Tag Archives: Arkadiusz Myrcha

PiS szabruje naszą wspólną kasę

25 Czer

Zapewne zdecydowana większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie ma zielonego pojęcia o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego to prawdopodobnie najbogatsze ugrupowanie w polskiej polityce. Osoby z otoczenia prezesa PiS ponoć od lat zarządzają gigantycznymi środkami, pochodzącymi w dużej mierze z uwłaszczenia się na majątku komunistycznym. Wygrana w 2015 roku, dająca Zjednoczonej Prawicy samodzielną większość w parlamencie i możliwość samodzielnego przejęcia kontroli nad kasą państwowych spółek, agencji i instytucji tylko tę hegemonię finansową miała wzmocnić. Opisywany dziś przez “Gazetę Wyborczą” systemowy mechanizm drenowania ich z publicznych pieniędzy ma być tej ogromnej przewagi najlepszym przykładem. Wystarczy odnotować, że choć PiS dysponuje ogromnym majątkiem własnym i otrzymuje subwencję z budżetu państwa, olbrzymią i bardzo drogą kampanię wyborczą przed wyborami samorządowymi jesienią 2018 roku sfinansowało bez udziału żadnej złotówki z partyjnej kasy.

Kto zatem za nią zapłacił? Otóż, wykorzystując nieco kulawe przepisy oraz wdzięczność za możliwość wzbogacania się przez „miernych, biernych, ale wiernych” w spółkach z udziałem Skarbu Państwa, PiS tylko w ciągu dwóch miesięcy kampanii wyborczej miał uzyskać od nich 21 milionów złotych, z czego okrągły milion trafić miał prosto od nominatów partyjnych w zarządach SSP. Dokładną listę przedstawia Gazeta Wyborcza na swoich łamach.

Ustalenia te wywołały oczywiście olbrzymie oburzenie polityków opozycji, którzy wprost mówią o ściąganiu haraczu z osób pełniących kierownicze funkcje w SSP.

Problem jednak w tym, że takie działanie pozostaje legalne, a biorąc pod uwagę fakt, iż to Prawo i Sprawiedliwość w wyłączny sposób decyduje o kierunku ewentualnych zmian w prawie, raczej się to nie zmieni. To z kolei oznacza, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest w stanie z dużą łatwością wysupłać dziesiątki, jeśli nie setki milionów na kampanię wyborczą w rozmiarach, której w Polsce jeszcze nie widzieliśmy. Będzie ona również wspierana przez media narodowe, realizujące w 100% interes partyjny, będące transmiterem partyjnych przekazów do “ciemnego ludu”, także finansowane przecież całkowicie z pieniędzy publicznych, nie partyjnych.

Budowany przez Jarosława Kaczyńskiego system do żywego przypomina standardy wschodnie, które najwyraźniej są bardzo bliskie liderowi partii rządzącej. Armia posłusznych trutni od odwalania czarnej roboty, premierzy czy ministrowie, którzy są gotowi rezygnować z prestiżowych funkcji komisarza w UE, byle tylko nie uniezależnić się od woli wielkiego wodza. Aż strach pomyśleć, jak bardzo ten system się rozszczelni i załamie, gdy Jarosława Kaczyńskiego w polskiej polityce zabraknie. Oby wówczas było jeszcze z czego zbierać. Bo póki co perspektywy są bardzo pesymistyczne.

.

Publicyści i politycy szeroko komentują postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. pisowskiej ustawy o Sądzie Najwyższym.

Rząd polski przegrywa w TSUE. Trybunał w Luksemburgu orzekł, że przepisy wprowadzone przez Polskę w lipcu 2017 roku dotyczące obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego są sprzeczne z prawem Unii. Mimo że rząd zdecydował się na zmianę niektórych przepisów nowelizacji, KE nie wycofała wniosku z TSUE.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok i stwierdził, że polski rząd złamał unijne prawo. Skargę wniosła Komisja Europejska po tym, jak rząd wprowadził kontrowersyjne przepisy, na mocy których wiek przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego został obniżony do 65 lat.

Po wniesieniu skargi do TSUE  rząd PiS-u zdecydował się na wycofanie kontrowersyjnych przepisów, jednak Komisja Europejska nie wycofała sprawy z Trybunału.

– Od samego początku było wiadomo, że ta sprawa będzie wielką porażką rządu PiS. Nie było i nie ma żadnej reformy wymiaru sprawiedliwości. Po „skoku” na TK i umieszczeniu tam 3 sędziów dublerów PiS chciał zawłaszczyć SN – mówi nam były minister sprawiedliwości Borys Budka i dodaje: – Dzięki TSUE i dzięki temu, że jesteśmy w UE, ta operacja się nie powiodła.

– Mamy wyrok TSUE. Pierwszy, historyczny i symboliczny dla walki o zachowanie w Polsce praworządności. Po nim będą następne. Już za 3 dni opinia rzecznika generalnego w sprawie neo-KRS. Wyroki TSUE w kompleksowym ujęciu pozwolą odbudować rządy prawa. To wielki sukces – skomentował orzeczenie Trybunału mecenas Michał Wawrykiewicz, który reprezentuje sędziów SN w sprawie pytań prejudycjalnych przed TSUE.

Przypomnijmy, że to tylko jedna z 5 spraw toczących się w sprawie Polski przed TSUE.

Sędziowie muszą być niezależni od władzy

W orzeczeniu Trybunał tłumaczy, że wprowadzone przez PiS nowe przepisy naruszają zasadę nieusuwalności sędziów. Zakwestionowali także specjalne prawo przyznane prezydentowi, który mógł wskazywać, kto pozostaje na stanowisku, a kto z sądu musi odejść.

W orzeczeniu podkreślili, że przy podejmowaniu decyzji prezydent nie byłby związany żadnymi kryteriami, a jego decyzja nie jest przedmiotem kontroli sądowej.

Trybunał przypomniał, że choć organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do państw członkowskich, to kraje UE muszą poruszać się w granicach prawa Unii i dotrzymywać zobowiązań z płynących z niego.

Trybunał przypomniał, że Karta Praw Podstawowych UE mówi o zapewnieniu skutecznej ochrony sądowej w dziedzinach objętych prawem UE, a żeby Sąd Najwyższy mógł zagwarantować taką ochronę, musi być niezależny.

W konsekwencji decyzją sędziów TSUE Polska została obciążona kosztami postępowania. Wyrok jest ostateczny, oznacza koniec sprawy przed TSUE i nie ma już środków odwoławczych.

Nielegalne działanie rządu

– Wyrok TSUE to punkt zwrotny dla oceny prezydentury Andrzeja Dudy. Już nie „kasta ze stanu wojennego”, ani „krzykacze” z opozycji, lecz obiektywny zewnętrzny trybunał stwierdził, że nie tylko nie wypełnił on swojej roli strażnika Konstytucji, ale wspierał i legitymizował bezprawie – skomentował na Twitterze Tomasz Siemoniak, wiceprzewodniczący PO.

Takie rzeczy, jakie dzieją się w polskich mediach rządowych w BBC są niewyobrażalne – mówi dziennikarz BBC Maciej Czajkowski w rozmowie z Magdą Jethon  

Magda Jethon: – Przez dwadzieścia lat mieszkałeś w Wielkiej Brytanii, studiowałeś tam dziennikarstwo. Potem podjąłeś pracę w BBC i BBC News. Miałeś różnego rodzaju sukcesy, łącznie z nominacją do Oscara za krótkometrażowy film. No i pewnego dnia wpadłeś na pomysł, żeby przyjechać do Polski i zatrudnić się w TVP. Twoja przygoda z telewizją trwała niecałe 5 lat, „dobra zmiana” Cię wymiotła. Spodziewałeś się tego?

Maciej Czajkowski: – Do Polski przyjechałem ze względów rodzinnych, z zamiarem krótkiego pobytu. Nie starałem się o pracę w TVP, szczęśliwie ktoś mnie zauważył i zapytał, czy chciałbym wykorzystać w niej swoje doświadczenie i wiedzę. No i zostałem. Znałem Telewizję Polską i Polskie Radio z czasów PRL-u, ale wierzyłem, że wszystko, jak trzeba, można zmienić.

Czy na początku tej przygody z TVP robiłeś porównania, myślałeś – w BBC zrobilibyśmy to inaczej?

Tak, na początku porównywałem, ale szybko, żeby nie zwariować, musiałem przestać.  Próbowałem znaleźć inną, trzecią drogę. W końcu zobaczyłem, że nie da się wielu rzeczy, które są w Wielkiej Brytanii, przeszczepić do Polski, bo tu jest zupełnie inna kultura polityczna. Inna jest też świadomość obywateli.

A my Polacy mamy poczucie, iż należymy do zachodu, czyli jesteśmy tacy sami jak oni…

Nie, nie jesteśmy tacy sami.

Dlatego pewnie zaskoczyła mnie Twoja opowieść o brytyjskim polityku, który zamieszkał obok Twojego domu.

Tak, to był Peter Mandelson. Musiałem o tym poinformować moich szefów w BBC. Oni natychmiast – o czym sam wiedziałem – przypomnieli mi, że nie mogę utrzymywać z nim prywatnych kontaktów, no i oczywiście tym bardziej nie wolno mi tego wykorzystywać w pracy zawodowej. Zresztą takie sytuacje reguluje kodeks BBC.

Co na to sąsiad? Zagadywał Cię, podchodził do płotu?

Trzeba wiedzieć, że stosunki dobrosąsiedzkie w Wielkiej Brytanii w sposób naturalny są bardzo ciepłe. Mówimy sobie po imieniu, pomagamy w różnych sytuacjach, jeśli jest grill, to zapraszamy się wzajemnie. Moja sytuacja musiała być inna. Poruszyłem ten temat z Peterem Mandelsonem, powiedziałem mu, że mam taki problem związany z pracą, a on mi na to: ty nie musisz mi tego mówić, bo ja bardzo dobrze o tym wiem. I tak dotrwaliśmy do końca.

No to co pomyślałeś, kiedy dowiedziałeś się, że u nas w Polsce na charytatywny bal dziennikarze zapraszają polityków?

To był dla mnie szok. Nie tylko polityków, ale i świat biznesu. Idealne miejsce do budowania wszelkich układów korupcyjnych. Nigdy nie byłem na tym balu i głośno tę sytuację krytykowałem. Od pewnego czasu, wiem, że przychodzą na ten bal już tylko dziennikarze. Mam nadzieję, że mój głos miał wpływ na tę zmianę. Muszę jednak przyznać, że przerażają mnie w Polsce prywatne kontakty dziennikarzy z politykami. Nie ukrywam, że ja też znam kilku polityków prywatnie i to jest niedobre ze względu na moją wiarygodność i bezstronność. To zawsze może mieć wpływ na pracę, bo jesteśmy tylko ludźmi.

Co powiedzieliby dziennikarze BBC o rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, która odbyła się w „Pytaniu na śniadanie” w TVP2 i to podczas kampanii?

Taka rozmowa w BBC byłaby niemożliwa. Ona złamała wszelkie reguły związane z misją, z wartościami, z zawodem dziennikarza mediów publicznych. No, ale trzeba pamiętać, że w Polsce obecnie media publiczne to są media rządowe. Media publiczne na świecie mają inne zadania. Oczywiście w BBC możemy prowadzić rozmowę, w której poruszane są wątki trochę bardziej prywatne, dotyczące polityka,  jednak to musi być jedynie niewielki dodatek do meritum, a nie główny powód spotkania. Naszym zadaniem jest weryfikować różne zdarzenia, zadawać trudne pytania – co zresztą przez polskich polityków traktowane jest jako atak – a nie „miziać się” na oczach dużej publiczności.

W jakimś sensie wybranej publiczności…

Powiedziałbym raczej tej wykluczonej. Ostatnio przejeżdżałem przez polską wieś i obserwowałem, jakie anteny mają ludzie na dachach. W ogromnej większości są to anteny do odbioru telewizji naziemnej, czyli rządowej. W związku z tym polska wieś oglądając jednostronny przekaz jest wykluczona. Jej mieszkańcy mają katalog tylko kilku programów, a większość z nich to kanały telewizji rządowej. Będąc wykluczeni, nie mają własnego zdania. Oni postrzegają świat według Jacka Kurskiego. Pomyślałem więc, że fajnie by było taką małą społeczność, wieś czy gminę, wyposażyć w anteny satelitarne i nie mówiąc im, co mają oglądać, dać im dostęp do innych kanałów. Niech oglądają nie tylko newsy, ale i programy life stylowe czy przyrodnicze. Eksperyment polegałby na tym, że na początku dostaliby konkretny zestaw pytań i ten sam zestaw na końcu badania. Można by wtedy zaobserwować, jak się zmienia ich postrzeganie świata, nie tylko polityki, ale też życia społecznego, kultury czy tolerancji.

Próbujesz ten pomysł realizować?

Pracuję z dwoma socjologami i innymi naukowcami, na razie nie chcę zdradzać nazwisk. To jest eksperyment, być może pierwszy na skalę światową, który może pokazać, jak media wpływają na postrzeganie świata. Co ciekawe – wspieraniem tego eksperymentu nie są zainteresowane w Polsce ani osoby, ani firmy, czy NGOS-y, ale organizacje zagraniczne, np. amerykańskie i niemieckie. Tylko tyle mogę powiedzieć.

Czy to znaczy, że praca dziennikarzy wolnych mediów to dziś w dużej mierze „para w gwizdek”?

Dziennikarze tzw. wolnych mediów wykonują ogromną i ważną robotę. Jednak problem polega na tym, że wyniki ich prac, ich artykuły czy audycje nie docierają do szerokiej publiczności. Powtarzam, ogromna część polskiego społeczeństwa jest wykluczona. I to jest poważny problem. Dotyczy on zresztą nie tylko spraw politycznych. Chodzi również między innymi o kształtowanie gustu. Prosty przykład: dzięki telewizji publicznej popularną gwiazdą Brytyjczyków jest Adele, nasza telewizja „publiczna” wylansowała Zenka Martyniuka.

Wysokie standardy BBC są dowodem na to, że media publiczne mogą cieszyć się ogromnym szacunkiem. W Polsce media publiczne są raz lepsze, raz gorsze w zależności od tego, kto rządzi…

Przekleństwem Polaków jest to, że w mediach publicznych brak jest stałych regulacji, a jak wiadomo, prawo ustalają politycy. Niestety, wszyscy wiemy, że przy obecnej świadomości polityków i społeczeństwa, konieczne i fundamentalne zmiany w tych mediach mogą być niemożliwe.

Powszechnie wiadomo, że prawie każdy Brytyjczyk wie, jaka jest misja mediów publicznych. W Polsce większość ludzi mówi: a po co nam media publiczne…

Uważam, że od prawie czterech lat nie mamy mediów publicznych. Wszystkich  przeciwników i krytyków tych mediów pytam dziś: jesteście teraz zadowoleni? Czy jesteście zadowoleni, że media publiczne zostały uprowadzone przez polityków, przez rząd, że indoktrynują ludzi, że wykluczają, że kreują jakąś równoległą rzeczywistość, nie tylko naszą, ale też europejską równoległą rzeczywistość? I ci obywatele mniej wymagający lub wykluczeni z powodów technicznych mają dostęp tylko do takiej informacji. Według nich tak świat wygląda. Przyjdzie taki moment, kiedy wszyscy obudzą się z ręką w nocniku, będzie im wstyd, bo zdadzą sobie sprawę, że świat pojechał dużo dalej, a my tkwimy w jakimś okropnym grajdole.

Opowiadasz swoim kolegom z BBC o słynnych paskach w TVP Info, o tym, jak Cię zwalniano?

Chociaż mnie dobrze znają, to w opowieści o paskach nie wierzą. Oni przez cały czas zadają mi pytanie, co ja zrobiłem, że mnie wyrzucili z pracy. Ja im opowiadam, że po prostu zostałem wezwany do szefa, który mi powiedział, że docenia moją pracę, ale moja wizja newsów jest niezgodna z obecną wizją szefów telewizji i polskiego radia. Moi koledzy z BBC nie mogą w to uwierzyć.

???

Takie rzeczy, jakie dziś dzieją się w polskich mediach rządowych są tam niewyobrażalne.

Czujesz się człowiekiem mediów brytyjskich czy polskich?

Ciekawe pytanie, ponieważ kiedy jadę do Wielkiej Brytanii lub robię coś dla BBC z Polski, muszę się kompletnie mentalnie przestawić. Nie mogę w żaden sposób używać standardów, które obowiązują w Polsce, ponieważ najzwyczajniej w świecie byłbym wyrzucony z pracy i nikt nigdy nie poprosiłby mnie o kolejny materiał.

Czego nie możesz zrobić w BBC, co uszłoby w Polsce?

Przede wszystkim muszę być bezstronny. Gdybym teraz usiadł do wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, to muszę wszystko, co mam emocjonalnego wyrzucić z mojej głowy i włączyć tryb profesjonalny, czyli zadawać pytania absolutnie bezstronne, niesugerujące niczego. Ale też muszę zadawać pytania trudne dla rozmówcy, które równocześnie w żaden sposób nie sugerują mojego stosunku do niego. Ostatnio miałem taki przypadek, robiłem materiał dla BBC News. Na konferencji prasowej, tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, zadałem pytanie Beacie Szydło o flagi unijne, które zniknęły z KPRM. Zadałem to pytanie po angielsku, co oczywiste, bo materiał robiłem dla BBC. Oczywiście wszyscy natychmiast myśleli, że ja sprawdzam jej angielski. A ja, kiedy zorientowałem się, że ona nie zrozumiała pytania, natychmiast powtórzyłem je po polsku, co spowodowało zmasowany atak dziennikarzy na mnie. Wszyscy uważali, że trzeba było nie zadawać po polsku, bo by wyszło, że premier Szydło nie zna angielskiego, a jedzie do Brukseli. Ja nie mogłem tego zrobić, ponieważ zadając pytanie i oczekując odpowiedzi, zgodnie ze standardami BBC, musiałem się upewnić, że mój rozmówca zrozumiał, o co pytam.

No tak, ale pokazanie, że europarlamentarzystka nie zna języka to jest też jakaś obiektywna informacja.

To jest informacja obiektywna, ale cel mojego pytania był inny. Chciałem wiedzieć, dlaczego po objęciu premierostwa wyprowadziła z KPRM flagi unijne. Zadałem bardzo ważne pytanie, którego nikt chyba wcześniej nie zadał i to nas interesowało. To, czy ona mówi po angielsku, to jest oczywiście bardzo ważna informacja, ale dla mnie najważniejsza była odpowiedź na moje pytanie. Ja rozumiem, że w Polsce większość dziennikarzy, zadając pytanie politykowi ma jeszcze jakiś ukryty cel.

A to źle?  

Tak się w BBC nie pracuje.

Spotykasz się z kolegami z TVP, z tymi, którzy tam nadal pracują?

Nie i to nie wynika z jakiejś mojej niechęci, oceniania, bo kim ja jestem, żeby ich oceniać. To oni z jakiegoś powodu przestali ze mną rozmawiać, kontaktować się. Są to prawdopodobnie osoby, dla których kompas moralny nie jest tak bardzo ważny, ale też są to ludzie inteligentni i być może nie tylko boją się, że ktoś zauważy, że się ze mną kontaktują, ale też się wstydzą, że robią to, co robią.

Przyszło Ci do głowy, żeby wrócić do Wielkiej Brytanii?

Jestem tylko człowiekiem, w związku z tym mam też wahania nastrojów. Po ostatnich wynikach wyborów do Parlamentu Europejskiego moja pierwsza reakcja była, że wyjeżdżam. Z drugiej strony wierzę, że społeczeństwo będzie powoli zmieniało poglądy. Polska to wspaniały kraj. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale naprawdę, tak uważam. Polska jest genialnym miejscem i są tutaj genialni ludzie. Czuję, że tu się szczególnie rozwijam (obecnie jestem związany z Gazetą Wyborczą). Ale też często się tu denerwuję, wiele spraw mnie dręczy, w końcu myślę, przecież to jest bardzo młoda demokracja i może niedługo się to zmieni. Mnie bardzo marzy się Polska europejska, więc chyba jednak zostanę…

Polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom.

Władze PiS przegrały i to dubeltowo sprawę w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Rzecz dotyczy Sądu Najwyższego, obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN. TSUE uznał, iż obniżenie wieku emerytalnego i przyznanie prawa arbitralnego decydowania przez prezydenta RP w sprawie przedłużenia urzędowania sędziów jest sprzeczne z prawem unijnym, stanowi uchybienie artykułu 19, ustęp 1 Traktatu o UE.

PiS argumentował, że organizacja wymiaru sprawiedliwości należy do kompetencji krajów unijnych. Owszem, twierdzi TSUE, ale musi być zachowane dotrzymanie zobowiązania wynikające z prawa unijnego, mianowicie prawo do skutecznej ochrony sądowej, czyli niezależności sądownictwa. TSUE rozumie nieusuwalność sędziów jako gwarant ich niezawisłości.

Zauważmy, że TSUE wydał wyrok po skardze wniesionej przez Komisję Europejską, która dotyczy polskiej ustawy z lipca 2017. PiS z części zarzutów KE się wycofał, zmienił przepisy, ale mimo to wyrok TSUE podtrzymuje zarzuty KE, bo nie wszystkie problemy zostały rozwiązane.

Dlaczego TSUE wydaje taki wyrok? Po pierwsze, to bojaźń, iż dojdzie do recydywy i ponownego złamania prawa unijnego w kwestii niezależności sędziów w Polsce, a po wtóre opinia TSUE o władzy PiS jest fatalna. Można to porównać z wyrokiem dla recydywisty, któremu odwiesza się wyrok za poprzednie przestępstwo.

Ważny jest inny kontekst tego wyroku, mianowicie za trzy dni wydana zostanie opinia przez rzecznika generalnego TSUE w sprawie neo-KRS, która w obecnym kształcie jest batem na sędziowską niezależność.

Można zatem stwierdzić, iż polskie sądownictwo broni swojej niezależności dzięki unijnym instytucjom. Wiemy jednak, że Jarosław Kaczyński chce je podporządkować sobie. Jakie zatem ma wyjście? Jeżeli prezes PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE i będzie postępował z ustawami tak, jak dotychczas, stanowiąc prawo wbrew unijnym standardom, zapisanym w Traktacie o UE, to będzie oznaczało faktyczny Polexit.

A może jest tak, iż Kaczyński już zadecydował o Polexicie? Kwestią pozostaje jego forma i za pomocą jakiej argumentacji Polska ma być wyprowadzona z UE.

Rządy Młotków PiS gorsze niż rządy ciemniaków Gomułki

14 Czer

Politycy PiS robią co mogą, aby zdeprecjonować najnowsze informacje biznesmena Marka Falenty skazanego przez sąd ws. afery taśmowej.

