Tag Archives: Anna Zalewska

Juliusz Paetz, Krystyna Pawłowicz, Piotr Gliński, Anna Zalewska, Beata Szydło – taka tam menażeria

17 List

Wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia, i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość” – taki wpisem na Facebooku Tomasz Terlikowski ocenił decyzję dotyczącą miejsca pochówku abp. Paetza.

Zmarły w piątek duchowny miał zakaz głoszenia kazań ze względu na oskarżenia o seksualne molestowanie młodych księży i kleryków.

Kuria archidiecezjalna w oficjalnym komunikacie poinformowała, że pogrzeb hierarchy kościelnego będzie miał charakter prywatny, a na miejsce pochówku została wybrana poznańska katedra.

Miejsce pochówku oraz forma pogrzebu są zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego i zostały ustalone ze Stolicą Apostolską, Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz rodziną duchownego” – taką informację przekazała kuria.

Zdaniem Tomasza Terlikowskiego ta decyzja jest nieprzemyślana. „Trudno sobie wyobrazić, by te wydarzenia nie przyciągnęły antyklerykałów, by nie sprawiły, że ten grób będzie regularnie bezczeszczony. I stanie się to na życzenie kurii, Stolicy Apostolskiej i rodziny” – komentuje prawicowy publicysta.

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych poinformował na Twitterze, że organizacja złożyła prywatny pozew przeciwko Krystynie Pawłowicz.

Chodzi o wielokrotne znieważanie gejów i lesbijek na antenie Radia Maryja. „Są przedstawicielami diabelstwa, zła, nienawiści i podłości” – tak między innymi była posłanka PiS-u określała osoby homoseksualne.

Warto też przypomnieć kilka „klasycznych” już dziś  tweetów Krystyny Pawłowicz  – Jutro, w piątek osoby seksualnie i obyczajowo zaburzone BĘDĄ w SZKOŁACH POLOWAĆ na swe przyszłe ofiary, WASZE DZIECI… Wielu dyrektorów szkół na to polowanie -wbrew Wam – BEZPRAWNIE pozwala.” czy też mamy prawo kochać i tworzyć rodziny” Ale, do odbytu, to nie kochanie, a choroba, pani poseł. Zaś „rodzina” ma rodzić dzieci, a „współżycia” w tych waszych „związkach” przecież nie ma…

Konrad Dulkowski reprezentujący Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych uważa, że kandydatka PiS do Trybunału Konstytucyjnego powinna przeprosić za swoje skandaliczne słowa.

 

Bardzo by nas ucieszyły przeprosiny pani Pawłowicz za to, co mówiła o osobach LGBT. Sąd może też nałożyć grzywnę, czy karę ograniczenia wolności z pracami społecznymi” – mówi Dulkowski.

„Proszę brać przykład z Krystyny. Zaopatrywała się w sałatki własnym sumptem” –  zadrwił internauta na Twitterze pod zarejestrowaną przez kamery TVP wpadką szefa resortu kultury Piotra Glińskiego.

Podczas pierwszego posiedzenia nowego-starego rządu – nieuchwycony w kadrze minister – z ubolewaniem powiedział do swoich kolegów z rządu: „Czy wy widzicie… Nie ma wyżerki, nie ma kawy, herbaty. Po prostu o suchym pysku teraz przez cztery lata”. Ku uciesze jednych i zgorszeniu innych – nagranie zaprezentowano w „Szkle kontaktowym” w TVN24.

Nie pierwszy to raz udaje się kamerom i mikrofonom uchwycić nieprzeznaczone dla mediów wypowiedzi rządzących. Najczęściej nie najlepiej świadczą one o ich nastrojach i o nich samych.

Nie tak dawno temu kamery podsłuchały mało parlamentarną wymianę „poglądów” między obecnymi euro posłankami Annę Zalewską i Elżbietą Rafalską: „No ch…j wypatrzył?” – pytała szefowa MEN panią Zalewską. Innym razem wicepremierzy Gliński i Gowin zostali przyłapani na podkradaniu jabłka z biurka premiera Morawieckiego.

Prawdziwą kompromitację „zaliczył” nieżyjący już prof. Jan Szyszko, gdy na początku posiedzenia rządu pojawił się z kopertą, dla Mariusza Błaszczaka. „To jest taka córka leśniczego…” – mówił Szyszko wyjmując kartkę z koperty. „A to jest kamera Polsatu” – zauważył przytomnie Błaszczak, wskazując na bliskie oko kamery … I wydało się… Cała Polska miała powód do spekulacji…

Tym razem internauci też nie oszczędzają Piotra Glińskiego. „Laureat nagrody Człowieka Wolności. Wielbiciel wyżerki” – wyzłośliwiają się.

„Stoimy przed wyborem ścieżki prawnej, którą mamy podążać. Żadna nie jest wydeptana. Jeśli dojdzie do procesu, będzie to jeden z najgłośniejszych procesów w Polsce w ostatnich latach” – zapowiada w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Dobrosław Bilski, inicjator pozwu zbiorowego rodziców w sprawie pisowskiej „reformy edukacji”. Bilski jest pedagogiem, doktorem nauk humanistycznych, wykładowcą akademickim z Łodzi.

Żeby złożyć pozew zbiorowy, wystarczy 10 osób. – „Do grupy na Facebooku, na której dzielimy się historiami o skutkach reformy edukacji, należy 1,4 tys. rodziców. Tych, którzy wypełnili formularz, podali dane kontaktowe i udokumentowali sytuację dzieci, jest ok. 50. Więcej, niż się spodziewałem” – stwierdził Bilski. Dwie kancelarie prawne zaoferowały pomoc pro bono.

„Ci, którzy zdecydowali się przyłączyć do pozwu, twierdzą, że ogromny stres zaczął się już w klasie siódmej i ósmej. Mają na to badania dzieci pokazujące, że powodem zaburzeń ich stanu zdrowia – zarówno fizycznego, jak i psychicznego – był stres szkolny. Niektórzy popadali w depresję, inni mieli fobię szkolną. Jeden z ojców opisywał, jak jego córka w połowie trzeciej klasy gimnazjum nie wytrzymała presji i miała próbę samobójczą. Takich dwóch lat stresu i atmosfery nie doświadczyli uczniowie wcześniej” – powiedział Bilski.

Bilski opisuje też sytuację w liceum, do którego chodzi jego córka: – „Tam są tłok i agresja. Byłem przekonany, że akurat mojej córce poszczęściło się, bo w jej szkole udało się wygospodarować dodatkowe piętro. A tu niedawno opowiadała mi, że jest wewnętrzny konflikt w szkole. Starsi uczniowie się zbuntowali, bo wcześniej spokojnie dostawali się do toalety na przerwie, mogli usiąść na korytarzu. Teraz zwykłe wyjście na korytarz rodzi agresję między uczniami i powoduje spór. W mentalności starszych klas to brzmi: wszystko przez tych pierwszaków”.

Jego zdaniem, do podobnych zdarzeń dochodzi w wielu polskich szkołach. – „Zaskoczyła mnie też liczba kłopotów z dojazdem do szkół. Dzieci nie mieszczą się w autobusach, taką sytuację mieliśmy np. w Konstantynowie Łódzkim. Albo w ogóle nie ma autobusu, bo np. wraz z początkiem roku szkolnego gmina zwiększyła liczbę kursów o 8 rano, a tu się okazało, że połowa dzieci przyjeżdża na godz. 12, bo wprowadzono dwuzmianowość w szkole” – dodał Bilski.

>>>

Kaczyński wciąż jeszcze pozostaje u władzy, ale jest to już inna władza niż w poprzednich czterech latach. Skończył się monopol.

Pisowska smuta dobiega końca. Długo trwała – cztery lata. Partia Jarosława Kaczyńskiego władzę utrzyma jeszcze przez jakiś czas, ale październikowe wybory były cezurą, po której nic już nie będzie takie jak wcześniej. Można odetchnąć. Ufff.

Na cztery lata z polskiego życia publicznego zniknęła polityka rozumiana jako gra, w której różne podmioty zabiegają o realizację swoich interesów i programów, łączą siły lub występują przeciw sobie, targują się, zawierają umowy i deale: „my zgodzimy się na to, a w rewanżu wy zgodzicie się na tamto”, próbują się nawzajem przechytrzyć – i tak dalej.

Tak właśnie wygląda gra polityczna w normalnym demokratycznym państwie prawa. I tak wyglądała w Polsce do roku 2015. Później przyszedł PiS i zgarnął pełnię władzy – w jego rękach znalazły się obie izby parlamentu, urząd prezydenta, prokuratura, media państwowe (dawniej publiczne), służby specjalne, administracja państwowa w terenie, kuratoria oświaty – i wiele innych instytucji. 

Pisowski walec zmiażdżył Polskę

Ten monopol pozwolił Kaczyńskiemu nie liczyć się z nikim i z niczym, nawet z obowiązującym prawem. Pisowski walec parł do przodu, miażdżąc wszystko na swej drodze – grupy zawodowe i społeczne, środowiska naukowe i kulturalne, muzea, gimnazja, rodziców dzieci niepełnosprawnych, a nawet stadniny koni arabskich. Kierowca tego pojazdu prezentował światu tępą mordę bolszewika i pozostawał niewrażliwy na wszelkie apele, próby perswazji czy naciski. Gdy ktoś próbował się sprzeciwić – wzywał policję, karnie odbierał mu diety poselskie lub ograniczał czas wystąpienia do 30 sekund.

To oczywiście podkopywało morale krytyków pisowskiego bolszewizmu – w latach 2016-2017 byliśmy świadkami masowych demonstracji i protestów, które później jednak stopniowo słabły i wygasały. W końcu, ile można chodzić po ulicach miast, głodować i strajkować, jeśli nie przynosi to żadnego skutku? Ostatnim akordem był wielotygodniowy strajk nauczycieli w 2018 r., który władza kompletnie zignorowała.

Koniec monopolu, walec ugrzązł

I oto październikowe wybory przyniosły przełom. Dziś już bolszewik za kierownicą walca nie może sobie pozwolić na luksus ignorowania tych, którzy się mu sprzeciwiają.

Po pierwsze bowiem, sama maszyna, którą prowadzi, zaczęła niedomagać. W bloku silnika pojawiły się groźne pęknięcia. Frakcje Ziobry i Gowina urosły w siłę, a bez nich sam PiS nie ma większości. Na efekt tej zmiany nie trzeba było długo czekać – Gowin zapowiedział, że nie poprze zniesienia tzw. 30-krotności w składkach ZUS. To zmusiło PiS do rozglądania się za alternatywnym sojusznikiem i do zakulisowych prób pozyskania głosów lewicy. W chwili, gdy to piszę, sprawa nie jest jeszcze rozstrzygnięta, ale niezależnie od rezultatu już widać, że do Polski wróciła tradycyjnie rozumiana gra polityczna, w której wszyscy uczestnicy mają szanse na wywalczenie czegoś. To koniec monopolu.

Po drugie, na pół roku przed wyborami prezydenckimi pojawiła się konkurencja na prawo od PiS – Konfederacja, która ogranicza obozowi władzy pole manewru i utrudnia mu walkę o głosy. Bardzo trudno jest zabiegać o wyborców umiarkowanych, jednocześnie puszczając oko do elektoratu narodowców. To właściwie kwadratura koła, a bez jej rozwiązania może się nie udać ponownie zdobyć fotel prezydencki – jego utrata zaś, po przejęciu przez opozycję Senatu (to kolejny istotny czynnik zmieniający sytuację w Polsce) właściwie oznaczałaby, że „dobra zmiana” może się pożegnać z władzą.

No i po trzecie właśnie Senat – opozycja zyskała w nim ważny przyczółek i instytucjonalne oparcie. Od tej pory przepychanie kolanem ustaw w jedną noc staje się już niemożliwe. Nie da się już też stłumić publicznej debaty i pozbawić krytyków władzy forum, na którym mogliby prezentować swe argumenty.

Przez ostatnie cztery lata parlament był maszynką służącą do przyklepywania inicjatyw PiS – być może przejdzie do historii jako drugi w dziejach Polski Sejm niemy. Oponenci byli karani odbieraniem diet, ograniczano im czas wystąpień, ludzie władzy skutecznie blokowali inicjatywy wysłuchań publicznych, nie zgadzali się na powołanie komisji śledczych, które miałyby się zająć niecnymi sprawkami funkcjonariuszy „dobrej zmiany”. Teraz wszystko to staje się możliwe do przeprowadzenia w Senacie.

Dodajmy do tego jeszcze kurczące się zasoby finansowe, skok inflacji i groźbę kryzysu gospodarczego. To odbiera PiS-owi możliwość przekupywania całych grup społecznych.

Wszystko to nie oznacza, że już jutro partia Kaczyńskiego ostatecznie straci władzę. Utrzyma się przy niej jeszcze przez jakiś czas i może uczynić sporo spustoszeń, szkodząc Polsce i jej obywatelom. Niemniej, w powietrzu wyraźnie już czuć cieplejsze podmuchy. Po długiej pisowskiej zimie nadciąga wiosna.

Morawiecki wykańcza Szydło

8 Kwi

Choć związki zawodowe zamiar przeprowadzania strajku w polskich szkołach ogłosiły grubo ponad miesiąc temu, a wyniki referendów strajkowych były ogłaszane na bieżąco przez ostatnie dwa tygodnie, to rząd Mateusza Morawieckiego zachowuje się niczym mityczni polscy drogowcy, których zaskoczyła zima. Wygląda na to, że rozmiary strajku i ilość nauczycieli, którzy dziś nie podjęli pracy, zszokowały nawet największych pesymistów w gabinecie premiera. Beata Szydło wrzucona przez premiera na minę poległa na całej linii, a to, co miało być dla niej szansą na wielki sukces w czasie kampanii wyborczej, w której planuje zdobyć rekordową ilość głosów, może się okazać wizerunkowym strzałem w stopę. Zwłaszcza jeśli potwierdzi się scenariusz, o którym piszą niektórzy dziennikarze.

