Tag Archives: Andrzej Rzońca

Bajzel i defraudacje PiS. Pierwsza odsłona Banasia. Duda i Morawiecki na dokładkę

10 Gru

Pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej szły m.in. na przeloty i zakwaterowanie Edmunda Jannigera, byłego doradcy szefa MON Antoniego Macierewicza. OKO.press przypomina inne przypadki hojności Fundacji, a było ich wiele

Nowe fakty w sprawie PFN odkrył Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Pieniądze z Polskiej Fundacji Narodowej szły m.in. na przeloty i zakwaterowanie Edmunda Jannigera, byłego doradcy szefa MON Antoniego Macierewicza. OKO.press przypomina inne przypadki hojności Fundacji, a było ich wiele

Nowe fakty w sprawie PFN odkrył Andrzej Stankiewicz z Onetu.

Według Onetu, siostra Chodakiewicza otrzymywała 120 tys. dolarów rocznie za… pisanie maili do ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce – Georgette Mosbacher.

Najnowsze doniesienia na temat PFN to nic nowego w tym sensie, że Fundacja od samego początku jest synonimem niejasnych transferów finansowych, kolejnych wtop wizerunkowych (choć została powołana do bronienia wizerunku Polski) i równie kuriozalnych co kosztownych pomysłów na promocję naszego kraju. Opisywaliśmy je regularnie w OKO.press.

Ta fundacja to nie trzeci sektor

Polska Fundacja Narodowa, choć oficjalnie i na papierze jest fundacją, ma niewiele wspólnego z trzecim sektorem, jak nazywane są zbiorczo pozarządowe organizacje. PFN została powołana w 2016 roku przez 17 spółek Skarbu Państwa, zaś inicjatywa wyszła od rządu PiS. Jej powstanie ogłaszała zresztą podczas konferencji premier Beata Szydło.

PFN miała „wykorzystując siłę i energię spółek skarbu państwa budować markę Polski poza granicami naszego kraju”. Zrzutka państwowych spółek wyniosła w pierwszym roku działalności 100 mln zł. Na początku roku 2018 finanse PFN osiągnęły pułap 220 milionów.

Dziwna to organizacja pozarządowa, której powstanie organizuje rząd. Ale dziwniejsze miało dopiero nadejść.

Oczernianie sędziów za 8 mln zł

W maju 2017 PFN zorganizowała akcję „Sprawiedliwe sądy”. Miała ona uzasadniać prowadzoną wtedy przez rząd PiS czystkę w sądownictwie. Na ulicach polskich miast pojawiły się billboardy informujące, że sędziowie kradną, wypuszczają na wolność pedofilów, nazywają się nadzwyczajną kastą i ogólnie chcą być bezkarni. Takie same treści promowano w telewizji i internecie.

PFN wykonanie akcji zleciła spółce Solvere, założonej przez byłych PR-owców Beaty Szydło. Maciej Świrski, ówczesny szef PFN twierdził we wrześniu 2017 roku, że usługi Solvere kosztowały 240 tys. zł. W grudniu 2017 Onet ujawnił cztery faktury wystawione dla Solvere na kwotę 1,2 mln zł. Ostatecznie ze sprawozdania finansowego PFN za 2017 rok wynika, że cała kampania kosztowała 8,4 mln zł.

„Sprawiedliwe sądy” są koronnym dowodem na to, że PFN jest politycznym narzędziem w rękach PiS. Potwierdził to nawet sąd. Hanna Gronkiewicz-Waltz jeszcze jako prezydentka Warszawy wszczęła wobec fundacji postępowanie nadzorcze (miasto, na którego terenie organizacja jest zarejestrowana, ma taką możliwość).

Pierwszy wyrok stwierdzający, że kampanią o sądach PFN złamała swój statut, zapadł w listopadzie 2018.

„Zdaniem sądu podejmowane w trakcie tej kampanii działania nie tylko nie promują i nie chronią wizerunku Rzeczypospolitej, a wręcz przeciwnie – znacznie go osłabiają, kreując oparty na jednostkowych przypadkach negatywny obraz władzy sądowniczej”.

W lipcu 2019 oddalono apelację fundacji.

W październiku 2019 portal Konkret24 napisał, że Polska Fundacja Narodowa przegrała w sądzie 9 z 10 spraw dotyczących jawności. Sprawy składają niezadowoleni obywatele, dziennikarze oraz organizacje pozarządowe. Pytają organizację o jej działalność, w szczególności finanse, ale ta odmawia odpowiedzi.

PFN pozywa OKO i… nie przychodzi na rozprawę

Rekordowy pod względem wpadek był dla PFN z pewnością rok 2018. W marcu okazało się, że Fundacja kupiła za prawie 5 mln zł używany francuski jacht, który miał opłynąć dookoła świat z okazji stulecia odzyskania niepodległości.

„Gazeta Wyborcza” szacowała, że cały rejs kosztować mógł nawet 20 mln. Wkrótce potem przedsięwzięcie upadło, bo w atmosferze skandalu z akcji wycofała się firma ambasadora kampanii Mateusza Kusznierewicza. Zamiast „Polska 100”, jak nazywała się akcja, jacht nazwano „I love Poland” i postanowiono, że będzie brał udział w światowych regatach. Pół roku temu na zawodach uległ jednak awarii i od tamtej pory czeka na naprawę w Ameryce.

W czerwcu 2018 PFN ogłosiła nabór na specjalne stypendium w Waszyngtonie dla badaczy chcących zajmować się postkomunizmem. Zaaplikował o nie prof. Adam Leszczyński, dziennikarz OKO.press: „Wtedy stypendium rozpłynęło się w powietrzu. Nie wiadomo kto je przyznał, kto je dostał i ile kosztowało”. Nie wiadomo do dziś, bo PFN w swoim stylu uporczywie uchyla się od odpowiedzi.

Fundacja pozwała Leszczyńskiego i OKO.press za ten tekst, ale na pierwszej rozprawie 4 grudnia nikt z PFN się nie pojawił: ani pełnomocnik, ani świadkowie. Sąd ukarał świadków grzywną i odroczył rozprawę do czerwca 2020 r.

O Macierewiczu i jego Jnnigerze tutaj >>>

Marcin Zieliński, ekonomista z Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), skonfrontował wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego z faktami. Zieliński wziął pod lupę pierwsze i drugie expose premiera, a następnie pokazał liczby. Gdy zestawi się słowa Morawieckiego z ekonomiczną rzeczywistością, wnioski nasuwają się same. Prawda może być dla tego rządu bolesna. Wystarczy porównać, co mówił premier o programie Mieszkanie+ z liczbą wybudowanych mieszkań w ramach tej sztandarowej rządowej inicjatywy. Dzięki Mieszkaniu+ powstało, uwaga, około jednego tysiąca lokali! Warto dodać, że branża deweloperska oddała w czasie rządów prawicy… 700 tysięcy mieszkań. Zobacz galerię zdjęć. Tam widać wszystko czarno na białym.

Mateusz Morawiecki chwalił się zmniejszeniem liczby stron ustaw. Tymczasem w 2016 roku weszło w życie rekordowe na polskie warunki ponad 35 tysięcy stron aktów prawnych. Premier mówił o zrównoważonym budżecie, ale – jak podkreśla Marcin Zieliński z FOR – pomijając wpływy jednorazowe (m. in. dzięki drugiemu skokowi na OFE) i uwzględniając wszystkie wydatki, Polska jest na budżetowym minusie. I to w czasie, gdy inne kraje oszczędzają na trudne czasy.

Premier wiele mówił o wspieraniu ekspansji polskich firm, podczas gdy polskie inwestycje zagraniczne spadają. Obiecywał pakiet wolnościowy dla biznesu, ale za jego kadencji Polska spadła w rankingach konkurencyjności i warunków do rozwoju biznesu. Chwalił się rozwojem elektromobilności, a trudno znaleźć osobę, która potrafi wymienić choć jeden sukces w tej dziedzinie.

Wizja Morawieckiego: przed 2015 roku był niewykorzystany potencjał

W wypowiedział Morawieckiego pobrzmiewał całkowity brak akceptacji dla działań władz przed 2015 rokiem. Polska przed rządami PiS była krajem, gdzie potencjał „nie został w pełni wykorzystany”. Później nastąpiła zmiana i mieliśmy – jak mówił Morawiecki – „złapać w żagle wiatr historii”. „Przebiliśmy rozwojowy szklany sufit” – stwierdzał dumnie premier. Zdaniem Morawieckiego jego rząd „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.

W drugiej kadencji, PiS ma zamiar wprowadzić w życie program „wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju” oraz stworzyć „potencjał, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Marcin Zieliński jest sceptyczny wobec tych szumnych zapowiedzi Mateusza Morawieckiego. W jego ocenie Polska była kiedyś liderem wzrostu po 1989 roku wśród wszystkich krajów byłego bloku wschodniego, a dziś działania PiS tylko „podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu”.

– Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 roku w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego – zauważa Marcin Zieliński.

Źródło: FOR

Marian Banaś nadal unika kamer, ale NIK przedstawił właśnie raport, który uderza w rządowy program. Budżet państwa stracił łącznie 152 miliony złotych – wynika z wyników kontroli NIK dotyczących programu „Praca dla Więźniów”, który realizowano pod nadzorem Ministerstwa Sprawiedliwości. Do prokuratury trafiło kilkanaście zawiadomień w sprawie.

NIK, którą kieruje Marian Banaś, na specjalnej konferencji prasowej przedstawiła raport dotyczący nieprawidłowości przy realizacji programu „Praca dla Więźniów” finansowanego ze środków Funduszu Aktywizacji Zawodowej Skazanych oraz Rozwoju Przywięziennych Zakładów Pracy. Raport jest wynikiem kontroli przeprowadzonej od 17 czerwca do 19 lipca 2019 r.

NIK: nieprawidłowości przy inwestycjach związanych z programem „Praca dla Więźniów”. 115 mln zł strat

Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli podczas prowadzenia inwestycji w ramach programu doszło do 27 przypadków naruszeniem prawa zamówień publicznych.

Łączna kwota nieprawidłowo wydatkowanych sposób środków miała sięgnąć 115 mln zł

– czytamy w komunikacie Izby.

Ponadto na polecenie Prezesa Mariana Banasia, NIK skierowała m.in. zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawie wyrządzenia znacznej szkody majątkowej w Centralnym Ośrodku Szkolenia Służby Więziennej w Kaliszu. Koszt jego budowy był zdaniem urzędników zbyt wysoki – na infrastrukturę wydano 369 tys. zł, a wedle biegłego jej wartość wynosi ok. 65 tys. zł.

Łącznie w związku z wynikami kontroli NIK podjęła decyzję o skierowaniu 16 zawiadomień do prokuratury.

Co kontrolerzy zarzucają zakładom karnym?

W raporcie NIK znalazło się m.in. powierzanie zamówień podmiotom prywatnym (podwykonawcom) przy braku jasnych zasad ich wyboru. Ponadto w części zakładów budowanych na terenach więzień nie było gwarancji dotyczących zatrudniania osadzonych albo zakres zatrudniania osadzonych był bardzo ograniczony. NIK stwierdził też nierzetelne sprawowanie przez zamawiających nadzoru nad realizacją umów.

1zł brutto za metr kwadratowy hali. Kolejne 37 mln zł strat

Inny zarzut izby dotyczy stawek, za które wynajmowano budowane hale. Niektóre z nich „kosztowały” przedsiębiorców zaledwie złotówkę za metr kwadratowy. Oznacza to, że wynajęcie hali o powierzchni 7,5 tys. m kw. kosztowało jedynie 7,5 tys. zł.

Zdaniem NIK wybudowane nakładem środków publicznych hale, wynajmowane były poniżej stawek rynkowych. Często ich wartość była zaniżona kilkukrotnie, np. w przypadku Zakładu Karnego w Stargardzie ustalony czynsz był dwuipółkrotnie niższy od ceny rynkowej, w przypadku Zakładu Karnego w Czarnem czynsz zaniżony był trzykrotnie, a Zakładu Karnego we Włocławku aż dziesięciokrotnie. Mogło to skutkować pomniejszeniem wpływów o kwotę odpowiednio: 811 800 zł, 144 766 zł oraz 494 213 zł (łącznie o ponad 1 mln 450 tys. zł).

Marian Banaś dostał kilka nagród od premiera. Łącznie ponad 67 tys. zł

Wyniki kontroli NIK wskazują, że czynsz zaniżano w 14 przypadkach dzierżawy hal przemysłowych, co mogło skutkować mniejszymi wpływami – w kontrolowanym okresie o ponad 2,6 mln zł, a w całym okresie trwania umów o blisko 37 mln zł. Łącznie straty mogły wynieść więc 152 mln.

Praca dla więźniów – sztandarowy program rządu

Za program „Praca dla więźniów” odpowiada resort sprawiedliwości. Projekt nadzorował Patryk Jaki, ówczesny minister sprawiedliwości, obecnie europoseł.

Program, który uruchomiono z jego inicjatywy w 2016 roku objął osadzonych w więzieniach czy aresztach. Służba Więzienna chwaliła się, że w w ciągu zaledwie 18 miesięcy od uruchomienia programu zatrudnienie skazanych zwiększyło się o 11 tysięcy, a wskaźnik powszechności zatrudnienia osadzonych osiągnął wartość 52,8 proc.

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM! – pisze Krzysztof Łoziński. „Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

Od zawsze zadziwiało mnie pewne zjawisko – przekonanie wielu moich rodaków, że do objęcia wysokiego stanowiska nie trzeba mieć wiedzy w dziedzinie, której dotyczy. Swego czasu zadziwił mnie Stanisław Alot, jeśli dobrze pamiętam nauczyciel historii, który podjął się kierowania ZUS-em.

Według Wikipedii: „W 1976 ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Później odbył studia podyplomowe z wypoczynku i turystyki na krakowskiej AWF. Od 1976 do 1981 był nauczycielem w Zespole Szkół Mechanicznych w Rzeszowie”.

