Tag Archives: Anna Bator-Ciesielska

Eurobajki Szymańskiego, zastraszanie Ziobry, Sasin wicepremierem – jak co dzień śmiech na sali

12 Gru

Konrad Szymański sugerował, że ministrowie państw UE dali się przekonać polskiemu rządowi ws. praworządności. Ale OKO.press dotarło do zapisów z wtorkowego posiedzenia Rady ds. Ogólnych. Mówiono na nim o wyrokach TSUE, Izbie Dyscyplinarnej w SN i postępowaniach dyscyplinarnych wobec sędziów. Rząd utrzymywał, że dyscyplinarki są prowadzone bez jego ingerencji

Minister ds. europejskich Konrad Szymański, podsumowując dyskusję ministrów państw UE o praworządności w Polsce na Radzie ds. Ogólnych 10 grudnia 2019, podkreślał, że po prezentacji Komisji Europejskiej i polskiego rządu, delegaci nie zadali dodatkowych pytań. Niektóre media, w tym portal Niezalezna.pl, odczytały to jako dowód na rzekome znudzenie się w Brukseli sytuacją sędziów w Polsce. Nic bardziej mylnego.

Szymański powiedział po posiedzeniu Rady:

„Myślę, że Komisja Europejska podchodzi do sprawy w sposób rzeczowy i konstruktywny. Mam nadzieję, że to się utrzyma”.

Jak dokładnie miało to wyglądać wg ministra?

„Państwa członkowskie przynajmniej na tym etapie uznały, że nie ma powodów do zadawania kolejnych pytań” – powtórzył Szymański.

Optymistyczną dla polskiego rządu opowieść Szymańskiego podważa oficjalna notatka z dyskusji na Radzie ds. Ogólnych, do której dotarło OKO.press.

Sędziowie w centrum zainteresowania

Jasno wynika z niej, że sytuacja sędziów w Polsce, zwłaszcza wszczynane wobec nich postępowania dyscyplinarne, stanowiły sedno obrad.

Notatka w tłumaczeniu na polski brzmi:

„Ministrowie następnie przeszli do omówienia sytuacji w związku z procedurą z Artykułu 7(1) Traktatu o UE dotyczącą praworządności w Polsce. Komisja zreferowała, co wydarzyło się od września, podkreślając, że sytuacja ogólnie dalej się pogarsza.

[Komisja – przyp.red.] Odnotowała też, że w związku z wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE z 19 listopada,  polski Sąd Najwyższy 5 listopada orzekł, że jego Izba Dyscyplinarna nie spełnia kryteriów niezależności i niezawisłości sędziowskiej w rozumieniu prawa europejskiego, a Krajowa Rada Sądownictwa nie jest niezależna od władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ten wyrok był publicznie krytykowany przez polskie władze. Komisja wskazała też na negatywne zjawiska dotyczące postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów oraz Trybunału Konstytucyjnego.

W odpowiedzi, polski rząd odrzucił obawy Komisji i odnotował, że od grudnia 2018 roku nie wprowadzono żadnych zmian ustawodawczych dotyczących regulacji, które są przedmiotem zainteresowania Komisji (chodzi o skargę KE na wypracowany za PiS model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów – przyp. red.).

Polski rząd odniósł się do komentarzy zaprezentowanych przez Komisję, argumentując, że władze zajęły stanowisko potępiające sędziów, którzy krytykują status innych sędziów, ponieważ takie zachowanie podważa zaufanie do sądownictwa i stoi w sprzeczności z kodeksem etyki  sędziowskiej.

Rząd bronił również nowego systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej dla sędziów, mówiąc, że postępowanie dyscyplinarne są prowadzone bez ingerencji ze strony rządu.

Żadna z delegacji nie zabrała głosu, a Przewodniczący przedstawił wniosek końcowy, że Rada będzie dalej śledzić rozwój sytuacji”.

Z innego dokumentu, do którego dotarło OKO.press – oficjalnych konkluzji ze spotkania Rady ds. Ogólnych – wynika zaś, że na Radzie dyskutowano też o ostatnich wyrokach Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczących praworządności w Polsce – wyroku z 5 listopada, w którym TSUE ocenił, że zaproponowany przez PiS sposób przechodzenia w stan spoczynku sędziów i prokuratorów w Polsce nie spełnia standardów unijnego prawa, a także wyroku z 19 listopada, w którym TSUE  przedstawił szczegółowe kryteria oceny Izby Dyscyplinarnej w SN.

Obraz spotkania, jaki wyłania się z tych dokumentów, przeczy wizji sugerowanej przez Ministra Szymańskiego.

Nic nie wskazuje, że ministrowie państw UE obecni na Radzie zostali przekonani do wizji przedstawionej przez polski rząd. Zostali za to szczegółowo i wyczerpująco poinformowani o rozwoju sytuacji dotyczącej praworządności w Polsce od września.

Jak zinterpretować fakt, że delegacje państw UE po prezentacji KE i polskiego rządu nie zadawały dalszych pytań? Można to rozumieć jako wyraz konsternacji po przyznaniu przez polską delegację, że rząd oficjalnie potępia niektórych sędziów i oskarża ich o podważanie zaufania do porządku prawnego.

Powód ciszy może być też jednak bardziej techniczny. Spotkanie nie miało formatu debaty, jego celem było zreferowanie wydarzeń przez obie strony, czyli Komisję i polski rząd.

Minister Szymański sugeruje, że brak pytań dowodzi przychylności argumentacji przedstawionej przez Polskę. Ale równie dobrze może być to oznaka poparcia dla argumentów KE. Symptomatyczne, że nikt też polskiego rządu głośno nie poparł.

Komisarze zaniepokojeni pogorszeniem się sytuacji w Polsce

Natomiast wystąpienia unijnych komisarzy po Radzie ds. Ogólnych, zarówno wiceszefowej Komisji Europejskiej Věry Jourovej, jak i komisarza ds. sprawiedliwości Didiera Reyndersa, potwierdzają, że Polska pozostaje w centrum ich zainteresowań – z negatywnych powodów.

