Tag Archives: Bartosz Wiciński

Morawieckiemu i ferajnie Kaczyńskiego nic nie grozi

8 Maj

Kmicic z chesterfieldem

Najnowszy Newsweek: jak funkcjonuje władza, której fundamentem jest kłamstwo i dla której najważniejszym narzędziem jest kłamstwo?

Pokiereszowany Pegasusem senator Krzysztof Brejza nadal nie odpuszcza rządzącym. Tym razem drąży temat smoleńskiego eksperymentu Macierewicza.

Chodzi o wysadzenie tunelu foliowego.

Więcej o kalibracji Macierewicza >>>

Esej Cezarego Michalskiego >>>

 

View original post

 

Kaczyński słyszał, że dyktator nigdy nie pokona wolności?

27 Mar

Taka jest prawda…

Kmicic z chesterfieldem

Joe Biden zakończył dwudniową wizytę w Polsce. – Tej bitwy nie wygramy w ciągu dni czy miesięcy. Musimy przygotować się na długą walkę – powiedział na Zamku Królewskim w Warszawie. 

Więcej o wizycie prezydenta USA Joe Bidena w Polsce >>>

 

View original post

 

Trump, przyjaciel Putina i PiS. Co to znaczy? Domyślamy się, że dzisiaj Putin zaatakowałby Polskę

27 Mar

Kmicic z chesterfieldem

Jarosław Kaczyński na wojnie rosyjsko-ukraińskiej żeruje bez jakichkolwiek ograniczeń czy wyrzutów sumienia. Dla niego ta wojna to skarb. Nabrał absolutnej pewności, że dostarczy mu ona pieniędzy i legitymizacji, które pozwolą jego partii wygrać kolejne wybory. Podczas gdy szczęk oręża skutecznie zagłuszy dalsze niszczenie przez niego sądów, deptanie praworządności i prawa, codzienne kłamstwo jego propagandy – pisze Cezary Michalski.

Znakomity esej Cezarego Michalskiego >>>

Więcej o oczekiwaniach PiS wobec Bidena >>>

 

View original post

 

Morawiecki to tylko krętacz, który za wszelką cenę chce utrzymać się u koryta. Taka se świnia z folwarku K.

16 Paźdź

Kmicic z chesterfieldem

Manifestacja pod Komendą Powiatową Policji w Lubinie przerodziła się w zamieszki. Protestujący rzucają w policantów i w budynek kamieniami, butelkami i cegłówkami. Podpalili kontener ze śmieciami. Policja użyła gazu.

Manifestanci o śmierć Bartka, 34-letniego (wcześniej mówiono, że miał 32-lata) mieszkańca Lubina,  oskarżają funkcjonariuszy. W zapowiedziach protestu w mediach społecznościach podkreślali „bestialskie potraktowanie” mężczyzny i apelowali: „nie pozwólmy na bezprawie”.

Część komentujących podkreślała, że Bartek miał problem z narkotykami, że widywali go w różnym stanie na ulicach Lubina. Inni pisali, że owszem miał z tym problem, ale „nikt nie zasługuje na utratę życia”.

Ksiądz na umowę o pracę, brak dotacji dla Kościoła z budżetu państwa i jasny cennik za posługę. Kościół…

View original post 190 słów więcej

W Suwałkach napaść na Trzaskowskiego

21 Czer

Więcej o napaści na Trzaskowskiego w Suwałkach >>>

Więcej o protestach >>>

Więcej o gówno prawdzie Dudy >>>

Więcej o kupowaniu głosów wyborczych za pomocą wozów strażackich >>>

Premier przyjeżdża tutaj nie po to, żeby mówić o „Solidarności”. On mówi o tych wydarzeniach w taki sposób, że dzieli Polaków na tych, którzy są dobrymi Polakami i tych, których nie należy szanować, bo nie zasługują na to. Ja tak się zastanawiam, czy nie wyniósł tego z domu, dlatego że w latach 80., w czasach stanu wojennego Kornel Morawiecki także dzielił Polaków, dzielił „Solidarność”. To, co robi dzisiaj pan premier, jest powtórzeniem tego rodzaju działalności. Przyjeżdża tutaj prowadzić kampanię wyborczą na rzecz urzędującego prezydenta Andrzeja Dudy. Przyjeżdża wykorzystywać najnowszą historię Polski do celów politycznych. Ja, jako świadek tamtych wydarzeń, ale także moi przyjaciele , nie godzimy się na to, protestujemy przeciwko temu” – mówił na konferencji prasowej Bogdan Lis.

Zaraza w zarazie

5 Kwi

Pod osłoną zarazy Jarosław Kaczyński dokonuje zamachu stanu. Jego interesuje tylko władza dla władzy, zamordyzm. Jego marionetki, jak Duda i Morawiecki, korzystają z tego, nie posiadając żadnego zaplecza ideowego, charakterologicznego.

Mamy więc do czynienia z pisowską matrioszką: zaraza w zarazie.

Zaraza pisowska przed nastaniem zarazy virusa corona spustoszyła polską demokrację i zdegradowała nasz kraj. Niby przerabialiśmy to już w historii pod koniec XVIII wieku i przed 1939 rokiem, a potem z trudem się odbudowaliśmy – ale teraz dopadła nas zaraza pisowska.

Spustoszona została kasa państwa na wyborcze przekupstwa, więc nie dziwmy się, że nie zostanie ogłoszony stan wyjątkowy (klęski żywiołowej), bo władza musiałaby realnie pomagać przedsiębiorcom i pracobiorcom.

Plan ratunkowy rządu PiS to plan kreacyjny, wyssany z brudnych palców Kaczyńskiego i Morawieckiego.

Co po zarazach? Oto jest pytanie. Jeżeli koronawirus potrwa dłużej, partia Kaczyńskiego zostanie przegoniona.

I nie dokonają tego elity, ale ciemny lud, który nie będzie miał co wrzucić do gara, pójdzie z kosami, sztachetami, łomami na Nowogrodzką, pod siedziby PiS w każdym mieście.

Tym razem żaden Kuroń nie rzuci hasła „zamiast palić komitety, zakładajcie własne”. Sytuacja jest zupełnie inna: historycznie, ideologicznie, a nawet estetycznie.

Opozycja też zbyt anemicznie przedstawia swoje projekty, które są konkretne, ale nie przebijają się do społeczeństwa.

W piątek do Sejmu trafił projekt Koalicji Obywatelskiej, zakładający pomoc przedsiębiorcom m.in odszkodowaniami za straty jakie ponieśli w związku z epidemią. Wśród głównych założeń projektu jest także finansowe wsparcie pracowników szpitali, jak dodatek w wysokości 50 proc. wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych. Testy na SARS-CoV-2 dla personelu medycznego mają być obowiązkowe.

Więcej >>>

Pieniądze, jakie deklaruje rząd Morawieckiego, to księgowe oszustwo. Wystarczyłoby 70 miliardów realnych pieniędzy, a można by utrzymać miejsca pracy i uratować gospodarkę. O rządowej „tarczy antykryzysowej” mówi posłanka PO Izabela Leszczyna.

Jakub Szymczak, OKO.press: Jak się Pani podoba forma, która przybrały ustawy, nazywane przez PiS „tarczą antykryzysową”?

Izabela Leszczyna: Czytając je miałam wrażenie, że napisał je Jarosław Kaczyński, czyli człowiek, który niewiele wie o realnym świecie. A już na pewno nie wie nic o gospodarce, o przedsiębiorstwach, o funkcjonowaniu firm. To brzmi, jakby prezes powiedział: macie zrobić wrażenie, że robimy bardzo dużo, że dbamy o ludzi, ale macie napisać to tak, żeby prawie nikomu nie dać żadnych pieniędzy, bo ich nie mamy, a musimy mieć na 13 emeryturę i inne moje obietnice.

Rozmowa z Izabelą Leszczyną >>>

Zachowanie Jarosława Kaczyńskiego w dniach epidemii każe sformułować dość oczywiste pytanie. Czy prezes PiS jest politycznym psychopatą (gdyż jego zachowania, w tym kliniczny wręcz brak empatii wobec rządzonych przez niego obywateli, przekroczyły już granicę „politycznego pragmatyzmu” czy nawet cynizmu)? – pisze Cezary Michalski. Było takich w historii niemało, począwszy od czasów rzymskich, aż po wiek XX. Wielu z nich – właśnie dzięki psychozie, którą ich zwolennicy mylili z charyzmą – było bardzo skutecznych. Zarażali nią swoich wyznawców, budowali bańki, w których pogrążały się całe narody.

Esej Cezarego Michalskiego >>>

Kryzys wywołany epidemią koronawirusa będzie inny niż dotychczasowe. Wiele wskazuje na to, że będzie głębszy niż którykolwiek z kryzysów, które pamiętamy. Być może trwałe zmieni nasze nawyki i przyzwyczajenia, być może po epidemii odnajdziemy się w innym gospodarczo porządku. Ważne jest, aby zauważyć, że tym razem reagujemy inaczej, niż podczas kryzysu 2008 roku. Po tamtym kryzysie pozostało nam poczucie niesprawiedliwości i zawodności funkcjonowania państwowej pomocy – zbyt wielu biednych dramatycznie zubożało, zbyt wielu bogatych się wzbogaciło.

Dzisiaj wszystkie rządy jednym głosem zdają się mówić, że najważniejsza jest obrona pracowników niezależnie od formy zatrudnienia. Specyfika tego kryzysu w naturalny sposób kieruje strumienie pomocy rządowej do pracowników zatrudnionych w usługach – czyli tam, gdzie umowy o pracę mają najmniej stały charakter.

