Tag Archives: Barbara Nowacka

Pisizm i faszyzm. Z życia pasqud 26

21 Lip

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Reklamy

Szydło w ruinie. Z życia pasqud 21

16 Lip

Lech Wałęsa skomentował kolejną porażkę Beaty Szydło w Parlamencie Europejskim. Europosłanka PiS kolejny raz została odrzucona przez polityków unijnych i nie zajmie stanowiska szefowej komisji ds. zatrudnienia.

„W świetle (nie ukrywajmy tego) totalnej klęski (19:34) ostatni wynik (21:27) był niewiarygodnym sukcesem. Podsuwam Pani jednak pomysł jak uzasadnić tę katastrofę” – napisał na Facebooku Roman Giertych w kolejnym liście do Beaty Szydło. Po poprzednim głosowaniu też się do niej odezwał („Wałęsa i Giertych podsumowali kolejny „sukces” PiS 21:27 w PE”).

Jak więc – zdaniem Giertycha – była premier powinna uzasadnić tę katastrofę? – „Otóż odpowiedź jest prosta: to była germańska zemsta. Na zimno i z premedytacją zaplanowana i wykonana właśnie w rocznicę Grunwaldu. 609 lat czekali, aby odpowiedzieć na cios zadany przez Jagiełłę. Czekali, czekali i się doczekali. I tak jak my wycięliśmy wówczas kwiat teutońskiego rycerstwa, tak oni Panią-kwiat obozu rządzącego wycięli z tej ważnej i należnej Pani funkcji i rzucili jak zeschłą słomę na żer bezczelnych szyderców. Oj, nie zabraknie ich teraz! Będą uważać, że brak Pani sukcesu źle wróży negocjacjom w sprawach budżetu. Ale cóż tam budżet na drogi, gdy dziś opłakujemy zamach na wzrost Pani budżetu!” – proponuje Giertych.

Cały wpis >>>

Jak zwykle, ma też „radę” dla Szydło: – „Głowa do góry! Do trzech razy sztuka. Przy następnym głosowaniu proszę po prostu spróbować ich od serca, osobiście przekonać. Najlepiej wystąpieniem bezpośrednim, bez udziału tłumaczy, którzy głębię Pani myśli mogliby przekręcić i wypaczyć”.

Do kolejnego „sukcesu” byłej polskiej premier odniósł się także mec. Jacek Dubois. – „Wygląda na to, że Beata Szydło jest jedną z najdroższych kobiet współczesnej Polski. Najpierw ponosiliśmy koszty rozbitych przez jej ochronę limuzyn, potem rozdawanych przez nią nagród. Obecnie przegrywając z samą sobą tym razem z jeszcze gorszym wynikiem kolejne głosowanie na szefową komisji zatrudnienia i spraw społecznych PE naraziła na straty wizerunkowe samego Prezesa, który w jej sprawie rozmawiał osobiście z Niemcem i wyszło mu tak jak zazwyczaj” – napisał Dubois na Facebooku.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Nikt nie powinien się nabrać na pustosłowie, iż „jesteśmy wyspą wolności w Europie” i „chcemy być wyspą szybkiego rozwoju”. Otóż demokratyczne narzędzia wolności zostały w dużej części zniszczone i zastąpione autokratycznymi. Zaś szybki rozwój to następstwo koniunktury gospodarczej i tak jesteśmy w tej szybkości maruderem rozwoju, a będziemy się cofać, bo za populistyczne rozdawnictwo zapłacimy regresem gospodarczym, inflacją, czyli wzrostem cen towarów i usług, który to proces się rozpoczął, jest nieubłagany w postaci zubożenia społeczeństwa.

Inne zapewnienia Kaczyńskiego są nienowoczesne, by nie napisać, iż pochodzą wprost z Ciemnogrodu, „nie musimy upodabniać się do Zachodu, nie musimy stać pod tęczową flagą”.

To jest wizja Polski Kaczyńskiego. Niezachodnia, niecywilizacyjna, zacofana, wsobna, spychana przez Zachód na margines, skazana na wypchnięcie z Unii Europejskiej (Polexit). Powraca idiom polityczny, iż Polska nie nadaje się do wolności, bo takie wstecznictwo w niesprzyjających okolicznościach międzynarodowych może doprowadzić do całkowitej izolacji kraju, a tym samym oddaniu na pastwę silniejszych, np. Rosji.

I mamy drugą Polskę, którą w pigułce „szóstki Schetyny” podał szef Platformy Obywatelskiej, lider opozycji Grzegorz Schetyna. Po pierwsze przywrócić standardy demokratyczne, „odnowić demokrację”, bez których życie publiczne buksuje. Lider PO nie zapomniał o tym, iż rozwój kraju powinien być odczuwany w naszych kieszeniach, a nie w portfelach polityków („nam się należy”), należy zatem „podwyższyć płace”. Kolejne części szóstki Schetyny dotyczą coraz silniej odczuwanych zaniedbań pisowskiego rządzenia, mianowicie „służba zdrowia się sypie”, stworzyć godny „program dla seniorów”, uczynić „przyjazną szkołę” po deformie edukacji autorstwa Anny Zalewskiej. Ostatni element szóstki Schetyny dotyczy czystego powietrza i wody.

Schetyna jednak planuje coś ekstra, bez mała rewolucyjnego. Mianowicie w wyborach parlamentarnych wystartuje z Warszawy, spotka się zatem na tym samym gruncie z Jarosławem Kaczyńskim. Czy prezes PiS będzie w stanie odmówić debaty ze swoim przeciwnikiem?

Nie powinien, a wiemy, że nie przystąpi do żadnej publicznej dyskusji. Nie tylko z tego powodu, że ma w tyle głowy sromotę poniesioną w debacie z Donaldem Tuskiem. Przede wszystkim w starciu ze Schetyną Polacy usłyszeliby, jaką wsteczną wizję Polski reprezentuje PiS, jak kłamliwie przedstawia swoje „osiągnięcia”, które w istocie są zaprzepaszczeniem osiągnięć wszystkich Polaków po 1989 roku. No i Kaczyński jest psychicznie nie za bardzo dysponowany, mówi niewyraźnie, niespecjalnie składnie i sensownie.

Nawet gdyby Kaczyński był w pełni dysponowany, nie bałbym się o Schetynę, bo tak zawsze układa się w debatach, iż wygrywają w nich ci, za którymi stoją rzeczywiste potrzeby, aspiracje, a nie zakłamanie, domena Kaczyńskiego i jego marionetki Mateusza Morawieckiego.

Zgnilizna, jaką proponuje PiS, doprowadzić może kraj do upadku

10 Mar

Z przemówień na sobotnim zjeździe PiS na Podkarpaciu wynika, jaki partia Kaczyńskiego ma pomysł na wygranie wyborów europejskich. Nie jest to pomysł wyszukany i dlatego może być skuteczny. Opozycja powinna kontratakować, pokazując, jak „zjednoczona prawica” manipuluje wyborcami.

Chwyty na kampanię są reaktywne. Mają obronić pisowski „dobrozmian” przed krytyką polityki Kaczyńskiego. Wyraźnie widać, że PiS boi się przede wszystkim zarzutu, że nie ma programu europejskiego i zdąża do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Boi się też zarzutów, że nie ma spójnej polityki gospodarczej i że nieodpowiedzialnie szasta pieniądzem podatnika.

Wysiłek propagandowy partii Kaczyńskiego skupi się na tych obawach. Propaganda pisowska wykorzysta trzy chwyty, wszystkie oparte na kłamstwie.

1. Atak na rodzinę. Nie ma żadnego „ataku na rodzinę”. Nie szkodzi. PiS chce znów rozbudzić w elektoracie, zwłaszcza tym gorzej poinformowanym, strach – tym razem przed jakimś zewnętrznym i rodzimym spiskiem przeciwko polskim rodzinom, szczególnie dzieciom, i tradycyjnemu  małżeństwu. W roli atakujących propaganda obsadzi Rafała Trzaskowskiego i Roberta Biedronia.

Cytowane będą wyrwane z kontekstu wyjątki z warszawskiej deklaracji na rzecz społeczności LGBT, z wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia i z programu Wiosny: aborcja na żądanie, legalizacja małżeństw homoseksualnych, nowoczesna edukacja seksualna w szkołach. PiS może liczyć na poparcie Kościoła, czego sygnałem było oświadczenie trzech biskupów warszawskich w sprawie deklaracji LGBT. Ten chwyt może być najbardziej skuteczny i opozycja powinna być gotowa do przeciwdziałania.

2. Wszystko wam zabiorą. Opozycja nigdzie nie zapowiada, że cofnie pisowskie daniny socjalne, a nawet (Biedroń) obiecuje ich wydatne zwiększenie. Nie szkodzi. Propaganda PiS będzie straszyła, że świadczenia zostaną cofnięte, włącznie z wcześniejszym wiekiem przechodzenia na emeryturę.

3. Europa ojczyzn czy Europa bez ojczyzn? Nikt w głównym nurcie Unii Europejskiej nie proponuje likwidacji ojczyzn ani państw narodowych. Nie szkodzi. Propaganda pisowska będzie straszyła, że na tym zależy elicie brukselskiej, i wmawiała wyborcom, że tylko silna reprezentacja PiS w Parlamencie Europejskim może temu zapobiec.

Więcej >>>

Warto zaprzeczać ciągle i wszędzie, że jedynie PiS i 500+ działa na rzecz rodzin w Polsce. Przypominajmy co zrobił rząd PO, bo to ważne!

Co poprzedni rząd zrobił dla rodzin – zapewne „niewiele”… jeśli pominąć:

– wydłużenie urlopu rodzicielskiego z 16 tygodni do roku (najdłużej w Europie; 2013);

– wprowadzenie urlopu ojcowskiego. W 2011 r. był to tydzień, od 2012 r. – dwa;

– wzrost świadczenie pielęgnacyjnego dla rodzin z niepełnosprawnością w latach 2007-2016 z 420 zł do 1300 zł (netto);

– zwiększenie ulgi podatkowej na trzecie dziecko z 1688 do 2000 zł, a na czwarte i kolejne – z 2224 do 2700 zł.

– wprowadzenie możliwości odliczania tychże ulg nie tylko od podatku dochodowego – co powodowało, że wiele rodzin odzyskiwało ułamek pieniędzy – ale też od zapłaconych składek ZUS i 7,75% podstawy wymiaru składki NFZ. W efekcie czterodzietna rodzina odzyskuje niemal 7000 zł!