Portal Onet dotarł bowiem do zaskakującego scenariusza, w którym Beata Szydło dołączy do kompletnie zmarginalizowanej obecnie szefowej MEN Anny Zalewskiej i w rozmowach z protestującymi centralami związkowymi zostanie odesłana na ławkę rezerwowych. Pierwsze skrzypce w negocjacjach z protestującymi, dzierżąc worek z nową, hojniejszą ofertą, odegrać ma premier rządu Mateusz Morawiecki, który jeszcze dziś ma ją przedstawić nauczycielom.

– Będziemy chcieli jak najszybciej usiąść do stołu rozmów i znaleźć wyjście, by jak nie zakończyć, to zawiesić na czas egzaminów gimnazjalnych strajk nauczycieli. Wkrótce podamy szczegóły naszej propozycji– zapewnił w rozmowie z Onetem jeden z bliskich współpracowników premiera Mateusza Morawieckiego.

Skąd taka nagła zmiana strategii? Nietrudno dojść do wniosku, że premier osiągnął swój cel, czyli zemścił się na swojej poprzedniczce. Najpierw wsadził ją na minę, a teraz w świetle kamer ukarze ją za brak skuteczności, odsuwając od rozmów. Wjeżdżając na białym koniu, przywiezie worek dodatkowych pieniędzy, przy pomocy których postara się udobruchać protestujących, potwierdzając swoją polityczną pozycję nad innymi wiceprezesami Prawa i Sprawiedliwości. Prawda jest bowiem taka, że protest nauczycieli musi się prędzej czy później skończyć podpisaniem jakiegoś porozumienia, które pozwoli obu stronom wyjść z twarzą z zapewne trwającego wiele dni protestu. Premier Morawiecki najwyraźniej uznał, że teraz już może wziąć na siebie odpowiedzialność za ten “sukces”, stawiając się w partyjnej hierarchii znacznie wyżej niż liderka list z małopolskiego okręgu wyborczego. 

Gest dobrej woli już się pojawił. Jak donosi reporter radia RMF FM Patryk Michalski, czasowy zakaz wypowiadania się w sprawie protestujących nauczycieli dostała wciąż przecież urzędująca Anna Zalewska. Po klęsce “deformy” edukacji i kompletnie nieudanych rozmowach z nauczycielami toczącymi się przez ostatnich wiele miesięcy, minister Zalewska działa na związkowców jak płachta na byka i z pewnością wielu odetchnie, gdy ta wyjedzie już do Brukseli, zostawiając resort komuś innemu. Może się jedynie cieszyć, że wśród postulatów ZNP i FZZ nie ma pozbawienia Zalewskiej miejsca na listach do europarlamentu. Dziś, by ratować wizerunek rządu, premier byłby zapewne gotów ten postulat spełnić i uczynić z szefowej MEN kozła ofiarnego.

Ciemnogród PiS: Beata Kempa, Jacek Kurski, Anna Zalewska

5 Kwi

Minister Beacie Kempie, która z takim wielkim oddaniem poświęca się pomocy humanitarnej, nieco puściły nerwy w programie „Tłit”.

Wystarczyło, że dziennikarz Marek Kacprzak powołał się w rozmowie na Krzysztofa Brejzę, który porównał dzisiejszą Polskę do zawirusowanego komputera, stąd „potrzebny jest głęboki restart. I montaż dobrego antywirusa”, by minister Kempa natychmiast odbiła piłeczkę, mówiąc, żeby poseł „Antywirusa to niech sobie zamontuje w Inowrocławiu, tam gdzie wybuchła gigantyczna afera”.

Czyżby miała na myśli aferę fakturową w mieście, gdzie prezydentem jest ojciec Krzysztofa Brejzy i to on sam złożył zawiadomienie w tej sprawie do prokuratury? No cóż, śledztwo jeszcze się toczy, ale pani Kempa już wie, kto tu jest winny i wykorzystuje sytuację, by zdyskredytować posła w oczach Polaków.

Sama natomiast dość lekceważąco podchodzi do pytania o afery, jakie tropi Krzysztof Brejza. Gdy dziennikarz przypomina sprawę Srebrnej, stanowczo stwierdza, że to żadna afera, a celem działań posła jest tylko i wyłącznie „próba uderzenia w lidera Zjednoczonej Prawicy. Nie dopatruję się nieprawidłowości w tym zakresie”.

Ostatecznie ucina rozmowę na temat Krzysztofa Brejzy, stwierdzając, że „Poseł Brejza to jedyny polityk, z którym nigdy nie usiądę do stołu. Rzadko mi się to zdarza. Nie lubię poniżania kobiet i kłamstw. (…) Nie chcę mówić na temat tego człowieka. Chciałabym, żeby w polityce było jak najmniej takich ludzi jak on”.

No fakt. Polska polityka potrzebuje tylko takich aktywistów jak ona i jej partyjni koledzy…

Wszyscy dobrze wiemy, że media publiczne są tubą propagandową partii rządzącej. Wiemy, że o tym jak mają funkcjonować te media i jaki zespół ma nimi prowadzić, decyduje Rada Mediów Narodowych, powołana właśnie przez PiS, w której 3 członków na 5 to ludzie rekomendowani właśnie przez tę partię, a na jej czele stoi Krzysztof Czabański, bliski znajomy prezesa Kaczyńskiego. Wiemy też, że TK pod koniec 2016 roku, czyli jeszcze pod przewodnictwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego, zakwestionował pozbawienie KRRiT możliwości wpływania na wybór członków zarządów spółek medialnych i zobowiązał parlament do uchwalenia odpowiednich zmian w tej sprawie, co nie spotkało się z żadnym odzewem.

Trudno więc dziwić się, że już teraz partie opozycyjne szykują propozycje konkretnych zmian, które pozwolą przywrócić normalne zasady w funkcjonowaniu mediów publicznych. Dziennikarzom onet.pl udało się dotrzeć do osoby z PO, która potwierdziła, że rzeczywiście trwają już prace nad pakietem ustaw. Przyznaje ona, że „przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

O jakie zmiany chodzi? Spółki TVP i Polskiego Radia mają być zlikwidowane i zastąpione przez coś w rodzaju instytutu kultury. Dodatkowo, nowa formuła miałaby ułatwić przeprowadzenie zmian personalnych, bez czego nie dałoby się przywrócić podstawowych zasad funkcjonowania mediów. Tym bardziej, że wiadomo, iż co niektórzy mają podpisane bardzo korzystne umowy, które gwarantują im ogromne odprawy w przypadku rozwiązania stosunku o pracę.

Rozpatrywany jest też wariant, by władze TVP i Polskiego Radia wybierała KRRiT, tak jak to było przed zmianami wprowadzonymi przez PiS. Wprawdzie dzisiaj i KRRiT jest w rękach partii rządzącej, a jej szefem jest sejmikowy radny tej partii Witold Kołodziejski, ale odpowiednimi ustawami będzie można i tutaj wprowadzić poprawki.

Ma się też zmienić forma finansowania mediów. Jak mówi informator onet.pl, „Abonamentu raczej nie uda się uratować (…) PiS zamienił Telewizję Polską w opłacaną z pieniędzy ludzi szczujnię. Nikt już nie będzie chciał na to płacić, nawet jeśli odpowiedzialni za ten codzienny skandal na antenie odejdą – słyszymy. Co w zamian? Jeżeli telewizja stałaby się instytucją kultury, w grę wchodzi w pierwszej kolejności finansowanie… z budżetu”.

Przeszkodą we wprowadzeniu nowej ustawy o mediach może być Andrzej Duda, który pełni funkcję prezydenta do sierpnia 2020 roku. Należy liczyć się z tym, że będzie on torpedował wszelkie działania, które odbiorą PiS-owi władzę nad mediami publicznymi, no i raczej nie ma co wierzyć, że partie opozycyjne będą miały taką większość w sejmie, która pozwoli im na odrzucenie prezydenckiego weta. Tak więc, nawet jeśli uda się w wyborach do parlamentu pokonać PiS, to na nową ustawę o mediach publicznych trzeba będzie trochę poczekać. Dobrze jednak, że prace nad zmianami już trwają, bo gdy przyjdzie odpowiedni czas to będzie można nową ustawę szybko wprowadzić w życie i uwolnić wreszcie media od wpływów PiS.

Nie można odmówić Grzegorzowi Schetynie umiejętności wytrawnego gracza politycznego. Najnowsza inicjatywa jego partii wyraźnie to pokazuje. Dzisiaj PO składa w Sejmie wniosek o wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej.

Wiadomo, że PiS swoimi głosami utrzyma ją na stanowisku, ale… znajdzie się w dość niewygodnej sytuacji. Z jednej strony bowiem, partia panią Zalewską obroni, jednak już niebawem ją zdymisjonuje, bo przecież wysyłana ma być do Brukseli, a rząd ponownie zostanie zrekonstruowany.

Tak naprawdę politycy PiS mają tylko jedną możliwość, by wykaraskać się z sytuacji, w jaką wpędził ich lider PO. Biegiem ogłosić nowy skład rządu. Już raz taki manewr im się udał, pytanie tylko czy mają już gotową listę nowych ministrów.

Nie ma co ukrywać, minister Zalewska skompromitowała się całkowicie deformą edukacji. Trudno znaleźć cokolwiek, co usprawiedliwiałoby sens jej startu do europarlamentu. Grzegorz Schetyna świetnie to rozumie, dlatego już tydzień temu, na konwencji we Wrocławiu, odniósł się do pani minister, mówiąc, że to „nie przejdzie”. Polacy są mądrzy, nie doceniacie ich, pani Zalewska nie da rady uciec do Brukseli, bo po prostu Polacy jej nie wybiorą”. Czy wniosek o wotum nieufności pomoże? Oby tak się stało. Przekonamy się o tym już dzisiaj.

Jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Znowu o nas głośno, od Chicago do Tobolska. A wszystko za sprawą skłonności, która powoli staje się naszą specjalnością narodową. Piromanii, mianowicie.

Całkiem niedawno światową sławę zyskał w tym kontekście Wrocław, gdzie doszło do symbolicznego podpalenia kukły Żyda. A teraz w Gdańsku zapłonął stos, w który wrzucono…książki. Tę swoistą rekonstrukcję auto da fe z Harrym Potterem i Hello Kitty w charakterze głównych oskarżonych, urządzili księża jednej z tamtejszych parafii, przy aktywnym uczestnictwie licznych wiernych.

Gdańska inscenizacja „Fahrenheita 451” wzbudziła oburzenie, ale bynajmniej nie tak powszechne, jak można by się spodziewać, i głównie za granicą, bowiem krajowi mocodawcy uczestników „incydentu” wykazali się w tej sprawie daleko posuniętą wyrozumiałością. Cóż – w końcu mamy teraz trend na poszanowanie tradycji i obfitość grup rekonstrukcyjnych, tymczasem Inkwizycja to przecież ważna karta w dziejach Kościoła Powszechnego. No a poza tym nie tylko duchowni, ale też świeccy przedstawiciele aktualnej władzy wykazują specyficzną skłonność w kierunku zabaw z zapałkami.

I tak, miłość ojczyzny, płonącą w sercach młodzieży wszechpolskiej, najłatwiej poznać po krwawej łunie rac nad Marszami Niepodległości, natomiast nigdy niegasnący płomień pamięci ofiar „zamachu smoleńskiego” – po blasku pochodni na każdej miesięcznicy. Nic nie wyraża żaru emocji buzujących w środowiskach „patriotycznych” bardziej niż płonące flagi Unii, swastyki i kukły „wrogów narodu”. Te akurat modę, dotyczącą kukieł „zdrajców”, zapoczątkowało w polskiej polityce symboliczne spalenie wizerunku Lecha Wałęsy. Dla przypomnienia – zapałki trzymał wtedy Jarosław Kaczyński. Potem nadeszła epoka marszów z płonącymi pochodniami. No a teraz przeszliśmy do kolejnego etapu narodowej piromanii- stosów, na których pali się książki. Czego polska prawica oczywiście „nie pochwala, ale jednak rozumie”.

Jej elektorat pewnie też, tym bardziej, że przynajmniej jedną książkę w roku (wliczając w to podręczniki i instrukcje obsługi) czyta w Polsce już tylko 37 procent populacji. Gdyby nie jazgot lewackich mediów, to gdańskie całopalenie przeszłoby więc pewnie niezauważone.

Bo przecież jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Inna sprawa, że palenie książek jest mało skuteczne, bo zawsze można przecież napisać kolejne. Więc następnym nieuniknionym, etapem na drodze do odrodzenia duchowego Narodu wydaje się posłanie na stos ich autorów. Jak to zawsze bywało. Po nich – wydawców. A na ostatku czytelników. Oraz – to już w kontekście politycznym – całej totalnej opozycji, z „Bolkiem” na czele, jej zwolenników, a na koniec całego „gorszego sortu”. No, chyba że w odruchu chrześcijańskiego miłosierdzia jednak wyśle się ich wszystkich na Madagaskar. Niemniej, wobec nadchodzącego kryzysu budżetowego, zapałki wychodzą taniej.

Jak dotąd, owa taktyka spalonej ziemi przynosiła podpalaczom w Polsce niezłe rezultaty. Zabawy z zapałkami mają jednak to do siebie, że w niepowołanych rękach grożą pożarem medialnym, który obróci w popiół resztki naszej reputacji. Mogą też wzniecić oburzenie i rozpalić emocje przeciwników. No i – jak wiemy z filmów kryminalnych – wielu podpalaczy ginie w płomieniach roznieconych własnymi rękami.