„Administracja Donalda Trumpa nadała wizycie polskiego prezydenta wysoką rangę i „rozjeżdżała czołgiem” każdą próbę jej sabotowania” – podaje dziennikarz Wirtualnej Polski Marcin Makowski – powołując się na swoje źródło z MSZ.

Dodaje, że właśnie dlatego sprawa listu amerykańskich kongresmenów – na temat sytuacji w Polsce – wystosowanego do prezydenta USA, w przededniu wizyty Andrzeja Dudy w Białym Domu, została skutecznie storpedowana, lecz teraz powoli nabiera rozgłosu.

Jego inicjatorzy Eliot L. Engel, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów w Kongresie oraz William R. Keating, przewodniczący Podkomisji ds. Europy, Eurazji, Energii i Środowiska wraz z 13 demokratycznymi członkami Izby Reprezentantów apelują w nim o zwrócenie uwagi na „pogwałcenie wolności słowa” w Polsce, „uzależnienie sądownictwa”, „zagrożenie dla praworządności” oraz nierozwiązaną kwestię „restytucji mienia pożydowskiego”.

Autorzy listu domagają się interwencji w sprawie rządów Prawa i Sprawiedliwości, partii, która od 2015 r. ma „dokonywać bezprecedensowych kroków w sprawie konsolidacji władzy, kosztem instytucji demokratycznych, włączając w to kontrolę nad sądami, instalując partyjnych lojalistów na wpływowych pozycjach w wojsku i spółkach skarbu państwa oraz podważając rolę niezależnych mediów – cytuje WP.

Kongresmani są szczególnie zaniepokojeni stanem sądownictwa w Polsce oraz Sądem Najwyższym. Te same metody „co w Sądzie Najwyższym, zostały również wykorzystane przez prezydenta Andrzeja Dudę oraz ministra Antoniego Macierewicza do dokonania czystki w polskim wywiadzie” – przekonują.

Piszą również o „zagrożeniu wolności słowa”, zwracając uwagę na „media amerykańskich inwestorów w Polsce, które konfrontowane są z coraz większymi zagrożeniami dla ich biznesu oraz możliwości dostarczania niezależnych, obiektywnych i opartych na faktach wiadomości”.

Sygnatariusze listu proszą prezydenta Donalda Trumpa o podniesienie wszystkich tych problemów podczas rozmów z polską głową państwa.

„Nic takiego nie miało miejsca. Żadne z tych zagadnień nie było na agendzie, Trump ani żaden inny członek delegacji USA o nich nie wspominał w czasie rozmów w Białym Domu. Wizyta była merytorycznym i wizerunkowym sukcesem” – oświadczył Wirtualnej Polsce polityk obecny podczas rozmów 12 czerwca w Waszyngtonie.

Prof. Jadwiga Staniszkis o Dudzie:

Więcej >>>

O Dudzie jako Dupie tutaj >>>

Jak podaje TVN24 Władysław Pociej, obrońca oskarżonego Sebastiana K. ws. nieumyślnego spowodowania wypadku wicepremier Beaty Szydło w Oświęcimiu złoży zawiadomienie do prokuratury. Zawiadomienie ma dotyczyć nieumyślnego uszkodzenia nagrań z wydarzenia, do którego doszło dwa lata temu.

Uszkodzeniu miały ulec dwie płyty. Pierwsza z nagraniem przejazdu kolumny Beaty Szydło, a druga zawierająca materiał TVN24 z programu „Czarno na białym”.

Adwokat oskarżonego zdążył skomentować już sprawę. „To jest niebywałe, że dowód w tak ważnej sprawie zostaje uszkodzony. Razem w porozumieniu z moim klientem podjąłem decyzję o złożeniu zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszczęcia odpowiedniego postępowania w celu wyjaśnienia sprawy i pociągnięcia osób odpowiedzialnych za ewentualne uszkodzenie nagrań” – odniósł się Władysław Pociej do sprawy w rozmowie z TVN24.

Do wypadku z udziałem ówczesnej premier Beaty Szydło doszło 10 lutego 2017 roku. Z ustaleń śledczych wynika, że Sebastian K. przepuścił samochód BOR-u. Natomiast nie zauważył wozu w której znajdowała się Szydło w wyniku czego doszło do zderzenia. Kierowca Fiata Seicento nie przyznaje się do winy.

Tylko patrzeć, jak najlepsze restauracje wpiszą do swoich wykwintnych jadłospisów eskalopki z płetwy bobra na pietruszce, a po osiedlach z wielkiej płyty rozniosą się aromaty bulionu na gryzoniach.

Władza rozdaje awanse, a że nie dyskryminuje absolutnie nikogo, bez względu na pochodzenie i gatunek, o „sortach” to już nawet nie wspominając, toteż ostatnio wielce awansowały… bobry. Zwierzątka dotąd słynęły głównie z budowania tam i grobli.

Awans dotyczy podniesienia rangi bobrów do kategorii zwierząt jadalnych, czyli takich, których zaszczytnym przeznaczeniem jest nekrolog w formie restauracyjnego menu. W ostatnich czasach bobry nie uchodziły za stworzenia do zjedzenia, podobnie jak na przykład żubry. Ale to tylko dlatego, że w narodzie, pod wpływem lewactwa i liberalizmu, upadły pradawne tradycje, w tym również te kulinarne. Bo przecież każde dziecko zna piękne polskie przysłowie: „Dobra to jest zupa z bobra”. Czyż więc – w zaistniałych okolicznościach – można się dziwić „dobrej zmianie”, że w trosce o dietę rodaków zapragnęła przypomnieć o starych dobrych czasach, kiedy bobry stanowiły podstawę smacznej i zdrowej kuchni piastowskiej?

Czy wypada też dworować sobie, jak to teraz czyni „totalna opozycja”, z jakże naturalnego pragnienia partii rządzącej, by „rewolucja” stała się wyłączną specjalnością „dobrej zmiany” i – nawet od strony kuchni – przestała się rodakom kojarzyć z Magdą Gessler?

Ale to już za nami i „twarzą” Kuchennych Rewolucji został minister Ardanowski! Bo to on jest autorem śmiałego projektu, by – jak kiedyś kura we Francji – tak teraz pyszny i pożywny bóbr znalazł się w garnku każdego Polaka. Nie tak, jak za PO, która w karcie dań miała tylko mirabelki i szczaw.

Nie dziwota, że na takiej diecie przez kolejne dekady spadał nam przyrost naturalny. Ale teraz to się zmieni i to wcale nie z powodu „pięćsetplusa”, bo ten jak na razie nie spełnił pokładanych w nim nadziei demograficznych. Za to wprowadzenie do diety zupy z bobra będzie mieć jeszcze i ten dodatkowy skutek, że statystyki dzietności nareszcie odbiją się od dna. Według ministra rolnictwa, płetwa bobra to bowiem… afrodyzjak. Coś jak słowiańska wersja rogu nosorożca.

Więc tylko patrzeć, jak najlepsze restauracje wpiszą do swoich wykwintnych jadłospisów eskalopki z płetwy bobra na pietruszce, a po osiedlach z wielkiej płyty rozniosą się aromaty bulionu na gryzoniach. Całkiem niedawno byliśmy już zresztą potentatem na skalę światową w dziedzinie produkcji kiełbasy z nutrii. A bóbr do nutrii podobny jest z gatunku i urody. I nawet nieco bardziej – by tak rzec – apetyczny.

Poza tym nie takie rzeczy uchodzą na świecie za wyjątkowe przysmaki. Rosjanie zasłynęli z jaj jesiotra, które dla elegancji nazwali „kawiorem”. Francuzi wcisnęli wszystkim w charakterze rarytasów żaby i ślimaki. Wylansowali też jadanie ostryg na surowo. Albo weźmy takie raki. Też stworzenia wodne. Jak bobry prawie. A do tego wyglądają jak duże karaluchy. Ba, karaluchy też bywają jadalne. I jeszcze gąsienice, larwy i świerszcze. W ogóle zapanowała teraz na świecie moda na konsumpcję owadów ze względu na ich powszechną dostępność, niskie koszty pozyskania oraz bogate źródło łatwo przyswajalnego białka. Więc z tą zupą z bobra jako kulinarnym symbolem „dobrej zmiany” to – w sumie – nic szczególnego. Ot, taka piękna polska tradycja.

Niestety, przepis ministra na bobra na szaro nie przyjął się. Może dlatego, że Grzegorze Schetyna – znany zwolennik zachodnich mód – jako przystawkę do szczawiowej i kompotu z mirabelek niedawno zaproponował narodowi szaszłyczki z szarańczy…

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

Oligarcha Kaczyńskiego, Wojciech Jasiński. Jak robi się majątki na państwowych posadach

31 Mar

Wojciech Jasiński, od lat wierny towarzysz Jarosława Kaczyńskiego, za rządów „dobrej zmiany”, jako prezes Orlenu i członek rady nadzorczej PKO BP zarobił w sumie ponad 5,34 mln zł. W Orlenie, licząc wszystkie dodatki, otrzymywał miesięcznie średnio ponad 191 tys. zł, w PKO BP -przeciętnie 10 tys. zł

„Jakbym chciał doposażyć rodzinę, to bym nie był parlamentarzystą, tylko bym trafił do zarządu jakiejś dużej spółki Skarbu Państwa” – zdradził niedawno z rozbrajającą szczerością wiceprezes PiS, Joachim Brudziński.

Tę drogę wybrał Wojciech Jasiński – minister skarbu za poprzednich rządów PiS (2006-07) i poseł tej partii w latach 2001-15.

W połowie grudnia 2015 roku Jasiński zrezygnował z mandatu posła i objął fotel prezesa największego polskiego koncernu – PKN Orlen. Wkrótce potem – 25 lutego 2016 roku – został także członkiem rady nadzorczej PKO BP. Obie spółki są notowane na giełdzie, ale ich głównym akcjonariuszem jest Skarb Państwa.

Orlenem Jasiński kierował do 5 lutego 2018 roku. Spółka wypłaciła mu:

  • 2015 roku, za dwa tygodnie pracy – 69 tys. zł,
  • 2016 roku 1 mln 715 tys. zł pensji,
  • 2017 roku 1 mln 226 tys. zł pensji i 1 mln 560 tys. zł premii za wcześniejszy rok
  • w 2018 roku – 83 tys. zł wynagrodzenia za pracę do 5 lutego oraz 320 tys. zł z tytułu odprawy i zakazu konkurencji.

[Kliknij na poszczególne daty, aby przejść do sprawozdań finansowych spółki za poszczególne lata.]

W sumie, pracując w Orlenie, Jasiński „doposażył swoją rodzinę” kwotą 4 mln 973 tys. zł. Przyjmując, że pracował w spółce okrągłych 26 miesięcy, średnio – łącznie z dodatkami – zarabiał ponad 191 tys. zł miesięcznie.

Za zasiadanie w radzie nadzorczej PKO BP otrzymał do dziś łącznie ponad 370 tys. zł wynagrodzenia, z tego:

  • 2016 roku (za 10 miesięcy) – 103 tys. zł,
  • w 2017 – 118 tys. zł,
  • w 2018 – 119 tys. zł
  • i za 3 pierwsze miesiące 2019 roku ponad 30 tys. zł.

Jeśli Jasiński pozostanie członkiem rady nadzorczej do końca 2019 roku, zarobi w sumie 122 tys. zł.

Łącznie w obu spółkach Jasiński zarobił więc ponad 5 mln 343 tys. zł. To, jak na polskie warunki, ogromna kwota. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że Jasiński nie był menadżerem, o którego biły się koncerny.

Przed powołaniem do władz Orlenu i PKO BP miał minimalne doświadczenie biznesowe: w latach 1997- 2000 zarządzał spółką Srebrna (sławną ostatnio za sprawą nagrań Geralda Birgfellnera), a w latach 1998-2000 był członkiem rady nadzorczej Banku Ochrony Środowiska (dzięki poparciu Kazimierza Kujdy, byłego prezesa Srebrnej, wówczas wiceszefa NFOŚiGW, który jest głównym udziałowcem BOŚ).

Wierny towarzysz Kaczyńskiego

1 kwietnia 2019 Jasiński ukończy 71 lat. Jest kolegą Jarosława Kaczyńskiego jeszcze z czasów studiów prawniczych, ale po studiach ich drogi na jakiś czas się rozeszły.

Jak ujawnili niegdyś w „Rzeczpospolitej” Andrzej Stankiewicz i Piotr Śmiłowicz, w drugiej połowie lat 70. Jasiński zapisał się do PZPR i został szefem Wydziału Spraw Wewnętrznych w płockim magistracie.

Jak wynikało z dokumentów, do których dotarli dziennikarze, był wówczas w stałym kontakcie z Wydziałem Paszportów i Dowodów Osobistych Komendy Wojewódzkiej MO w Płocku, nadzorowanym przez Służbę Bezpieczeństwa.

W ostatnich trzech dekadach, losy Jasińskiego splatały się niemal bez przerwy z życiorysami braci Kaczyńskich. Na początku lat 90. pomagał im zakładać ich pierwszą partię – Porozumienie Centrum.

W latach 1992 – 97 pracował w Najwyższej Izbie Kontroli, której od 1992 roku szefował Lech Kaczyński. Później,

od 1997 do 2000 roku, był członkiem zarządu a następnie prezesem Srebrnej – najważniejszej spółki w „mini- holdingu” stworzonym przez Jarosława Kaczyńskiego i jego najwierniejszych współpracowników.

W 2000 roku, gdy Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, Jasiński został na krótko wiceministrem w tym resorcie.

W 2001 roku współtworzył z Kaczyńskimi PiS i wszedł z listy tej partii do Sejmu. Był posłem wszystkich późniejszych kadencji. Za poprzednich rządów PiS, gdy premierami byli Kazimierz Marcinkiewicz i Jarosław Kaczyński – dwukrotnie otrzymał tekę ministra skarbu.

Jako minister umorzył długi Porozumienia Centrum.

W 2009 i 2014 roku kandydował z listy PiS do Parlamentu Europejskiego. Ale bez powodzenia. Jak się okazuje, bardziej opłaciło mu się zostać w kraju: jako europoseł zarabiałby miesięcznie „tylko” kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

>>>

Posłowie Platformy Obywatelskiej domagają się informacji od premiera nt. finansowania kampanii wyborczej, ściślej – finansowania promocji „nowej piątki Kaczyńskiego” z rządowych pieniędzy. – Okazuje się, że samochody, które powinny być w dyspozycji służb państwowych, które powinny służyć do realizacji ich zadań, jak chociażby samochody Inspekcji Transportu Drogowego, wykorzystywane są do promocji partyjnego programu PiS – mówił na konferencji przed PKW Arkadiusz Myrcha.

Posłowie opozycji wezwali premiera Mateusza Morawieckiego, aby ten udzielił informacji, ile ze środków, którymi dysponuje jego kancelaria, zostało wykorzystanych na promocję tzw. nowej piątki PiS.

– Piątka Kaczyńskiego jest fundamentem kampanii tej partii. Okazuje się, że samochody, które powinny być w dyspozycji służb państwowych, które powinny służyć do realizacji ich zadań, jak chociażby samochody Inspekcji Transportu Drogowego, wykorzystywane są do promocji partyjnego programu Prawa i Sprawiedliwości. Są na to dziesiątki dowodów – mówił przed Państwową Komisja Wyborczą Arkadiusz Myrcha.

Zdaniem posłów opozycji ta sytuacja budzi poważne zastrzeżenia, jeśli chodzi o finansowanie kampanii partyjnej ze środków publicznych, co jest niedozwolone.

O tym, że samochody ITD w Gdańsku są używane do promocji programu partyjnego, informował tydzień temu Onet. Wojewoda pomorski Dariusz Drelich wycofał samochody z akcji i w wydanym specjalnie oświadczeniu przeprosił wszystkich, którzy mogli się „poczuć urażeni”.

Billboardy za 800 milionów

Okazuje się, że państwowe samochody to nie jedyny sposób na darmową partyjną promocję. Posłowie Platformy twierdzą, że zamieszczone 22 marca w biuletynie KPRM ogłoszenie na zakup powierzchni reklamowej w dwóch dziennikach ogólnopolskich w celu promocji nowego programu rządu ma być także promocją partyjnego programu PiS.

– Jak spojrzymy w prace legislacyjne samej Rady Ministrów, w przyjmowane tam projekty ustaw, nie ma wśród tych dokumentów programu, który odpowiadałby treści zamówienia. Powstaje bardzo poważna wątpliwość, czy to ogłoszenie, które miałoby być umieszczone w ogólnokrajowych dziennikach za blisko 800 tys. zł, nie będzie służyło programowi partyjnemu, a nie będzie związane z działaniami Rady Ministrów – twierdzi Myrcha.

Poseł wzywał premiera Morawieckiego do udzielenia pełnej informacji, jakie dotychczas środki w dyspozycji KPRM i szeroko pojętych pieniędzy rządowych zostały wykorzystane na promocję tzw. piątki Kaczyńskiego.

Drogie państwo PiS

Ustawa o partiach politycznych, jak i Kodeks wyborczy nie dopuszczają możliwości, by za pieniądze rządowe finansować promocję programu politycznego w okresie kampanii wyborczej. Kampania może być finansowana ze środków partyjnych.

– PiS za pieniądze podatników finansuje przedsięwzięcia, które mają obecnie status wyłącznie elementu programu partii w ramach kampanii wyborczej – ocenił Jan Grabiec z PO. – PiS nie potrafi znaleźć środków na podwyżki dla nauczycieli, ale potrafi znaleźć na promocję programu partyjnego z pieniędzy państwa – mówił.

Posłowie złożyli do Państwowej Komisji Wyborczej wniosek o zbadanie sprawy finansowania kampanii wyborczej z publicznych pieniędzy.

>>>

>>>

Kaczyńskiego niczego nie nauczyła śmierć Adamowicza

14 Mar

W państwie PiS takie błyskawiczne kariery powoli stają się – niestety – normą. Wszyscy mamy w pamięci choćby Daniela Obajtka, który z wójta Pcimia awansował na szefa państwowego giganta paliwowego PKN Orlen.

Tym razem mamy do czynienia z przeskoczeniem z aplikanta w prokuraturze na stanowisko prezesa Sądu Rejonowego w Działdowie. Na dodatek Marcin Czapski – bo o nim mowa – nominację sędziowską otrzymał zaledwie trzy tygodnie temu.

Zaczynał jako aplikant w prokuraturze w Grudziądzu, potem – był asesorem i prokuratorem w Prokuraturze Rejonowej w Nowym Mieście Lubawskim. Powołanie Czapskiego na prezesa sądu w Działdowie potwierdził onet.pl rzecznik Sądu Okręgowego w Elblągu Tomasz Koronowski. – „Pan sędzia Czapski prezesem mianowany został na cztery lata, czyli na pełną kadencję” – powiedział rzecznik.

„To jest rzecz nie do uwierzenia, kuriozum i kpina. To tak, jakby ośmiornica oplatała wymiar sprawiedliwości. Jak prezesem sądu zostać może osoba kompletnie bez doświadczenia? Niewiarygodne” – stwierdził w rozmowie z onet.pl poseł PO Borys Budka. Minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL uważa, że to mianowanie „pokazuje, o co chodziło w zmianach wdrażanych przez PiS”. – „Stanowiska obejmować mają „bierni, mierni, ale wierni”, tak zwani „BMW”. Taki był plan pana Ziobry, by poprzez usłużną KRS wpychać do sądów ludzi związanych z podległą mu prokuraturą. Tak się tworzy „kadry przyszłości” – podsumował z gorzką ironią poseł Budka.

Rozpętywanie takiej kampanii zawsze kończy się tym, że dochodzi do aktów agresji i przemocy. Mieliśmy przecież wzrost napadów na cudzoziemców, „śniadych”, „ciapatych”, „czarnych”, czyli nie-Polaków. Czy śmierć Pawła Adamowicza nic PiS i Kaczyńskiego nie nauczyła? – mówi senator niezależny Marek Borowski, były marszałek Sejmu. Pytamy o nabierającą tempa kampanię do PE i o strategię PiS-u. Rozmawiamy też o słynnej sejmowej tablicy z tzw. układem Kaczyńskiego. – Ta tablica jest niewątpliwie prowokacyjna i wydaje się, że w takich sprawach raczej należy rozmawiać, tylko że marszałek Kuchciński nie umie rozmawiać, zatem zabrał się siłowo za sprawę. Najpierw tablice zabrała straż marszałkowska, potem pan minister Suski. To pokazuje brak wyczucia polityków ze strony PiS, a jeżeli chodzi o pana Suskiego, to nie pierwszy raz się ośmiesza tym, co mówi i co robi. Sam stał się głównym bohaterem memów jako taki pisowski głuptasek – mówi nasz rozmówca.

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni wszyscy rozmawiają o słowach Kaczyńskiego o seksualizacji dzieci i obronie polskiej rodziny. Jakkolwiek to niemoralne i obrzydliwe, PiS-owi udało się zmienić agendę. Nie słychać o wieżach, Srebrnej czy zarobkach w NBP, zatem to dobry ruch? 

MAREK BOROWSKI: Trudno nie mówić o tym, natomiast nie wydaje mi się, żeby to długo trwało. Jeżeli Kaczyński sądził, że na tym zbuduje narrację i do wyborów będziemy mówić tylko o tym, to się pomylił, bo ta sprawa wygaśnie.

Dodatkowo wszedł, pomijając, jak pani powiedziała, obrzydliwość tej „polityczki”, na bardzo śliski grunt. Opozycja, jeżeli tylko Kaczyński będzie się dalej prosił, to odpłaci mu z nawiązką.

Kaczyński chce się przedstawiać jako obrońca polskiej rodziny i dzieci, co samo w sobie jest zabawne, bo jego doświadczenie w tej kwestii jest raczej nikłe.

Mało tego, jeśli chodzi o rodzinę, to ostatnio ma z nią nie najlepsze doświadczenia, ale pomijając już tę kwestię, to człowiek dbający tak bardzo o dobro dziecka, aby przypadkiem go nie zdeprawować, trzyma w swoich szeregach, i to na prominentnych stanowiskach, pana Piotrowicza, który kilkanaście lat temu jako prokurator nadzorujący sprawę księdza pedofila z Tylawy bronił prokuratora, który umorzył sprawę, i bronił księdza pedofila. Później ten ksiądz został skazany na dwa lata za czyny naprawdę lubieżne i obrzydliwe. Samo śledztwo prowadzone było w sposób skandaliczny i za to odpowiedzialny jest pan Piotrowicz.