Cały artykuł Joanny Muchy >>>

System działa nieźle, ale ma luki, które mogą grozić ekspansją choroby, a dla niektórych koniec odosobnienia to nie koniec problemów. „Jestem w pierwszym trymestrze ciąży, powinnam pójść na wizytę kontrolną do ginekologa, ale lekarz nie chce mnie przyjąć na wizytę kontrolną, bo niedawno zakończyłam kwarantannę” – mówi OKO.press Joanna.

O sytuacji ludzi na kwarantannie >>>

W zasadzie sytuacja już jest jasna: pod osłoną koronawirusa Jarosław Kaczyński – podobnie jak jego węgierski bratanek – przeprowadza w Polsce zamach stanu.

Jeszcze kilka dni temu większość komentatorów – w tym także ja – prognozowała, że 10 maja wyborów prezydenckich nie będzie, ponieważ w warunkach epidemii nie da się ich zorganizować. Okazuje się, że nie doceniliśmy determinacji prezesa, który ostatecznie przestał się przejmować zachowaniem pozorów. Już nawet nie udaje, że dotrzymuje choćby minimalnych standardów demokracji i praworządności.

Można wymienić dziesiątki powodów, dla których korespondencyjne głosowanie w maju nie będzie mogło zostać uznane za rzeczywisty i demokratyczny akt wyborczy: kodeks wyborczy został zmieniony wbrew prawu, głosowanie zorganizowano w warunkach faktycznego stanu nadzwyczajnego, w czasie którego kandydaci opozycyjni nie mogli prowadzić kampanii, epidemia i narodowa kwarantanna sprawiają, że demokratyczny nadzór nad procesem oddawania i liczenia głosów jest niemożliwy, frekwencja będzie znikoma, bo znaczna część obywateli albo nie będzie mogła, albo nie będzie chciała uczestniczyć w tej pocztowej parodii wyborów… I tak dalej. Długo można by jeszcze wymieniać.

Cały felieton Wojciecha Maziarskiego >>>

Koronawirus i kryzys w Polsce

10 Mar

Koronawirus przykryje wszystkie tematy polityczne. I nie dziwota – wszak chodzi o nasze życie.

Władza PiS zaniedbała służbę zdrowie, jest gorzej niż kilka lat temu, pozamykane szpitale i oddziały zakaźne.

Duda obiecuje Fundusz Medyczny, ale z tego nic nie wynika, bo z pieniędzy tak czy siak przeznaczonych na służbę zdrowia, tylko inaczej nazwanych.

To nie tyle kłamstwo tej władzy, to jest szajs. Oni są z szajsu i szajsem chcą kupić społeczeństwo.

Dojdzie w Polsce do sytuacji, jak we Włoszech, gdzie chorzy na koronawirusa wyrywają sobie respiratory, walczą o łóżko na oddziałach w szpitalach.

Nałóżmy na to kryzys ekonomiczny, bo ten idzie, a nasz kraj ma zdewastowane finanse publiczne, kreatywną księgowość (krętacz Morawiecki do tego doprowadził), a więc kryzys ekonomiczny będzie u nas zdecydowanie cięższy niż gdzie indziej.

Koronawirus przyczyni się do zaatakowania w pierwszym rzędzie ustroju demokratycznego w Polsce, najprawdopodobniej dotknie też instytucje unijne, włącznie z tym, że może być zagrożony byt UE.

Taka zawsze była polityka. Nagle robiła zwroty, skręty. A Polska zaniedbana, rządzący do dupy. Jeżeli uzmysłowimy sobie, że tak duży naród nie powinien tracić niepodległości (a tracił), to możemy sobie wydedukować z tego, iż jako naród mamy elity polityczne do dupy. PiS to najgorsza formacja, jaka dostała się do koryta po 89 roku.

Już powinien być przesunięty termin wyborów prezydenckich. W takiej sytuacji szanse dla opozycyjnych kandydatów są mniejsze.

Kampanie kandydatów zaś zawieszone, bo to grozi rozpowszechnianiem wirusa.

Nowy Fundusz Medyczny ma osłodzić Polakom utratę 2 mld zł, które otrzyma z budżetu rządowa Telewizja Polska. I zwiększyć szanse Andrzeja Dudy na reelekcję. Na co mają iść te środki? Czy będą to osobne pieniądze, czy takie, które i tak muszą trafić do systemu w ramach ustawy 6 proc.?

Więcej o krętactwie Dudy w sprawie Funduszu Medycznego tutaj >>>

Bunty w więzieniach, domy opieki zamieniane w szpitale zakaźne, dramatyczne decyzje – kto dostanie respirator, kto łóżko na intensywnej terapii, jedna trzecia kraju pod kwarantanną. Dlaczego we Włoszech epidemia koronawirusa wybuchła z taką siłą? Być może winą są oszczędności i błędy, ale też i styl życia.

Więcej o chaosie i pandemonium we Włoszech tutaj >>>

Jest niewybaczalnym błędem obecnego rządu, że 3 tygodnie temu, gdy opozycja organizowała debatę w Senacie w spr. Koronawirusa, rząd zlekceważył problem.

Jeszcze wówczas można było poprzez kontrolę wszystkich podróżnych, ich spisywanie oraz umieszczanie podróżnych z terenów zainfekowanych w 14-dniowej kwarantannie ograniczyć zagrożenie. Rząd PiS uznał, że debata w Senacie to próba ataku na układ rządzący i publicznie lekceważył epidemię.

Więcej trafnych spostrzeżeń Giertycha o koronawirusie tutaj >>>

Prezydent Andrzej Duda na wtorek na godz. 11.00 zwołał posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego – poinformował dyrektor biura prasowego Kancelarii Prezydenta Marcin Kędryna. Chodzi o sytuację związaną z koronawirusem – w kraju liczba osób nim zakażonych rośnie.

Przypomnijmy – w skład RBN wchodzą marszałek Sejmu, marszałek Senatu, premier, szef MON, szef MSWiA, szef MSZ, minister koordynator służb specjalnych, szefowie ugrupowań politycznych posiadających klub parlamentarny lub poselski lub przewodniczący tych klubów, szef kancelarii prezydenta i szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

O jej zwołanie w tej sprawie apelowała od kilkunastu dni cała opozycja. Dodajmy, że ostatnie posiedzenie RBN zwołane przez Dudę odbyło się prawie 4 lata temu i dotyczyło szczytu NATO w Warszawie.

Pojawiły się pierwsze komentarze przedstawicieli opozycji. – „Dobrze, że prezydent zdecydował się na to działanie, ale szkoda, że tak późno, bo Lewica apelowała o to od prawie trzech tygodni” – powiedział szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski. – „Trzeba było naprawdę realnego poczucia zagrożenia, żeby prezydent Duda odważył się zdecydować na rozmowę z liderami parlamentarnych środowisk politycznych. Oni nie gryzą, na pewno nie zrobią panu prezydentowi krzywdy” – stwierdził poseł PSL Krzysztof Paszyk.

Sprawę komentowali też internauci: – „A tyle się Bielan naperorował w różnych telewizjach i rozgłośniach, że nie ma żadnego uzasadnienia, by zwoływać RBN”; – „Czyżby władza sobie nie radziła? Chcą przerzucić odpowiedzialność?”; – „Kiepsko musi być. W sondażach albo statystykach”; – „1. Spóźnieni 2. Przerażeni 3. Chcą zwalić winę na innych”.

Wywiad o koronawirusie w Polsce z prof. Markowskim tutaj >>>

Czytaj o Włoszech, które stają się strefą zamkniętą – tutaj >>>

Kampania Andrzeja Dudy nie jest tak słaba przez zły dobór ludzi, którzy są za nią odpowiedzialni. Jak sugeruje dzisiejszy “Wprost”, w tle trwa wojna domowa w Zjednoczonej Prawicy.

O tym, że coś dziwnego dzieje się w obozie rządzącym, już dawno wiadomo. Trudno wyliczyć wszystkie wpadki, pierwsze z brzegu to np. wojna Mariana Banasia i CBA z resztą aparatu władzy czy działania Zbigniewa Ziobry i jego “młodych wilków”, którzy mają chyba apetyt na przejęcie sterów władzy, gdyby Jarosław Kaczyński przeszedł na emeryturę. No i słynny już środkowy palec posłanki Lichockiej. To jednak tylko najbardziej widoczne problemy. Pod pokrywką tego garnka wrze.

Więcej o wojnie domowej w PiS tutaj >>>

Jak CBA walczy z Banasiem tutaj >>>

O tym, jak Ziobro zniszczył wymiar sprawiedliwości tutaj >>>

O „uczciwości” w PiS (sitcom) tutaj >>>

O matołectwie kwalifikowanym – Anna Kwiecień – w PiS tutaj >>>

„Do pieca wsadzić Kaczora, w ten sposób naród by się obudził, a Kaczor przestał ogłupiać ludzi” – to fragment „Ballady Milanowskiej” napisanej przez Jolantę Turczynowicz-Kieryłło i jej męża… Szok! Szefowa kampanii Dudy @AndrzejDuda @mecenasJTK @jbrudzinski @AdamBielan. (za wyborczą)

Eurobajki Szymańskiego, zastraszanie Ziobry, Sasin wicepremierem – jak co dzień śmiech na sali

12 Gru

Konrad Szymański sugerował, że ministrowie państw UE dali się przekonać polskiemu rządowi ws. praworządności. Ale OKO.press dotarło do zapisów z wtorkowego posiedzenia Rady ds. Ogólnych. Mówiono na nim o wyrokach TSUE, Izbie Dyscyplinarnej w SN i postępowaniach dyscyplinarnych wobec sędziów. Rząd utrzymywał, że dyscyplinarki są prowadzone bez jego ingerencji

Minister ds. europejskich Konrad Szymański, podsumowując dyskusję ministrów państw UE o praworządności w Polsce na Radzie ds. Ogólnych 10 grudnia 2019, podkreślał, że po prezentacji Komisji Europejskiej i polskiego rządu, delegaci nie zadali dodatkowych pytań. Niektóre media, w tym portal Niezalezna.pl, odczytały to jako dowód na rzekome znudzenie się w Brukseli sytuacją sędziów w Polsce. Nic bardziej mylnego.