Seksafery w PiS to codzienność. Rozenek na tropie

4 Kwi

Ciężkie chwile przeżywa Marek Kuchciński po publikacji w „Nie” tekstu o seksaferze na Podkarpaciu. Marszałek już na początku tygodnia żądał od tygodnika przeprosin oraz wpłaty 15 tys. zł na Caritas, ale do dzisiaj Andrzej Rozenek, autor publikacji, żadnego pisma w tej sprawie nie otrzymał.

W rozmowie z Anną Dryjańską Rozenek przyznał, że nie widział taśmy z nagraniem, ale jak mówi „mój tekst dotyczy treści zawiadomienia, które do prokuratury skierował Wojciech J. Nie wykroczyłem poza ten dokument ani jednym słowem. Sprawdzenie, czy to, o czym pisze Wojciech J. jest prawdą, czy nie, należy do prokuratury”. Wierzy, że te taśmy istnieją, na co wskazują „materiały dowodowe złożone przez Wojciecha J., między innymi nagrania audio funkcjonariuszy CBA, którzy próbują od niego uzyskać taśmę. Proponują mu za nią zresztą duże pieniądze. Chcą się dowiedzieć, skąd ją ma i namówić go do wycofania się z tego, co napisał w raportach do premiera Mateusza Morawieckiego i szefa CBA Ernesta Bejdy” oraz fakt, że do tej pory Wojciech J. uznawany był za dobrego oficera, posiadał kompetencje znacznie wykraczające poza pragmatykę służby, a dzisiaj mówi się o nim jak o osobie niespełna rozumu. To wyraźnie pokazuje, że jednak coś w tym wszystkim nie gra.

>>>

Nie zgadza się też z tymi głosami w internecie, które sugerują, że wiarygodność materiałów publikowanych w „Nie” stoi pod dużym znakiem zapytania. Jak mówi, liczy się przecież jakość a nie to, gdzie artykuł został opublikowany. Z dużym dystansem przyjmuje też zarzuty innych dziennikarzy, którzy uważają, że jeśli nie ma się konkretnych dowodów, to puszczanie tego typu tekstów jest błędem. Proponuje zatroskanym kolegom „by ruszyli tyłek zza biurka i wpadli na trop jakiejś afery, o której powinna się dowiedzieć opinia publiczna. Na szczęście oprócz tych “doradców” są również inni dziennikarze, którzy po mojej publikacji, tekstach Radia Zet, „Faktu” i “NIE”, drążą sprawę”.

>>>

Jutro w „Nie” ukaże się kolejny artykuł z nowymi informacjami o tej sprawie.

Polexit jest głównym celem polityki zagranicznej PiS

1 Kwi

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali pouczani przez nacjonalistyczne centrale.

Fiaskiem zakończyła się poniedziałkowa rozmowa „ostatniej szansy” przedstawicieli związków nauczycielskich z członkami rządu.

„Do 8 kwietnia mamy tydzień. Tydzień na negocjacje. Jeżeli będziemy obserwowali taką postawę ze strony rządu, to nie pozostaje nam nic innego, niż zamknąć placówki oświatowe i rozpocząć strajk” – zapowiada Sławomir Broniarz.

„Wysłuchaliśmy propozycji premier Beaty Szydło. To powtórzenie tego, co już zanegowaliśmy” – ocenił deklaracje strony rządowej szef ZNP.

Wszystko wskazuje na to, że PiS nie zamierza się uginać przed żądaniami związkowców, a premier Mateusz Morawiecki nie spotka się z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem – pisze Money.pl

W cieniu tych negocjacji pozostaje minister edukacji Anna Zalewska – odpowiedzialna za chaos w szkolnictwie i obecne perturbacje.

Działa dziś na nauczycieli jak przysłowiowa „płachta na byka”, ale – jak mówią dobrze zorientowani – „coś za coś”.

Ponoć we wcześniejszych negocjacjach z Kaczyńskim zgodziła się być twarzą PiSowskiej reformy oświaty w zamian za „biorącą” pozycję listy dolnośląsko-opolskiej do Parlamentu Europejskiego.

Z informacji radia RMF FM wynika, że to taki „element porozumienia” z liderem partii rządzącej.

Zalewska jest dziś „potężnym wizerunkowym obciążeniem” dla PiS – mówią w rozmowie z radiem politycy partii rządzącej. „Jeden z bliskich współpracowników premiera w nieoficjalnej rozmowie powiedział dziennikarzowi RMF FM, że z chęcią – już teraz – pomógłby minister spakować walizki do Brukseli”.

Więcej >>>

Waldemar Mystkowski pisze o przywłaszczaniu przez PiS obchpodów 4 czerwca.

Dlaczego PiS chce przywłaszczyć obchody rocznicy 4 czerwca 1989 roku, pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych? Przecież narracja partii Kaczyńskiego o Okrągłym Stole jest mało pozytywna, a 4 czerwca to pierwszy i najważniejszy owoc kompromisu strony solidarnościowej z komuszą.

Potem przechodziliśmy transformację ustrojową zwaną reformami Balcerowicza, te okazały się wzorem dla innych państw naszego regionu, przede wszystkim są jednym z największych naszych sukcesów cywilizacyjnych w historii. Polska wreszcie stała się pełnoprawnym członkiem Zachodu poprzez przynależność do NATO i Unii Europejskiej.

Obok transformacji ustrojowej zachodziła dłuższa „transformacja” mentalna, którą swego czasu w lapsusie freudystycznym Jarosław Kaczyński wyłożył, jako „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” W tej „transformacji” kłamstwo ma wartość prawdy, byle było głoszone z determinacją Goebbelsa.

4 czerwca ma wpisać w „transformację” mentalną PiS ich wersję historii, nie mającą wiele wspólnego z faktami, ale z kompleksami prezesa. Gdyby to odbywało się na płaszczyźnie osobistej, byłby to kłopot psychiatry z pacjentem, ale pacjent Jarosław Kaczyński funduje swoje kompleksy w polityce i to będąc u władzy.

Jak trafnie ujął taką wersję życia Szekspir, jest to „opowieść idioty pełna wrzasku i wściekłości”. Narracja Kaczyńskiego o współczesności nie trzyma się kupy ani tym bardziej narracja o niedalekiej przeszłości, w której on i jego brat Lech nie odgrywali szczególnie ważnych ról, byli tylko kamerdynerami Lecha Wałęsy. Rola służby boli, stąd mamy u prezesa przypadłości wściekłości i wrzasku o gorszym sorcie, ZOMO, gestapo, kanaliach, zdradzieckich mordach, etc.

Jeżeli 4 czerwca 2019 PiS będzie po wygranych do Parlamentu Europejskiego rozszerzona zostanie „opowieść idioty” o kolejne wściekłe kłamstwa i wrzaskliwe opluwanie prawdy. Lech Wałęsa chciałby częściowo przerwać tę narrację idiotów poprzez pozbawienie „NSZZ Solidarność” możliwości posługiwania się nazwą.

Miejmy nadzieję, że 4 czerwca będziemy świętować dwa zwycięstwa – 4 czerwca 1989 roku Komitetu Obywatelskiego i 26 maja 2019 – Koalicji Europejskiej. Wystarczy wściekłości i wrzasku z opowieści zakompleksiałego prezesa.

Kaczyński płaci z naszych pieniędzy za miłość wyborców

31 Mar

Tutaj >>>

Wierzę, że moja 26-letnia praca w pomocy humanitarnej i rozwojowej dała mi doświadczenie, które mogę przenieść na forum PE. Chcę w ten sposób przypomnieć o idei solidarności” – tak uzasadnia swój strat w wyborach do Parlamentu Europejskiego Janina Ochojska. Jest ona liderką Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku. Jej kontrkandydatką z listy PiS będzie obecna minister edukacji Anna Zalewska.

Najnowszy spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej porównuje dokonania obu pań, stawiając pytanie: „Czy widzisz różnicę między kandydatkami? Przed nami wielki wybór”.

W spocie lektor przypomina całą działalność charytatywną Ochojskiej, m.in. budowę studni w Sudanie, akcję dożywiania dzieci – Pajacyk. O Annie Zalewskiej usłyszymy, że „w zaledwie trzy lata zniszczyła system edukacji, a jeden z jej najbliższych współpracowników został oskarżony o wyprowadzenie pieniędzy z PCK.”

Dodać należy, że Grzegorz Schetyna podczas sobotniej konwencji we stolicy Dolnego Śląska zapowiedział złożenie przez PO wniosku o wotum nieufności wobec minister Zalewskiej za „niszczenie polskiej szkoły.” Przy okazji lider PO wytknął partii rządzącej, że wstydzi się własnej kandydatki, nie pozwalając jej wystąpić podczas konwencji PiS.

Niedługo łatwiej będzie napisać o grupach, które nie są w fazie przygotowywania lub zapowiadania akcji protestacyjnych, ponieważ liczba tych gotujących się do wyrażenia dezaprobaty wobec rządu rośnie lawinowo. Niebagatelną rolę we wzniecaniu ludowych powstań odgrywa wielki plan nazywany “piątką Kaczyńskiego”. To zapowiedź kolejnego transferu finansowego – który opiewa w przyszłym roku na kwotę 40 mld zł – przelała czarę goryczy wśród niepełnosprawnych oraz lekarzy, nie wspominając o nauczycielach. Szastanie pieniędzmi oraz narracja wielkiego sukcesu ekonomicznego, jaki miała odnieść Zjednoczona Prawica, powoli zaczyna działać na niekorzyść rządzących.

24 organizacje zrzeszające osoby niepełnosprawne i ich opiekunów zapowiedziały przyjazd do Warszawy na protest, który ma się odbyć trzy dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i ma na niego przybyć około dwóch tysięcy manifestantów. Środowiska osób niepełnosprawnych poczuły się wykluczone po ogłoszeniu partyjnego biuletynu wyborczego ociekającego monstrualnymi pieniędzmi. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i Naczelna Rada Lekarska domagają się podjęcia natychmiastowych działań naprawczych w służbie zdrowia. W okolicach szpitali w największych miastach pojawiły się billboardy z apelem – “Pacjenci w kolejkach i lekarze na dyżurach umierają. Rządzący opamiętajcie się”. To wstęp do akcji, która może się zakończyć ogólnopolskim protestem.

Do lekarzy i osób niepełnosprawnych dołączają pracownicy cywilni wojska. Wczoraj na stronie internetowej NSZZ Pracowników Wojska pojawił się komunikat mówiący o braku dobrej woli ze strony MON do rozwiązania problemów niskich płac – “(…) Do Zarządu Głównego wciąż napływają żądania zorganizowania akcji protestacyjnej w różnych formach. Wykonując ustawowe i statutowe powinności wobec pracowników i związkowców, w najbliższym tygodniu będzie posiedzenie Zarządu Głównego, na którym zostanie podjęta decyzja o zakresie i formach protestu, informacje przekażemy do 10 kwietnia br”. 

Sekretarz związku Elżbieta Romańska w rozmowie z Polską Agencją Prasową powiedziała, że posiedzenie Zarządu Głównego jest planowane na 3-5 kwietnia i wtedy ma zapaść decyzja dotycząca protestów – “Ludzie są bardzo niezadowoleni, bardzo rozczarowani, całymi dniami odbieram telefony w tej sprawie. Związkowcy na nas wymuszają protest, więc musimy go zorganizować. Protest na pewno będzie” – oznajmiła Romańska. Działacze nie przyjęli propozycji MON, zawierającej podwyżkę 300 zł brutto i domagają się dołożenia do tej kwoty 250 zł.

Miał być przepis na sukces, wyszedł przepis na protesty. Dwa miliony widzów ogląda codziennie flagowe “Wiadomości” TVP, które ociekają miodem, jaki płynie od rządu w stronę społeczeństwa. Nie ma dnia, żeby ktoś z obozu rządzącego nie powiedział o fantastycznym rządzie, z wypchanymi kieszeniami od pieniędzy. Chociaż ostatnio to się zmieniło i Zjednoczona Prawica wysyła sygnały o zadłużeniu się na obietnice wyborcze. Tylko kogo to dzisiaj obchodzi? Przez trzy lata tak rozhuśtano oczekiwania, że nikt nie przyjmuje do wiadomości informacji, że nagle pieniądze się skończyły. Przez trzy lata mordowano systematycznie w społeczeństwie racjonalność i zdroworozsądkowe podejście do publicznego grosza, a “piątka Kaczyńskiego” była śmiertelnym ciosem dla społecznej trzeźwości umysłów, rozpalając do czerwoności ekstrawagancję finansową Polaków. Pretensje o to, że ludzie mają w oczach złotówki, rząd może kierować tylko do siebie.

Prawo i Sprawiedliwość poczuło, że może na fali strachu przed dyrektywą potocznie zwaną “ACTA 2” podnieść swoje słupki poparcia, szczególnie wśród młodych wyborców. Z tego powodu dzisiejsza konwencja PiS odmieniała “wolność” przez wszystkie przypadki, a politycy prawicy grzmieli, że postawią tamę cenzurze i ograniczaniu wolności internetu. Szybko jednak okazało się, że to szczególny wyraz hipokryzji władzy, na co zwrócił uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Adam Bodnar przypomniał bowiem premierowi, że to właśnie Prawo i Sprawiedliwość  już trzy lata temu odebrało Polakom prywatność w sieci:

Chodzi o głośne zmiany autorstwa rządu, które dały służbom bezprecedensowy dostęp do danych o obywatelach z pominięciem zgody sądu. Tak podległa Ziobrze prokuratura, jak i policja oraz służby specjalne stały się w zasadzie bezkarne w inwigilowaniu Polaków, co mimo olbrzymiej wagi nie spotkało się jednak z dużym oporem społecznym. Obecnie wbrew obiegowej opinii sądy muszą wyrazić zgodę już tylko na podsłuchy i kontrolę operacyjną, podczas gdy bilingi czy właśnie dane internetowe mogą podlegać tylko raz w miesiącu ewentualnemu następczemu wglądowi ze strony sądów.