Gdy pełnił funkcję prezesa ZUS: „Krytykowany był za ujawniony w wyniku przeprowadzonej kontroli brak prawidłowo prowadzonej księgowości w ZUS i problemy z systemem informatycznym”.

DLACZEGO GO WSPOMINAM? PAMIĘTAM SWOJĄ MYŚL Z TAMTEGO CZASU: GDYBY MNIE ZAPROPONOWANO STANOWISKO PREZESA NAJWIĘKSZEJ INSTYTUCJI FINANSOWEJ W POLSCE, TO WPADŁBYM W PANIKĘ, BO JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Dziś stanowisko prezydenta RP chce zająć Szymon Hołownia, niewątpliwie sympatyczny i inteligentny człowiek, ale:

Według Wikipedii: „Ukończył Społeczne Liceum Ogólnokształcące Społecznego Towarzystwa Oświatowego w Białymstoku. Studiował psychologię w warszawskiej Szkole Wyższej Psychologii Społecznej”.

Działalność polityczna: „8 grudnia 2019 w Gdańsku oficjalnie ogłosił start w wyborach na Prezydenta RP w 2020 roku”. I koniec. To wszystko.

ABY DOBRZE SPRAWOWAĆ URZĄD PREZYDENTA, TRZEBA MIEĆ DOŚWIADCZENIE I WIEDZĘ W CO NAJMNIEJ W DWÓCH DZIEDZINACH: DZIAŁALNOŚCI POLITYCZNEJ W KRAJU I POLITYCE ZAGRANICZNEJ (ZWŁASZCZA W POLITYCE ZAGRANICZNEJ).

Niewątpliwie sympatyczny i inteligentny Szymon Hołownia zadziwia mnie z tego samego powodu, co Stanisław Alot. Nie przychodzi mu do głowy myśl: JA SIĘ NA TYM NIE ZNAM!

Po Lechu Kaczyńskim i Andrzeju Dudzie mam już dosyć prezydentów, którzy, poza innymi powodami, SIĘ NA TYM NIE ZNAJĄ!

Szanowni rodacy, jeśli samochód do naprawy dajecie do mechanika, po leczenie idziecie do lekarza, i tak dalej, to zastanówcie się, czy kandydat na prezydenta powinien się znać na tym, czym się będzie zajmował.

Szanowni rodacy, nie patrzcie na to, czy kandydat jest sympatyczny, ładny, zasłużony, lubiany, tylko pomyślcie, czy zna się na tym, co ma robić na najważniejszym stanowisku w państwie.

W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI PYTAJCIE KANDYDATÓW O KWALIFIKACJE I DOŚWIADCZENIE POLITYCZNE.

(oczywiście od Andrzeja Dudy lepszy jest każdy)

Więcej o Hołowni tutaj >>>

Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa – mówi Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania i kandydat w prawyborach Koalicji Obywatelskiej. – Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Platforma pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Prezydentura Jacka Jaśkowiaka – czyli jaka?

JACEK JAŚKOWIAK: To prezydentura opowiadająca się za Polską nowoczesną i europejską, silnie związaną z UE, w przeciwieństwie do tej ciążącej bardziej ku Białorusi i Rosji, firmowanej przez osoby takie jak Kaczyński i Rydzyk. W najbliższych wyborach prezydenckich będziemy więc walczyć nie tylko o zmianę na stanowisku najważniejszej osoby w państwie, ale też o możliwość zatrzymywania działań pchających nasz kraj na wschód. Jako prezydent będę się im przeciwstawiał.

Jak pan chciałby to zrobić?
Nie mam zamiaru bezsensownie wetować ustaw, bo tu chodzi o to, aby współpracować i wzajemnie przekonywać się do pewnych rozwiązań.

DZIAŁANIA POZYTYWNE BĘDĘ OCZYWIŚCIE WSPIERAŁ, A BLOKOWAŁ TE KARYGODNE I SZKODLIWE.

Będę stał na straży konstytucji i prowadził racjonalną politykę zagraniczną. Obecna, opierająca się wyłącznie na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jest ryzykowna i nie gwarantuje Polsce bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie. Konieczne jest odbudowanie dobrych stosunków z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami.

Przez ostatnie 5 lat prezydentury w Poznaniu pokazałem, że potrafię współpracować i rozmawiać ze wszystkimi. Można zachowywać rozdział państwa od Kościoła, a jednocześnie dobrze współpracować z nim w kwestiach dotyczących pomocy ubogim i bezdomnym – w tym zakresie zrobiłem dużo więcej niż mój poprzednik, który chodził regularnie na wszystkie procesje i siadał w kościele w pierwszym rzędzie, szczególnie w okresie wyborczym. Pokazałem też, że potrafię się porozumieć z wojewodą, który jest członkiem PiS-u.

POKAZAŁEM, ŻE POTRAFIĘ PROMOWAĆ RÓŻNORODNOŚĆ, TOLERANCJĘ, DBAĆ O NAJUBOŻSZYCH, ALE TEŻ O DOBRE RELACJE Z INWESTORAMI I POZNAŃSKIMI PRZEDSIĘBIORCAMI, KTÓRZY TWORZĄ ATRAKCYJNE MIEJSCA PRACY DLA POZNANIAKÓW.

Czyli jak widzi pan politykę obronną?
Nie można kłócić się z sąsiadami, także z Ukrainą i z Rosją. Trzeba napięcia łagodzić, a nie eskalować. Tam, gdzie to możliwe, trzeba współpracować, czy to w obszarze sportu, czy kultury. Należy też otwarcie mówić o tematach trudnych w naszej wspólnej historii. Nie można jej zakłamywać. Dla mnie idealnym modelem prowadzenia polityki zagranicznej jest Szwajcaria, ostatnia wojna miała miejsce 500 lat temu i zginęło w niej 150 żołnierzy. Jestem za mocnym osadzeniem w Europie Zachodniej, ale też troską o to, aby nasze kadry wojskowe czuły godność. Moim zdaniem Antoni Macierewicz dokonał destrukcji naszej armii, zrobił to samo, co przed wojną Stalin. To bardzo niepokojące także w kontekście zmian w wywiadzie i kontrwywiadzie.

ARMIA MUSI BYĆ NIEZALEŻNA OD POLITYKÓW. POSPOLITYM RUSZENIEM I WOT NIE OSIĄGNIEMY TEGO, CO MOŻNA OSIĄGNĄĆ PROFESJONALIZMEM I JAKOŚCIĄ.

Co w kwestii praworządności chciałby pan zrobić? Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, że KRS nie stoi na straży praworządności sądów i niezależności sędziów. PiS ten wyrok bagatelizuje. Szef neo-KRS mówi, że on nic nie zmienia w prawnej rzeczywistości.
Przede wszystkim szukałbym opinii fachowców. To są trudne tematy. Mamy przecież wybranych sędziów przez poprzednią kadencję Sejmu, więc pewnie ich bym zaprzysiągł. Szukałbym też możliwości konwalidowania szeregu zmian w ostatnich latach, które weszły w życie na skutek zaniechań prezydenta Dudy. Do tego potrzebny jest zespół ekspertów i przemyślane ruchy, aby nie naprawiać prawa ponownym łamaniem go. To scenariusz, który może pozwolić w miarę sprawnie posprzątać tę stajnię Augiasza, którą rządzący z prezydentem Dudą na czele nam zgotowali. Tu prostych recept niczym z mitologii nie ma.

Sejm również wybrał na sędziów Trybunału Konstytucyjnego pana Piotrowicza i panią Pawłowicz. Czy ich by pan wobec tego mianował do TK?
Jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, jak choćby te, że przekroczyli wiek 67 lat, to tak.

PREZYDENT MUSI DZIAŁAĆ W ZGODZIE Z PRAWEM. JEST STRAŻNIKIEM KONSTYTUCJI, WIĘC JEST OSTATNIĄ OSOBĄ, KTÓRA MOŻE POZWOLIĆ SOBIE NA ŁAMANIE PRAWA, NAWET JEŚLI JEST MU TO POLITYCZNIE WYGODNE.

Jakie są pana najmocniejsze strony? Mówi się, że to, że nie obciąża pana 8 lat rządów PO-PSL.
Z pewnością to jest jeden z elementów. Drugim jest mój dorobek w zakresie zarządzania Poznaniem. Można oczywiście deklarować wiele, a potem się z tego nie wywiązywać, co jest częste u polityków. Ja w zakresie polityki senioralnej, w zakresie działań skierowanych do najuboższych pokazałem, jak działać skutecznie. Pokazałem, że miasto może być otwarte i tolerancyjne, czyli takie, w którym każdy czuje się dobrze, także ten o konserwatywnych poglądach. W Poznaniu może się czuć dobrze ubogi i zamożny, potrafimy rozmawiać z przedsiębiorcami, ale też potrafimy budować mieszkania treningowe dla osób, które wychodzą z bezdomności. Można też być członkiem partii politycznej i zarządzać miastem w taki sposób, by przynależność partyjna nie miała na to wpływu, także na decyzje personalne.

POKAZAŁEM, ŻE MOŻNA MIEĆ WŁASNE ZDANIE, NAWET GDY TO NIE SPRZYJA DOBRYM SONDAŻOM. TAK BYŁO CHOCIAŻBY W PRZYPADKU MOJEGO UDZIAŁU W MARSZU RÓWNOŚCI. W POZNANIU MOGĄ CZUĆ SIĘ DOBRZE WSZYSCY, NIEZALEŻNIE OD TEGO, JAKIEGO SĄ WYZNANIA, KOLORU SKÓRY CZY POGLĄDÓW POLITYCZNYCH.

W czym jest pan lepszy od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?
Nie mam zamiaru krytykować Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w jakikolwiek sposób. Mogę tylko mówić, co ja zamierzam zrobić i co udało mi się zrobić na innych odcinkach. Mogę przekonywać do siebie i pokazywać, że mamy wybór nie tylko co do osoby, ale też co do przyszłości partii oraz kraju. Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Ta odważna decyzja okazała się wówczas dobra dla PO. Platforma pokazała zdecydowaną twarz oraz że nie boi się jasno głosić swoich poglądów. Pokazała, że potrafi się wewnętrznie zmieniać i nie jest hermetyczna – że nie jest zakonem PC, tylko że cechuje ją otwartość.

Czy jest pan za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, czy należy zliberalizować ustawę?
Uważam, że w tej chwili nie można się koncentrować na elementach, które budzą emocje i prowadzą do jeszcze większych podziałów. Należy o tych kwestiach dyskutować i być elastycznym.

SĄDZĘ, ŻE NA PRZESTRZENI 5-6 LAT DOJDZIE DO ROZWIĄZAŃ, KTÓRE FUNKCJONUJĄ W PAŃSTWACH CHADECKICH, NP. W NIEMCZECH, GDZIE NIE MA ABORCJI TRAKTOWANEJ JAKO ŚRODEK ANTYKONCEPCYJNY, ALE JEST OPIEKA I TROSKA WOBEC KOBIET, KTÓRE ROZWAŻAJĄ PODJĘCIE TEJ DRAMATYCZNEJ DECYZJI.

To musi zostać jasno zdefiniowane w prawie, a kobiety powinny mieć – w ramach tych jasno określonych przepisów – możliwość wyboru. Sądzę, że do takiego rozwiązana będziemy zmierzać, jeżeli utrzymamy europejski, zachodni kurs. Jeżeli będziemy dryfować w drugą stronę, to może być różnie. Ważna jest też edukacja seksualna w szkołach, bo ona może pomóc pewnych dramatów uniknąć.

Jak to było z prawyborami? Dlaczego zgłosił się pan w ostatniej chwili?
Obserwowałem sytuację. Swoją decyzję uzależniałem trochę od tego, kto się zgłosi. Pewnie gdyby było już kilkoro kandydatów, nie zdecydowałbym się na to. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez pewien czas, w zasadzie od momentu, kiedy Donald Tusk poinformował, że nie będzie starował. Stąd też taki termin. Wszystko odbyło się zgodnie z wymogami statutowymi.

ZGŁOSIŁEM SWOJĄ KANDYDATURĘ W KOPERCIE, DOKŁADNIE TAK SAMO, JAK ZROBIŁA TO MAŁGORZATA KIDAWA-BŁOŃSKA. PYTAŁEM JĄ O TO.

Jest pan rozwodnikiem. Czy w katolickim, tradycyjnym kraju to może przejść?
Nie widzę powodów do wykluczania kogokolwiek z uwagi na stan cywilny. Nie wiem, czy Prezes NIK Marian Banaś jest w szczęśliwym związku małżeńskim, czy nie. Kryterium doboru na najważniejsze stanowiska w Państwie nie powinien być stan cywilny. To pytanie do Polaków i Polek. Wśród polityków PiS mamy wielu rozwodników i nie przeszkadza im to w karierze. Także w innych krajach, chociażby w USA, gdzie prezydentem jest Donald Trump. Jeżeli w innych krajach nie stanowi to problemu, to dlaczego miałoby tak być w Polsce? Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa. Widać, że mocno się laicyzuje, ja o pewnych sprawach potrafię mówić otwarcie.

W POLSCE JEST WIELE OSÓB, KTÓRYM NIE UDAŁO SIĘ W ZWIĄZKACH MAŁŻEŃSKICH PRZETRWAĆ I O TYM TEŻ TRZEBA JASNO MÓWIĆ. NAJWAŻNIEJSZE, ABY DBAĆ O DZIECI I NAWZAJEM SIĘ SZANOWAĆ. WYDAJE MI SIĘ, ŻE MAM ZE SWOJĄ BYŁĄ ŻONĄ LEPSZE RELACJE, NIŻ W NIEJEDNYM MAŁŻEŃSTWIE, KTÓRE TRWA.

Pierwsza dama potrafi mocno ocieplić wizerunek. Niektórzy nawet wiedzą, że gdyby nie Agata Duda, która mocno zaangażowała się w kampanię męża, to prezydentem mógłby być dziś ktoś inny. Pan będzie pozbawiony tego „plusa dodatniego”.
Ja, podobnie jak pan Kaczyński, mogę się teraz poświęcić w pełni Polsce.

