Tag Archives: antysemityzm

Fuerer Kaczyński i jego Goebbels Jacek Kurski

10 Paźdź

– „Jesteście obrzydliwi. Tak, do was z TVP mówię. Po ludzku jesteście po prostu zerami” – ostro skomentował na Twitterze Kamil Dziubka z onet.pl tzw. pasek w TVP Info. Dołączył do wpisu zdjęcie, na którym widać napis: „Prof. Szyszko źle znosił ataki na jego osobę”, a na jego tle widać relację reporterki TVN 24.

Na Twitterze pojawiły się komentarze innych dziennikarzy. – „Z zasady nie komentuję śmierci i reakcji na nią. Ale to co zrobiła TVP Info, jest po prostu hańbą. Pracujący obecnie w TVP ludzie powinni kiedyś odpowiedzieć za to, co robią za publiczne pieniądze, podszywając się pod dziennikarstwo” – Mariusz Kowalczyk z „Press”.

– „Każdy, kto wykorzystuje śmierć do partyjnych rozgrywek wyborczych, powinien być bezwzględnie potępiony. Ci, którzy starają się zbić kapitał polityczny na graniu tragedią i nie szanują żałoby, stawiają się poza polską tradycją i kulturą” – Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”. – „W związku z pojawiającymi się w domenie publicznej sugestiami, oświadczam, że łączenie śmierci prof. Jana Szyszki z pracą dziennikarzy jest niegodziwym wykorzystywaniem śmierci do bieżącej polityki” – redaktor naczelny TVN24 Adam Pieczyński.

– „Ludzie z TVP Info wielokrotnie pokazali, że zrobią wszystko w ramach misji, jaką im zlecił im Jacek Kurski, a jemu Kaczyński. Nadgorliwość z jaką to robią jest proporcjonalna do strachu przed życiem bez PiS. Propagandyści Stalina i Hitlera czuliby onieśmielenie, patrząc na tych z TVP”;

– „TVP straciła moralne prawo do przedstawienia jakichkolwiek informacji”; – „Szkoda, że wrażliwość członków PIS i ich zwolenników kończy się, gdy przychodzi obrzucać błotem innych. Wtedy jakoś i błoto nie brudzi ich rąk i sumienie wyrzutem nieskalane. Fenomen jakiś” – komentowali internauci.

Do pełni obrazu dodajmy dzisiejszą wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o Janie Szyszce. – „Odszedł przedwcześnie i odszedł w szczególnych okolicznościach. Majestat śmierci nie pozwala mi dzisiaj o tym mówić, ale trzeba będzie o tym powiedzieć, bo to nie był przypadek, że akurat dzisiaj, że akurat teraz” – powiedział prezes PiS na konwencji w Kielcach. Zostawiamy bez komentarza…

– „Miałem nadzieje, że kampanię uda mi się zakończyć bez sądu, ale nie da się. Na kłamstwa pana Gróbarczyka muszę zareagować. Złożyłem do szczecińskiego sądu wniosek o wydanie orzeczenia w trybie wyborczym. Ministrowi nie wypada tak kłamać” – poinformował na Twitterze Sławomir Nitras z PO. Pisowski minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej powiedział bowiem, że politycy PO zlikwidowali Stocznię Szczecińską.

Gróbarczyk w wywiadzie dla Radia Szczecin stwierdził: – „Poseł Nitras ze swoimi kolegami po prostu zdemontował stocznię”. Na antenie regionalnej rozgłośni zapewniał, że PiS ją „odbudowuje”.

Politycy PO przypomnieli więc „pasmo sukcesów” ministra Gróbarczyka, na czele z budową promu. – „Projekt o nazwie „Batory” miał być wielką chlubą ministra Gróbarczyka. Miał uratować przemysł stoczniowy. Były to tylko huczne i puste zapowiedzi. To, co mówił pan Gróbarczyk wielokrotnie okazało się nieprawdą” – powiedział poseł PO Arkadiusz Marchewka

Nitras stwierdził, że Stocznia Szczecińska upadła w roku 2002. – „Później rządy SLD i PiS utrzymywały ją tylko na kroplówce państwowej, kiedy ona była ani nie rentowna, ani nigdy nie osiągnęła zdolności do tego, żeby samodzielnie funkcjonować. Myśmy po prostu przecięli ten żenujący spektakl i dali szansę prywatnym firmom, z którymi dzisiaj oni walczą w stoczni” – stwierdził poseł PO.

Podczas procesu zeznawać będzie minister gospodarki morskiej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. – „On dokładnie wie, jaka była polityka rządu Jarosława Kaczyńskiego w kwestii m.in. stoczni w Szczecinie i Gdańsku” – dodał Nitras. Chodzi o Rafała Wiecheckiego, ministra w latach 2006-2007.

Marek Gróbarczyk jest „jedynką” listy PiS w okręgu szczecińskim. Sławomir Nitras w tym samym okręgu otwiera listę Koalicji Obywatelskiej.

Małgorzata Kidawa-Błońska – więcej >>>

Odtwórczyni roli Idy Lebenstein w nagrodzonym Oscarem filmie Ida, Agata Trzebuchowska została wezwana na komendę policji ws. antysemickich wpisów w internecie. Okazało się, że kadr z filmu przedstawiający Trzebuchowską został umieszczony w miejscu zdjęcia profilowego na stronie „Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara dla Idy”. Strona ta  opublikowała zdjęcie plakatu na którym – zdaniem Policji –  obecne były antysemickie treści.

Strona „Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara dla Idy” umieściła w internecie wpis ze zdjęciami przedstawiającymi ksenofobiczne plakaty, które rozklejono na warszawskich przystankach autobusowych. „Uwaga, pasożydy. Stop mafii roszczeniowej, stop żydowskiej okupacji. Nigdy więcej przepraszania, nigdy więcej syjonizmu” – napisano na neofaszystowskich materiałach. Informacja na ten temat zostały potem zamieszczone na jednym ze skrajnie prawicowych portali.

Profil „Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara dla Idy” nie miał na celu propagowania antysemickich treści. Chciał jedynie zaprotestować przeciwko antysemityzmowi i pokazać skalę tego zjawiska w kraju. Cała sytuacja przypomina więc ponury żart. „Celem umieszczenia plakatu przez wspomnianą stronę nie jest propagowanie zawartych na nim nienawistnych treści, tylko poinformowanie o haniebnym incydencie i nagłośnienie sprawy” – wytłumaczyła potem aktorka.

Pomimo tego Trzebuchowska została wezwana na komisariat, gdzie musiała składać wyjaśnienia. Dwie godziny spędziłam, tłumacząc, swoją drogą bardzo uprzejmej i chyba równie co ja skonsternowanej całą sytuacją policjantce, następujący fakt: Umieszczenie kadru z filmu “Ida”, w którym zagrałam tytułową rolę, w miejscu zdjęcia profilowego strony “Cały świat przeprasza polską prawicę za Oscara…” nie czyni ze mnie jej administratorki ani innej osoby mającej wpływ na publikowane treści.”

Nie wiadomo więc, jak sprawa potoczy się dalej. Znając absurdy polskiego państwa do „wyjaśnienia” sytuacji, może nie dojść zbyt szybko. Oburzenia nie kryją liberalni i postępowi internauci, którzy są po prostu zaszokowani sposobem, w jaki postępują organy ścigania.

Niektórzy z użytkowników sieci wiążą sytuację z wpływami partii rządzącej i Kościoła katolickiego, który – jak wiadomo – nie od dziś propaguje radykalnie prawicowe treści. „Podziękujmy Kościołowi katolickiemu i prezespanu wraz z całym jego dworem. Niestety polski kołtun – plica polonica – ma się wyjątkowo dobrze. Straszno i nieśmieszno”, „O k…wa. czytam i nie wierzę własnym oczom. Przecież to Orwell w pigułce” – to tylko przykładowe opinie czytelników „Wysokich Obcasów”, gdzie opublikowano artykuł o tej nietypowej sytuacji.

Nie ma już „zagrożenia” zmiany ustroju. Zmiana została dokonana za pomocą zwykłych ustaw. Żywioł polityczny doprowadził do klęski demokratycznego państwa prawnego i rządów prawa

Kiedy w lipcu 2017 roku, pośród obywatelskich protestów przeciwko ustawom sądowym PiS, organizowaliśmy Archiwum Osiatyńskiego, prof. Mirosław Wyrzykowski przestrzegał, że większość rządząca, choć brakło jej większości konstytucyjnej, zwykłymi ustawami ekspresowo zmieni porządek ustrojowy w Polsce.

„Od listopada 2015 roku mamy do czynienia z sytuacją, w której formalnie obowiązuje Konstytucja RP, faktycznie jednak następuje zmiana porządku konstytucyjnego przy pomocy zwykłych ustaw” – mówił wtedy prof. Wyrzykowski, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, profesor nadzwyczajny i były dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący Komitetu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk (2011-2015), a także członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego.

Od 2015 roku trwał kryzys w Trybunale Konstytucyjnym, którym od końca 2016 roku kierowała już Julia Przyłębska.

Lipcowe protesty w 2017 roku w obronie niezależności sądownictwa przyniosły efekt – dwa weta Prezydenta Andrzeja Dudy wobec parlamentarnego projektu zmian w ustawie o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Prezydent podpisał jednak ustawę o sądach powszechnych. Próbował też narzucić dyskusję o zmianie Konstytucji (przypomnijmy: ostatecznie z planowanego na 11 listopada 2018 roku referendum konsultacyjnego o ewentualnej potrzebie zmian Konstytucji nic nie wyszło; ambicji Dudy nie poparł obóz rządzący).

W sierpniu 2017 Prezydent Duda zaproponował projekty ustaw, wprowadzające niezgodne z Konstytucją zmiany w SN i KRS.

Wówczas prof. Wyrzykowski przypominał, że „porządek konstytucyjny to nie tylko przepisy ustawy zasadniczej. To także orzecznictwo sądów i trybunałów, jak również elementy porządku prawa międzynarodowego. Elementem porządku konstytucyjnego jest również sposób działania parlamentu, przestrzeganie zasad procesu legislacyjnego. Tymczasem te zasady są naruszane i naginane”.

Prezydenckie projekty, po poprawkach, zostały przyjęte przez parlament. Prezydent, mimo zastrzeżeń gremiów prawniczych, podpisał ustawy o SN i KRS w grudniu 2017 roku.

Od tej pory zaszły dalsze zmiany w funkcjonowaniu i obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego; nastąpiła wymiana sędziów w Sądzie Najwyższym – jedynie częściowo zastopowana przez Trybunał Sprawiedliwości UE, a w SN utworzono nowe izby; w sposób niezgodny z Konstytucją i nietransparentny powołano nową Krajową Radę Sądownictwa, która wzięła udział w procesie powoływania sędziów do SN i sądów powszechnych. Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny w jednej osobie w arbitralny sposób wymienił prezesów sądów. Zaszły zmiany w funkcjonowaniu Prokuratury. Nasiliły się represje i szykany wobec sędziów i prokuratorów.

Na koniec VIII kadencji Sejmu poprosiliśmy prof. Mirosława Wyrzykowskiego o ocenę, na jakim etapie zmian ustrojowych się znajdujemy. Jego diagnoza jest jednoznaczna:

Nie możemy już mówić o „zagrożeniu” porządku konstytucyjnego. Zmiana stała się faktem. Odpowiedzialne są za nią konstytucyjne organy państwa (Prezydent, Sejm i Senat, Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa). Te organy nie pełnią swoich konstytucyjnych powinności. Konstytucji Rzeczpospolitej w ich miejsce bronią sędziowie Sądu Najwyższego, RPO, obywatele, Trybunał Sprawiedliwości UE i Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Nastąpiła zmiana porządku konstytucyjnego

W październiku 2019 roku jesteśmy w sytuacji paradoksalnej z punktu widzenia konstytucyjnego.

Dlatego, że na ulicach nie ma czołgów, nie ma uzbrojonych jednostek wojskowych.

Ale przecież z perspektywy konstytucyjnej znajdujemy się w stanie nadzwyczajnym.

Bo jakie mamy stany nadzwyczajne? Stan klęski żywiołowej. To obserwujemy od trzech lat.

Żywioł polityczny doprowadził do klęski demokratycznego państwa prawnego i rządów prawa.

Mamy stan wojny. I wiemy, z analizy dokonanej przez wybitnego specjalistę prof. Włodzimierza Wróbla, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego jest sądem szczególnym, a sądy szczególne są dopuszczalne jedynie w stanie wojny.

Mamy stan nadzwyczajny, który może być wprowadzony tylko wtedy, kiedy jest zagrożony konstytucyjny ustrój państwa.

Otóż wielokrotne działania konstytucyjnych organów państwa, łamiące Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej, doprowadziły do sytuacji, w której już nie ma zagrożenia porządku konstytucyjnego w państwie. Mamy fakty dokonane. Ich efektem jest zmiana porządku konstytucyjnego.

Dotyczy to, przykładowo jedynie, Krajowej Rady Sądownictwa z działaniami, których elementem podstawowym było przerwanie kadencji sędziów będących członkami Krajowej Rady oraz wybór członków Krajowej Rady przez Sejm, a nie przez sędziów.

Przykładem takiej zmiany jest też ustawa o Sądzie Najwyższym, która w założeniu miała na celu pełną wymianę kadry sędziów SN. Koniec końców, w wyniku działania Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, mamy zastopowanie czystki w SN.

Nie ma służby cywilnej, ponieważ ustawa o służbie cywilnej doprowadziła do dramatycznej degradacji warunków i przesłanek uczestniczenia w procesie dochodzenia do służby cywilnej, bo nie ma konkursów, nie trzeba wykazywać się merytorycznymi umiejętnościami, nie trzeba znać języków obcych. Nie ma, co ważne, gwarancji stabilności pracy w służbie cywilnej.

Dalej, mamy problem z tym co nazywam od ponad trzech lat bypassem konstytucyjnym. Mamy Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, konstytucyjny organ stojący na straży wolności słowa oraz Radę Mediów Narodowych – organ, który został powołany na mocy ustawy i nastąpiło przeniesienie kompetencji z konstytucyjnego organu państwa na organ utworzony na mocy ustawy po to, żeby obsadzić nowy organ przez ludzi, którzy są lojalni wobec władzy politycznej i aby zrealizować cele, których nie można byłoby zrealizować, gdyby rzetelnie funkcjonował konstytucyjny organ państwa, jakim jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

Mamy też wiele przykładów, które pokazują, w jaki sposób przy pomocy ustawodawstwa zwykłego zmienia się konstytucyjny charakter państwa.

Strażnikiem Konstytucji są sędziowie Sądu Najwyższego, RPO, obywatele, Trybunał Sprawiedliwości UE, Europejski Trybunał Praw Człowieka

Powstaje pytanie: kto jest strażnikiem Konstytucji?

Myślę, że dziś strażnikiem Konstytucji jest po pierwsze, stary skład Sądu Najwyższego. Czyli te Izby Sądu Najwyższego, które pozostały i sędziowie, którzy zostali mianowani sędziami SN w konstytucyjnym porządku prawny.

Obrońcą i strażnikiem Konstytucji jest Rzecznik Praw Obywatelskich.

Następnie, obrońcą i strażnikiem Konstytucji są obywatele. Ci, którzy mają świadomość szkód i dramatycznych zmian, które wynikają z łamania Konstytucji. Wyjście na ulice, czy na place jest prawem obywatela, świadomego tego, co się dzieje w państwie. I milczenie, które krzyczy, albo krzyk, który jest tłumiony „KonsTYtucJA to my” jest wyrazem obywatelskiej troski, obywatelskiej postawy – kobiet, mężczyzn, młodych, w średnim wieku, w wieku zaawansowanym.