Sprawa ta zaniepokoiła wówczas Komisję Wenecką, która skierował do rządu specjalną opinię w tej sprawie. Dokumenty komisji nie są wiążące, a na dodatek od czasu sporu o niezależność Trybunału Konstytucyjnego całkowicie przez polski rząd ignorowane, stąd do dziś nie doczekały się odpowiedzi.

O inwigilacji ze strony podległych rządowi organów internauci się jednak nie dowiedzą, ponieważ taka jest natura przyjętego prawa. Stąd właśnie deklaracje Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego o obronie wolności internetu są szczególnym wymiarem hipokryzji.

Rząd PiS jest bowiem tym, który dąży do absolutnej, quasi autorytarnej kontroli nad obiegiem informacji w Polsce. Upolitycznienie mediów, próba zamykania w sądach ust dziennikarzy to dziś w Polsce codzienność, a żeby sobie to uzmysłowić warto sięgnąć do reakcji obozu władzy na sprawy wynagrodzeń w NBP i taśm prezesa PiS. Z tego punktu widzenia ACTA 2 będzie dla twórców i użytkowników sieci zapewne uciążliwa, to jednak może w ostatecznym rozrachunku okazać się mniej niebezpieczna od zapędów krajowych służb kierowanych interesem politycznym jednego obozu. W niczym nie umniejsza to potrzebie dyskusji o ACTA 2, ale i tu trzeba mieć świadomość, że obecny kształt dyrektywy odbiega daleko od tego, któremu podczas pierwszego głosowania sprzeciwiała się tak dziś krytykowana za hipokryzję Platforma Obywatelska. W celu uzyskania konsensusu w Europarlamencie znaczną część ograniczających wolność internetu zapisów usunięto, choć bez wątpienia część zagrożeń pozostała. Jednak PiS nie jest w stanie obiecać tutaj jakiejkolwiek ochrony wolności słowa ponad tę, którą dopuszcza sama dyrektywa. Jest bowiem kolejnym kłamstwem to, że rząd może sobie wybrać z tego dokumentu tylko to, co mu się podoba. Jednak wcielenie w życie ACTA 2 nastąpi już po maratonie wyborczym i nikogo na Nowogrodzkiej sprawa nie będzie już wtedy specjalnie obchodzić.

Nieatrakcyjny starzejący się prezes z brzuchem próbuje kupić względy wyborców, płacąc im z ich własnych podatków.

Czym by tu Polaków nastraszyć? Seksualizacja dzieci, straszne LGBT, ACTA2, trotyl na tupolewie – Prawo i Sprawiedliwość miota się w panice, próbując znaleźć magiczne zaklęcie otwierające drogę do serc elektoratu. W wyborach parlamentarnych 2015 roku takim cudownym wytrychem była groźba zalewu uchodźców przynoszących na rękach egzotyczne bakterie, dokonujących zamachów i gwałcących polskie kobiety. Rzeczywiście PiS-owi udało się tym wtedy obywateli nastraszyć i nawiązać z nimi emocjonalny kontakt. Tu tkwiła tajemnica znakomitego wyniku wyborczego, nie w programie 500 plus, w którego realizację przed wyborami mało kto wierzył.

Wszystkie straszaki prezesa

Jak daleko sięga nasza pamięć, Jarosław Kaczyński zawsze posługiwał się tą samą metodą: wynajdywał jakiegoś czarnego luda, którego zdemonizowany wizerunek prezentował Polakom, i obiecywał: ja was przed nim obronię. W latach 90. była to uwłaszczona nomenklatura, niezlustrowani konfidenci SB, bezduszni monetaryści, agenci WSI, potem przyszła kolej na brukselskich okupantów i spiskowców, którzy wspólnie z Putinem w gęstych kłębach sztucznej mgły wysadzili w powietrze tupolewa. Dopiero jednak uchodźcy okazali się tym kamieniem filozoficznym polskiej polityki, którego prezes przez całe życie szukał.

Do dziś kamień utracił cudowną moc. Najwyraźniej nie działa też żaden z kolejnych straszaków, po który sięga partia Kaczyńskiego. Propagandyści „dobrej zmiany” skaczą więc od sloganu do sloganu, co tylko pogłębia wrażenie kryzysu i bezsilności.

Zaledwie dwa tygodnie temu cała czołówka partii rządzącej i wszystkie jej media rzuciły się na homoseksualistów, którzy ponoć ostrzą sobie zęby na polską dziatwę. Minęło kilkanaście dni i co? Głucha cisza. Okazało się, że ta broń jest groźna dla samego PiS-u, który pozostaje w symbiozie z katolickim klerem, ostatnio powszechnie postrzeganym (być może chwilami już nawet przesadnie) jako siedlisko seksualnych patologii.

Przez chwilę na horyzoncie mignęła też uchwalona przez europarlament dyrektywa, którą propagandyści „dobrej zmiany” określili mianem ACTA2 – ale i ten temat „nie żre”, na pewno więc szybko zostanie porzucony mimo wysiłków prezesa, który jeszcze w sobotnim wystąpieniu wrócił do tej sprawy.

Zamożny prezes oferuje sponsoring

W tej sytuacji Kaczyński próbuje pozyskać wyborców hojnymi prezentami. Tyle że w ten sposób w gruncie rzeczy obnaża swą słabość i nieatrakcyjność politycznej oferty PiS-u. Wielu zamożnych starszych mężczyzn zna to z własnego doświadczenia: w pewnym wieku fizyczny magnetyzm znika i trzeba zacząć sięgać do portfela. Opieranie więzi pomiędzy partią a wyborcami na chaotycznym i nieumiarkowanym rozdawnictwie przypomina relację między starzejącym się brzuchatym sponsorem a młodą atrakcyjną kobietą, którą ten stara się pozyskać pieniędzmi i prezentami.

Gotów jestem założyć się, że przez sporą część elektoratu jest to odczytywane jako kolejny przejaw słabości PiS. Władza wymyka się prezesowi z rąk – myśli niejeden wyborca – więc coraz głębiej sięga do sakiewki (nie swojej zresztą, lecz publicznej) i sypie pieniędzmi na lewo i prawo. A w tym samym czasie nauczycielom mówi, że na podwyżki dla nich środków nie ma.

Co więc zostaje PiS-owi? Może jeszcze spróbować sięgnąć po metody złośliwego skrzata, który po nocach sika do dzbanka z mlekiem. Właśnie tą drogą poszli Karol Guzikiewicz ze stoczniowej „Solidarności” i wojewoda pomorski. Żeby zrobić kuku samorządowcom i opozycji, zarejestrowali zgromadzenie cykliczne pod pomnikiem poległych stoczniowców 4 czerwca. Właśnie tam planowali się zebrać w tym dniu oponenci PiS-u, broniący zdobyczy polskiej demokracji i państwa prawa przed „dobrą zmianą”.

Ciekawe czy ta metoda walki przysporzy PiS-owi wielu nowych wyborców. Jak myślicie?

Zalewska za zniszczenie edukacji powinna wylądować w pierdlu

23 Mar

Zwracam się do wszystkich nauczycieli, by byli przy swoich uczniach, dzieciach. By razem z nimi emocjonowali się tylko tym, by napisano dobrze egzaminy – przemówiła do nauczycieli minister edukacji narodowej Anna Zalewska. Na odpowiedź ZNP nie trzeba było długo czekać. – My byliśmy, jesteśmy i będziemy przy uczniach, nawet jak pani minister skończy już kampanię do europarlamentu – skomentował Sławomir Broniarz.

Zalewska apeluje do nauczycieli

Minister Anna Zalewska postanowiła porozmawiać w piątek z nauczycielami, ale za pośrednictwem mediów, na zorganizowanej przez siebie konferencji.

– Drogie koleżanki i koledzy. Dla miliona uczniów nadchodzi wyjątkowy czas, najważniejsze egzaminy. Centralna Komisja Egzaminacyjna jest przygotowana do tego. Zwracam się do wszystkich nauczycieli, by byli przy swoich uczniach, dzieciach. By razem z nimi emocjonowali się tylko i wyłącznie tym, by napisano dobrze egzaminy – mówiła Zalewska.

Minister edukacji przekonywała, że od trzech lat rozmawia z nauczycielami, a w 2017 roku była to jedyna grupa, która otrzymała waloryzację.

– Zapowiedzieliśmy podwyżki. Konsekwentnie realizujemy obietnice, przyspieszyliśmy – chwaliła się minister.

ZNP: Będziemy przy uczniach, nawet jak pani już skończy

Słowa minister Anny Zalewskiej zirytowały nauczycieli. – My byliśmy, jesteśmy i będziemy przy uczniach, nawet jak pani minister skończy już kampanię do europarlamentu – skomentował Sławomir Broniarz, prezes ZNP. – Tego rodzaju postawa minister jedynie irytuje środowisko i pokazuje arogancję i lekceważenie resortu – dodaje szef ZNP.

Sławomir Broniarz podkreślił, że termin strajku został przedstawiony 4 marca, co dawało rządzącym czas na rozmowy i szukanie porozumienia z nauczycielami.- Do tej pory nie było żadnych propozycji ministerstwa. Nie spełniono naszych postulatów, a już z pewnością tych wokół przedmiotu napięcia – mówił Broniarz.

Szef ZNP dodał też, że w poniedziałek oczekuje od minister edukacji przedstawienia rozwiązań.

Opozycja: Minister ucieka od odpowiedzialności

– Minister na piątkowej konferencji nie zaproponowała żadnego rozwiązania. Powtarza te same argumenty jak zdarta płyta, nie odpowiada na pytania dziennikarzy. Nie ma odwagi zderzyć się z rzeczywistością, która jest w polskich szkołach – komentowała słowa szefowej MEN Krystyna Szumilas z PO.

Od 5 marca trwa w szkołach referendum strajkowe w ramach prowadzonego przez ZNP sporu zbiorowego. ZNP w referendum pyta nauczycieli: „Czy wobec niespełnienia żądania dotyczącego podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych nauczycieli, wychowawców, innych pracowników pedagogicznych i pracowników niebędących nauczycielami o 1000 zł z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 r. jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku począwszy od 8 kwietnia br.?”. Referendum potrwa do 25 marca.

Jeżeli  nauczyciele opowiedzą się za strajkiem, ten rozpocznie się 8 kwietnia, czyli na 2 dni przed egzaminami.

– Minister Zalewska sama narobiła chaosu w szkole, skrzywdziła uczniów, a teraz winę za chaos chce zrzucić na nauczycieli – dodaje była szefowa resortu edukacji.

TSUE nakazuje PiS powrócić do standardów demokratycznych w sprawie Sądu Najwyższego

18 Gru

„Podpisał nowelizację do nowelizacji o nowelizacji w sprawie nowelizacji w odniesieniu do nowelizacji, która była nowelizacją nowelizacji ustawy o SN. Podpisywał klęcząc!!!” – skomentował internauta podpisanie przez Andrzeja Dudę ustawy o Sądzie Najwyższym. To rzeczywiście siódma wersja ustawy.

A tak w TVN24 o podpisie prezydenta pod tą ustawą mówił Adam Bielan: – „My nie uważamy, że to było złamanie Konstytucji. Dalej uważamy, że mieliśmy w tym sporze rację, natomiast respektujemy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE. Skoro takie orzeczenie zabezpieczające zapadło, dzisiaj zostało podtrzymane, potwierdzone, to musimy się do tego dostosować”.  22 sędziów SN, w tym troje prezesów, przeniesionych pół roku temu poprzednią pisowską ustawą w stan spoczynku, wróciło do orzekania.

Nawet prawicowy dziennikarz Łukasz Warzecha ironizował na Twitterze: – „Towarzysze, nasza bohaterska armia, zadawszy ciężkie straty wrogowi, wycofała się na z góry zaplanowane pozycje”. Janusz Piechociński z PSL pospieszył z radą: – „Politykom PiS do nucenia piosenka Joanna Rawik Po co nam to było? Po co nam to było? Jeszcze nic się nie zaczęło A już się skończyło Ledwie zapłonęło Jedną krótką nocą Po co nam to było? Po co?!”.

„Ani kroku w tył… Tak mówili…”; „Duda podobno płakał jak podpisywał nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym”; – „Adrian podkulił ogon i podpisał nowelizację ustawy o SN. Oznacza to, że rząd PiS nie będzie już kwestionował pozycji I prezes SN Małgorzaty Gersdorf. No to czekamy na przeprosiny? A nie… To przecież PiS. Do przeprosin trzeba honoru”;

„PiS wnosi do sejmu ustawę o SN, Duda niby wetuje; Duda wnosi niby swoją, PiS przegłosowuje; TSUE kwestionuje zapisy, PiS ustawę niby nowelizuje; Duda nowelizację po miesięcznym niby namyśle podpisuje; Andrzej, jak ty mi teraz zaimponowałeś” – podsumowali internauci.

Już ponad tydzień temu pojawiła się w mediach informacja o postawieniu zarzutów karnych oszustwa Markowi P., byłemu bliskiemu współpracownikowi Kornela Morawieckiego, szefa stowarzyszenia “Solidarność Walcząca”. Zdaniem śledczych z wrocławskiej Prokuratury Regionalnej miał on zdefraudować pieniądze, jakie miały zostać przekazane przez fundację “SOS dla życia” prowadzoną przez księdza Tomasza Jegierskiego.

Tyle tylko, że taka decyzja i postawienie zarzutów tylko jednej osobie będącej w całej historii ujawnionej przez szefa fundacji zasadniczo jedynie pionkiem, wcale nie zamyka tej sprawy, a wręcz prowokuje do zadawania głośno pytań, czy nie jest on jedynie kozłem ofiarnym, który w tej sprawie musiał się znaleźć. Tym bardziej, że skoro śledczy zdecydowali się na zarzuty oszustwa to nie tylko potwierdzili istnienie zaginionych (zdaniem Jegierskiego niezwróconych) pieniędzy, ale uwiarygodnili zeznania samego księdza oraz historii przez niego opowiedzianej. A ta jest zupełnie niespójna, gdy tak jak chcą śledczy, uznamy, że Marek P. sam, z własnej inicjatywy i bez żadnej wiedzy swojego szefa połakomił się na te pieniądze. Cóż bowiem wiemy o tej sprawie?

