Tag Archives: Barbara Zdrojewska

PiS ma podcięte skrzydła

28 Sty

Wzmożenie pseudo-patriotyzmu na prawicy jest szczególne, im się gotują umysły z nienawiści, a nie z żadnej miłości.

Z nienawiści do mniemanych wrogów i do tych, którzy widzą ich nienawiść.

Nienawiść prawicę (pisowców) uskrzydla i latają jakoby świnie nad korytem.

Kapitalne przemówienie z okazji rocznicy wyzwolenia Auschwitz wygłosił Marian Turski, b. więzień tego obozu koncentracyjnego.

Zachowanie pisowskich polityków jest szczególne, to ludzie bez empatii, zapatrzeni tylko w koryto, z którego na chybcika siorbają, bo zostaną prędzej niż później odsunięci.

Jakiś matołek zamówił mszę za neo-KRS. Ależ trzeba być ćwokiem, aby takie rzeczy czynić. Niejaki Jarosław Dudzicz ma nasrane w łepetynie.

Tak samo jak poseł od Gowina, Wypij, wypisz-wymaluj osiołek, który nie ma wiedzy o przedmiocie, w którym się wypowiada.

Niektórzy sędziowie, mianowańcy nielegalnego KRS, potrafią zachować się przyzwoicie, jak Michał Kluska z Łodzi.

Nie bądźcie obojętni, gdy widzicie kłamstwa historyczne. Gdy przeszłość jest naciągana do potrzeb polityki. Gdy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana. Gdy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne. Pamiętajcie o XI Przykazaniu: „Nie bądź obojętny” – mówił Marian Turski w czasie pięknej uroczystości 75-lecia wyzwolenia Auschwitz.

Więcej o Turskim tutaj >>>

W dniu pamięci ofiar Holokaustu, poseł Porozumienia Michał Wypij stwierdził, że „Niemcy zbudowali sobie mit, na szczęście są świadkowie Zagłady, którzy świadczą, jak było”. Trudno zrozumieć, o jaki mit chodzi posłowi, bo niemieccy przywódcy od lat niezmiennie deklarują: nazizm i Zagłada to niemieckie dzieło, za które się wstydzimy.

Więcej Wypija tutaj >>>

Sędziowie z Krakowa i Słupska oraz stowarzyszenie sędziowskie chcą, by sędziowie awansowani przez nową KRS przestali orzekać. W Łodzi taki sędzia (Michał Kluska) sam przestał sądzić, a prezes sądu wstrzymał przydzielanie mu nowych spraw. To reakcja na historyczną uchwałę pełnego składu Sądu Najwyższego.

Więcej o odważnym Klusce tutaj >>>

O patologii w służbach, do jakich dopuścili Mariusz Kamiński i Wąsik, och ten wąsik – tutaj >>>

We wtorek o godzinie 9 rano w warszawskim kościele pw. św. Andrzeja Boboli odbędzie się msza św. w intencji Krajowej Rady Sądownictwa. Informację potwierdził nam wicerzecznik Rady. Sędzia Jarosław Dudzicz zapewnił jednocześnie, że zamierza w tej mszy uczestniczyć.

Więcej o matołku Dudziczu tutaj >>>

Znam z historii taki naród, który wykorzystał naukę do tworzenia pseudoteorii i fatalnie na tym wyszedł.

Był sobie kiedyś uczony. Nazywał się Iwan Pietrowicz Pawłow. Prowadził eksperymenty na psach i odkrył, że podawanie zwierzakom jedzenia powoduje u nich wydzielanie śliny. Taką reakcję nazwał odruchem bezwarunkowym. Z czasem do tego eksperymentu Pawłow włączył dźwięk. Okazało się, że psiaki na samo jego brzmienie zaczynały się ślinić, nawet jeśli na jedzenie się nie załapywały. I tak właśnie rosyjski uczony odkrył odruch warunkowy, tak zwaną reakcję nabytą poprzez regularne, systematyczne powtarzanie konkretnej czynności i skojarzenie jej z inną. Z czasem odkryto, że konkretna reakcja danego obiektu może zostać wymuszona poprzez przyzwyczajenie. Na przykład zwierzę, które jest nagradzane przez pokarm, chętniej wykonuje daną czynność niż zwierzę, które jest karane za nieposłuszeństwo. Warunkiem jest skojarzenie czynności z inną i świadomość korzyści.

(…)

Znam z historii taki naród, który wykorzystał naukę do tworzenia pseudoteorii, który również zastosował eksperyment Pawłowa do podporządkowania sobie narodu i fatalnie na tym wyszedł. Mówi się, że historia lubi zataczać koło, więc wydaje się, że właśnie historycznie losy PiS są już przesądzone… mimo tej wiary w dziedziczenie czerwonego genu czy w pozytywny i trwały skutek utrwalania odruchu warunkowego w narodzie.

Więcej Tamary Olszewskiej tutaj >>>

Pedofilia w Kościele, dalszy ciąg seksafery na Podkarpaciu oraz Ziobro, pokraka w życiu publicznym. Polska zidiociała

4 Kwi

Po fali ujawnień pedofilii w kościele można odnieść wrażenie, że odsetek zbrodniczych czynów w całej populacji ludzkiej jest mniejszy, niż w samym kościele. Może to tylko mylne wrażenie wynikające ze zbyt długo trwającej bezkarności księży, niemniej niezwykle szokująca jest liczba już ujawnionych księży dewiantów.

