Tag Archives: Bartosz T. Wieliński

Tusk na białym koniu? Tak, acz sami damy radę PiS-owi

11 Maj

Jerzy Owsiak i Maciej Stuhr zdominowali galę z okazji 30. rocznicy powstania „Gazety Wyborczej”. Żarty obu panów zapewne nie przypadły do gustu miłośnikom „dobrej zmiany”.

Ja jestem przedstawicielem świata filmu. To jest świat gazety. Te światy czasem się przenikają. Redaktor Michnik spotkał się kiedyś z producentem filmowym i wtedy upadł rząd. Być może po naszym dzisiejszym spotkaniu stanie się coś równie spektakularnego” – mówił w trakcie gali Maciej Stuhr, żartobliwie nawiązując do tzw. afery Rywina.

Komu z państwa nie jest wszystko jedno? Redaktor Michnik nie podniósł ręki. Kto z państwa miał w ręku pierwszy numer »Gazety Wyborczej«? Kto z państwa w minionym roku przeczytał choćby jedną książkę? Czy jest na sali ktoś, kto spalił chociaż jedną książkę? Nie widzę. Czy ktoś z państwa był ze święconką w tym roku? Troszkę mniej. Czy ktoś z państwa w ostatnich dniach rozwiesił jakiś plakat z Matką Boską? Są ręce, nie wiem, czy to dobrze” – kontynuował popularny aktor i stand-uper. Stuhr w wyraźny sposób odwołał się do ostatnich wydarzeń i postępującej w Polsce klerykalizacji.

Równie dobry występ zaliczył założyciel Wielkiej Ostry Świątecznej Pomocy. Jurek Owsiak, który otrzymał nagrodę „Gazety Wyborczej”, mówił o swoim ostatnim konflikcie z posłanką Krystyną Pawłowicz (słynne słowa „Krystyna, wróć na ziemię”).

Skoro nie wyleciała w kosmos, to znaczy, że jest niewinny” – mówił o sobie lider WOŚP. W dalszej części przemówienia Owsiak apelował o solidarność i jedność Polaków. „Niech na tej Srebrnej je*nie dwoma domami, ale naszymi, wspólnymi. To przecież ładne skrzyżowanie jest” – mówił.

Wydaje się, że wszelkie zastrzeżenia, czy wczorajsze doniesienia „SE” były tzw. ustawką zostały dzisiaj rozwiane. Ta sprawa w artykule „Dzieci PMM nie dowiedziały się o adopcji z SE, nie ma wątpliwości. To była zaplanowana akcja”.

W zapowiadanym wywiadzie dla tego tabloidu szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk potwierdza, że dwoje dzieci Morawieckiego, które zostały adoptowane, nie dowiedziały się o tym fakcie – jak to sugerowano – z artykułu „SE”, ani z książki o premierze autorstwa rzecznika banku, którego prezesem był Morawiecki.

Szef Kancelarii Premiera skupił się w tym wywiadzie na atakowaniu autora książki, czyli byłego rzecznika banku BZ WBK Piotra Gajdzińskiego. Jednak, kiedy Dworczyka zapytano, czy zostaną podjęte jakieś kroki prawne wobec byłego współpracownika Morawieckiego, odpowiedź była wymijająca. – „Będzie czas na przeanalizowanie tej książki” – powiedział Dworczyk.

Internauci komentowali: – „Ci, którzy wczoraj dali się nabrać i współczuli premierowi Morawieckiemu nie mają się czego wstydzić. To naturalny odruch ludzi przyzwoitych (poza nielicznymi takimi jak Mazurek, świadomie nawołującymi do współczucia) Niech się wstydzą ci, którzy zorganizowali tę żałosną ustawkę”;

„Polityczny prostytut, sprzedał nawet rodzinę. Tragedia. Co ten Kaczyński ma na Morawieckich, że steruje nimi jak pacynami?”; – „Znam ludzi, którzy adoptowali swoje dzieci. Znam też osoby, które zostały zaadoptowane. Zawsze była otwartość w tym temacie w ich rodzinach. I żadna z tych osób nie przewodniczyła autokratycznemu rządowi, łamiącemu praworządność”.

„Zamiast pozwu i żądania wielomilionowego odszkodowania (choćby na Caritas), jest wywiad szefa kancelarii PMM w brukowcu, który – wczoraj się tak wydawało – naruszył prywatność bezbronnych dzieci. Już nic bardziej obrzydliwego w polskiej polityce nie zobaczycie: – podsumowała Hanna Lis.

Mikołaj Lizut, dziennikarz radia TOK FM obejrzał przedpremierowy pokaz filmu „Tylko nie mów nikomu” w reżyserii Tomasza Sekielskiego. Po seansie nie zostawia suchej nitki na skompromitowanych kościelnych hierarchach.

Ten film jest niezwykle ważny. Dotyka sprawy właściwie kardynalnej, jeśli chodzi o Kościół katolicki. Przede wszystkim na usta cisną się trzy słowa: kłamcy, hipokryci, właściwie diabły. To o Kościele w Polsce” – mówił na łamach TOK FM Lizut.

Pokazuje mechanizm ukrywania tych przestępstw, to że w ten mechanizm zaangażowani są także hierarchowie polskiego Kościoła i to masowo” – recenzował dzieło Sekielskiego dziennikarz.

Pokazuje także to, że właściwie Kościół katolicki zamiata to wszystko pod dywan, że jest on oblężoną twierdzą przesiąkniętą kłamstwem i hipokryzją w tej sprawie” – dodał.

Dziennikarz chwalił formę, w jakiej Sekielski skonfrontował zboczeńców w sutannach z ich dorosłymi już dzisiaj ofiarami. „Widzimy więc sceny, w których z własną przeszłością – diabłów seksualnych – muszą się mierzyć ludzie, którzy właściwie są już u kresu swojego życia” – stwierdził Mikołaj Lizut.

Publicysta przytacza również scenę, w której doszło do spotkania ofiary z księdzem Franciszkiem Cybulą, byłym kapelanem Lecha Wałęsy i pedofilem. Zdaniem Sekielskiego, Cybula do końca nie przeprosił za swoje przewinienia ani nie odczuwał winy.

Komentarze internautów, jakie ukazały się pod artykułem poświęconym recenzji filmu, pokazują brak zaufania części Polaków do skompromitowanej instytucji Kościoła. „Ci biskupi zawsze w brokatach i złocie pozamykani w pałacach; udający wierność i miłość do Boga – to szatańska obłuda i oszukiwanie wiernych” – odważnie napisał jeden z użytkowników. „Panie Tomaszu, powodzenia! Jest Pan w Panteonie »Wyklętych«, a ci w kraiku nad Wisełką, są napiętnowani przez »nowozmianowców«” – dodał inny.

Kolejny atak na Radosława Sikorskiego posłanka PiS Krystyna Pawłowicz przypuściła po jego wpisie na Twitterze, w którym tak skomentował artykuł „Foreign Policy” o ambicjach mocarstwowych Chin: – „Aż dziw, że Prezes nie ogłosił jeszcze, że zbudujemy lotniskowiec”. – „Fantastycznych opowieści o pana afgańskim bohaterstwie na zapleczu walk i „frontowych” fotek w gustownym „wojennym” ubranku nic nie „przebije”… Żaden lotniskowiec” – napisała Krystyna Pawłowicz.

W odpowiedzi na ten komentarz Sikorski zamieścił zdjęcie artykułu zatytułowanego „Wspólne przedsiębiorstwa polsko-radzieckie”, napisanego przez Pawłowicz. Zestawił go z wykonaną przez siebie fotografią z Afganistanu, którą opublikował brytyjski tygodnik „The Observer”. – W 1987 roku Pani opublikowała ten artykuł, a ja to zdjęcie. Bujaj się, wariatko” – napisał Sikorski, tym samym powtarzając swoje słowa z ubiegłego tygodnia, kierowane do Pawłowicz. O tym w artykule „Bujaj się wariatko” i „Epidemia prostactwa”.

Na tym nie koniec, bo Pawłowicz nie odpuszczała. _ „Nie dość, że jest pan prostym narcyzem, to nie umie pan też czytać. Ten art. był wtedy JEDYNYM prawn.opisem ujawniającym NIEJAWNE uchwały RM,DEMASKUJĄCYM SPOSÓB PASOŻYTOWANIA Rosji na Polsce i zgody PZPR na to. Ambasada USA zrobiła tłumaczenie i spotkali się ze mną w tej spr.w Red” [pisownia oryg. – przyp.red] – usiłowała się odgryźć Pawłowicz. – „Tak, tak, Pani walczyła z komuną, pisząc w komunistycznej prasie” – odpisał Sikorski.

„Pisała, ale się nie cieszyła. Pewnie błędy ortograficzne panna Krysia specjalnie robiła, żeby rozbić system od środka.

No i kolejne KO. Krystyna ma chyba jakieś zapędy masochistyczne, że ciągle szuka u Radka batów” – komentowali internauci. Zastanowił ich jeszcze jeden aspekt sprawy: – „Zakochała się może? Każdego może dopaść, nawet po 60-tce”; – „Mając nietuzinkową osobowość Pani Pawłowicz, mam wrażenie, że Pana podrywa”.

Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Nie wiem, czy to nasza cecha narodowa, ale dziwni jesteśmy my, Polacy. Jak kogoś wielbimy to darujemy mu wszystko, patrzymy na to, co robi przez różowe okulary i nie chcemy nawet dostrzec jego wpadek. Jak kogoś nienawidzimy to całą gębą, tępimy na wszelkie możliwe sposoby, generalizujemy na maksa. Przykład? Ot chociażby kościół i polscy katolicy. Kościół jest zły, jego wierni to głupcy i oszołomy… i tak sobie z tą retoryką lecą ci, którzy mają serce pełne demokracji oraz tolerancji.

Racja, źle się dzieje z polskim kościołem, ale nie całym, tylko pewną jego częścią. Już kiedyś napisałam, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju schizmą. Podział na Kościół z Watykanem w tle i Polską Instytucję Kościelną. PIK już dawno stracił kontakt ze swoją wiarą, usłużnie kica przed PiS-em, hołubi narodowców, wtrąca się do polityki. Ma swoich wierzących i odsuwa się od tych gorszych, czyli myślących zgodnie z naukami papieża. Jedzie równo po politykach partii opozycyjnych, uważając zapewne, że znacznie niższy w nich poziom katolickości niż w tych swoich, pisowsko – narodowych.

