Tag Archives: Angela Merkel

Pisowska władza nie radzi sobie ze szczepieniami. Jak mamy sobie poradzić, aby nie zdechnąć?

3 Sty

Więcej o tym, jaki chaos panuje w kwestii szczepień >>>

2021 rok może przynieść przemianę w równowadze sił politycznych nie tylko w naszym kraju, ale również na świecie. Nie stanie się to jednak samo. Wymaga to od przeciwników nieliberalnego populizmu rozumienia, jak istotne są emocje społeczne i jak można je zaangażować do codziennej polityki.

Samo nie upadnie

2021 rok może przynieść przemianę w równowadze sił politycznych nie tylko w naszym kraju, ale również na świecie. Nie stanie się to jednak samo. Wymaga to od przeciwników nieliberalnego populizmu rozumienia, jak istotne są emocje społeczne i jak można je zaangażować do codziennej polityki.

Dla liberałów najważniejszym zadaniem w 2021 roku jest budowanie pozytywnych, skoncentrowanych na konkretach i strategicznie przemyślanych programów, jednak muszą pamiętać o tym, że w dobie mediów społecznościowych nie da się dłużej ignorować siły, jaką są emocje.

W dobie strachu, nieufności i niepewności, potrzebni są liderzy, którzy potrafią pracować z emocjami, budując na nich odwagę, solidarność i kreatywność – w praktyce, a nie, jak odbywa się to dzisiaj – w retoryce.

Należy się cieszyć, że w USA Joe Biden dowiódł, iż liberałowie mogą wygrywać także “w czasach zarazy”. Do zrobienia jest jednak o wiele więcej, ponieważ stawką jest nie tylko to, jaki będzie rok 2021, ale także, jaki ostatecznie charakter będzie miało XXI stulecie.

Esej politolożki Karoliny Wigury >>>

O rany, to już 2021, a my wciąż w czarnej dziurze. Zjednoczona Prawica wciąż radośnie będzie nas wprowadzać w autorytarną państwowość, w której pierwsze skrzypce będzie odgrywać Polska Instytucja Kościelna, takie stworki jak Ordo Iuris, takie potworki jak niejaki Bąkiewicz, prezes i takie tam ludki, które w normalnych warunkach by się nie uchowały.

Zamiast jednak patrzeć do przodu i dywagować, co nas czeka, jak i po co, skupmy się na podsumowaniu tego paskudnego roku 2020. Pozwolę sobie przedstawić taki mój osobisty, bardzo zapewne subiektywny, ranking zdarzeń i zjawisk, które stały się dla mnie symbolem minionego roku. Nie ukrywam, że miałam ogromny problem z wyborem, bo przecież tych „kwiatków” od groma i trochę się uzbierało, ale posiedziałam, pomyślałam, przeanalizowałam i mam! I zapraszam, licząc, że sami też coś jeszcze dorzucicie od siebie.

Felieton Tamary Olszewskiej >>>

Eksperci od modelowania epidemii: „W optymistycznym scenariuszu stopniowy powrót do normalności może nastąpić dopiero pod koniec 2021 r. Trzecia fala jest bardzo prawdopodobnym zagrożeniem”.

Dużo więcej o zagrożeniach koronawirusa w 2021 roku >>>

W przyrodzie jest 1,7 mln wirusów, z których połowa może zakażać człowieka. Co roku przybywa 5 odzwierzęcych chorób. Wraz z utratą bioróżnorodności ryzyko nowych pandemii będzie rosnąć – ostrzega Edwin Bendyk* w przejmującym tekście o przyszłości świata i zadaniach na nowe 10-lecie.

Katastroficzny tekst Edwina Bendyka >>>

Dlaczego Polacy odwracają się od PiS? I co mówi na ten temat historia? PiS powtarza cykl polskich elit politycznych: składają ludowi obietnice, których nie mogą dotrzymać, nieodwracalnie tracą popularność i ustępują nowym elitom – pisze na Nowy Rok autor „Ludowej historii Polski”.

O tym, dlaczego i kiedy ludzie kopną w dupę Kaczyńskiego i jego ferajnę >>>

Negocjacje Brexitu, budżetu UE i Funduszu Odbudowy pokazały, że Berlin nie będzie walczył za wszelką cenę o spójność Unii. Co najwyżej zrobi to, co niezbędne, aby strefa euro przetrwała, bo poza strefą UE się dezintegruje – o kulisach prezydencji niemieckiej pisze dla OKO.press prof. Klaus Bachmann..

Politycy PiS mogą nazywać Angelę Merkel dyktatorem Europy, która rozkazuje niemieckim mediom oczernianie PiS, ale kiedy na arenie międzynarodowej stoją pod ścianą, to i tak liczą na to, że ona ich stamtąd wyprowadzi i pomoże im zachować twarz.

Esej prof. Klausa Bachmanna >>>

Rok 2020 był bez wątpienia rokiem Jarosława Kaczyńskiego. A powtarzalność jego działań przy okazji każdego wywołanego przez siebie kryzysu jest uderzająca. I pozwala do pewnego stopnia przewidzieć jego zachowanie w czasie kolejnych lat – pisze Cezary Michalski.

Bardzo ciekawy, ale niezbyt optymistyczny esej Cezarego Michalskiego >>>

 

 

Cynizm Kaczyńskiego ws. wyborów, zagrożenie śmiercią nic nie znaczy dla tego tchórza

21 Mar

Aż Jarosław Kaczyński dał głos w RMF FM, tylko dlatego, że upychają kolanem datę wyborów majowych na prezydenta.

Teraz wszystko będzie z tym związane. Aby wytrwać do 10 maja. Nawet liczba zakażonych i ofiar koronawirusa będzie zaniżana, a może nawet nie podawana, jak już stało się w jednym województwie.

W Polsce nie jest zdecydowanie mniej zakażonych wirusem niż w Niemczech, u naszych sąsiadów testy na koronawirusa są powszechne, a u nas bardzo, bardzo niewiele dla nielicznych. Stąd tak mało u nas zakażonych, a zmarłych wpisuje się po inną przyczynę zejścia.

Na pewno idzie kryzys gospodarczy, upadną przedsiębiorstwa i nawet całe branże. Na pewno zmienią się zachowania społeczne, takie doświadczenie zarazy dostaje trwały stempel zachowań.

PiS zostanie wywieziony z pałaców władzy taczkami, bo sobie nie poradzą ze strachem ludzi i zarazą. Kaczyński na taczce wywijający nóżkami jak żuczek przewrócony na grzbiet (obrazek prima sort), Morawieckiemu nie pomogą miliony skręcone z Kościołem i bankami, nie spieprzy do jakiegoś raju podatkowego, tylko taczka i tabliczka na szyi: „Mitoman”.

Czy tak będzie? To możliwy scenariusz.

Premier Morawiecki i minister Szumowski proklamowali w Polsce stan epidemii. Daje on władzom centralnym nowe uprawnienia w walce z pandemią koronawirusa. To kolejny krok w stronę rzeczywistości stanu nadzwyczajnego bez jego formalnego wprowadzenia: teoretycznie rząd może ogłosić Warszawę zamkniętą „strefą zero”, a wybory 10 maja i tak się odbędą.

Więcej o stanie epidemii >>>

Duńczycy pokrywają 75 proc. pensji pracownikom, Brytyjczycy – 80 proc. Francja i Hiszpania zwalnia z opłat za prąd i gaz. Szwedzi odraczają spłatę podatków dla firm o rok, co będzie ich kosztować 6 proc. PKB. Na tle innych krajów polskie recepty dla firm i pracowników to mało. Co nie przeszkadza rządowemu samochwalstwu.

Zamrożenie kontaktów to jedno, a ratowanie gospodarki to zupełnie inna sprawa. Tymczasem premier Mateusz Morawiecki twierdzi, że:

Więcej o mitomaństwie Morawieckiego >>>

„Mimo tego, że nigdy jeszcze czegoś takiego nie doświadczyliśmy, musimy pokazać, że umiemy działać z sercem i racjonalnie, a tym samym ratować życia. Zależy to od absolutnie każdego z nas, bez wyjątków” – mówiła w orędziu kanclerz Niemiec Angela Merkel.

Angela Merkel: Ludzie muszą rozumieć, co robi władza

Drodzy współobywatele,

Koronawirus dramatycznie zmienia teraz życie codzienne w naszym kraju. Nasze ideały normalności, życia publicznego, wspólnoty społecznej, przechodzą próbę jak nigdy dotąd.

Miliony z was nie mogą chodzić do pracy, wasze dzieci nie mogą chodzić do szkół czy przedszkoli; teatry, kina i sklepy są zamknięte. A co być może najtrudniejsze, brakuje nam wszystkim interakcji społecznych, które do tej pory traktowaliśmy jako rzecz oczywistą. Zrozumiałym jest, że każdy z nas ma w takiej sytuacji wiele pytań i niepokojów na temat nadchodzących dni.

Pełne orędzie męża stanu Angeli Merkel >>>

Koronawirus atakuje nie tylko układ oddechowy, ale całą tkankę społeczną. Prowokuje rozmaitych polityków do snucia wizji o państwie nieustannego stanu wyjątkowego, gdzie kontroli poddaje się wszystkich pod pretekstem zapewnienia im bezpieczeństwa – mówi Donald Tusk, przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej, były szef Rady Europejskiej i premier Polski.

Wywiad z Donaldem Tuskiem >>>

Wywiad z Kaczyńskim >>>

Tadeusz Rydzyk zaapelował o pomoc finansową dla założonych przez niego mediów, zwłaszcza Radia Maryja i Telewizji Trwam. Duchowny podkreśla, że coraz trudniej jest im przetrwać, zwłaszcza w czasie epidemii koronawirusa.

Tutaj definicja skurwysyna >>>

Dziś ktoś, kto robi skrajne pod względem prymitywizmu maseczki za 25 złotych, zarobi majątek. Przyjdą tacy ludzie. W Polsce nie ma starych pieniędzy, ale w Ameryce są. Stare pieniądze padną, nowe pieniądze przyjdą. To jest właśnie wielka zmiana społeczna. A nowi ludzie to są jednak zawsze trochę barbarzyńcy – mówi w rozmowie z Przemysławem Szubartowiczem prof. Marcin Król, filozof, historyk idei, publicysta. – Ujawni się pewien stopień ukrytego barbarzyństwa. Będą więc nowi barbarzyńcy i ludzie niepotrzebni, którzy nie znajdą nowej pracy, nawet gdy minie zaraza – dodaje

Wywiad z prof. Marcinem Królem >>>

Prawdopodobnie w Polsce wzrost PKB spadnie w okolice zera, ale nie będzie to długotrwała recesja. Nastąpi potężny wzrost zadłużenia publicznego i oczywiście kompletny rozpad fikcji, jaką jest stwierdzenie, że finanse publiczne w Polsce były w bardzo dobrym stanie – mówi ekonomista, prof. Witold Orłowski. Pytamy też o tarczę antykryzysową rządu. – Kluczowa jest szybkość działania. Kilka tygodni zajęło rządowi opracowanie pakietu, ma być wdrożony za kolejne 2 tygodnie, pytanie, ile czasu minie zanim do przedsiębiorstw dotrą pierwsze pieniądze. Jeśli mówimy o zagrożeniu bankructwem, to szybkość działania jest często ważniejsza, niż skala tego działania – podkreśla. I dodaje: – Przez ostatnie lata zostały przejedzone wszystkie rezerwy, które były w finansach publicznych, i w związku z tym dzisiaj finansowanie walki z epidemią może się odbywać tylko w drodze zaciągania długów.

Wywiad z prof. Witoldem Orłowskim >>>

Duda nie dość, że lansuje się na epidemii w sensie nadchodzących wyborów, to także naraża siebie i otoczenie.

Kiedy wszyscy siedzą w domu i słuchają komunikatów o testach, co to ich u nas dostatek, ale na razie starcza dla zaledwie 16 procent potencjalnie zarażonych, pan prezydent peregrynuje po kraju. A to wstąpi przejazdem do szpitala Garwolinie. A to znów odwiedzi z gospodarską wizytą zakład Orlenu w Jedliczach.

Cały felieton Bożeny Chlabicz-Polak >>>

Rząd PiS bawi się z nami w ciuciubabkę i funduje pokaz pozoranctwa na najwyższym, partyjnym szczeblu.

Mija już kilka dni od konferencji panów Morawieckiego i Dudy, na której zaprezentowali oni z dumą tzw. tarczę antykryzysową, która ma nam pomóc przejść przez gospodarkę ostro nadgryzioną koronawirusem. Nie ukrywam, że wciąż pozostaję w szoku i nie rozumiem, jak rząd może tak bawić się z nami w ciuciubabkę. Padło tyle pięknych słów, tyle obietnic, ale pod nimi niewiele się kryje. Czy naprawdę ci panowie uważają, że te ogólniki, które nam przedstawili wystarczą, by uwierzyć, że wreszcie wymyślili coś sensownego i rzeczywiście dobrego?

Felieton Tamary Olszewskiej >>>

Pisizm i faszyzm. Z życia pasqud 26

21 Lip

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Kaczyński buduje niedemokratyczne państwo bezprawia

1 Sty

politicalcapital.hu/wp-content>>>

Tam gdzie zanika autorytet pojawia się siła, a tam gdzie i siła zanika rządzi rozpaczliwy nakaz

Episkopat przypomniał właśnie wiernym, że uczestnictwo w mszy 1 stycznia jest obowiązkowe! Co to znaczy i o jaki rodzaj obowiązku chodzi? Czy chodzi o obowiązek prawny, instytucjonalny czy moralny?

Kościół mimo swojej niekwestionowanej potęgi politycznej nie ma na razie zdolności prawnych; prawo naturalne, w które ma ponoć wgląd, należy do porządku boskiego a nie ludzkiego i funkcji prawa pozytywnego nie może pełnić. To znaczy: nie może w krajach demokratycznych, w fundamentalistycznych – jak najbardziej, choć w Polsce coraz częściej słychać i to nie tylko z ust hierarchów ale również polityków, że prawo boże jest ponad konstytucją i ponad prawem ludzkim.

Póki co prawo pozytywne, które obowiązuje obywateli jest stanowione przez sejm a nie kościół (na razie). Kościół może przypominać wiernym o obowiązkach moralnych, jakie wynikają z przyjętej przez nich wiary ale nakładać na nich nowych zwłaszcza trybem – ex katedra – nie powinien. Specyfika obowiązków moralnych polega na tym, że są one uwarunkowane wolnością. Mówiąc inaczej: obowiązki moralne mają tylko wolni ludzie a zobowiązanie moralne musi być zaakceptowane przez sumienie (niekoniecznie religijnej natury). Znaczy to, że żadna instytucja, żaden człowiek nie może powiedzieć do mnie „musisz!” w sensie moralnym. Oczywiście wiele instytucji i wiele osób może wywierać na mnie przymus, kazać mi, zlecać, karać, szantażować (jak nie pójdziesz na mszę to nie będziesz zbawiony, lub gorzej: ksiądz potępi cię z ambony), może nawet powiedzieć „twoim moralnym obowiązkiem jest”, ale wypowiedź ta będzie pełniła jedynie funkcję rady lub wskazówki.

Kościół powinien być instytucją, do której ludzie się garną z powodu posiadanej wiary, powinien być ostoją, wsparciem, drogowskazem moralnym ale takim, który raczej chodzi po drogach, które wskazuje niż stoi w miejscu lub idzie w przeciwnym kierunku. Tymczasem kondycja moralna Kościoła jest dziś odwrotnie proporcjonalna do jego siły politycznej i ekonomicznej a księżą bynajmniej nie stanowią wzorców obyczajowych dla swoich wspólnot.

Nieuzasadnione (poza prawem) i rażąco ostentacyjne bogacenie się kościoła, afery pedofilskie, ksenofobia, partyjne zaangażowania (trudno dziś powiedzieć, czy to PiS jest Kościołem czy Kościół jest PiS) – wszystko to powoduje, że pozycja moralna jak i siła moralnego oddziaływania Kościoła jest bardzo nikła. Być może więc będziemy świadkami bardzo przyśpieszonej laicyzacji, której towarzyszyć będzie wojskowy tryb zarządzania wiernymi. Bo tam gdzie zanika autorytet pojawia się siła, a tam gdzie i siła zanika rządzi rozpaczliwy nakaz.

Orędzie Dudy to narodowa grafomania: zestaw 9 rocznic ma „przypomnieć nam samym i światu, jak wielki jest polski duch wolności”. Ani słowa o UE, o świecie, o ekologii. Zero problemów! Ten infantylizujący przekaz kontrastuje z orędziem kanclerz Merkel, która dzieli się obawami i opisuje zagrożenia. Trump jest nakręcony jak Duda i jeszcze śmieszniejszy

Noworoczne orędzie Andrzeja Dudy jest przejawem „polityki infantylizującej”, w której Głowa Państwa traktuje obywateli jak dzieci na apelu w szkole podstawowej. Zamiast refleksji o tym, co dzieje się w Polsce, Europie i świecie, słodko uśmiechnięty prezydent na tle choinki i dwóch flag (polskiej i unijnej) głosi Polkom i Polakom, że

rok 2018 był „wyjątkowy”, a następny będzie jeszcze lepszy, bo „znów przypomnimy sobie i światu jak wielki jest polski duch wolności”.

