Tag Archives: Bartłomiej Misiewicz

Układ Kaczyńskiego to mafijna struktura

20 Lu

Tam, gdzie nie działa polskie państwo, będzie działać opozycja i wolne media – mówią politycy Platformy. W Sejmie zaprezentowali tablicę z układem Kaczyńskiego, która została także przekazana do prokuratury. – Wiele osób na tej tablicy to osoby piastujące wysokie stanowiska, które powinny pracować nad wyjaśnieniem sprawy, a robią niewiele – przyznaje poseł Marcin Kierwiński. Politycy opozycji ponawiają apel o utajnienie najbliższego posiedzenia Sejmu i przedstawienie informacji na temat śledztwa dotyczącego spółki Srebrna.

Srebrny układ Kaczyńskiego

– Wiele zależności, które są na tej tablicy, powstało w latach 90., kiedy poprzednicy spółki Srebrna robili interesy z władzą komunistyczną. Na tej tablicy mamy byłych TW i osoby wpływowe w PZPR. (…) Ważne jest też to, że na tablicy są osoby pełniące najważniejsze funkcje w państwie. Wiele osób na tej tablicy to osoby piastujące stanowiska, które powinny pracować nad wyjaśnieniem sprawy, a robią niewiele. Okazuje się, że kiedy afera sięga szczytów władzy, służby kierowane przez te osoby po prostu nie działają – mówił na konferencji prasowej poseł PO Marcin Kierwiński.

Kto jest na tablicy? To ludzie powiązani ze spółką Srebrna i Instytutem Lecha Kaczyńskiego. W centrum jest oczywiście Jarosław Kaczyński. A dalej m.in. Mariusz Kamiński, koordynator służb specjalnych; Ernest Bejda, szef CBA; Piotr Pogonowski; Marek Suski, obecny szef gabinetu politycznego premiera; czy Janina Goss, tzw. szara eminencja PiS-u i członkini zarządu Srebrnej.

Ten materiał został przesłany do prokuratury jako „materiał poglądowy”. – Tam, gdzie nie działa polskie państwo, będzie działać opozycja i wolne media. Wszelkie niezależne instytucje muszą skupić się na wyjaśnieniu tej bulwersującej sprawy. Ta pajęczyna każdego dnia się rozrasta – przekonuje także poseł Cezary Tomczyk.

Apel do marszałka Sejmu

– Ponawiamy nasz apel o utajnienie posiedzenia Sejmu i złożenie przez Prokuratora Generalnego informacji na temat śledztwa dotyczącego spółki Srebrna i zarzutów kierowanych przez austriackiego biznesmena wobec Jarosława Kaczyńskiego – mówi poseł PO Mariusz Witczak.

Politycy PO złożyli taki wniosek już w zeszłym tygodniu. Posiedzenie Sejmu rozpoczyna się w środę 20 lutego i potrwa do piątku 22 lutego.

Poseł Witczak tłumaczy, że to jedyna szansa, aby funkcja kontrolna Sejmu była realizowana. – Instytucje państwa, które są uprawnione do walki z korupcją milczą, nabrały wody w usta. Sytuacja wydaje się kuriozalna i bezprecedensowa. Gdyby sytuacja dotyczyła szarego obywatela, to albo zapukałoby do niego o 6 rano CBA, albo co najmniej zostałby wezwany na przesłuchanie do prokuratury – przyznaje.

Prezes PiS chce wykorzystać prokuraturę do ścigania dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, którzy ujawnili nagrania jego rozmów z austriackim biznesmenem. Jarosław Kaczyński uważa, że został zniesławiony i chce, by prokuratura ścigała dziennikarzy na podstawie słynnego artykułu 212 kodeksu karnego uważanego za przepis służący do kneblowania mediów

Jeśli prokuratura podejmie postępowanie z zawiadomienia Kaczyńskiego, będzie to groźny precedens i niski ukłon wobec szefa PiS. Do tej pory prokuratura nie zajmowała się ściganiem dziennikarzy z artykułu 212 po zawiadomieniach polityków. Bo przyjmowała, że krytyka dziennikarska to normalny element demokratycznego państwa. I sprawy publikacji artykułów pozostawiała do oceny sądom. Polityk, który czuje się zniesławiony, może wytoczyć sam proces karny z prywatnego aktu oskarżenia lub wytoczyć cywilny proces o ochronę dóbr osobistych. To się jednak zmieniło w ostatnich latach – na dziennikarzy za krytyczne artykuły zawiadomienia do prokuratury złożyła np. prezes TK.

Kaczyński korzysta z tej samej możliwości. W ubiegłym tygodniu złożył zawiadomienie na dziennikarzy „Gazety Wyborczej” oraz na polityków Platformy Obywatelskiej.

Artykułem 212 w dziennikarzy i opozycję

Informację o zawiadomieniach do prokuratury Jarosława Kaczyńskiego podała Polska Agencja Prasowa. „Działając jako pokrzywdzony, zawiadamiam o podejrzeniu popełnienia przestępstw zniesławienia (…). Wnoszę o objęcie ścigania z oskarżenia publicznego ze względu na występujący w sprawie interes publiczny” – napisał Kaczyński w zawiadomieniach skierowanych do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, do których dotarła PAP.

Jak podaje PAP, lider PiS powołał się na art. 212 Kodeksu karnego, który mówi, że kto pomawia „inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności”.

W pierwszym zawiadomieniu prezes PiS wskazał na dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, portalu wyborcza.pl i gazeta.pl. Zdaniem Kaczyńskiego miało tam dojść do jego zniesławienia poprzez opublikowanie materiałów w dniach 29 – 30 stycznia 2019 r. w których „rozpowszechniono twierdzenia, tj. wypowiedzi innych osób, że Jarosław Kaczyński popełnił, względnie mógł popełnić przestępstwa: płatnej protekcji, przekroczenia uprawnień posła w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, oszustwa”.

Kaczyńskiemu nie spodobało się też to, że bez jego zgody opublikowano nagrania jego rozmów z austriackim biznesmenem, podczas których omawiali budowę dwóch wieżowców na działce spółki powiązanej z PiS. Kaczyński wskazał, że nagrania opublikowano bez jego zgody, czyli, jego zdaniem, złamano prawo prasowe.

Wcześniej szef PiS wysłał do wydawcy „Gazety Wyborczej” wezwania przedsądowe, w których domagał się przeprosin.

