Tag Archives: Bartłomiej Sienkiewicz

PiS trzeba pokonać bezwględną większością, bo oni są zdolni dookoptować do władzy faszystowską prawicę

19 Maj

Od dziewięciu lat partia rządząca wykorzystuje katastrofę w Smoleńsku, grając na emocjach wyborców. Miesięcznice, komisje, symulacje lotu, dochodzenie prawdy, to stały element polityki PiS. Jednak jak się przekonujemy, to tylko fasada, za którą zwyczajnie nic nie ma.

Okazuje się bowiem, że ostatnim przedstawicielem rządu, który był na miejscu katastrofy jest nikt inny, jak znienawidzony przez partię rządzącą – Donald Tusk.

Było to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., czyli w dniu tragedii. Od tamtej pory nikt wyżej postawiony nie kwapił się do tego, by w Smoleńsku oddać honor ofiarom.” Te dość bulwersujące informacje zostały pozyskane przez posła PO, Krzysztofa Brejzę, który wystosował pytanie o obecność przedstawicieli polskiego rządu w Smoleńsku w rocznice katastrofy.

Odpowiedź szokuje, bo nikt z przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy nie oddał hołdu ofiarom w ciągu czterech minionych lat. „W tym roku jedynym oficjalnym przedstawicielem Polski w Smoleńsku, w rocznicę tragedii, był ambasador RP w Moskwie – Włodzimierz Marciniak. Ostatnią wizytą najwyższego szczebla polskiego polityka była wizyta p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego, który uczestniczył w Moskwie w maju 2010 r. w obchodach 65. rocznicy zakończenia wojny.”

Politycy, dziennikarze i internauci zareagowali na wczorajsze wydarzenia w Busku-Zdroju. Prawicowy działacz zaatakował policjantów nożem.

Jarosław Kurski (zastępca redaktora naczelnego Gazety Wyborczej) na temat afer pedofilskich w strukturach Kościoła katolickiego.

Prezes Jarosław Kaczyński, nie mając dość głosów, by rządzić samodzielnie, gotów jest zaprosić do władzy skrajną prawicę narodową.

Kampania partii rządzącej sprawia wrażenie desperackiego i rozpaczliwego miotania się w poszukiwaniu tematu, który pomógłby jej odzyskać władzę nad wyobraźnią i emocjami milionów wyborców. Nic nie działa – ani dawno już porzucona i zapomniana „piątka Kaczyńskiego”, ani „seksualizacja dzieci”, ani obrona przed wyimaginowanymi hordami muzułmanów. PiS kolejno sięgał po te demagogiczne hasła, a po chwili – widząc, że nie działają – porzucał je i próbował innych. A potem wracał do tych samych – bo wprawdzie poprzednio nie działały, ale a nuż okaże się, że tym razem zadziałają. Pewnie dlatego pan prezes na spotkaniu w Łodzi dopytywał się ostatnio: „Czy chcecie państwo, żeby w Polsce były strefy, gdzie rządzi szariat?”. Uczestnicy spotkania, owszem, zgodnie z oczekiwaniami udzielili odpowiedzi przeczącej, ale cała reszta obywateli Polski ziewała z nudów.

PiS kąsany z obu stron

To chaotyczne miotanie się po części wynika z faktu, że PiS został wzięty w dwa ognie i nie bardzo może się zdecydować, które wyzwanie jest poważniejsze. Z którym przeciwnikiem ma walczyć przede wszystkim – z opozycją liberalną i lewicową reprezentowaną przez Koalicję Europejską i Wiosnę Biedronia czy z kąsającą go w prawą łydkę Konfederacją?

Gdyby PiS chciał zneutralizować lub nawet pozyskać jakąś część elektoratu umiarkowanej prawicy i centrum, powinien się odciąć od nacjonalistyczno-prawicowych skrajności, wyciszyć agresywną propagandę w TVP, pozbywając się Jacka Kurskiego, wycofać się z absurdalnych represji w rodzaju ścigania kobiet rozklejających wizerunki tęczowej Madonny (zwłaszcza, że z góry wiadomo, że sąd je uniewinni), pohamować zapał Ziobry niszczącego niezależne sądy. Słowem – powinien zrobić to wszystko, czego nie robi, bo próbuje przekonać wyborców skrajnej prawicy, że lepiej postawić nie na Konfederację, lecz na PiS właśnie.

Skutek łatwo przewidzieć – nacjonalistyczna Konfederacja i tak zapewne przekroczy próg wyborczy (a nawet jeśli nie przekroczy, to podbierze PiS-owi całkiem sporo głosów), zaś radykalizm partii rządzącej tylko podniesie poziom mobilizacji elektoratu liberalnego i centrowego. W efekcie wzięty w dwa ognie PiS dostanie łomot z dwóch stron.

Możliwy sojusz z nacjonalistycznymi radykałami

Politycy obozu władzy chyba wiedzą, że w jesiennych wyborach nie powtórzą wyniku sprzed czterech lat – zdają sobie sprawę, że o samodzielnych rządach nie mają co marzyć. Dlatego już teraz zaczynają mówić o możliwych wspólnych rządach prawicy. Odpowiadając Korwin-Mikkemu, który mówił o możliwej koalicji Konfederacji z PiS-em, poseł partii rządzącej Marek Ast stwierdził jednoznacznie: „Jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikke jest możliwa koalicja”.

Nie wiemy oczywiście na 100 procent, czy wypowiadając na łamach „Super Expressu” tę opinię Ast wyrażał swój prywatny pogląd, czy stanowisko uzgodnione z władzami partii. Znając jednak obyczaje panujące na dworze Jarosława Kaczyńskiego, możemy założyć, że żaden z dworzan raczej nie ośmieliłby powiedzieć czegoś takiego na własną rękę. A więc plan wspólnych rządów prawicy pisowskiej i skrajnej prawicy nacjonalistycznej jest w kuluarach władzy poważnie rozważany jako dopuszczalny scenariusz po jesiennych wyborach.

To powinien być dzwonek alarmowy dla wszystkich środowisk demokratycznych od lewa do prawa. Plan pokonania PiS-u w wyborach parlamentarnych już nie wystarcza. Wprawdzie ten cel wydaje się dziś możliwy do osiągnięcia, ale za horyzontem czai się kolejne niebezpieczeństwo: groźba wspólnych rządów PiS-u i prawicy nacjonalistycznej, częściowo wręcz faszyzującej. Opętany manią wielkości Jarosław Kaczyński, by utrzymać się na tronie, gotów jest zaprosić do władzy Konfederację, w której roi się od wrogów państwa prawa i miłośników strzelnic w rodzaju Grzegorza Brauna.

Celem na jesień powinno być więc pokonanie całego tego obozu i niedopuszczenie go do władzy.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Reklamy

Klechy wychowują polski Ciemnogród, łożymy na to ogromny szmal. Jesteśmy g… warci, fundnęliśmy sobie piekiełko

22 Kwi

Poseł Marek Sowa zapytał Ministerstwo Edukacji Narodowej, ilu katechetów państwo zatrudnia w placówkach publicznych.

MEN odpowiedziało na zapytanie posła Sowy ws. zatrudniania nauczycieli religii w szkołach i  przedszkolach. 

Mieszkańcy Pruchnika (woj. podkarpacki) zorganizowali w Wielki Piątek sąd nad Judaszem.

Kukła Żyda została w pierwszej kolejności powieszona na latarni. Następnie ciągnięto ją po ziemi, okładano kijami, podpalono i wrzucono do rzeki. 

Mateusz Morawiecki w minionym tygodniu udał się z dwudniową wizytą do Stanów Zjednoczonych. W czasie rozmowy z amerykańskimi mediami kolejny raz zaatakował polskich sędziów.

Filozof prof. Jan Hartman zareagował na niedzielne wystąpienie metropolity gdańskiego abp Leszka Sławoja Głódzia w bazylice w Gdańsku-Oliwie.

Polskie władze odniosły się do zamachów terrorystycznych na Sri Lance. Na słowa premiera Matusza Morawieckiego zareagowała Joanna Senyszyn (SLD).

Moralność PiS sięga fajfusa Kuchcińskiego

5 Kwi

Jeszcze wczoraj z mównicy sejmowej zastępca ministra koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik mówił wprost: – Moja ocena (sprawy tuszowania afery obyczajowej przez kierownictwo CBA – red.) jest taka, że nigdy nie było żadnego nagrania, zostało ono wymyślone przez Wojciecha J. na użytek tego, żeby nie odejść ze służby, w sposób perfidny, kłamliwy i paskudny. Nie minęły nawet 24 godziny od tego wystąpienia, a Sylwester Ruszkiewicz z Wirtualnej Polski przedstawia nowe, przełomowe informacje w tej sprawie.

Dotarł on bowiem do jednego z oficerów polskich służb, który zna kulisy procederu nagrywania polityków, samorządowców i biznesmenów w podkarpackich “domach uciech”, jaki przez lata kwitł bez żadnych przeszkód. Potwierdził on historię byłego agenta, który dziś jest frontalnie atakowany przez swoich byłych kolegów i przełożonych. Kulisy tej sprawy są jednak wyjątkowo bulwersujące. Okazuje się bowiem, że CBA było świadome tego procederu i Wojciech Janik nie trafił na ten temat przypadkowo tylko zostało mu on wskazane właśnie przez szefa tej służby Ernesta Bejdę jako zadanie specjalne. Po to, by mógł je wykonywać bez przeszkód, Bejda przyznał też Wojciechowi Janikowi bardzo obszerne uprawnienia, o czym przypomniał dziś po raz kolejny Mariusz Gierszewski z Radia Zet.

