Tag Archives: Bartłomiej Sienkiewicz

Juliusz Paetz, Krystyna Pawłowicz, Piotr Gliński, Anna Zalewska, Beata Szydło – taka tam menażeria

17 List

Wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia, i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość” – taki wpisem na Facebooku Tomasz Terlikowski ocenił decyzję dotyczącą miejsca pochówku abp. Paetza.

Zmarły w piątek duchowny miał zakaz głoszenia kazań ze względu na oskarżenia o seksualne molestowanie młodych księży i kleryków.

Kuria archidiecezjalna w oficjalnym komunikacie poinformowała, że pogrzeb hierarchy kościelnego będzie miał charakter prywatny, a na miejsce pochówku została wybrana poznańska katedra.

Miejsce pochówku oraz forma pogrzebu są zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego i zostały ustalone ze Stolicą Apostolską, Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz rodziną duchownego” – taką informację przekazała kuria.

Zdaniem Tomasza Terlikowskiego ta decyzja jest nieprzemyślana. „Trudno sobie wyobrazić, by te wydarzenia nie przyciągnęły antyklerykałów, by nie sprawiły, że ten grób będzie regularnie bezczeszczony. I stanie się to na życzenie kurii, Stolicy Apostolskiej i rodziny” – komentuje prawicowy publicysta.

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych poinformował na Twitterze, że organizacja złożyła prywatny pozew przeciwko Krystynie Pawłowicz.

Chodzi o wielokrotne znieważanie gejów i lesbijek na antenie Radia Maryja. „Są przedstawicielami diabelstwa, zła, nienawiści i podłości” – tak między innymi była posłanka PiS-u określała osoby homoseksualne.

Warto też przypomnieć kilka „klasycznych” już dziś  tweetów Krystyny Pawłowicz  – Jutro, w piątek osoby seksualnie i obyczajowo zaburzone BĘDĄ w SZKOŁACH POLOWAĆ na swe przyszłe ofiary, WASZE DZIECI… Wielu dyrektorów szkół na to polowanie -wbrew Wam – BEZPRAWNIE pozwala.” czy też mamy prawo kochać i tworzyć rodziny” Ale, do odbytu, to nie kochanie, a choroba, pani poseł. Zaś „rodzina” ma rodzić dzieci, a „współżycia” w tych waszych „związkach” przecież nie ma…

Konrad Dulkowski reprezentujący Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych uważa, że kandydatka PiS do Trybunału Konstytucyjnego powinna przeprosić za swoje skandaliczne słowa.

 

Bardzo by nas ucieszyły przeprosiny pani Pawłowicz za to, co mówiła o osobach LGBT. Sąd może też nałożyć grzywnę, czy karę ograniczenia wolności z pracami społecznymi” – mówi Dulkowski.

„Proszę brać przykład z Krystyny. Zaopatrywała się w sałatki własnym sumptem” –  zadrwił internauta na Twitterze pod zarejestrowaną przez kamery TVP wpadką szefa resortu kultury Piotra Glińskiego.

Podczas pierwszego posiedzenia nowego-starego rządu – nieuchwycony w kadrze minister – z ubolewaniem powiedział do swoich kolegów z rządu: „Czy wy widzicie… Nie ma wyżerki, nie ma kawy, herbaty. Po prostu o suchym pysku teraz przez cztery lata”. Ku uciesze jednych i zgorszeniu innych – nagranie zaprezentowano w „Szkle kontaktowym” w TVN24.

Nie pierwszy to raz udaje się kamerom i mikrofonom uchwycić nieprzeznaczone dla mediów wypowiedzi rządzących. Najczęściej nie najlepiej świadczą one o ich nastrojach i o nich samych.

Nie tak dawno temu kamery podsłuchały mało parlamentarną wymianę „poglądów” między obecnymi euro posłankami Annę Zalewską i Elżbietą Rafalską: „No ch…j wypatrzył?” – pytała szefowa MEN panią Zalewską. Innym razem wicepremierzy Gliński i Gowin zostali przyłapani na podkradaniu jabłka z biurka premiera Morawieckiego.

Prawdziwą kompromitację „zaliczył” nieżyjący już prof. Jan Szyszko, gdy na początku posiedzenia rządu pojawił się z kopertą, dla Mariusza Błaszczaka. „To jest taka córka leśniczego…” – mówił Szyszko wyjmując kartkę z koperty. „A to jest kamera Polsatu” – zauważył przytomnie Błaszczak, wskazując na bliskie oko kamery … I wydało się… Cała Polska miała powód do spekulacji…

Tym razem internauci też nie oszczędzają Piotra Glińskiego. „Laureat nagrody Człowieka Wolności. Wielbiciel wyżerki” – wyzłośliwiają się.

„Stoimy przed wyborem ścieżki prawnej, którą mamy podążać. Żadna nie jest wydeptana. Jeśli dojdzie do procesu, będzie to jeden z najgłośniejszych procesów w Polsce w ostatnich latach” – zapowiada w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Dobrosław Bilski, inicjator pozwu zbiorowego rodziców w sprawie pisowskiej „reformy edukacji”. Bilski jest pedagogiem, doktorem nauk humanistycznych, wykładowcą akademickim z Łodzi.

Żeby złożyć pozew zbiorowy, wystarczy 10 osób. – „Do grupy na Facebooku, na której dzielimy się historiami o skutkach reformy edukacji, należy 1,4 tys. rodziców. Tych, którzy wypełnili formularz, podali dane kontaktowe i udokumentowali sytuację dzieci, jest ok. 50. Więcej, niż się spodziewałem” – stwierdził Bilski. Dwie kancelarie prawne zaoferowały pomoc pro bono.

„Ci, którzy zdecydowali się przyłączyć do pozwu, twierdzą, że ogromny stres zaczął się już w klasie siódmej i ósmej. Mają na to badania dzieci pokazujące, że powodem zaburzeń ich stanu zdrowia – zarówno fizycznego, jak i psychicznego – był stres szkolny. Niektórzy popadali w depresję, inni mieli fobię szkolną. Jeden z ojców opisywał, jak jego córka w połowie trzeciej klasy gimnazjum nie wytrzymała presji i miała próbę samobójczą. Takich dwóch lat stresu i atmosfery nie doświadczyli uczniowie wcześniej” – powiedział Bilski.

Bilski opisuje też sytuację w liceum, do którego chodzi jego córka: – „Tam są tłok i agresja. Byłem przekonany, że akurat mojej córce poszczęściło się, bo w jej szkole udało się wygospodarować dodatkowe piętro. A tu niedawno opowiadała mi, że jest wewnętrzny konflikt w szkole. Starsi uczniowie się zbuntowali, bo wcześniej spokojnie dostawali się do toalety na przerwie, mogli usiąść na korytarzu. Teraz zwykłe wyjście na korytarz rodzi agresję między uczniami i powoduje spór. W mentalności starszych klas to brzmi: wszystko przez tych pierwszaków”.

Jego zdaniem, do podobnych zdarzeń dochodzi w wielu polskich szkołach. – „Zaskoczyła mnie też liczba kłopotów z dojazdem do szkół. Dzieci nie mieszczą się w autobusach, taką sytuację mieliśmy np. w Konstantynowie Łódzkim. Albo w ogóle nie ma autobusu, bo np. wraz z początkiem roku szkolnego gmina zwiększyła liczbę kursów o 8 rano, a tu się okazało, że połowa dzieci przyjeżdża na godz. 12, bo wprowadzono dwuzmianowość w szkole” – dodał Bilski.

>>>

Kaczyński wciąż jeszcze pozostaje u władzy, ale jest to już inna władza niż w poprzednich czterech latach. Skończył się monopol.

Pisowska smuta dobiega końca. Długo trwała – cztery lata. Partia Jarosława Kaczyńskiego władzę utrzyma jeszcze przez jakiś czas, ale październikowe wybory były cezurą, po której nic już nie będzie takie jak wcześniej. Można odetchnąć. Ufff.

Na cztery lata z polskiego życia publicznego zniknęła polityka rozumiana jako gra, w której różne podmioty zabiegają o realizację swoich interesów i programów, łączą siły lub występują przeciw sobie, targują się, zawierają umowy i deale: „my zgodzimy się na to, a w rewanżu wy zgodzicie się na tamto”, próbują się nawzajem przechytrzyć – i tak dalej.

Tak właśnie wygląda gra polityczna w normalnym demokratycznym państwie prawa. I tak wyglądała w Polsce do roku 2015. Później przyszedł PiS i zgarnął pełnię władzy – w jego rękach znalazły się obie izby parlamentu, urząd prezydenta, prokuratura, media państwowe (dawniej publiczne), służby specjalne, administracja państwowa w terenie, kuratoria oświaty – i wiele innych instytucji. 

Pisowski walec zmiażdżył Polskę

Ten monopol pozwolił Kaczyńskiemu nie liczyć się z nikim i z niczym, nawet z obowiązującym prawem. Pisowski walec parł do przodu, miażdżąc wszystko na swej drodze – grupy zawodowe i społeczne, środowiska naukowe i kulturalne, muzea, gimnazja, rodziców dzieci niepełnosprawnych, a nawet stadniny koni arabskich. Kierowca tego pojazdu prezentował światu tępą mordę bolszewika i pozostawał niewrażliwy na wszelkie apele, próby perswazji czy naciski. Gdy ktoś próbował się sprzeciwić – wzywał policję, karnie odbierał mu diety poselskie lub ograniczał czas wystąpienia do 30 sekund.

To oczywiście podkopywało morale krytyków pisowskiego bolszewizmu – w latach 2016-2017 byliśmy świadkami masowych demonstracji i protestów, które później jednak stopniowo słabły i wygasały. W końcu, ile można chodzić po ulicach miast, głodować i strajkować, jeśli nie przynosi to żadnego skutku? Ostatnim akordem był wielotygodniowy strajk nauczycieli w 2018 r., który władza kompletnie zignorowała.

Koniec monopolu, walec ugrzązł

I oto październikowe wybory przyniosły przełom. Dziś już bolszewik za kierownicą walca nie może sobie pozwolić na luksus ignorowania tych, którzy się mu sprzeciwiają.

Po pierwsze bowiem, sama maszyna, którą prowadzi, zaczęła niedomagać. W bloku silnika pojawiły się groźne pęknięcia. Frakcje Ziobry i Gowina urosły w siłę, a bez nich sam PiS nie ma większości. Na efekt tej zmiany nie trzeba było długo czekać – Gowin zapowiedział, że nie poprze zniesienia tzw. 30-krotności w składkach ZUS. To zmusiło PiS do rozglądania się za alternatywnym sojusznikiem i do zakulisowych prób pozyskania głosów lewicy. W chwili, gdy to piszę, sprawa nie jest jeszcze rozstrzygnięta, ale niezależnie od rezultatu już widać, że do Polski wróciła tradycyjnie rozumiana gra polityczna, w której wszyscy uczestnicy mają szanse na wywalczenie czegoś. To koniec monopolu.

Po drugie, na pół roku przed wyborami prezydenckimi pojawiła się konkurencja na prawo od PiS – Konfederacja, która ogranicza obozowi władzy pole manewru i utrudnia mu walkę o głosy. Bardzo trudno jest zabiegać o wyborców umiarkowanych, jednocześnie puszczając oko do elektoratu narodowców. To właściwie kwadratura koła, a bez jej rozwiązania może się nie udać ponownie zdobyć fotel prezydencki – jego utrata zaś, po przejęciu przez opozycję Senatu (to kolejny istotny czynnik zmieniający sytuację w Polsce) właściwie oznaczałaby, że „dobra zmiana” może się pożegnać z władzą.

No i po trzecie właśnie Senat – opozycja zyskała w nim ważny przyczółek i instytucjonalne oparcie. Od tej pory przepychanie kolanem ustaw w jedną noc staje się już niemożliwe. Nie da się już też stłumić publicznej debaty i pozbawić krytyków władzy forum, na którym mogliby prezentować swe argumenty.

Przez ostatnie cztery lata parlament był maszynką służącą do przyklepywania inicjatyw PiS – być może przejdzie do historii jako drugi w dziejach Polski Sejm niemy. Oponenci byli karani odbieraniem diet, ograniczano im czas wystąpień, ludzie władzy skutecznie blokowali inicjatywy wysłuchań publicznych, nie zgadzali się na powołanie komisji śledczych, które miałyby się zająć niecnymi sprawkami funkcjonariuszy „dobrej zmiany”. Teraz wszystko to staje się możliwe do przeprowadzenia w Senacie.

Dodajmy do tego jeszcze kurczące się zasoby finansowe, skok inflacji i groźbę kryzysu gospodarczego. To odbiera PiS-owi możliwość przekupywania całych grup społecznych.

Wszystko to nie oznacza, że już jutro partia Kaczyńskiego ostatecznie straci władzę. Utrzyma się przy niej jeszcze przez jakiś czas i może uczynić sporo spustoszeń, szkodząc Polsce i jej obywatelom. Niemniej, w powietrzu wyraźnie już czuć cieplejsze podmuchy. Po długiej pisowskiej zimie nadciąga wiosna.

Jarosław Kaczyński na koniu jako Pierwszy Ułan IV RP

12 List

Trzeba dużo zmienić by wszystko zostało po staremu mówi znana nie od dziś zasada… I to ona zadecyduje teraz o kształcie nowego rządu.

Dziś Morawiecki poda swój rząd do dymisji, a na nowym rozdaniu sam najwięcej skorzysta – zdradza Wyborcza.pl.

„Po cichu, w zaciszu gabinetów, znalazł swoich ludzi na stanowiska, w których dzieli się pieniądze. Ministrem finansów będzie jego dobry znajomy z banku” – powiedział dziennikowi polityk PiS, sugerując, że Tadeusz Kościński zastąpi Jerzego Kwiecińskiego, który kierował resortem finansów i rozwoju, a teraz, „ma się realizować w międzynarodowych strukturach finansowych”.

Ministerstwem Zarządzania Funduszami ma kierować Małgorzata Jarosińska-Jedynak, samorządowiec, od 2018 r. wiceminister rozwoju. Wyborcza zwraca uwagę, że przy okazji jednym ruchem Morawiecki przejął też sprawy unijne, które zabrał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych do kancelarii premiera i powierzył wiceministrowi Konradowi Szymańskiemu.

Blisko współpracowaliśmy przy wszelkich eskapadach europejskich na Radzie Europy. Tam są żmudne negocjacje dotyczące przekładania legislacji europejskiej na realną polską gospodarkę” – tłumaczy swoją decyzję premier. Ale politycy PiS mówią, że nic się tu nie zmienia: „To ludzie premiera, a nie MSZ wycofywali się z różnych decyzji bez konsultacji z innymi resortami. To oni odkręcali ustawę o IPN, by zażegnać konflikt z USA i Izraelem, albo wycofywali się z reformy sądownictwa”

Tymczasem nowe rozdanie rządowe nadwyrężyło pozycję byłej premier Szydło, bo stołek stracił jej zaufany ministra środowiska Henryk Kowalczyk.

Najgorzej na obecnych przetasowaniach wyszedł natomiast ważny przeciwnik Morawieckiego – Zbigniew Ziobro. „Przelicytował, gdy jego ludzie publicznie żądali zmiany premiera albo gdy chciał być wicepremierem” – ocenia polityk prawicy. Ziobro zostaje ministrem sprawiedliwości, a kojarzony z nim Michał Woś jednym z dwóch ministrów środowiska. „Woś dostaje Lasy Państwowe, a to kasa i struktury w całym kraju, ale poza Lasami jest sporo ważniejszych obszarów” – ocenia w rozmowie z Wyborczą poseł PiS.

Wpływy zachował Jarosław Gowin. Pozostaje wicepremierem i ministrem nauki, a jego współpracowniczka Jadwiga Emilewicz obejmie Ministerstwo Rozwoju wzbogacone o turystykę i budownictwo. „Nie wiem, czy to takie wzmocnienie, w końcu te mieszkania trzeba będzie budować. To taki krowi placek na srebrnej tacy” – uważa poseł PiS.

Swoją pozycję wzmocni natomiast Jacek Sasin, stając na czele ministerstwa z nadzorem na spółkami skarbu państwa. Z założenia ma być dla Ziobry i premiera rozjemcą w walce o spółki.

Widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej – mówi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Poznaliśmy skład rządu na konferencji premiera w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej. Wielkich niespodzianek nie ma, rząd kontynuacji, jak powiedział sam prezes.

Dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz

EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Nie zgodziłabym się z tym stwierdzeniem. Rząd kontynuacji – to prawda, ale warto po pierwsze podkreślić miejsce, gdzie został przedstawiony. Już nawet nikt nie udaje, że takie rzeczy dzieją się w parlamencie czy w KPRM, tylko w siedzibie partii. Tam zapadają wszystkie realne decyzje i tam się to ogłasza. To pierwsza zdarta zasłona. Po drugie widać, że pan prezes Kaczyński jest zafrasowany, bo rządzić będzie trudniej. Obie partie koalicyjne mają więcej szabel poselskich w tym rozdaniu, a sam PiS ma mniejszą przewagę w parlamencie, niż miał. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i widać to chociażby po tym, że konfitury oddano w ręce premiera Sasina, który jest ewidentnie człowiekiem prezesa Kaczyńskiego, a ten, kto ma spółki Skarbu Państwa – czytaj: posady, pieniądze – ten może nagradzać, ale może i karać przecież. To zostało zrobione bez żadnych ogródek i dla wszystkich jest chyba bardzo czytelne. Pan wicepremier Gowin ma z czego się cieszyć, pozostał wicepremierem.

PANI EMILEWICZ ZYSKAŁA NOWE KOMPETENCJE I BĘDZIE MIAŁA SPORO DO POWIEDZENIA W RZĄDZIE, A WIADOMO, ŻE NIE ZAWSZE BYŁA Z TYCH GRZECZNYCH.