– ustawę żłobkową z 2011 r. ułatwiającą otwieranie takich placówek (w 2010 r. tylko 2% dzieci do trzeciego roku życia obejmowała taka opieka, w 2015 r. już 7%);

– ulgę podatkową dla firm, które założą żłobek i przedszkole dla dzieci pracowników;

– kosiniakowe: grupy wcześniej wykluczone z tego przywileju – osoby pracujące na umowę cywilnoprawną, studenci, uczniowie, bezrobotni i rolnicy – po urodzeniu dziecka otrzymują 1000 zł miesięcznie przez pierwszy rok (2016 r.);

– wprowadzenie zasady‚ „złotówka za złotówkę”, dzięki której osoby przekraczające próg uprawniający do zasiłku nie tracą całej kwoty (dotyczy zasiłku rodzinnego i dodatków do niego; 2015 r.);

– podniesienie progu dochodowego uprawniającego do zasiłku rodzinnego, by obejmował więcej dzieci;

– ustawę z 2013 roku, na mocy której państwo opłaca składki emerytalne za kobiety samozatrudnione i bezrobotne będące na urlopach wychowawczych;

– opłacanie od roku 2011 przez państwo składek społecznych i zdrowotnych niań, by odciążyć rodziców;

– program „Przedszkole za Złotówkę”, ograniczający koszt godzin wykraczających poza czas bezpłatnej opieki (5 h) w publicznych przedszkolach do złotówki (2013 r.);

– ustawę przedszkolna nakazująca samorządom zapewnienie czterolatkom miejsc w przedszkolu (2015 r);

– bezpłatne podręczniki, dzięki którym rodzice oszczędzają średnio 250 zł na kupnie książek (2014 r.);

– Kartę Dużej Rodziny dla rodzin z przynajmniej trójką dzieci, uprawniającą do zniżek w prawie 10 tys. miejscach w Polsce (2014 r.);

– program in vitro, dzięki któremu do grudnia 2015 roku urodziło się 3841 dzieci;

– 360 mln zł przeznaczonych na budowę i remonty placów zabaw dla dzieci (Radosna Szkoła)

– w latach 2008-2012 do użytku oddano 2271 orlików (Hasło przewodnie programu: Zdrowe i uśmiechnięte dzieci – Najważniejsze!!!)

Kaczyński, Glapiński, Morawiecki idą na dno w swoim bagnie. Czy potraktować ich kijem, czy wysłać na banicję?

2 Mar

Na antenie radia RMF FM prezes Jarosław Kaczyński udzielił obszernego wywiadu, w którym odniósł się do sprawy budowy bliźniaczych wieżowców, nadchodzących wyborów i partyjnego programu wyborczego. W rozmowie z Krzysztofem Ziemcem szef PiS stwierdził, że złożyłby zeznania przed prokuraturą i jednocześnie zaznaczył, że budynek przy Srebrnej nie mógł powstać, bo „w Polsce nie ma praworządności„.

>>>

Ten fragment wypowiedzi prezesa natychmiast skomentował Lech Wałęsa. „Wieże+” – napisał na swoim Twitterze były prezydent, nawiązując tym samym do sztandarowego programu wyborczego partii rządzącej „500+”, który jak ujawnił w wywiadzie Kaczyński był jego własnym pomysłem.

W wywiadzie została poruszona również sprawa katastrofy smoleńskiej. Kaczyński powiedział, że „trwają prace dotyczące wyjaśnienia katastrofy, ale lepiej nie bulwersować opinii publicznej, nie prowadzić do wznowienia dyskusji, póki nie ma ostatecznych wyników.”

Również i te słowa prezesa doczekały się natychmiastowego wpisu ze strony Lecha Wałęsy, który nie krył oburzenia: „Dochodzimy do prawdy”. Bulwersująca ściema przez 96 miesięcy, kosztem podatników i traumy rodzin ofiar katastrofy. Chodziło tylko o to żeby bratu wystawić pomnik większy niż Piłsudskiego którego pilnuje policja w reprezentacyjnym miejscu w Warszawie.”

Na koniec były prezydent odniósł się do wypowiedzi Kaczyńskiego na temat jego słabości, jaką jest oglądanie rodeo, które go strasznie bawi i śmieszy. „Rodeo będziesz miał już niedługo w wyborach” – napisał w swoim stylu Lech Wałęsa.

Po przedwczesnym wystrzeleniu się z wyborczych obietnic, tym razem ze znacznym opóźnieniem Jarosław Kaczyński zabrał się za pudrowanie swojego nadwątlonego taśmami wizerunku. Tym razem, po „mocnym” wywiadzie dla tygodnika „Sieci” zdecydował się udzielić odpowiedzi byłemu już dziennikarzowi „Wiadomości” TVP Krzysztofowi Ziemcowi na antenie RMF FM.

Wśród wielu wątków poruszonych w rozmowie na uwagę zasługuje szczególnie ten dotyczący taśm. Ziemiec zaczął wątek pytaniem: „Jeśli prokuratura zdecydowałaby o wszczęciu śledztwa i wezwała pana, stawi się pan na takie przesłuchanie?”. Kaczyński odparł, że oczywiście i dodał znamienne zdanie: „Jestem obywatelem jak każdy inny”. I jak każdy inny może „bez żadnego trybu”?

Kontynuując odpowiedział, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a szwindel, w którym brał udział wynikał tylko z miłości do naszej wspólnej sprawy – Polski. „[…] chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee. […] I gdyby ten budynek, o który chodzi, powstał, to Instytut Lecha Kaczyńskiego stałby się fundacją bardzo silną, a w dalszej perspektywie […] byłaby ta fundacja, czy ten instytut jeszcze dużo silniejszy. Krótko mówiąc: to chodziło właśnie o to, by wykorzystać pewne możliwości. Bo ta działka na Srebrnej to jest pewna możliwość”. 

Na koniec butnie wylał swe żale na to, że prawo krępuje jego biznesowe zapędy. Mówił: „Nie udało się z powodów przede wszystkim związanych z brakiem praworządności w Polsce, to znaczy w Polsce może być tak, że po prostu z powodów czysto politycznych i personalno-politycznych można czegoś odmówić instytucji, która ma do tego prawo”.

Czy wobec tego Prawo i Sprawiedliwość rozumie dewizę ze swojej nazwy, jako podporządkowanie prawa biznesowym interesom swoich członków?

Później redaktor zapytał o zasadność śledztwa prokuratorskiego, które ostatecznie pozwoliłoby oczyścić się Kaczyńskiemu z zarzutów. Prezes Prawa i Sprawiedliwości odpowiedział: „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma, ale to jest już decyzja prokuratury. I ja nie chcę w żadnym wypadku na nią wpływać”.

Samo zdanie „ja nie chcę w żadnym wypadku na nią [decyzję prokuratury] wpływać” zawiera jasną sugestię, że Kaczyński, po pierwsze ma moc do tego, żeby na decyzję prokuratury wpłynąć, po drugie, robi to publicznie naciskając podczas radiowego wywiadu, co zauważył słusznie Roman Giertych.

Jarosław Kaczyński ma się czego bać, dlatego udzielił wywiadu dla bezpiecznego redaktora, który pozwolił mu na subtelny przekaz dla Zbigniewa Ziobry. Mówiąc, że śledztwo nie ma sensu, nie brzmi wiarygodnie stawiając się w roli sędziego we własnej sprawie. Czyżby bał się, że śledztwo wywlecze na wierzch poważniejsze występki, bądź zaktualizuje listę haków łasego na władzę w Zjednoczonej Prawicy Ziobry?

Posłowie Platformy Obywatelskiej-Koalicji Obywatelskiej zapowiedzieli  złożenie zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w Narodowym Banku Polskim. Tym razem ma chodzić o kierowanie do rad nadzorczych instytucji finansowych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji określonych przez UE. – Do tej pory nie znamy kompetencji pań, które w tej instytucji zasiadają – mówił w Sejmie Jarosław Urbaniak z PO.

Posłowie PO-KO odnieśli się do opublikowanych przez NBP zarobków pracowników. Na mocy specjalnej ustawy NBP musiał ujawnić, ile zarabiają w Narodowym Banku Polskim współpracowniczki prezesa Glapińskiego: szefowa departamentu komunikacji i promocji Martyna Wojciechowska oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamila Sukiennik.

Z doniesień medialnych wynikało, że panie zarabiają po 65 tys. złotych miesięcznie. NBP dementował te informacje na konferencji po posiedzeniu RPP na początku stycznia. Wówczas dyr. Ewa Raczko zapewniała: – Na pewno nie zarabia rewelacyjnych 65 tys. zł. Tego typu zarobki występują na stanowiskach prezesów. Wojciechowska może być w grupie osób zarabiających nieco więcej, niż przeciętne wynagrodzenie dyrektora.

– Przez 3 miesiące prezes Glapiński nie był w stanie odpowiedzieć na nasze pytania, dlaczego pani z departamentu niezbyt merytorycznego zarabia o 22 tys. więcej od dyrektorów departamentów wyspecjalizowanych, merytorycznych, zarządzających, zajmujących się ryzykiem – mówi Krzysztof Brejza.

Dla kogo ekskluzywna willa

Ale to nie jedyne pytania, jakie posłowie opozycji zadali prezesowi Glapińskiemu. Pytali też o wyjazd do Davos, wynajem ekskluzywnej willi, a także o to, kto uczestniczył w wyjazdach zagranicznych.

– Będziemy pytać dalej, prezes Glapiński nie zaknebluje nam ust – mówił Krzysztof Brejza i zapowiedział, że przygotowywane są kolejne wnioski w trybie ustawodawczym o dostęp do informacji publicznej. – Opinia publiczna będzie miała pełną wiedzę nt. tego, jakie wielkie księstwo, państwo szejków pobudowane zostało w NBP – mówił poseł PO.

Jakie kompetencje maja tzw. dwórki?

Jarosław Urbaniak poinformował, że w związku z tym, że nie ma nadal odpowiedzi prezesa Glapińskiego na temat kompetencji pań kierowanych do rad nadzorczych instytucji finansowych, Platforma skieruje zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w zakresie kierowania do rad nadzorczych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji, jakie zgodnie z prawem muszą spełniać.

Jak tłumaczył Jarosław Urbaniak, te kompetencje są dokładnie opisane przez instytucje unijne. Szczegółowy zapis kompetencji został wprowadzony po doświadczeniach z kryzysem greckim.

– To kolejny strzał w stopę pana Glapińskiego. Tuż przed ustaleniem budżetu europejskiego,UE dowiaduje się, że we władzach krajowego depozytu papierów wartościowych zasiadają osoby niekompetentne – mówił Urbaniak.

– Do dzisiaj nie znamy kompetencji pań, które w tych instytucjach zasiadają – dodaje poseł PO.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ” zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ”, zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

Warszawski korespondent „FAZ” Gerhard Gnauck zwraca uwagę na przewodniczącego PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. Zdaniem niemieckiego dziennikarza 37-letni lider może być jednym ze zwycięzców maratonu wyborczego w Polsce, zaczynającego się wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju br., a kończącego się wyborami prezydenckimi w roku przyszłym.

Kosiniak-Kamysz należy do nowego pokolenia w polskiej polityce. Jego atutem jest młody wiek, a równocześnie doświadczenie w pracy w rządzie. Od 2011 do 2015 roku polityk PSL był ministrem pracy w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz – przypomina Gnauck.

Autor wyjaśnia, że PSL jest silna na prowincji, ale w wyborach parlamentarnych nie może być pewna wyniku powyżej progu wyborczego. Kosiniak-Kamysz ucieleśnia „nowy PSL” – łączący tradycję i katolicką spuściznę z tematami w rodzaju ochrony środowiska i zielonej energii.

