Tag Archives: Aleksandra Wasilewska

Gosiewscy. Małgorzata, wdowa po ancymonku Przemku. Funeralna groteska z pisowskiego Zadupia

12 Czer

Podczas 82 posiedzenia Sejmu 16 nowych posłów złożyło ślubowania poselskie, zajmując pozycje polityków wybranych do Parlamentu Europejskiego.

W drodze głosowania nowym wicemarszałkiem Sejmu została Małgorzata Gosiewska w miejsce Beaty Mazurek, która udaje się do Brukseli.

Za kandydaturą Gosiewskiej głosowało 246 posłów, 121 było przeciw, 38 wstrzymało się od głosu.

Nieobsadzone pozostają nadal dwa miejsca: po posłance PiS Elżbiecie Kruk oraz pośle PO Andrzeju Halickim.

Do Parlamentu Europejskiego dostało się 18 posłów oraz jeden, poseł Dominik Tarczyński (PiS), który obejmie mandat europosła po tym, jak Wielka Brytania opuści Unię Europejską.

Marek Falenta, człowiek, który w znacznym stopniu przyczynił się do przegranej PO w poprzednich wyborach parlamentarnych, dzisiaj walczy o uznanie zasług i pomoc PiS, by nie trafić za kratki.

Deportowany z Hiszpanii robi wszystko, by ominąć więzienie i liczy, że partia rządząca go wesprze, bo przecież to dla niej poświęcił swoje spokojne i miłe życie biznesmena.

„Gazeta Wyborcza” ujawnia list, jaki napisał Falenta do prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Przyznaje w nim, że mając już pewne nagrania, skontaktował się z byłym skarbnikiem Stanisławem Kostrzewskim, a nawet zatrudnił u siebie jego siostrzeńca.

Po kolejnym spotkaniu na Nowogrodzkiej to on skontaktował Falentę z agentami CBA z Wrocławia i ABW z Katowic i to na ich prośbę kontynuował nagrywanie polityków PO i ich gości w restauracji.

Falenta ma wielkie poczucie misji, której celem było zwycięstwo PiS w wyborach i ukrócenie procederu rozkradania majątku państwowego. Nie ukrywa, że wbrew temu, co głosi opozycja „dla naszego kraju nastąpiła prawdziwa »dobra zmiana«. Jestem dumny, że mogłem przyłożyć do tego rękę. Pieniądze, które były do 2014 r. rozkradane, zostały skierowane do szerokiej rzeszy potrzebujących ludzi”. Przyznaje, że taśmy z nagraniami przekazał agentom CBA i do listu dołączył kopie tajnych meldunków, które mają potwierdzać jego prawdomówność.

Marek Falenta wysyła też prośby do prezydenta Dudy o ułaskawienie. Uważa, że należy mu się prezydenckie prawo łaski w trybie nadzwyczajnym, podobnie jak zostało ono zastosowane wobec Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Przecież, jak pisze, „W znacznej mierze przyłożyłem się do tego, że dzisiaj rządzące ugrupowanie polityczne ma możliwość funkcjonowania i wprowadzania zmian na lepsze w naszym kraju”, więc zasłużył na taką pomoc. Apeluje więc do prezydenta, by ten zażądał „materiałów od służb CBA o moich osiągnięciach i zasługach dla kraju i partii rządzącej. Tysiące osób z Pana obozu politycznego oraz większa część społeczeństwa, która popiera partię rządzącą, skorzystała na tej sprawie. Dlaczego tylko ja mam ponosić negatywne konsekwencje? Nie zgadzam się na to. Nie taka była umowa. Wszyscy oficerowie CBA, którzy byli zaangażowani w tę sprawę, zostali awansowani, a mnie skazano na więzienie. Większość ludzi w Polsce (Pana elektorat) uważa, że jestem bohaterem narodowym i zasługuję na nagrodę oraz ułaskawienie” i pozwolił mu wreszcie normalnie żyć.

Marek Falenta straszy obóz rządzący kolejnymi taśmami, na których znajdują się nagrania z Mateuszem Morawieckim i nawet Jarosławem Kaczyńskim. Chwilowo jednak politycy PiS wydają się lekceważyć problem, nazywając „rewelacje” Falenty niedorzecznymi insynuacjami i próbując przekonać go do 6-tygodniowej obserwacji psychiatrycznej. Dziwne, bo wtedy, gdy na jaw wyszły taśmy podsłuchowe, uderzające w PO, nie mieli żadnych wątpliwości co do poczytalności pana Falenty i bardzo chętnie skorzystali z przekazanych materiałów, by załatwić konkurencję w wyborach.