PIK piętnuje osoby o innej orientacji seksualnej, nie słucha papieża Franciszka, według którego „geje nie powinni być marginalizowani i powinni stanowić integralną część społeczeństw, w których żyją” i dodaje – „To, że jesteś gejem nie ma żadnego znaczenia! Bóg Cię kocha takim jakim jesteś. I nie ma żadnego znaczenia to co mówią inni ludzie”. PIK piętnuje nauczycieli, każdego, kto nie wspiera partii rządzącej, śmie przeciwko niej występować, śmie nie zgadzać się na wyznaniowy charakter Polski, który coraz bardziej przez PiS i PIK jest utrwalany.

Żądza władzy i kasy doprowadziła do tego, że PIK przekroczył granice, za którą nie ma już nic z prawdziwie pojmowanego duszpasterstwa i wiary. Im więcej dostaje, tym głośniej krzyczy, jaki jest prześladowany, jaki biedny, niezrozumiały i niedoceniany. I to właśnie PIK powinien być piętnowany za postawę zupełnie niezgodną z naukami kościoła, a jednak często krytycy zapominają o tych katolikach, którzy nie idą na smyczy PIK-u. O księżach, dla których ich misja, uczciwość i pojmowanie wiary, jest znacznie ważniejsze od dóbr doczesnych i politykierstwa. Niestety i im się ostro dostaje, choć na to nie zasłużyli.

To ci katolicy, nasi sąsiedzi, znajomi, koledzy z pracy, również nie odnajdują się w obecnej rzeczywistości, zdominowanej przez duszpasterzy, którzy zapomnieli, kim są i po co. To również oni nie kryją gorzkich słów, potępiają pedofilię w kościele, uczestniczą w protestach przeciwko łamaniu konstytucji i zasad demokracji, nie zgadzają się z kościelną polityką wobec narodowców, wzrastającym przepychem, w jakim żyją polscy hierarchowie i ich wiecznymi roszczeniami finansowymi. To oni napisali ostatnio list do Konferencji Episkopatu Polski, występując przeciwko ściganiu przez policję autorki wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w kolorach tęczy.

W  swoim liście napisali m. in., że „wpisanie tęczy nie jest, naszym zdaniem, obrazą uczuć religijnych, gdyż tęcza nie jest symbolem uwłaczającym – przypominamy, że np. Matka Boska Kodeńska ma także aureolę tęczową, a ikona Maiestas Domini przedstawia Chrystusa, którego stopy spoczywają na tęczy, co ma podkreślać Jego jedność i równość z Bogiem Ojcem Wszechmogącym” i zwrócili uwagę „na brak jakiejkolwiek reakcji ze strony władz Kościoła oraz organów Państwa na przypadki ewidentnej profanacji, jakimi były zjazdy organizacji nacjonalistycznych na Jasnej Górze, podczas których głoszono treści sprzeczne z nauką Kościoła, czy też na skandaliczną wypowiedź ks. bpa Andrzeja Jeża cytującego podczas homilii Wielkoczwartkowej, jako prawdziwe, opinie z antysemickiej fałszywkę”.

Osoby tak ostro krytykujące dzisiejszy, polski kościół, sami żądając dla siebie Polski świeckiej, zapominają, że ten kościół to nie tylko PIK. Wołając głośno o uszanowanie praw obywatelskich, jednocześnie odbierają te prawa innym, negując ich. Nie widząc tutaj żadnej sprzeczności z tym, co sami głoszą, wrzucają katolików do jednego worka, tym samym idealnie wpisując się w budowanie podziału w społeczeństwie.

Demokracja to poszanowanie innych poglądów, wyznania, rasy, orientacji seksualnej. To uznanie, że każdy człowiek ma prawo do bycia, kim chce, życia według swoich norm czy poglądów. Krytykujmy PIK i jego wyznawców, ale nie piętnujmy każdego katolika za to, że jest katolikiem. Odróżniajmy dobro od zła i nie krzywdźmy tych, którzy nie zasługują na złe słowa. Żyjemy w bardzo mrocznej Polsce, ale zachowajmy umiar i odpowiedni poziom człowieczeństwa. Dajmy żyć każdemu, kto sobą nie krzywdzi innych, bo inaczej, czym różnimy się od tych, których tak piętnujemy?

Reklamy

Pisowcy popuszczają po butach, szykuje się wyborczy wpieprz

10 Maj

Wyniki trzech dzisiejszych sondaży przynoszą PiS złe wieści. We wszystkich partia rządząca wypada dużo poniżej oczekiwań rządzących. W złe notowania nie wierzy Beata Mazurek, rzeczniczka prasowa Prawa i Sprawiedliwości.

W sondażu przygotowanym przez pracownię Kantar na zlecenie „Faktów” TVN, partia rządząca jest o krok od przegranej. Według sondażu PiS zdobyłby zaledwie 34% głosów poparcia, podczas gdy Koalicja Europejska 33%.

Ostatnie miejsce na podium przypadło Wiośnie, na którą swój głos oddać chce 8% wyborców. Skrajnie prawicowa Konfederacja może liczyć na 6% głosów, a populistyczny ruch Kukiz’15 na 5%.

Jeszcze gorsze wieści dla PiS niesie sondaż Instytutu Badań Spraw Publicznych dla „Newsweeka” i Radia Zet. Koalicja Europejska zdobyła w nim 41,94%, Prawo i Sprawiedliwość zaś 39,04%. Na trzecim miejscu znalazło się ugrupowanie Roberta Biedronia z 9,57%.

Obydwa sondaże nie są wiarygodne dla Beaty Mazurek. „Ten »wzrost« poparcia dla KE musi mieć mocne podstawy. Prawdopodobnie jest to wynik blamażu Jażdżewskiego i Tuska oraz brutalnego ataku na Kościół i wizerunek Matki Bożej. Pewnie Cimoszewicz odjeżdżając z miejsca wypadku dołożył swoje. Śmieszny sondaż” – napisała w swoim stylu polityczka.

Kontrowersyjny post Mazurek skrytykowany został przez internautów. Rzeczniczce rządu odpisał m.in. Krzysztof Bukiel, lekarz i przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Lekarzy. „A może to, że »polski pacjent« umiera w kolejkach do leczenia, a pieniądze publiczne szerokim strumieniem płyną na wszystko inne, tylko nie na zdrowie?” – napisał pochodzący ze Szczecina doktor.

Dzisiejsza okładka „Super Expressu” wywołała niemałe emocje. Przypomnij, że na okładce tabloidu umieszczono napis „Morawiecki adoptował dwoje dzieci” i zdjęcie przedstawiające premiera wraz z dwójką pociech.

Informacje podane przez dziennik mają pochodzić z książki „Delfin” autorstwa Jakuba i Piotra Gajdzińskich.

„Super Express” został mocno skrytykowany przez przedstawicieli innych mediów oraz polityków wszystkich opcji politycznych. Zdaniem dziennikarzy portalu natemat.pl sprawa może być jednak polityczną ustawką.

Redakcja internetowego portalu miała dotrzeć do jednego z polityków PiS, który stwierdził, że treść okładki dzisiejszego numer „SE” została uzgodniona z głównym zainteresowanym.

Sytuacja wzbudziła również reakcje ze strony innych dziennikarzy. „Pan Dworczyk udaje, że nie wie, iż sprawę rozdmuchał tabloid? Notabene bardzo przychylny obozowi władzy? O adopcji pisała w 2016 »Gazeta Wyborcza«, trudno więc mówić o naruszeniu jakiejś wielkiej tajemnicy. Czy to uprawdopodobnia tezę o PR-owej zagrywce? Jak uważacie?” – zapytała na swoim Twitterze dziennikarka telewizyjna Hanna Lis.

Także publicysta „Gazety Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skomentował zamieszanie. „W sierpniu 2016 r. w obszernej sylwetce @MorawieckiM autorstwa Witolda Gadomskiego pisaliśmy o adoptowanym dziecku premiera. Nie przypominam sobie, by zamieszczenie tej informacji wywołało jakąkolwiek negatywną reakcję” – stwierdził Wieliński.

Liczni internauci wskazują, że tabloid częściowo utrzymuje się z reklam Skarbu Państwa i od dłuższego czasu jest powiązany z PiS-em. Krytycy wskazują, że gazeta zwyczajnie nie odważyłaby się na taką publikację bez zezwolenia z góry.

W jutrzejszym numerze „SE” ma ukazać się wywiad z szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michałem Dworczykiem. Część wywiadu udostępniona została na Twitterze przez Grzegorza Zasępę, redaktora naczelnego bulwarówki. Dworczyk w swoich wypowiedziach nie zaatakował dziennikarzy odpowiedzialnych za dzisiejsze wydanie „SE”, oberwało się za to autorom książki „Delfin”… Czy ta sprawa faktycznie ma drugie dno?

„Z dużym zaniepokojeniem zauważyliśmy wczoraj na stronach sejmowych projekt ustawy o budowie Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. W naszej ocenie, w ocenie władz miasta Gdańska, jest to kolejna próba przejęcia Westerplatte dla celów bardzo jasno określonych, dla celów politycznych” – mówi na filmiku dodanym przez siebie na Twitterze Aleksandra Dulkiewicz.

„Złożyła ten projekt grupa posłów na czele z posłem Kazimierzem Smolińskim, posłem Prawa i Sprawiedliwości z województwa pomorskiego. Nie wiemy oczywiście, jaka będzie droga Sejmowa tego projektu ustawy. Natomiast dzisiaj ja jako prezydent miasta Gdańska mogę wyrazić głębokie zaniepokojone, że tylnymi drzwiami, skróconą ścieżką legislacyjną prowadzoną przez grupę posłów, próbuje się zabrać gdańszczankom, gdańszczanom, Polkom i Polakom Westerplatte pod określone cele polityczne” – kontynuuje prezydent Gdańska.

Inicjatywa posłów PiS to kolejna już próba zmierzająca do zawłaszczenia historii Trójmiasta. Obecne działania partii rządzącej poprzedziły już propagandowe manewry prowadzone wokół Muzeum II Wojny Światowej oraz Placu „Solidarności”.

Opisywany przez Dulkiewicz projekt ma zakończyć się budową na Westerplatte punktu należącego do pisowskiego Muzeum II Wojny Światowej.

„Pomimo 79 lat, jakie upłynęły od pierwszych strzałów oddanych z pokładu niemieckiego okrętu Schleswig-Holstein do polskich żołnierzy stacjonujących w Wojskowej Składnicy Tranzytowej, Westerplatte nie zostało zagospodarowane w sposób adekwatny do swojej ogólnonarodowej rangi oraz międzynarodowego znaczenia” – czytamy na łamach projektu ustawy „O inwestycjach w zakresie budowy Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 – Oddziału Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”.