Szymański powiedział po posiedzeniu Rady:

„Myślę, że Komisja Europejska podchodzi do sprawy w sposób rzeczowy i konstruktywny. Mam nadzieję, że to się utrzyma”.

Jak dokładnie miało to wyglądać wg ministra?

„Państwa członkowskie przynajmniej na tym etapie uznały, że nie ma powodów do zadawania kolejnych pytań” – powtórzył Szymański.

Optymistyczną dla polskiego rządu opowieść Szymańskiego podważa oficjalna notatka z dyskusji na Radzie ds. Ogólnych, do której dotarło OKO.press.

Sędziowie w centrum zainteresowania

Jasno wynika z niej, że sytuacja sędziów w Polsce, zwłaszcza wszczynane wobec nich postępowania dyscyplinarne, stanowiły sedno obrad.

Notatka w tłumaczeniu na polski brzmi:

„Ministrowie następnie przeszli do omówienia sytuacji w związku z procedurą z Artykułu 7(1) Traktatu o UE dotyczącą praworządności w Polsce. Komisja zreferowała, co wydarzyło się od września, podkreślając, że sytuacja ogólnie dalej się pogarsza.

[Komisja – przyp.red.] Odnotowała też, że w związku z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada,  polski Sąd Najwyższy 5 listopada orzekł, że jego Izba Dyscyplinarna nie spełnia kryteriów niezależności i niezawisłości sędziowskiej w rozumieniu prawa europejskiego, a Krajowa Rada Sądownictwa nie jest niezależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ten wyrok był publicznie krytykowany przez polskie władze. Komisja wskazała też na negatywne zjawiska dotyczące postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów oraz Trybunału Konstytucyjnego.

W odpowiedzi, polski rząd odrzucił obawy Komisji i odnotował, że od grudnia 2018 roku nie wprowadzono żadnych zmian ustawodawczych dotyczących regulacji, które są przedmiotem zainteresowania Komisji (chodzi o skargę KE na wypracowany za PiS model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów – przyp. red.).

Polski rząd odniósł się do komentarzy zaprezentowanych przez Komisję, argumentując, że władze zajęły stanowisko potępiające sędziów, którzy krytykują status innych sędziów, ponieważ takie zachowanie podważa zaufanie do sądownictwa i stoi w sprzeczności z kodeksem etyki  sędziowskiej.

Rząd bronił również nowego systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej dla sędziów, mówiąc, że postępowanie dyscyplinarne są prowadzone bez ingerencji ze strony rządu.

Żadna z delegacji nie zabrała głosu, a Przewodniczący przedstawił wniosek końcowy, że Rada będzie dalej śledzić rozwój sytuacji”.

Z innego dokumentu, do którego dotarło OKO.press – oficjalnych konkluzji ze spotkania Rady ds. Ogólnych – wynika zaś, że na Radzie dyskutowano też o ostatnich wyrokach Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczących praworządności w Polsce – wyroku z 5 listopada, w którym TSUE ocenił, że zaproponowany przez PiS sposób przechodzenia w stan spoczynku sędziów i prokuratorów w Polsce nie spełnia standardów unijnego prawa, a także wyroku z 19 listopada, w którym TSUE  przedstawił szczegółowe kryteria oceny Izby Dyscyplinarnej w SN.

Obraz spotkania, jaki wyłania się z tych dokumentów, przeczy wizji sugerowanej przez Ministra Szymańskiego.

Nic nie wskazuje, że ministrowie państw UE obecni na Radzie zostali przekonani do wizji przedstawionej przez polski rząd. Zostali za to szczegółowo i wyczerpująco poinformowani o rozwoju sytuacji dotyczącej praworządności w Polsce od września.

Jak zinterpretować fakt, że delegacje państw UE po prezentacji KE i polskiego rządu nie zadawały dalszych pytań? Można to rozumieć jako wyraz konsternacji po przyznaniu przez polską delegację, że rząd oficjalnie potępia niektórych sędziów i oskarża ich o podważanie zaufania do porządku prawnego.

Powód ciszy może być też jednak bardziej techniczny. Spotkanie nie miało formatu debaty, jego celem było zreferowanie wydarzeń przez obie strony, czyli Komisję i polski rząd.

Minister Szymański sugeruje, że brak pytań dowodzi przychylności argumentacji przedstawionej przez Polskę. Ale równie dobrze może być to oznaka poparcia dla argumentów KE. Symptomatyczne, że nikt też polskiego rządu głośno nie poparł.

Komisarze zaniepokojeni pogorszeniem się sytuacji w Polsce

Natomiast wystąpienia unijnych komisarzy po Radzie ds. Ogólnych, zarówno wiceszefowej Komisji Europejskiej Věry Jourovej, jak i komisarza ds. sprawiedliwości Didiera Reyndersa, potwierdzają, że Polska pozostaje w centrum ich zainteresowań – z negatywnych powodów.

„Sytuacja w Polsce mnie martwi. Ale wysłucham dziś odpowiedzi stron rządowych. Chciałabym jak najszybciej odwiedzić Polskę, żeby posłuchać, jakie są plany rządu w Warszawie. Mam nadzieję, że fakt, iż sama pochodzę z tego regionu, pomoże mi lepiej to zrozumieć” – zapowiedziała wiceprzewodnicząca KE.

„W ostatnich tygodniach i miesiącach obserwowaliśmy pogorszenie się sytuacji sądownictwa i niektórych postępowań dyscyplinarnych” – mówił odpowiedzialny za kwestie praworządności komisarz Reynders.

Sędziowie z Katowic zadali pytanie prawne do Sądu Najwyższego o legalność nowej KRS i już następnego dnia rzecznik dyscyplinarny ministra Ziobry założył im dyscyplinarki. Rzecznik chce przestraszyć sędziów, by nie wykonywali wyroku TSUE i nie podważali legalności powołanej przez PiS nowej KRS oraz Izby Dyscyplinarnej

Postępowanie dyscyplinarne wobec sędziów z Katowic wszczął w czwartek 12 grudnia 2019 zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla sędziów Przemysław Radzik. Formalnie na razie jest to postępowanie wyjaśniające, ale wiedząc jak działa powołany przez ministra Zbigniewa Ziobrę rzecznik dyscyplinarny, można się spodziewać, że sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi dla katowickich sędziów.

Radzik ściga sędziów za działalność orzeczniczą

Przemysław Radzik, na co dzień sędzia rejonowy i prezes sądu w Krośnie Odrzańskim z nominacji ministra Ziobry, będzie ścigać trzech doświadczonych sędziów z Sądu Apelacyjnego w Katowicach. W środę 11 grudnia skład orzekający tego sądu w składzie: Aleksander Janas, Irena Piotrowska, Grzegorz Misina wydał postanowienie o skierowaniu pytania prawnego do Sądu Najwyższego. Sędziowie rozpoznawali apelację od wyroku Sądu Okręgowego w Gliwicach, który wydał sędzia nominowany przez nową, powołaną w niekonstytucyjny sposób KRS. I nabrali wątpliwości, czy sędzia ten jest właściwie powołany. Bo sędziów – członków nowej KRS wybrali posłowie PiS i Kukiz’15, głównie spośród sędziów współpracujących z resortem ministra Ziobry.

Katowiccy sędziowie zadali więc pytanie prawne do Sądu Najwyższego o status takiego sędziego, czy jest on zgodny z przepisami prawa i czy taki sędzia mógł wydawać legalne wyroki.

Pytania prawne to normalna procedura i uprawnienie każdego sędziego. Sędziowie mają prawo je zadawać i mieszczą się one w zakresie orzeczniczym. Tym bardziej, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w niedawnym wyroku wskazał, że polskie sądy mogą same badać legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej oraz dał do tego wskazówki. A potem Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, w którym orzekł, że Izba Dyscyplinarna przy Sądzie Najwyższym nie jest sądem w rozumieniu prawa europejskiego, zaś nowa KRS nie jest niezależna od polityków.

Sędziowie z Sądu Apelacyjnego w Katowicach wykonali tylko wyrok TSUE.

Radzik zarzuca sędziom popełnienie przestępstwa

Dlaczego więc zaczął ich ścigać nominat ministra Ziobry, zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik?
Uważa on, że katowiccy sędziowie mogli popełnić przewinienie dyscyplinarne „polegające na uchybieniu godności urzędu” poprzez przekroczenie uprawnień. Bo mieli przyznać „sobie kompetencje do ustalania i oceny sposobu działania konstytucyjnych organów państwa w zakresie sposobu wyboru części członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz sposobu powołania sędziego orzekającego w I instancji, przez co podważając przepis art. 106i § 1 ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych [przepis ten mówi, że asesorów powołuje prezydent, na wniosek KRS – red.], wzięli udział w wydaniu postanowienia o przedstawieniu Sądowi Najwyższemu zagadnienia prawnego, którego treść stanowiła bezprawną ingerencję w ustawowy sposób powołania sędziów do składów orzekających”.

Zdaniem Radzika sędziowie mogli w ten sposób nawet naruszyć Konstytucję, a ich orzeczenie zakwalifikował jako przestępstwo przekroczenia uprawnień (art. 231 prf 1 kodeksu karnego), które jest na „szkodę interesu publicznego w postaci prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości”.