Bejda miał wiedzieć, że w domach publicznych na Podkarpaciu nagrywani są politycy, ale nie wiedział czy także z Prawa i Sprawiedliwości i właśnie tę kwestię kazał Janikowi sprawdzić. Jak pisze Ruszkiewicz z “WP”, informatorem Wojciecha Janika, a dokładniej Osobowym Źródłem Informacji (OZI) zostaje jeden z funkcjonariuszy służb pracujących na Podkarpaciu. To on udostępnił mu nagranie z prominentnym politykiem PiS. Na nagraniu z 2014 roku miał on uprawiać seks z ukraińską prostytutką. Według zawiadomienia do prokuratury generalnej, które złożyła pełnomocnik Wojciecha J., nagrany miał zostać marszałek Sejmu, a wówczas poseł PiS Marek Kuchciński.

Co więcej, rozmówca reportera Wirtualnej Polski tak opisuje kluczową seks-taśmę: – Nagranie jest dobrej jakości. Prawdopodobnie zostało sporządzone w agencji na tzw. Zameczku pod Rzeszowem. To znany, oddalony kilkadziesiąt kilometrów od miasta zespół pałacowy, z luksusowymi pokojami. Dziewczyna na nagraniu ma blond włosy, mogła nosić perukę z jasnymi włosami. Wygląda co najwyżej na 15 lat. Kamera została sprytnie umieszczona, zamontowana prawdopodobnie w ścianie – na wysokości łóżka. Z takiej perspektywy jest nagranie. Trwa kilkanaście minut – mówi informator. Co więcej, zapowiada on, że na początku przyszłego tygodnia dokument o procederze nagrywania polityków na Podkarpaciu zostanie wyemitowany w jednej ze stacji telewizyjnych, co tylko jeszcze bardziej potwierdzi wersję opisywaną przez Wojciecha Janika, a Centralne Biuro Antykorupcyjne postawi w prawdziwie fatalnym świetle.

Pozostaje pytanie, jak długo jeszcze kierownictwo służb, powiązane dziś z partią rządzącą będzie udawać Greka i odwracać kota ogonem mówiąc, że żadnej afery nie ma. Bo, że ich słowa prawdopodobnie zostaną już wkrótce boleśnie skonfrontowane z prawdą wydaje się już niemal pewne.

„Odwaga staniała, rozum podrożał”. Tak kulturalnie można by określić, cytując Artura Sandauera, zachowanie pseudo dziennikarzy, którzy zaatakowali Adama Michnika, w budynku sądu. Jednak trudno tu o zbytek kultury, bo trudno powstrzymać emocje. Widać to na twitterze:„Obrzydliwe. I takie zera mienią się dziennikarzami…”  „Oni teraz są tam, gdzie kiedyś stało ZOMO…” „Takim jesteśmy narodem, wrednym”, „Brak słów”.

Profesor Marcin Matczak zestawił dwa filmy z Adamem Michnikiem i napisał: „Zestawiam ten film, ukazujący tych podłych ludzi, z innym – w którym młody Adam Michnik wyszarpuje się komunistycznym milicjantom na innym korytarzu. I czuję dwie rzeczy – bezmierny szacunek dla Jego działań i Jego godności, i bezmierną wściekłość, że musi to znowu przeżywać”.

To gorzkie zestawienie wywołało falę komentarzy, wśród których dominują oburzenie, zgorszenie, potępienie i… bezradność.

– „Adam Michnik narażony jest na poniżanie w każdej epoce, jak widać. Zawsze komuś nie w smak jest cudza odwaga. Ja Jego postawę w czasach słusznie minionych będę cenić zawsze, teraz historia pisze się na naszych oczach. Brawo Adam Michnik”.

„Pan Adam to jedna z najważniejszych twarzy naszej wolności i osoba godna najwyższego szacunku! To chichot historii, że takie gnoje mogą się dzisiaj bezkarnie pętać! Pis godnie kontynuuje dzieło komuny, gdyby mogli, bez żadnych skrupułów robili by to samo!”

– „(…) Pis-owska kontrrewolucja próbuje połknąć bohaterów polskiej wolności – Michnika, Kuronia, Wałęsę, Geremka, Mazowieckiego i Bartoszewskiego, zastępując ich gnomami typu Kaczyński, Macierewicz, Gwiazda, Wyszkowski. Nie uda się.”

Filmy skomentował również profesor Wojciech Sadurski: „Straszny filmik. Te zera nie wiedzą, że wolność takiego postępowania zawdzięczają w wielkim stopniu zaszczuwanemu przez nich Michnikowi. Wyrazy wielkiej solidarności z Adamem!”

Zastanawiam się czy to zwykła podłość? Czy deficyt intelektualny?

Jeden z internautów zadał ważne pytanie: „Czy oni to robią dla pieniędzy? Bo (…) jeśli naprawdę tak myślą to ja się pytam, gdzie są szkoły? Gdzie jest edukacja? Skąd bierze się taki debilizm?

Można jeszcze dopytać: kim są ludzie, którzy bez żenady, demonstrują swoją niekompetencję, nieudolność i głupotę? Czy ich tania odwaga jest wynikiem deficytu intelektualnego czy chęci zaistnienia?  Bo gołym okiem widać, że są tak samo anonimowi jak ci milicjanci z PRL.

Szczęśliwie Adam Michnik, dla tych, których pamięć nie zawodzi, albo tych, którzy po prostu znają historię, to „bohater naszych czasów, jeden z nielicznych, który miał odwagę stanąć przeciw komunie i ich okrutnym metodom!” A więc to, co stało się w sądzie „to chichot historii, że w wolnym kraju, doczekaliśmy się godnych kontynuatorów tamtych podłych czasów !!!”

Przykre, że Adam Michnik, narażając zdrowie i życie, walczył między innymi o to, by dziś takie persony mogły go bezkarnie poniżać.

Polexit jest głównym celem polityki zagranicznej PiS

1 Kwi

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali pouczani przez nacjonalistyczne centrale.

Fiaskiem zakończyła się poniedziałkowa rozmowa „ostatniej szansy” przedstawicieli związków nauczycielskich z członkami rządu.

„Do 8 kwietnia mamy tydzień. Tydzień na negocjacje. Jeżeli będziemy obserwowali taką postawę ze strony rządu, to nie pozostaje nam nic innego, niż zamknąć placówki oświatowe i rozpocząć strajk” – zapowiada Sławomir Broniarz.

„Wysłuchaliśmy propozycji premier Beaty Szydło. To powtórzenie tego, co już zanegowaliśmy” – ocenił deklaracje strony rządowej szef ZNP.

Wszystko wskazuje na to, że PiS nie zamierza się uginać przed żądaniami związkowców, a premier Mateusz Morawiecki nie spotka się z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem – pisze Money.pl

W cieniu tych negocjacji pozostaje minister edukacji Anna Zalewska – odpowiedzialna za chaos w szkolnictwie i obecne perturbacje.

Działa dziś na nauczycieli jak przysłowiowa „płachta na byka”, ale – jak mówią dobrze zorientowani – „coś za coś”.

Ponoć we wcześniejszych negocjacjach z Kaczyńskim zgodziła się być twarzą PiSowskiej reformy oświaty w zamian za „biorącą” pozycję listy dolnośląsko-opolskiej do Parlamentu Europejskiego.

Z informacji radia RMF FM wynika, że to taki „element porozumienia” z liderem partii rządzącej.

Zalewska jest dziś „potężnym wizerunkowym obciążeniem” dla PiS – mówią w rozmowie z radiem politycy partii rządzącej. „Jeden z bliskich współpracowników premiera w nieoficjalnej rozmowie powiedział dziennikarzowi RMF FM, że z chęcią – już teraz – pomógłby minister spakować walizki do Brukseli”.

Więcej >>>

Waldemar Mystkowski pisze o przywłaszczaniu przez PiS obchpodów 4 czerwca.

Dlaczego PiS chce przywłaszczyć obchody rocznicy 4 czerwca 1989 roku, pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych? Przecież narracja partii Kaczyńskiego o Okrągłym Stole jest mało pozytywna, a 4 czerwca to pierwszy i najważniejszy owoc kompromisu strony solidarnościowej z komuszą.

Potem przechodziliśmy transformację ustrojową zwaną reformami Balcerowicza, te okazały się wzorem dla innych państw naszego regionu, przede wszystkim są jednym z największych naszych sukcesów cywilizacyjnych w historii. Polska wreszcie stała się pełnoprawnym członkiem Zachodu poprzez przynależność do NATO i Unii Europejskiej.

Obok transformacji ustrojowej zachodziła dłuższa „transformacja” mentalna, którą swego czasu w lapsusie freudystycznym Jarosław Kaczyński wyłożył, jako „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” W tej „transformacji” kłamstwo ma wartość prawdy, byle było głoszone z determinacją Goebbelsa.

4 czerwca ma wpisać w „transformację” mentalną PiS ich wersję historii, nie mającą wiele wspólnego z faktami, ale z kompleksami prezesa. Gdyby to odbywało się na płaszczyźnie osobistej, byłby to kłopot psychiatry z pacjentem, ale pacjent Jarosław Kaczyński funduje swoje kompleksy w polityce i to będąc u władzy.