>>>

Po nabożeństwie z okazji kolejnej miesięcznicy smoleńskiej i uroczystym złożeniu kwiatów u stóp pomnika ofiar tej tragedii, na pl. Piłsudskiego w Warszawie, na monument wspiął się mężczyzna pragnący rozwinąć na szczycie transparent i krzyknął w stronę Kaczyńskiego: „Kiedy wreszcie skończysz tę szopkę? Dziewięć lat, kiedy przestaniesz oszukiwać ludzi; gdzie jest wrak?”

Arkadiusz Sz. działacz organizacji Obywatele Solidarni w Akcji (OSA), został zatrzymany przez policję.

Jak ustalił FAKT24 wcześniej organizował on „kontrmiesięcznice” smoleńskie w proteście przeciw wykorzystywaniu katastrofy do celów politycznych.

Przypomnijmy: 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154 wiozącego delegację na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka, najwyżsi dowódcy wojska i ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski.

Filozof prof. Tadeusz Gadacz odniósł się do zatrzymania przez policję Elżbiety Podleśnej za przerobienie obrazu Matki Boskiej (kobieta domalowała tęczową aureolę).

Kaczyńskiego zgnilizna moralna

2 Kwi

Austriacki biznesmen Gerald Birgfellner po raz pierwszy publicznie zabrał głos w sprawie afery Srebrnej. „Gazecie Wyborczej” ujawnił szczegóły współpracy z prezesem PiS, którego oskarża o oszustwo przy projekcie budowy bliźniaczych wież na działce spółki Srebrna w centrum stolicy.

 „Kaczyński zabiegał o to, by nikt mnie nie znał. Nawet premier. Żałuję, że mu zaufałem” – powiedział biznesmen. – „Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu. Mówił mi, że to jego wielka idea. Że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali”. Dlatego o projekcie wielokrotnie rozmawiał z nim sam na sam. – „Raporty zawsze składałem bezpośrednio Kaczyńskiemu, nie ludziom ze Srebrnej” – ujawnił. „Czasami musiałem czekać w kuchni, by ludzie w poczekalni mnie nie widzieli” – dodał, relacjonując szczegóły współpracy z Kaczyńskim.

To nie wszystko. Austriak twierdzi, że prezes PiS w 2017 r. powiedział mu, że musi przeprowadzić się do Polski, by w pełni skoncentrować się na projekcie. – „Przeprowadziłem się w grudniu. Ufałem Kaczyńskiemu, i to nie tylko dlatego, że był członkiem rodziny. To najważniejsza dziś postać w Polsce. Jeśli nie można było ufać jemu, to komu można?” – pyta retorycznie. Prezesa PiS poznał w 2011 r. w Boże Narodzenie, u Jana Marii Tomaszewskiego, kuzyna Kaczyńskiego, podczas rodzinnego obiadu w Warszawie. Tomaszewski jest ojcem żony austriackiego biznesmena. Birgfellner z początku nie miał pojęcia kim jest Kaczyński, bo przedstawiono mu go jako wujka. Miał wrażenie, że „Kaczyński to poważny człowiek. Biła od niego charyzma, był uprzejmy i bezpośredni. Na pewno nie wydawał się kimś, kto może później zachować się tak, jak się zachował”. Biznesmen jest przekonany, że Kaczyński oszukał go, bo jest cudzoziemcem.

Wzmianka o inwestycji po raz pierwszy pojawiła się w 2016 r. Kaczyński wiedział, że Austriak obraca się w branży nieruchomości. – Mówił, że sprawa ma długą historię, a on bardzo chciałby ją zrealizować, ale musi jeszcze coś posprawdzać i poukładać sobie w głowie. Wtajemniczył mnie w 2017 r. Wtedy po raz pierwszy spotkaliśmy się na Nowogrodzkiej. Dowiedziałem się, że chodzi o wieżowiec – relacjonuje Austriak. Powiedział prezesowi PiS, że „na słowo nie możemy się umawiać”. Dlatego otrzymał od zarządu Srebrnej pełnomocnictwo, ale cały projekt miał przebiegać „w absolutnej tajemnicy”. Jak mówił mu Kaczyński, rozmawiał z Mateuszem Morawieckim o wieżowcu i usłyszał od niego, iż obawia się naszego projektu, bo może to kosztować PiS utratę głosów – dodaje. Dlatego na prośbę prezesa PiS zgodził się „przynieść pieniądze do zapłaty za podpis, bez którego projekt nie ruszy”.

Birgfellner twierdzi, że Kaczyński mógł go oszukać, by na biurku mieć najlepsze z możliwych projekty umów z deweloperami i najlepszych wykonawców. Dlaczego? Otóż „Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów – wymienia biznesmen. Wszystko było gotowe w maju 2018 r., włącznie z umową o kredyt. I wówczas, w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński wycofał się ze współpracy z austriackim biznesmenem. – „Wystarczyło podpisać dokumenty, ale Kaczyński powiedział mi „dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej” – mówi „GW” Gerald Birgfellner. W odpowiedzi na to Austriak złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, tj. braku zapłaty za zlecenie związane z przygotowaniami do budowy wieżowców.

>>> (stan gry)

Pierwszy raz od wybuchu afery z inwestycją spółki Srebrna w Warszawie głos w tej sprawie zabrał autor zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego – austriacki biznesmen Gerald Birgfellner. O kulisach przygotowań do budowy monumentalnego wieżowca, zwodzenia go przez faktycznego szefa Srebrnej czy niezwykle nieprzyjemnym zakończeniu współpracy bez uzyskania od zleceniodawcy ani złotówki mówił w rozmowie z dziennikarzami “Gazety Wyborczej”.

Myślę, że właśnie dlatego mnie oszukał, bo jestem cudzoziemcem. Wiedział, że pracuję w branży nieruchomości od długiego czasu, dowiedział się od rodziny o moich osiągnięciach w Austrii. Wiedział, że jego ludzie nie są w stanie podołać takiemu zadaniu jak budowa wieżowca przy Srebrnej. Mówił mi, że to jego wielka idea, że próbował ruszyć tę inwestycję od 15 lat, ale nikt nie był w stanie jej zrealizować. Jego ludzie tylko o tym gadali. Może wykorzystał mnie i moją wiedzę tylko po to, by mieć na biurku najlepsze z możliwych projektów umów z deweloperami, żeby mieć najlepszych wykonawców. Umowa ze Strabagiem została uzgodniona w każdym szczególe, gotowa do podpisania. Tak samo z Gleeds. Był przygotowany przetarg dla architektów, którzy mieli zaprojektować budynek, współpracując z prof. Neumannem, twórcą koncepcji wieżowca. Wszystko było gotowe w maju 2018 rok. łącznie z umową o kredycie. Wystarczyło podpisać dokumenty. Ale potem Kaczyński powiedział mi “dziękuję” i że chciałby mi zapłacić, ale nie może. I kazał iść do sądu, w którym miał potwierdzić, że wszystkie te prace wykonaliśmy dla Srebrnej – pada pierwszy i w zasadzie najpoważniejszy zarzut z ust austriackiego biznesmena.

Poniekąd jest w nim cała istota oszustwa, którego podczas 50 godzin przesłuchań w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej nie może dopatrzeć się prokurator Śpiewak. Półtora roku ciężkiej pracy na poziomie nieznanym środowisku skupionym wokół “dobrej zmiany”, popchnięcie sprawy przygotowań do inwestycji niemal do samego finału, przejęcie od Birgfellnera kartonów z przygotowanymi dokumentami, a następnie zrobienie z niego oszusta i zakwestionowanie wszystkich jego roszczeń. Koszmarny obrazek dla każdego zagranicznego inwestora, który kiedykolwiek myślał o wchodzeniu we współpracę z pisowską władzą. Zresztą aspekt bycia obcokrajowcem i współpracy w ramach swoich zleceń właśnie z zagranicznymi kancelariami i firmami doradczymi stał się nawet przedmiotem żenującego “przesłuchania”, jakiego dopuściły się osoby skupione wokół Srebrnej, gdy już zapadła decyzja o odprawieniu Birgfellnera z kwitkiem.

Kaczyński kazał mi przynieść faktury, przekazałem mu je. Powiedział, bym przyszedł na Nowogrodzką następnego dnia o 10 rano. Spodziewałem się, że porozmawiamy o płatnościach. Na miejscu okazało się, że w jego gabinecie siedzi piętnaście osób, ale Kaczyńskiego nie ma. A przecież przez rok o projekcie rozmawialiśmy praktycznie raz w tygodniu. I nagle zaczęło się coś, co wyglądało jak rozprawa przed jakimś trybunałem. Tak to nazywam. Ludzie Srebrnej – pani Goss, pani Kujda, pan Cieślikowski, Grzegorz Tomaszewski, pani Basia – siedzieli w dwóch rzędach, ja naprzeciw nich. Ich prawnik Michał Zuchmantowicz zaczął mnie przesłuchiwać. (…) Od ludzi Srebrnej biła nienawiść. Pytano, kto mi doradził, by zrobić to czy tamto, by skorzystać z takiej oferty, z takiego prawnika. Odpowiedziałem, że pan Kaczyński. Padło absurdalne pytanie o to, jak zamierzałem dostać wuzetkę. Albo dlaczego zleciłem prace architektowi z Austrii. Bo oni mają architekta, który pracowałby za 3 tys. zł. Ewidentnie nie mieli pojęcia, co to znaczy budować wieżowiec. Nagle dowiedziałem się też, że Nuneaton nie należy do Srebrnej, tylko do mnie . To absurdalne kłamstwo. Nieustannie mnie atakowali. Miałem wrażenie, że nie mają pojęcia o tym, co robiłem i co udało mi się załatwić. Dla nich byłem kłamcą, oszustem, austriackim złodziejem. To, że jestem obcokrajowcem jeszcze ich nakręcało. To było niewiarygodne. Nie przeżyłem czegoś takiego do tej pory. Gdybym wiedział, że odbędzie się nade mną sąd, wziąłbym prawników i partnerów. Byłem w głębokim szoku, moi partnerzy też. Pytali, dlaczego do tego doszło. Odpowiedziałem, że nie wiem. Zaraz po spotkaniu Srebrna wymówiła mi pełnomocnictwo, a ja od razu zrezygnowałem z zasiadania w zarządzie Nuneatonu – mówił dziennikarzom GW roztrzęsiony biznesmen.

Co ciekawe, Birgfellner wspomina o nowym politycznym wątku tej sprawy i możliwym udziale premiera Morawieckiego w ostatecznym podjęciu decyzji o zaprzestaniu inwestycji. Jego zdaniem to właśnie obecny szef rządu, który jak opisywały niedawno media, zyskuje coraz większe zaufanie prezesa PiS, miał również odwodzić Kaczyńskiego od sfinalizowania umowy z Birgfellnerem. Premier miał się bać reakcji polskich wyborców, obawiał się o stratę głosów. Może przekonał Kaczyńskiego, by mnie odsunął, a pracę nad zapięta przeze mnie na ostatni guzik inwestycją powierzył komuś innemu? Jakiemuś polskiemu deweloperowi? – pyta retorycznie Austriak.