„Były media i błysk fleszy” napisała Krystyna Pawłowicz o ślubowaniu do TK w Belwederze. Ale kancelaria prezydenta nie opublikowała nawet pół zdjęcia Dudy z Pawłowicz i Stanisławem Piotrowiczem. Prezydencki minister twierdzi – wbrew wielu faktom, które przedstawiamy – że nominacje do TK odbywają się zawsze bez mediów. Czego się boi prezydent?

Już od kilku dni Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i Jakub Stelina są sędziami Trybunału Konstytucyjnego. Uroczyste ślubowanie złożyli Prezydentowi RP w czwartek, 5 grudnia 2019.

Sejm wybierał Piotrowicza i Pawłowicz – wiernych żołnierzy PiS – na oficjalnie bezstronnych sędziów TK. Na nic zdały się apele ekspertów prawnych, wskazujących dodatkowo, że w efekcie „reform” sądownictwa oboje są do Trybunału za starzy. Na nic apele opozycji, by nie wybierać do TK byłego prokuratora z czasów PRL.

Wybór Piotrowicza, Pawłowicz i Steliny do TK to kolejny gwóźdź do trumny niezależnego Trybunału, który pod rządami PiS stał się marionetkowym organem władzy.

„Były media i błysk fleszy. A teraz służba Polsce” – napisała 5 grudnia na Twitterze sędzia Pawłowicz.

Jest tylko jeden problem: nie wiadomo jakie media i czyje flesze miała na myśli. Relacji fotograficznej i wideo ze ślubowania nie udostępniły na swoich stronach ani Trybunał Konstytucyjny, ani Kancelaria Prezydenta. Przebiegu uroczystości nie zrelacjonowały też żadne media, nawet te prorządowe.

Ale odkładając żarty na bok – wygląda na to, że mamy kolejny, po listach poparcia członków nowej KRS, sekret państwa PiS.

Lakoniczny TK

Wydarzenie odnotowano krótko na stronie Trybunału.

„5 grudnia 2019 r. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Pan Andrzej Duda odebrał ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego: Pani Krystyny Pawłowicz, Pana Stanisława Piotrowicza oraz Pana Jakuba Steliny” – czytamy w komunikacie opatrzonym jedynie zdjęciem… budynku TK przy al. Szucha w Warszawie.

To sytuacja wyjątkowa. Zakładka „Wydarzenia” w witrynie TK obfituje w informacje o uroczystościach, wykładach, spotkaniach zorganizowanych w Trybunale i z udziałem np. prezes Julii Przyłębskiej. Zwykle są one opatrzone kilkoma, kilkunastoma fotografiami.

Dość rozpaczliwą próbę wyjaśnienia utajnienia ślubowania Pawłowicz i Piotrowicza przedstawił prezydencki minister Błażej Spychalski:

We wrześniu 2017 roku ślubowanie składał nowo wybrany sędzia TK Justyn Piskorski (zastąpił zmarłego Lecha Morawskiego). Na stronie Trybunału mogliśmy przeczytać krótką biografię sędziego i zobaczyć kilka zdjęć ślubowania autorstwa fotografa z Kancelarii Prezydenta Macieja Biedrzyckiego.

Zdjęcia pokazano także po ślubowaniach sędziów Andrzeja Zielonackiego i Mariusza Muszyńskiego w czerwcu i lipcu 2017.

„Były media i błysk fleszy”

Na stronie prezydenta Andrzeja Dudy pojawiła się zaledwie lakoniczna wzmianka, że ślubowanie 5 grudnia miało miejsce.

Zabrakło fotografii, co dziwi zwłaszcza, gdy przyjrzymy się barwnej relacji z zaprzysiężenia nowej minister sportu z tego samego dnia. Ślubowanie Justyna Piskorskiego w 2017 roku opatrzono pięcioma zdjęciami oraz obszernymi cytatami z przemówienia Andrzeja Dudy. Okolicznościowe wystąpienie prezydenta opublikowano też na stronie jako filmik. Można oglądać je do dziś.

Duda miał przemawiać także na uroczystości 5 grudnia 2019. O „ważnym przemówieniu na temat wymiaru sprawiedliwości” pisała na swoim Twitterze Krystyna Pawłowicz. Jej „relacja” to w zasadzie jedyne, co wiemy na temat przyjęcia, które odbyło się w Belwederze.

Była posłanka podkreśla, że „były media i błysk fleszy”, w tym obsługa z Kancelarii. Dlaczego zatem zdjęcia nie pojawiły się na stronie prezydent.pl?

Jakub Szymczuk, osobisty fotograf Andrzeja Dudy, miał być w tym czasie na urlopie. Ale wydarzenia z udziałem prezydenta RP relacjonują także m.in. Maciej Biedrzycki i Grzegorz Jakubowski.

Prawo do informacji

Sprawa wyglądała tajemniczo, a media zaczęły dopytywać, dlaczego żadne fotografie ze ślubowania nie ujrzały światła dziennego. Zainteresowanych uspokajał rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Radosław Fogiel.

„W tajemnicy to jakby ktoś się spotykał z kimś […] na stacji benzynowej albo pod śmietnikiem czy na cmentarzu i tam coś ustalał. […] Belweder, siedziba prezydenta, trudno mówić, że jest okryty mgiełką tajemnicy. Zresztą od wczoraj wszyscy o tym mówią, więc z tą tajemniczością bym nie przesadzał” – tłumaczył w „Graffiti” Polsat News w piątek 6 grudnia.

Takie tłumaczenia nie usatysfakcjonowały jednak części komentujących, a w internecie pisano kolejnej, po listach poparcia do KRS, cegiełce do „niejawnego” państwa PiS. Marek Tatała, prawnik i wiceprezes fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) Leszka Balcerowicza, zwrócił się do prezydenta z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej.

Bo art. 61 ust. 1 Konstytucji daje obywatelom prawo do informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne. O prawie tym mówi także art. 2 ust. 1 i art. 10 ust. 1 ustawy o dostępie do informacji publicznej.

We wniosku FOR domaga się ujawnienia:

  • imion i nazwisk osób publicznych, a zwłaszcza przedstawicieli władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, które wzięły udział w uroczystości;
  • czy podczas ślubowania dokonywano rejestracji obrazu i dźwięku za pomocą zdjęć lub nagrań wideo;
  • wyżej wymienionych zdjęć i nagrań, jeżeli takie powstały;
  • treści przemówienia Andrzeja Dudy;
  • informacji, jakie media brały udział w ślubowaniu.

Na odpowiedź Kancelaria Prezydenta ma 14 dni, chyba że skorzysta z możliwości wydłużenia terminu do dwóch miesięcy. Marek Tatała zapowiedział, że poda ją do publicznej wiadomości.

Co wypada Prezydentowi

Dlaczego Kancelaria Prezydenta tym razem nie pokazała zdjęć ze ślubowania? Najpewniej chodzi o wizerunek Andrzeja Dudy, który w kampanii wyborczej podlega szczególnej ochronie.

Popularność Dudy jest wciąż wysoka, ale walka o prezydenturę będzie zacięta. Zwycięstwo w wyborach będzie zależeć od tego, czy uda mu się przekonać opinię publiczną, że jest „kandydatem zgody” i „mężem stanu”. Prezydent musi unikać kontrowersji, a taką z pewnością byłyby serdeczne ujęcia z „żołnierzami” PiS Piotrowiczem i Pawłowicz.

Zwłaszcza, że pod względem „sympatyczności” Dudzie wyrosła ostatnio poważna i nieco bardziej autentyczna konkurencja.

Z relacji Krystyny Pawłowicz wiemy, że prezydenckie przemówienie 5 grudnia dotyczyło sytuacji w wymiarze sprawiedliwości. Duda dał ostatnio próbkę tego, jak postrzega tę sytuację. Na spotkaniu 20 listopada w Brojcach, dzień po przełomowym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, wykrzyczał nienawistną tyradę przeciwko sędziom Sądu Najwyższego.

Prezydent wspominał m.in. o potrzebie dokończenia dekomunizacji w polskich sądach. Niedługo potem odebrał ślubowanie na sędziego TK – kluczowego organu władzy sądowniczej w Polsce – od byłego komunistycznego prokuratora. Taka niekonsekwencja może nie spodobać się umiarkowanym wyborcom.

„Prezydent Duda boi się Polaków, natomiast jeszcze bardziej boi się prezesa Kaczyńskiego” – komentowała Małgorzata Kidawa-Błońska, wicemarszałek Sejmu z ramienia KO.

„Jest trzech kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy czekają na objęcie tych funkcji od lat. Pan Prezydent nie zaprzysięga ich, natomiast zaprzysięga nowych, mówiąc, że nie może nie zaprzysiąc” – powiedziała I prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf.

Kaczyński i Ziobro uczynili z Polski prywatne państwo

12 Wrz

Tego jeszcze nie było… To, że zwykły poseł w osobie Jarosława Kaczyńskiego zabiera w Sejmie głos, kiedy tylko mu się podoba, czyli jak pamiętamy „bez żadnego trybu” – to jedno, to że przekracza progi Parlamentu tam gdzie chce i jak chce to jeszcze jedno ale, że wprowadza ze sobą uzbrojone indywidua, to już zwykła granda.

Stosowny moment nagrał poseł PO Cezary Tomczyk.

Na filmiku, który wywołał szczere oburzenie w sieci, widać wyraźnie jak lider PiS korzysta z wejścia dla Marszałka Sejmu, a wraz z nim wchodzi do gmachu parlamentu dwóch facetów pod bronią.

Jest to niedopuszczalne. Przepisy kategorycznie zabraniają wnoszenia broni i wszelkiego rodzaju materiałów niebezpiecznych do budynku Sejmu. Mogą ją nosić jedynie dwie służby – funkcjonariusze Służby Ochrony Państwa oraz Straż Marszałkowska i kropka.  Jak widać są równi i równiejsi, bo nie pierwszy to raz…

Kiedyś poseł PO Sławomir Nitras nagrał telefonem ochroniarza Jarosława Kaczyńskiego, który chodził w kuluarach Sejmu, choć nie mogą się tam znajdować osoby postronne, a prywatna ochrona polityka właśnie do takich należy. A żeby jeszcze z bronią..?

„Gazeta Wyborcza” informuje o nowych kontrowersjach wokół osoby Zbigniewa Ziobry. Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia złożyło zawiadomienie ws. popełnienia przez ministra przestępstwa. Ziobro – zdaniem stowarzyszenia – wydał niezgodne z prawem rozporządzenie; dzięki niemu prokuratorzy z Prokuratury Krajowej pobierali miesięcznie 2,7 tys. zł dodatku do wynagrodzenia.

Prokuratorom chodzi o rozporządzenie „ws. delegowania prokuratorów do Prokuratury Krajowej” z drugiego kwartału 2016 r. Dzięki niemu prokuratorzy pobierali 2,7 tys. zł dodatku mieszkaniowego. Dodatkowe pieniądze otrzymała ścisła wierchuszka Prokuratury Krajowej i wierni stronnicy Zbigniewa Ziobry, w tym Bogdan Święczkowski, Robert Hernand, Marek Pasionek i Krzysztof Sierak. Prokuratorzy – według informacji „Gazety Wyborczej” – otrzymali łącznie 2,3 mln zł.

Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia zgłosiło swoje zawiadomienie do Kancelarii Premiera. Dlaczego? Bo „nie potrafili określić właściwego do rozpoznania sprawy prokuratora – to jest prokuratora niezależnego, który mógłby zdecydowanie, szybko i bezstronnie podjąć niezbędne czynności”.

Według grupy prokuratorów Ziobro przekroczył swoje uprawnienia, gdyż naruszył przepisy zawarte w Ustawie Prawo o prokuraturze z marca 2016 r., które definiują zasady wypłacania dodatków mieszkaniowych. Zbigniew Ziobro, wydając rozporządzenie „ws. delegowania prokuratury do Prokuratury Krajowej”, miał przekroczyć uprawnienia prawotwórcze – tak przynajmniej uważają przedstawiciele Lex Super Omnia.

Sprawą kiedyś zajmowały się już organy śledcze. Pomimo tego, w 2017 r. warszawski Prokurator Okręgowy Paweł Blachowski odmówił rozpoczęcia śledztwa.

Sejm, który zbierze się 15 października nie będzie tym wybranym na nową kadencję przez obywateli, ale tym, który odchodzi i właściwie nie powinien już uchwalać żadnego prawa – a jednak uchwali, choć nie wiemy jakie.

PiS chce coś ukryć tak bardzo, że nie zdecydował się przegłosować tego i pokazać opinii publicznej dziś, przed wyborami, chce to zrobić już po, kiedy, jak ma nadzieję, wygraną będzie już miał w kieszeni. Nawet jeśli ta niespodzianka bardzo się ludziom nie spodoba i nawet, jeśli niektórzy po jej ujawnieniu mieliby ochotę cofnąć swoje poparcie dla PiS, nic już nie będą mogli zrobić. Stawiam tezę, że o to właśnie w tej bardzo nieobywatelskiej i niedemokratycznej sztuczce chodzi.

Stała się rzecz bez precedensu – ostatnie posiedzenie Sejmu, które miało odbyć się w piątek, 13 września, przełożono na 15 października, czyli… po wyborach. Marszałkini Sejmu Elżbieta Witek przyznała bez cienia zażenowania, że poprosił o to klub PiS, nie przedstawiając żadnego uzasadnienia, a Prezydium Sejmu rzecz jasna tak po prostu, bez dociekania przyczyn, udzieliło zgody.

Oznacza to, że posłowie obecnego parlamentu, którzy 15 października być może nie będą już posłami (formalnie będą, ale mogą nie zostać ponownie wybrani, niektórzy zresztą w ogóle nie kandydują) i którzy właśnie dlatego nie powinni już podejmować żadnych wiążących dla następców decyzji, takie decyzje podejmować będą.

To brak szacunku dla obywateli i dla własnych następców. To nadużycie społecznego zaufania, złamanie bardzo ważnego, respektowanego w każdym państwie prawa obyczaju, że niczego nie uchwala się w ostatniej chwili.