W marcu z mównicy sejmowej, z ust Stanisława Gawłowskiego padają głośne pytania pod adresem Kornela Morawieckiego oraz jego syna, premiera rządu RP, Mateusza “Panie premierze Morawiecki, stawiam publiczne pytania, czy pan jest skorumpowany? Czy pan wpłacał ze swego banku dotacje dla dzieci pod warunkiem, że pieniądze zostaną przekazane na rzecz pańskiego ojca?” – pytał były sekretarz generalny PO, sam będący przecież ofiarą pisowskiej prokuratury. Powodem postawienia takich zarzutów była historia, którą opowiedział ks. Tomasz Jegierski, dotycząca wydarzeń z 2013 roku, kiedy to asystent posła Kornela Morawieckiego zaproponował wsparcie m.in. ze strony Wielkopolskiego Banku Kredytowego (BZ WBK), którym wówczas zarządzał obecny premier Mateusz Morawiecki. Warunkiem tej pomocy (czyt. warunkiem udzielenia wsparcia) miała być wpłata 96 tys. złotych na rzecz Kornela Morawieckiego i jego organizacji Solidarność Walcząca. 5 stycznia 2013 roku Kornel Morawiecki odebrał te pieniądze, a na żądanie księdza pokwitował je jako pożyczkę, na co przedstawił zdjęcie pokwitowania z podpisem obecnego lidera Wolnych i Solidarnych.

Sam Kornel Morawiecki sprawie konsekwentnie zaprzecza, przekonując że Ks. Jegierski wszystko zmyślił, dokument to fałszywka, a sama afera jest próbą szantażu, co zgłosił do prokuratury. I właśnie tu warto się zatrzymać, by wyciągnąć pewne wnioski.

Skoro śledczy wrocławskiej prokuratury postawili zarzut Markowi P., to tym samym są przekonani, że pieniądze jednak zostały przez ks. Jegierskiego przekazane na rzecz stowarzyszenia Solidarność Walcząca. Ksiądz w marcu tego roku pokazał wydruki zrachunku bankowego fundacji, potwierdzające dwukrotną wypłatę po 48 tys. złotych oraz twierdzi wprost, że do przekazania pieniędzy doszło 5 stycznia 2013 roku w siedzibie Stowarzyszenia „Solidarność” Walcząca we Wrocławiu. Otrzymał tam pokwitowanie podpisane przez Kornela Morawieckiego, które mówi o pożyczce.

Problemy zaczynają się, gdy szef fundacji zaczął domagać się zwrotu pożyczonych pieniędzy. Tu bowiem sprawa bardzo poważnie się komplikuje, a Jegierski z ofiary ma w oficjalnej narracji stać się potencjalnym przestępcą.

Kornel Morawiecki przekonuje, że nie jest Jegierskiemu nic winien, a samo wezwanie do zwrotu pieniędzy to próba szantażu. Składa zawiadomienie do prokuratury, a funkcjonariusze ABW (podlegli przecież jego synowi) błyskawicznie reagują, próbując przedstawiać księdza jako szantażystę. Bulwersować powinna kwestia bardzo dużej mobilizacji służb, by odnaleźć oryginał pokwitowania. Funkcjonariusze są na tyle zdeterminowani, że oprócz siedziby fundacji przeszukują nawet mieszkanie babci Jegierskiego. Czy nie powinno nas dziwić tak nerwowe działanie funkcjonariuszy? Czy nie dzieje się tak dlatego, że potwierdzenie wiarygodności ks. Jegierskiego i przedstawianej przez niego historii obciążałoby zarówno Kornela Morawieckiego, jak i samego premiera? Jedno jest pewne – zarzuty dla Marka P. oznaczają, że Kornel Morawiecki po prostu kłamał, że takich pieniędzy w ogóle nie było. Czy kłamał też w innych kwestiach?

W ostatnich dniach doszło do konfrontacji Marka P. z księdzem Jegierskim, jednak prokuratura we Wrocławiu milczy w tej sprawie. Szef Fundacji “SOS dla życia” przekonuje, że ma jeszcze inne dowody, mające potwierdzać jego wersję. Przekonuje jednak, że dalsze prowadzenie śledztwa akurat przez prokuraturę we Wrocławiu, gdzie kontakty obu Morawieckich są bardzo rozległe, może poważnie wpłynąć na jego finałowe ustalenia.

Niestety, ostatnia decyzja o postawieniu zarzutów defraudacji pieniędzy Markowi P. daje podstawy, by podejrzewać, że w sprawie nikt “drążyć nie będzie” i asystent Kornela Morawieckiego zostanie klasycznym kozłem ofiarnym (niewykluczone, że z wyboru). Dla zakończenia śledztwa nie ma znaczenia fakt, że bardzo wątpliwe jest, by fundacja księdza Jegierskiego dostała takie wsparcie ze strony dwóch banków (darowiznę otrzymano także z PKO BP, gdzie prezesem jest Zbigniew Jagiełło), których szefostwo powiązane jest personalnie ze stowarzyszeniem “Solidarność Walcząca” tylko w oparciu o samodzielne i prowadzone z własnej inicjatywy działania Marka P. Sprawę trzeba jak najszybciej zamknąć, bo jeśli się to nie uda, to w najbliższych miesiącach może ona skutkować postawieniem zarzutu udziału w oszustwie nie tylko szefowi Marka P., ale i jego synowi, pełniącemu obecnie funkcję premiera.

Trybunał Sprawiedliwości UE w ostatecznym orzeczeniu podtrzymał swoją decyzję o zastosowaniu środków tymczasowych w postaci zawieszenia przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym – poinformował TSUE. Polski rząd nie zdołał przekonać unijnego Trybunału, że postępuje słusznie w kwestii reformy sądownictwa.

W październiku Trybunału Sprawiedliwości UE podjął decyzję o zastosowaniu środków tymczasowych, zawieszających stosowanie przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym, tym samym w pełni przychylając się do wniosku Komisji Europejskiej w tej sprawie. Trybunał zdecydował, że sędziowie wysłani przez PiS na emeryturę zostaną przywróceni do pracy.

Październikowa decyzja nie była to jednak decyzja ostateczna. W listopadzie w Luksemburgu odbyła się rozprawa w tej kwestii, na której Polska i KE przedstawiły swoje argumenty w sprawie. Komisja Europejska przekonywała, że niezbędne jest zawieszenie przepisów do czasu wydania ostatecznego wyroku, a Polska argumentowała, że nie ma do tego przesłanek.

„Podnoszone przez Komisję zarzuty faktyczne i prawne uzasadniają zarządzenie środków tymczasowych” – tłumaczy jednak Trybunał w swojej decyzji.

Oznacza to, że TSUE przychylił się do wniosku KE o to, aby sędziowie, których dotyczą sporne przepisy, mogli powrócić na stanowiska oraz by wstrzymane zostało mianowanie nowych sędziów na miejsca tych, którzy zostali odesłani na emeryturę. Zgodnie z tą decyzją Polska ma też powstrzymać się od powołania nowego pierwszego prezesa SN.

Trybunał przypomniał, że środki tymczasowe mogą być zarządzone jedynie wtedy, gdy zostanie wykazane, że ich zastosowanie jest prawnie i faktycznie uzasadnione oraz że mają one pilny charakter. Chodzi o to, że ich zarządzenie i wykonanie przed ostatecznym rozstrzygnięciem sprawy jest konieczne, by uniknąć poważnej i nieodwracalnej szkody dla interesów UE.

„Przedstawione przez Komisję argumenty nie wydają się prima facie (na pierwszy rzut oka – przyp. red.) pozbawione poważnych podstaw, a zatem nie można wykluczyć, że sporne przepisy prawa krajowego naruszają zasady nieusuwalności sędziów i niezawisłości sędziowskiej – podkreślił TSUE.

Nowelizacja ustawy o SN

Oznacza to, że błyskawiczna nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, przyjęta w listopadzie przez polski Sejm nie wstrzymała postępowania przed TSUE. Poprawka przewidywała, że sędziowie SN i Naczelnego Sądu Administracyjnego, którzy przeszli w stan spoczynku po osiągnięciu 65. roku życia, powrotu do pełnienia urzędu. Ustawa w nowym kształcie miała także potwierdzić, że I prezesem SN do końca kadencji pozostanie prof. Małgorzata Gersdorf. Nowelizacja czeka teraz na podpis prezydenta Andrzeja Dudy.

Nie da się po raz drugi zrobić dobrego pierwszego wrażenia, ale wejść dobrze do Unii, to jak najbardziej… Nie ma przeciwwskazań

Kiedy Krystyna Pawłowicz zapowiada odejście na polityczną emeryturę i zamyka konto na Twitterze, a z okazji zjazdu partii aktualnie rządzącej odprasowuje się unijne „szmaty” i wiesza w sali konferencyjnej, to – by zacytować klasyka – wiedz, że coś się dzieje.

Wchodzimy do Europy, mianowicie. Że już raz weszliśmy i to dawno temu? Niby tak, ale w Unii coraz częściej podnoszą się głosy, że wcale nie jesteśmy prawdziwymi Europejczykami. A Bruksela wytoczyła nawet postępowanie przed Trybunałem UE, by nam to udowodnić.

Czyli coś z tym wchodzeniem musiało być nie tak, co zresztą oczywiste, skoro zabrali się za to liberałowie i lewacy. Więc nie ma rady, trzeba wchodzić od nowa, przy okazji zadając kłam krzykaczom z opozycji, straszącym Naród Polexitem. Przekaz dnia z Nowogrodzkiej informuje więc: Polexitu żadnego nie będzie. Przeciwnie – partia właśnie zapowiedziała Pol-enter. Czy raczej Pol-re-enter.

Bo owszem, nie da się po raz drugi zrobić dobrego pierwszego wrażenia, ale wejść dobrze do Unii, to jak najbardziej… Nie ma przeciwwskazań.

Na początek chodzi – oczywiście – o to, żeby Polska po raz kolejny weszła do Europy w osobach swych najlepszych przedstawicieli z – ma się rozumieć – partii aktualnie rządzącej. Nasze Powtórne Przyjście muszą bowiem w Europie poprzedzić poważne reformy i liczne ustawy naprawcze. Niemniej jednak, jeśli tylko wyborcy dadzą kandydatom formacji władzy odpowiednio szeroki mandat, to oni „dadzą radę”. Zrobią to dla kraju! A co tam – poświęcą się i ostatecznie pojadą do tej nieszczęsnej, brudnej, niebezpiecznej, zdziczałej i pozbawionej wartości Brukseli. Poza tym „się im należy” za cierpienia moralne związane z udawaniem Europejczyków i znoszenia widoku unijnych „szmat” na oficjalnych partyjnych konwencjach. No i przecież to są fachowcy, którzy w trzy lata uczynili z Polski „w ruinie” kraj mlekiem, miodem i milionami z budżetu płynący. To i Unia też popłynie.

Niektórzy mają już nawet dla Europy ambitne programy naprawcze, wzorowane na spektakularnych sukcesach partii władzy nad Wisłą. Na przykład Beata Szydło już zawczasu przygotowała dla europosłów prezentację pod tytułem „Zobacz, Europo, jak można pięknie żyć!”.

Istnieje wprawdzie niebezpieczeństwo, że z Brukseli niewiele da się zobaczyć ze względu na smog zalegający akurat nad Krakowem i Warszawą, ale być może plan jest taki, żeby zamiast narażać wzrok europosłów, od razu oprzeć wykłady o materiał wizualny z „Dziennika” TVP. Tam najpiękniej widać, jak Polska pod nową ekipą rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej.

Krążą słuchy, że w składzie delegacji, która miałaby odpowiadać za przygotowanie Unii na Polenter, mają się – między innymi – znaleźć były minister obrony narodowej Antoni Macierewicz oraz aktualny minister sprawiedliwości – Zbigniew Ziobro. I słusznie, bo obronność i praworządność pozostawiają w Europie najwięcej do życzenia. O stan środowiska unijnego miałby z kolei zadbać były minister Szyszko, wsławiony w świecie nowatorskimi metodami walki z kornikami, a o zdrowie Europejczyków – ex-minister Radziwiłł. Warto by również uzupełnić naszą brukselską ekspedycję o szefa Komisji Finansów – senatora Biereckiego. Bowiem bogate unijne banki aż się proszą o jakieś ambitne SKOKi na kasę.

Chodzą też słuchy, że za politykę imigracyjną Brukseli miałaby odpowiadać pani minister Kempa i słusznie, bo uchodźcom najlepiej jest „pomagać na miejscu”. A za media – prezes Kurski (Jacek, znaczy). Ministerstwo wyznań najlepiej byłoby powierzyć paniom posłankom Sobeckiej albo Sierakowskiej. A były wiceminister obrony Kownacki może nauczyłby wreszcie Europejczyków, jak posługiwać się widelcem.

Gdyby wyborcy dali tym państwu szansę, to już za kilka lat otworzyłaby się dla nas kolejna szansa na porządny, nielewacki Polenter do Europy „naszych marzeń”. A zamiast euro, czy to nad Sekwaną, czy nad Renem płacilibyśmy w złotówkach.

Niestety, w przeciwieństwie do pań i panów posłów delegowanych do Unii przez partię władzy, na swoją szanse na prawdziwą europeizację zwykli Kowalscy będą jednak musieli chwilę poczekać. Bo wprawdzie pan premier zapowiedział ostatnio nasz szybki „powrót do Europy” w kwestii przeciętnych wynagrodzeń (mają wzrosnąć do średniej europejskiej), ale zapomniał dodać, że musimy na to poczekać nie krócej, niż dekadę. No i że będzie to raczej średnia grecka, niż niemiecka.