„Sytuacja w Polsce mnie martwi. Ale wysłucham dziś odpowiedzi stron rządowych. Chciałabym jak najszybciej odwiedzić Polskę, żeby posłuchać, jakie są plany rządu w Warszawie. Mam nadzieję, że fakt, iż sama pochodzę z tego regionu, pomoże mi lepiej to zrozumieć” – zapowiedziała wiceprzewodnicząca KE.

„W ostatnich tygodniach i miesiącach obserwowaliśmy pogorszenie się sytuacji sądownictwa i niektórych postępowań dyscyplinarnych” – mówił odpowiedzialny za kwestie praworządności komisarz Reynders.

Sędziowie z Katowic zadali pytanie prawne do Sądu Najwyższego o legalność nowej KRS i już następnego dnia rzecznik dyscyplinarny ministra Ziobry założył im dyscyplinarki. Rzecznik chce przestraszyć sędziów, by nie wykonywali wyroku TSUE i nie podważali legalności powołanej przez PiS nowej KRS oraz Izby Dyscyplinarnej

Postępowanie dyscyplinarne wobec sędziów z Katowic wszczął w czwartek 12 grudnia 2019 zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla sędziów Przemysław Radzik. Formalnie na razie jest to postępowanie wyjaśniające, ale wiedząc jak działa powołany przez ministra Zbigniewa Ziobrę rzecznik dyscyplinarny, można się spodziewać, że sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi dla katowickich sędziów.

Radzik ściga sędziów za działalność orzeczniczą

Przemysław Radzik, na co dzień sędzia rejonowy i prezes sądu w Krośnie Odrzańskim z nominacji ministra Ziobry, będzie ścigać trzech doświadczonych sędziów z Sądu Apelacyjnego w Katowicach. W środę 11 grudnia skład orzekający tego sądu w składzie: Aleksander Janas, Irena Piotrowska, Grzegorz Misina wydał postanowienie o skierowaniu pytania prawnego do Sądu Najwyższego. Sędziowie rozpoznawali apelację od wyroku Sądu Okręgowego w Gliwicach, który wydał sędzia nominowany przez nową, powołaną w niekonstytucyjny sposób KRS. I nabrali wątpliwości, czy sędzia ten jest właściwie powołany. Bo sędziów – członków nowej KRS wybrali posłowie PiS i Kukiz’15, głównie spośród sędziów współpracujących z resortem ministra Ziobry.

Katowiccy sędziowie zadali więc pytanie prawne do Sądu Najwyższego o status takiego sędziego, czy jest on zgodny z przepisami prawa i czy taki sędzia mógł wydawać legalne wyroki.

Pytania prawne to normalna procedura i uprawnienie każdego sędziego. Sędziowie mają prawo je zadawać i mieszczą się one w zakresie orzeczniczym. Tym bardziej, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w niedawnym wyroku wskazał, że polskie sądy mogą same badać legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej oraz dał do tego wskazówki. A potem Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, w którym orzekł, że Izba Dyscyplinarna przy Sądzie Najwyższym nie jest sądem w rozumieniu prawa europejskiego, zaś nowa KRS nie jest niezależna od polityków.

Sędziowie z Sądu Apelacyjnego w Katowicach wykonali tylko wyrok TSUE.

Radzik zarzuca sędziom popełnienie przestępstwa

Dlaczego więc zaczął ich ścigać nominat ministra Ziobry, zastępca rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik?
Uważa on, że katowiccy sędziowie mogli popełnić przewinienie dyscyplinarne „polegające na uchybieniu godności urzędu” poprzez przekroczenie uprawnień. Bo mieli przyznać „sobie kompetencje do ustalania i oceny sposobu działania konstytucyjnych organów państwa w zakresie sposobu wyboru części członków Krajowej Rady Sądownictwa oraz sposobu powołania sędziego orzekającego w I instancji, przez co podważając przepis art. 106i § 1 ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych [przepis ten mówi, że asesorów powołuje prezydent, na wniosek KRS – red.], wzięli udział w wydaniu postanowienia o przedstawieniu Sądowi Najwyższemu zagadnienia prawnego, którego treść stanowiła bezprawną ingerencję w ustawowy sposób powołania sędziów do składów orzekających”.

Zdaniem Radzika sędziowie mogli w ten sposób nawet naruszyć Konstytucję, a ich orzeczenie zakwalifikował jako przestępstwo przekroczenia uprawnień (art. 231 prf 1 kodeksu karnego), które jest na „szkodę interesu publicznego w postaci prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości”.

Taka kwalifikacja nie jest przypadkowa, bo jeśli sprawa zakończy się zarzutami dyscyplinarnymi to trafi do rozpoznania od razu do Izby Dyscyplinarnej przy Sądzie Najwyższym.

Radzik sugeruje też, że sędzia sprawozdawca sprawy rozwodowej, na kanwie której zadano pytanie prawne do SN, mógł popełnić kolejny delikt dyscyplinarny. W ocenie Radzika sędzia ten powinien się wyłączyć z orzekania, bo sam uzyskał awans do Sądu Apelacyjnego dzięki nowej KRS.

To nie koniec represji

Natychmiastowe założenie dyscyplinarki katowickim sędziom za badanie legalności nowej KRS i wykonanie wyroku TSUE wpisuje się w działalność głównego rzecznika dyscyplinarnego Piotra Schaba i jego zastępców Przemysława Radzika i Michała Lasotę. Wszyscy są z nominacji ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Od roku ścigają niezależnych sędziów za obronę wolnych sądów. A do niedawana ścigają ich też za wydawane orzeczenia oraz za badanie legalności nowej KRS.

Represje się nasiliły po wydaniu wyroku TSUE, dotyczącym nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej. Ma to zniechęcić sędziów do jego wykonania, a kolejne dyscyplinarki mają ich zastraszyć.
Dyscyplinarki za podważanie legalności nowej KRS mają:

1. Sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna, który jako pierwszy w Polsce wykonał wyrok TSUE. Zażądał od Kancelarii Sejmu list poparcia kandydatów do nowej KRS. I za to spadł na niego grad represji.