Po drugie, to z resortu pani Rafalskiej o mały włos nie wyszedł projekt nowelizujący ustawę antyprzemocową, w której zapisano, że pierwsze pobicie żony nie jest jeszcze przemocą domową. Dopiero protesty organizacji kobiecych i Rzecznika Praw Obywatelskich zmusiły rząd do wycofania tego projektu. Za to odpowiedzialna jest bezpośrednio pani Rafalska, która zresztą swego czasu twierdziła, że trzeba wycofać się z konwencji antyprzemocowej. Jak widać, do tej pory włos jej z głowy nie spadł. Zatem Kaczyński toleruje tego typu wybryki w swoich szeregach, co nie przeszkadza mu prezentować się jako wielki obrońca rodziny.

Wreszcie sprawa in vitro, gdzie PiS robi wszystko, aby je utrudnić, czyli znowu występuje przeciwko rodzinom.

Jeśli Kaczyński będzie kontynuować taką narrację, to myślę, że opozycja rozwiesi billboardy, ruszy nowy „konwój wstydu” z panem Piotrowiczem, fragmentami ustawy antyprzemocowej itd.

Ten sobotni atak na środowiska LGBT  jest też dowodem na to, że PiS jest w desperacji, bo wytoczył najcięższe działa?
Oczywiście, bo przecież zaczął od tzw. piątki Kaczyńskiego, czyli od kolejnych prezentów finansowych. Prawdopodobnie badania pokazały, że wielkiego efektu to nie przyniosło. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że ludzie wezmą, ale zagłosują inaczej, niż chce PiS. Jak powiedziała pani premier Szydło – wzięli, bo im się to słusznie należało.

To skłoniło Kaczyńskiego po sięgnięcie po wypróbowane metody szukania wroga, bo taka jest jego natura. Pewnie ci, którzy wymyślili mu taki ruch, dodatkowo chcieli zablokować prawą stronę, na której PiS-owi wyrastają nowe agresywne w tej retoryce ugrupowania. Ta

narodowo-klerykalna prawica wspierana przez Kościół, a przynajmniej niektórych hierarchów, jest tu bardzo pobudzona i na tym prawdopodobnie będzie chciała oprzeć swoje kampanie, a to może odebrać PiS-owi kilka głosów.

Kaczyński wypuścił też kolejne demony. Po antysemityzmie teraz homofobia?
Rozpętywanie takiej kampanii zawsze kończy się tym, że dochodzi do aktów agresji i przemocy. Mieliśmy przecież wzrost napadów na cudzoziemców, „śniadych”, „ciapatych”, „czarnych”, czyli nie-Polaków. Czy śmierć Pawła Adamowicza niczego PiS i Kaczyńskiego nie nauczyła?

Rozumie pan ten sojusz ołtarza z tronem? Kościół bardzo szybko skrytykował podpisanie deklaracji LGBT, a sam ma ostatnio poważne problemy.
Tu jeszcze bym dodał, że PiS w sprawach pedofilii wśród księży jest dziwnie milczący. To inne ugrupowania opozycyjne domagają się działań ze strony Kościoła. Oczywiście PiS nie chce urazić hierarchów, bo a nuż zajmą pozycję neutralną, czego należy życzyć Kościołowi.

Niestety, nasz Kościół od początku transformacji nie umie się odnaleźć. Prezentuje poglądy zaściankowe, czasem wręcz wsteczne, średniowieczne. W sprawie pedofilii niby Kościół coś próbuje robić, ale gdy dochodzi do takiej sprawy jak prałata Jankowskiego, to okazuje się, że jest dziwna niemoc w Kościele, aby coś zrobić. Politycznie z kolei nasz Kościół jest „rydzykowy”. I dziwi mnie to zaskoczenie później, że Robert Biedroń ze swoimi postulatami świeckiego państwa ma 14 proc. poparcia.

Według najnowszego sondażu Koalicja Europejska wyprzedziła PiS, a właściwie Zjednoczoną Prawicę w wyborach do PE, 35 do 33 proc. Opozycja może się już cieszyć?
Na pewno martwić się już nie ma czym. To premia za jedność. Zresztą ja zawsze podkreślałem, że

to, że PiS prowadzi w sondażach, nie oznacza, że ma poparcie większości Polaków, bo jak się zsumuje poparcie ugrupowań prodemokratycznych, to zawsze było większe niż poparcie PiS-u.

Trzeba pamiętać jeszcze, że trochę wyborców podebrał Koalicji Europejskiej Biedroń. Mimo że sam stara się być symetrystą, to widać gołym okiem, że jego program jest anty-PiS-owski. W tej chwili KE i Biedroń to razem 46 proc. według tego sondażu przy 33 proc. dla PiS. To znaczna różnica. Pamiętać należy jednak, że to badanie dotyczy wyborów europejskich, w których wielu wyborców nie idzie do urn, opozycja nie ma zatem co skakać do góry z radości. W przypadku wyborów do PE mniej liczą się różnice programowe, bo ludzie generalnie uważają jednych za bardziej, innych za mniej europejskich i tyle. Poważniejszą sprawą będzie program na wybory jesienne. Rozumiem, że założeniem było, że dobry wynik KE w wyborach do PE będzie zachętą do tego, aby wspólną listę wystawić na wybory parlamentarne, za czym się opowiadam. Tylko tam Koalicja musi już przedstawić program dla Polski. Myślę, że z pomocą przyjdzie PiS, który obiecał, że jeszcze w tym roku przyjmie pakiet ustaw, które będą te prezenty dla wyborcy gwarantować. Częściowo będą one wypłacone teraz, a w całości w przyszłym roku. To oznacza, jeśli przyjąć kwotę, którą wyliczono, czyli ponad 40 mld zł, że nie będzie już przestrzeni dla dalszego kupowania wyborców. To oznacza, że opozycja nie musi kłócić się między sobą, czy organizować wydatki wokół pomysłu PO czy PSL, Nowoczesnej czy SLD. Opozycja będzie mogła spokojnie zając się tym, co łączy, a mianowicie kwestiami ustrojowymi: TK, sądownictwa, prokuratury, służby cywilnej, spółek Skarbu Państwa, mediów publicznych. Propozycje rozdawnicze PiS-u wystarczy po prostu poprzeć.

W Sejmie mamy spór o tablicę z układem Kaczyńskiego, którą przygotowała PO, a którą PiS zwalcza. Czy pana zdaniem taka tablica może stać w parlamencie?
Ta tablica jest niewątpliwie prowokacyjna i wydaje się, że

w takich sprawach raczej należy rozmawiać, tylko że marszałek Kuchciński nie umie rozmawiać, zatem zabrał się siłowo za sprawę.

Najpierw tablicę zabrała straż marszałkowska, potem pan minister Suski. Ta sytuacja pokazuje, że PiS boi się tej tablicy. Dobrze by było, żeby partie jednak doszły do jakiegoś porozumienia w tej kwestii. Na razie tablica stoi na terytorium Platformy, tylko przy otwartych drzwiach, wszyscy o niej mówią, każdy chce ją zobaczyć. To pokazuje brak wyczucia polityków ze strony PiS, a jeżeli chodzi o pana Suskiego, to nie pierwszy raz się ośmiesza tym, co mówi i co robi. Stał się głównym bohaterem memów jako taki PiS-owski głuptasek.

Wierzy pan w odwołanie szefa straży marszałkowskiej Piotra Rękosiewicza z powodów osobistych?
Nie wierzę. To typowe postępowanie Kuchcińskiego, który dodatkowo jeszcze naciskany jest przez Kaczyńskiego, który wydaje polecenia. Jeżeli ktoś nie chce ich wykonywać, to odchodzi

Pamięta pan, jak wchodziliśmy do NATO 20 lat temu?
Oczywiście, bardzo dobrze!

Minister Błaszczak mówił podczas obchodów, że to rząd Jana Olszewskiego wytyczył tory wejścia Polski do NATO. Jak pan się do tego odniesie?
Olszewski był tym premierem, który mówił o tym otwarcie i bardzo dobrze, ale nie tylko on, mówiła cała opozycja solidarnościowa. Aby podjąć konkretne działania, rozpocząć rozmowy i ustalić, co jest niezbędne – tym zajmowały się już następne rządy. Olszewski był premierem bardzo krótko. Te działania podjęły zarówno rządy Pawlaka, Oleksego, Cimoszewicza, Buzka, jak i prezydenci Kwaśniewski i Wałęsa, który wyprowadził wojska radzieckie z Polski. Zasługi należą się wielu osobom z długiej listy tych, którzy się do wejścia Polski do NATO przyczynili. Także ambasador Koźmiński w Stanach Zjednoczonych wiele zrobił. Powiedzmy sobie szczerze, że

z PiS-u zawsze wychodzi taka „słoma z butów”, taka małostkowość. Nigdy nie pochwalą swoich poprzedników.

Tymczasem opozycja to potrafi. Ja jeżeli wypowiadam się o przeszłości, gdzie zasługi mają moi polityczni oponenci, w stosunku do których byłem w opozycji, to zawsze je wymienię, podobnie dzisiejsza opozycja. Jeżeli Lech Kaczyński miał w czymś zasługi, to ich nie pomijam, natomiast pan Jarosław i jego polityczni bracia i siostry nigdy tego nie robią.

– Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie członków KRS będzie nieważne – ostrzegają politycy opozycji. Powodów jest kilka, m.in. niedochowanie terminów i jeden z sędziów, który znajduje się w składzie orzekającym. – Od początku zwracaliśmy uwagę na to, że tak zwany TK będzie służył partii rządzącej do tego, aby legalizować niezgodne z konstytucja zmiany – mówił na konferencji prasowej były minister sprawiedliwości Borys Budka z PO. Wyrok w tej sprawie TK ma wydać w czwartek.

„Trybunał Konstytucyjny służy partii rządzącej”

Wnioski dotyczące zbadania wyboru sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa przez Sejm złożyła sama KRS i grupa senatorów. Trybunał zdecydował, że zajmie się nimi łącznie. Wyrok w tej sprawie ma zostać wydany w czwartek, na niejawnej rozprawie.

Do wydania orzeczenia potrzebne są opinie wszystkich uczestników postępowania. Prokurator Generalny i Sejm zdążyli ustosunkować się tylko do jednego z wniosków. Wątpliwości budzi także planowane rozpatrzenie sprawy za zamkniętymi drzwiami. Według posła PO Borysa Budki „orzeczenie Trybunału nie będzie miało mocy prawnej ze względu na liczne uchybienia”.

– Od początku zwracaliśmy uwagę na to, że tak zwany Trybunał Konstytucyjny będzie służył partii rządzącej do tego, aby legalizować niezgodne z konstytucją zmiany. Julia Przyłębska została wskazana przez prezydenta na prezesa TK na skutek wadliwej uchwały mniejszości sędziowskiej i tak naprawdę nie jest prezesem, tylko uzurpuje sobie prawo do zajmowania tego stanowiska. Nadal wśród osób, które znajdują się w TK, jest trzech sędziów dublerów, którzy nie mają przymiotu sędziego, bo ich miejsca zostały obsadzone – wylicza były minister sprawiedliwości.

Wątpliwości budzi także wyznaczenie do 5-osobowego składu Justyna Piskorskiego, który zastąpił w TK zmarłego w lipcu sędziego dublera Lecha Morawskiego. Przez posłów opozycji uznawany jest więc za nielegalnie wybranego prawnika.

Poza tym to nie przypadek, że Trybunał postanowił zająć się sprawą właśnie teraz.

Kolejny krok do polexitu?

– Tę samą ustawę 19 marca ma zbadać Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Dzisiaj Trybunał z Warszawy staje w wyścigu prawnym z Trybunałem z Luksemburga. Ale już możemy ocenić, że za metą tego wyścigu znajduje się przepaść, a na jej dnie jest polexit. Do tego w perspektywie kilku lat zmierzają działania obecnej partii rządzącej i przejęte przez pisowskich nominatów kolejne instytucje – tłumaczy posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz, z klubu PO-KO.

Przypomnijmy, Sąd Najwyższy zadał pytania prejudycjalne TSUE co do zdolności nowej KRS do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów. Wyrok ma być ogłoszony dopiero 19 marca 2019 roku, czyli już po ogłoszeniu wyroku TK.

Takim działaniem TK chce uratować rząd przed koniecznością wycofania się ze zmian w SN i KRS. Ale także do wyprowadzenia Polski z UE. – Jeżeli to orzeczenie zapadnie, będzie to kolejny przykład tego, że Polska zmierza do wyjścia z Unii. Rząd teraz usiłuje udaje euroentuzjastów, ale będzie robił to Trybunał Konstytucyjny – ostrzega także Borys Budka.

– Część sędziów TK została zamieniona po 2015 roku w politycznych żołnierzy walczących w wojnie PiS-u z Unią Europejską, a część w zakładników, którzy działają tak jak chce partia rządząca. Ale jedynym poległym będzie polska demokracja – mówi Gasiuk-Pihowicz.

Trybunał ma podjąć decyzję w czwartek.

Według prezesa PiS, „seksualizacja” miałaby skutkować kryzysem rodziny i – jak się domyślamy – zagładą narodu.

Pan prezes powiedział „seksualizacja” i już wiadomo, że tegoroczna kampania wyborcza będzie lingwistyczna. Czeka nas wojna na słowa, a raczej wyrazy. Takie, jak „seksualizacja” właśnie, która na konwencji PiS w Jasionce zadebiutowała jako „wyraz”, że się tak wyrażę. Brzydki wyraz, znaczy.

W ten sposób stosunkowo neutralne socjologiczne określenie, dotyczące – z grubsza biorąc – wpisywania zjawisk i rzeczy w kontekst seksualny, weszło do słownika wyrazów obcych naszej tożsamości narodowej, do której partia aktualnie rządząca już wcześniej zapisała ateizację oraz gender.

Co teraz znaczy ta „seksualizacja”? Z wypowiedzi pana prezesa w Jasionce wynika, że chodzi – generalnie – o obiektywną, wolną od ideologii, zgodną z aktualną wiedzą naukową i standardami Światowej Organizacji Zdrowia edukację seksualną dzieci młodzieży. Co w tym złego? Otóż zdaniem szefa formacji władzy – wszystko. O ile tylko przyjmiemy, że wykłady z prawa karnego to podżeganie do zbrodni, a podręcznik do ginekologii klinicznej to instrukcja, jak mordować dzieci poczęte, to już samo omawianie zagadnień związanych z płciowością prowadzi do seksualizacji właśnie. Czyli – w brawurowej interpretacji pana prezesa – do przedwczesnego zainteresowania najmłodszych pokoleń tą sferą życia, co miałoby z kolei skutkować kryzysem rodziny i – jak się domyślamy – zagładą narodu.

A to ponieważ – idąc dalej tokiem takiego rozumowania – owa rodzina jest zbudowana na fundamencie niewiedzy, a przywiązanie do tego modelu życia społecznego to wynik ignorancji i braku wyboru. Przyrost naturalny zawdzięczamy zaś nad Wisłą wyłącznie wyczerpaniu się ostatniego wydania „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, bowiem kto potrafi korzystać z antykoncepcji, nie będzie płodzić (ani rodzić) dzieci. Nikt też, nieprzymuszony brakiem innego pomysłu na życie, nie weźmie ślubu ani nie założy rodziny. Zwłaszcza tradycyjnej. Ciekawy pogląd i – jak dowodzą liczne nagłośnione ostatnio w mediach „przypadki” życia rodzinnego w środowisku pana prezesa – być może mający potwierdzenie w faktach.

Prawdą jest również, że statystyki przyrostu naturalnego ratują u nas nastolatki oraz niewiasty, które nie marnowały czasu na długą edukację. Natomiast kobiety z dyplomami nie dość, że jeśli już, to rodzą jedynaka, to jeszcze powszechnie praktykują złowrogi gender i mordercze in vitro.

Poza tym edukacja seksualna zagraża nie tylko Rodzinie, ale także Kościołowi. A to z powodu „epidemii” pedofilii. Wcześniej nikt u nas o żadnym molestowaniu nieletnich nie słyszał. Aż pojawili się edukatorzy tłumaczący, co to „zły dotyk” i przywlekli nad Wisłę tę zachodnią zarazę. Razem z tamponami, które – jak uczą nasze podręczniki pisane przez panie katechetki – powodują sepsę i niepłodność.

Trzeba to sobie wreszcie powiedzieć otwarcie i pan prezes to – poniekąd – w Jasionce uczynił – edukacja szkodzi. Szczególnie na moralność i wyniki wyborów. Taka – na przykład – ekonomizacja uczy, skąd biorą się pieniądze na „prezenty od Jarosława Kaczyńskiego” oraz, co to znaczy „deficyt budżetowy”. Z kolei „prawoizacja” prowadzi wprost do deprawacji i burd ulicznych w obronie Konstytucji, sądów oraz państwa prawa. A filozofizacja – ze wszystkich „-acji” najgorsza – potrafi nawet wmówić niewinnym umysłom że „białe jest białe, a czarne – czarne”. No, naprawdę… Tak dalej być nie mogło, toteż minister Zalewska dokonała „reformy oświaty” i teraz w szkołach już żadnej edukacji nie będzie.

Piątka Kaczyńskiego, czyli jak zafundować przegraną Polskę

13 Mar

„Wartości” Kaczyńskiego, czyli PIĄTKA KACZYŃSKIEGO

Jarosław Kaczyński ogłosił najważniejszy punkt programu PiS na wybory europejskie, to przywracanie WARTOŚCI, na których budowana była Unia Europejska. Przyjrzyjmy się więc wartościom wprowadzanym w życie przez Jarosława Kaczyńskiego od kilku już lat w naszym kraju.

1/ wykorzystywanie władzy do budowy imperium finansowego. Przykładem starania o wybudowanie dwóch „wież Kaczyńskich” w centrum Warszawy. Gdyby Emmanuel Macron prezydent Francji zrobił to, co zrobił Kaczyński nie byłby już prezydentem Francji. A afera KNF, to nie tylko afera Marka Ch., bo widać zorganizowane działania z udziałem służb specjalnych /agent CBA kierowcą właściciela Getin Group/, a nawet niewyjaśnioną rolę prezesa banku centralnego, w celu przejęcia prywatnego banku.

2/ wartości chrześcijańskie w postaci sojuszu tronu z ołtarzem. Kościół panoszy się za przyzwoleniem władzy we wszystkich sferach państwowego życia: milionowe dotacje, właściwie z każdej instytucji państwowej, specjalne prawo i przywileje dla kościoła i jego instytucji, chociażby w postaci zwolnień podatkowych. Kościół w Polsce naucza 10 przykazań, ale sam ich nie przestrzega i nie potrafi stanąć po stronie ofiar pedofilii.

3/ zagarnianie instytucji państwa, posad i stanowisk, nagród i dotacji dla siebie, na zasadach krwi i partyjnej legitymacji, w myśl zasady „to nam się zwyczajnie należało”. Młody człowiek może skończyć Oxford lub Harvard, ale jeśli nie ma poparcia PiS nie znajdzie zatrudnienia w państwowych instytucjach i spółkach. Wszystko co państwowe jest własnością PiS. Każda instytucja może być przejęta nawet wbrew konstytucji, czy zasadom i wartościom Unii Europejskiej.

4/ przyzwolenie na nacjonalizm, ksenofobię, a nawet rasizm. PiS zezwolił na propagowanie tych „wartości” w życiu publicznym. Nacjonaliści mogą obrażać innych, siać nienawiść w myśl hasła „smierć wrogom ojczyzny”, napadać słownie /np. na stadionach/, ale też fizycznie na ludzi inaczej myślących, inaczej wyglądających, wyznających inne zasady i wartości. Co więcej, PiS zmienia historię, usuwając z niej strony nie chlubne, wstydliwe, czy zbrodnicze, a uwypuklając wygodne swojej narracji.

5/ podział społeczeństwa na naszych i obcych, na „prawdziwych patriotów” i drugi sort, na klasę panów rządzących i zdrajców, komunistów i złodziei. Do rządzenia podział Polaków jest wygodny. Do rozwoju Polski, do budowy silnego i bogatego państwa jest zabójczy, jest karygodny, jest wymierzony w polską rację stanu.

Posłowie Platformy Obywatelskiej złożyli wniosek o odwołanie Stanisława Piotrowicza z funkcji przewodniczącego sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka. – Jarosław Kaczyński i cały PiS chce mieć na sztandarze obronę polskich rodzin i polskich dzieci, ale ten sztandar niesiony jest przez prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, który zasłynął tym, że publicznie usprawiedliwiał haniebne działania księdza pedofila – tłumaczył w Sejmie Arkadiusz Myrcha z PO przed złożeniem wniosku. Posłowie opozycji pytają też, czy istnieje układ podkarpacki chroniący polityków PiS.

Niewinne pocałunki

Stanisław Piotrowicz, obecnie poseł PiS i z ramienia tej partii przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka, na początku lat 2000 sprawował funkcje prokuratora okręgowego w Krośnie.

To tamtejsza prokuratura prowadziła wówczas sprawę oskarżonego o molestowanie dziewczynek księdza z Tylawy, ale sprawę w 2001 roku umorzyła. Prokurator Stanisław Piotrowicz tłumaczył wówczas: – Dzieci przytulał do siebie, głaskał, zdarzało się też i tak, że pocałował. Nie było w tym żadnego podtekstu seksualnego.

Trzy lata później inny już prokurator jednak dopatrzył się w działaniach księdza czynu zabronionego, a sąd skazał duchownego prawomocnym wyrokiem.

Podwójna moralność

– Jarosław Kaczyński i cały PiS chce mieć na sztandarze obronę polskich rodzin i polskich dzieci, ale ten sztandar niesiony jest przez prokuratora stanu wojennego Stanisława Piotrowicza, który zasłynął tym, że publicznie usprawiedliwiał haniebne działania księdza pedofila, tłumaczył go i bronił. Będąc oskarżycielem publicznym zamiast bronić Polaków wszedł w buty obrońcy pedofila – mówił w Sejmie Arkadiusz Myrcha.

Dlatego posłowie PO złożyli wniosek o odwołanie Stanisława Piotrowicza z funkcji przewodniczącego sejmowej komisji.

– To komisja wyjątkowo istotna, bo zajmuje się ochroną praw człowieka i podstawowych wartości, a ochrona dzieci i polskich rodzin jest fundamentem nie tylko polskiej konstytucji, ale fundamentem ochrony praw człowieka – tłumaczył Arkadiusz Myrcha.

– Na Podkarpaciu huczy od dyskusji nt. obrony przez posła Piotrowicza księdza pedofila. Do naszych biur poselskich przychodzą ludzie i dziwią się, że taka osoba jak Stanisław Piotrowicz, która usprawiedliwiała ks. pedofila, pełni tak ważną funkcję. To dziwi szczególnie w kontekście słów Jarosława Kaczyńskiego o ochronie dzieci – mówiła Joanna Frydrych, posłanka PO z regionu podkarpackiego.

Układ podkarpacki

Posłowie Platformy zwrócili też uwagę, że zarówno prokurator Piotrowicz, jak i wiceprzewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości Andrzej Matusiewicz, również z PiS, pochodzą z Podkarpacia.