Pragmatyzm PSL

„PSL jest przede wszystkim pragmatyczny” – ocenia Gnauck. Po 1989 roku partia wchodziła w koalicję zarówno z postkomunistami jak i z liberalnym skrzydłem polityków wywodzących się z Solidarności.

„Dzięki temu pragmatyzmowi PSL może przeżyć swoją drugą wiosnę, jeśli wyborcy będą mieli dosyć polaryzacji spowodowanej grasującym w Europie populizmem. Wtedy może wybić godzina Kosiniaka-Kamysza” – spekuluje Gnauck dodając, że niektórzy obserwatorzy widzą młodego lidera jako premiera.

PiS traktuje ostatnio PSL jak swojego wroga i zwalcza partię chłopską wszystkimi dostępnymi środkami. Przestraszyło to PSL do tego stopnia, że przyłączyła się do Koalicji Europejskiej – szerokiego sojuszu na wybory do Parlamentu Europejskiego.

Na lewicy Nowacka

Jak zaznacza Gnauck, partnerem Kosiniaka-Kamysza w Koalicji Europejskiej będzie między innymi inna nadzieja polskiej polityki – Barbara Nowacka. Autor zwraca uwagę na lewicowe tradycje jej rodziny i podkreśla, że jej politycznym celem są prawa kobiet i rozdział Kościoła od państwa.

Gnauck pisze, że jednym z głównych tematów kampanii wyborczej będzie miejsce Polski w Europie. PiS co prawda twierdzi, że nie chce „polskiego Brexitu”, jednak opozycja ostrzega, że mając nawet dobre zamiary, można, jak brytyjski premier David Cameron swoim referendum, osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.

W wyborach do PE Koalicja Europejska może uzyskać wynik w granicach 35 proc., mniej więcej tyle samo co PiS – przewiduje Gnauck.

Biedroń walczy na własną rękę

Autor przypomina, że do koalicji nie wszedł Robert Biedroń. Lider „Wiosny” pojmuje na swój sposób polską tradycję: wzorem dla niego nie jest marszałek Józef Piłsudski, lecz bojowniczki o prawa kobiet, które w 1918 roku w śniegu godzinami wystawały przed jego willą, by skłonić go do przyznania praw wyborczych kobietom. Biedroń uważa, że osiągnie sukces, działając na własną rękę. Sondaże dają mu wynik w granicach 10 proc.

Młode pokolenie polityków, nieobciążone walkami z okresu zwrotu w 1989 roku, może stworzyć opozycji nowe szanse. Ich młody wiek nie daje jednak gwarancji na sukces – zastrzega Gnauck, dodając, że PiS też ma w swoich szeregach młodych utalentowanych działaczy.

Na korzyść PiS przemawia fakt, że młodzi wyborcy w Polsce są obecnie nastawieni konserwatywnie i patriotycznie. Pewną rolę mogą odegrać też najnowsze obietnice socjalne – dodatek 500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura.

Mamy w Polsce świetlaną tradycję państwa podziemnego, nie jesteśmy więc skazani na czczenie zbrodniarzy. Ci, którzy gloryfikują Łupaszkę czy Burego, robią tak z wyboru, a nie konieczności.

Dzień tzw. żołnierzy wyklętych, czyli bojowników zbrojnego podziemia antykomunistycznego po 1945 r., stał się dla środowisk narodowej prawicy nową okazją do demonstrowania uwielbienia dla przemocy i pogardy dla norm świata cywilizowanego.

Spór nie polega na tym, czy przyznajemy słuszność tym, którzy sprzeciwiali się systemowi narzucanemu Polsce po wojnie przez Związek Sowiecki. Oczywiście, że przyznajemy. Nie kłócimy się nawet o to, czy walkę przeciw instalowanemu komunizmowi można było prowadzić z bronią w ręku. Można było. W obliczu przemocy, aresztowań, wywózek na Sybir wielu żołnierzy podziemia nie widziało innego wyboru, jak pozostać w lesie. Byli też tacy, którzy po rozwiązaniu AK wrócili do cywila, ale zagrożeni aresztowaniem ponownie dołączyli do oddziałów zbrojnych.

Przedmiotem sporu jest natomiast kwestia, jakich metod w walce zbrojnej można używać i do kogo można strzelać. Wojna też ma swoje prawa i jest regulowana międzynarodowymi konwencjami, które zabraniają mordować ludność cywilną. Nawet tocząc wojnę sprawiedliwą w słusznej sprawie nie wolno strzelać do kobiet ani dzieci, nie wolno uprowadzać chłopów z wozami do lasu, a następnie ich rozstrzeliwać.

A właśnie takie zbrodnie mają na sumieniu niektórzy z ludzi lansowanych ostatnio na „bohaterów narodowych”. Co gorsza, są oni lansowani nie tylko przez nacjonalistycznych ekstremistów spod znaku ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” stał się w 2016 r. wielką uroczystością państwową, a sam „Łupaszka” został pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika. Jego gloryfikatorom z prezydentem RP Andrzejem Dudą jakoś nie przeszkadza fakt, że ten żołnierz AK miał na sumieniu zbrodnię wojenną polegającą na wymordowaniu – w odwecie za zbrodnię litewską we wsi Glinciszki – cywilnych mieszkańców wsi Dubinki na Wileńszczyźnie, w tym kobiet i nieletnich, zresztą nie tylko Litwinów, bo wśród ofiar trafiła się też Polska z kilkuletnim dzieckiem.

Inny idol narodowej prawicy Romuald Rajs „Bury” odpowiada za zamordowanie w Puchałach Starych na Podlasiu w 1946 r. 30 chłopów-furmanów, których najpierw uprowadził i zmusił do transportowania jego oddziału. Zamordowani byli prawosławnymi Białorusinami i wszystko wskazuje na to, że właśnie to kryterium religijno-etniczne było powodem zbrodni, bo furmani narodowości polskiej zostali puszczeni wolno.

Takich oto bohaterów podsuwa nam nacjonalistyczna prawica jako wzorzec godny upamiętnienia, czczenia i naśladowania. A w tym samym czasie strasznie się oburza i potępia Ukraińców gloryfikujących żołnierzy UPA, którzy mają na sumieniu zbrodnie wojenne. W tym przypadku jej stanowisko jest klarowne i precyzyjne: nie można rozgrzeszać i czcić zbrodniarzy, nawet jeśli walczyli o wolność swej ojczyzny.

Więc jak to jest, panowie prawicowcy, banderowców nie można gloryfikować, a Burego i Łupaszkę można? Ukraińcy mordujący polskich wieśniaków na Wołyniu są zbrodniarzami, a Polacy mordujący litewskich wieśniaków na Wileńszczyźnie i białoruskich na Podlasiu kim są? Bohaterami narodowymi?

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że czczenie przez Polaków polskich zbrodniarzy wojennych jest tak samo naganne jak czczenie przez Ukraińców zbrodniarzy ukraińskich. W rzeczywistości bowiem jest bardziej naganne i kompromitujące. Taka postawa bardziej obciąża polskie sumienia niż ukraińskie. Z tego prostego powodu, że Ukraińcy nie mają wyboru – UPA była jedyną formacją walczącą w czasie II wojny światowej o wolną Ukrainę. Każdy naród musi i chce czcić tych, którzy przelewali krew za ojczyznę – a tragedia i przekleństwo ukraińskiej historii polega na tym, że ta sama armia podziemna reprezentuje tradycję niepodległościową i ma na sumieniu masowe zbrodnie.

My w Polsce nie mamy takiego problemu – sięgając po wzorce z przeszłości, możemy się odwołać do czystej tradycji państwa podziemnego i Armii Krajowej, która jako całość nie splamiła się zbrodniami wojennymi ani nie ma na sumieniu czystek etnicznych. Mamy pod dostatkiem świetlanych postaci mogących służyć za przykład i inspirację. Mamy Jana Karskiego, Władysława Bartoszewskiego, ludzi organizujących w ramach polskiego państwa emigracyjnego i konspiracyjnego Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Mamy powstańców warszawskich. Mamy setki tysięcy ludzi tworzących w czasie wojny największą podziemną armię na świecie. W przeciwieństwie do Ukraińców mamy alternatywę i nie jesteśmy skazani na czczenie zbrodniarzy.

Ci, którzy stawiają na piedestale Łupaszkę, Burego czy żołnierzy NSZ kolaborujących z hitlerowcami i odpowiadających za zbrodnie na Żydach, czynią tak nie dlatego, że nie mają wyboru. Mają wybór. Ale wolą tych idoli. To najlepiej pokazuje, jaki jest ich system wartości i kim są.

„Mateusz Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina” – przekonuje publicysta Piotr Zaremba.

Jest jak pokerzysta, któremu karta nie idzie, więc podwaja stawkę i gra o wszystko” – napisał o premierze Mateuszu Morawieckim Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego. Od dwóch polityków Prawa i Sprawiedliwości usłyszałem, że ten tekst, zawieszony na stronie klubu, zrobił pewne wrażenie w obozie rządowym.

Kasjer od wypłat

Mazur sformułował tę ocenę roli Morawieckiego przy okazji skrytykowania najświeższego pomysłu PiS na wygranie wyborów za pomocą 40 mld zł, w dużej mierze rozdawanych obywatelom. Zwrócił uwagę, zresztą nie on jeden, na dokonanie strategicznego wyboru: finansowania konsumpcji zamiast naprawy, jak to nazywa Mazur, różnych polityk publicznych (a w szerszym sensie kosztem rozwoju).

Nie o wszystkim da się tak powiedzieć. Zamiar dofinansowania połączeń komunikacyjnych ma naturę prorozwojową, cywilizacyjną. Tym niemniej warto przypomnieć, że Morawiecki zaczynał karierę w rządzie PiS od wypowiadanych na zamkniętych zebraniach przestróg przed rozdawnictwem traktowanym jak lek na wszystko. Dziś staje się tego rozdawnictwa twarzą.

Pewnie znajdzie środki, choć zapowiedzi sfinansowania wszystkiego z uszczelnienia systemu podatkowego brzmią gołosłownie. Trzeba będzie ciąć inne cele. A przy okazji zmienić się – mowa nadal o premierze – w kasjera od wypłat.

Pisowscy obserwatorzy boją się bardziej innych konsekwencji, też wyborczych. – Mówiliśmy, że nie mamy dużo mniejszych pieniędzy dla nauczycieli czy lekarzy. Teraz możemy dać tym grupom jedynie ochłapy, co wpłynie na kampanię. A na dokładkę musimy się tłumaczyć, skąd mamy te 40 mld zł – relacjonuje ważny polityk obozu rządowego, dodajmy, w przededniu strajku szkolnego, który może zakłócić egzaminy.

Oczywiście mój rozmówca nie będzie zarazem kwestionować rozmachu budżetowych prezentów. Możliwe przecież, że ich adresaci zaważą na wynikach wyborów, są to wszak grupy najszersze. Komentatorzy próbujący się przebić ze swoimi przestrogami wypadają w takim przypadku jak śmieszni osobnicy idący z parasolem naprzeciw huraganowi.