2. Sędziowie z Sądu Okręgowego w Krakowie. Rafał Lisak, Wojciech Maczuga, Kazimierz Wilczek jeszcze przed wyrokiem TSUE chcieli zbadać status asesora, których wydał wyrok w pierwszej instancji. Chcieli sprawdzić czy powołała go nowa KRS i tylko za to dostali zarzuty dyscyplinarne. Potem okazało się, że asesora powołała stara, legalna KRS.

3. Sędzia Krystian Markiewicz z Katowic, szef Iustitii. Dostał aż 55 zarzutów za list, odezwę do sędziów, w której podważał legalność nowej KRS i Izby Dyscyplinarnej.

Uderzenie w Markiewicza miało wyglądać na spektakularne, bo jest liderem Iustitii, największego stowarzyszenia sędziów w Polsce, które broni niezależności wymiaru sprawiedliwości. Sędziowie nie dali się jednak zmrozić ilością zarzutów.

4. Sędzia Anna Bator-Ciesielska z Sądu Okręgowego w Warszawie. Ona z kolei ma dyscyplinarkę za to, że nie chciała orzekać z rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem i za to, że zakwestionowała jego status jako sędziego delegowanego. Sędzia w tej sprawie zadała pytania do TSUE. Nie chciała orzekać z Radzikiem, bo jego nazwisko pojawiło się w kontekście afery hejterskiej w ministerstwie sprawiedliwości.

Sędzia 6 grudnia dostała w związku z tą sprawą 5 zarzutów dyscyplinarnych, również za to, że miała odwagę rozmawiać z prasą.

Jacek Sasin, wicepremier i od niedawna minister aktywów państwowych tą wypowiedzią niewątpliwie wbił się na wyżyny hipokryzji. – „Wszystko wskazuje na to, że do zmiany szefa NIK potrzebna byłaby zmiana Konstytucji. Nie zgadzając się na nie, to opozycja bierze na siebie odpowiedzialność, że pan prezes Banaś w dalszym ciągu będzie pełnił tę funkcję” – powiedział Sasin w TVN24.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że to tzw. pisowski przekaz dnia. W podobnym tonie wypowiada się większość prominentnych polityków tej partii, np. szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk.

Politycy partii rządzącej mają krótką, a raczej wybiórczą pamięć. Marian Banaś został szefem NIK dzięki głosom posłów i senatorów PiS. Kiedy poseł PO Robert Kropiwnicki przed wyborem Banasia, chciał z mównicy sejmowej powiedzieć o niejasnościach w oświadczeniach majątkowych kandydata na szefa NIK, marszałek Elżbieta Witek wyłączyła mu mikrofon.

Internauci byli oburzeni wypowiedzią pisowskiego wicepremiera: – „Panie Sasin, chyba w waszym rządze pan Banaś był ministrem, to Wy go większością głosów na stołek wsadziliście, a teraz Pan zwala na opozycje? No przepraszam za pytanie.. ale czy Pan ma jaja?”; – „Bezczelny typ. Zdołał odsunąć od siebie odpowiedzialność za organizację lotu do Smoleńska i teraz próbuje powtórzyć manewr”; – „Sasin ma najbardziej brawurowy intelekt spośród pisowców. No, może jeszcze Suski może się z nim równać”.

Część internautów po prostu kpiła z Sasina: – „Za mocne. Dzwonię do Banasia”; – „Taaa, bo Kopernik była kobietą. Typowy przykład, że jak nie uda się wyciszyć afery, to kilka najbardziej znanych twarzy PiS-u krzyczy, to nie my, to Oni”; – „Musiał się Pan Sasin w coś mocno uderzyć, by pleść takie androny”; – „A tak w ogóle to wina Tuska”.

Jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić się własnym nieuctwem i brakiem gustu, prześcigając w wyliczeniach, ilu książek noblistki się nie przeczytało…

„Słychać wycie, znakomicie!”, tak polska prawica zwykła pisać o części opinii publicznej oburzonej postępowaniem polityków PiS, łamaniem przez nich prawa, Konstytucji i dobrych obyczajów i pokazując w ten sposób niską radość, że oto udało się „dokopać” komuś, czyją niewybaczalną winą jest, że śmie wiedzieć świat inaczej, mieć inne poglądy.

Dziś owo słynne wycie słychać z prawej strony. Znam prawicę od lat, znam przecież ludzi z tego środowiska, a nie spodziewałam się, że Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk tak ich dotknie. Skoro tak się stało to znaczy, że z morale tego środowiska, z jego poczuciem własnej wartości jest już dramatycznie źle.

Sprawa Nobla dla Olgi Tokarczuk to nie jest pierwsza sprawa, która pokazuje, że realnie istnieją dwie Polski (właściwie jest ich wiele, nie tylko dwie, ale mówię o głównej osi podziału): taka, która bardzo chce się otworzyć, chce różnorodności, chce doświadczać i poznawać, szanuje i jest gotowa wysłuchać, i Polska która nienawidzi sukcesu innych, chce utalentowanych ściągać w dół, zawistna, zazdrosna i mała. I nie, nie mówię o zwykłych ludziach. Mówię o tych, którzy mają się, choćby z tytułu sprawowanych urzędów czy wykonywanych zawodów za elity i powołują się często na bliżej nieokreśloną „przedwojenną inteligencję”, która dziś na ich widok umarłaby ze śmiechu lub z zażenowania.

Wyobrażam sobie czasem, co by Tadeusz Boy – Żeleński, powiedział Glińskiemu, a Tuwim napisał o Kurskim i wiem, że nie pójdziemy jako naród i społeczeństwo do przodu, dopóki nie pozbędziemy się z polityki i dziennikarstwa ludzi, reprezentujących taką mentalność i takie cechy jak kompletna głupota, prostactwo, zawiść, zazdrość, małość, małostkowość, mściwość, ograniczone horyzonty, brak dystansu do siebie i świata, niedouczenie, brak kultury i dobrego (a często w ogóle żadnego) wychowania.

To, co wyprawiają prawicowe – bo o nich mówię – elity polityczne i dziennikarskie wokół Nobla dla Olgi Tokarczuk, pokazuje, że złość, zawiść, małość i miałkość są nie tylko ich siłą napędową, ale wręcz tlenem i krwiobiegiem – nie mogąc nikogo oczernić, umniejszyć, nie mając na kogo napluć swoimi słowami, zapewne by umarli.