Od kilku dni w mediach pojawiają się zarzuty, jakoby wiceprzewodniczący komisji sprawiedliwości miał naciskać na agenta CBA, aby ten wycofał oskarżenia, które formułował wobec jednego z najważniejszych polityków PiS-u.

– Należy zadać pytanie, o kogo w tej sprawie chodzi, czy z ust polityka z Podkarpacia nie powinny paść wyjaśnienia w tej bulwersującej sprawie – pytał Borys Budka.

Obronimy naszych

Radio Zet opublikowało pisma byłego agenta CBA do premiera Mateusza Morawieckiego i szefa CBA Ernesta Bejdy, w których opisuje on nieprawidłowości, do jakich miało dochodzić w Biurze.

Jego zdaniem w CBA zatuszowano sprawę skandalu obyczajowego. Radio ZET opublikowało też stenogramy rozmów, które przeprowadzano w CBA z agentem, aby wycofał swoje zarzuty.

– Odnosimy wrażenie, że nie bez przyczyny właśnie tego typu ludzie zostali oddelegowani do pełnienia ważnych funkcji w Sejmie, bo cała działalność PiS-u polega na tym, aby rozciągać parasol ochronny nad najważniejszymi funkcjonariuszami tej partii – mówił Borys Budka.

PiS jest politycznym agresorem, próbującym wykorzystać ludzi do swoich własnych celów.

PiS dopóty będzie grał wciąż w tę samą, starą i szczerze mówiąc – już bardzo nudną grę w szukanie kolejnego wroga, dopóki będziemy się na nią nabierać. W tym sensie my sami, dziennikarze, odpowiadamy za to, że społeczeństwo jest tak skutecznie okłamywane – bo od lat, mimo znajomości reguł gry, nie potrafimy jej wygrać. Nie potrafimy sprowadzić kłamiących polityków na ziemię, a ludziom pokazać mechanizmów tych kłamstw i bardzo jasno wyjaśnić, na czym one polegają.

W którymś momencie dla wielu mediów podstawą dziennego przekazu stało się bezrefleksyjne relacjonowanie partyjnych przekazów dnia, o których z góry wiadomo, że zawierają wyłącznie propagandę. Brakuje wnikliwej analizy podawanych przez polityków informacji  i wysyłanie ich do widzów dopiero po dokładnym sprawdzeniu faktów, a publicystycznie i ekspercko – opatrzeniu wnikliwym, merytorycznym komentarzem.

Mechanizm szukania wroga i kłamstwa, stosowany przez PiS  – ostatnio w sprawie karty praw dla społeczności LGBT – jest banalnie prosty i opisany we wszystkich podręcznikach propagandy: zdezintegruj, czyli podziel społeczeństwo, ponieważ podzielone i skłócone, skaczące sobie do gardeł jest łatwiejsze do rozegrania, do zmanipulowania. W solidarności ludzi i ich wzajemnym stosunku do siebie tkwi ich siła. Razem, zjednoczeni, stojący murem jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, są nie do pokonania. I każdy, choćby średnio myślący agresor, który chce ich do czegoś instrumentalnie wykorzystać, bardzo dobrze o tym wie.

PiS jest politycznym agresorem, jest napastnikiem, próbującym wykorzystać ludzi do swoich własnych celów i tak też powinien być traktowany przez wszystkich uczestników politycznego sporu. Nie jest normalną partią polityczną, prowadzącą polityczną walkę, może brutalną, ale według demokratycznych zasad. Złamał Konstytucję, ograniczył wolność debaty, praktycznie wyciszając polski Sejm i wolność debaty publicznej, nasyłając policję na ludzi demonstrujących zgodnie z prawem, a nawet biorących udział w spotkaniach z politykami, nieustannie próbuje ograniczyć wolność mediów, na razie przez groźby i zastraszanie, co praktycznie wyczerpuje przesłanki do delegalizacji partii politycznej.

Kampania wyborcza prowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego nie jest normalną kampanią wyborczą: to jest wojna. O głosy wyborców, którzy jednak nie są jej podmiotem, lecz przedmiotem. PiS nie chce bowiem nas, wyborców przekonać, skłonić perswazją do głosowania na siebie. PiS chce, trawestując słowa prezesa Kaczyńskiego, zastosować socjotechnikę, zmienić społeczeństwo, wyprać jego mózg, tak, żeby ludzie nie wierzyli już nikomu, nawet samym sobie, tylko jedynie słusznej partii, żeby nie uwierzyli w żadne świństwo, kradzież, przekręt natury finansowej i obyczajowej dokonany przez jej polityka, nawet gdy zobaczą na własne oczy niepodważalne dowody. A ponieważ to się w 100 procentach nie udaje nigdy: zawsze, ale to zawsze odciągają uwagę opinii publicznej od własnych win, złodziejstw i grzechów, znajdując wroga, którego ludzie mogliby znienawidzić i naprawdę się przestraszyć. Jeśli ludzie uwierzą, że tylko oni mogą tego wroga pokonać – wygrali. Banalnie proste, prawda? I dlatego skuteczne.

Ten prosty polityczny przekręt nie byłby jednak możliwy, gdyby nie zadziwiająca bezradność na szczęście nie wszystkich, nawet nie większości, ale wciąż jeszcze zbyt wielu dziennikarzy, zbyt wielu mediów, wobec tej strategii. To ciągłe rzucanie się na podtykane przez PiS tematy zastępcze i pozwalanie kłamcom, by bez żadnego sprostowania wypowiadali swoje kłamstwa na antenach kolejnych mediów. Zapraszanie mądrych ludzi, wybitnych specjalistów w swoich dziedzinach i traktowanie ich z takim samym szacunkiem jak skończonych głupców i kłamców.

Widzieliśmy to, gdy łamano Konstytucję i bezprawnie zmieniano szefa TK, widzieliśmy to, podczas żenujących zachowań pana Piotrowicza, widzieliśmy na spektaklach nienawiści, jakimi były agresywne smoleńskie „miesięcznice”, widzieliśmy to, gdy na niespotykaną dotąd skalę PiS obsadzał znajomymi i ludźmi z rodzin działaczy spółki skarbu państwa, widzieliśmy wreszcie to w sprawie „dwórek” Glapińskiego….

Pytanie brzmi: ile musimy jeszcze zobaczyć, ile doświadczyć, żeby zacząć komentować działania polityków konkretnie, prosto i na temat, nie powielając zakłamanych partyjnych przekazów, tylko dociekliwie pytając niezależnych specjalistów, doświadczonych komentatorów, patrzących na sprawy z zewnątrz, czy po prostu ludzi – robiąc dużo więcej redakcyjnych sondaży i badań opinii? Ile kłamstw musimy jeszcze usłyszeć, żeby zrozumieć, że media nie są od przerabiania ochłapów podrzucanych przez partyjnych PR-owców, tylko od pokazywania świata takim, jakim jest, przyglądania się mu z namysłem i wyciągania wniosków, a następnie przedstawiania ich w postaci sensownego, uargumentowanego komentarza opinii publicznej?

Cytując klasyka: jeśli jawni dranie prawią nam kazania o moralności i okłamują nas ciągle i ciągle i ciągle, to nie tylko oni są temu winni, ale także my sami. My – obywatele i my – dziennikarze, kształtujący ramy i zasady debaty publicznej. Przestańmy nawoływać polityków, żeby sporządnieli, bo to się nigdy nie stanie. Zamiast tego, zacznijmy lepiej wykonywać swoją pracę. Stwórzmy własne zasady, sensowne ramy debaty publicznej, wyżej ustawmy poprzeczkę sobie i politykom, zamiast narzekać, że znowu ktoś niszczy nasz kraj.

Waldemar Mystkowski pisze o Trybunale Konstytucyjnym, który przyklepuje pisowskie bezprawie, pomagając Kaczyńskiemu w Polexicie.

Trybunał Konstytucyjny jest fasadą, dekoracją do pisowskiego autorytaryzmu, zaś prezes Julia Przyłębska – nie trzymająca profesjonalizmu – służy niekiedy do przyznawania jej tytułów „człowieka wolności” przez pisowskie media. O tym quasi Trybunale jakbyśmy zapomnieli, a nie powinniśmy, bo to jedno z ważniejszych narzędzi służących Jarosławowi Kaczyńskiemu do Polexitu. W Trybunale Przyłębskiej raczej nie przejmują się prawem, instytucja nie stoi na straży Konstytucji.

Oto Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) 19 marca ma ogłosić wyrok ws. pytania prejudycjalnego zadanego przez Sąd Najwyższy co do zdolności nowej Krajowej Rady Sądownictwa (KRS) do wykonywania konstytucyjnego zadania stania na straży niezależności sądów. Czy Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego, której skład wyłoniła nowa KRS, będzie niezależnym sądem w rozumieniu prawa unijnego?

Zaś Trybunał pod wodzą Przyłębskiej już 14 marca wyda wyrok ws. tychże przepisów o KRS zmienionych w grudniu 2017 roku. Posiedzenie TK ma być niejawne. W istocie będzie nieważne, bo zostanie podjęte wbrew przepisom ustawy o Rzeczniku Praw Obywatelskich oraz o samym Trybunale.

Trybunał Konstytucyjny odpowie na połączone wnioski samego KRS i grupy senatorów. Przedstawienie stanowiska ws. wniosków przez RPO Adama Bodnara upływa dopiero 22 marca, czyli 30 dni po terminie, gdy wpłynął wniosek grupy senatorów. Ponadto udział w rozpoznaniu sprawy ma brać Justyn Piskorski, tzw. sędzia dubler, który został wybrany w skład TK niezgodnie z Konstytucją, a tym samym jego wyroki i postępowania z jego udziałem są nieważne.

Wyrok Trybunału Przyłębskiej ma ubiec wyrok TSUE. Ten ostatni najprawdopodobniej wyda postanowienie, które nie spodoba się władzy PiS, gdyż sądownictwo ma być niezależne, a nie w rękach rządzących polityków.

Kononowicz Suski i jego pan Krętacz nr 1 w kraju, prezes K.

6 Mar

Marek Suski (minister w Kancelarii Premiera Mateusza Morawieckiego) był gościem programu 24 pytania (Polskie Radio). Szef w gabinecie premiera Mateusza Morawieckiego komentował m.in. obietnice wyborcze zapowiedziane przez Prawo i Sprawiedliwość.

Dochody wzrastają. Zabieramy mafiom i dajemy ludziom. Pieniądze wypływały, a poprzednicy nie byli w stanie nic z tym zrobić. Mimo że pisali sobie jakieś tajne notatki, w których wskazywali, że jest luka, nie podejmowali działań. (…) Nie chcieli dawać Polakom, myśleli o innych – mówi szef gabinetu premiera Marek Suski.

Uwaga! To nie scenariusz do filmu Barei. Marek Suski, szef gabinetu politycznego premiera, postanawia ukraść sprzed siedzimy klubu PO-KO pewną tablicę… I to nie byle jaką, ale tablicę z „Układem Kaczyńskiego”. Akurat jego zdjęcie się tam nie pojawiło. Czyżby czuł się pominięty? Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Ta historia tak szybko się nie skończy. – To kradzież naszej własności – mówią politycy PO i zapowiadają kroki prawne.

Marek Suski w roli głównej

Minister Marek Suski nie zamierzał działać incognito, nie założył maski, a nawet nie pochylił głowy. Ale chyba miał nadzieję, że przypadkiem nikt tej politycznej kradzieży nie zauważy. Ups.

Zaledwie 2-sekundowy filmik z Markiem Suskim w roli głównej robi w sieci karierę. Ale jest też dowodem na „kradzież własności klubu PO-KO”. A to przestępstwo.

Według posłów PO to tylko kolejny dowód na to, jak bardzo PiS boi się prawdy o działaniach spółki Srebrna. Ale nie zamierzają w sprawie tablicy odpuścić. Nie ta, to pojawi się kolejna.

Krótka historia tablicy

Pierwsza tablica została ustawiona podczas posiedzenia Sejmu 19 listopada. Ta została usunięta w poniedziałek jako niezgodna z przepisami Regulaminu Sejmu dotyczącymi organizacji wystaw. Zaaresztowała ją straż marszałkowska, a posłowie PO nie  mogli nawet z depozytu odebrać swojej własności.

Drugą tablicę parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej umieścili przed drzwiami prowadzącymi do siedzimy klubu PO-KO we wtorek. I to właśnie ten egzemplarz padł ofiarą szefa gabinetu politycznego premiera.

– Wszyscy wiemy, jaki Marek Suski ma temperament – to słowa rzeczniczki Prawa i Sprawiedliwości Beaty Mazurek.

Po południu całą sytuację skomentował w rozmowie z Onetem sam Suski: – Nielegalna tablica została usunięta. Przywróciłem praworządność. Oczekuję, że klub PO-KO będzie przestrzegać prawa i nie będzie robić takich prowokacji.

Analizujemy zdanie po zdaniu taśmy nagrane przez Birgfellnera. Kaczyński powtarza, że chce mu zapłacić za umówioną pracę i „nie chce nikogo oszukać”. Ale nie zapłacił, a teraz twierdzi, że nie oszukał. Inna rzecz, czy sąd skazałby prezesa PiS za „oszustwo” z art. 286 k.k. Ale tego się pewnie nie dowiemy, bo jak mówi Kaczyński „śledztwo sensu nie ma”

„Austriak twierdzi, że został oszukany” – usłyszał Jarosław Kaczyński  od dziennikarza RMF FM.  Odpowiedział:

„To mogę powiedzieć, że nie zgadzam się z tym sądem”.

„Nie mam niczego do zarzucenia sobie. Nie będę mówił, jaki mam stosunek do bohatera tych wydarzeń” – dodał we właściwy sobie sposób (typu: nie mówię, ale mówię). I dorzucił dla jasności:

„Tutaj mamy po prostu do czynienia z przykładem pewnej nierzetelności, ale nie z mojej strony, ale ze strony osoby, która jest dzisiaj jest traktowana jako swego rodzaju bohater, czy nawet ofiara”.

Te wypowiedzi Kaczyńskiego dla RMF FM z 2 marca 2019 stoją w sprzeczności z tym, co wiadomo z taśm i dokumentów ujawnionych przez „Wyborczą” o jego negocjacjach biznesowych z Geraldem Birgfellnerem. W maju 2017 umówili się, że austriacki biznesmen, który jest też powinowatym Kaczyńskiego, zbuduje dla kontrolowanej przez PiS spółki Srebrna 190-metrowy wieżowiec w centrum Warszawy.

Spotykali się aż 19 razy w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej w Warszawie, uzgadniali etapy toczących się prac przygotowawczych, dopinali szczegóły umowy. W czerwcu-lipcu 2018 Kaczyński wstrzymał jednak inwestycję. Nie zapłacił – do dzisiaj – obiecanych 1,3 mln euro.

Zaniepokojony Gerald Birgfellner nagrał ostatnie dwa spotkania z Jarosławem Kaczyńskim 27 lipca i 2 sierpnia 2018, żeby mieć dowody, że został oszukany. 25 stycznia 2019 przy pomocy dwóch adwokatów – Romana Giertycha i Jacka Dubois – złożył „zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa” z art. 286 par. 1 kodeksu karnego. Przewiduje on karę do 8 lat dla osoby, która „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu, lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

Zarzut z art. 286, zwany „oszustwem” nie jest tożsamy z potocznym rozumieniem tego słowa. Birgfellner jest przekonany, że Kaczyński oszukał go zarówno „po ludzku”, jak i w sensie art. 268. Kaczyński zaprzecza obu sensom.

OKO.press przedstawia argumenty na rzecz tezy, że Kaczyński oszukał Birgfellnera w potocznym tego słowa znaczeniu, i że o tym dobrze wie. Wskazują na to wypowiedzi prezesa PiS, nagrane przez Birgfellnera. Cytujemy je obficie, żeby pokazać, że nie były to słowa przypadkowe.

Nie przesądzamy jednak, że lider PiS popełnił przestępstwo. O tym powinien zdecydować sąd. Przebieg postępowania w prokuraturze wskazuje na to, że śledztwo może zostać umorzone. Według przecieków „Wyborczej” prokuratura może nawet postawić zarzuty… Birgfellnerowi – próby wyłudzenia pieniędzy, a według Rzeczpospolitej – niezapłacenie VAT od faktury (na 1,5 mln zł) wystawionej dla Srebrnej.

„Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma” – powiedział w RMF FM Kaczyński.

Kaczyński na taśmach: Nie chcę nikogo oszukiwać, chciałbym zapłacić

Skąd wiadomo, że Kaczyński nie mówi prawdy twierdząc, że nie oszukał Birgfellnera? Wynika to jednoznacznie z nagrań ujawnionych przez „Wyborczą”. Omówimy to szczegółowo korzystając z dosłownych cytatów z negocjacji.

Kaczyński: „było zrobione dla nas, trzeba zapłacić”

Na obu nagraniach Kaczyński ani razu nie kwestionuje, że Birgfellner wykonał umówioną pracę i że trzeba za nią zapłacić. Wręcz przeciwnie, podczas spotkania 27 lipca 2018  mówi:

„Problem polega, to już wszystko wiem, przecież ja nie chcę nikogo oszukiwać. Ja wiem, że to było robione dla nas. Ja bym chciał zapłacić, tylko muszą być do tego podstawy w papierach”.

W innym miejscu:  „A ja chcę zapłacić, tylko że ja nie mogę zmusić nikogo, żeby zapłacił wbrew…”.

Grzegorz Jacek Tomaszewski: „…prawu…”

Kaczyński: „…i przepisom”.

Grzegorz Jacek Tomaszewski, zwany „kuzynem Kaczyńskiego”, jest jego prawą ręka w tym biznesie. A przy okazji także teściem Birgfellnera. Układy biznesowe w PiS mają często charakter towarzysko-rodzinny.

Usprawiedliwia się, tłumaczy względami politycznymi

Kaczyński wyjaśnia, dlaczego budowę trzeba wstrzymać: „doszły nowe elementy, operacja [Jana] Śpiewaka [kandydującego w wyborach na prezydenta Warszawy], który postawił zarzuty: partia buduje wieżowiec”. Na uwagę, że „można by storpedować taką narrację, bo przecież to nie partia w końcu buduje”, Kaczyński tłumaczy: „To nie ma żadnego znaczenia w takich kampaniach. Ja jestem w fundacji [Instytut im. Lecha Kaczyńskiego], to zupełnie wystarczy, to nie ma żadnych szans. To nie do obrony. To jest polityka”.

W innym miejscu Kaczyński tłumaczy się tak: „[Śpiewak] zaatakował, że chcemy budować budynek, no.  My… On twierdzi, że partia. I że to są w ogóle obyczaje azjatyckie”.

Szuka sposobu, by zapłacić. Podsuwa pomysł ze zgłoszeniem roszczeń w sądzie

Kaczyński stara się znaleźć rozwiązanie problemu niezapłaconej sumy (nie wiadomo, czy serio, czy tylko dla uspokojenia partnera – o tym może rozstrzygnąć sąd). Twierdzi, że spółka Srebrna nie może zapłacić za wykonane prace i proponuje drogę sądową.

Kaczyński: „Realia są takie: albo będą jakieś te dodatkowe rachunki, bo my po prostu ich potrzebujemy, albo jest druga droga, i tu nie traktujcie jej jako wojenną. To znaczy, że wy wysuniecie roszczenia o charakterze sądowym, to znaczy…

Tłumaczka Birgfellnera: „Czekaj, nie rozumiem za bardzo”.

Tomaszewski: „Dlatego, że wtedy, jeżeli wystąpicie na drogę sądową i dostaniecie wyrok sądu do zapłaty, to wtedy jest podstawa do zapłacenia przez Srebrną, rozumiecie?”.

W innym miejscu Kaczyński: „I stąd, powtarzam, stąd jest kłopot,

dlatego wymyśliłem tę metodę, bo zastanawiałem się nad tym, co zrobić, żeby zapłacić”.

Tomaszewski: „Zapłacić możemy tylko tak.

Przecież my się nie kłócimy, na pięści nie bijemy, tylko chodzi o to, żeby znaleźć drogę, żeby wam zapłacić, legalnie, żeby, żeby nie było zarzutu, że, że wydajemy jakieś pieniądze niezgodnie…”

Kaczyński: „Znaczy, krótko mówiąc, bo jaki byłby zarzut natychmiast nam postawiony, że wyprowadzamy pieniądze”.

Nie ma żadnych wątpliwości, że Kaczyński czuje się dłużnikiem Birgfellnera. Chce mu zapłacić, a co najmniej zrobić wrażenie, że tego chce.

Jest gotów zeznawać, że pieniądze się Austriakowi należą

Kaczyński deklaruje (znowu – nie wiadomo czy szczerze), że podczas ewentualnego procesu może zeznać w sądzie, że praca została wykonana dla spółki Srebrna.

„Jestem gotów w tym sądzie zeznać, że ta robota była robiona dla nas, znaczy dla Srebrnej. Ja to zeznam, bo tak jest”.

To ważna okoliczność. Choć przygotowania do budowy wieżowca miały być – dla dyskrecji – prowadzone przez spółkę córkę Srebrnej, Kaczyński gotów jest w sądzie potwierdzić, że to było tylko formalne rozwiązanie, by zatuszować całą operację.

Podkreśla, że nie kwestionuje roszczeń Birgfellnera, ale…

W nagraniu z 2 sierpnia 2018 Kaczyński składa kolejne obietnice, tym razem także przedstawicielom kancelarii Baker MacKenzie, obecnym na spotkaniu razem z Birgfellnerem. Działając z upoważnienia Srebrnej austriacki biznesmen zatrudnił kancelarię do prac przygotowawczych. Kaczyński grzecznie zapewnia prawników:

„My jesteśmy naprawdę gotowi to zapłacić państwu w możliwie szybkim terminie”.

Są jednak komplikacje, bo zgodnie z zaleceniami Kaczyńskiego Birgfellner zawierał umowę z kancelarią na Nuneaton spółkę-córkę Srebrnej.

Kaczyński: „Spółka córka i spółka matka to nie są podmioty, między którymi można bezumownie przenosić zobowiązania, no”.

Mówi też o innych kosztach poniesionych przez Birgfellnera, czyli „o znacznie większej sumie (…) załóżmy, że to jest około dwóch milionów – i tutaj jest sprawa no dalej jeszcze idąca z tego względu, że tu mieć, nie ma tytułu odnoszącego się do spółki Srebrna. Cały czas spółka-córka jest stroną”.

…są „okoliczności pozamerytoryczne, polityczne”

Kaczyński wie, że spółka Srebrna (przypominam: „ta robota była dla nas, czyli dla Srebrnej”), powinna zapłacić przelewając pieniądze spółce-córce.