Sprawa niewątpliwie będzie jeszcze wracać przez wiele miesięcy, choć jak przyznaje w rozmowie z dziennikarzami “GW” biznesmen, nie ma już nadziei, że śledztwo przed polskim prokuratorem będącym częścią systemu, nad którym Jarosław Kaczyński sprawuje pieczę, posunie się do przodu choćby o krok przed wyborami parlamentarnymi. Poddawać się jednak nie zamierza i z obszernej rozmowy wprost wynika, że nie chodzi mu jedynie o pieniądze, ale o jego zszarganą reputację oraz o elementarne prawo i sprawiedliwość. Ich brak w naszym rodzimym kraju nad Wisłą należy wytykać z bezwzględną stanowczością.

Cały wywiad tutaj

…i kto wie czy nie ma racji. Różnica zdań w resorcie finansów, opór obecnej jego szefowej wobec populistycznych pomysłów PiS, zmusza trzeźwo myślących do zastanowienia. Wygląda tak jakby wicepremier też tracił dotychczasową pewność…

„Tzw. piątka Kaczyńskiego jest – co sam prezes podkreśla – trudna do wykonania, ale możliwa do pogodzenia z rygorami budżetowymi” – oświadczył ostrożnie w rozmowie z „Dziennikiem Gazeta Prawna” Jarosław Gowin.

Biada jednak opozycji, gdyby przejęła władzę, bo wtedy … „Jak rząd próbuje rozdać więcej niż stać na to budżet, to po krótkiej fieście funduje obywatelom biedę. Taki scenariusz grozi Polsce, gdyby jesienią władzę przejęła opozycja” – dodaje.

Wypowiedź Gowina razi jeszcze większą niekonsekwencją, gdy bardziej się w nią wsłuchać. Wicepremier straszy, że budżet zrujnują obietnice… opozycji. O których myśli, tego nie precyzuje. Mówi natomiast:

„Realizacja tych zapowiedzi pchnęłaby nas na ścieżkę rumuńską. Rząd Rumunii zaczął obiecująco, bo od zdecydowanego obniżenia podatków. Efektem był 7-procentowy wzrost gospodarczy. Równocześnie jednak o kilkadziesiąt procent podniesiono emerytury, świadczenia socjalne i zarobki w sferze budżetowej. Konsekwencją okazała się inflacja, gwałtowny wzrost importu, ogromny deficyt budżetowy, radykalny spadek konkurencyjności rumuńskich firm i w efekcie stagnacja gospodarcza, z której Rumunia będzie wychodzić długimi latami” – mówi Jarosław Gowin.

Jednocześnie zapewnia, że „w tym i następnym roku realizacja programu (PiS – red.) jest niezagrożona.” Jak będzie dalej tego już nie precyzuje. „Ale – wbrew temu co twierdzi opozycja – nie ma już pola na dalsze programy socjalne” – podkreśla. „Można by je realizować tylko drogą podnoszenia podatków. Czyli jedną ręką dając, a drugą odbierając” – dodaje wicepremier Gowin jakby nie dostrzegając mechanizmów, które rządzą obecną populistyczną polityką rządzących.

Jak wiemy wprowadzenie nowych rozwiązań prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział na lutowej konwencji wyborczej w Warszawie. W tzw. piątce Kaczyńskiego znalazły się: świadczenie wychowawcze z programu Rodzina 500 Plus na każde dziecko, „trzynasta emerytura” w wysokości najniżej emerytury z ZUS, zerowy PiT dla pracujących do 26 roku życia, obniżenie kosztów pracy oraz przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych. Sadząc po wypowiedzi Gowina – właśnie doszedł do „ściany”.

W mediach aż huczy. Posłowie Platformy składają wniosek do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego o rozszerzenie porządku najbliższego posiedzenia Sejmu o informację koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego na temat działań, jakie podejmowało CBA w sprawie „afery podkarpackiej”. A pan premier tkwi w błogiej niewiedzy…

Po prostu adresowany do niego raport byłego agenta CBA, Wojciecha J. który informował m.in. o tuszowaniu w CBA seks-skandalu z ważnym politykiem PiS… miał nigdy nie trafić do KPRM.

„To patologiczna sytuacja w służbach. Jeden z funkcjonariuszy CBA, posiadając, jak twierdzi, kompromitujące materiały dotyczące jednego z polityków PiS, zwrócił się do szefostwa CBA oraz do premiera. I ta sprawa, poprzez działania kierownictwa CBA, miała być „skręcona”. Funkcjonariusz był przekonywany, by zmieniać zeznania i treść notatek! To skandal” – powiedział Wirtualnej Polsce były wiceminister w rządzie PO Paweł Olszewski.

Z kolei Marcin Kierwiński, szef sztabu wyborczego PO zapewnił, że sprawy nie odpuści i tak mówi o agencie, który raportował o rzekomym tuszowaniu spraw przez CBA: „Były funkcjonariusz CBA Wojciech J. miał bardzo szerokie uprawnienia od szefa CBA. Był agentem ze specjalnymi licencjami, potrzebnymi do kontrolowania właściwie każdego w kraju, łącznie z byłymi szefami służb specjalnych. Wykrył poważną aferę. Zgłosił ją kierownictwu CBA. I co ono zrobiło? Zajęło się tym, by uciszyć tego agenta. Zatrudnionego przecież przez ekipę PiS. Przez wiele lat ten agent był dla szefostwa CBA wiarygodny! Przestał, gdy poinformował o aferze z udziałem polityka partii rządzącej” – podsumowuje Kierwiński.

Politycy opozycji mówią wprost: „polskie służby nie działają i stały się agencją ochronną polityków PiS”.

„Jeśli służba antykorupcyjna przestała zajmować się władzą, to znaczy, że przestała działać” – podsumowuje Kierwiński i w imieniu opozycji domaga się przeprowadzenia kontroli w CBA przez Centralne Biuro Śledcze Policji.

Waldemar Mystkowski pisze o seksaferze z Kuchcińskim w roli głównej.

Marek Kuchciński to swoisty fenomen. Mało kto wie, że jest marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą (głową) w państwie. Gdyby Andrzejowi Dudzie coś się stało, Kuchciński – znany niewielu Polakom – pełniłby obowiązki prezydenta RP.

Można powiedzieć, że Kuchciński powoduje kolokwialny śmiech na sali. Nie tylko z tego powodu, że jego znaczenie publiczne jest groteskowe, bo nie dał się ludziom poznać, oprócz takich okruchów incydentalnych, nic nieznaczących epizodów, gdy wykluczył z posiedzenia Sejmu Michała Szczerbę za zwrot „Panie marszałku kochany…”, oraz z taśmy wideo z jakiegoś spotkania z elektoratem pisowskim, na którym poczynił swoje wyznanie polityczne, iż „odszczurzyłby” Polskę z tych, którzy mu się nie podobają. Kuchcińskiego poznaliśmy więc ze strony braku osobowości, który to brak nie pozwala mu uczestniczyć w debatach, dyskusjach, a nawet w wywiadach.

Taka zmarginalizowana postać jak Kuchciński ma szansę zaistnieć tylko dzięki skandalowi. Czy będzie skandalem seksafera – w istocie źle rozpoznane semantycznie przypuszczenie – w której podejrzewa się, że Kuchciński dopuścił się aktu z nieletnią Ukrainką? Czy jest to prawdą? Czy Andrzej Rozenek, były poseł, a obecnie dziennikarz tygodnika „Nie” ma twarde dowody na to, że Kuchciński dopuścił się tego skandalicznego czynu?

Mniemana seksafera z Kuchcińskim waniajet już jakiś czas. Sam zainteresowany nie dementuje, nie wypowiada się. Za Kuchcińskiego wyraził się dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu (czujecie to nomenklaturowe nabzdyczenie, a to tylko rzecznik) Andrzej Grzegrzółka, informując, że „marszałek Sejmu będzie stanowczo bronił swojego dobrego imienia” i pozywał za teksty o skandalu obyczajowym. Słabe to bronienie „dobrego imienia” – wygląda na to, że zwłoka z dementowaniem seks-skandalu może służyć zamiataniu zdarzenia pod dywan, „rozmowom” z osobami – w tym z agentem CBA – dzięki którym wieść wyciekła. Rozważając rzecz na chłodno, stwierdzam, iż Kuchciński nie wytrzymuje ciśnienia sprawowanego urzędu.

Kaczyński zastrasza, a jego kumple spieprzają do Brukseli. PiS tonie!

19 Lu

Prezes PiS Jarosław Kaczyński skierował do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zniesławienia przez dziennikarzy „Gazety Wyborczej” oraz posłów Platformy Obywatelskiej – podaje PAP. – „Działając jako pokrzywdzony, zawiadamiam o podejrzeniu popełnienia przestępstw zniesławienia (…). Wnoszę o objęcie ścigania z oskarżenia publicznego ze względu na występujący w sprawie interes publiczny” – napisał Kaczyński w zawiadomieniach skierowanych do Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Prezes PiS powołuje się na art 212 Kodeksu karnego, który mówi, że kto pomawia „inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności”.

Przestępstwo zniesławienia – według Kaczyńskiego – ma polegać „na opublikowaniu przez dziennikarzy szeregu materiałów prasowych na łamach „Gazety Wyborczej” i portalu wyborcza.pl w dniach 29-30.1.2019 r. (…), w których to rozpowszechniono twierdzenia, tj. wypowiedzi innych osób, że Jarosław Kaczyński popełnił, względnie mógł popełnić przestępstwa: płatnej protekcji, przekroczenia uprawnień posła w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, oszustwa”. Zdaniem prezesa PiS, dziennikarzom nie wolno było bez jego wiedzy i zgody publikować nagranych rozmów.

Drugie zawiadomienie skierowane do prokuratury dotyczy polityków PO. Im również zarzuca zniesławienie, mające polegać „na opublikowaniu przez nieustalone osoby w materiałach propagandowych Platformy Obywatelskiej (ulotkach internetowych) twierdzeń, że Jarosław Kaczyński mógł popełnić przestępstwo płatnej protekcji oraz ukrywa majątek”. Inny zarzut to „przestępstwa zniesławienia polegającego na opublikowaniu przez posłów Platformy Obywatelskiej na konferencji prasowej z dnia 29.1.2019 r. informacji, że Jarosław Kaczyński popełnił, względnie mógł popełnić przestępstwa: płatnej protekcji, przekroczenia uprawnień posła w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, oszustwa, firmanctwa”.