Nie chodzi o już nawet to, że PiS pokazał, że traktuje Sejm jak urząd obsługi własnej partii, bo takie są standardy tej kadencji i do tego się (wielka szkoda!, ale jednak) już przyzwyczailiśmy. Tym razem chodzi o coś znacznie ważniejszego, a mianowicie o to, co przed wyborcami ukrywa PiS? Ujawnienia czego boi się tak bardzo, że nie chce zaryzykować głosowania tego przed wyborami, bo wie, że mogłoby to zachwiać jego poparciem, a nawet, być może, udaremnić zwycięstwo?

Stawiam tezę, a jeśli się pomylę, z prawdziwą przyjemnością przyznam się do błędu, że Elżbieta Witek skłamała i w październiku posłowie nie będą głosować według dokładnie tego samego co dziś porządku obrad. Idę o zakład, że do tej listy coś zostanie dopisane. Coś, czego pokazanie w tej chwili postawiłoby PiS w trudnej sytuacji, jeśli nie skompromitowało.

Trawestując Jarosława Kaczyńskiego: doświadczenie ostatnich czterech lat uczy, że PiS jeśli coś robi, to po coś to robi. Bo nie było w ostatniej kadencji ani jednego ruchu, głosowania, wypowiedzi, przepisu czy złamania prawa, które by tej partii do czegoś konkretnego nie służyły. Ta precyzja i dalekowzroczność bywa nawet przedmiotem zazdrości posłów i wyborców opozycji, którzy chcieliby, żeby szefowie ich partii tak dobrze wiedzieli, co, jak i po co robią.

PiS ma plan i to jest jasne – dąży do osiągnięcia celu, jakim jest dyktatura wszelkimi możliwymi prawnymi i pozaprawnymi metodami. Udaremnić go można, jak zresztą każdy plan, tylko w jeden sposób: przewidując ruchy PiS, a nawet je wyprzedzając.

Jest kilka możliwości, jeśli chodzi o październikowe głosowanie, ale nie będę zgadywać, to nie moja rola, zresztą, niezależnie od wyniku wyborów przekonamy się już wkrótce. Jak zawsze, na własnej skórze. Jedyne, co w tej sytuacji zależy ode mnie i od Państwa, to zareagować na to, jak jako obywatele jesteśmy traktowani i wyrazić swoją opinię przy urnie wyborczej.

To jednoosobowa maska Jarosława Kaczyńskiego, który ma szalony plan po wyborach – tak opozycja ocenia decyzję prezydium Sejmu o przerwaniu posiedzenia i dokończeniu go dopiero po wyborach w październiku. – Rząd PiS zastanawia się nad tym, jak ukraść Polakom wolne wybory – uważa Cezary Tomczyk

Jak ukraść Polakom wybory

– Dzisiaj trzeba postawić polityczną tezę, że rząd PiS szykuje się na przegraną lub szykuje się na to, że straci samodzielną większość w polskim parlamencie – mówił na konferencji prasowej Cezary Tomczyk z PO-KO, komentując decyzję prezydium.

To sytuacja bez precedensu. We wtorek wieczorem na posiedzeniu prezydium Sejmu podjęto decyzję, że rozpoczęte w środę rano ostatnie posiedzenie Sejmu zostanie przerwane i kontynuowane dopiero po wyborach 13 października.

Stary Sejm ma się zebrać ponownie 15-16 października.

– Rząd PiS zastanawia się nad tym, jak ukraść Polakom wolne wybory – uważa Cezary Tomczyk.

Niedemokratyczne działania

Marszałek Witek tłumaczyła na konferencji prasowej, że decyzja jest podyktowana tym, że posłowie masowo zgłaszali się do niej z prośbą, aby posiedzenie przełożyć. Powodem miałaby być kampania wyborcza.

– Kampania wyborcza jest krótka, posłowie chcą być między swoimi wyborcami, bo im służą, więc być może to jest uzasadnienie – tłumaczyła Witek.

– Wszyscy Polacy muszą mieć świadomość, że dzieją się rzeczy dramatyczne – mówił Sławomir Nitras.

– Na samym końcu jest plan wymyślony w głowie Jarosława Kaczyńskiego, który może się skończyć bardzo źle, który może zakładać niedemokratyczne działania – dodaje Cezary Tomczyk.

Po co stary Sejm po wyborach

– Istnieje poważne niebezpieczeństwo, że zostanie podważony wynik demokratycznych wyborów, bo ktoś wpadł na pomysł, żeby w poniedziałek powyborczy odbyło się posiedzenie Sejmu, gdzie będzie stary parlament – uważa Sławomir Nitras i dodaje: – To jednoosobowa maska Jarosława Kaczyńskiego, który ma szalony plan po wyborach.

Zdaniem posłów opozycji powodem przesunięcia posiedzenia mogą być sondaże. Część z nich nie daje PiS-owi samodzielnej większości, którą ma dziś. – Dziś na czele państwa stoi szeregowy poseł, która zarządza prezesem TK, marszałkiem Sejmu, prezydentem i premierem. To sytuacja nie tylko bez precedensu, ale też sytuacja, która stawia nas gdzieś miedzy Mozambikiem a Białorusią – mówił Cezary Tomczyk.

– To nie jest scenariusz demokratyczny, scenariusz, na który zgodził się Sejm. Nikt posłów nie pytał, czy my ten scenariusz akceptujemy. Przyjechaliśmy na posiedzenie Sejmu i dowiadujemy się, że tego posiedzenia nie będzie i odbędzie się po wyborach – dodaje Sławomir Nitras.

Posłowie przypomnieli też w tym kontekście scenariusz turecki, gdzie gdy wybory nie szły po linii władzy, były rozpisywane ponownie.

Ani rząd, ani #CBA nie przecięły jednoznacznie spekulacji na temat obecności systemu #Pegasus w Polsce. Tymczasem pojawia się wiele wypowiedzi, jak choćby posła #PiS Tomasza #Rzymkowski.ego, że ten system w Polsce działa. I to być może działa NIELEGALNIE.

Kuchciński na śmietniku, gadzinówka TVP i zakłamany Kościół kat.

5 Sier

O tym, jaka przyszłość czeka marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który z przysługujących mu przywilejów postanowił wycisnąć najwięcej jak się tylko da, dowiemy się pewnie na początku nowego tygodnia. “Na mieście” mówi się, że najbardziej prawdopodobny scenariusz to jego rezygnacja “ze względów osobistych”, bowiem każde inne rozwiązanie byłoby dla PiS fatalne w skutkach. Odwołać go nie mogą, bo przyznaliby opozycji rację, bronić z mównicy sejmowej w najbliższy piątek, gdy odbędzie się debata nad jego odwołaniem też nie, bo jego zachowania tłumaczyć po prostu nie sposób. Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości są jednak powoli przygotowywani na szok, jakim będzie odejście formalnie drugiej osoby w państwie i dziś w ten proces włączył się także premier Mateusz Morawiecki.

Podczas odbywającego się w Bojszowach na Śląsku pikniku PiS, szef rządu przekonywał swoich sympatyków że drobne błędy, jakie popełnia ekipa rządząca nie mogą przesłonić wielkich sukcesów, jakie odniosła.

“Chcę żeby Polska rozwijała się w najszybszym możliwym tempie, żeby polityka była dla ludzi, żeby ludzie to czuli, że jesteśmy razem z wami. Nawet, jak się potykamy, popełniamy błędy, chcemy się przyznawać do nich i żeby te drobne błędy, nie przesłaniały tych wielkich naszych osiągnięć, które się udały” – powiedział Morawiecki. Dodał przy tym, że rząd PiS chce kontynuować realizację programów socjalnych. – “500 plus, wyprawka, fundusze dróg samorządowych, emerytura plus. Chcemy te programy kontynuować, chcemy przeznaczać coraz więcej środków na te cele i w tym kierunku idziemy” – oświadczył premier.

Słowa szefa rządu wywołały gorącą reakcję internautów na Twitterze, którzy bezlitośnie wypomnieli mu, że PiS ma na sumieniu znacznie więcej, niż jedynie “drobne błędy”. Lista spraw, które obciążają rządzącą niepodzielnie partię Jarosława Kaczyńskiego jest gigantyczna i tylko dzięki temu, że Jacek Kurski i rządowa TVP dba o to, by wielu Polaków w ogóle się o nich nie dowiedziało, PiS może się wciąż cieszyć dużym społecznym poparciem.

Nieznana we współczesnej Polsce skala żerowania na publicznym majątku (gigantyczne premie dla ministrów, wiceministrów i działaczy w SSP), buta i arogancja władzy, upolitycznienie prokuratury i stworzenie w niej parasola ochronnego dla najważniejszych osób w państwie (sprawa Kaczyński kontra Birgfellner, SKOKi Biereckiego), służby antykorupcyjne ślepe na ukrywanie majątku przez polityków PiS (Morawiecki, Dworczyk) czy uwolnienie demonów nacjonalizmu i rasizmu to wszystko bezpośrednio obciąża ekipę władzy. Nie są to żadne “drobne błędy”, tylko działania które zasługują na Trybunał Stanu i rozliczenie przy urnie wyborczej. I tego będziemy się domagać od przyszłej władzy.

Znany z lat osiemdziesiątych utwór Kultu „Po co wam wolność” wybrzmiał na nowo podczas sobotniego koncertu zespołu na Pol’and’Rock Festivalu. Wszystko za sprawą obrazów, jakie pojawiły się na telebimach.

Kiedy Kazik śpiewał „Wolność. Po co wam wolność? Macie przecież telewizję”, uczestnicy koncertu zobaczyli fotomontaże przedstawiające Jacka Kurskiego, Danutę Holecką i Michała Adamczyka w mundurach.

 

Bardzo naturalnie wyglądali” – komentuje Jacek Nizinkiewicz, dziennikarz „Rzeczpospolitej”. Transmisja koncertu prowadzona była na YouTubie, a w sieci krążą z niej screeny.

Internauci bardzo żywiołowo zareagowali na przekaz. „Kult skończył z polityczną poprawnością i wprost wali w PiS-owską władzę” – można m.in. przeczytać w mediach społecznościowych.

Do ilustracji utworu odniósł się także szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, Jarosław Olechowski. „Kazik znów odleciał. Czego to człowiek nie zrobi dla pieniędzy…” – napisał na Twitterze

Media nie zajmują się już brudną przeszłością kleru i pewnie nie przypomną sobie o niej, dopóki trwać będzie precyzyjnie reżyserowana „walka Kościoła o przetrwanie”

W Suchym Lesie pod Poznaniem doszło do włamania i zbezczeszczenia kościoła. Krzysztof Pilas z rady ekonomicznej parafii mówi, że znana w okolicy kobieta poprzewracała wszystko na ołtarzu, zniszczyła krzyż i paschał, zerwała z ołtarza sukno. Notariusz Kurii Metropolitalnej w Poznaniu ks. Łukasz Kędzierski podkreśla próbę rozbicia tabernakulum i rozerwanie ksiąg liturgicznych. W relacjach z tego wydarzenia czytamy o bezprecedensowym akcie profanacji. A prawda jest taka, że w sztok pijana kobieta wybiła szybę i nie bardzo wiedząc gdzie weszła, wykonała małą demolkę, po czym usiadła na schodach i aż do przyjazdu policji doprawiała się alkoholem bełkocząc i wykrzykując obelgi do przechodniów. Do profanacji nie doszło, ale msza pokutna z udziałem licznych parafian wstrząśniętych dramatyczną relacją z tego wydarzenia, okazała się niezbędna…

Na warszawskiej Pradze ktoś zniszczył figurkę Matki Boskiej Pogorzelskiej. Prawicowe media i portale wszczęły larum: oto jesteśmy świadkami bezprecedensowego ataku na naszą katolicką wiarę, takie są skutki promowania lewackiej tolerancji światopoglądowej!  Policja zatrzymała sprawcę dewastacji religijnego symbolu. Jak poinformował Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych jest to narodowiec związany ze skrajną prawicą, który postanowił dokonać prowokacji sugerując, że symbole katolików atakuje się w Polsce i niszczy, a katolicy są prześladowani.  Policja nie potwierdza tej informacji, ale jej nie zaprzecza i nie oferuje żadnej konkurencyjnej, poza wiadomością, że sprawca nie przyznaje się do winy.

Diecezja Włocławska zawiadomiła, że na terenie parafii w Turku cztery osoby napadły na księdza wikariusza, który próbował wyjaśnić, że nie może przyjąć od nich aktu apostazji. Jeden z napastników „chwycił jedną ręką stojący na regale krzyż, a drugą zrzucił prezbitera z fotela na podłogę”, używając wulgarnych epitetów pod adresem kapłana i Kościoła. Diecezja podkreśliła, że był to kolejny „atak na tle religijnym”, do jakiego doszło w diecezji włocławskiej, bo niedawno sprofanowano kościół świętego Maksymiliana w Koninie i zniszczono znajdujący się obok świątyni pomnik oraz namalowano bluźnierczy napis na murze kościoła w Brzeźnie koło Konina. Publiczne i prawicowe media w te pędy nagłośniły komunikat diecezji, dokładając do niego pikantne szczegóły dowodzące rozwydrzenia i demoralizacji sprawców. Ale policja nie potwierdziła tych bulwersujących doniesień.  Okazało się, że do plebanii przyszła zwyczajna rodzina z prośbą o wykreślenie ich z ksiąg parafialnych. Wobec sprzeciwu przybysz wziął do ręki krzyż i pokazał go księdzu, co miało przypomnieć o jego misji i obowiązkach. Policję wezwano, ponieważ rodzina nie chciała opuścić plebanii bez załatwienia swojej sprawy. Ksiądz nie zgłosił jednak napaści i nie złożył żadnego doniesienia, więc policja – w odróżnieniu od setek hejterów odsądzających niewierzących od czci i godności – uznała sprawę za wyjaśnioną i zamkniętą.