Wreszcie, obrońcą i strażnikiem konstytucji, jak się wydaje, najbardziej skutecznym, jest mechanizm międzynarodowy, przede wszystkim w postaci Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości oraz Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

I co się okazuje?

Że te bezpieczniki, które miały na celu niedopuszczenie do włamania się do Konstytucji, okazały się słabe. I okazuje się, koniec końców, że nie to, co było bezpośrednio zapisane w Konstytucji, ale to, co wynika z  miejsca Polski w środowisku międzynarodowym, zwłaszcza w Unii Europejskiej, jest w tej chwili gwarancją suwerenności państwa. Bo nie jest suwerennym państwo, w którym naruszana jest świadomie i celowo Konstytucja, przez konstytucyjne organy państwa.

Jak wiadomo, suwerenowi nie wolno wszystkiego. Bo jest ograniczony międzynarodowymi zobowiązaniami, klauzulami wieczności takimi jak demokracja, rządy prawa, prawa i wolności obywatelskie. A skoro suwerenowi nie wolno wszystkiego, to jeszcze mniej wolno reprezentantom suwerena.

Za chwilę będziemy wybierali reprezentantów suwerena.

„Nie wolno nam się poddawać, piłka jest w grze” – mówi OKO.press Franciszek Sterczewski, który kandyduje z listy Koalicji Obywatelskiej w Poznaniu. „Chcę dostać się do Sejmu i wprowadzić tematy, którymi inni politycy się nie zajmują lub zajmują się powierzchownie, chcę uświadamiać ludziom ich siłę, łączyć ponadpartyjnie”

„Nie grozi nam bieda, tylko feudalizacja państwa. Są sprawy takie jak czyste powietrze, klimat, edukacja, niezawisłość sądów, służba zdrowia, które bolą wszystkich Polaków, niezależnie od tego, na kogo głosują i jaki mają numer buta, kołnierzyka, z jakiego miasta pochodzą. Chcę szukać wspólnych mianowników i próbować zmienić Polskę”.

Franciszek (Franek) Sterczewski organizował w Poznaniu wielotysięczne „łańcuchy światła” w obronie praworządności, w tym ten najsłynniejszy – ułożony z ludzi i świateł napis „VETO”. Podczas strajku nauczycieli znów zwołał ludzi na „łańcuch światła z wykrzyknikiem”. Jest radnym dzielnicowym, a z zawodu architektem i urbanistą. Mówi OKO.press:

  • Klasa polityczna, nie tylko w Polsce – wszędzie na świecie – straciła łączność ze społeczeństwem. Polityka odkleiła się od ludzi, od prawdziwych problemów, a sukces osiągają ci, którzy tą łączność próbują nawiązać.
  • Na Węgrzech ludzie nie głodują, dobrze zarabiają, ale nie ma też wolności słowa. Jeśli ktoś nie jest z partii Orbána, a chciałby robić karierę w polityce, w mediach, w jakimkolwiek sektorze, to w zasadzie może emigrować. Nam to również grozi. Jeśli ktoś nie będzie z PiS, będzie mógł rozwijać się za granicą. A ja bym chciał, żeby Polacy mogli rozwijać się w Polsce.
  • Denerwuje mnie narracja pogardliwa wobec ludzi, którzy głosują na PiS, uważam, że ci ludzie zasługują na lepszą ofertę i ja chcę im lepszą ofertę dostarczyć.
  • Powinniśmy rozmawiać o mieszkaniach. Jednym ze sztandarowych projektów PiS było mieszkanie plus, miał być 100 tys. mieszkań, powstało około tysiąca. To skandal. Opozycja za mało podkreśla ten fakt. Chciałbym stworzyć program mieszkaniowy, bazując na doświadczeniach poznańskich.
  • Samochód to wolność dla niektórych, a mi zależy na tym, żeby wolność i swoboda transportu dotyczyła wszystkich obywateli. Trzeba wrócić do kolei, do komunikacji zbiorowej, przywracać połączenia.

Rozmowa z Frankiem Sterczewskim jest kolejną w naszym przedwyborczym cyklu rozmów politycznych.

Wkrótce rozmowy z Tomaszem Leśniakiem (Lewica, Kraków), Jolantą Banach (Lewica, Gdańsk), Moniką Mamulską (Koalicja Obywatelska, Łódź), Myroslavą Keryk (Koalicja Obywatelska, Warszawa), Dorotą Łobodą (Koalicja Obywatelska, Warszawa).

Agata Szczęśniak, OKO.press: Po co kandydujesz?

Franciszek Sterczewski, kandydat z 20. miejsca Koalicji Obywatelskiej w Poznaniu: Bardzo przejmuję się tym, co się dzieje w Polsce w ostatnich latach. Od prawie 10 lat działam społecznie, współpracowałem z festiwalami kulturalnymi, organizowałem łańcuchy światła w obronie niezawisłości sądów. Aż poczułem, że samo protestowanie nie wystarcza. Żeby móc uratować prawo obywateli do niezawisłego sądu, żeby uratować dobre rzeczy, które są w Polsce, a które są zagrożone, trzeba się zaangażować inaczej.

Chcesz być ratownikiem Polski?

Po eurowyborach, poczułem że jesteśmy na dziejowym zakręcie i być może to ostatnia chwila, żeby uratować Polskę od autorytaryzmu, od węgierskiego kierunku. Chcę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby było lepiej. Podczas kampanii do PE zobaczyłem, że opozycja potrzebuje nowego ducha. Nie spodziewałem się, że te wybory będą przegrane.

Dlaczego opozycja przegrała?

Wygrały takie osoby, jak Bartosz Arłukowicz w Szczecinie czy Elżbieta Łukacijewska na Podkarpaciu. Biegali od drzwi do drzwi, po ryneczkach, po ulicach, rozmawiali z ludźmi, budując na nowo relacje. W ten sposób można zwyciężyć. Poczułem, że to ostatni moment, żeby pokazać na własnym przykładzie, jak taka kampania wyglądać powinna i zawalczyć o jak najlepszy wynik.

Tacy aktywiści jak ja, w całej Polsce, w małych, dużych miasteczkach mogli zajmować się festiwalami, kinami plenerowymi, mogli budować lokalne wspólnoty, ale będziemy mogli to robić tylko pod warunkiem, że będziemy żyli w praworządnym, demokratycznym kraju, wspierającym kulturę.

To główny błąd opozycji: że nie umie rozmawiać z ludźmi?

Tych błędów i wyzwań jest sporo. Podstawowym problemem jest utrata łączności nie tylko ze swoimi wyborcami, ale po prostu ze społeczeństwem. To nie dotyczy tylko opozycji, to problem całej klasy politycznej, i nie tylko w Polsce – wszędzie na świecie. Polityka odkleiła się od ludzi, od prawdziwych problemów, a sukces osiągają ci, którzy tą łączność próbują nawiązać.

Węgry w Polsce

Jak Donald Trump i Jarosław Kaczyński?

To, co oni robią, to iluzja kontaktu z ludźmi. Udaje im się wygrywać wybory dzięki sprawnemu PR. Prowadzą badania i w oparciu o nie szykują ofertę dla wyborców. Traktują politykę marketingowo, mają sprawne kampanie, ale przemycają niedemokratyczne rozwiązania, które szkodzą obywatelom. Zawłaszczanie sądów, ograniczanie praw człowieka, próba izolacji swoich krajów.

Na czym polega ten zwrot dziejowy, o którym mówisz? Dlaczego moment, w którym jesteśmy, jest taki szczególny i ważny?

Od wyników tych wyborów będzie zależało, czy kolejne będą wolne. PiS dąży do tego, żeby zaprowadzić w Polsce podobne rządy, jak na Węgrzech czy w Rosji. Tam nie ma mowy o wolnych mediach, o wolnych wyborach czy prawdziwej demokracji, jest atrapa państwa. Państwo feudalne, które działa pod dyktando jednej partii, a w zasadzie pierwszego sekretarza partii. Znamy to z historii.

To ostatnia chwila, żeby się zjednoczyć, zmobilizować i zastanowić się, co zrobić, żeby naprawiać demokrację, a nie zastępować ją autorytaryzmem. Na Węgrzech ludzie nie głodują, dobrze zarabiają, mają piękne samochody, nie ma problemów ekonomicznych, ale nie ma też wolności słowa, wolnych mediów, nie ma otwartej dyskusji politycznej. Jeśli ktoś nie jest z partii Orbána, a chciałby robić karierę w polityce, w mediach, w jakimkolwiek sektorze, to w zasadzie może emigrować. Nam to również grozi. Jeśli ktoś nie będzie z PiS, będzie mógł rozwijać się za granicą. A ja bym chciał, żeby Polacy mogli rozwijać się w Polsce, żeby nie było ważne, czy ktoś ma poglądy konserwatywne czy lewicowe, żeby Polska dawała szanse wszystkim, niezależnie, kto do jakiej partii należy.

Prowadzisz imponującą kampanię. I jej trakcie rozmawiasz z ludźmi o Rosji i Węgier?

Mówią o tym osoby najbardziej zaangażowane, mniejszość, ale to ważne, opiniotwórcze osoby. Mijają właśnie dwa miesiące od kiedy prowadzę swoją kampanię, najpierw zbierając podpisy, a od początku września chodząc od drzwi do drzwi po całym okręgu — powiecie poznańskim. Razem z „załogą Franka” rozmawiamy z setką osób codziennie, myślę, że rozmawiałem już z ok 3 tys. osób. To skala badań socjologicznych.

Drzewa, pociągi i cena ziemniaków

I co z tych Twoich badań wynika?

Jest masa tematów, które naprawdę ludzi interesują. Problemem jest smog. Szczególnie w zabytkowych kamienicach w Poznaniu, ale też na przedmieściach z domkami jednorodzinnymi. Problemem jest kryzys klimatyczny. To martwi mnóstwo ludzi, nie tylko młodych. Brakuje drzew, w wielu małych miasteczkach w całej Polsce, kiedy remontowane były place, rynki, wszystko zostało wybetonowane, za mało było starań, żeby w takim miejscu posadzić wysoką zieleń, która może czyścić powietrze ze smogu.

Dzwonisz do drzwi i nie słyszysz: „Panie Sterczewski, czynsz jest za wysoki, a w pracy mnie mobbingują”, tylko: „Przejmuje mnie katastrofa klimatyczna”?

To się nie wyklucza. Ludzi interesuje wiele rzeczy na raz, ale każdy ma inną hierarchię wartości. Dla większości osób najważniejsze jest wynagrodzenie i mieszkanie, ale świadomość społeczna rośnie i coraz bardziej rozumiemy wagę zieleni w mieście.

Wielkopolska pustynnieje, Warta w tym roku miała tak niski stan wody, że przez dużą część lata nie można było żeglować, co jest katastrofą. W Wielkopolsce mieliśmy najbardziej suche lato od 13 lat, to powoduje suszę i wpływa na uprawy. Rolnicy muszą włożyć więcej wysiłku w to, żeby nawadniać uprawy. Rośnie cena ich pracy, a za tym i cena warzyw, ziemniaków.

Ocieplenie klimatu przekłada się na ceny tego, co znajdujemy potem na półkach. Coraz więcej osób rozumie tą zależność. Kwestie klimatyczne, ekologia, zieleń w mieście, retencja wody, zbieranie deszczówki — to interesuje ludzi zarówno z lewej, jak i z prawej strony sceny politycznej. Podobnie jest z edukacją, z wymiarem sprawiedliwości. Są wartości, które należą się wszystkim obywatelom.

Rozmawiasz też z wyborcami PiS?

Oczywiście. Codziennie ich spotykam. To trudne rozmowy, ale słucham, co mówią. Często narzekają, że transport w małych miejscowościach został zlikwidowany. 30 lat temu w Polsce było prawie miliard pasażerów kolei rocznie. Teraz ta liczba oscyluje w okolicach 300 mln pasażerów na rok. 30 lat temu mieliśmy ok. 26 tys. km linii kolejowych, teraz mamy około 18 tys., przez to, że w bezsensowny sposób były likwidowane połączenia, dworce. To miało związek z likwidacją przemysłu, ale to oznacza odcięcie ludzi na prowincji, w małych miasteczkach od służby zdrowia, od edukacji, od miejsc pracy. Wiele osób musiało zainwestować w samochód. Transport został oparty o samochody, co generuje smog, korki, stres. Codziennie ludzie stoją w korkach zamiast szybko, sprawnie przemieścić się koleją podmiejską.

Co z tym zrobić?

Wrócić do kolei, do komunikacji zbiorowej. Inwestować w kolej, przywracać połączenia. Słuchać takich ekspertów, jak Karol Trammer, który właśnie wydał świetną książkę „Ostre cięcie”. Bardzo mnie wzruszyła i uświadomiła skalę tego zagadnienia.

Warto słuchać lokalnych ekspertów. W Poznaniu to stowarzyszenie „Inwestycje dla Poznania”, od 2011 roku walczy o dworzec w Poznaniu, który został zastąpiony chlebakiem, który nie spełnia swoich funkcji.

Jak pomoże poseł Sterczewski?

Poznański dworzec jest drugim dworcem w Polsce, jeśli chodzi o liczbę pasażerów. Co roku mamy prawie 20 mln pasażerów i najmniej funkcjonalny dworzec. To wstyd.

Jako poseł chcę zabrać wiedzę ekspertów, walczyć o ponad 2 mld złotych na odbudowę tego dworca. Chcę pilnować PKP i wszystkich jednostek zajmujących się tą sprawą i informować mieszkańców całej Wielkopolski o stanie prac nad dworcem. Ten dworzec jest sercem regionu. Gdyby dobrze funkcjonował, mógłby oferować połączenia z ościennymi gminami co 15 minut, jak we Frankfurcie. Wówczas wiele osób mogłoby się przesiąść z samochodów do pociągów. Powietrze byłoby czystsze. Pasażerowie zaoszczędziliby czas, mniej byłoby stresu, zamiast stać w korku mogliby czytać książkę.

Wielu Polaków mówi, że oszczędzają czas, jeżdżąc samochodami, bo pociągi się spóźniają. Poza tym cenią wolność, jaką daje samochód.

Samochód to wolność dla niektórych, a mi zależy na tym, żeby wolność i swoboda transportu dotyczyła wszystkich obywateli. Zależy mi na tym, żeby było mniej korków. Absurdem jest to, że jest sznur samochodów, w których siedzi jeden kierowca.

Karałbyś takich kierowców?

Nie należy nikogo karać, lecz zachęcać do transportu publicznego jego lepszą jakością. Bardzo lubię motoryzację, doceniam ten wynalazek, ale musimy przywrócić równowagę. Gdyby komunikacja publiczna była dobrej jakości, była sprawna sieć połączeń kolejowych, tramwajowych i autobusowych, wówczas część kierowców mogłoby się przesiąść do zbiorowej komunikacji, a na ulicach byłoby więcej miejsca dla pozostałych. Ci kierowcy, którzy nie mają wyboru, bo muszą coś przewieźć, albo w ich okolice nie dojeżdża żaden autobus, tramwaj, skorzystaliby na tym. To sprawy miejskie, które wymagają wsparcia centralnego. Potrzebujemy centralnych pieniędzy na dworzec w Poznaniu, na tego rodzaju inwestycje w całej Polsce.

Feudalne państwo przyszłości

Przez lata byłeś aktywistą, który de facto walczył z rządzącymi miastami politykami PO, teraz startujesz z KO.

