą do rozbicia Unii od środka.

Nie są to pytania wydumane ani politycznie konfrontacyjne. Wynikają z utraconej przez PiS pozycji Polski w Europie. Stajemy się krajem coraz bardziej marginalnym. I o to może chodzić Kaczyńskiemu – wówczas rządzić autorytarnie jest o…

View original post 1 060 słów więcej

 

Państwo wyznaniowe PiS (2)

24 Kwi

Jesienne wybory parlamentarne na wiele lat określą kierunek, jaki obierze nasz kraj w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Wszyscy już wiemy, jaka jest alternatywa – konsekwentne utrwalanie kołtuństwa, państwa wchodzącego z butami do naszego życia, opresyjnego fiskusa, niewydolnej służby zdrowia i oświaty podlane sosem fałszywego patriotyzmu i rozdawnictwa pieniędzy albo powrót na drogę europejskości, z odpowiedzialnie prowadzoną polityką wewnętrzną, przywrócenie Polski do grona liczących się graczy na arenie międzynarodowej i traktowanie wszystkich obywateli z należytym im szacunkiem, niezależnie od poglądów czy stylu życia. O tym wszystkim zdecydujemy już tej jesieni. Nic więc dziwnego, że zarówno rządzący, jak i opozycja pracują nad strategiami na najbliższych kilka miesięcy. O tym, który scenariusz może dać demokratycznej opozycji największą szansę na sukces pisze dziś Paweł Wiejas z Wirtualnej Polski, przytaczając wyniki sondażu na panelu Ariadna.

Okazuje się bowiem, że kluczowa z punktu widzenia odsunięcia PiS od władzy może być decyzja Roberta Biedronia i jego Wiosny. Gdyby w jesiennych wyborach do krajowego parlamentu partia byłego prezydenta Słupska startowała oddzielnie, zwycięzcą wyborów zostałby PiS. Na partię Kaczyńskiego i jego koalicjantów (Zbigniew Ziobro, Jarosław Gowin) zagłosowałoby 33 proc. ankietowanych. Na Koalicję Europejską pod przewodnictwem Grzegorza Schetyny głos oddałoby 29 proc. uczestników badania, Wiosna zebrałaby 10 proc. głosów, a Kukiz’15 6 proc. Inne partie i koalicje nie dostałyby się do parlamentu.

Zupełnie inaczej rozkładałoby się poparcie Polaków, gdyby Wiosna stała się częścią szerokiej koalicji partii opozycyjnych. Taki rozwój sytuacji zmartwiłby większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości (52%) i w zasadzie nie ma im co się dziwić. Koalicja Europejska z Wiosną zebrałaby bowiem 36 proc. głosów, a PiS 31 proc. Z kolei Kukiz’15 mógłby liczyć na 7 proc. głosów. Inne partie i koalicje znalazłyby się pod progiem wyborczym.

Czy taki scenariusz jest w ogóle realny? Póki co wydaje się, że nie, tym bardziej że Robert Biedroń konsekwentnie woli skupiać się na atakowaniu właśnie Koalicji Europejskiej i korzystać z faktu, że nachalna propaganda mediów propisowskich unika ataków na jego partię. Niewątpliwie decydujący wpływ na decyzję lidera Wiosny będą jednak miały ostateczne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli zaliczy spektakularną klęskę, może się nie odważyć zaryzykować samodzielnego startu także jesienią.

Wystawiany emigrującym Polakom dokument ma zawierać „najważniejsze modlitwy i prawdy wiary”. Cel wydania? „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. To jeszcze nie wszystko. Minister Szczerski liczy, że Polska będzie dla Europy tym samym, czym był Noe, dla ludzi żyjących przed biblijnym potopem.

Swoje przemyślenia w zakresie migracji i dokumentu na drogę profesor Krzysztof Maria Szczerski, jeden z najważniejszych intelektualistów „dobrej zmiany” w kwestiach polityki europejskiej, i szef gabinetu prezydenta RP, zawarł w opasłym tomie „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”, wydanym w 2017 roku przez wydawnictwo „Biały Kruk”.