Jak trafnie ujął taką wersję życia Szekspir, jest to „opowieść idioty pełna wrzasku i wściekłości”. Narracja Kaczyńskiego o współczesności nie trzyma się kupy ani tym bardziej narracja o niedalekiej przeszłości, w której on i jego brat Lech nie odgrywali szczególnie ważnych ról, byli tylko kamerdynerami Lecha Wałęsy. Rola służby boli, stąd mamy u prezesa przypadłości wściekłości i wrzasku o gorszym sorcie, ZOMO, gestapo, kanaliach, zdradzieckich mordach, etc.

Jeżeli 4 czerwca 2019 PiS będzie po wygranych do Parlamentu Europejskiego rozszerzona zostanie „opowieść idioty” o kolejne wściekłe kłamstwa i wrzaskliwe opluwanie prawdy. Lech Wałęsa chciałby częściowo przerwać tę narrację idiotów poprzez pozbawienie „NSZZ Solidarność” możliwości posługiwania się nazwą.

Miejmy nadzieję, że 4 czerwca będziemy świętować dwa zwycięstwa – 4 czerwca 1989 roku Komitetu Obywatelskiego i 26 maja 2019 – Koalicji Europejskiej. Wystarczy wściekłości i wrzasku z opowieści zakompleksiałego prezesa.

Brunatny Kościół, Brexit i pisowskie pacyfikowanie strajku nauczycieli

31 Mar

Krzysztof Pieczyński (Polska Laicka) w swoim najnowszym felietonie na temat Kościoła katolickiego w kontekście krytykowania karty LGBT oraz wspierania polskich neofaszystów. przez instytucję z Watykanu.

„Kościół w imię ewangelizacji mordował i torturował z zimną krwią. Dzisiaj w imię ewangelizacji gwałci, kradnie, kłamie i znów, jak to było w przeszłości, brata się z faszystami. W przeszłości papieże potępiali każdy zryw wolnościowy Polaków bredząc o ewangelii, tak jak to robią dzisiaj. Łamią strajk nauczycieli i protestują przeciwko karcie LGBT, ponieważ jest im odbierana przyjemność wprowadzania dzieci do ich pedofilskiego rzemiosła. Powołują się przy tym na ewangelie.

Wszystkie cierpienia, które przez osiemnaście wieków Kościół Katolicki  zadał ludzkości były i są przedmiotem czerpania z nich przyjemności. Gdyby ludzie kościoła nie czerpali przyjemności z mordów, tortur i gwałtów, to by tego nie robili. Świat jest pełen nienawiści i przemocy z powodu religii. Religie kształtują świat od tysięcy lat i dopóki będą miały wyznawców, ludzkość nie pozna swojej dobrej strony, a każda próba humanizacji zostanie stłumiona. Jeżeli religie różnych maści zaczną ze sobą współpracować to będzie koniec wolności, matrix. To, że się nawzajem tępią walcząc o wpływy, chroni nas przed zamienieniem świata w jeden wielki zakon, w którym ludzie nie mają żadnych praw, giną w tysiącach i są przedmiotem handlu, jak w czasach niewolnictwa. Oficjalnie są wysyłani na pogłębioną ewangelizację i mają wolny wybór zgodny ze swoim sumieniem. Takie brednie głoszą od wieków. To jest jedyna niewolnicza organizacja działającą jawnie. Kościół jest obozem, w którym kobiety, dzieci, młodzi ludzie są przedmiotami seksualnych korzyści dla wyżej stojących w hierarchii. Jak to jest możliwe, żeby niewolnictwo nie było karane? Jak to jest możliwe, żeby taka potworna sekta utrzymywała stosunki dyplomatyczne z rządami wszystkich krajów?

Dlatego tak jest, że ta sekta stworzyła taki świat. Stworzyła go dla siebie. Wystarczy powołać się na ewangelie i wszystko staje się możliwe. Każda zbrodnia, każde łajdactwo i kolaboracja z każdą władzą. Jeśli kk sam ustanawia prawa, wówczas kolaboracja po prostu staje się rządzeniem. Kościół w jakimś stopniu sprzeciwiał się komunie, bo ta nie dawała mu władzy i przywilejów, a tylko o to mu chodziło. Odzyskać wszystko z nawiązką. I odzyskał. Czemu? Bo jesteśmy słabi, głupi, zniewoleni, leniwi. Bo ewangelizacja uczyniła z Polaków naród nietwórczy, zawistny, małostkowy. Potencjał odbicia się od dna wciąż istnieje. Potencjał, by piękni ludzie, szlachetni dawali przykład do naśladowania, a nie zakłamana, pedofilska sekta złodziei uczyła Polaków moralności tylko dlatego, że powołuje się na ewangelie.

Tak jak kiedyś kk został zmuszony przez postępową ludzkość do zaprzestania tortur i holokaustu na rdzennych ludach, tak samo dzisiaj został zmuszony do zajęcia się sprawą pedofilii. To nie od ludzi kościoła wypłynęła zmiana, to myśmy ich do tego zmusili. Żadna zmiana w działaniach kk nie miała i nie będzie miała miejsca, gdyż oni wciąż uważają, że ludzie są ich trzodą, ich własnością” – pisze aktor i aktywista obywatelski Krzysztof Pieczyński. 

No i doczekaliśmy się brunatnego kościoła katolickiego. Nie wiem jak państwo katolicy, ale ja bym, w tym momencie najpóźniej, z tej organizacji wystąpiła – komentuje publicystka Eliza Michalik.

Od lat alarmuję, że Polska brunatnieje. To kolejny dowód. Skrajna prawica stosuje „marsz przez instytucję”, jest osłaniana przez PiSowski aparat państwa, powoli opanowuje pozycje w Kościele. Skutki będą dla Polski opłakane – mówi były szef MSWiA Bartłomiej Sienkiewicz.

Dlaczego Wielka Brytania nie potrafi wyjść z Unii Europejskiej?

Więcej >>>

Więcej >>>

Mamy nagrania z tajnego spotkania władz PiS!

Z dwóch niezależnych źródeł otrzymaliśmy taśmy z nagraniem nocnej partyjno-rządowej narady najważniejszych funkcjonariuszy PiS. Głównym tematem tajnego spotkania na Nowogrodzkiej była sytuacja w oświacie.  Niestety otrzymane nagrania wymagają czasochłonnej obróbki, ponieważ w sali konferencyjnej panował nieopisany zamęt i trudno jest zidentyfikować autorów poszczególnych wypowiedzi. Uznaliśmy jednak, że ze względu na ważką treść nie powinniśmy zwlekać do czasu uporządkowania zapisu i przydzielenia wypowiedzi odpowiednim dyskutantom. Nie czekając również na wyczyszczenia taśm z onomatopeicznych dźwięków i usunięcie niecenzuralnych słów, już dziś publikujemy najistotniejsze naszym zdaniem opinie, wygłoszone podczas tej narady. Wypowiedzi te zmuszeni byliśmy poddać niewielkim skrótom i pewnej obróbce stylistycznej, zbliżając je do wymogów języka polskiego.

– Ja się pytam dlaczego znowu nie ma pani minister? Już i tak wierszyki o niej układają, że się nie pokazuje, bo się już pakuje.  A ja chciałbym się dowiedzieć, dlaczego nie poszła do głodujących z „Solidarności”, żeby się z nimi dogadać.  Czy to nie ona wymyśliła, żeby rozkręcić tę całą akcję? Miało być tak, że „S” wcina się nagle między ZNP a rząd, wali pięścią w stół, załatwia nauczycielom parę stów na raty i Duda wychodzi na gieroja, a Broniarz na wroga dzieci i rodziców. A co wyszło? Kapiszon! Zaczęliśmy dobrze, ale znowu nie było komu skończyć…

– A ja nie rozumiem, o co to całe zamieszanie. Przecież mamy pieniądze. Mamy całą kasę. Mamy swój budżet i pełny bank. Jaki problem jeszcze trochę zwiększyć zadłużenie? Przecież wszyscy wiedzą, że budżet jest gumowy. Wolicie mniejszy deficyt i przegrane wybory?

– Ale tu wcale nie chodzi o kasę, tylko o zasadę. Nauczyciele chcą tysiąca, a ja się pytam – za co? Co nadzwyczajnego zrobili ostatnio nauczyciele, że zasługują na tak dużą podwyżkę? Uważam, że wielu z nich powinno mieć nawet obniżone zarobki!  Za sabotaż reformy, za protesty, za koszulki z konstytucją, za skłócanie rządu z rodzicami. Nasz rząd wciąż im podnosi pensję, a oni zamiast podziękować, to naśmiewają się, że zarobki w oświacie rosną tylko dlatego, że średnią nabijają pracownicy MEN, i że sama pani minister też ciągle dostaje podwyżki.  A to przecież gruba bezczelność! Ja sprawdziłam i okazało się, że wynagrodzenie zasadnicze pracowników Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2018 roku wyniosło średnio 4 881,32 zł. Nie liczę premii, bo one są za konkretne zasługi. A jeśli chodzi o Anię, to razem z dietą poselską zarabia rocznie tylko 280 tysięcy. To prawda, że od 2015 r. jej wynagrodzenie urosło ponaddwukrotnie, ale pamiętajmy ile w tym czasie zrobiła dla Polski!