Służyć temu mają rocznice heroicznych wydarzeń. Jest ich bez liku.

Już 100. rocznica odzyskania niepodległości była „wielkim świętem polskiej wolności i narodowej dumy”. Prezydent rozpływa się nad „wspaniałą atmosferą tych dni, gdy podobnie jak w roku 1918, gromadziliśmy się pod biało-czerwoną flagą”.  To mocno liryczna  opowieść o kontrowersyjnym Marszu Niepodległości 11 listopada 2018.

W wystąpieniu, które trwało 155 sekund Duda zdołał wymienić kolejne osiem rocznic (od sasa do lasa), które będziemy obchodzili w 2019 roku:

  • stulecie powstania wielkopolskiego oraz
  • pierwszego z trzech powstań śląskich,
  • 80. rocznica wybuchu II wojny światowej,
  • 20-lecie członkostwa Polski w NATO,
  • 450. rocznica zawarcia Unii Lubelskiej [1569 – red.],
  • 15-lecie przystąpienia RP do Unii Europejskiej,
  • 40-lecie „pierwszej pielgrzymki Papieża Polaka do Ojczyzny”,
  • 30-lecie „przełomowych wyborów z 4 czerwca 1989 roku, w szczególności pierwszych wolnych wyborów do Senatu”.

Ostatni punkt może zaskakiwać w ustach propisowskiego polityka. We wrześniu 2018 Duda mówił, że „to nie była zdrowa Polska, jeżeli polski parlament niby po przełomie wybiera komunistycznego dyktatora na pierwszego prezydenta III Rzeczypospolitej”. Snuł fantazje, że gdyby doszło do krwawej rewolucji zamiast kontraktowych wyborów, to „pozostałości komunizmu nie zatruwałyby do dziś życia publicznego”.

W lirycznej wizji orędzia dla grzecznych Polek i Polaków pada zapewnienie, że „pod biało-czerwoną flagą jest i zawsze będzie miejsce dla każdego z nas”, co z kolei stoi w sprzeczności z normalną narracją tego samego Dudy. W noworocznym wywiadzie dla TVP Duda – również 31 grudnia – wyrzekał na „zepsute środowisko sędziowskie”, które występuje przeciw „interesowi Polski i Polaków (…)  ponieważ wielu z nich traci przywileje przy tej okazji [reform sądowniczych]”.

Duda wspomina ogólnikowo o wyborach w 2019 roku, które wymagają „odpowiedzialności ze strony polityków wszystkich opcji”, a kampania wyborcza to „dobry czas na merytoryczną dyskusję o przyszłości Polski”. A na koniec apeluje, by „nie szczędzić współobywatelom przejawów zwykłej ludzkiej serdeczności”.

W krótkim wystąpieniu 12 razy pada słowo polski lub narodowy, a mowa jest pełna banalnych sformułowań typu „im więcej dajemy, tym więcej dostajemy” i zwrotów o wyciąganiu „pomocnej dłoni”. Ale najbardziej uderzający jest brak jakiejkolwiek szerszej refleksji o sytuacji kraju, Europy czy świata.

Całe przesłanie wyczerpuje się w liście rocznic, jakby miały one większe polityczne znaczenie. Zbanalizowane ple-ple o „wielkiej przeszłości Polski” zastępuje rozmowę o sytuacji, w jakiej Polska się znajduje w Europie, która przechodzi trudny czas, pozostając w konflikcie z władzami UE, o świecie, w którym zarówno demokracja, jak kapitalizm przeżywają kryzys, o zagrożonej przyszłości globu zatruwanego przez cywilizację.

Wszelkie problemy znikają. Rok 2018 był „wyjątkowy”, a następny będzie jeszcze lepszy, bo będzie jeszcze więcej rocznic, które „nam samym i światu” pokażą, jak wspaniałym jesteśmy narodem.

Nędzę prezydenckiego orędzia widać szczególnie wyraźnie na tle tego, co powiedziała w orędziu noworocznym kanclerz Angela Merkel.

Angela Merkel: W wyjątkowo trudnym 2019 roku musimy obronić nasze wartości

W siedmiominutowym przemówieniu kanclerz Niemiec mówiła o 2019 r. jako „politycznie wyjątkowo trudnym”. Wspomniała, jak ciężko było sformować rząd po wyborach 2017 roku. Zapowiedziała, że pozostanie na stanowisku do wyborów 2021, niezależnie od tego, jak „niezadowalający był rok 2018”. Mówiła o wyzwaniu, przed jakim staje na świecie demokracja, o „kluczowej kwestii zmian klimatycznych”, o „imigracji i terroryzmie”.

„Chcemy rozwiązać te kwestie zgodnie z  naszym interesem, ale najlepiej to osiągniemy biorąc pod uwagę interes innych” – wyraziła zdanie, które dla polityków prawicy brzmi jak herezja.

Merkel mówiła też o zagrożeniu polityki współpracy po obu stronach Atlantyku i podkreślała, że w tej sytuacji „musimy twardo stać w obronie naszych demokratycznych wartości, przekonywać do nich i ich bronić”.

Niemcy będą dążyły do uczynienia Unii Europejskiej  „mocniejszej i bardziej sprawczej”, starając się podtrzymywać „bliskie partnerstwo z Wielką Brytanią mimo jej wyjścia z UE”. W kontekście majowych wyborów do parlamentu UE wezwała swych rodaków, by wspierali UE jako „projekt pokoju, dobrobytu i bezpieczeństwa”

Zapowiedziała walkę – jeszcze mocniejszą – o „nasz sposób wspólnego życia i nasze wartości otwartości, tolerancji i szacunku”.

Klimat polityczny w 2018 w Niemczech pogorszył się, ale Merkel wyraziła nadzieję, że „wydarza się dobre rzeczy, jeśli będziemy wierzyć w nasze wartości i energicznie wprowadzać w życie nasze pomysły”.

Na koniec obiecała, że rząd będzie dążył do bardziej sprawiedliwych warunków życia  i zapewni każdemu  dostęp do edukacji, mieszkania i opieki zdrowotnej.

Różnice są uderzające:

  • Duda skupił się na heroicznej przeszłości, Merkel – na teraźniejszości i przyszłości;
  • Duda rozwijał narrację nacjonalistyczną, obsadzając „świat” w roli tego, który ma Polskę podziwiać; Merkel – mówiła z perspektywy Europejki i obywatelki świata, pokazując, że niemiecki interes wymaga spojrzenia globalnego;
  • Duda wychwalał Polskę i Polaków i opisywał lepszą przyszłość, Merkel dzieliła się swymi obawami i wskazywała na porażki;
  • Duda był ogólnikowy i cukierkowy, Merkel – jak na tego typu wystąpienie – konkretna i serio.

O szóstej rano największy niepokój mogą odczuwać wszyscy urzędnicy, którzy byli funkcjonariuszami publicznymi w czasach rządów PO-PSL i postawienie im jakichkolwiek zarzutów może być wygodne ze względów politycznych – mówi w rozmowie z nami Piotr Niemczyk, zastępca dyrektora Zarządu Wywiadu UOP w latach 1993-94, były wiceminister gospodarki, działacz opozycji w czasach PRL, ekspert z zakresu bezpieczeństwa. – Najbardziej spektakularnym przykładem tego, że obecna władza troszczy się nie o bezpieczeństwo obywateli, tylko o pilnowanie własnego dobrego samopoczucia i interesów, jest przekształcenie Biura Ochrony Rządu w Służbę Ochrony Państwa, która otrzymała dodatkowe uprawnienia do czynności operacyjno-rozpoznawczych. To zaczyna być wiodąca służba antyterrorystyczna, której zadania pokrywają się często z działaniem ABW, a to wprowadza chaos. Myślę, że można śmiało postawić tezę, że w tym scenariuszu zmierzamy w stronę państwa policyjnego, w którym policjant jest ślepym wykonawcą politycznych poleceń – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Kto puka do drzwi o szóstej rano?

PIOTR NIEMCZYK: W sprawach politycznych? Najczęściej Centralne Biuro Antykorupcyjne, ale bywają też policjanci z wezwaniami albo z zadaniem „doprowadzenia”. Ostatnio po to, aby zatrzymać i doprowadzić na przesłuchanie 5 byłych urzędników KNF. To bardzo ważne i niepokojące wydarzenie. Można wskazać dwie grupy osób, które są przez większość parlamentarną i służby podległe rządowi objęte szczególnym zainteresowaniem.

Z jednej strony są to politycy opozycji, na których szuka się haków, a z drugiej strony pracownicy aparatu państwowego, którym zarzuca się na przykład niewłaściwe wykonywanie obowiązków służbowych. Przy czym rozliczanie urzędników i funkcjonariuszy zaczęło się wcześniej – wszyscy szefowie służb specjalnych, oprócz Dariusza Łuczaka, mają postawione zarzuty, które wyglądają na absurdalne i wyciągnięte z sufitu.

O 6 rano największy niepokój mogą odczuwać wszyscy urzędnicy, którzy byli funkcjonariuszami publicznymi w czasach rządów PO-PSL i postawienie im jakichkolwiek zarzutów może być wygodne ze względów politycznych.

Czyli dowody nie są potrzebne?
W przypadku polityków wynajdywane są jakieś dziwne zeznania czy wręcz pomówienia osób objętych sprawami korupcyjnymi, ale w przypadku byłych urzędników chyba nikt się dowodami nie przejmuje. Najbardziej kuriozalnym przykładem są zarzuty postawione byłemu wiceministrowi finansów Jackowi Kapicy. Oskarżono go o wyprowadzenie z budżetu państwa 21 mln zł, tylko nie wiadomo, przez kogo, dla kogo i jak. Chodzi nie tylko o zwalczanie przeciwników politycznych, którzy są aktywni na forum publicznym.

Władza chce też pokazać, że każdy, kto był związany z poprzednią ekipą rządzącą, też może podlegać rozliczeniom, nawet jeżeli nie ma do tego żadnego obiektywnego powodu.

„Szósta rano. Kto puka? Jak ojczyzna Solidarności zmienia się w państwo policyjne” – to tytuł pana książki. Zmieniamy się w takie państwo, czy już nim jesteśmy?
szosta-rano-kto-puka-jak-ojczyzna-solidarnosci-zmienia-sie-w-panstwo-policyjne-piotr-niemczyk
Nikt do tej pory nie zdefiniował pojęcia państwa policyjnego (albo ja na taką definicję nie trafiłem). To nie jest – wbrew pozorom – państwo dla policji, ale takie, w którym policja, nie oglądając się na formalne i faktyczne podstawy, wykonuje polecenia władzy. Taką definicję podpowiada mi intuicja.

Przeglądałem wiele materiałów z akt sądowych i przyznam, że wyglądają one bardzo niepokojąco. Wielokrotnie też widziałem policjantów, którzy bez żadnych zahamowań, siłą usuwali uczestników legalnej demonstracji. Można twierdzić, że policja działa w interesie społecznym. No nie wiem.

Najbardziej spektakularnym przykładem tego, że obecna władza troszczy się nie o bezpieczeństwo obywateli, tylko o pilnowanie własnego dobrego samopoczucia i interesów, jest przekształcenie Biura Ochrony Rządu w Służbę Ochrony Państwa, która otrzymała dodatkowe uprawnienia do czynności operacyjno-rozpoznawczych (może m.in. zakładać podsłuchy, prowadzić obserwacje i werbować agentów), dodatkowe 1000 etatów i budżet zwiększony o ponad 100 mln zł. To zaczyna być wiodąca służba antyterrorystyczna, której zadania pokrywają się często z działaniem ABW, a to wprowadza chaos. Myślę, że można śmiało postawić tezę, że w tym scenariuszu zmierzamy w stronę państwa policyjnego, w którym policjant jest ślepym wykonawcą politycznych poleceń.

A gdyby te same 100 mln przekazać na dodatkowe etaty i wyposażenie policji, to dopiero wtedy można by mówić o poprawie bezpieczeństwa mieszkających w Polsce ludzi.

Państwo policyjne kojarzy się także z niekontrolowaną inwigilacją obywateli. Służby specjalne mają do tego uprawnienia?
W przypadku kontroli operacyjnej służby mają największe uprawnienia od 30 lat. Ostatnio najwięcej w tej sprawie zmieniły dwie ustawy: tzw. inwigilacyjna z lutego 2016 roku i o działaniach antyterrorystycznych z czerwca tego samego roku, dotycząca rzekomych zagrożeń terrorystycznych. Rozszerzono możliwości prawne i techniczne przede wszystkim do pobierania danych telekomunikacyjnych i internetowych. Policja może teraz, nawet na wszelki wypadek, pobrać wszystkie dane dotyczące konkretnej osoby, na przykład dlatego, że – chociażby pozornie – stanowi dla kogoś zagrożenie albo sama może być zagrożona. To daje właściwie nieograniczone możliwości, bo w świecie cyfrowym (nie tylko w Internecie, ale też urzędowych bazach związanych np. z ubezpieczeniami i ochroną zdrowia) można znaleźć właściwie wszystko. Do tego

ustawa antyterrorystyczna daje ogromne możliwości działania do rozpoznania zachowań „ekstremistycznych”, chociaż samo to pojęcie nie jest jasne i wcale nie musi oznaczać zamiaru stosowania przemocy. Jeżeli ABW uzna, że jakiś portal internetowy przekazuje treści ekstremistyczne, to może go po prostu zamknąć.

Za takie treści można na przykład uznać wezwanie do obywatelskiego nieposłuszeństwa, jeżeli minister właściwy do spraw wewnętrznych uzna to za postawę ekstremistyczną. To jest bardzo niepokojące.

Służby korzystają z tych rozszerzonych uprawnień?
Bardzo niepokojące statystyki sądowe i prokuratorskie na to wskazują – korzystają z nich coraz częściej. Rosną wszystkie liczby dotyczące zarządzania kontroli operacyjnej, która powinna być stosowana do zwalczania najpoważniejszej przestępczości, w tym zorganizowanej.

W sytuacji, gdy od piętnastu lat liczba przestępstw w Polsce malała, to udostępnienie policji dodatkowych uprawnień powinno tym bardziej spowodować spadek liczby groźnych przestępstw. A tak się nie dzieje. Przez ostatnie trzydzieści miesięcy liczba przypadków terroru kryminalnego nawet wzrosła.

Można mieć wątpliwości co do policyjnych priorytetów, a przy okazji trzeba zapytać o umiejętność wykorzystywania technik operacyjnych. Głośny był przypadek policjanta z jednostki antyterrorystycznej, który zginął podczas zatrzymania sprawcy ataku na bankomat. Wygląda na to, że jednostka antyterrorystyczna nie miała właściwych informacji na temat znanego wcześniej członka zorganizowanej, uzbrojonej grupy przestępczej. Jeżeli właściwe komórki policji nie mają takiej wiedzy, to należy postawić pytanie o to, czy w takim razie te dodatkowe uprawnienia są wykorzystywane do walki z przestępczością zorganizowaną. Wiadomo, że nie są wykorzystywane także, o czym świadczą statystyki świadczące o malejącej liczbie postępowań, w przypadku przestępczości ekonomicznej (tych legendarnych już „karuzel vatowskich”). Przypomnę, że

przy okazji reform zlikwidowano najbardziej specjalistyczną komórkę do zwalczania najpoważniejszych przestępstw finansowych – czyli wywiad skarbowy. „Rozwodniono” go w ogólnym pionie zwalczania przestępczości Krajowej Administracji Skarbowej. Z jednej strony rządzący mówią o zwalczaniu zaawansowanych przestępstw ekonomicznych, likwidując jednocześnie najbardziej wyspecjalizowaną komórkę. Brak tu jakiejkolwiek logiki.

To gdzie są wykorzystywane?
W najlepszym przypadku wobec fałszywych priorytetów (jak przerysowane w Polsce zagrożenie terrorystyczne), a w najgorszym w rozpoznaniu obywateli, którzy nie łamią prawa, tylko dochodzą swoich praw konstytucyjnych. Z jednej strony obserwujemy wzrost zaangażowania policji w rozpoznanie zagrożeń i inwigilację obywateli, ale nie widzimy efektów, które potwierdzałyby, że to faktycznie służy zwalczaniu przestępczości. Dlatego statystyki są tak ważne i niepokojące.

Pan czuje się w Polsce rządzonej przez PiS bezpiecznie?
Przed wyborami miałem firmę detektywistyczną, która specjalizowała się w badaniu szarej strefy. Musiałem ją zlikwidować, bo moi klienci otrzymywali wyraźne sugestie, że nie powinni ze mną współpracować. Byłem kilkakrotnie wzywany na przesłuchania do prokuratur w różnych miastach Polski w sprawach, w których nie znałem żadnych okoliczności związanych z podejrzeniem przestępstwa. Życzliwe władzy media chętnie dezawuują moje kompetencje i wydają negatywne świadectwa moralności.