To właśnie na stronach tego wolumenu zgłasza postulat wprowadzenia „paszportu katolickiego” . „Dlatego chciałbym zaproponować podjęcie prac nad przygotowaniem swego rodzaju „Paszportu katolickiego”. Z lektury przemyśleń ministra można się dowiedzieć, że oprócz wspomnianych już modlitw katolicki paszport miałby zawierać „informację o wspólnotach katolickich, duszpasterstwach czy o polskich misjach działających w zachodniej Europie”. Minister Szczerski tłumaczy nawet cel takiego ekwipunku. „By Polacy emigrujący z Ojczyzny do zateizowanych krajów zachodnioeuropejskich nie ulegli tamtejszym lewicującym modom intelektualnym, ale pozostali wierni Bogu i Polsce”. Polak emigrujący za Odrę ma bowiem wyjeżdżać z „jasnym przesłaniem”. Jakim, że ma nieść ze sobą światło wiary dla siebie, dla swojej przyszłej rodziny i dla otaczających go ludzi”.

Szczerski, który boleje nad faktem, że Polskę opuściło miliony młodych ludzi, znalazł też sposób, by demograficzną porażkę przekuć w wyznaniowy sukces. Według niego: „idea reewangelizacji Europy” może być realizowana przez rodaków, niosących „ogień wiary”. To zadanie dla Kościoła i państwa, bo przecież „młodzi obywatele, którzy wybiorą się na emigracyjną tułaczkę” zabiorą za sobą „i polskość”.

Po nas choćby i potop

Szczególna misja polskich imigrantów jest konieczna, bo według ministra Szczerskiego kondycja dzisiejszej Europy jest kiepska. Trawi ją potop, czas więc pomyśleć o polskim Noe, który uratuje Stary Kontynent. „W naszych czasach rodzinę patriarchy i jego samego musi zastąpić grupa społeczna lub cały naród. […] Im szybciej rozpoznamy wśród nas Noego budującego arkę, tym lepiej, tym mniej szkód”. Jak wynika z lektury dzieła ministra, Szczerski jest święcie przekonany, że Polacy mają misję. Pisze, że odnosi wrażenie, że „wiele krajów czeka na nas, czeka na ojczyznę św. Jana Pawła II, by wskazała na nowo drogę”. I dodaje, że do zbawienia Europy ma nas do tego predestynować „nasz potencjał terytorialny i ludnościowy”.

Trudno nie doszukać się tu zatem nawiązań do mesjanistycznych koncepcji o wyższości moralnej i duchowej Polaków, które w XIX wieku udzielały się Andrzejowi Towiańskiemu i zostały opisane przez Adama Mickiewicza. Znać w tej koncepcji też zapowiedź świętej Faustynyktórej rzekł Jezus: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje”.

Minister Szczerski na poważnie

Można oczywiście pomysły ministra Szczerskiego traktować jako nieco megalomańskie i abstrakcyjne. Sęk w tym, że ich autor to przecież szef gabinetu Prezydenta R.P., kilkukrotnie przymierzany do funkcji Ministra Spraw Zagranicznych. Ministra należy też wymienić obok profesorów Ryszarda Legutki oraz Zdzisława Krasnodębskiego jako najważniejszych ideologów „dobrej zmiany” w kwestiach związanych z polityką europejską. Zresztą pomysły ministra Szczerskiego na reformę unii są obecne w wypowiedziach najważniejszych osób w polskiej polityce.

Znajomo brzmi choćby idea „reewangelizacji Europy” o której mowa w „Utopii”. Nie tak dawno premier Mateusz Morawiecki stwierdził, że chcemy Europę z powrotem rechrystianizować, bo niestety w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea. I kto jeśli nie Polacy mogą to zmienić?

A Andrzej Duda? Kiedy w czasie Forum Polsko-Niemieckiego w Berlinie prezydent stawiał sobie pytanie „Dlaczego na przykład w sklepie nie można w tej chwili kupić już zwykłej żarówki” internauci mieli ubaw, obwołując go „Oświeconym prezydentem” oraz „Światłością narodu”.

Tymczasem myśl tę prezydent Duda zapewne zaczerpnął ze dzieła Szczerskiego, według którego ta niedobra Unia Europejska „ciągle czegoś zabrania lub coś zakazuje. Nie wolno pomóc jakiejś gałęzi przemysłu, nie wolno palić w piecach węglem, nie wolno wkręcać tradycyjnych żarówek itd., itd.”