W Poznaniu przez lata walczyłem z technokratyczną polityką poprzedniego prezydenta, Ryszarda Grobelnego, który nie był w PO, bliżej mu do PiS. Pięć lat temu aktywistom miejskim o bardzo różnych poglądach, w tym mnie, udało się przyczynić do zmiany prezydenta. Poznań jest wyjątkowym miastem. Wiele rzeczy może mi się nie podobać w Platformie Obywatelskiej na poziomie kraju, ale w Poznaniu postulaty ruchów miejskich realizuje lokalne PO. Szczególnie Mariusz Wiśniewski, wiceprezydent miasta.

Jak zostaniesz posłem, będziesz współpracował z Platformą na poziomie centralnym, a nie lokalnym.

Doceniam to, co się dzieje w dużych miastach, innowacyjną politykę, dotyczącą klimatu, praw człowieka, transportu prowadzą duże miasta zarządzane przez polityków związanych z PO.

Europosłowie PO głosowali przeciwko niemal wszystkim uchwałom Parlamentu Europejskiego, które popychały sprawy klimatu do przodu. Wiemy, jak głosowali w polskim parlamencie np. sprawie w aborcji.

Wielu aktywistów przede mną i wielu młodych polityków próbowało zakładać nowe partie, nowe ruchy, które miały startować w różnych wyborach. Przepadli. Trzeba sobie zdawać sprawę z okoliczności, w jakich się znajdujemy. Obserwujemy wielką polaryzację społeczną, która mnie osobiście martwi, ale niestety wpływa na wyniki wyborów. Ludzie czują strach przed autorytaryzmem. Zawłaszczona została telewizja, radiowa Trójka, zawłaszczane są instytucje kultury, Muzeum II Wojny, są próby wpływu na obsady dyrektorów, jak w Muzeum POLIN, próby cenzury sztuki, poznańskiego festiwalu Malta, odbierane są dotacje. Masa ludzi boi się tego, że zaraz będziemy w kraju podobnym do Węgier.

Nie grozi nam bieda, tylko feudalizacja państwa. Grozi nam z jednej strony powrót do systemu średniowiecznego, jeśli chodzi o prawa człowieka, hierarchię wartości z hegemonem na szczycie piramidy zależności, a z drugiej strony nowoczesnego, jeśli chodzi o technologie, czy architekturę…

Akurat z tą nowoczesnością PiS nie bardzo sobie radzi. Obiecanych samochodów elektrycznych nie ma.

To kwestia czasu. PiS będzie łączył średniowiecze z nowoczesnością. To bardzo groźne. Tu nie chodzi o żaden powrót do PRL-u. Zresztą, porównania do PRL-u dla wielu młodych ludzi to są niezrozumiałe, to tak jakby mówić o powrocie do Polski Piastów. Trzeba pokazywać przykłady, które są niedaleko nas, jak Węgry, Rosja, Turcja. Jeszcze niedawno ludzie mogli się tam cieszyć wolnością, a teraz opozycyjni dziennikarze, politycy, sędziowie są więzieni.

Twoje poglądy są w 90 procentach zgodne z poglądami polityków startującymi z list Lewicy, a nie KO — wynika z serwisu Mam Prawo Wiedzieć.

To prawda, mam poglądy prospołeczne. Jedną z moich idolek jest Alexandria Ocasio Cortez — ona nie startowała z lewicową partią, tylko z demokratami, takimi jak Hillary Clinton, którzy w pewnym sensie przypominają nasze PO. Dzięki temu teraz jest w Kongresie i ma wpływ na politykę, jej głos jest ważny. Chcę pójść w jej ślady, dostać się do Sejmu i wprowadzić tematy, którymi inni politycy się nie zajmują lub zajmują się powierzchownie, nawiązywać łączność ze społeczeństwem, uświadamiać ludziom ich siłę, chcę łączyć ludzi ponadpartyjnie.

Wydaje mi się, że tylko szukając współpracy i porozumień ponad podziałami, możemy wygrać z każdym wyzwaniem.

Jestem z Poznania, Poznań to jest pierwsze polskie miasto, w którym prezydent (Jacek Jaśkowiak) poszedł w Paradzie Równości. To jest pierwsze miasto, które stworzyło program wspierający in vitro. Poznań jest pionierem w wielu dziedzinach i to dzięki udanej współpracy ponad podziałami partyjnymi. Ja chcę być łącznikiem pomiędzy światami.

Między Koalicją Obywatelską a Lewicą?

Nie tylko. Są sprawy takie jak czyste powietrze, klimat, edukacja, niezawisłość sądów, służba zdrowia, które bolą wszystkich Polaków, niezależnie od tego, na kogo głosują i jaki mają numer buta, kołnierzyka, z jakiego miasta pochodzą. Chcę szukać wspólnych mianowników i próbować zmienić Polskę.

Wyborcy PiS widzą, że partia Kaczyńskiego niszczy niezawisłość sądów, ale mówią: trudno, zgadzamy się, bo robią wiele innych, dobrych rzeczy. To wynika z badań Sadury i Sierakowskiego.

Mnie osobiście to martwi. Ale jestem osobą w pewnym sensie uprzywilejowaną. Jestem chłopakiem z dużego miasta, wykształconym, pochodzę z rodziny prawników i rozumiem niebezpieczeństwa przejmowania wymiaru sprawiedliwości przez partię rządzącą. Ale zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie do końca rozumie te mechanizmy. Nie obrażam się na nich, bo to też pokazuje niewydolność naszego systemu edukacji. Z powodu braku świadomości ludzie są w stanie oddawać swoją władzę w zamian za rzeczy materialne.

Dla ludzi najważniejsze jest to, co się dzieje tu i teraz. Krótkowzroczność nie jest grzechem, tylko objawem, że ktoś potrzebuje okularów pokazujących szerszą perspektywę.

Zgadzasz się ze zdaniem, że PiS kupił Polaków?

Nie zgadzam się. To określenie obraźliwe wobec wyborców, którzy nie są klientami, nie da się ich kupić.

PiS przygotował ofertę, która spotkała się z pozytywną reakcją 30 proc. wyborców, ci ludzie mają do tego prawo. Denerwuje mnie narracja pogardliwa wobec ludzi, którzy głosują na PiS, uważam, że ci ludzie zasługują na lepszą ofertę i ja chcę im lepszą ofertę dostarczyć. Program 500 plus był potrzebny, ale to nie wszystko. Niestety PiS używa tego programu tylko w celach propagandowych. Procent skrajnego ubóstwa się powiększa. Należy się zastanowić, co zrobić, żeby programy społeczne realnie pomagały ludziom i wspierały polskie rodziny.

Powinniśmy też rozmawiać o mieszkaniach. Jednym ze sztandarowych projektów PiS było mieszkanie plus, miał być 100 tys. mieszkań, powstało około tysiąc. To skandal. Opozycja za mało podkreśla ten fakt. Chciałbym stworzyć program mieszkaniowy, bazując na doświadczeniach poznańskich, które dzieją się dzięki współpracy prezydenta Jaśkowiaka i Tomasza Lewandowskiego, wiceprezydenta w poprzedniej kadencji, aktualnie szefa zarządu lokali komunalnych, znowu udana współpraca ponadpartyjna. Dzięki temu mamy ciekawy program mieszkaniowy i na tych doświadczeniach trzeba budować prawdziwy program, który mógłby zwiększać ilość lokali na wynajem.

Dlaczego w krajach zachodnich cena mieszkań jest niska, niższa w porównaniu do zarobków od Polski?

Dlaczego?

Bo jest duży rynek mieszkań na wynajem. Jeśli chcemy, żeby mieszkania w Polsce były tańsze, powinniśmy w to inwestować. Państwo i samorządy powinny mieć dużo bardziej aktywną rolę. Jako poseł chcę wspierać samorządy i przyczynić się do tworzenia programów, które spowodują, że będą powstawały mieszkania, a ludzie będą mieli swoje cztery kąty i poczucie bezpieczeństwa.

Zagłosujesz za prawem do aborcji do 12. tygodnia?

Tak.

Będziesz w klubie KO w przyszłym Sejmie?

Staram się nie dzielić skóry na niedźwiedziu. Do wyborów zostało kilka dni. Skupiam się na tym, żeby cały blok opozycji miał jak najlepszy wynik, bo wierzę, że jesteśmy w stanie wspólnymi siłami przywrócić w Polsce praworządność. Być może PiS będzie miał więcej procent, ale mam nadzieję, że wszystkie partie opozycyjne w sumie zwyciężą.

Będzie rząd KO i Lewicy?

Jestem otwarty na takie rozwiązanie. Byłoby bardzo korzystne. Ale za wcześnie na takie rozmowy koalicyjne.

Niezależnie od wyników wyborów, ja będę walczył o sprawy dla miast, o prawa człowieka, o czyste powietrze, o ekologię, o drzewa w mieście, o lepszy transport. Będę walczył z kryzysem klimatycznym w każdej możliwej sytuacji. Nie ma sytuacji beznadziejnej, nawet, jeśli PiS wygra z dużą większością, to zrobię wszystko, żeby patrzeć mu na ręce, żeby walczyć o ważne sprawy, współpracować z każdą partią, z każdym posłem, niezależnie od tego, czy będzie w opozycji, czy będzie w rządzie, po to, żeby sprostać tym wyzwaniom, które przed nami stoją.

Koalicja ma szanse wygrać?

Uważam, że tak. Nie wolno nam się poddawać, piłka jest w grze. Dwa miesiące poświęciłem na kampanię, z masą cudownych ludzi walczymy o to, żeby wynik był najlepszy, nie tylko nasz w Poznaniu, ale w całej Polsce. Zachęcam do podobnej aktywności wszystkich, którym zależy nie tylko na wygranej, ale na realnych, pozytywnych zmianach w tym państwie.

W przedwyborczą środę mogę tylko powiedzieć, że wszystko już wiemy o wszystkich partiach i jakikolwiek będzie wynik wyborów, nie będziemy mogli narzekać, że coś przed nami ukryły.

Zróbmy szybki przegląd. Plan PiS jest jasny, ogłoszony niemal wprost: zrujnować do końca niezależne sądownictwo i całkowicie zlikwidować trójpodział władzy w Polsce, nie zważając na protesty Unii Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości. Podporządkować wymiar sprawiedliwości władzy. W tym celu wprowadzone zostaną przepisy ułatwiające zaaresztowanie posła i można się spodziewać, patrząc na to, jak PiS wygaszał prace Sejmu w tej kadencji i jak brutalnie traktował opozycję, że nie będzie to przepis martwy, a przeciwnie – intensywnie politycznie wykorzystywany.

Wiemy też, że powstanie, a raczej umocni się super resort spraw wewnętrznych, dający niewyobrażalną władzę jednemu człowiekowi – Mariuszowi Kamińskiemu, oskarżonemu już raz o nadużywanie uprawnień. Wszechwładzę ministra Ziobry już mamy, więc to akurat nie będzie żadnym newsem.

PiS „weźmie się” także za wolne media. Z pierwszych zapowiedzi wiemy, że może chodzić o reglamentowanie dostępu do zawodu dziennikarza, o którym decydowaliby medialni reprezentanci PiS w rodzaju braci Karnowskich.

Kobiety – do domu, do garnków i dzieci. Tę wizję przedstawił jasno zmarły nagle Jan Szyszko: chodzi o forsowanie jedynego według PiS normalnego modelu rodziny, czyli „siedzącej” w domu matki, wychowującej kilkoro dzieci, z mężczyzną w roli dostarczyciela pieniędzy. To plus całkowity zakaz aborcji i katolicko-narodowa dyktatura prawna i instytucjonalna równa się w praktyce ubezwłasnowolnieniu kobiet i pozbawieniu ich wpływu na życie publiczne.

Zacieśnienie więzów z Rosją – mentalnych i gospodarczych – bo wiele wskazuje na to, że PiS będzie kontynuował marsz na wschód.

Po stronie KO mamy umiarkowany konserwatyzm. Utrzymanie status quo w sprawach obyczajowych, np. aborcji, akt naprawczy RP, przywracający praworządność i porozumienie dla naprawy służby zdrowia, powściągliwość w sprawach LGBT i obecności Kościoła katolickiego w życiu publicznym, liberalizm gospodarczy i umiarkowany ton w większości spraw poruszających opinię publiczną. Ekologia i walka ze smogiem tak, ale nie na pierwszym planie. Umacnianie niezależności samorządów. Silny przekaz proeuropejski. Unia jako wartość, Polska jako mocna i wartościowa jej część. Plany naprawy zrujnowanej – zdaniem KO – dyplomacji.

No i wreszcie lewica. Wyrazistość. Opowiedzenie się po stronie zdecydowanego rozdziału Kościoła od państwa, przeciw zupełnie wolnej, liberalnej gospodarce. Prawa kobiet, liberalizacja aborcji, związki partnerskie. Idee dialogu społecznego.

PSL jak zawsze, pełni rolę języczka u wagi. Jaką odegra rolę, nie wiadomo. Bo poglądy miewa różne, w zależności od sytuacji.

Wszystkie ugrupowania opozycyjne łączy rzecz jasna mocna retoryka antypisowska, choć w praktyce partia Jarosława Kaczyńskiego flirtuje czasem delikatnie z PSL.

Ciekawe jest to, że pierwszy chyba raz do wyborów nie idą właściwie partie, ale koalicje: Zjednoczona Prawica, Koalicja Obywatelska, Lewica i Ludowcy z Kukiz 15.

Co z tego będzie, nie wiemy, ale wszystkim koalicjom oddaję sprawiedliwość: jak na standardy polityczne zachowują się bardzo przyzwoicie, w zasadzie mówiąc wyborcom prawdę, jeśli nie wprost, to swoimi czynami. Kto jest przytomny i uważny, nie będzie mógł powiedzieć, że nie wiedział, co wybiera.

I znów: Jerzy Janiszewski (autor logo Solidarności)

Reklamy

Morawieckiego postawić przed sądem za oszczerstwa

23 Kwi

„Składam doniesienie o niszczeniu dobrego imienia Polski” – napisał na Twitterze Wojciech Sadurski.„Ob. M Morawiecki wczoraj w Nowym Jorku publicznie ogłosił, że w Polsce nadal orzekają sędziowie stalinowscy, a także winni skazywania dziecięcia Morawieckiego w stanie wojennym i głęboko skorumpowani. Co na to Prokuratura?” – zapytał profesor, po skandalicznej wypowiedzi szefa PiSowiskiego rządu na Uniwersytecie w Nowym Jorku.

Środowisko sędziowskie jest oburzone słowami Morawieckiego, a internauci okrzyknęli go certyfikowanym kłamcą roku.

„Panie premierze Morawiecki jak Pan śmie opowiadać takie banialuki, wysuwać takie oszczerstwa pod adresem polskich sędziów?” – napisał wzburzony adwokat Michał Wawrykiewicz, członek Inicjatywy „Wolne sądy”.

Premier udał się do Nowego Jorku, by promować Polskę i uczynił to w najgorszy ze sposobów. Uniwersytecka debata dotyczyła zmian dokonywanych przez rządzących w sądownictwie. „Dla mnie to jest sytuacja, którą możemy porównać z Francją, z okresem post-Vichy, kiedy Michel Debré w 1958 roku i Charles de Gaulle kompletnie przebudowali system” – oznajmił Mateusz Morawiecki. Nie uwzględnił faktu, że Francja Vichy po klęsce armii francuskiej w 1940 roku, była państwem kolaborującym z hitlerowskimi Niemcami. Przypomnijmy, że premier jest historykiem z wykształcenia. Działa więc z pełną premedytacją.

Porównanie do państwa Vichy, po oskarżaniu sędziów o korupcję przelało czarę goryczy. „Jesteśmy porównywani do nazistowskich kolaborantów odpowiedzialnych za śmierć, za deportację siedemdziesięciu tysięcy Żydów” – ocenia Igor Tuleya, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie.