Drugie zawiadomienie dotyczy PO. PAP podaje, że wskazano w nim, że przestępstwo zniesławienia miało polegać na „Opublikowaniu przez nieustalone osoby w materiałach propagandowych Platformy Obywatelskiej (ulotkach internetowych) twierdzeń, że Jarosław Kaczyński mógł popełnić przestępstwo płatnej protekcji, oraz ukrywa majątek” i „Na opublikowaniu przez posłów Platformy Obywatelskiej na konferencji prasowej z dnia 29.1.2019 r. informacji, że Jarosław Kaczyński popełnił, względnie mógł popełnić przestępstwa: płatnej protekcji, przekroczenia uprawnień posła w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, oszustwa, firmanctwa”.

Artykuł 212 kodeksu karnego jest uważany przez dziennikarzy za przepis służący do mrożenia i kneblowania dziennikarzy.

Efekt mrożący

Warszawską prokuraturę okręgową czeka teraz test. Kaczyński powołał się na „interes publiczny”, ale śledczy, jeśli przeprowadzą śledztwo, będą musieli to uzasadnić. Tym bardziej że Kaczyński nie piastuje ważnej, oficjalnej funkcji w państwie. Jest szeregowym posłem i szefem partii.

„Dla ważnego interesu publicznego ważne są dwa kryteria. Prokurator będzie musiał ocenić, czy czyn rzekomego zniesławienia jest szkodliwy społecznie i czy pokrzywdzony nie poradzi sobie sam z dochodzeniem obrony dobrego imienia. Kaczyński jest politykiem i jest osobą publiczną. Powinien mieć grubszą skórę i godzić się z krytyką. W cywilizowanym świecie standardem jest, że prasa opisuje i krytykuje polityków, bo w ten sposób dokonuje się ich weryfikacji. Poza tym Kaczyński wiele razy korzystał z pomocy prawników. Dlaczego teraz chce posłużyć się prokuraturą”, mówi OKO.press jeden ze stołecznych prawników.

Posłużenie się przez lidera PiS prokuraturą może wywołać efekt mrożący na dziennikarzach i politykach PO i tak też będzie odbierane.

Zaskakuje też, że Kaczyński składa zawiadomienie w sprawie dziennikarzy, ale nic nie wiadomo, by złożył zawiadomienie na austriackiego biznesmena, który nagrania przekazał prasie.

„Chowanie się za plecami podporządkowanej rządowi prokuratury to akt tchórzostwa i próba uciszenia „Gazety Wyborczej”. To świadectwo schyłku tej władzy. Dlaczego cały czas są pretensje do „Gazety Wyborczej” o publikację materiałów, a nikt nie pozywa austriackiego biznesmena”, mówi OKO.press Wojciech Czuchnowski, współautor artykułów o rozmowach Kaczyńskiego z Geraldem Birgfellnerem.

Co ciekawe, zaledwie kilka dni temu minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro deklarował, że jest gotów rozmawiać ze środowiskiem dziennikarskim o artykule 212.

W odpowiedzi na informację PAP „Gazeta Wyborcza” wydała oświadczenie, w którym pisze: „Nasze artykuły są rzetelne, oparte na faktach i dokumentach. „Wyborcza” nie ulegnie szantażom, szykuje kolejne publikacje i nie przestanie patrzeć władzy na ręce”.

„Kierownictwo MON w ciągu trzech lat wprowadziło niepewność w szeregach żołnierzy i kombatantów, dzieląc środowisko i wprowadzając wiele napięć. Za rządów PiS zmuszono do odejścia wielu wyższych dowódców, od szefa Sztabu Generalnego po inspektorów rodzajów sił zbrojnych i dowódców związków taktycznych. Desant ludzi niedoświadczonych, niekompetentnych na spółki związane z obronnością pozwolił na stworzenie układu towarzysko-biznesowego” – powiedział poseł PO Czesław Mroczek podczas obrad sejmowej komisji obrony. Została ona zwołana na wniosek posłów opozycji.

Były minister obrony w rządzie PO-PSL Tomasz Siemoniak apelował do obecnego szefa resortu Mariusza Błaszczaka, „by się odważył i przyszedł na posiedzenie komisji”. Według posła PO, Błaszczak jest pierwszym ministrem obrony, który nigdy nie pojawił się na obradach tego gremium. – „To bardzo zła praktyka, naruszająca równowagę władz, naruszająca kontrolną rolę komisji i parlamentu. Jak szef MON ma obronić Polskę skoro obawia się przyjść na spotkanie z posłami” – stwierdził Siemoniak. A na Twitterze dodał: – „3 lata PiS w MON to 2 lata ostrego konfliktu prezydenta Dudy z ministrem Macierewiczem. Niszczącego dla Wojska Polskiego, gorszącego dla opinii publicznej. Prezydent działania Macierewicza nazwał „ubeckimi metodami”. A symbolem rządów PiS w samym MON jest Bartłomiej M. w areszcie”.

Poseł Mroczek dodał, że MON pod kierownictwem Macierewicza i Błaszczaka wstrzymał realizację wielu – jak się wyraził – zaawansowanych programów. Wymienił m.in. rezygnację z zakupu 50 śmigłowców Caracal i zakup czterech Black Hawków bez przetargu. – „Dziś widać już wyraźnie miarę zniszczeń i spustoszenia po tych latach” – powiedział poseł PO. Podał także w wątpliwość sens formowania Wojsk Obrony Terytorialnej w obecnym kształcie. – „WOT powstawały w dużej mierze kosztem wojsk operacyjnych; koszty są niewspółmierne do efektów” – stwierdził Mroczek.

Cezary Tomczyk mówił natomiast o zmianach kadrowych dokonanych przez PiS. – „Mamy już drugiego ministra obrony w ciągu trzech lat, dziesięciu sekretarzy stanu, czterech prezesów Polskiej Grupy Zbrojeniowej i trzeciego Szefa Sztabu Generalnego, usuniętych 30 generałów, 300 pułkowników. Czy to jest zamach na własne państwo?” – pytał Tomczyk. A propos zamachu, opisywaliśmy wcześniej, że Antoni Macierewicz mógł złamać prawo, ujawniając w 2016 r. w Sejmie informacje objęte klauzulą tajności (więcej na ten temat w naszym artykule „Brejza złoży zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Macierewicza”).

Reklamy

Drugi Kreml na Nowogrodzkiej. Czy Macierewicz nosi wałówki swemu Misiowi?