Morawiecki toczy zacięty bój o miano Pokraki nr 1

3 Kwi

Jak wynika z doniesień „Rzeczpospolitej”, minister Teresa Czerwińska odchodzi z rządu. Do zachowania stanowiska nie namówił jej ani premier Mateusz Morawiecki, ani prezes PiS Jarosław Kaczyński. „Chcieli, aby pozostała przynajmniej do majowych wyborów do PE” – mówi źródło gazety z PiS.

Super-minister, super-premier

W fotelu szefa resortu może zasiąść teraz premier Mateusz Morawiecki. Co ciekawe, odejście Czerwińskiej jest efektem braku jej zgody w kwestii obietnic socjalnych partii: „To nie będzie dymisja. Czerwińska żegna się z rządem na własną prośbę” – powiedział gazecie polityk partii rządzącej.

Nie do końca wiadomo tylko, kiedy oficjalnie pomachamy pani minister na pożegnanie. Tu informacje są sprzeczne. Niektórzy uważają, że ma to nastąpić już teraz, inni, że wytrwa jednak do wyborów do europarlamentu.

Plotki są przesadzone?

A jeszcze tydzień temu sama najbardziej zainteresowana mówiła:

Pogłoski o mojej dymisji są mocno przesadzone. Poza tym, wszystko co było do powiedzenia, jest powiedziane, pan premier zabrał głos, w związku z czym rozumiem temat jest zamknięty”.

Premier „zabrał głos” i Polacy będą mogli cieszyć się „Piątką Kaczyńskiego”, mimo tego że sam Morawiecki niedawno przyznał, że nowe programy socjalne partii napną budżet niemal do granic wytrzymałości. W całym trójkącie decydentów – Kaczyński-Morawiecki-Czerwińska – to pani minister okazuje się najbardziej odpowiedzialna. I widać, z tego powodu nie chce brać na barki nowych pomysłów prezesa.

Zmiany, zmiany, zmiany…

W PiS trwają teraz nerwowe przygotowania do rekonstrukcji rządu. Powodem jest wystawienie na listy kandydatów partii do Brukseli paru ministrów. Rzeczniczka PiS Beata Mazurek przyznała wczoraj otwarcie:

„ Nie jest mi znany termin [rekonstrukcji], więc nie odpowiem kiedy, ale mam informację, że [nastąpi to] jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego”.

Na listach ugrupowania w wyborach do Brukseli znalazło się m.in. kilkoro ministrów i wiceministrów, np. wicepremier Beata Szydło, szef MSWiA Joachim Brudziński, minister MRPiPS Elżbieta Rafalska czy minister edukacji Anna Zalewska.

Efekt socjalu

Skąd w ogóle to całe socjalne szaleństwo? PiS przygotował ponoć wewnętrzne sondaże, które nie ucieszyły partii. W odpowiedzi pojawiła się wspomniana „Piątka”, na którą jednak nie chce zgodzić się Czerwińska. Wobec swojej bezsilności sama postanowiła – jak widać – odejść. Odpowiedzialni urzędnicy odchodzą z rządu. Strach się bać, jaki sort ich zastąpi…

Jan Zarosa, wojskowy prokurator, który przesłuchiwał ofiarę molestowania w Żandarmerii Wojskowej, już tego robić nie będzie. Co prawda nie dopatrzono się uchybień w jego postępowaniu, ale… interweniował zwykły poseł Jarosław Kaczyński i to wystarczyło.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości po prostu „skrobnął” odpowiednie pisemko do Ziobry i zadziałało. Prokuratorowi nie pomogło nawet to, czym wcześniej zasłynął, czyli ośmiogodzinnym przesłuchaniem przewodniczącego Rady Europy Donalda Tuska.

Fakt ten nie umknął uwadze Romana Giertycha. Mecenas jest zdania, że sytuacja ta pokazuje czarno na białym stopień zależności prokuratury od partii rządzącej.

Pyta, czy wobec tego prezes PiS interweniował także w sprawie Srebrnej? „Bo jeszcze niedawno niektórzy politycy PiS twierdzili, że jest ona niezależna” – napisał Giertych na Twitterze.

Kluczem do przywrócenia normalnego państwa jest jasny przekaz i trzeźwe myślenie.