Rzecznik MON wydał komunikat, z którego wynika, że należę do grupy osób „współpracujących z obcymi służbami na szkodę Polski I NATO”. Nie byłem jednak do tej pory zatrzymany i nie mam postawionych zarzutów. Ale nie mam wątpliwości, że jest grupa obywateli – być może się do niej zaliczam – która jest nieustannie monitorowana. Musimy mieć tego świadomość.

Wszyscy byli szefowie służb specjalnych usłyszeli zarzuty. Należy to traktować jako zemstę obecnej władzy?
To bardzo prawdopodobne. Niektórzy byli szefowie kierowali służbami wtedy, kiedy odbierano lub odmawiano wydania poświadczenia bezpieczeństwa politykom PiS-u. Pamiętajmy, że Zbigniew Ziobro o mały włos nie stanął przed Trybunałem Stanu, więc ktoś musiał zgromadzić przeciwko niemu materiał dowodowy; Mariusz Kamiński, Maciej Wąsik i trzech ich podwładnych zostało skazanych na kary więzienia za przekroczenie uprawnień w sprawie afery gruntowej. Okazało się, że wykreowano nieistniejące zagrożenie korupcyjne, w które próbowano uwikłać osoby publiczne, a tego pod żadnym pozorem nie wolno robić.

Prywatna zemsta jest więc prawdopodobna. Z punktu widzenia systemu ważniejszy jest jednak sygnał – bójcie się, bo na każdego można coś znaleźć. Każdy z byłych urzędników, który znalazł się po drugiej stronie politycznej barykady, może być podejrzany. Albo może się przydać do pośredniego chociażby oskarżenia polityka opozycji. Niektórych to paraliżuje.

To wszystko świadczy o tym, że służby są upolitycznione?
Pewnie tego nigdy nie udało się w pełni uniknąć, ale teraz doszło do monstrualnego przerysowania. Porównajmy trzy polityczne sprawy: Józefa Piniora, Stanisława Gawłowskiego i Stanisława Koguta. Wszyscy mają zarzuty korupcyjne, chociaż w przypadku dwóch pierwszych można mieć poważne wątpliwości co do jakości dowodów (przynajmniej tych ujawnionych publicznie). Ale to właśnie w przypadku polityków opozycji regularnie coś wycieka do mediów, a w przypadku polityka PiS – nic. Czyli jeżeli ktoś jest nielubiany, to tajemnica śledztwa nie obowiązuje, a jeżeli ktoś jest powiązany z politykami PiS, to zawsze otrzyma parasol ochronny.

Regularnie słyszymy o zatrudnianiu członków rodzin polityków partii władzy, o ogromnych wynagrodzeniach wypłacanych w spółkach Skarbu Państwa, a CBA jakby tego nie zauważało. Nadal szuka się trupów w szafie poprzedniego rządu, ale nikt nie zastanawia się nad systemem, który powstał w ciągu ostatnich 3 lat. To po prostu „śmierdzi”.

Służby na poważnie nie zajmą się także aferą KNF i SKOK? Nie zostaną wyjaśnione?
Przede wszystkim muszą zostać wyjaśnione, aby uratować jakąkolwiek wiarygodność polskiego rynku finansowego. Przedsiębiorcy inwestujący na rynku regulowanym już zaczęli się w wycofywać z planowanych projektów (widać to po rynku akcji i obligacji) i nic dziwnego. Sprawa KNF-u musi się prędzej czy później zakończyć, bo ma zbyt duży ciężar gatunkowy. Nie jesteśmy Stanami Zjednoczonymi, gdzie Bernarda Madoffa można było skazać w ciągu sześciu miesięcy, więc to kwestia dłuższego czasu.

Myślę, że byłemu szefowi KNF nie uda się wykręcić, ale bardziej niepokojące jest to, że on prawdopodobnie nie działał sam. Problem w tym, że my tej grupy nie poznamy, nie dowiemy się, którzy politycy PiS-u pozwolili na stworzenie sytuacji korupcyjnej. I to oni do tego nie dopuszczą. Nie dowiemy się także, kto, gdzie i kiedy nie dopełnił obowiązku nadzoru nad SKOK-ami.

Postawiono zarzuty tym, którzy sprawę SKOK-ów uratowali, ale nikt nie miał odwagi postawić zarzutów ludziom, którzy mieli ten system wcześniej przez ponad 20 lat kontrolować. No, chyba że zajmie się tym obecna opozycja po wygranych wyborach.

Dlaczego na okładce pana książki „państwo policyjne” ma twarz Zbigniewa Ziobry?
On jest w tym systemie najważniejszy, jego rola jest kluczowa. Nie ma co prawda bezpośredniego nadzoru nad służbami, które mogą wykonywać czynności operacyjno-rozpoznawcze, ale podległa mu prokuratura może zlecić to właściwie każdemu. To zależy tylko od kreatywności jego i jego podwładnych. Ma pełny dostęp do informacji ze śledztw, może decydować o zabezpieczeniach finansowych wobec podejrzanych, a jeżeli prokurator „źle” prowadzi sprawę, to przełożony może mu ją odebrać. Statystki wydobyte przez Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex super omnia” pokazują, że ingerencja przełożonych w prowadzenie spraw wzrosła i to kilkukrotnie. I co może nawet ważniejsze: minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny może nie tylko dowolnie zarządzać prokuratorami i służbami, które wykonują zadania wyznaczone przez prokuraturę, ale w jego rękach jest też reputacja wielu osób.

W przypadku szeroko pojętego „interesu państwa” tajemnica śledztwa została de facto zniesiona, a akta sprawy mogą zostać ujawnione osobom trzecim, czyli także dziennikarzom. Sam padłem ofiarą takiego zachowania, bo moje zeznania jako świadka zostały ujawnione w sprzyjających władzy mediach z komentarzem, że razem z sędzią Łączewskim ustalałem wyrok na panów Kamińskiego i Wąsika. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca.

Jaka jest zatem w tej układance rola Jarosława Kaczyńskiego?
Myślę, że prezes PiS-u nie ma możliwości ingerowania w bieżące sprawy. A przy okazji jest w wielu sprawach dezinformowany przez swoje otoczenie. W przypadku działań Zbigniewa Ziobry może nie mieć też wielkiego pola manewru, dlatego że bez posłów Solidarnej Polski PiS traci parlamentarną większość. Prezes wskazuje jednak kierunki działania, takie jak straszenie przeciwników politycznych narzędziami policyjnymi. Przy okazji chyba na rękę są mu powtarzające się konflikty, bo on zarządza projektami politycznymi w atmosferze nieustannego kryzysu, inaczej nie umie.

PiS robi to wszystko, aby nie oddać władzy?
Niezrozumiałe jest dla mnie tolerowanie zachowań ksenofobicznych i rasistowskich, likwidacja programów, które miały temu przeciwdziałać, chociaż to paradoksalnie może być dla tej władzy największe zagrożenie. Dlaczego to robią?

Mogą liczyć na to, że dojdzie do poważnego konfliktu społecznego i że wtedy będą mogli wyciągnąć wszystkie swoje „zabawki”. Być może taki jest ich plan, który pokaże, że Jarosław Kaczyński jest w stanie opanować sytuację. Czy chce w taki sposób doprowadzić do pełzającego stanu wyjątkowego, czy będzie liczył na wzmocnienie swojej pozycji politycznej? Nie wiem.

Do takiego przesilenia społecznego może dojść jeszcze przed wyborami parlamentarnymi?
Zapalić to może każda, nawet najmniejsza iskierka. Przecież już teraz wiele rodzin nie jest w stanie ze sobą rozmawiać z powodów politycznych, emocji jest bardzo dużo. Szczególnie groźna jest ksenofobia poparta poczuciem zagrożenia. W Ełku, w sylwestra dwa lata temu, drobny żulik ukradł napój, a kelner z kebabu, który był Tunezyjczykiem, nie opanował nerwów i go zabił nożem. To doprowadziło do rozruchów na ulicach tego miasta. Jeżeli coś podobnego wydarzyłoby się w większym mieście, w bardziej napiętej niż wieczór sylwestrowy atmosferze, to mogłoby się okazać, że sytuacji nie da się opanować lokalnymi siłami policji.

A jeszcze gdyby obrońcy praw człowieka zaczęli bronić imigrantów przed aktami agresji, to ataki objęłyby także „lewaków”.

Podczas Marszu Niepodległości 11 listopada ok. 200 tys. ludzi, których nie obowiązywały żadne prawa – pomimo że wcześniej deklarowali, iż nie będą wznosić haseł nienawiści, odwoływać się do faszystowskich symboli i używać materiałów pirotechnicznych – bez przeszkody ze strony władz publicznych przeszło ulicami Warszawy. I co gorsza, bez reakcji współuczestników, „normalnych rodzin z dziećmi”, którym takie zachowania nie przeszkadzały. Atmosfera agresji, ksenofobii, oskarżeń o zdradę narodowych interesów rośnie jak wrzód, który musi pęknąć. I może o to chodzi.

W 2018 roku UE musiała stawić czoło trudnym negocjacjom z Wielką Brytanią w sprawie brexitu, sporowi handlowemu z USA, ofensywie prawicowego populizmu w kilku państwach unijnych i napięciom w stosunkach z Polską, Węgrami i Rumunią na tle niedostatków praworządności w tych krajach. Czy rok 2019 może okazać się dla niej jeszcze trudniejszy? Może, ale nie musi.

W maju 2019 odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Na jesieni nastąpią zmiany na szczycie wszystkich centralnych instytucji unijnych, od Komisji Europejskiej począwszy, a na Europejskim Banku Centralnym skończywszy. W ten sposób nie zostaną wprawdzie rozwiązane wszystkie kryzysy i trudności, ale te zmiany stwarzają szansę na nowe podejście do nich.

Więcej radykałów w Parlamencie Europejskim

Jeśli wierzyć sondażom i prognozom, to liczba prawicowych i populistycznych radykałów w Parlamencie Europejskim wzrośnie z obecnych 10 do 20 procent po majowych wyborach. Przeciwnicy UE nie staną się raczej najsilniejszą frakcją w europarlamencie, ale uzyskają w nim więcej wpływów i mogą wyhamować unijną integrację i reformy. Spodziewany wynik majowych wyborów odzwierciedla rosnące niezadowolenie obywateli państw unijnych z obecnego kształtu UE. Co prawda opinia, że członkostwo w UE nic nikomu nie daje, nie odpowiada faktom, ale takim populistom jak Le Pen we Francji, Salvini we Włoszech czy Gauland w Niemczech daje okazję do podgrzewania nastrojów. Mówią o zalaniu Europy przez uchodźców i migrantów i niedobrym wpływie globalizacji na system świadczeń socjalnych. Zwolennicy UE i trzeźwo myślący politycy muszą wreszcie sprzeciwić się skutecznie tendencji do myślenia w ciasnych kategoriach narodowych i zastąpić populistyczne hasła typu „mój kraj jest najważniejszy” apelem do uświadomienia sobie, że pokój i dobrobyt w Europie zależą od pomyślności i rozwoju UE.

Po brexicie Unia Europejska się skurczy

Po wyjściu Wielkiej Brytanii liczba członków UE po raz pierwszy w jej historii ulegnie zmniejszeniu. Dla Unii na pewno jest to strata, zwłaszcza w polityce zagranicznej i obronnej. Bez Wielkiej Brytanii i jej sił zbrojnych UE będzie się mniej liczyć w świecie. Pod względem gospodarczym natomiast (nawet bez Zjednoczonego Królestwa) da sobie radę. Na brexicie dużo gorzej wyjdą sami Brytyjczycy. Przyznaje to obecnie także rząd premier Theresy May, chociaż mówi tylko o przejściowych trudnościach w pierwszym okresie po brexicie. Z drugiej strony, wskutek obecnej sytuacji w Izbie Gmin, w dalszym ciągu istnieje możliwość przesunięcia brexitu na termin późniejszy, a nawet (choć czysto teoretycznie) odwołania go.

Włoscy populiści są dużym wyzwaniem dla UE

Po wyjściu z UE Wielkiej Brytanii, która jest ważnym płatnikiem netto do unijnej kasy, wzrośnie znaczenie innych płatników, takich jak Włochy. W gruncie rzeczy ich wkład finansowy powinien się zwiększyć, ale obecny populistyczny rząd włoski stanowi duży znak zapytania dla Brukseli. Lider Ligi Północnej Matteo Salvini nie jest zadowolony do końca z urzędu wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych. Wolałby być premierem. Ubiegając się o to stanowisko, na pewno pójdzie na wojnę z UE, którą będzie oskarżał o pogorszenie się sytuacji gospodarczej Włoch. Na razie jednak możemy pocieszać się z osłabienia sporu wokół przyszłorocznego włoskiego budżetu. Nie na długo jednak, bo naprawdę trudne pod tym względem będą dla Włoch lata 2020-2021.

Unia Europejska potrzebuje nowych pomysłów

Przeciwwagą dla eurosceptyków i otwartych przeciwników UE jest w tej chwili głównie prezydent Francji Emmanuel Macron i jego ruch polityczny En Marche!, który wciąż jest dosyć niestabilny i odległy od tradycyjnej partii. Jeśli pod wpływem protestów „żółtych kamizelek” pozycja Macrona ulegnie dalszemu osłabieniu, to UE utraci w jego osobie ważną siłę napędową i zwolennika jej zreformowania. Dlatego w 2019 roku ważne dla UE będą nowe pomysły płynące z Berlina. Wiele tu oczywiście zależy od rozwoju sytuacji politycznej w Niemczech. Trzeba się bowiem zawsze liczyć z możliwością wyjścia SPD z rządu wielkiej koalicji i nowymi wyborami w RFN.

Abstrahując od wewnętrznych kryzysów i trudności w UE, w 2019 roku czekają ją duże wyzwania napływające z zagranicy. Zagrożenie ze strony Rosji, walka konkurencyjna z Chinami o najnowsze technologie i o wpływy w Afryce oraz kolejne niespodzianki ze strony prezydenta USA Donalda Trumpa. Unia Europejska może jednak wiele zyskać na rozwijaniu sztucznej inteligencji i niskoemisyjnej gospodarki. Kosztuje to sporo wysiłku i pieniędzy, ale w sumie bardzo się opłaca. Właśnie na tym polu UE może pokazać, że integracja i wspólne działania przynoszą więcej korzyści niż działanie w pojedynkę.

Rok 2019 nie będzie łatwy, ale czy lata ubiegłe były inne? Unia ma duże doświadczenie z radzeniem sobie z kryzysami i poradzi sobie też z tymi, które mogą pojawić się po Nowym Roku. W ten czy inny sposób.

>>>

Nie lękajcie się bolszewików z PiS

10 List

„Mamy w kraju siły, które chcą zmienić ład, będący w mojej ocenie podstawą naszej przyszłości. Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a de facto bronił wspólnoty zachodu przed polityczną barbarią, miał trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików symbolicznie, kiedy wydobywał z nas to, co europejskie, wolnościowe, to miał trudniejszą sytuację. Dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików?” – mówił podczas wykładu w Łodzi Donald Tusk. Przewodniczący Rady Europejskiej wziął udział w zorganizowanych tam Igrzyskach Wolności.

Tusk wygłosił wykład „11 Listopada 2018. Polska i Europa. Dwie rocznice, dwie lekcje”. Apelował do uczestników forum w Łodzi. – „Nie ma co tutaj czekać na żadnego jeźdźca na białym koniu. Pamiętacie, jak to było z generałem Andersem. Miał być generał na białym koniu, jest pani senator business class. Tak się to marzenie skończyło. Liczcie przede wszystkim na siebie. Pamiętajcie, bez waszych, naszych, Polaków praw i wolności nie ma niepodległości. Brońcie tych praw, tej wolności i brońcie polskiej niepodległości” – stwierdził Tusk.

Były premier mocno podkreślał: – „Chcę jeszcze raz dobitnie powtórzyć, bo to będzie bardzo ważne właśnie dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości. Wszak to Piłsudski powiedział, że naród, który nie szanuje swojej przeszłości, nie zasługuje na dobrą przyszłość. Więc podkreślmy to jeszcze raz, tak wyraźnie jak to możliwe. Bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta. Nie zmieni tego żadna odgórnie narzucona polityka historyczna”.