– Ja jeszcze w sprawie tego tysiąca. Sasin powiedział w TVN, że nauczycielom chodzi o dodatkowy tysiąc netto, a zaraz potem Broniarz zaczął wykrzykiwać, że to nieprawda, bo brutto. Uważam, że powinniśmy się trzymać przekazu Jacka. No bo kto jest bardziej wiarygodny: przedstawiciel PiS, czy ZNP? A najlepiej mówić, że nauczyciele żądają tysiąca złotych „do kieszeni”. Broniarz będzie prostował, ale niech to wygląda, jakby nagle zmienił zdanie i teraz się tłumaczy. Trzeba mówić, że niedługo w ZNP będą wybory i tak naprawdę, to nie obchodzą go pensje nauczycieli, tylko chce, żeby znowu go wybrali na przewodniczącego.

– Ja nie rozumiem, czemu cackamy się z tym facetem. Przecież to pezetpeerowski aparatczyk, komuch, który teraz spiknął się z totalną opozycją, chodzi z nimi na wszystkie zadymy i na zdjęciach staje obok Schetyny. A jego ZNP to tak naprawdę komunistyczna organizacja. To jeszcze jedna kasta. Też ich przyjmują na salonach i certolą się z nimi jak z kim dobrym. A przecież wszyscy wiedzą, że strajk to uderzenie w PiS, czyli w demokratyczną władzę. ZNP po prostu szkodzi Polsce. A jeśli szkodzi Polsce, to czemu Ziobro ich jeszcze nie zdelegalizował?

– Z nimi to w ogóle jakaś dziwna sprawa. Żeby tylko chcieli kasy dla siebie, to bym zrozumiał, ale oni jeszcze pokrzykują żeby zwiększyć nakłady na oświatę! O co im chodzi? Przecież wiadomo, że to platformerska hołota i na pewno ot tak nie rezygnowaliby z zarobków, bo przecież nikt im nie zapłaci za czas strajku. Ciekawe, kto ich opłaca, kto za nimi stoi? Również tą sprawa powinien się Zbyszek zająć. Tym bardziej, że ich żądania eskalują. W łódzkich liceach na przykład chcą, żeby było mniej religii, bo niby sal im brakuje dla podwójnego rocznika. To przecież atak na Kościół! Jeszcze trochę i zaczną tam ganiać po szkołach jakieś oszalałe Biedronie!

– Mam taki pomysł: obiecajmy im ten tysiąc, ale po wyborach. Na pewno się zgodzą i zakończą strajk. Jeśli przegramy wybory, to niech się totalni martwią. A jak wygramy, to mamy dwie opcje. Albo ogłosimy, że jedyną możliwością realizacji tego zobowiązania jest rozłożenie go na długoletnie raty, albo damy im ten tysiąc, ale jednocześnie zabierzemy wszystkie dodatki, rozmaite funkcyjne, motywacyjne, rozłąkowe, premie, urlopy zdrowotne i wszystko, czego nie mają inne grupy zawodowe.  Będziemy czyści, bo nie naruszymy porozumienia z ZNP i nauczyciele dostaną swój tysiąc, a w sprawie dodatków przecież się nie umawialiśmy. Wyborcy nas zrozumieją, bo nie lubią, jak inni mają jakieś bonusy, których oni nie mają. A co do nauczycieli, też nie musimy się bać , że skoczą nam do gardeł. Wiecie dlaczego? Bo kiedy teraz zakończą strajk, to od razu zarządzimy przedłużenie roku szkolnego o tyle dni, ile trwał strajk. I wyjdzie na to, że my troszczymy się o wykształcenie i pilnujemy, żeby dzieci nic nie straciły na strajku, a winni zamieszania są nauczyciele. Kiedy szlag trafi rodzinne plany wakacyjne, to rodzice się wściekną i już nigdy nie poprą żadnego protestu ZNP!

– Musimy wytrzymać. Nie wolno poddać się szantażowi. Straszą, ze matur nie będzie. No i co z tego? Wiecie, ilu naszych ludzi nie ma matury, a jak świetnie sobie radzą na ważnych stanowiskach? Straszą, że nie będzie egzaminu ósmoklasisty? No to co? Ogłośmy nabór do liceów na podstawie świadectw. Przecież świadectwa musza wydać, bo rodzice ich zjedzą. Zobaczycie, że w końcu ludzie nas poprą, dotrze do nich, że dajemy nauczycielom, ile tylko możemy. Zrozumieją, że jak ktoś chce zarabiać więcej, niż rząd może mu zapłacić, to powinien zmienić pracę, a nie rozwalać państwo!

– Egzaminy to jednak poważniejszy problem. Uważam, ze musimy je przeprowadzić, choćby nie wiem co. Trzeba coś zdecydować. Zastanawiam się, czy nie dałoby się jakoś zmilitaryzować oświaty na postrach, wziąć choćby tylko część nauczycieli w kamasze. A jednocześnie już myśleć o zastąpieniu nauczycieli. Może zwrócić się do wykładowców z Akademickiego Klubu Obywatelskiego, którzy robią dla nas potrzebne ekspertyzy? Może po cichu ogłosić nabór wśród katechetów i wykładowców na wydziałach teologicznych? Pewnie i wielu studentów dałoby się skusić, jak im dobrze zapłacimy. Co z tego, że nie mają kwalifikacji do egzaminowania na maturze? A nowi sędziowie mają? A nasi członkowie rad nadzorczych, co wiedzą o gospodarce? A Jan Nowak nie nadaje się na prezesa urzędu od danych osobowych? Przecież oni wszyscy wcale nie są fachowcami, a radzą sobie. Z egzaminami też sobie poradzą. Musimy Polakom pokazać siłę, bo jak raz nas złamią, to po kasę przyjdą inni. I ci następni mogą już mieć ze sobą nie tylko plakaty i chorągiewki…

Wynotował: Andrzej Karmiński
 1.04.2019

PS. Poprzedniego dnia na konwencji PiS we Wrocławiu Jarosław Kaczyński objawił się zebranym jako obrońca wszelakich wolności oraz ujawnił, że jego partia to w istocie związek bojowników o wolność i demokrację w kraju i za granicą. Czuję się w obowiązku ostrzec przed próbami zrozumienia, co prezes miał na myśli. Osoby, które w przeszłości próbowały tego dociec, po wyleczeniu musiały się poddać długotrwałej publicznej rehabilitacji.

Dopisek z 2.04.2019

Artykuł pod tytułem „Jak spacyfikować strajk oświatowy” był oczywiście primaaprilisowym żartem.

Co prawda, ten tekst ukazał się na łamach koduj24.pl w przeddzień 1 kwietnia wieczorem (zgodnie z redakcyjnym harmonogramem udostępniania gazety autorom według ustalonej kolejności), ale uważni Czytelnicy mogli w nim dostrzec datę 1.04.2019. Mniej uważni Czytelnicy podzielili się w komentarzach, uznając ten artykuł bądź za relację prawdziwą lub wielce prawdopodobną, bądź za paskudny fake news.

Obie te opinie są uprawnione, bo prawie wszystkie wypowiedzi rzekomych uczestników tajnej narady w siedzibie PiS to autentyczne, trochę tylko skrócone i uładzone stylistycznie wypowiedzi prawdziwych funkcjonariuszy PiS, wygłoszone w rozmaitych okolicznościach i w różnym czasie. Zebrane w jednym miejscu stały się jednak swoistym świadectwem degrengolady naszej obecnej władzy.

W moim zamierzeniu ten primaaprilisowy żart nie miał być zabawny. Był smutny jak nasza polska rzeczywistość. Ale jeśli poruszył Czytelników, jeśli skłonił kogoś do refleksji, jeżeli sprowokował irytację tych, których dotychczas omijały opresje państwa zawłaszczonego przez partię Kaczyńskiego, to myślę, że ta publikacja spełniła swoje zadanie.

 

>>>

Pomocnik PiS Falenta, Krystyna Pawłowicz, nacjonalizacja i konwencja PiS

10 Mar

Za zlecanie kelnerom nagrań polityków rządu PO-PSL oraz innych osób publicznych został prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia w grudniu 2017 roku. Przez wiele miesięcy starał się uniknąć odsiadki. Gdy jego prawnicy wyczerpali możliwości odroczenia wyroku za organizację podsłuchów VIP-ów w warszawskich restauracjach, a wniosek o ułaskawienie spotkał się się z negatywną opinią prezydenta, rozpłynął się w powietrzu. Marek Falenta, bo o nim mowa, główny bohater tzw. afery podsłuchowej poszukiwany jest listem gończym, a odnalezienie skazanego przedsiębiorcy ma być jednym z pierwszych zadań nowego szefa Centralnego Biura Śledczego Policji. Wokół zniknięcia Falenty pojawiło się wiele przypuszczeń, w tym o jego mocodawcach.

Krytyczny wobec Platformy Obywatelskiej prawicowy dziennikarz Witold Gadowski zasugerował służbom poszukiwanie Falenty w Moskwie. W Komentarzu Tygodnia dla „Sieci” zasugerował, że miejsca pobytu Falenty „nie jest w stanie […] stwierdzić także polska policja”. „Służby specjalnej troski, polskie służby specjalnej troski. Musimy im bardzo pomagać, żeby sobie nie połamali zębów, potykając się o własne nogi. No to pomogę służbom. Szukajcie pana Marka Falenty w Moskwie. Tam spójrzcie, w której dzielnicy przebywa, bo przebywa właśnie tam. To ciekawe, sprowadzał węgiel z Rosji, wpadł w dość duże długi wobec kompanii rosyjskich eksportujących do Polski węgiel i teraz jego dzieło przejęła kompania rosyjska z Sułek” – mówił.