13 Lu

– Sytuacja dojrzewa do powołania komisji śledczej ws. Srebrnej – tak poseł PO Krzysztof Brejza odpowiedział w #RZECZoPOLITYCE na pytanie, czy po ewentualnej wygranej opozycji w wyborach parlamentarnych dojdzie do powołania komisji śledczej w związku z ujawnieniem tzw. taśm Kaczyńskiego.

Mówiąc o treści „taśm Kaczyńskiego” Brejza podkreślił, że wynika z nich, iż „partia Kaczyńskiego dysponuje de facto ogromnym majątkiem”. – Jarosław Kaczyński założył fundację wykładając na stół 30 zł, dzięki lewarowi BPH, państwowego banku, pomnożył ten majątek do 30 mln zł i dzięki państwowemu bankowi chciał ponownie dokonać lewarowania tego majątku budując wieżowce – tłumaczył Brejza.

Poseł PO podkreślił jednocześnie, że „partia polityczna nie jest od tego żeby realizować biznesy”. – To co robi Jarosław Kaczyński zagraża demokracji – dodał wskazując, że zbudowanie wieżowców przez Srebrną dałoby PiS przewagę finansową nad rywalami politycznymi.

– Jarosław Kaczyński wybiera drogę wschodnią, na wzór watażków, oligarchów moskiewskich. Istnieje fundacja, która wyrosła na majątku narodowym, przejętym przez Jarosława Kaczyńskiego – mówił Brejza wskazując, że demokracja powinna opierać się na transparentności jeśli chodzi o finansowanie polityki realizowanej m.in. przez obowiązek składania oświadczeń majątkowych przez posłów.

Zdaniem Brejzy Srebrna jest spółką „w pełni nomenklaturową”. – Wychodzi na światło dzienne twarz Jarosława Kaczyńskiego, oligarchy – mówił poseł PO.

Brejza wypomniał też Kaczyńskiemu, że ten „z tylnego siedzenia zarządzał nieruchomościami, biurowcami”, a dzięki majątkowi Srebrnej „zatrudniał polityków z PC i PiS-u” w chudych dla tego środowiska latach. – Ale z drugiej strony jest to nieuczciwe – wykazanie poświadczenia nieprawdy w oświadczeniu majątkowym, gdzie Kaczyński twierdzi, że nie prowadzi działalności gospodarczej – zaznaczył.

– Prezes partii dużej w Polsce nie powinien zajmować się deweloperką. Jesteśmy w Warszawie, a nie w Moskwie – podsumował Brejza.

Na uwagę, że między Srebrna to spółka odrębna od PiS, Brejza przypomniał, że we władzach tej spółki zasiada „trzech kierowców Kaczyńskiego i jego sekretarka”. – I to są ludzie, którzy samodzielnie podejmują decyzję? – pytał. Dodał, że z fragmentu opublikowanej przez „Gazetę Wyborczą” rozmowy Kazimierza Kujdy z Geraldem Birgfellnerem, austriackim inwestorem, który miał przygotowywać budowę wieżowców przez Srebrną wynikało, iż wydatki Srebrnej powyżej 20 tys. zł musiał akceptować Kaczyński.

Brejza przypomniał też, że budowa wieżowców przez Srebrną miała być finansowana za pomocą kredytu z Pekao SA. – Prezes banku państwowego nie ma prawa przyjeżdżać do siedziby partii finansowanej przez podatników, w siedzibie partii nie mogą być prowadzone rozmowy biznesowe – mówił.

Zdaniem posła PO w związku z całą sprawą prokuratura powinna zweryfikować oświadczenie majątkowe Jarosława Kaczyńskiego. – Jarosław Kaczyński zawsze podejmował decyzje w ten sposób, ze wystawiał różne osoby do podpisywania projektów ustaw, czy do podpisywania ustaw. Zawsze był politykiem, który zza kulis sterował tym co działo się na desce teatru. Tu kurtyna opada. Widzimy reżysera – podkreślił Brejza.

Poseł PO odniósł się też do sprawy Kazimierza Kujdy, byłego już prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który – jak wynika z dokumentów znajdujących się w IPN, co ujawniła „Rzeczpospolita” – był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB. – Kazimierz Kujda zajmował się najbardziej wrażliwą sferą działań Jarosława Kaczyńskiego, kwestiami finansowymi. Jest wysoce prawdopodobne że Jarosław Kaczyński znał przeszłość pana Kujdy miał też możliwość w latach 2005-2007 zlustrowania swoich współpracowników. Zlustrował całą Polskę wzdłuż i wszerz, a nie zlustrował swoich najbliższych współpracowników? – ironizował Brejza. – To mit, że Kaczyński walczy z postkomunistami – dodał.

Brejza zauważył też, że ostatnie miesiące pokazują ogromną „skalę zepsutych instytucji” państwa przez PiS – wymienił w tym kontekście KNF, NBP oraz Fundusz, na czele którego stał Brejza.

Podsumowując sprawę Srebrnej Brejza stwierdził, że „może ją wyjaśnić komisja śledcza”.

Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu nie uwzględnił zażalenia obrońców byłego rzecznika MON. Bartłomiej M. nie wyjdzie z aresztu, do którego trafił na trzy miesiące 30 stycznia. Tak wcześniej postanowił tarnobrzeski Sąd Rejonowy.

Prokuratura zarzuca bliskiemu współpracownikowi Antoniego Macierewicza oraz byłemu posłowi PiS Mariuszowi Antoniemu K. „powoływanie się wspólnie i w porozumieniu na wpływy w instytucji państwowej i podjęcia się pośrednictwa w załatwieniu określonych spraw celem uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł”. Poza tym Bartłomiej M. i była pracownica MON Agnieszka M. usłyszeli zarzuty przekroczenia uprawnień jako funkcjonariuszy publicznych i „doprowadzenia do wyrządzenia szkody w Polskiej Grupie Zbrojeniowej w wysokości 491 964 zł”.

Obrońcy Bartłomieja M. w zażaleniu pisali m.in., że „nie zachodzi obawa bezprawnego utrudniania przez niego postępowania przygotowawczego.” Powoływali się też na dokument -„Rydzyk poręczył za byłego rzecznika Macierewicza Bartłomieja M.”.

Sąd w Tarnobrzegu uznał jednak, że były rzecznik MON zostanie w areszcie. Postanowienie sądu jest prawomocne.