W wykładzie Tuska nie mogło zabraknąć odniesień, dotyczących ewentualnego Polexitu. – „Kto dzisiaj w Polsce występuje przeciwko naszej silnej pozycji w zjednoczonej Europie, tak naprawdę występuje przeciwko polskiej niepodległości. Nie z racji mojej funkcji, ale głębokiego przekonania, że może to sprowadzić na moją ojczyznę znowu największe z możliwych politycznych zagrożeń, chcę też dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości, powiedzieć że to od nas zależy, tu w Polsce, czy politycy doprowadzą do rozbicia UE i do wyprowadzenia Polski z UE” – powiedział Tusk. Ku przestrodze cytował wypowiedzi wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Zdzisława Krasnodębskiego z PiS („Jeśli politycy europejscy nadal będą działać z takim taktem politycznym, wkrótce w Polsce staniemy przed koniecznością referendum w sprawie pozostania w UE”) czy Roberta Winnickiego („Dzisiaj mówimy o tym, że UE w obecnym kształcie się kończy i bardzo dobrze, bo to zły projekt”). Tusk zaznaczył, że ten drugi jest jednym z liderów marszu narodowców, z którym we wspólnym pochodzie przejdą polskie władze. Były premier przypomniał też słowa Dudy, który UE określał wyimaginowaną wspólnotą.

„Działanie ma sens. Lekcja 1918 roku, 1980 i 1988 roku pokazały jednoznacznie, że kiedy działamy, nie narzekamy, wierzymy we własne siły, to przenosimy góry i czynimy rzeczy niemożliwe – możliwymi. Bo rzeczywiście wszystko da się odwrócić. Czcząc bohaterów naszej niepodległości dziś – jutro pomyśleć o tym, co zdarzy się wiosną. Tutaj jestem wierny innemu bohaterowi mojej młodości, Jackowi Kuroniowi i pamiętam do dzisiaj te jego słowa: nie palcie komitetów, tylko twórzcie swoje własne. Spróbujcie nie wykluczając nikogo, pokazując, czym naprawdę jest polska solidarność, spróbujcie w maju pokazać, że wiosną może być wasza, nasza, Polska” – zakończył Donald Tusk swój wykład w Łodzi.

Więcej >>>

Donald Tusk w obszernym wywiadzie, którego udzielił „Gazecie Wyborczej” mówił o historii z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Nie mogło jednak zabraknąć miejsca dla komentarzy, dotyczących obecnej sytuacji, w której znalazła się Polska pod rządami PiS. – „Dzisiaj, choć powodów do podziałów historycznych nie ma, to wzniecanie wzajemnej nienawiści jest jednym z najcięższych politycznych przestępstw tej ekipy. Tak jak niedopuszczalne ze względu na rację stanu jest „budowanie” pozycji Polski na konflikcie ze wszystkimi dookoła, tak moralnie i politycznie niedopuszczalne jest „budowanie” politycznej pozycji na rozniecaniu nienawiści między Polakiem a Polakiem. (…) Wpychanie Polski w izolację, skłócanie jej z sąsiadami i innymi krajami, wyprowadzanie jej z rdzenia Europy, a niebawem w ogóle z Unii, sprawią, że Polska może się stać czyjąś łatwą ofiarą i nie będzie mogła liczyć na pomoc ze strony kogokolwiek. Nie mogę patrzeć na marnotrawienie bezcennej pozycji Polski w świecie, która nie miała analogii w naszych nowożytnych dziejach. To się domaga kary” – powiedział przewodniczący Rady Europejskiej.

Zapytany, czy jego zdaniem PiS chce doprowadzić do Polexitu, Tusk powtórzył to, co mówi w tym kontekście od wielu tygodni: – „To się może wydarzyć, choć to nie jest plan ichniego komitetu centralnego. Politycy rzadko deklarują, że zamierzają zrobić coś złego czy głupiego. Ale politycy robią rzeczy i głupie, i złe. PiS być może nie ma planu wychodzenia z Unii, ale wychodzi. Tak jak Cameron. Są jak lunatycy. Nie wiedzą, że wychodzą. Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować.”.

Były premier ostro podsumował prezesa PiS: – „Kaczyński jest modelowym przykładem polityka niszczącego liberalną demokrację rozumianą jako wolność słowa, wolny rynek, wolne wybory, trójpodział władzy, praworządność, prawa człowieka. Model władzy Putina i Erdogana podoba się i Kaczyńskiemu, i Orbánowi” – powiedział Tusk. Przypomniał, jak zachowywał się prezes PiS podczas niedawnej kampanii wyborczej. – „Jemu każda taktyczna teza przejdzie przez gardło. Po pierwszej turze wyborów samorządowych wybaczył SLD niemal wszystkie zbrodnie i powiedział, że można z nimi robić koalicje w sejmikach. A gdy następnego dnia się okazało, że wynik SLD jest jednak za mały i nie wystarczy do koalicji, to zmienił zdanie” – zauważył Tusk.

Odniósł się też do reakcji, a właściwiej jej braku Kościoła na obecną sytuację w Polsce. – „Dziś mamy do czynienia z agresją i pogardą wobec oponentów i wobec obcych, innych. Ile szkód ta narracja wyrządziła! A Kościół milczy. Niekiedy tylko nieśmiały szept kilku biskupów. Nigdy nie zabiegałem o polityczne poparcie Kościoła, ale dziś dopominam się, by stawał po stronie słabszych, pogardzanych, by wzywał, żeby nie było nienawiści. Ta cisza jest tak głośna, że aż nie do zniesienia” – powiedział były premier.

Nie odpowiedział na pytanie, dotyczące jego powrotu do polskiej polityki. – „Zgłaszając jakąkolwiek deklarację zaangażowania politycznego w kraju, jutro powinienem zrezygnować z pełnionej tutaj funkcji. (…) Nie mogę być dobrym organizatorem pracy Rady Europejskiej, zachowującym bezstronność, jeśli będę występował w charakterze konkurenta jednego z członków tej Rady. Niezależnie od tego, co się zdarzy za rok, dyskrecja jest jedynym dopuszczalnym sposobem postępowania” – zakończył Tusk.

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

PiS to spadkobiercy endeków. W Polsce odżywa haniebny projekt nacjonalistyczny

Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle. Fragment nowej książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”.

Ledwie zdążyli sami się policzyć, polscy aryjscy doktorzy, kiedy z zachodu wjechali jeszcze lepsi Aryjczycy i rozpędzili ich związek. Było ich wtedy 4 161, jedna trzecia ogółu lekarzy, członków ZLPP. W programie: rugowanie Żydów ze wszystkich fachów mających cokolwiek wspólnego z medycyną. Nie będzie im wolno pracować w aptekach, produkować stetoskopów, drukować podręczników ani recept.

W związkowym piśmie „Życie Lekarskie” doktor Ludwik Dydyński naucza, jak wytropić Żydów. Rejestr lekarzy, ku jego ubolewaniu, nie wyszczególnia rasy ani religii. Ale jeżeli ktoś nazywa się Weinberg, Rotberg, Rabinowicz albo Zelman, to sprawa jest oczywista. Także imiona mogą być wskazówką: Szymon, Bernard, Dawid. I, oczywiście, Aron albo Chana. Doktor Dydyński policzył ich wszystkich, od Poznania na zachodzie po Wilno na wschodzie. 4839. Cztery tysiące osiemset trzydzieści dziewięć osób, jedna trzecia ogółu lekarzy. Lecz przypuszczalnie jest ich więcej, wielu nosi dziś polskie nazwiska.

Na dwa tygodnie przed napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę związek lekarzy wysyła dramatyczny apel do rządu: trzeba koniecznie zabronić żydowskim lekarzom przybierania chrześcijańskich imion! Jeżeli ktoś urodził się jako Alter, to nie ma prawa nazywać się Artur. Polscy pacjenci nie mogą być oszukiwani i szukać porad lekarskich u wroga. Związek lekarzy rozkleja plakaty: Oto prawdziwi polscy lekarze! Unikajcie innych! Zdarza się, że afisze są zrywane. Związek domaga się, aby policja położyła kres temu niszczeniu. Niestety są chrześcijańscy lekarze, którym brakuje patriotyzmu i którzy protestują przeciw nowym zasadom. Tych trzeba publicznie napiętnować. Ludzie muszą poznać nazwiska tych zdrajców.

Doktorzy zamieszczają w swoim piśmie ogłoszenia: „Doktór Alkiewicz poszukuje kolegi współpracownika, nieżonatego, Aryjczyka”.

Poświęcam temu trochę miejsca, bo opowiadam nowość. Gdy rozpytuję polskich historyków, żaden o tym nie wie. „Związek lekarzy? Paragraf aryjski? Jest pan pewien? Czemu nikt wcześniej o tym nie napisał?”

Ktoś spytał, czy widziałem to czarno na białym. Tak, lecz nie było to łatwe. Na stronach Biblioteki Narodowej są wszystkie kolejne statuty związku lekarzy, z wyjątkiem akurat tego, z 1937 roku. Aby przeczytać to czarno na białym, trzeba pojechać do Warszawy, wypełnić formularz i zaczekać, aż sprowadzą rarytas z piwnicy. We własnym rysie historycznym związku nie wspomina się o sprawie ani słowem. Nikogo jednak nie można oskarżyć o fałszowanie historii. Dziejopis pomija wszystko, co zaszło w latach 1937–1939.

Żaden prawdziwy antysemita nie mógł być zadowolony ze związkowej definicji „żyda”. Najpierw pisano niedbale: Członkiem ZLPP nie może być lekarz żyd. Oczywiście zaczęły się dyskusje, jak to należy rozumieć. Skończyło się na: Członkiem związku może być tylko lekarz chrześcijanin z urodzenia, być może najoryginalniejszej definicji w historii antysemityzmu, nie do przyjęcia ani dla mistyków krwi, ani dla chrześcijan. Dla tych pierwszych zbyt lekko traktuje rasę, dla drugich podważa sens chrztu. Jezus nie miałby wstępu do związku polskich lekarzy, bo nie urodził się niestety katolikiem. Niezależnie od tych logicznych usterek, czy może właśnie dzięki nim, definicja była strzałem w dziesiątkę: dotknęła co trzeciego polskiego lekarza.

*
Czytam z rosnącym poczuciem absurdu. Odrodzona Polska stoi u progu lat dwudziestych zeszłego wieku przed gigantycznym problemem. Trzy zabory, które przez przeszło sto lat były od siebie oddzielone, każdy z własnym systemem szkolnictwa, językiem urzędowym, walutą, gospodarką i systemem prawnym, należy scalić w jeden kraj. Nowo wytyczone granice amputują dawne rynki – a na nowych drogi biegną w złą stronę. Są kopalnie i są stalownie, ale nie łączy ich kolej. Prawo cywilne jest w chaosie, pięć różnych systemów działa równolegle. Mieszkańców Kalisza obowiązuje ślub kościelny i zakaz rozwodów, trzydzieści kilometrów dalej na zachód ważny jest tylko ślub cywilny. Co trzeci obywatel w nowym kraju nie umie czytać ani pisać, co piąte dziecko umiera w kołysce. Co nie powinno dziwić, bo kraj cierpi na dramatyczny brak lekarzy. Ale co druga gazeta utrzymuje, że głównym obowiązkiem Polaka jest tak obrzydzić życie co trzeciemu doktorowi, żeby z Polski uciekł.

*
„HAMAS, HAMAS, JUDEN AUF DEN GAS!”, skandują kibice piłki nożnej podczas meczu w Warszawie w kwietniu 2011 roku. Siedemnastu z nich rozpoznano na zdjęciach i zostali skazani. Z przesłuchań:

Magazynier: Nie znam historii Żydów. Nie zastanawiałem się, po co to się krzyczy na meczu. Śmiałem się z tego.

Student uczelni technicznej: Z hasła „Hamas…” nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy „gas”. „Juden” nie było mi znane. Nie robiłem hitlerowskiego pozdrowienia, tylko coś pokazywałem.

Uczeń technikum informatycznego: Wiem, że Żydzi byli mordowani w komorach gazowych. Skandowałem przeciwko kibicom Widzewa. Kojarzą się oni w środowisku kibiców jako klub żydowski, nie wiem dlaczego. Nie wiedziałem, że to przestępstwo.

Fryzjer: Wiem, co znaczy to hasło, ale krzyczała cała trybuna. Krzyczałem: „Humus”. Nie chciałem, żeby ktoś zauważył, że nie dopinguję drużyny.

Student politologii:  Nie rozumiałem, bo to było po niemiecku.

Bezrobotny elektryk: Wiem, co znaczy „Hamas, Hamas…”, to „Żydzi do gazu”. Nie jestem rasistą. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Wszyscy to krzyczeli.

Fizjoterapeuta: Dałem się ponieść emocjom. Zrobiłem to nieświadomie.

Zawodowy żołnierz: Łódź była traktowana jako żydowskie miasto. Jak ktoś zapowiada doping, to krzyczę.

Wśród skazanych są także magister historii, pracownik sądu i dwaj prywatni przedsiębiorcy. Odmówili składania zeznań. Prokurator nie spytał, czy którykolwiek z nich widział kiedyś Żyda. Chyba dlatego, że z góry znał odpowiedź.

*
Śni mi się, że popełniam fatalną pomyłkę. Zapałałem sympatią do chłopca, chociaż wiem, że nie powinienem. Jest uroczy, ale jego uśmiech powinien był mnie ostrzec. Wraz z nim wdzierają się potwory. Mrówki, wielkie jak szczury, przysysają się do mego ciała. On stoi i przygląda się, nieporuszony. Tak jakby chciał powiedzieć: Dziwisz się? Udaje mi się pozrywać mrówki, ale pozostawiają otwory w skórze. Z niektórych wystają jakieś nici. Z innych coś, co wygląda na robaki. To obrzydliwe, wyciągam je, w bólu jest nuta zmysłowej rozkoszy, tak jak przy wyciąganiu szwów. Największy ma sześć metrów długości. Gdy już się od nich uwolniłem, moje ciało jest pełne wydrążonych kawern i korytarzy, jak gniazdo termitów.

*
„Polski antysemityzm”, tak należy mówić. Nie „antysemityzm w Polsce”. Zupełnie własna paranoja, uszyta na miarę dla Polski. Ekstremalnie odporna na zużycie. Przeżywa, jak się okazuje, w każdych warunkach, nawet bez Żydów. Tak dopasowana, że musiała powstawać w laboratorium.

Nazywał się Roman Dmowski, nasz polski Frankenstein. W grudniu 1919 roku odrodzona Polska ma rok. W Londynie John Maynard Keynes pisze książkę o Europie po wielkiej wojnie. Nie wierzy, że nowej Polsce uda się przetrwać zbyt długo. „Polska to gospodarcza niemożliwość, w której jedyny przemysł to judzenie przeciw Żydom”.

John Maynard Keynes jest niesprawiedliwy, a oprócz tego nie ma racji: istniało wiele innych gałęzi gospodarki. Jednak Keynes spotkał Romana Dmowskiego i mógł odnieść wrażenie, że sensem wolnej Polski było, aby Polacy mogli poniewierać swoje mniejszości bez wtrącania się obcych. Keynes nie był w tym odosobniony. Brytyjski minister Robert Cecil uznał ataki Dmowskiego na Żydów za „odrażające” (repugnant). Pisarz Gilbert Keith Chesterton zapamiętał tylko jedną replikę z rozmów z polskim politykiem. „Żydzi zabili naszego Jezusa”. Brzmiało to, jakby Jezus był Polakiem. Czechosłowacki Edvard Beneš dziwił się, że reprezentant Polski nieomal chełpi się swoimi przesądami.

Mawia się, że historia to suma zdarzeń, z których każdego można było uniknąć. Czemu los musiał wysłać do Wersalu najzdolniejszego z polskich antysemitów, choć tylu było głupich, a jeszcze więcej ani takich, ani takich?

W mojej fantazji Dmowski nie dojeżdża do Paryża. Podobno często chorował w dzieciństwie, choroba mu się odnawia. Sanatoryjne łóżko, exitDmowski. Ktoś inny w naszym imieniu podpisuje traktat wersalski, zabezpiecza granice, zostaje bohaterem narodowym i dożywotnim mężem opatrzności. Dmowski zostaje w cieniu, polski antysemityzm niczym się nie wyróżnia, my zostajemy w Polsce i ta książka nie zostaje napisana.

„Antysemita to osoba nienawidząca Żydów bardziej niż to konieczne”, mówi żydowskie porzekadło. Gdy Roman Dmowski wkracza na scenę około 1890 roku, ludzie z terenów, które kiedyś były Polską, mogą mieć wiele powodów, aby krzywo patrzeć na Żydów. Księża – z troski o swoje zbawienie. Szewc – bo buty Abrama lepiej się sprzedają. Chłop – gdy wyliczył, ile mógłby dostać za żyto, gdyby pośrednik Szymon nie wziął swego. W mieście pan hrabia Kociubiński jest zblamowany w towarzystwie, ponieważ wpuścił Singera do salonu, ale od kogo miałby pożyczać? Nie zapomnijmy też o cierpieniach duchowych: poety wyśmianego przez krytyka z haczykowatym nosem i kuracjusza w uzdrowisku, którego spokój zakłóciła banda hałasujących parweniuszy. „Widać, jak rozmawiają i słychać, jak jedzą!”