A dzisiaj… dzisiaj taka zmiana zdania. Jakiś niepokój zapewne został zasiany w szeregach partyjnych, jednak PiS nie musi obawiać się spadku poparcia, bo jego wyborców nie ruszy nic. Nawet gdyby podsunąć im pod nos dowody niekompetencji, manipulacji i kłamstw ukochanej partii, to i tak w nie uwierzą i nazwą je tylko aktem wrogości przeciwników prezesa.

Czy w 2014 r. mieliśmy do czynienia – jak stwierdził Bartłomiej Sienkiewicz – z „zamachem stanu przeprowadzonym w demokratycznym kraju”?

Taśmy Marka Falenty od początku ich ujawnienia, czyli od 2014 roku, miały co najmniej podwójny zapaszek i wpisują się w epikę PiS, której oblicze raczej znamy, ale treść szczegółowa jest na razie ukryta, choć się coraz bardziej ujawnia.

Więcej >>>

„Dziennik Gazeta Prawna” dotarł do map wyborczych przygotowanych przez specjalistów pracujących dla Prawa i Sprawiedliwości. Pas wzdłuż zachodniej granicy kraju i obszar centralnej Polski będą w najbliższych wyborach miejscem nasilonej kampanii partii rządzącej.

Przedstawiciele „dobrej zmiany” typują tzw. swingujące okręgi, w których mogą wygrać zbliżające się wybory do parlamentu.

Mapa wyborcza wskazuje na dwa regiony, które będą dla PiS niezwykle ważne. Pierwszy z nich to obszar wzdłuż zachodniej granicy Polski. Chodzi o Zachodniopomorskie i Lubuskie. Drugi z obszarów to teren wokół autostrady A1 obejmujący Łódzkie, Kujawsko-Pomorskie i południowo-wschodnią Wielkopolskę.

W analizie przygotowano również dane dotyczące grup społecznych, które PiS chce pozyskać i skłonić do głosowania. W opracowaniu wybrano co najmniej sześć grup. Wśród nich znajduje się młodzież popierająca ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego oraz kobiety w średnim wieku, które dotychczas głosowały głównie na Platformę Obywatelską.

Kluczem w analizie były wyniki, jakie rządząca prawica uzyskała w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Populizm nie jest już wstydliwie ukrywanym sposobem na wygranie wyborów, a przeciwnie – powodem do dumy i hasłem niesionym na sztandarach.

Słyszę wiele narzekań. Na politykę, ale też na życie, na wartości, na zmiany, na wszystko… Narzekania są zrozumiałe, bo świat faktycznie bardzo szybko się zmienia, niekoniecznie w stronę, której większość z nas pragnie… Są one jednak kompletnie nieefektywne. Niczego nie rozwiązują, zatrzymują nas w negatywnym myśleniu, uwiązują do nieciekawego miejsca, w którym jako obywatele jesteśmy i blokują pozytywne myślenie prowadzące do podjęcia skutecznych działań.

Tak, świat się zmienia i rzeczywistość, do której przywykliśmy odchodzi w dal. I podstawą do zaadaptowania się do nowego życia jest uznanie, że to nieodwołalne, a następnie zrozumienie istoty przemian tak, by móc się do nich dostosować i dobrze w nich funkcjonować, osiągając swoje cele. W wymiarze polityczno-społecznym dwie najważniejsze zmiany, które zauważam, to podejście do prywatności i wolności – dwóch (dotąd) filarów nowoczesnej demokracji.

Praktycznie przestaje istnieć prywatność rozumiana jako prawo i chęć zachowania pewnych rzeczy tylko dla siebie, która łączyła się ze strachem przed inwigilacją. Dopóki ludzi przerażało, że za pomocą pewnych informacji, prywatnych właśnie, można mieć nad nimi kontrolę, dopóty hasło, że rząd, jakaś instytucja, szeroko rozumiana władza ich inwigiluje, działało jak straszak i zniechęcało do tego rządu, instytucji, władzy. Dziś już tak nie jest. Prywatność nie jest już wartością, tylko towarem, jak każdy inny, taniochą wystawianą na giełdzie mediów społecznościowych, niewartą zbyt wysokiej ceny, sprzedawaną za grosze na instagramowej czy fejsbukowej giełdzie. Kto z kim, kiedy, dlaczego, w jaki sposób, gdzie i po co to – już ogólnodostępna wiedza, nad którą nikt się specjalnie nie roztkliwia. Z ekskluzywnej i niegdyś dostępnej tylko służbom i innym wybrańcom stała się zwyczajna – ludzie sami mówią o sobie wszystko, ba!, nawet wstawiają zdjęcia! – i pozbawiona znaczenia.