Kolejnym przypadkiem jest wikary z Wielączy koło Zamościa, Łukasz P, który, jak się okazało, ma słabość do nagich dziewczynek. Nie tylko kolekcjonował treści pornograficzne z udziałem małoletnich, ale także sam fotografował z ukrycia dziecięce nagości. Robił to ukrytą kamerą w przymierzalniach i toaletach. I właśnie taką ukrytą kamerą, będąc w Chorwacji latem 2017 roku, nagrywał w przebieralni na plaży małoletnią dziewczynkę. Szczęśliwie został przyłapany i zatrzymany. Chorwacka prokuratura zabezpieczyła telefon i komputer księdza, a zebrany materiał przekazała prokuraturze w Zamościu.

Księdzu przedstawiono siedem zarzutów. Jak poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu Artur Szykuła „obejmują one wiele zachowań podejrzanego polegających na posiadaniu treści pornograficznych z udziałem małoletnich, a także utrwalaniu nagich wizerunków różnych osób w wieku od 13. roku życia do 26 lat”.

Działalność księdza była nieźle zorganizowana. Jak informuje rzecznik prokuratury w Zamościu dokonywał on nagrań w różnych miejscach publicznych, gdzie „montował kamery niewielkich rozmiarów, by utrwalać nagie wizerunki różnych osób”. W sprawie pokrzywdzonych jest 30 osób.

Ksiądz przyznał się do winy i wyraził skruchę. Nawet chciał dobrowolnie poddać się karze. Jednak prokuratura , na wniosek ojca poszkodowanej – nie zgodziła się, ponieważ uznała, że księdzu należy się proces i surowsza kara. Grozi mu od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia. Ksiądz został zawieszony w wykonywaniu czynności kapłańskich. Jak wynika z informacji TVN24, biskup polecił również wszczęcie dochodzenia kanonicznego.

Nasuwa się pytanie, którego kościół głośno zadać nie chce: Czy istnieje jakaś zależność między celibatem a dewiacyjnym zachowaniem księży? Może warto się nad tym zastanowić?

Sprawa tzw. seks-afery na Podkarpaciu, w której tuszowanie mieli być zaangażowani szefowie Centralnego Biura Antykorupcyjnego nabiera rumieńców. W odpowiedzi na zawiadomienie w tej sprawie, jakie przeciwko m.in. szefowi CBA Ernestowi Bejdzie złożył były agent Wojciech J., doniesienie kontrujące zarzuty złożyło również biuro. Nie ma znaczenia, że z dotychczas opublikowanych przez Radio Zet i dziennik “Fakt” dokumentów wynika, że Wojciech J. był jednym z najbardziej zaufanych agentów szefa CBA, z bardzo obszernymi uprawnieniami przeznaczonymi do wykonywania zadań specjalnych.

Wygląda na to, że szukając haków na przeciwników politycznych i byłego szefa CBA Pawła Wojtunika trafił na coś, co miało nigdy nie ujrzeć światła dziennego i teraz staje się kozłem ofiarnym w walce pomiędzy służbami. O tym, jak absurdalna jest ta sprawa świadczyć może chociażby ostatnia informacja rządowego portalu tvp.info, że były agent przed 2015 rokiem miał problemy psychiczne w wojsku, co przecież w zasadzie tylko pogrąża Ernesta Bejdę, który w 2016 roku, po tym jak przyjął go do służby w niestandardowym trybie, dał mu bardzo obszerne uprawnienia. Mimo wielu starań strony rządowej, w sprawie wciąż więcej jest twardych dowodów i dokumentów potwierdzających wiarygodność agenta, niż słów ją podważających.

Pewnie dlatego, po wielkiej burzy w mediach, czy tygodnik “NIE” nie posunął się zbyt daleko publikując fragment zawiadomienia Wojciecha J., w którym jako polityka nagranego na seksualnych igraszkach ze zmuszaną do prostytucji 15-letnią Ukrainką wskazał marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, dziś ustalenia Andrzeja Rozenka w dużej mierze potwierdził Sylwester Ruszkiewicz z Wirtualnej Polski. Opublikował kolejne fragmenty z zawiadomienia, które trafiło do prokuratury regionalnej w Rzeszowie.

Mając szerokie uprawnienia Wojciech J. w okresie od stycznia do sierpnia 2017 roku, intensywnie realizował czynności operacyjne związane z tzw. aferą podkarpacką. W sierpniu 2017 r. otrzymał od swojego Osobowego Źródła Informacji (OZI) informację, iż w jednym z trzech podkarpackich domów publicznych ochranianych przez byłego funkcjonariusza Centralnego Biura Śledczego Policji Daniela Ś. Została w 2014 roku zarejestrowana wizyta jednego z najwyższych polityków PiS. Polityk ten miał dopuszczać się czynności seksualnych z nieletnią prostytutką narodowości ukraińskiej o imieniu Rusłana. Nagranie to zostało przekazane z domu publicznego przez OZI Wojciechowi J. – cytuje treść dokumentu “WP”.