„Prezes Kaczyński złożył przeciwko „Wyborczej” doniesienie do prokuratury, kierowanej przez Ziobrę, i żąda ściągania nas z art. 212 KK za ujawnienie „taśm Kaczyńskiego”. Nie złożył pozwu cywilnego – ciekawe dlaczego? Rozumiem, że prezes Kaczyński donosząc do prokuratury na „Wyborczą” za ujawnienie ‚taśm Kaczyńskiego” chce przykryć oskarżenia. Ale dlaczego nie pozwał ani nie złożył takiego doniesienia wobec Birgfellnera, który oskarża go o wymuszenie 50 tys. zł dla ks. Sawicza?” – napisał na Twitterze Roman Imielski z „GW”. I nawet prawicowa blogerka Kataryna nie kryła zdziwienia: – „O, czyli art. 212 uruchamiamy? Ten co dopiero co obiecywaliśmy znieść bo nam redaktora niepokornego z niego skazali? Jakie wygodne, zamiast pozwu cywilnego, uruchamiać prokuraturę Ziobry. A potem zdziwienie, że zaufanie spada”.

Szef MSWiA Joachim Brudziński będzie „jedynką” PiS w wyborach do Parlamentu Europejskiego w okręgu zachodniopomorskim, wicepremier Beata Szydło – w małopolsko-świętokrzyskim, europoseł Jacek Saryusz-Wolski – w Warszawie, a wicemarszałek Senatu Adam Bielan na Mazowszu – takie decyzje podjęto dziś w siedzibie PiS przy ul. Nowogrodzkiej.

„Jedynkami” PiS są także m.in. były szef MSZ Witold Waszczykowski – w Łodzi oraz minister edukacji Anna Zalewska na Dolnym Śląsku. Z drugiego miejsca kandydują natomiast m.in. obecna rzeczniczka PiS i wicemarszałek Sejmu Beata Mazurek, wiceminister kultury Jarosław Sellin, były minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel oraz minister Beata Kempa.

„Trochę to wygląda, jak ewakuacja” – napisała na Twitterze Renata Grochal z „Newsweeka”.

Skoro Joachim Brudziński opuszcza okręt, to znaczy, że PiS mocno nabiera wody” – to wpis Bartosza Wielińskiego z „GW”. – Kompletnie niezrozumiała decyzja w sprawie Joachima Brudzińskiego. Niezależnie od kalkulacji (że odda mandat i wróci do Sejmu), to i tak powstaje wrażenie ewakuacji” – stwierdził Wojciech Szacki z „Polityki”.

Listę PiS komentowali też inni internauci. – „Od razu tak pomyślałem, ten okręt tonie i nie tylko w sondażach. Kasa także świeci pustkami, 500+ drenuje wszystko, dodatkowo w przyszłym roku podwyżka prądu o kilkadziesiąt procent, czeka Polskę kryzys”;

Zbiorowy desant PiS w Brukseli? Ratuj się kto może przed odpowiedzialnością za decyzje rządowe?”; – „PiSowcy zachowują się jak bohaterowie kreskówki „Blok ekipa”! Jak coś się dzieje niedobrego to jeden z nich krzyczy do pozostałych „…spier***amy”!!!! Nie jestem zaskoczony że już stoją po bilety do Brukseli!”.

Oto dowód łapówki, panie Kaczyński. Szukaj swoich Zaleszczyk, aby dać nogę z Polski

18 Lu

W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” opublikowano kopię dowodu wypłaty 50 tys. zł z konta Geralda Birgfellnera. To taka kwota miała zostać przekazana księdzu Sawiczowi, członkowi rady fundacji im. Lecha Kaczyńskiego.  Od jego podpisu pod uchwałą zależało rozpoczęcie prac nad projektem dwóch wież.

Birgfellner twardo broni swojej wersji zdarzeń, chociaż jego słowa o wręczeniu łapówki i roli jaką w tej sprawie odegrał Jarosław Kaczyński, wywołały spore zamieszanie w prokuraturze. Najpierw zmieniono mu tłumaczkę, a później usiłowano nakłonić go do zmiany zeznań, by nie obciążały one prezesa PiS. Birgfellner nie wyraził na to zgody i odmówił podpisania korekty protokołu.

Dla zwolenników PiS taki dowód to tylko wyciąg z jakiejś operacji bankowej i nic więcej. Gdyby było na nim zaznaczone, że to pieniądze właśnie na łapówkę to może by uwierzyli, a tak? Każdy przecież może machnąć jakimś wydrukiem i powiedzieć, co chce. Jednak są argumenty przemawiające za tym, że Austriak nie mija się z prawdą. Przede wszystkim wie on, iż za fałszywe zeznania grozi mu kara, a poza tym świadkiem przekazania koperty była jego żona Karolina Tomaszewska.

Może Birgfellner ma jeszcze inne dowody? Może gdzieś na jednej z taśm jest zapisana rozmowa o przekazaniu odpowiedniej kwoty członkowi rady fundacji? On sam mówi, że musi się zastanowić, czy dysponuje jeszcze jakimś potwierdzeniem prawdziwości swoich słów.

Prokuratura nie wyznaczyła kolejnego terminu przesłuchania. Pewnym jednak wydaje się jedno. W świetle złożonych przez Birgfellnera zeznań, przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego wydaje się być konieczne. Czy w realiach dzisiejszej Polski będzie to możliwe? Polski, w której wszystkie najważniejsze instytucje, w tym sądy oraz prokuratura są kontrolowane przez ludzi Prezesa? Czarno to widzę…

Pisowska Polska jest pośmiewiskiem.

Pojednania nie będzie. Zamach na Adamowicza 23

21 Sty

Skutki społeczne tego, co się stało, będą bardzo złożone, różnorodne, ale sądzę, że nie będą sprzyjały PiS-owi – mówi prof. Ireneusz Krzemiński. – Od momentu dojścia PiS-u do władzy mamy do czynienia z zanegowaniem całej dotychczasowej historii RP: przed nami były rządy kłamców, zdrajców, korupcji. Wątpię, żeby można było mówić o jakiejkolwiek odmianie dopóty, dopóki ktoś z władz PiS-u nie powie, że przeprasza za panią Pawłowicz i zabroni  jej zabierania publicznie głosu. Jeżeli tak się nie stanie, to wszystkie deklaracje, że należy porzucić język nienawiści, są puste. Nie ma ani symetrii, ani równowagi w kwestii konstruowania języka nienawiści i wrogości wobec własnych rodaków. Język nienawiści zbudowali jedni przeciwko drugim. Oczywiście, druga strona ma również przykłady agresywnych wypowiedzi, ale zazwyczaj są to odpowiedzi na atak.

JUSTYNA KOĆ: Panie profesorze, spróbujmy poszukać głębiej, co tak naprawdę stało podczas Finału WOŚP, dlaczego i co do tego doprowadziło?

PROF. IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: W pierwszej chwili można odpowiedzieć dość prosto. To, co wykrzykiwał morderca na scenie potwierdzało, że hipoteza o politycznej inspiracji nie jest dowolną hipotezą. Zaatakował Adamowicza jako przedstawiciela konkretnej partii. Paradoksalnie Paweł Adamowicz nie był już członkiem PO od jakiegoś czasu.

Język politycznej nienawiści, z jakim mamy do czynienia na co dzień od 3 lat – wydał swój zatruty owoc.

Znamy z własnej historii, jak nasilenie publicznej nagonki, język szczucia, insynuacji, wrogości działa na różnych, często niezrównoważonych psychicznie ludzi. Publicznie głoszona nienawiść i oskarżenia są dla nich bodźcem do działania, w ich mniemaniu w „słusznej sprawie”.

Ten język nienawiści, co należy podkreślić: politycznej nienawiści, jest tu niezwykle ważna sprawą. Taki właśnie język był u początków II RP źródłem zabójstwa prezydenta Polski Gabriela Narutowicza. Teraz – prezydenta Gdańska.

Kiedy to się zaczęło: w 2015, w 2005, a może podczas „wojny na górze” w 1990?
Myślę, że podczas słynnej kampanii prezydenckiej Lecha Wałęsy, która do dzisiaj pozostaje w pamięci ludzi dawnej „Solidarności” jako coś bolesnego, co zakłóciło to wszystko, co miało miejsce wcześniej. Tamto wydarzenie jest jednak nie do porównania z tym, co się dzieje ostatnio w Polsce. Gdybyśmy porównali najgorsze teksty, jakie wypowiadali politycy z poprzednich lat, to nijak mają się do tego, co słyszymy teraz, kiedy mamy świadome, celowe używanie nienawiści jako broni politycznej, mobilizacji ludzi przeciwko przeciwnikom politycznym.

Przeciwnicy polityczni nie są już przeciwnikami, lecz wrogami – wrogami narodu, państwa, ludu, choć są naszymi rodakami.

Czy stwierdzenie, że morderca Pawła Adamowicza został zainfekowany tą mową nienawiści jest uprawnione?
Wydaje mi się, że tak, jeżeli jeszcze odwołamy się do demonstracji, której morderca dokonał na scenie, do słów, które wypowiadał, brzmi to dość jednoznacznie. Od momentu dojścia PiS-u do władzy mamy do czynienia z zanegowaniem całej dotychczasowej historii RP: przed nami były rządy kłamców, zdrajców, korupcji.

Samo hasło „wystarczy nie kraść” oznacza, że poprzednicy kradli i dlatego ludzie mieli małe pensje. To jest coś, co jest trwałym elementem propagandowego języka rządzących polityków i na pewno budowało bardzo wyraźnie atmosferę społeczną.

Wspomniałem już – po mordzie na prezydencie Narutowiczu przez niezrównoważonego malarza Niewiadomski zareagował na tę nieprawdopodobną nagonkę, na wyjątkowo podłą propagandę, którą wówczas rozwijano przeciw legalnie wybranemu prezydentowi. Jeżeli teraz, dokładnie w dniu morderstwa, mamy przykład TVP, która emituje wyjątkowo obrzydliwy, kłamliwy i wywołujący nienawiść materiał o WOŚP, to mamy konkretne uzasadnienie oskarżenia o mowę nienawiści.

Ostatnio – jak zazwyczaj – są publicyści, którzy uważają, że obie strony są winne. Mówi się o „zasadzie symetryzmu”… Moim zdaniem nie ma ani symetrii, ani równowagi w kwestii konstruowania języka nienawiści i wrogości wobec własnych rodaków. Język nienawiści zbudowali jedni przeciwko drugim. Oczywiście, druga strona ma również przykłady agresywnych wypowiedzi, ale zazwyczaj są to odpowiedzi na atak.