Z tajemniczego zniknięcia zadrwił Bartłomiej Sienkiewicz:

Ktokolwiek faktycznie stoi za zniknięciem Falenty, cień podejrzeń pada na ekipę rządzącą, która skorzystała na aferze. Rosyjski wątek w sprawie też wydaje się prawdopodobny, tym bardziej, że Rosja skorzystała na politycznej destabilizacji po aferze podsłuchowej. Jakakolwiek okaże się prawda, każdy dzień poszukiwań Marka Falenty świadczy źle o państwie i jego służbach, które dopuściły do ucieczki skazanego. Czy wobec tego władzy naprawdę zależy na schwytaniu Falenty?

Tuż po wyborach samorządowych posłanka Krystyna Pawłowicz zadecydowała o zaprzestaniu komentowania bieżących spraw za pośrednictwem Twittera. Miało to związek z krótkotrwałą próbą odejścia Prawa i Sprawiedliwości od reprezentowania skrajnych poglądów po zorientowaniu się, że antyuchodźczy materiał wyborczy, który opublikowała partia bardziej zaszkodził, niż zmobilizował wyborców. Od tego czasu Prawo i Sprawiedliwość zdołało powrócić do skrajnej narracji, a  posłanka Pawłowicz wielokrotnie złamała swoje postanowienie.

Tym razem Krystyna Pawłowicz znów zaszokowała. Opublikowała serię wpisów komentujących dzisiejszą regionalną konwencję Prawa i Sprawiedliwości w Jasionce, podczas której szef sztabu wyborczego Tomasz Poręba przedstawił 12-punktową Deklarację Europejską PiS, a swoje przemówienie wygłosił Jarosław Kaczyński. I to właśnie do słów prezesa PiS odnosił się obraźliwy wpis posłanki. 

Pawłowicz znów posunęła się za daleko w swoich komentarzach. Wróciła do starego, dobrego straszenia Niemcami, „seksualizacją” dzieci, „homolobby”, Unią Europejską i uchodźcami. W steku kłamliwych oszczerstw skomentowała wczorajsze Disco Przeciw Nienawiści, demonstrację zorganizowaną przez Międzynarodowy Strajk Kobiet. Środowiska kobiece protestowały przeciwko nienawiści wobec kobiet, domagały się też zmiany nazwy Ronda Dmowskiego na Rondo Praw Kobiet. Pawłowicz, reprezentantka kobiet w Sejmie, wyśmiała ten postulat używając określenia “rondo cipek”. Posłanka obnażyła tym samym porażającą ignorancję wobec problemu przemocy i nienawiści w stosunku do kobiet.

Członkini Prawa i Sprawiedliwości, oprócz słów krytyki, oczywiście spotkała się głosami poparcia od najwierniejszych fanów. Ludzi, sprawiających wrażenie żyjących w matrixie, gdyż żadna przytoczonych przez Pawłowicz „odpowiedzi opozycji” na Deklarację Europejską PiS nie stanowi zagrożenia.

Prawo i Sprawiedliwość przeszło do politycznej ofensywy próbując zarzucić przeciwnikowi atak na rodzinę. Politycy  partii rządzącej nie mogli się nachwalić, jak bardzo stawiają na wsparcie ognisk domowych, którym wszelkie owoce dobrej zmiany zostaną odebrane, jeśli tylko opozycja wygra wybory. Kiedy jednak przed kamerami trwa festiwal łudzenia wyborców, to w tym samym czasie po cichu PiS postanowił zadbać także o własną rodzinę.

Jeszcze nie tak dawno Joachim Brudziński powiedział mediom z zaskakującą szczerością, że “Jakbym chciał doposażyć rodzinę, to nie byłbym parlamentarzystą, tylko trafiłbym do zarządu jakiejś dużej spółki Skarbu Państwa”Słowa te oddają mentalność partii rządzącej, która podjęła właśnie działania w kierunku zwiększenia liczby intratnych posad, które będzie można obsadzić “swoimi”. Już wkrótce grono gotowych do obsadzenia zasili nowe spółki Skarbu Państwa. Rząd zdecydował bowiem o przekazaniu kolejnych 2 mld zł premierowi na prowadzenie nacjonalizacji firm.

Dzięki temu posunięciu Polska będzie umacniała się na pozycji niekwestionowanego lidera w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o udział państwowej własności w gospodarce, co znajduje odbicie w raportach OECD. Nie bez znaczenie pozostaje fakt, że dziś sektor publiczny wytwarzaja 21% Polskiego PKB, a giełdowy indeks WIG-20 w aż około 70% wynika z notowań państwowych spółek. W 20 największych spółkach na giełdzie większość bowiem stanowią podmioty pod kontrolą Skarbu Państwa. Z takiego stanu rzeczy wynika przede wszystkim ogrom politycznie kontrolowanych posad i zarazem ryzyko gospodarcze powstające z błędnych decyzji motywowanych politycznie lub zwykłej niekompetencji partyjnych nominatów.

Forum Obywatelskiego Rozwoju w swojej analizie ostrzega, że od 2016 roku rząd PiS realizuje pod propagandowym hasłem „repolonizacji” bezprecedensowy w ostatnim trzydziestoleciu proces upolityczniania gospodarki. Do tego dochodzi niemal całkowite wstrzymanie prywatyzacji:

Przyjęta przy stosunkowo ograniczonym zainteresowaniu medialnym 21 lutego 2019 roku nowelizacja ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym ma zapewnić nowe źródło finansowania repolonizacji. Ma powstać Funduszu Inwestycji Kapitałowych, który zasilać będą wpłaty z zysku spółek Skarbu Państwa oraz 30 % dywidend z akcji należących do Skarbu Państwa. Rząd chce przeznaczyć na to kwotę 1,83 mld zł rocznie, którą mogą jednak podbić dotacje celowe z budżetu.

Eksperci FOR ostrzegają, że w roku wyborczym rządzący mogą użyć te środki na działania kampanijne poprzez przeznaczenie ich “na ratowanie albo tworzenie firm w newralgicznych dla rządzącej partii okręgach”.

Poprzez politykę nacjonalizacji PiS powtarza jednak historyczne błędy Polski. Poprzedni ustrój upadł w znacznie mierze właśnie z powodu nieefektywności państwowego zarządu mieniem. Czasy może się zmieniły, ale nie mechanizmy gospodarcze, przez co ciężko oczekiwać, aby te same metody dały nagle zupełnie odmienne rezultaty.

Jednak nie o wzrost gospodarczy w repolonizacji chodzi. Stanowiska dla członków struktur i potężna władza są wystarczającym argumentem. Znacjonalizowane spółki można użyć bowiem na wiele innych sposobów, co pokazały taśmy Jarosława Kaczyńskiego, gdzie to zrepolonizowany Pekao miał dać kredyt na wieżowce Srebrnej, czyli wzbogacić na końcu “partyjną familię”. Tym samym, kiedy rządzący tak hucznie mówią o trosce o polskie rodziny, to tak naprawdę w swoich działaniach dążą przede wszystkim do obrony interesów własnych i swoich politycznych dworów.

Dla Kaczyńskiego i Morawieckiego zakaz handlu w niedzielę to nie kwestia ideologii, lecz pragmatyki politycznej. Chętnie by się z niego wycofali, ale boją się reakcji biskupów i „Solidarności”.

Wygląda na to, że zakaz handlu w niedzielę stanął pisowskiemu rządowi kością w gardle. Zgodnie z przewidywaniami zarówno ekspertów, jak i ludzi kierujących się zdrowym rozsądkiem przymusowe zamknięcie sklepów w jednym z siedmiu dni tygodnia przyniosło niekorzystne skutki dla całej branży, w tym także dla małych sklepów rodzinnych, którym rzekomo miało pomóc.

Władze, które wcześniej robiły dobrą minę do złej gry, mówiąc „Polacy, nic się nie stało”, teraz zaczęły to już przyznawać. Sam premier Mateusz Morawiecki w TVN24 powiedział: „Takie rozwiązanie spełnia z jednej strony pewne funkcje społeczne, związane z pracownikami, którzy wcześniej chodzili do pracy w ten dzień, a teraz nie. Ma też funkcje gospodarcze, jak promocja polskiego handlu. W Polsce to niepolskie sklepy wielkopowierzchniowe i galerie dominują. Cichym marzeniem było, aby polskie małe sklepy rosły w siłę. Pierwsze analizy pokazują, że niekoniecznie się tak stało. Za parę tygodni będziemy mieli dokładniejsze analizy w tym względzie”.

Za kilka tygodni? Akurat! Gdyby już teraz nie mieli twardych danych i gdyby nie zdawali sobie sprawy ze szkód, jakie wyrządzili, premierowi te słowa przez usta by nie przeszły. Rząd nadal prężyłby muskuły i zapewniał obywateli, że dzięki „dobrej zmianie” Polska kroczy od sukcesu do sukcesu. Skoro premier dziś mówi to, co mówi, to znaczy, że zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i przygotowuje swój elektorat, a przede wszystkim biskupów i związkowców z „Solidarności”, którzy zakazu się domagali, do zmiany linii. Być może trzeba się będzie wycofać z uchwalonego już rozszerzenia zakazu handlu na wszystkie niedziele miesiąca, wracając do wersji obowiązującej w zeszłym roku – dwie niedziele handlowe i dwie z zakazem.