Dlatego informacja że rząd nas inwigiluje – a inwigiluje!, mało kogo dziś wzrusza (praktycznie garstkę mądrych ludzi, najczęściej profesjonalistów, którzy wciąż rozumieją, jak bezcenny, mimo swojej powszechności i dostępności wart jest towar zwany informacją). Straszenie inwigilacją nie jest już narzędziem do wygrania wyborów. Ludzie uważają, że prywatność jest ceną, którą trzeba zapłacić za dostęp do nowych technologii i chętnie się z tym godzą. Zresztą, kto chciałby prywatności w świecie, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a popularność jest bogiem?

Podobnie jest z wolnością. Jeszcze dla mojego pokolenia, dzisiejszych 40-latków, wolność była prawem do nieskrępowanego wyrażania opinii, stawianiem na indywidualność i rozwój jednostki. Młodsi od nas jednak coraz częściej rozumieją wolność jako nieskrępowany dostęp do pewnych dóbr, usług, towarów, technologii i atrybutów określonego stylu życia, podróży, sieci itp. To jest dla nich najważniejsze, a nie prawo do wyrażania opinii. Zresztą, bądźmy szczerzy, w świecie seriali, algorytmów, spadku poziomu edukacji i czytelnictwa, zsynchronizowanych i jednakowych społecznych gustów mało kto ma swoją niepowtarzalną, oryginalną, przemyślaną i odstającą od zdania ogółu opinię. Przeciwnie, wszyscy chcą mieć to samo, myśleć tak samo i być tacy sami – dlatego nikt nie będzie umierał za wolność, sądy itp. Wielu nie rozumie, po co miałoby to robić i jakie znaczenie tego typu wolność ma w ich życiu, nie czuje, żeby była im do czegokolwiek potrzebna.

Niektóre partie polityczne, jak PiS, już odrobiły tę lekcję z przemian społecznych. Inne, jeśli chcą wygrywać z populistami w czasach, kiedy populizm nie jest już wstydliwie ukrywanym sposobem na wygranie wyborów, a przeciwnie – powodem do dumy i hasłem niesionym na sztandarach – muszą się tego szybko nauczyć, inaczej wypadną z gry.

42-letnia zakonnica z Domu Pomocy Społecznej w Dobrzeniu Wielkim koło Opola przywłaszczyła 460 tys. zł z konta ośrodka. Część tej kwoty należała do pensjonariuszy, którzy powierzyli DPS swoje oszczędności

Do przywłaszczenia 460 tys. zł z konta z domu pomocy społecznej w Dobrzeniu Wielkim koło Opola doszło na początku czerwca. Jedna z zakonnic pracujących w ośrodku zgłosiła to na policję. Ze sprawą od początku łączona była 42-letnia siostra zakonna, która zniknęła w tym samym czasie, gdy z konta Domu Pomocy Społecznej zniknęły pieniądze – pisze opole.naszemiasto.pl.

Dobrzeń Wielki k. Opola. Zakonnica przywłaszczyła pieniądze i uciekła z domu pomocy społecznej

Blisko pół miliona złotych, które przywłaszczyła 42-letnia zakonnica, to środki domu pomocy społecznej, ale także pieniądze przebywających w nim osób, które powierzyły ośrodkowi swoje oszczędności.

Sprawą zajęli się policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Opolu. Mundurowi namierzyli kobietę w ciągu kilku dni. Przebywała w jednym z miast województwa dolnośląskiego. Policja ustaliła także, że zakonnica miała wspólnika. Mężczyzna został zatrzymany w Opolu.

Zakonnica przekazała pół miliona nowo poznanemu mężczyźnie. „Tak pokierował jej zachowaniem”

Zakonnica poznała 43-mężczyznę zaledwie kilka dni przed przywłaszczeniem pieniędzy. Przekazała mu 500 tys. zł – środki z konta Domu Pomocy Społecznej w Dobrzeniu Wielkim oraz swoje prywatne fundusze.

Zastępca prokuratora okręgowego w Opolu prokurator Jacek Mikłuszka skomentował sprawę, mówiąc, że mężczyzna „tak wpłynął na 42-latkę, tak pokierował jej zachowaniem, że ta dopuściła się zarzuconego jej czynu” – cytuje natemat.pl.

42-letnia zakonnica usłyszała zarzut przywłaszczenia ponad 460 tys. zł, jej 43-letni wspólnik – zarzut oszustwa wobec mienia znacznej wartości. Wobec mężczyzny zastosowano karę trzymiesięcznego aresztu, z kolei zakonnica przebywa aktualnie w areszcie domowym. Obojgu grozi kara pozbawienia wolności do 10 lat.