Taka jest socjologia w kraju, który przez pięć wieków przyjmował Żydów, ale odmawiał im dostępu do własności ziemskiej, urzędów i cechów. Ale właśnie dlatego, że ludzie nie lubią Żydów z tak różnych powodów, da się żyć. Zawsze się znajdzie ktoś przyjazny czy potrzebujący żydowskich usług. Najprzyzwoitsi są, Bogu dzięki, ci najmożniejsi. To ziemianie, potrzebujący Żydów, aby brali w pacht ich majątki i sprzedawali ich pszenicę.

Stawianie kwestyi żydowskiej, jako całości, ma ten skutek, że się o niej tak traktuje, jakby chodziło o to, czy żydów zasymilować, czy wypędzić lub wymordować. Tymczasem o to chodzić nie może, bo żadne z tych rozwiązań nie leżałoby w naszej mocy, chociażby było najbardziej pożądane. Traktując rzecz realniej, trzeba przyjąć istnienie pewnego odsetku ludności żydowskiej w naszym kraju jako fakt, a wszelkie zagadnienia społeczne i polityczne ztąd wynikające rozpatrywać możliwie przedmiotowo, wyprowadzając z ich oceny wskazania praktyczne, niezależnie od sympatyi lub wstrętu do zakrzywionych nosów i odstających uszów.

Czytam człowieka, którego nauki zrobiły ze mnie uchodźcę, i jestem zdumiony. W jego myśli nie ma porządku. Czasami Żydzi są obcą rasą, czasami tylko kulturą albo religią. Jest w jego antysemityzmie coś wymuszonego. Nie brzmi jak prorok nienawiści, raczej jak księgowy z zatwardzeniem. Bez polotu, bez werwy. Kiedy dochodzę do połowy jego dzieła, nie jestem przekonany o przebrzydłości Żydów, za to pojmuję, że powinienem być, by móc nazywać się Polakiem. I zaczynam rozumieć, że to nie Żydzi są największym problemem Dmowskiego. To Polacy. Jest nas o wiele za mało.

To szczególny gatunek, szukanie najgłębszych motywów antysemity. Czarna pedagogika? Może jakaś trauma z dzieciństwa? Szkodliwa młodzieńcza lektura? Albo coś, co wyłącznie uczniowie Freuda mogliby wyjaśnić? W przypadku Dmowskiego to zbędne pytania. Cechą szczególną jego żydowskiej paranoi jest to, że da się ją zrozumieć także bez namiętności. To nie obsesja jak u Hitlera, nie kategoryczny wniosek jak u Gobineau, nawet nie chrześcijański obowiązek. Dmowski wprawdzie oskarża Żydów o ukrzyżowanie Jezusa, ale sam nie jest chrześcijaninem. To Karol Darwin jest jego prorokiem.

Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.

Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.

Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?

Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.

„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.

Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.

Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?

Tako rzecze Roman Dmowski:

Nie wiesz sam, kim jesteś, magistrze Dobrowolski, służąca Jadwigo, szewcze Gontarzu… Ale masz pewnie problem z jakimś Żydem? No, zdarza się – kto nie ma… Więc jesteś Polakiem! Czy te przybłędy nie panoszą się od wieków w kraju, który jest nasz? Kiedyś zwali się Szmul i pasożytowali na tym, co zebrałeś z pola, dziś nazywają się Słonimski i wyśmiewają twoje wiersze w swoim plugawym piśmie. I jest gorzej, niż sądzisz: trzymają sztamę i knują przeciw nam, Żydzi stoją za Stalinem i Żydzi stoją za Hitlerem. I za Haroldem Wilsonem, który zmusił Polskę, by zapisała w konstytucji poszanowanie dla mniejszości. Żeby osłabić nas, rzecz jasna. Dlaczego nas nienawidzą? Czy to nie oczywiste? Bo jesteśmy szlachetni, wielkoduszni i uczciwi, jesteśmy ich przeciwieństwem. Oni nie są Polakami i nigdy nie będą, nawet jeżeli niektórzy udają. Nie, oni mają inny plan. Najpierw wezmą Warszawę, potem wezmą Berlin. A do tych z was, którzy jesteście katolikami: Oni zabili naszego Jezusa!

Tak rozumiem antysemityzm Romana Dmowskiego. Jako projekt integracyjny. John Maynard Keynes może nie całkiem błądził, określając to jako przemysł. Mógł dodać: do produkcji „prawdziwych Polaków”.

Nie jest prawdopodobne, aby Hitler czytał Dmowskiego, chociaż tak mogłoby się zdawać. Podstawową tezę w Mein Kampf, że prawo dżungli jest w stosunkach między narodami prawem najwyższym, nasz narodowy bohater głosi, kiedy mały Adolf jeszcze chodzi do szkoły. W roku 1903 Dmowski ustala to, co po dziś dzień stanowi credo polskich narodowców: że Polak może sobie jeść nożem i widelcem, używać czystej bielizny i słuchać Chopina. Jesteśmy wszak Europejczykami. Lecz gdy natkniemy się na inny sort, to mamy postępować tak jak pawian, gdy spotka szympansa. Bo między plemionami (tak, Polacy są plemieniem) obowiązuje prawo Darwina. „Jesteśmy Polakami i chcemy Polski przede wszystkim dla siebie, chcemy wtedy nawet, gdybyśmy tą Polskę mieli mieć tylko ze szkodą dla wolności ludów i dla postępu, dla cywilizacji i sprawiedliwości społecznej”, głoszą jego uczniowie w „Przeglądzie Wszechpolskim”.

Nieszczęściem Polaka jest, według Dmowskiego, jego kobieca natura. Miękkie serce i słabość do pięknych słówek. Wiara w cywilizację. Wspaniałomyślność i szlachetne gesty. Ogłada i liberalizm. Lecz czym jest humanitaryzm? Oznaką słabości. Tolerancja? Dobra dla pięknoduchów, ale zabójcza dla nacji. Jeśli ma powstać Polska, musimy wpierw nauczyć się deptać inne narody. Rozejrzyjcie się wokół po świecie, czy to nie o to chodzi? Drodzy rodacy, wstyd wam, że życzycie sobie, aby spłonął tartak Abrama i żeby sędzia Izaak Wilhelm skręcił kark. Zawiść, myślicie, to nie po chrześcijańsku. Ale mylicie się! To nie są niskie uczucia. Czujecie patriotyzm, troskę o własny naród!

Jeśli ją obrać z wszelkich dekoracji, myśl Dmowskiego można sprowadzić do następującej tezy: ponieważ jeszcze jesteśmy za słabi, by wierzgać w górę, przeciwko imperiom, wierzgajmy w dół, przeciw mniejszościom, to nabierzemy przynajmniej pewnej wprawy w walce o byt, a przy okazji staniemy się trochę bardziej polscy.

Najoryginalniejsze w antysemicie Dmowskim jest jego uznanie dla żydowskiej kultury. W porównaniu z nią kultura polska jest taka krucha i niepewna siebie samej, że nie znosi bliskości żadnej innej, a już na pewno takiej starej i zahartowanej jak żydowska. Jeżeli Polak ma mieć szansę, by urosnąć, musi zamarynować się we własnym sosie. Bez Żydów, ale też w bezpiecznej odległości od tych, co mówią językiem Tołstoja czy Goethego. Lepiej, by polskie wiejskie dzieci w ogóle nie umiały czytać, niż gdyby miały czytać po rosyjsku, głoszą wyznawcy Dmowskiego.

W uszach wielu brzmiało to oczywiście skandalicznie. Narodowy egoizm, to takie niepolskie, obskuranckie, zupełnie obce naszym tradycjom… I takie niechrześcijańskie! Lecz co, jeżeli właśnie to pogańskość jest najbardziej nęcąca, i wtedy, i teraz?

Jest coś z onanizmu w studiowaniu filozofii nienawiści. Człowiek odnotowuje absurdy, obśmiewa fantazmaty i delektuje się pogardą dla klienteli autora. Żydzi za Stalinem – to może jeszcze ludzie kupią. Ale ile głupoty trzeba, by uwierzyć, że to Żydzi manipulują Hitlerem?

Co za nieporozumienie. Dmowski nie dostarcza ideologii. Dmowski udziela rozgrzeszenia. Sumienie, które potrzebuje ukojenia, nie wymaga logiki ani konsekwencji. Partia Dmowskiego obiecuje wypędzić trzy miliony Żydów, co trzeciego mieszkańca miast. Ile sklepów, młynów, biur adwokackich, gospód, gabinetów lekarskich, gorzelni, mieszkań, warsztatów, kredensów i straganów muszą po sobie pozostawić? Każdy to sobie może wyobrazić, także ci, którzy nie umieją napisać „mojżeszowy”.

Istnieje jakiś inny naród, który ma podobnie? Którego niemal całe narodowe skrzydło, by móc się samookreślić, musi odbić się od „żydowskości”? Po dziś dzień „prawdziwy Polak” nie może chwycić za pióro, nie myśląc zaraz o Semitach, ponieważ polskość jego tekstu wynika z tego, że jest nieżydowski. Wolny od paradoksów, przyziemny, stateczny, pełen szacunku dla przodków. Lecz przede wszystkim platoniczny. „W poezji poznaje się żydów po tym, że wszystkie ich metafory są mięsiste, wilgotne, lepkie, soczyste, woniejące, smakowite”, ustalił już w latach trzydziestych ubiegłego wieku Zygmunt Wasilewski, wyrocznia narodowców w sprawach poetyki.

Niewiele tego na tożsamość, być negatywem fantazmatu. Szczególnie trudno być anty-czymś, czego już nie ma. I trochę niewygodnie, kiedy się pomyśli, jak i dlaczego to zniknęło. Ale nic na to nie poradzisz. Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle.

Fe, ależ jestem niesympatyczny.

*
Fragment książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

PiS ponosi odpowiedzialność za pospolitą chuliganerię, kiboli, naziolstwo i ekstremistów

„Ho, ho! Narracja, jak widzę już przygotowana i przekaz w świat puszczony, że jakby co, to nie my, to oni! Słabe to, bardzo! Legitymujecie marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!” – to reakcja jednego z internautów na wpis Beaty Mazurek na Twitterze.

Rzeczniczka PiS napisała: – „Apel i prośba, aby każdy z uczestników był jednocześnie STRAŻNIKIEM MARSZU. Wszelkie prowokacje natychmiast zgłaszać Policji, ŻW i SM. Nie pozwólmy totalnym zepsuć wielkiego Święta Naszej Ojczyzny. Zapraszamy na Marsz Polskich Patriotów. NIECH ŻYJE WIELKA NIEPODLEGŁA POLSKA”.

„Jeśli dla was naziole są przyjaciółmi, a wybrana w demokratycznych wyborach przez Suwerena opozycja jest wrogiem to komentarz zbędny”; – „Znowu pani dzieli i obraża Polaków! Z pani wypowiedzi wynika, że polscy patrioci to wy-nierząd, kibole i nacjonaliści. A reszta społeczeństwa? – morda w kubeł, bo policja się Wami zajmie.. HAŃBA że „prezydent” został twarzą marszu nacjonalistów. TOTALNA kompromitacja rządzących!!!”;

„Czyli to marsz wszystkich Polaków ale jakby coś się działo to narracja już jest: „prowokacja totalnej opozycji”; – „Już bardziej zepsuć się nie da. Wszystko co było do zepsucia to zrobiliście wy -pisowcy. Naprawdę największe zagrożenie widzicie w opozycji. Nie obawiacie się tych, którzy krzyczeli do PAD: zdejmij jarmułkę i podpisuj? Serio?” – komentowali wpis Mazurek oburzeni internauci.

PiS legitymuje marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!”

Kaczyński, Duda, Morawiecki fałszują rzeczywistość i historię

10 List

W piątek przed północą poinformowano o tym, że rząd i narodowcy doszli do porozumienia w sprawie organizacji wspólnego marszu w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Do działań obu stron w tej sprawie krytycznie odniósł się Władysław Frasyniuk.

To już pewne. W niedzielę 11 listopada we wspólnym marszu pójdą rządzący oraz narodowcy. Inicjatywa to efekt rozmów obu stron, która kończy kilkudniowe zamieszanie związane z organizacją obchodów. Zachowanie rządu i Stowarzyszenia Marsz Niepodległości skrytykował w rozmowie z TVN24 Władysław Frasyniuk, który stwierdził, że „profesjonalizmu w tych uroczystościach w ogóle nie ma”. – Ze zdumieniem dowiedziałem się, że narodowcy rozmawiali siedem razy z marszałkiem Senatu i ministrem Brudzińskim w sprawie wspólnej organizacji marszu – dodał.

„Znika nam z oczu to wielkie święto”

Były opozycjonista odniósł się także do udziału w marszu głowy państwa. – Wierzę w to, że Andrzej Duda zrobi sobie zarąbiste selfie z jakimś faszystą w kominiarce. Czekam bardzo na takie selfie – stwierdził Frasyniuk. Dodał, że przez ciągłe rozmowy o marszach „znika nam z oczu to wielkie święto, które powinno być radosnym świętem”.

Pytany o to, czy wziąłby udział we wspólnym śpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego 11 listopada stwierdził, że zrobiłby to pod jednym warunkiem. Musiałyby być to „poważnie przygotowane uroczystości, uroczystości, w których jest polski rząd, polski prezydent, ale także Lech Wałęsa, Donald Tusk, liderzy wszystkich partii politycznych”.

Porozumienie obu stron

„Po negocjacjach z Rządem w osobie Joachima Brudzińskiego i Mariusza Błaszczaka udało się dojść do porozumienia. 11 listopada ulicami Warszawy przejdzie wielki, społeczny Marsz Niepodległości z udziałem władz! Rozpoczynamy planowo o 14:00. Przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy o godz.15!” – napisał na Twitterze Damian Kita, rzecznik Stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

Podobne informacje przekazał Szef Kancelarii Premiera. „Wygrała Polska. 11 listopada odbędzie się wielki, wspólnotowy marsz, który uczci setną rocznicę odzyskania Niepodległości!” – napisał na Twitterze Michał Dworczyk.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o tym, co nas czeka.

PiS sprowadził ten najważniejszy dla Polaków dzień do poziomu kiepskiej sztuki z elementami surrealizmu.

Zamiast cieszyć się z obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości Polski, delektować kolejnym dniem wolnym, który dostaliśmy w prezencie, to siedzimy wszyscy jak na szpilkach i z zapartym tchem oglądamy żenujący spektakl. Jaki tego efekt? Ano gdzieś w dal poszedł sobie podniosły nastrój, refleksja, nawet duma, że przed nami takie święto. Pozostał niesmak, lekki szok, zdziwienie, że komuś udało sprowadzić się ten najważniejszy dla nas Polaków dzień do poziomu kiepskiej sztuki z elementami surrealizmu.

Od ponad dwóch tygodni nasze życie zdominował marsz w stolicy. Warszawę zaklepali sobie, dzięki pisowskiemu prawu do cykliczności imprez, narodowcy. Rząd najpierw chciał się do Marszu Niepodległości podłączyć, narzucając organizatorom swoje warunki. Prezydent, z radosnym uśmiechem na twarzy, zachęcał wszystkich do udziału w imprezie narodowców, roztaczał wizję zgody narodowej. Coś jednak w rozmowach poszło nie tak i nagle okazało się, że pan prezydent ma inne zobowiązania, premier również, więc marsz sobie przejdzie ulicami miasta, ale już bez oficjeli partii rządzącej.

Ponieważ od trzech już lat teorie spiskowe rządzą Polakami, walcząc o zaszczytne miano absurdu, postanowiłam przyłączyć się do tego trendu i przedstawić swoje zdanie. Tak więc… cały ten bajzel został szczegółowo zaplanowany przez PiS. Warszawa miała być oddana w ręce narodowców, politycy partii rządzącej wraz z rządem i prezydentem mieli uciec ze stolicy, by radośnie oddać się obchodom Święta w terenie i na licznych mszach modlić się, by w Warszawie burda goniła burdę. Stolica miała zapłonąć od rac, hasła rodem z faszyzmu miały przesłonić piękno obchodów, faszyści europejscy, goszczący na Marszu Niepodległości, mieli dorwać się do głosu z tą swoją ideologią „miłości” i zalać nas mieli banderowcy, którzy nie wiadomo po jakie licho pakują się w nasz 11 listopada.

Ależ na rękę prezesowi i spółce był ten strajk policjantów i pandemia jakaś, która rozłożyła mundurowych na cztery łopatki. Ależ miało być cudnie. Warszawa w ruinie, brak zabezpieczenia przed hordą narodową, totalna demolka, może nawet krew na ulicach i… czyja to wina? Oczywiście Hanny Gronkiewicz-Waltz, całego PO, Rafała Trzaskowskiego, Donalda Tuska, bo on winien nawet niestrawności prezesa. Ależ piękny pretekst, by zniszczyć partyjnych „wrogów”, pokazać ich „teoretyczność”, wykosić i dać sobie szansę na całkowitą wygraną w wyborach parlamentarnych.