Jak to było u bratanków

Komentatorzy przywołują przykład Węgier, gdzie niedzielny zakaz handlu też obowiązywał od marca 2015 r., lecz po zaledwie roku, w obliczu niezadowolenia obywateli, rząd Viktora Orbána wycofał się z niego rakiem.

Pod wieloma względami sytuacja na Węgrzech rzeczywiście była podobna. Ale były też istotne różnice. Podobnie jak w Polsce, gdzie do zakazu parło nie decyzyjne centrum PiS, lecz związkowcy i biskupi, w Budapeszcie zakaz nie był elementem programu rządzącego Fideszu, lecz koalicjantów z małej partyjki chrześcijańskich demokratów, która w praktyce pozbawiona jest jakiegokolwiek znaczenia. W polityce węgierskiej waży na pewno mniej niż „Solidarność” i Kościół w polityce polskiej. Dlatego Orbánowi o wiele łatwiej było się ze szkodliwego prawa wycofać niż Morawieckiemu, który musi się liczyć ze sprzeciwem potężnego lobby religijno-związkowego.

Po drugie zaś Orbán cofnął się nie z powodu negatywnych konsekwencji gospodarczych, lecz grożącego mu referendum, które mogło okazać się wielką prestiżową klęską rządu. Co oczywiście nie znaczy, że takich negatywnych konsekwencji nie było. Węgierscy eksperci stwierdzili, że w efekcie zakazu, który utrudnił życie i klientom, i właścicielom sklepów, „ruch przeniósł się do dużych supermarketów i dyskontów, zaś małe placówki handlowe stały się miejscem okazjonalnych, awaryjnych zakupów o niskiej wartości”. W rezultacie więc stracili wszyscy, także małe sklepy rodzinne, którym nowe prawo rzekomo miało pomóc. Sytuacja wypisz wymaluj taka sama jak w Polsce.

Gra w kotka i myszkę: jak zorganizować referendum?

Była jednak też istotna różnica: węgierskie prawo przewiduje, że 200 tys. obywateli może zainicjować referendum, którego wynik jest obligatoryjny. Parlament nie ma tu nic do gadania. Nie może się na referendum nie zgodzić i nie może jego wyniku zignorować. Po głosowaniu zaś przez trzy lata nie może uchwalić prawa, które byłoby z wynikiem referendum sprzeczne.

Opozycyjna partia socjalistyczna postanowiła więc z tej sprawy uczynić polityczny taran, którym chciała dokonać wyłomu w murze fideszowskiej twierdzy, a Viktor Orbán chwytał się wszelkich możliwych kruczków, by do tego nie dopuścić.

Żeby inicjatorzy referendum mogli przystąpić do zbierania 200 tys. podpisów, najpierw węgierski odpowiednik Państwowej Komisji Wyborczej musi orzec, że pytania są poprawnie sformułowane i spełniają wymogi prawne (niedozwolone są m.in. pytania dotyczące konstytucji, wiele sfer jest też z referendum wyłączonych, nie można np. głosować nad budżetem czy programem rządu). Orbán wykorzystał przepis mówiący, że komisja wyborcza w danej chwili może oceniać tylko jedno pytanie dotyczące danej sprawy – jeśli kilka podmiotów wystąpi z inicjatywą referendum na ten sam temat, oceniane jest tylko pytanie tego, kto zgłosi się jako pierwszy, a pozostałe wnioski są odrzucane.

Przez dobre pół roku trwała więc zabawa w kotka i myszkę: socjaliści i przedstawiciele innych sił opozycyjnych usiłowali w komisji wyborczej złożyć do oceny pytanie referendalne, by móc przystąpić do zbierania podpisów, ale za każdym razem ubiegały ich jakieś nieznane, prywatne osoby – „słupy” władzy – które składały pytania dotyczące tego samego. Komisja odrzucała więc wnioski opozycji, a następnie rozpatrywała te złożone przez „słupy” – na końcu zawsze okazywało się, że ich pytania zawierały jakieś wady prawne, które nie pozwalały na poddanie ich pod referendum.

Na początku 2016 roku doszło nawet do aktu przemocy, kiedy grupa łysych osiłków fizycznie zablokowała przedstawicielowi socjalistów dostęp do biura komisji wyborczej, umożliwiając innej osobie – nawiasem mówiąc, żonie jednego z burmistrzów partii rządzącej – złożenie własnego pytania jako pierwszej. Policja wszczęła śledztwo i nawet ustaliła tożsamość przynajmniej części z goryli (stwierdzono, że byli już w przeszłości karani, jeden za napaść i rabunek z bronią w ręku), ale „nie udało się” stwierdzić, kto ich wynajął. Ponoć jakaś anonimowa pani. Po pół roku śledztwo  umorzono, bo policja uznała, że blokada nie nosiła znamion czynu zabronionego.

Ostatecznie jednak opozycji udało się pokonać piętrzone przeszkody i zainicjować zbieranie podpisów pod wnioskiem o referendum. Socjaliści zamierzali głosowanie przekształcić w sąd nad całokształtem rządów Fideszu. Wiedząc, jak się to skończy, Viktor Orbán wycofał się więc w kwietniu 2016 roku z niedzielnego zakazu handlu. Referendum stało się bezprzedmiotowe i nie odbyło się.

Czy czeka nas zgniły kompromis?

Jak widać, różnica między sytuacją w Polsce i na Węgrzech jest spora. Nad PiS-em nie wisi groźba głosowania, które może doprowadzić do jego klęski. Owszem, w tym roku odbędą się wybory – nawet dwukrotnie – ale zakaz handlu nie będzie przedmiotem głosowania, co najwyżej może stać się jednym z argumentów w kampanii, i to nie tym najbardziej znaczącym. Badania jednak wskazują, że polska opinia publiczna – podobnie jak swego czasu węgierska – jest coraz bardziej negatywnie nastawiona do zamykania w niedzielę sklepów, a zwłaszcza centrów handlowych, które dla wielu rodzin były ulubionym miejscem spędzania czasu w ten dzień.

Co więc weźmie górę w Polsce – argumenty ekonomiczne i nastawienie opinii publicznej czy naciski związkowców i biskupów? Myślę, że wyjaśni się to w najbliższych tygodniach. Osobiście obstawiałbym wariant kompromisowy – czyli powrót do zeszłorocznego modelu „panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Czyli dwie niedziele dla pana Boga i „Solidarności” – i dwie dla obywateli. Sęk w tym, że ten kompromis na dłuższą metę nie usatysfakcjonuje żadnej ze stron, więc ideologiczna wojna będzie się tlić dalej. Aż do następnej próby sił.

Waldemar Mystkowski pisze o konwencji PiS w Rzeszowie.

Najbliższe wybory w kraju dotyczą Parlamentu Europejskiego, wydawałoby się, że partia rządząca powinna skupiać się na porządku europejskim i tym, co by do niego ewentualnie wnieść. Ale nie PiS, które broni swego „porządku” w kraju, czyli władzy, bo gdy ta wypadnie im z rąk, będą odpowiadać za bezprawie, które jest owym pisowskim „porządkiem” oraz – o czym jeszcze mało wiemy – za afery, które ujawniają się przez przypadek, jak afery KNF, NBP czy K-Towers.

Aby Polska była normalna i miała przed sobą przyszłość w porządku cywilizacji zachodniej, demokratycznej, musi wyczyścić się z afer PiS. Najlepiej – wcześniej, bo później możemy doczekać, iż będziemy walczyć o niepodległość, utrata suwerenności państwowej nie jest wcale taka trudna.

PiS zrobił spęd swoich kadr partyjnych w Rzeszowie, które nazwał konwencją. Przemówienie Kaczyńskiego jak zwykle było politycznie i intelektualnie anemiczne, „siła” retoryki prezesa zasadza się na tym, że wynajduje wrogów i dzięki nim zyskuje to, iż jakiś czas kursują w narodzie jego złote myśli.

Prezes postraszył, iż opozycja – czytaj: Platforma Obywatelska – odbierze socjał, słynne 500 plus. Otóż Platforma ani Bruksela nie odbiorą. 500 plus weszło już na stałe do wydatków sztywnych. 500 plus może zostać zlikwidowane tylko przez inflację, a ta grozi, gdy PiS utrzyma się u władzy. Polsce grozi los gorszy od Grecji, a to z jednego zasadniczego powodu, nie mamy zabezpieczenia w euro, bo nie należymy do strefy euro.

Jeżeli opozycja coś „odbierze”, to przywróci trójpodział władzy i Konstytucję. Na początku będzie problem z Andrzejem Dudą, gdyż ten nie jest strażnikiem Konstytucji, stale ją łamie.

Z rzeszowskiej konwencji na dłużej zostanie zapamiętane, iż prezes postraszył dziećmi, otóż według niego u dzieci w wieku 0-4 lat (cytat) „ma być podważana kwestia tożsamości chłopców i dziewczynek”. W jaki sposób? – prezes nie powiedział. Czyżby zamieniano dzieciom narządy płciowe? Świadomość seksualna jest absorbująca od najmłodszych lat i należy jej uczyć dzieci wraz z nauką czytania, bo wiedza ma służyć, a PiS chciałby tę wiedzę odebrać, bo analfabetyzm służy takim jak oni ciemnogrodzianom.

Na konwencji PiS, która miała dotyczyć eurowyborów, najmniej poświęcono czasu Unii Europejskiej, choć została przyjęta 12 punktowa „Deklaracja Europejska”, która jest słuszna aż do bólu, ale przyjęta przez PiS jest groteskowa.