W konsekwencji całego zdarzenia Jurek Owsiak ogłosił, że ustępuje z funkcji prezesa fundacji. Wprawdzie zdecydował się wrócić, ale czy to był zły odruch?
Moim zdaniem tak. To był wstrząsający przykład skutków zamordowania prezydenta Adamowicza. Fundacja Owsiaka od 27 lat organizowała zbiórki i on jest człowiekiem – symbolem tej pięknej inicjatywy, symbolem zabawnego i cudownego jednocześnie hasła, że „Orkiestra będzie grała do końca świata i jeden dzień dłużej”. Jest to przepiękna deklaracja wspólnoty, która dotyczy nie tylko dobroci, ale i dobra wspólnego.

Działanie WOŚP uczy, pokazuje bardzo konkretnie, że każdy obywatel może dołożyć swoją cegiełkę do wspólnego dobra, jakim jest pomoc chorym, sprzęt medyczny, leczenie. Jak pięknym manifestem wspólnoty i dobra są dzieci, które dziś zbierają na Orkiestrę, a wcześniej były ratowane czy korzystały ze sprzętu kupionego za pieniądze ze zbiórki.

Każdy może do tego wspólnego dzieła się dołożyć. Ludzie często uważają, że nic nie da się zrobić, że „ja nic nie mogę”, a tu Jurek Owsiak właśnie pokazuje, że owszem, możesz! Z małego wysiłku pojedynczych osób powstaje wspólna sprawa, wielkie wspólne dzieło. Zamach na prezydenta Gdańska był jednocześnie zamachem na tę wspaniałą ideę obywateli. Dlatego śmierć prezydenta Adamowicza ma wiele symbolicznych wymiarów, ale wszystkie wiążą się z tymi, którzy przeciwstawiali się idei i wartościom, które niesie WOŚP i które deklarował Paweł Adamowicz w swym ostatnim przemówieniu. Były to słowa, mówiące o wspólnocie i o tym, jak cenne dla ludzi jest poczucie wspólnoty.

Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że ten człowiek przeczytał czy posłuchał konkretnej wypowiedzi danego posła czy kogokolwiek, ale z całą pewnością język nienawiści uruchamia jednostki niezrównoważone, które podążają za tym złym duchem, który w tej chwili w Polsce panuje.

Chciałabym się odnieść do tej fachowej literatury, o której pan mówił odnośnie do języka nienawiści. Mnie przychodzi do głowy jeden przykład, jednak bardzo konkretny, drastyczny. To profesor żydowskiego pochodzenia Victor Klemperer, który analizował semantykę III Rzeszy i w skrócie doszedł do wniosków, że złe słowa tworzą złe czyny.
Nie trzeba szukać tak daleko, bo mamy bardzo dobre dzieło polskiego profesora Michała Głowińskiego. Przez lata analizował i badał, jaki był język piętnujący „wrogów socjalizmu”, jak budowano, prowokowano nienawiść, by wpływać na postawy konkretnych, żywych ludzi. Analizował, jak tworzy się uzasadnienia dla różnych złych uczuć, potępienia innych, które ludziom można wbić do głowy jako przyczyny ich poczucia krzywdy, i jak wywoływać można chęć zemsty. Język nienawiści i wrogości zachęca do złego – by tak rzec – i wyraża jednocześnie poglądy na temat innych, które nie są racjonalną refleksją nad sytuacją, nad światem, ale stają się oskarżeniem tak silnym, że skłaniającym wyłącznie do ataku.

Wygląda to trochę tak, że gdy nie podoba mi się, co mówi mój znajomy czy sąsiad czy przeciwnik polityczny, to jego słowa nie są ważne, bo widzę go jako łobuza i wykluczam ze wspólnoty, z „mojej” wspólnoty.

Taki język uniemożliwia jakąkolwiek dyskusję, bo emocje odgrywają wyłącznie negatywną rolę, wypowiadane słowa służą właściwie wyłącznie do zademonstrowania nienawiści, zaprezentowania pogardy i odrzucenia innego. Tak jak w przypadku prezydenta Adamowicza, został on zredukowany do bycia „przedstawicielem PO” w umyśle zabójcy. To, kim jest i jaki jest konkretny człowiek, w ogóle nie jest ważne. Jest zredukowany do znaku wrogiego obozu.

Pytanie, które zadają sobie wszyscy: czy nastąpi otrzeźwienie?
Wątpię, bo cóż miałoby to znaczyć? Jeżeli miałoby nastąpić tzw. otrzeźwienie, to najpierw trzeba by wziąć odpowiedzialność za to, co się do tej pory robiło, przyznać, że to było coś złego, stworzyć możliwość dialogu. Przedstawiciele władzy, w większości, zachowali się porządnie po tym straszliwym czynie, ale nie wszyscy. Wątpię, żeby można było mówić o jakiejkolwiek odmianie dopóty, dopóki ktoś z władz PiS-u nie powie, że przeprasza za panią Pawłowicz i zabroni jej zabierania publicznie głosu. Jeżeli tak się nie stanie, to wszystkie deklaracje, że należy porzucić język nienawiści, są puste.

Za to mogą się poczuć odpowiedzialni obywatele i powiedzieć tym politykom, którzy będą w dalszym ciągu używali takiego języka, że was nie chcemy, nawet jeśli uważamy, że macie sensowne rzeczy do powiedzenia. Lecz posługujecie się językiem, którego nie akceptujemy. Obywatele mają zawsze decydujący głos.

Prezydent podjął w ostatni poniedziałek próbę takiego quasi-zjednoczenia, zaprosił do Pałacu przedstawicieli wszystkich środowisk politycznych. Ale nie po to, aby porozmawiać o języku nienawiści, a ustalić marsz w Gdańsku. Potem z tego jednak zrezygnował. Jak pan ocenia inicjatywę prezydenta, czy ma do tego moralny mandat?
Wątpię, bo sam przyczynia się do tego języka. Prezydent, który łamie od początku swoich rządów Konstytucję RP, a więc podstawę demokratycznej wspólnoty, gdyby teraz chciał uczestniczyć w jakimś wspólnym marszu przeciwko przemocy, to byłoby to całkowicie niewiarygodne i Bogu dzięki, ze z zrezygnował z tego pomysłu.

Czy widzi pan osobę, a może instytucję, która mogłaby być taka platformą pojednania? Może Kościół?
Proszę pani, bez Kościoła trudno sobie wyobrazić to, co się wydarzyło Polakom w 1989 roku. Bez Kościoła i wysiłków biskupów trudno sobie wyobrazić rozmowy w Magdalence, które przyniosły później Okrągły Stół.

Rola Kościoła jest nie do przecenienia w powstaniu wolnej i demokratycznej Polski. Wtedy Kościół był niezależnym autorytetem. Dziś Kościół jest w zasadzie po jednej stronie, jest orędownikiem, zwolennikiem i sojusznikiem rządzącej partii, która język nienawiści wprowadza.

Być może poszczególni biskupi, pewni ludzie z kościoła – warto tu przypomnieć wypowiedź z arcybiskupa Gądeckiego – wciąż chcą zachować niezależność i być ponad podziałami politycznymi Kościoła jako instytucji. Ale naprawdę poruszająca i wzruszająca wypowiedź arcybiskupa, który niejako apelował do Jurka Owsiaka, żeby nie rezygnował ze swojego dzieła, nie była apelem, z którym zgodziłaby się większość polskich biskupów. Taka wypowiedź to przykład wypowiedzi, które mogą budować autorytet Kościoła. Lecz generalnie jest to wyjątek, o czym wszyscy doskonale wiemy.

Spójrzmy na to trochę szerzej.

Ludzie wyrażają się językiem, którym wypowiadają się ci, z którymi się identyfikują. Mówią językiem mediów, które czytają lub słuchają, językiem ludzi, którzy są dla nich ważni. Jeżeli odwołalibyśmy się do innego języka, to być może ta przepaść, która wydaje się dziś taka olbrzymia, zmniejszyłaby się.

Może warto odwołać się tu do wartości podstawowych, ludzkich. Może wtedy okaże się, że możemy się jakoś dogadać ponad politykami, a na pewno ponad językiem nienawiści, narzuconym dyskursowi publicznemu. Gdy śledziłem wyniki badań CBOS-u przy okazji niszczących demokrację decyzji, to większość odpowiadających na pytania ankiet była przeciwna tym zmianom. Niestety, to nie przekładało się później na deklaracje wyborcze, zresztą z wielu różnych powodów. Warto poszukać jednak takiego języka, który ominie gotowość do wyzwisk, a da możliwość rozmowy. Pamiętajmy, że o poglądy można się spierać i dyskutować, tylko innym językiem, bez nienawiści, bez moralnej degradacji tych, z którymi się nie zgadzamy.

PiS swoim językiem wykluczył wielu z dyskursu. To, że mówiło się o Donaldzie Tusku jako zdrajcy, słynne przezwisko dla prezydenta Komorowskiego – „Komoruski”, to jest coś, co wyklucza. Jak można rozmawiać z kimś, kto tak o nas i do nas mówi?

A z drugiej strony, skoro to są zdrajcy, to nie można ich traktować jako partnerów do czegokolwiek. Ten język zburzył podstawę demokracji, gdzie właśnie trzeba rozmawiać z przeciwnikiem, bo są pewne wspólne ramy, wartości, które wyznajemy. To jest najważniejsza kwestia, którą zburzył PiS, sprawił, że staliśmy się wrogami.

Na koniec bardzo pragmatyczne pytanie, czy PiS zanotuje spadek poparcia w najbliższych sondażach?
Skutki społeczne tego, co się stało, będą bardzo złożone, różnorodne, ale sądzę, że nie będą sprzyjały PiS-owi.

Od 2015 roku mamy obowiązek czuć się bezpiecznie, bo oto przyszedł szeryf, młot na przestępców, który wypala rozżarzonym żelazem wszelkie przejawy bezprawia

Żyjemy w kraju, gdzie każdemu ważnemu wydarzeniu towarzyszyć muszą brednie. Im ważniejsze wydarzenie tym są liczniejsze i dorodniejsze . Polskie brednie, to nie jakieś tam byle głupstwa, obecne przecież w życiu publicznym każdego kraju. Nasze bzdury osiągają taki format, którego światowe media pominąć nie mogą. Rodzime idiotyzmy są najwyższego sortu i nierzadko posiadają oficjalny państwowy certyfikat – że wspomnę chociażby o idiotycznych teoriach rzekomego zamachu smoleńskiego.