Co do drugiej partii koalicyjnej, to wielki nieobecny – Zbigniew Ziobro wicepremierostwa nie dostał, co może dziwić ze względów chociażby wizerunkowych. Koalicjanci, tym bardziej, że mają więcej posłów, zazwyczaj wicepremierami zostają. Być może Zbigniew Ziobro nie chciał nim zostać i to tak dalece nie chciał, że od 2 miesięcy nie przychodził na posiedzenia rządu. Ta przyjaźń męska, szorstka między panami jeszcze raz się mocno uwidoczniła.

PIS PRZYGOTOWUJE SIĘ KŁOPOTY Z UE, JEŚLI CHODZI O SPRAWY KLIMATYCZNE I OCHRONĘ ŚRODOWISKA.

Minister Czaputowicz został na stanowisku ministra spraw zagranicznych, ale zabrano mu kompetencje dotyczące spraw związanych z UE. Dlaczego?
Być może pod wodzą tego ministra MSZ chciał się zbytnio emancypować. Na pewno łatwiej będzie kontrolować pana Czaputowicza, jak i pana Szymańskiego, jeśli będą musieli współpracować. Szymański otrzymał spore kompetencje, ale bez tego, co donoszą służby dyplomatyczne pana Czaputowicza, będzie mu trudniej poruszać się na salonach Europy.

Dużo dzieje się też po stronie opozycji. Zarząd PO zdecydował, że odbędą się prawybory. To dobry pomysł?
Nie chcę tego opisywać w takich kategoriach. To na pewno decyzja opóźniająca jeszcze wprowadzenie kandydatury lidera, który stanie do boju z prezydentem Dudą w sytuacji, kiedy i tak nie ma wyraźnego lidera. Żaden z kandydatów nie jest wystarczająco rozpoznawalny, zwłaszcza w tzw. terenie, we wsiach i miasteczkach, zatem już by trzeba te tereny z kandydatem oswajać, a my ciągle nie wiemy, kim będzie kandydat. Opozycja opóźnia ważkie decyzje, co nie rokuje dobrze przyszłej elekcji, zwłaszcza że pan prezydent Duda już jeździ i zyskuje głosy.

Tomasz Grodzki zostanie marszałkiem Senatu, to wynik kompromisu wszystkich klubów opozycyjnych. Dobry znak dla wyborców opozycji?
Gdyby się w tej sprawie nie dogadali, to

DALIBY ELEKTORATOWI SYGNAŁ, ŻE SĄ NIEPOWAŻNI.

Inna sprawa, że pan senator Grodzki odmówił przyjęcia resortu zdrowia, którym był kuszony. Z drugiej strony – po prostu zachował się jak rozsądny człowiek, który odmówił siedzenia na bombie. To dobrze rokuje, ale jednak nie jest to znany polityk, to nie jest senator z ogromnym autorytetem. Oczywiście być może będzie, ale – mówiąc wprost – to nie jest Borusewicz, ani Marek Borowski. Ktoś z ewidentnymi kompetencjami i predyspozycjami osobistymi.

Szymon Hołownia ma być kandydatem obywatelskim na prezydenta. Czy to możliwy scenariusz, czy powinniśmy rozpatrywać to w kategorii żartu?
Żyjemy w kraju, gdzie kiedyś proponowano, aby na prezydenta startował Tomasz Lis czy Jolanta Kwaśniewska. Na razie jeszcze daleko do tej elekcji, bo i głosy trzeba by zebrać, i sztab, i mieć pieniądze, i to niemałe. Przyznam, że tę kandydaturę traktuję raczej w kategoriach żartu.

Prezydent Andrzej Duda pomimo przysługujących mu uprawnień nie zrealizował ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”, a wręcz wspierał działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju – pisze o grzechach prezydenta dr hab. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego

“Polskie sprawy najważniejsze musimy prowadzić razem i bez oglądania się na podziały i na różne wizje w szczegółach” – mówił 11 listopada na pl. Piłsudskiego prezydent Andrzej Duda. Ten łagodny ton to element rozpoczętej już przez niego kampanii przed wyborami prezydenckimi w maju 2020 roku.

OKO.press relacjonując wystąpienie przypomniało jednak, że jego prezydentura była na usługach rządzącej partii w dziele destrukcji ustroju demokratycznego państwa polskiego. To nie były „różne wizje w szczegółach”, a łamanie Konstytucji i praw obywateli.

Przedstawiamy autorską analizę konstytucjonalisty dr. hab. Ryszarda Balickiego. Zdaniem redakcji OKO.press świetnie ukazuje jak dalece posunął się Andrzej Duda w sprzeniewierzeniu się swojej prezydenckiej przysiędze. Warto oceniać jego dzisiejsze deklaracje również z tego punktu widzenia.


Przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie

Dzień 6 sierpnia 2015 roku był bardzo ważny w życiu Andrzeja Dudy, może nawet najważniejszy. Tego dnia złożył przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym.

Posłowie i senatorowie wysłuchali wypowiadanych wówczas słów: „(…) uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Dla podkreślenia wagi wypowiadanych słów Andrzej Duda dodał także „Tak mi dopomóż Bóg”.

Wypowiadając słowa roty Andrzej Duda objął urząd, na który wybrali go obywatele i stał się kolejnym prezydentem niepodległej Polski.

Ale składana przysięga to nie tylko słowa, to zobowiązanie, które nowy prezydent zaciąga każdorazowo wobec suwerena.

Czy prezydent Andrzej Duda temu zobowiązaniu sprostał?

Grzech pierwszy: Instrumentalne potraktowanie prawa łaski

Już w pierwszych miesiącach urzędowania doszło bowiem do znamiennych wydarzeń, które naznaczyły tę kadencję. 16 listopada 2015 roku, powołując się na prerogatywę określoną w art. 139 Konstytucji, Prezydent RP wydał postanowienie w sprawie zastosowania prawa łaski wobec czterech osób.

Ta – wydawało się – rutynowa decyzja okazała się jednak inna niż wszystkie dotychczasowe.

Prezydent Duda postanowił bowiem zastosować przysługujące mu uprawnienie wobec osób, których proces sądowy jeszcze się nie zakończył. W związku z powyższym pojawiła się uzasadniona wątpliwość czy prezydent mógł tak uczynić.

Konstytucyjna regulacja prawa łaski jest nader lakoniczna – art. 139 Konstytucji RP stwierdza jedynie, że:

„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu”.

Ten krótki przepis reguluje zakres podmiotowy i przedmiotowy agracjacji (prawa łaski) w polskim porządku konstytucyjnym. Prawo łaski stanowi zatem wyłączną kompetencję głowy państwa.

Powyższy artykuł wskazuje również katalog wyłączeń – z prawa łaski nie mogą korzystać osoby skazane przez Trybunał Stanu, czyli osoby ponoszące odpowiedzialność konstytucyjną.

Dodatkową normą ustawy zasadniczej, poruszającą problematykę agracjacji, jest art. 144 ust. 3 Konstytucji RP, stanowiący, że wymóg podpisu Prezesa Rady Ministrów pod aktem urzędowym Prezydenta RP nie dotyczy stosowania prawa łaski. Oznacza to zatem, że stosowanie instytucji ułaskawienia nie wymaga kontrasygnaty, jest więc prerogatywą Prezydenta RP.

Tak ograniczona regulacja konstytucyjna jest konsekwencją szczególnego charakteru norm konstytucyjnych, mających jedynie wyznaczyć zakres uprawnień poszczególnych organów.

W takim przypadku konieczne jest odwołanie się do charakteru instytucji, do ukształtowanych zwyczajów konstytucyjnych, doktryny oraz orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego.

Dotychczas w literaturze polskiego prawa konstytucyjnego nie budziło wątpliwości, że prawo łaski to prawo państwa do darowania prawomocnie orzeczonej kary lub innych skutków o podobnym charakterze.

Prawo to nie służy jednak uniewinnieniu skazanego, nie unieważnia wydanego wyroku sądu, nie prowadzi nawet do przebaczenia winy sprawcy.

Jest to wyłącznie możliwość zrzeczenia się – w imieniu państw, przez uprawniony organ – egzekucji wymierzonej już kary.

Nie bez znaczenia w przedmiotowej sprawie będą także skrajnie polityczne pobudki działania głowy państwa. Prezydent nie podejmował swoich decyzji z powodów społecznych czy moralnych, lecz jedynie dążył do – jak sam oświadczył – „wyręczenia sądu”, aby ułatwić swojej byłej partii politycznej obsadę stanowisk rządowych.

Grzech drugi: Odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego

Kolejną decyzją Prezydenta RP, która wzbudziła wątpliwości co do jej zgodności z konstytucją, była faktyczna odmowa przyjęcia ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez Sejm VII kadencji. Zaistniała sytuacja stała się także elementem wielomiesięcznej batalii, której częścią – w praktyce przedmiotem – stał się Trybunał Konstytucyjny.

Punktem wyjścia do późniejszych zdarzeń było uchwalenie w dniu 25 czerwca 2015 roku nowej wówczas ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, której art. 137 dawał możliwość Sejmowi VII kadencji dokonanie wyboru sędziów na wszystkie zwalnianie w 2015 roku stanowiska sędziowskie.

Poza materią niniejszego tekstu jest szczegółowa ocena uchwalonej wówczas ustawy. Ale warto przynajmniej krytycznie skomentować zarówno sam fakt uchwalania tak ważnej ustawy pod koniec kadencji Sejmu, jak i szczególnie umieszczenie w niej przepisu pozwalającego w niekonstytucyjny sposób zwiększyć kompetencje kreacyjne Sejmu danej kadencji.   

W dniu 30 sierpnia 2015 ustawa weszła w życie, należy przy tym podkreślić, że prezydent Duda nie zgłosił swoich zastrzeżeń do konstytucyjności ustawy i nie wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w trybie kontroli następczej.

8 października Sejm VII kadencji wybrał pięciu sędziów TK: Romana Hausera, Krzysztofa Ślebzaka, Andrzeja Jakubeckiego, którzy mieli być następcami: Marii Gintowt-Jankowicz, Wojciecha Hermelińskiego i Marka Kotlinowskiego (ich kadencje kończyły się 6 listopada 2015 roku), oraz Bronisława Sitka i Andrzeja Sokalę, którzy mieli być następcami sędziów: Zbigniewa Cieślaka (koniec kadencji 2 grudnia 2015) i Teresy Liszcz (koniec kadencji 8 grudnia 2015).

Jednak prezydent Duda nie umożliwił sędziom wybranym przez Sejm VII kadencji złożenia ślubowania w terminie umożliwiającym rozpoczęcie kadencji.

W tej sytuacji doszło do naruszenia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym.

Prezydent RP, poprzez swoje działanie uniemożliwił rozpoczęcie sprawowania funkcji przez osoby legalnie wybrane przez kompetentny organ, w oparciu o obowiązujący akt prawny. Bezspornym jest bowiem, że

wyłączna kompetencja do powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego jest w gestii Sejmu RP,

a art. 21 ust. 1 ustawy o TK – co podkreślił Trybunał w uzasadnieniu do wydanego wyroku – „wyraża normę kompetencyjną, która nakłada na Prezydenta obowiązek niezwłocznego odebrania ślubowania od sędziego Trybunału Konstytucyjnego”.

Trybunał podkreślił także, że „odebranie ślubowania od sędziów TK nie może być postrzegane jako należące do ewentualnego uznania głowy państwa. Prezydent jest obowiązany przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm na podstawie art. 194 ust. 1 Konstytucji. Nie ma w tym zakresie możliwości dokonywania samodzielnej, a przy tym swobodnej – zależnej jedynie od własnego uznania – oceny ani podstaw prawnych dokonanego wyboru, ani prawidłowości procedury, która została w danym wypadku zastosowana przez Sejm.

Prezydent jako organ władzy wykonawczej, nie jest bowiem uprawniony do ostatecznego i wiążącego inne organy państwa wypowiadania się o zgodności norm prawnych z Konstytucją. Nie ma również kompetencji w zakresie oceny legalności działań podejmowanych przez Sejm na podstawie powszechnie obowiązującego prawa.

Przyznanie Prezydentowi niczym nieograniczonej możliwości dokonywania takich ocen oznaczałoby podejmowanie działań bez podstawy prawnej. Wiązałoby się z naruszeniem zasady legalizmu (art. 7 Konstytucji) oraz

pozostawałoby w sprzeczności z zasadą, że Prezydent wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach (art. 126 ust. 3 Konstytucji)”.

Tak więc prezydent winien niezwłocznie przyjąć ślubowanie wybranych przez Sejm sędziów TK, a ostatnim akceptowanym momentem może być taki, który umożliwi rozpoczęcie kadencji nowego sędziego TK bezpośrednio po zakończeniu kadencji sędziego dotychczasowego, czyli najpóźniej w dzień poprzedzający koniec kadencji.

W przypadku wyboru sędziego na skutek powstałego wakatu w składzie TK, ślubowanie winno nastąpić w najbliższym dogodnym momencie po dokonanym wyborze. Jak stwierdził Trybunał: „Prezydent ma swoim działaniem stworzyć warunki ku temu, aby sędzia wybrany przez Sejm mógł niezwłocznie rozpocząć wykonywanie powierzonej mu funkcji urzędowej. Rola Prezydenta jest więc wtórna, a zarazem podporządkowana w swej istocie temu skutkowi, jaki wynika z wykonania przez Sejm powierzonej mu kompetencji wyboru sędziów TK”.

Nie realizując powyższego obowiązku Prezydent RP uniemożliwia sprawne funkcjonowanie organu konstytucyjnego oraz narusza postanowienia Konstytucji i ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, co może być podstawą do pociągnięcia go do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu.

W przypadku będącym przedmiotem dokonywanej analizy, jedynie w sytuacji, w której głowa państwa złożyłaby wniosek o zbadanie konstytucyjności ustawy z 25 czerwca 2015 roku o Trybunale Konstytucyjnym kwestionując zgodność z Konstytucją art. 137 (będącego podstawą prawną wyboru dokonanego przez Sejm VII kadencji) powstałaby możliwość odroczenia momentu przyjęcia ślubowania.

Jednak nawet w takiej sytuacji – jak podkreślał Trybunał: „Podejmując taką decyzję, Prezydent bierze na siebie pełną, przewidzianą w Konstytucji odpowiedzialność za jej skutki”.

Należy więc uznać, że w analizowanej sytuacji nie wystąpiły żadne okoliczności uzasadniające możliwość odroczenia momentu przyjęcia przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę ślubowania sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji. Prezydent winien więc niezwłocznie przystąpić do realizacji swojego obowiązku. Jednak w związku z wydanym wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2015 roku, obecnie Prezydent winien przyjąć ślubowanie od 3 sędziów wybranych przez Sejm VII kadencji w miejsce sędziów TK, których kadencja kończyła się 6 listopada 2015 roku.

Smutnym podsumowaniem powyższych rozważań stały się niedawne komunikaty prasowe wygłaszane przez przedstawicieli Kancelarii Prezydenta po ujawnieniu, że PiS zgłosiło jako kandydatów do TK m.in. byłych posłów Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.

Rzecznik prezydenta oświadczył, że „to parlament podejmuje decyzję o tym, kto jest wybierany na sędziów TK”. To oczywiście prawda, szkoda jednak, że taka refleksja pojawiła się tak późno. Ale może warto przypomnieć prezydentowi, że trójka prawidłowo wybranych sędziów TK nadal oczekuje na możliwość złożenie ślubowania…    

Grzech trzeci: Aktywny uczestnik nocnego przejęcia Trybunału Konstytucyjnego przez PiS

W działaniach podejmowanych przez partię rządzącą w celu politycznego przejęcia Trybunału prezydent Andrzej Duda był – niestety – aktywnym uczestnikiem. Zaakceptował, nieznajdujący uzasadnienia w normach Konstytucji, „wybór” dokonany przez Sejm VIII kadencji osób na miejsca zajmowane przez prawidłowo wybranych sędziów, a następnie – pod osłoną nocy – przyjął od nich ślubowanie. Wszystko po to, aby osoby te mogły zostać wprowadzone do siedziby Trybunału.

Prezydent sankcjonował również kolejne ustawy dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, w tym także podpisał 19 grudnia 2016 – w nocy! – ustawy: „Przepisy wprowadzające ustawę o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym” oraz „O statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego”.

Żadna z nich nie przewidywała vacatio legis i obie weszły w życie już kolejnego dnia. Tak nadzwyczajny tryb był podyktowany chęcią uniemożliwienia przeprowadzenia zbadania ich zgodności z Konstytucją.

Na mocy przyjętej ustawy wprowadzone zostało – nieznane Konstytucji i naruszające zawarte w niej postanowienia o wiceprezesie Trybunału – stanowisko „sędziego pełniącego obowiązki Prezesa Trybunału”. Na to stanowisko prezydent powołał sędzię Julię Przyłębską.

Z uwagi na brak takiej kompetencji w konstytucyjnym katalogu aktów zwolnionych z obowiązku uzyskania kontrasygnaty, zgodę na jej powołanie musiał wyrazić także Prezes Rady Ministrów. Należy jednak uznać, że uzależnienie możliwości działania sądu konstytucyjnego od decyzji organu władzy wykonawczej stanowi naruszenie art. 173 Konstytucji, w którym jest zawarta zasada odrębności i niezależności Trybunału od innych władz.

Kolejnego dnia – 20 grudnia 2016 roku – sędzia Julia Przyłębska, naruszając konstytucyjne uprawnienia wiceprezesa TK, zwołała Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK. Do udziału w nim dopuściła także osoby nieuprawnione („dublerzy”).

Przeprowadzono wówczas głosowanie, podczas którego na czternaście obecnych osób, jedynie sześć – w tym trzech dublerów – opowiedziało się za wyborem sędzi Przyłębskiej na prezesa Trybunału. Jednak – wbrew wymogowi zawartemu w ustawie – nie została przedstawiona zebranym i przegłosowana uchwała o wyborze Prezesa Trybunału Konstytucyjnego! Pomimo tych uchybień prezydent powołał Julię Przyłębską na Prezesa TK.