Trzej pijani mężczyźni umyślili sobie okraść szczecińską Bazylikę św. Jana Chrzciciela, atakując po drodze proboszcza oraz dwie inne osoby, które uniemożliwiały realizację planu.  Wielce nagannym, ale w gruncie rzeczy dość banalnym epizodem natychmiast zajęły się „publiczne” i współpracujące z władzą media, nadając sprawie rangę wstrząsającego wydarzenia. Po wprowadzeniu do fabuły kilku poprawek ogłoszono, że oto grupa moralnych degeneratów, pozostająca pod wpływem ideologii LGBT, postanowiła ukraść szaty liturgiczne, aby odprawić diabelskie nabożeństwo. Polska Agencja Prasowa zacytowała rzekomą wypowiedź zakrystianki, że napastnicy zamierzali udzielić sobie homo-ślubu.  Prawicowe media cytowały prałata bazyliki ks. Aleksandra Ziejewski ego: „Rzucił się na mnie, zaczął mnie atakować (…) Gdyby mnie trafił, to pewnie by zabił. Oni byli w jakiejś diabelskiej furii”. W odpowiedzi przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki ogłosił list: „Moje najwyższe zaniepokojenie budzą coraz częstsze akty nienawiści wobec ludzi wierzących, ze smutkiem dostrzegam eskalację wrogich zachowań wobec ludzi wierzących, w tym stosowanie przemocy symbolicznej i fizycznej”. Głęboki smutek hierarchy nie uszedł uwadze ministra Ziobro, który ogłosił, że śledztwo w tej sprawie objęła nadzorem Prokuratura Krajowa. W ślad za swoim szefem wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik w rozmowie z Dorotą Kanią stwierdził, że w tej sprawie niesposób wykluczyć wątku ideologicznego i nie zaprzeczył tezie prowadzącej wywiad, że w „paradach równości środowisk LGBT uczestniczą dawni funkcjonariusze SB, co powoduje, że istnieje ryzyko prowokacji”.

Mimo „najlepszych chęci” przełożonych, prokurator prowadzący tę sprawę nie dopatrzył się w niej niczego poza trywialną kradzieżą rozbójniczą i naruszeniem nietykalności cielesnej, choć na wszelki wypadek ubrał te zarzuty w motywację „z powodu przynależności wyznaniowej pokrzywdzonych”.  

Ten domyślny motyw, rzucona na żer klakierom obecnej władzy, jest wątkiem wspólnym wymienionych wyżej i z braku miejsca niewymienionych incydentów, w których ludzie Kościoła czują się poszkodowani bądź kreowani są na ofiary. Kryminalne zajścia, kradzieże, włamania i napady nigdy nie omijały obiektów kultu religijnego ani księży, jednak ostatnio można odnieść wrażenie, że jest na te zdarzenia jakiś szczególny popyt.  Łączy je nie tylko szczególne zainteresowanie dyżurnej sfory pseudodziennikarzy rzucających się na każdy incydent który dałoby się nazwać atakiem na Kościół. Łączy je nie tylko charakterystyka sprawców, którzy niemal w każdym przypadku opisywani są jako aktywiści partii opozycyjnych, wyznawcy „ideologii LGBT”, a często wręcz zboczeńcy oszaleli z nienawiści do tronu i ołtarza.  Wspólnym mianownikiem jest również czas – kampania wyborcza, w której PiS walczy o ostateczne zawłaszczenie państwa i o bezkarność dla swego bezprawia.

Od dłuższego czasu widać wyraźnie, że PiS nie zamierza walczyć na programy, fakty i argumenty. Program ma niezbyt porywający, argumenty coraz bardziej niewiarygodne, a fakty głoszone przez prezesa, prezydenta, premiera i funkcjonariuszy partyjnych nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością. Nie bez racji Prezes RP uznał, że skuteczniejsze od bezpośredniej konfrontacji z opozycją będzie wykreowanie nowego wroga, którego da się przykleić do opozycji.  Tak urodził się kolejny „obcy”. Przez wiele tygodni PiS szczuł na ludzi odmiennej orientacji, straszył potworem Gender i groził zalewem „ideologii LGBT”.  Ale wygląda na to, że przekombinował. Coś nie zagrało. Miała być masowa akcja sprzeciwu samorządów wobec agresji wrogiej ideologii, której sprzyja PO, Nowoczesna i reszta lewactwa opozycyjnego. Okazało się jednak, że uchwały przeciw nieheteroseksualnej nawale i w obronie dzieci zagrożonych seksualizacją , nawet w rejonach zdominowanych przez PiS, podjęto tylko w niewielkiej części gmin i powiatów. Nie udało się też sprowokować do walki „zwyczajnych” obywateli. Na gejów i lesbijki oraz tych, którzy wspierają ich dążenie do równouprawnienia, rzucili się w Bydgoszczy i innych miastach tylko ci, co zawsze: wzmożeni pismacy, żule, damscy bokserzy, ukryci sadyści, bezmózgowcy na sterydach, nawiedzeni , psychicznie niepełnosprawni, niezrównoważeni i kibole – inna sprawa, ze z większą niż dotąd ochotą, bo w poczuciu bezkarności. A zdecydowana większość społeczeństwa na akty agresji zareagowała współczuciem wobec bitych, kopanych, opluwanych i dyskryminowanych.

Kaczyński nie lubi przegrywać. Szybko zrozumiał, że prześladowanym koniecznie trzeba odebrać życzliwość, a jednocześnie należy wzmocnić narrację sięgając po dodatkowe wsparcie. Jego Plan B nosi tytuł „Tylko PiS obroni Polski Kościół, atakowany przez lewaków i LGBT ze wsparciem PO”.  Projekt ten ma dodatkowy atut – obiema rękami i z większym niż dotąd zapałem będą wspierać PiS hierarchowie, którzy od czasu ujawnienia pedofilskich afer z udziałem księży i pomagających im biskupów, sami już zaczęli przebąkiwać o wojnie wypowiedzianej Kościołowi przez polskie i unijne lewactwo. Nadzieja, że w bitewnym dymie rozmyją się i unieważnią nieprawości ludzi Kościoła, spełnia się już dzisiaj. Media nie zajmują się już brudną przeszłością kleru i pewnie nie przypomną sobie o niej, dopóki trwać będzie precyzyjnie reżyserowana „walka Kościoła o przetrwanie”.

Stawiam dolary przeciw orzechom, że narracja o wrogach Kościoła, ukrywających się w szeregach LGBT, opozycji i przedstawicieli Unii, będzie narastać w miarę zbliżania się daty wyborów.  Z pewnością będziemy świadkami niejednego jeszcze incydentu. Trzymam zakład, że wykonawcami rozmaitych akcji – szturchnięcia księdza, oplucia biskupa, czy publicznego spalenia ewangelii przez całkowicie nieznanych sprawców ogłaszani będą nieheteroseksualni lewacy. Obawiam się też, że dojdzie do działań odwetowych, być może nawet do kolejnych po Białymstoku zamieszek pachnących pogromem, bo trzecie prawo Newtona dotyczy także relacji między ludźmi. Mam wrażenie, że bardzo się o to starają rządzący, a i niektórzy purpuraci jakby oczekują nienawistnych reakcji nadpobudliwych wiernych.  Bo czemu innemu służyć miało szczucie metropolity krakowskiego, który w 75. rocznicę powstania warszawskiego straszył „tęczową zarazą” LGBT, która zastąpiła „czerwoną zarazę” bolszewizmu?

Obiema rękami powstrzymuję się tu przed konstruowaniem jakiejś spiskowej teorii, ale co poradzę, kiedy w trakcie pisania kołacze mi się z tyłu głowy historia człowieka, który podczas ciszy wyborczej sparaliżował Warszawę podkładając w uczęszczanych miejscach fachowo sporządzone atrapy bomb. Nazwano go Gejbomberem, bo do kilku redakcji przyszedł mail podpisany „GayPower” oraz „SilnyPedał”. List zatytułowany: „Kaczyński = Wojna. Podłożyliśmy 15 bomb w Warszawie” zawierał protest przeciw zablokowaniu Parady Równości. Prawicowej propagandzie udało się wcześniej okrzyknąć Lecha Kaczyńskiego człowiekiem silnej ręki, szeryfem i młotem na przestępców. Bombera w 2 osobach nigdy nie złapano, ale w atmosferze niepokoju i obaw właśnie Lech Kaczyński został prezydentem RP.

Przed kolejnymi wyborami trafił się Falenta z niesympatycznymi nagraniami polityków PO, które – jak twierdzi – zlecili mu politycy PiS. Również w tej sprawie nie dowiemy się chyba jak było naprawdę, bo prokuratura uznała, że wykonawca zlecenia jest niewiarygodny. A niewiarygodnym jest, ponieważ kiedyś, gdy był na wolności i uważał, że umowa ze zleceniodawcą zapewnia mu bezkarność, nie mówił tego, co mówi teraz, gdy uważa, że zleceniodawca go oszukał i nie dotrzymał umowy. Prokuratura zignorowała poważne oraz prawdopodobne doniesienie i zarządziła badania psychiatryczne autora zarzutów.

Są na świecie kraje, gdzie przeciwników politycznych lub osobistych wrogów rządzących pakuje się do psychuszki – na lata, a czasem i do końca życia. To te same państwa, gdzie zdarzają się prowokacje polegające na tym, że władza napada na samą siebie, by uzyskać pretekst do ograniczenia praw obywateli.  Polska PiS dopiero eksperymentuje. Wynik eksperymentu zobaczymy, a być może również doświadczymy, po wyborach. Ale może nie?

Morawiecki w szambie po uszy, słychać tylko bulgot

24 Maj

Emocje związane z zakupem działek przez premiera Morawieckiego, nie milkną, a z każdym dniem wyskakują kolejne fakty, podważające uczciwość całej tej transakcji. Jak twierdzi „Wyborcza” mogło tu dojść do złamania prawa kościelnego i nawet dzisiaj można taką umowę unieważnić.

W czasie, gdy Morawiecki dokonał zakupu, obowiązywał kościelny przepis, który mówił, że przy sprzedaży dóbr powyżej 100 tys. dolarów (wtedy to było ok. 400 tys. zł) potrzebna była zgoda biskupa, a jeśli wartość przekraczała 500 tys. dolarów (ok. 2 mln zł) to już musiała być zgoda Watykanu (wytyczne określone przez KEP w czerwcu 1995 r.).

Premier Morawiecki zakupił działki za 700 tys. zł (ok. 175 tys. dolarów) chociaż już wtedy były one warte ok. 4 mln. zł. Tak twierdziła biegła sądowa, w procesie osób zamieszanych w przekręty związane z ziemią, przekazywaną kościołowi. Wtedy jednym ze świadków w sprawie był również i pan premier.

Wydaje się więc pewnym, że również i jego transakcja wymagała zgody stolicy apostolskiej, a jednak w akcie notarialnym zakupu działek nie ma o tym ani słowa. Jest tylko zapis, że ks. Żarski jest „organem” parafii św. Elżbiety i według niego, „nie istnieją żadne przeszkody prawne do zawarcia umowy” sprzedaży. Dodajmy do tego uchwałę Sądu Najwyższego z 19 grudnia 2008 r., która mówi, że „sprzedaż nieruchomości przez kościelną osobę prawną osobie świeckiej, bez wymaganego w prawie kanonicznym zezwolenia właściwej władzy kościelnej, stanowi czynność prawną niezupełną”.

Profesor Bartosz Rakoczy, znawca prawa kanonicznego z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy i adwokat pracujący w kościelnym Gnieźnieńskim Trybunale Metropolitalnym, zwraca uwagę, że sądy już kilkakrotnie orzekały w podobnych sprawach i wydały wyroki podważające transakcje właśnie z powodu braku zgody odpowiednich przedstawicieli władz kościelnych.

Według rzecznika archidiecezji wrocławskiej w archiwum znajduje się dokument dotyczący sprzedaży działki z wyrażoną na to zgodą arcybiskupa Gulbinowicza. W dokumencie brak nazwiska i aktu notarialnego. Wydaje się, że to nie ten arcybiskup powinien podpisać zgodę na sprzedaż działki, bowiem Parafia św. Elżbiety jest częścią Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego a jej proboszcz, ks. płk Sławomir Żarski, który sprzedał ziemię Morawieckiemu, został mianowany przez biskupa polowego WP Sławoja Leszka Głódzia. Czyli to właśnie Głódź powinien wydać zgodę na sprzedaż i to jego podpis powinien figurować na dokumencie.

W akcie notarialnym nie ma informacji, by transakcja uzyskała zgodę odpowiednich władz kościelnych. Nie ma też uzasadnienia sprzedaży, co pozostaje w niezgodzie z kodeksem prawa kanonicznego, które mówi, iż „Dla dokonania alienacji [sprzedaży], której wartość przekracza najniższą określoną sumę, wymaga się ponadto: 1° słusznej przyczyny, jak nagląca potrzeba, wyraźna korzyść, pobożność, miłość lub inna poważna racja pasterska; 2° oceny rzeczy alienowanej, dokonanej na piśmie przez rzeczoznawców”.

No to się premier Morawiecki doigrał. Cały PR legł w gruzy, bo trudno utożsamiać bogatego człowieka, prężnego biznesmena, mającego głowę do interesów i balansującego na granicy prawa z obrazem polityka iście w stylu PiS, czyli pełnego empatii dla Maluczkich, oddanego służbie dla najbardziej potrzebujących wsparcia obywateli, stawiającego naród ponad swoje własne dobro, takiego kolesia z sąsiedztwa.

Roman Giertych tym razem swój list na Facebooku zaadresował do „Anonima”. Dlaczego? – „Bo nie wiadomo kto stoi za uchwaleniem złagodzenia odpowiedzialności za pedofilię, co był łaskaw przyjąć ostatnio Wysoki Sejm. Ale już Rzymianie pisali: qui fecit cui prodest. Ten zrobił, kto zyskał…” – wytłumaczył.