— KWIT NA SREBRNĄ – jedynka GW: “Pokazujemy dzisiaj pisemne pełnomocnictwo, którego spółka Srebrna udzieliła Geraldowi Birgfellnerowi do prowadzenia w jej imieniu projektu „dwóch wież”. Mógł bardzo wiele, nawet zburzyć stary biurowiec, który zawadzał inwestycji”.
wyborcza.pl

— KUJDA I GLAPIŃSKI TRZYMAJĄ KACZYŃSKIEGO ZA GARDŁO – Roman Imielski w GW: “Kazimierz Kujda i Adam Glapiński mają ogromną wiedzę o finansach środowiska politycznego związanego z Jarosławem Kaczyńskim. I dlatego pierwszy z nich kilka dni opierał się przed złożeniem dymisji z prezesury Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, a drugi wprost postawił się liderowi PiS”.
wyborcza.pl

— JAN FILIP LIBICKI UWAŻA, ŻE MACIEREWICZ BUDUJE KULT JANA OLSZEWSKIEGO W KONKURENCJI DO KULTU LECHA KACZYŃSKIEGO: “Podtrzymuję to, co napisałem kilka dni temu, że mówiąc o Janie Olszewskim, jako o najwybitniejszym polskim polityku po II Wojnie Światowej, Macierewicz buduje w obozie pisowskim konkurencyjny kult. Przeciwstawia Olszewskiego Lechowi Kaczyńskiemu. I w tym sensie nie zdziwiłbym się, gdyby to były jakieś przygotowania Antoniego Macierewicza do przejęcia władzy. Oczywiście, czy to jest realne, czy się uda, to jest inna sprawa, ale że Antoni Macierewicz o tym myśli, a nawet zaczął wprowadzać to w życie jest wielce prawdopodobnym”.
salon24.pl

>>>

Nowe afery PiS. Aferalność, genom partii Kaczyńskiego

28 Sty

KGHM Polska Miedź SA to firma z udziałem skarbu państwa o dochodach ponad 20 mld zł. Nic więc dziwnego, że jest ona łakomym kąskiem dla każdej nowej władzy. Jednak PiS, przeszło wszelkie granice, obsadzając najważniejsze w niej stanowiska swoimi ludźmi w skali do tej pory niespotykanej.

Gazeta Wyborcza opisuje sytuację w której mówi się, że „nieoficjalnym kadrowym” firmy jest wiceprezes PiS i szef struktur na Dolnym Śląsku, Adam Lipiński. To podobno dzięki niemu stanowisko prezesa otrzymał Krzysztof Skóra, a dyrektorem technicznym, zajmującym się dostarczaniem infrastruktury teleinformatycznej dla kombinatu i spółek zależnych został jego chrześniak, Karol Kos. W centrali pracuje też ojciec Kosa, bliski przyjaciel Lipińskiego. Obaj panowie, Skóra i Kos znajdują się na tzw. liście Misiewiczów czyli osób powołanych na odpowiedzialne stanowiska mimo braku odpowiednich  kwalifikacji zawodowych.

Zdaniem autorów artykułu, to właśnie Karol Kos jest odpowiedzialny za próbę ustawienia trzech przetargów na sprzęt i oprogramowanie, na łączną kwotę 3,2 mln zł. To on zlecił ponoć podległemu mu kierownikowi działu zabezpieczeń technicznych i głównemu specjaliście, by pisemnie uzasadnili tryb wyboru wykonawcy, ze wskazaniem na konkretną firmę. Na trop afery wpadły wewnętrzne służby kombinatu. Raport z kontroli, niekorzystny dla Kosa, dotarł do  dyrektora naczelnego COPI, Grzegorza Macha, a ten przekazał go dalej, do  świeżo mianowanego prezesa Marcina Chludzińskiego, również powołanego na to stanowisko dzięki wsparciu Adama Lipińskiego (tak twierdzi Gazeta Wyborcza).

„Nagrodą” za ujawnienie ustawionych przetargów było zwolnienie Grzegorza Macha z pracy. Jak twierdzi jeden z rozmówców Gazety Wyborczej, to „był spory szok, bo to fachowiec ściągnięty z rynku. Był wielokrotnie nagradzany za pracę dla kombinatu”. Według Chludzińskiego, Mach został zwolniony ponieważ nastąpiły rozbieżności „w ocenie jego funkcjonowania w COPI i zaangażowania w powierzone zadania 

Dzisiaj prezes Chludziński  twierdzi, że nie ma pojęcia o całej tej sprawie, Kos za dobrą pracę otrzymał umowę na czas nieokreślony, a KGHM złożyło do prokuratury wniosek o popełnienie przestępstwa przez Grzegorza Macha, twierdząc, iż jest podejrzenie „przekroczenia uprawnień i wyrządzenia szkody majątkowej o znacznej wartości”.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali sześć osób w śledztwie dotyczącym doprowadzenia Polskiej Grupy Zbrojeniowej S.A. do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

Wśród zatrzymanych jest były szef gabinetu politycznego MON Bartłomiej M., były członek zarządu spółki PGZ S.A. Radosław O., były parlamentarzysta Mariusz Antoni K., a także trzej byli pracownicy MON oraz spółki PGZ. Wszyscy zatrzymani zostaną przewiezieni do Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu, gdzie usłyszą zarzuty. W związku z zatrzymaniami funkcjonariusze CBA prowadzą przeszukania ponad 30 lokalizacji.

Śledztwo, prowadzone na podstawie materiałów własnych CBA, dotyczy niegospodarności, powoływania się na wpływy oraz fałszowania dokumentów przy okazji zawierania umów przez spółkę PGZ S.A. W ocenie śledczych doszło do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

>>>

(„Zapytany przez polityka opozycyjnego na Twitterze, jak długo potrwa reakcja rządu na takie sytuacje, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński napisał: „Reagować na co?”)

Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem

Walka z mową nienawiści jest wojną obronną, a zatem słuszną i sprawiedliwą. Od tak dawna obrzucamy się błotem oszczerstw, potwarzy i pomówień, że dla wielu to bagienko stało się już środowiskiem naturalnym.  Czas się ratować – oskrobać z podłych intencji i obmyć z nienawistnych słów. Jednak wezwania, by każdy z nas rozpoczął odnowę moralną od siebie, od zaraz i bez warunków wstępnych, uważam za nierealne i niebezpieczne. Słuchając nawoływań o zawieszenie broni i narodowe pojednanie, obłażą mnie wątpliwości, z których nie potrafię się otrzepać.