„Proszę sobie wyobrazić tych wszystkich ciężko pracujących ludzi, którzy od ponad trzech lat słyszą bez przerwy tego typu zarzuty” – zwraca uwagę zniesmaczony rzecznik SN, sędzia Michał Laskowski.  „To jest naprawdę bardzo bolesne, niesprawiedliwe po prostu” – dodaje. „Te oskarżenia wracają za każdym razem, gdy PiS zmienia prawo. Teraz PiS pracuje już nad ósmą nowelizacją ustawy o Sądzie Najwyższym, która przewiduje między innymi możliwość, że prezesa Sądu Najwyższego będzie wybierał prezydent, co zdaniem opozycji i prawników łamie polską konstytucję” – podkreślił sędzia Laskowski.

Nie milkną komentarze, po spaleniu kuły Żyda przez mieszkańców Pruchnika. Do wydarzeń odniósł się m.in. słynny brytyjski naukowiec Richard Dawkins.

Obłudne kupowanie opłacalnej wyborczo większości przy kompletnym braku wrażliwości na sprawy mniejszości to – oględnie rzecz ujmując – nie jest chyba to, o co chodziło Chrystusowi.

Jestem chrześcijaninem. Pomimo tego, iż Kościół powszechny, a szczególnie ten polski zrobił już bardzo wiele, by od wiary mnie odwieść, ja wciąż uporczywie jestem chrześcijaninem. Nie dla Kościoła jednak ani nie przez Kościół nim jestem. Jestem chrześcijaninem przez, dzięki i dla Chrystusa.

Z drugiej strony mam pewną przypadłość, która od ślepej i bezrefleksyjnej wiary mnie strzeże. Przez całe intelektualnie aktywne życie zastanawiam się, zadaję pytania, podaję w wątpliwość to, co jeszcze przed chwilą uważałem za pewnik, weryfikuję, sprawdzam, upewniam się. Kiedy zbliża się Wielkanoc, czyli najważniejsze święto mojej religii, a On szykuje się do przejścia w krainę, z której nie powrócił żaden podróżnik, oprócz Niego, zastanawiam się jeszcze bardziej. Myślę, że chyba po prostu szukam Prawdy, której do końca znaleźć oczywiście nie sposób.

Bardzo chciałbym wiedzieć, po której stronie coraz wyraźniej i bardziej jednoznacznie spolaryzowanego świata byłby dziś ten najlepszy z ludzi, którzy żyli na ziemi, jedyny z nas, który narodził się bez grzechu pierworodnego i który zmarł nie zgrzeszywszy ni razu.

Swoją drogą zastanawiam się, czy On się zastanawiał, czy miewał wątpliwości, czy choć raz nie był do końca pewien, po której stronie jest racja, czy podał kiedyś w wątpliwość swoje wcześniejsze mniemanie? W gaju oliwnym tamtej nocy, gdy od końca dzieliło go zaledwie kilka godzin, a może po tym, gdy wściekł się na kupczących w świątyni i zniszczył im stragany? Na krzyżu, gdy był najbardziej człowiekiem i gdy był i jest mi najbliższy? Eli, Eli Lamma Sabachthani.

Po której stronie byłby dziś oprócz tego oczywiście, że na pewno nigdy nie obrałby jednoznacznie żadnej strony, bo interesuje Go człowiek jako taki, a nie strony, frakcje, partie, opcje, koterie i grupy światopoglądowe.

Zostawmy Chrystusa. Nie wypada mieszać Boga w lokalne i chwilowe spory toczące się w małej Polsce, a choćby i w wielkim świecie. Nie wypada szczególnie teraz, gdy znów po raz bodaj tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty, w święto Paschy próbujemy wraz z nim przejść od życia do śmierci i z powrotem, od zła do dobra, od mroku do światła. Zostawmy Chrystusa, ale nie zostawiajmy tego, o czym do nas mówi wciąż od nowa, wciąż z miłością.

Dla największego z ludzi najważniejsi zawsze byli ci najmniejsi, najbardziej bezbronni, najubożsi, ci, którzy nie radzą sobie często z najprostszymi rzeczami, ci, dla których życie nie jest zabawą lekką i przyjemną, a raczej drogą prowadzącą pod górę, kamienistą, wśród cierni wiodącą.

Tak zwana dobra zmiana (swoją drogą jest coś lekko niepokojącego w tym, iż jej ojcowie sami nazywają ją dobrą) na swoich sztandarach od początku miała pomoc dla takiego właśnie człowieka. Flagowy projekt PiS, czyli 500+ miał być skierowany do ludzi, którzy w życiu mają pod górę i to nieważne z własnej czy z czyjejś winy. Inna sprawa, że w świecie tzw. dobrej zmiany nic nigdy nie jest z własnej winy. Podobnie miało być z projektami już nie wprost ekonomicznymi, a bardziej dotyczącymi dziedziny sprawiedliwości społecznej, czyli z tak zwanym wstawaniem z kolan. W Polsce owo wstawanie miało polegać na rozliczeniu tych, którzy dorobili się na schedzie po komunie i podzielenie odzyskanych dóbr i odzyskanej godności między do tej pory wykorzystywanych i niszczonych. Na arenie międzynarodowej wstawanie z kolan miało być przemianą z petenta w pełnoprawnego obywatela świata żądającego zasłużonego uznania i szacunku.

Takie były sztandarowe hasła prawych i sprawiedliwych na moment przejścia od III RP, będącej wedle ich wykładni ustawką postkomunistycznych elit ze źle życzącymi Polsce podobnymi, choć chyba niepostkomunistycznymi elitami świata zachodniego, do IV RP, która miała być krainą wiecznej szczęśliwości dla wcześniej haniebnie wykorzystywanych. Celowo piszę o sztandarowych hasłach, a nie o zamiarach albo nawet o programie. Tak naprawdę, co jawi mi się na każdym kroku i co za każdym razem w końcu rozwiewa moje wątpliwości – wszystko to od początku podszyte było bowiem cynicznym kłamstwem i czysto politycznym wyrachowaniem, zimną kalkulacją ludzi, dla których najważniejszą i w gruncie rzeczy jedyną wartością jest utrzymanie się przy władzy.

Młodzi lekarze na dorobku, niepełnosprawne dzieci i ich umęczeni rodzice i w końcu dziś, gdy piszę te słowa, nauczyciele to tylko kilka z wielu grup, które mają pod górę, ale którym tzw. dobra zmiana postanowiła nie pomagać. Dlaczego? Dlatego, że to grupy – jakkolwiek o ogromnym znaczeniu dla funkcjonowania, moralności i przyszłości całego narodu – to jednak mniejszościowe i przez to nieposiadające żadnego literalnie znaczenia dla arytmetyki politycznej rządzących. Do tego w przeciwieństwie do rolników czy górników nie są to grupy, które mogą zagrozić ładowi społecznemu, bo przecież żadna z nich nie przyjedzie przed Sejm z oskardami i łomami, żadna nie będzie palić opon, żadna nie obali siłą ustroju.

Tzw. dobrej zmianie jak kani dżdżu potrzeba do istnienia antagonizmów i tak zwanych wrogów ludu, dlatego źle traktowane mniejszości są tak ważne. A to, że społeczeństwo będzie chorowite, jak niepełnosprawne dzieci i niewyedukowane, jak obywatele trzeciego świata, to po pierwsze nie ma znaczenia ani dziś, ani jutro, kiedy odbędą się wybory, a po drugie akurat niewyedukowane społeczeństwo jest jak najbardziej rządzącym na rękę, bo ludzi nietrzeźwych i niewyedukowanych łatwiej omotać. Wiedzieli to nasi zaborcy i później okupanci, wiedzą to mało sprzyjający przyszłości Polski włodarze dzisiejszej Rosji, którzy nota bene wspierają teraz za pośrednictwem opłaconych przez siebie internetowych trolli kampanię wymierzoną propagandowo w nauczycieli. Na marginesie owa nie pierwsza już zbieżność interesów polskiej tak zwanej dobrej zmiany ze złą zmianą w Rosji jest dość symptomatyczna, szczególnie w kontekście drugiego z kluczowych projektów obecnie rządzących, czyli wstawania Polski z kolan na arenie międzynarodowej. Oto bowiem wypięliśmy na salonach dumnie nasze piersi zdobne w martyrologię i odwieczną walkę narodu polskiego o dobro dla całego świata, ale niestety wygląda na to, że wszyscy wyszli, a ostali się jedynie zawsze czujni przedstawiciele rosyjskiej czerezwyczajki. Na arenie międzynarodowej stoimy zatem tyleż wyprostowani, co kompletnie osamotnieni, a wyjątkowo źle życzący nam duży sąsiad przygląda się temu z chłodnym uśmiechem.

Wygląda na to, że z dobrozmianowych obietnic dla narodu udało się bezwzględnie zrealizować jedną. Ci, którzy wcześniej czuli się mniejsi i gorsi od wyimaginowanych często elit, teraz czują czystą i coraz bardziej nieokiełznaną nienawiść. Pytanie tylko, czy to aby na pewno posunęło nas na chrześcijańskiej drodze ku światłu i przemianie zła w dobro.

Reasumując rozważania na Wielką Noc, oczywiście nie śmiem rościć sobie prawa do wiedzy na temat tego, co na to wszystko powiedziałby Ten, który jest najważniejszą postacią dramatu rozgrywającego się pomiędzy Wielkim Piątkiem a Rezurekcją. Nie śmiałbym, ale z mojego rozumienia przekazu, który nam pozostawił, sianie nienawiści między ludźmi, obłudne kupowanie silnej w swej masie i opłacalnej wyborczo większości przy kompletnym braku wrażliwości na sprawy mniejszości, wmawianie ludziom, że działa się w interesie ich domu, czyli kraju, podczas gdy tak naprawdę niszczy się jego przyszłość w świecie, to oględnie rzecz ujmując nie jest chyba to, o co chodziło Chrystusowi. Nie jest bez względu na to, jak szczere miałbym chęci wobec tak zwanej dobrej zmiany i jak wiele razy nie obróciłbym wszystkiego w swojej głowie w tę i z powrotem, żeby sprawdzić, zweryfikować, podać w wątpliwość, zrozumieć i dojść albo chociaż zbliżyć się do Prawdy.

Wszystko to zaś nie miałoby aż takiego znaczenia i prawdopodobnie w ogóle nie prowadziłbym tego typu rozważań, gdyby nie fakt, iż tzw. dobra zmiana w swej oficjalnej nazwie jawi się jako prawa i sprawiedliwa, a na swych sztandarach nosi krzyż, z którego właśnie w tych dniach po raz kolejny zdejmiemy umęczone ciało Chrystusa. Obłuda to cecha, która w połączeniu z cynizmem daje mieszankę bodaj najgorszą z możliwych. Znów na chwilę sięgam pamięcią do opowieści o zdarzeniach z dni poprzedzających ukrzyżowanie. Tam najbardziej obłudni byli bodaj faryzeusze. Czy dobrze pamiętam, że de facto to oni w końcu z pomocą populistycznej manipulacji zawiedli najświętszego z ludzi na krzyż? Sanhedryn prawych i sprawiedliwych z krzyżem na sztandarach? Dziwnie zestawienie.

Zastanawiam się, dlaczego mam uwierzyć w szczerość intencji rządzących, skoro cały ich obraz kraju, świata i ludzi jest z gruntu fałszywy, nielogiczny i zwyczajnie głupi.

Kancelaria Premiera opublikowała minutowy filmik, w którym Mateusz Morawiecki w krawacie dosiada się do stołu ludzi normalnie ubranych i ku ich zdumieniu przez 50 sekund reklamuje „piątkę Kaczyńskiego”, a przez pozostałe 10 sekund próbuje złożyć nam wielkanocne życzenia. W tym czasie wicepremier Szydło, w tradycyjnej scenerii mieszkania z kominkiem i rodzinnymi fotografiami na ścianach, informuje nas o konieczności przeżywania radości, miłości i nadziei. Natomiast prezes Kaczyński, któremu nie sprawdziło się ani jedno z trzech bożonarodzeniowych życzeń „Polski silnej, sprawiedliwej i dostatniej”, zwraca się tym razem tylko do mniej pamiętliwych mieszkańców Mazowsza za pośrednictwem Facebooka – nie swojego oczywiście, a sekretarza propagandy KC PiS Adama Bielana, który w ten sposób stara się zwiększyć swoje szanse ewakuacji do parlamentu europejskiego.

Na rozmaitych forach wielu innych dostojników posłużyło się tradycją i starannie wybranymi kanonami wiary katolickiej, usiłując przekonać Polaków o doniosłości swej posługi dla kraju i osobistej kolosalnej życzliwości dla rodaków. Ich twarze wygładzały się w ciepłym uśmiechu, a z ust płynęły słowa serdeczne i przyjazne. Nad wielkanocnym przekazem dnia, przygotowanym przez partyjnych propagandystów PiS, unosił się duch Boży, zachęcający do narodowego pojednania i wspólnych pląsów rządzonych z rządzącymi.

Chwilo – trwaj! – chciałoby się powiedzieć, gdyby nie pewność, że natychmiast po świętach znowu się okaże, kto formułuje warunki powszechnej zgody i na czym ma ona polegać. Wyjdzie na jaw, że narodowe porozumienie ma twarz szefa kancelarii premiera, który nie przepuści żadnej okazji, by przydeptać rozmówcę gigantycznym formatem własnego intelektu i przygniatającą wyższością racji partii, z której się wywodzi. Jego występ w „kropce nad i”, gdzie zachowywał się jak właściciel TVN, oszołomił samą Monikę Olejnik. Michał Dworczyk przerywał jej, pokrzykiwał na nią i odpowiadał głównie na niezadane pytania, a swoje tezy, których związek z rzeczywistością był odległy i przypadkowy, uwiarygodnił złowróżbnym pytaniem: – Zarzuca mi pani kłamstwo?!

Wiele lat temu dokładnie taki sam zajadły wyraz twarzy miał sekretarz propagandy, besztający młodego reportera działu miejskiego lokalnej gazety, który próbował pisać nie tylko o leniwych dozorcach i bezczelnych kelnerach. Pochylił się do mnie i wycedził z nieskrywaną groźbą w głosie: – Chcecie powiedzieć, że nasza partia popełnia jakieś błędy?!

Pojednanie oferowane przez PiS ma czasem wykrzywioną w amoku twarz Jarosława Kaczyńskiego, wykrzykującego obelgi pod adresem ludzi opozycji, a czasem, gdy prezes potrafi się opanować, ujawnia oblicze cynicznego manipulanta, który żąda, by wszyscy podpisywali zobowiązanie, że nie zechcą waluty euro póki nie będziemy tak bogaci jak najbogatsi w Europie, czyli może nigdy. Nie zauważył, że wśród 10 krajów, które razem z nami wchodziły do Unii, siedem zdecydowało się na euro i wszystkie już przeskoczyły Polskę pod względem wartości PKB na 1 mieszkańca.

Zgoda narodowa ma dzisiaj strapione oblicze pani Szydło, która rozdzierającym głosem biada nad koszmarną krzywdą polskich dzieci, opuszczonych przez bezdusznych nauczycieli, którzy nie chcą dopisać się do ugody dogadanej z zaprzyjaźnioną „Solidarnością”.  Porozumienie polskie ma równocześnie promienną twarz uśmiechającej się do siebie minister edukacji, o kwalifikacjach gwarantujących sukces wyłącznie w sztuce układania wróżb do ciasteczek. Pojednanie przybiera też sprężystą postać Zbigniewa Ziobry, który – niezrażony siedmioma klęskami projektu ustawy o Sądzie Najwyższym – po raz ósmy próbuje usadowić swoich podwładnych na czele władzy sądowniczej, by w przyszłości ochronić siebie i partyjnych kolesiów przed odpowiedzialnością karną za notoryczne łamanie konstytucji i kodeksowych przepisów.