Ech, rozmarzyło się towarzystwo, wszystko dograne na ostatni guzik, dokładnie ustalone, zaklepane, a tu… bach… i prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła, że władze miasta na ten marsz nie dają swojej zgody. Cały misterny plan legł w gruzach. Naród znowu podzielił się na tych, którzy z zadowoleniem przyjęli decyzję pani prezydent i tych, niesamowicie na nią wkurzonych. Politycy PiS udają, że są oburzeni, jednocześnie informując, że sami chcieli ten marsz odwołać, a co robi Duda i Morawiecki? Muszą biegiem znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, bo teraz to na nich pójdzie nagonka, że zlekceważyli tak ważny dla Polaków dzień. Robią więc panowie dobrą minę do złej gry i w ciągu kilku godzin udowadniają, że niemożliwe staje się bardzo możliwe, proponując Polakom swój własny marsz dla „Biało – Czerwonej”. W równie błyskawicznym tempie Brudziński dogaduje się z policją, licząc, że ok. 35 tysięcy policjantów natychmiast zrezygnuje ze zwolnień lekarskich i zapewni bezpieczeństwo pisowskiego marszu. Mało tego, tak na wszelki wypadek pojawi się na ulicach wojsko i Żandarmeria Wojskowa.

Można powiedzieć, że „kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada”, prawda? Miała być pełna kompromitacja włodarzy Warszawy, a jest totalny bałagan i chaos autorstwa rządzącej partii.

Muszę przyznać, że sama jestem zachwycona swoją fantazją. PiS może mnie spokojnie zatrudnić do tworzenia i głoszenia teorii spiskowych, które mają dać im władzę na wieki wieków. Jednak fantazja fantazją, a co nam się szykuje 11 listopada w Warszawie?

Sąd uchylił decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz. Trzeba się liczyć z tym, że i odwołanie pani prezydent również zostanie odrzucone. To jednak niczego już nie zmienia. Prezydent z premierem nie mają wyjścia i muszą zorganizować swój marsz. Ma on ruszyć o godzinie 15 z ronda Dmowskiego. Obaj panowie ogłosili też, że zgodnie z prawem ich marsz jest priorytetem i nikt inny nie może pomaszerować jego trasą w swoim pochodzie. Tego nie przyjmują do wiadomości narodowcy, którzy po mszy za ojczyznę i różańcu o godzinie 11 przed Sejmem przemieszczą się na rondo Dmowskiego, by o godzinie 14 ruszyć i czcić 100-lecie odzyskania  niepodległości.

Kto pójdzie z PiS-em, a kto z narodowcami? Czy posłanka Pawłowicz wzmocni swoją osobowością Marsz Niepodległości, czy też pokornie stanie w tym dla „Biało – Czerwonej”? A może oba marsze się wymieszają i nagle prezydent będzie szedł pod transparentem z hasłem „Polska dla Polaków” czy też „Biała Europa”, a premier otoczony faszystowskimi gośćmi z Europy będzie machał rączką do tłumów? A może kto pierwszy ten lepszy, więc najpierw ruszą narodowcy, a dopiero za nimi, odgrodzeni wojskiem, celebryci?

Słowo daję, nie wiem, czy śmiać się, czy płakać…

Andrzej Friszke: Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak mamy razem świętować 11 Listopada?

NEWSWEEK: Jarosław Kaczyński snobuje się na marszałka Piłsudskiego?

PROF. ANDRZEJ FRISZKE: I chyba tego specjalnie nie ukrywa. Ale istotne jest, który okres życia marszałka imponuje Kaczyńskiemu najbardziej.

Który?

– Wygląda na to, że ten po zamachu stanu w maju 1926 r. Operacja, którą przeprowadza w sądownictwie, narzuca porównanie właśnie z tym okresem.

Marszałek walczył z partiokracją. Mówił: „konstytuta – prostytuta; pierdel, serdel, burdel”. A prezes Kaczyński walczy z układem w sądach.

– Pan się odwołuje do dosadnych i brutalnych określeń marszałka, ale porównanie jest ułomne z prostego powodu: Piłsudski to Piłsudski, zaś Kaczyński to Kaczyński. Piłsudski to twórca niepodległego państwa, przywódca Legionów…

A Jarosław Kaczyński?

– Działacz opozycji demokratycznej w PRL, jeden z wielu.

W lutym 2016 r. prezydent Andrzej Duda zastanawiał się wraz z gośćmi nad strategią polityki historycznej. Co to jest taka strategia?

– Dla mnie historia to nauka, opisywanie przeszłości. Dla nich to coś innego – element ideologii potrzebnej do wychowania narodowego. Rozmawiali więc pewnie o tym, jak wychowywać naród. I jest to – jak widać – wychowywanie w duchu nacjonalizmu i militaryzmu.

Pan prezydent wyraził uznanie dla niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”: Niemcy nakręcili obraz pokazujący ich wersję historii – co jest przebiegłe i godne naśladowania. Zgadza się pan?

– Historia to archiwa, roczniki starych gazet, relacje świadków, porównania, analizy. Ja jestem zawodowym historykiem. A film to sztuka, wizja reżysera. „Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”. Pamięta pan?

To błąd, że w III RP nie kręcono filmów historycznych?

– Ależ kręcono, przypomnę serial o życiu marszałka Piłsudskiego w latach 90., z Zapasiewiczem w roli głównej…

Panie profesorze, teraz będą wysokobudżetowe filmy z Danielem Craigiem i Angeliną Jolie.

– Chodzi nie o historię, tylko o narrację. Taki dobór wątków, postaci, elementów, żeby można było utkać opowieść pożądaną przez władzę, trafiającą do przekonania odbiorców.

Narracja wymusza opowieść w barwach czarno-białych. Gubią się szarości. Uchwałę o upamiętnieniu 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął przez aklamację, bez żadnej dyskusji.

– Opozycja kompletnie przespała tę sprawę. Nie zorientowała się, że wcale nie chodziło o upamiętnienie NSZ, ale o obalenie mitu Armii Krajowej. To AK była główną siłą walczącą z Niemcami, była armią państwową, skupiającą wszystkich od lewicy do prawicy. Kto nie był w AK? Komuniści i skrajni nacjonaliści. Uchwała rozbija ten obraz.

Przeciwstawia twardych patriotów NSZ żołnierzom z AK, którzy zaprzestali oporu i zaczęli się ujawniać Sowietom?

– Przesuwa akcent z wojny na powojnie i to ma bardzo krótkie nogi. Bo dla milionów polskich rodzin to wojna była najważniejszym, kluczowym doświadczeniem. W czasie wojny Polacy byli zjednoczeni. Rząd Polski był w Londynie, Armia Krajowa w podziemiu. Tymczasem uchwała eksponuje grupę radykalnych nacjonalistów i antysemitów, w 1944 r. zwolenników kolaboracji z Niemcami.

Ostre słowa.

– One opisują NSZ.

Do uchwały sejmowej trafiła Brygada Świętokrzyska. To fakt, że akurat oni mieli za sobą współpracę z Niemcami: oficerowie łącznikowi z SS czy przerzucanie dywersantów z terenu III Rzeszy na tyły armii sowieckiej.

– Na emigracji tym ludziom odmawiano praw kombatanckich. Akowcy nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Fundamentalna zasada brzmiała: „Nie kolaboruje się z Niemcami”. A oni ją złamali. Dziś się ich wybiela. Zrównywanie NSZ z AK to rozbijanie opowieści o polskim oporze, niezłomnej postawie wobec niemieckiego nazizmu.

W książce „Przeciwko Pax Sovietica” Mariusz Bechta i Wojciech J. Muszyński piszą o kapitanie Romualdzie Rajsie, ps. Bury, usprawiedliwiając spalenie przez jego oddział białoruskiej wsi.

– To, że oddział Rajsa „Burego” dopuścił się zbrodni wojennej w Zaleszanach i nie tylko tam, to sprawa oczywista. Był zresztą werdykt IPN w tej sprawie. Trudno na to patrzeć inaczej.

Można. Wspomniani autorzy piszą, że zginęli tylko ci, którzy się nie podporządkowali rozkazom i zostali w domach. A było to tak, że matka zostawiała niemowlę, „bo zaraz wrócę, co mam z dzieckiem chodzić po mrozie”. Jakaś rodzina nie miała butów, więc została w domu. Potem wszyscy spłonęli żywcem, leżą na wiejskim cmentarzu.

– A więc ofiary same sobie są winne? Obrzydliwe! Działania partyzanckie często łączyły się ze zbrodniami. Bury jest tu klinicznym przypadkiem, ale przecież daleko niejedynym. Mówienie, że ktoś walczył z Niemcami czy z Sowietami i samo to czyni go bohaterem bez skazy, jest nadużyciem, kłamstwem historycznym. Ich nie obchodzi to, że kłamią – to dla mnie jasne. Jednak trudno mi zrozumieć tę logikę. Jaki walor wychowawczy może mieć eksponowanie Rajsa „Burego”?

Patronem 1. Brygady Wojsk Obrony Terytorialnej został płk Władysław Liniarski ps. Mścisław…

– Komendant białostockiego okręgu AK.

Pułkownik Liniarski złożył zeznania obciążające generała Emila Fieldorfa „Nila”, który potem został stracony. Liniarski był potwornie skatowany, na salę sądową nie mógł wejść o własnych siłach, po latach odwołał te zeznania, ale… I jak to oceniać?

– Tu dotykamy czegoś, co jest prawdziwą historią. Opowieść o dylematach, osobistej tragedii oficera i człowieka. Czy my możemy go oceniać? Albo potępiać? Bo nie wytrzymał bestialskich tortur i powiedział za dużo? Historia tamtych czasów powinna skłaniać do namysłu. A Liniarski to dobry przykład dramatu, niejednoznaczności tamtego czasu. Ale można jego historię opowiedzieć inaczej. Zrobić z niej szopkę. Historię kukiełkową. W sumie to proste – wystarczy wyciągnąć jeden fragment życiorysu, napompować i już mamy gotową konstrukcję ideologiczną. Tyle że to nie jest historia, a fałsz.

Jarosław Kaczyński mówił kiedyś, że wobec kompromitacji postaci Wałęsy to jego brat Lech stanie się postacią symboliczną dla ruchu Solidarność.

– No, niech pan da spokój. Musiałby spalić archiwa, gazety z tamtego czasu i jeszcze wypalić wspomnienia z głów ludzi. To Orwell! Jakaś głupota! Wszyscy wiedzą, kto był przywódcą Solidarności!

Poseł PiS Janusz Śniadek, były szef S, mówi, że z Lechem Kaczyńskim jako symbolem związku to jest dobry pomysł.

– Pamiętam takich jak pan Śniadek jeszcze z PRL. Byli gotowi potwierdzić każde kłamstwo, byle się przypodobać władzy.

Lech Wałęsa mocno pracował na erozję swojego mitu: w latach 70. podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, a w latach 90. robił wszystko, by zlikwidować obciążające go papiery.

– Prawda. Ale to kolejny dowód na to, że historia nie jest czarno-biała; rzadko trafiają się ludzie ze spiżu. Ale to, co oni robią z postacią Wałęsy, to jakiś absurd. Próbują zniszczyć przywódcę, bez którego nie byłoby Solidarności. Gdyby nie on, mielibyśmy kilka związków dowodzonych przez ambitnych działaczy. Po 13 grudnia SB chciała nakłonić Wałęsę do zdrady; niech stanie na czele fasadowej Solidarności, a ekstremiści zostaną w podziemiu i zakłócą się na śmierć. Ale Wałęsa Solidarności nie zdradził, nie poszedł na kolaborację. Można mieć do niego mnóstwo pretensji, ale – że zaryzykuję karkołomne porównanie – co jest istotniejsze w życiu Pawła z Tarsu? To, że w młodości prześladował chrześcijan, czy to, że był apostołem, męczennikiem, że stał się święty?

Jarosława Kaczyńskiego można chyba zrozumieć. Robi to dla pamięci brata.

– Nie, tego nie można zrozumieć. Lech Kaczyński nie był przywódczą postacią w Solidarności. Był doradcą WZZ i Regionu Gdańskiego, zajmował się prawem pracy. Nawet nie aspirował do roli politycznego doradcy, jakimi byli Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. Od 1983 r. pracował w biurze Wałęsy i dlatego awansował w hierarchii. Po 1989 r. zawalczył o przywództwo, ale przegrał z Marianem Krzaklewskim. I to koniec tej historii. Nie może być symbolem S. To bzdura.

Czy „tamta strona” nie ma prawa do poczucia krzywdy? W III RP mieliśmy do czynienia z wieloma zapomnianymi bohaterami, o Annie Walentynowicz czy małżeństwie Gwiazdów wspominało się rzadko i z dopiskiem, że trochę odjechali.

– Odbywały się dyskusje, pisano artykuły w gazetach, kręcono filmy dokumentalne. Ale ludzie bardziej interesowali się sprawami bieżącymi: transformacją ustrojową, dramatami robotników z zamykanych zakładów, wzrostem bezrobocia, fascynacją możliwościami nieskrępowanego wyjazdu na Zachód…

I co się teraz stało?

– Zmienił się klimat społeczny. Dziesięć lat temu zwykłych ludzi nie podniecała historia, a teraz stała się tak ważna. Dlaczego? Tego nie jestem w stanie powiedzieć. Dobre pytanie do psychologa społecznego.

Bronisław Wildstein mówi, że w III RP też była polityka historyczna, ale dominowała pedagogika wstydu.

– Ale co ma być tą pedagogiką wstydu? Że wstydzimy się tego, że Polacy mordowali w Jedwabnem? To chyba nie jest powód do chwały. Ale równolegle opowiadano o AK, o powstaniu warszawskim, przypominano Katyń, można mnożyć przykłady.

Profesor Legutko uważa, że jest u nas silna tradycja wyrzekania się polskości.

– Jakaś obsesja. Nie spotkałem nikogo, kto by się jej wyrzekał. Tu chodzi o coś innego – o wykreowanie opowieści o tym, jacy to jesteśmy wspaniali. O tym, że Polacy albo byli bohaterami, albo ofiarami. W taką opowieść Jedwabne czy pogrom kielecki wpisują się słabo. Słyszał pan słowa minister edukacji? Jedwabne: „ta dramatyczna sytuacja jest kontrowersyjna”. Kielce: „różne były zawiłości historyczne”. Według nich Polska jest bezgrzeszna. A tego historycznie udowodnić się nie da.

Wy mówiliście Gombrowiczem, to oni mówią Sienkiewiczem.

– Jaka wymyślna konstrukcja! Tylko że to żaden Sienkiewicz, ale egoizm: „Myśmy cierpieli, a inni mają to uznać”.

A „Polska to brzydka panna bez posagu” – jak powiedział Władysław Bartoszewski? Tak?

– Rozumiem, że tamtą stronę obraża określenie „brzydka panna”. Cóż, nie jesteśmy pępkiem świata.

Bartoszewski nawet po śmierci jest za to atakowany.

– Mowa o tym panu z telewizji publicznej, który dziwił się, że Bartoszewski przeżył Auschwitz? Co ja mam powiedzieć? Ręce opadają! A wracając do tematu, to przecież chyba jasne, że nie jesteśmy bardzo ważni z punktu widzenia Wielkiej Brytanii czy Stanów. Czyli sami musimy zabiegać o to, by rozumiano nasze prawo do bezpiecznej egzystencji, uczestniczenia w życiu międzynarodowym, wymianie kulturalnej. To także nakłada na nas pewne obowiązki – choćby takie, by sobie samemu nie szkodzić.

Czym sobie szkodzimy?

– Pompowanie NSZ skończy się tym, że będziemy musieli tłumaczyć, że w czasie wojny nie kolaborowaliśmy z Hitlerem. Sami na własne życzenie wyprowadzamy się ze świata demokratycznych wartości. Robi się z tego pułapka, bo mówimy Ukraińcom: „Wy nie macie prawa powoływać się na UPA”. A oni odpowiedzą: „A Polacy mogą powoływać się na NSZ?”.

Prezes IPN Jarosław Szarek przyznaje, że w stosunkach z Ukraińcami mamy zimną wojnę. Mówi, że Ukraińcy muszą przejść taką drogę jak Niemcy.

– Ukraińcy mają niezależne państwo i pan Szarek nic nie może im narzucić. To dziecinada. A odpowiedzią na nasz egoizm narodowy będzie ich egoizm narodowy. I drastyczne pogorszenie stosunków z ważnym sąsiadem.

Paradoksalnie to akurat podważa dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego, który potrafił sporo znieść dla poprawy relacji z Ukrainą czy Litwą.