Taka kwalifikacja nie jest przypadkowa, bo jeśli sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi to trafi do rozpoznania od razu do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym.

Radzik sugeruje też, że sędzia sprawozdawca sprawy rozwodowej, na kanwie której zadano pytanie prawne do SN, mógł popełnić kolejny delikt dyscyplinarny. W ocenie Radzika sędzia ten powinien się wyłączyć z orzekania, bo sam uzyskał awans do Sądu Apelacyjnego dzięki nowej KRS.

To nie koniec represji

Natychmiastowe założenie dyscyplinarki katowickim sędziom za badanie legalności nowej KRS i wykonanie wyroku TSUE wpisuje się w działalność głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasotę. Wszyscy są z nominacji ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Od roku ścigają niezależnych sędziów za obronę wolnych sądów. A do niedawana ścigają ich też za wydawane orzeczenia oraz za badanie legalności nowej KRS.

Represje się nasiliły po wydaniu wyroku TSUE, dotyczącym nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej. Ma to zniechęcić sędziów do jego wykonania, a kolejne dyscyplinarki mają ich zastraszyć.
Dyscyplinarki za podważanie legalności nowej KRS mają:

1. Sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna, który jako pierwszy w Polsce wykonał wyrok TSUE. Zażądał od Kancelarii Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I za to spadł na niego grad represji.

2. Sędziowie z Sądu Okręgowego w Krakowie. Rafał Lisak, Wojciech Maczuga, Kazimierz Wilczek jeszcze przed wyrokiem TSUE chcieli zbadać status asesora, których wydał wyrok w pierwszej instancji. Chcieli sprawdzić czy powołała go nowa KRS i tylko za to dostali zarzuty dyscyplinarne. Potem okazało się, że asesora powołała stara, legalna KRS.

3. Sędzia Krystian Markiewicz z Katowic, szef Iustitii. Dostał aż 55 zarzutów za list, odezwę do sędziów, w której podważał legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej.

Uderzenie w Markiewicza miało wyglądać na spektakularne, bo jest liderem Iustitii, największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, które broni niezależności wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie nie dali się jednak zmrozić ilością zarzutów.

4. Sędzia Anna Bator-Ciesielska z Sądu Okręgowego w Warszawie. Ona z kolei ma dyscyplinarkę za to, że nie chciała orzekać z rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem i za to, że zakwestionowała jego status jako sędziego delegowanego. Sędzia w tej sprawie zadała pytania do TSUE. Nie chciała orzekać z Radzikiem, bo jego nazwisko pojawiło się w kontekście afery hejterskiej w ministerstwie sprawiedliwości.

Sędzia 6 grudnia dostała w związku z tą sprawą 5 zarzutów dyscyplinarnych, również za to, że miała odwagę rozmawiać z prasą.

Jacek Sasin, wicepremier i od niedawna minister aktywów państwowych tą wypowiedzią niewątpliwie wbił się na wyżyny hipokryzji. – „Wszystko wskazuje na to, że do zmiany szefa NIK potrzebna byłaby zmiana Konstytucji. Nie zgadzając się na nie, to opozycja bierze na siebie odpowiedzialność, że pan prezes Banaś w dalszym ciągu będzie pełnił tę funkcję” – powiedział Sasin w TVN24.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że to tzw. pisowski przekaz dnia. W podobnym tonie wypowiada się większość prominentnych polityków tej partii, np. szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk.

Politycy partii rządzącej mają krótką, a raczej wybiórczą pamięć. Marian Banaś został szefem NIK dzięki głosom posłów i senatorów PiS. Kiedy poseł PO Robert Kropiwnicki przed wyborem Banasia, chciał z mównicy sejmowej powiedzieć o niejasnościach w oświadczeniach majątkowych kandydata na szefa NIK, marszałek Elżbieta Witek wyłączyła mu mikrofon.

Internauci byli oburzeni wypowiedzią pisowskiego wicepremiera: – „Panie Sasin, chyba w waszym rządze pan Banaś był ministrem, to Wy go większością głosów na stołek wsadziliście, a teraz Pan zwala na opozycje? No przepraszam za pytanie.. ale czy Pan ma jaja?”; – „Bezczelny typ. Zdołał odsunąć od siebie odpowiedzialność za organizację lotu do Smoleńska i teraz próbuje powtórzyć manewr”; – „Sasin ma najbardziej brawurowy intelekt spośród pisowców. No, może jeszcze Suski może się z nim równać”.

Część internautów po prostu kpiła z Sasina: – „Za mocne. Dzwonię do Banasia”; – „Taaa, bo Kopernik była kobietą. Typowy przykład, że jak nie uda się wyciszyć afery, to kilka najbardziej znanych twarzy PiS-u krzyczy, to nie my, to Oni”; – „Musiał się Pan Sasin w coś mocno uderzyć, by pleść takie androny”; – „A tak w ogóle to wina Tuska”.

Jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić się własnym nieuctwem i brakiem gustu, prześcigając w wyliczeniach, ilu książek noblistki się nie przeczytało…

„Słychać wycie, znakomicie!”, tak polska prawica zwykła pisać o części opinii publicznej oburzonej postępowaniem polityków PiS, łamaniem przez nich prawa, Konstytucji i dobrych obyczajów i pokazując w ten sposób niską radość, że oto udało się „dokopać” komuś, czyją niewybaczalną winą jest, że śmie wiedzieć świat inaczej, mieć inne poglądy.

Dziś owo słynne wycie słychać z prawej strony. Znam prawicę od lat, znam przecież ludzi z tego środowiska, a nie spodziewałam się, że Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk tak ich dotknie. Skoro tak się stało to znaczy, że z morale tego środowiska, z jego poczuciem własnej wartości jest już dramatycznie źle.

Sprawa Nobla dla Olgi Tokarczuk to nie jest pierwsza sprawa, która pokazuje, że realnie istnieją dwie Polski (właściwie jest ich wiele, nie tylko dwie, ale mówię o głównej osi podziału): taka, która bardzo chce się otworzyć, chce różnorodności, chce doświadczać i poznawać, szanuje i jest gotowa wysłuchać, i Polska która nienawidzi sukcesu innych, chce utalentowanych ściągać w dół, zawistna, zazdrosna i mała. I nie, nie mówię o zwykłych ludziach. Mówię o tych, którzy mają się, choćby z tytułu sprawowanych urzędów czy wykonywanych zawodów za elity i powołują się często na bliżej nieokreśloną „przedwojenną inteligencję”, która dziś na ich widok umarłaby ze śmiechu lub z zażenowania.

Wyobrażam sobie czasem, co by Tadeusz Boy – Żeleński, powiedział Glińskiemu, a Tuwim napisał o Kurskim i wiem, że nie pójdziemy jako naród i społeczeństwo do przodu, dopóki nie pozbędziemy się z polityki i dziennikarstwa ludzi, reprezentujących taką mentalność i takie cechy jak kompletna głupota, prostactwo, zawiść, zazdrość, małość, małostkowość, mściwość, ograniczone horyzonty, brak dystansu do siebie i świata, niedouczenie, brak kultury i dobrego (a często w ogóle żadnego) wychowania.

To, co wyprawiają prawicowe – bo o nich mówię – elity polityczne i dziennikarskie wokół Nobla dla Olgi Tokarczuk, pokazuje, że złość, zawiść, małość i miałkość są nie tylko ich siłą napędową, ale wręcz tlenem i krwiobiegiem – nie mogąc nikogo oczernić, umniejszyć, nie mając na kogo napluć swoimi słowami, zapewne by umarli.

Nigdy nie zrozumiem, jak można powołując się latami na patriotyzm, polegający na dumie z polskości, nie być dumnym, że Polka dostaje Nagrodę Nobla, jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić własnym nieuctwem i brakiem gustu prześcigając w wyleczeniach, ilu książek Noblistki się nie przeczytało.

Jak można nie mieć na tyle instynktu samozachowawczego, żeby nie wiedzieć, że próba zdezawuowania osiągnięcia tej rangi, pokazuje i obnaża wyłącznie kompleksy tych, którzy to robią i ich szorujące po dnie poczucie własnej wartości.

Jak można nie inspirować się tak utalentowanymi ludźmi i nie życzyć im wszystkiego dobrego, tylko wygadywać rzeczy w stylu ministra kultury (sic!), że czułość to za mało – po doskonałym zresztą wykładzie Noblowskim Tokarczuk.

Ja wiem, że modna jest teraz wśród niektórych publicystów taka maniera, żeby każdego rozumieć, wszystko tłumaczyć i rozgrzeszać każde świństwo, podłość i małość.

Mają w nosie łamanie Konstytucji? Pewno sfrustrowani, niedouczeni, pewnie elity nie dość się postarały…łykają brewerie i złodziejstwa polityków jak pelikany – o biedni, sfrustrowani, a w ogóle to wina Balcerowicza…. Nie przeszkadza im pogrążanie i zadłużanie Polski, upadająca edukacja i służba zdrowia – pewnie jest jakieś usprawiedliwienie…

Można tak w nieskończoność, tylko to, oprócz tego, że skrajnie naiwne, nie doprowadzi do rozwoju i progresu. Bo rozwinąć się można tylko wtedy, kiedy się zrozumie, że są rzeczy na które nie ma żadnego usprawiedliwienia, na które pozwalać nie można i kropka.

W przeciwnym razie takie właśnie „elity” będą wciągać nas coraz głębiej w bagno, aż do samego dna.