Liczne niepowodzenia rządzących i niepewność utrzymania stołków spowodowały, że partia władzy przekroczyła kolejny Rubikon. W machinie propagandowej wymontowano hamulce, eliminując wyrzuty sumienia, żenadę i poczucie wstydu. Dolano wysokooktanowego paliwa, bo nowa instrukcja obsługi nakazuje jazdę z cegłą na pedale gazu. Przed kamerami ludzie PiS nie pozwalają teraz wypowiedzieć się przeciwnikom, przerywają rozmówcom, zagadują niewygodne pytania plotąc nie na temat, obwiniają poprzednie rządy o każdą zmianę pogody i bez mrugnięcia okiem kłamią, starając się łgać seriami, bo nawet jak jedno sprostują, to inne zapadną w pamięć. Prominenci PiS konkurują ze sobą na jadowite frazy, mściwe oblicza i przeciwczołgowe miny. Podstawą strategii obronnej jest dzisiaj atak. Dawna opinia Jacka Kurskiego, że Polacy łykną każdą ściemę propagandową, byle atrakcyjnie podaną – teza, która wzbudziła niegdyś wielkie oburzenie – dziś już nie razi. Mało kto reaguje na coraz bardziej bzdurne rewelacje serwowane telewidzom i słuchaczom przez narodową fabrykę kłamstw Jacka Kurskiego.

Upoważnionym do występów przed kamerami rozdano zdjęcia prezesa ZNP w towarzystwie polityków opozycji, które mają dowodzić, że pan Broniarz jest agentem pana Schetyny i robi, co mu każą. Impet, z jakim funkcjonariusze PiS wymachują tymi fotkami oraz słowotok spiskowych podejrzeń skutecznie jak na razie chroni ich przed pytaniem, czy analogicznie liczne zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego z politykami opozycji a wręcz obok Donalda Tuska, to dowód, że prezes PiS wykonuje tajną misję PO?

Prominenci PiS sprawiają wrażenie, jakby miesiącami trenowali gesty, miny i zachowania właściwe dla określonych sytuacji. Kiedy w telewizyjnych debatach ktoś ośmiela się zwątpić w sensowność wyborczych prezentów PiS, przedstawiciele tego ugrupowania reagują identycznie: nakładają sobie groźną maskę, pochylają się w stronę rozmówcy, celują w niego palcem i oskarżycielskim tonem cedzą: – To znaczy, że jesteście przeciwko i chcecie ludziom zabrać 500 plus! Ta mimika i ton głosu wystarczają, by rozmówców opuściły refleks i odwaga. Dlatego nie odpowiadają: – Tak, jestem przeciw wypłacaniu 500+ pani Martynie zarabiającej ponad 40 czy 50 tys. miesięcznie za pracę świadczoną prezesowi NBP. Jestem przeciw, bo z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z ponad 18 mld zł, które idą na ten cel, blisko 6 mld wędruje do 20 proc. gospodarstw domowych z najwyższymi dochodami! I jestem też przeciw 13 emeryturze dla pobierających z ZUS ponad 20 tys. miesięcznie (są tacy).

Świąteczne życzenia składane Polakom przez rządzących obfitują w zwroty: „serdecznie”, „szczerze”, „prawdziwie” i „z całego serca”.  Zastanawiam się, dlaczego mam uwierzyć w szczerość intencji rządzących , skoro cały ich obraz kraju, świata i ludzi jest z gruntu fałszywy, nielogiczny i zwyczajnie głupi. Polska opływa w dostatki, stać nas na zwiększenie dotacji na kolejny projekt o. Rydzyka (z 70 do 117 mln zł), ale nie ma ani grosza więcej dla nauczycieli, chociaż rząd potwierdza, ze zarabiają skandalicznie mało. W budżecie są „w pełni zabezpieczone” środki na piątkę Kaczyńskiego , ale trzeba podnieść akcyzę, wprowadzić opłatę recyklingową i podatek cyfrowy, oraz skasować do końca OFE wprowadzając drakońską opłatę za samo potwierdzenie, że nasze własne oszczędności są nasze własne.  Jak to było? „Niech nie mówią, że nie ma pieniędzy, bo jeśli się dobrze gospodaruje, to…” Wystarczy ukraść.

Wszystkiego normalnego, kochani!

Karol Nawrocki raduje się, że Chrystus zmartwychwstał w rocznicę wybuchu wojny, a kobiety uwięzione przez hitlerowców w Ravensbrück dla uczczenia tego namalowały pisanki. Alleluja!

Z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej życzymy Państwu Wesołych Świąt Wielkanocnych – tak należy odczytać treść kartki świątecznej rozsyłanej przez dyrektora tej placówki Karola Nawrockiego. Dobra zmiana przejęła Muzeum dwa lata temu, zaledwie dwa tygodnie po otwarciu, usunęła jego twórcę i pierwszego dyrektora Pawła Machcewicza, zastępując go właśnie Nawrockim.

Dziś Nawrocki rozsyła kartki świąteczne opatrzone logotypem obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Dwie stylizowane bombki lotnicze wspaniale korespondują z malowanymi talerzykami i pisankami. Właściwie jeszcze ładniej byłoby pokazać, jak te pisanki zrzuca bombowiec średni PZL.37 Łoś, chluba polskiego lotnictwa w 1939 r. W kampanii wrześniowej Łosie zrzuciły w sumie 119 ton bomb, więc gdyby dołożyć do tego kilka pisanek, to i tak nikt by się nie zorientował.

Ja tego niestety nie mogę zrobić, bo nie mam prawa posługiwać się logotypem obchodów 80. rocznicy II światowej. Na stronie muzeum wyraźnie napisano: „Złóż wniosek o zgodę na posługiwanie się identyfikacją wizualną obchodów”. Nie złożyłem takiej prośby, więc mi nie wolno. Mogę jedynie prywatnie i bez logotypu radować się ze zmartwychwstania Pańskiego w 80. rocznicę wybuchu. Ale sam dyrektor Nawrocki to co innego. On w sposób zinstytucjonalizowany i jak najbardziej oficjalny cieszy się, że Zbawiciel powstał z grobu i rozpętał II wojnę światową. Nawiasem mówiąc, czy nie o tym właśnie mówił film Tadeusza Chmielewskiego?

A myślicie, że te pisanki to takie tam zwykłe pokolorowane jajka? Broń Boże. „Ręcznie malowane papierowe pisanki i talerzyki wykonane techniką akwareli w okresie świąt Wielkanocnych przez więźniarki niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbrück wiosną 1945 r. Na odwrocie pisanek znajdują się autografy więźniarek” – radośnie informuje kartka od dyr. Nawrockiego.

Ta informacja też świetnie koresponduje z życzeniami: „Niech radość płynąca ze Zmartwychwstania Chrystusa nieustannie nam towarzyszy i umacnia nas w wierze, nadziei i miłości. Zdrowych i pogodnych Świąt Wielkanocnych życzy dr Karol Nawrocki”.

Z niecierpliwością czekam na Boże Narodzenie, przed którym pan dyrektor będzie rozsyłać sianko wyciągnięte z sienników więźniarek.

Klechy wychowują polski Ciemnogród, łożymy na to ogromny szmal. Jesteśmy g… warci, fundnęliśmy sobie piekiełko

22 Kwi

Poseł Marek Sowa zapytał Ministerstwo Edukacji Narodowej, ilu katechetów państwo zatrudnia w placówkach publicznych.

MEN odpowiedziało na zapytanie posła Sowy ws. zatrudniania nauczycieli religii w szkołach i  przedszkolach. 

Mieszkańcy Pruchnika (woj. podkarpacki) zorganizowali w Wielki Piątek sąd nad Judaszem.

Kukła Żyda została w pierwszej kolejności powieszona na latarni. Następnie ciągnięto ją po ziemi, okładano kijami, podpalono i wrzucono do rzeki. 

Mateusz Morawiecki w minionym tygodniu udał się z dwudniową wizytą do Stanów Zjednoczonych. W czasie rozmowy z amerykańskimi mediami kolejny raz zaatakował polskich sędziów.

Filozof prof. Jan Hartman zareagował na niedzielne wystąpienie metropolity gdańskiego abp Leszka Sławoja Głódzia w bazylice w Gdańsku-Oliwie.

Polskie władze odniosły się do zamachów terrorystycznych na Sri Lance. Na słowa premiera Matusza Morawieckiego zareagowała Joanna Senyszyn (SLD).

Jak PiS uśmierca Polaków

20 Kwi

W tym samym czasie, w którym większość obserwująca trendy sondażowe przed wyborami do Parlamentu Europejskiego skupia swoją uwagę na pierwszych dwóch miejscach, bardzo ciekawe rzeczy dzieją się w okolicach progu wyborczego. Tam niespodziewanie urósł Prawie i Sprawiedliwości poważny konkurent, który skutecznie odbiera partii Jarosława Kaczyńskiego coraz większą ilość głosów. W ostatnim sondażu “Kantar Polska” dla “Polityki”, Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy mogłaby liczyć aż na 5 procent poparcia, co dałoby jej kilka mandatów w Brukseli. Niespodziewanie dobre wyniki prawicowych radykałów najwyraźniej ich rozzuchwaliły, bowiem w ostatnich dniach postanowili oni uderzyć w najczulszy punkt narodowej prawicy, czyli kwestię ochrony polskich interesów przez rząd w kontekście żądań USA i Izraela o zwrot mienia zagrabionego w czasie Holokaustu.

Według notatki, do której dotarł prawicowy publicysta Stanisław Michalkiewicz, kwestia restytucji mienia żydowskiego wróci po wyborach parlamentarnych w Polsce. Do tej pory strona amerykańska liczy na porozumienie z Żydami na stopie nieformalnej. Notatka pochodzi z 25 października ubiegłego roku. Dotyczy rozmowy, która odbyła się w MSZ z udziałem ambasadora Jacka Chodorowicza, pełniącego również funkcję pełnomocnika ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską z Thomasem Yazdgerdim – jego amerykańskim odpowiednikiem. Jak tłumaczył Michalkiewicz, dokument zawiera swego rodzaju harmonogram działań polskiej i amerykańskiej dyplomacji ws. restytucji mienia.

– Strona amerykańska nie spodziewa się działań legislacyjnych w określonym wyżej horyzoncie czasowym (przed wyborami – red.), natomiast uważa za możliwe konkretne rozmowy i działania nie mające wymiaru publicznego i formalnego – alarmował publicysta.

Przedstawiciele środowisk narodowych, skupieni w Konfederacji biją na alarm, że władza zamierza przehandlować polski interes za dobre stosunki z USA. Warto przypomnieć w tym momencie wypowiedź ambasador USA Georgette Mosbacher o tym, że kwestia wiz do Stanów Zjednoczonych może zostać załatwiona jeszcze w tym roku, dając jednocześnie do zrozumienia, że nie za darmo. Wypełnienie postanowień “Ustawy 447” może być elementem cichego “dealu” polskiego rządu z administracją Donalda Trumpa. Obejmuje on jednak materię, w której środowiska narodowe z pewnością będą chciały zabrać głos w alarmistycznym tonie. Jeśli będą na fali rosnącej i zaczną częściej pojawiać się w mediach, mogą stać się olbrzymim problemem dla Prawa i Sprawiedliwości, zwłaszcza w kontekście walki o elektorat kultywujący narodowe tradycje polonocentryzmu podszytego antysemityzmem. 

O tym, że w PiS na poważnie obawiają się wzrostu znaczenia Konfederacji, uderzającej w tony tak niewygodne dla obozu władzy może świadczyć ostatnia wypowiedź Antoniego Macierewicza, będącego przecież głównym przedstawicielem frakcji radiomaryjnej, reprezentujących właśnie taki elektorat. Wystąpił on w rozgłośni ojca Rydzyka z apelem do Michalkiewicza i Grzegorza Brauna i jednoczesnym oskarżeniem o mimowolnym wspieraniem antypolskich sił.

– Jeżeli osłabimy PiS, to damy drogę takim siłom jak Platforma Obywatelska i tzw. Koalicja Europejska. A to są siły, które wielokrotnie przystawały na grabież Polski i to z różnych środowisk, zarówno mafijnych jak i politycznych zagranicznych – stwierdził Macierewicz. – Apeluję do takich ludzi, których uważam za uczciwych, jak pan Michalkiewicz czy pan Braun: panowie, osłabiając Prawo i Sprawiedliwość, osłabiacie Polskę – dodał polityk.

Zabawne, że to dokładnie taka sama retoryka i niemal te same słowa, które kilka miesięcy temu rzeczniczka PiS Beata Mazurek kierowała do europosła PiS Mirosława Piotrowskiego, gdy ten rejestrował Ruch Prawdziwa Europa, nazywany przez niektórych “partią Rydzyka”. Dziś już wiemy, że RPE w wyborach nie wystartuje, a niebezpieczeństwo podgryzania PiS z prawej strony przez to ugrupowanie tak naprawdę przestało istnieć. Problem jednak w tym, że otwarcie anten toruńskich mediów dla przedstawicieli Konfederacji, która na miesiąc przed wyborami może już liczyć na 5% głosów wyborców oznacza, że Rydzyk wcale z walki o swoją pozycję polityczną nie zrezygnował.

Trwający dziś protest nauczycieli zaczyna przypominać reakcjami rządu zeszłoroczny protest lekarzy-rezydentów, gdzie hasła zmian w systemie skomentowano słonymi słowami “niech jadą”. Tak jak jednak dziś rząd nie przejmuje się tym, że z polskiej szkoły odchodzą najlepsi i najzdolniejsi, tak i w przeszłości polityków mało obchodziła przyszłość funkcjonowania państwa. Widać to najlepiej właśnie w ochronie zdrowia, gdzie zduszenie protestu medyków i następnie niedotrzymanie danego lekarzom słowa doprowadziły do dramatycznych konsekwencji. W szpitalu powiatowym w Złotoryi oddziały pediatryczny, neonatologiczny i położniczy musiały zostać bowiem właśnie zamknięte. Wszystko z powodu odejścia z pracy zaledwie jednego lekarza. W efekcie od 12 kwietnia omawiane jednostki przestały przyjmować pacjentów, kierując ich do innych placówek. Sytuacja ta jednak nie jest niefortunnym zbiegiem okoliczności, ale efektem konkretnych działań polityków, które widzieliśmy w ostatnich latach.

Polska od lat plasuje się w ogonie Europy jeśli chodzi o liczbę lekarzy na 1000 mieszkańców. Według raportu “Health at a Glance 2018” byliśmy pod tym kątem ostatnim krajem w Unii Europejskiej z wynikiem 2,4 medyków na 1000 mieszkańców. Tymczasem za zachodnią granicą są to już 4,2 osoby. Jakby tego było mało 30% z praktykujących lekarzy przekroczyło już wiek emerytalny. Powyższa wiedza jest powszechnie znana, ale nikt nie chciał się nad nią do tej pory pochylić, co doprowadziło w zeszłym roku do akcji wypowiadania klauz o nienormowanym czasie pracy opt-out, które pozwala lekarzom pracować bez ograniczeń czasowych. Ta forma protestu przez realizowanie swoich praw ustawowych miała na celu przekonać rząd do zwiększenia finansowania systemu ochrony zdrowia i przeprowadzania reform, które podwyższą jakość opieki nad pacjentem. Do tego ostatniego potrzeba zaś większej indywidualnej uwagi dla każdego chorego, a obecnie jest to coraz trudniejsze z każdym rokiem.