Najciekawiej robi się jednak później, gdy mowa jest o innych nagraniach oraz o tym, gdzie mogą się one znajdować.

– W trakcie prowadzonych czynności operacyjnych Wojciech J. uzyskał dodatkowe informacje, iżnagrań tego typu jest dużo więcej, a zarejestrowani na nich są przede wszystkim politycy PiS oraz powiązani z nimi biznesmeni z Podkarpacia. Według informacji operacyjnych uzyskanych przez Wojciecha J., Daniel Ś, który poza ochroną agencji towarzyskich miał zajmować się sprowadzaniem prostytutek (głównie z Ukrainy), zabezpieczył kopię wszystkich kompromitujących nagrań i zdeponował w nieznanym miejscu na terenie Ukrainy – możemy przeczytać w zawiadomieniu skierowanym do prokuratury.

CBA konsekwentnie zaprzecza i przekonuje, że dowodów na podniesione przez byłego agenta zarzuty nie ma. To jednak dziwić nie powinno, bowiem w świetle relacji Wojciecha J. właśnie te dowody zostały mu podstępem odebrane z jego szafy pancernej, a dowody na to, że się w nim znajdowały również publikowały już media. O tym, że CBA powinna zostać wyłączona z dalszego badania tej sprawy świadczyć może także informacja z ostatnich dni, którą opublikował na Twitterze Mariusz Gierszewski z Radia Zet. Okazuje się bowiem, że mimo zachowania drogi służbowej, raport Wojciecha J. skierowany do premiera Morawieckiego, w którym ten informuje o ewentualnych przewinach swoich przełożonych nigdy do KPRM nie trafił. To, że Ernest Bejda uzurpował sobie prawo “cenzury” korespondencji dotyczącej m.in. jego osoby i nie przekazał dokumentu szefowi rządu nie działa dziś na jego korzyść. Sprawa z pewnością będzie miała ciąg dalszy.

Do prawdziwej pasji doprowadziła ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę decyzja Komisji Europejskiej, która wszczęła postępowanie przeciwko Polsce za system odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów. Komisja uważa, że narusza on niezawisłość sędziowską i nie chroni sędziów przed kontrolą polityczną.

Ponieważ Ziobro jest przekonany o słuszności powołania nowej izby w Sądzie Najwyższym, ruszył do ataku na najgłośniej kwestionującego zmiany w polskim sądownictwie, Fransa Timmermansa – wiceszefa KE.

„Jeśli pan Timmermans reaguje na tego rodzaju sytuacje, gdzie Sąd Najwyższy w trakcie trwania sporu o sądownictwo uniewinnia złodzieja-sędziego i stwierdza, że ten złodziej-sędzia może dalej być nieskazitelnym sędzią i karać złodziei, jeśli tacy ukradną na przykład wiertarkę w hipermarkecie, to ja rozumiem oburzenie pana Timmermansa” – oświadczył dziennikarzom Zbigniew Ziobro.

Minister jest poirytowany i nie przebiera w słowach, bo jeśli polski rząd nie przekona Brukseli do swoich racji, to po upływie najbliższych dwóch miesięcy sprawa może trafić do Trybunału Sprawiedliwości UE.

„Chętnie zadałbym pytanie panu Timmermansowi, czy w standardzie, o jaki mu chodzi, jakiego broni, jaki chciałby przywrócić, jest to, by dotychczasowa procedura chroniła sędziów złodziei, przestępców?” – w typowej dla siebie formie pytał Ziobro.

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczęciu Polexitu.

Czarne chmury nad władzą PiS już jej nie opuszczą, a to znaczy, iż utrzymując się u władzy, te czarne chmury będą dotyczyć Polski, czyli nas wszystkich. Nieformalne procedury Polexitu zostały uruchomione, wszystko zmierza w tym jednym kierunku. Pozostaje tajemnicą, jaką strategię przyjmie PiS, aby obrzydzić rodakom Unię Europejską.

Tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Trybunał Sprawiedliwości UE wyda wyrok w sprawie Krajowej Rady Sądownictwa. Pytanie prejudycjalne polskiego Sądu Najwyższego dotyczy tego, czy nowa KRS jest w stanie stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

W zasadzie to retoryka prawa rzymskiego, bowiem jak niezależna od polityków może być instytucja, gdy do jej składu powołane są osoby przez polityków. Sędziowie KRS w tym wypadku są zależni od posłów PiS, którzy ich powołują.

TSUE zatem wyda orzeczenie tuż przed eurowyborami, a więc nie będzie miał on wpływu na to, kogo Polacy wybiorą do Brukseli, bo za mało zostanie czasu, aby dotarła ta wieść do elektoratu.

Dalej niż TSUE idzie w zapasy z bezprawiem PiS Komisja Europejska, która wszczęła wobec Polski postępowanie o naruszenie prawa unijnego. A to znaczy, iż nie podporządkowując się administracyjnym orzeczeniom KE, czekają nasz kraj sankcje, a następnie – jeżeli te nie będą skuteczne – wykluczenie. Polexit wcale nie musi być powtórzeniem procedur brexitu, Bruksela sama może nas wypchnąć.