Grzech czwarty: sankcjonował naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności sądów

Prezydent Andrzej Duda akceptował również i niezwłocznie podpisywał przedkładane mu ustawy zawierające normy literalnie sprzeczne z Konstytucją (m.in. ustawy o KRS, SN i sądownictwie powszechnym).

Działania głowy państwa sankcjonowały w ten sposób naruszenia konstytucyjnych zasad mówiących o niezawisłości sędziów oraz niezależności i odrębności sądów i Trybunałów.

Prezydent Andrzej Duda, pomimo przysługujących mu uprawnień, nie zrealizował więc ciążącego na nim obowiązku „czuwania nad przestrzeganiem Konstytucji”.

Akceptował, a nawet publicznie wspierał swoimi wypowiedziami działania partii rządzącej, mające na celu naruszanie konstytucyjnych zasad ustroju. Nie sprostał obowiązkom, które na swoje barki przyjmuje Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej wraz z objęciem urzędu i które tak pięknie zostały ujęte w rocie prezydenckiej przysięgi…

„dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”.

Szanowny Panie Ministrze!

Dowiedziałem się, że zamierza Pan poprzez prokuraturę ścigać terrorystów z grupy Lotnej Brygady Opozycji. Brawo, brawo, po trzykroć brawo panie Ministrze! Nie można pozwolić, aby wrogie czołgi bezkarnie buszowały po głównym placu Warszawy. Plac na którym spoczywa spiżowy wzrok pomnika profesora Prezydenta RP Lecha Aleksandra Kaczyńskiego musi na zawsze być wolny od wrogich sił pancernych!

Jeszcze bardziej niepokojące było przenikanie obcej marynarki wojennej do fontann placu, gdzie zdaje się na stałe zainstalowała się łódź podwodna w/w brygady. Ta hańba polskiej marynarki wojennej może być zmyta tylko krwią! A przynajmniej zarzutami prokuratorskimi.

Nie może być tak, że po stolicy pływają sobie bezkarnie łodzie podwodne, a okręty podwodne Marynarki Wojennej stoją nadal uziemione ze względu na potrzebę wymiany części do kotłów parowych (trudno dostępnych w obecnych czasach).

Apeluję do Pana, aby następnym razem, przed kolejną miesięcznicą, nasze stawiacze min zaminowały akweny w stolicy, aby uniemożliwić wrogie przenikanie. Nadto w tej sytuacji pomysł Pańskiego Wielkiego Poprzednika – Marszałka-Seniora Antoniego Macierewicza, aby przenieść siedzibę Marynarki Wojennej do Radomia wydaje się w pełni uzasadniony.

Skoro już stolica jest wystawiana na ryzyko wrogich odwiedzin obcych okrętów podwodnych, to czas bazę marynarki wycofać dalej na południe (nadto jak powiedział pan minister Suski ewentualna ewakuacja samolotami marynarzy do Afryki byłaby szybsza z Radomia, niż z Warszawy).

Panie Ministrze!

Bez Pana nasz kraj zostałby bezbronny wobec ataków tej lotnej brygady. Można powiedzieć o Panu i Pana współpracownikach słynne zdanie Churchilla: jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewieluNiech Pan ratuje naszą stolicę! Tylko w Panu nadzieja!

Tekturowy czołg Lotnej Brygady Opozycji stoczył 10 listopada bitwę z przywódcami republiki banasiowej. Wzmożony Błaszczak zgłasza przestępstwo znieważenia żołnierzy. Czołgista, który prowadził czołg na swym wózku inwalidzkim, liczy na proces. Chciałby wygarnąć PiS o oligarchii państwa. Sienkiewiczowi nie podoba się happening, a Niemczykowi – Sienkiewicz

„Tzw. happening KOD-u pod Grobem Nieznanego Żołnierza to absolutny skandal. Nie ma akceptacji dla takich zachowań. MON złoży zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znieważenia żołnierzy Wojska Polskiego” – zagrzmiał na twitterze 11 listopada minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak.

W ten sposób pierwszy obrońca Rzeczpospolitej zareagował na kolejną akcję grupy aktywistów, którą „Gazeta Polska” nazwała Lotną Brygadą KOD demaskując ich niecne zamiary podczas wyborów samorządowych 2018 roku. Jeździli na spotkania wyborcze kandydatów PiS, zadawali trudne pytania i w ogóle nie zachowywali się jak należy. Od tego zaczęli.

Lotna Brygada Opozycji (z wdzięcznością przyjęli to przezwisko „Gazety Polskiej”) szczególnie uaktywniła się po aferze z Marianem Banasiem. Najsłynniejszą ich akcją (ponad 1,5 mln wyświetleń) było wejście „Pracowni Architektury Wnętrz LUPANAR” do siedziby NIK w Warszawie. Wtaszczyli drabinę, abażur, zegar, czerwone zasłony i materace i oświadczyli, że przyszli urządzić „pokoje na godziny”. Powtarzali  portierom: „Pan zadzwoni do Banasia”, cytując obwieszonego złotem „biznesmena”, który urzędował w kamienicy Banasia.

10 listopada 2019 roku Lotna Brygada Opozycji (dalej LBO) przystąpiła do kolejnego ataku na pozycje „banasiowców” okupujących Plac Piłsudskiego, gdzie – pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego – trwały „społeczne obchody w przededniu Narodowego Święta Niepodległości z udziałem Jarosława Kaczyńskiego”.

Jako ludzie honoru wezwali czołówkę PiS przez magefon:

„Republika banasiowa, poddajcie się, jesteście otoczeni!”.

Całą akcję dokumentuje filmik ze strony LBO Wolne Media.

Nieco inna jest relacja filmowa Roberta Kowalskiego na stronie OKO.press, która opowiada równolegle o siłach LBO i o uroczystości „banasiowców” pod pomnikiem Lecha Kaczyńskiego.

Akcja LBO zakończyła się pełnym sukcesem, może dlatego, że po raz pierwszy Brygada użyła broni pancernej w postaci czołgu. Prowadził go przybyły ze wsparciem z Górnego Śląska Leszek Piątkowski (rozmowa – dalej).

Czołg ozdobiony był napisem „Gdzie jest wrak?”, podobnie jak płaszcze żeńskiej piechoty, która atakowała pod jego osłoną.

Sienkiewicz oburzony jak Błaszczak, a Niemczyk oburzony na Sienkiewicza

Na szturm LBO kategorycznie zareagował poseł PO Bartłomiej Sienkiewicz, przez rok (2013-2014) minister spraw wewnętrznych w rządzie Donalda Tuska, którego piękną karierę przerwała akcja kelnerów restauracji „Sowa i Przyjaciele” (a dokładniej publikacja taśm z podsłuchanych rozmów). Za komuny – aktywista-pacyfista i sygnatariusz oświadczenia ruchu Wolność i Pokój z 1988 roku.

Ton Sienkiewicza z kolei nie spodobał się Piotrowi Niemczykowi, koledze jeszcze z ruchu Wolność i Pokój. Mówi OKO.press: „Wypowiedź Bartłomieja Sienkiewicza wydaje mi się skandaliczna. Nie może być tak, że demokratyczny polityk, w dodatku współzałożyciel naszego Ruchu Wolność i Pokój,

nie rozumie na czym naprawdę polega godność żołnierza i nie widzi, jak absurdalne jest to, że broni jej ta operetkowa formacja, którą reprezentuje minister Błaszczak.

To przecież władza PiS manipuluje żołnierskim honorem. Pułkownicy Wojska Polskiego salutowali Bartłomiejowi Misiewiczowi, a policjanci Błaszczaka – jako ministra spraw wewnętrznych – cięli tekturę na konfetti, by sypać je z helikoptera na wiceministra Jarosława Zielińskiego.

Pomysł Błaszczaka, by stawiać kryminalny zarzut za ten zabawny i inteligentny happening obywatelski, zasługuje po prostu na wyśmianie. Moralne oburzenie Sienkiewicza jest jakimś nieporozumieniem.

Takie przecież były tradycje ruchu Wolność i Pokój – wolność wypowiedzi, wolność żartu z każdej nadętej, tekturowej władzy”.

Leszek Piątkowski, kierowca czołgu: Atakujemy republikę banasiową

Piotr Pacewicz, OKO.press: Czy to pan kierował czołgiem na Placu Piłsudskiego?

Leszek Piątkowski: Muszę potwierdzić. Tak, to ja. Zamiast gąsienic użyłem kół mojego elektrycznego wózka inwalidzkiego. Obawiam się, że może dojść do konfiskaty narzędzia zbrodni.

Minister Błaszczak groźnie się nadął i zapowiedział zgłoszenie całej akcji do prokuratury za znieważenie honoru żołnierzy Wojska Polskiego.

To bzdury, jakie wymyśla sobie oligarchiczne państwo. Naruszyłem dumę czy honor jakiegoś żołnierza? Co za bzdura.

Cel naszej półtoragodzinnej akcji nie miał nic wspólnego z żołnierzami, ale z obnażeniem państwa z takiej tektury, z jakiej zrobiliśmy mój czołg.

Nie chcieli nas wpuścić na plac dostępny przecież dla obywateli, słychać nawet na filmiku szepty „Nie wpuszczajcie ich”. Ja wiem na czym polega i zniewaga, i cierpienie, i zapewniam pana, że na czym innym niż żartowanie z władzy.

Pan od dawna należy do brygady Ulica i Zagranica, batalion Ulica? Miał Pan jakieś doświadczenia teatralne czy parateatralne?

Nie. Miesiąc temu przyjechałem do znajomego z Warszawy, żeby zobaczyć, na czym polega życie opozycji ulicznej. I zobaczyłem podczas miesięcznicy 10 października 2019.

A to pan, mieliśmy filmik z tej sceny (tu można go zobaczyć na OKO.press). Twierdził pan, że policja nie pozwala się panu wysikać, czemu funkcjonariusze zaprzeczali ze śmiertelną powagą. To była 114. miesięcznica. O, tu jest zdjęcie z nierównej walki miesiąc temu. Pięciu na jednego, a pan bez czołgu.

Najpierw mieliśmy pomysł, by czołg nazwać „Pancerny Marian” [tak ponoć nazywany był w kręgach PiS Marian Banaś – red.], ale uznaliśmy, że to byłoby zbyt dosłowne.

Tak czy inaczej, atakujemy republikę banasiową, czyli państwo oligarchiczne. Stanowisko najwyższej funkcji kontrolnej obejmuje człowiek, który robi podejrzane interesy z podejrzanymi ludźmi i ma podejrzany majątek, z którego nie potrafi się rozliczyć. No ludzie kochani! Dlatego podczas  115. miesięcznicy zaatakowaliśmy republikę banasiową całą siłą Lotnej Brygady Opozycji i serią pocisków z lufy mego czołgu.

Poruszając się po placu zbliżyliśmy się do Grobu Nieznanego Żołnierza, przechodziła akurat warta honorowa, ale na litość Boską, co z tego?

Tak bardziej serio. Pomyślałem sobie, że warto wziąć udział w takim happeningu, by

zainteresować szerszą opinię publiczną sprawą z mojej miejscowości Pszów na Górnym Śląsku, gdzie od lat walczę w miesięczniku „Pszowik” z lokalnym układem oligarchicznym.

Miejscowy biznesmen pod płaszczykiem budowy parku rekreacji i wypoczynku zatruwa okolicę odpadami z hałdy, które wywozi, w sumie już 3 mln ton. Poniszczył drogi, mieszkańcy protestują od pół roku, ale urzędnicy nadzoru budowlanego nie reagują, prokuratura rejonowa nie reaguje. Mam nadzieję, że teraz, gdy stanę się znany, ktoś się tym zajmie.

A jeśli minister obrony doprowadzi do procesu?

Och, byłbym szczęśliwy. Można by pokazać jak działa państwo z tektury, takiej jak mój czołg. Które toleruje układy oligarchiczne, bo tektury nikt się nie boi.

Znieważenie? Ale kogo? I przecież nie było intencji!

Nie jest jasne, na czym polegałoby tu „znieważenie żołnierzy”, które zarzuca LBO minister Błaszczak.

Znieważenie, zgodnie z art. 216 KK, należy do przestępstw, które nie musi doprowadzić do skutku, może zostać popełnione wyłącznie przez działanie. Ale podstawowym wymogiem jest fakt, że

sprawca działał umyślnie (świadomie). Sprawcą znieważenia jest ten, kto chce znieważyć i przewidując, że jego zachowanie może mieć taki charakter, godzi się na to.

Nie wystarczy więc, że poczuł zniewagę,w  dodatku nie swoją, minister obrony narodowej.

Podobne są warunki znieważenia funkcjonariusza publicznego „podczas i w związku z pełnieniem przez niego obowiązków służbowych” (art. 226 kodeksu karnego ).

Może się to stosować do żołnierzy (tylko nie wiadomo których), bo zgodnie z art. 115 kodeksu karnego funkcjonariuszem jest także „osoba pełniąca czynną służbę wojskową, z wyjątkiem terytorialnej służby wojskowej pełnionej dyspozycyjnie” (a także Błaszczak jako minister).

Ponieważ nic nie wskazuje, by LBO działał z zamiarem znieważenia żołnierza czy żołnierzy, trudno uznać, by kogokolwiek znieważył.
Zwłaszcza, że użył formy politycznego happeningu, maskarady, złośliwej, prześmiewczej formy artystyczno-politycznej; w PRL specjalizowała się w takich akcjach Pomarańczowa Alternatywa, ale ówcześni przedstawiciele władzy też nie mieli poczucia humoru.

Znieważenia się zdarzają. Prokuratura postawiła  dziennikarzowi „Wyborczej” zarzut znieważenia 31 marca 2017 konkretnego żołnierza Żandarmerii Wojskowej podczas awantury z przejazdem rządowych limuzyn, ale dziennikarz użył „gestu uznanego powszechnie za obelżywy” (inna rzecz czy miał rację, sąd sprawę warunkowo umorzył).

A może znieważenie grobu? Ale tego już w prawie nie ma

Niektóre działania zbrojne LBO toczyły się blisko Grobu Nieznanego Żołnierza, więc może Błaszczak ma na myśli żołnierzy zmarłych, czyli żołnierski (symboliczny) grób.

Art. 262 kodeksu karnego rozumie znieważanie zwłok dosłownie, np. ograbianie i przewiduje karę więzienia nawet do 8 lat!

Specjalistka tematu prof. Marta Mozgawa-Saj wspomina w pokazanej niżej pracy, że po drugiej wojnie istniało przestępstwo znieważenia grobu żołnierza Wojska Polskiego, ale wraz z nastaniem trwalszego pokoju, zostało wycofane.

„W okresie tuż powojennym obowiązywał dekret z 13 czerwca 1946 roku o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa (tzw. m.k.k.), który w art. 26 przewidywał

karę więzienia do lat 5 lub aresztu za znieważanie lub uszkadzanie zwłok bądź miejsca spoczynku żołnierza Wojska Polskiego lub sprzymierzonego albo osoby, która padła ofiarą zbrodniczych działań faszystowskich.

W art. 27 przewidziany był typ kwalifikowany (w stosunku do art. 25[2]i 26), gdy sprawca czynu działał w okolicznościach szczególnie obciążających) zagrożony karą więzienia do lat 10.

LBO liczyła brakujące głosy PiS-owi

Gdy PiS zgłosił protesty wyborcze do Senatu 2019 i miał nadzieję na powtarzanie liczenia głosów, LBO wyciągnęła pomocną dłoń w akcji „Liczymy głosy”. Grupa kilkunastu osób z białymi workami przeszła przez miasto aż pod siedzibę PiS. Zatrzymywani przez policję i ochroniarzy tłumaczą:

„My do prezesa. Głosów brakuje, to je przynieśliśmy. Wszystko z panią Basią umówione”.

Składają worki i oferują, że w razie czego są też gotowi dostarczyć dublerów dla niepewnych senatorów.

Akcji było dużo więcej. Dwu, trzyminutowe filmik są coraz dowcipniejsze, sprawnie montowane, do tego prześmieszne dialogi, dobra muzyka, czasem jak w starym kinie.

Jeszcze jeden przykład – zgłosili się z gotowością urządzenia wyprowadzki marszałkowi Senatu Stanisławowi Karczewskiemu. Na razie bezskutecznie, ale Brygada jest nieustępliwa.

Jak informował portal NaTemat w czerwcu 2018 , wśród organizacji, których aktywiści zaczęli jeździć na spotkania wyborcze kandydatów PiS w 2018 roku były m.in.

  • Grupa Akcja Częstochowa,
  • Grupa Błysk Budzik,
  • KOD,
  • Młodzi Demokraci Radom,
  • Obywatele GW 66-400,
  • Obywatele RP,
  • Obywatele RP Kalisz,
  • Obywatele RP Łódź,
  • Obywatele Solidarni w Akcji,
  • ODnowa,
  • Podwórko Demokracji Morąg,
  • proDemokratyczni,
  • Przystań OKO,
  • Radomianie dla Demokracji,
  • Rebelianty Podkarpackie,
  • Warszawski Strajk Kobiet,
  • WRD.

„Wszystkie one są zazwyczaj stowarzyszeniami, część należała wcześniej do KOD. „Lotna Brygada Opozycji” jak nazwała nas „Gazeta Polska”, a nam się to podoba, jest grupą, która działa ponad podziałami” – tłumaczyła  naTemat Katarzyna Wyszomierska, redaktor naczelna portalu skwerwolności.eu.

Cały esej tutaj >>>

Duda, Szydło i Ruchadełko leśne

23 Paźdź

Partia Jarosława Kaczyńskiego boi się wyborów prezydenckich. Ale już widać, w jaki sposób będzie walczyć o drugą kadencję dla Andrzeja Dudy.