Rząd poza falą hejtu nie zareagował jednak na protest medyków, nie spełniając najważniejszego z postulatów, 6,8% PKB nakładów finansowych na zdrowie, redukując je do 6%. Jakby jednak tego było mało, po zawarciu porozumienia z protestującymi, rząd szybko zaczął wycofywać się zarówno ze słowa danego lekarzom, jeśli chodzi o poprawę warunków pracy, jak i finansowa systemu, gdzie sztuczką księgową zabrano pacjentom 7 mld zł. W tym roku nakłady na zdrowie miały wynieść bowiem 4,86 proc. PKB, podczas gdy próg ten da się spełnić tylko pod warunkiem… że odniesiemy go do PKB za rok 2017. Powstała 7,2 miliardowa dziura jest zaś warta więcej, niż wydajemy na całą pozaszpitalną opiekę specjalistyczną (4,66 mld zł).

W efekcie wspomnianych decyzji rządu w systemie desperacko brakuje pieniędzy na często choćby podstawowe potrzeby. Brak często elementarnego i wydawałoby się niedrogiego sprzętu jest bolączka większości oddziałów w Polsce, a warunki pracy zniechęcają absolwentów uczelni medycznych do pozostania w kraju. Tymczasem zwłaszcza na szczeblu powiatowym lekarzy brakuje najbardziej i oddziały funkcjonujące już dziś na krawędzi, tak jak do tej pory w szpitalu w Złotoryi, można liczyć w dziesiątkach, jeśli nie w setkach. Są one tykającą bombą, która w każdej chwili może w kolejnym miejscu wybuchnąć, z czasem pogrążając polski system ochrony zdrowia. Pytaniem otwartym pozostaje, czy zaczniemy działać, czy wolimy czekać aż koszty naprawy sytuacji osiągną olbrzymie i to nie zawsze odwracalne rozmiary?

Niewierzącym życzę wspaniałego odpoczynku, wątpiącym znalezienia własnej drogi, a nam wszystkim – normalności, której tak bardzo Polska potrzebuje.

Jeszcze kilka lat temu Wielkanoc była dla mnie ważnym dniem. Dzisiaj jednak nie potrafię jej oddzielić od tego, jaka stała się Polska pod rządami PiS-u. Jacy staliśmy się my. Nie odczuwam potrzeby, by wspólnie dzielić się klimatem tych Świąt, by razem obchodzić dni pokoju, miłosierdzie, dobra, bo gdzieś te wartości się zapodziały. Zaprzedane polityce straciły na ważności, stały się pustym słowem. Tegoroczna Wielkanoc będzie zapewne kolejnym teatrzykiem hipokryzji, ślepoty i głuchoty. Zamknięcia na prawdziwy przekaz…

Największą rolę w tych wielkanocnych dniach odegra Kościół. Będą uroczyste msze, orędzia, przesłania. Kolejny to już raz dowiemy się, że „rozpoczynamy to Zmartwychwstanie od naszego wyzwolenia się z grzechów, z naszych przywar, z naszych nałogów, po prostu chcemy odrodzić się, to znaczy stawać się lepszy”, przypomni się nam, że Wielkanoc to „zwycięstwo Boga nad mrocznymi siłami grzechu i zła”, a z perspektywy „zmartwychwstania widać, że ostatni głos w historii człowieka i świata należy do dobra – nie do zła; należy do tych, którzy znoszą prześladowanie – nie do prześladowców; do synów pokoju – nie do synów wojny; do ludzi łagodnego serca – a nie gwałtu i gniewu”.

Ten znak pokoju, piękne słowa o miłosierdziu, zwycięstwie dobra nad złem, otwartości na innych, padną z ust tych, którzy potrafią o nauczycielach powiedzieć, że to „swołocz”, tak chętnie zamykają drzwi swoich kościołów przed politykami z partii innych niż PiS, z radością goszczą w progach swoich świątyń prawdziwych patriotów, hajlujących na okrągło, obnoszących się ze swastyką, o której mówią, że to tylko znak celtycki, uprawiający z ambon agitację na rzecz PiS-u, nazywający pedofilów w sutannach ofiarami nienawiści, odcinający się od przesłań, płynących z Watykanu. Ależ hipokryzja…

A co z nami? Stół wielkanocny będzie uginał się od przysmaków. Barwny i kolorowy, z dumnymi babami, rozkosznymi barankami z masła, pisankami i wesołymi zajączkami. W wielu domach zasiądą przy nim skłócone rodziny. Jakiś czas może wytrzymają, niosąc się na fali neutralnych rozmów o wszystkim i o niczym. Jednak wcześniej czy później, ktoś się zapomni, wejdzie na politykę i zacznie się jazda. Przesłanie wielkanocne utopi się w mowie nienawiści, kłótni. Zwolennicy jednej czy drugiej partii zaczną przerzucać się argumentami, nie słuchając się wzajemnie i temperatura wrzenia wzrośnie niebotycznie. Jeśli nie znajdzie się nikt, kto zapanuje nad sytuacją, wspólne biesiadowanie skończy się trzaskaniem drzwiami, obrazą na śmierć i życie, a słowa, które padną, poranią ostro.

Wielu w ogóle zrezygnuje ze wspólnego świętowania. Przecież nie zasiądą do stołu z wujkiem, który pieni się na choćby wzmiankę o PO, z bratem, oddanym sercem i duszą PiS-owi, kuzynem, obwieszonym symbolami Polski Walczącej, z różańcem na szyi i tłukącym na okrągło pseudonaukowe racje historyczne. Doświadczenie ostatnich lat nauczyło ich, że lepiej tego dnia gdzieś sobie wyjechać lub spędzić czas spokojnie, nie narażając się na ostrą jatkę między sałatką jarzynową a jajkiem faszerowanym szynką.

Zapewne otrzymamy życzenia świąteczne od dzisiejszych przywódców polskiego narodu. Premier Morawiecki powtórzy słowa sprzed roku, zwracając nam uwagę, że „to, co nas łączy i to, co wspólne, jest najważniejsze. Chcemy być lepsi, chcemy, by dobro zwyciężyło zło. Tego właśnie uczy nas zmartwychwstały Chrystus. Z tej nauki płynie uniwersalne przesłanie: musimy łączyć, nie dzielić, budować wspólnotę. Tego wszyscy chcemy, być razem i czuć się bezpiecznie”. Nawet się nie zarumieni ze wstydu, święcie przekonany, że mówi prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Prezydent Duda wrzuci swoje trzy grosze, typu „W niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego skupia się sens wiary chrześcijańskiej. Symbolika Świąt Wielkanocnych odnosi się do losu każdego człowieka pragnącego, aby dobro zwyciężało nad złem, a życie nad śmiercią. Wszyscy potrzebujemy i szukamy umocnienia. Bądźmy w tych dążeniach razem, uważni na innych i wspierający się na innych” i dzielnie wesprze go szanowna małżonka, życząc nam z szerokim uśmiechem na ustach, by „tajemnica nocy zmartwychwstania i radość wielkanocnego poranka przyniosła duchowe pokrzepienie i obudziła w nas nadzieję (…) Życzymy, aby w polskich domach i społecznościach było jak najwięcej bliskości i szacunku”.

Może nawet spotka nas ten zaszczyt, że głos z siebie wyda również prezes Kaczyński. Co znajdzie się w jego życzeniach? Zapewne długa droga do prawdy, wiara, że wreszcie zwycięży, bez wnikania głębiej, kto i nad czym. Padną słowa o ciężkiej pracy nad oświeceniem tej części społeczeństwa, które zapiera się rękami i nogami, wciąż odrzucając jedyną szansę dla prawdziwej polskości, czyli PiS. Przy okazji znajdzie się i tutaj miejsce na delikatnie zarysowaną propagandę sukcesu oraz kolejny raz wbicie narodowi do łbów, że bez PiS-u Polska padnie, przestanie dychać i to będzie wielki koniec snów o potędze, więc do dzieła Rodacy, urny wyborcze czekają.

Ciekawa jestem, jakie życzenia i komu złoży posłanka Pawłowicz? Jaki znak pokoju przekaże strajkującym nauczycielom Zalewska? Z czym wyskoczy pani Szydło i reszta „gwiazd” partii rządzącej?

Czy to rzeczywiście będzie ta Wielkanoc, o którą chodzi w wierze? Mam co do tego sporo wątpliwości i dlatego, drugi już rok z rzędu, spędzę te dni w spokoju. Z dala od tych, którzy swoją postawą zadają kłam temu świętu. Podważają jego przesłanie. To będą dni na moje przemyślenia, moje świętowanie, mój czas, na refleksję.

Wszystkim szczerze wierzącym i żyjącym zgodnie z Dekalogiem, życzę słowami kardynała Dziwisza, by ten czas przełomowy i ponadczasowy, był „(…) źródłem inspiracji i odwagi do angażowania się w sprawy naszego świata, by stawał się on coraz bardziej ludzki, a więc coraz bardziej boży”.

Tym, którzy bardziej wierzą w Polską Instytucję Kościelną i tak łatwo dają się wkręcać w propagandę PiS, życzę, by oświeciło ich na tyle mocno, aby potrafili pochylić się z pokorą nad tym, co czynią, nazywając nienawiść miłością, agresję pokojem, oddanie wiarą.

Tym, którzy podobnie jak i ja, nie chcą wpisywać się w wielkanocny obraz zakłamania, hipokryzji i fałszu, życzę pięknych, spokojnych, wypełnionych dobrymi myślami Świąt.

Niewierzącym życzę wspaniałego odpoczynku, wątpiącym znalezienia własnej drogi do samego siebie, a nam wszystkim, normalności, której tak bardzo Polska potrzebuje, by mogła iść w przyszłość z podniesioną głową i demokracją w sercu.

Rydzyk, Lech Kaczyński i Morawiecki – trzech małych ludzi

26 Mar

Tym razem Fundacja Lux Veritatis ubiega się o dofinansowanie dla Parku Pamięci, który ma upamiętnić bohaterstwo Polaków ratujących Żydów. Nawet już udało się jej przejść weryfikację formalną.

Przypomnijmy, że od dojścia do władzy PiS, Fundacji ojca Rydzyka przyznano już grubo ponad 100 mln zł. Imperium Rydzyka z roku na rok rośnie w siłę, a państwowe fundusze leją się do niego strumieniami.

Jednak tym razem jest pewna zmiana. Do tej pory opinia publiczna dowiadywała się o dotacjach państwowych po fakcie. Teraz jest inaczej, bo „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że fundacja o wsparcie dopiero się ubiega.

Rok temu, podczas urodzin Radia Maryja, ojciec Rydzyk powiedział o tym projekcie: – „Będzie to piękne. Tam będą nazwiska tych, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Mamy około 40 tys. takich nazwisk. Instytut pracuje cały czas. Kilkanaście osób bada te wszystkie sprawy. Trzeba to robić, czy nie? Przecież Polacy to nie są antysemici, prawda? Tak nam chcą wmówić”.

Na stronie Lux Veritatis można znaleźć zapowiedź powstania parku: „Park Pamięci Narodowej będzie stanowił nie tylko hołd dla Polaków ratujących Żydów podczas II wojny światowej, ale posłuży również jako miejsce spotkań służące refleksji i szukaniu przesłania z trudnego doświadczenia, jakim była wojna i Holocaust”.

Według informacji udostępnionych przez fundację, partnerem przy tworzeniu parku są dwie spółki powiązane ze Skarbem Państwa. To Jastrzębskie Zakłady Remontowe oraz Jastrzębska Spółka Węglowa, której większość udziałów należy do państwa.

Tymczasem polsko-amerykański historyk Jan Tomasz Gross otwarcie posądza ojca Rydzyka o antysemityzm. Również portal Onet przypomina, że przez wiele lat na antenie Radia Maryja w całkiem otwarty sposób uciekano się do antysemityzmu. Czy więc redemptorysta jest właściwą osobą do upamiętniania Żydów?

A może ojciec Rydzyk się zmienił… Na to podobno nigdy nie jest za późno.

Choć Pierwsze Przykazanie Boskie mówi wyraźnie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, PiSowska posłanka Bernadetta Krynicka, z obcą swej partii wyrozumiałością komentuje „przypadek” człowieka, modlącego się do pomnika Lecha Kaczyńskiego w Warszawie. Obrazek wzbudził kpiarskie komentarze internautów.

„Nooo… ja bym tego nie lekceważył.. bo pomyślmy: modlący ogłosi, że doznał od LK łaski i np. znikły mu pryszcze. Znajomy biskup przeprowadzi/załatwi proces przed sądem kościelnym i mamy świętego lechakaczyńskiego… brrr, głupi żart..”- skomentował zdarzenie czytelnik pod tekstem portalu naTemat.

„Strasznie to słabe i obce naszej polskiej kulturze szydzić z modlącego się człowieka” – napisała natomiast na Twitterze Krynicka, nie zwracając uwagi na argumentacje użytkowników portalu, że to nie pomnik jakiegoś świętego, a postać byłego prezydenta.

„Modlitwa do pomnika Lecha Kaczyńskiego to profanacja” – zauważył publicysta Waldemar Kuczyński, były minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

„Na jakiej zasadzie pani przesądza, że może rozstrzygać co jest, a co nie jest obce polskiej kulturze? Że należy do PiS, do wybranej części narodu, a co ze zdaniem reszty? Resztę, jak napisał wasz poeta Rymkiewicz „pies może j…ć”?- napisał Kuczyński.

Nie mając najwyraźniej zbyt wiele do powiedzenia Krynicka odpaliła: „Rozumiem, że pańskim zdaniem szydzić z drugiego człowieka leży w polskiej naturze.. Nie wiem, gdzie się pan wychowywał. Mnie w domu rodzinnym, w szkole, w kościele wpajano szacunek do drugiego człowieka. Ale pan ma najwyraźniej inne doświadczenia” – podsumowała PiSowska funkcjonariuszka, jak pamiętamy jedna z największych przeciwniczek strajku opiekunów osób niepełnosprawnych w Sejmie.

I na tym się nie skończyło, bo Kuczyński nie pozostał dłużny: „Nie ma we wpisie szyderstwa, tylko stosunek do tego co robi ten człowiek. A dodam, że gdyby pani wpojono szacunek do innego człowieka, to nie byłaby pani w PiS, który z nienawiści do co najmniej połowy Polaków i wykluczania ich z polskości zrobił swą moralność i ewangelię” – napisał.

Kaczyński nie jest już zauroczony Morawieckim. „Czar prysł”

Czarne chmury zbierają się nad premierem Mateuszem Morawieckim. Zarówno na Nowogrodzkiej, jak i w rządzie rośnie irytacja sposobem rządzenia przez prezesa Rady Ministrów. – Czas zauroczenia Kaczyńskiego Morawieckim się kończy… – mówią nasi informatorzy.

Marzec 2019. Biuro prezesa PiS w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej. Na jednej z narad Jarosław Kaczyński krytykuje otwarcie premiera Mateusza Morawieckiego. Pada nazwisko Tomasza Filla. To zaufany człowiek szefa rządu, który jest z nim od początku kariery politycznej. W KPRM pracował z Morawieckim kilka miesięcy, zajmował się public relations i komunikacją społeczną. Później przeszedł do Polskiego Funduszu Rozwoju.

Jego pojawienie się w Kancelarii Premiera, dla wielu polityków PiS, było nie do zaakceptowania. Powód? Fill zajmował kierownicze stanowiska w spółkach skarbu państwa za rządów PO-PSL. Kaczyński wbija szpilkę Morawieckiemu. – Takie osoby, jak ten pan, czekają tylko na zmianę władzy – irytuje się Kaczyński. Premier jest skonsternowany. Do tej pory bowiem mógł liczyć na specjalne względy u prezesa, ale – jak twierdzą nasi rozmówcy – czar prysł.