I bodaj taka pochodna strategia PiS znajdzie zastosowanie, gdyby partia Kaczyńskiego miała utrzymać się u władzy – „Unia nas gnębi, nie pozwala wstać z kolan, etc.”

Komisja Europejska nie daje się nabrać na piętrowe kłamstwa PiS, uznając, iż Polska narusza prawo unijne, sądy nie są niezależne, a sędziowie są zastraszani, szykanowani poprzez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego.

Piętrowość kłamstw PiS jest jak umysł Jarosława Kaczyńskiego i sięga tylko pierwszego piętra, wyżej on nie podskoczy. Na parterze znajduje się KRS, której skład wybierają parlamentarzyści, zaś sędziowie są dyscyplinowani (czyli zastraszani, szykanowani, wydalani) przez Izbę Dyscyplinarną SN (pierwsze piętro), której skład powołuje KRS.

Polski rząd dostał dwa miesiące na odpowiedź ustosunkowania się do postępowania Komisji Europejskiej, dostał więc szanse, aby zmienić stanowisko. Czy Kaczyński jest w stanie zejść z pierwszego piętra swoich kłamstw i powrócić do przestrzegania prawa unijnego, tj. do standardów demokracji?

Pomocnik PiS Falenta, Krystyna Pawłowicz, nacjonalizacja i konwencja PiS

10 Mar

Za zlecanie kelnerom nagrań polityków rządu PO-PSL oraz innych osób publicznych został prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia w grudniu 2017 roku. Przez wiele miesięcy starał się uniknąć odsiadki. Gdy jego prawnicy wyczerpali możliwości odroczenia wyroku za organizację podsłuchów VIP-ów w warszawskich restauracjach, a wniosek o ułaskawienie spotkał się się z negatywną opinią prezydenta, rozpłynął się w powietrzu. Marek Falenta, bo o nim mowa, główny bohater tzw. afery podsłuchowej poszukiwany jest listem gończym, a odnalezienie skazanego przedsiębiorcy ma być jednym z pierwszych zadań nowego szefa Centralnego Biura Śledczego Policji. Wokół zniknięcia Falenty pojawiło się wiele przypuszczeń, w tym o jego mocodawcach.

Krytyczny wobec Platformy Obywatelskiej prawicowy dziennikarz Witold Gadowski zasugerował służbom poszukiwanie Falenty w Moskwie. W Komentarzu Tygodnia dla „Sieci” zasugerował, że miejsca pobytu Falenty „nie jest w stanie […] stwierdzić także polska policja”. „Służby specjalnej troski, polskie służby specjalnej troski. Musimy im bardzo pomagać, żeby sobie nie połamali zębów, potykając się o własne nogi. No to pomogę służbom. Szukajcie pana Marka Falenty w Moskwie. Tam spójrzcie, w której dzielnicy przebywa, bo przebywa właśnie tam. To ciekawe, sprowadzał węgiel z Rosji, wpadł w dość duże długi wobec kompanii rosyjskich eksportujących do Polski węgiel i teraz jego dzieło przejęła kompania rosyjska z Sułek” – mówił.

Z tajemniczego zniknięcia zadrwił Bartłomiej Sienkiewicz:

Ktokolwiek faktycznie stoi za zniknięciem Falenty, cień podejrzeń pada na ekipę rządzącą, która skorzystała na aferze. Rosyjski wątek w sprawie też wydaje się prawdopodobny, tym bardziej, że Rosja skorzystała na politycznej destabilizacji po aferze podsłuchowej. Jakakolwiek okaże się prawda, każdy dzień poszukiwań Marka Falenty świadczy źle o państwie i jego służbach, które dopuściły do ucieczki skazanego. Czy wobec tego władzy naprawdę zależy na schwytaniu Falenty?

Tuż po wyborach samorządowych posłanka Krystyna Pawłowicz zadecydowała o zaprzestaniu komentowania bieżących spraw za pośrednictwem Twittera. Miało to związek z krótkotrwałą próbą odejścia Prawa i Sprawiedliwości od reprezentowania skrajnych poglądów po zorientowaniu się, że antyuchodźczy materiał wyborczy, który opublikowała partia bardziej zaszkodził, niż zmobilizował wyborców. Od tego czasu Prawo i Sprawiedliwość zdołało powrócić do skrajnej narracji, a  posłanka Pawłowicz wielokrotnie złamała swoje postanowienie.

Tym razem Krystyna Pawłowicz znów zaszokowała. Opublikowała serię wpisów komentujących dzisiejszą regionalną konwencję Prawa i Sprawiedliwości w Jasionce, podczas której szef sztabu wyborczego Tomasz Poręba przedstawił 12-punktową Deklarację Europejską PiS, a swoje przemówienie wygłosił Jarosław Kaczyński. I to właśnie do słów prezesa PiS odnosił się obraźliwy wpis posłanki. 