– Lech Kaczyński te sprawy miał głęboko przepracowane. Trudne relacje z Ukrainą, Litwą, Niemcami, Żydami. Potrzeba uśmierzania napięć. Problem stosunku do własnej przeszłości – to wszystko nie dość, że atrakcyjne intelektualnie, to jeszcze pozwalające budować wspólną przyszłość z innymi narodami. Lech Kaczyński wiedział, że jeśli mamy budować przyszłość, to należy być nieco powściągliwym w mówieniu o swoich krzywdach. Aby dialog nie kończył się na licytacji, kto wycierpiał więcej. Obóz dzisiejszej władzy niszczy dorobek Lecha Kaczyńskiego.

Dzieli nas niemal wszystko. Gwizdy przy mogiłach powstańców, Muzeum II Wojny Światowej, Lech Wałęsa, okrągły stół. Czy Polacy są jeszcze w stanie rozmawiać na temat wspólnej historii?

– Rozmowa? Przecież trwa rewolucja! Ma doprowadzić do zmiany elit, do zmiany miejsca Polski w Europie. Ma zniszczyć państwo liberalne i zastąpić go jakimś tworem ludowo-plebejskim. Chcą stworzyć Polskę alternatywną do tej, jaką znamy od 1989 roku.

Prezydent Andrzej Duda mówi, że trzeba odbudowywać wspólnotę.

– Prezydent już podzielił nas na bohaterów i zdrajców. Zarzucił elitom III RP, że uprawialiśmy postkomunizm, że nie dbaliśmy o bohaterów. Te oszczerstwa raczej wykluczają możliwość dialogu.

11 Listopada Polacy będą świętować podzieleni?

– Na nic innego się nie zanosi. Bo niby jak mamy świętować razem? Nie wyrzeknę się wolnej, demokratycznej Polski, którą odbudowaliśmy po 1989 roku. A oni ten ideał opluwają. Nie tylko. Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak świętować razem?

Mamy 100-lecie niepodległości. Może prezydent stanąć w szeregu z Lechem Wałęsą, Aleksandrem Kwaśniewskim, Bronisławem Komorowskim?

– To niemożliwe w świetle tego, co się dzieje w Polsce. Oni rozmontowują niezawisłe sądy, a my mamy spuścić na to zasłonę milczenia na jeden dzień i powiedzieć: „Dobra, maszerujmy”?! Nie ma na to zgody.

Na czym polega nasz spór?

– W naszej tradycji są dwa alternatywne sposoby patrzenia na Polskę i polskość. Jedna to tradycja nacjonalistyczna: emocjonalna i egocentryczna. Taki Dmowski, ale w wersji populistycznej – uproszczony, ludowy. A tradycja przeciwna jest obywatelska – przed wojną obóz Piłsudskiego, w okresie tworzenia państwa – chce jak najszerszego konsensusu dla budowania państwa i jest otwarta na modernizację. Te wizje się trudno spotykają, bo mówią zupełnie różnymi językami.

Czyli – jak to mamy w polskiej tradycji – porozmawialiśmy sobie o dwóch trumnach: Piłsudskiego i Dmowskiego?

– Oczywiście. Trzecia RP była obywatelska. A teraz mamy próbę budowania Polski plebejskiej i nacjonalistycznej.

Stulecie odzyskania niepodległości szykuje się nam raczej smutne?

– Niestety, na to wygląda.

Wywiad pochodzi z listopada 2017 r.

(fragment wywiadu)

Donald Tusk: Naprawdę nie musimy dać się nieść trendom. Zawsze byli antysemici i nacjonaliści, socjaliści i liberałowie, ludzie mroku i oświecenia. Ale na końcu są zawsze konkretne decyzje konkretnych polityków. I one przeważają.

Adam Michnik: W 1989 r., już na paszportach dyplomatycznych, pojechaliśmy ze Zbigniewem Janasem, Zbigniewem Bujakiem i Janem Lityńskim do Pragi. Tam reżim jeszcze trzymał się mocno. Jirzi Dienstbier, późniejszy minister spraw zagranicznych Czechosłowacji, mówi: – U nas rządzi taki Milosz Jakesz, najuczciwszy polityk na świecie, bo wygląda jak idiota, mówi jak idiota i jest idiotą.

Donald Tusk: Chcesz powiedzieć, że to znak czasu. Przewrotny początek. Ale rzeczywiście dziś w polityce szczery i autentyczny idiota wzbudza w niektórych więcej zaufania niż mędrzec hipokryta. Ktoś, kto z przekonaniem i zaangażowaniem mówi bzdury, ma dziś większe szanse niż rozsądny nudziarz. Można wygadywać bezkarnie rasistowskie i ksenofobiczne brednie, szczuć na mniejszości, obrażać ludzi i całe narody… I wygrywać. Najgorsze, że dla populistów naszych czasów często nie ma alternatywy. A może zawsze tak było?

STYL TRUMPA I FASCYNACJA PUTINEM

A.M.: Jakie są dziś z punktu widzenia przewodniczącego Rady Europejskiej największe zagrożenia dla demokracji? Fundamentalizm islamski? Terroryzm? Populizm? Rosja? Putin?

– Z demokracją liberalną mamy ten problem, że pojawili się w Europie przywódcy polityczni, tu Viktor Orbán jest najbardziej spektakularnym przykładem…

Jarosław Kurski i Adam Michnik (jednocześnie): Twój przyjaciel Orbán!

– Tak, mój przyjaciel Orbán jest spektakularnym przykładem przywódcy, który potrafił przekonać swoich wyborców, że to liberalna demokracja jest źródłem naszych słabości i porażek, że albo wolność i bałagan, albo silna władza i porządek. I kryzys migracyjny dostarczył mu sporo argumentów. Opłaciło mu się – nie tylko jemu – wrócić do narracji znanej z przeszłości, że wolność i bezpieczeństwo są w opozycji. Za nielegalną imigracją idzie lęk o utratę tożsamości. Lęk obiektywny, nie musi mieć nic wspólnego z rasizmem czy ksenofobią. W Europie postępuje zwątpienie w demokrację – myśl, że jedyną odpowiedzią na terroryzm i nielegalną imigrację jest silne, autorytarne państwo. I jak się uda ludzi przekonać, że „albo-albo”, to większość zawsze wybierze bezpieczeństwo. Ale to fałszywa opozycja.

Nie muszę czytelników „Wyborczej” przekonywać, że wolność słowa, wolne wybory, wolny rynek, równowaga władz, praworządność nie mają nic wspólnego ze skutecznością straży granicznej. To, że tak trudno kontrolować granice na Morzu Śródziemnym – miękkie podbrzusze Europy – nie wynika z ustroju politycznego Grecji i Włoch. Liberalna demokracja jest w stanie skutecznie walczyć z nielegalną migracją i terroryzmem. Autokratyczna demokracja typowa dla Wschodu nie jest żadnym rozwiązaniem.

Na szczęście dzisiaj już wszyscy rozumieją, że kontrola granicy zewnętrznej to nie ideologiczny wybór, tylko fundamentalny obowiązek każdej władzy. Nic nowego. Nowe jest zupełnie inne, bardzo poważne zjawisko. To nowa strategia geopolityczna Waszyngtonu i prezydenta Trumpa. Po raz pierwszy w historii mamy Amerykę nieprzychylną idei zjednoczonej Europy. To manifestacyjnie okazywany fakt – w słowach, gestach i czynach. Trump uznał, że USA będą się miały lepiej, jeśli uporządkują świat na zasadzie: my, Ameryka, a z drugiej strony jednostkowe państwa. Tak jakby chciał rozłożyć świat na czynniki pierwsze, bo wówczas USA mogą zyskać więcej korzyści.

Paradoks jest taki, że nie może tego zrobić wobec najpoważniejszego konkurenta, jakim są Chiny, więc robi to wobec jedynego prawdziwego alianta, jakim jest zjednoczona Europa. To niesie wielorakie ryzyko. Biorąc pod uwagę styl władzy Trumpa i fascynację niektórych polityków europejskich Putinem, obawiam się infekcji wschodniego sposobu myślenia o polityce. Ona dotarła już do wielu miejsc w Europie. W tym sensie Rosja nie jest dziś dla Europy zagrożeniem militarnym, tylko ideowym. To, co Aleksander Dugin mówi Putinowi – jak powinna wyglądać rosyjska geopolityka i rosyjski ustrój – znajduje klientów intelektualnych także w Europie. I to uważam za bardzo poważne zagrożenie.

A.M.: Także w Polsce.

– Kaczyński jest modelowym przykładem polityka niszczącego liberalną demokrację rozumianą jako wolność słowa, wolny rynek, wolne wybory, trójpodział władzy, praworządność, prawa człowieka. Model władzy Putina i Erdogana podoba się i Kaczyńskiemu, i Orbánowi.

ZNOWU TE DWIE TRUMNY

J.K.: Ta władza ma na twoim punkcie obsesję. Jeden tweet wytrąca ją z równowagi, zaraz komentarze i kanonada rządowej propagandy.

– Tak sądzicie?

J.K.: No jednak – przyjeżdżasz do Warszawy na przesłuchanie, na dworcu tłumy. Tłumy w Krakowie, we Wrocławiu…

– Emocje rządzą dziś polityką nie tylko w Polsce. Dożyliśmy czasów, że w polityce są ważniejsze niż racjonalne argumenty. Miłość, nienawiść, rozpacz, nadzieja stały się solą polityki. Nie akademicki wykład. Źle się czuję w atmosferze tego ostrego konfliktu, w dodatku bardzo spersonalizowanego. Bo tak się złożyło, że ten wielowymiarowy i historyczny spór polityczny dziś ma twarze Kaczyńskiego i Tuska. Ale to tylko współczesna forma czegoś, co ma głębokie i zadawnione źródła.

J.K.: Władza się ciebie boi, bo definiuje jako realne dla niej zagrożenie. A nuż on wróci…

– Dla oponentów dzisiejszej władzy pamięć o nieodległych w czasie zwycięstwach Platformy jest znakiem nadziei. Że skoro można było wtedy, to może da się też wygrać jutro. I że jestem człowiekiem, który ma na to patent. Ale to za proste.

Donald Tusk, zawód: polityk

J.K.: Przyjechaliśmy tu, do Brukseli, na rozmowę o stuleciu niepodległości do wydania gazety „Wyborcza na Drugą Setkę”. Nie uciekniesz więc od przyszłości i teraźniejszości.

A.M.: Napisałeś kiedyś w „Znaku” tekst nasycony goryczą: „Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi”.

Europa przed nadchodzącymi wyborami nie ma lidera. Jeśli nie Angela, to kto ma jej przewodzić, czyli bronić Unii Europejskiej przed jej destruktorami? Czy Merkel może zastąpić w tej roli Macron?

Siły destrukcji to populiści i skrajna prawica ze wsparciem Putina. Odgrażają się, że w wyborach europejskich zdobędą większość. Po co im większość? Przecież nie do tego, by przedłużyć żywot Unii, tylko żeby ją wycisnąć finansowo i wykończyć politycznie. Taka jest stawka wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. Partie proeuropejskie powinny wystawić kandydatów świadomych, jak ważne są te wybory. Muszą umieć kontrować i demaskować hasła nacjonal-socjalistów.

Prezydent Francji akurat w tym jest dobry. W związku ze stuleciem zakończenia I wojny światowej – a to wydarzenie ważniejsze niż powstanie na gruzach trzech imperiów nowych państw narodowych, w tym Polski – odwiedzał miejsca bitew, które kosztowały życie setek tysięcy młodych ludzi. Nazywał rzeczy po imieniu. Trąd nacjonalizmu i ingerencje sił zewnętrznych zagrażają pokojowi w Europie.

Po odejściu Angeli Macron zostanie sam jako rzecznik i obrońca Europy. Ma talent, nie ma sojuszników. Nie boi się populistów, ale we Francji idą oni łeb w łeb w sondażach z jego partią. Jeśli nie wzmocni się we własnym kraju, nie będzie silnym liderem Europy.

Złote lata „europejskie marzenie” ma za sobą. Niechętny Unii jest zarówno Trump, jak i Putin. Wielka Brytania poszła za fletem eurosceptycznych szczurołapów. Pokojowo-demokratyczna europejska wspólnota otwartych granic i praw człowieka nie inspiruje prezydenta Chin Xi. Turcja Erdoğana już do Unii drzwi sama dla siebie ostatecznie zamknęła po rozprawie z „puczystami”.

Trzeba się liczyć z rozpadem, w tej czy innej formie, Unii w jej obecnym kształcie. Ekipa Macrona patrzy złym okiem na Kaczyńskiego, Orbána i innych przywódców postkomunistycznej „nowej Unii”, którzy rozbijają UE od wewnątrz. „Stara” ma większe szanse poradzić sobie z populistycznym kryzysem, dawne „demoludy” – mniejsze. Nikt z liczących się przywódców na Zachodzie nie będzie o nas walczył. Jak zwykle musimy poradzić sobie sami. I w Polsce sobie poradzimy.

Waldemar Mystkowski pisze o tragifarsie przygotowań do marszu.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz w apelu o odzyskanie 11 listopada jasno wyraża się, w jakim miejscu znajduje się państwo polskie. Sienkiewicz zasłynął określeniem „państwo teoretyczne”, które dostało wykładnię w książce o tym samym tytule. Minister rządu PO-PSL apeluje o podpisanie petycji, wg której na mocy spec-ustawy winno się ustanowić święto 11 listopada organizowane tylko przez państwo polskie, abyśmy nie kompromitowali się zgodą na „na ponure marsze ludzi w kominiarkach, nienawistne, rasistowskie, ksenofobiczne transparenty i okrzyki”.

PiS miał 3 lata, aby do postulowanej sytuacji doprowadzić. Ale zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i premier Mateusz Morawiecki obudzili się 4 dni przez obchodami 100 rocznicy odzyskania niepodległości, gdy Marsz Niepodległości nacjonalistów i neofaszystów został zakazany przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Zakaz został przez sąd anulowany, bo ma podstawy prawne w ustawie o zgromadzeniach cyklicznych, której autorem są orły PiS. Ustawa pisana była pod miesięcznice smoleńskie, które już się nie odbywają. Zarówno rząd, jak i kancelaria Dudy mogły napisać spec-ustawę, o którą apeluje Sienkiewicz, lecz były zajęte innymi sprawami demolującymi państwo polskie.

W tej chwili sytuacja z obchodami przedstawia się absurdalnie, operetkowo. Joachim Brudziński w ostatniej chwili podpisał porozumienie ze służbami mundurowymi. Funkcjonariusze gremialnie zapadli na zdrowiu, którego odzyskanie stało się możliwe tylko w wypadku podwyżki pensji i licznych przywilejów socjalnych. Brudziński dostał prikaz od Kaczyńskiego, aby iść na wszelkie ustępstwa i poszedł. Policji w ochronie marszu ma pomóc wojsko, które ściąga do Warszawy najnowocześniejszy sprzęt i „ochotników”.

Nadal Kancelarie Prezydenta i Premiera negocjują z narodowcami warunki wspólnego marszu. Szantaż nacjonalistów jest skuteczny, nikt nie będzie w stanie kontrolować ekscesów. Podczas marszu najpierw przemawiać będzie prezydent, ale ostatnie słowo ma należeć do przedstawiciela nacjonalistów.

Szef Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski chwali się na Twitterze, że w dniu Święta Niepodległości budynki w wielu krajach będą podświetlone na biało-czerwono. I tak najbardziej spektakularnie uroczystości za granicą organizuje Sławomir Nowak – były minister rządu PO-PSL, a obecnie pracujący dla rządu ukraińskiego. W Kijowie w tamtejszym Teatrze  Narodowym odbędą się uroczyste obchody, na których obecna będzie elita polityczna naszego wschodniego sąsiada.

Uroczystości państwowe z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości to istny dramat dla władzy PiS, której indolencja może doprowadzić do tragedii. Na razie prezentuje się w wymiarze tragifarsy.

>>>

Morawiecki znowu kłamie jak najęty

3 List

Grzegorz Schetyna spytał Angelę Merkel, która wraz z niemieckim rządem przebywała w Warszawie na rutynowych konsultacjach, czy Mateusz Morawiecki rozmawiał z nią o pisowskim temacie „reparacje wojenne”.

I co?

Kłamca Morawiecki nie rozmawiał.

Więcej o pobycie Merkel w Polsce tutaj >>>

O Kościele katolickim.

Neumann o Marszu Niepodległości: Wszyscy, którzy będą ten marsz organizować, muszą mieć pełną świadomość, że jeżeli pojawią się hasła faszystowskie, rasistowskie, ksenofobiczne, będzie taki marsz rozwiązany

– Wszyscy, którzy będą ten marsz organizować, muszą mieć pełną świadomość, że jeżeli pojawią się hasła faszystowskie, rasistowskie, ksenofobiczne albo gesty, albo transparenty, muszą się liczyć z tym, że będzie taki marsz rozwiązany. To jest oczywiste, prawa trzeba przestrzegać – mówił Sławomir Neumann w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24.