Na kłopoty wyścig z Wiosną

Trudno też nie zauważyć dodatkowych, można rzec, łagodzących okoliczności. Opozycja w głównym nurcie nie prezentuje zasadniczo odmiennego programu, a pierwszą reakcją Grzegorza Schetyny było podkreślenie, że 500 plus na pierwsze dziecko to pomysł Platformy Obywatelskiej. Ten rządowy pakiet jest także odpowiedzią na ofensywę Roberta Biedronia. To Wiosna przypomniała o niezrealizowanej obietnicy przywrócenia autobusu w każdej gminie, trzynastka dla emerytów to replika na żądanie emerytury obywatelskiej itp.

Można by rzec, że powstanie ruchu Biedronia przesądziło o kształcie polskiej polityki na najbliższe lata. Będzie się ona toczyć w cieniu licytacji nie tylko na ekonomiczny interwencjonizm (to dzieje się od lat), lecz także oznacza grę najprostszymi finansowymi transferami, często tracącymi pierwotne cele. Efekt pronatalistyczny programu 500 plus okazał się wątpliwy, a w przypadku pieniędzy na pierwsze dziecko jest wątpliwy jeszcze bardziej. Istotą staje się redystrybucja. Ona oczywiście zmienia trochę strukturę społeczną. Ale jej skutki w tej sferze pozostają niejasne, nieprzewidywalne. Jednak efekty polityczne na kilka miesięcy przed wyborami są niewątpliwe.

Zarazem opozycja ma trochę racji, twierdząc, że ta ofensywa to także odpowiedź na kłopoty obozu rządowego. Kiedy nie udało się zaryzykować wcześniejszych wyborów parlamentarnych przed europejskimi, PiS zajrzała w oczy groźna perspektywa wielu miesięcy bez nowych celów mobilizujących publikę, za to pod znakiem rozliczania rządzących z afer i nawet drobnych potknięć. Częścią tego stała się wyraźnie wykreowana na potrzeby wyborcze „afera Srebrnej”, ale nic bardziej nie drażniło ostatnio jak wysokie zarobki protegowanych prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Doszły do tego inne porażki. Polityka zagraniczna nie jest w Polsce polem głównej rozgrywki, ale łatwo było przedstawić upokarzające nas wypowiedzi izraelskich polityków jako fiasko dotychczasowego kursu. Jarosław Kaczyński postanowił więc przeciąć wszystkie gordyjskie węzły za jednym zamachem. Nie korektami polityki podatkowej, manipulowaniem VAT czy kwotą wolną od podatku, a wielką narodową wypłatą. Wedle wszelkich informacji – dyskusji w kierownictwie PiS nie było. Sprawa rozegrała się między „Naczelnikiem” a premierem – przy czym ten ostatni otrzymał po prostu zadanie do wykonania: policzyć i przybrać w odpowiednie słowa.

Ten aspekt pozycji szefa rządu to kolejny powód zainteresowania w PiS takimi tekstami jak ten Mazura. Ścierają się skrajne wersje: premiera zagrożonego dymisją i premiera szykowanego na następcę. Trudno, aby politycy PiS nie śledzili takich wieści z zapartym tchem.

Latające nazwiska następców

Sami mają jedynie mglisty obraz sytuacji. Wszystko rozgrywa się w logice królewskiego dworu. Kogo nie ma w danej chwili w monarszej komnacie, ten jest skazany na plotki i domysły. Zresztą sama obecność też niczego nie gwarantuje. Wszystko może się rozegrać przed lub po oficjalnym spotkaniu. Partia nie ma nic wspólnego ze zbiorowością rozstrzygającą w następstwie dyskusji, gdzie wybiera się spośród rozmaitych wariantów. Rządowe agendy to jedynie przebudówki do dworskiego sposobu decydowania.

Historię o niebezpieczeństwach wiszących nad Morawieckim lansują, przesadnie, gazety opozycyjne typu „Newsweek”. Wiele wskazuje na to, że w kreowaniu takiej atmosfery uczestniczą z jednej strony politycy nielubiący premiera (Zbigniew Ziobro? członkowie zakonu PC?), z drugiej zaś otoczenie szefa rządu, które ulega częstym panikom.

Bywa, że informacje są nieprawdziwe. W internecie wieści o pisowskiej naradzie u Jarosława Kaczyńskiego po wypowiedzi Israela Katza i decyzji o wycofaniu się ze szczytu w Jerozolimie pojawiły się w dniu, kiedy nikt się nad niczym nie naradzał, a prezesa PiS nie było w ogóle w biurze. Nie można jednak wykluczyć, że niektóre pogłoski są generowane za wiedzą i zgodą „Naczelnika”. Trzyma on w ten sposób premiera w szachu, nie pozwalając mu wdawać się we własne gry. Choć w niektórych tygodniach spotykają się w cztery oczy prawie codziennie.

„Newsweek” twierdził, że po upokorzeniu Polski przez Izrael w powietrzu latały już nazwiska potencjalnych następców Morawieckiego. Jeśli latały, to chyba nie na serio – w tym samym czasie Kaczyński szykował się już do wielkiej operacji kupowania wyborców. Premier i jego ośrodek dowodzenia są mu potrzebni w tej operacji, aby zminimalizować złe skutki masowych nowych wydatków dla finansów publicznych. Zresztą Morawiecki stał się już twarzą permanentnej kampanii. Odkręcenie tego graniczy z szaleństwem.

Mamy raczej do czynienia z chwilową irytacją „Naczelnika”. Podobno nie miał świadomości, że u progu kampanii premier miał jechać na szczyt w Izraelu. Kaczyński jest człowiekiem, który zatwierdza nominacje nawet stosunkowo niskiego szczebla pracowników spółek Skarbu Państwa (to wszystko dzieje się na Nowogrodzkiej), ale czasem coś może mu umknąć.

Nie zauważa zresztą, że proizraelska nadgorliwość to tylko rezultat polityki, którą sam wymyślił i firmował. W modelu dworskim władca nie ponosi konsekwencji swoich wyborów, a z wadliwych detali rozliczani są ministrowie. Pogłoski o dymisji szefa dyplomacji Jacka Czaputowicza w maju są więc całkiem wiarygodne. I byłaby to symboliczna porażka premiera, bo ten szef MSZ został dobrany po to, aby osłabić wrażenie zdominowania dyplomacji przez agresywną retorykę skierowaną do wewnątrz Polski. Ale tryb podejmowania takich decyzji nie zakłada partnerskich targów między numerem jeden a numerem dwa, Kaczyńskim a Morawieckim.

A może delfin

Jest i wersja druga, sprzeczna z tą pierwszą. Kiedy okazało się, że pośród kandydatów do Parlamentu Europejskiego jest jeden z najbardziej wszechwładnych polityków PiS Joachim Brudziński, to prof. Antoni Dudek napisał, że prezes czyści Morawieckiemu przedpole, aby ten zajął miejsce delfina. Przeczyłoby to mnożonym sygnałom o niepełnym zaufaniu między numerem pierwszym a drugim. Za to uzupełniałoby się z pojawiającymi się czasem plotkami o dalszych kłopotach zdrowotnych Jarosława Kaczyńskiego.

Tyle że polityka, także ta personalna, rzadko przypomina precyzyjne ruchy w rozgrywce szachowej. Brudziński zaskoczył wszystkich – zdaje się, że prezesa również – prośbą o wysłanie do Brukseli. Na posiedzeniu kierownictwa PiS Kaczyński powołał się na „motywy osobiste” szefa MSWiA i podobno więcej w tym prawdy, niż można przypuszczać. Doraźnie oznacza to rzeczywiście usunięcie się z pola może najpoważniejszego rywala Morawieckiego. Rywala jednak potencjalnego, bo Brudziński starał się nie prowadzić z premierem wojen, a ich relacje były poprawne. Jeśli ktoś był wrogiem na co dzień, to Zbigniew Ziobro.

Otoczenie premiera nie dowierza, że wyjazd Brudzińskiego do Brukseli to sukces. Podejrzewa, że współpracownik prezesa, teraz podwładny Morawieckiego, po maju zyska czas i możliwości, aby wpływać na politykę krajową, wtrącać się w działalność partyjnego aparatu i szykować do rychłego powrotu. Rzecz w tym, że prawda może nie być ani taka, ani taka. Kaczyński z pewnością nie zrezygnował z ulubionego współpracownika. Już w 2010 r., kiedy kandydował na prezydenta, szykował go na ewentualnego następcę. Ale prezes PiS na ogół unika rozstrzygania takich rywalizacji przed czasem, ba, lubi je generować. W jego decyzję, aby samemu szybko wycofać się z polityki, trudno uwierzyć. Chyba że o czymś nie wiemy.

Na razie więc w kwestii pozycji premiera odpowiedź musi brzmieć: ani triumf, ani zgon. Zapowiadana na koniec maja rekonstrukcja rządu może być nawet odczytywana jako sukces Morawieckiego. Odejdzie na przykład do Brukseli Beata Szydło, odbierana jako inny jego potencjalny konkurent. Wprawdzie wicepremier nie umiała podgryzać polityki swojego szefa w mediach (w każdym razie tak skutecznie, jak robili to jego współpracownicy, kiedy ona była szefem rządu), ale zachowywała więź z lokalnymi działaczami, pośród których Morawiecki nigdy nie zyskał całkowitego miru.

Czy jednak ten sukces będzie taki przemożny? Wieści o odejściu Czaputowicza pokazują, że nie całkiem. Co więcej, jeśli przypisywać premierowi wyniesioną z korporacji dbałość o poziom kadr, decydować będzie trafność obsady resortów, a tu pierwsze informacje nie są zbyt optymistyczne. Jarosław Zieliński, obecny wiceszef MSWiA, jako potencjalny minister edukacji może być tylko produktem plotek, ale to symbol wyrzeczenia się aspiracji, aby mieć silny i ambitny gabinet.

To samo można zresztą powiedzieć (to już nie wiąże się bezpośrednio z Morawieckim) o części liderów list do Parlamentu Europejskiego.

Trzeba zrozumieć postawienie na głośne nazwiska, na pierwszą ligę. Ale eksminister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który będzie w Brukseli tylko błądzącym po korytarzach statystą, to potraktowanie miejsc w europarlamencie jako synekur w nagrodę za wierność. Takich Jurgielów jest na listach więcej.

Ile się nie udało

Akurat na takie ostentacyjne postawienie logiki partyjnej ponad państwową Kaczyński może sobie pozwolić. Straty poniesione w ostatnich miesiącach są niewątpliwe, można by do nich dodać sondażowy efekt przedwyborczego jednoczenia opozycji, ale biorąc pod uwagę siłę artyleryjskiego ostrzału krajowych mediów i zagranicznych instytucji, a również mnogość porażek i błędów, nie są one aż tak wielkie. PiS okazał się trwale związany z Polakami, w jakiejś mierze teflonowy, nawet jeśli ten efekt słabnie.

Ostatni pakiet zapowiedzi to raczej dodatkowa polisa ubezpieczeniowa niż rozpaczliwy ratunek. Takie grzechy jak stawianie na słabych ludzi PiS może odkupić. Podobnie niefunkcjonalność systemu, w którym Polską próbuje się zarządzać z jednego skromnego gabinetu. Choć może, gdyby nie patologie nagminnego mieszania partii z państwem, cena nie musiałaby być tak wysoka jak 40 mld zł z budżetu państwa.