Moim zdaniem, tak w życiu prywatnym, jak i publicznym, kluczem do powodzenia i normalności jest nazywanie spraw po imieniu. Jeśli nie nazwiesz czegoś po imieniu, to tak jakby tego nie było. Opisał to znakomicie profesor Andrzej Leder w książce „Prześniona rewolucja”, w której wskazał, że w języku polskim brak jest wręcz niekiedy słów, nie ma słów, żeby nazwać niektóre rzeczy, zjawiska. Te słowa po prostu nie istnieją.

Oczywiście konsekwencją tego jest kompletna niewiedza i dezorientacja. Nie wiemy, co się z nami dzieje, wiemy, że coś czujemy, przeżywamy, ale nie potrafimy o tym opowiedzieć ani nawet sobie tego do końca uświadomić. Nie znamy własnych granic, nie rozumiemy, gdzie one przebiegają, co wolno, a czego nie, nie wiemy, czego właściwie chcemy, choć często narzekamy i bez problemu wskazujemy, co nam się nie podoba. O niczym nie można spokojnie, normalnie, merytorycznie porozmawiać. Wypisz, wymaluj Polska.

Nie przez przypadek w Polsce karierę robi słowo „kontrowersyjny”, o którym nikt nie wie i nie potrafi powiedzieć, co ono naprawdę znaczy. Kiedy jest się kontrowersyjnym, a kiedy wyraża własne zdanie? Kto właściwie decyduje o tym, co wypada, wolno w przestrzeni publicznej, a co nie? Kiedy jest „kontrowersyjnie”, a kiedy „dziwnie” lub z kolei „ekscentrycznie”? Drugie takie słowo – to słowo „obiektywny”. Obiektywizmu domagają się wszyscy od wszystkich, nie mając zielonego pojęcia, co to właściwie znaczy.

Ludzie, którzy nie znają znaczenia słów, których używają, posługują się nimi w znaczeniu o którym myślą, że jest prawidłowe, według prawidła „bo mi się wydaje”. Efekt? Nieustanne mylenie opinii z faktami, często przy nieświadomości mówiącego, że to, co mówi jest wyrażeniem własnego zdania, a nie prawdą obiektywną. Sformułowanie „własnego zdania” to fraza umowna, bo moim zdaniem wiele postaci życia nawet nie wie, jakie ma o czymś zdanie. Ich opinia jest wypadkową kwestii zasłyszanych w mediach, rozmów ze znajomymi i rodziną, opinii życiowego partnera, środowiska itp.

Konia z rzędem temu, nawet wśród tak ważnych liderów opinii, dziennikarzy, pisarzy, polityków, prawników, celebrytów, aktorów i ludzi innych zawodów, których się słucha, kto tak naprawdę wie i rozumie, o czym mówi, wie, kiedy to mówi i z jakiego powodu i dlaczego mówi to tak, a nie inaczej tej czy innej osobie.

Od jakiegoś czasu niemal nie oglądam już telewizji. Nie powiem, że w ogóle, bo to byłaby nieprawda. Informacje, niezbędne do tego, żeby mieć konieczną w moim zawodzie i z racji zainteresowań wiedzę o świecie, czerpię ze sprawdzonych portali i gazet, starając się o rzetelność faktów i różnorodność opinii tak, żeby nabrać dystansu i móc przemyśleć sprawę.

Skończyła się moja tolerancja na ubliżanie mojej inteligencji i dobremu smakowi zapraszaniem do studiów tv ludzi bez wiedzy na temat, o którym mówią, często także niekompetentnych i życiowo, i zawodowo, wyrachowanych, głupio cwanych i agresywnych, przy których człowiek nie może usłyszeć zdania, drących się wniebogłosy, żeby zatuszować fakt bycia kompletną intelektualną amebą.

I skończyła się moja tolerancja dla prowadzących, którzy na takie rzeczy pozwalają i takich ludzi, doskonale wiedząc o ich bezwartościowości, zapraszają. Stąd mój prywatny protest, o którym wiem, że może stać się publicznym, jeśli wszyscy postąpią tak samo – dlatego, nie tracę nadziei, że któregoś dnia wszyscy po prostu wyłączymy odbiorniki i kariery medialne takich osobników i osobniczek stracą rację bytu.

Jesteśmy teraz w Polsce w trudnym momencie gospodarczym, politycznym, historycznym, kulturowym, religijnym i mentalnym. Wszystko, co mogło pójść nie tak, poszło. Rozpasany, zdemoralizowany, brunatny, mało wykształcony i kryjący przestępców–pedofilów Kościół katolicki wchodzi nam na głowę, nie kryjąc się już z tym, że własnym zdaniem powinien stać ponad prawem, bezceremonialnie wtrącając się do pisania i stanowienia ustaw.