Gmyz, Pereira to mendy, a nie dziennikarze

9 Paźdź

To jeden z wielu komentarzy po debacie wyborczej w TVN 24. Wzięli w niej udział Marcin Horała z PiS, Izabela Leszczyna z Koalicji Obywatelskiej, Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL, lider Lewicy Razem Adrian Zandberg oraz Krzysztof Bosak z Konfederacji.

Horała w ostatniej chwili zastąpił wyznaczonego przez PiS do udziału w tej debacie Jacka Sasina: „Pierdyknęło” rzekł w debacie wyborczej wicepremier J. Sasin – „Nowe elyty…”. Niewiele brakowało, a nikt z PiS nie pojawiłby się w studiu TVN, o czym przebąkiwał wicerzecznik partii Radosław Fogiel.

W trakcie wczorajszej debaty Horała skarżył się, że pozostali uczestnicy mieli… więcej czasu niż on. – „Jedno w PiS jest stałe i niezmienne: narracja oparta na kłamstwie”; – „I prawie płacze, że tak się wszyscy uwzięli na niego. No cóż, warunki cieplarniane dla PiS tylko w TVP”; – „Biedak przyszedł do niezależnej telewizji i okazało się, że musi odpowiadać na konkretne pytania, a nie bajki dla elektoratu jak w TVPiS, gdzie puszczą każdą bzdurę partii matki” – pisali internauci.

A na koniec Horała stwierdził, że największą partią opozycyjną jest… TVN!!! – We francuskim Sevres Horała będzie kiedyś wzorcem bezczelnej manipulacji”; – „Niczego innego nie spodziewałam się po nim. Spanikował, bo nie bawił się dziś w swojej piaskownicy”; – „Horała – pycha i arogancja, przychodzić do stacji i obrażać jej dziennikarzy to jego standardy, ale jak się nie ma argumentów…” – podsumowali ten wątek internauci.

Spekulowali też, jaka będzie reakcja władz PiS na udział Horały w debacie: – „Procedura przewiduje wielki bukiet kwiatów dziś i awans na zastępcę sekretarza sejmowej komisji wspierania przyjaźni polsko-mongolskiej jutro”; – „Jarek z kotem zaraz będą wręczać kwiaty:)”; – „Na razie postawili go do kąta. Do drugiego kąta, bo w pierwszym dalej stoi Sasin”.

Więcej o Małgorzacie Kidawa-Błońskiej >>>

To już drugi proces dzisiaj (8.10.019), w którym zapadł niekorzystny dla TVP wyrok. Tym razem chodzi o korespondenta tej stacji w Berlinie Cezarego Gmyza, którego poseł PO Krzysztof „Brejza pozwał Gmyza i Pereirę – „Dość tego festiwalu pomówień”.

– „Przed chwilą wygrałem proces wyborczy z Cezarym Gmyzem, który w TVP kłamał na mój temat. Tak razem z moją wspaniałą żoną mec. Dorotą Brejzą walczymy z kłamstwem” – napisał na Twitterze Krzysztof Brejza. Gmyz twierdził, że poseł PO był jednym z kierujących profilem Sok z Buraka oraz zajmował się organizacją „wydziału nienawiści”.

– „C. Gmyz na sprawie był bezradny. Nie miał żadnego dowodu na poparcie swoich kłamliwych twierdzeń. Mówił, że ma dowody, ale nie może ich pokazać. Mówił, że ma informatorów, ale musi ich chronić, a na końcu już tylko mówił, że tryb wyborczy jest niezgodny z Konstytucją” – napisała Dorota Brejza na Twitterze.

– „I tak powinno być od 2015. Każde kłamstwo pisowskie powinno znaleźć się w sądzie. Byłoby tego na setki”; – „Za mało tych wniosków i spraw w trybie wyborczym. Praktycznie patrząc na TVPIS to codziennie od miesiąca powinna być taka sprawa zakładana”; – „Kaczyński już zapowiedział po wyborach kontynuację „reformy” sądów, orzekanie wbrew linii partii nie może więcej się powtórzyć” – komentowali internauci.

Przypomnijmy, że także „Borys Budka wygrał proces z TVP Info: „Sąd uznał, że TVP Info kłamało na mój temat”.

Więcej >>>

W zeszłym tygodniu po wyroku sądu, TVP musiała przepraszać Komitet Wyborczy Konfederacja Wolność i Niepodległość za podanie niepełnych wyników sondażu i pominięcie informacji o przekroczeniu progu przez ten komitet. Według liderów forma, w jakiej wykonano wyrok, nie jest zadowalająca i zapowiedziano kolejne kroki prawne. To tylko jeden z przykładów manipulacji, jakich dopuszcza się publiczna telewizja, bo w sieci można znaleźć masę różnorakich przekłamań i zmanipulowanych materiałów emitowanych na antenie i na portalu TVP, a takim przykładem jest chociażby uznanie kilkanaście dni temu CrowdMedia.pl za portal hejterski.

Oko.press ujawnia deklarację Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, w której sygnatariusze domagają się od Polski, by media publiczne dostarczały rzetelnych informacji o nadchodzących wyborach – “Zależy nam, by publiczne media informowały o wyborach sprawiedliwie i niestronniczo, tak, żeby wszyscy uczestnicy mogli z nich korzystać” – brzmi fragment deklaracji. Przypominają także, że Polska zobowiązała się do tego przyjmując dokument Rady Europy o wolności prasy.

Przedstawiciele Zgromadzenia Parlamentrainego Rady Europy zauważają, że – “Niezależne badania pokazały, że przekaz mediów publicznych podczas ostatnich wyborów był bardzo stronniczy na korzyść rządzącej partii, Prawa i Sprawiedliwości” – piszą. Sygnatariusze zwracają uwagę także na to, że przed ostatnimi wyborami do Parlamentu Europejskiego Państwowa Komisja Wyborcza poprosiła KRRiT o monitorowanie niezależności publicznych mediów podczas kampanii, co spotkało się z odmową KRRiT. Deklaracja kończy się mocnymi słowami – “TVP przed wyborami parlamentarnymi ciągle zachowuje się – nie kryjąc się z tym – jak rządowy kanał propagandowy. Ta porażka Polski w przestrzeganiu zasad Rady Europejskiej źle wpływa na reputację Polski jako demokratycznego członka RE”. 

Wielka sława polskich mediów publicznych rozlewa się po Europie. Gdyby podczas upływającej kadencji rządzącym udało się w jakiś sposób osłabić rolę wolnych mediów, dzisiaj czytalibyśmy o poparciu dla Prawa i Sprawiedliwości sięgającym pewnie 60 proc. lub więcej. W jakiejś małej mierze jednak udało się wpłynąć na Polsat, co można nazwać aksamitną repolonizacją. Co jakiś czas dochodzi do ataków słownych na media ujawniające wielkie afery i np. wczoraj polityk Zjednoczonej Prawicy Jacek Ozdoba zaatakował Onet.pl, zarzucając portalowi jednostronne i niedostateczne informowanie czytelników o tzw. “taśmach Neumanna”. Oczywiście okazało się to kłamstwem, a Onet zamieścił linki do odpowiednich materiałów na ten temat. Niedzielne wybory to nie tylko okazja do odsunięcia PiS-u od władzy, ale przede wszystkim obrona wolnych mediów.

To są najgorsze goebbelsowskie metody: kiedy nie ma się argumentów merytorycznych, to sięga się po atak na rodzinę. Miarka się przebrała. Samuel Pereira skłamał na mój temat, a w ślad za tym poszli inni propagandyści państwowej telewizji. Dlatego złożyłem wniosek w trybie wyborczym. W stosunku do TVP sąd całkowicie podzielił moją argumentację i w I instancji nakazał, by TVP sprostowała kłamliwe informacje. Mam nadzieję, że to orzeczenie utrzyma sąd odwoławczy – mówi Borys Budka, były minister sprawiedliwości, startujący do Sejmu z list KO. Pytamy nie tylko o wtorkowy wyrok sądowy, ale też o plan KO na końcówkę kampanii, pomysły na naprawę sądownictwa i co zrobić z NIK-iem.

JUSTYNA KOĆ: Minęło już kilka dni od debaty w TVP, po której strona pisowska wylała na pana wiadro hejtu. Czy zdecydowałby się pan na nią ponownie?

BORYS BUDKA: Oczywiście. Pokazałem, że można dyskutować i mieć argumenty, a przedstawiciel PiS-u dał plamę. Stąd po tej debacie wylał się na mnie hejt. Jeżeli niemal natychmiast na antenie TVP Info i na ich portalu internetowym następuje atak na moją rodzinę, to widać, jak moje wystąpienie zabolało PiS-owskich propagandystów. To są najgorsze goebbelsowskie metody: kiedy nie ma się argumentów merytorycznych, to sięga się po atak na rodzinę.

I dlatego wystąpił pan na drogę sądową?
Miarka się przebrała. Nie można bezkarnie kłamać. A właśnie to stało się po debacie. Samuel Pereira skłamał na mój temat, a w ślad za tym poszli inni propagandyści państwowej telewizji. Dlatego złożyłem wniosek w trybie wyborczym. W stosunku do TVP sąd całkowicie podzielił moją argumentację i w I instancji nakazał, by TVP sprostowała kłamliwe informacje. Mam nadzieję, że to orzeczenie utrzyma sąd odwoławczy. Natomiast

PEREIRA BOI SIĘ STANĄĆ PRZED SĄDEM. BYŁY JUŻ 2 TERMINY ROZPRAWY, W ŚRODĘ BĘDZIE KOLEJNY. ROBIMY WSZYSTKO, BY ZDĄŻYĆ PRZED WYBORAMI.