Między żałobną grobową ciszą, a dokuczliwym hałasem medialnym jest ogromna przestrzeń, w której kłębią się spiskowe teorie psycholi, opinie poszukiwaczy źródeł politycznej zbrodni oraz trubadurzy zgody narodowej. Do głosu dochodzą również uduchowieni bojownicy o jedynie słuszne przekonania. Słychać też głosicieli fejkniusów w obronie własnego tyłka. Takich jak wiceminister odpowiedzialny za więziennictwo, obwiniany o zlekceważenie sygnałów w sprawie zbrodniczych planów zabójcy prezydenta Adamowicza. Patryk Jaki puścił w świat fake newsa autorstwa swojego szefa, że winnym morderstwa jest tolerancyjny i beztroski sędzia, który skazał bandytę na niższą karę niż powinien. Czyli należy rozumieć, że gdyby morderca dostał kilka lat więcej, to nie zabiłby prezydenta Gdańska teraz, tylko dopiero po zakończeniu kary, a może nawet zamordowałby jakiegoś innego prezydenta. Minister Jaki, jak to on, najpierw powiedział, potem pomyślał, a wcześniej nie sprawdził, że sędzia, przysolił bandycie nawet wyższą karę, niż żądał prokurator.

Czytam, że Jarosław Kaczyński był zaskoczony bandycką napaścią na Pawła Adamowicza i że wyklucza jakikolwiek wpływ rządowej polityki i partyjnej propagandy na poczynania mordercy. Czytam to i zastanawiam się, dlaczego wojna polsko-polska rozpoczęta przez prezesa podziałem społeczeństwa na sort patriotyczny i lewacki pomiot, zbiegła się w czasie z ustanowieniem ochrony dla Kaczyńskiego. Musiał wiedzieć czym grozi realizacja jego planu skłócenia Polaków i podzielenia ich na walczące plemiona.

Opinia Kaczyńskiego o „samoistnej” agresji szurniętego bandziora nie jest odosobniona. Leszek Miller w RMF FM wyjaśnił: ,,To jest pospolity bandyta i przypisywanie mu jakiś intencji politycznych jest błędem, a co więcej – wychodzi naprzeciw jego oczekiwaniom (…) takich szaleńców nie brakuje w Polsce”.  Czy człowiek niespełna rozumu nie może mieć intencji politycznych?  Trudno o większą bzdurę.  Przykład pierwszy z brzegu: na portalu gazetawarszawska.com czytam główny artykuł niejakiego Krzysztofa Cierpisza, sygnowany na wstępie Laudetur Jesus Christus, a zakończony: in Christo. A w środku – „poważne poszlaki” wskazujące, że zamachu na Adamowicza dokonał Izrael, dyscyplinując tym samym polskie władze w związku z naszym udziałem w organizowaniu konferencji w sprawie sytuacji na Bliskim Wschodzie. Zaraz potem autor skleja Pawła Adamowicza z Jurkiem Owsiakiem informując, że „WOŚP to impreza złodziei dla idiotów”, konkludując: „dobrze się stało, że (…) nasz napastnik trafił w Adamowicza, a nie jakiegoś bezdomnego emeryta, który śpi na ulicy, gdyż jego mieszkanie Adamowicz szykuje dla uchodźców”.

Pal sześć durne,  jadowite, antysemickie i faszyzujące media, których nie czepiają się prokuratorzy, zajęci ściganiem groźnych przestępców wieszających dziecięce buciki na ogrodzeniach kościołów. Podobne bzdury znaleźć można bez trudu w wypowiedziach polityków i ich politycznych przyjaciół. Na profilu senatora Bonkowskiego poczytać można wywody, że zabójstwo Pawła Adamowicza jest częścią planu Tuska obalenia rządu PiS, że jest to międzynarodowy spisek w odwecie za niepodporządkowanie się Brukseli i że chodzi tu o zwyczajne porachunki mafijne, bo poszło o kasę. To wszystko naraz. Senator podsumowuje dyskusję wpisem: „Więcej gloryfikacji piewców genderyzmu i ruchów LGBT, a ta współczesna gangrena wjedzie do Polski”.

Internet aż kipi od stricte politycznych „przemyśleń” ludzi ewidentnie chorych i niezrównoważonych. Ale załóżmy nawet, że Stefan W., cierpiąc na schizofrenię paranoidalną, trafił do więzienia z umysłem nieskażonym żadną indoktrynacją, a jedynie z poczuciem krzywdzącej niesprawiedliwości, bo napadając na banki miał tylko atrapę broni. W więzieniu Stefan W. miał jednak dostęp do gazet i telewizji. Jakie tytuły i jakie stacje TV preferowane są w zakładach karnych, zarządzanych przez Patryka Jakiego? Jakie informacje z prorządowych gazet, z radia i TVP Info, docierają do osadzonych? Jakie emocje wywołują wiadomości, że skorumpowani sędziowie zakopują złoto w ogródkach, że bez łapówki nie ma co liczyć na sprawiedliwość, a za wszelkie zło odpowiada opozycja, która przeszkadza zrobić porządek? Co sądzą odbiorcy o Pawle Adamowiczu, według rządowych mediów przyjacielu terrorystów umoczonym w finansowe przekręty i jaki mają stosunek do podejrzanego Jerzego Owsiaka ze swoją fałszującą orkiestrą? Ktoś mi powie, że akurat schizofrenicy nurzani w takim szambie są nieprzemakalni i odporni na brudną indoktrynację?

Trudno zliczyć polityków, nie tylko z frakcji rządzącej, którzy głoszą nieco inną odmianę tej bzdury – że nie ma żadnego związku między rosnącą falą nienawiści, a morderstwem prezydenta Gdańska.

Od lat rozmaici śmieciarze na państwowych posadach atakują nas emocjami z wysypiska złych instynktów i śmietnika ludzkich uczuć. Kłamią w żywe oczy, szczują, tolerują przemoc, relatywizują nacjonalizm, próbują wprowadzić do kodeksu pojęcie groźby niekaralnej, a milczący protest przeciw paradom faszyzujących nacjonalistów czynią poważniejszym przestępstwem, niż groźby wieszania polityków.  I ktoś chce mnie przekonać, że nie ma to wpływu na ludzkie poczynania… Atmosfera podsycanego konfliktu między nienawidzącymi się klanami – klimat w którym Jarosław Kaczyński czuje się jak ryba w wodzie – musi wywoływać krańcowe reakcje nie tylko ludzi psychicznie niezrównoważonych. Jeśli świat wokół ciebie kipi nienawiścią, to w końcu sam wykipisz. W klimacie nagonki i szczucia całkiem zdrowy człowiek ma prawo nie wytrzymać ciśnienia i pęknąć. Nienawistny świat potrafi doprowadzić Zwykłego Szarego Człowieka do zamachu nawet na własne życie.

Od 2015 roku mamy obowiązek czuć się bezpiecznie, bo oto przyszedł szeryf, młot na przestępców, który wypala rozżarzonym żelazem wszelkie przejawy bezprawia. Od 2015 roku ponaddwukrotnie wzrosła liczba przestępstw z użyciem przemocy fizycznej. Mimo wysiłków organów ścigania by lekceważyć sygnały o atakach na „innych” i „obcych”, rośnie też liczba przestępstw z nienawiści. W ciągu minionego roku zarejestrowano ich ponad 2 tysiące, ale – jak wykazały badania – zgłaszanych jest zaledwie 5% ataków. Przyczyna jest oczywista: brak zaufania, brak wiary, brak nadziei. W tej atmosferze dziwnie zabrzmiał apel Andrzeja Dudy, by wszyscy sporządzili rachunek sumienia. O swoim rachunku pan prezydent nie wspomniał. Może nikt mu jeszcze nie powiedział, że rachunki trzeba płacić.

Waldemar Mystkowski pisze o pustosłowiu Morawieckiego.

Mateusz Morawiecki w Wierzchosławicach zaapelował do naiwności, Lecz nie do naiwności własnej, ani polityków partii z której pochodzi, ale do naiwności polityków innych opcji politycznej. Przede wszystkim zaapelował do naiwności Polaków.

Zaapelował o „narodowe pojednanie i zgodę”, a adresatami uczynił „wszystkich polityków, liderów opinii, ludzi mediów, ludzi kultury„.

Piszę, że Morawiecki zaapelował do naiwności, bo nie usłyszałem (nie wyczytałem), aby tak naprawdę chciał „pojednania i zgody”. Wszelkie pojednanie, zgodę, zaczyna się od siebie, to jest prosty mechanizm psychoanalizy.

Chcę się pojednać, to mówię: „chcę się pojednać, wina leży też po mojej stronie”. A tego niestety nie powiedział Morawiecki. Więc mamy do czynienia z retoryką polityczną, w której mówi o pojednaniu, a tak naprawdę ględzi, bo to wydaje się dla jego partii w tych okolicznościach najlepsze. Podkreślam: Morawieckiemu nie chodzi o pojednanie, tylko mówienie o tym.

Przesypanie słów z jednej kupki na drugą. Z tego wynika, że w Morawieckiego słowach, nawet Salomon nie dopatrzyłby się apelu o dobro (że porzekadło o królu Izraela). Morawiecki jest kiepskim retorem, więc wodolejstwo popłynęło z jego ust szeroką strugą, takie oto michałki mogliśmy usłyszeć (wyczytać): „Stało się wielkie zło,  ale spróbujmy przekuć je w dobro”. Jak można przekuć tombak w złoto? Przekuć można dobro w dobro. Albo ze zła można wyciągnąć wnioski.  Ale trzeba użyć takich mniej więcej formułek retorycznych: „zapewniam, że od tej pory będziemy dążyć do dobra”. My, a nie oni.

Lecz tego nie powiedział Morawiecki. Nie powiedział, jak z mediów publicznych zrobiono szczujnię, TVP nawet nie zatrzymała się w oczernianiu opozycji, manipulowaniu w dniach żałoby i pogrzebu Pawła Adamowicza.

Przekuć w dobro – chciałoby się zwrócić do kulejącego retorycznie Morawieckiego – można zapowiedź, iż władza będzie przestrzegać Konstytucji, praworządności, standardów demokratycznych. A z tym ma kłopot, bo zakłamanie, manipulacja, szczucie doprowadziły do sytuacji, że gniją fundamenty naszego państwa. I nie jest to do powstrzymania, będzie tylko gorzej, gdy premier Morawiecki będzie używał takiej retoryki wodolejstwa jak w Wierzchosławicach.

Wspólnota jest mitem, znając polską historię tak można określić, ale w tym micie nie musi być wrogości. Tego nie usłyszałem (wyczytałem) od Morawieckiego. Nie mogłem usłyszeć, bo Morawiecki nie stanął na fundamentach prawdy, ale na zgniłym podłożu.

Tylko w stanie amoralności można napisać jak rzecznik PiS Beata Mazurek na Twitterze: „W obliczu ludzkiej tragedii, PIS zachował się jak trzeba„. I tyle warte jest wodolejstwo Morawieckiego.