Nigdy nie zrozumiem, jak można powołując się latami na patriotyzm, polegający na dumie z polskości, nie być dumnym, że Polka dostaje Nagrodę Nobla, jak można jej nie gratulować, a przeciwnie – szczycić własnym nieuctwem i brakiem gustu prześcigając w wyleczeniach, ilu książek Noblistki się nie przeczytało.

Jak można nie mieć na tyle instynktu samozachowawczego, żeby nie wiedzieć, że próba zdezawuowania osiągnięcia tej rangi, pokazuje i obnaża wyłącznie kompleksy tych, którzy to robią i ich szorujące po dnie poczucie własnej wartości.

Jak można nie inspirować się tak utalentowanymi ludźmi i nie życzyć im wszystkiego dobrego, tylko wygadywać rzeczy w stylu ministra kultury (sic!), że czułość to za mało – po doskonałym zresztą wykładzie Noblowskim Tokarczuk.

Ja wiem, że modna jest teraz wśród niektórych publicystów taka maniera, żeby każdego rozumieć, wszystko tłumaczyć i rozgrzeszać każde świństwo, podłość i małość.

Mają w nosie łamanie Konstytucji? Pewno sfrustrowani, niedouczeni, pewnie elity nie dość się postarały…łykają brewerie i złodziejstwa polityków jak pelikany – o biedni, sfrustrowani, a w ogóle to wina Balcerowicza…. Nie przeszkadza im pogrążanie i zadłużanie Polski, upadająca edukacja i służba zdrowia – pewnie jest jakieś usprawiedliwienie…

Można tak w nieskończoność, tylko to, oprócz tego, że skrajnie naiwne, nie doprowadzi do rozwoju i progresu. Bo rozwinąć się można tylko wtedy, kiedy się zrozumie, że są rzeczy na które nie ma żadnego usprawiedliwienia, na które pozwalać nie można i kropka.

W przeciwnym razie takie właśnie „elity” będą wciągać nas coraz głębiej w bagno, aż do samego dna.

Kaczyński upodlił Polskę

2 Wrz

„Widzę, że zachowano protokół dyplomatyczny i zasady precedencji. Szeregowy poseł między szefami rządów, ministrami i kierownikami najważniejszych instytucji państwa. Niby w jakiej roli?” – zapytał na Twitterze Patryk Wachowiec z FOR.

Jarosław Kaczyński podczas obchodów 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej siedział bowiem w pierwszym rzędzie trybuny honorowej. Obok niego ulokowano jego „odkrycie towarzyskie”, czyli Julię Przyłebską, a po drugiej stronie – wicepremiera Piotra Glińskiego.

„Precedencja w Polsce nie przewiduje specjalnego traktowania szefa partii rządzącej. Protokół dyplomatyczny jest trochę jak z plasteliny, ale tutaj jednak ktoś przesadził. Nie ma to żadnego uzasadnienia protokolarnego. Kogo reprezentował Kaczyński?” – dziwił się w natemat.pl dr Janusz Sibora, specjalista ds. protokołu dyplomatycznego i ceremoniału państwowego. Wspomniana precedencja reguluje porządek pierwszeństwa zajmowania miejsc podczas oficjalnych spotkań władz państwowych.

Na dodatek prezes PiS otoczony był prawie wyłącznie przez polityków swojej partii. – Oprócz tego, że organizatorzy nie uszanowali zagranicznych gości, to samych przedstawicieli instytucji państwowych usadzili nie tak, jak trzeba. Mamy do czynienia z protokołem partyjnym, a nie dyplomatycznym. Porządek na trybunie ma się nijak do hierarchii dostojników państwowych. To potwierdza, że stan faktyczny w państwie jest inny, aniżeli ten zapisany w Konstytucji. Dotykamy tym samym tego, w jaki sposób funkcjonuje demokracja w państwie” – dodał Sibora w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Ameryka kocha Polskę, Ameryka kocha Polaków. Dziś – jako wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – jest moim wielkim zaszczytem, że mogę stanąć tu w imieniu Amerykanów w Polsce, która jest wolna, silna i bezpieczna. Historia Polski jest historią narodu, który nigdy nie utracił nadziei, który nigdy nie dał się złamać, który nigdy nie zapomniał kim jest. Dzisiaj w samym sercu Warszawy, stając tutaj przed Grobem Nieznanego Żołnierza, zebraliśmy się, żeby dać świadectwo odwadze wielkiego narodu” – mówił na placu Piłsudskiego w Warszawie podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence.

Gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami wyczynia, wydarzyła się, gdy nie rządził PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Obywatelska Polska nie posiada się z oburzenia, poznając nowe szczegóły związane z funkcjonowaniem w Ministerstwie Sprawiedliwości grupy sędziów zajmujących się ordynarnym szkalowaniem i zniesławianiem za pośrednictwem anonimowej korespondencji sędziów krytykujących politykę Zbigniewa Ziobry, opartą na politycznym sterowaniu sądami i prokuraturą oraz szykanowaniu prokuratorów i sędziów, których działania są nie po myśli władzy.

Kilkuosobowa grupa „Kasta”, jak się okazuje, była jedynie częścią większej grupy „Zespół”, organizującej w resorcie tzw. hejt przeciwko niepokornym sędziom. Stan wiedzy o tym procederze (na 29 sierpnia) podsumowuje w swym artykule na Wyborcza.pl Wojciech Czuchnowski.

Jan Woleński: Kto odpowie za aferę z trollami?

Degrengolada obyczajów

Groteskowe w swej wulgarności wydarzenia w każdym przyzwoitym kraju doprowadziłyby do upadku rządu – a właściwie by nie doprowadziły, bo w ogóle nie byłyby możliwe, podobnie jak niemożliwa byłaby afera KNF czy afera Kaczyńskiego i spółka Srebrna. Ale skoro niemożliwe u nas akurat jest jak najbardziej i możliwe, i rzeczywiste, to czyż nie trzeba się z tym pogodzić? Bo czy np. w PRL byliśmy jacyś tacy „niepogodzeni”?