Na pana koncie społecznościowym w jednym ze spotów wyborczych mówi pan:  “Przez 8 lat zrobiliśmy wiele dobrego, ale nie uniknęliśmy błędów, jak każdy. Wyciągnęliśmy z nich wnioski”. Jakie wnioski i o jakich błędach pan mówi?
Te błędy wytknęli nam wyborcy 4 lata temu. Największym błędem było to, że zatraciliśmy kontakt z wyborcami. Szczególnie drugą część naszych rządów zajmowaliśmy się bardziej tworzeniem dobrego prawa w Warszawie, ale zatraciliśmy zdolność komunikacji z wyborcami. Nie umieliśmy rozmawiać i wyciągać wniosków, nie umieliśmy się też chwalić tym, co dobrego robimy.

ZROZUMIELIŚMY TO PO PRZEGRANYCH WYBORACH, DLATEGO RUSZYLIŚMY W POLSKĘ. JA SAM ODBYŁEM KILKADZIESIĄT SPOTKAŃ W RAMACH KLUBÓW OBYWATELSKICH I DRUGIE TYLE W RAMACH AKCJI #POROZMAWIAJMY. WIEMY, ŻE POLACY POTRZEBUJĄ OTWARTEGO, TOLERANCYJNEGO I PRZYJAZNEGO PAŃSTWA, ALE OCZEKUJĄ TEŻ PAŃSTWA UCZCIWEGO.

Jaki macie plan na naprawę sądownictwa i wymiaru sprawiedliwości? W tej chwili ten sektor jest całkowicie upolityczniony, a to ogromna władza, którą ciężko oddać.
Po pierwsze, wyczyścimy wymiar sprawiedliwości z wszystkich ludzi, którzy naruszyli prawo, z wszystkich ludzi, którzy dla kariery zawodowej, dla własnej korzyści sprzeniewierzyli się ślubowaniu sędziowskiemu, którzy sprzedali się tej władzy. Ale chcę zaznaczyć wyraźnie, to nie będzie polityczna zemsta. O tym, czy ktoś złamał prawo, czy nie, zadecydują sądy dyscyplinarne powołane w sposób niezależny i działające niezależnie od polityki. To musi być rzetelna ocena osób, które łamały prawo.

Po drugie, wyeliminujemy narzędzia, którymi politycy mogą wpływać na procesy sądowe, rozdzielimy funkcję prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości. Wprowadzimy niezależną apolityczną prokuraturę, która będzie się zajmowała ściganiem przestępców, a nie politycznych przeciwników. Służby specjalne będą działały efektywniej, ale również nie będą upolitycznione.

POLITYK NIE BĘDZIE MÓGŁ BYĆ MINISTREM FINANSÓW I PROKURATOREM GENERALNYM, A WICEPREZES PARTII NIE BĘDZIE MÓGŁ NADZOROWAĆ SŁUŻB SPECJALNYCH. OCZYŚCIMY TK Z SĘDZIÓW DUBLERÓW, PRZEPROWADZIMY ZGODNY Z KONSTYTUCJĄ WYBÓR PREZESA TK I DOPROWADZIMY DO TEGO, ŻE TK Z POWROTEM BĘDZIE PEŁNIŁ SWOJĄ FUNKCJĘ.

Już słyszę, jaki podniesie się lament, że to zamach i robicie to samo, co PiS. Prawdą jest, że Polska jest podzielona prawie na pół, na zwolenników PiS i opozycji. Jak chcecie tego uniknąć?
Przede wszystkim o tym, czy ktoś złamał prawo, czy nie, będzie decydować sąd, a nie politycy. Po drugie, wykonamy wyrok TK z grudnia 2015 roku, bo przypomnę, że ten wyrok wyraźnie wskazywał, że nielegalne były działania tego Sejmu, kiedy wybrano 3 sędziów dublerów. Przywrócimy skuteczność działania TK i myślę, że przez ten pryzmat Polacy będą oceniać, kto ma rację

Co stanie się z szefem NIK-u Marianem Banasiem? To urząd nieusuwalny.
Niezależna prokuratura niezwłocznie wyjaśni zarzuty, które pojawiły się w przestrzeni publicznej. Później, jeżeli okaże się, że prawo zostało złamane, to niezależny sąd to oceni. Nie będą robić tego politycy.

Zostawicie Małgorzatę Motylow, która została wybrana przez pana Banasia i PiS-owską większość na wiceszefową NIK-u, czy powołacie nowego prezesa?
Doprowadzimy do tego, aby zgodnie z ustawą o NIK dokonać prawidłowego wyboru 3 zastępców.

Jak to możliwe, że służby kontrolowały Banasia, a ten awansował, aż został szefem tak ważnego organu konstytucyjnego?
Tu są dwie możliwości: albo służby były tak zajęte ściganiem politycznych przeciwników, że odpuściły zupełnie tę sprawę, a wtedy to by była kompromitacja służb, albo ktoś nadzorujący służby uznał, że mino tak kompromitujących informacji można nie przeszkadzać panu Banasiowi w karierze.

GDYBY TA DRUGA WERSJA OKAZAŁA SIĘ PRAWDZIWA, TO OZNACZAŁOBY, ŻE KTOŚ CHCIAŁ MIEĆ HAKI NA BANASIA I BYĆ MOŻE ZA ICH POMOCĄ WYWIERAĆ NA NIEGO WPŁYW.

Sędzi Markiewicz, prezes Iustitii, pozywa ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę w sprawie afery hejterskiej. To dobry pomysł?
Tak. Ziobro powinien ponieść odpowiedzialność za to, co działo się w jego resorcie, odpowiedzialność za ludzi, których zatrudniał. To nie tylko polityczna odpowiedzialność, ale – jeśli powództwo sędziego Markiewicza zostanie uwzględnione – odpowiedzialność cywilnoprawna. Pamiętamy doskonale, że to Ziobro rozpoczął wojnę z sędziami, jak manipulował informacjami o nich, w jaki sposób ich szkalował. Wystarczy przypomnieć kampanię Polskiej Fundacji Narodowej za kilkanaście mln zł. Mam wielki szacunek dla tego, co robi sędzia Markiewicz, pomimo wylewanego na niego hejtu. Cieszę się, że zdecydował się na taki ruch. I mocno trzymam kciuki.

Zbigniew Ziobro tłumaczy, że to próba wciągnięcia go w spór między sędziami, a on sam o działaniach wiceministra Piebiaka przecież nic nie wiedział. Czy sprawa w sądzie może coś tu zmienić?
Po pierwsze, to nie jest sprawa między sędziami, bo sędzia Piebiak był zastępcą Ziobry. Przez niego wybranym i na jego wniosek powołanym. Prócz niego, jak wynika z doniesień medialnych, w sprawę zaangażowani byli sędziowie, którzy swoje awanse zawodowe i karierę zawdzięczają obecnej władzy. To ludzie, którzy m.in. byli oddelegowani do pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości, a więc w resorcie kierowanym przez Ziobrę.

SZKODA, ŻE ZBIGNIEW ZIOBRO JEST CZŁOWIEKIEM – DELIKATNIE MÓWIĄC – MAŁEJ ODWAGI I TERAZ KRYJE SIĘ ZA PLECAMI BYŁEGO JUŻ ZASTĘPCY. W DODATKU UDAJE NAGLE, ŻE TO NIE JEGO CZŁOWIEK.

Przypomnę, że Ziobro twierdził, że poznał Piebiaka dopiero po wyborach, z kolei Piebiak w 2017 roku w jednym z wywiadów mówił, że Ziobrę poznał przed wyborami. Czy ktoś jeszcze wierzy, że bez wiedzy i zgody Ziobry jego zaufany człowiek wymyślił i zorganizował taką machinę hejterską? No i że od marca Ziobro nie miał wiedzy o tym, co znajduje się w aktach prokuratury regionalnej w Katowicach?

Sędzia Iwanicki 4 razy informował prokuraturę, że wyciekają informację à propos sędziów, do których dostęp ma MS. To nie mógł być przypadek?
To była zorganizowana machina. Informacje wyciekały na hejterskim koncie w mediach społecznościowych. Niektórzy dziennikarze wprost wskazują, że za tym kontem stali ludzie związani z obecną władzą. Ta sprawa ewidentnie obciąża Ziobrę i prędzej czy później on musi ponieść za to odpowiedzialność. Polityczną. A czy karną lub cywilną, zdecyduje sąd.

Jak chcecie zaktywizować wyborców?
Robimy to cały czas, jesteśmy codziennie z wyborcami, co widać w mediach społecznościowych, wpuszczamy kolejne spoty, jesteśmy aktywni, rozmawiamy z ludźmi, staramy się zachęcić do głosowania i pokazujemy wagę tych wyborów.

JESTEM PRZEKONANY, ŻE TAK JAK W WYBORACH SAMORZĄDOWYCH W STOLICY, GDZIE WARSZAWIACY ZOBACZYLI, ŻE ICH MIASTO MOŻE BYĆ ODDANE W RĘCE POPULISTÓW I ZMOBILIZOWALI SIĘ, TAK BĘDZIE I TERAZ.

Będzie pan ministrem sprawiedliwości czy szefem MSW?
Dla mnie najważniejsze jest to, aby Koalicja Obywatelska doprowadziła do tego, by stworzyć większościowy rząd. Sprawy stanowisk są drugorzędne. Skupiamy się na kampanii wyborczej i dla mnie najważniejszy jest wynik wyborczy, co nastąpi później, czas pokaże.

Zero Ziobro, Zero Przyłębska i Buc Gliński

1 Paźdź

Mieszkanka Sosnowca poprosiła przebywającego w tym mieście ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę „na słowo”.