Pawłowicz znów posunęła się za daleko w swoich komentarzach. Wróciła do starego, dobrego straszenia Niemcami, „seksualizacją” dzieci, „homolobby”, Unią Europejską i uchodźcami. W steku kłamliwych oszczerstw skomentowała wczorajsze Disco Przeciw Nienawiści, demonstrację zorganizowaną przez Międzynarodowy Strajk Kobiet. Środowiska kobiece protestowały przeciwko nienawiści wobec kobiet, domagały się też zmiany nazwy Ronda Dmowskiego na Rondo Praw Kobiet. Pawłowicz, reprezentantka kobiet w Sejmie, wyśmiała ten postulat używając określenia “rondo cipek”. Posłanka obnażyła tym samym porażającą ignorancję wobec problemu przemocy i nienawiści w stosunku do kobiet.

Członkini Prawa i Sprawiedliwości, oprócz słów krytyki, oczywiście spotkała się głosami poparcia od najwierniejszych fanów. Ludzi, sprawiających wrażenie żyjących w matrixie, gdyż żadna przytoczonych przez Pawłowicz „odpowiedzi opozycji” na Deklarację Europejską PiS nie stanowi zagrożenia.

Prawo i Sprawiedliwość przeszło do politycznej ofensywy próbując zarzucić przeciwnikowi atak na rodzinę. Politycy  partii rządzącej nie mogli się nachwalić, jak bardzo stawiają na wsparcie ognisk domowych, którym wszelkie owoce dobrej zmiany zostaną odebrane, jeśli tylko opozycja wygra wybory. Kiedy jednak przed kamerami trwa festiwal łudzenia wyborców, to w tym samym czasie po cichu PiS postanowił zadbać także o własną rodzinę.

Jeszcze nie tak dawno Joachim Brudziński powiedział mediom z zaskakującą szczerością, że “Jakbym chciał doposażyć rodzinę, to nie byłbym parlamentarzystą, tylko trafiłbym do zarządu jakiejś dużej spółki Skarbu Państwa”Słowa te oddają mentalność partii rządzącej, która podjęła właśnie działania w kierunku zwiększenia liczby intratnych posad, które będzie można obsadzić “swoimi”. Już wkrótce grono gotowych do obsadzenia zasili nowe spółki Skarbu Państwa. Rząd zdecydował bowiem o przekazaniu kolejnych 2 mld zł premierowi na prowadzenie nacjonalizacji firm.

Dzięki temu posunięciu Polska będzie umacniała się na pozycji niekwestionowanego lidera w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o udział państwowej własności w gospodarce, co znajduje odbicie w raportach OECD. Nie bez znaczenie pozostaje fakt, że dziś sektor publiczny wytwarzaja 21% Polskiego PKB, a giełdowy indeks WIG-20 w aż około 70% wynika z notowań państwowych spółek. W 20 największych spółkach na giełdzie większość bowiem stanowią podmioty pod kontrolą Skarbu Państwa. Z takiego stanu rzeczy wynika przede wszystkim ogrom politycznie kontrolowanych posad i zarazem ryzyko gospodarcze powstające z błędnych decyzji motywowanych politycznie lub zwykłej niekompetencji partyjnych nominatów.

Forum Obywatelskiego Rozwoju w swojej analizie ostrzega, że od 2016 roku rząd PiS realizuje pod propagandowym hasłem „repolonizacji” bezprecedensowy w ostatnim trzydziestoleciu proces upolityczniania gospodarki. Do tego dochodzi niemal całkowite wstrzymanie prywatyzacji:

Przyjęta przy stosunkowo ograniczonym zainteresowaniu medialnym 21 lutego 2019 roku nowelizacja ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym ma zapewnić nowe źródło finansowania repolonizacji. Ma powstać Funduszu Inwestycji Kapitałowych, który zasilać będą wpłaty z zysku spółek Skarbu Państwa oraz 30 % dywidend z akcji należących do Skarbu Państwa. Rząd chce przeznaczyć na to kwotę 1,83 mld zł rocznie, którą mogą jednak podbić dotacje celowe z budżetu.

Eksperci FOR ostrzegają, że w roku wyborczym rządzący mogą użyć te środki na działania kampanijne poprzez przeznaczenie ich “na ratowanie albo tworzenie firm w newralgicznych dla rządzącej partii okręgach”.

Poprzez politykę nacjonalizacji PiS powtarza jednak historyczne błędy Polski. Poprzedni ustrój upadł w znacznie mierze właśnie z powodu nieefektywności państwowego zarządu mieniem. Czasy może się zmieniły, ale nie mechanizmy gospodarcze, przez co ciężko oczekiwać, aby te same metody dały nagle zupełnie odmienne rezultaty.

Jednak nie o wzrost gospodarczy w repolonizacji chodzi. Stanowiska dla członków struktur i potężna władza są wystarczającym argumentem. Znacjonalizowane spółki można użyć bowiem na wiele innych sposobów, co pokazały taśmy Jarosława Kaczyńskiego, gdzie to zrepolonizowany Pekao miał dać kredyt na wieżowce Srebrnej, czyli wzbogacić na końcu “partyjną familię”. Tym samym, kiedy rządzący tak hucznie mówią o trosce o polskie rodziny, to tak naprawdę w swoich działaniach dążą przede wszystkim do obrony interesów własnych i swoich politycznych dworów.