„Ale my musimy mieć tutaj, po pierwsze, podstawę prawną, że to są spółki Srebrnej – my tego faktu nie kwestionujemy – i po drugie, no też odpowiednie faktury, no bo inaczej tego się po prostu zrobić w zgodzie z prawem nie da, a

to, co było w propozycjach poprzednio, czyli pożyczka dla spółki-córki, no w obecnej sytuacji nie ma żadnego uzasadnienia, bo my się z tego przedsięwzięcia ze względów pozamerytorycznych, politycznych w gruncie rzeczy, musimy wycofać w tym momencie”.

Innymi słowy – umowę biznesową zakłóciła okoliczność „pozamerytoryczna, polityczna”. Kaczyński, wie, co powinien zrobić, żeby nie oszukać partnera, ale boi się, że na tym straci jako polityk.

Raz jeszcze podkreśla jednoznacznie: „Byłbym gotowy zeznać, że rzeczywiście te przedsięwzięcia były robione na korzyść spółki, w ostatecznym rachunku miały służyć spółce Srebrna. Plus są jeszcze te dokumenty, w opracowaniach niektórych z nich państwo [do przedstawicieli kancelarii – red.] uczestniczyli, na przykład tych pełnomocnictw, z tego, co sobie przypominam. Tak uchwał, pełnomocnictw, no tak, więc – krótko mówiąc – no

sami państwo widzicie, że to jest, dlatego w żadnym razie nie kwestionuję”.

Podsuwa Birgfellnerowi argumenty, dowody

27 lipca 2018 Kaczyński idzie jeszcze dalej i pociesza Birgfellnera: „Macie mocne argumenty w postaci tej uchwały zarządu”.

Tomaszewski: „Rady”,

Kaczyński (potwierdza): „Rady”.

[chodzi o Radę fundacji Instytut im. L. Kaczyńskiego, która jest w 99,99 proc. właścicielem spółki Srebrna. Kaczyński jest jednym z trzech członków Rady – red.]

Tomaszewski: „I zarządu fundacji”.

Kaczyński: „Zarządu fundacji. Macie mocne argumenty w postaci tej umowy…”.

Tomaszewski: „Pełnomocnictwa też”.

Kaczyński podsumowuje:

„I powtarzam, ja nie mogę mówić za innych, ale jeżeli chodzi o mnie, to spokojnie mogę zeznać przed sądem, że tak, to było robione dla spółki Srebrna, a wy macie, powtarzam, na to dobre dowody w postaci tych uchwał”.

Charakterystyczne, że Kaczyński przekonuje Birgfellnera, że biznesmen ma w ręku dostateczne dowody, by sąd uznał, że Srebrna jest mu winna za wykonane prace. Wymienia nawet te dokumenty: uchwały Rady i Zarządu spółki, upoważnienie Srebrnej do prowadzenia prac przygotowawczych…

Te same dowody posłużyłyby adwokatom Birgfellnera w rozprawie przeciwko Kaczyńskiemu, gdyby do niej doszło. Potwierdzają one, że Birgfellner miał wszelkie powody, by wierzyć ustnej umowie, jaką zawarł z Kaczyńskim. I czuć się oszukanym.

Potwierdza, że nie chce nikogo obciążać, a mankamenty są pozamerytoryczne

Na taśmie 27 lipca Kaczyński mówił, że on „przecież nie chce nikogo oszukiwać.”

3 sierpnia ujmuje tę samą myśl inaczej:

„Chodzi o to, że ja bym nie chciał nikogo obciążać stratą, te mankamenty, które się tutaj zdarzyły, no, wydarzenia, które nie mają charakteru z punktu widzenia prawnego czy ekonomicznego, merytorycznego”.

Podsumowując, Kaczyński wielokrotnie potwierdza, że Birgfellner:

  • wykonał zamówioną przez niego pracę „dla nas, czyli dla spółki Srebrna”;
  • podkreśla, że nie chce go „oszukać”  czy „obciążać stratą”(nie płacąc mu należnych pieniędzy);
  • deklaruje, że szuka sposobu, by mu zapłacić;
  • przekonuje, że Birgfellner ma tak mocne dowody wykonania pracy, że mógłby wygrać sprawę przed sądem;
  • stwierdza, że o wycofaniu się z umowy zadecydowały względy „niemerytoryczne”, czyli nie mające nic wspólnego z biznesem. Tłumaczy, że chodzi o interes polityczny PiS i jego własny.

Czy można jaśniej powiedzieć, że nie oddanie pieniędzy Austriakowi byłoby oszustwem w sensie niewywiązania się z umowy bez uzasadnionych przyczyn? Czemu zatem Jarosław Kaczyński twierdzi teraz, że Birgfellner nie został oszukany? I jeszcze obciąża go „nierzetelnością”?

Wbrew deklaracjom i gruntownej własnej argumentacji Kaczyński nie doprowadził do tego, by Birgfellner otrzymał pieniądze. Został zatem „oszukany” i „obciążony stratą”. Kaczyński jest tego sprawcą.

Wersja Birgfellnera: aura omnipotencji pana Kaczyńskiego uśpiła moją czujność

Gerald Birgfellner unika rozmów z mediami. Jego wersję zdarzeń, zgodną zresztą z cytowanymi wyżej wypowiedziami Kaczyńskiego przedstawił OKO.press reprezentujący go mecenas Jacek Dubois.  Oto skrót jego relacji:

„Mój klient dostał komunikat: ten wieżowiec ma być pomnikiem moim i mojego brata, taką mam ideę i potrafię ją zrealizować. To ja podejmuję decyzje, a inni je wykonują. I mój klient widział przez cały rok, że tak to działa. Wszystko utwierdzało go w przekonaniu, że jedynym organem decyzyjnym jest pan Kaczyński. Zwykł on mówić: „mam wszystko pod kontrolą”.

Kwota 1,3 mln euro, jakiej domaga się Birgfellner wynika z wyceny już wykonanych prac, które wymienia – jedna po drugiej – wielostronicowa umowa zaakceptowana przez obie strony. Gerald Birgfellner:

  • założył spółkę celową Nuneaton, na którą pan Kaczyński obiecał przenieść ze spółki Srebrna prawo wieczystego użytkowania nieruchomości, po to m.in., by wziąć kredyt na budowę,
  • pozyskał znanego architekta, który przygotował projekt koncepcji architektonicznej budynku,
  • przygotował strategię realizacji projektu Tower Srebrna z kosztami i terminarzem,
  • przygotował wyceny nieruchomości,
  • zatrudnił kancelarię Baker MacKenzie, która przygotowała umowy z firmami Gleeds Polska (m.in. zarządzanie inwestycją) i Strabag oraz umowę kredytową z bankiem Pekao S.A.

Wszystko to robił zgodnie z ustną umową, którą zawarł z Kaczyńskim w lipcu 2017. Kaczyński prosił, by przystąpić do pracy od razu. Mój klient to zrobił, a równolegle przez prawie rok negocjował profesjonalną umowę, wprowadzając kolejne zmiany.

Za namową Kaczyńskiego kupił w Warszawie dom. Pełną parą pracowała kancelaria Baker MacKenzie, której też nie zapłacono kilkuset tysięcy euro, pracował wzięty austriacki architekt, który też nie dostał wynagrodzenia, ok. 150 tys. euro. Pan Birgfellner negocjował z bankami, wszystko szło jak z płatka.

Jak opowiada Birgfellner, ludzie panu Kaczyńskiemu salutują i wykonują co prezes powie.

Mój klient dostał odpowiednie pełnomocnictwa już w maju i czerwcu 2017 do utworzenia spółki córki i do reprezentowania Srebrnej w umowach najmu i dzierżawy nieruchomości.

Ta aura omnipotencji pana Kaczyńskiego uśpiła czujność biznesmena. Opamiętanie przyszło za późno.

Cały czas trwały spotkania z udziałem pana Kaczyńskiego, większość w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej, od pierwszych dwóch w maju 2017 roku. Kolejne mają miejsce w czerwcu 2017,  w lipcu, we wrześniu, potem w listopadzie – aż trzy, w grudniu 2017 jedno, w styczniu 2018 – znowu trzy, w lutym – jedno, w marcu – dwa, w kwietniu i czerwcu po jednym.

Została też przygotowana w banku Pekao SA umowa kredytowa na 300 mln euro i gdyby pan Kaczyński nie wstrzymał inwestycji, spółka Nuneaton przejęłaby wieczyste użytkowanie Srebrnej 16 i dostała kredytowanie.

To były żmudne, wielostronne negocjacje. Strony dogadały się najpierw na uruchomienie „małego” kredytu inwestycyjnego 11 mln euro na przygotowanie projektu, potem ta suma – decyzją pana Kaczyńskiego – została zmniejszona do 4,5 mln euro, co bank natychmiast zaakceptował. Uzgodniono szczegółowo, w jaki sposób zostanie wypłacony cały kredyt 300 mln euro, po uzyskaniu przez spółkę Nuneaton wieczystego użytkowania nieruchomości.

Prezes Pekao S.A. Michał Krupiński osobiście zapewniał mojego klienta, że zaangażowanie pana Kaczyńskiego ma dla niego znaczenie przy decyzji kredytowej.

Dopiero w czerwcu i lipcu 2018 Jarosław Kaczyński poinformował mego klienta o wstrzymaniu inwestycji i wezwał do zaprzestania prac, m.in. żeby nie występował o warunki zabudowy. Tłumaczył, że Srebrna nie może pokryć zobowiązań swej spółki-córki.

Po spotkaniach 27 lipca 2018 i 2 sierpnia z udziałem kancelarii Baker MacKenzie pan Kaczyński nie miał już czasu dla mego klienta. Srebrna wypowiedziała mu pełnomocnictwo. Zdał sobie sprawę, że jeżeli nie tupnie, to zostanie na lodzie.

Całą dokumentację załączyliśmy do wniosku złożonego w prokuraturze. Dokumentów jest 55, w tym uchwały Zarządu i Rady Fundacji Srebrna, pełnomocnictwo dla Geralda Birgfellnera, projekty umów z bankiem Pekao SA i innymi partnerami.

Mec. Dubois: Kaczyński miał świadomość, że wprowadza w błąd

Czy opisane oszustwo Kaczyńskiego (w sensie potocznym, ludzkim) było oszustwem w sensie art. 286 k.k.? Zasadnicze znaczenie ma tu kwestia: czy prezes PiS miał zamiar oszukania biznesmena, a jeżeli tak, to od kiedy i jakie są na to dowody.

Niektóre tłumaczenia z taśm robią wrażenie, jakby Jarosław Kaczyński całkowicie zdawał sobie sprawę z ryzyka, że narazi na szkodę Austriaka i że naraża go na straty finansowe ze względu na własny interes. Szczerze przy tym dzielił się swymi problemami, choć nie mają one nic do rzeczy w kwestii umowy biznesowej (ostatecznie w rozmowach brali udział krewniacy).

Mec. Dubois w rozmowie z OKO.press uznał, że Jarosław Kaczyński zastosował „trick”.

„Gdy wreszcie przygotowana została umowa, a mój klient ma ją podpisać, pojawia się trick. Pan Kaczyński mówi mojemu klientowi: wystaw fakturę na Nuneaton, ale ze spółki Srebrna, która jest faktycznym zleceniodawcą nie przelewa środków. Czyli:

Nuneaton nie ma pieniędzy, a Srebrna nie ma podstawy do zapłacenia, bo faktura została wystawiona na Nuneaton. Pan Kaczyński nie przenosi też aportem ze spółki Srebrna prawa wieczystego użytkowania nieruchomości, co umożliwiłoby wzięcie uzgodnionego już z bankiem Pekao SA kredytu.

Ma świadomość, że wprowadza partnera w błąd i utrzymuje go w tym błędzie.

Gdy pan Kaczyński kazał memu klientowi wystawić faktury na Nuneaton doskonale wiedział, że ta spółka będzie niewypłacalna.

OKO.press: Czy Birgfellner nie okazał się jednak naiwniakiem? Przecież wiedział, że Kaczyński nie ma praw do negocjowania transakcji. Jest ledwie członkiem rady fundacji Instytut Pamięci Lecha Kaczyńskiego, która jest właścicielem spółki Srebrna.

Formalnie tak. I na tym także polegało oszustwo, czyli celowe wprowadzenie w błąd, na wyrobieniu w kimś przekonania sprzecznego z rzeczywistością.

Mój klient dostał jednoznaczny komunikat: ten wieżowiec ma być pomnikiem moim i mojego brata, taką mam ideę i potrafię ją zrealizować. To ja podejmuję decyzje, a inni je wykonują. I mój klient widział przez cały rok, że tak to działa. Pan Kaczyński wskazywał partnerów, ich akceptował, rozmawiał o finansach, wskazał bank itd. itd.

Wszystko utwierdzało mojego klienta w przekonaniu, że jedynym organem decyzyjnym jest pan Jarosław Kaczyński. Zwykł on zresztą mówić: „mam wszystko pod kontrolą”.

OKO.press: W lipcu 2018 Kaczyński mówił o „drugiej drodze”. Birgfellner ma zgłosić wobec Srebrnej roszczenia o charakterze sądowym i wygrać w sądzie.

„Pan Kaczyński jest prawnikiem, więc chyba ma elementarną wiedzę o prawie, a to oznacza, że po prostu zbywał mojego klienta. Bo gdyby naprawdę miał wolę, by wywiązać się ze zobowiązania, mógł zaproponować ugodę sądową, pozasądową, cesję wierzytelności… Było wiele możliwości, by to załatwić zgodnie z prawem.

Po prostu pan Kaczyński uznał w połowie 2018 roku, że tak widowiskowa inwestycja będzie dla niego nieopłacalna politycznie. Jasno o tym mówi w nagraniu z lipca 2018. Obawiał się, że budowa Wież zostanie potraktowana jako »azjatyckie obyczaje« i postanowił sprawę odłożyć ad calendas graecas. Zresztą mówi, że wrócimy do niej, jeśli będzie dobry wynik wyborów samorządowych w Warszawie, w co raczej nie wierzy, albo dobry wynik wyborów parlamentarnych.

Z powodów takiej kalkulacji pan Kaczyński zatrzymuje projekt i uznaje, że nie ma sensu się rozliczać. Daje do zrozumienia mojemu klientowi: »masz roszczenie, należą ci się pieniądze, ale ci nie zapłacę. I co mi zrobisz?«.

Nasz klient uważa, że został oszukany przez pana Kaczyńskiego. Wszystko co mu się w tej sprawie przydarzyło przypisuje jemu. Działania innych osób były jakby sterowane przez pana Kaczyńskiego. To z nim nasz klient wiąże swoją krzywdę, od niego chce dochodzić sprawiedliwości. Ale może się też okazać, że inne osoby pełniące funkcje we władzach innych podmiotów mogły popełnić czyny zabronione.

Mamy czarno na białym stwierdzenie, że praca została wykonana, tak jak zostało to uzgodnione. Pan Kaczyński wprost to potwierdza. Czyli doszło do osiągnięcia korzyści majątkowej na niekorzyść mojego klienta.

Pozostaje tylko do kwestia ustalenia, czy był zamiar wprowadzenia w błąd, co jest konieczne, by uznać, że to było oszustwo. Szczegółowo w zawiadomieniu opisaliśmy, dlaczego uważamy, że taki świadomy zamiar był” – mówi mec. Dubois.

***

W wywiadzie dla RMF FM Jarosław Kaczyński wygłosił jeszcze jedno zaskakujące stwierdzenie o budowie wieżowca przy Smolnej:

„Chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee”.

Tę wypowiedź analizowaliśmy już wcześniej:

Pedofil ks. Jankowski miał trzy twarze

3 Mar

– Wiem, że Jankowski był pedofilem, ponieważ doświadczyłem tego na własnej skórze – mówi Michał Wojciechowicz, najmłodszy uczestnik strajku w stoczni gdańskiej w Sierpniu ’80. Był rok 1982. Miał wtedy 17 lat i działał w Ruchu Młodej Polski. Właśnie wrócił z widzenia z matką internowaną po wprowadzeniu stanu wojennego i poszedł na plebanię do księdza Jankowskiego, gdzie spotykali się działacze opozycji.

„Wyciągnął ramiona i zaczął mnie przytulać. Myślałem, że to jest ojcowski uścisk, ale po kilkunastu sekundach stwierdziłem, że ten człowiek zaczyna mnie macać, poczułem na sobie jego wzwód, zaczął wykonywać ruchy frykcyjne. Pytał, co u mamy, ale był w seksualnym amoku, starał się pocałować mnie w usta. Jednak weszła gosposia i wtedy mnie puścił” – pisał na Facebooku, poruszony atakami na Barbarę Borowiecką, która opowiedziała w „Dużym Formacie”, jak była wykorzystywana przez Jankowskiego. Miała wtedy 12 lat.

Dwa miesiące po wizycie na plebanii Wojciechowicz trafił do więzienia. – Przeżyłem tam znacznie większy koszmar, dlatego te dwie minuty u Jankowskiego nie były traumą mojego życia. Ale mam pełne prawo mówić, że on był efebofilem (osoba ze skłonnością do młodych dojrzewających chłopców – red.) i drapieżcą seksualnym.

Od grudnia, gdy ukazał się reportaż w „Dużym Formacie”, w Gdańsku wrze. Pod pomnikiem Jankowskiego przez kilka tygodni demonstrowali mieszkańcy domagający się usunięcia monumentu i odebrania dawnemu kapelanowi „Solidarności” tytułu honorowego obywatela Gdańska.

Oliwy do ognia dolał Bogdan Borusewicz, który oskarżył Jankowskiego o współpracę z SB. Marszałek Senatu przypomniał, jak w 1984 roku ukrywał się i udało mu się załatwić dzięki swojej znajomej, mieszkanie konspiracyjne dla niego i jego rodziny. Adres został szybko spalony.

Kapłani modlą się za prałata Jankowskiego. „Przeciw plotkom i oszczerstwom”

– Dziewczyna poprosiła o pomoc księdza Jankowskiego, a zaraz potem zaczęła ją śledzić SB – opowiada mi Borusewicz. Wiele lat później spotkał się z dziennikarzem, który rozmawiał z majorem Ryszardem Bedrysem, zajmującym się w gdańskiej SB rozpracowywaniem Kościoła, i on mu powiedział, że kazanie w stoczni podczas strajku w 1980 roku on sam napisał Jankowskiemu.

Borusewicz opowiada, że w kazaniu nie było żadnych nawiązań do sytuacji w stoczni tylko wezwanie do poszanowania pracy, czyli de facto przerwania strajku, na czym zależało władzy. Grzegorz Majchrzak, historyk IPN, twierdzi w książce „Kontakt operacyjny „Delegat” vel „Libella”, że „Delegat” i „Libella” to pseudonimy Jankowskiego, który został zarejestrowany przez SB jako kontakt operacyjny.

Dokładnie rok temu wprowadzony został zakaz handlu w niedzielę. – Po roku możemy jasko powiedzieć, że ten eksperyment, który PiS przeprowadził na Polakach, polskich pracodawcach i pracownikach, po prostu się nie udał – mówił na konferencji prasowej Arkadiusz Myrcha z PO. Posłowie tej partii apelują, aby wyciągnąć z sejmowej zamrażarki projekt zmian w Kodeksie pracy złożony w listopadzie 2017 roku. Zakłada, że każdemu pracownikowi pracującemu w niedzielę miałyby przysługiwać co najmniej dwie niedziele wolne w okresie 4 tygodni.

Najbardziej zyskały stacje benzynowe

– Dokładnie rok temu rząd PiS uznał, że wie lepiej, co w niedzielę chcą robić Polacy, co gorsza, wie lepiej, czego nie chcą robić i wprowadził zakaz handlu w niedziele. Zapowiedzi były takie, że ta zmiana miała korzystnie wpłynąć na pozycję pracowników i małych sklepikarzy. Po roku możemy jasko powiedzieć, że ten eksperyment, który PiS przeprowadził na Polakach, polskich pracodawcach i pracownikach, po prostu się nie udał. To nie jest tylko nasze twierdzenie, wystarczy wsłuchać się w opinię Polaków, którzy zakaz odbierają bardzo krytycznie – mówi Arkadiusz Myrcha.

Poseł Platformy powołuje się na dwie ekspertyzy sporządzone przez Biuro Analiz Sejmowych, z których wynika, że na zakazie handlu najbardziej straciły małe sklepy, a największy wzrost sprzedaży odnotowały stacje benzynowe, których głównym beneficjentem jest PKN Orlen.

– Jeżeli tracą polscy przedsiębiorcy i handlarze, a zyskuje największy koncern paliwowy, to coś jest nie tak. Nie bez przyczyny w ubiegłym roku PKN Orlen podjął zmiany statutowe, które umożliwiały handel elektroniką czy odzieżą, aby stać się pełnowymiarowymi sklepami – dodaje poseł Myrcha.

Dyskryminacja pracowników

Politycy opozycji zwracają też uwagę to, że konsekwencją wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę jest dyskryminacja pracowników.

– Efekt jest taki, że pracownicy stali się dyskryminowani i skłóceni. Jaka jest różnica między pracownikiem, który jest zatrudniony w sieci handlowej i w niedzielę nie pracuje, a pracownikiem stacji Orlen, który przychodzi do pracy 7 dni w tygodniu? To są dyskryminujące przepisy, które pokazały, że PiS nie chciał ułatwić życia pracownikom, tylko chciał zakaz handlu przekierować w inną stronę, czyli na stacje benzynowe – przekonuje Arkadiusz Myrcha.

Podczas konferencji prasowej posłowie Platformy zaprezentowali badania, z których jasno wynika, że większość Polaków nie zgadza się na dalsze zaostrzenie przepisów.

W ubiegłym roku w każdym miesiącu (z wyjątkiem grudnia) obowiązywały dwie niedziele handlowe. W 2019 roku obowiązuje już tylko jedna niedziela handlowa w miesiącu. Natomiast od 1 stycznia 2020 roku zakaz handlu ma dotyczyć wszystkich niedziel z wyjątkiem 7 w roku. Rząd PiS nie planuje złagodzenia tych przepisów. Wszelkie wątpliwości w minionym tygodniu rozwiała minister pracy Elżbieta Rafalska.

„Trzeba zacząć od pracowników”

W listopadzie 2017 roku PO złożyła projekt zmian w kodeksie pracy. Każdemu pracownikowi pracującemu w niedzielę miałyby przysługiwać co najmniej dwie niedziele wolne w okresie 4 tygodni. Takie zmiany, według polityków opozycji, ma zmniejszyć dyskryminację pracowników i zagwarantować wszystkim takie same prawa.

– Mimo tego, że zostało wprowadzone ograniczenia handlu w niedziele, połowa pracowników, która pracowała wcześniej, nadal pracuje, bo ustawa zawiera 32 wyłączenia co do placówek, które mogą prowadzić handel. Są pracownicy, którzy pracują po 3 niedziele w miesiącu, i tacy, którzy w ogóle nie mogą pracować, bo ich placówki są otwarte tylko raz w miesiącu – mówi poseł PO Michał Szczerba.