Pierwszy zadeklarowany punkt to „Europa Wartości”. Może prezes Kaczyński nie wie, iż fundamentem Unii Europejskiej są wartości demokratyczne, a pisowska Polska jako pierwsza i na razie jedyna jest sądzona w Trybunale Sprawiedliwości UE za niszczenie niezależności sądownictwa. Groteska? Tylko PiS potrafi deklarować coś, co jest im ideowo obce.

PiS także deklaruje, iż „wynegocjujemy korzystny dla Polski nowy budżet UE”. Bez żadnych przyjaciół w UE (nawet Węgry Orbana się odwróciły), zmarginalizowani, wrodzy do największych, jak Francja i Niemcy, chcą coś uzyskać.

Ta cała deklaracja jest tylko propagandą, bo gdyby miało stać się nieszczęście dla Polski i PiS wygrał eurowybory oraz parlamentarne, żaden punkt nie zostałby zrealizowany, a deklaracja sprowadziłaby się do tylko jednego punktu nie ujętego w niej, mianowicie do Polexitu. Kaczyńskiemu UE przeszkadzałaby w autorytaryzmie.

Morawiecki próbuje ograć opozycję

26 Sty

W piątek po południu, po ponad 2 godzinach, zakończyło się spotkanie premiera z przedstawicielami klubów i kół parlamentarnych dotyczące sytuacji po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Oponent polityczny to nie jest wróg. Trzeba umieć rozmawiać zarówno w świecie politycznym, jak i medialnym – mówił po spotkaniu premier Mateusz Morawiecki. Opozycja jest jednak bardziej sceptyczna. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym – komentował szef klubu PO-KO Sławomir Neumann. W spotkaniu uczestniczyli także m.in. Władysław Kosiniak-Kamysz i Katarzyna Lubnauer.

Morawiecki: Spotkanie w dobrej atmosferze

Spotkanie rozpoczęło się o godz. 15.30 i trwało ponad 2 godziny. – Bardzo dobrze, że to spotkanie się odbyło – podsumował Mateusz Morawiecki, dziękując wszystkim za udział.

– Chcę podkreślić dobrą atmosferę tego spotkania i moje zdanie w tej kwestii, które mam przekonanie, że podzielają uczestnicy tego spotkania, że przecież oponent polityczny to nie wróg. Że trzeba umieć rozmawiać, zarówno w tym świecie politycznym, jak również w świecie mediów – mówił na konferencji prasowej premier. Niestety, nie było możliwości zadawania pytań.

Wcześniej Mateusz Morawiecki spotkał się z szefami resortów: zdrowia, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i administracji. Ministrowie uczestniczyli także z w spotkaniu z posłami.

Jakie propozycje znalazły się na stole? M.in. zaostrzenie kar za najcięższe przestępstwa popełniane z nienawiści i zaostrzenie kar za groźby karalne. Chociaż według opozycji nie chodzi o zmianę prawa, ale o jego egzekwowanie. Dużo emocji budzi propozycja opracowana w Ministerstwie Zdrowia dotycząca kwestii zmian w prawie dotyczących recydywistów lub niebezpiecznych chorych psychicznie, którzy opuszczają więzienie.

– Mamy bardzo ważne informacje, stanowiące podstawę do dyskusji. Poprosiliśmy przedstawicieli opozycji, żeby i oni zaproponowali swoich ekspertów. Zaprosimy także organizacje pozarządowe. Mam nadzieję, że wypracujemy z opozycją wspólne rozwiązanie. A to doprowadzi do podniesienia poziomu bezpieczeństwa. Nasi współuczestnicy zaproponowali rozwiązania, nie było tak, że zgodziliśmy się we wszystkim, ale chcę podkreślić, że w spotkaniu towarzyszyła nam dobra atmosfera – mówił Mateusz Morawiecki.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu w przyszłym tygodniu rząd ma przedstawić informację na temat śledztwa dotyczącego zabójstwa prezydenta Gdańska.

Neumann: Różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia

W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele klubu PO-KO, PSL-UED, Nowoczesnej, Kukiz ’15 oraz koła Wolni i Solidarni. Nie pojawił się Ryszard Petru.

Przewodniczący klubu PO-KO jest zdecydowanie bardziej sceptyczny niż premier. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym, poza tym, że wszyscy chcemy walczyć o dobre przepisy, które na przyszłość będą chroniły Polaków. Ale różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia i doprowadziło do tej tragedii. Potrzeba dalszych rozmów i przemyślenia. To władza i rząd ponoszą największą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Polaków – komentował podczas spotkania z dziennikarzami poseł Sławomir Neumann. Przyznał, że opozycja zadeklarowała współpracę, jeżeli chodzi o zmiany w prawie, ale ważniejsza jest inna kwestia. – Dzisiaj nie mamy żadnej pewności, że osoba, która dokonała mordu politycznego, jest osobą niezrównoważoną psychicznie – tłumaczył.

Poinformował o ważnej deklaracji premiera oraz Prokuratora Generalnego: – Jeżeli rodzina wystąpi o pełnomocnika w śledztwie, który potem będzie oskarżycielem posiłkowym, to mamy deklaracje, że zostanie podjęta pozytywna decyzja. Bedzie można mieć osobę, która będzie patrzyła na ręce i pomagała w tym śledztwie. Transparentność tego śledztwa i komunikacji z tego śledztwa jest podstawowa w sytuacji, w której sprawa budzi takie emocje.

Nie ma za to zgody na kolejny postulat PO, czyli „wznowienie postępowań na wniosek osób pokrzywdzonych, dotyczących nienawiści, podżegana do łamania prawa i fizycznego uderzania w osoby reprezentujące opozycję czy niezgadzające się z rządem”. – Ta sprawa nie ma jednoznacznego rozstrzygnięcia. Minister Zbigniew Ziobro nie jest chętny do tego, aby wznawiać postępowania. Tu jest wyraźny rozdźwięk między premierem i ministrem sprawiedliwości – mówił Neumann.

I jeszcze jeden postulat, który nie spotkał się z pozytywną reakcją, a wręcz przeciwnie. Politycy PO domagali się odwołania władz TVP. – Obciążamy ją olbrzymią odpowiedzialnością za podnoszenie poziomu agresji w debacie politycznej, który nie jest akceptowany przez większość klasy politycznej poza rządzącymi. Nie ma chęci współpracy, pan premier stanął po stronie TVP – przyznał szef klubu PO-KO.

Kosiniak-Kamysz: Nie ma żadnej refleksji dotyczącej TVP

Prezes ludowców, posobnie jak szef klubu PO-KO, zadeklarował chęć współpracy odnośnie do zmian w prawie. – Są rzeczy, z którymi się zgadzamy. Będziemy współpracować nad ustawami, uregulowaniem przepisów dotyczących osób chorych psychicznie, przebywających w zakładach karnych. To nie jest łatwa sprawa. Tu muszą być poważne, normalne konsultacje i dialog – deklarował po spotkaniu Władysław Kosiniak-Kamysz.

Dla niego ważne jest to, że na wniosek klubu PSL-UED odbędzie się sejmowa debata „na temat wątpliwości dotyczących śledztwa w sprawie śmierci prezydenta Pawła Adamowicza, działań policji, służby więziennej przed i po tych wydarzeniach”.

Władysław Kosiniak-Kamysz ubolewa także nad „zamknięciem” tematu zmian w TVP. – Kluczowe było zdanie wyrażone przez przewodniczącego Ryszarda Terleckiego. U niego nie widzę żadnej refleksji. Może premier by chciał, tak jak wyczuwam, ale nie ma chyba zgody w obozie PiS-u. Ta walka wewnętrzna powoduje, że dzisiaj wygrywają ci o przekonaniu, że Telewizja Polska nie potrzebuje żadnej naprawy. Ale premier jest premierem i albo udowodni za chwilę, że ma wpływ na to, co się dzieje również w telewizji, albo zmiana debaty się nie odbędzie – mówił lider PSL-u.

Po spotkaniu w szerokim gronie odbyło się jeszcze krótkie spotkanie premiera z prezesem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, czym pochwalił się Mateusz Morawiecki na Twitterze.

Szczegółów tej rozmowy nie poznaliśmy.

Dlaczego partia rządząca usiłuje nam wmówić, że był to tylko zwykły atak szaleńca?

Wydawało się, że ostatnie kilkanaście dni minie nam w zadumie, wyciszeniu i refleksji. Nic bardziej mylnego. Teraz to dopiero mamy jazdę bez trzymanki. Obarczanie się nawzajem winą za język nienawiści, wskazywanie palcem, kto bardziej, a kto mniej się tym językiem posługuje, no i ta niesamowicie „kreatywna twórczość” – od polityków i mediów zaczynając, a kończąc na zwykłym, szarym obywatelu. Mnie jednak zastanawia coś innego – dlaczego politycy PiS i wierne im media usiłują nas przekonać, że morderstwo Pawła Adamowicza nie miało politycznego charakteru?

Dr Daniel Mider z Uniwersytetu Warszawskiego opracował zespół cech, które definiują właśnie morderstwo polityczne. Zgodnie z tym, ofiarą mordu jest jedynowładca lub najwyższy funkcjonariusz publiczny (władzy centralnej), względnie każdy funkcjonariusz publiczny i każda osoba publiczna, która tę rolę sprawowała, sprawuje lub do niej czynnie aspiruje. Motywem zabójstwa politycznego jest motyw wyłącznie polityczny, czyli czyn dokonywany  w celu zmiany władzy bądź wywarcia wpływu na proces polityczny lub też każdy, podjęty ze względu na pełnioną publiczną rolę ofiary: polityczną, ideologiczną, kulturową, etyczną, religijną lub obyczajową.