Wbrew oficjalnemu optymizmowi PiS boi się, że przegra wybory prezydenckie wiosną 2020 r. Bo w wyborach parlamentarnych opozycja zdobyła więcej głosów niż PiS, a podczas prezydenckich mobilizacja elektoratów nie osłabnie. Dla opozycji zdobycie prezydentury będzie ostatnią szansą, by powstrzymać władzę Jarosława Kaczyńskiego. Dla PiS przegrana to paraliż i demontaż autokratycznego państwa. Taka mobilizacja daje większe szanse opozycji, PiS nie przyciągnie bowiem kolejnych rzesz wyborców.

Nie pocieszają też rządzących sondaże prezydenckie. Wprawdzie większość z nich wskazuje na zwycięstwo prezydenta Dudy, ale są one przeprowadzane w warunkach, gdy nie ma jeszcze oficjalnych kontrkandydatów, a kampania dopiero się rozkręca. Duda wygrywa, bo jest na razie jedynym oczywistym kandydatem na ten urząd. Ale wygrywa ledwo, ledwo, co powinno PiS niepokoić. W 2014 r., kilka miesięcy przed wygraną Dudy, prezydent Komorowski miał w podobnych sondażach potężne 70-procentowe poparcie. Z wiadomym skutkiem. Duda jest więc przed wyborami prezydenckimi w gorszej sytuacji niż jego poprzednik.

Szansa PiS polega więc nie na rozglądaniu się za nowymi wyborcami, lecz na demobilizowaniu głosujących na opozycję. Posłużą temu trzy nurty polityki, których zapowiedzi już obserwujemy.

Posypią się nowe hojne dary

Przede wszystkim PiS obieca kolejne świadczenia i, co ważniejsze, będzie, jak dotąd, straszył, że opozycja zabierze to, co władza daje.

Demokratyczne partie i ich kandydaci muszą te zarzuty odpierać oraz przeciwstawić rządowej propagandzie własne wizje prospołecznej i sprawiedliwej Polski. Na razie tego nie potrafią. Komorowski też nie potrafił i w dużej mierze dlatego przegrał.

Oponenci będą oczerniani i zohydzani

Po drugie, procedowany w parlamencie projekt ustawy o zakazie edukacji seksualnej dobrze pokazuje zamiary PiS. Chodzi bowiem o to, by miano deprawatorów i opresorów dzieci przyspawać do znaczących środowisk antypisowskich. To zwłaszcza feministki i część liberalnych i lewicowych elit politycznych oraz artystyczno-intelektualnych złączonych mrocznym sojuszem ze społecznościami LGBT+ przedstawianymi przez propagandę PiS oraz Kościół jako pedofile i wrogowie rodzaju ludzkiego. Taka demonizacja tych wszystkich środowisk zawarta w projekcie ustawy i wzmagana przez rządowe media ma zdemobilizować wyborców opozycji. Chcesz być po stronie krzywdzicieli dzieci, pedofilów i ich popleczników? – pyta nas PiS każdego dnia.

Ta operacja może się powieść, jeśli opozycja nie stanie na wysokości zadania. Jeśli zrejteruje z tego pola bitwy tak, jak dopiero co uciekła Platforma, nie sprzeciwiając się w Sejmie nonsensownej merytorycznie uchwale przeciw „nienawiści wobec katolików”. Bo obowiązek opozycji w takich sprawach nie polega na tym, by kicać w krzaki, bo, ojej, to drażliwy temat. Przeciwnie, opozycja ma demaskować tę propagandę, przeciwstawiając jej projekt społeczeństwa tolerancyjnego, światłego i troszczącego się o bezpieczeństwo dzieci. Szczęśliwie w nowym Sejmie będzie lewica, która najpewniej PO rozrusza i doda jej odwagi.

Władza musi zademonstrować twardość

Po trzecie wreszcie, PiS musi w kampanii prezydenckiej przedstawiać się jako partia władcza i nieugięta. W nadziei, że strach przed władzą też demobilizuje wyborców, i w obawie, że jeśli okaże słabość, przybędzie jej przeciwników. Stąd zresztą próby zmiany wyników wyborów do Senatu – partia Kaczyńskiego nie może godzić się z przegraną. I musi próbować represji: rozprawiać się z sądami, mediami i kulturą. Ale to gra na krawędzi klęski, bo w Polsce łatwiej rozjuszyć społeczeństwo, niż je zastraszyć.

PiS ma więc wielki problem z wyborami prezydenckimi, dysponuje jednak instrumentami, by swą słabość minimalizować. Toteż głupotą byłoby przeświadczenie opozycji, że do sukcesu wystarczą takie kampanie wyborcze jak dotychczasowe. Otóż nie! Aby zdobyć prezydenturę, opozycja – KO, Lewica, PSL – musi się zmienić. Bez tego może nie utrzymać wyborców, którzy w wyborach parlamentarnych jej zaufali, a teraz będą sprawdzać, czy to zaufanie warto podtrzymać.

W skłóconym obozie władzy trwa rywalizacja w nowej sportowej konkurencji. Chodzi o to, by jak najgorliwiej oburzać się na krążące po kraju plotki o księdzu Tymoteuszu Szydle.

Zwycięzca tych zawodów może liczyć na przychylność matki księdza – Beaty Szydło, europosłanki i byłej premier, która zachowała w partii dość wpływów, by jej zdanie liczyło się przy tworzeniu nowego rządu. Jest więc o co walczyć.

Pierwszy do zawodów przystąpił Patryk Jaki, europoseł z Solidarnej Polski, były wiceminister sprawiedliwości, znany arbiter internetowej elegancji. Na jego koncie na Facebooku pojawił się prześmiewczy mem przedstawiający Donalda Tuska i Grzegorza Schetynę płaczących na pogrzebie Sebastiana Karpiniuka, jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej. – Beata Szydło dzielnie od dawna znosiła ataki. Jednak przychodzi moment, że mocno trzeba stanąć w jej obronie. Dość – napisał Jaki, a plotki dotyczące ks. Tymoteusza nazwał „jedną z najbardziej haniebnych akcji ostatnich lat”.

Mateusz Morawiecki – który pokazywał na szczytach Rady Europejskiej zdjęcie dziewczyny w towarzystwie Edwarda Gierka, kłamiąc, że to Małgorzata Gersdorf, pierwsza prezes Sądu Najwyższego – nie mógł pozostać obojętny. Wszak Jaki i członkowie jego obozu próbują podkopać jego pozycję. – Ataki na Beatę Szydło i jej najbliższych są haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością – oświadczył premier.

Do licytacji w oburzaniu się stanęło jeszcze kilku pomniejszych polityków i pracowników medialnych. Trudno ocenić, który z nich bardziej przekonał Beatę Szydło. Gdyby jednak ich reakcje analizować pod kątem hipokryzji, to zabrakłoby skali.

Jaki chce bronić Beaty Szydło przed haniebnymi plotkami. Czy bronił prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, gdy członek kolegium IPN Krzysztof Wyszkowski haniebnie atakował jej dziecko? Wyszkowski pisał na Twitterze, że Dulkiewicz nie wie, kto jest ojcem, i sugerował, by „mianowała na ojca kanoniera z pancernika Schleswig-Holstein poległego w ataku na Westerplatte”. Brudny ściek. Ale Patryk Jaki siedział cicho.

A co Jaki robił, gdy TVP Info, prowadząc kampanię przeciwko znienawidzonemu przez PiS rzecznikowi praw obywatelskich Adamowi Bodnarowi, zaczęło prześwietlać przeszłość jego 14-letniego syna? Czy oburzał się, gdy pracownik stacji z kamerą ścigał Bodnara, pytając o „sytuację prawną jego syna”? Co Jaki robił, gdy prawicowe media prowadziły nagonkę na syna Donalda Tuska i gdy w efekcie patriota z biało-czerwoną opaską na koszuli wybił kamieniem okno w jego mieszkaniu? A ataki na córkę Ewy Kopacz?

Jaki milczał. Najwyraźniej ataki na dzieci przeciwników PiS nie są czymś „niedopuszczalnym”.

Morawiecki mówi, że rodzina jest świętością. A jak reagował, gdy Dorota Kania i Jerzy Targalski, bliscy obozowi władzy inkwizytorzy, publikowali tomy „Resortowych dzieci”, w których do szkalowania krytycznych wobec PiS dziennikarzy używano przeszłości ich rodziców? Gdzie był premier, gdy prezydent Andrzej Duda piętnował przeciwników politycznych, mówiąc, że „dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej zajmują wiele eksponowanych stanowisk”? Albo gdy Jarosław Kaczyński mówił o „genie zdrady”?

Dwa lata temu prawicowy tygodnik umieścił na okładce zdjęcie rodziny Szydłów. – Ksiądz, student medycyny, dyrektor szkoły, szefowa polskiego rządu, czyli zwyczajni, porządni, otwarci ludzie – można było obok przeczytać. Dziś rodzina byłej premier zostaje podniesiona do rangi narodowej świętości. Święta, bo swoja.

Mateusz Morawiecki zabrał głos ws. plotek na temat syna Beaty Szydło – młody ksiądz oskarżany jest o romans z nastolatką i… zrobienie jej dziecka. „Morawiecki broni Szydło i „jej najbliższych” – „Rodzina rodzinie nierówna. Ta pisowska ma prawa, inne nie…” Do komentarza premiera odniosła się prezydentka Gdańska Aleksandra Dulkiewicz.

Morawiecki twierdzi, że publiczne stawianie oskarżeń jest „haniebne”; polityk powołuje się przy tym na „świętość rodziny”. „Ataki na Beatę Szydło i jej najbliższych są haniebne i absolutnie niedopuszczalne. Rodzina jest i pozostanie w Polsce świętością. Dlatego wykorzystywanie jej do walki politycznej budzi odrazę. Wierzę, że autorzy tych fake-newsów i manipulacji poniosą konsekwencje” – napisał na Twitterze przedstawiciel Zjednoczonej Prawicy.

Komentarz Morawieckiego został opublikowany niedługo po tym, gdy pełnomocnik syna Beaty Szydło opublikował oświadczenie w tej sprawie. Podkreślił w nim, że Tymoteusz Szydło „nie został ojcem”, a informacje na temat jego ojcostwa są „nieprawdziwe” i „zniesławiające”.

Na temat ks. Tymoteusza wypowiedziała się również osoba z zupełnie przeciwnej strony barykady, a mianowicie Aleksandra Dulkiewicz. Prezydentka przypomniała, że Morawiecki nie stawał w obronie innych osób, które padły ofiarami zmasowanego hejtu, chodziło o Magdalenę Adamowicz, Adama Bodnara, Krzysztofa Brejzę, Donalda Tuska i Andrzeja Rzeplińskiego.

Panie Premierze, cieszę się, że od dziś każda polska rodzina jest świętością dla pana, pana formacji politycznej i podległych wam mediów. Dziękuję w imieniu rodzin Magdaleny Adamowicz, Adama Bodnara, Krzysztofa Brejzy, Rzeplińskich, Donalda Tuska, swoim własnym i wielu innych!” – przyznała na swoim Twitterze.

Na komentarz Morawieckiego zareagowała także europosłanka Róża Thun (PO). „Może podrzucić Panu, Panie Premierze, kilka przykładów ataków na mnie i moich najbliższych? Są takie które pochodzą z Pana środowiska. Pooburza się Pan troszkę?” – odpisała mu przedstawicielka opozycji.

Tymoteusz Szydło został księdzem w 2017 r. Syn byłej premier zawnioskował niedawno o bezterminowy urlop – według części internautów ma to związek z jego domniemanym ojcostwem.

Wniosek ma dotyczyć 20 sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Prezydent Andrzej Duda od zera obsadził ją osobami wskazanymi mu przez upolitycznioną Krajową Radę Sądownictwa i przekazał im orzekanie o ważności wyborów.

Wniosek o wyłączenie sędziów ma w najbliższym czasie wpłynąć do Sądu Najwyższego. W środę w Sejmie zapowiedzieli go przedstawiciele komitetu wyborczego Koalicji Obywatelskiej. Dzień wcześniej skierowali do SN trzy protesty wyborcze.

Zgodnie z prezydencką ustawą o SN powinna je rozpoznać nowa Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, ale KO chce wystąpić o wyłączenie wszystkich jej 20 sędziów. – W ocenie naszej i ekspertów nowo utworzona izba nie daje żadnych gwarancji niezależności, a jej sędziowie mają charakter osób, które zostały wybrane z naruszeniem konstytucji – mówił poseł PO Mariusz Witczak.

Opozycja liczyła na Gersdorf

Opozycja kwestionuje status nowych sędziów, bo wszystkich wskazała prezydentowi upolityczniona Krajowa Rada Sądownictwa. W ubiegłym roku „przedstawicieli sędziów” do Rady wybrał Sejm (poza Kukiz’15 pozostałe partie opozycyjne zbojkotowały głosowanie).

– PiS złamał konstytucję, aby mieć wpływ na decyzję o stwierdzeniu ważności wyborów. Niekonstytucyjnie skrócił kadencję sędziom KRS, a na ich miejsce powołał swoich przedstawicieli. Przeniósł też uprawnienie do orzekania o ważności wyborów do nowo utworzonej izby SN. Każe nam to bezwzględnie złożyć wniosek o wyłączenie całej izby – podkreślał Witczak.

– Liczymy, że SN przeniesie kwestie dotyczące orzekania o ważności wyborów do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych, która dotychczas o tym orzekała. Ta izba gwarantuje niezależność, a jej sędziowie są niezawiśli – dodał. Już we wtorek opozycja zaadresowała swoje protesty do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Ta izba orzekała o ważności wyborów do kwietnia ubiegłego roku. Prezydent odebrał Izbie Pracy kompetencję i przekazał ją Izbie Kontroli Nadzwyczajnej. A później sam obsadził drugą izbę od zera osobami wskazanymi mu przez nową KRS.

Opozycja początkowo liczyła, że pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf przekaże protesty wyborcze właśnie Izbie Pracy. – Pani prezes nie ma nieograniczonych możliwości dysponowania sprawami. Decyzji jeszcze nie ma, natomiast stan prawny jest taki, że protesty rozpoznaje wiadoma izba – powiedział nam we wtorek rzecznik SN sędzia Michał Laskowski. Zastrzegł, że sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby autorzy protestu dołączyli do nich wnioski o wyłączenie sędziów IKNiSP: – Wtedy trzeba by im nadać tryb procesowy – dodał. I to w środę zapowiedziała opozycja.

PiS liczy na przejęcie Senatu

Na razie nie znamy treści wniosków. Ze słów polityków KO wynika jednak, że mają dotyczyć nie tylko spraw wszczętych po protestach Koalicji, ale również wszystkich pozostałych. Politycy KO obawiają się zwłaszcza tego, jak nowa izba rozstrzygnie protesty PiS. Partia rządząca kwestionuje wyniki wyborów do Senatu w sześciu okręgach wyborczych, choć ani w trakcie głosowania, ani w trakcie liczenia żadnych zastrzeżeń nie zgłaszała. Liczy na odbicie izby wyższej, w której większość będzie mieć opozycja i senatorowie niezależni. – 10 dni temu Polacy oddali większość w Senacie opozycji. Od tego czasu PiS szuka najróżniejszych sposobów, by zmienić wyniki demokratycznych wyborów. To się PiS nie uda – zapewniał senator PO Marcin Bosacki.

W SN słyszymy jednak, że wnioski dotyczące cudzych protestów nie mogą liczyć na uwzględnienie. – Wniosek można złożyć tylko w swojej sprawie. Powinien dotyczyć konkretnego protestu i konkretnego skarżącego – mówi sędzia Laskowski. Na razie nie wiadomo, kto rozpozna wnioski opozycji. Powinien o nich decydować sędzia nieuwzględniony we wniosku o wyłączenie.

Zgodnie z prezydencką ustawą o SN protesty wyborcze IKNiSP opiniuje w trzyosobowych składach. Później cała izba rozstrzyga o ważności wyborów – w tym w okręgach, których dotyczą protesty.

Sprawy może rozstrzygać np. dr hab. Aleksander Stępkowski, były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel instytutu Ordo Iuris, prof. KUL Krzysztof Wiak, członek rady naukowej Ordo Iuris, czy konstytucjonalista z KUL dr hab. Marek Dobrowolski – autor zbieżnej z polityką rządu PiS opinii prawnej o wyroku Trybunału Konstytucyjnego z grudnia 2015 r. (mówiła o tym, że orzekając, TK nie może opierać się wyłącznie na konstytucji).

W izbie orzeka też prof. UW Antoni Bojańczyk, prof. UW i adwokat, który był typowany na nowego rzecznika praw obywatelskich, gdyby PiS udało się odwołać Adama Bodnara. A także doświadczeni sędziowie, tacy jak Marcin Łochowski, który orzekał wcześniej w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie. Prezeską izby prezydent uczynił swoją koleżankę z Katedry Prawa Administracyjnego UJ, dr hab. Joannę Lemańską.

TSUE zajmuje się nowymi sędziami

Status sędziowski osób w SN, które wskazała upolityczniona KRS, jest kwestionowany od ich powołania. Zajmuje się nim unijny Trybunał Sprawiedliwości po pytaniach prejudycjalnych o Izbę Dyscyplinarną (obsadzoną tak jak IKNiSP). W listopadzie TSUE może orzec, czy nowa Rada jest niezależna i jaki to miało wpływ na organizowane przez nią konkursy sędziowskie.

Na wyborczej mapie widać podział Polski po linii zaborów. Bez terenów zaboru rosyjskiego PiS nie miałoby szans rządzić, Kaczyński wycina tu także skrajną prawicę. Z kolei gdyby nie poparcie w zaborze pruskim i na Ziemiach Odzyskanych, opozycja nie miałaby szans na rywalizację z PiS.
Uderza trwałość podziałów po 100 latach od odzyskania niepodległości

„Widać zabory” to uderzający wniosek z analizy politycznej mapy Polski. OKO.press przyjrzało się rozkładowi poparcia dla komitetów wyborczych startujących do Sejmu 13 października i sprawdziło, gdzie stare podziały wciąż trzymają się mocno, a gdzie zostały przełamane.