Jest, jak jest – człowiek się przyzwyczaja. I na tym właśnie polega degrengolada obyczajów i upadek kultury politycznej. Podobne procesy zachodzą zresztą nie tylko w Polsce – pewna w tym pociecha, lecz i wskazówka, że przyczyn trzeba szukać gdzieś głębiej niż w fenomenie PiS i właściwościach jego elektoratu. Czy moglibyśmy przed paroma laty przypuszczać, że w USA czy w Wielkiej Brytanii wydarzy się to, co właśnie się wydarza? No właśnie. Coś niedobrego dzieje się w całym świecie.

Dlaczego Ziobro powinien odejść

PiS śmieje się Polsce w nos

W niedawnych, niesłusznie minionych czasach niemożliwa byłaby taka działalność, jaką prowadzi Zbigniew Ziobro, niemożliwe byłoby, aby ten człowiek, z taką polityczną przeszłością, był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. W ogóle nie miałaby szansy takiej przeszłości (a nie tylko przyszłości) mieć. Zresztą gdyby choć jedna rzecz spośród tych, które dziś się z sądami i sędziami w Polsce wyczynia – na poziomie ustaw i w bieżącym zarządzaniu resortem – wydarzyła się kiedykolwiek wcześniej, gdy nie rządził jeszcze PiS, Jarosław Kaczyński i jego ludzie byliby pierwsi w głośnym protestowaniu i żądaniach wszelkich możliwych dymisji i retorsji.

Gdy teraz rządzą – moralne złachmanienie swych rządów poczytują sobie niemal za tytuł do dumy. Śmieją się w nos demokratycznej Polsce, bo wiedzą, że ci, którzy już dwa razy wynieśli ich do władzy, a zapewne zrobią to po raz trzeci, w najgorszym razie są na bezprawie obojętni, a w najlepszym – bardzo im się ono podoba.

A demokratyczna opinia? Po każdej aferze coraz bardziej bezsilna i zniechęcona, patrzy tylko na własną narastającą obojętność, domyślając się tego, jak coraz bardziej ekscesy władzy nic nie znaczą dla ogółu społeczeństwa. Schamienie naszego życia zaszło tak daleko, że żadna afera nie może mieć decydującego znaczenia dla losów rządu. Każda afera, każdy skandal jest już tylko „tak zwany”. Mając na co dzień wgląd do kuchni wydarzeń, widząc pospolitość i prostactwo ludzi na stanowiskach, którzy nic sobie nie robiąc z powagi swych urzędów, bez żadnych hamulców popisują się głupotą, stajemy się najpierw cokolwiek cyniczni, a potem już tylko amoralni i obojętni. Oto w jakim puncie się dziś znaleźliśmy. I żadne wybory tego z dnia na dzień nie zmienią.

Kaczyński z sercem na dłoni. Ratuj się, kto może!

Głupstwo, nie afera?

Bardzo ciekawym przypadkiem bezczelności władzy, lecz jednocześnie jej jakże poprawnej, by nie powiedzieć: wytrawnej samowiedzy, jest odpowiedź, jakiej udzielił na pytanie redaktorki TVN Justyny Dobrosz-Oracz o wpływ afery Piebiaka na sondażowe notowania PiS oraz odpowiedzialność polityczną Ziobry jako ministra sprawiedliwości wicemarszałek Sejmu prof. Ryszard Terlecki. Odpowiedział jej (i innym dziennikarzom) następująco: „Nie powinniśmy tracić. Czemu? Zostało to rozstrzygnięte, przecięte. […] To jest przedmiot zainteresowania, nie wiem, pięciuset osób w Polsce. Co to obchodzi wyborców? […] O czym my rozmawiamy? Rozmawiamy o głupstwie, jakie popełnił jeden z wiceministrów, i został za to zdymisjonowany. No, to poważne głupstwo. Bardzo poważne głupstwo”.

Tak jak zwykle pytany o jakiś kolejny skandal (jak niedawno ten z marszałkiem Kuchcińskim), Terlecki odpowiada z dobrotliwie wyższościowym uśmieszkiem, cynicznie bagatelizując sprawę, za każdym razem niby to będącą czyimś osobistym błędem, którego konsekwencje powinna ponieść konkretna osoba, złapana za rękę.

Rzecz jasna Terlecki wie doskonale, że w danym wypadku proceder „hejtu” uprawiają kumple Ziobry ściągnięci do ministerstwa właśnie po to, by parać się różnego rodzaju „mokrą robotą”. Obrzydliwie protekcjonalne i amoralne wypowiedzi są dowodem osobistego cynizmu i bezczelności marszałka. Przymioty te doskonale konweniują z jego wizerunkiem i historią. Nic specjalnego.

Afera demaskuje nie tylko zepsucie, ale też słabość państwa

Terlecki diagnozuje własny elektorat

Godna uwagi jest wszelako osobliwa mądrość i słuszność słów Terleckiego oraz sam fakt, że ma on czelność je wypowiadać również do własnego elektoratu. Należy wszak przyznać mu rację – sprawą Piebiaka, podobnie jak aferami z Krajową Radą Sądownictwa czy wcześniej z Trybunałem Konstytucyjnym, interesuje się bardzo niewielu wyborców PiS. Owszem, interesuje się nimi bardzo wielu przeciwników tej władzy – tych jednakże Terlecki i całe PiS może ostentacyjnie ignorować.

Politologiczna diagnoza Terleckiego jest słuszna, a ogólna demoralizacja życia publicznego, jak również utrwalony (może nie najgorszy) zwyczaj, by mówić w przestrzeni publicznej to, co się myśli, sięgając do nieformalnych kulis wydarzeń i manifestując makiawelizm, sprawia, że bezczelność, z jaką się tę diagnozę wypowiada, nie niesie z sobą żadnego ryzyka.

Możemy się bezsilnie oburzać, jak to Terlecki pogardza własnym elektoratem, dając do zrozumienia, że upadek moralny środowiska władzy nie obchodzi i nie przeszkadza jej zwolennikom, ale czym bardziej my jesteśmy bezsilni, tym bardziej bezczelny uśmieszek Terleckiego jest na miejscu. Mogę sobie tylko wyobrażać, z jaką satysfakcją będzie czytał ten artykuł lub inny podobny komentarz do jego kolejnego popisu cynizmu i amoralizmu.