Jeśli zależy nam na trwałym pokoju społecznym, to przyjąć musimy do wiadomości, że zawieszenie broni nie zakończy się traktatem pokojowym, póki rozpalać się będą lokalne walki i potyczki. A będą, nawet gdyby wszystkich harcowników przenieść na tyły, do taborów. Bo nie wierzę w dobre intencje wszystkich walczących, tak jak nie wierzę w przyzwoitość na zawołanie. Cisza na froncie to znakomita okazja dla cynicznych watażków, którzy wykorzystując uczciwość przeciwnika przejmują inicjatywę i kontynuują swoją wojenkę wmawiając światu, że oni strzelają wyłącznie ślepakami i tylko na wiwat. Będą nadal toczyć swoje bitwy poprzez najemników, wynajętych wyznawców i wyznaczonych funkcjonariuszy.

Na szczytach władzy słychać nawoływania do narodowej zgody i porozumienia. I na tym samym oddechu rządzący dopowiadają, że przemysł pogardy jest produktem Platformy. Okazuje się, że wojnę polsko-polską rozpoczął Donald Tusk, zniesławiając wyborców PiS niewyobrażalną kalumnią: „moherowe berety!”, wobec której jakieś tam „zdradzieckie mordy”, „mordercy” oraz „komuniści i złodzieje” to tylko usprawiedliwiona reakcja obronna. Dzisiaj PiS zaprasza opozycję na rozmowy pokojowe, a w tle słychać wyraźnie tętent nadjeżdżającej kawalerii i rżenie koni jeźdźców Apokalipsy.

Na sobotnim zebraniu partyjnym z udziałem dowiezionych samorządowców prezes Kaczyński dokonał niebywałych odkryć, że oto Polska jest podzielona, a podział ten prowadzi do wydarzeń, które jednak nie powinny mieć miejsca – sugerując jednocześnie, kto za to odpowiada . Pan premier zawtórował swojemu przełożonemu, kolejny raz wyliczając, czego to poprzedni rząd przez 8 lat nie zrobił, po czym opowiedział o „przezwyciężaniu spuścizny porozbiorowej”(!) i z braku przekonujących sukcesów skupił się na wyzwaniach przyszłości – o wyzywaniach w przeszłości nie wspominając. Wcześniej wicemarszałek Terlecki obsobaczył zaproszoną na „rokowania” opozycję, która ośmieliła się zarzucić TVP – uczciwej przecież i obiektywnej jak nigdy dotąd – że kłamie i podgrzewa nienawistne nastroje.

To jednak ledwie pstryczki i żartobliwe przekomarzania wobec furii wyznawców Kaczyńskiego w mediach wspierających PiS. W jednym z tygodników dostępnych na pocztach, w supermarketach, na stacjach benzynowych i wszędzie tam, gdzie nie sprzedaje się „Gazety Wyborczej”, przeczytać można wielki tekst o źródłach języka pogardy. Kilka cytatów: „Ta cała nienawistna jazda bez trzymanki trwa od 2005 roku (…), a kulminacja tego politycznego i propagandowego zezwierzęcenia nastąpiła po tragedii smoleńskiej”.  I dalej: „Przecież ta swołocz i hołota nie uszanowała nawet żałoby po ofiarach tragedii smoleńskiej…”. Teraz już można gładko przejść od Smoleńska do Poznania: „przedstawiciele totalnej opozycji na widok niewinnie przelanej krwi zachowali się jak stado szakali, które tę krew poczuło i w jakimś dzikim amoku ruszyło do ataku”. Dalej jest o „ludzkiej mierzwie”, która z premedytacją zdeptała wolę rodziny Adamowicza, aby tylko „po trupach do władzy”. Wygląda na to, że autor, niejaki Mirosław Kokoszkiewicz, sam sobie odpowiada na tytułowe pytanie „Kto zasiał nienawiść?”

Nie są to bynajmniej najbardziej wyraziste przejawy pogardy dla myślących inaczej i reagujących samodzielnie. Spore zainteresowanie wyborców PiS wzbudził wywiad Aldony Zaorskiej z Grzegorzem Braunem, który jest nie tylko reżyserem i publicystą, ale również nauczycielem akademickim. Zdaniem tego pana morderstwo Adamowicza to kolejne niewyjaśnione zabójstwo. Kolejne, bo „w III Rzeczpospolitej takie rzeczy zdarzają się wręcz seryjnie”. Braun sądzi, że to wydarzenie bardzo przysłużyło się tym, którzy głoszą, że w Polsce demokracja jest zagrożona i gdyby nie zdarzyło się naprawdę, to „na użytek tej antypolskiej narracji trzeba by je wymyślić”. Uniwersytecki wykładowca informuje ponadto, że zabójstwo Pawła Adamowicza to w konsekwencji wielka wspólna operacja propagandowa opozycji i WOŚP Jerzego Owsiaka, bo morderstwa dokonano „na ołtarzu świeckiej religii, podczas celebracji tego dorocznego obrzędu”. Braun nie omieszkał też zawiadomić, że ofiara mordu to „prominentny przedstawiciel opcji niemieckiej, chętnie wpisujący się w żydowskie narracje propagandowe i w neomarksistowskie projekty seksualizacji nieletnich”…

Czytelnikom, którzy w tym miejscu wzruszą ramionami, bo pan Braun jest postacią groteskową i marginalną, zwracam uwagę, że nasza scena polityczna aż roi się od podobnych postaci, a każdego dnia jesteśmy świadkami wydarzeń, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za marginalne i groteskowe, a dziś albo ich już nie dostrzegamy, albo traktujemy je z pełna powagą. Nie jestem katastrofistą i też żywię mocne przekonanie, że ostatecznie dobro zwycięży. Problem tylko – jak dożyć tej chwili?

Myślę, że zanim zabierzemy się za bratanie, zanim wypijemy bruderszaft przechodząc  z warknięć  stworzeń animalnych na „Pan”(i „Pani”), powinniśmy zdefiniować wyraźnie, czym jest język pogardy oraz czym mowa nienawiści nie jest. Bo walka o życzliwą debatę publiczną rodzi pewne zagrożenie: może okazać się niebezpieczna dla prawdy. Wraz z oczyszczającą kąpielą łatwo wylać prawdę – tę rozumianą jako osąd zgodny z rzeczywistością. Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem. Kim będą ci ludzie, jeśli zabraknie nam słów precyzyjnie określających ich działanie i motywy, bo te dotychczasowe uznamy za obraźliwe? Jeśli wojna z mową nienawiści sprowadzi się do eliminacji ze słownika debaty publicznej wybranych wyrazów i do relatywizowania negatywnych ocen ludzkich poczynań, to nie tylko stracimy trzeźwy osąd. Co gorsza – pozwolimy by ci, przeciw którym wojna się zaczęła, opanowali nasze dowództwo i sztab generalny.