Mapa zwycięzców mapą zaborów

Jeżeli spojrzymy na zwycięzców w gminach to – poza kilkoma miastami na wschodzie, w których przewagę ma KO – bardzo przypomina ona mapę zaborów.

W większości gmin na wschodzie (zabór rosyjski) i południu (zabór austriacki) PiS wygrywa zdecydowanie i ma ponad 50 proc. głosów. Wyjątków jest zaledwie kilka. Trzy w zaborze rosyjskim:

  • Warszawa i okolice;
  • Łódź;
  • podlaskie gminy, gdzie znaczny odsetek mieszkańców to mniejszości narodowe.

Również trzy wyjątki w byłym cesarstwie austro-węgierskim:

  • Śląsk Cieszyński,
  • Bieszczady i
  • Kraków.

W byłym zaborze pruskim PiS również wygrywa w większości gmin, ale skala zwycięstwa jest mniejsza, częściej oddaje też pierwsze miejsce innemu komitetowi. Najczęściej – Koalicji Obywatelskiej.

Potęgę tradycji zaborów ilustruje przypadek wschodniej Wielkopolski. Tam poparcie dla PiS wzrasta natychmiast po przekroczeniu byłej granicy zaborów.

W powiecie gnieźnieńskim PiS zdobył 38,24 proc. głosów. Przez sąsiedni powiat słupecki przebiegała granica zaborów rosyjskiego i pruskiego. W kolejnym na wschód powiecie konińskim PiS ma już 59,12 proc. Ta sama granica rozdzielała dzisiejsze powiaty ostrowski (43,23 proc. dla PiS) i kaliski (55,25 proc. dla PiS).

Podobnie w sąsiadujących ze sobą powiatach szczycieńskim w województwie warmińsko-mazurskim (45,33 proc. dla PiS) i ostrołęckim na Mazowszu (66,62 proc.).

Autorem map poparcia dla komitetów w gminach jest Łukasz Michałkowski, mapy udostępniła na Facebooku Kartografia Ekstremalna. Naniesione granice zaborów są naszego autorstwa.

Uwaga! Poparcie na poziomie gmin może być nieco mylące – gminy są różnej wielkości, tymczasem na mapie gmina wiejska, w której mieszka 5 tys. osób jest równoważna wielkiej metropolii. „Mapa gminna” pokazuje nam jednak geograficzny rozkład poparcia dla poszczególnych ugrupowań.

PSL silny w zaborze rosyjskim, KO – w Prusach

Zabory widać także na mapie pokazującej komitety, które zdobyły drugie miejsce w wyborach na poziomie gmin. Tutaj, podobną prawidłowość zobaczymy w przypadku poparcia dla Lewicy, zabór rosyjski jest bardzo zbliżony do zaboru austriackiego, natomiast granica między zaborem rosyjskim i pruskim jest wyraźna. Na wschodzie – w większości gmin drugie miejsce zdobył PSL. Po przekroczeniu linii zaborów drugi komitet to najczęściej KO.

Z tego podziału wyłamuje się Śląsk. Obecne województwo śląskie znajduje się na terenie wszystkich trzech zaborów, a na mapie wyborczej to miejsce zaciętej potyczki między PiS a opozycją. Partia Kaczyńskiego wygrała tutaj we wszystkich sześciu okręgach sejmowych, natomiast opozycja wzięła aż siedem z 12 mandatów senackich (6 KO, 1 Lewica).

Lewica najsłabsza w Galicji

Południe – czyli były zabór austriacki (i szerzej – byłe cesarstwo austriackie) – nie chce głosować na Lewicę.

Wyjątkiem są Śląsk Cieszyński i Bieszczady. W Cieszynie lewicowa lista zdobyła 18,18 proc., w sąsiednim Goleszowie 21,48 proc., w Ustroniu – 17,51 proc. W całym okręgu nr 27 – 14,31 proc., czyli powyżej średniej krajowej.

Z drugiej strony byłej Galicji Lewica ma przyczółek tam, gdzie styka się Polska, Słowacja i Ukraina. Na Podkarpaciu, w bastionie prawicy, Lewica w powiecie leskim zdobyła 9,17 proc., w bieszczadzkim – 9,06 proc. Poza tym – w wielu powiatach Małopolski i Podkarpacia, szczególnie tam, gdzie nie ma dużych miast – komitet SLD wywalczył poparcie w okolicach progu wyborczego w skali kraju. W powiecie limanowskim ma 3,2 proc., w powiecie dąbrowskim 3,02 proc.

Ogółem zabór pruski głosował na Lewicę znacznie chętniej niż rosyjski, ale na byłych zachodnich rubieżach cesarstwa rosyjskiego Lewica przełamuje schemat „widać zabory” – mapa wyników Zjednoczonej Lewicy w 2015 roku wyglądała podobnie.

Lewica jest mocna w:

  • Łodzi (21,23 proc.),
  • Częstochowie (21,06 proc.),
  • Sosnowcu (26,80 proc.),
  • Dąbrowie Górniczej (26,54 proc.)

Na zachodzie (w byłym zaborze pruskim) poparcie dla Lewicy rozkłada się bardziej równomiernie, przez co jej mapa poparcia ma dużo punktów stycznych z mapą zaborów. Na zachodzie jest też kilka gmin, gdzie wyniki są wyraźnie lepsze niż średnia.

Jest tak w:

  • Świnoujściu (26,70 proc.),
  • Gnieźnie (22,11 proc.),
  • Otmuchowie (24,87 proc., woj. opolskie),
  • Jeleniej Górze (21,93 proc.),
  • Miastku (20,60 proc.)

Konfederacja silna w miastach, słaba na wschodzie

Wynik Konfederacji w powiatach również odzwierciedla granice zaborów – poparcie dla skrajnej prawicy jest wyraźnie słabsze w byłym zaborze rosyjskim, a lepsze w austriackim i pruskim.

Poza tym Konfederacja najlepsze wyniki osiąga w miastach:

  • w Toruniu – 7,67 proc.,
  • w Rzeszowie – 9,90 proc.,
  • w Gorzowie Wielkopolskim – 7,49 proc.,
  • w Bydgoszczy – 7,46 proc.,
  • w Środzie Wielkopolskiej – 16,56 proc. (to rekordowy wynik Konfederacji w całej Polsce).

Na podstawie wyniku Konfederacji widać, że oba podziały są równie mocne – miasta głosują inaczej niż wsie, ale również wschód Polski wciąż głosuje inaczej niż zachód, a granice zaborów ciągle są istotne.

U PSL zaborów nie widać

Z zaborów wyzwoliło się za to PSL. Poparcie dla ludowców rozkłada się równomiernie w całym kraju.

Zsumowany wynik Kukiz’15 i wynik PSL w wyborach parlamentarnych w 2015 roku to 13,94 proc. głosów. Tym razem, startując wspólnie, nie udało  się utrzymać tak dużego poparcia – zdobyli 8,55 proc. głosów, ponad 5 punktów procentowych mniej niż łącznie obie listy cztery lata temu.

Są jednak miejsca, gdzie wynik ludowców i kukizowców jest imponujący.  Na mapie poparcia dla PSL wyróżnia się kilka miejsc. Jedno z nich to pogranicze województw kujawsko-pomorskiego, warmińsko-mazurskiego i mazowieckiego.

W powiecie brodnickim PSL jest drugą siłą polityczną – zdobywając 29,13 proc. głosów przebił swój wynik krajowy prawie trzy i pół raza! Partia była tam silna już cztery lata temu, gdy udało się jej zdobyć 15,54 proc. głosów, a Kukizowi – 12,87 proc.

Kosiniak stracił Świętokrzyskie (ale zyskał poparcie w miastach)

Do niedawna bastionem PSL było województwo świętokrzyskie. W 1993 roku PSL zdobył w skali kraju 15,4 proc. głosów, ale nigdy później nie przekroczył już 10 proc. poparcia w wyborach parlamentarnych. Jednak w świętokrzyskim do 2011 roku zdobywał zawsze w okolicach 15 proc. głosów. Ale teraz dominuje tam PiS. W 2015 roku PSL zdobył już poniżej 10 proc.

13 października 2019 było podobnie – PSL zdobył 9,88 proc. głosów, a PiS przebił 55 proc.

Wyniki PiS i PSL w województwie świętokrzyskim w wyborach parlamentarnych

Dane PKW

Ludowcy wygrywali wybory do sejmiku świętokrzyskiego w 2006, 2010 i 2014 roku. W 2018 roku stronnictwo przegrało z PiS.

Na wsi, tak jak w województwie świętokrzyskim, PiS dominuje niepodzielnie. Dlatego ratunek PSL był jeden – zmiana punktu ciężkości i próba zakorzenienia się w jak największym stopniu wśród elektoratu z małych i średnich miast.

Temu m.in. miał służyć sojusz z Kukizem i wizerunek lidera ludowców Władysława Kosiniaka-Kamysza, który podczas kampanii wyborczej przedstawiał się jako polityk centrowy, który ma ofertę również dla  mieszkańców miast.

Z drugiej strony PSL wygrało w całej Polsce tylko w jednej gminie i była to gmina wiejska. Chodzi o Dąbie w województwie lubuskim – PSL zdobyło tam 35,93 proc. z oddanych 1993 głosów.

Frekwencja – zaborów nie widać

Zaborów nie widać na mapie frekwencji:

Tutaj ważniejszy okazał się podział na miasta i prowincje. W dużych aglomeracjach ludzie głosowali częściej, bez względu na to, w której części Polski te miasta się znalazły. Najciemniejsze punkty to Warszawa, Wrocław, Poznań i Gdańsk oraz okolice tych miast.

W całej Warszawie frekwencja wyniosła 77 proc., a w najbardziej zmobilizowanej dzielnicy – Wilanowie – 85,24 proc.

Polska rządzona autorytarnie, PiS zmierza do totalitaryzmu. Z życia pasqud 28

23 Lip

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że nadchodzące wybory parlamentarne są dla jego obozu grą o wszystko. Choć po klęsce w eurowyborach po stronie opozycji morale uległo znacznemu obniżeniu, a Koalicja Europejska się rozpadła, to jednak prezes PiS nie traci czujności i zamierza zadać w październiku oponentom ostateczny cios. Służyć temu, poza “piątką Kaczyńskiego” i potęgą prorządowych mediów, ma także wielka metamorfoza wizerunkowa samej partii rządzącej.

Prezes PiS uświadomił sobie bowiem, że strategia rządu w postaci cementowania poparcia przez wieczny konflikt w dotychczasowej formule się wyczerpała. Wybieranie małych grup i uczynienie z nich wrogów, czy też przypisywanie oponentem najgorszych cech skonsolidowało wokół władzy miliony, jednak równocześnie obraźliwe, hejterskie wypowiedzi wielu polityków partii rządzącej nieustannie zniechęcały do rządu znaczną część wyborców politycznego centrum. Niezadowolenia grupy tej nie widzieliśmy przy urnach tylko dlatego, że w warunkach równoczesnego rozczarowania opozycją znaczna jej część została w domach, z czego wynika właśnie 7% luki między PiS a Koalicją Europejską.

Jednak PiS nie zamierza spocząć na laurach i dąży do sięgnięcia po niezdecydowanych wyborców o poglądach centroprawicowych i wciąż silny w tej części politycznego spektrum elektorat Platformy Obywatelskiej. Drzwiami do krainy nowych politycznych możliwości ma być, podobnie jak w 2015 roku, ukrycie politycznych demonów PiS. Tym ostatnim przy poprzednich wyborach był sam Jarosław Kaczyński, którego przykryła Beata Szydło i Andrzej Duda. Dziś zaś manewr ten ma polegać na usunięciu z frontu najbardziej kontrowersyjnych polityków obozu władzy i jasny przekaz, że koniec z wypowiedziami szkodzącymi partii rządzącej. O tym ostatnim przecieki do mediów docierały w ostatnich tygodniach, czemu towarzyszyła nagła zmiana nastawienia znacznej części polityków PiS do mediów, które uważają za sobie nieprzychylne. W kuluarach huczało bowiem od informacji, że prezes zagroził, że dla tych, którzy kontrowersyjnymi wypowiedziami niszczą wizerunek PiS, nie będzie miejsca na listach wyborczych.

Nie minęło dużo czasu i dowiedzieliśmy się właśnie, że Krystyna Pawłowicz, jedna z czołowych figur języka nienawiści w polskim życiu publicznym, kończy polityczną karierę.W wywiadzie dla “Sieci” wyznała bowiem. że “Jestem trochę zmęczona i uznałam, że to dobry czas, by z czynnej polityki odejść”. Choć posłanka zarzeka się, że to jest jej wewnętrzna decyzja, to jednak ciężko w to uwierzyć. Pawłowicz bowiem jako jedna z niewielu nie przytemperowała swojego języka mimo partyjnego nakazu, a nawet w sytuacji pytań o swoje odejście krzyczała do dziennikarza TVN24 “Na kolana, przepraszaj, zdrajco jeden. Wszyscy na kolana!”. Polityczna logika nie pozostawia tutaj złudzeń, że brak miejsca dla Pawłowicz na listach wyborczych jest odpowiednikiem rekonstrukcji rządu sprzed ponad roku, kiedy to pozbyto się najbardziej obciążających wizerunkowo figur. Jarosław Kaczyński uwalnia w ten sposób partię od poważnego balastu, który już dawno przeważał polityczne korzyści.

Otwartym pozostaje teraz pytanie, czy Polacy uwierzą w taktykę schowanych zębów polityków PiS. Jeśli tak się stanie, to przy braku mobilizacji i samoorganizacji opozycji rządzący będą mogli zacząć marzyć nawet o większości konstytucyjnej. Jesień to będzie zatem dla nas wszystkich wielki wybór, który zaważy na długoterminowej przyszłości naszego kraju.

Człowiek, który nie rozumie idei wychowania, stawia swoje własne poglądy ponad prawidłową edukację młodych ludzi, nie ma żadnych uprawnień, by kierować takim właśnie resortem.

To, co wydarzyło się w sobotę, na Marszu Równości w Białymstoku, przeraziło mnie i zaszokowało. Niby nie powinnam być zdziwiona, bo przecież wiadomo, że polscy narodowcy są coraz bardziej roszczeniowi, chcą zawłaszczyć coraz większy obszar przestrzeni publicznej, czują się coraz bardziej bezkarni w swoich działaniach, co ich bardziej nakręca i zwiększa ich aktywność. To już ostatni dzwonek, by wreszcie wziąć ich w karby, wyznaczyć granice, których nie wolno przekraczać. I to zadanie dla rządu. Tego rządu, który dopuścił do takiej sytuacji, nie dostrzegając problemu, ignorując go, a jednocześnie aprobując tego typu zachowania. Tego rządu, który nie tylko usprawiedliwia narastającą agresję i nienawiść, starając się zrzucić winę na innych, ale ma też w swoich szeregach ministra, odpowiedzialnego za wychowanie młodzieży, a nie ukrywającego, jak bardzo własne poglądy są dla niego ważniejsze od ogólnie przyjętego systemu wartości i praw obywatelskich, zapisanych w polskiej Konstytucji. Stąd mój list do premiera Mateusza Morawieckiego z prośbą o podjęcie zdecydowanych działań i dymisję ministra Dariusza Piontkowskiego.

Poznań, 22 lipca 2019

Mateusz Morawiecki

premier Rzeczpospolitej Polskiej

Zwracam się do Pana z prośbą o natychmiastowe podjęcie działań, które powinny na przyszłość nie dopuścić do takiej sytuacji, jaka miała miejsce w sobotę w Białymstoku oraz zdymisjonowanie pana Piontkowskiego ze stanowiska ministra MEN, którego postawa i wypowiedzi stoją w całkowitej sprzeczności ze wszystkim, co powinien reprezentować sobą człowiek odpowiedzialny za edukację dzieci i młodzieży.

To, co wydarzyło się na Marszu Równości w Białymstoku nie powinno mieć miejsca w państwie, w którym Konstytucja gwarantuje każdemu respektowanie jego praw jako człowieka i obywatela. Horda rozwścieczonych narodowców zaatakowała uczestników marszu, w tym osoby niepełnoletnie. Plucie, obrzucanie jajkami, zaciśnięte pięści, kamienie i race, wyzwiska, kopanie i bicie… to zachowanie, które jest pokłosiem polityki ustępstw i wręcz aprobaty środowisk, bazujących na ideologii neofaszystowskiej, przez obecną władzę polityczną i niestety – kościelną.

Tłumaczenie, że to prowokacja ze strony środowiska LGBT, że gdyby tego typu marsze były zakazane, nie byłoby problemów, szukanie usprawiedliwień dla bandy agresorów, udawanie, że nic złego się nie stało, stoi w całkowitej sprzeczności z zasadami państwa prawa i stawia pod wielkim znakiem zapytania rację bytu takiego rządu, który nie chce lub nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa wszystkim swoim obywatelom.

Teraz, gdy trwa już kampania wyborcza do Sejmu, wielokrotnie i Pan, i prezes Pana partii Jarosław Kaczyński, wspominacie o zgodzie narodowej, o drodze PiS-u do pokoju, o budowie państwa przyjaznego dla wszystkich jego obywateli, a w tym samym czasie Pana minister Dariusz Piontkowski komentując to, co wydarzyło się w Białymstoku mówi w TVN24, że „tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór (…) na Podlasiu, ale także w innych częściach Polski (…) W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane. To powoduje zamieszki, może powodować zagrożenie zdrowia wielu przygodnych obywateli i trzeba się poważnie zastanowić, w jaki sposób rozwiązać ten problem ”.