Dla Kaczyńskiego i Morawieckiego zakaz handlu w niedzielę to nie kwestia ideologii, lecz pragmatyki politycznej. Chętnie by się z niego wycofali, ale boją się reakcji biskupów i „Solidarności”.

Wygląda na to, że zakaz handlu w niedzielę stanął pisowskiemu rządowi kością w gardle. Zgodnie z przewidywaniami zarówno ekspertów, jak i ludzi kierujących się zdrowym rozsądkiem przymusowe zamknięcie sklepów w jednym z siedmiu dni tygodnia przyniosło niekorzystne skutki dla całej branży, w tym także dla małych sklepów rodzinnych, którym rzekomo miało pomóc.

Władze, które wcześniej robiły dobrą minę do złej gry, mówiąc „Polacy, nic się nie stało”, teraz zaczęły to już przyznawać. Sam premier Mateusz Morawiecki w TVN24 powiedział: „Takie rozwiązanie spełnia z jednej strony pewne funkcje społeczne, związane z pracownikami, którzy wcześniej chodzili do pracy w ten dzień, a teraz nie. Ma też funkcje gospodarcze, jak promocja polskiego handlu. W Polsce to niepolskie sklepy wielkopowierzchniowe i galerie dominują. Cichym marzeniem było, aby polskie małe sklepy rosły w siłę. Pierwsze analizy pokazują, że niekoniecznie się tak stało. Za parę tygodni będziemy mieli dokładniejsze analizy w tym względzie”.

Za kilka tygodni? Akurat! Gdyby już teraz nie mieli twardych danych i gdyby nie zdawali sobie sprawy ze szkód, jakie wyrządzili, premierowi te słowa przez usta by nie przeszły. Rząd nadal prężyłby muskuły i zapewniał obywateli, że dzięki „dobrej zmianie” Polska kroczy od sukcesu do sukcesu. Skoro premier dziś mówi to, co mówi, to znaczy, że zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i przygotowuje swój elektorat, a przede wszystkim biskupów i związkowców z „Solidarności”, którzy zakazu się domagali, do zmiany linii. Być może trzeba się będzie wycofać z uchwalonego już rozszerzenia zakazu handlu na wszystkie niedziele miesiąca, wracając do wersji obowiązującej w zeszłym roku – dwie niedziele handlowe i dwie z zakazem.

Jak to było u bratanków

Komentatorzy przywołują przykład Węgier, gdzie niedzielny zakaz handlu też obowiązywał od marca 2015 r., lecz po zaledwie roku, w obliczu niezadowolenia obywateli, rząd Viktora Orbána wycofał się z niego rakiem.

Pod wieloma względami sytuacja na Węgrzech rzeczywiście była podobna. Ale były też istotne różnice. Podobnie jak w Polsce, gdzie do zakazu parło nie decyzyjne centrum PiS, lecz związkowcy i biskupi, w Budapeszcie zakaz nie był elementem programu rządzącego Fideszu, lecz koalicjantów z małej partyjki chrześcijańskich demokratów, która w praktyce pozbawiona jest jakiegokolwiek znaczenia. W polityce węgierskiej waży na pewno mniej niż „Solidarność” i Kościół w polityce polskiej. Dlatego Orbánowi o wiele łatwiej było się ze szkodliwego prawa wycofać niż Morawieckiemu, który musi się liczyć ze sprzeciwem potężnego lobby religijno-związkowego.

Po drugie zaś Orbán cofnął się nie z powodu negatywnych konsekwencji gospodarczych, lecz grożącego mu referendum, które mogło okazać się wielką prestiżową klęską rządu. Co oczywiście nie znaczy, że takich negatywnych konsekwencji nie było. Węgierscy eksperci stwierdzili, że w efekcie zakazu, który utrudnił życie i klientom, i właścicielom sklepów, „ruch przeniósł się do dużych supermarketów i dyskontów, zaś małe placówki handlowe stały się miejscem okazjonalnych, awaryjnych zakupów o niskiej wartości”. W rezultacie więc stracili wszyscy, także małe sklepy rodzinne, którym nowe prawo rzekomo miało pomóc. Sytuacja wypisz wymaluj taka sama jak w Polsce.

Gra w kotka i myszkę: jak zorganizować referendum?

Była jednak też istotna różnica: węgierskie prawo przewiduje, że 200 tys. obywateli może zainicjować referendum, którego wynik jest obligatoryjny. Parlament nie ma tu nic do gadania. Nie może się na referendum nie zgodzić i nie może jego wyniku zignorować. Po głosowaniu zaś przez trzy lata nie może uchwalić prawa, które byłoby z wynikiem referendum sprzeczne.

Opozycyjna partia socjalistyczna postanowiła więc z tej sprawy uczynić polityczny taran, którym chciała dokonać wyłomu w murze fideszowskiej twierdzy, a Viktor Orbán chwytał się wszelkich możliwych kruczków, by do tego nie dopuścić.