Do tego zaś czasu, kto liczy na Polenter, musi samodzielnie spakować walizki. Albo pójść na wybory.

Prawicowa rewolucja Jarosława Kaczyńskiego nie tylko dąży do autorytaryzmu, zniesienia państwa prawa, braku wolności mediów i obywatelskich. Przygotowuje też młodzież do idei tradycji, w której nie myśli się samodzielnie, bo taki elektorat w przyszłości kształtuje się na własne potrzeby, jest jak plastelina.

Ta „rewolucja” prawicowa może przynieść największe straty wśród młodych Polaków, bo czego nie nauczą się za młodu, mogą nie mieć szans dowiedzieć się w życiu dorosłym. Brak głodu wiedzy i innowacji oraz ograniczania służą każdej indoktrynacji. Jeden z największych ideologów w historii Lenin, z którego dorobku  intelektualnego zdaje się czerpać prezes Kaczyński, sformułował tezę: „Jeżeli policjant zarabia więcej od nauczyciela, mamy do czynienia z państwem policyjnym”.

Lenin był wówczas na etapie walki z caratem, potem stworzył idealne państwo policyjne. U nas policjanci i nauczyciele zarabiają marnie, nie znaczy to, że państwo PiS nie dąży do autorytaryzmu. Na razie znajduje się na etapie tworzenia własnych kadr. Zresztą Lenin też wypowiedział się o tym: „Kadry są  najważniejsze”.

Kadry w wojsku, w policji zostały przez PiS obsadzone posłusznymi, spolegliwymi, także podobnie zindoktrynowani pracują w kuratoriach oświaty. Ale te kadry podstawowe, na dole hierarchii, nie są dowartościowane, szczególnie finansowo.

Głowę podnieśli już policjanci, połowicznie ich protest zażegnano (na razie). Protestują pracownicy sądów i prokuratur. W okresie przedświątecznym do protestu przystąpili nauczyciele. Stosują ten sam sposób legalności protestu, jak policjanci – biorą chorobowe, idą po prostu na L4.

W tym sensie protest jest oryginalny, bo nie można nazwać tego strajkiem. Ponadto nauczyciele protestują w sposób niezorganizowany, nie stoją za nimi żadne związki zawodowe. Protest na L4 w sensie braku odgórności przypomina strajki sierpniowe 1980 roku, które  potem posłużyły do utworzenia „Solidarności”.

Jak każdy protest, jak każdy strajk, który przewraca porządek prawny bądź polityczny, ma podłoże socjalne – to jest najlepszy motor do wspólnego działania, do przeciwstawiania się, do trwania w determinacji. Nauczyciele chcą zarabiać średnią krajową, z obliczeń wychodzi, iż domagają się od państwa podwyżek o 1000 zł.

Protestują nauczyciele w całym kraju, na razie kilka szkół w Warszawie, także we wszystkich większych miastach Polski. Pedagodzy zwołują się w mediach społecznościowych, informują siebie nawzajem za pomocą sms-ów. Ten protest może przewrócić porządek obecnej władzy przynajmniej w szkolnictwie. Jest inny z ducha niż policjantów, którym Joachim Brudziński na odczepnego rzucił po kilka setek i zapewnienie o lepszym przejściu na emeryturę. PRL-owski satyryk ludowy Jerzy Ofierski jako sołtys Kierdziołek, zwykł mówić: „Cie choroba, ale się porąbało!”. Nauczyciele władzy powiedzieli: „Cie choroba, to was porąbało, my idziemy na L4”.

Na tropach mafijnych sposobów PiS Krzysztof Brejza

17 Gru

C.M. Dlaczego pan się zajął pokazywaniem, jak uwłaszczają się ludzie PiS? Czy chodziło tylko o czarny PR, który faktycznie się udał? Może łatwiej jest nagłośnić błędy przeciwnika, niż najważniejsze punkty własnego programu?

K.B. Nie, dla mnie to jest temat centralny. Chciałem poznać metodę polityczną Jarosława Kaczyńskiego, jego sposób sprawowania władzy, myślenie o państwie. On przecież wszystkim w PiS zarządza osobiście, więc także uwłaszczenie działaczy partyjnych to jego „programowy” pomysł. Może jedyny, bo żadnych pozytywnych reform państwa czy gospodarki nie widać. Jest tylko wymiana kadr i przechwytywanie przez tych nowych ludzi publicznej własności i budżetowych pieniędzy. Tak było od czasu założonej przez Kaczyńskiego w 1990 roku Fundacji Prasowej „Solidarność”, dzięki której on i skupieni wokół niego działacze Porozumienia Centrum po raz pierwszy uwłaszczyli się na majątku publicznym. To on wymyślił spółkę „Srebrna”, jego podpisy są na akcie notarialnym tej spółki. Tu nic się nie zmieniło. Do mnie od dawna z różnych źródeł docierały sygnały, że aby dostać dobrą posadę w naprawdę bogatej spółce Skarbu Państwa trzeba osobiście udać się do Kaczyńskiego, zostać przez niego przesłuchanym i zatwierdzonym. To wszystko są jego osobiste decyzje, a przez to także jego osobista odpowiedzialność. Nawet jeśli on celowo unika dziś przyjmowania funkcji państwowych, aby tej odpowiedzialności – politycznej, konstytucyjnej, karnej – uniknąć.

Jak rozumiem, jest wystarczająco dużo dokumentów i świadków, którzy mogą potwierdzić, że Kaczyński podejmował kluczowe decyzje personalne związane z uwłaszczeniem jego działaczy partyjnych na majątku publicznym?

Z informacji, które do mnie docierają wynika, że to on wymyślił nawet wprowadzenie zasady rotacyjności we władzach spółek skarbu państwa. Tak, by prezesi i członkowie zarządów pełnili swoje funkcje najwyżej przez rok czy półtora. Aby jak największa liczba ludzi związanych z rządzącą ekipą mogła otrzymać odprawy.

W czasach rządów Akcji Wyborczej Solidarność, którą Jarosław Kaczyński oskarżał o stosowanie zasady o Teraz K… My, zarządy spółek Skarbu Państwa zmieniły się zwykle tylko raz, po zmianie władzy, a i to nie wszystkie. Później w wyjątkowych sytuacjach dochodziło do pojedynczych zmian w zarządach jednej czy drugiej spółki, jeśli toczyły się jakieś walki frakcyjne i zmieniał się np. minister.

Dziś w niektórych największych i najbogatszych spółkach Skarbu Państwa, pozwalających wyciągnąć w postaci odpraw miliony złotych, doszło już często do trzech albo czterech zmian prezesów i składów zarządów. Za czym bardzo często szła wymiana sporej części kadry kierowniczej. Co daje możliwość uwłaszczenia parokrotnie większej liczby działaczy PiS i Zjednoczonej Prawicy. I prowadzi do ogromnego marnotrawstwa publicznych pieniędzy, które powinny trafić do budżetu państwa albo zostać przeznaczone na inwestycje w rozwój tych spółek.

Zmiana prezesa i zarządu spółki co parę miesięcy oznacza paraliż decyzyjny, zablokowanie długoterminowych inwestycji, co obok zastraszenia przedsiębiorców prywatnych jest jedną z przyczyn zapaści, a później stagnacji inwestycji w Polsce pod władzą PiS.

Jednak Kaczyński uznał, że politycznie ta metoda się sprawdza. Także jako narzędzie dyscyplinowania i korumpowania koalicjantów Prawa i Sprawiedliwości. Ja to obserwuję chociażby na przykładzie działaczy Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobro, gdzie bardzo młodzi ludzie, mający po dwadzieścia parę lat, bez doświadczenia i kwalifikacji, którzy przed chwilą zarabiali 2000 złotych, nagle trafiają do central wielkich spółek w Warszawie, zostają kierownikami, osiągają dochody na poziomie co najmniej kilkunastu, a czasami nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie.

To jest przyspieszony awans pokoleniowy, w III RP zawsze był z tym problem, a PiS w ten sposób kupuje sobie młodzież.

Blokady awansu pokoleniowego istnieją i trzeba z nimi walczyć. Jednak awans pokoleniowy, który wzmacnia państwo i nie demoralizuje ludzi, którzy z niego korzystają, to taki awans, który odbywa się dzięki wykształceniu, talentowi, pracowitości. Tutaj mamy masowy awans wyłącznie dzięki legitymacji partyjnej. To jest sytuacja, z którą po raz ostatni mieliśmy w Polsce do czynienia w latach 1946-1948, kiedy stalinowska władza niszczyła elity tego społeczeństwa, jego strukturę i budowała ustrój, który doprowadził Polskę do katastrofy.

Stalinizm był narzucony z zewnątrz, Kaczyński przekonuje, że jego rewolucja oddaje państwo i gospodarkę w ręce patriotów.

Efekty są te same – cynizm, niszczenie instytucji i ludzi. To jest stonka, która obsiada polską gospodarkę; pleśń, która niszczy i koroduje kluczowe struktury państwa. Tysiące ludzi, którzy przejmują stanowiska oczyszczone z osób mających wykształcenie, osiągnięcia zawodowe, dorobek. Dla ludzi PiS tworzy się też zupełnie nowe stanowiska w firmach – na poziomie zastępców dyrektora czy kierownika. Albo też zakłada się dla nich specjalne fundacje i spółki, które mają uprzywilejowany dostęp do zamówień publicznych. W tym znaczeniu PiS jest głęboko antypaństwowe. Na naszych oczach upada mit wielkiego państwowca budowany wokół Jarosława Kaczyńskiego od początku lat 90. Jak to zawsze myślał on o wzmocnieniu państwa, o jego reformie. Ani wtedy o tym nie myślał, ani nie myśli dzisiaj. Myślał zawsze tylko o swojej partii – jak ją kosztem państwa uwłaszczyć. Mną naprawdę wstrząsnęły zupełnie jawne dokumenty z Krajowego Rejestru Sądowego dotyczące Fundacji Prasowej „Solidarność” oraz spółki „Srebrna”. Tam osobistej odpowiedzialności nie da się uniknąć. Podpisy Kaczyńskiego widnieją pod dokumentami i decyzjami, dzięki którym powstał system uwłaszczenia się jego środowiska na majątku publicznym. Kiedy to wszystko widzimy, rozpada się mit człowieka uczciwego, skromnego, wręcz niezgrabnego jeśli chodzi o finanse, przecież nawet nie mającego przez wiele lat własnego bankowego konta. To wszystko była ściema. Kaczyński zna kodeks spółek handlowych, umie wszystko ustawić tak, aby sam miał pełne panowanie nad własnością przechwyconą przez jego partię. Choćby status „Srebrnej”, którą zarządza jego sekretarka i dwóch jego kierowców.

Znów sam Jarosław Kaczyński ucieka od odpowiedzialności, w razie czego inni staną przed sądem, a jednocześnie zachowuje pełną kontrolę.

Ale właśnie dlatego powiedziałem na samym początku, że badając ten mechanizm uwłaszczenia PiS mam wrażenie docierania do sposobu działania i sposobu myślenia Jarosława Kaczyńskiego. Bez osłony mitów i propagandy, za którą on zawsze się chowa.

Jaka jest skala tego partyjnego uwłaszczenia? Czy publiczne pieniądze przetransferowane już na prywatne konta PiS-owców to miliony, dziesiątki, czy setki milionów złotych? I jak to wygląda, jeśli chodzi o liczbę beneficjentów. Ilu jest nowych milionerów, najbardziej zaufanych ludzi Kaczyńskiego, takich z poziomu Jasińskiego czy Jaworskiego, którzy na karuzeli spółek skarbu państwa w ciągu dwóch lat zarobili po kilka milionów, a ilu działaczy rządzącej prawicy uwłaszczyło się „zaledwie” na poziomie dziesiątek czy setek tysięcy?

Trudno to precyzyjnie powiedzieć przy tak ogromnej skali całego zjawiska. Ja nie jestem szefem NIK-u czy jakiejś służby państwowej dysponującej dziesiątkami ludzi. Działam jednoosobowo, pomagają mi mój asystent i szefowa biura poselskiego. Te wszystkie interpelacje i interwencje dotyczące pseudonagród dla ludzi PiS czy ich zarobków w spółkach skarbu państwa powstają z dnia na dzień. Ale po blisko trzech latach, jeśli dodamy do siebie spółki Skarbu Państwa, kontrolowane przez partię fundacje, nagrody dla całej nowej PiS-owskiej nomenklatury w administracji państwowej wszystkich szczebli, można mówić o kilkuset milionach złotych, które trafiły do ludzi rządzącego obozu ze środków publicznych, z podatków płaconych przez wszystkich Polaków, z których przecież większość nie głosowała na PiS. Kto wie, może już nawet „pękł” pierwszy miliard. Liczbę osób, które z tego skorzystały jeszcze trudniej określić. Myślę że na tym najwyższym poziomie partyjnej nomenklatury, tam gdzie nominacje zatwierdza osobiście Kaczyński, w największych spółkach skarbu państwa, przewinęła się co najmniej setka ludzi, a może więcej. Na poziomie działaczy rządzącego obozu uwłaszczonych na dziesiątki czy setki tysięcy złotych – poprzez pseudonagrody i pseudopremie, fikcyjne stanowiska, fundacje i firmy tworzone często przez rodziny i znajomych PiS-owskich polityków, które monopolizują zamówienia publiczne – można mówić co najmniej o kilkunastu tysiącach ludzi. Mną wstrząsnęła lista osób wyrzuconych w całym kraju z Agencji Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa, zastąpionych tam przez działaczy albo sympatyków PiS i rządzącej prawicy.

To jest mordowanie PSL-u, żeby PiS miało polityczny monopol na polskiej wsi.