Wymianę zdań zarejestrowała kamera TVN24 i pokazało „Szkło kontaktowe”. Chwilę wcześniej kilka osób dziękowało mu za przybycie, tymczasem kobieta spokojnym głosem powiedziała: – Przykro mi, że ta Polska przez was wygląda tak jak wygląda. Nie liczycie się z nikim. Proszę mi wybaczyć, ale pan szczególnie jest zero, tak jak powiedział pan (Leszek) Miller. 

Minister najpierw odpowiedział krótkim „rozumiem”, lecz po chwili zaczął się bronić (do czego ma wszak prawo).

Po jakie argumenty sięgnął? – Wie Pani, że mafiom odebraliśmy 500 plus? Czy pani wie, że mafiom odebraliśmy 500 plus? – argumentował minister. – Czy pani wie o tym, że trzynasta emerytura? Cieszę się, że mafiom odebraliśmy – uparcie powtarzał, ignorując pytanie, czy „chodzi po sklepach”.

Trudno o bardziej czytelny sygnał, co władza sama o sobie myśli.

Program Koalicji Obywatelskiej >>>

Proces o ochronę dóbr osobistych z ministrem sprawiedliwości wygrała prawomocnie sędzia Justyna Koska-Janusz (na zdjęciu). Sąd apelacyjny orzekł, że minister nie może publicznie krytykować sędziów. Nakazał przeproszenie sędzi za podważanie jej kompetencji oraz za bezpodstawną krytykę w komunikacie resortu z 2016 r. A sam komunikat ma zostać jako świadectwo

To pierwsza prawomocna wygrana sędziego w Polsce z obecnym ministrem sprawiedliwości. We wtorek 1 października 2019 Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał w większości niekorzystny dla ministra wyrok sądu pierwszej instancji.

Resort sprawiedliwości musi teraz zamieścić na swojej stronie internetowej oświadczenie o treści:

„Przepraszam sędzię Justynę Koskę-Janusz za bezprawne naruszenie jej dóbr osobistych, polegające na naruszeniu dobrego imienia, narażeniu na utratę dobrej opinii oraz zarzuceniu niewłaściwego postępowania przy pełnieniu funkcji sędziego”.

Oświadczenie ma być podpisane: minister sprawiedliwości.

„Przepisy prawa nie przewidują kompetencji ministra sprawiedliwości do publicznej krytyki pracy sędziego, a tym bardziej krytyki nieuzasadnionej o charakterze naruszającym dobra osobiste sędziego” – uzasadniała wyrok sędzia Marzanna Góral, przewodnicząca składu orzekającego sądu apelacyjnego i referent tej sprawy. Podkreślała, że krytyka sędzi ze strony ministerstwa była ingerencją w wykonywanie władzy sądowniczej.

Sędzia Marzanna Góral ogłasza wyrok.

Ziobro odwołał sędzię, u której przegrał prywatny proces

Sędzia Justyna Koska-Janusz to pierwsza sędzia w Polsce, która wygrała prawomocnie spór z obecnym ministrem sprawiedliwości. Jako pierwsza w Polsce odczuła też szykany ze strony obecnej władzy i jako pierwsza zdecydowała bronić swojego dobrego imienia pozywając ministra do sądu.

Sędzia w spór z ministrem Ziobro weszła w październiku 2016 roku. Wtedy resort Ziobry odwołał ją z delegacji do orzekania w stołecznym Sądzie Okręgowym. Sędzia wróciła do macierzystego sądu rejonowego. O tę decyzję zaczęli dopytywać dziennikarze, bo było to o tyle dziwne, że wcześniej resort Ziobry sam zgodził się na delegowanie sędzi. Ponadto minister może skrócić sędziemu delegację tylko w wyjątkowych wypadkach.

Okazało się też, że Koska-Janusz kilka lat wcześniej wcześniej prowadziła proces, w którym minister Ziobro złożył prywatny akt oskarżenia przeciwko byłemu prezesowi PZU Jaromirowi Netzlowi. Ziobro ten proces przegrał.

W dodatku sędzia ukarała go karą finansową za spóźnienie się na jedną z rozpraw. Nasuwało się więc podejrzenie, że Ziobro odwołując delegację Koski-Janusz kierował się osobistymi pobudkami. Choć minister potem temu zaprzeczał.

Uderzenie komunikatem

Ministerstwo, pytane przez dziennikarzy o powody odwołania sędzi z delegacji, wydało na swojej stronie internetowej komunikat, w którym tłumaczyło rzekome powody decyzji.

W komunikacie napisano, że Ziobro zgodził się na delegację dla sędzi do sądu okręgowego, ale już po tej decyzji do resortu miała dotrzeć informacja, że sędzia „miała się wykazać wyjątkową nieudolnością i zupełnie nie radzić sobie z prowadzeniem prostej, choć głośnej sprawy, co było szeroko komentowane w mediach”.

Chodziło o sprawę Izabelli Ch., która pod wpływem alkoholu w 2013 roku wjechała samochodem do przejścia podziemnego w centrum stolicy. „Media obwiniały prowadzącą postępowanie Justynę Koskę-Janusz o pobłażliwość wobec oskarżonej i nieudolność w prowadzeniu sprawy” – napisano w komunikacie.

Po uzyskaniu tej informacji minister miał skrócić delegację, by „uniknąć zarzutu, że w Sądzie Okręgowym, do którego trafiają sprawy skomplikowane i trudne, orzeka taki sędzia. W Sądzie Okręgowym powinni orzekać tylko sędziowie o wysokich umiejętnościach, sprawności i profesjonalizmie”.

Problem w tym, że sędzia Koska-Janusz sprawą Izabelli Ch. zajmowała się zaledwie kilka godzin. Dostała ją na dyżurze, podczas którego rozpatrywane są sprawy w trybie przyspieszonym. W tym trybie orzeka się w prostych przypadkach, np. gdy sprawców złapano na gorącym uczynku, a ich wina i dowody potwierdzające winę są bezsporne.

Sędzia miała jednak wątpliwości czy Izabella Ch. jest poczytalna i odesłała sprawę prokuraturze – do zbadania w zwykłym trybie. Ta powołała biegłych psychiatrów. Okazało się, że sędzia miała dobrą intuicję: biegli potwierdzili, że Izabella Ch. jest niepoczytalna. Ostatecznie sprawę umorzono, a Ch. trafiła na leczenie.

Minister broni się prawem do krytyki

Dlatego sędzia Justyna Koska-Janusz skierowała pozew cywilny do sądu. Formalnie pozwanym był skarb państwa, reprezentowany przez ministra sprawiedliwości. Bo minister jako szef resortu odpowiada za działania pracowników z biura prasowego, którzy przygotowali komunikat.

Sędzia zarzuciła, że w komunikacie podważono jej kompetencje zawodowe (minister nie może oceniać pracy sędziów, nie ma do tego prawa) i dobrą opinię, ważną w zawodzie sędziego.
Ministerstwo broniło się zaś prawem do wolności wypowiedzi i prawem do krytyki osób publicznych, czyli też sędziów. Podważało też decyzje sędzi w sprawie Izabelli Ch.

W marcu 2018 roku Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał ministrowi zamieszczenie przeprosin sędzi na swojej stronie internetowej oraz nakazał usunięcie komunikatu ze strony resortu. Nie uwzględnił jednak żądania zapłaty 10 tys. zł na cel społeczny i przeprosin w prasie.

Sąd Okręgowy w wyroku podkreślał, że władzy wolno tylko tyle, ile wynika z przepisów, a minister sprawiedliwości nie ma kompetencji do oceny działania sędziego oraz jego czynności procesowych. Sąd uznał też wtedy wypowiedzi z komunikatu na temat sędzi, za bezprawne. OKO.press pisało o tym wyroku:

Resort Ziobry przegrał z sędzią. Ma przeprosić Justynę Koskę-Janusz za zniesławiający komunikat. Sąd: „Im nie wolno wszystkiego”

Od tego wyroku apelację złożył minister. We wtorek Sąd Apelacyjny w Warszawie w trzy osobowym składzie wydał prawomocny wyrok.

Komunikat ma zostać na stronie jako świadectwo

Sąd Apelacyjny w Warszawie w większości podtrzymał wyrok sądu okręgowego, ale uchylił nakaz usunięcia uderzającego w sędzię komunikatu. Sąd uzasadniał to prawem społeczeństwa do dostępu do archiwów w internecie. Podkreślał też, że sąd nie może poprawiać historii.

„Pozostawienie wpisu [komunikatu – red.] jest świadectwem historii i sposobu funkcjonowania w tym czasie ministra sprawiedliwości” – zaznaczała sędzia Marzanna Góral, przewodnicząca składu orzekającego i referent tej sprawy.

Dodała, że sędzia Koska-Janusz w odrębnym postępowaniu może wnosić o zamieszczenie obok komunikatu zastrzeżenia informującego o zapadłym wyroku.

Sąd apelacyjny zgodził się z ustaleniami sądu okręgowego. Komunikat uznał za nierzetelny, zawierające niesprawdzone fakty i nie zasadne oceny. Oparty tylko na doniesieniach medialnych, których minister nie sprawdził, choć miał dostęp do akt z oceną pracy sędzi Koski-Janusz. „Ale z tego nie skorzystał. Nie zweryfikowano doniesień medialnych” – podkreślała w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia. I dodała, że pracy sędziego nie ocenia się wydając komunikaty.

Sąd apelacyjny przyjął, że komunikat stawia sędzię w złym świetle i ją dyskredytuje. Przez co narusza jej dobra osobiste. Sugeruje też, że Koska-Janusz nie spełnia kryteriów zawodowych do orzekania w sądzie okręgowym.

Sąd apelacyjny rozważał, czy minister tak jak zwykły obywatel ma prawo do krytyki i swobody wypowiedzi. I orzekł, że nawet gdyby tak przyjąć, to swoboda wypowiedzi nie jest absolutna i podlega ograniczeniom, jeśli narusza czyjeś dobra osobiste.