Adam Szostkiewicz: Piebiak i hejterka, czyli dramat państwa polskiego

>>>

Sędziowie nie chcą orzekać z bohaterami afery farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Jest takie powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wydaje się, że właśnie sprawdza się w przypadku polskich sędziów. Im silniejsza jest opresja ze strony władzy politycznej, tym bardziej otwarcie stawiają opór. I tym silniej utrwala się w środowisku postawa godnościowa i przywiązanie do sędziowskiego etosu.

Dzisiaj podczas rozprawy w X Wydziale Karnym Sądu Okręgowego w Warszawie zdarzyła się rzecz bez precedensu: sędzia Anna Bator-Ciesielska odmówiła orzekania z sędzią i rzecznikiem dyscyplinarnym Przemysławem Radzikiem. Rzecz dotyczyła odwołania od wyroku w sprawie karnej. Sędzia Bator-Ciesielska jako przewodnicząca składu orzekającego, w którym oprócz niej i sędziego Radzika zasiadł sędzia Grzegorz Miśkiewicz, odroczyła rozprawę z powodu niemożności ustalenia miejsca pobytu oskarżonego.

Drugim powodem odroczenia są jej wątpliwości co do możliwości wypełniania obowiązków sędziowskich przez Radzika, jednego z bohaterów afery zorganizowanego hejtu, wspieranego dokumentami z akt w resorcie sprawiedliwości i w biurze rzecznika dyscyplinarnego przy ministrze. Niezbędnym przymiotem sędziego jest bowiem nieskazitelność charakteru, bezstronność i niezawisłość.

Sędzia powołała się na:
– art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka gwarantujący każdemu prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem
– art. 7 konstytucji: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”, art. 32 (prawo do równego traktowania) i art. 45 (prawo do rzetelnego procesu przed niezawisłym sądem)
– art. 66 ustawy o ustroju sądów powszechnych zawierającego rotę ślubowania sędziowskiego: „Ślubuję (…) stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

Zaznaczyła, że czuje się związana tym przyrzeczeniem, które składała najpierw przed prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, a potem przed prezydentem Lechem Kaczyńskim, „gdy obejmowałam urząd sędziego Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie mam zaszczyć – jeszcze – pełnić służbę” – powiedziała.

To nie koniec. Zarządziła przekazanie akt sprawy z jej zarządzeniem przewodniczącej wydziału Moniki Jankowskiej w celu przedstawienia innym sędziom pod rozwagę, czy Przemysław Radzik i Michał Lasota (kolejny bohater afery hejterskiej) powinni dalej orzekać w tym wydziale. W razie gdyby sędziowie uznali, że nie powinni – sędzia Bator-Ciesielska rekomenduje rozważenie zwrócenia się do „ministra sprawiedliwości, szanownego pana Zbigniewa Ziobry” o odwołanie z delegacji sędziów Lasoty i Radzika. Obaj zostali delegowani z sądów rejonowych.

Sędzia Anna Bator-Ciesielska zapowiedziała też, że 2 września poinformuje, czy w związku ze sprawą skieruje do Trybunału Sprawiedliwości UE pytanie prejudycjalne. Można się domyślać, że chodzi o możliwość odmowy – w obronie prawa podsądnego do bezstronnego sądu – orzekania z sędzią, który sprzeniewierzył się zasadzie bezstronności i niezawisłości.

To, co zrobiła sędzia Bator-Ciesielska, to pierwszy publicznie znany przypadek, gdy sędzia formalnie odmówił sądzenia z człowiekiem, co do którego nieskazitelności ma wątpliwości.

Sędziowie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie także nie chcą orzekać z bohaterem afery hejterskiej: Tomaszem Szmydtem. Najpierw prezes NSA Marek Zirc-Sadowski odwołał go z delegacji do biura neo-KRS, a teraz Wojciech Mazur, prezes WSA, gdzie „dobra zmiana” obsadziła Szmydta, odsunął go od orzekania „do czasu wydania przez sąd dyscyplinarny uchwały w przedmiocie zawieszenia sędziego w czynnościach służbowych, nie dłużej niż do dnia 28 września 2019 r.”.

W uzasadnieniu napisano, że wymaga tego „powaga sądu i istotne interesy służbowe”. W poniedziałek rzecznik dyscyplinarny NSA poinformował, że podjął czynności wyjaśniające w sprawie sędziego Szmydta i sędziego NSA Rafała Stasikowskiego, także wymienianego w kontekście afery hejterskiej.

Do orzekania mają za to wrócić „Herszt” – jak go nazywali członkowie hejterskiej grupy – czyli zdymisjonowany wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, oraz jego najbliższy współpracownik w ministerstwie, sędzia Jakub Iwaniec.

Piebiak prawdopodobnie wróci do swojego macierzystego sądu: Rejonowego dla m.st. Warszawy, natomiast Iwaniec do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Nie od razu, bo musi im zostać wyznaczony przez prezesa – po zaopiniowaniu przez Kolegium Sadu – zakres obowiązków. Pytanie, czy ich także nie spotka front odmowy? Wszystkich sędziów – bohaterów afery – jest dwunastu.

Wreszcie na aferę zareagowała nawet neo-KRS. Najpierw jej prezydium, a potem przewodniczący Leszek Mazur wydali pryncypialne oświadczenia, stwierdzając, że jeśli doniesienia o aferze „potwierdzą się”, to sędziowie, którzy w takim zorganizowanym hejcie brali udział, nie mogą być uważani za osoby mające przymiot nieskazitelnego charakteru, powinni złożyć urząd w KRS i zostać wydalonymi z zawodu.

Wczoraj zaś KRS zawiesiła przesłuchania kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego. Wśród oceniających jest trzech bohaterów hejterskiej afery: sędziowie Dariusz Drajewicz, Jarosław Dudzicz i Maciej Nawacki. W dodatku Drajewicz zgłosił swoją kandydaturę do SN.