List zaczyna się następującym nagłówkiem: „Drogi Anonimie Kochany!” i budzi oczywiste skojarzenia… – „Widzę mój Anonimie, żeś pięknie to sobie wymyślił i chybcikiem przez Sejm depenalizację pedofilii załatwiłeś. Sprytne, sprytne. Nie powiem. Oskarżali Cię (oczywiście fałszywie!), że dałeś się skusić jakiemuś dziecku, a tutaj myk i czyn sobie może być albo nie, ale przestępstwa nie ma. Genialne!!! (…) Tobie przecież mój Anonimie nie wypada należeć do grona śmiertelników, którzy pod jakieś przepisy karne podpadają. Należysz przecież do Panów, którzy są tak ważni i potrzebni dla kraju, że nawet jeżeli (czemu oczywiście zaprzeczamy stanowczo), ale przypuśćmy jednak, że jakieś dziecko się przytulało, przytulało i koniec końców skusiło, to nie powód, żeby groziła Ci jakaś odpowiedzialność. Ta jest dla tych, którzy podpadną władzy i będą ją krytykować” – napisał Giertych.

>>>

Jak zwykle, Giertych spieszy z radami, co jeszcze można zmienić w Kodeksie karnym: – „Nasz ukochany Bartuś kolejny miesiąc spędza w celi, gdzie okrzykiem „czołem Panie Ministrze” drwią z niego współosadzeni. Tymczasem drobna zmiana kk i wykluczenie tego artykułu karnego, z którego siedzi (chyba 286 kk) i już. Kwiat naszej młodzieży będzie się mógł rzucić na szyję drogiego naszego Antoniego. Sam prezes z wyrzucenia 286 kk byłby zadowolonym, bo jak go Austriak będzie o oszustwo oskarżał, jak przestępstwa oszustwa nie będzie? Ale się głupio zrobi naiwniakowi, gdy dowie się, że ścigał wuja za rzecz, która już jest legalna. To świetny pomysł, aby się przypodobać Umiłowanemu Przywódcy”.

Giertych kończy list życzeniami dla „Anonima”: – „No i jak się to wszystko uchwali, to można do samolotu i do Rzeszowa. Każdemu reset jest potrzebny!”.

Wśród polityków partii rządzącej znajduje się wiele „ciekawych” osób, a wśród nich Beata Boros – Burdingo. Jej historię opisali dziennikarze Onetu, Janusz Schwertner i Daniel Olczykowski.

Pani Boros – Burdingo była kandydatką PiS na wójta gminy Elbląg w ostatnich wyborach samorządowych. Już w trakcie trwania kampanii wyborczej do władz partii dotarł list, w którym anonimowy autor pisał o ewentualnych powiązaniach tej kandydatki ze SKOK-iem Wołomin. Według informatora była ona „kimś w rodzaju księgowej w mafii, ale też po prostu damą do towarzystwa”.

Pani polityk przyznała się do swoich powiązań ze szczecińskim gangsterem Stanisławem P. oraz byłym prezesem PZPN Marianem Dziurowiczem i nie ukrywała, że była finansowo zależna osób oskarżonych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i wyłudzenia ze SKOK Wołomin.

Działaczka PiS dopuściła się również kłamstwa, gdy wkroczyła na ścieżkę kariery politycznej. Napisała o sobie, że jest „ekonomistką ze specjalizacją administracja i ekonomia. Od 1993 roku pracownik Urzędu Skarbowego, organizacji pozarządowych, rewident księgowy i podatkowy”. Prawdą okazała się tylko informacja o organizacjach pozarządowych. Rzeczywiście pani polityk jest prezesem Stowarzyszenia Wspierania Społeczeństwa Obywatelskiego im. Piotra Skargi, tyle tylko, że jej fundacja nie została zarejestrowana w sądzie, co stawia pod dużym znakiem zapytania jej prawne umocowanie.

Władze PiS nie wydają się zainteresowane takimi informacjami o Boros – Burdingo. Wprawdzie przegrała ona wybory, zajmując ostatnie, trzecie miejsce w walce o stanowisko wójta, ale nadal należy do czynnych działaczek lokalnych PiS-u. Rozumiem, że partia ta wyznaje zasadę, iż każdemu należy się druga szansa.

Jestem pełna podziwu dla takiej postawy, choć wydaje mi się, że w tym momencie PiS powinno odpuścić sobie szukanie „haków” na przeciwników politycznych. W końcu, jeśli im wolno mieć takich działaczy to, dlaczego innym nie?

Krystyna Pawłowicz do swojego „the best of” wypowiedzi dodała właśnie kolejną perełkę. Posłanka w mediach społecznościowych po raz kolejny wywołała burzę. Na Twitterze prosi Boga, by ocalił Polskę. Wymieniła chyba wszystkich swoich wrogów, a lista jest długa.

Sądząc po jej aktywności w mediach społecznościowych, Krystyna Pawłowicz nigdy nie śpi. A pewno sen z powiek spędzają jej geje, politycy opozycji i komuniści. W mediach społecznościowych opublikowała dramatyczny apel do Boga, by ocalił kraj przed wrogami.

Krystyna Pawłowicz ma obsesję. Geje, odbyty i kagańce

PiS odcina się od Pawłowicz. Jej reakcja szokuje

Wrogowie Pawłowicz

Pawłowicz obawia się męskich feministek, zniewieściałych facetów, sex-patologii, polskiej targowicy, „V rudej niemieckiej i ruskiej kolumny”. Prosi Boga, by nie wystawiał kraju na kolejną próbę i nie pozwolił komunistom na powrót do władzy.

Czy jej prośba zostanie wysłuchana? Niektórzy internauci twierdzą, że tak się nie stanie, bo Pawłowicz Bóg już dawno opuścił.

Pawłowicz kontra wszyscy

Zastanawiacie się kim są zdradzieccy komuniści? Wyjaśnieniem może być jeden z wcześniejszych wpisów Pawłowicz. Zaatakowała Koalicję Obywatelską i „listę wyborczej hańby”. Wymieniła konkretnych polityków, którzy jej zdaniem są komunistami, oprawcami polskich bohaterów i ludźmi zwalczającymi niepodległość.

Cytaty Krystyny Pawłowicz – „the best of”

Pawłowicz w Radio Maryja: lewactwo niszczy PiS, Biedroń broni nekrofilów

Mateusz Morawiecki publicznie zapewnił, że bardzo, ale to bardzo chciałby wszystko uczciwie wyjaśnić, ale… jak dotąd nie ma na to odpowiedniej ustawy!

Z zawiścią Polaków to chyba jednak jest prawda. Weźmy żonę pana premiera. Wszyscy zazdroszczą jej teraz majątku o nieokreślonej dotąd wprawdzie, ale – jak wieść niesie – ogromnej wartości. Zazdroszczą tym bardziej, że jeszcze do niedawna była przecież niepracującą zawodowo małżonką skromnego radnego AWS-u. No, ale z Polakami to tak zawsze. Liczą cudze pieniądze, zamiast „zmienić pracę i wziąć kredyt”. Pani premierowa zmieniła, a zaraz potem wzięła pożyczkę w banku i proszę – w niespełna dwie dekady „dobra rada” prezydenta Komorowskiego przyniosła fantastyczne owoce!

Zawistnicy krzyczą teraz, że nie każdemu udaje się, ot tak, bez żadnego zabezpieczenia i zdolności kredytowej dostać – na dobry początek – parę milionów franków szwajcarskich. I do tego w banku, który – według zapewnień jego ówczesnego szefa – w ogóle nie udzielał wtedy pożyczek w tej walucie! No, ale pani premierowa „dała radę”. A jej mąż, który – trzeba trafu – został akurat szefem tego właśnie banku – nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia.

Nie wiedział też, skąd żona wiedziała o tych 15 ha gruntów, które można było nabyć za bezcen od pewnego arcybiskupa. Żona twierdzi, że powiedział jej o tym znajomy, a mąż, że informacja wyszła z kurii. Pewne jest jedno – inwestycja opłaciła się obrotnemu małżeństwu stukrotnie. I tak się, moi drodzy, robi interesy! Gdyby tak tylko wszyscy bezrobotni i niezamożni rodacy poszli w ślady państwa premierostwa, problem niedostatku zniknąłby z Polski na zawsze, a sprzedaż samochodów elektrycznych rodzimej produkcji ruszyłaby z kopyta.

Ten jeden przykład powinien zamknąć usta wszystkim, którzy twierdzą, że partia aktualnie rządząca ma deficyty kadrowe. Nie ma żadnych, a już na pewno nie dotyczy to stanowiska premiera. Nikt inny nie gwarantuje narodowego dobrobytu tak, jak aktualny szef rządu, bo na inwestycjach zna się on, jak mało kto. Potrafi wykorzystać każdą nadarzającą się okazję do zrobienia pieniędzy. Wie, z kim przestawać, żeby czynić korzystne inwestycje.  No i obraca się w dokładnie w tych kręgach, które akurat gwarantują sowite profity.

Toteż w robieniu interesów jest nawet skuteczniejszy od samego pana prezesa Kaczyńskiego! Podczas, gdy Dwie Wieże pozostają zaledwie w fazie projektu, majątek państwa premierostwa już w tej chwili czyni ich finansową elitą nowopowstającej rodzimej „oligarchii”. No, ale nie chcielibyśmy chyba, żeby za finanse państwa odpowiadał ktoś bez doświadczenia, znajomości i pieniędzy, zarabiający dotąd poniżej średniej krajowej?

Przecież partia pana prezesa zapewnia od dawna, że stawia na sprawdzonych fachowców. W informatyce najlepiej sprawdzają się byli hakerzy. Z pieniędzmi jest podobnie. Nikt nie potrafi ich robić tak, jak beneficjenci naszej „dzikiej” transformacji.

Owszem, partia aktualnie rządząca ściga takich cwaniaków, jak potrafi, ale przecież nie tych, którzy owszem, swoje wtedy ugrali, jednak teraz wykorzystują to swoje bezcenne doświadczenie dla dobra Narodu! Przecież to dobrze, że pan premier (i jego małżonka) dają sobie radę w brutalnym świecie wielkich finansów i wielkiego biznesu, a że może czasem korzystają przy tym ze znajomości czy nadarzających się specjalnych okazji, to tylko dobrze świadczy o ich „smykałce” do pieniędzy.

Poza tym działania inwestycyjne państwa premierostwa godne są pochwały z jeszcze jednego ważnego powodu – zawsze były one patriotyczne. Bank, który miał dać premierowi rzekomą „odprawę” ukrytą na wewnętrznym koncie, jest zachodni. A grunty odzyskane zostały z rąk obcego państwa (Watykanu), a na dodatek leżą na wrocławskim Oporowie, więc spokojnie można je uznać za zadatek na poczet tych reparacji, co to ma je od Niemców uzyskać pan poseł Mularczyk. Toteż państwo premierostwo, inwestując w nieruchomości, dokonali zarazem prywatnego aktu repolonizacji.

W tej sytuacji domaganie się wyjaśnień w kwestii działek, kredytów frankowych czy rzekomej, zatajonej odprawy, po prostu nie uchodzi. Zwłaszcza, że pan premier publicznie zapewnił, że bardzo, ale to bardzo chciałby to wszystko uczciwie wyjaśnić, ale… jak dotąd nie ma na to odpowiedniej ustawy! A każdy wie, że w państwie tak praworządnym, jak to rządzone przez pana premiera, być uczciwym bez ustawy, to jak samemu prosić się o poranną wizytę funkcjonariuszy prokuratora Ziobry.

Znajdujemy się na początku drogi odsłaniania piekła urządzonego dzieciom przez kapłanów. Nie powstrzymają tego polityczni pomocnicy Kościoła z PiS.

Więcej >>>

Chaos w podwyżkach cen prądu. PiS szykuje bubel stulecia

28 Gru

To, co dzieje się wokół specustawy, mającej powstrzymać nieuchronne podwyżki cen prądu dla gospodarstw domowych, przedsiębiorców oraz samorządów w roku wyborczym woła o pomstę do nieba. Jesteśmy właśnie świadkami ordynarnego wejścia państwa w sferę gospodarki i podjęcia próby ręcznego korygowania mechanizmów cenowych w bardzo istotnym przecież sektorze energetyki. Gdyby jeszcze przeprowadzone zostało to z głową, po przeprowadzeniu głębokich analiz i w myśl szerszej i bardziej długofalowej strategii, można by jeszcze uznać to za usprawiedliwione, jednak po oczach aż bije stricte polityczny cel planowanej ustawy z widoczną perspektywą jedynie na nadchodzący rok.Co gorsza, ustawa pisana jest na kolanie i uchwalana w niedorzecznym trybie, w którym jest wszystko, oprócz szacunku dla standardów tworzenia dobrego prawa.

Jeszcze dziś rano plan uchwalania przedstawionej w miniony piątek ustawy rządowej wyglądał następująco. Jak podsumowywał to Krzysztof Berenda z RMF FM, o 11 w Sejmie zbiorą się posłowie i przez godzinę będą debatować na temat zaprezentowanego pomysłu. Potem odbędzie się krótkie posiedzenie komisji ze zgłoszeniem poprawek. Następnie planowane jest 45-minutowe rozpatrywanie poprawek. Już o 14 ma być po głosowaniu w Sejmie. O 17 z kolei zbiera się Senat, który nie może wprowadzić żadnych poprawek, bo nie przewidziano dodatkowego posiedzenia Sejmu podczas którego zatwierdzono by poprawki. Jeszcze dziś ustawę ma podpisać także prezydent, by weszła w życie już za 4 dni. Tyle harmonogramu czasowego.

Dziś rano okazało się jednak, że zamiast dwustronnicowej ustawy, z którą od kilku dni mogli zapoznać się posłowie, Sejm będzie procedował zupełnie inną, mającą 11-stron, wprowadzającą szereg nowych rozwiązań z olbrzymimi skutkami dla budżetu. W autopoprawce do projektu ustawy o zmianach w akcyzie na prąd zapisano m.in. rekompensaty dla firm obrotu, a na ten cel przeznaczono 4 mld zł – wynika z uzasadnienia do projektu autopoprawki. Autopoprawka zakłada także, że spółki energetyczne: PGE, Energa, Enea i Tauron będą musiały na nowo złożyć do Urzędu Regulacji Energetyki wnioski o podwyżki cen prądu. To oznacza konieczność wycofania wniosków o ok.20-procentowe podwyżki. Oprócz tego, jeżeli elektrownie zawarły już jakieś umowy z firmami lub samorządami na dostawy droższego prądu niż w tym roku, to do 1 kwietnia muszą je anulować i renegocjować. Dodatkowo tworzy się również krajowy system zielonych inwestycji (kpina, bo przecież mówimy o rządzie, który wypowiedział wojnę farmom wiatrowym) oraz Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny (pewnie po to, by kolejnych znajomych królika obsadzić w ich zarządzie i radzie nadzorczej).