Minister edukacji pokazał tą wypowiedzią, jak bardzo obcy jest mu ten system wartości, który powinien być podstawą wychowania kolejnego pokolenia Polaków. Tolerancja, poszanowanie praw człowieka, prawo każdego do czucia się pełnoprawnym obywatelem Polski, niezależnie od wiary, rasy poglądów czy orientacji seksualnej są dla pana ministra stekiem pustych, nic nieznaczących słów. Pan minister nie raczył nawet dostrzec, że w grupie atakującej uczestników marszu były też dzieci, nawet bardzo małe, w wózkach, co wyraźnie pokazuje nie tylko pewne przyzwolenie na indoktrynację maluchów, uczenie ich nienawiści i agresji, ale także zgodę, by narażać ich na niebezpieczeństwo przez nieodpowiedzialnych rodziców, zabierających swoje pociechy na zadymę.

Człowiek, który nie rozumie idei wychowania, stawia swoje własne poglądy ponad prawidłową edukację młodych ludzi, nie ma żadnych uprawnień, by kierować takim właśnie resortem. Jest całkowitym zaprzeczeniem obiektywizmu nauczania, jego bezstronności i utrzymania szkół bez podziału na lepszych czy gorszych. Szkół wolnych od indoktrynacji, przyjaznych dla każdego ucznia.

Chciałabym wierzyć, że moje słowa trafią do Pana, że weźmie Pan je pod uwagę, że stanie Pan na wysokości działania i pokaże, iż rzeczywiście wspólnota i zgoda narodowa są dla Pana priorytetem. Chciałabym uwierzyć, że zadba Pan o to, by wreszcie przestały nas straszyć na ulicach miast i miasteczek demony znane  z historii, te o brunatnym zabarwieniu, a ministrem edukacji narodowej zostanie człowiek, co do którego moralności i systemu wartości, nikt nie będzie miał zastrzeżeń. Człowiek, któremu z pełnym zaufaniem obywatele powierzą los swoich dzieci.

Oczekuję na Pana decyzję.

Zwykła, niewiele znacząca, ale jednak wciąż obywatelka tego kraju

Tamara Olszewska

Jeszcze nie tak dawno, mało kto uwierzyłby w to, że scenariusz metamorfozy naszego państwa w (miękki, póki co) totalitaryzm będzie kiedykolwiek realny. Mało tego, chyba nikt nawet nie miał powodu do takich rozważań i mówię to z pełną odpowiedzialnością jako politolog. Jeśli na wykładach dla studentów w Warszawie i Łodzi wspominałem o patologiach władzy, to raczej odwoływałem się do totalitaryzmów z lat 30. XX wieku, zacofanych państw afrykańskich bądź dyktatur w krajach rozwijających się Ameryki Łacińskiej! Polska na ich tle jawiła się jako „kraj mlekiem i miodem płynący”. Nie było idealnie, ale przecież obrany kierunek rozwoju dawał nadzieję na to, że może być tylko lepiej.

Już na początku lat 90. ubiegłego wieku Polska wstąpiła na drogę integracji z elitarną rodziną europejskich państw demokratycznych, której efektem miały być członkostwo w NATO (1999) i Unii Europejskiej (2004)! Kolejne ekipy rządowe (według mnie do roku 2005) robiły wszystko to, co było niezbędne, abyśmy się stali godni tego przywileju. Lata 2005 – 2007 to pierwszy okres, w którym proces integracji zaczął być poddawany, przez pierwszy rząd PiS, w wątpliwość. Wydawało się wszakże, iż to może być „gra”, której celem mogłoby być uzyskanie jeszcze lepszych warunków członkostwa choć te, które mieliśmy, wydawały się bardzo korzystne. Patrząc z perspektywy tego, co od czterech niemal lat dzieje się z Polską wiemy, że już w tamtym okresie Polakom powinno zapalić się w głowie „czerwone światło”!

Nieudolna prezydentura Lecha Kaczyńskiego (najgorsza z dotychczasowych) i spięcia z „byle powodu” z ekipą rządową Donalda Tuska, psucie dobrego imienia i ośmieszanie Polski w UE i nie tylko, powinny dać do myślenia wszystkim siłom politycznym! Model władzy oparty na kohabitacji nie mógł się sprawdzić, gdy jedną ze stron była partia, na czele której stoi Jarosław Kaczyński. Gdyby PiS kierował ktoś inny, to może jej działania mogłyby być dla naszego kraju korzystne. Niestety, mamy do czynienia z człowiekiem przesączonym nienawiścią, nieposiadającym szacunku dla innych, ani też empatii, która zwykle charakteryzuje ludzi przystosowanych do życia w społeczeństwie. Mamy kogoś, kto wyznaje „aż” dwie wartości”: władzę i pieniądze, a wszystko to podporządkowane partykularnym interesom nawet nie partii, a jedynie Kaczyńskiego i wąskiej grupy ludzi mu wiernych, i gotowych na wszystko.

Postać samego Jarosława Kaczyńskiego tj. człowieka zupełnie (oczywiście według mnie) nienadającego się do pełnienia żadnej ważnej funkcji państwowej to już temat zupełnie odrębny, który powinni zgłębić specjaliści zajmujący się psychologią i/lub dyscyplinami pokrewnymi. Moja opinia sprowadzić się tu jedynie może do refleksji, że jest to osoba aspołeczna, której nie powierzyłbym absolutnie żadnego stanowiska, wiążącego się z jakąkolwiek, najmniejszą nawet odpowiedzialnością w tym zwłaszcza za innych. Osoba, która jest jednak w pełni świadoma czynionego narodowi i Ojczyźnie zła!

A jest tutaj o czym mówić, bo skala krzywd wyrządzonych przez prezesa Kaczyńskiego i oddanych mu, w dziele niszczenia państwa polskiego, współpracowników (Zbigniewa Ziobrę, Andrzeja Dudę, Marka Kuchcińskiego itp. ludzi) jest porażająca!
• Polska straciła swoją pozycję w Europie i świecie; jest marginalizowana!
• Osłabieniu uległy więzy wiążące nas z sojusznikami z NATO!
• Osłabiona złą polityką kadrową i logistyczną armia została niemal rozbrojona!
• To, co wyżej wiąże się ze spadkiem zdolności obronnych i sojuszniczych RP!
• Politycy obozu rządzącego są alienowani w instytucjach międzynarodowych!
• Na szwank narażane są każdego dnia najważniejsze interesy Polski, a to zdrada!
• Destrukcja demokratycznego państwa prawa jakim była RP prowadzi państwo na skraj przepaści, co może skończyć się tragedią taką, jak utrata suwerenności!
• Gospodarka narodowa jest niszczona przez wyprowadzanie ze spółek SP środków na odprawy, zmieniających się często prezesów bez przygotowania do pełnienia tak odpowiedzialnych funkcji!
• Naiwnością jest jednak wiara w to, że pieniądze te trafiają w całości do tych ludzi. Osobiście uważam, że są one przeznaczone na specjalny i tajny fundusz partii, taki którym dysponuje jedynie „wódz”, co samo w sobie poraża, gdy się weźmie pod uwagę fatalne cechy charakterologiczne Kaczyńskiego!
• Afera goni aferę. W jedną z największych zamieszany jest sam prezes, co próbuje się, jeśli nie ukryć, to póki co bagatelizować. I tu ogromna nadzieja na działania wymiaru sprawiedliwości Austrii! Polski nie zrobi nic, gdyż nie ma tu woli organów ścigania! W końcu prokuraturą steruje osobiście Ziobro!
• Polska zmierza wprost do systemu totalitarnego, który dzięki międzynarodowym instytucjom takim jak UE, Rada Europy czy OBWE nie został jeszcze wprowadzony!
• W państwie nie funkcjonuje poprawnie (niezawiśle i niezależnie) żadna instytucja, której zasada działania polega na respektowaniu trójpodziału władzy, a tym, co się liczy, jest decyzja (działającego bezprawnie, bo poza systemem politycznym) wodza PiS, Jarosława Kaczyńskiego.
• Łamane są prawa człowieka: prześladuje się przyzwoitych sędziów, prokuratorów i wszystkich osób, które nie zgadzają się na łamanie przez rządzących prawa! Stąd według mnie obecna władza straciła mandat do rządzenia krajem!
• Jako uzupełnienie dodam w tym kontekście i to, że według mnie PiS i SP powinny zostać zdelegalizowane, a ich przywódcy postawieni przed TS i/lub sądem!
• Niestety, na nieszczęście dla Polski nie funkcjonuje tu w sposób pożądany opozycja parlamentarna, a wszelkie próby podejmowane przez organizacje, ruchy społeczne i działania ad hoc ze strony społeczeństwa nie mogą się przebić ze swoim głosem! Decydujący jest brak środków i wsparcia ze strony partii traktujących innych jako konkurencję (sic!).
• Wydaje się, że nad Polską zbierają się „czarne chmury” przyszłego totalitaryzmu, który w sposób płynny zastępuje bez przeszkód demokrację! Polska staje się z dnia na dzień hybrydą „Republiki Weimarskiej Bis” i „ZSRR Bis”, co po prostu przeraża!
• Tym bardziej przeraża, że „słabe są widoki” na zmianę tej sytuacji w wyborach na jesieni b.r. do polskiego parlamentu!

Nie jestem pewien tego, czy ktoś naprawdę chce w wyborach pokonać PiS, no może poza obywatelami, którzy dotąd przewodzili wszelkim ruchom. Docierają do mnie bowiem opinie różnych osób związanych z niektórymi siłami politycznymi, że: „może warto poczekać do chwili, kiedy kraj będzie w ruinie i dopiero wtedy przejąć gruzy państwa”! Oby to nie były głosy oddające prawdziwe nastroje w kręgach przywódców opozycji, bo oznaczałyby ni mniej, ni więcej tylko zdradę Ojczyzny!

 

Więcej >>>

 

Upisowienie mediów, czyli krętactwo z repolonizacją

23 Czer

Kiedy Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar wskazał na nieprawidłowości, które miały miejsce podczas zatrzymania Jakuba A., 22-latka podejrzanego o zamordowanie kilkuletniej Kristiny, spotkał się krytyczną oceną ze strony prawicowych polityków.

Wśród nich znalazła się szefowa MSWiA, Elżbieta Witek, która stwierdziła m.in., że „sąd, decydując o areszcie dla oskarżonego, nie dopatrzył się żadnych naruszeń ze strony policji.”

Sedno tkwi w tym, że zgodnie z art, 246 kpk. są wydając nakaz aresztowania nie poddaje ocenie prawidłowości zatrzymania, o czym nowa minister nie zdążyła pewnie doczytać.

Prof. Magdalena Środa wypowiada się ws. Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, który jest atakowany przez środowisko prawicowe, rządowe.

„Jeśli te przepisy wejdą w życie, nikt o zdrowych zmysłach nie zaryzykuje swojej wolności, by pomóc pacjentowi. Nam, położnikom, będzie groziło 15 lat więzienia, jeśli umrze matka i dziecko. To może się przydarzyć mnie albo mojemu koledze, to jest loteria” – tak między innymi mówił lekarz, Wojciech Chróściel, o rządowych poprawkach Kodeksu karnego.

Poprawiony kodeks, który w tej chwili czeka na podpis prezydenta Dudy, został w pośpiechu przegłosowany przez Sejm i wszystko wskazuje na to, że posłowie nie zapoznali się dokładnie ze zreformowanym tekstem. W założeniu większość naniesionych poprawek dotyczy zaostrzenia kar dla przestępców. „Po zmianach sądy mają karać surowiej i częściej wysyłać za kraty. By osiągnąć cel, resort sprawiedliwości rozszerza podstawowy wymiar kary więzienia z 15 do 30 lat i zaostrza sankcje za liczne przestępstwa.”

Reforma Kodeksu karnego wzbudziła wiele kontrowersji w środowisku prawniczym, które wskazuje na wiele błędów. Sprzeciw wyrazili także lekarze, którzy nie zgadzają się ze zmianami w art. 155 kk, który dotyczy nieumyślnego spowodowania śmierci. Do tej pory „za takie przestępstwo kodeks przewiduje karę od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. W swojej reformie Ziobro podwyższył ją dwukrotnie – kara ma wynieść od roku do 10 lat, a jeśli umrze więcej niż jedna osoba – do 15 lat.”Środowiska lekarskie twierdzą, że przy tych zmianach żaden z lekarzy nie zaryzykuje własnej wolności w walce o życie pacjenta.

Naczelna Izba Lekarska skierowała pisemny protest do ministra sprawiedliwości i prezydenta: „nie dostaliśmy projektu do konsultacji, a ta sprawa może mieć bardzo negatywne skutki dla całego systemu ochrony zdrowia.”

Pod naciskiem lekarzy minister Ziobro zdecydował się na wprowadzenie autopoprawki do jeszcze nie podpisanej przez prezydenta nowelizacji Kodeksu karnego. Być może nie będzie to jedyna poprawka do zreformowanego Kk, który według prawników pełen jest „błędów i niespójnych sankcji.” Jedna ze zmian wprowadza bezwzględne dożywocie, które Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje za nieludzkie traktowanie, a zdaniem papieża Franciszka jest to „ukryta kara śmierci.” Sędzia upolitycznionej KRS Leszek Mazur wyraził nadzieję, że prezydent Duda podda tę nowelizację konstytucyjnej kontroli, bo jego zdaniem podczas pośpiesznego przyjmowania jej przez Sejm, doszło do złamania regulaminu.

Do końca 2020 r. 44 proc. pielęgniarek będzie miało prawo przejść na emeryturę. Z danych Naczelnej Izby Pielęgniarek wynika, że sytuacja ta będzie dotyczyć prawie 103 tys. osób w całym kraju! Nasz system ochrony zdrowia osiągnął zatem moment, kiedy w praktyce oparty jest na pracy w znacznej mierze emerytów. Oznacza to, że każdego roku przejście choćby części uprawnionych  na emeryturę doprowadzi do zapaści systemu. Nie mamy bowiem fizycznie możliwości zastąpienia opuszczających rynek pracy pielęgniarek. Jak podkreśla Zofia Małas, prezes Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych: “Co roku dyplomy otrzymuje ok. 5 tysięcy pielęgniarek i położnych, a żeby je zastąpić, musielibyśmy co roku na studia pielęgniarskie przyjmować 8 tysięcy osób”. Sytuacja w kolejnych latach będzie się zatem pogarszać do tego stopnia, że moment krytyczny możemy osiągnąć już w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Bez radykalnych działań jesteśmy zatem na prostej drodze do katastrofy.

Wśród lekarzy sytuacja nie jest jednak istotnie lepsza. Już dziś aż 17%  pracujących lekarzy osiągnęło wiek emerytalny, podczas gdy blisko 31% pielęgniarek skończyło 60 lat.

W wyniku emigracji i rosnącego niedoboru kadr doszło do tego, że w 2017 r. średnia wieku lekarza osiągnęła 52 lata. W systemie wciąż pracuje 4400 lekarzy w wieku od 66 do 70 lat, oraz aż 6,5 tys. w wieku powyżej 71 lat.

Powyższe dane mają odzwierciedlenie w nastrojach pracodawców. Przygotowany na zlecenie Polskiej Federacji Szpitali raport Manpower Life Science pokazał, że 72% szpitali zgłosiło, że brakuje im pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a 68%,  że potrzebują lekarzy.

Widać zatem wyraźnie, że kryzys kadrowy w systemie ochrony zdrowia nie jest pieśnią przyszłości, ale jest już teraz i to w skali wręcz ogromnej. Tymczasem mimo ewidentnego zagrożenia dla podtrzymania jakości opieki nad polskim pacjentem w debacie publicznej temat jest nieobecny. Pieniędzy na reformę nie ma, rząd stosuje nawet sztuki statystyczne, aby zaniżać budżet NFZ, co zabrało z funduszu w tym roku aż 7 mld zł. Kiedy w obliczu kampanii wyborczej PiS okazuje się, że mamy środki na festiwal obietnic i “piątkę Kaczyńskiego”, to mało osób zdaje sobie sprawę, że za programy socjalne płacimy w znacznej mierze zdrowiem naszych rodziców i dziadków. Życie bowiem nie znosi próżni. Każda wydana złotówka na jeden cel oznacza złotówkę mniej na inne potrzeby. Niski standard usług publicznych jest tym wymiarem, który najwięcej mówi o błędnych priorytetach naszego państwa, za które jednak przyjdzie nam zapłacić wysoką cenę.

W tej kadencji rządzącym nie udało się spacyfikować i przejąć wszystkich prywatnych mediów. Zapowiadają, że zrobią to po wyborach.

Nie odkrył wielkiej tajemnicy wicepremier Jarosław Gowin, zapowiadając, że tzw. „repolonizacja” mediów jest zadaniem na następną kadencję. Dla uważnych obserwatorów jest oczywiste, że gangsterskie metody sprawowania władzy i przekształcanie Polski w państwo mafijne, czego przedsmak mieliśmy w minionych czterech latach, nasili się po ewentualnym (nie daj Boże!) przedłużeniu przez partię Jarosława Kaczyńskiego mandatu na kolejne cztery lata. Gowin powiedział więc rzecz dość banalną, ale wywołał tym zakłopotanie w szeregach „dobrej zmiany”, która ze względów taktycznych przed wyborami próbuje dziś udawać łagodną i praworządną owieczkę.

„Dzisiaj nie ma w ogóle mowy na ten temat, nie ma takich planów, nie ma żadnego projektu ustawy”– zakomunikował szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk. „Zwracam uwagę na to, że uczciwość mediów, obiektywność mediów jest fundamentem demokracji. Ja bardzo lubię być krytykowany, ale to szaleństwo, które dzieje się w niektórych mediach jest godne ubolewania” – żalił się Morawiecki na antenie radia RMFUspokajająco dodał jednak, że „Nie ma dzisiaj konkretnych planów dotyczących repolonizacji mediów w Polsce”. Szef kancelarii premiera Marek Suski był nieco ostrożniejszy w zaprzeczeniach. „Repolonizacja mediów to jest kwestia dyskusji” – oświadczył i dodał: „To jest jednak sprawa dobrych stosunków z innymi krajami, które inwestują w Polsce. W Unii Europejskiej jest pewien procent ograniczenia zagranicznej prasy w danych krajach. Jesteśmy w UE i chcemy mieć podobne przepisy i podobną strukturę mediów jak w innych krajach Unii. To nie jest nic nadzwyczajnego”.