Neumann: Schrzanili uroczystości stulecia niepodległości Polski. Za grube miliony, dziesiątki ludzi przy tym pracowało i jest tak jak zawsze. Nie będzie nic nadzwyczajnego

– To jest żart, naprawdę jest żart. Miało być coś wielkiego na stulecie. Miało zostać po tym wydarzeniu coś, co Polskę przybliży Europie i światu do odzyskania niepodległości. Mamy koncert. Przypomnę, że koncerty mamy też w sylwestra – mówił Sławomir Neumann w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24.

– Wszyscy pojechali z Warszawy. Ani prezydenta nie będzie na tym marszu, ani premiera nie będzie na tym marszu. Tylko narodowcy. Tak schrzanili uroczystości stulecia niepodległości Polski. Niestety, za grube miliony, dziesiątki ludzi przy tym pracowało i jest tak jak zawsze. Nie będzie nic nadzwyczajnego – dodał Neumann.

Morawiecki kłamie jak najęty – dwa kłamstwa na godzinę.

Była sekretarz stanu USA Madeleine Albright wypowiedziała się w swojej najnowszej książce na temat partii PiS i Jarosława Kaczyńskiego.

Waldemar Mystkowski o tym pisze:

Słynna była szefowa amerykańskiej dyplomacji Madeleine Albright mogła Morawieckiego nie dostrzegać, ale jego szef Jarosław Kaczyński to dla niej postać, która jest godna szerokiego odnotowania w książce „Faszyzm. Ostrzeżenie”, która ukazała się w ubiegłym miesiącu na polskim rynku wydawniczym.

Co? – prezes PiS w pozycji o faszyzmie. Nie róbmy wielkich oczu, bo tak już nas widzą na szerokim świecie, a świat amerykański ma dla nas wymiar największy, tuż zaraz po unijnym. Albright jest szczególnie wrażliwa na nasz region, wszak urodziła się w czeskiej Pradze.

Amerykanka pisze wprost o kontakcie Kaczyńskiego z ludem polskim: „Wydaje się, że znajduje lepsze porozumienie ze swoimi kotami niż z obywatelami”. Choć ten „lud polski” powinienem zamienić na „ciemny lud”, tak prezes traktuje swój elektorat, a do innych wyborców mając pogardę, którą dobrze poznaliśmy przez trzy lata rządów jego partii.

Brak kontaktu Kaczyńskiego z Polakami – z tego wypływają problemy jego partii, prezes PiS postrzega rodaków w perspektywie kuwety. To jest nieuniknione psychologicznie, gdy ktoś taki porusza się za żelaznymi barierkami, otoczony kordonem policjantów i prywatnych ochraniarzy.

Cienka jest granica między normalnością a chorobą psychiczną, to cienizna jest zauważalna u Kaczyńskiego, nawet w jego przemówieniach, w których wydaje się być dla siebie mądrym, gdy wklei do wygłaszanych zdań jakieś trudniejsze słówko ze słownika wyrazów obcych.

Więcej >>>

PO, PSL, Nowoczesna, SLD, IP i UED: Spotykają się ludzie i spotykają się partie, które dochodzą do wniosku, że w imię rozsądku powinny współpracować

2 List

>>>

— JĘDRZEJ BIELECKI W RZ O ZBLIŻENIU Z NIEMCAMI: “Po Merkel długo może nie być tak przychylnego nam przywódcy.
rp.pl

— ZUPEŁNIE INACZEJ GW: “Z tego, co dowiadujemy się w naszych źródłach dyplomatycznych w Berlinie, wynika, że podczas przygotowania wizyty Merkel w Warszawie pojawiły się głosy, by konsultacje przesunąć – ze względu na ataki na Niemcy prowadzone przez polityków PiS i podległe mu media. Ale dzień przed wizytą w Warszawie zaplanowano wizytę Merkel w Kijowie – i trzeba by było odwołać oba spotkania, a to zaś nie wchodziło w grę.  – Plan na te rozmowy to minimalizacja szkód. Nic nie załatwimy, miejmy to po prostu za sobą – mówi nasz rozmówca”.
wyborcza.pl

— WARZECHA O TYM, ŻE ZIMNA WOJNA Z NIEMCAMI TO GŁUPOTA – pisze w WP: “A może tak już musi być – prosty, by nie rzec: prostacki przekaz na kraj, ale pragmatyczne działanie na zewnątrz? Tyle że to tak nie działa. Nasi partnerzy nie dostają wyraźnego sygnału, że to tego typu kombinacja i nie wiedzą, jak interpretować kolejne antyniemieckie szarże polityków PiS. Co gorsza, obsesyjnie antyniemiecka retoryka wytworzyła już tak potężne oczekiwania wyborców, że zaczyna działać sprzężenie zwrotne: politycy, którzy być może traktowali swoje pokrzykiwania tylko jako środek retoryczny do zagrzewania elektoratu, będą musieli zacząć spełniać oczekiwania, które sami wytworzyli. A to może nas naprawdę wiele kosztować”.
wp.pl

— OBCHODY NIEPODLEGŁOŚCI W SPRZECZNOŚCI Z TYM CO GŁOSI PIS – Jakub Majmurek: “Hojnie wspierany z publicznych środków, produkowany przez twórców „Smoleńska” rocznicowy film o Legionach Piłsudskiego, premierę będzie miał najpewniej dopiero w 2019 roku. Państwo, jak się okazuje, nie jest w stanie zorganizować ponadpartyjnych, prawdziwie otwartych dla wszystkich, uroczystych obchodów. Wszystko to pod rządami formacji, która o rocznicy 1918 roku mówiła przez ostatnia trzy lata bez przerwy. Której przedstawiciele przy każdej okazji powtarzają, że w przeciwieństwie do swoich politycznych konkurentów, będą prowadzić politykę historyczną przywracającą Polakom dumę z ich państwa i jego historii”.

— WŁADZA DAJE POKAZ NIEUDOLNOŚCI – DALEJ MAJMUREK: “Tymczasem w trakcie wyjątkowej, zdarzającej się raz na stulecie rocznicy, władza, zamiast okazji do przeżycia dumy z polskiej historii daje rodakom pokaz własnej nieudolności. Rocznica 11.11. zaskoczyła ją, jak przysłowiowa zima drogowców. Przy tym, o ile w naszym klimacie czasem faktycznie trudno przewidzieć dokładny początek zimy, to o tym, że w niedzielę 11.11. przypadnie setna rocznica odrodzenia państwa po latach zaborów, wiadomo było od dawna i naprawdę można było się przygotować”.
newsweek.pl

— LUDWIK DORN O GUMKOWANIU PSL PRZEZ PIS: “To oznacza, że w zależności od zasięgu czystki, którą w zdobytych urzędach marszałkowskich przeprowadzi PiS, wygumkowanych zostanie od kilkuset do nawet dwóch tysięcy zielonych kropek. Ale to tylko połowa biedy. Druga połowa, może nawet większa, to starostwa powiatowe”.

— DORN O HIPOTETYCZNEJ LUDOWEJ PRZYSTAWCE PIS: “Powołanie ludowej przystawki i wzięcie jej na swoje listy wyborcze to dla PiS zysk 1-2 proc. wyborców. Wypchnięcie PSL poza Sejm oznacza, że mandatami po ludowym trupie będą się dzielić PiS i KO z grubsza proporcjonalnie do stosunku sił między nimi, więc PiS zyska na tym więcej niż KO. Utrzymanie bezwzględnej większości staje się zatem wielce prawdopodobne”.
wyborcza.pl

Schetyna: PAD wprost angażuje się w kampanię w sposób mało wyrafinowany. To źle wróży

– To szczególny dzień, 1 listopada, dla nas wszystkich. Jeżeli widzę takie zachowania, reakcje, jeżeli w taki sposób zachowuje się prezydent RP, który wprost angażuje się w kampanię w sposób mało wyrafinowany, to źle wróży. Nie tylko tej kandydatce w czasie wyborów, ale w ogóle prezydentowi. Tak nie można robić, realizować zapisów Konstytucji i spełnia zapisów Konstytucji – stwierdził Grzegorz Schetyna w rozmowie z dziennikarzami w Sejmie, komentując wizytę prezydenta Dudy w Nowym Sączu.

Neumann: Ci, którzy robią kampanię na grobach, powinni być eliminowani z polityki

– Rozumiem, że można być w jakiejś desperacji, ale pójść na cmentarz i robić tam kampanię, we Wszystkich Świętych, to już jest gruba przesada. Myślę, że nie powinno tak być – stwierdził Sławomir Neumann w rozmowie z Piotrem Witwickim w „Politycznym Graffiti” Polsat News. – Nie chodzi się na cmentarz robić kampanii – taka zasada. Ci, którzy robią kampanię na grobach, raczej powinni być eliminowani z polityki – dodał szef klubu PO.

Na pytanie, gdzie jest granica, Neumann opowiedział: – Jeżeli Andrzej Duda ma groby w Nowym Sączu i zawsze tam był, to ok, ale nie ma tam grobów i poszedł tam tylko dlatego, że kandydatką na prezydenta Nowego Sącza jest żona posła Mularczyka. Chodzili i spacerowali po cmentarzu. Nie mam słów na to.

Jak dodał, Andrzej Duda “jeszcze przez jakiś czas będzie prezydentem i będzie nam taki obciach przynosił“.

Kowal: Wewnątrz rządu uznano, że wynik wyborczy jest dla PiS zły i nikt mi nie powie, że jest inaczej

– To nie jest historia o jakichś prawnych aspektach. Ona jest chyba o sprzątaniu po wyborach samorządowych. Moje podsumowanie jest takie. Wewnątrz rządu uznano, że wynik wyborczy jest dla Prawa i Sprawiedliwości zły i nikt mi nie powie, że jest inaczej. Zdecydowanie poniżej oczekiwań – mówił Paweł Kowal w rozmowie z Beatą Lubecką w programie „Gość Radia Zet”.

– Tam jest jedna gorsza rzecz, na którą nikt nie zwraca uwagi. Uważam, że nie ma sensu tego porównywać do wcześniejszych wyborów, np. parlamentarnych, bo to są inne wybory, ale też nie ma do wcześniejszych samorządowych, bo Polska jest innym krajem w ciągu tych kilku lat. Nie ma się co łudzić, że wszystko będzie tak jak cztery lata temu. Kluczowa sprawa to analizować jak jest dzisiaj, czyli jak w dzisiejszych warunkach radzi sobie opozycja, np. w warunkach odcięcia od mediów rządowych, a ona sobie nieźle poradziła – dodał Kowal.

Wspólny apel i deklaracje PO, PSL, Nowoczesnej, SLD, IP i UED: Spotykają się ludzie i spotykają się partie, które dochodzą do wniosku, że w imię rozsądku powinny współpracować, bo są sobie w tej współpracy potrzebne

– Jesteśmy gotowi do tego, żeby dzisiaj powiedzieć o intencji współpracy między naszymi ugrupowaniami, tam gdzie mamy swoich przedstawicieli w samorządzie. Na wszystkich szczeblach samorządu. Oczywiście najbardziej polityczne, partyjne, to wybory do sejmików. Tam gdzie są nasi reprezentanci, będziemy chcieli chronić samorządy. Tak jak deklarowaliśmy, walczyliśmy o to w kampanii samorządowej – mówił Grzegorz Schetyna na wspólnej konferencji prasowej w Sejmie.

– Jesteśmy w sześć ugrupowań. Jest Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Unia Europejskich Demokratów. To są środowiska, które zdobyły kilka milionów głosów w ostatnich wyborach, które chcą ze sobą współpracować. To jest pierwsza deklaracja, wszystkich sześciu ugrupowań, środowisk politycznych, o chęci współpracy na poziomie sejmików wojewódzkich – dodał Władysław Kosiniak-Kamysz.

– Te wybory się jeszcze nie skończyły. W ponad 600 gminach będzie druga tura wyborów. Bardzo ważne jest, żeby nie tylko w dużych miastach, takich jak Kraków czy Gdańsk, ale również w mniejszych miejscowościach pójść i zagłosować – stwierdziła Katarzyna Lubnauer.

– Spotykają się ludzie i spotykają się partie, które dochodzą do wniosku, że w imię rozsądku powinny współpracować, bo są sobie, w tej współpracy potrzebne. Namawiam wszystkich, którzy głosowali na listę SLD, na listę Lewica Razem, do udziału w drugiej turze głosowania, oraz o poparcie wszystkich kandydatów strony demokratycznej, tzn. nie PiS-owskiej – powiedział Włodzimierz Czarzasty.

– To wy wybierzecie czy będzie to zamknięcie PiS-owskie czy proeuropejskie otwarcie, które my ze swojej strony, jako strona prodemokratyczna, od PO, Nowoczesnej, PSL, SLD i UED i IP deklarujemy. Mądra współpraca na programie i wspólnych wartościach – dodała Barbara Nowacka.

– Samorząd w demokracji, dobrze osadzony w Polsce, jest istotą, sensem demokracji, dlatego nie dopuścimy do tego, żeby przejęła ją siła antydemokratyczna i antysamorządowa. Budujemy wspólnotę, wspólnotę ponad podziałami – mówiła Elżbieta Bińczycka.

>>>

Krystyny Pawłowicz problemy okołomaciczne

2 List

Do tej pory przed spotkaniami z panią kanclerz PiS wyciszał antyniemiecką retorykę. Tym razem poszedł na całość. Jak to wpłynie na rozmowy?

Merkel przyjeżdża w piątek do Warszawy praktycznie z całym rządem. Jedynie jej ministrów gospodarki, pracy oraz rodziny będą reprezentować sekretarze stanu.

To już 15. konsultacje rządów obydwu krajów, poprzednie miały miejsce w czerwcu 2016 r. w Berlinie. Już wówczas efekt był skromniutki: zaprezentowano polsko-niemiecki podręcznik do historii i plan wspólnej budowy szkoły dla syryjskich uchodźców w Libanie.

Minimalizacja szkód

Z tego, co dowiadujemy się w naszych źródłach dyplomatycznych w Berlinie, wynika, że podczas przygotowania wizyty Merkel w Warszawie pojawiły się głosy, by konsultacje przesunąć – ze względu na ataki na Niemcy prowadzone przez polityków PiS i podległe mu media. Ale dzień przed wizytą w Warszawie zaplanowano wizytę Merkel w Kijowie – i trzeba by było odwołać oba spotkania, a to zaś nie wchodziło w grę.

 – Plan na te rozmowy to minimalizacja szkód. Nic nie załatwimy, miejmy to po prostu za sobą – mówi nasz rozmówca

Na piątek zaplanowano piętnaste już z rzędu polsko-niemieckie konsultacje międzyrządowe. Przyjeżdża do Warszawy kanclerz Angela Merkel i większość niemieckich ministrów. Z premierem Mateuszem Morawieckim i polskimi ministrami spotkają się w Belwederze i Kancelarii Premiera. Z oficjalnych zapowiedzi wynika, że rozmowy będą dotyczyły gospodarki, polityki europejskiej i bezpieczeństwa.

Szef polskiego MSZ Jacek Czaputowicz oświadczył, że jednym z najważniejszych tematów ma być sprawa gazociągu Nord Stream 2. Wiceszef resortu spraw zagranicznych, Szymon Szynkowski vel Sęk mówił z kolei, że omawiana ma być również sytuacja Polaków w Niemczech.

Według polskiego MSZ, nie będzie omawiana kwestia reparacji wojennych, podnoszona w ostatnim czasie przez część polskich polityków.

Swoje nieodpowiedzialne trzy grosze wtrąciła na Twitterze PiS–owska funkcjonariuszka Krystyna Pawłowicz, proponując spis tematów jakich jej zdaniem dotyczyć powinno to ważne dla obu stron spotkanie:

„Stop Nordstream” i „reparacje dla Polski”, następnie „niemieckie obozy śmierci”, chociaż nie od dziś wiadomo, że m.in. ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikel używa właśnie takiego sformułowania, a Angela Merkel mówiła otwarcie o „niemieckiej odpowiedzialności” za obozy.

Pawłowicz proponuje dalej: „Przeproście pana Tanderę (chodzi o byłego więźnia Auschwitz, Karola Tenderę, który pozwał niemiecką publiczną telewizją ZDF za sformułowanie „polskie obozy”), zabierajcie stąd swego antypolskiego szmatławca „Fakt”, nie wtrącajcie się w wewnętrzne sprawy Polski”. „Polska nie jest niemieckim landem” – pisze posłanka. W kolejnym tweecie dodaje: „I jeszcze zabrać stąd swego Tuska”.

W dalszych wpisach Pawłowicz podkreśla, że to „właśnie ona” przedstawia takie żądania i zapewnia, że kanclerz Niemiec się o nich dowie. Na razie o „stanowisku” Pawłowicz dowiedzieli się internauci i w swoich komentarzach nie zostawili na niej suchej nitki.

A tymczasem Donald Tusk składa życzenia wygranej Pawłowi Adamowiczowi w walce o prezydenturę Gdańska >>>

Z Merkel PiS sobie nie radzi, jeszcze gorzej będzie po jej odejściu

1 List

>>>