Kilka dni wcześniej – co jest zaskoczeniem – prezydium neo-KRS wezwało jego i innego członka neo-KRS, sędziego Rafała Puchalskiego, do wycofania kandydatur: „Prezydium Krajowej Rady Sądownictwa negatywnie ocenia fakt zgłoszenia się członków KRS: Pana Dariusza Drajewicza i Pana Rafała Puchalskiego – sędziów sądów rejonowych, na stanowiska sędziów Sądu Najwyższego, dokonane z pominięciem dwóch szczebli sądownictwa powszechnego. Prezydium oczekuje, że wskazani sędziowie wycofają zgłoszenia na stanowiska sędziów SN albo niezwłocznie zrzekną się mandatów członków KRS”.

To, że sędziowie z prezydium neo-KRS stali się wrażliwi na kwestie etyki sędziowskiej, jest zaskakujące, zważywszy na dotychczasową działalność neo-KRS i sposób jej powołania. Ale może to być też sygnał, że władza polityczna naprawdę przesadziła. Że ugodziła w jakiś fundament sędziowskiej godności. Albo że sędziowie z neo-KRS czują wiatr politycznej zmiany.

Lada tydzień spodziewany jest wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE – ma się odnieść do legalności powołania neo-KRS i tego, czy jej działalność może być uznana za działanie na rzecz niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A także w sprawie zgodności z tymi zasadami działalności Izby Dyscyplinarnej SN. Jeden z jej członków, Konrad Wytrykowski, też jest bohaterem afery hejterskiej.

Wszyscy wymieniani w kontekście afery zaprzeczają, że brali w niej udział.

Samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu!

Przed trzema laty, u zarania „dobrej zmiany” w polskich szkołach, opublikowałem w tym miejscu felieton o identycznym tytule. Napisałem w nim, że projekt reformy jest kumulacją bezmyślnej głupoty, której nie wykorzeniła taka sama szkoła, do jakiej chce wrócić Kaczyński, jego wyznawcy i ludzie bezrefleksyjnie wspierający chorą zmianę. Dziś wydaje mi się, że może przesadziłem, że prawdziwą i bardziej prozaiczną przyczyną koszmarnego zamieszania w oświacie jest buńczuczne przekonanie, że wszystko co było przed PiS-em jest złe, bo nie wymyślił tego PiS.

Minister oświaty Dariusz Piontkowski, podobnie jak jego poprzedniczka, zachwyca się dzisiaj stanem oświaty po reformie, ale czyni to inaczej, nie reklamując usług swojego stomatologa. W pocie czoła produkuje oświadczenia, pisma i listy, które dowodzą głównie tego, że premier Morawiecki może nie zasługiwać na laur niedoścignionego mistrza w konkurencji „rzut kłamstwem”. Pan premier miota w tłum bujdy ssane na bieżąco z dużego palucha, czyniąc to na pełnym luzie, z radosnym rozbawieniem i chłopięcą nonszalancją. Natomiast minister Piontkowski przeciwnie, dokleja sobie poważną minę, marszczy czoło i wbija wzrok w rozmówców, podkreślając głębię swoich nieprawd, głoszonych hipnotyzującym tonem współczesnego Kaszpirowskiego.  Kto z nich lepszy – nie wiadomo.

Pan minister często nie dorównuje swemu szefowi ciężarem i rozmiarami głoszonych bredni, ale przerasta go rozmachem i wyobraźnią. – Rekrutacja do szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych na rok szkolny 2019/2020 przebiegała sprawniej niż dotychczas – napisał Dariusz Piontkowski w odpowiedzi na wystąpienie RPO Adama Bodnara w sprawie tzw. podwójnego rocznika. No pewnie! Poszło jak z płatka, a jeśli jeszcze coś nie gra, jeśli są jakieś pretensje, to proszę się czepiać samorządów. Opanowane przez opozycję nie dość, że sabotują fantastyczną reformę, to jeszcze okazują się pazerne, żądając obiecanego zwrotu wydatków. Co z tego, że rząd miał opłacić koszty nakazanych zmian? Miał, ale nie ma. Nie ma z czego, po prostu. Przecież przed wyborami trzeba dać ludziom jakiś kolejny „plus”, a poza tym już obiecano Polakom, że nowy budżet dopnie się bez zadłużenia…

Zdaniem pana Piontkowskiego samorządom wydaje się, że mają do czynienia z jakąś tam zwykłą reformą, a tymczasem jest to wielki cywilizacyjny projekt, w dodatku realizowany na wyraźne żądanie elektoratu! Pisze o tym minister do prezydenta Warszawy wyjaśniając, że „poprzedni system edukacyjny był negatywnie oceniany przez społeczeństwo”. Warto zatrzymać się na chwilę przy tym argumencie, bo nie wiedzieć czemu nawet przytomni dziennikarze i łebscy politycy opozycji łykają owo fundamentalne łgarstwo jak roztargniony bocian żmiję. Po raz kolejny, zresztą.  To prawda, że społeczeństwo domagało się zmian w sądach i że do reformy upoważniło PiS. Tyle że PiS zamiast skrócić procedury i wprowadzić inne zmiany przez suwerena oczekiwane, dokonał zmian nieoczekiwanych, służących jedynie umocnieniu swojej władzy, pogarszających jeszcze sytuację wyjściową. Również twierdzenie, że sytuacja w oświacie, którą oglądamy obecnie i którą w pełnej krasie zobaczymy niedługo, jest realizacją oczekiwań zbulwersowanych dzisiaj rodziców i znerwicowanych dzieci, przekracza granice zwykłego kłamstwa: jest bezczelnym oszustwem.

Minister Piontkowski dwoi się i troi, by usprawiedliwić demolkę polskiego systemu oświatowego. W tym celu występuje na licznych konferencjach i spotkaniach, gdzie przekonuje, że za poprzedników oświata miała się fatalnie, przy obecnej władzy sytuacja jest znakomita, a będzie jeszcze świetniej, bo „celem wprowadzanych zmian jest stworzenie szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji, szkoły dającej solidne fundamenty wiedzy i wspierającej rodzinę w jej wychowawczej funkcji”. Jego zdaniem wdrażaną u nas reformę oświaty można bez fałszywej skromności nazwać modelową i życzyć należy krajom zachodnim, by swoje lewackie, niesprawne i przestarzałe systemy co prędzej wymieniły na polski nowoczesny model oświaty.  A jaka jest prawda? Jeszcze pięć lat temu prestiżowy ranking Pearsona wykazywał, że Polska ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie. W trakcie drugiej kadencji rządów PO-PSL awansowaliśmy z 14 na 10 miejsce na świecie i piąte w Europie. A potem, po rozpoczęciu deformy PiS,  prestiż polskiej oświaty runął na łeb, na szyję. W roku ubiegłym, w rankingu Worldwide Educating For the Future  (Edukacja dla przyszłości), Polska zajęła dopiero 27 miejsce wśród 50 analizowanych krajów. Wyprzedziła nas nie tylko Rosja, ale również Ghana.