Suski oczywiście skłamał, ponieważ Unia jest jednolitym obszarem gospodarczym i nie ma w niej żadnych ograniczeń dla prowadzenia biznesu medialnego przez podmioty z jednego kraju UE w innym kraju UE. Przeciwnie: sprzeczne z prawem unijnym byłyby jakiekolwiek restrykcje. Dlatego nawet we Francji, gdzie prawo ogranicza udział właścicieli zagranicznych w prowadzeniu mediów, podmioty z UE są z tych przepisów wyłączone.

W licznych wystąpieniach publicznych członkowie PiS-owskiej „rodziny” pomstują, że zagraniczni, czyli w praktyce niemieccy właściciele polskich gazet rzekomo ręcznie nimi sterują. Np. Suski kłamał w TVP tak: „Zagraniczne koncerny, które wykupiły naszą prasę, z zagranicy dostawały instrukcje, w jaki sposób atakować rządzących”. Jednak nawet gdyby to łgarstwo PiS-owskiego aparatczyka było prawdą, to i tak rządzący nie mogliby wyrugować z polskiego rynku prasowego obecnych tu niemieckich koncernów. Prawo unijne na to nie pozwala.

Celem „repolonizacyjnego” ataku mogłyby zatem być tylko media znajdujące się w ręku właścicieli spoza UE, czyli w praktyce TVN będąca własnością amerykańskiej Discovery. Tu jednak problemem są dwustronne stosunki reżimu Kaczyńskiego z administracją Trumpa. To właśnie miał na myśli Suski, wypowiadając cytowane powyżej zdanie: „To jest sprawa dobrych stosunków z innymi krajami, które inwestują w Polsce”. Już w tej kadencji rządzący przymierzali się do zamachu na TVN, ale interwencja amerykańskiej ambasador Georgette Mosbacher przywołała ich do porządku.

Zapewne więc, tak jak poprzednio, pomysł „repolonizacji” mediów zostanie zastąpiony ideą ich „dekoncentracji”, czyli przymusowego podziału i przejęcia.

Pod koniec września posłanka PiS, członkini Rady Mediów Narodowych Joanna Lichocka stwierdziła, że „Ministerstwo Kultury opracowuje projekt, który zakłada dekoncentrację własności mediów w poszczególnych segmentach. Chcę zapewnić, że z tego projektu nie rezygnujemy. Dekoncentracja mediów jest w programie PiS. Natomiast to, kiedy projekt wejdzie pod obrady rządu, jest decyzją polityczną. Nie łudźmy się, to oznacza kolejny duży konflikt. Również może oznaczać konflikt na linii Polska – Unia Europejska” – powiedziała. Dlatego „moment, kiedy będzie można wyjść z tym projektem, musi być szczególnie starannie wybrany”.

Wszystko jasne?

Dla sprawującej władzę „rodziny” medialnym ideałem jest dyspozycyjna TVP, która łamiąc ustawę medialną spełnia polityczne zamówienia i uczestniczy w propagandowych kampaniach na rzecz władzy. Ostatnim przykładem był jej udział w widowisku, jakie zrobiono z zatrzymania człowieka podejrzanego o zamordowanie 10-letniej Kristiny. Gdy rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar skrytykował policję za stosowanie nieproporcjonalnych środków i nierespektowanie praw ludzkich podejrzanego, TVP przypuściła na niego atak według najlepszych wzorów propagandy moczarowskiej czy bolszewickiej.

Celem, jaki PiS stawia sobie na drugą kadencję, jest doprowadzenie do sytuacji, w której także prywatne telewizje, stacje radiowe oraz gazety biorą udział w takich kampaniach i wykonują instrukcje płynące od „rodziny”.

O tym, jak to może w praktyce wyglądać, napisał węgierski socjolog Bálint Magyar w książce „Węgry. Anatomia państwa mafijnego”. Jej polskie wydanie zawiera w podtytule pytanie: „Czy taka przyszłość czeka Polskę?”.

Idąc jesienią do urn, musimy zrobić wszystko, by odpowiedź na to pytanie brzmiała: „Nie!”.

„Kłamstwa mogą być bardzo użyteczne w kampanii wyborczej, ale mają swoje długie, długie konsekwencje”.

Wyznaczeni przez Jarosława Kaczyńskiego szefowie sejmowych komisji padają na retorycznym polu bitwy jak kawki. Ich pogromcą jest Donald Tusk. Wcześniej Małgorzata Wassermann oddelegowana została do zbadania afery Amber Gold, dostała do pomocy klowna Marka Suskiego. Może żałować, iż się zgodziła, bo jej kariera została zwichnięta, a miała duże ambicje.

Więcej >>>

Jak pokonać PiS i Kaczyńskiego?

18 Czer

Dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza?

A dlaczego nikt nie rozważa takiego scenariusza, na zwycięstwo demokratów w wyborach parlamentarnych?

Donald Tusk już teraz, jutro, za tydzień, składa swoj urząd w Radzie Europejskiej, wraca do Polski i przejmuje kierownictwo polityczne nowej Koalicji Demokratycznej (PO, Nowoczesna, miejmy nadzieję że też PSL i Wiosna). Jeździ po całym kraju, wygłasza swe świetne, energetyzujące przemówienia. Hasła wyborcze:

1. Porządek i nowoczesność w oświacie. Język angielski dla wszystkich, w zwiekszonym zakresie. Bałagan szkolny wprowadzony przez PiS – do ogarnięcia tylko przez opozycję.

2. Ochrona zdrowia – priorytetem.

3. Demokratyczna Polska w silnej Europie – tylko rząd Koalicji Demokratycznej odkręci zmiany, które prowadzą nas na margines Europy, skąd żadnych przyzwoitych dotacji nie dostaniemy.

Dla samego Tuska to oczywiście duże ryzyko osobiste. Jeśli Koalicja przegra – naderęży to (choc nie zniweczy) jego szanse prezydenckie. Ale co nam po Prezydencie Tusku przy rządzie PiS? A poza tym, chwila jest taka, że osobiste koszty należy odłożyć na dalszy plan.

Niesmak w UE? Nie będzie. Wszyscy zrozumieją, że nadzwyczajny czas wymaga nadzwyczajnych działań.

– Zbigniew Ziobro chce mieć swoją sędziowską policję polityczną do tego, aby wnioskować o kary dla sędziów, którzy orzekają niezgodnie z linią partii – ostrzega poseł PO Robert Kropiwnicki. Chodzi o nowych, powoływanych przez ministra rzeczników dyscyplinarnych i stosowanie wobec niepokornych sędziów represji. Jakich? M.in. przenoszenie do innego wydziału bez zgody zainteresowanego. – Nie godzimy się na zastraszanie sędziów – dodają posłowie PO. Chcą, aby sprawą zajęła się komisja sprawiedliwości.

„Kolejne podporządkowanie sędziów”

– Do tej pory rzecznicy dyscyplinarni byli poważnymi autorytetami w środowisku sędziowskim. Dzisiaj okazuje się, że stają się komisarzami partyjnymi Zbigniewa Ziobry do musztrowania sędziów w rejonach i okręgach. To jest bardzo niebezpieczna rzecz – mówił na konferencji prasowej Robert Kropiwnicki.

Poseł PO oskarża ministra sprawiedliwości o stworzenie sędziowskiej „policji politycznej” i w ten sposób kolejne podporządkowanie sędziów. – To jest rzecz niebywała, aby sędziowie mieli bać się prokuratora generalnego czy każdego innego prokuratora, który przychodzi na salę rozpraw – dodaje.

Poza tym nie ma wątpliwości, że „Zbigniew Ziobro nie dba o jakość orzecznictwa, tylko o wymiar osobistego wpływu na linię orzeczniczą poszczególnych sędziów”. A to jest niebezpieczne dla całego systemu wymiaru sprawiedliwości.

Posłowie PO będą wnioskować do komisji sprawiedliwości, aby w ramach kontroli Sejmu nad władzą wykonawczą przyjrzała się „przestrzeganiu zasady niezawisłości sędziowskiej”.

Zbigniew Ziobro stosuje represje

Powołują się na konkretny przykład sędziego, który został ukarany, bo nie zastosował się do wytycznych Zbigniewa Ziobry i jego politycznych popleczników.

To sprawa sędziego Łukasza Bilińskiego, który został przeniesiony z wydziału karnego do wydziału rodzinnego. To on orzekał w takich sprawach jak protest przed Sejmem 16 grudnia 2016 roku. Powołując się na konstytucję i międzynarodowe akty prawne uniewinnił uczestników tego zgromadzenia. Poza tym uznał, że miesięcznice smoleńskie były „prywatnymi spotkaniami”.

– Przenoszenie sędziów bez ich zgody to praktyka znana bezpośrednio z PRL-u – mówi poseł Michał Szczerba. I dodaje: – Wyrażamy nasz stanowczy sprzeciw wobec praktyk zastraszania sędziów. To niedopuszczalne. To jest też przykład tego, po co potrzebna była ministrowi możliwość powoływania własnych prezesów i wiceprezesów, aby ręcznie sterować tym, gdzie dany sędzia ma orzekać.

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).

Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).

Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.

Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.

Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.

Dziś, gdy większość polityków i wyborców opozycji jest zawiedziona jej wynikiem w wyborach do europarlamentu, lider PO Grzegorz Schetyna nadal się nie poddaje. „Newsweek” informuje, że partia ma plan na to, jak odbić Sejm i Senat, a także pomysł awaryjny, na wypadek jakby się to nie udało.

Komentatorzy są podzieleni. Część uważa, że Koalicja Europejska poniosła druzgocącą porażkę i na pewno przegra też jesienią. Inni widzą subtelne światełko w tunelu. To samo tyczy się członków największej partii opozycyjnej. Jedna z parlamentarzystek ze Śląska rozpowiada ponoć w kuluarach, że zgodzi się na kolejny start w wyborach do Sejmu, ale tylko pod jednym warunkiem. „Schetyna albo ja!” – mówi ponoć buńczucznie w prywatnych rozmowach. Inny polityk – tym razem z Nowoczesnej – mówi “Newsweekowi”, że trzeba postawić na “Scheta”, bo nikt inny nie podoła temu zadaniu.

Marzenia a rzeczywistość

Jasne, że lepiej byłoby gdyby obecna opozycja miała lidera, który porywa tłumy. Młodego, dobrze wyglądającego, będącego skrzyżowaniem gwiazdy filmu z uczniem Sun Tzu, twórcy słynnej „Sztuki wojny”. Rafał Trzaskowski? Nowe sondaże prezydenckie pokazują, że jego gwiazda lśni mocno, ale tylko w Warszawie. Cała Polska chce jednak kogoś bardziej swojskiego.

Z drugiej strony robienie dziś w PO przewrotu pałacowego byłoby szaleństwem i skazaniem ugrupowania na pewną klęskę. Co więc zostało? Granie tymi figurkami, które pozostały na planszy, szukanie nowych sojuszników i… przygotowywanie planu B.

Jak odbić Senat?

W obozie PO jest ponoć plan na sukces w Senacie. Sam Sejm jest ponoć nieosiągalny, więc Schetyna myśli o zbudowaniu jak najsilniejszej ekipy kandydatów do izby wyższej. W jego głowie pojawił się pomysł zaangażowania samorządowców, np. Wadima Tyszkiewicza, prezydenta Nowej Soli, Zygmunta Frankiewicza (prezydent Gliwic), Tadeusza Ferenca (prezydent Rzeszowa) czy prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Ten ostatni ponoć aktywnie pomaga liderowi PO w budowaniu tej listy.

Wspólna lista

To jednak nie wszystko. Schetyna chce, by Koalicja Obywatelska nadal istniała i to w jeszcze szerszej formule, niż miało to miejsce jesienią. Chciałby dalszej współpracy z SLD, a nawet Wiosną. Jest otwarty na PSL, ale ludowcy, jak widać po ich ostatnich ruchach, licytują bardzo wysoko. Ponoć chcą do nowego Sejmu wprowadzić aż 30 posłów, ale też obawiają się, że PO ostatecznie wchłonie wszystkich sojuszników.

Plan B

Schetyna buduje podobno też plan B, rozpisany jednak na parę aktów. Zakładając, że opozycja przegra wyścig do Sejmu, ale wygra do Senatu, może tym samym zbudować ostatni bastion do kontrataku. Jeśli do tego prezydentem zostałby ktoś z jej obozu (np. Donald Tusk), można byłoby skutecznie blokować rządy PiS. Tym samym zmusić po kilkunastu miesiącach Jarosława Kaczyńskiego do wywieszenia białej flagi i ogłoszenia nowych wyborów. To z kolei byłyby trzecią połową meczu o władze. Tym razem może ze sporą szansą na sukces zjednoczonej opozycji.

Europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski zdaje się, że usiłował zająć pierwsze miejsce w uczczeniu Jarosława Kaczyńskiego z okazji jego urodzin. Rano na Twitterze oznajmił światu: – „Dzisiaj 70 urodziny najwybitniejszego żyjącego polskiego polityka”.

„No nie może być, Donald Tusk jest przecież młodszy!” – odpowiedział mu Bartłomiej Sienkiewicz, były minister spraw wewnętrznych w rządzie PO-PSL.

Pozostali internauci również kpili z Krasnodębskiego: – „Nie tylko polskiego. Co tam! Pieśni o nim śpiewają nawet delfiny w oceanie. Makaki zaś przywdziewają odświętne ubranka z palmowych pnączy…”; – „Słońce galaktyki, no po prostu kryształ”; – „Dziś wszystkie ptaki, wszystkie kwiaty, wszystkie zioła, cała przyroda o Kaczyńskim głośno woła. A ty maszeruj, głośno krzycz: Niech żyje nam Wołodia Iljicz”; – „Proszę Pana. Cóż za niedoszacowanie! Może być potraktowane jako obelga! Powinno być w historii świata i okolic!”.

Krasnodębski miał sporą konkurencję, bo z życzeniami spieszyli bliżsi i dalsi współpracownicy prezesa PiS. Konta poszczególnych regionów PiS na Twitterze także pełne były życzeń dla Jarosława Kaczyńskiego. Nikt jednak „nie przebił” europosła PiS.

Kaczyński za pomocą Falenty dokonał zamachu stanu

10 Czer

„Pamiętajcie jedno. Możecie sobie zgłaszać różne rzeczy do prokuratury. Ona się tym zajmie. Ale nie możecie tego upubliczniać. To pisze sam Jarosław Kaczyński w pozwie. To tak na przyszłość. Ku pamięci. On nie rozumie demokracji. Nie dorasta do niej” – oznajmiła na Twitterze mecenas Dorota Brejza, prywatnie małżonka posła Platformy Obywatelskiej Krzysztofa Brejzy.

Stało się to po tym jak lider PiS Jarosław Kaczyński pozwał Krzysztofa Brejzę o naruszenie dóbr osobistych. Chodzi mu o stwierdzenie polityka, że prezes mógł popełnić przestępstwo w sprawie spółki Srebrna. Żona pozwanego polityka ma go bronić i już przygotowała odpowiedź w sprawie.

Na razie w swoich postach na Twitterze pokazuje najciekawsze fragmenty dokumentu, który wpłynął przeciwko posłowi PO.

„Oho! Robi się ciekawie! J. Kaczyński w pozwie przeciwko Krzysztofowi Brejzie nie odbiera mu prawa do kierowania zawiadomień do prokuratury. Ale jednocześnie ocenia, że niedopuszczalne jest nagłaśnianie tego i informowanie opinii publicznej” – napisała.

„Jarosław Kaczyński pozywa Krzysztofa Brejzę za udział w konferencji i stawianie pytań w sprawie Srebrnej. Ten sam człowiek, który swoich oponentów wyzywa od zdradzieckich mord, kanalii, zarzuca udział w śmierci brata, mówi o ojkofobach i elementach animalnych. Jego uraża pytanie” – stwierdziła w kolejnym poście, w którym zamieściła też kilka fragmentów swojego pisma.

„(…) Mając na uwadze to, jakim językiem posługuje się w swojej aktywności politycznej Jarosław Kaczyński, wyrażam głębokie zdziwienie tym, że uraziła go (…) wypowiedź pozwanego Krzysztofa Brejzy” – napisała żona polityka.

Marek Falenta, biznesmen skazany w aferze podsłuchowej, w kolejnym wniosku o ułaskawienie grozi, że jeśli prezydent Andrzej Duda nie przychyli się do jego prośby, ujawni, kto za nim stał. Treść wniosku poznała „Rzeczpospolita”.

Sprowadzony do kraju Marek Falenta jest prawomocnie skazany na 2,5 roku za zlecenie podsłuchów w restauracjach. 1 lutego miał zacząć odsiadkę, ale zniknął. Złapano go w kwietniu w Hiszpanii. Do Andrzeja Dudy napisał z więzienia w Walencji. To trzeci jego wniosek o ułaskawienie – dwa poprzednie nie przyniosły efektu.

„Ten jest inny od wszystkich. Falenta przedstawia się w nim jako osoba lojalna wobec PiS i CBA, której obiecano bezkarność za odsunięcie PO od władzy” – czytamy w dzienniku.

Z treści listu dowiadujemy się, że Falenta za pomoc w podsłuchiwaniu polityków miał obiecane „wiele korzyści i łupów politycznych”. Biznesmen wyraził również żal do prezydenta Andrzeja Dudy, że ten nie ułaskawił go wcześniej. „Nie zamierzam umierać w samotności. Ujawnię zleceniodawców i wszystkie szczegóły” – pisze Falenta. Pełna treść listu w dzisiejszym wydaniu „Rzeczpospolitej”.

W piśmie wymienia 12 osób – prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, ministrów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika, szefa CBA Ernesta Bejdę, oficerów biura i dziennikarzy piszących o aferze.