Skąd tak radykalna zmiana planów nie wiadomo, bowiem obsługa prasowa premiera nie potrafi tego wytłumaczyć. Komentatorzy nie mają jednak wątpliwości, że to, co dzieje się dziś w Sejmie zakrawa na kabaret, a biorąc pod uwagę, że uregulowania dotyczą spółek giełdowych może skutkować prawdziwym trzęsieniem ziemi i dużymi spadkami ich notowań. 

W sprawie uderza również kompletne ignorowanie faktu, że wobec oczywistej próby wprowadzenia zapisów, gwarantujących firmom energetycznym duże wsparcie z budżetu, stanowisko w sprawie takiej pomocy publicznej powinna wyrazić Komisja Europejska. Bez niej, już wkrótce rząd będzie musiał się z przyjętych rozwiązań wycofywać z podkulonym ogonem, być może płacąc także finansowe kary.

Kaczyński przeczuwa przegraną PiS. Platforma przedstawia swój program

16 Gru

Możemy powiedzieć z niemałym zadowoleniem, że Prawo i Sprawiedliwość udowodniło, że potrafi rządzić – przekonuje prezes partii Jarosław Kaczyński. W sobotę w Szeligach pod Warszawą odbyła się pierwsza po wyborach samorządowych konwencja PiS. Poza Kaczyńskim przemawiali premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Beata Szydło i koalicjanci. – Byliśmy świadkami konferencji propagandowej. Wydawałoby się, że partia, która prowadzi w sondażach, świetnie się czuje i opozycję kasuje w dwóch głosowaniach o wotum, inaczej będzie przemawiać. A tu okazało się, że głównym przekazem konwencji są zapewnienia, że jesteśmy silni, świetni, fantastyczni. Jeżeli ktoś tak mówi i przekonuje, to znaczy, że tak nie jest. To jest zaklinanie rzeczywistości – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

Kaczyński: PiS partią marzeń

Prezes PiS, który występował jako pierwszy, próbował zagrzewać do walki. Mówił, że potrzebna jest energia, aby wygrać najbliższe wybory. Podkreślał, że ten nadchodzący rok wyborczy wymaga ogromnej, ciężkiej pracy od działaczy nawet na najniższych szczeblach

– Zwycięstwo jest w zasięgu ręki, ale tę rękę trzeba wyciągnąć i to musi być bardzo silna ręka. Tego nam wszystkim życzę. Niech ten dzień będzie zapowiedzią nowych wielkich zwycięstw – mówił Jarosław Kaczyński. Wcześniej krytykował poprzedników: – Oni rządzić nie potrafią i udowodnili to wielokrotnie. Oni nie są wiarygodni, oni nie dotrzymują słowa. Oni tolerują zło, także zło w tej wielkiej skali. Ta prawda musi być przekazana polskiemu społeczeństwu – grał na starej nucie PiS Kaczyński.

Morawiecki: Polska sercem Europy

Po prezesie premier Mateusz Morawiecki oprócz chwalenia się mówił, co może zaskakiwać, dużo o Europie. Podkreślał, że Polska jest sercem Europy, a o Polexicie nie ma mowy, bo PiS stawia Europę na pierwszym miejscu. –  Jesteśmy bijącym sercem Europy. My dzisiaj inspirujemy Europę. Nasze sukcesy, nasza skuteczność, odwaga, determinacja, uczciwość, wiarygodność inspiruje Europę – przekonywał szef rządu.

Premier Morawiecki nakreślił ogólny plan na przyszłość. – Europa, wyższe płace i modernizacja to klucz, aby niejako ponownie wprowadzić Polskę do Europy, ale tak, aby Polacy czerpali jeszcze więcej z Unii. To jest prawdziwa europeizacja. Nie jakieś eksperymentowanie z obyczajowością, tylko to, żeby Polacy zarabiali tak jak mieszkańcy Europy Zachodniej – mówił Morawiecki.

Z konkretów to tyle. Premier zapowiedział, że program przedstawiony zostanie w styczniu, lutym. W dość infantylny sposób odniósł się też do sytuacji kobiet w Polsce, ale o przyjęciu konwencji antyprzemocowej nawet się nie zająknął. – Powoli wchodzimy w okres świąteczny. Jak panowie pomagają paniom w przygotowaniach? Muszę uderzyć się w piersi, że słabo z tym u mnie. Kobiety, Polki widzą, że nasz kraj się zmienia – mówił premier.

Szydło: Polska w Europie

Na konwencji przemawiała też dawno w tej roli niewidziana była premier, obecna wicepremier Beata Szydło. Jedną z pierwszych jej decyzji było wyprowadzenie unijnej flagi z gabinetów rządowych, ale teraz już przekonywała, że przyszłość Polski jest w Europie. – Polska była, jest i będzie w Europie. Nikt i nic tego nie zmieni. Nawet ci polscy politycy, którzy ciągle kłamią i krzyczą o jakimś Polexicie – mówiła Beata Szydło, która parę minut później zaklinała rzeczywistość: – Jesteśmy prymusem w wykorzystywaniu środków europejskich.

Konkret Gowina i Ziobry

Konkretnych obietnic, zapowiedzi programowych nie było. Dopiero wystąpienie wicepremiera Jarosława Gowina przyniosło zapowiedź programu Energia Plus. – We współpracy z uczelniami rozpoczniemy masową budowę odnawialnych źródeł energii, przede wszystkim dla 5 mln gospodarstw domowych –  mówił Gowin.

Z kolei Zbigniew Ziobro, lider koalicyjnej Solidarnej Polski, minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny, zapowiedział nowelizację Kodeksu karnego.

O podsumowanie wystąpień na konwencji PiS poprosiliśmy eksperta od wizerunku i marketingu politycznego dr. Mirosława Oczkosia.

JUSTYNA KOĆ: Po sobotnich wystąpieniach PiS jest ciągle w defensywie?

DR MIROSŁAW OCZKOŚ: To jest ciekawe, bo wydawałoby się, że partia, która prowadzi w sondażach, świetnie się czuje i opozycję kasuje w dwóch głosowaniach o wotum, inaczej będzie przemawiać. A tu okazało się, że głównym przekazem konwencji są zapewnienia, że jesteśmy silni, świetni, fantastyczni. Jeżeli ktoś tak mówi i przekonuje, to znaczy, że tak nie jest. To jest zaklinanie rzeczywistości. Długo w swoich wypowiedziach PiS, mówiąc kolokwialnie, olewał opozycję, bo skoro to są żadni przeciwnicy, którzy nie mają szans, to nie zwraca się na nich uwagi. Tutaj na konwencji, szczególnie w pierwszym wystąpieniu prezesa, ostrych słów pod kierunkiem opozycji było sporo.

Wystąpienie Morawieckiego było z kolei mieszaniną dowcipkowania, błaznowania, co raczej nie przystoi premierowi. Rozumiem, że premier się świetnie poczuł w wystąpieniach publicznych i czuje tę moc, ale gdy dajemy trzy grzyby w barszczu, to mamy grzybową, a nie barszcz.

No i premier Szydło, dawno niewidziana w takiej formie. To wszystko oznacza, że albo mają badania, albo przeczucie, że następne wybory nie pójdą już tak gładko.

W najbliższych wyborach do PE już wiadomo, że startować będzie Robert Biedroń, także partia Tadeusza Rydzyka, a więc ma kto zabrać głosy wyborców. Moim zdaniem Jarosław Kaczyński chciał utwardzić elektorat, który mają w tej chwili. Bardzo blado na tym tle wypadł Jarosław Gowin. Reakcje słuchaczy na jego wystąpienie były dalekie od entuzjazmu.

I nie wiadomo, dlaczego mówił o energii.
No właśnie, i to jest ciekawe.

Wydaje mi się, że pan wicepremier Gowin odczuje boleśnie, po raz kolejny, że przeszczep na inny organizm się nie przyjął i będzie musiał zostać odcięty, mówiąc brutalnie. Widać, że on się tam źle czuje. To nie jest tak, że można zadeklarować, że od dzisiaj będę wegetarianinem, a do tego pory jadłem głównie hamburgery.

Tak jest z Gowinem, który dostał tylko do jedzenia marchewkę, chociaż marzy o kurczaku. Oczywiście zachwyca się marchewką, ale z gestów, twarzy, intonacji widać, że nie jest zachwycony.

Warto jeszcze zwrócić uwagę są słowa premiera Morawieckiego do Zbigniewa Ziobry, do którego zwrócił się po imieniu: Zbyszek. To oznacza, że

albo to pocałunek Almanzora dla Zbigniewa Ziobry, albo się dogadali. Na pewno zdają sobie sprawę, że jeżeli teraz koalicja się rozpadnie, to przegrają wybory, a przynajmniej stracą władzę.

Stąd te mocne słowa Jarosława Kaczyńskiego do swoich działaczy o silnej ręce?
Tak, bo prezes wie, że jeżeli oni to spartolą, to PiS przegra także na szczeblu centralnym. Dlatego trzeba patrzeć na ręce, portfele, zatrudnienie, na to wszystko, o co wcześniej PiS oskarżał PO. Kaczyński widzi, że w PiS-ie afera goni aferę i któraś się w końcu przyklei. To jak z teflonem, który wytrzymuje dużo, ale gdy pojawia się pierwsza rysa, zadrapanie, to wszytko zaczyna się przypalać i patelnia jest do wyrzucenia.

Badania wskazują, że Polacy nie dali się oszukać w sprawie afery KNF i nie kupili retoryki PiS, że to „za poprzednich rządów była prawdziwa afera KNF”.
Ewidentnie tak, natomiast to nie jest jeszcze uderzenie impaktowe, które powoduje, że PiS idzie w sondażach w dół.

Musimy pamiętać, że żyjemy w wirtualnej rzeczywistości; przekaz, który jest pokazywany w mediach publicznych, jest niejako różny od tego, co jest ogólnie pokazywane gdzie indziej.

Pytanie, co zostanie wyciągnięte z tej konwencji, chociaż ona była spójna, żeby było jasne. W zasadzie poza Gowinem tam nie było jakiegoś dysonansu. Przekaz był jasny: jesteśmy silni, zwarci i idziemy po kolejne zwycięstwo. Warto podkreślić, że słowo zwycięstwo padło za wiele razy, żeby uwierzyć, że tak jest czy będzie. Margaret Thatcher powtarzała, że jeżeli ktoś mówi, że jest damą, to na pewno nią nie jest. Jeżeli jesteś piękny, to ktoś ci musi to powiedzieć, nie ty sam. Tak jest teraz PiS-em, który zapewnia, że jest silny.

To samo dotyczy Polexitu?
To pokazuje fajny zabieg z sercem – „Polska sercem Europy”, tylko pytanie, czy potrzebny jest bajpas czy rozrusznik, a może zastrzyk, zastawka. Serce bije do jakiegoś momentu.

Jak się je konsekwentnie osłabia przez niezdrowy tryb życia, a rząd PiS-u prowadzi raczej niezdrowy tryb życia na organizmie Polski, to lekarze europejscy szukają lekarstwa.

Premier Morawiecki mówił też, że Polska jest inspiracją, wzorem dla reszty Europy. Przesadził?
Tu docieramy do sedna sprawy, bo byliśmy świadkami propagandowej konferencji programowej. Zgadzam się, że do pewnego momentu konferencje programowe mogą być propagandowe, ale tu stopień tej propagandy przekraczał zdrowy rozsądek. Gdyby się nad tym dokładniej pochylić, to to, co wygadywała wicepremier Szydło o tych wszystkich bogacących się Polakach i milionach polskich dzieci, których przybyło, o czymś świadczy – że PiS buduje klasę średnią i musi im dać jeść.

Na razie najedli się wodzowie i żołnierze frontowi. Teraz trzeba przeprowadzić normalizację.

Jarosław Kaczyński musi być rozczarowany, że nie przeprowadził rozmrażania systemu do końca i nie poukładał wszystkich elementów, aby zamrozić ponownie. Nawet powiedział, że trzeba jeszcze dużo zrobić, aby ci, którzy przyjdą po nich, nie byli w stanie tego odkręcić.

Wszystkich elementów, czyli sądów, mediów?
To dwa podstawowe elementy, które są dla PiS-u kłopotliwe. Zmiany w sądach zostały zablokowane przez TSUE, chociaż PiS próbuje jakoś to obejść, ale już na pewno nie da się obejść mediów. PiS nie przejmie TVN Discovery bez konfliktu z największym przyjacielem, jakim są Stany Zjednoczone. To jest ten imposybilizm, o którym prezes tak często mówi i widać u niego irytację. Zresztą ja go rozumiem.

Jest taka teoria Kurta Lewina, która mówi, że najpierw rozmrażamy, układamy po swojemu, a potem zamrażamy znowu. Wtedy rzadko się zdarza, żeby następca mógł to znowu rozmrozić.

Pewnie tak będzie, bo jeżeli PiS wygra następne wybory, a dziś jednak wszystko na to wskazuje, lub nieznaczenie je przegra, to to, co da się zrobić do wyborów parlamentarnych, prawdopodobnie się ostanie.