Sędzia Marzanna Góral w ustnym uzasadnieniu wyroku podkreślała, że od osób pełniących najwyższe funkcje w organach władzy wykonawczej należy wymagać szczególnej staranności i powściągliwości. I umiarkowania w formułowaniu krytycznych wypowiedzi wobec „przedstawicieli władzy sądowniczej”.

„Ze względu na oczywiste ryzyko narażania wymiaru sprawiedliwości jako całości na utratę autorytetu, podważenia do niego zaufania i jego bezstronności” – uzasadniała sędzia Góral.

Ten wyrok razem z nią wydały sędzie Beata Byszewska i Dagmara Olczak-Dąbrowska.

Resort Ziobry idzie w zaparte

Ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry nie było na ogłoszeniu wyroku. Nie musiał być, był jego pełnomocnik, mec. Hubert Kubik, który powiedział po wyroku, że będzie rekomendował ministrowi złożenie kasacji do Sądu Najwyższego.

„Nie naruszono dóbr osobistych sędzi. Nie zgadzamy się z sądem apelacyjnym, że nie ma przepisów zezwalających na krytykę sędziów. Podobnych przepisów nie mają też inne grupy zawodowe” – mówił mec. Hubert Kubik. Dodał, że nie wie, czy teraz ministerstwo zamieści na swojej stronie internetowej oświadczenie z przeprosinami.

Sędzia Justyna Koska-Janusz była zadowolona z wyroku. Mówiła, że wolałaby nie składać tego pozwu, żeby wykazać nieprawidłowe działanie ministra sprawiedliwości.

Sędzia Koska-Janusz 

Ministerstwo sprawiedliwości nie przejęło się jednak przegraną w sądzie apelacyjnym z sędzią Justyną Koską-Janusz.

We wtorek 1 października po południu zamieściło oświadczenie na swojej stronie internetowej. Ministerstwo podtrzymuje krytykę sędzi o której pisze, że „zastosowała niewłaściwy tryb postępowania i poprzez taki błąd przyczyniła się do przedłużenia postępowania”.

Resort też narzeka, że nie mógł zapoznać się z aktami sprawy karnej dotyczącej Izabelli Ch., którą prowadziła sędzia Koska-Janusz. Co nie jest prawdą, bo sąd apelacyjny w wyroku wskazał, że minister mógł to zrobić, ale nie odnotowano prób przejrzenia akt.

I jeszcze jedno zdanie z obecnego komunikatu ministerstwa, które pokazuje stosunek resortu Ziobry do prawomocnych wyroków, nie po jego myśli: „Sąd Okręgowy wydał również wyrok bez wysłuchania racji ministerstwa i oceny jego argumentów”.

Cały najnowszy komunikat jest tutaj.

Sędzia Morawiec czeka na apelację

Na prawomocny wyrok sądu apelacyjnego czeka jeszcze sędzia Beata Morawiec, która też pozwała ministra sprawiedliwości za komunikat. Morawiec była prezesem Sądu Okręgowego w Krakowie, minister odwołał ją z tej funkcji.

Informację o tym podano jednak w komunikacie o zatrzymaniach na zlecenie prokuratury dyrektorów sądów. Morawiec z dyrektorami nie miała nic wspólnego, ale powstało wrażenie, że mogła ona mieć związek z nielegalnymi działaniami.

Sędzia wygrała z ministrem w sądzie pierwszej instancji. Minister ma ją przeprosić, bo sąd uznał, że celowo naruszono jej dobra osobiste. Sprawa czeka na apelację, bo minister się odwołał.

Ziobro ma przeprosić. Sąd: To był celowy zamiar naruszenia dobrego imienia sędzi Morawiec

Po przejęciu przez Prawo i Sprawiedliwość Trybunału Konstytucyjnego i postawieniu na jego czele “towarzyskiego odkrycia prezesa Kaczyńskiego” politycy zapewniali, że będzie działał szybciej, skuteczniej i wiarygodniej. W tempie iście wyścigowym można było usłyszeć o wielkich kompetencjach Julii Przyłębskiej, obdarowanej tytułem “Człowieka wolności” przez prorządowy tygodnik “Sieci”. Realia pokazują jednak, że praca Trybunału Konstytucyjnego przebiega w trybie leniwym i ospałym.

Dziennik Gazeta Prawna przyjrzał się zaplanowanej do końca roku działalności ciała prowadzonego pod światłym przywództwem Przyłębskiej – “Ze strony internetowej TK wynika, że trybunał nie ma planów na najbliższe miesiące. Do końca roku (i dalej) trybunalski kalendarz świeci pustkami” – pisze DGP. Domysły o braku planów krążą wokół wyborów – “Nie można wykluczyć, że ma to związek z okresem przedwyborczym. Sędziowie TK wolą nie skupiać na sobie uwagi polityków. Nie są bowiem pewni, skąd po wyborach zawieje wiatr i jaki w związku z tym los może ich czekać” – uważa dr hab. Jacek Zaleśny, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak pisze DGP na rozpatrzenie czeka wiele istotnych spraw z punktu widzenia wyborców, wśród których jest ta wniesiona przez posłów PiS dotycząca aborcji eugenicznej – “Od 2015 r. do TK wpływa mniej spraw, więc ma on coraz mniej pracy. Wydaje się więc, że gdyby była taka wola, mógłby już dawno rozstrzygnąć tę sprawę. Skoro tego nie robi, należy uznać, że celowo unika tego niewygodnego dla partii obecnie rządzącej tematu” – mówi Zaleśny. TK nie jest w stanie zająć się od stycznia 2017 r. wnioskiem prokuratora generalnego, podważającego wybór trzech sędziów dokonany w 2010 roku – “Ta sprawa powinna zostać rozstrzygnięta w pierwszej kolejności. (…) wniosek prokuratora jest wykorzystywany jako narzędzie do odsuwania bądź blokowania wykonywania obowiązków przez trzech legalnie wybranych sędziów trybunału” – komentuje konstytucjonalista.

Może najlepiej by było – jak w przypadku Mariana Banasia – gdyby Julia Przyłębska złożyła wniosek o bezpłatny urlop. Tak chyba będzie najuczciwiej w świetle braku planów na najbliższe miesiące. W tym czasie można dopracować do perfekcji przepisy kulinarne i odkryć nowe dania, którymi z powodzeniem można połechtać podniebienie Jarosława Kaczyńskiego. W trakcie uczty można swobodnie uzgodnić kolejne posiedzenia Trybunału Konstytucyjnego oraz kolejność zajęcia się pilnymi sprawami. Prezes TK tylko na tym skorzysta, bo perfekcyjna umiejętność gotowania przyda jej się na rynku pracy, gdy Prawo i Sprawiedliwość zostanie odsunięte od władzy.

– „Gliński w Plichtowie: Dzisiaj właśnie podpisałem list do dyrektora Luwru, który od dwóch lat próbuje od nas wypożyczyć Damę z gronostajem. Napisałem mu, że możemy rozważyć ten pomysł. Pod warunkiem, że on wypożyczy nam Mona Lisę” – taka informacja pojawiła się kilka dni temu na oficjalnym profilu na Twitterze Ministerstwa Kultury. W rzeczonym Plichtowie w Łódzkiem minister kultury wziął udział w koncercie z cyklu: „Z klasyką przez Polskę”.

Luwr – jedno z najbardziej znanych i uznanych światowych muzeów – o wypożyczenie jedynego w Polsce dzieła Leonarda da Vinci zabiega od dwóch lat. „Dama z gronostajem” miałaby się znaleźć na wystawie organizowanej z okazji 500-lecia urodzin da Vinci, na której zostaną zaprezentowane obrazy i szkice artysty wypożyczone z muzeów na całym świecie.

Zadziwiającą (żeby nie określać jej bardziej dosadnie) wypowiedź wicepremiera skomentowała była minister kultury – „Gliński odpisał dyrektorowi Luwru tak, że mu w pięty poszło. I jeszcze się na oficjalnym tłicie pochwalił, jaki to jest dzielny i gdzie ma jakiegoś dyrektorka z jakiegoś francuskiego muzeumka. Jak ćwierkają wróble na dachu, ten gość ma być wkrótce polskim dyplomatą. No powiem Wam, że bardziej niż śmieszne” – napisała na Facebooku Małgorzata Omilanowska.

– „Minister Gliński w akcji. Ręce opadają. On zapewne nawet nie wie, że zbiory archeologiczne Muzeum Narodowego w Warszawie to w znacznej części wieloletni depozyt Luwru. Który jednym mailem może je przenieść na przykład do Louvre Abu Dhabi – skomentował z kolei pisarz i poeta Jacek Dehnel.

Krytycznie odnoszą się do wypowiedzi Glińskiego internauci: – Na tym polega muzealnictwo – instytucje wypożyczalnią sobie nawzajem dzieła sztuki. Pewnie rzeczywiście mogliśmy dostać z Luwru coś naprawdę ciekawego, gdyby nasz minister miał minimalne kompetencje do pełnienia swojej funkcji”; – „Miło, że minister kultury postanowił pokazać, że potrafi być również regularnym bucem – taką wszechstronność należy docenić”; – „Czy ministrowi kultury przystoją takie aroganckie wypowiedzi? Nie wystarczy odpowiedź odmowna uzasadniona względami konserwatorskimi i bezpieczeństwa? Trzeba jeszcze się wyzłośliwiać w oficjalnych pismach? Nieprofesjonalne i niesmaczne”; – „Kultura w ministerstwie kultury to, jak widać, deficyt”.

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>