Kaczyńskiemu nawala zdrowie. Do końca walczy o to, aby zniszczyć Polskę

5 Maj

Wydaje się, że prezes Kaczyński uważa siebie za człowieka, którego nikt nie może zastąpić, szczególnie w czasie kampanii wyborczej.

Świadczyć o tym może lekceważenie zaleceń lekarzy i nieustanne odkładanie koniecznych zabiegów. Jednym z nich jest wszczepienie endoprotezy stawu kolanowego, któremu Jarosław Kaczyński miał poddać się jeszcze w styczniu.

Jak udało się ustalić dziennikarzom „Super Expressu” zabieg został przełożony na koniec tego roku lub początek przyszłego. „Bardzo chcemy wygrać wybory, a zabieg w połączeniu z rehabilitacją wyłączyłby Jarosława z codziennego funkcjonowania i z kampanii” – powiedział dziennikowi jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości.

Polityk zdradził przy okazji, że w ostatnich miesiącach Kaczyński zmagał się również z infekcją i gronkowcem.

Są takie momenty kiedy wszystkiego mi się odechciewa, jestem zdemotywowany i zmęczony. I wtedy wchodzi Pawłowicz, cała na, no cała po prostu. Sukces mnie kopnął normalnie. Raciczką” – napisał na swoim Twitterze Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny pisma „Liberte!”, które we współpracy z Uniwersytetem Warszawskim współorganizowało spotkanie z szefem Rady Europejskiej, po tym jak posłanka Pawłowicz nazwała go „satano-faszystą”.

Jażdżewski, przemawiający w piątek przed Donaldem Tuskiem, ostro skrytykował polski Kościół. W jego opinii „Kościół katolicki w Polsce nie ma prawa moralnego, by sprawować funkcję sumienia narodu. […] obciążony niewyjaśnionymi wciąż skandalami pedofilskimi, opętany walką o pieniądze. […] zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa i gdyby dzisiaj Chrystus był ponownie ukrzyżowany, to prawdopodobnie przez tych, którzy używają krzyża jako pałki do tego, aby zaganiać pokorne owieczki do zagrody”.

Słowa Jażdżewskiego spotkały się z ostrą krytyką prawicowych mediów i przedstawicieli Kościoła. Ks. Daniel Wachowiak napisał, że słysząc takie słowa jako chrześcijanin, wyszedłby ze spotkania.

Z kolei w opinii Piotra Semki przemówienie Jażdżewskiego było zaplanowaną strategią Donalda Tuska. „Używa Jażdżewskiego dokładnie tak samo jak kiedyś spuszczał że smyczy Palikota. Do gryzienia oponentów i mówienia rzeczy, których samemu nie chce mówić na głos” – napisał na Twitterze dziennikarz.

Jednak największy atak na naczelnego „Liberte!” spadł ze strony Krystyny Pawłowicz, która uznała, że samo przemówienie Jażdżewskiego, obecność szefa RE, jak i skład słuchaczy, to niezbity „DOWÓD na realne zagrożenie dla katolicyzmu ze strony opozycji.”

Posłanka domaga się reakcji hierarchów kościelnych: „Czy będzie reakcja ze strony polskiego Kościoła na pokaz nienawiści i pogardy dla polskich katolików na spotkaniu D.TUSKA z jego intelektualnymi elitami? Wiem, że niejaki Jażdżewski to nie partner do rozmowy, ale na wulgarny publiczny atak na katolików NIKT nie zareagował, też D.Tusk. Brońcie nas!”

Prezes PiS, kierując się cyniczną kalkulacją, wyhodował monstrum skrajnej prawicy. I stracił nad nim kontrolę.

Nacjonalistyczny marsz przeciwników UE w Warszawie 1 maja pokazał, że na prawo od PiS-u rośnie nowa siła. Nie pierwszy to taki sygnał – wyraźnie widzieliśmy to już 11 listopada zeszłego roku, kiedy PiS-owi nie udało się przejąć kontroli nad Marszem Niepodległości i w efekcie ulicami Warszawy najpierw przeszła nieduża grupka zwolenników rządu z politykami partii rządzącej na czele, a dopiero później w pewnym oddaleniu od oficjeli na ulice wylał się znacznie większy tłum skrzyknięty przez nacjonalistycznych radykałów.

Trendy ujawniające się w wystąpieniach ulicznych zaczynają już też być widoczne w sondażach – prawicowa Konfederacja od jakiegoś czasu ociera się o próg wyborczy, a ostatnio czasami go nawet przekracza. Wydaje się więc, że stało się to, czego Jarosław Kaczyński bardzo chciał uniknąć: konkurenci zaszli PiS z prawej strony. To oznacza wyrok śmierci dla Kukiza, który pozbawiony wsparcia narodowców raczej nie ma większych szans na utrzymanie się na powierzchni, ale także zagrożenie dla partii rządzącej, która chciała mieć monopol na narrację prawicowo-nacjonalistyczną.