Dlatego publiczne nazwanie premiera Morawieckiego kłamcą, prezesa Kaczyńskiego oszustem, eksministra Macierewicza hochsztaplerem, albo wicemarszałka Terleckiego cynikiem i politycznym graczem, powinno pozostać zwyczajną diagnozą tak długo, dopóki nie dopiszemy do niej szyderczych przymiotników. A poza tym niech mowa nienawiści zginie i przepadnie. Niech służy tylko badaczom niektórych form i przejawów epistolarnej twórczości, charakteryzującej polski dyskurs publiczny I połowy XXI wieku.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Misiewicz pozazdrościł Andruszkiewiczowi. Gliński i plugawienie Polski. Kaczyńscy średniacy

6 Sty

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, uznający, że Polska przeprowadzając ekshumację Arkadiusza Rybickiego i Leszka Solskiego wbrew woli ich żon naruszały art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, uzyskał statut prawomocnego. Państwo polskie nie odwoływało się od wyroku.

>>>

Awantura wokół nominacji Adama Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji doprowadziła do ponownego przywołania w mediach równie skandalicznych nominacji, których symbolem stał się Bartłomiej Misiewicz. Ten ostatni poczuł się jednak porównaniami do byłego szefa Młodzieży Wszechpolskiej głęboko urażony i postanowił zabrać w sprawie głos. Można powiedzieć, że doszło między politykami do pewnej licytacji, kto bardziej nadaje się do pełnienia funkcji wiceministra. Pupil Antoniego Macierewicza jest przekonany, że to on o wiele bardziej nadaje się na takie stanowisko.

Andruszkiewicz ukończył stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie w Białymstoku i bardzo podkreślał, że posiadanie wyższego wykształcenia jest niezwykle ważną kompetencją na stanowisku wiceministra. Bartłomiej Misiewicz pochwalił się jednak znacznie dłuższą listą “osiągnięć”:

“Widzę, że znów brakuje arg. i wyciera się gęby moim nazwiskiem. Przypomnę: 21 lat: zespoły park. ds kat. smoleńskiej, 24 lata: ds skutków działalności WSI. 25 lat: pomoc przy org. szczytu NATO 2016. CEK NATO. 
Od 2006 asystent, koordynator, szef biura. Szef GP, rzecznik i pełn. MON”.

Zadziwia, że polityk uznał, że CV w postaci samych funkcji politycznych jest to coś, czym warto się w tym momencie pochwalić. Mało kto pomyślałby, że objęcie w wieku 21 lat funkcji w zespole parlamentarnym ds. katastrofy smoleńskiej jest źródłem kompetencji do sprawowania kolejnych wysokich stanowisk publicznych. Skandalem jest bowiem to, że ktoś bez doświadczenia zawodowego i wybitnych kompetencji w takim organie się znalazł. Warto tu także zwrócić uwagę, że Misiewicz na początku swojej kariery nie miał nawet takiej “kompetencji”, którą ma Andruszkiewicz, czyli wykształcenia. Zdobył je bowiem dopiero w 2015 nigdzie indziej jak w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu ojca Rydzyka. W 2018 ukończył tam studia licencjackie i obronił pracę pt. „Szczyt NATO 2016 w Warszawie i jego wpływ na bezpieczeństwo Polski”.

Pewność siebie polityka sugeruje, że ten uważa najwyraźniej, że został nieuczciwe potraktowany i na jakiś stołek tak jak Andruszkiewicz najwyraźniej zasługuje.

Komentarz Misiewicza przywołuje ponownie nie tylko kwestie jego ambicji politycznych, ale także pewnego niefortunnego dla PiS ciągu wydarzeń. W sprawie Misiewicza powstała bowiem w końcu w PiS specjalna komisja, która wydała pismo jedyne w swoim rodzaju – poświadczenie niezdatności do pełnienia jakiejkolwiek funkcji publicznej przez Bartłomieja Misiewicza, oceniając negatywnie jego postawę i uznając brak jego kompetencji. Sprawia to, że dziś można się naigrywać, że Andruszkiewicz ma w sobie nieznane jeszcze opinii publicznej kompetencje albo doszło do udokumentowanej wręcz na papierze degradacji standardów państwa PiS.

Jakkolwiek odpowiemy sobie na powyższe pytanie, jedno pozostaje niezmienne, nazwiska Misiewicza i Andruszkiewicza staną się symbolami obsadzania stanowisk publicznych przez pozbawionych kompetencji partyjnych lizusów, których jedyną zasługą jest zdobycie zaufania jednego z partyjnych wodzów.

Do sieci trafiły sprawozdania merytoryczne Polskiej Fundacji Narodowej z pierwszego roku jej działalności. Spółka wówczas dużo namieszała w polityce, stała się jaskrawym przykładem kumoterstwa rządu Beaty Szydło. PFN miała dbać o wizerunek Polski za granicą, jak się okazało prawie połowa z wyznaczonych na rok 2017 środków przekazanych Fundacji przez spółki Skarbu Państwa przeznaczono na kampanię wymierzoną w autorytet polskiego sądownictwa.

Zaznaczmy – spółka wydała publiczne pieniądze na niestatutowy cel, czym przyczyniła się do postępującego procesu destabilizacji zaufania do państwa prawa. Dziennikarze Konkretu24 jako pierwsi przeanalizowali sprawozdanie. W dokumencie jest jeszcze więcej bulwersujących szczegółów.

PFN w roku 2017 wydała 9,2 mln złotych, lwią część z tego, czyli aż 8,4 mln zł pochłonęła przeprowadzona jesienią kampania „Sprawiedliwe sądy”. Co warte zaznaczenia, w listopadzie 2018 r. stołeczny sąd okręgowy stwierdził, że choć sfinansowanie przez PFN kampanii “Sprawiedliwe sądy” nie naruszyło prawa, było niezgodne ze statutowymi celami Fundacji. W uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził, że „podejmowane w trakcie tej kampanii działania nie tylko nie promują i nie chronią wizerunku Rzeczypospolitej Polskiej, ale wręcz przeciwnie. Wizerunek ten znacznie osłabiają”.