Oczywiście można też na to spojrzeć inaczej. Jeśli celem Jarosława Kaczyńskiego było wykreowanie nowych elit i trwała zmiana społecznej świadomości Polaków, efekty nie są porażające. Odniesiono tylko połowiczny sukces w uzależnianiu wymiaru sprawiedliwości od obecnego układu rządzącego. Z części zamysłów trzeba się było wycofywać, a inna część reformy sądów wciąż jest zagrożona interwencją instytucji europejskich.

Z tych samych powodów nie podjęto próby przebudowy rynku medialnego, poza przejęciem mediów publicznych i doraźnym wspieraniem własnych tytułów. TVP służy topornej partyjnej propagandzie, za to w mniejszym stopniu wykuwa postawy ideowe Polaków. Możliwe, że świeży mandat wyborczy ośmieli PiS w tym względzie. Chociaż przykład porażki w starciu z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w kwestii sądownictwa, i to bez walki, pokazuje, że pole manewru nie będzie wielkie.

PiS nie zyskał większego wpływu na świat kultury, minimalnie skorygował układ sił na tym polu. Wielka kampania antyklerykalna różnych środowisk – od akcji „antypedofilskich” po film „Kler” – osłabiła efekt początkowej zmiany nastrojów w kierunku bardziej konserwatywnym. Możliwe, że Polacy są dziś odrobinę bardziej nieufni wobec dyrektyw płynących z Zachodu, możliwe też, że starcia ze środowiskami żydowskimi popychają różne środowiska w kierunku rządu. Ale straty mogą być tu równie bolesne jak zyski. Na dokładkę podgrzewanie nastrojów wokół tej tematyki grozi ekspansją skrajnej, całkiem nieobliczalnej prawicy.

Konserwator perpetuum mobile

PiS-owi jako najpewniejsza pozostaje sfera społeczno-gospodarcza, gdzie naturalnie odniósł kilka sukcesów. Jest nim zmniejszenie rozwarstwienia społecznego przy zachowaniu – na razie – względnej stabilności finansowej. Był to cel ważny dla wielu polityków PiS, w tym dla Kaczyńskiego. Wiązał też z rządem pokaźny elektorat.

Ostatnie przedwyborcze inicjatywy oznaczają jednak ewolucję tej polityki w kierunku rozdawnictwa na wielką skalę. Możliwe, że polskie finanse to wytrzymają, ale wyznacza to kierunek rozwoju na najbliższe lata. I oznacza przyznanie się do tego, że tylko za taką cenę PiS jest w stanie kupować sobie poparcie w innych sferach. Bez drenowania budżetu nie byłby go pewny. Ile w tym winy samej socjalnej prawicy, a ile zewnętrznych okoliczności, to inna sprawa.

W latach 30. amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt, na którego Nowym Ładzie Kaczyński trochę się wzoruje, był oskarżany, że tworzy „kulturę zasiłku” jako swoiste perpetuum mobile gwarantujące jego partii zachowanie władzy. W USA, kraju o skądinąd całkiem innym modelu społecznym, dużo bardziej wolnorynkowym, zatrzymano się na tej drodze. Jak będzie w Polsce?

Nawet gdyby Mateusz Morawiecki odziedziczył kiedyś po Kaczyńskim władzę nad partią i nad Polską, nie będzie mógł łatwo zejść z tego kursu. Choćby dlatego, że większość zaciąganych dziś wobec Polaków zobowiązań państwa ma charakter permanentny. Ani obecnej opozycji nie będzie łatwo ich w przyszłości ograniczyć, ani samemu PiS. Dawny prezes banku musi znać cenę takiego modelu. Ile jest w tej najnowszej ofensywie z niego samego? Małe fragmenciki, zresztą te najmniej konkretne, kiedy zapowiada obniżkę kosztów pracy czy poprawę infrastruktury.

Przypomnę raz jeszcze: Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina.

Mateusz Morawiecki sam sobie przyznał Czeławieka Roku, tak należy interpretować tę godną pożałowania nagrodę

26 Lu

„Sakiewicz wziął kasę ze spółek, kontrolowanych przez Morawieckiego, żeby dać nagrodę człowieka roku Morawieckiemu za to, że odpowiednio dużo kasy z kontrolowanych przez Morawieckiego spółek, trafia do Sakiewicza. Co to będzie za ból i żal za rok” – tak na Twitterze Tomasz Lis podsumował kolejną galę „Gazety Polskiej”.

Redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz wręczył premierowi już po raz drugi nagrodę „Człowieka Roku”. Poprzednio Morawiecki dostał ją w 2016 r. Na widowni Filharmonii Narodowej zasiadła cala pisowska „wierchuszka” z Jarosławem Kaczyńskim na czele.

Jeden z internautów umieścił zdjęcie zaproszenia na te imprezę z wymienionymi tamże sponsorami. – I ten Sakiewiczowy bankiecik w Filharmonii Narodowej z naszych pieniędzy… a nad ośmiorniczkami naród szlochał” – napisał Mikołaj Wróbelek.

„To samo, ale na większą skalę robią Bracia Karnowscy. Dają nagrody tym, którzy im dają kasę” – dodał prof. Wojciech Sadurski. – „Żenada, sami sobie przyznają nagrody, wysoko stawiają poprzeczkę, żaden kabaret tego nie przebije.”;

„Niech się bawią… na Titanicu też orkiestra grała do samego końca :)”; – „Brawo. Była taka gazeta Kraj Rad. Zdaje się, że ogłosiła Gierka jakimś tam człowiekiem” – komentowali inni internauci.

Prezydent Andrzej Duda, dokonując bezprecedensowego aktu ułaskawienia wobec byłego kierownictwa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, argumentował, że osoby walczące z korupcją powinny zasługiwać na specjalną ochronę. Nie miało dla niego znaczenia, że Mariusz Kamiński i jego koledzy, będąc funkcjonariuszami państwa polskiego, nadużyli prawa, kierując się nie walką z korupcją a politycznym celem uderzenia w koalicjanta Prawa i Sprawiedliwości. Nielegalna prowokacja w tzw. aferze gruntowej została surowo oceniona przez sąd, jednak prezydenta to nie przekonało. Jedynie kwestią czasu było pojawienie się narracji, że na podobny los i łaskę prezydenta RP zasługuje może nie do końca uczciwy (w końcu prawomocnie skazany), ale jednak kierujący się niewątpliwie szlachetnymi motywami (to nic, że z prawdopodobnie rosyjskiej inicjatywy) Marek Falenta, architekt afery podsłuchowej z 2014 roku. 

W maju minionego roku w tej sprawie prawicowe media zorganizowały nawet petycję do prezydenta Andrzeja Dudy, a gorliwym obrońcą i zwolennikiem wręcz orderu państwowego dla biznesmena jest jeden z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy prawicy, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz. To właśnie jemu Falenta dziękował “za ujawnienie prawdy” w sierpniu 2014 roku, a ten czynnie agituje na rzecz ułaskawienia bohatera pisowskich mediów. Dziś sprawa nabiera nowych barw, bowiem, jak informuje portal TVN24.pl, do Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy został właśnie wysłany oficjalny wniosek o ułaskawienie Marka Falenty złożony przez jego córkę. Sam biznesmen nie stawił się natomiast w areszcie karnym, gdzie po wielomiesięcznych przepychankach w sądach i próbach odroczenia odbywania kary z uwagi na względy zdrowotne miał w końcu trafić na początku lutego. Niezmiennie uważa, że jest niewinny, a skazanie go ma wymiar wyłącznie polityczny.

Policja rozpoczęła poszukiwania skazanego biznesmena, bowiem okazało się, że ten zniknął i nie wiadomo gdzie się konkretnie znajduje. Według ostatnich doniesień może znajdować się w jednym z zakładów psychiatrycznych, borykając się z problemami psychicznymi. Czy to wystarczy do tego, by głowa państwa przychyliła się do wniosku o ułaskawienie? Sprawy nie chce komentować na razie ani adwokat Marka Falenty, ani Kancelaria Prezydenta. Z informacji portalu wynika jednak, że do Pałacu Prezydenckiego wpłynęły dwie negatywne opinie w tej kwestii z sądów dwóch instancji. To jednak przecież nie musi być dla Andrzeja Dudy żadną wskazówką. Wszyscy przecież wiemy, że znaczenie afery taśmowej jest dla obecnego obozu władzy niebagatelne. Wielu wyborców z pewnością z radością przyjęłoby decyzję o wzięciu w obronę jej głównego pomysłodawcy.

Prezydent nie musiałby również zasadniczo męczyć się nad wymyślaniem tłumaczenia dla swojej decyzji. Marek Falenta współpracował przecież z funkcjonariuszami ABW i CBA, którym udostępniał nielegalnie zdobyte nagrania. Jak w toku śledztwa zeznawał Łukasz N., jeden z kelnerów w restauracji Sowa & Przyjaciele oraz Amber Room, któremu biznesmen zlecał zakładanie podsłuchów, Falenta mówił mu, że “jest blisko z PiS i że może zorganizować z prezesem Kaczyńskim spotkanie, i że te nagrania mogą pomóc PiS”. Działał tym samym w szeroko pojętym interesie państwa i partii rządzącej, a jako taki powinien otrzymać specjalne względy. I tak fakt, że po tylu latach od afery nadal nie znajduje się za kratkami, jest dostatecznym dowodem na to, że prawo i sprawiedliwość dla tego pana nie działają tak, jak wobec zwykłego Kowalskiego.

Prezydent podpisał ustawę o NBP, która ujawnia zarobki w Narodowym Banku Polskim. – Andrzej Duda po raz kolejny wykonał tylko polecenie prezesa PiS-u. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ważna jest przyjaźń z Adamem Glapińskim, ale ważniejsza jest wygrana w wyborach – komentuje Izabela Leszczyna z PO. Dodatkowo ustawa zakłada limity wysokości pensji. To według posłanki PO „niepotrzebna odpowiedzialność zbiorowa”. Jest za jawnością wynagrodzeń w administracji publicznej. Poza tym sąd nie zgodził się na zakaz publikacji w „Gazecie Wyborczej” dotyczących afery KNF, czego domagał się prezes Glapiński.

Ustawa o wynagrodzeniach w NBP podpisana

W poniedziałek prezydent podpisał ustawę o wynagrodzeniach w NBP. Nie sprawdziły się wcześniejsze przypuszczenia, że skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego.

Ustawa zakłada, że zarobki w Narodowym Banku Polskim będą jawne. Mają być publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej i objąć okres od 1995 roku. Dodatkowo wysokość pensji prezesa i wiceprezesa ma być taka sama jak w przypadku kierowniczych stanowisk w państwie. Wysokość pensji pozostałych pracowników banku centralnego ustalać będzie zarząd, ale będą miały górną granicę. Nie mogą przekroczyć 60 proc. pełnego wynagrodzenia prezesa NBP.