Ponawia zatem apel, aby marszałek Sejmu Marek Kuchciński podjął prace nad projektem złożonym przez klub PO.

— REDYSTRYBUCJA GŁÓWNYM CZYNNIKIEM NAPĘDZAJĄCYM DYNAMIKĘ POLITYCZNĄ – LUDWIK DORN  w magazynie TVN24: “Nawet część dziennikarzy nienależących do koncernu propagandowej obsługi Prawa i Sprawiedliwości uznawała, że PiS „przykrył” swoje liczne kłopoty (afera KNF, taśmy Kaczyńskiego itp.) i „się wykrakał”, bo niewidziane dotąd w historii III RP zwały kiełbasy wyborczej przywaliły wszystko. Marketing polityczny jest ważny, ale nie należy go mylić z polityką, a „piątka” Kaczyńskiego, reakcje na nią, to, co ją poprzedziło i to, czego można się spodziewać w przyszłości, wiele o polskiej polityce mówią. Przede wszystkim to, że jednym z głównych czynników napędzających dynamikę polityczną staje się redystrybucja dochodu narodowego, oderwana od jakiejkolwiek koncepcji polityki społecznej i podporządkowana wyłącznie względom wyborczym”.

— JEDYNYM KRYTERIUM ROZDZIAŁU KIEŁBASY JEST GŁOSODAJNOŚĆ – DORN O LOGICE PRZEDWYBORCZEJ: “W ramach logiki przedwyborczej jedynym kryterium rozdziału kiełbasy jest przewidywana głosodajność. Z jednej strony mamy, zwłaszcza w budżetówce, potężne sektory usług, które bez wzrostu płac będą popadać w coraz cięższy kryzys (nauczyciele, biały personel w ochronie zdrowia, pracownicy administracyjni w sądach), z drugiej grupy rzeczywiście i trwale upośledzone – np. rodziny z dziećmi niepełnosprawnymi i dorosłych niepełnosprawnych. Ich głosodajność jest jednak albo znikoma, albo wyraźnie mniejsza niż grup, którym PiS zaoferował konsumpcję wędliny. Owszem, nauczyciele to liczna grupa – obecnie około 490 tys. osób, ale z racji perturbacji we wprowadzaniu reformy oświaty mało entuzjastycznie nastawiona do PiS, więc uzysk głosów z podwyżek byłby niewielki. A przede wszystkim kudy im tam do emerytów – 8,2 mln głosów”.

— POZA ROZDAWNICTWEM, OBÓZ WŁADZY NIE MA NIC DO ZAPROPONOWANIA – DALEJ DORN: “Liczne pęta rozdawanej wedle kryterium głosodajności kiełbasy wyborczej odsłaniają istotną prawdę o rządach PiS. Poza nimi obóz władzy nie ma nic do zaoferowania. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego była w początkach sympatyczną gawędą, a bieg wydarzeń zmienił ją w bełkotliwe i nużące ględzenie, którego symbolem jest rdzewiejąca stępka promu Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, którą w 2017 roku wbił uroczyście w ziemię sam premier, ogłaszając dynamiczny proces odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego i reindustrializacji Polski. Podobnie martwym bykiem leży elektromobilność, wzrost stopy inwestycji oraz polski przemysł obronny, który w związku z modernizacją techniczną sił zbrojnych miał stać się jednym z kół zamachowych innowacyjnej gospodarki; to, co nowoczesne (Patrioty, HIMARS), kupujemy od Amerykanów bez offsetu i transferu technologii”.

— NIE CZEKA NAS GRECKA KATASTROFA ALE STAGNACJA I MARNOWANIE CZASU – DALEJ DORN: “Nie czeka nas katastrofa w rodzaju kryzysu greckiego, ale kilka lat rozwojowej stagnacji i marnowania czasu. Do poważnej rozmowy o rozwoju Polski będzie można wrócić, gdy wyborcy na własnej skórze przekonają się, że kiełbasą ich tylko mamiono, a naprawdę dostali po szklance bimbru – miło się wychyla, ożywiony człowiek jest, ale kac po tym trwa długo i jest bolesny”.
tvn24.pl

>>>

Kaczyński, Glapiński, Morawiecki idą na dno w swoim bagnie. Czy potraktować ich kijem, czy wysłać na banicję?

2 Mar

Na antenie radia RMF FM prezes Jarosław Kaczyński udzielił obszernego wywiadu, w którym odniósł się do sprawy budowy bliźniaczych wieżowców, nadchodzących wyborów i partyjnego programu wyborczego. W rozmowie z Krzysztofem Ziemcem szef PiS stwierdził, że złożyłby zeznania przed prokuraturą i jednocześnie zaznaczył, że budynek przy Srebrnej nie mógł powstać, bo „w Polsce nie ma praworządności„.

>>>

Ten fragment wypowiedzi prezesa natychmiast skomentował Lech Wałęsa. „Wieże+” – napisał na swoim Twitterze były prezydent, nawiązując tym samym do sztandarowego programu wyborczego partii rządzącej „500+”, który jak ujawnił w wywiadzie Kaczyński był jego własnym pomysłem.

W wywiadzie została poruszona również sprawa katastrofy smoleńskiej. Kaczyński powiedział, że „trwają prace dotyczące wyjaśnienia katastrofy, ale lepiej nie bulwersować opinii publicznej, nie prowadzić do wznowienia dyskusji, póki nie ma ostatecznych wyników.”

Również i te słowa prezesa doczekały się natychmiastowego wpisu ze strony Lecha Wałęsy, który nie krył oburzenia: „Dochodzimy do prawdy”. Bulwersująca ściema przez 96 miesięcy, kosztem podatników i traumy rodzin ofiar katastrofy. Chodziło tylko o to żeby bratu wystawić pomnik większy niż Piłsudskiego którego pilnuje policja w reprezentacyjnym miejscu w Warszawie.”

Na koniec były prezydent odniósł się do wypowiedzi Kaczyńskiego na temat jego słabości, jaką jest oglądanie rodeo, które go strasznie bawi i śmieszy. „Rodeo będziesz miał już niedługo w wyborach” – napisał w swoim stylu Lech Wałęsa.

Po przedwczesnym wystrzeleniu się z wyborczych obietnic, tym razem ze znacznym opóźnieniem Jarosław Kaczyński zabrał się za pudrowanie swojego nadwątlonego taśmami wizerunku. Tym razem, po „mocnym” wywiadzie dla tygodnika „Sieci” zdecydował się udzielić odpowiedzi byłemu już dziennikarzowi „Wiadomości” TVP Krzysztofowi Ziemcowi na antenie RMF FM.

Wśród wielu wątków poruszonych w rozmowie na uwagę zasługuje szczególnie ten dotyczący taśm. Ziemiec zaczął wątek pytaniem: „Jeśli prokuratura zdecydowałaby o wszczęciu śledztwa i wezwała pana, stawi się pan na takie przesłuchanie?”. Kaczyński odparł, że oczywiście i dodał znamienne zdanie: „Jestem obywatelem jak każdy inny”. I jak każdy inny może „bez żadnego trybu”?

Kontynuując odpowiedział, że nie ma sobie nic do zarzucenia, a szwindel, w którym brał udział wynikał tylko z miłości do naszej wspólnej sprawy – Polski. „[…] chciałem zrobić coś bardzo pożytecznego z punktu widzenia, już nawet nie tylko mojego obozu politycznego, ale po prostu Polski. Nieco zrównoważyć tę sytuację na rynku idei, instytucji, które mogą wspierać różnego rodzaju idee. […] I gdyby ten budynek, o który chodzi, powstał, to Instytut Lecha Kaczyńskiego stałby się fundacją bardzo silną, a w dalszej perspektywie […] byłaby ta fundacja, czy ten instytut jeszcze dużo silniejszy. Krótko mówiąc: to chodziło właśnie o to, by wykorzystać pewne możliwości. Bo ta działka na Srebrnej to jest pewna możliwość”. 

Na koniec butnie wylał swe żale na to, że prawo krępuje jego biznesowe zapędy. Mówił: „Nie udało się z powodów przede wszystkim związanych z brakiem praworządności w Polsce, to znaczy w Polsce może być tak, że po prostu z powodów czysto politycznych i personalno-politycznych można czegoś odmówić instytucji, która ma do tego prawo”.

Czy wobec tego Prawo i Sprawiedliwość rozumie dewizę ze swojej nazwy, jako podporządkowanie prawa biznesowym interesom swoich członków?

Później redaktor zapytał o zasadność śledztwa prokuratorskiego, które ostatecznie pozwoliłoby oczyścić się Kaczyńskiemu z zarzutów. Prezes Prawa i Sprawiedliwości odpowiedział: „Śledztwo w moim przekonaniu sensu nie ma, ale to jest już decyzja prokuratury. I ja nie chcę w żadnym wypadku na nią wpływać”.

Samo zdanie „ja nie chcę w żadnym wypadku na nią [decyzję prokuratury] wpływać” zawiera jasną sugestię, że Kaczyński, po pierwsze ma moc do tego, żeby na decyzję prokuratury wpłynąć, po drugie, robi to publicznie naciskając podczas radiowego wywiadu, co zauważył słusznie Roman Giertych.

Jarosław Kaczyński ma się czego bać, dlatego udzielił wywiadu dla bezpiecznego redaktora, który pozwolił mu na subtelny przekaz dla Zbigniewa Ziobry. Mówiąc, że śledztwo nie ma sensu, nie brzmi wiarygodnie stawiając się w roli sędziego we własnej sprawie. Czyżby bał się, że śledztwo wywlecze na wierzch poważniejsze występki, bądź zaktualizuje listę haków łasego na władzę w Zjednoczonej Prawicy Ziobry?

Posłowie Platformy Obywatelskiej-Koalicji Obywatelskiej zapowiedzieli  złożenie zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w Narodowym Banku Polskim. Tym razem ma chodzić o kierowanie do rad nadzorczych instytucji finansowych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji określonych przez UE. – Do tej pory nie znamy kompetencji pań, które w tej instytucji zasiadają – mówił w Sejmie Jarosław Urbaniak z PO.

Posłowie PO-KO odnieśli się do opublikowanych przez NBP zarobków pracowników. Na mocy specjalnej ustawy NBP musiał ujawnić, ile zarabiają w Narodowym Banku Polskim współpracowniczki prezesa Glapińskiego: szefowa departamentu komunikacji i promocji Martyna Wojciechowska oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamila Sukiennik.

Z doniesień medialnych wynikało, że panie zarabiają po 65 tys. złotych miesięcznie. NBP dementował te informacje na konferencji po posiedzeniu RPP na początku stycznia. Wówczas dyr. Ewa Raczko zapewniała: – Na pewno nie zarabia rewelacyjnych 65 tys. zł. Tego typu zarobki występują na stanowiskach prezesów. Wojciechowska może być w grupie osób zarabiających nieco więcej, niż przeciętne wynagrodzenie dyrektora.

– Przez 3 miesiące prezes Glapiński nie był w stanie odpowiedzieć na nasze pytania, dlaczego pani z departamentu niezbyt merytorycznego zarabia o 22 tys. więcej od dyrektorów departamentów wyspecjalizowanych, merytorycznych, zarządzających, zajmujących się ryzykiem – mówi Krzysztof Brejza.

Dla kogo ekskluzywna willa

Ale to nie jedyne pytania, jakie posłowie opozycji zadali prezesowi Glapińskiemu. Pytali też o wyjazd do Davos, wynajem ekskluzywnej willi, a także o to, kto uczestniczył w wyjazdach zagranicznych.

– Będziemy pytać dalej, prezes Glapiński nie zaknebluje nam ust – mówił Krzysztof Brejza i zapowiedział, że przygotowywane są kolejne wnioski w trybie ustawodawczym o dostęp do informacji publicznej. – Opinia publiczna będzie miała pełną wiedzę nt. tego, jakie wielkie księstwo, państwo szejków pobudowane zostało w NBP – mówił poseł PO.

Jakie kompetencje maja tzw. dwórki?

Jarosław Urbaniak poinformował, że w związku z tym, że nie ma nadal odpowiedzi prezesa Glapińskiego na temat kompetencji pań kierowanych do rad nadzorczych instytucji finansowych, Platforma skieruje zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa w zakresie kierowania do rad nadzorczych osób, które nie spełniają podstawowych kompetencji, jakie zgodnie z prawem muszą spełniać.

Jak tłumaczył Jarosław Urbaniak, te kompetencje są dokładnie opisane przez instytucje unijne. Szczegółowy zapis kompetencji został wprowadzony po doświadczeniach z kryzysem greckim.

– To kolejny strzał w stopę pana Glapińskiego. Tuż przed ustaleniem budżetu europejskiego,UE dowiaduje się, że we władzach krajowego depozytu papierów wartościowych zasiadają osoby niekompetentne – mówił Urbaniak.

– Do dzisiaj nie znamy kompetencji pań, które w tych instytucjach zasiadają – dodaje poseł PO.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ” zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

W Polsce rozpoczyna się maraton wyborczy, który zdecyduje o przyszłości kraju. Młode pokolenie polityków opozycji może zagrozić hegemonii PiS – pisze „FAZ”, zastrzegając, że nic nie jest przesądzone.

Warszawski korespondent „FAZ” Gerhard Gnauck zwraca uwagę na przewodniczącego PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza. Zdaniem niemieckiego dziennikarza 37-letni lider może być jednym ze zwycięzców maratonu wyborczego w Polsce, zaczynającego się wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju br., a kończącego się wyborami prezydenckimi w roku przyszłym.

Kosiniak-Kamysz należy do nowego pokolenia w polskiej polityce. Jego atutem jest młody wiek, a równocześnie doświadczenie w pracy w rządzie. Od 2011 do 2015 roku polityk PSL był ministrem pracy w rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz – przypomina Gnauck.

Autor wyjaśnia, że PSL jest silna na prowincji, ale w wyborach parlamentarnych nie może być pewna wyniku powyżej progu wyborczego. Kosiniak-Kamysz ucieleśnia „nowy PSL” – łączący tradycję i katolicką spuściznę z tematami w rodzaju ochrony środowiska i zielonej energii.

Pragmatyzm PSL

„PSL jest przede wszystkim pragmatyczny” – ocenia Gnauck. Po 1989 roku partia wchodziła w koalicję zarówno z postkomunistami jak i z liberalnym skrzydłem polityków wywodzących się z Solidarności.

„Dzięki temu pragmatyzmowi PSL może przeżyć swoją drugą wiosnę, jeśli wyborcy będą mieli dosyć polaryzacji spowodowanej grasującym w Europie populizmem. Wtedy może wybić godzina Kosiniaka-Kamysza” – spekuluje Gnauck dodając, że niektórzy obserwatorzy widzą młodego lidera jako premiera.

PiS traktuje ostatnio PSL jak swojego wroga i zwalcza partię chłopską wszystkimi dostępnymi środkami. Przestraszyło to PSL do tego stopnia, że przyłączyła się do Koalicji Europejskiej – szerokiego sojuszu na wybory do Parlamentu Europejskiego.

Na lewicy Nowacka

Jak zaznacza Gnauck, partnerem Kosiniaka-Kamysza w Koalicji Europejskiej będzie między innymi inna nadzieja polskiej polityki – Barbara Nowacka. Autor zwraca uwagę na lewicowe tradycje jej rodziny i podkreśla, że jej politycznym celem są prawa kobiet i rozdział Kościoła od państwa.

Gnauck pisze, że jednym z głównych tematów kampanii wyborczej będzie miejsce Polski w Europie. PiS co prawda twierdzi, że nie chce „polskiego Brexitu”, jednak opozycja ostrzega, że mając nawet dobre zamiary, można, jak brytyjski premier David Cameron swoim referendum, osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.

W wyborach do PE Koalicja Europejska może uzyskać wynik w granicach 35 proc., mniej więcej tyle samo co PiS – przewiduje Gnauck.

Biedroń walczy na własną rękę

Autor przypomina, że do koalicji nie wszedł Robert Biedroń. Lider „Wiosny” pojmuje na swój sposób polską tradycję: wzorem dla niego nie jest marszałek Józef Piłsudski, lecz bojowniczki o prawa kobiet, które w 1918 roku w śniegu godzinami wystawały przed jego willą, by skłonić go do przyznania praw wyborczych kobietom. Biedroń uważa, że osiągnie sukces, działając na własną rękę. Sondaże dają mu wynik w granicach 10 proc.

Młode pokolenie polityków, nieobciążone walkami z okresu zwrotu w 1989 roku, może stworzyć opozycji nowe szanse. Ich młody wiek nie daje jednak gwarancji na sukces – zastrzega Gnauck, dodając, że PiS też ma w swoich szeregach młodych utalentowanych działaczy.

Na korzyść PiS przemawia fakt, że młodzi wyborcy w Polsce są obecnie nastawieni konserwatywnie i patriotycznie. Pewną rolę mogą odegrać też najnowsze obietnice socjalne – dodatek 500+ na pierwsze dziecko i trzynasta emerytura.

Mamy w Polsce świetlaną tradycję państwa podziemnego, nie jesteśmy więc skazani na czczenie zbrodniarzy. Ci, którzy gloryfikują Łupaszkę czy Burego, robią tak z wyboru, a nie konieczności.

Dzień tzw. żołnierzy wyklętych, czyli bojowników zbrojnego podziemia antykomunistycznego po 1945 r., stał się dla środowisk narodowej prawicy nową okazją do demonstrowania uwielbienia dla przemocy i pogardy dla norm świata cywilizowanego.

Spór nie polega na tym, czy przyznajemy słuszność tym, którzy sprzeciwiali się systemowi narzucanemu Polsce po wojnie przez Związek Sowiecki. Oczywiście, że przyznajemy. Nie kłócimy się nawet o to, czy walkę przeciw instalowanemu komunizmowi można było prowadzić z bronią w ręku. Można było. W obliczu przemocy, aresztowań, wywózek na Sybir wielu żołnierzy podziemia nie widziało innego wyboru, jak pozostać w lesie. Byli też tacy, którzy po rozwiązaniu AK wrócili do cywila, ale zagrożeni aresztowaniem ponownie dołączyli do oddziałów zbrojnych.

Przedmiotem sporu jest natomiast kwestia, jakich metod w walce zbrojnej można używać i do kogo można strzelać. Wojna też ma swoje prawa i jest regulowana międzynarodowymi konwencjami, które zabraniają mordować ludność cywilną. Nawet tocząc wojnę sprawiedliwą w słusznej sprawie nie wolno strzelać do kobiet ani dzieci, nie wolno uprowadzać chłopów z wozami do lasu, a następnie ich rozstrzeliwać.

A właśnie takie zbrodnie mają na sumieniu niektórzy z ludzi lansowanych ostatnio na „bohaterów narodowych”. Co gorsza, są oni lansowani nie tylko przez nacjonalistycznych ekstremistów spod znaku ONR i Młodzieży Wszechpolskiej. Pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” stał się w 2016 r. wielką uroczystością państwową, a sam „Łupaszka” został pośmiertnie awansowany do stopnia pułkownika. Jego gloryfikatorom z prezydentem RP Andrzejem Dudą jakoś nie przeszkadza fakt, że ten żołnierz AK miał na sumieniu zbrodnię wojenną polegającą na wymordowaniu – w odwecie za zbrodnię litewską we wsi Glinciszki – cywilnych mieszkańców wsi Dubinki na Wileńszczyźnie, w tym kobiet i nieletnich, zresztą nie tylko Litwinów, bo wśród ofiar trafiła się też Polska z kilkuletnim dzieckiem.

Inny idol narodowej prawicy Romuald Rajs „Bury” odpowiada za zamordowanie w Puchałach Starych na Podlasiu w 1946 r. 30 chłopów-furmanów, których najpierw uprowadził i zmusił do transportowania jego oddziału. Zamordowani byli prawosławnymi Białorusinami i wszystko wskazuje na to, że właśnie to kryterium religijno-etniczne było powodem zbrodni, bo furmani narodowości polskiej zostali puszczeni wolno.

Takich oto bohaterów podsuwa nam nacjonalistyczna prawica jako wzorzec godny upamiętnienia, czczenia i naśladowania. A w tym samym czasie strasznie się oburza i potępia Ukraińców gloryfikujących żołnierzy UPA, którzy mają na sumieniu zbrodnie wojenne. W tym przypadku jej stanowisko jest klarowne i precyzyjne: nie można rozgrzeszać i czcić zbrodniarzy, nawet jeśli walczyli o wolność swej ojczyzny.

Więc jak to jest, panowie prawicowcy, banderowców nie można gloryfikować, a Burego i Łupaszkę można? Ukraińcy mordujący polskich wieśniaków na Wołyniu są zbrodniarzami, a Polacy mordujący litewskich wieśniaków na Wileńszczyźnie i białoruskich na Podlasiu kim są? Bohaterami narodowymi?

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że czczenie przez Polaków polskich zbrodniarzy wojennych jest tak samo naganne jak czczenie przez Ukraińców zbrodniarzy ukraińskich. W rzeczywistości bowiem jest bardziej naganne i kompromitujące. Taka postawa bardziej obciąża polskie sumienia niż ukraińskie. Z tego prostego powodu, że Ukraińcy nie mają wyboru – UPA była jedyną formacją walczącą w czasie II wojny światowej o wolną Ukrainę. Każdy naród musi i chce czcić tych, którzy przelewali krew za ojczyznę – a tragedia i przekleństwo ukraińskiej historii polega na tym, że ta sama armia podziemna reprezentuje tradycję niepodległościową i ma na sumieniu masowe zbrodnie.

My w Polsce nie mamy takiego problemu – sięgając po wzorce z przeszłości, możemy się odwołać do czystej tradycji państwa podziemnego i Armii Krajowej, która jako całość nie splamiła się zbrodniami wojennymi ani nie ma na sumieniu czystek etnicznych. Mamy pod dostatkiem świetlanych postaci mogących służyć za przykład i inspirację. Mamy Jana Karskiego, Władysława Bartoszewskiego, ludzi organizujących w ramach polskiego państwa emigracyjnego i konspiracyjnego Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Mamy powstańców warszawskich. Mamy setki tysięcy ludzi tworzących w czasie wojny największą podziemną armię na świecie. W przeciwieństwie do Ukraińców mamy alternatywę i nie jesteśmy skazani na czczenie zbrodniarzy.

Ci, którzy stawiają na piedestale Łupaszkę, Burego czy żołnierzy NSZ kolaborujących z hitlerowcami i odpowiadających za zbrodnie na Żydach, czynią tak nie dlatego, że nie mają wyboru. Mają wybór. Ale wolą tych idoli. To najlepiej pokazuje, jaki jest ich system wartości i kim są.

„Mateusz Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina” – przekonuje publicysta Piotr Zaremba.