Żeby inicjatorzy referendum mogli przystąpić do zbierania 200 tys. podpisów, najpierw węgierski odpowiednik Państwowej Komisji Wyborczej musi orzec, że pytania są poprawnie sformułowane i spełniają wymogi prawne (niedozwolone są m.in. pytania dotyczące konstytucji, wiele sfer jest też z referendum wyłączonych, nie można np. głosować nad budżetem czy programem rządu). Orbán wykorzystał przepis mówiący, że komisja wyborcza w danej chwili może oceniać tylko jedno pytanie dotyczące danej sprawy – jeśli kilka podmiotów wystąpi z inicjatywą referendum na ten sam temat, oceniane jest tylko pytanie tego, kto zgłosi się jako pierwszy, a pozostałe wnioski są odrzucane.

Przez dobre pół roku trwała więc zabawa w kotka i myszkę: socjaliści i przedstawiciele innych sił opozycyjnych usiłowali w komisji wyborczej złożyć do oceny pytanie referendalne, by móc przystąpić do zbierania podpisów, ale za każdym razem ubiegały ich jakieś nieznane, prywatne osoby – „słupy” władzy – które składały pytania dotyczące tego samego. Komisja odrzucała więc wnioski opozycji, a następnie rozpatrywała te złożone przez „słupy” – na końcu zawsze okazywało się, że ich pytania zawierały jakieś wady prawne, które nie pozwalały na poddanie ich pod referendum.

Na początku 2016 roku doszło nawet do aktu przemocy, kiedy grupa łysych osiłków fizycznie zablokowała przedstawicielowi socjalistów dostęp do biura komisji wyborczej, umożliwiając innej osobie – nawiasem mówiąc, żonie jednego z burmistrzów partii rządzącej – złożenie własnego pytania jako pierwszej. Policja wszczęła śledztwo i nawet ustaliła tożsamość przynajmniej części z goryli (stwierdzono, że byli już w przeszłości karani, jeden za napaść i rabunek z bronią w ręku), ale „nie udało się” stwierdzić, kto ich wynajął. Ponoć jakaś anonimowa pani. Po pół roku śledztwo  umorzono, bo policja uznała, że blokada nie nosiła znamion czynu zabronionego.

Ostatecznie jednak opozycji udało się pokonać piętrzone przeszkody i zainicjować zbieranie podpisów pod wnioskiem o referendum. Socjaliści zamierzali głosowanie przekształcić w sąd nad całokształtem rządów Fideszu. Wiedząc, jak się to skończy, Viktor Orbán wycofał się więc w kwietniu 2016 roku z niedzielnego zakazu handlu. Referendum stało się bezprzedmiotowe i nie odbyło się.

Czy czeka nas zgniły kompromis?

Jak widać, różnica między sytuacją w Polsce i na Węgrzech jest spora. Nad PiS-em nie wisi groźba głosowania, które może doprowadzić do jego klęski. Owszem, w tym roku odbędą się wybory – nawet dwukrotnie – ale zakaz handlu nie będzie przedmiotem głosowania, co najwyżej może stać się jednym z argumentów w kampanii, i to nie tym najbardziej znaczącym. Badania jednak wskazują, że polska opinia publiczna – podobnie jak swego czasu węgierska – jest coraz bardziej negatywnie nastawiona do zamykania w niedzielę sklepów, a zwłaszcza centrów handlowych, które dla wielu rodzin były ulubionym miejscem spędzania czasu w ten dzień.

Co więc weźmie górę w Polsce – argumenty ekonomiczne i nastawienie opinii publicznej czy naciski związkowców i biskupów? Myślę, że wyjaśni się to w najbliższych tygodniach. Osobiście obstawiałbym wariant kompromisowy – czyli powrót do zeszłorocznego modelu „panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Czyli dwie niedziele dla pana Boga i „Solidarności” – i dwie dla obywateli. Sęk w tym, że ten kompromis na dłuższą metę nie usatysfakcjonuje żadnej ze stron, więc ideologiczna wojna będzie się tlić dalej. Aż do następnej próby sił.

Waldemar Mystkowski pisze o konwencji PiS w Rzeszowie.

Najbliższe wybory w kraju dotyczą Parlamentu Europejskiego, wydawałoby się, że partia rządząca powinna skupiać się na porządku europejskim i tym, co by do niego ewentualnie wnieść. Ale nie PiS, które broni swego „porządku” w kraju, czyli władzy, bo gdy ta wypadnie im z rąk, będą odpowiadać za bezprawie, które jest owym pisowskim „porządkiem” oraz – o czym jeszcze mało wiemy – za afery, które ujawniają się przez przypadek, jak afery KNF, NBP czy K-Towers.

Aby Polska była normalna i miała przed sobą przyszłość w porządku cywilizacji zachodniej, demokratycznej, musi wyczyścić się z afer PiS. Najlepiej – wcześniej, bo później możemy doczekać, iż będziemy walczyć o niepodległość, utrata suwerenności państwowej nie jest wcale taka trudna.

PiS zrobił spęd swoich kadr partyjnych w Rzeszowie, które nazwał konwencją. Przemówienie Kaczyńskiego jak zwykle było politycznie i intelektualnie anemiczne, „siła” retoryki prezesa zasadza się na tym, że wynajduje wrogów i dzięki nim zyskuje to, iż jakiś czas kursują w narodzie jego złote myśli.