Drugi największy wydatek to projekt noszący wdzięczną nazwę „Promocja wielokulturowości Polski… w świadomości mieszkańców USA. Życzenia świąteczne z Polski”. Na film przeznaczono ponad 3,7 mln złotych. Przy okazji pojawiający się w nim zwrot „Happy Holidays” rozsierdził zwolenników Prawa i Sprawiedliwości za rzekomą „poprawność polityczną”, gdy chodziło w rzeczywistości o życzenia dla świętujących Chanukę.

Całe szczęście, choć dużo mniejsza kwota, bo 2,6 mln trafiła do młodych sportowców z Team100 – projektu stworzonego wraz z resortem sportu, który pomaga i promuje młodych, obiecujących sportowców. Obecnie beneficjentami programu jest 250 osób, które wywalczyły do tej pory 186 medali na różnych imprezach sportowych. 

Mniejsze kwoty trafiły na rejs, którego nie było – jachtem Polska100, wizytę prezydenta USA na pikniku wojskowym, promocję filmu „Niezwyciężeni”, kampanię informacyjną ws. dezubekizacji nazw ulic i album z nauczaniem Jana Pawła II o Europie. 370 tys. złotych kosztowało zaś wydanie śpiewnika żołnierskiego na 150. urodziny Marszałka Piłsudskiego. Śpiewnik wydany w liczbie 361 756 egzemplarzy był dodatkiem do trzech gazet: “Naszego Dziennika”, “Super Ekspressu” i “Gazety Polskiej Codziennie”. Czy promował Polskę za granicą, czy pozwolił komuś zarobić?

Sprawozdanie PFN wymienia też projekty „w realizacji o charakterze otwartym”. Na „Promocję Rzeczpospolitej Polskiej za granicą w tym ochronę jej wizerunku, a także przeciwdziałanie rozpowszechnianiu w kraju i za granicą informacji i publikacji o nieprawdziwych treściach historycznych, krzywdzących lub zniesławiających Rzeczpospolitą Polską i Naród Polski – Reputacja” organizacja wydała 796,9 tys. zł.

Z dokumentu wynika też, że w PFN od 2017 roku trwają prace nad filmem związanym z historią Polski, w omawianym okresie Fundacja wydała na ten cel 104 tys. zł.

Co do kwestii zarobków, 17 zatrudnionych osób w PFN zarabiało średnio 6,3 tys zł miesięcznie, czworo członków zarządu Fundacji wypłacono w sumie ponad 473 tys. zł.

Co PFN robi z resztą z przelanych przez siedemnaście spółek Skarbu Państwa 166 mln zł w latach 2016 i 2017, jeszcze dokładnie nie wiadomo. Póki co, PFN twierdzi, że nie musi przekazywać do wiadomości szczegółów związanych z umowami cywilno-prawnymi. Na szczęście w kwietniu Polska Fundacja Narodowa nieprawomocnie przegrała sprawę przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym z dziennikarzem, który chciał poznać ich szczegóły. Jednak z ujawnionego wraz ze sprawozdaniem zestawienia wynika, że PFN podpisywała umowy m.in. na zakup porcelany, monitoring mediów, prowadzenia kampanii mediowych, promocji medialnej. W roku 2018 na tzw. usługi obce wydano aż 14,1 mln złotych.

Wersal za publiczne pieniądze. Ujawnione dokumenty odkrywają bulwersującą prawdę o powołanej przez rząd instytucji. Z grubych milionów PFN przeznaczyła jedynie ułamek na sensowne działania statutowe, dublując jednocześnie kompetencje choćby Ministerstwa Sportu. Ile przy okazji środków zmarnowano i ile zarobili na tym znajomi polityków Prawa i Sprawiedliwości, jeszcze nie wiemy, ale dowiedzieliśmy się właśnie, że PFN w roku 2017 najwięcej zrobiła w służbie destabilizacji państwa i szargania jego imienia za granicą.

Newsweek: Bracia Kaczyńscy, Marek Safjan, Andrzej Rzepliński, Małgorzata Gersdorf to byli wszyscy pana znajomi z uniwersytetu?

Prof. Wojciech Sadurski: Krystyna Pawłowicz również. Z tym, że akurat z Markiem Safjanem i Andrzejem Rzeplińskim w czasie studiów znałem się stosunkowo najsłabiej, bo byli starsi ode mnie. Małgorzata Gersdorf była podobnie jak Krystyna Pawłowicz młodsza ode mnie, natomiast Jarek i Lech Kaczyńscy byli ode mnie o rok starsi, ale razem chodziliśmy na prywatne seminarium do prof. Stanisława Ehrlicha.

I jak było na tym seminarium?

– Bardzo ciekawie. Tam byli ciekawi ludzie. Muszę powiedzieć, że akurat ani Jarek, ani Leszek nie błyszczeli. I nie mówię tego, żeby ich teraz jakoś zdezawuować, ale być może ich inteligencja miała charakter troszkę mniej błyskotliwy. Raczej siedzieli dość cicho. Profesor Ehrlich miał taki pomysł, żeby do tej późnej polskiej komuny wprowadzać ostrożnie elementy pluralizmu.

Czyli odrzuciłby pan taką kalkę, że „Ehrlich to były stalinista i być może z tego chowu jest Jarosław Kaczyński – chciałby jednolitej władzy, która niby zachowuje jakieś pozory pluralizmu, ale tak naprawdę ma wszystko w garści”?

– Odrzucałbym takie określenie. Rzeczywiście Ehrlich był byłym stalinistą, pełnił wyjątkowo paskudną rolę w polskim środowisku prawników. Ale przeszedł pewną transformację. Kiedy Kaczyńscy go poznali, to on nie miał już żadnych stalinowskich ciągot. To z Ehrlicha Kaczyński pewnie wziął pojęcie „centralnego ośrodka dyspozycji politycznej”. On naprawdę uważa, że w państwie władza powinna mówić jednym głosem, powinna być scentralizowana i skonsolidowana. Więc ten ośrodek, o którym on mówi, obecnie istnieje. Istnieje na ulicy Nowogrodzkiej.

W polskim wydaniu to coraz bardziej przypomina chyba Ludwika XIV: „Państwo to ja”?

– Dokładnie tak! Albo – ale mówię to z pewnym przerażeniem – przypomina to coś w rodzaju mafii, albo zorganizowanej grupy przestępczej, dlatego że – notabene za to pojęcie mam przed sądem beknąć niedługo, bo mnie PiS o to pozywa – ale chcę powiedzieć…

Sam się pan będzie bronił?