Nacjonalistyczne mięso armatnie PiS-u

Przez lata Kaczyński dokładał starań, by nie pójść drogą węgierskiego Fideszu, który od samego początku musiał rywalizować o głosy nacjonalistycznego elektoratu ze skrajnie prawicową partią Jobbik (dopiero ostatnio Jobbik zmienił wizerunek, przesuwając się do centrum). Prezes PiS chciał, by jego partia nie miała na prawicy rywali – w tym celu wasalizował i wchłaniał potencjalnych konkurentów, oddając ich liderom (Gowinowi, Ziobrze) stanowiska w rządzie.

Natomiast narodowców, faszyzujących zadymiarzy, ONR-owców, Wszechpolaków i nacjonalistycznych kiboli zlekceważył. Uznał, że to tylko podatne na manipulację „mięso armatnie” polityki, którym można się posłużyć do swoich celów. Najwyraźniej nie sądził, że środowiska te mogą kiedykolwiek na tyle się wzmocnić, by zakwestionować jego monopol na prawicy.

Przez lata więc PiS flirtował ze skrajną prawicą, dopuszczał jej przedstawicieli do głosu, otaczał antysemitów, nacjonalistów i zwykłych faszystów dyskretną opieką, dbał, by nie spotkały ich zbyt poważne konsekwencje prawne. Śledztwa prokuratury wobec tych środowisk były umarzane lub wlokły się latami, nie mogąc dojść do końca, sprawy były cofane do uzupełnienia materiału dowodowego, a gdy już dochodziło do procesów, prokuratura występowała o złagodzenie wymiaru kary – i tak dalej. W intencji rządzących wszystko to miało być czytelnym sygnałem wypuszczonym w kierunku elektoratu skrajnej prawicy: my jesteśmy waszymi prawdziwymi przyjaciółmi, głosujcie więc na nas.

Zeszłoroczny Marsz Niepodległości był pierwszym zwiastunem kłopotów – pokazywał, że nacjonalistyczna prawica emancypuje się i zyskuje pozycję pozwalającą jej myśleć o odegraniu samodzielnej roli w polskiej polityce.

Oczywiście Kaczyński sam jest odpowiedzialny za sprokurowanie sobie – i całej Polsce – tych kłopotów. Kierując się cyniczną kalkulacją i żądzą władzy, niczym doktor Frankenstein przez lata hodował skrajnie prawicowe monstrum, sądząc, że zawsze je będzie kontrolować. Teraz potwór wyrwał się na wolność i zagraża swojemu stwórcy.

Kaczyński nie uczy się na własnych błędach

Swoją drogą, wystawia to kiepskie świadectwo Kaczyńskiemu jako politykowi zdolnemu do przewidywania konsekwencji swych działań. Zwłaszcza, że raz już miał z podobną sytuacją do czynienia – w 1990 roku podczas wyborów prezydenckich. To przecież on był wówczas inicjatorem i mózgiem kampanii Lecha Wałęsy. I to on wymyślił, by flirtować z antyestablishmentowym populizmem i antysemityzmem, rozbujać nastroje społeczne, podsycać wrogość do wielkomiejskich elit, kwestionować kształt reform rynkowych, kreować wrogość do warstw wykształconych i przedsiębiorców. To Jarosław Kaczyński, kryjąc się w cieniu Lecha Wałęsy, był motorem kampanii, w której padały słowa o wymachiwaniu siekierą i puszczaniu „wrogów ludu” w skarpetkach.

Efektem tego odwołania się do populizmu było pojawienie się Stana Tymińskiego, który w tej konkurencji okazał się zawodnikiem znacznie lepszym. Wałęsę przed klęską w drugiej turze uratowało wsparcie ze strony tych, którzy mieli być puszczani w skarpetkach – wyborcy lewicowi, centrowi i liberalni zacisnęli zęby i kierując się odpowiedzialnością za kraj zagłosowali na tego, który jeszcze wczoraj ich obrażał.

Najwyraźniej Kaczyński nie uczy się na błędach. Po prawie trzydziestu latach od tamtej kampanii zastosował tę samą metodę „kontrolowanego” rozhuśtywania nastrojów i flirtowania z nacjonalizmem. I efekty są takie same – pojawił się rywal, który w tej konkurencji jest znacznie lepszy.