Idzie spowolnienie gospodarcze, w którym maniakalnie zadłużający nas (nas! – bo nie siebie) nieodpowiedzialny, populistyczny rząd nie będzie umiał się odnaleźć, ponieważ myśli tylko o tym, żeby napożyczać, ile się da i kupić głosy w najbliższych wyborach. A później choćby potop.

Służby specjalne, policja i wojsko są w opłakanym stanie, wbrew napuszonym propagandowym deklaracjom. Poodchodzili stamtąd wartościowi ludzie, na kierownicze stanowiska zostało przyjętych wielu ludzi, mających chronić  partię, nie obywateli.

Władza stawia się ponad prawem i patrząc na czyny – już zaczęła wyprowadzać nas z Unii Europejskiej. Mój Boże, jak strasznie, jak niebywale, nawet jak na brudne i niskie polityczne standardy, ta władza kradnie i kłamie. Ile rzeczy, jak stadninę koni w Janowie, zniszczyła, ilu osobom naubliżała, ile poniżyła.

Nic nas nie uratuje od katastrofy, poza jasnością myśli i przekazu i szkoleniu się w nazywaniu rzeczy po imieniu. Nie wystarczy mieć rację, trzeba przekonać do niej innych. Ale żeby przekonać, trzeba samemu rozumieć, co się dzieje i dokąd to wszystko zmierza. Trzeba umieć tłumaczyć i powtarzać milion razy, krótko i prosto.

Czy są ludzie, którzy to potrafią w polityce i dziennikarstwie? Czy są tacy przywódcy?
Nie odpowiem, zostawię was z tym, ale moim zdaniem, jasna mowa i klarowne, trzeźwe myślenie to jest klucz do przywrócenia normalnego państwa.

Waldemar Mystkowski pisze o rekonstrukcji rządu.

Rząd Mateusza Morawieckiego ma być zrekonstruowany. Powiadomiła o tym rzeczniczka PiS Beata Mazurek, a nie rzeczniczka rządu – Joanna Kopcińska. Czy to coś znaczy? Tak! W PiS obowiązują zasady jak reżimach, klaszczą tak długo, aż satrapa powstrzyma aplauz na cześć swojej osoby podniesieniem ręki. Dlaczego o rekonstrukcji nie powiadomił ktoś bliski ucha Morawieckiego, jak choćby Michał Dworczyk, szef Kancelarii Premiera, który wędruje po mediach każdego dnia?

Obawiam się, że o rekonstrukcji rządu Morawieckiego mógł wcześniej nie wiedzieć… sam Morawiecki. Świadczą o tym słowa Mazurek: – „Mam informację, że rekonstrukcja rządu nastąpi jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego”. Od kogo ma informacje? Niewygodnie wszak informować, że prezes decyduje, kogo Morawiecki ma wymienić.

W PiS afera goni aferę, jedna przykrywa drugą, korupcję Kaczyńskiego przykrywa seksafera Kuchcińskiego, a tę z kolei protest nauczycieli. Nim zorientujemy się, o co chodzi w najnowszej aferze, zbliża się inna, jeszcze bardziej demolująca życie polityczne.

Wiadomym wszak jest, iż muszą być wymienieni ministrowie, którzy kandydują do Parlamentu Europejskiego i prawdopodobnie gros z nich do Brukseli się dostanie. Powinni być „zrekonstruowani”: wicepremier Beata Szydło, szef MSWiA Joachim Brudziński, szefowa MRPiPS Elżbieta Rafalska czy minister edukacji Anna Zalewska.

Ucieczka Brudzińskiego do PE może świadczyć, iż Kaczyński widzi delfina w Morawieckim, lecz niekoniecznie, bo prezes szykuje się do demolki w Brukseli – jak w kraju – tym razem wraz z nacjonalistami z Włoch, Hiszpanii i innych krajów, z którymi niedawno się spotkał. A Brudziński to jego herold zniszczenia. Zalewska z kolei musi brać nogi za pas, bo szkolnictwo w kraju w upadku, a nauczyciele zamiast w budynkach szkół domagają się normalności na ulicy.