PiS nie przedstawił też żadnego planu na przyszłość, tylko ciągle opowiada o tym, czego dokonał: 500 Plus, 300 Plus, ale o tym już wszyscy wiedzą. To ciągle działa?
Ten zabieg jest uznawany na świecie, to pokazanie czegoś, co jest namacalne. Wiadomo, że słowa o milionach samochodów elektrycznych do jakiegoś tam roku są abstrakcyjne, tak samo jak wylanie fundamentów pod Mieszkanie Plus. Centralny Port Lotniczy to dziś raczej fantasmagoria, w przestrzeni publicznej występują raczej śmiechy o „centralnym szpitalu psychiatrycznym”. 500 Plus jest konkretem namacalnym, dlatego PiS ciągle to powtarza.

Widzę tu jeszcze jeden problem dla PiS-u: zaczyna brakować pieniędzy i trzeba będzie ten program jakoś przemodelować, prawdopodobnie zostawić go tylko dla najbiedniejszych, a to nie jest już populistyczne i nie da się tego zrobić w ciągu jednego roku, a wybory są za chwilę.

Do tego dochodzą inne ważne tematy, jak KNF, SKOK-i. Pewnie dlatego wystąpienie premiera Morawieckiego przypominało bardziej występ kabaretowy standupera, a już jak mówił o kobietach, które przed  świętami pracują w kuchni, to powiem szczerze, że usiadłem z wrażenia.

Platforma przedstawiła dziś konkretny program, w piątek Grzegorz Schetyna też o nim mówił podczas wystąpienia w Sejmie. Czy PO ubiegła PiS? O czym będziemy mówić przy świątecznych stołach, bo chyba o to teraz toczy się walka między głównymi partiami.
To prawda i na pewno PiS robi wszystko, aby nie przebiła się ta narracja i aby ludzie przy stołach nie rozmawiali o SKOK-ach i KNF. Nie wiem, czy można powiedzieć, że PO ubiegła PiS, bo premier pierwszy przeprowadził wniosek o konstruktywne wotum zaufania. Jego wystąpienie było rano, długo się o tym mówiło. Konstruktywne wotum nieufności dzięki marszałkowi Kuchcińskiemu odbyło się w piątek wieczorem. Myślę, że większość Polaków robiła wtedy inne rzeczy niż oglądanie polityki. Natomiast

jeżeli PO wybije kilka konkretów z przemówienia Schetyny, ukrywając inwektywy w stylu „pan nie umie, a pan musi odejść”, to jest szansa, że to właśnie o tym będziemy rozmawiać w święta, jak i o tym, kto dobrze wypadł.

Tu muszę też pochwalić Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Ponieważ PiS nie dał nic nowego, a o 500 Plus ludzie już rozmawiali podczas Wielkanocy i poprzednich świąt, może się okazać, że czosnkiem i sokiem z malin tej grypy już się nie da wyleczyć, że trzeba będzie podać antybiotyk, czyli przeprowadzić zmiany w rządzie. Nie może być tak, że minister Tchórzewski przez 11 dni opowiada ludziom bajki na okrągło, jakie to wiatraki są beznadziejne i trzeba podnieść ceny za energię, a później zmienia nagle zdanie i twierdzi, że podwyżek nie będzie. Nawet średnio rozgarnięty gimnazjalista widzi, że minister kłamie albo teraz, albo wcześniej.

Więcej >>>

Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów. Pierwszy to zmniejszenie obciążeń związanych z opłatami i podatkami, a drugi pomoc dla najgorzej zarabiających. Konkrety? PO proponuje obniżkę obecnych stawek PIT z 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. oraz 500 zł wsparcia dla osób otrzymujących płacę minimalną. – Praca musi się opłacać. Państwo musi przestać dbać tylko o Pisiewiczów, a innym stawiać szklane sufity – mówił na konferencji prasowej główny ekonomista PO prof. Andrzej Rzońca.

„Praca ma się opłacać”

Prezentację programu „Wyższe płace” zapowiedział podczas piątkowej debaty nad wotum nieufności dla rządu lider PO Grzegorz Schetyna. – Program ma przebić szklany sufit niskich zarobków w Polsce. W ostatnich latach premier Mateusz Morawiecki mówił, mówił i mówił o wyrwaniu Polaków z pułapki średniego wzrostu, ale efektów nie widać. Postanowiliśmy pomóc rządowi, aby mógł zwiększyć wynagrodzenia Polaków i ograniczyć skutki drożyzny, która szaleje w Polsce – mówił w sobotę na konferencji prasowej szef klubu parlamentarnego PO.

Sławomir Neumann przypomniał, że w Sejmie leżą już projekty autorstwa posłów opozycji, które mogłyby pomóc. To m.in. obniżenie do 5 proc. VAT-u na żywność i obniżka akcyzy na energię elektryczną. – Teraz pokazujemy kolejny projekt, który prześlemy premierowi Morawieckiemu na zjazd PiS, żeby mogli nad nim podyskutować – mówił.

Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów. – Pierwszy filar to obniżka opłat i podatków, żeby nie było tak jak dzisiaj, czyli 50 proc. obciążeń, z których cieszy się premier Morawiecki. My chcemy obniżyć je z 50 do 35 proc. Drugi filar to wsparcie dla osób pracujących, bo praca ma się opłacać. To ma być program, który tym wszystkim, którzy pracują, daje większe dochody, niż korzystanie z systemu pomocy społecznej. Ma aktywizować ludzi na rynku pracy – tłumaczył Neumann.

Dwa filary programu

Szczegóły programu „Wyższe płace” przedstawił główny ekonomista PO.

    1. Obniżka podatków i składek, tak by daniny, które każdy pracujący Polak przekazuje w postaci PIT oraz składek na ZUS i NFZ, nie przekraczały łącznie 35 proc. PO proponuje tym samym obniżenie stawek podatku dochodowego z obecnych 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. – Zostaną także ujednolicone wszystkie bazy podatkowe, tak aby wyliczanie podatku stało się dużo prostsze – tłumaczył prof. Andrzej Rzońca.
    2. 500 zł dla najmniej zarabiających. Z tego elementu skorzysta każdy, kto zarabia od płacy minimalnej do dwukrotności płacy minimalnej, czyli w przyszłym roku do 4,5 tys. złotych. – Osoba zarabiająca płacę minimalną otrzyma wsparcie w wysokości 500 złotych. Oprócz tego będzie korzystała z niższych podatków i składek, a więc w efekcie łączna korzyść wyniesie prawie 614 zł – wyliczał główny ekonomista PO.

– PO wyciąga rękę do współpracy. Platforma proponuje rozwiązanie, które jest prorozwojowe i promuje ludzi pracujących. To jest oferta położona na stół. Niech podejmą próbę współpracy i rozmowy. Ostatnie 10 miesięcy rządów PiS-u można wykorzystać po to, aby wspólnie opracować ten program, przegłosować go i dać Polakom szanse na wyższe zarobki – dodaje poseł Sławomir Neumann.

Jakie zarobki?

W przyszłym roku płaca minimalna wyniesie 2250 zł brutto, czyli 1633 zł netto.

Według szacunków prof. Andrzeja Rzońcy osoba, która otrzymuje obecnie płacę minimalną, po wprowadzeniu programu Platformy łącznie z 500-złotowym wsparciem zarobiłaby na rękę 2247 złotych. Osoba zarabiająca 3 tys. złotych brutto, czyli 2156 zł netto, dostawałaby 2663 złote.

– Osoba, która będzie zarabiać 4300 złotych, nie otrzyma wsparcia, ale będzie korzystać z pierwszego elementu, czyli niższych podatków i składek. W efekcie dzisiaj taka osoba na rękę otrzymuje 3201 złotych, a po zmianach zarabiałaby 3494 złote – tłumaczył prof. Rzońca.

Konstruktywne wotum nieufności PO >>>

Drożyzna, do takiej sytuacji doprowadził rząd PiS. Platforma proponuje rozwiązania, które polepszą sytuację Polaków

15 Gru

Obniżenie obecnych stawek PIT z 18 i 32 proc. do 10 i 24 proc. – to jeden z głównych punktów  programu PO.  – „Program „Wyższe płace” składa się z dwóch filarów, które pozwolą podwyższyć wynagrodzenia wszystkich Polaków. Pierwszy filar to obniżka opłat i podatków, żeby nie było tak jak dzisiaj – 50% obciążeń, z których cieszy się premier Morawiecki – my chcemy, żeby to obniżyć z 50% do 35%. Drugi filar to wsparcie dla osób pracujących, bo to praca popłaca. To ma być program, który tym wszystkim, którzy pracują, daje większe dochody niż korzystanie z systemu pomocy społecznej. Ma aktywizować ludzi na rynku pracy” – powiedział przewodniczący klubu PO Sławomir Neumann.

Platforma proponuje także comiesięczne 500-złotowe wsparcie dla osób otrzymujących płacę minimalną. – „Chcemy zwiększyć wynagrodzenia Polaków i ograniczyć skutki drożyzny, która szaleje w Polsce w związku z działaniami tego rządu. Premier Morawiecki wielokrotnie mówił o wyrwaniu Polaków z pułapki średniego wzrostu, tak naprawdę efektów nie widać. Program „Wyższe płace” ma przebić szklany sufit niskich zarobków w Polsce” – dodał szef klubu PO.

Neumann przypomniał, że PO złożyła w Sejmie projekty, dotyczące m.in. 5-proc. VAT na całą żywność oraz obniżki akcyzy na energię elektryczną.

— DOMINIKA WIELOWIEYSKA PYTA CZY SOLORZA ŁĄCZY Z WŁADZĄ MISTERNA SIEĆ ZALEŻNOŚCI – jak pisze w GW: “Próbujemy wyjaśnić, czy Zygmunta Solorza, jednego z najbogatszych przedsiębiorców, który dostarcza Polakom rozrywkę, telewizję, usługi telekomunikacyjne, zapewnia internet i prąd, łączy z władzą misterna sieć zależności”.

— W POLSACIE NIE MA TOTALNEJ PROPAGANDY, ALE POLITYCY PIS TRAKTOWANI SĄ ŁAGODNIE – TWIERDZI WIELOWIEYSKA: “Dziś w serwisach informacyjnych i publicystyce Polsat News nie ma topornej propagandy w stylu TVP, ale czołowi politycy obozu władzy pojawiają się na antenie częściej, są przepytywani łagodnie, a dziennikarze krytycznie wypowiadający się o PiS w mediach społecznościowych albo tacy, których na Nowogrodzkiej się nie lubi, powoli schodzą z wizji albo znikają z firmy. Strategia PiS jest przemyślana: z jednej strony telewizja rządowa wali opozycję pałką po głowie i uprawia propagandę sukcesu, zaspokajając emocje twardego elektoratu PiS. Z drugiej strony ofertę dla umiarkowanych, nieprzekonanych i obojętnych ma przyjazny władzy, ale stonowany Polsat”.

— WIELOWIEYSKA O RÓŻNYCH OPINIACH O MODELU SOLORZA: “Od ludzi z kręgów biznesowych słyszę różne opinie. Jedni mówią: nie ma nic złego w tym, że państwo pójdzie Solorzowi na rękę, choćby w opłacie za częstotliwość. Musimy wspierać rodzimych przedsiębiorców, wszystkie kraje to robią. Solorz buduje swój biznes tu, w Polsce, i to długofalowo. To nie jest ten typ biznesmena, który tanio kupuje od rządu, a drogo sprzedaje zagranicznym inwestorom. Jeśli coś kupuje, to żeby w tę firmę inwestować. A poza tym miliarder gra tak, jak przeciwnik pozwala. Inni kontrują: za chwilę stworzymy w Polsce system oligarchiczny na wzór węgierski. Współpraca państwa z wielkim biznesem jest korzystna i potrzebna, ale jeśli przekroczy pewną granicę i splecie się z władzą, przerodzi się w patologię. Wtedy Polska zamieni się w kraj bez równych szans w biznesie, w którym do przodu idą tylko, ci, którzy wykonują polecania władzy. A jeśli robią interesy w mediach, finansach, telekomunikacji – to zniszczą nie tylko gospodarkę wolnorynkową, ale również demokrację”.

— WIELOWIEYSKA PRZYTACZA ANEGDOTĘ O PRZEDSIĘBIORCZEJ NATURZE SOLORZA: „Dobre kilka lat temu ówcześni właściciele TVN Mariusz Walter i Jan Wejchert postanowili odwiedzić swojego kolegę z branży w jego willi w południowej Francji. Solorz przyjął gości w chińskich klapkach i w stroju niezobowiązującym, który można nabyć na bazarze Różyckiego. Na stole postawił trzy białe plastikowe kubki i polał tanie wino z kartonu. Anegdota pokazuje charakter Solorza. Tak, prestiż musi być, więc wartą fortunę willę we Francji trzeba mieć. Każdy szanujący się polski miliarder ma. Ale Solorz nie jest nadętym snobem, on tworzy i inwestuje, a nie trwoni grosz na konsumpcyjne luksusy”.
wyborcza.pl

— PAWEŁ WROŃSKI O DELFINIE MORAWIECKIM – pisze w GW: “Premier Mateusz Morawiecki właśnie przejmuje przywództwo w PiS i zapewne poprowadzi obóz władzy do wyborczego maratonu w 2019 r. Sobotnia konwencja partii może odpowiedzieć na pytanie, na jakich zasadach ta generacyjna zmiana będzie zachodzić”.

— WROŃSKI O MORAWIECKIM JAKO LIBERALE NARODOWYM: “W istocie Morawiecki usiłuje przekonać, że on, liberał narodowy, nie jest „moralnie lepszym”, ale znacznie skuteczniejszym  gospodarzem niż liberał europejski, czyli Tusk. I dyscyplinuje partię, rozsiewając pogłoski o przyspieszonych wyborach, np. poprzez rozwiązanie Sejmu, jeśli nie uchwali budżetu na czas”.

— WROŃSKI O ROLI KACZYŃSKIEGO: “Nadal jest jednak zagadką, jaką rolę dla siebie widzi Kaczyński. Czy w roku wyborczym pozostanie w cieniu, godząc się na bycie „ideowym patronem”? Jest pewne, że tym razem zmiana pokoleniowa odbywa się za jego zgodą i aprobatą. Granica tej zmiany jest jedna – skuteczność wyborcza”.
wyborcza.pl

>>>

Konwencja PiS >>>

>>>