Spóźniony alarm w obozie władzy

W obozie PiS-u najwyraźniej już zdają sobie sprawę, że skrajnie prawicowa Konfederacja jest w tych wyborach groźnym konkurentem – może pokonać próg, odbierając PiS-owi mandaty i przyczyniając się w ten sposób do zwycięstwa Koalicji Europejskiej. Oficjalna propaganda przestała więc nacjonalistów oszczędzać i szuka na nich wszelkich możliwych haków: „Marek Bosak, brat jednego z liderów Konfederacji Krzysztofa Bosaka, należy do kadry zarządzającej w firmie Vivus, której większościowym udziałowcem jest rosyjski oligarcha Oleg Wiktorowicz Bojko” – podaje Niezależna.pl, a w ślad za nią TVP.Info. „Kandydatka Konfederacji broniła sowieckich pomników w Polsce i odwiedziła Krym” – ujawniają te same portale. „Kandydat Konfederacji profesor Włodzimierz Osadczy był promotorem Ludmiły Kozłowskiej” – dodaje portal wpolityce.pl.

Wydaje się jednak, że już jest za późno. Doktor Frankenstein Kaczyński nie zdoła zagnać z powrotem do klatki potwora, którego wyhodował. A skoro tak, to liczyć się trzeba z dwoma rodzajami konsekwencji.

Po pierwsze, w obozie władzy nasilą się podskórne napięcia i tendencje odśrodkowe. Od dawna widać wyraźnie, że Zbigniew Ziobro z trudem pohamowuje wybujałe ambicje i podporządkowuje się liderowi. I to właśnie on odgrywa rolę głównego mecenasa i adwokata nacjonalistów. Teraz może uznać, że pojawienie się nowego ośrodka na skrajnej prawicy wzmacnia jego pozycję przetargową wewnątrz obozu władzy i pozwala mu postawić prezesowi twardsze warunki.

Po drugie zaś, środowiska opozycyjne muszą się liczyć ze zmianą narracji w obozie władzy. Pojawienie się rywala na prawo od PiS-u pozwoli tej partii zastosować ten sam zabieg socjotechniczny, którym posługiwał się na Węgrzech Orbán – puszczał oko do umiarkowanego elektoratu konserwatywnego i wskazywał na Jobbik, mówiąc: widzicie tych ekstremistów? To wielkie zagrożenie dla kraju, a ja jestem najlepszym gwarantem, że nie dojdą do władzy. Głosujcie więc na Fidesz, który w przeciwieństwie do Jobbiku jest cywilizowaną prawicą.

Prędzej czy później (raczej prędzej) PiS zastosuje ten sam chwyt propagandowy. Pytanie, czy Polacy dadzą się na to nabrać tak, jak dało się nabrać wielu Węgrów.

Oligarcha Kaczyńskiego, Wojciech Jasiński. Jak robi się majątki na państwowych posadach

31 Mar

Wojciech Jasiński, od lat wierny towarzysz Jarosława Kaczyńskiego, za rządów „dobrej zmiany”, jako prezes Orlenu i członek rady nadzorczej PKO BP zarobił w sumie ponad 5,34 mln zł. W Orlenie, licząc wszystkie dodatki, otrzymywał miesięcznie średnio ponad 191 tys. zł, w PKO BP -przeciętnie 10 tys. zł

„Jakbym chciał doposażyć rodzinę, to bym nie był parlamentarzystą, tylko bym trafił do zarządu jakiejś dużej spółki Skarbu Państwa” – zdradził niedawno z rozbrajającą szczerością wiceprezes PiS, Joachim Brudziński.

Tę drogę wybrał Wojciech Jasiński – minister skarbu za poprzednich rządów PiS (2006-07) i poseł tej partii w latach 2001-15.

W połowie grudnia 2015 roku Jasiński zrezygnował z mandatu posła i objął fotel prezesa największego polskiego koncernu – PKN Orlen. Wkrótce potem – 25 lutego 2016 roku – został także członkiem rady nadzorczej PKO BP. Obie spółki są notowane na giełdzie, ale ich głównym akcjonariuszem jest Skarb Państwa.

Orlenem Jasiński kierował do 5 lutego 2018 roku. Spółka wypłaciła mu:

  • 2015 roku, za dwa tygodnie pracy – 69 tys. zł,
  • 2016 roku 1 mln 715 tys. zł pensji,
  • 2017 roku 1 mln 226 tys. zł pensji i 1 mln 560 tys. zł premii za wcześniejszy rok
  • w 2018 roku – 83 tys. zł wynagrodzenia za pracę do 5 lutego oraz 320 tys. zł z tytułu odprawy i zakazu konkurencji.

[Kliknij na poszczególne daty, aby przejść do sprawozdań finansowych spółki za poszczególne lata.]