Prezes postraszył, iż opozycja – czytaj: Platforma Obywatelska – odbierze socjał, słynne 500 plus. Otóż Platforma ani Bruksela nie odbiorą. 500 plus weszło już na stałe do wydatków sztywnych. 500 plus może zostać zlikwidowane tylko przez inflację, a ta grozi, gdy PiS utrzyma się u władzy. Polsce grozi los gorszy od Grecji, a to z jednego zasadniczego powodu, nie mamy zabezpieczenia w euro, bo nie należymy do strefy euro.

Jeżeli opozycja coś „odbierze”, to przywróci trójpodział władzy i Konstytucję. Na początku będzie problem z Andrzejem Dudą, gdyż ten nie jest strażnikiem Konstytucji, stale ją łamie.

Z rzeszowskiej konwencji na dłużej zostanie zapamiętane, iż prezes postraszył dziećmi, otóż według niego u dzieci w wieku 0-4 lat (cytat) „ma być podważana kwestia tożsamości chłopców i dziewczynek”. W jaki sposób? – prezes nie powiedział. Czyżby zamieniano dzieciom narządy płciowe? Świadomość seksualna jest absorbująca od najmłodszych lat i należy jej uczyć dzieci wraz z nauką czytania, bo wiedza ma służyć, a PiS chciałby tę wiedzę odebrać, bo analfabetyzm służy takim jak oni ciemnogrodzianom.

Na konwencji PiS, która miała dotyczyć eurowyborów, najmniej poświęcono czasu Unii Europejskiej, choć została przyjęta 12 punktowa „Deklaracja Europejska”, która jest słuszna aż do bólu, ale przyjęta przez PiS jest groteskowa.

Pierwszy zadeklarowany punkt to „Europa Wartości”. Może prezes Kaczyński nie wie, iż fundamentem Unii Europejskiej są wartości demokratyczne, a pisowska Polska jako pierwsza i na razie jedyna jest sądzona w Trybunale Sprawiedliwości UE za niszczenie niezależności sądownictwa. Groteska? Tylko PiS potrafi deklarować coś, co jest im ideowo obce.

PiS także deklaruje, iż „wynegocjujemy korzystny dla Polski nowy budżet UE”. Bez żadnych przyjaciół w UE (nawet Węgry Orbana się odwróciły), zmarginalizowani, wrodzy do największych, jak Francja i Niemcy, chcą coś uzyskać.

Ta cała deklaracja jest tylko propagandą, bo gdyby miało stać się nieszczęście dla Polski i PiS wygrał eurowybory oraz parlamentarne, żaden punkt nie zostałby zrealizowany, a deklaracja sprowadziłaby się do tylko jednego punktu nie ujętego w niej, mianowicie do Polexitu. Kaczyńskiemu UE przeszkadzałaby w autorytaryzmie.

Oto dowód łapówki, panie Kaczyński. Szukaj swoich Zaleszczyk, aby dać nogę z Polski

18 Lu

W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” opublikowano kopię dowodu wypłaty 50 tys. zł z konta Geralda Birgfellnera. To taka kwota miała zostać przekazana księdzu Sawiczowi, członkowi rady fundacji im. Lecha Kaczyńskiego.  Od jego podpisu pod uchwałą zależało rozpoczęcie prac nad projektem dwóch wież.

Birgfellner twardo broni swojej wersji zdarzeń, chociaż jego słowa o wręczeniu łapówki i roli jaką w tej sprawie odegrał Jarosław Kaczyński, wywołały spore zamieszanie w prokuraturze. Najpierw zmieniono mu tłumaczkę, a później usiłowano nakłonić go do zmiany zeznań, by nie obciążały one prezesa PiS. Birgfellner nie wyraził na to zgody i odmówił podpisania korekty protokołu.

Dla zwolenników PiS taki dowód to tylko wyciąg z jakiejś operacji bankowej i nic więcej. Gdyby było na nim zaznaczone, że to pieniądze właśnie na łapówkę to może by uwierzyli, a tak? Każdy przecież może machnąć jakimś wydrukiem i powiedzieć, co chce. Jednak są argumenty przemawiające za tym, że Austriak nie mija się z prawdą. Przede wszystkim wie on, iż za fałszywe zeznania grozi mu kara, a poza tym świadkiem przekazania koperty była jego żona Karolina Tomaszewska.

Może Birgfellner ma jeszcze inne dowody? Może gdzieś na jednej z taśm jest zapisana rozmowa o przekazaniu odpowiedniej kwoty członkowi rady fundacji? On sam mówi, że musi się zastanowić, czy dysponuje jeszcze jakimś potwierdzeniem prawdziwości swoich słów.

Prokuratura nie wyznaczyła kolejnego terminu przesłuchania. Pewnym jednak wydaje się jedno. W świetle złożonych przez Birgfellnera zeznań, przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego wydaje się być konieczne. Czy w realiach dzisiejszej Polski będzie to możliwe? Polski, w której wszystkie najważniejsze instytucje, w tym sądy oraz prokuratura są kontrolowane przez ludzi Prezesa? Czarno to widzę…

Pisowska Polska jest pośmiewiskiem.