Przypomnijmy, temat zarobków w NBP wypłynął po doniesieniach „Gazety Wyborczej” dotyczących wysokich zarobków współpracowniczki prezesa Adama Glapińskiego – Martyny Wojciechowskiej. Według dziennika ma zarabiać 65 tys. zł miesięcznie. Do tej pory ta informacja nie została potwierdzona, a Adam Glapiński nie chciał zgodzić się na upublicznienie zarobków swojej współpracownicy. PiS postanowił złożyć ustawę, która prezesa do tego zobliguje.

„Ona w niczym nie pomoże, tylko nam przeszkodzi. Może się pojawić cały szereg problemów pracowniczych, ale damy sobie z nimi radę, jak z każdym innym problemem, niezależnie i samodzielnie” – tak Adam Glapiński mówił na konferencji prasowej 6 lutego, po tym jak ustawę przyjął Senat.

Prezydent wykonał polecenie. „Są rzeczy ważne i ważniejsze”

Posłanka PO nie ma wątpliwości, że nowe prawo tworzone jest na partyjne zamówienie. – Mamy do czynienia z niezwykle pazernym rządem i partyjnymi działaczami, których PiS rekomendował na wszystkie najwyższe stanowiska państwowe. Ci ludzie zachowują się niemoralnie i nieetycznie: rozdają nagrody, jak Beata Szydło; płacą ogromne pensje, jak Adam Glapiński; albo dopuszczają się propozycji korupcyjnych, jak szef KNF. I dlatego, że PiS wprowadził ludzi, którzy mają lepkie ręce, musimy tworzyć nowe prawo? To nie jest normalne – mówi wiadomo.co Izabela Leszczyna.

Dlaczego Andrzej Duda zdecydował się podpisać ustawę? – Po raz kolejny wykonał tylko polecenie prezesa PiS. Panowie się spotkali i Jarosław Kaczyński powiedział Adamowi Glapińskiemu: „patrz, Kazimierz Kujda był moim najbliższym współpracownikiem, ale już go nie ma”. Są rzeczy ważne i ważniejsze, ważna jest relacja z Glapińskim, ale ważniejsza jest wygrana w wyborach. Dla prezesa to gra o wszystko: jeśli PiS wygra, Polska stanie się partyjnym folwarkiem Kaczyńskiego, z ręcznie sterowanym Sejmem, rządem i wymiarem sprawiedliwości; jeśli przegra – całe zło, w tym ciemne pisowskie interesy i afery, wyjdą na jaw i będzie po PiS-ie- komentuje.

Posłanka opozycji w rozmowie z wiadomo.co przyznaje, że pensje pracowników NBP powinny być jawne, ale nie może być stosowana odpowiedzialność zbiorowa. – Adam Glapiński faworyzuje dwie panie, którym płaci więcej niż innym. I tylko dlatego nagle wprowadzamy ustawę, która zakłada górną granicę zarobków dyrektorów. Przecież tam powinni pracować eksperci najwyższej klasy, ludzie, którzy kreują politykę monetarną państwa. Po to, żeby ściągnąć z rynków wybitnych finansistów, trzeba zapłacić duże pieniądze. Jakaś pani wzięła ogromne pieniądze, a karę muszą ponieść wszyscy. Tylko PiS może robić takie rzeczy – mówi Leszczyna.

Poza tym, według Izabeli Leszczyny, to tylko kolejny element pisowskiego oszustwa: wszystko, co PiS robi w polityce, to jest jedna wielka wieś potiomkinowska. Będą udawać, że są uczciwi, rzetelni i zależy im na ludziach. Obietnice wyborcze są spełniane przed wyborami. Takiej korupcji politycznej, kupowanie ludzi za ich własne pieniądze jeszcze nie było.

Zakaz publikacji oddalony. Sąd zmiażdżył wniosek NBP

„Zakazanie Dominice Wielowieyskiej publikowania informacji na temat roli, jaką odegrał Adam Glapiński w aferze KNF, oznaczałoby uniemożliwienie wykonywania jej powinności dziennikarskich” – uznał Sąd Okręgowy w Warszawie, oddalając wnioski Narodowego Banku Polskiego.

Bank zażądał nałożenia przez sąd na dziennikarkę Dominikę Wielowieyską zakazu publikowania przez rok tekstów o prezesie Glapińskim, które mogłyby insynuować jego związek z aferą KNF. To nie wszystko – bank żądał również przeprosin oraz usunięcia z Internetu i wydań papierowych fragmentów opublikowanych tekstów, w których „sugerowano niezgodne z prawem działania organów NBP”.

W związku z taką decyzją poseł PO Krzysztof Brejza pyta, czy Adam Glapiński zwróci do Narodowego Banku Polskiego pieniądze, które zostały przeznaczone na walkę o zakaz publikacji.

Jak skutecznie walczyć o prawdę? – Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego – mówi prof. Paweł Śpiewak, socjolog i historyk idei, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego. – Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki? Tak twierdzi Isarel Katz, pełniący obowiązki szefa izraelskiego MSZ.

PAWEŁ ŚPIEWAK: To jest prymitywne uogólnienie, tak jakby powiedzieć, że wszyscy Żydzi szachrują. Nie ulega wątpliwości, że takie sformułowania są obraźliwe. Ciekawe byłoby pytanie, na ile przed wojną, w jej trakcie i po wojnie rozpowszechniane były postawy antysemickie i jak ulegał zmianie stosunek do Żydów przez ostatnie ponad 70 lat.

Przed wojną antysemityzm był postawą właściwie powszechną?
Możemy z całą pewnością powiedzieć, że przedwojenna Polska była bardzo silnie nasycona antysemickim językiem. Na początku był silnie związany z Narodową Demokracją, z czasem stał się powszechny także w obozach popiłsudczykowskich, aż w końcu lat trzydziestych zaczął przenikać do lewicy. W okresie międzywojennym miały miejsce rządowe szykany wobec Żydów: zakaz zatrudniania na stanowiskach administracyjnych, wykluczanie Żydów z wojska i policji, getta na terenie uniwersytetów. To było coś odczuwalnego.

Jak czytam prasę końca lat 30. XX wieku, to mam wrażenie, że w polskiej prasie panowała obsesja antysemicka.

A konkretnie?
Na przykład publikowane karykatury są nieprawdopodobnie zjadliwe i ostre, podobnie jak program polityczny. Żydom chciano odbierać prawa obywatelskie i tworzono programy usuwania z Polski różnymi metodami. Nie ulega wątpliwości, że to samo trwało podczas wojny, antysemityzm był bardzo silnie obecny. Nie oznacza to morderczych zachowań, ale Żydzi, którzy chcieli schronić się po stronie polskiej, nie mieli łatwego zadania, napotykali na mur co najmniej obojętności, a nawet wrogości. Liczba uratowanych Żydów po stronie nieżydowskiej była mała – mówimy o kilkunastu tysiącach uratowanych osób, w stosunku do trzymilionowego narodu żydowskiego. Nie może być mowy o masowym ratowaniu Żydów. Lata powojenne także obarczone były ogromnym antysemityzmem, z dużą ilością pogromów i jawną niechęcią, którą znajdziemy nawet wśród wykształconych osób. Tym bardziej, że Żydzi zaczęli obejmować ważne stanowiska rządowe, a Polacy nie byli na to przygotowani.

Trzy fale emigracji spowodowały, że antysemityzm pozbawił Polskę ostatnich Żydów. W tym sensie ciągłość kultury przestała istnieć.

Ale antysemityzm pozostał.
Jest o wiele mniejszy, niż przed wojną, ale jest. Pojawiła się też nowa grupa ludzi, tak zwanych anty-antysemitów, którzy świadomie walczą z antysemityzmem i są zaciekawieni kulturą żydowską. Ale i tak antysemityzm werbalny jest bardzo silny. W Internecie jest tego zdecydowanie za dużo.

Dlatego, że jest przyzwolenie ze strony rządzących na takie zachowania?
Do pewnego stopnia jest. Po pierwsze, żaden przedstawiciel ruchów nacjonalistycznych nie został skazany za głoszenie otwarcie antysemickich haseł. Polskie prawo karne nie jest po prostu stosowane. Po drugie, szereg prawicowych dziennikarzy i środowisk prasowych używa mniej lub bardziej ukrytej antysemickiej retoryki. Wiedziała pani, że gazeta „Do Rzeczy” chce przeliczyć ilość trupów w Jedwabnem? Jakby to miało rozstrzygnąć o sprawie. Takie zachowanie, nawet jeżeli nie jest szerzeniem antysemityzmu, to przynajmniej blokuje jakiekolwiek rozumienie stosunków polsko-żydowskich.

Prezes PiS na tzw. taśmach Kaczyńskiego mówi o panu „ostry żydowski profesor”. Zabolało to pana?
Nie, właściwie to mogę się tylko uśmiechnąć. Ale jednocześnie myślę, jakie skojarzenia idą za takim stwierdzeniem.

Przecież nikt nie powie ostry ormiański albo ostry polski profesor. To jest rodzaj rodzimych skojarzeń, które wpadają w ucho. Ale i tak jestem optymistą.

Naprawdę?
Przez ostatnie 30 lat dużo się zmieniło. Zaczęliśmy otwarcie mówić o problemie antysemityzmu w Polsce i odkrywać nowe wymiary prawdy historycznej. Powstały raporty na podstawie tzw. sierpniówek, czyli dekretów dotyczących kolaboracji z Niemcami, gdzie mowa jest o przejawach antysemityzmu i morderstwach na Żydach w czasie wojny; głośno mówi i pisze się o pogromach w Krakowie, Chełmie, Rzeszowie, Kielcach czy Dobrem; odkrywa się coraz więcej zorganizowanych mordów w miejscowościach wokół Jedwabnego, czyli w dawnym województwie łomżyńskim. To jest bardzo ważna zmiana, bo nie można już udawać, że tego nie było.

Niektórzy jednak udają albo zaprzeczają. Nie chcą dopuścić do siebie myśli, że byli też źli Polacy. To się nie zmieni?
To jest trochę mitomania, bo na co dzień ci sami ludzie będą bardzo źle mówili o swoich polskich sąsiadach. Z badań socjologicznych wynika, że żaden naród tak bardzo siebie nie lubi jak Polacy.

Stereotyp Polaka jest bardzo negatywny. Jeżeli chodzi o poziom wzajemnej nieufności, to Polacy wyprzedzają wszystkie kraje europejskie, a nawet Rosję. Na co dzień mamy o sobie bardzo złe zdanie, ale nie potrafimy przyznać, że skoro tacy jesteśmy dzisiaj, to byliśmy też w przeszłości.

W Izraelu widoczne i odczuwalne są nastroje antypolskie?
Oczywiście, ale bez przesady. Jak jeżdżę do Izraela czy spotykam się ze środowiskami żydowskimi, to widzę, że też coś się zmienia. Coraz mniej ludzi pamięta czasy wojenne, więc w przestrzeni funkcjonują przede wszystkim mity przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie wiemy, ilu Żydów zginęło z rąk Polaków, ale to nie była mała liczba. Dużo jest historii o szmalcownikach, którzy wykorzystywali strach Żydów. Czasami mam wrażenie, że część Żydów ma więcej złości w stosunku do Polaków niż do Niemców. Oczekiwania wobec współobywateli były bowiem większe, niż wobec jawnych wrogów.