W sumie, pracując w Orlenie, Jasiński „doposażył swoją rodzinę” kwotą 4 mln 973 tys. zł. Przyjmując, że pracował w spółce okrągłych 26 miesięcy, średnio – łącznie z dodatkami – zarabiał ponad 191 tys. zł miesięcznie.

Za zasiadanie w radzie nadzorczej PKO BP otrzymał do dziś łącznie ponad 370 tys. zł wynagrodzenia, z tego:

  • 2016 roku (za 10 miesięcy) – 103 tys. zł,
  • w 2017 – 118 tys. zł,
  • w 2018 – 119 tys. zł
  • i za 3 pierwsze miesiące 2019 roku ponad 30 tys. zł.

Jeśli Jasiński pozostanie członkiem rady nadzorczej do końca 2019 roku, zarobi w sumie 122 tys. zł.

Łącznie w obu spółkach Jasiński zarobił więc ponad 5 mln 343 tys. zł. To, jak na polskie warunki, ogromna kwota. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że Jasiński nie był menadżerem, o którego biły się koncerny.

Przed powołaniem do władz Orlenu i PKO BP miał minimalne doświadczenie biznesowe: w latach 1997- 2000 zarządzał spółką Srebrna (sławną ostatnio za sprawą nagrań Geralda Birgfellnera), a w latach 1998-2000 był członkiem rady nadzorczej Banku Ochrony Środowiska (dzięki poparciu Kazimierza Kujdy, byłego prezesa Srebrnej, wówczas wiceszefa NFOŚiGW, który jest głównym udziałowcem BOŚ).

Wierny towarzysz Kaczyńskiego

1 kwietnia 2019 Jasiński ukończy 71 lat. Jest kolegą Jarosława Kaczyńskiego jeszcze z czasów studiów prawniczych, ale po studiach ich drogi na jakiś czas się rozeszły.

Jak ujawnili niegdyś w „Rzeczpospolitej” Andrzej Stankiewicz i Piotr Śmiłowicz, w drugiej połowie lat 70. Jasiński zapisał się do PZPR i został szefem Wydziału Spraw Wewnętrznych w płockim magistracie.

Jak wynikało z dokumentów, do których dotarli dziennikarze, był wówczas w stałym kontakcie z Wydziałem Paszportów i Dowodów Osobistych Komendy Wojewódzkiej MO w Płocku, nadzorowanym przez Służbę Bezpieczeństwa.

W ostatnich trzech dekadach, losy Jasińskiego splatały się niemal bez przerwy z życiorysami braci Kaczyńskich. Na początku lat 90. pomagał im zakładać ich pierwszą partię – Porozumienie Centrum.

W latach 1992 – 97 pracował w Najwyższej Izbie Kontroli, której od 1992 roku szefował Lech Kaczyński. Później,

od 1997 do 2000 roku, był członkiem zarządu a następnie prezesem Srebrnej – najważniejszej spółki w „mini- holdingu” stworzonym przez Jarosława Kaczyńskiego i jego najwierniejszych współpracowników.

W 2000 roku, gdy Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, Jasiński został na krótko wiceministrem w tym resorcie.

W 2001 roku współtworzył z Kaczyńskimi PiS i wszedł z listy tej partii do Sejmu. Był posłem wszystkich późniejszych kadencji. Za poprzednich rządów PiS, gdy premierami byli Kazimierz Marcinkiewicz i Jarosław Kaczyński – dwukrotnie otrzymał tekę ministra skarbu.

Jako minister umorzył długi Porozumienia Centrum.

W 2009 i 2014 roku kandydował z listy PiS do Parlamentu Europejskiego. Ale bez powodzenia. Jak się okazuje, bardziej opłaciło mu się zostać w kraju: jako europoseł zarabiałby miesięcznie „tylko” kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

>>>

Posłowie Platformy Obywatelskiej domagają się informacji od premiera nt. finansowania kampanii wyborczej, ściślej – finansowania promocji „nowej piątki Kaczyńskiego” z rządowych pieniędzy. – Okazuje się, że samochody, które powinny być w dyspozycji służb państwowych, które powinny służyć do realizacji ich zadań, jak chociażby samochody Inspekcji Transportu Drogowego, wykorzystywane są do promocji partyjnego programu PiS – mówił na konferencji przed PKW Arkadiusz Myrcha.

Posłowie opozycji wezwali premiera Mateusza Morawieckiego, aby ten udzielił informacji, ile ze środków, którymi dysponuje jego kancelaria, zostało wykorzystanych na promocję tzw. nowej piątki PiS.