Nie ekscytujmy się więc rekonstrukcją, bo na miejsce ustępujących przyjdą podobni im niewydarzeńcy. Władza PiS gromadzi tylko takich, którzy potrafią wszystko zepsuć, czego się dotkną. Dżuma zostanie wymieniona na cholerę, co kiedyś zdefiniował sam Morawiecki przy innej okazji.

Bardziej interesująca niż rekonstrukcja rządu będzie jesienna wymiana rządzących, gdy PiS zostanie wymieniony na Koalicję Obywatelską.

Kochan o Emeryturze plus: Panie premierze, jak można odebrać jednorazowe świadczenie?

– Po wysłuchaniu wystąpienia premiera, przypomina mi się tylko jeden cytat z profesora Bartoszewskiego. Warto być przyzwoitym, choć to się nie opłaca. Opłaca się być nieprzyzwoitym, ale nie warto. Panie premierze, jak można odebrać jednorazowe świadczenie? Proszę mi to wytłumaczyć. Jak pan może zapowiadać z tej mównicy, że Koalicja Obywatelska cokolwiek zabierze, a już na pewno zabierze to świadczenie, które jest wypłacane jednorazowo. Jak pan może to mówić? Po prostu panu nie wstyd? – stwierdziła Magdalena Kochan w Sejmie, w trakcie I czytania tzw. programu Emerytura plus. Posłanka PO zapowiedziała, że jej klub poprze rządową propozycję.

>>>

Morawiecki rekonstruuje, bo PiS panikuje

2 Kwi

„Mam informację, że rekonstrukcja rządu nastąpi jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego” – przyznała rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Skąd taka decyzja?

Mazurek w czasie konferencji w Sejmie została zapytana przez media o to, czy wkrótce czeka nas kolejna rekonstrukcja rządu. Przyznała wprost, że do roszad w Radzie Ministrów dojdzie jeszcze przed wyborami do europarlamentu.

– Nie jest mi znany termin, więc nie odpowiem kiedy, ale mam informację, że jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego – podkreśliła.

Płynna zmiana pałeczek?

Na listach kandydatów PiS do Parlamentu Europejskiego znalazło się m.in. kilkoro ministrów i wiceministrów, w tym m.in.: wicepremier Beata Szydło, szef MSWiA Joachim Brudziński, szefowa MRPiPS Elżbieta Rafalska czy minister edukacji Anna Zalewska. Mazurek podkreśla, że w planowanej rekonstrukcji rządu chodzi właśnie o sprawne “przekazanie rządzenia następcom”.

Ponoć do szybkich zmian dąży sam premier Mateusz Morawiecki. Szef rządu widzi w tym szansę na uratowanie się przed protestującymi nauczycielami. Wymieni minister, która zawiodła, udobrucha wspomnianych pedagogów, ale także wcześniej pozbędzie się podwładnych, którzy myślami są już w Brukseli lub przynajmniej przy swoich kampaniach wyborczych.

Morawiecki chce pozbyć się wszystkich konstytucyjnych ministrów, którzy walczą już o stołki w Brukseli. Tym samym planuje podziękować już za współpracę wicepremier Beacie Szydło, szefowi MSWiA Joachimowi Brudzińskiemu, minister rodziny Elżbiecie Rafalskiej oraz minister edukacji Annie Zalewskiej.

Przy okazji „wylecieć” ma minister finansów Teresa Czerwińska, która kręci nosem na propozycje socjalne PiS.

– Dymisja minister Czerwińskiej jest przesądzona. Niestety nie jest ona w stanie zmienić swojego zdania i nastawienia odnośnie do wyborczych planów partii. Zatem musi odejść – zdradza mediom polityk PiS ze ścisłej grupy rządzącej.

Tu nie chodzi o meteorytykę

Jak widać, Morawiecki postanowił wykorzystać okazję do kolejnych zmian w rządzie. Nie wiadomo, kto miałby zastąpić obecnych ministrów. Czyżby była to próba „wciśnięcia” do resortów kolejnej grupy polityków bliższych premierowi? Czy szef rządu przygotowuje ciche przejęcie sterów w Zjednoczonej Prawicy? Mocne poparcie w rządzie przyda się mu zwłaszcza teraz, gdy do wyborów do Sejmu i Senatu pozostało parę miesięcy…