Nie da się tak po prostu odciąć od przeszłości. Ale jak sobie z nią radzić?
Żydzi przyjeżdżają do Polski nie tylko w celach historycznych. Silna więź z Polską pozostała, zwłaszcza wśród ocalonych albo ich dzieci. Poza Ameryką to Polska była krajem, gdzie przed wojną było najwięcej Żydów, krajem ważnym dla kształtowania żydowskiej tożsamości, literatury, teatru, polityki i nagle stał się pustynią. To jest też problem psychologiczny dla nich samych.

Polska mimo wszystko pozostała ważna i chcę, aby nie była tylko nabzdyczona poczuciem dumy.

Kto jest nabzdyczony? Premier, który bojkotuje spotkanie Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie po słowach ministra obrony narodowej Izraela, a wcześniej premiera tego kraju?
Mateusz Morawiecki powinien moim zdaniem potraktować taką sytuację z większym zrozumieniem, nie ulegać tak łatwo emocjom i antysemickim tendencjom w Polsce. Zrobił to między innymi po to, aby pokazać, że jest twardy, nie pozwoli wodzić się za nos i mówić źle o Polakach. Powinien tam pojechać, porozmawiać i wytłumaczyć, że to słowa Katza są głupie i szerzą mowę nienawiści. Najłatwiej jest się obrazić. Lepiej jednak zachować podstawowe zrozumienie dla poczucia ludzkiej krzywdy. To jest naród bardzo skrzywdzony i jeszcze długo będzie żył z tym poczuciem.

Powinniśmy zrozumieć i wybaczyć słowa o tym, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”?
Wiele razy już słyszałem takie stwierdzenia. Jak pierwszy raz pojechałem do Nowego Jorku i trafiłem do dzielnicy żydowskiej, to

jak mówiłem, że jestem Polakiem, słyszałem, że to Polacy zabijali Żydów.

Jak pan reagował?
Spokojnie. Obrażanie się nie jest rozwiązaniem. Jedyną rzecz, jaką mogłem zrobić, to tłumaczyć, że to nie Polacy, a Niemcy. Niektórzy Polacy korzystali z okazji, ale trudno mówić o zbiorowej winie całego narodu.

Nie oczekiwałby pan przeprosin za takie słowa?
To jest tak kompromitujące dla ministra Israela Katza, ale niczego bym od niego nie oczekiwał. Takie rzeczy może mówić w domu, ale nie publicznie jako polityczne stwierdzenie.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu też miał powiedzieć podczas wizyty w Warszawie, że „Polacy kolaborowali z Niemcami”. Co prawda te słowa zostały zdementowane, ale nie przez samego premiera. Niesmak pozostał?
Premier Izraela powiedział tylko, że nie zadziałały przepisy nowej ustawy o IPN. I to jest przecież prawda.

Ta ustawa jest okropna, jest najgorszym rodzajem produktu, jaki w ogóle można sobie wyobrazić.

Dlaczego?
To jest produkt konfliktu, który nic nie załatwia. Wprowadzone przez władzę zapisy miały służyć ochronie dobrego imienia Polaków, a dzięki tej ustawie nagle cały świat dowiedział się o „polskich obozach śmierci”. Trzeba być kompletnym politycznym niezdarą, żeby coś takiego wykombinować. Próby nałożenia jakiegokolwiek kagańca prowadzą donikąd, w cywilizowanym świecie tak się nie robi. Dobrze, że przynajmniej z zapisów o penalizacji za oskarżanie narodu polskiego rząd się wycofał.

Po awanturze związanej z wypowiedzią Benjamina Netanjahu PiS zapowiedział, że będzie chciał przyjąć w Sejmie uchwałę dotyczącą odpowiedzialności za Holocaust. Ostatecznie się z tego wycofał. Dobra decyzja?
Tak, bo to byłaby próba załatwienia problemów historycznych metodami politycznymi. Taka uchwała i tak nie byłaby nic warta.

Jak skutecznie walczyć o prawdę?
Po prostu mówić prawdę – byli ludzie, którzy ratowali i pomagali Żydom, ale byli też tacy, którzy tego nie robili. Wie pani co jest największym problemem stosunków polsko-żydowskich? Samotność w śmierci narodu żydowskiego.

Co ma pan na myśli?
Są trzy etapy stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny: od września 1939 roku do zamykania Żydów w gettach, gdzie Polacy i Żydzi jeszcze żyli razem, ale już stosowana była wobec nich przemoc, między innymi ze strony polskich chuliganów; potem ok. 2 lat funkcjonowania gett w większych miastach, totalna izolacja Żydów i oglądanie śmierci – 90 proc. zginęło w całkowitej obojętności albo przy niewiedzy Polaków, co się tak naprawdę działo; ostatni etap to koniec 1942 i początek 1943 roku, czyli likwidacja gett i czas ucieczek, ale wtedy już Żydów w Polsce właściwie nie było.

Dlaczego Polacy nie udzielali Żydom tak szeroko pomocy? Zapewne dlatego, że nie chcieli, że się bali, inni może nie wiedzieli, jak pomóc. Musimy o tym wszystkim myśleć w całkowitej złożoności, nie możemy upraszczać.

Czyli chodzi panu o samotność Żydów w obliczu śmierci?
Żydzi jak patrzyli na Warszawę po drugiej stronie murów, to mieli poczucie, że to jest wolny kraj. Z ich perspektywy tam toczyło się w miarę normalne życie. A okazało się, że w środku tego miasta można było zamordować 300 tysięcy ludzi. Ktoś w Warszawie o tym myślał?

Ma pan pretensję o taką obojętność?
Mam raczej pretensję o to, że Polacy teraz tego nie rozumieją, nie umieją poczuć się Żydem w lipcu 1942 roku, w dniach deportacji do Treblinki. Nie rozumieją, co to znaczy być w sytuacji nieprawdopodobnej paniki, strachu, czuć się jak zwierzyna, która za chwilę będzie upolowana. Dla mnie to jest po prostu brak zwykłej empatii. Ale to wymaga długiej pracy, nikt się tego nie nauczy w trzy minuty.

Jak teraz reagować na przejawy antysemityzmu?
To jest zasadniczo problem mowy nienawiści, którą traktuję jako przejaw prostactwa. Dlatego można tylko robić swoje. Są różne warsztaty, szkolenia i taka droga jest bardzo ważna. Rządzący niestety przyzwalają na taki język, co najmniej nie reagują, ale także produkują.

Jacek Kurski ze swoją fabryką nienawiści jest liderem propagandy. Odpowiedzialność moralna i polityczna za to jest po stronie partii rządzącej.

W czym taka propaganda nienawiści ma rządzącym pomóc?
To jest język skierowany do własnego elektoratu, tworzenie obozu, który broni się przed czyhającym na świecie złem. Chodzi o ugruntowywanie pozycji własnej formacji politycznej, która staje się także formacją duchową i światopoglądową. Ja to określam jak połączenie zideologizowanego katolicyzmu z nietolerancyjną postawą. To jest żywienie się prostactwem i jego uszlachetnianie. Im głupiej, tym lepiej, dlatego zależy wielu propagandzistom na ogłupianiu ludzi. I to jest największa zbrodnia np. Jacka Kurskiego.

To jest człowiek, który za to, co robi, powinien stanąć kiedyś przed sądem. Wszystko zaczęło się już wcześniej, od „dziadka z Wehrmachtu”, którego wypominał Tuskowi. Obrzydliwiec! Potomek Gaona z Wilna powinien inaczej się zachowywać.

Obawia się pan o przyszłość Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN? Przypomnę, minister kultury nie przedłużył kontraktu obecnemu dyrektorowi.
Na razie nie panikuję. Ten konflikt nie jest dla władz dobry, bo to jest sprawa międzynarodowa. Muzeum powstało między innymi dzięki olbrzymim dotacjom amerykańskich Żydów. Narzucanie swojego nominata wbrew wszystkim zakończy się straszną awanturą.

Minister chce narzucić swojego nominata?
To, że obecna władza nie lubi dyrektora Stoli, nie ma żadnej wątpliwości. Władze zgodziły się na konkurs na stanowisko dyrektora POLIN, który w ciągu dwóch miesięcy będzie rozstrzygnięty. Jest nieźle.

Dlaczego jest na cenzurowanym? Naraził się wystawą dotyczącą Marca ’68?
Ta wystawa była bardzo skromna i prosta, ale niestety trafiła akurat na zły czas, czyli dyskusję wokół zmian w ustawie o IPN. Wtedy wiele głosów w propagandzie pisowskiej zabrzmiało znajomo. Okazało się, że te same słowa i pojęcia pojawiały się wtedy i dzisiaj. Dlatego pojawiły się na niej wypowiedzi nabzdyczonych prawicowych dziennikarzy.

Próba przejęcia Muzeum POLIN napotka społeczny opór?
Ta ekipa władzy stara się zbudować nową elitę muzealniczą, kulturalną, filmową, wspiera prawicowe pisma i prawicowych twórców. Jak to robią? Wymieniają dyrektorów placówek i wprowadzają nowych ludzi. Dotuje się chętniej środowiska katolickie, konserwatywne, a nie lewicowe czy liberalne. Pozostają ci, którzy są ostrożniejsi w wypowiadaniu się w różnych kwestiach.

Większy i mniejszy oportunizm szybko się rozpowszechnia.

Dlaczego władzy tak bardzo zależy na przejmowaniu instytucji kultury?
Kto panuje nad duszami, ten panuje nad krajem. Wie pani, że w podręcznikach do szkół podstawowych w ogóle nie ma słowa Żyd? Naprawdę. W taki sposób chcą kształtować pewną mentalność, tworzyć alternatywną wizję historii, świadomie budować nowego Polaka. Mają w swoim ręku telewizję publiczną, oświatę. Mają liczne narzędzia, by realizować swoją kontrofensywę antyliberalną i antymodernistyczną.

Partia rządząca najwyraźniej gra va banque o wybory, nie przejmując się tym, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości. To bardzo niebezpieczne działanie – mówi prof. Witold Orłowski, ekonomista. – Zaczynam podejrzewać, że czeka nas prędzej czy później podniesienie podatków i inflacji, która też jest rodzajem cichego podatku. Zresztą podniesienia się inflacji oczekuję już w drugiej połowie tego roku. Potem zaczną się kłopoty z domknięciem budżetu, UE wprowadzi procedury nadmiernego deficytu, żądając podwyższenia podatków. Takie działanie w momencie spowolnienia gospodarki doprowadzą do czegoś odwrotnego, niż to, z czego rządzący byli dumni przez ostatnie 3 lata. Wzrost podatków będzie znacznie wolniejszy od wzrostu PKB, luka VAT znów wzrośnie – prognozuje nasz rozmówca.

KAMILA TERPIAŁ: PiS proponując w sobotę „piątkę Kaczyńskiego” przeprowadza gigantyczną operację kupowania głosów wyborców?