I tak, i nie. Ja patrzę na poziom lokalny, gdzie owszem, zdarzali się działacze PSL, ale w ARiMR pracowała też cała masa ludzi będących po prostu urzędnikami, kompetentnymi, odpowiednio wykształconymi, z wieloletnim doświadczeniem zawodowym. Oni zostali wyrzuceni. Teraz trafiają tam ludzie, których jedyną kwalifikacją jest legitymacja partyjna. To samo dzieje się w KRUS, w terenowych ośrodkach wsparcia rozwoju rolnictwa, w oddziałach ZUS, w administracji skarbowej. Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w Trybunale Konstytucyjnym, w sądach – tam, gdzie trafili już prezesi mianowani przez Ziobrę. To samo dzieje się w lokalnych i centralnych strukturach PGNiG czy spółek energetycznych. Państwo jest systematycznie niszczone, społeczeństwo głęboko demoralizowane. Dokładnie tak, jak to się działo w 1947 roku. Ja to obserwuję także w skali lokalnej. W moim powiecie na tej karuzeli stanowisk pojawiło się co najmniej kilkudziesięciu działaczy PiS. W tym ludzie z wyrokami, np. lokalna szefowa Prawa i Sprawiedliwości, która kiedyś pracowała w administracji skarbowej i ma – dziś już oczywiście zatarte – wyroki za korupcję, za przyjmowanie łapówek. Ona została teraz szefową lokalnego KRUS-u, z wysoką pensją. Albo inny przykład, właściciel jednoosobowej firmy prowadzącej kursy na prawo jazdy, dzięki legitymacji partyjnej PiS zostaje szefem ARiMR na duży powiat. Nie ma do tego żadnych kwalifikacji, chociażby zbliżonych. Tacy ludzie nie wnoszą do instytucji państwa żadnej nowej jakości, tylko patologie.

Jest jedno alibi, które Kaczyński zawsze stosuje w odpowiedzi na takie zarzuty. Ono do ludzi trafia, bo jest w tym ziarno prawdy. W 1989 roku było nomenklaturowe uwłaszczenie, przez jakiś czas próbowano budować „kapitalizm państwowy”, gdzie wcześniejsza pozycja w strukturach władzy dawała „przewagi konkurencyjne” w prywatnym biznesie. Druga część tego alibi to stwierdzenie, że przecież wszystkie inne partie też wysyłały swoich ludzi do gospodarki. Jakie są różnice między wcześniejszymi patologiami pojawiającymi się na styku polityki i gospodarki po roku 1989, a dzisiejszą rewolucją Kaczyńskiego?

Nie ma porównania, ani jeśli chodzi o skalę, ani jeśli chodzi o fatalny dobór ludzi, ani jeśli chodzi o ostentację i poczucie bezkarności, z jaką jest to przeprowadzane. Zacznijmy od tego, że to co robią dzisiaj Kaczyński i PiS nie da się porównać do zmiany ustrojowej roku 1989. Oczywiście byli wtedy ludzie z dawnej nomenklatury idący do gospodarki, ale były też masowy ruch oddolny, który zbudował nową polską klasę średnią. Te słynne składane łóżka, na których rozpoczynały się drobne biznesy – to naprawdę nie była partyjna nomenklatura. Poza tym media krytykowały patologie od samego początku, to docierało do wszystkich i dyscyplinowało także polityków. Powstał mechanizm przetargów na zamówienia publiczne, powstały bardziej czytelne mechanizmy finansowania partii, wreszcie – co może najważniejsze – powstała niepartyjna apolityczna służba cywilna. Teraz PiS ją świadomie zniszczył, zastępując wykwalifikowanych urzędników państwowych, których III RP już się dorobiła, swoją niekompetentną, „bierną, mierną, ale wierną” partyjną nomenklaturą. Ja sobie przypominam przypadek Janusza Tomaszewskiego, wicepremiera w rządzie AWS, który musiał odejść po oskarżeniu go o lobbowanie na rzecz polskich producentów żelatyny. On powiedział coś na ten temat na posiedzeniu rządu i musiał ze wszystkich stanowisk ustąpić. W porównaniu ze standardami dzisiejszego PiS to było połechtanie piórkiem. Dziś mamy Polską Fundację Narodową, mamy spółkę Solvere, którą tworzyli prawnicy Kaczyńskiego u niego w biurze, mamy pół miliarda złotych przekazane przez wicepremiera Glińskiego fundacji Czartoryskich, które od razu trafiły do Liechtensteinu, gdzie trudniej jest zdobyć informacje o ich ostatecznym przeznaczeniu.

Z tych pieniędzy miał być sponsorowany zjazd klubów Gazety Polskiej. Wycofano się z tego dopiero wówczas, kiedy sprawa przeciekła do mediów.

Potwierdziło się także to, że pseudonagrody dla PiS-owskiej nomenklatury w administracji państwowej były przyznawane już od 2016 roku, od razu po przejęciu władzy, często bez żadnej podstawy prawnej, w wysokości wcześniej niespotykanej. Kaczyński znowu kłamał mówiąc, że w 2017 roku to był „wypadek przy pracy” i nigdy wcześniej takich rzeczy PiS nie robiło. Dla partii rządzącej to jest po prostu kolejny stały kanał uwłaszczania tych działaczy, dla których nie starczyło miejsca w spółkach skarbu państwa. Do roku 2015 takie przypadki były przez wszystkich uznawane za łamanie reguł, stawały się skandalami, ministrowie i rządy przez to upadały, a formacje przegrywały wybory. Kaczyński w ogóle zlikwidował reguły, a skok na kasę przedstawia jako „dobrą zmianę”, zatem różnica chyba jest?

A inne alibi: „oni brali i my bierzemy, ale oni wam nic nie dawali, a my daliśmy wam 500 plus”. Czyli program 500 plus dla ludzi jako osłona programu 50 tysięcy, 500 tysięcy, a w pojedynczych przypadkach nawet 5 milionów plus dla PiS-wskiej nomenklatury. Czy to jeszcze działa?

Z moich spotkań z wyborcami, także tymi, którzy w 2015 roku zagłosowali na PiS, wynika, że takie tłumaczenie przestało już działać. Mimo całej propagandy PiS-u ludzie zrozumieli, że Platforma nie zlikwiduje 500 plus. Uczynimy ten program bardziej sprawiedliwym, mniej zależnym od politycznego widzimisię władzy. I wprowadzimy inne rozwiązania – bardziej motywacyjne i wyraźnie adresowane do potrzebujących. Ale nikt nie zabierze 500 plus, więc ten program nie osłania patologii tej władzy. Argument „my przyznajemy sobie samym po kilkadziesiąt tysięcy złotych pseudonagrody, a wy dostaliście 500 złotych, może dodamy wam jeszcze 300, więc siedźcie cicho” nie tylko nie działa, ale wkurza ludzi. Poza tym Polacy znają lokalnych działaczy PiS w swoich powiatach czy miastach, widzą ludzi, którzy nic sobą nie reprezentują, byli znani z korupcji, z przekrętów, a teraz dorzucają do swojego domowego budżetu kilkadziesiąt, kilkaset tysięcy, albo nawet milion, jak pracują w dużej spółce skarbu państwa. Tego nie da się przykryć trzystoma złotymi jednorazowej wyprawki dla dziecka i aż się dziwię, że Mateusz Morawiecki próbuje. PiS rozbudziło ogromne oczekiwania przedstawiając w swoich kampaniach wyborczych wszystkich swoich politycznych konkurentów jako złodziei, a siebie jako jedynych uczciwych. Teraz stracili wiarygodność i to już jest równia pochyła.

Rozmawiał Cezary Michalski

Krzysztof Brejza, polityk, doktor nauk prawnych. Od 2005 roku członek Platformy Obywatelskiej, od 2007 roku poseł na Sejm z ramienia tej partii. Jest członkiem sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, członkiem komisji śledczej ds. Amber Gold, a także ministrem sprawiedliwości w gabinecie cieni PO. Rozpoczęta przez niego akcja ujawniania skali uwłaszczenia działaczy PiS na majątku publicznym przyczyniła się do spadku poparcia i największego kryzysu Prawa i Sprawiedliwości od czasu przejęcia władzy przez tę partię.

>>>

Pan Jarek dawkuje aferę KNF

30 List

Reportaż TVN o neonazistach, sprawa powieszenia portretów europosłów PO na szubienicach, kwestia rzekomych szwajcarskich kont polityków lewicy i wiele innych, politycznie „gorących” śledztw – takimi sprawami zajmuje się prokuratura w Katowicach. To tam lata temu aplikację robił Zbigniew Ziobro, a dziś jest „kuźnią kadr” Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Prokuratury Generalnej. W niej badana jest afera KNF, która w ostatnich tygodniach wstrząsnęła polską polityką. – Każde słowo, jakie pada w tym śledztwie, jest znane partyjnej centrali. I to, co gorsza, zgodnie z prawem – mówi Onetowi anonimowo prokurator z Katowic.

  • Katowicka prokuratura już za poprzednich rządów PiS była szczególnie preferowana przez władzę – to tam trafiała większość śledztw politycznych
  • Ze Śląska wywodzą się najważniejsi ludzie z otoczenia Zbigniewa Ziobry – to stąd pochodzą Bogdan Święczkowski, Marek Pasionek, Robert Hernand czy Krzysztof Sierak
  • Także na Śląsku, po tym jak PiS stracił w 2007 roku władzę, powstało stowarzyszenie prokuratorów „Ad Vocem”, które miało chronić prokuratorów związanych z Ziobrą. Założyła je prok. Małgorzata Bednarek – dziś sędzia Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego
  • Katowicka prokuratura ma zbadać m.in. aferę KNF oraz sprawę reportażu wcieleniowego TVN o „urodzinach Hitlera”
  •  – To ośrodek bardzo specyficzny i trudno mówić o jego niezależności – tak o wydziale zamiejscowym Prokuratury Krajowej w Katowicach mówi prok. Iwona Palka, była szefowa katowickiej „apelacji”, dziś w stanie spoczynku
  • Szef Stowarzyszenia „Lex Super Omnia”, prok. Krzysztof Parchimowicz dodaje, że decyzja o badaniu sprawy KNF w Katowicach jest „co najmniej dziwna”. – Sprawa jest typowo warszawska, więc przekazanie jej do Katowic jest niezrozumiałe. Chyba że stoją za tym jakieś inne względy – mówi

Gdy „Gazeta Wyborcza” napisała o sprawie byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego i jego propozycji dla Leszka Czarneckiego, właściciela Getin Noble Banku, minister sprawiedliwości zareagował „niemal” natychmiast.

Zapowiedział, że sprawa zostanie zbadana „do gruntu”. – Prokuratura na moje polecenie wszczęła śledztwo, jest ono już intensywnie prowadzone wspólnie z CBA – mówił 13 listopada Zbigniew Ziobro. – Będziemy domagać się postępów tego śledztwa od prowadzących je prokuratorów – podkreślał.

Zbigniew Ziobro nie wyjaśnił jednak, jak doszło do tego, że wszczęcie śledztwa polecił dopiero po publikacji informacji o aferze w prasie – podczas gdy zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie trafiło już 7 listopada, czyli sześć dni wcześniej.

Co działo się w tym czasie? Nie wiadomo. Gorączkowe działania wymusiła dopiero publikacja w „Gazecie Wyborczej”. – W odróżnieniu od tych przedstawicieli klasy politycznej, którzy chcą stosować taryfę skrupulatności śledztwa tylko do pewnej części osób, nie patrzymy na polityczne legitymacje, ale będziemy tak samo konsekwentni zawsze – mówił 13 listopada Ziobro. – Kogokolwiek to będzie dotyczyć, czy ludzi z nominacji poprzedniej władzy, członków poprzedniego rządu, czy członków aktualnego rządu – deklarował.

– To jest ta fundamentalna różnica, którą państwu gwarantuję – kwitował szef resortu sprawiedliwości. Zaznaczył przy tym, że wyjaśnianiem afery KNF zajmie się wydział zamiejscowy Prokuratury Krajowej w Katowicach.

Prokuratura pod specjalnym nadzorem. „Każde słowo ze śledztwa trafi prosto na Nowogrodzką”

Wydział, który zbadać ma aferę KNF, tworzyła bliska współpracownica Zbigniewa Ziobry – dziś sędzia Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – Małgorzata Bednarek. Zasłynęła tym, że w 2006 roku, jako prezes Prokuratury Okręgowej w Bielsku-Białej podczas konferencji prasowej oświadczyła, że lokalni sędziowie i prokuratorzy tworzyli „zorganizowaną grupę przestępczą”.

Nad tym śledztwem prok. Bednarek objęła nadzór osobiście. Tezy ze śledztwa upadły, dochodzenia umorzono, a oskarżeni sędziowie otrzymali odszkodowania – po 50 tysięcy złotych – oraz przeprosiny na pierwszych stronach lokalnych gazet.

Gdy PiS stracił władzę, prok. Bednarek w 2008 roku założyła Stowarzyszenie „Ad Vocem”, skupiające prokuratorów „od Ziobry”, których po utracie przez PiS władzy mogły dotknąć jakieś represje.

Dziś to „zaplecze” Ziobry sprawuje najważniejsze funkcje w ministerstwie i w Prokuraturze Generalnej. Należą do niego prokurator krajowy Bogdan Święczkowski, odpowiedzialny za śledztwo smoleńskie Marek Pasionek, Krzysztof Sierak czy wiceszef PG Robert Hernand.

Wszyscy „korzenie” mają właśnie w Katowicach. – Dziś, zupełnie „przez przypadek”, właśnie do Katowic trafia sprawa afery KNF. Po prostu śmiech na sali – mówi nam jeden ze śląskich prokuratorów, chcący zachować anonimowość.

– Jestem przekonany, że każdy protokół z czynności w śledztwie jest przekazywany do Zbigniewa Ziobry, który to śledztwo osobiście nadzoruje. Ma takie prawo, może zapoznawać się z wszelkimi czynnościami, jakie są wykonywane w toku śledztwa. Co jest absolutnie przerażające, dzieje się to zgodnie z prawem – wyjaśnia śląski prokurator.