Opozycja za żadną cenę nie może się dzielić, bo PiS sięgnie po raz drugi po władzę i ostatecznie po dyktaturę

8 Sty

– Potencjalny elektorat PiS to mniej więcej połowa wyborców! – podkreśla Marcin Duma, szef IBRiS, komentując najnowszy sondaż przygotowany na zlecenie „Rzeczpospolitej”. 48 procent badanych deklaruje, że jest (albo wielka, albo tylko „pewna”) szansa, by zagłosowali na obecnie rządzące ugrupowanie – czytamy w portalu dziennika. Badanie pokazuje, że głównymi priorytetami dla tej części społeczeństwa są reforma sądownictwa oraz polityka socjalna.

Owe 48 proc. wyborców rozważających głosowanie na PiS jest dość podzielone na dwie grupy, z których jedna jest absolutnie zdecydowana (27 proc.), a druga tylko to rozważa (21 proc.). Z kolei grupa, która nie bierze tego pod uwagę (50 proc.), jest złożona niemal wyłącznie ze zdecydowanych przeciwników głosowania na PiS (48 proc.). Tylko 2 proc. nie wie, kogo wybierze. Wśród nich najbardziej konsekwentni są wyborcy SLD – 100 proc. elektoratu uważa, że „zdecydowanie nie ma szans, by zagłosowali na PiS”. Wśród sympatyków PO na PiS nie zamierza głosować 97 proc. respondentów.

Po jakich wyborców może zatem sięgnąć PiS? Najbogatsze zaplecze występuje w Ruchu Kukiz’15 – aż 75 proc. wyborców tej organizacji przyznaje, że jest szansa, by zagłosowali na PiS. Na drugim miejscu plasuje się Polskie Stronnictwo Ludowe. Wprawdzie 54 proc. wyborców tej partii twierdzi, że nie oddałoby swojego głosu na PiS, to jednak 38 proc. tego nie wyklucza. – Wyniki wyborów samorządowych nie były przypadkiem – komentuje prof. Rafał Chwedoruk, politolog z UW. – Najważniejsze słowa polityczne w tym roku to będzie „mobilizacja” swojego elektoratu i „demobilizacja” wyborców przeciwnika – dodaje. – W polityce, kiedy elektorat jest niejednorodny, najlepszą metodą jest walka ze wspólnym wrogiem/ PiS będzie więc dążyło do przypomnienia, kto nim jest – zaznacza. W którą stronę pójdzie partia rządząca? – Na prawo nic nie ma i raczej nie powstanie. PiS jest skazane więc na drogę do centrum, a centrum stanowią elektoraty PSL i Kukiza. Są niezbyt liczne, więc boisko polityczne jest małe – uzupełnia politolog.

Sondaż IBRiS daje też wskazówki co do linii, którą powinna przyjąć partia Jarosława Kaczyńskiego, jeśli chce pozyskać wahających się wyborców. Na pytanie, czy rząd powinien zająć się dokończeniem reformy sądownictwa pomimo oporu środowiska sędziowskiego i uwag Unii Europejskiej, aż 84 proc. żelaznych wyborców odpowiada: tak. Wśród potencjalnych głosujących – 77 proc. Różnica jest więc niewielka. Jednak odpowiedzi na pytanie „Czy ważniejsza od reform w Polsce jest nasza reputacja w UE?” ujawniają bardziej proeuropejskie poglądy wahających się. Na pytanie „Czy rząd powinien za wszelką cenę zamknąć spór z Komisją Europejską” twierdząco odpowiada 46 proc. wyborców zdeklarowanych i 54 proc. wahających się.

Obie kategorie są też wyraźnie znużone propagandą, serwowaną przez TVP. „Powinna [ona] złagodzić dotychczasową linię programową w programach informacyjnych i publicystyce” według odpowiednio: 32 i 40 proc. potencjalnych wyborców PiS. Poza tym 43 proc. zdecydowanych uważa, że rząd powinien się skupić na administrowaniu krajem i odłożyć na kolejny rok wielkie reformy, a 49 proc., że nie. U potencjalnych 42 proc. chciałoby reformy odłożyć, a 48 proc. – nie. Wciąż bardzo duże jest oczekiwanie na kolejne projekty socjalne. Na pytanie, czy „oczekuję od państwa dalszego rozwoju polityki socjalnej – nowego 500+” twierdząco odpowiadało 60 proc. zdeklarowanych wyborców PiS i 57 proc. wahających się. Odpowiednio 80 i 81 proc. uważa, że państwo powinno bardziej pomagać przedsiębiorcom.

Z sondażowych wskazań wynika zatem, że elektorat PiS chce z jednej strony dokończenia reform, ale także pogodzenia się z Brukselą i zakończenia sporu – analizuje Marcin Duma. Jego zdaniem wyborca PiS bardziej chce wsparcia dla gospodarki niż transferów socjalnych – czytamy w portalu.

O tym, kto zostanie kandydatem opozycji na stanowisko premiera, przekonamy się  po majowych  euro wyborach – spekuluje Gazeta Wyborcza – sprowokowana  krążącym w po tej stronie sceny politycznej pomysłem, by został nim prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. Chociaż na razie jest nim lider PO Grzegorz Schetyna, to – jak podkreśla dziennik – Kosiniak Kamysz ma lepsze notowania w rankingach zaufania. Z grudniowego sondażu CBOS wynika, że w przeciwieństwie do lidera Platformy Obywatelskiej jest najpopularniejszym politykiem opozycji i w ogóle jest coraz bardziej popularny na „froncie antypisowskim”.

Na wyborcach zrobił bardzo dobre wrażenie podczas kampanii samorządowej, zaliczając wiele dobrych przemówień politycznych. Udało mu się dzięki temu uratować pozycję PSL, które mimo frontalnego ataku PiSu na wsi,  nie tylko nie  poddało się ale – mimo wcześniejszych podejrzeń – żaden radny sejmiku z PSL nie przeszedł na stronę PiS-u.

Na dodatek, zwolennicy koncepcji „Kosiniak Kamysz – na premiera” przypominają fortel partii rządzącej z poprzednich wyborów, kiedy to Kaczyński ze spadającym zaufaniem wyborców  wysunął Beatę Szydło, która stała się jak Duda symbolem nowego otwarcia.

Teraz, GW dopuszcza dwie wersje nadchodzących wydarzeń. Sugeruje, że politycy opozycji zakładają, iż właśnie z takich pobudek koncepcję z Kosiniakiem jako kandydatem na premiera całej opozycji wspiera sam Donald Tusk. Pisze, że nawet sam o tym z prezesem PSL rozmawiał. Druga koncepcja jednak głosi, że Tusk wspiera Schetynę i uważa pomysł z Kosiniakiem za nierealny.

Wszystko to jednak spekulacje. Jeden z polityków spoza Platformy Obywatelskiej uznał je w rozmowie z GW wyłącznie za sygnał wysłany do Schetyny, by nie czuł się zbyt pewny swojej pozycji.

„Cezar” z Nowogrodzkiej zagiął parol na Glapińskiego.

Politycy PiS mają cudowne właściwości, generują afery. Czego się nie dotkną, pączkują im szwindle, rozmnażają się. I bynajmniej nie chodzi o króliki, ten atrybut propagandowy odszedł wraz z byłym ministrem zdrowia Konstantym Radziwiłłem.

Afera Komisji Nadzoru Finansowego, po której pupilek Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego, Marek Chrzanowski siedzi za kratami, została trochę zapomniana, ale wygenerowała aferę SKOK Wołomin i najnowszy hit aferalny – uposażenie dwórek Glapińskiego.

Nikt nie zna właściwości fachowych owych blondynek, z których jedna zarabia przynajmniej 75 tysięcy zł miesięcznie. Lecz do tego nie potrzeba głębszej znajomości psychoanalizy Freuda, aby wiedzieć, że chodzi o aspekt obyczajowy i to bardzo konkretny, a nie wykoncypowany. Nie potrzeba do tego żadnej kozetki.

Na przesłuchanie prokuratorskie Glapińskiego do Katowic zasuwała razem z nim „dwórka” Martyna Wojciechowska, faworytka – jak się ją też nazywa, wszak faworytką Ludwika XV była pani de Pompadour. I to jest właściwy kierunek. W ogóle pisowscy prezesi spółek skarbu państwa wysoko uposażają swoje faworytki.

Ktoś dowcipnie zauważył, że o wysokości pensji faworytek prezesów nie powinien decydować prezes spółki, ale jego żona. I nie byłoby takich skandali, choć można byłoby faworytki krzyżować – jeden prezes pisowski do drugiego pisowskiego mógłby zwrócić się o pomoc, ty zatrudnisz moja blondynkę, a ja twoją. I trudniej byłoby złapać takiego Glapińskiego na faworyzowaniu swojej blondynki, acz w życiu doczesnym zawsze chodzi o trzy rzeczy: władzę, szmal i seks.

Na Glapińskiego pisowski Cezar wydał już wyrok – kciuk w dół: gleba. Teatrum reżyserowane z Nowogrodzkiej odbywa się na naszych oczach. Najpierw Jan Maria Jackowski, bogobojny senator PiS zapytał zatroskany, czy jedna ze współpracowniczek (nie ma takiego terminu w umowie o pracę, to termin raczej obyczajowy) zarabia 65 tys. zł i czy posiada aż takie wysokie kwalifikacje?

Wojciechowska jako dyrektor od komunikacji i marketingu musiałaby mieć kwalifikacje co najmniej Szekspira i Dostojewskiego i to pod warunkiem, że pracuje w spółce prywatnej, a nie w narodowym banku, gdzie obowiązuje tzw. ustawa kominowa.

Kciuk w dół Cezara z Nowogrodzkiej potwierdził inny świętoszek z pisowskiej parafii Jarosław Gowin. O blondynkach Glapińskiego powiedział: – „Jeżeli się potwierdzi, byłoby to bulwersujące”, a zarobki nazwał szokującymi. Pamiętajmy, iż to on twierdził, że uposażenie w poprzednim rządzie nie starczało mu do pierwszego.

Prezes się boi reakcji suwerena na wieść o wysokości zarobków faworytek, dlatego gdy ujrzał światło dzienne ten szwindel, odbywa się ten tani spektakl. „Cezar” z Nowogrodzkiej mógł zapytać o wszystko Glapińskiego na partyjnym opłatku. Kciuk jednak poszedł w dół. Ale… jak to w PiS, nie wiadomo do samego końca, kto pójdzie na odstrzał. Chyba że znowu się zaprą i największy obecnie kłamca po prezesie Kaczyńskim Mateusz Morawiecki coś wymyśli i rzeknie, że to wina Tuska i Platformy.