– Nie, nie. Będę miał adwokata (śmiech).

A jednak.

– Ze względów czysto praktycznych.

To musi pan mieć dylemat, czy mówić, że został pan źle zrozumiany, czy twierdzić, że został pan doskonale zrozumiany i udowodnić słuszność swojej tezy.

– (śmiech) Pozwoli pan, że tego nie skomentuję, bo sprawa może przyjść do sądu i adwokat mi zabronił o tym mówić. Mogę natomiast posłużyć się pewną analogią. Gdy pan prezes Kaczyński rzuca w stronę opozycji parlamentarnej słowa „zamordowaliście mojego brata”, czy oznacza to, że on każdego z nich z osobna oskarża o zabójstwo tak, jak jest ono rozumiane przez kodeks karny? Albo gdy Joachim Brudziński wrzeszczy do swoich zwolenników pod adresem opozycji „komuniści i złodzieje”, to czy oznacza to, że on wszystkim członkom opozycji zarzuca przywłaszczanie sobie dóbr prywatnych innych osób? Jest oczywiste, że często w retoryce, nazwijmy to publicystycznej czy politycznej, stosujemy pewne metafory zapożyczone także z kodeksu karnego.

Nie uważa pan, że ryzykowną taktyką jest linia obrony utkana ze słów Kaczyńskiego i Brudzińskiego?

– (śmiech) To zabieg mający na celu pokazanie, że po wszystkich stronach barykady politycznej stosujemy podobny zabieg o charakterze publicystycznym. To na pewno ostre, ale taka jest poetyka debaty publicznej.

Mamy w Polsce fundamentalny spór prawny, a strony tego sporu doskonale się znają. Kaczyńscy byli z Safjanem i Rzeplińskim na szkoleniu wojskowym, panią Gersdorf Kaczyński zna z podwórka, pana z seminarium. Czyli cały ten dramat rozgrywa się w jakimś sensie w ramach grupy znajomych.

– Tylko widać na liście dużą asymetrię. Wszystkie z osób przez pana wymienionych, poza jedną, są po stronie liberalno-demokratycznej. Po tej drugiej stronie jest tylko Jarosław Kaczyński. To on zainfekował życie polityczne Polski swoimi kompleksami, niepewnościami, ale także nienawiścią i podejrzliwością. To on stworzył obecny system monowładzy. Natomiast Leszka Kaczyńskiego bym do tego nie mieszał, bo Leszek był zupełnie innym człowiekiem.

Macierewicz wraz z Misiewiczem wracają do łask prezesa

28 Gru

Na dwa dni przed wigilią Bożego Narodzenia, w Polskim Radiu pojawił się długo niewidziany były rzecznik Ministerstwa Obrony Narodowej Bartłomiej Misiewicz. Przekonywał, że poprzez wykorzystywanie jego wpadek czy kontrowersyjnych zachowań próbowano przede wszystkim uderzyć w jego mistrza, szefa MON Antoniego Macierewicza. On sam przyznał, że popełnił sporo błędów, które wynikały z młodzieńczego wieku i braku pokory, które najwyraźniej go zgubiły. Co ciekawe, z całej rozmowy wynikało, że Bartłomiej Misiewicz wyraża swoją gotowość do powrotu do pisowskiej administracji i ma nadzieję, że taka propozycja wkrótce się pojawi.

Nie ulega wątpliwości, że taka deklaracja skompromitowanego młodzieńca, którego nazwisko już na stałe wejdzie do leksykonu językowego jako symbolu osoby piastującej wysokie stanowiska bez odpowiednich kompetencji, nie jest przypadkowa. Musimy pamiętać, że trwa obecnie przeciąganie liny pomiędzy partią Jarosława Kaczyńskiego a środowiskiem ojca Tadeusza Rydzyka, który przecież od lat popiera Antoniego Macierewicza i jego ludzi.Toruński redemptorysta postraszył Prawo i Sprawiedliwość utworzeniem partii politycznej pod swoją egidą, która w znacznie większym stopniu realizować będzie twarde postulaty skrajnie prawicowej katoprawicy. Ruch Prawdziwa Europa miałby nawet samodzielnie wystartować w wyborach do Parlamentu Europejskiego, odbierając część głosów partii rządzącej. By ten plan nie był kontynuowany, Rydzyk miał oczekiwać od Jarosława Kaczyńskiego przywrócenia swoich wpływów w obozie władzy i wzmocnienie pozycji polityków ściśle z nim związanych, takich jak Jan Szyszko, Andrzej Jaworski czy właśnie Antoni Macierewicz.Wygląda na to, że przynajmniej w kwestii tego ostatniego mamy właśnie do czynienia z przywróceniem go do łask kierownictwa partii rządzącej.

Jak opisuje bowiem dzisiaj dziennik “Fakt”, ludzie byłego szefa MON, których objęła czystka po przejęciu resortu przez Mariusza Błaszczaka, wracają do służb podległych resortowi. Wśród nich jest m.in. Piotr Bączek, były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

– Bączek wrócił do SKW w listopadzie, z zachowaniem uposażenia. Czyli zarabia ok. 20 tys. zł miesięcznie – mówi “Faktowi” jej informator. Czym ma się tam zajmować? Z nieoficjalnych informacji wynika, że ma być doradcą obecnego szefa służby Macieja Materki do spraw szkoleń nowych funkcjonariuszy. Do resortu wrócił także były szef Narodowego Centrum Kryptologii Tomasz Mikołajewski. “Fakt” przypomina, że kierował on jednostka zajmującą się szyfrowaniem wiadomości bez poświadczenia bezpieczeństwa. Czym teraz zajmuje się Mikołajewski? Z informacji gazety wynika, że najpierw pracował w SKW. Obecnie trafił do ośrodka szkoleniowego SWW w Janówku. W SWW znalazł zatrudnienie także inny człowiek Antoniego Macierewicza, były wiceminister MON Dominik Smyrgała. Jest tam dyrektorem departamentu analiz.

Wydaje się zatem bardzo prawdopodobne, że już wkrótce możemy być też świadkami powrotu Bartłomieja Misiewicza, a może i nawet samego Antoniego Macierewicza. Tym bardziej, że lada moment w obozie władzy odbędzie się duże przemeblowanie kadrowe, za sprawą nadchodzącej kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, do którego wybiera się wielu czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Jak nie teraz, to kiedy?