PROF. WITOLD ORŁOWSKI: To raczej nie ulega wątpliwości. Jako ekonomista mogę się tylko domyślać, że jest to przejaw strachu z powodu utworzenia Koalicji Europejskiej i pojawienia się nowej partii, czyli Wiosny Roberta Biedronia. Wygląda to tak, jakby rządzącym puściły nerwy i pewne ograniczenia świadomości, za jaką cenę można kupować głosy wyborców. Przecież jak się wygra wybory, to później jeszcze trzeba przez 4 lata rządzić, a konsekwencje takich wydatków, jakie obiecuje PiS, mogą być długookresowe i sprawić, że przyszłość nie będzie wesoła.

Ten, kto będzie rządzić, może mieć już poważne problemy ze spłacaniem zaciąganych w tej chwili długów.

40 miliardów złotych to dużo czy bardzo dużo?
Tyle warte są tyko dwie z tych obietnic, czyli 500 Plus na każde dziecko i 13. emerytura. Mowa była jeszcze, ale w bardzo niejasny sposób i bez konkretów, o obniżeniu podatku dochodowego, wzroście kwoty wolnej od podatku,czy podniesieniu kosztów uzyskania przychodu. O ile? W tym wypadku nie wiadomo. To mogą być koszty idące w kilka, ale również w kilkadziesiąt miliardów złotych. Ale jest jeszcze drugi bardzo poważny problem – takie obietnice są zachętą dla sfery budżetowej do żądania podwyżek płac. Tam i tak już buzuje, do tej pory rząd starał się uspokajać i tłumaczyć, że

czasy, kiedy „stać nas na wszystko”, się skończyły. Ale w tym momencie widzą, że rząd stać na wydanie lekką ręką kilkudziesięciu miliardów złotych. Jestem przekonany, że w tym roku to może bardzo ożywić żądania płacowe.

Nauczyciele są właściwie na krawędzi strajku. Źle dzieje się także w służbie zdrowia. Dlaczego rząd nie zwraca na to uwagi?
Tak naprawdę, jakby rząd chciał uczciwie wydać 30-40 miliardów złotych i rozwiązać podstawowe problemy społeczne, to należałoby je przeznaczyć na służbę zdrowia, zresztą wcale nie na podwyżki płac. To, że pracownicy sfery budżetowej oczekują podwyżek, wynika z faktu, że płace rosną w gospodarce, to zupełnie inna kwestia. Widać wyraźnie, że w kąt poszły pomysły o tym, że pieniądze powinny służyć inwestowaniu.

W odróżnieniu od tego, co słyszeliśmy przez ostatnie lata, nie padło ani słowo o modernizacji czy o inwestycjach, chodzi tylko o proste i szybkie przekazanie gotówki do ręki. Jakby zainwestowało się w służbę zdrowia, to zanim będą widoczne efekty, minie czas wyborów.

„Gdybyśmy chcieli sfinansować każde dziecko w Polsce, to koszt programu 500 Plus by się niemal podwoił, a na to nas nie stać” – tak zaledwie kilka miesięcy temu mówiła minister pracy Elżbieta Rafalska. Nagła zmiana? 
No właśnie. Rząd zaczynał już jakiś czas temu mówić, że więcej pieniędzy w budżecie nie ma. Sytuacja jest jednak gorsza, niż się wydaje. Dotąd bez wzrostu deficytu pieniędzy na wszystko wystarczyło, ale działo się to w warunkach wyjątkowej koniunktury gospodarczej, która nie jest do utrzymania przez dłuższy czas. Nawet gdyby nie było dodatkowych wydatków, sytuacja budżetu ulegnie wyraźnemu pogorszeniu tylko z powodu spowalniającej gospodarki. Być może już w tym roku, a z całą pewnością w przyszłym.

Jaki będzie stan budżetu z dodatkowymi wydatkami?
Takie wydatki technicznie uda się zapewne jeszcze w tym roku ukryć, nawet gdyby dochody państwa szybko nie rosły. Emerytury wypłaca ZUS, wystarczy więc nakazać, żeby to on zaciągnął kredyt, a nie bezpośrednio budżet. Na dłuższą metę oczywiście za długi ZUS-u odpowiada państwo.

Rząd zapewne będzie używać takich trików, które pozwolą na to, aby nie nowelizować budżetu. Działania, które powodują odłożenie problemu w czasie, są jednak bardzo niebezpieczne. To samo widzieliśmy przy okazji wzrostu cen energii. Rząd przełożył to o rok po to, żeby ludzie nie zobaczyli wyższych rachunków za prąd, z pełną świadomością tego, że później ceny wzrosną podwójnie.

Mamy do czynienia z polityką, która nie liczy się zupełnie z tym, co będzie po wyborach. Zaczynamy wchodzić na niebezpieczną ścieżkę. Budżet w tym roku jest w stanie wiele wytrzymać. Ale czy w przyszłym już nie pęknie?

Co to może oznaczać?
Duże kłopoty budżetowe to koniec opowieści o tym, że mieścimy się w 3 proc. deficytu PKB. Zaczynam podejrzewać, że czeka nas prędzej czy później podniesienie podatków i inflacji, która też jest rodzajem cichego podatku. Zresztą podniesienia się inflacji oczekuję już w drugiej połowie tego roku. Potem

zaczną się kłopoty z domknięciem budżetu,

UE wprowadzi procedury nadmiernego deficytu, żądając podwyższenia podatków. Takie działanie w momencie spowolnienia gospodarki doprowadzą do czegoś odwrotnego, niż to, z czego rządzący byli dumni przez ostatnie 3 lata. Wzrost podatków będzie znacznie wolniejszy od wzrostu PKB, luka VAT znów wzrośnie.

PiS gra va banque?
Partia rządząca najwyraźniej gra va banque o wybory, nie przejmując się tym, jak będzie wyglądała sytuacja w przyszłości. To bardzo niebezpieczne działanie.

Prezydent podpisał ustawę o jawności wynagrodzeń w NBP. Powinny być jawne? Dowiemy się w końcu, kto i ile zarabia w Narodowym Banku Polskim?
Lepiej, żeby dochody w NBP nie były jawne, poza ścisłym kierownictwem. Mówimy w końcu o zatrudnianiu ludzi z rynku, którzy równie dobrze mogliby pracować w bankach, więc trzeba im zaoferować rynkowe wynagrodzenia. Ale po pierwsze, można żyć i z jawnością dochodów w całej sferze publicznej, choć może to zachęcać do populizmu. A po drugie, skoro nie było jak skłonić prezesa NBP do zdradzenia, ile zarabiają dwie panie, być może znacznie przepłacane w stosunku do kwalifikacji, więc politycy nie znaleźli innego sposobu, niż ustawa.

Kaczyński stanowi bezprawie

26 Sty

Według regulaminu Sejmu każdy poseł ma obowiązek nie tylko zawiadamiać o swojej nieobecności podczas głosowania, ale także ją pisemnie usprawiedliwiać przed Marszałkiem Sejmu bądź przewodniczącym komisji.

W przypadku braku usprawiedliwienia posłowi obniża się uposażenie.

Do zapisów w regulaminie stosują się wszyscy oprócz jednego posła, który zdaje się zasiadać w ławie sejmowej na specjalnych warunkach.

Jak ustalili dziennikarze fakt.pl w obecnej kadencji Sejmu odbyło się 7068 głosowań z czego poseł Jarosław Kaczyński nie uczestniczył aż w 1674 głosowaniach.

Niestety, nie ma usprawiedliwień tych nieobecności, ale też najważniejszy poseł PiS nie figuruje na liście potrąceń za nieusprawiedliwione nieobecności. Kto zatem wytłumaczył prezesa? Kto zapłacił za jego absencję? A może należy przyjąć zasadę znanego przysłowia, że co wolno „prezesowi”, to nie tobie……

Piotr Gliński daje nogę, boi się odpowiedzialności za niszczenie tradycji. Oj, beknie koleś, beknie

24 Sty

Tego jeszcze nie „grali”. Wicepremier, szef resortu kultury Piotr Gliński, podczas czwartkowego programu „Poranna rozmowa w RMF FM”, nie chcąc odpowiedzieć na trudne pytanie, zerwał z siebie osprzęt nagłaśniający i zwyczajnie uciekł ze studia.

Poszło o zmniejszenie dotacji dla Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku.

Gdy dziennikarz zapytał o to, co stało się z niemal połową obiecanych Europejskiemu Centrum Solidarności pieniędzy i jaki jest powód ich zabrania,  Gliński oznajmił w pierwszym momencie, że nie będzie odpowiadał na takie pytanie. Jakby to miało jakikolwiek związek przyczynowo skutkowy zasłonił się  morderstwem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Prowadzący nie dał się jednak tak łatwo zbyć i dalej drążył temat zmniejszonej dotacji, czego wicepremier już nie wytrzymał i po prostu się obraził, po czym opuścił studio.

Minister musiał być bardzo spięty, bo „wyleciał mu z głowy” całkiem dobry przykład, jaki dał mu jego zastępca Jarosław Sellin. Nie salwował się ucieczką, tylko w telewizji wPolsce odpowiedział na to samo pytanie rzeczowo, choć pokrętnie. Wyjaśnił tam podział przyznawanych pieniędzy między MKiDN, prezydenta Gdańska oraz marszałka województwa pomorskiego.

Prowadzący czwartkowy program „Poranna rozmowa w RMF FM”- choć kojarzony z prawicą – nie jest ulubionym rozmówcą dla polityków partii rządzącej. Zdanie o nim ma nawet Krystyna Pawłowicz, która co prawda nigdy nie dała zaprosić się do studia RMF FM, ale z chęcią krytykuje dziennikarza na Twitterze.

Piotr Gliński o swoim histerycznym zachowaniu w studiu RMF FM

Przejawem najwyższej hipokryzji jest ton w jakim szef resortu kultury, wicepremier  Piotr Gliński, wyjaśnia na Twitterze swoje histeryczne zachowanie, podczas rozmowy z dziennikarzem na antenie RMF FM.

„Na rozmowę z red. Mazurkiem zgodziłem się tylko pod warunkiem nieporuszania tematów w jakichkolwiek sposób związanych z tragiczną śmiercią prezydenta Pawła Adamowicza. Uważam, że wymaga tego okres żałoby” – napisał Gliński.

W następnym wpisie dodał, że po wydarzeniach z Gdańska potrzeba ciszy i spokoju, a nie „młócki medialnej”. „Redaktor dał słowo. A następnie je złamał na antenie. To widocznie było dla mnie za wiele”… – dodał  nie dość przekonująco szef resortu kultury.

Naprawdę panie wicepremierze ? Taki pan wrażliwy panie ministrze?

Bo jaki związek ma obcięcie obiecanej kwoty dla ECS ze śmiercią Pawła Adamowicza i z żałobą po byłym prezydencie Gdańska?  A może jednak coś w tym jest…

„Korekta finansowa” miała miejsce jeszcze w październiku minionego roku. Z dzisiejszej perspektywy obcięcie finansów można traktować  jako element nacisków, szykan, nagonki  i zabijania słowem  – o czym dość obszernie mówiła we wstrząsającym wywiadzie dla TVN24 małżonka byłego prezydenta Gdańska – pani Magdalena Adamowicz.

Jeśli tak spojrzeć na zachowanie pana wicepremiera – można się nie dziwić irytacji oraz niechęci do podejmowania tego tematu.