Jest jak pokerzysta, któremu karta nie idzie, więc podwaja stawkę i gra o wszystko” – napisał o premierze Mateuszu Morawieckim Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego. Od dwóch polityków Prawa i Sprawiedliwości usłyszałem, że ten tekst, zawieszony na stronie klubu, zrobił pewne wrażenie w obozie rządowym.

Kasjer od wypłat

Mazur sformułował tę ocenę roli Morawieckiego przy okazji skrytykowania najświeższego pomysłu PiS na wygranie wyborów za pomocą 40 mld zł, w dużej mierze rozdawanych obywatelom. Zwrócił uwagę, zresztą nie on jeden, na dokonanie strategicznego wyboru: finansowania konsumpcji zamiast naprawy, jak to nazywa Mazur, różnych polityk publicznych (a w szerszym sensie kosztem rozwoju).

Nie o wszystkim da się tak powiedzieć. Zamiar dofinansowania połączeń komunikacyjnych ma naturę prorozwojową, cywilizacyjną. Tym niemniej warto przypomnieć, że Morawiecki zaczynał karierę w rządzie PiS od wypowiadanych na zamkniętych zebraniach przestróg przed rozdawnictwem traktowanym jak lek na wszystko. Dziś staje się tego rozdawnictwa twarzą.

Pewnie znajdzie środki, choć zapowiedzi sfinansowania wszystkiego z uszczelnienia systemu podatkowego brzmią gołosłownie. Trzeba będzie ciąć inne cele. A przy okazji zmienić się – mowa nadal o premierze – w kasjera od wypłat.

Pisowscy obserwatorzy boją się bardziej innych konsekwencji, też wyborczych. – Mówiliśmy, że nie mamy dużo mniejszych pieniędzy dla nauczycieli czy lekarzy. Teraz możemy dać tym grupom jedynie ochłapy, co wpłynie na kampanię. A na dokładkę musimy się tłumaczyć, skąd mamy te 40 mld zł – relacjonuje ważny polityk obozu rządowego, dodajmy, w przededniu strajku szkolnego, który może zakłócić egzaminy.

Oczywiście mój rozmówca nie będzie zarazem kwestionować rozmachu budżetowych prezentów. Możliwe przecież, że ich adresaci zaważą na wynikach wyborów, są to wszak grupy najszersze. Komentatorzy próbujący się przebić ze swoimi przestrogami wypadają w takim przypadku jak śmieszni osobnicy idący z parasolem naprzeciw huraganowi.

Na kłopoty wyścig z Wiosną

Trudno też nie zauważyć dodatkowych, można rzec, łagodzących okoliczności. Opozycja w głównym nurcie nie prezentuje zasadniczo odmiennego programu, a pierwszą reakcją Grzegorza Schetyny było podkreślenie, że 500 plus na pierwsze dziecko to pomysł Platformy Obywatelskiej. Ten rządowy pakiet jest także odpowiedzią na ofensywę Roberta Biedronia. To Wiosna przypomniała o niezrealizowanej obietnicy przywrócenia autobusu w każdej gminie, trzynastka dla emerytów to replika na żądanie emerytury obywatelskiej itp.

Można by rzec, że powstanie ruchu Biedronia przesądziło o kształcie polskiej polityki na najbliższe lata. Będzie się ona toczyć w cieniu licytacji nie tylko na ekonomiczny interwencjonizm (to dzieje się od lat), lecz także oznacza grę najprostszymi finansowymi transferami, często tracącymi pierwotne cele. Efekt pronatalistyczny programu 500 plus okazał się wątpliwy, a w przypadku pieniędzy na pierwsze dziecko jest wątpliwy jeszcze bardziej. Istotą staje się redystrybucja. Ona oczywiście zmienia trochę strukturę społeczną. Ale jej skutki w tej sferze pozostają niejasne, nieprzewidywalne. Jednak efekty polityczne na kilka miesięcy przed wyborami są niewątpliwe.

Zarazem opozycja ma trochę racji, twierdząc, że ta ofensywa to także odpowiedź na kłopoty obozu rządowego. Kiedy nie udało się zaryzykować wcześniejszych wyborów parlamentarnych przed europejskimi, PiS zajrzała w oczy groźna perspektywa wielu miesięcy bez nowych celów mobilizujących publikę, za to pod znakiem rozliczania rządzących z afer i nawet drobnych potknięć. Częścią tego stała się wyraźnie wykreowana na potrzeby wyborcze „afera Srebrnej”, ale nic bardziej nie drażniło ostatnio jak wysokie zarobki protegowanych prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Doszły do tego inne porażki. Polityka zagraniczna nie jest w Polsce polem głównej rozgrywki, ale łatwo było przedstawić upokarzające nas wypowiedzi izraelskich polityków jako fiasko dotychczasowego kursu. Jarosław Kaczyński postanowił więc przeciąć wszystkie gordyjskie węzły za jednym zamachem. Nie korektami polityki podatkowej, manipulowaniem VAT czy kwotą wolną od podatku, a wielką narodową wypłatą. Wedle wszelkich informacji – dyskusji w kierownictwie PiS nie było. Sprawa rozegrała się między „Naczelnikiem” a premierem – przy czym ten ostatni otrzymał po prostu zadanie do wykonania: policzyć i przybrać w odpowiednie słowa.

Ten aspekt pozycji szefa rządu to kolejny powód zainteresowania w PiS takimi tekstami jak ten Mazura. Ścierają się skrajne wersje: premiera zagrożonego dymisją i premiera szykowanego na następcę. Trudno, aby politycy PiS nie śledzili takich wieści z zapartym tchem.

Latające nazwiska następców

Sami mają jedynie mglisty obraz sytuacji. Wszystko rozgrywa się w logice królewskiego dworu. Kogo nie ma w danej chwili w monarszej komnacie, ten jest skazany na plotki i domysły. Zresztą sama obecność też niczego nie gwarantuje. Wszystko może się rozegrać przed lub po oficjalnym spotkaniu. Partia nie ma nic wspólnego ze zbiorowością rozstrzygającą w następstwie dyskusji, gdzie wybiera się spośród rozmaitych wariantów. Rządowe agendy to jedynie przebudówki do dworskiego sposobu decydowania.

Historię o niebezpieczeństwach wiszących nad Morawieckim lansują, przesadnie, gazety opozycyjne typu „Newsweek”. Wiele wskazuje na to, że w kreowaniu takiej atmosfery uczestniczą z jednej strony politycy nielubiący premiera (Zbigniew Ziobro? członkowie zakonu PC?), z drugiej zaś otoczenie szefa rządu, które ulega częstym panikom.

Bywa, że informacje są nieprawdziwe. W internecie wieści o pisowskiej naradzie u Jarosława Kaczyńskiego po wypowiedzi Israela Katza i decyzji o wycofaniu się ze szczytu w Jerozolimie pojawiły się w dniu, kiedy nikt się nad niczym nie naradzał, a prezesa PiS nie było w ogóle w biurze. Nie można jednak wykluczyć, że niektóre pogłoski są generowane za wiedzą i zgodą „Naczelnika”. Trzyma on w ten sposób premiera w szachu, nie pozwalając mu wdawać się we własne gry. Choć w niektórych tygodniach spotykają się w cztery oczy prawie codziennie.

„Newsweek” twierdził, że po upokorzeniu Polski przez Izrael w powietrzu latały już nazwiska potencjalnych następców Morawieckiego. Jeśli latały, to chyba nie na serio – w tym samym czasie Kaczyński szykował się już do wielkiej operacji kupowania wyborców. Premier i jego ośrodek dowodzenia są mu potrzebni w tej operacji, aby zminimalizować złe skutki masowych nowych wydatków dla finansów publicznych. Zresztą Morawiecki stał się już twarzą permanentnej kampanii. Odkręcenie tego graniczy z szaleństwem.

Mamy raczej do czynienia z chwilową irytacją „Naczelnika”. Podobno nie miał świadomości, że u progu kampanii premier miał jechać na szczyt w Izraelu. Kaczyński jest człowiekiem, który zatwierdza nominacje nawet stosunkowo niskiego szczebla pracowników spółek Skarbu Państwa (to wszystko dzieje się na Nowogrodzkiej), ale czasem coś może mu umknąć.

Nie zauważa zresztą, że proizraelska nadgorliwość to tylko rezultat polityki, którą sam wymyślił i firmował. W modelu dworskim władca nie ponosi konsekwencji swoich wyborów, a z wadliwych detali rozliczani są ministrowie. Pogłoski o dymisji szefa dyplomacji Jacka Czaputowicza w maju są więc całkiem wiarygodne. I byłaby to symboliczna porażka premiera, bo ten szef MSZ został dobrany po to, aby osłabić wrażenie zdominowania dyplomacji przez agresywną retorykę skierowaną do wewnątrz Polski. Ale tryb podejmowania takich decyzji nie zakłada partnerskich targów między numerem jeden a numerem dwa, Kaczyńskim a Morawieckim.

A może delfin

Jest i wersja druga, sprzeczna z tą pierwszą. Kiedy okazało się, że pośród kandydatów do Parlamentu Europejskiego jest jeden z najbardziej wszechwładnych polityków PiS Joachim Brudziński, to prof. Antoni Dudek napisał, że prezes czyści Morawieckiemu przedpole, aby ten zajął miejsce delfina. Przeczyłoby to mnożonym sygnałom o niepełnym zaufaniu między numerem pierwszym a drugim. Za to uzupełniałoby się z pojawiającymi się czasem plotkami o dalszych kłopotach zdrowotnych Jarosława Kaczyńskiego.

Tyle że polityka, także ta personalna, rzadko przypomina precyzyjne ruchy w rozgrywce szachowej. Brudziński zaskoczył wszystkich – zdaje się, że prezesa również – prośbą o wysłanie do Brukseli. Na posiedzeniu kierownictwa PiS Kaczyński powołał się na „motywy osobiste” szefa MSWiA i podobno więcej w tym prawdy, niż można przypuszczać. Doraźnie oznacza to rzeczywiście usunięcie się z pola może najpoważniejszego rywala Morawieckiego. Rywala jednak potencjalnego, bo Brudziński starał się nie prowadzić z premierem wojen, a ich relacje były poprawne. Jeśli ktoś był wrogiem na co dzień, to Zbigniew Ziobro.

Otoczenie premiera nie dowierza, że wyjazd Brudzińskiego do Brukseli to sukces. Podejrzewa, że współpracownik prezesa, teraz podwładny Morawieckiego, po maju zyska czas i możliwości, aby wpływać na politykę krajową, wtrącać się w działalność partyjnego aparatu i szykować do rychłego powrotu. Rzecz w tym, że prawda może nie być ani taka, ani taka. Kaczyński z pewnością nie zrezygnował z ulubionego współpracownika. Już w 2010 r., kiedy kandydował na prezydenta, szykował go na ewentualnego następcę. Ale prezes PiS na ogół unika rozstrzygania takich rywalizacji przed czasem, ba, lubi je generować. W jego decyzję, aby samemu szybko wycofać się z polityki, trudno uwierzyć. Chyba że o czymś nie wiemy.

Na razie więc w kwestii pozycji premiera odpowiedź musi brzmieć: ani triumf, ani zgon. Zapowiadana na koniec maja rekonstrukcja rządu może być nawet odczytywana jako sukces Morawieckiego. Odejdzie na przykład do Brukseli Beata Szydło, odbierana jako inny jego potencjalny konkurent. Wprawdzie wicepremier nie umiała podgryzać polityki swojego szefa w mediach (w każdym razie tak skutecznie, jak robili to jego współpracownicy, kiedy ona była szefem rządu), ale zachowywała więź z lokalnymi działaczami, pośród których Morawiecki nigdy nie zyskał całkowitego miru.

Czy jednak ten sukces będzie taki przemożny? Wieści o odejściu Czaputowicza pokazują, że nie całkiem. Co więcej, jeśli przypisywać premierowi wyniesioną z korporacji dbałość o poziom kadr, decydować będzie trafność obsady resortów, a tu pierwsze informacje nie są zbyt optymistyczne. Jarosław Zieliński, obecny wiceszef MSWiA, jako potencjalny minister edukacji może być tylko produktem plotek, ale to symbol wyrzeczenia się aspiracji, aby mieć silny i ambitny gabinet.

To samo można zresztą powiedzieć (to już nie wiąże się bezpośrednio z Morawieckim) o części liderów list do Parlamentu Europejskiego.

Trzeba zrozumieć postawienie na głośne nazwiska, na pierwszą ligę. Ale eksminister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, który będzie w Brukseli tylko błądzącym po korytarzach statystą, to potraktowanie miejsc w europarlamencie jako synekur w nagrodę za wierność. Takich Jurgielów jest na listach więcej.

Ile się nie udało

Akurat na takie ostentacyjne postawienie logiki partyjnej ponad państwową Kaczyński może sobie pozwolić. Straty poniesione w ostatnich miesiącach są niewątpliwe, można by do nich dodać sondażowy efekt przedwyborczego jednoczenia opozycji, ale biorąc pod uwagę siłę artyleryjskiego ostrzału krajowych mediów i zagranicznych instytucji, a również mnogość porażek i błędów, nie są one aż tak wielkie. PiS okazał się trwale związany z Polakami, w jakiejś mierze teflonowy, nawet jeśli ten efekt słabnie.

Ostatni pakiet zapowiedzi to raczej dodatkowa polisa ubezpieczeniowa niż rozpaczliwy ratunek. Takie grzechy jak stawianie na słabych ludzi PiS może odkupić. Podobnie niefunkcjonalność systemu, w którym Polską próbuje się zarządzać z jednego skromnego gabinetu. Choć może, gdyby nie patologie nagminnego mieszania partii z państwem, cena nie musiałaby być tak wysoka jak 40 mld zł z budżetu państwa.

Oczywiście można też na to spojrzeć inaczej. Jeśli celem Jarosława Kaczyńskiego było wykreowanie nowych elit i trwała zmiana społecznej świadomości Polaków, efekty nie są porażające. Odniesiono tylko połowiczny sukces w uzależnianiu wymiaru sprawiedliwości od obecnego układu rządzącego. Z części zamysłów trzeba się było wycofywać, a inna część reformy sądów wciąż jest zagrożona interwencją instytucji europejskich.

Z tych samych powodów nie podjęto próby przebudowy rynku medialnego, poza przejęciem mediów publicznych i doraźnym wspieraniem własnych tytułów. TVP służy topornej partyjnej propagandzie, za to w mniejszym stopniu wykuwa postawy ideowe Polaków. Możliwe, że świeży mandat wyborczy ośmieli PiS w tym względzie. Chociaż przykład porażki w starciu z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w kwestii sądownictwa, i to bez walki, pokazuje, że pole manewru nie będzie wielkie.

PiS nie zyskał większego wpływu na świat kultury, minimalnie skorygował układ sił na tym polu. Wielka kampania antyklerykalna różnych środowisk – od akcji „antypedofilskich” po film „Kler” – osłabiła efekt początkowej zmiany nastrojów w kierunku bardziej konserwatywnym. Możliwe, że Polacy są dziś odrobinę bardziej nieufni wobec dyrektyw płynących z Zachodu, możliwe też, że starcia ze środowiskami żydowskimi popychają różne środowiska w kierunku rządu. Ale straty mogą być tu równie bolesne jak zyski. Na dokładkę podgrzewanie nastrojów wokół tej tematyki grozi ekspansją skrajnej, całkiem nieobliczalnej prawicy.

Konserwator perpetuum mobile

PiS-owi jako najpewniejsza pozostaje sfera społeczno-gospodarcza, gdzie naturalnie odniósł kilka sukcesów. Jest nim zmniejszenie rozwarstwienia społecznego przy zachowaniu – na razie – względnej stabilności finansowej. Był to cel ważny dla wielu polityków PiS, w tym dla Kaczyńskiego. Wiązał też z rządem pokaźny elektorat.

Ostatnie przedwyborcze inicjatywy oznaczają jednak ewolucję tej polityki w kierunku rozdawnictwa na wielką skalę. Możliwe, że polskie finanse to wytrzymają, ale wyznacza to kierunek rozwoju na najbliższe lata. I oznacza przyznanie się do tego, że tylko za taką cenę PiS jest w stanie kupować sobie poparcie w innych sferach. Bez drenowania budżetu nie byłby go pewny. Ile w tym winy samej socjalnej prawicy, a ile zewnętrznych okoliczności, to inna sprawa.

W latach 30. amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt, na którego Nowym Ładzie Kaczyński trochę się wzoruje, był oskarżany, że tworzy „kulturę zasiłku” jako swoiste perpetuum mobile gwarantujące jego partii zachowanie władzy. W USA, kraju o skądinąd całkiem innym modelu społecznym, dużo bardziej wolnorynkowym, zatrzymano się na tej drodze. Jak będzie w Polsce?

Nawet gdyby Mateusz Morawiecki odziedziczył kiedyś po Kaczyńskim władzę nad partią i nad Polską, nie będzie mógł łatwo zejść z tego kursu. Choćby dlatego, że większość zaciąganych dziś wobec Polaków zobowiązań państwa ma charakter permanentny. Ani obecnej opozycji nie będzie łatwo ich w przyszłości ograniczyć, ani samemu PiS. Dawny prezes banku musi znać cenę takiego modelu. Ile jest w tej najnowszej ofensywie z niego samego? Małe fragmenciki, zresztą te najmniej konkretne, kiedy zapowiada obniżkę kosztów pracy czy poprawę infrastruktury.

Przypomnę raz jeszcze: Morawiecki zaczynał od przestrzegania przed prostym rozdawnictwem. Był solidarystą, ale z pomysłem na bardziej różnorodne priorytety. Dziś został sprowadzony do roli mechanicznego, choć zaufanego wykonawcy. I to jest ważniejsze niż pytania, czy grożono mu dymisją, czy przeciwnie, może mieć uzasadnioną nadzieję na fotel pisowskiego delfina.

Pedofilia, zawodowe skrzywienie kleru

24 Lu

W przekazanym papieżowi raporcie fundacji Nie Lękajcie Się, ujawniającej skandale pedofilskie, znalazło się 20 nazwisk polskich biskupów, którzy chronią księży oskarżonych o nadużycia seksualne – informuje „Wyborcza”.

Dziennik podkreśla, że wśród nich figuruje nazwisko abp Marka Jędraszewskiego, który jest najwyższym rangą polskim duchownym, biorącym udział w trwającej w Watykanie konferencji o pedofilii.

Na przedstawiony papieżowi dokument odpowiedziała krakowska kuria. W informacji, która pojawiła się na stronie archidiecezji, czytamy: „W Raporcie (…) zostały przekazane nieprawdziwe i zmanipulowane informacje. (…) Abp Marek Jędraszewski jako wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu Polski jest w pełni zaangażowany w tworzenie mechanizmów prewencji i obrony ofiar wykorzystywania seksualnego przez niektórych kapłanów w polskim Kościele”.

Sam hierarcha nie zabrał głosu w tej sprawie. W wywiadzie udzielonym KAI stwierdził natomiast: „Nie wyobrażam sobie biskupa, który by nie był na te problemy otwarty i nie starał się ich zrozumieć”.

Tymczasem – jak przypomina gazeta – metropolita krakowski pojawia się w kontekście sprawy abp. Juliusza Paetza, oskarżonego w 2002 r. o molestowanie kleryków i księży. „Jednym z najbardziej aktywnych obrońców arcybiskupa Paetza był arcybiskup Marek Jędraszewski, obecnie metropolita krakowski, który uparcie ignorował delegacje kleryków, którzy przychodzili do niego z prośbami o pomoc. Organizował też akcję podpisywania listów poparcia dla Paetza” – czytamy w raporcie.

Nie jedyny to jednak „feler” Jędraszewskiego. Dziennik przypomina, że hierarcha nie od dziś znany jest ze stosowania w wypowiedziach publicznych języka nienawiści: „Ludzi starających się o respektowanie w Polsce zapisów konwencji o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie nazwał publicznie „lewacką zarazą” i porównywał ich do stalinowców. Atakował też niepłodne pary starające się o dziecko metodą in vitro.”

Na spotkanie z papieżem Franciszkiem osobiście przybyli przedstawiciele fundacji Nie Lękajcie Się. To oni: Marek Lisiński (w dzieciństwie wykorzystany seksualnie przez duchownego) wraz z Joanną Scheuring-Wielgus przekazali papieżowi raport z nazwiskami polskich hierarchów, którzy chronili księży oskarżanych o pedofilię.

Podczas gdy w Watykanie papież Franciszek ostro potępia pedofilię w Kościele, na niedzielnej mszy w Gdańsku została odprawiona msza w intencji ks. Henryka Jankowskiego.

Tłum wiernych w Kościele św. Brygidy modlił się o „zwycięstwo prawdy” i mógł wysłuchać osobliwego kazania proboszcza Ludwika Kowalskiego, który świadectwa pedofilii ks. Jankowskiego nazwał „pomówieniami pieniaczy”, a jego samego porównał do Jezusa.

Chrześcijanin zapomina o tym, że ma być znakiem sprzeciwu. Czynimy wiele, by przypodobać się ludziom. Ludziom, którzy popełniają błędy. Brakuje nam wierności Jezusowi. Ceną, którą płacimy, jest zdrada. Nie wolno nam ulec nienawiści. Jezus był otoczony przez wrogów, a jednak nigdy nie odpowiedział złem na zło. Odrzucił logikę odwetu i zemsty. Jego uczeń nie może się narazić nienawiścią. Jezus ze spokojem przyjmował oskarżenia, że działał z mocy diabła. Nieprzyjaciel posługuje się kpiną, plotką. Nie możemy chorować na chorobę nienawiści, na którą niektórzy zachorowali. Módlmy się w intencji kochanego nam prałata ks. Henryka Jankowskiego, kapelana Solidarności, który wyniósł świątynię z gruzów.” – grzmiał z ambony proboszcz Kowalski, oskarżając media o złe przedstawianie sprawy ks. Jankowskiego.

Na ogół zajmują się pieniaczami i krzykaczami, którzy nie znali ks. Jankowskiego.” Wśród wiernych w gdańskim kościele byli także przedstawiciele świata polityki: Piotr Duda, przewodniczący Solidarności, Karol Guzikiewicz, działacz związkowy i radny PiS w pomorskim sejmiku oraz Kazimierz Koralewski, radny PiS.

Po mszy wszyscy obrońcy oskarżonego o molestowanie i wykorzystywanie nieletnich, a także o współpracę z SB ks. Jankowskiego, złożyli kwiaty pod na nowo postawionym nielegalnie pomnikiem duchownego. Tam głos zabrała między innymi związana z Radiem Maryja Gertruda Szumska, przyjaciółka prałata, a jeden z przemawiających mężczyzn stwierdził, że ten kto uważa za winnego ks. Jankowskiego nie powinien „stanąć z Polakami”. Na zakończenie tego manifestu poparcia dla duchownego odśpiewano Mazurka Dąbrowskiego.