Marek Falenta daje czas

Falenta chce być świadkiem koronnym, ale sam dodaje: „Oczywiście Zbigniew Ziobro mi tego statusu nie przyzna. Musiałby być katem własnej formacji”. „Już raz udowodniłem swoje możliwości. Po co to powtarzać?” – czytamy. W zamian za ułaskawienie Falenta proponuje wstrzymanie działań. Biznesmen daje na to miesiąc.

Na koniec swego listu Falenta zapewnia, że może przekazać kolejną kopię nagrań, i dodaje, że wielu nie upubliczniono, w tym rozmowy Mateusza Morawieckiego z prezesem banku PKO BP Zbigniewem Jagiełłą. „Pozyskałem też wiele informacji i osób dla CBA już po 2014 r. i wybuchu afery. Na wszystko posiadam dowody w postaci nagrań”– kończy Falenta.

Skazanie Marka Falenty

O tym, że Marek Falenta ma odbyć zasądzoną mu karę 2,5 roku więzienia, zdecydował 31 stycznia Sąd Apelacyjny w Warszawie. Sąd odrzucił tym samym zażalenia obrońców, którzy ubiegali się o odroczenie wykonania kary m.in. ze względu na stan zdrowia skazanego.

Marek Falenta ma odbyć karę 2,5 roku więzienia

Marek Falenta został skazany w 2016 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie na 2,5 roku więzienia, w związku z tzw. aferą podsłuchową. Wyrok uprawomocnił się w grudniu 2017 roku. Obrońcy Falenty złożyli kasację do Sądu Najwyższego.

Falenta miał stawić się w zakładzie karnym w celu odbycia kary 1 lutego, ale nie zrobił tego. Od tamtego momentu ukrywał się i był poszukiwany w związku z nakazem doprowadzenia do aresztu śledczego, który trafił do jednego ze stołecznych komisariatów 6 lutego 2019 roku. Biznesmen został zatrzymany 5 kwietnia w hiszpańskiej Walencji.

Afera taśmowa

Ujawnione w tygodniku „Wprost” nagrania wywołały w 2014 r. kryzys w rządzie Donalda Tuska. Sprawa dotyczyła nagrywania od lipca 2013 r. do czerwca 2014 r. na zlecenie Falenty w warszawskich restauracjach osób z kręgów polityki, biznesu oraz funkcjonariuszy publicznych. Nagrano m.in. ówczesnych szefów: MSW – Bartłomieja Sienkiewicza, MSZ – Radosława Sikorskiego, resortu infrastruktury i rozwoju – Elżbietę Bieńkowską, prezesa NBP Marka Belkę i szefa CBA Pawła Wojtunika.

Więcej w „Rzeczpospolitej”

W poniedziałek 17 czerwca ma ukazać się książka dotycząca afery podsłuchowej, będąca rezultatem wielomiesięcznego śledztwa. Jej autor jest na razie nieznany, wydawca ma ujawnić szczegóły w środę. – Z książki wynika, że Marek Falenta nie był najważniejszym elementem. Ważnym, ale nie najważniejszym – mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marcin Celiński, współzałożyciel wydawnictwa Arbitror.

Biznesmen Marek Falenta w ubiegłym tygodniu został przetransportowany do jednego z warszawskich aresztów śledczych. Trafił do celi przejściowej, gdzie w najbliższym czasie wykonane zostaną badania lekarskie. Komisja penitencjarna zadecyduje potem, do którego zakładu karnego trafi.

Marek Falenta został zatrzymany w Walencji w Hiszpanii na początku kwietnia. Biznesmen był poszukiwany Europejskiom Nakazem Aresztowania. Na początku lutego nie stawił się w zakładzie karnym, aby odbyć karę pozbawienia wolności. W poniedziałek jednak okazało się, że napisał do prezydenta Andrzeja Dudy list, w którym domaga się ułaskawienia.

Za zlecenie nagrywania rozmów polityków m.in. Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach Marek Falenta został prawomocnie skazany w styczniu 2017 roku na 2,5 roku więzienia.

Zbigniew Ziobro skomentował wniosek Marka Falenty. „Wymyśla historie w desperacji”

Marek Falenta. Afera podsłuchowa

Wkrótce na jaw mogą wyjść kolejne fakty dotyczące Marka Falenty i afery podsłuchowej. 17 czerwca ukaże się książka na ten temat. Jej wydawcą jest firma Arbitror, która opublikowała również m.in. książkę Tomasza Piątka “Macierewicz i jego tajemnice”.

Jak mówił w rozmowie z Gazeta.pl współzałożyciel wydawnictwa Marcin Celiński, będzie to „książka śledcza dotycząca całej afery podsłuchowej”. – Z książki wynika, że Marek Falenta nie był najważniejszym elementem. Ważnym, ale nie najważniejszym – mówi.

W książce nie będzie rozmów z Markiem Falentą. Autor, którego wydawnictwo na razie nie ujawnia, zgromadził za to dokumenty, przeprowadził wywiady m.in. z pracownikami służb i z politykami. Pozycja będzie miała ok. 240 stron.

– W normalnych, demokratycznych warunkach informacje zawarte w tej książce wywołałyby wielkie zamieszanie. Jak będzie w Polsce, nie wiem – mówi Marcin Celiński.

Szczegóły dotyczące premiery książki mają zostać ujawnione w środę.

Skazany za aferę podsłuchową biznesmen Marek Falenta we wniosku o ułaskawienie skierowanym do prezydenta Andrzeja Dudy wymienił m.in. nazwisko Stanisława Kostrzewskiego, byłego skarbnika PiS. Falenta twierdzi, że miał ustalać z Kostrzewskim szczegóły dotyczące nagrań. Były skarbnik PiS już wcześniej zaprzeczał podobnym doniesieniom.

Prokuratura ma zająć się treścią wniosku o ułaskawienie skierowanym przez biznesmena Marka Falentę do prezydenta Andrzeja Dudy. Za zlecenie nagrywania rozmów m.in. polityków Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego w warszawskich restauracjach Marek Falenta został prawomocnie skazany w styczniu 2017 roku na dwa i pół roku więzienia.

Treść wniosku ujawniła w poniedziałek „Rzeczpospolita”. Falenta twierdził, że wpływowe osoby w Prawie i Sprawiedliwości obiecywały mu prezydenckie ułaskawienie i to z przedstawicielami partii miał ustalać szczegóły dotyczące nagrywania polityków.

Główną postacią afery według Falenty jest Stanisław Kostrzewski, bliski współpracownik prezesa Jarosława Kaczyńskiego. To Kostrzewski pierwszy miał się dowiedzieć o możliwości pozyskania nagrań i polecić Falencie kontynuację działań. Skazany pisze, że spotykał się z Kostrzewskim w siedzibie PiS i w swoim biurze. Jako pierwszego na swej liście wymienia prezesa Kaczyńskiego, z którym Kostrzewski miał w 2013 r. konsultować wykorzystanie nagrań i to zaakceptować

– czytamy w „Rzeczpospolitej”.

O tym, że Kostrzewski miał rozmawiać o nagraniach z Falentą, informowała w sierpniu 2018 również „Gazeta Wyborcza”. Po publikacji „GW” ze Stanisławem Kostrzewskim rozmawiał Onet.pl. Kostrzewski stwierdził wtedy, że nigdy nie rozmawiał z Markiem Falentą, a informacje o jego kontaktach z biznesmenem to „kompletna bzdura”.

Stanisław Kostrzewski. Kim jest zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego?

70-letni Stanisław Kostrzewski przez lata był zaufanym współpracownikiem prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego. Z wykształcenia jest ekonomistą.

W PRL-u był członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Na początku lat 90. został urzędnikiem w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, w 1991 r. trafił do Najwyższej Izby Kontroli, gdzie został dyrektorem Departamentu Organizacyjnego. W kolejnych latach pełnił funkcję dyrektora gabinetu Głównego Inspektora Pracy, a potem wiceprezesa Banku Ochrony Środowiska.

W 2000 r. współtworzył Prawo i Sprawiedliwość, odpowiadał m.in. za finanse kampanii wyborczych. Był skarbnikiem partii w latach 2000-2006 i 2009-2014. W latach 2005-2008 ponownie pełnił funkcję wiceprezesa BOŚ. Należał do komitetu politycznego partii, czyli ścisłego kierownictwa.

W 2014 r. przeszedł na emeryturę. Media spekulowały wówczas o powodach tej decyzji, sugerując, że mogły się do nich przyczynić wewnątrzpartyjne konflikty.

Jarosław Kaczyński niezbyt interesuje się finansami, ekonomia i gospodarka to też nie są jego najmocniejsze strony. Dlatego Kostrzewski był w PiS bardzo przydatny, to on organizował życie partii. Ale wielu polityków Prawa i Sprawiedliwości zauważa, że Jarosława Kaczyńskiego łączyła z Kostrzewskim nie tylko praca, ale po prostu przyjaźń

– tak pisała o Kostrzewskim w 2014 r. „Polska The Times”.

Córką Stanisława Kostrzewskiego jest prezenterka telewizyjna Małgorzata Rozenek.

Ale zapowiedź ta ma dotyczyć kolejnej kadencji, co szef resortu otwarcie zadeklarował w dzisiejszym wywiadzie dla „Naszego Dziennika”, zakładając zwycięstwo obozu Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych w Polsce.

Minister uważa, iż wygrana „będzie jednocześnie sygnałem dla Unii Europejskiej, że nasz rząd nie jest rządem „przejściowym” i że wyraża wolę Polaków zdeterminowanych, by zreformować sądy”.

„Spodziewam się w związku z tym większej powściągliwości ze strony UE w ingerencjach w reformy w Polsce” – dodał minister w rozmowie z Dziennikiem.

Zbigniew Ziobro jest zdania, że „skala zewnętrznych ingerencji ze strony Unii Europejskiej, podsycanych przez totalną opozycję w Sejmie i jej destrukcyjne działania, przerosły najśmielsze oczekiwania”.

„Bitwa okazała się trudniejsza niż się wydawało, ale zwyciężymy. Dokończymy reformę” – ocenił w wywiadzie dla „ND” Ziobro.

Trzeba nam Polski uczciwej, bo ta, którą dzisiaj mamy, uczciwa nie jest

Wbrew rozpowszechnianej opinii, że opozycja nie dysponuje programem, który umożliwi jej pokonanie PiS w wyborach parlamentarnych, taki program istnieje. To piękny projekt, konkurencyjny wobec wszelkich „piątek z plusami” – projekt, który potrafi obudzić tych, którzy w dniu wyborów europejskich mieli akurat ważniejsze sprawy. Ten program jest prawie kompletny i ma już nawet nazwę: UCZCIWA POLSKA. Wystarczy go tylko ubrać w słowa i puścić w publiczny obieg.

Znają ten projekt funkcjonariusze PiS i boją się go jak ognia. Dlatego przy każdej okazji cytują swój propagandowy przekaz, że PO nie ma wyborcom nic do zaoferowania, że program opozycji to wyłącznie „antyPiS”, czyli sprzeciw wobec wszystkiego, co oferują Polakom rządzący, w tym także kwestionowanie 500 plus i wszystkich innych plusów, „które natychmiast zlikwidują, gdy tylko znowu dorwą się do koryta”.  Te kłamstwa tym się różnią od setek innych, produkowanych w Wydziale Propagandy i Agitacji KC PiS, że trudno się im przeciwstawić i ciężko je odkręcić. Wyborca ma z jednej strony tych, którzy mówią, że dadzą – i dają, a z drugiej tych, co tylko mówią, że nie zabiorą tego, co tamci dali. Polacy z grupy, która może przesądzić o wyniku wyborów, konfrontują projekt obsypywania ich żywą gotówką z koncepcją obsadzenia Trybunału Konstytucyjnego, prokuratury czy urzędów jakimiś innymi ludźmi niż dotychczasowi. Do niezdecydowanych wyborców obie największe formacje mówią o demokracji, wolności, praworządności i sprawiedliwości, z tą różnicą, że jedna partia dodaje do każdego z tych haseł przymiotnik „narodowy” (premier mówił nawet o Narodowym Dniu Dziecka!) oraz nobilituje swoich zwolenników mianem „Prawdziwego Patrioty”.

Wbrew opiniom narodowych i patriotycznych mediów Platforma ma jednak swój program i bez wątpienia jest on ważny dla cywilizacyjnego i cywilizowanego rozwoju kraju, a wręcz skrojony na miarę zdrowia i życia Polaków, którzy miesiącami czekają na wizytę u lekarza, którzy nie dożywają planowego zabiegu, którzy umierają w szpitalnych izbach przyjęć.  Solidny program, w wielu miejscach tożsamy z PO, ma również od dawna Nowoczesna. Z niezrozumiałych dla mnie powodów – łącząc się w klub parlamentarny, nie udało im się połączyć obu projektów. Ustalono tylko, że wspólny program powstanie za dwa miesiące w wyniku masowych konsultacji z Polakami.

Nie czekając do lipca spieszę z propozycją projektu „Uczciwa Polska”. Jest to w istocie sprzeciw wobec rujnowania państwa oraz reakcja na bezczelną kpinę Prawa i Sprawiedliwości z zapisów prawa i poczucia sprawiedliwości. Ale projekt ten nie jest bynajmniej powrotem do tego, co było. Chodzi w nim o taką Polskę, jaka być powinna. Przyzwoitą, wiarygodną, sprawiedliwą i odporną na korupcję.  Wnoszę, by w ramach „Uczciwej Polski” ogłosić plik projektów ustaw zabezpieczających nas przed powtórnym najazdem Hunów, którzy na podbitej ziemi biorą to, na co tylko mają ochotę, bo wszystko im się należy. Wśród tych ustaw konieczna jest taka, która sprecyzuje gwarancje dla prawdziwej niezależności sędziów i prokuratorów oraz zapewni, niezależne od wpływów rządzących, procedury obsady stanowisk w administracji i gospodarce przez kandydatów najlepszych, a nie najbliższych władzy.

Projekt „Uczciwa Polska” powinien roznegliżować rządzących, pokazać, ile obłudy, pazerności i cynizmu ukrywa się pod patriotyczno-katolicko-narodowym sztafażem.  Wśród wyborczych haseł opozycji musi się więc znaleźć postulat rozliczenia afer i przekrętów nie tylko ostatnich czterech lat. Począwszy od wyprowadzania pieniędzy ze spółdzielczych kas SKOK i wspierania nimi PiS, poprzez machinacje spółki Srebrna, sprawę łapówki, którą za pośrednictwem Kaczyńskiego miał otrzymać były ksiądz, aż do odpowiedzi na pytanie, dlaczego zajmująca się tym pani prokurator nie ma dyscyplinarki za przeciąganie decyzji o wszczęciu śledztwa poza wszelkie ustawowe terminy, tylko przeciwnie, właśnie awansowała.

Czemu ślimaczą się śledztwa przeciw narodowcom, nie tylko tym, którzy symbolicznie wieszali europosłów PO ? Dlaczego ludzie w koszulkach z napisem „konstytucja” mają być dla społeczeństwa groźniejsi od hajlujących neofaszystów? Na jakiej podstawie budżet państwa zasila bezumownie imprezy, obiekty i projekty kościelne? Takie i dziesiątki podobnych pytań powinni zadawać swoim słuchaczom w terenie parlamentarzyści z połączonego klubu. Muszą przekonywać, że trzeba nam Polski uczciwej, bo ta, którą dzisiaj mamy, uczciwa nie jest. Dowodów nie brakuje. Kominowe wynagrodzenia dla partaczy i szkodników rządzących polską administracją i gospodarką, sute premie inkasowane z tego tylko powodu, że się należą, wielotysięczne odprawy za zdemolowanie systemu oświaty czy próby zamiany policji państwowej w partyjną, dojazdy do pracy kawalkadą wypasionych fur i powroty do domu wojskowymi samolotami… Każdego dnia przybywa takich zdarzeń z udziałem rządzących, które domagają się wyjaśnień i konkretnej reakcji, a nie tylko bezradnego wołania o pomstę do nieba.

Może uda się przekonać, choćby tylko niektórych spośród zachwyconych wyborczymi prezentami dobrego wujka Kaczyńskiego, że PiS dzieli się z Polakami szabrowanymi dobrami nie dlatego, że tak bardzo nas kocha, i nie tylko, by przekupić wyborców, ale również po to, żeby zapewnić sobie bezkarność, czyniąc z nas wspólników rozkradania Polski.

PS. Każda partia polityczna powinna mieć precyzyjny program i wiarygodny obraz przyszłych rządów. Ale ma też trochę racji Marek Borowski, który żądającym jakiejś porywającej wizji, konkurencyjnej wobec PiS-owskiego programu rozdawnictwa, mówi: – Polska się pali, a wy pytacie walczących z ogniem strażaków o plany przeciwpożarowego zabezpieczenia pogorzeliska?

Tzw. rekonstrukcja rządu służy tylko jednemu – przykryciu jednej z najważniejszych dat w naszej współczesności 4 czerwca 1989 roku.

Kto dokonał rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego? Wszak autorstwa nie może sobie przypisać obecny premier. Pytanie należy do retorycznych, bo wiadomo wszem i wobec kto. Pytanie właściwe byłoby: po co zrekonstruowano ciało administracyjne, któremu premieruje Morawiecki?

To, że niektórzy ministrowie dostali się do Europarlamentu nie jest powodem do nazywania rekonstrukcją rządu, lecz wypełnieniem braków, plombą np. po Beacie Szydło, która jedzie po sukces 27:1. Mowa jest nawet o posadzie szefowej Parlamentu Europejskiego, bo i z takim pomysłem wyskoczył jakiś akolita geniusza z Żoliborza. Nie podejrzewam, aby w Brukseli Szydło, Joachim Brudziński bądź inna/inny zagrozili europejskim kabaretom. To w Polsce kabarety nie nadążają za awangardą pisowskiego surrealizmu.

Wesoło nam nie będzie, gdy nieznająca języka angielskiego Szydło i takiż poliglota Brudziński wyskoczą z jakimś wspólnym pomysłem politycznym z Marine…

View original post 1 323 słowa więcej