Przyjmując takie właśnie założenie, nie ma nawet co dyskutować. Zabójstwo prezydenta Gdańska mieści się w szeroko rozumianym pojęciu morderstwa politycznego. Dlaczego więc PiS zapiera się rękami i nogami, usiłując nam wmówić, że to bujda, że to tylko zwykły atak szaleńca? A przecież nie tak dawno, w październiku 2010 roku, gdy zamordowany został łódzki działacz PiS Marek Rosiak, Mariusz Błaszczak mówił: – „To morderstwo na tle politycznym. Morderca okazał się człowiekiem świadomym swoich celów. Został skazany, a w uzasadnieniu sąd napisał, że zamordował działacza PiS; chciał zamordować premiera Jarosława Kaczyńskiego, tylko ochrona uniemożliwiła mu ten atak”.

Mam swoją teorię na ten temat. Może ona mało logiczna, może za bardzo umiejscowiona w mojej paranoi czy teorii spiskowej, ale zamierzam się nią z Państwem podzielić. W końcu, gdy PiS pozwala sobie na totalnie irracjonalną politykę „dobrej zmiany”, która prowadzi Polskę do ruiny, to i ja mogę dać upust mojej nadmiernie wybujałej fantazji.

Otóż… uważam, że PiS nie może strawić, iż traci „wyłączność” na ofiarę mordów na tle politycznym. Wszystko do tej pory było tak dobrze poukładane, np. mit o zbrodni smoleńskiej, który w znacznym stopniu poprowadził prezesa i jego ludzi do władzy. Nic to, że wciąż brak dowodów na zbrodnię. Ważne, że już od kilku lat wydawane są nasze pieniądze na realizacje kolejnych szalonych wizji pana Macierewicza. Lud cierpliwy, więc poczeka. Przekonanie narodu, że morderstwo w Łodzi było wynikiem nienawiści do partii, która jako jedyna, wie, co dla narodu dobre, jako jedyna proponuje praworządność i uczciwość, i to właśnie za to jest tak szykanowana oraz niszczona.

A teraz co? Jak wytłumaczyć swojemu narodowi, że morduje się kogoś, związanego z tymi, których można było z pełną satysfakcją i na okrągło obwiniać o tragedię w Łodzi i Smoleńsku? Wydarzenie w Gdańsku rozwaliło pisowską narrację całkowicie. PiS jeszcze usiłuje trzymać karty w swoim ręku. Prezes ignoruje minutę ciszy w Sejmie, wyrzuca się z uchwały upamiętniającej Pawła Adamowicza niewygodne dla PiS sformułowania. Zakazuje się politykom partii rządzącej komentować wydarzenie w Gdańsku, a Jarosław Kaczyński ostentacyjnie, w przededniu pogrzebu Pawła Adamowicza, jedzie do Krakowa, by pomodlić się nad sarkofagiem brata.  A wszystko po to, by pokazać narodowi, kto jako jedyny zasługuje na tłumne pożegnanie i jeszcze większe wspominanie… Kto jest ofiarą mordu politycznego… Kto wart jest pamięci…

Mało tego – PiS usiłuje rozegrać tragedię, która wydarzyła się w Gdańsku, na swoją korzyść. Przecież przed nami wybory do europarlamentu i naszego parlamentu rodzimego. Może więc uda się coś ugrać i uszczknąć więcej głosów? Stąd, jako ukłon w jedną stronę, pełna troski i łagodności twarz premiera oraz prezydenta. Stąd podejmowane działania, by język nienawiści zniknął z przestrzeni publicznej, zwiększona aktywność policji i prokuratorów, którzy nagle obudzili się i zaczynają ścigać tych, którzy tym językiem – za przyzwoleniem obecnej władzy – posługiwali się na prawo i lewo. Z drugiej zaś strony, dbałość o utrzymanie własnego elektoratu w przekonaniu, że nic się nie zmienia, a telewizja i media reżimowe nie zmieniły swojego propagandowego przekazu.

Nie wolno też zapomnieć o tym, że los sprzyja PiS-owi. Tam, gdzie dla wielu Polaków ból, rozpacz, niedowierzanie, dla tej partii świetna zasłona dymna, pod którą można wreszcie schować SKOK-i, aferę KNF, pana Glapińskiego, nieudolność w zarządzaniu, szastanie naszymi pieniędzmi, taśmy z premierem Morawieckim i wiele jeszcze innych wpadek. PiS ma nadzieję, że naród o rozliczenie się nie upomni, bo ma ważniejszą sprawę na głowie. Może błądzę w oparach fantazji, a może nie…

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Amerykański historyk specjalizujący się w dziejach Europy Środkowej i Wschodniej Timothy Snyder uważa, że do brexitu nie dojdzie. Ponadto brexit pokazuje, że Unia Europejska działa – ocenił Snyder w rozmowie z konserwatywnym dziennikiem „Die Welt”.

Brexit. Jak Polska gra na obie bramki i dlaczego tak się nie da [OPINIA]

Co z brexitem?

– Brexit, do którego nie dojdzie, jest załatwiany przez Unię Europejską w jej typowy nudny sposób, tak że przez dwa lata o tym rozmawia – zauważył profesor. – Brexit niekoniecznie zatem dowodzi tego, że Unia nie działa. Udowadnia wręcz, że potrafi działać w obliczu zagrożenia dla jej istnienia.

Zdaniem Snydera wynika to z niezwykle złożonej zdolności skutecznego radzenia sobie w wewnętrznymi różnicami. Jest to jedna z głównych cech, która odróżnia UE od Chin czy Rosji.

– Europa robi wrażenie chaotycznej i zdezorganizowanej, podczas gdy Chiny i Rosja – z oddali – wyglądają jak dobrze naoliwione maszyny. Co jest jednak ich słabością – uważa historyk. – Unia Europejska jest jedyną organizacją, która ma wolę i jest dość duża, by zająć się prawdziwymi wyzwaniami obecnego stulecia. Ani aneksja Krymu, ani budowa muru na granicy z Meksykiem nie mają nic wspólnego z tymi prawdziwymi wyzwaniami. Europejczycy, jako jedyni, na poważnie próbują kształtować 21. wiek poprzez swoje ideały – prawa człowieka i państwo prawa – wylicza Snyder.

W pogoni za potęgą [WYWIAD]

„Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy”

Jego zdaniem Europa, w której pół miliarda ludzi cieszy się wysokim poziomem życia, poszanowaniem dla prawa, długowiecznością i jest zadowolona, stanowi ważny czynnik wpływający na sytuacje na świecie. – Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy. Dlatego macie też wrogów – przekonuje Snyder.

Mówiąc o dwóch największych przeciwnikach USA i Europy, Snyder zwraca uwagę na różnice w działaniu między Pekinem a Kremlem. – Rosja robi przeciwko nam to, na co Chiny się nie decydują ze względów taktycznych. Rosjanie szukają w polityce zagranicznej natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, podczas gdy Chińczycy myślą długofalowo – analizuje historyk. Jednocześnie przestrzega przed bagatelizowaniem Rosji i redukowania jej do „broni nuklearnej i Gazpromu”. – Istnieje związek między Rosją a Chinami. Polityka Kremla ukierunkowana na dezintegrację (Zachodu – red.) służy Chinom – zauważa.

Według Snydera osłabianie Zachodu przez Moskwę paradoksalnie jest szkodliwe dla niej samej. Dużo większym problemem dla Rosji są bowiem właśnie Chiny. Z geopolitycznego punktu widzenia działania największego państwa na świecie nie mają sensu. Naukowiec tłumaczy je w następujący sposób: – Rosjanie dużo mówią o geopolityce, ale zachowują się jak dzieci z eksperymentu Waltera Mischela. Nie mogły one oprzeć się pokusie, by natychmiast nie zjeść zaproponowanych im cukrowych pianek, chociaż dostałyby więcej słodyczy, gdyby zaczekały”. Wśród „pianek” na które Kreml się „skusił” historyk wymienia aneksję Krymu, próby wpływanie na wyniki wyborów w USA czy popieranie europejskich populistów. – To geopolityczny nonsens. Nic to jednak nie zmienia. Nie możemy im tego puścić płazem – przekonuje.

Bezpieczeństwo Polski A.D. 2018

Trump jak narodowi socjaliści?

Timothy Snyder, który wykłada na elitarnym uniwersytecie Yale, wyjątkowo krytycznie ocenia prezydenta Donalda Trumpa w USA, dostrzegając analogie z działaniami narodowych socjalistów w Niemczech.

– Nie jestem jedynym, który próbuje wyciągać wnioski z lat 30. ubiegłego wieku, żeby zrozumieć teraźniejszość. W tym kontekście mówię o niebezpieczeństwie stanu wyjątkowego”, którego wprowadzeniem grozi Trump, jeśli nie dostanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem – tłumaczy. – Przeobrażenie się Republiki Weimarskiej w narodowosocjalistyczną dyktaturę było poprzedzone nieustanną praktyką wydawania nadzwyczajnych rozporządzeń dla ominięcia parlamentu – konkluduje.

Polski rząd chce przygotować się na „twardy brexit”

Apel o prawdę dla Pawła Adamowicza.