Komunikacja przez e-mail

Irytacji mają nie ukrywać również niektórzy ministrowie, którzy coraz częściej skarżą się na sposób komunikacji w rządzie. – W otoczeniu premiera funkcjonuje tzw. grupa 30-latków, to jego najbliżsi współpracownicy. Większość nie ma większego doświadczenia w pracy w administracji rządowej, spora grupa ukończyła jedynie politologię. Mają wysyłać do ministrów polecenia drogą e-mailową. Do obiegu weszło już powiedzenie „premier z Gmaila” – mówi nam nasz informator z otoczenia kierownictwa Zjednoczonej Prawicy w rozmowie z Wirtualną Polską.

Wysyłanie poleceń, zadań i dyspozycji e-mailem – Morawiecki wyniósł jeszcze z pracy w banku WBK. Jako prezes najczęściej komunikował się z pracownikami właśnie drogą elektroniczną. Podobną praktykę wobec swoich podwładnych stosował w resorcie finansów, w okresie kiedy pełnił funkcję ministra.

Według naszych rozmówców, „grupa 30-latków” w ostatnim czasie ma coraz większy wpływ na to co się dzieje w rządzie. Dla czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy jest to nie do zaakceptowania.

Grudzień 2018. Morawiecki domaga się odwołania ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Nie podoba mu się nadzór nad polityką lekową oraz budżetem NFZ. W obronie Szumowskiego staje wicepremier, minister nauki Jarosław Gowin. Szumowskiemu udaje się obronić stanowisko. Ale relacje z premierem Morawieckim ulegają ochłodzeniu.

W resorcie zdrowia, szef rządu ma swojego człowieka. To kolejny „30-latek”, wiceminister Janusz Cieszyński. W przeszłości doradca Morawieckiego w resortach rozwoju i finansów. Prywatnie syn Przemysława Cieszyńskiego, dobrego znajomego premiera z okresu Solidarności Walczącej, a obecnie członka zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

– Premier nie słucha Szumowskiego, tylko 31-letniego Cieszyńskiego, który odpowiada m.in. za e-recepty. Polega na jego opinii. To on wszystkim zarządza i to on podejmuje kluczowe decyzje w resorcie zdrowia – ujawnia nam nasz informator.

Taktyczny sojusz z Szydło

Jak ujawniła Wirtualna Polska, premier w ostatnim czasie – widząc jakie ma notowania w PiS – zaczął tworzyć taktyczne sojusze. Także takie, które jeszcze do niedawna byłyby nie do pomyślenia. Jednym z nich jest współpraca z byłą szefową rządu Beata Szydło. Według naszych informacji, obecna wicepremier będzie mogła liczyć na mocne wsparcie w kampanii ze strony Morawieckiego.

Zdaniem naszych informatorów zbliżonych do KPRM, premier polecił swoim współpracownikom, by zamieszczać w mediach społecznościowych wspólne zdjęcia z szefową Komitetu Społecznego.

Te same źródła twierdzą, że do największego zgrzytu między premierem a prezesem PiS doszło na sobotniej konwencji PiS we Wrocławiu. Morawiecki miał na niej wystąpić, miał przygotowane przemówienie. Nie wystąpił. A decyzję w tej sprawie mógł podjąć tylko jeden polityk.

Obietnice socjalne nic nie zmienią

Z Mirosławą Marody rozmawia Jakub Bodziony

„PiS uwierzyło, że jak się ludziom zapłaci, to oni uznają ich za dobrych wujków, na których warto zagłosować. Pieniądze, które się dostaje, są traktowane jako należne i żadnej łaski ze strony rządu tutaj nie ma. Ta licytacja socjalna ma swój kres, a coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że te pieniądze pochodzą z ich podatków”, mówi profesor socjologii z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jakub Bodziony: Czy Koalicja Europejska to był dobry pomysł?

Mirosława Marody: Wyborcom łatwiej jest się zorientować na scenie politycznej, kiedy mają do wyboru dwie partie. Dla polityków ten podział też jest bardzo wygodny, bo wymusza zadeklarowanie się po jednej z dwóch stron.

Ale to nie są dwa spójne bloki. KE zrzesza ugrupowania o bardzo różnych poglądach. Władysław Kosiniak-Kamysz powiedział nawet, że rządy PO–PSL-u światopoglądowo nie różnią się od PiS-u, a komentatorzy pytali, co łączy Barbarę Nowacką lub SLD z Romanem Giertychem.

A co łączy Stanisława Piotrowicza z Krystyną Pawłowicz, oprócz tego, że są prawnikami? Z punktu widzenia odbiorcy jest to obojętne. Dla Koalicji Europejskiej podstawową sprawą i jedynym programem jest „nie bycie PiS-em”.

I to wystarczy?

Zobaczymy w maju. Proszę nie zapominać o tym, że na decyzję o głosowaniu mają wpływ czynniki, które w ogóle nie są uwzględniane przez polityków, a mają ogromne znaczenie.

Na przykład?

To, jaka jest pogoda, ile muszę iść do punktu wyborczego, czy mi się w ogóle chce dzisiaj wyjść z domu… I chociaż podział polityczny jest bardzo głęboki, to w życiu codziennym statystyczna większość społeczeństwa stara się go nie dostrzegać. W codziennych rozmowach jest to problem z kategorii wstydliwych. W przeprowadzonych przez nas ostatnio grupowych wywiadach, to rozróżnienie prawie w ogóle nie występowało.

Na czym polegały te badania?

Dobieraliśmy osobno zwolenników PiS-u i PO i zadawaliśmy im o to pytania. Co ciekawe, czytając później odpowiedzi, nie byłam w stanie rozpoznać, z którą grupą mam do czynienia, bo problemy, które się pojawiały, były podobne. A w dodatku nie były to kwestie związane z tym, czym na co dzień żyją politycy i media.

Czyli ten podział na Polskę PiS-u i anty-PiS-u to mit?

Jest to kategoryzacja, w którą ludzie próbują się wpasować, ale ona jest stworzona przez polityków. Jeżeli poproszę pana o dołączenie do grupy A lub B, to z większą lub mniejszą chęcią którąś pan będzie musiał wybrać. I jak pan już wybierze, to zacznie pan przejmować treści charakterystyczne dla danej kategorii.

Ale wyborca nie jest ograniczony do wyboru dwóch partii. Robert Biedroń odrzuca podział na dwa bloki, twierdząc, że wyborcy są tym zmęczeni.

Bo są, a nowość ma w sobie obietnicę zmiany. Ludzie od początku transformacji liczą, że coś się zmieni.

I ta sama potrzeba zmiany, która teraz napędza Wiosnę, wcześniej była w projektach politycznych Samoobrony, Kukiza czy Nowoczesnej?

Jestem przekonana, że poparcie dla tych ruchów było generowane przez narastający gniew na rzeczywistość. Bo ludzie nie przejmują się konfliktem pomiędzy Grzegorzem Schetyną a Jarosławem Kaczyńskim.

A czym?

Tym, że służba zdrowia działa fatalnie i tracą masę czasu na stanie w kolejkach, po to żeby uzyskać termin wizyty za pół roku. Tym, że nie wiedzą, co doradzić swoim dzieciom, jeśli chodzi o wykształcenie, które do niedawna było uważane za najważniejszy zasób. Ludzie mówili o tym, że czują się bezradni, bo przez całe życie inwestowali w edukację swoich dzieci, a teraz one im mówią, że chyba wyjadą za granicę, bo tutaj nie da się żyć.

Nikt nie będzie protestował, jak dostanie dodatkową gotówkę. Ale to i tak nie zmieni tego, że kolejki do prywatnego i publicznego lekarza stają się porównywalnie długie. Te pieniądze nie załatwiają podstawowego problemu, jakim jest narastająca uciążliwość życia codziennego.

Mirosława Marody

Przejmują się tym, że pewne grupy zawodowe znakomicie sobie radzą, a inne są na skraju nędzy. Chyba najlepiej to oddaje mail od moich doktorantów, którzy pojechali na rok do Nowej Zelandii. Napisali, że na razie nie wracają.

Dlaczego?

Bo ludzie są tam mili, życie płynie wolniej i dobrze się z tym czują. Te same powody przewijają się również w badaniach emigrantów zarobkowych w Unii Europejskiej. Mniejsze napięcie, wyższy poziom usług, ale przede wszystkim – lepsza jakość relacji na linii państwo–obywatel. Nikt mnie nie usiłuje przekupywać, a w dodatku, jak przychodzę do lekarza, to on wychodzi z gabinetu i podaje rękę, a nie mówi: „Niech siada!”.

Proszę zobaczyć, że u nas nawet nauczyciele, którzy nie są zbyt aktywną politycznie grupą, z powodów materialnych i godnościowych decydują się na strajk, który może zagrozić egzaminom uczniów. To są codzienne problemy jednostki, których ona sama nie może rozwiązać i których rozwiązania oczekuje od państwa.

Ten gniew na rzeczywistość zadziała na korzyść rządu czy opozycji?

Może zadziałać na zasadzie „spróbujmy czegoś innego”. Skoro PiS ewidentnie traci grunt pod nogami i nie spełniło obietnic

Jak to? Przecież to właśnie tym szczyci się rząd. Wyborczym hasłem podczas kampanii samorządowej było „Dotrzymujemy słowa”, a sztandarowy program 500+ został wprowadzony i ma zostać rozszerzony. Dodatkowo PiS zapowiada ulgi podatkowe dla młodych i jednorazową „trzynastkę” dla emerytów.

Ale tu nie chodzi tylko o pieniądze. PiS uwierzyło, że jak się ludziom zapłaci, to oni uznają ich za dobrych wujków, na których warto zagłosować.

A tak nie jest?

Nie. Pieniądze, które się dostaje, są traktowane jako należne i żadnej łaski ze strony rządu tutaj nie ma.

Wiele osób to właśnie bezpośrednie transfery gotówkowe do obywateli uważa za przyczynę wysokiego poparcia dla PiS-u. Wszyscy mówili, że się nie da, że budżet nie wytrzyma. A politycy PiS-u przyszli i dali.

Ale ta licytacja socjalna ma swój kres, a coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że te pieniądze pochodzą z ich podatków.

Według ostatniego sondażu tak twierdzi niespełna 40 procent.

To jest bardzo przyzwoity wynik, biorąc pod uwagę, że ponad 90 procent Polaków nie przekracza najniższego progu podatkowego i rzadko musi dopłacać do tego, co im potrącono z pensji. Oczywiście, nikt nie będzie protestował, jak dostanie dodatkową gotówkę. Niby dlaczego ma nie wziąć, skoro dają? Ale to i tak nie zmieni tego, że kolejki do prywatnego i publicznego lekarza stają się porównywalnie długie. Te pieniądze nie załatwiają podstawowego problemu, jakim jest narastająca uciążliwość życia codziennego.

Jakie są źródła tej „uciążliwości”?

Jesteśmy społeczeństwem, które dokonało potwornego wysiłku, żeby wpasować się w ramy rynku i demokracji. Przez pierwsze cztery lata transformacji ludzie po prostu ufali reformatorom i czekali, aż wszystko się zmieni, a oni znajdą się w rzeczywistości Zachodu. Byli w stanie znieść zamykane zakłady, ogromne bezrobocie, bo „jeszcze chwila i reforma Balcerowicza zaskoczy”.

Potem doszło do nich, że jeśli oni sami nie będą w tej rzeczywistości walczyć, to ona odrzuci ich na margines. Tak zaczęło się gorączkowe poszukiwanie własnego miejsca, pozycji, tego skąd i jak wziąć pieniądze. W tej transformującej się rzeczywistości, która nijak miała się do podręcznikowego, zachodniego kapitalizmu, ludzie zaczęli dostrzegać, że niektóre jednostki z nieznanych przyczyn zarabiają olbrzymie pieniądze. Nie dlatego, że ciężej pracują, tylko mają pewną wiedzę o rzeczywistości, której reszta nie posiada.

Ale po pewnym czasie system okrzepł.

Tak – i ludzie łyknęli liberalistyczną ideologię, wedle której pozycja jednostki zależy od tego, ile wysiłku wkłada w pracę. To widać w badaniach wartości Polaków, które powtarzamy co 10 lat. Od 1990 roku blisko 60 procent badanych uważa, że konkurencja jest dobra, a dochody powinny być bardziej zróżnicowane. Ponad 40 procent uważa, że bezrobotni powinni bezwarunkowo brać każdą pracę, jaką im się oferuje.

I jak to ma się do programu 500+?

W tych dwunastu grupach fokusowych ludzie narzekali na politykę 500+.

Nie rozumiem. Przeszkadza im program, którego są beneficjantami?

Sama byłam w szoku, gdy okazało się, że to świadczenie stało się nagle powodem wzajemnej niechęci. Ale tu chodzi o to, że ono unieważnia ich wysiłek. Teraz wystarczy mieć kolejne dziecko, żeby na stałe dostać dodatkowe pieniądze. A to, co robią na co dzień, przestaje się liczyć. Słynna wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o tym, że nauczycieli domagających się podwyżek nie obowiązuje celibat i mogą mieć dzieci, jest emblematycznym skrótem tego, co politycy myślą o naszym społeczeństwie.

To znaczy?

Chcesz mieć większy dochód, zrób sobie dziecko. Przecież to jest kuriozalne! Ludzie przez tyle lat usiłowali się odnaleźć w nowej rzeczywistości i ciężko zasuwali, a tu ktoś im mówi, że to nieważne, a kolega, który nic nie robił, przeskakuje do wyższej kategorii dochodowej dzięki spłodzeniu kolejnego syna.

W najbiedniejszych grupach te pieniądze stanowią istotną różnice w budżecie.

Oczywiście, ale jednocześnie wyzwala to niechęć klasy, którą umownie nazwijmy średnią. To świadczenie znosi różnice między ludźmi, te różnice, które stanowią odzwierciedlenie ich ciężkiej pracy.

A nie wyrównuje szanse?

W jaki sposób?

Rodziny stać na większe zakupy, nowe buty czy dodatkowe zajęcia dla dziecka.

Jeżeli już to wyrównuje szanse dla tych dzieci, a nie dla rodziców. Zresztą, z tym wyrównywaniem różnic, to też nie do końca. Co z tego, że może pan zabrać dziecko nad morze, skoro wciąż nie może ono dojechać do szkoły, bo nie ma autobusu? Za 500 złotych nie da się tego zmienić. Jeżeli chce się pan prywatnie leczyć, to ta kwota jest żartem.

Czy pani stara mi się powiedzieć, że największy sukces PiS-u, który do programu wpisała niemal każda partia, nie ma politycznego znaczenia?

W pewnym sensie 500+ jest politycznie przeciwskuteczne, gdyż zwiększa napięcie pomiędzy indywidualnym wysiłkiem jednostki a pozycją, jaką może ona osiągnąć w społeczeństwie. W dodatku wyłącza u polityków realistyczne myślenie.

Pan jest za młody, żeby pamiętać pochody pierwszomajowe, ale proszę sobie wyobrazić sytuację z lat 80. Ludzie mają już komuny po dziurki w nosie, ale wiadomo, że w ten dzień w różnych punktach miastach pojawiają się samochody z rzadkimi dobrami, których nie ma w sklepach. W efekcie mamy piękne wiosenne święto, z tłumem ludzi, który radośnie chodzi po mieście. Zabiegi socjotechniczne działają i ludzie będą bardzo zadowoleni z dodatkowych korzyści, ale to nie zmienia ich stosunku do tego, kto wystawia te samochody.