– Taką zmianę ustawy o prokuraturze przeforsował obecny Prokurator Generalny. Wszystko po to, by nigdy więcej nie być zagrożonym ewentualnym wnioskiem o odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu, co groziło mu po tym, jak informacje ze śledztwa w sprawie mafii węglowej ujawnić miał prezesowi PiS – mówi. – Teraz więc mamy sytuację taką, że każde słowo, które pada w tym śledztwie, może być natychmiast znane na Nowogrodzkiej, w partyjnej centrali – podkreśla prokurator z Katowic.

Była szefowa katowickiej „apelacji”: prokuratura absolutnie nie jest niezależna

Decyzję o przekazaniu do Katowic śledztwa ws. KNF krytycznie ocenia prok. Iwona Palka, członkini zarządu Stowarzyszenia „Lex Super Omnia” i była szefowa katowickiej Prokuratury Apelacyjnej, obecnie w stanie spoczynku. – To w żadnym wypadku nie jest właściwość katowicka, śledztwo powinno toczyć się w Warszawie, dla każdego jest to oczywiste – mówi Onetowi prok. Palka.

– Przekazanie śledztwa w tak kluczowej sprawie do tej właśnie jednostki musi budzić szereg pytań. Tym bardziej że w mojej ocenie trudno dziś mówić o niezależności którejkolwiek prokuratury. Absolutnie nie można tak twierdzić – mówi.

– Nowa ustawa Prawo o prokuraturze, wprowadzona przez obecną władzę, pozwala na mocy art. 12 par. 1 przekazywać nadzorującemu śledztwo informacje do dowolnie wybranych osób. Bez konsekwencji i wyłącznie uznaniowo – wyjaśnia. – Ograniczenie, jakie jest zawarte w ustawie, to „istotność dla bezpieczeństwa państwa i jego prawidłowego funkcjonowania” – mówi prok. Palka. – A to jest kategoria absolutnie dowolna i uznaniowa. W tej sytuacji prokurator nadzorujący śledztwo – czyli w przypadku sprawy KNF Zbigniew Ziobro – może dowolnie transferować informacje ze śledztwa i przekazywać je dalej. Pytanie, czy z tego uprawnienia korzysta? – pyta prok. Palka.

Kto w tym śledztwie rządzi? „Nie daje rękojmi, że nie straci twarzy”

Naczelnikiem wydziału zamiejscowego Prokuratury Krajowej w Katowicach jest Tomasz Tadla, wieloletni zastępca rzecznika prasowego Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach. Dziś odpowiada za śledztwo ws. KNF. – Zawsze mówił, że funkcje go nie interesują, że chce działać „w linii”. Cóż, najwyraźniej coś się zmieniło – mówi nam anonimowo jeden ze śląskich śledczych. – Opinia środowiska o nim jest taka, że to dobry prokurator, „ogarnięty”, tyle że czuły na awanse i gratyfikacje, jakie się z tym wiążą – mówi.

A czy daje gwarancje niezależności? – pytamy naszego rozmówcę.

– Nie dam rękojmi, że przy tej sprawie nie straci twarzy – mówi. – Już teraz wiele decyzji związanych z aferą KNF może dziwić. Choćby żądanie dwóch miesięcy aresztu dla Marka Chrzanowskiego. To jest niestandardowe, bo normalnie przy takiej sprawie „z automatu” żąda się maksymalnego wymiaru aresztu, czyli trzech miesięcy – mówi nam śląski prokurator.

– Do tego – co bardzo istotne – co najmniej dziwna jest kwalifikacja prawna czynu. Uznanie, że Chrzanowski popełnił jedynie przestępstwo urzędnicze, czyli czyn z art. 231 kodeksu karnego – przekroczenia przez funkcjonariusza publicznego uprawnień celem osiągnięcia korzyści majątkowej przez osobę trzecią – jest, mówiąc najprościej, dziwnie łagodny – podkreśla nasz rozmówca. – Zwłaszcza jak na Katowice, które są bardzo rygorystyczne. Bo normalnie byłoby „na grubo” i to byłoby zakwalifikowane jako zwykła łapówa – kwituje śląski prokurator.

Prok. Parchimowicz: Katowice to ośrodek bardzo specyficzny

Krzysztof Parchimowicz, zdegradowany przez Zbigniewa Ziobrę prokurator w stanie spoczynku oraz szef i założyciel Stowarzyszenia „Lex Super Omnia” w rozmowie z Onetem podkreśla, że Katowice są dla Zbigniewa Ziobry miejscem szczególnym.

– Przecież tu właśnie robił aplikację, stąd wywodzą się ludzie mu najbliżsi – mówi. – Dla mnie niezrozumiała jest jednak inna kwestia. Mogę zrozumieć osobisty sentyment ministra, ale nie zmienia to faktu, że przenosząc śledztwo w sprawie KNF do Katowic, naraża skarb państwa na gigantyczne koszty – podkreśla. – To są zwroty za podróż wszystkich świadków itd. Przecież przy śledztwie tej rangi, śledztwie „najważniejszym z ważnych”, wszystkim powinno zależeć, by kontakt prokuratora z CBA był jak najłatwiejszy. Tymczasem CBA jest w stolicy, a prokurator na Śląsku. Powiedzieć, że to dziwne, to mało – podkreśla.

Przypomnijmy, to prokuratura w Katowicach – za poprzednich rządów PiS – prowadziła sprawę Barbary Blidy. Zajmowali się też rzekomymi szwajcarskimi kontami polityków lewicy, czy sprawą tzw. willi Kwaśniewskich.

Także Katowice badać mają sprawę sędzi, która uniewinniła lekarzy oskarżonych o doprowadzenie do śmierci ojca Zbigniewa Ziobry. Ten sam ośrodek stawiał zarzuty Cezaremu Grabarczykowi z PO, który był podejrzany o poświadczenie nieprawdy w dokumentach podczas starania się o pozwolenie na broń.

Dziś Katowice badają aferę KNF. Także ta prokuratura zajmuje się sprawą neonazistowskiej imprezy w Wodzisławiu Śląskim – czyli tzw. urodzin Hitlera. Po tym, jak śledczy z Gliwic najpierw próbowali postawić operatorowi TVN zarzuty propagowania faszyzmu – bo podczas reportażu wcieleniowego udawał, że „hailuje” – po wycofaniu zarzutów śledztwo przekazano właśnie do Katowic.

— GAZETA STOŁECZNA O TŁUMACH NA WARSZAWSKIEJ BURZY MÓZGÓW BIEDRONIA – jak pisze Wojciech Karpieszuk: “Do kina Palladium przyszli młodzi i starsi, było bardzo dużo młodzieży licealnej. Nie wszyscy się zmieścili, część osób relację ze spotkania oglądała na telebimie w pobliskim klubie Hybrydy. Biedroń szybko oddał głos zebranym, krążył po sali z mikrofonem, ludzie zgłaszali postulaty, odbywała się nad nimi szybka dyskusja i głosowanie. – Będziemy głosowali jak w Sejmie, ekspresowo i w nocy, takie standardy, sorry – zażartował Biedroń. Podczas głosowania wskakiwał na scenę, zebrani podnosili ręce, a on oceniał, czy większość jest za, czy przeciwko. Był jedynie moderatorem debaty, starał się wyciągnąć konkretne postulaty. Mówił: – Wiem, że to trudne, wy myślicie, że to politycy mają podawać pomysły, a ja myślę, że wy macie lepsze”.
warszawa.wyborcza.pl

— POLICJA WEZWAŁA WOJCIECHA CIEŚLĘ ZA TEKST O MUSZYŃSKIM: “- Brak mi słów – mówi Wojciech Cieśla, dziennikarz „Newsweeka” wezwany na policję za publikację artykułu „bez zgody osoby zainteresowanej”, czyli wiceprezesa TK Mariusza Muszyńskiego. Helsińska Fundacja Praw Człowieka podkreśla, że to pierwszy taki przypadek w Polsce”.
wyborcza.pl

— PROFESOR ANTONI DUDEK O TYM DLACZEGO REAKCJA AMERYKANÓW WS TVN BYŁA TAK MOCNA: “TVN nie jest „jakąś” amerykańską inwestycją – w sensie finansowym jest największą amerykańską inwestycją w Polsce. Z naturalnych względów jeśli „coś” jest największą inwestycją w obcym państwie, to ambasador powinien się nią interesować. Zupełnie nie akceptując formy jakiej dopuściła się pani ambasador przy tej interwencji – mogło się to odbyć w formie ustnej rozmowy na przykład z premierem Morawieckim – zwracam uwagę na fakt jakie standardy obowiązują w Stanach Zjednoczonych. Nie jest przyjęte w amerykańskiej kulturze politycznej aby członkowie rządu piętnowali media. Tutaj pojawia się wątek, czy strona rządowa nie posunęła się zbyt daleko w krytyce TVNu. TVN jest głównym ośrodkiem (w mediach elektronicznych) oporu wobec PiSu. Pytanie co dalej. Jeśli prawdą są informacje krążące w opinii publicznej – których nie potrafię zweryfikować – że usiłowano odkupić TVN od Amerykanów i że pewne rządowe kręgi usiłowały zaangażować spółki skarbu państwa, by te odkupiły TVN, po to, by zmienić jego profil ideowy, to pokazałoby dno reakcji pani Mosbacher.  Jeżeli fakt ten byłby prawdą – a nie słyszeliśmy żadnego dementi w tej sprawie ze strony rządu – to rzeczywiście mogłoby się to bardzo nie podobać Amerykanom, gdyż byłaby to próba zmonopolizowania przekazu medialnego”.

— DUDEK UWAŻA, ŻE POWINNO BYĆ ŚLEDZTWO WS WYCIEKU LISTU MOSBACHER: “Gigantycznym skandalem jest fakt, że ten nieotwarty list wyciekł do opinii publicznej, stąd moim zdaniem powinno zostać w tej sprawie uruchomione śledztwo. Wyszedł tu kompletny brak profesjonalizmu pewnych urzędników, bądź jest to element gry politycznej w obozie władzy, który postawił ten rząd w bardzo kłopotliwej sytuacji”.
m.fronda.pl

— JACEK NIZINKIEWICZ W RZ O PODWAŻANIU WIARYGODNOŚCI MEDIÓW PRZEZ PIS – pisze w RZ: “Trwa podważanie wiarygodności mediów, w myśl zasady: „Kto nie z Mieciem, tego zmieciem”. Teraz media wspierające rząd chcą kupić jedną z największych stacji radiowych dzięki państwowym pożyczkom. W obozie władzy pokutuje przekonanie, że dzięki pokornym dziennikarzom jego rządy nie będą zagrożone. Na Węgrzech Viktorowi Orbanowi udało się podporządkować lub doprowadzić do upadku wolne media. O podobnym scenariuszu marzy PiS. Pytanie, czy Polacy chcą mediów przytakujących politykom?”
rp.pl

— GW O MARKU CH.  – jak piszą Agata Kondzińska i Iwona Szpala: “Dla publicznej kariery Ch. kluczowy jest rok 2016. To wtedy nieznany opinii publicznej pracownik naukowy SGH wchodzi do Rady Polityki Pieniężnej. Rekomendują go senatorowie PiS: twórca SKOK Grzegorz Bierecki, marszałek Senatu Stanisław Karczewski, wicemarszałek Michał Seweryński, Marek Martynowski zwany w parlamencie „żołnierzem Nowogrodzkiej”, Marek Pęk, Aleksander Szwed, Stanisław Gogacz. Gogacz i Szwed mówią „Wyborczej”, że nie pamiętają, dlaczego postawili na Marka Ch. (…) Grono ludzi wokół Ch. się kurczy. Dawni znajomi nie chcą o nim rozmawiać. A PiS, przy którym zrobił błyskotliwą karierę, twierdzi teraz, że właściwie go nie zna”.
wyborcza.pl

— EWA IVANOVA O ŚLEDZTWIE WS KNF – TU NIE MA PRZYPADKÓW – pisze w GW: “Czego nie powiedział polityk kierujący prokuraturą? Tego, dlaczego śledztwo rusza dopiero po publikacji „Wyborczej”. Co się działo z pismem mecenasa Giertycha i dlaczego nie trafiło w PK do komórki ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji, ale do wydziału skarg i wniosków. Nie powiedział także, że prokurator PK został za to ukarany zesłaniem do prokuratury rejonowej. Bez orzeczenia dyscyplinarnego i bez sądu. Nie wiemy, czy faktycznie popełnił wielki błąd, czy został kozłem ofiarnym, bo wykonywał cudze polecenia. Prokuratura nie odpowiada na pytania w tej sprawie od wielu dni”.
wyborcza.pl

— RZ NA JEDYNCE O RAPORCIE MIAŻDŻĄCYM DOTYCHCZASOWE EFEKTY MIESZKANIA PLUS: “Pierwsze dwa lata realizacji programu Mieszkanie+ można uznać za stracone – to wnioski z raportu, który powstał na potrzeby rządu. Dokument trafił już na biurko premiera Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego. Od momentu inauguracji programu w czerwcu 2016 r. popełniono wiele błędów – twierdzą autorzy raportu. Wskazują częste zmiany koncepcji i źle przygotowane przez Ministerstwo Infrastruktury akty prawne. Ich zdaniem najpoważniejszą szkodą jest stworzenie u wyborców „całkowicie nierealnych oczekiwań”.
rp.pl

— W SZKOŁACH CHAOS A ZALEWSKA ZACHWYCONA REFORMĄ – jedynka GW: “Minister edukacji Anna Zalewska podsumowała drugi rok reformy edukacji. – Mam dobre wiadomości dla nauczycieli, uczniów i rodziców – mówiła. Rodzice poszkodowanych roczników pomstują, a nauczyciele szykują się do strajku”.
wyborcza.pl

>>>