Wiem, że z obecną władzą nie wygra się na statystyki i rankingi, bo tajne badania i sondaże rządzących zawsze będą, lepsze, dokładniejsze, prawdziwsze i mniej lewackie. Jednak różnice między polskim a jakimś zachodnim systemem oświatowym łatwo wykazać na konkretnych przykładach. Tak się złożyło, że dwoje dzieci z mojej rodziny zamieniło na rok podstawówkę w powiatowym mieście Polski centralnej na „równoległą”, usytuowaną w niemieckim mieście średniej wielkości. Rok szkolny rozpoczął się tam w połowie sierpnia – o dziwo – bez apelu, bez podniosłych przemówień, bez powitań przedstawicieli władz i parafii. Na „dzień dobry” dzieci otrzymały „dzienniczek” z rzeczową wiadomością na pierwszej stronie, że w szkole nie ma miejsca na obelgi, przemoc, seksistowskie komentarze i rasizm – i zakaz ten rzeczywiście jest bezzwłocznie i bezwarunkowo egzekwowany.

W polskiej szkole na początku roku cytowano dzieciom górnolotne i średnio zrozumiałe fragmenty statutu o „podtrzymaniu poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej poprzez: a) organizowanie i udział w uroczystościach z okazji świąt państwowych i kościelnych; b) eksponowanie i szanowanie symboli narodowych w pomieszczeniach szkolnych; c) organizowanie lekcji religii…”. A w obecnej szkole, zamiast troski o „tożsamość narodową i religijną” dzieci otrzymały zapewnienie, że szkoła dba o życzliwą atmosferę” oraz pragnie wspierać uczniów „w nauce życia społecznego opartego na szacunku i wzajemnej odpowiedzialności”. Rodzice natomiast dostali list, w którym tamtejszy minister oświaty (nawiasem mówiąc profesor doktor habilitowany) przypomniał, ze głównym zadaniem szkoły, oprócz przekazania niezbędnej wiedzy, jest wychowanie dzieci i młodzieży „w duchu demokracji i poszanowania konstytucji”.

W nowej szkole klasy są kilkunasto-, najwyżej 20-osobowe. Nie ma tam świetlicy, ale po lekcjach dzieci są pod opieką wychowawców odpowiedzialnych za zajęcia popołudniowe i mogą samodzielnie korzystać ze wszystkich zawsze otwartych pomieszczeń szkoły lub bawić się zewnątrz, na ogrodzonym terenie. Mogą też wybrać sobie nawet po kilka spośród kilkunastu bezpłatnych zajęć, realizowanych po lekcjach na terenie szkoły. W ofercie zajęć dodatkowych znaleźć można np. ratownictwo i pierwszą pomoc, ochotniczą straż pożarna oraz szkolenie w zakresie „negocjacji i rozwiązywania konfliktów”. Absolwenci tego kursu otrzymują odznakę i mediują między skłóconymi uczniami, którzy sami zwracają się do nich o rozstrzygnięcie sporu. Ba, wsparcia u młodych negocjatorów szukają również nauczyciele!

W szkole polskiej na zajęciach wychowania fizycznego chłopcy i dziewczynki ćwiczyły osobno, przy czym dziewczynki nie biegały, żeby się nie spocić, i nie trenowały zbyt intensywnie, bo – jak mówiła nauczycielka – od tego mięśnie rosną, a umięśniona dziewczynka nie wygląda dobrze. W szkole obecnej dzieci ćwiczą wspólnie i razem grają w koedukacyjnych drużynach. W polskiej szkole do sprzątania klasy angażowane były tylko dziewczynki, a zdarzyło się, że nauczycielka kazała im zrobić porządki w piórnikach chłopców z uzasadnieniem, że przecież będą niedługo żonami i matkami… W obecnej szkole sprzątają po sobie wszyscy, a na obowiązkowych lekcjach gotowania i nauki szycia z równym zapałem pracują zarówno chłopcy, jak i dziewczynki . W szkole polskiej odbywały się regularne uroczystości religijne z obowiązkowym udziałem wszystkich uczniów, opiekunem samorządu była katechetka, rekolekcje traktowane były jak planowe zajęcia szkolne (nauczyciele prowadzili dzieci do kościoła i pilnowali, by odbyły tam wielkopostną spowiedź), a w miejsce Halloween ogłoszono szkolny „dzień aniołka” podczas którego dzieci przebierały się za świętych, w tym za o. Kolbego w pasiaku. W obecnej szkole podczas obowiązkowych lekcji religii (lub etyki) nie uczy się pobożności, lecz przekazuje wiedzę religioznawczą z wyraźnym przesłaniem, by wdrażać i umacniać szacunek dla ludzi innych wyznań lub osób bezwyznaniowych.

A na koniec jeszcze jedna różnica między świetnym, zreformowanym i na wskroś nowoczesnym systemem szkolnictwa polskiego, a zdegenerowanym i skażonym polityką gender modelem zachodnim.  Moje przykładowe (chociaż najprawdziwsze) dzieci nie otrzymują w obecnej szkole zadań domowych, nie wkuwają wieczorami tego, czego nie zdążyli ich nauczyć w czasie lekcji. Z niezrozumiałych powodów udaje się tam zrealizować program nauczania wyłącznie w szkole. Jeden Pan Bóg wie dlaczego we wspomnianym już rankingu „Edukacja dla przyszłości” Niemcy zajmują 7 miejsce ze stratą ledwie 6 pkt. do zwycięzcy (Finlandia), a Polska uplasowała się 20 miejsc niżej, poniżej średniej światowej, ze stratą aż 29 punktów.