Walka w PiS. Ziobro z Morawieckim walczą o stołek prezesa. Opozycja musi myśleć, jaka Polska po PiS

10 Gru

Prokuratura Regionalna we Wrocławiu postawiła zarzuty Markowi P., byłemu współpracownikowi Kornela Morawieckiego. Chodzi o defraudację 96 tys. zł, które szef fundacji „SOS dla życia” ks. Tomasz Jegierski pożyczył „Solidarności Walczącej”, której liderem jest ojciec premiera – informuje onet.pl. Pieniądze nigdy nie wróciły do fundacji.

O sprawie zrobiło się głośno w marcu tego roku, o czym w artykule „Panie premierze Morawiecki, stawiam publiczne pytania, czy pan jest skorumpowany?”.

„Tak, poinformowano mnie, że Marek P. ma status podejrzanego. Wybieram się do Wrocławia na konfrontację” – powiedział w rozmowie z onet.pl ksiądz Jegierski. W oświadczeniu, które na Twitterze udostępnił reporter Radia Zet Mariusz Gierszewski, szef fundacji „SOS dla życia” napisał: – „Od agenta CBA wiem, że zabezpieczono już majątek Marka P. (…) Z CBA była zrobiona wizja lokalna i ustalono, gdzie Marek P. z Kornelem Morawieckim rozwieźli tę gotówkę, którą otrzymali ode mnie w mojej obecności. Wierzę, że wkrótce premier Morawiecki i Kornel Morawiecki usłyszą zarzuty i sprawiedliwości stanie się zadość” – czytamy w oświadczeniu ks. Jegierskiego.

A na razie były współpracownik ojca premiera Marek P. usłyszał zarzut z artykułu 286 par. 1 Kodeksu karnego: „Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8” – informuje onet.pl.

W niedzielnym programie „Kawa na ławę” w TVN24 było, jak zwykle, bardzo gorąco. Najwięcej emocji wzbudził temat zatrzymania przez CBA byłego szefa KNF i jego współpracowników. Zarzucono im, że mimo posiadanej wiedzy, zbyt długo zwlekali z ustanowieniem zarządu komisarycznego dla SKOK-u Wołomin.

Patryk jaki, który był gościem programu, broniąc stanowiska śledczych w tej sprawie zdradził, że prokuratura „dopiero teraz porządnie się wzięła za sprawę, zabezpieczyła dowody, m.in. na komputerach ludzi z KNF-u, którzy otrzymali zarzuty. Co było na tych komputerach? Informacja o tym, że panowie wiedzieli i to twardo wiedzieli już w 2013 r., że jest tam gigantyczne złodziejstwo”, co wzbudziło pewne zdziwienie Konrada Piaseckiego, który kilkakrotnie upewniał się, czy ta informacja nie powinna być objęta tajemnicą śledztwa.

Jaki stwierdził, że miał prawo ujawnić te informacje i dodał jeszcze, że „był wniosek o to, aby wprowadzić zarząd komisaryczny, wniosek przygotowany w Komisji Nadzoru Finansowego, właśnie do SKOK-u Wołomin, żeby przestali kraść. Ten wniosek był przygotowany już w 2013 r. Mimo to ci panowie, z których robi się bohaterów, czekali ponad rok czasu, aż zostaną wyprowadzone wszystkie pieniądze”.

Eliza Michalik, dziennikarka zastanawia się, czy rzeczywiście Jaki mógł podzielić się z posiadanymi informacjami w tej sprawie. Zadaje przy tym pytania, czy nie został złamany art. 241 kk („kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia”) i czy istnieje jakaś podstawa prawna, która pozwala wiceministrowi na posiadanie takiej wiedzy?

Z kolei dziennikarka „Polityki” Ewa Siedlecka uważa, że „PiS-owska ustawa o prokuraturze pozwala przekazywać mediom takie informacje, ale może to robić prokurator generalny albo szef danej prokuratury”, a Jaki jest tylko wiceministrem, więc nie miał prawa upubliczniać informacji z tego etapu śledztwa.

Ewa Stępniak, adwokat i działaczka Obywateli RP już wie, jak Jaki będzie bronił się przed zarzutem ujawnienia informacji. Ustawa o prokuraturze mówi wyraźnie, że „Prokurator Generalny, Prokurator Krajowy lub inni upoważnieni przez nich prokuratorzy mogą przedstawić organom władzy publicznej, a w szczególnie uzasadnionych przypadkach TAKŻE INNYM OSOBOM, informacje dotyczące działalności prokuratury, w tym także informacje dotyczące konkretnych spraw” i na nią powoła się pan wiceminister, broniąc własnej skóry.

To nie jedyna „wpadka” Jakiego w „Kawie na ławę”. Tak bardzo chciał przekonać uczestników spotkania i telewidzów, iż PiS i jego ludzie mają czyste ręce w tej sprawie, że posunął się do kłamstwa. Stwierdził, że problemy SKOK-u zaczęły się dopiero w 2012 roku, czyli w okresie, gdy był on już pod nadzorem KNF. Wcześniej, gdy zarządzał nimi Grzegorz Bierecki, od 2011 senator z listy PiS, żadnych kłopotów ze SKOK-ami nie było.

Bardzo szybko tę informację skorygowała Izabela Leszczyna, była wiceszefowa Ministerstwa Finansów w rządzie PO/PSL, przypominając, że to właśnie za rządów Biereckiego wyprowadzono ze SKOK-ów pieniądze deponentów.

Niesamowite, skąd to przekonanie w politykach partii rządzącej, że „lud głupi, wszystko kupi”? Ta wiara, że można patrząc ludziom w oczy kłamać i manipulować faktami, jest zadziwiająca. Czy to tylko kwestia buty i arogancji czy jednak całkowite oderwanie od rzeczywistości?

Gdyby ktoś oczekiwał politycznych fajerwerków po weekendowym posiedzeniu klubu PiS w Jachrancepod Warszawą, to mógłby poczuć zawód. Żadnych rewelacji w rodzaju zapowiedzi rekonstrukcji rządu nie było, a większość tematów wałkowały już wcześniej media. Obieg informacji w PiS to zresztą sprawa na osobny tekst; nie od dziś szeregowi posłowie dowiadują się o wszystkim na końcu.

Jachranka na poprawę morale

Partie są trochę jak sportowcy, forma raz jest, a raz jej nie ma. PiS zalicza jej spadek. Na pytanie, dlaczego partia rządząca nie prezentuje się jak dumny zwycięzca wyborów samorządowych, moi rozmówcy odpowiadali ostatnio rozmaicie: „wrażenie zepsuła druga tura w miastach”, „afera KNF”, „problemy z komunikacją” itp. Ale żaden nie zaprzeczył. Spotkanie w Jachrance miało poprawić te nastroje. Strapionych pocieszyć, leniwych zdyscyplinować, wątpiących umocnić w wierze. Niech się posłowie wygadają, niech spotkają się z prezesem, premierem, ministrami, niech pobiesiadują przedświątecznie.

Prezes PiS zapowiada złagodzenie kursu

Jarosław Kaczyński miał dwa wystąpienia – najpierw publiczne, potem skierowane do posłów. W tym drugim zapowiedział złagodzenie kursu partii. Polacy mają się cieszyć wzrostem gospodarczym, mają go poczuć osobiście w swoich portfelach i domach, a nie niepokoić się jakimiś politycznymi awanturami. Dlatego Kaczyński mocno zadeklarował, że nie ma mowy o zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej, o co zabiegało ostatnio kilkudziesięciu posłów PiS.

Prezes uczulił też posłów, że mają unikać knajackiego języka, zwłaszcza w mediach społecznościowych, bo obciąża to konto całego ugrupowania.

Rekonstrukcja rządu? Przyspieszone wybory? Skutki afery KNF

Jarosław Kaczyński defensywnie

W wystąpieniu publicznym Kaczyński wszedł zaś w nietypową dla siebie rolę pierwszego obrońcy praworządności. „To nie my strzelaliśmy do górników” – to chyba najgłośniejszy cytat z mowy oskarżycielskiej pod adresem Platformy. Prezes PiS podkreślił, że to PO odpowiada za kryzys w Trybunale Konstytucyjnym, że to PO tolerowała aferzystów w swoich szeregach, że PiS zdecydowanie reaguje na swoje „czarne owce”. Brzmiało to raczej defensywnie niż ofensywnie; trudno w ten sposób, mówiąc „to oni zaczęli, to oni są gorsi”, przejść do ataku i narzucić temat debaty publicznej. Jak tłumaczy uczestnik spotkania, ten fragment wystąpienia Kaczyńskiego miał jednak inny cel – uspokoić żelazny (i jastrzębi) elektorat PiS, który może się zaniepokoić złagodzeniem linii partyjnej.

Za zamkniętymi drzwiami w Jachrance

W części zamkniętej dla mediów posłowie mieli ok. dwóch godzin na pytania – do prezesa i ministrów. Były głosy narzekające na jakość komunikacji, na politykę medialną partii. Nikt nie wymienił wprost nazwiska rzeczniczki PiS Beaty Mazurek, ale – jak twierdzi jeden z posłów – wszyscy i tak wiedzieli, że to o nią chodzi.

Później, do północy albo i dłużej, trwała kolacja. Tu główną rolę odgrywał Mateusz Morawiecki, krążący od stołu do stołu i cierpliwie rozmawiający z szeregowymi posłami.

Modernizacyjny pic Morawieckiego

Konflikty wewnętrzne trwają, rekonstrukcja rządu – „na kiedyś”

Nic wielkiego się zatem w samej Jachrance nie wydarzyło. Rekonstrukcja rządu została przełożona na bliżej nieokreślone „kiedyś”, prawdopodobnym terminem będzie czerwiec, po wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Coraz bardziej widoczne problemy wewnątrz obozu władzy pozostały nierozwiązane. Konflikt Zbigniewa Ziobry z Mateuszem Morawieckim się nie skończył, nie zelżało też napięcie między częścią ministrów (np. Jadwigi Emilewicz spór z Krzysztofem Tchórzewskim o program rekompensat za podwyżki cen energii). Złagodzenie kursu pozostaje na razie w warstwie deklaracji; to tuż przed Jachranką nastąpiło zatrzymanie poprzedniej ekipy KNF z czasów rządów PO.

PiS wciąż nie ma klucza do wyborców w miastach, którzy w wyborach europejskich i parlamentarnych odegrają większą rolę niż w kampanii samorządowej, bo frekwencja w miastach będzie wyższa niż na wsi.

To tylko zadyszka

Nie znaczy to bynajmniej, że lada dzień Platforma prześcignie PiS w sondażach; bałagan po stronie opozycji jest nie mniejszy niż w partii rządzącej. Zadyszka PiS – o czym piszą także bliscy mu komentatorzy – jest jednak faktem i Jachranka tego nie zmieniła.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl  pisze co po zwycięstwie opozycji.

Wyborca musi wiedzieć, czy po zwycięstwie koalicji Polska wróci do stanu przed PiS, czy zostanie naprawiona, a jeśli naprawiona – to jak?

Huknęło i zadymiło się z obu stron monstrualnej barykady im. Jarosława Kaczyńskiego, głównego twórcy tej fortyfikacji. W szeregach obrońców zauważono nerwowe ruchy, nazwane przez jednych „łączeniem przez podział”, a przez innych „rozłamem w koalicji”. Od strony najeźdźców natomiast już od dłuższego czasu dobiegały pomruki zaniepokojonych przegranymi potyczkami, błędami dowództwa i niedoborem amunicji, zastępowanej coraz częściej kapiszonami. A kiedy eksplodowała bomba, którą prezes Komisji Nadzoru Finansowego osobiście podłożył we własnym gabinecie, niepokój przerodził się w panikę. Bo tylko bezrozumnym popłochem wytłumaczyć można atak harcowników Ziobry na poprzedników prezesa KNF, których jedyną winą było ściganie przekrętów w PiS-owskim parabanku.

Nie podejmuję się komentowania sytuacji w szeregach opozycji i objaśniania posunięć, których nie rozumiem i obawiam się ich konsekwencji. Zresztą i beze mnie w przestrzeni publicznej roi się od najrozmaitszych opinii w tej sprawie. Jedni radują się z pęknięcia w Koalicji Obywatelskiej wieszcząc jej rychły koniec. Inni cieszą się z łączenia opozycji w monopartię. Jeszcze inni biadają nad mentalnością rodaków, którzy nawet w obliczu śmiertelnego zagrożenia demokracji nie potrafią powściągnąć ambicji. A są i tacy, którzy już tworzą listę odpowiedzialnych za przedłużenie rządów PiS o kolejną kadencję i wygrażają tym politykom, którzy chwilowe korzyści własne lub swojego ugrupowania przedkładają nad interes kraju.

Pewnym pocieszeniem jest rozgardiasz w obozie prawicy. Pan prezydent w duecie z premierem miotają się między krańcowymi uczuciami do Unii Europejskiej, która raz jest wielką szansą i wsparciem, a innym razem IV Rzeszą i siedliskiem „obcych niepolskich interesów”. Nie wiadomo co robić z ujawnionymi przykładami pazerności i nepotyzmu. Partyjne przekazy dnia próbują przykryć niebezpiecznie bulgoczącą aferę KNF, ale proponowane pokrywki okazują się tandetne i dziurawe. W szeregi PiS wdarło się zwątpienie, tu i ówdzie zaświtały nawet refleksje – a co, jeśli prezes nie ma racji? I co ze mną będzie, kiedy jednak przegramy wybory?

Sytuację musiał ratować Jarosław Kaczyński. Na posiedzeniu klubu w Jachrance nie był już sympatycznym softpolitykiem starszego pokolenia w wersji wyborczej, z obiema rękami wyciągniętymi do zgody. Był sobą: nadętym bufonem, fałszywą wyrocznią, a przede wszystkim mistrzem świata w odwracaniu kota ogonem. PO zostawiła kraj w ruinie, a PiS prowadzi kraj do dobrobytu. Afera KNF nie jest żadną aferą, ponieważ prawdziwą aferą jest afera tych, którzy walczyli z aferą w wołomińskim SKOK-u, natomiast za rządów PiS nie zanotowano żadnej afery, a co najwyżej drobne incydenty, natychmiast likwidowane przez nasze sprawne i rzetelne służby, tymczasem prawdziwym siedliskiem afer było środowisko PO, na czele z głównym macherem Donaldem Tuskiem! Więc niech on sobie wybije z głowy mrzonki o powrocie do polityki, bo jak tylko skończy kadencję w Unii, to od razu stanie przed prokuratorem. Kłamliwy jest zarzut, jakoby PiS naruszał prawa obywatelskie, bo to właśnie Tusk i Platforma łamali prawa człowieka – w szczególności kibiców.  Ciemne sprawki PO-PSL nie docierają do społeczeństwa, ponieważ opozycja ma poparcie mediów, które stanęły po stronie kłamców. Dziś oczerniają PiS, że łamie konstytucję, a przecież czyniła to tylko poprzednia władza. PiS w pełni przestrzega prawa, w odróżnieniu od PO troszczy się o ustawę zasadniczą i dlatego Beata Szydło nie publikowała nielegalnych wyroków Trybunału Konstytucyjnego, bo gdyby opublikowała, to mogłaby trafić do więzienia…

Słowotok Jarosława Kaczyńskiego wydał mi się jękiem rozpaczy zawodowego kuglarza, który nagle stracił czucie w dłoniach. Wielkiego stratega logika opuściła na dłużej. No bo jeśli premier Beata Szydło obroniła się przed więzieniem, nie dopuszczając do publikacji wyroków TK, to znaczy, że premier Morawiecki publikując te wyroki złamał Konstytucję i powinien siedzieć.  Jeżeli za czasów PO-PSL afery mnożyły się jak króliki, a służby PiS były „nareszcie rzetelne i sprawne”, to gdzie są ci aferzyści? W ciągu trzech lat rządów PiS więzienia powinny być pełne, a tymczasem dopiero teraz, w chwili zagrożenia, rozpoczęły się aresztowania i to na ślepo, na podstawie odgrzewanych zarzutów dawno sprawdzonych i odrzuconych lub umorzonych przez sądy.  A jeśli potraktować serio lament prezesa, że PiS nie ma możliwości dotrzeć do narodu z braku przychylnych mu mediów, to Jacek Kurski już dawno powinien zaprezentować się w TVPInfo w koszulce z napisem KONSTYTUCJA.

Przykro było patrzeć na starszego człowieka, który stał przed kamerami i bezładnie międlił słowa zmyślonych opowieści. Kiedyś lepiej kłamał. Teraz plótł bez sensu, przywoływał zjełczałe kalumnie i dawno zużyte łgarstwa, obficie skrapiając je jadem nienawiści.  Smutne.

Mimowolne wsparcie opozycji przez prezesa Kaczyńskiego nie może być dla koalicji powodem do radości. Do kolejnych wyborów daleko i Kaczyński potrafi jeszcze przeobrazić się w dziarskiego staruszka z gwarantowaną receptą na wszystkie kłopoty Polaków. Nie wolno wpadać w euforię, gdy sondaż daje zjednoczonej opozycji walne 50-procentowe zwycięstwo. Po pierwsze to tylko sondaż. Po drugie prognoza dotyczy opozycji ZJEDNOCZONEJ. Po trzecie w tych 50 procentach jest bonus za tzw. efekt politycznej nowości. A przede wszystkim: ile procent poparcia miałaby opozycja, gdyby w sondażu nie było premii za dążenie do zgody i wolę porozumienia?

Nie ma gwarancji odsunięcia PiS od władzy nawet wtedy, gdy przeciw okupantom staną wszystkie ugrupowania opozycyjne deklarując pełną zgodę. Potrzebny jest czytelny projekt takiej koalicji. Taki, który wyjaśni, dlaczego wyborca, głosując na swoją partię, musi równocześnie głosować na ugrupowanie, którego organicznie nie znosi. Wyborcy trzeba jasno powiedzieć, za czym tak naprawdę i przeciw czemu głosuje, czego jego ulubione ugrupowanie na pewno nie zrobi „dla dobra koalicji” oraz kiedy „odzyska” swoją partię. Nie wystarczy oświadczyć: zebraliśmy się tylko po to, żeby przegonić PiS, a po wyborach się rozchodzimy. Wyborca musi wiedzieć, czy po zwycięstwie koalicji Polska wróci do stanu przed PiS, czy zostanie naprawiona, a jeśli naprawiona – to jak?

Jest jeszcze czas, by ambicje liderów ugrupowań opozycyjnych ulokować w tworzenie takiego porozumienia, które zapewni siłom demokratycznym zwycięstwo wyborcze, a potem być może stanie się projektem założycielskim lepszej Polski zabezpieczonej przed recydywą populizmu, Polski niedostępnej dla kolejnych Prezesów obiecujących wszystko wszystkim w zamian za nieograniczoną władzę.

Waldemar Mystkowski pisze o mózgu Morawieckiego.

Władza PiS powiela schematy zarządzania z bliskiej jej kulturowo i ideowo przestrzeni politycznej. Niestety, nie korzysta z metodologii poszerzania demokracji wykuwanej w think tankach na wzór zachodni, ale przenosi sztance dosłownie ze Wschodu. Widać to bardzo konkretnie na przykładzie jednego bardzo ważnego ośrodka zlokalizowanego przy Kancelarii Premiera, chodzi mianowicie o Centrum Analiz Strategicznych (CAS).

CAS, zwane też „mózgiem rządu”, to jeden ze sztandarowych projektów PiS, który został zapowiedziany przez Mateusza Morawieckiego w jego expose. Niby rząd powinien mieć strategię, która pozwala mu prowadzić sensowną politykę wewnętrzna i zewnętrzną, ale gdy przyjrzymy się bliżej temu tworowi, wygląda to na właściwą PiS-owi prowizorkę.

CAS można porównać do kremlowskich technologów władzy, którzy podrzucają Putinowi pomysły zarządzania państwem, a jak jest jakiś problem, piszą przystępne elaboraty, których wykładnia obowiązuje w rosyjskich mediach.

Od pewnego czasu w naszych mediach pojawia się postać prof. Waldemara Parucha, który ma ambicje, aby zostać politykiem, ale nawet z dobrych miejsc na listach wyborczych PiS nie dostaje się do żadnego ciała przedstawicielskiego. Dziwna to postać, by nie napisać dziwaczna, bowiem nie udało mu się dostać z pierwszego miejsca pisowskiej listy do PE, a startował z twierdzy PiS, z okręgu lubelskiego.

Jego stan intelektualny definiuje całkiem dobrze to, że był członkiem komitetu naukowego II i III Konferencji Smoleńskiej z lat 2013–2014. No i jest politologiem. Z dotychczasowej kariery medialnej Paruch przedstawia się bardziej, jako profesor propagandy, a nie politolog, czy też strateg, wszak nawet strategicznie nie potrafił się przeszwarcować do Brukseli na świetnie płatną synekurę.

Paruch ostatnio chodzi wokół pisowskiego gorącego kartofla, albo też zbuka (matafory do wyboru), jaką jest afera KNF, mająca przerzuty na coraz większą sferę świata finansów, ujawnił się przerzut na Narodowy Bank Polski, na SKOK-i, w tym odświeżony został spektakularny upadek SKOK Wołomin. Najnowszy przerzut dotyczy banku Zygmunta Solorza, z którym kilka dni przed ujawnieniem afery KNF spotkał się Morawiecki.

Otóż „technolog” prof. Paruch twierdzi, że Polacy aferą KNF się „nie przejęli, bo nic to w ich życiu nie zmieniło”. Co nie jest prawdą, bo badania dla „Faktu” i Onetu mówią coś innego. Zastanawia przy okazji coś innego, mianowicie władze PiS nie myślą, jak zażegnać zdegenerowanie niezależności takich instytucji, jak KNF i NBP, ale obchodzi ich jedynie to, jak pozamiatać afery pod dywan, jak wmówić społeczeństwu, że nic się nie stało.

Sama postać Parucha pokazuje, jakimi PiS dysponuje kadrami i jakie wzorce kulturowe partia Kaczyńskiego asymiluje na naszym gruncie. Nie powinno to dziwić, bo tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel odczuwa szczególną miętę do Kremla.

Od poniedziałku w mediach krążyć będzie kolejny zbuk wysiedziany przy okazji afery KNF. Roman Giertych zapowiedział złożenie wniosku o przesłuchanie premiera Morawieckiego w śledztwie dotyczącym KNF, w związku z jego spotkaniem z Solorzem, właścicielem Polsatu, którego telewizja to kolejna tuba PiS.

Spointuję: gnije nam Polska, wolny umysł źle się w niej czuje, bo jest zatruwany w przestrzeni publicznej przez zniewolone umysły Morawieckiego i jego „mózg” Parucha.

Dziś 37 miesięcznica nieodzyskania wraku, niepowołania komisji międzynarodowej i niepojmania zamachowców spod Smoleńska.