Słynna wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o tym, że nauczycieli domagających się podwyżek nie obowiązuje celibat i mogą mieć dzieci, jest emblematycznym skrótem tego, co politycy myślą o naszym społeczeństwie. Chcesz mieć większy dochód, zrób sobie dziecko.

Mirosława Marody

Ale przecież korzystanie z programu 500+ nie ogranicza mnie w żaden sposób. Mogę się sam rozwijać, a do tego państwo pomaga mi w wychowaniu dzieci.

To brzmi jak jedna z tych pięknych idei socjalistycznych, które zostały pogrzebane przez próby wcielenia ich w życie. Bo do ich realizacji potrzeba jeszcze sprawnych instytucji, a nie państwa jako bankomatu. Zresztą skala tych wypłat rodzi poważne zagrożenia. Oczywiście, na razie mamy na to pokrycie, jednak koniunktura gospodarcza lepsza nie będzie. Grupa, którą na potrzeby rozmowy określiliśmy jako „klasa średnia”, o tym wie.

I wie o tym, że nie jesteśmy tak bogaci, jak to sugerują obietnice socjalne rządu?

Tak. Rośnie świadomość tego, że jest to czysto wyborczy zabieg, zwłaszcza że dla różnych protestujących grup pieniędzy nie ma i nie było. A poza tym te 500 złotych i tak nie rozwiązuje innych problemów, na przykład tego, że szef traktuje mnie jak śmiecia. PiS dało plamę, bo nic nie zmieniło w rzeczywistości społecznej, a przynajmniej w tych jej fragmentach, które są ważne dla zwykłych ludzi. Pamięta pan główne hasło Kaczyńskiego z 2015 roku?

Zapowiedź dobrej zmiany?

„Wystarczy nie kraść”. To niech się pan rozejrzy, co tydzień mamy nową aferę. Nie udało się zmienić nic.

Rząd skarży się na opór kast, grup interesów czy czynników zewnętrznych.

Nawet gdyby to była prawda, to ludzi niespecjalnie obchodzą obiektywne przyczyny. To znaczy, że naczelnik państwa jest nieudolny.

Skoro nic się zmieniło, to skąd wciąż stabilne i wysokie poparcie dla PiS-u?

Poparcie dla prezydenta Komorowskiego tuż przed wyborami prezydenckimi było porównywalne. Losy PiS-u zależą od tego, czy ludzie uwierzą w hasło spełnionych obietnic, co jest bardzo indywidualną sprawą. Z naszych badań ten twardy elektorat rządu pozostaje w granicach 20–30 proc. Element godnościowy, który PiS bardzo dobrze zagospodarowało w 2015 roku, się wyczerpuje.

Wyborcy się nasycili czy wręcz przeciwnie – czują się odrzuceni, bo ich oczekiwania nie zostały spełnione?

Powiedziałabym raczej, że im obiecywano, że wszystko się zmieni, a skończyło się na 500 złotych. To oczywiście miły dodatek, ale nie załatwia głównego problemu, jakim jest deficyt szacunku społecznego.

Ale jeżeli wcześniej nie było mnie stać na to, żeby pojechać na wakacje z rodziną, a dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu mam na to pieniądze, to zaspokaja po części potrzebę szacunku, o której pani mówi.

Tak, na dwa tygodnie wyjęte z codziennej rzeczywistości. Obietnice socjalne nie zmienią już dynamiki wyborczej, ten roztwór jest nasycony. Sprowadzenie człowieka wyłącznie do potrzeb materialnych, z etycznego punktu widzenia, jest niemoralne, ale przede wszystkim jest nieprawdziwe.

W pewnym sensie 500+ jest politycznie przeciwskuteczne, gdyż zwiększa napięcie pomiędzy indywidualnym wysiłkiem jednostki a pozycją, jaką może ona osiągnąć w społeczeństwie. W dodatku wyłącza u polityków realistyczne myślenie.

Mirosława Marody

Czy jakieś ugrupowanie polityczne odpowiada na te szersze potrzeby?

Nie, może z pewnymi wyjątkami w postaci postulatów Wiosny. Ale żaden z polityków nie ma pomysłu na to, w jaki sposób przełożyć pragnienia ludzi na struktury społeczne oraz instytucje. Dlatego też, co wynika z analiz profesora Radosława Markowskiego, polski wyborca zmienia partie jak skarpetki.

I na poziom tej lojalności nie wpłynęło 500+?

W żadnym wypadku. Fundamentem lojalności nie są pieniądze.

A mówi się, że każdy ma swoją cenę…

To powiedzenie dotyczy jednostek. Ale nie można całego społeczeństwa zapisać do rad nadzorczych w spółkach skarbu państwa. Zawsze dla kogoś zabraknie miejsca.

Ale to nie jest tak, że tylko PiS nie potrafi zmienić rzeczywistości społecznej. Żadna partia nie miała do tej pory takiej władzy.

I żadna tak jej nie roztrwoniła. Problem polega na tym, że politycy tej partii odrzucają podstawowy element współczesnej wiedzy o społeczeństwie – mamy do czynienia ze zbyt złożonym systemem, żeby można było na niego oddziaływać wyłącznie przy pomocy prostych decyzji, kogo kupić, a kogo stłamsić. Politycznie trzeba budować demokratyczne instytucje i podtrzymać te, które już funkcjonują.

To dlaczego wszystkie partie prześcigają się w obietnicach socjalnych?

Zafiksowano się na tej olśniewającej strategii PiS-u do tego stopnia, że nikt nie ma czasu, żeby pomyśleć, jakimi innymi kategoriami można byłoby mówić do ludzi. Tu nie chodzi o kwestie utrzymania czy zniesienia 500+, a o wytworzenie nowego języka.

Obietnice socjalne nie zmienią już dynamiki wyborczej, ten roztwór jest nasycony. Sprowadzenie człowieka wyłącznie do potrzeb materialnych, z etycznego punktu widzenia, jest niemoralne, ale przede wszystkim jest nieprawdziwe.

Mirosława Marody

To akurat obiecuje Biedroń.

Bo on, zanim ogłosił program, to jeździł po Polsce i teraz próbuje grać tym dyskursem. Tylko, że to wszystko jest jeszcze bardzo świeże, a pięć stów to jest konkret i w dodatku prosty do spełnienia. Bo jak w konkret ubrać obietnicę, że wszystkim nam będzie się żyło trochę lżej? Należałoby szukać czegoś, co łączy politykę z tymi ogromnymi staraniami ludzi, które trwają już 30 lat.

Ale to brzmi jak banał polityczny, kolejny okrągły frazes. Korektą transformacji według PiS-u miały być właśnie transfery socjalne. Nie obietnice poprawy sytuacji w ciągu kilku lat, ale natychmiastowa gratyfikacja.

500+ to są grosze przy tym, że asystentka prezesa NBP zarabia 50 tysięcy złotych miesięcznie. I ludziom nawet nie chodzi o to, żeby zarabiać te pieniądze. Chodzi im o to, żeby te wypłaty, zarówno pieniędzy, jak i społecznego szacunku, odzwierciedlały zasługi. A co myślą ludzie o asystentce dyrektora, która tyle zarabia?

Dopóki rzeczywistość będzie dostarczała nam informacji, że nie trzeba być uczciwym, że nie warto ciężko pracować, że wystarczy znać odpowiednich ludzi i robić to, co nam każą, nawet kosztem szacunku do samego siebie, gniew będzie narastał. I będzie pojawiać się myśl, że może jak zagłosuję na tę drugą partię albo na zupełnie nową, to oni coś zmienią. Trudno jest też wytępić w ludziach podstawowe poczucie przyzwoitości i tego, że rzeczywistość nie powinna tak wyglądać. Zwłaszcza że obecny rząd szedł po władzę pod sztandarem moralnej odnowy.

>>>

Morawiecki na wykopie, antysemita Kukiz i Kaczyński szukający swoich Zaleszczyk

25 Lu

„No to się doczekaliśmy. Będą sprawdzać na nowo historię pod kątem kto Żyd, a kto nieŻyd. Ale wszyscy będą zapewniać, że nie ma u nas antysemityzmu. Wpis Kukiza podkreślając żydowskość sprawców sugeruje, że zabójcy Nila zabili nie dlatego, że byli złymi ludźmi, stalinowskimi zbrodniarzami, ale dlatego, że byli Żydami” – napisał Michał Szułdrzyński z „Rzeczpospolitej”. To reakcja na najnowszy wpis Pawła Kukiza na Twitterze: – „Dziś 66 rocznica zamordowania Augusta Fieldorfa „Nila”. Na karę śmierci skazany został przez „sąd” pod przew. Żydówki Marii Gurowskiej, córki Moryca i Frajdy z Eisenmanów. W składzie „sędziowskim” było jeszcze dwóch Żydów – Emil Merz i Gustaw Auscaler”.

Internauci zareagowali blokowaniem Kukiza i zgłaszaniem jego wpisu do administratorów Twittera. – „Z wielką przyjemnością pana blokuję, pan jest obrzydliwym antysemitą! narodowość sędziów niczego nie wyjaśnia, oni czuli się polskimi komunistami, więc podkreślanie ich narodowości, nie przekonań ideologicznych, służy wzbudzaniu nienawiści rasowej i rozgrzeszaniu tej ideologii” – napisał na Twitterze jezuita Krzysztof Mądel.

Chcę, żebyś wiedział, że zgłosiłam tego twiita, jest nienawistny i antysemicki. Wstyd mi, że ktoś taki jest posłem”; – „Człowieku, toż to antysemityzm w najczystszej postaci. Nie jesteś anonimowym trollem, myśl, co piszesz! Za to jest odpowiedzialność! I tacy właśnie przynoszą potworny wstyd krajowi”; – „Serio pan przeprosił za wprowadzenie narodowców do sejmu czy po prostu zawsze podzielał pan ich antysemityzm? Obrzydliwy wpis” – pisali oburzeni.

Niektórzy sugerowali, że polityk znowu „utracił kontrolę nad kontem”, o czym w artykule „Kukiz popłynął, bo „piątkowa noc” przejęła jego konto na Twitterze. – Panie Kukiz, jest niedziela, a pan znów stracił kontrolę nad kontem? Chłopie, ogarnij się, piątek był przedwczoraj. A na poważnie – to jest haniebne. Ci ludzie byli komunistami i ich pochodzenie nie miało tu żadnego znaczenia. Byli ateistycznymi komunistami”; – „Przed robieniem wpisów na tt nie pijemy C2H5OH, nie palimy żadnych Kasiek, Marysiek czy Zosiek i myślimy, myślimy myślimy”.

Od dwóch dni programy informacyjne TVP wręcz prześcigają się w wychwalaniu złożonych przez PiS w sobotę kosztownych obietnic wyborczych. Wcześniej o propozycjach partyjnych mówiono „piątka Morawieckiego” – teraz stosowane jest określenie „piątka Kaczyńskiego”.

Internauci różnie to tłumaczą: – „Zaczęli wmawiać ciemnemu ludowi, że kryształowy deweloper to ich dobrodziej i dobroczyńca”; – „Piątka Morawieckiego magicznie zmieniła się w Piątkę Kaczyńskiego. Albo Morawiecki przestał być dla elektoratu wiarygodny, albo za bardzo urósł i prezes go wyrównuje do poziomu podnóżka”; – „Wydaje mi się, że to raczej próba poprawienia wizerunku naczelnika”; – „Piątka Kaczyńskiego jest po, by przykryć taśmy Kaczyńskiego”.

Co do jednego natomiast są zgodni – rzeczona „piątka” to rozdawanie przez PiS naszych wspólnych pieniędzy: – „Za Piątkę Kaczyńskiego zapłacą pracujący Polacy 3 pokolenia do przodu”. Internauci zwracali też uwagę na brak w składanych przez PiS obietnicach jednego ze sztandarowych programów: – „Spytajcie, ile developer Kaczyński wybudował mieszkań 500+?”.

Coraz częściej mówi się, że dzisiaj, w przededniu wyborów do europarlamentu, PiS znajduje się w głębokim kryzysie. Trwa walka o wpływy i władzę.

Czuje to na własnej skórze Morawiecki, który nigdy nie był tak bliski utraty swego stanowiska. Od dawna wiadomo, że jest on solą w oku Zbigniewa Ziobry, który wykorzysta każdą sytuację, by zminimalizować wpływy premiera w partii. Morawiecki podpadł Jarosławowi Kaczyńskiemu za konferencję bliskowschodnią, o której ponoć prezes dowiedział się, gdy już nie można było sprawy odkręcić. Dla Kaczyńskiego było to złamanie zasady, według której nic nie może się dziać bez jego wiedzy i zgody.

Na zwołanym w trybie pilnym spotkaniu w cztery oczy z prezesem, 15 lutego, Morawiecki zwalił całą winę na Jacka Czaputowicza, który przyjechał z tym pomysłem z USA, zauroczony kolacją z   sekretarzem stanu Mikiem Pompeo i obietnicą, że w zamian za szczyt, amerykanie większą liczebność swoich wojsk, stacjonujących w Polsce. Oczywiście, Pentagon zaprzecza takim ustaleniom.

Najbliżsi współpracownicy Kaczyńskiego nie ukrywają, że z Morawieckim im nie pod drodze. Nawet Jarosław Gowin, do tej pory jeden z jego najwierniejszych stronników, coraz częściej przebąkuje, że Morawiecki jest obciążeniem dla obozu zjednoczonej prawicy. Premier może liczyć już chyba tylko na ministra Glińskiego, ale i on ma coraz niższe notowania w partii. Jego posunięcia w okresie przedwyborczym, związane chociażby z Europejskim Centrum Solidarności czy muzeum Polin, oceniane są negatywnie. Politycy PiS nie ukrywają, że właśnie teraz niepotrzebne jest wzniecanie kolejnych konfliktów, bo może to się odbić na wynikach wyborczych.

W czasie rozmowy z dziennikarzem „Newsweeka” polityk PiS, zajmujący dość ważne stanowisko we władzach partii przyznał, że „co chwilę wybuchają afery, z których coraz trudniej wytłumaczyć się wyborcom”. Afera w KNF, wysokie pensje w NBP, afera z chrześniakiem Adama Lipińskiego, zatrzymanie Bartłomieja M., taśmy Kaczyńskiego. Rzeczywiście trochę dużo tego w ostatnim czasie.

Tak więc partia rządząca, ogarnięta coraz większym chaosem, prezes Kaczyński zajęty „gaszeniem pożarów”, ale wierna rzesza jego wielbicieli, śpiewając sobie „Polacy, nic się nie stało” wciąż stoi wiernie u jego boku…

Więcej >>>

Kaczyński stanowi bezprawie

26 Sty

Według regulaminu Sejmu każdy poseł ma obowiązek nie tylko zawiadamiać o swojej nieobecności podczas głosowania, ale także ją pisemnie usprawiedliwiać przed Marszałkiem Sejmu bądź przewodniczącym komisji.

W przypadku braku usprawiedliwienia posłowi obniża się uposażenie.

Do zapisów w regulaminie stosują się wszyscy oprócz jednego posła, który zdaje się zasiadać w ławie sejmowej na specjalnych warunkach.

Jak ustalili dziennikarze fakt.pl w obecnej kadencji Sejmu odbyło się 7068 głosowań z czego poseł Jarosław Kaczyński nie uczestniczył aż w 1674 głosowaniach.

Niestety, nie ma usprawiedliwień tych nieobecności, ale też najważniejszy poseł PiS nie figuruje na liście potrąceń za nieusprawiedliwione nieobecności. Kto zatem wytłumaczył prezesa? Kto zapłacił za jego absencję? A może należy przyjąć zasadę znanego przysłowia, że co wolno „prezesowi”, to nie tobie……