– Piątka Kaczyńskiego jest fundamentem kampanii tej partii. Okazuje się, że samochody, które powinny być w dyspozycji służb państwowych, które powinny służyć do realizacji ich zadań, jak chociażby samochody Inspekcji Transportu Drogowego, wykorzystywane są do promocji partyjnego programu Prawa i Sprawiedliwości. Są na to dziesiątki dowodów – mówił przed Państwową Komisja Wyborczą Arkadiusz Myrcha.

Zdaniem posłów opozycji ta sytuacja budzi poważne zastrzeżenia, jeśli chodzi o finansowanie kampanii partyjnej ze środków publicznych, co jest niedozwolone.

O tym, że samochody ITD w Gdańsku są używane do promocji programu partyjnego, informował tydzień temu Onet. Wojewoda pomorski Dariusz Drelich wycofał samochody z akcji i w wydanym specjalnie oświadczeniu przeprosił wszystkich, którzy mogli się „poczuć urażeni”.

Billboardy za 800 milionów

Okazuje się, że państwowe samochody to nie jedyny sposób na darmową partyjną promocję. Posłowie Platformy twierdzą, że zamieszczone 22 marca w biuletynie KPRM ogłoszenie na zakup powierzchni reklamowej w dwóch dziennikach ogólnopolskich w celu promocji nowego programu rządu ma być także promocją partyjnego programu PiS.

– Jak spojrzymy w prace legislacyjne samej Rady Ministrów, w przyjmowane tam projekty ustaw, nie ma wśród tych dokumentów programu, który odpowiadałby treści zamówienia. Powstaje bardzo poważna wątpliwość, czy to ogłoszenie, które miałoby być umieszczone w ogólnokrajowych dziennikach za blisko 800 tys. zł, nie będzie służyło programowi partyjnemu, a nie będzie związane z działaniami Rady Ministrów – twierdzi Myrcha.

Poseł wzywał premiera Morawieckiego do udzielenia pełnej informacji, jakie dotychczas środki w dyspozycji KPRM i szeroko pojętych pieniędzy rządowych zostały wykorzystane na promocję tzw. piątki Kaczyńskiego.

Drogie państwo PiS

Ustawa o partiach politycznych, jak i Kodeks wyborczy nie dopuszczają możliwości, by za pieniądze rządowe finansować promocję programu politycznego w okresie kampanii wyborczej. Kampania może być finansowana ze środków partyjnych.

– PiS za pieniądze podatników finansuje przedsięwzięcia, które mają obecnie status wyłącznie elementu programu partii w ramach kampanii wyborczej – ocenił Jan Grabiec z PO. – PiS nie potrafi znaleźć środków na podwyżki dla nauczycieli, ale potrafi znaleźć na promocję programu partyjnego z pieniędzy państwa – mówił.

Posłowie złożyli do Państwowej Komisji Wyborczej wniosek o zbadanie sprawy finansowania kampanii wyborczej z publicznych pieniędzy.

>>>

>>>

Rydzyk, Lech Kaczyński i Morawiecki – trzech małych ludzi

26 Mar

Tym razem Fundacja Lux Veritatis ubiega się o dofinansowanie dla Parku Pamięci, który ma upamiętnić bohaterstwo Polaków ratujących Żydów. Nawet już udało się jej przejść weryfikację formalną.

Przypomnijmy, że od dojścia do władzy PiS, Fundacji ojca Rydzyka przyznano już grubo ponad 100 mln zł. Imperium Rydzyka z roku na rok rośnie w siłę, a państwowe fundusze leją się do niego strumieniami.

Jednak tym razem jest pewna zmiana. Do tej pory opinia publiczna dowiadywała się o dotacjach państwowych po fakcie. Teraz jest inaczej, bo „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że fundacja o wsparcie dopiero się ubiega.

Rok temu, podczas urodzin Radia Maryja, ojciec Rydzyk powiedział o tym projekcie: – „Będzie to piękne. Tam będą nazwiska tych, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Mamy około 40 tys. takich nazwisk. Instytut pracuje cały czas. Kilkanaście osób bada te wszystkie sprawy. Trzeba to robić, czy nie? Przecież Polacy to nie są antysemici, prawda? Tak nam chcą wmówić”.

Na stronie Lux Veritatis można znaleźć zapowiedź powstania parku: „Park Pamięci Narodowej będzie stanowił nie tylko hołd dla Polaków ratujących Żydów podczas II wojny światowej, ale posłuży również jako miejsce spotkań służące refleksji i szukaniu przesłania z trudnego doświadczenia, jakim była wojna i Holocaust”.

Według informacji udostępnionych przez fundację, partnerem przy tworzeniu parku są dwie spółki powiązane ze Skarbem Państwa. To Jastrzębskie Zakłady Remontowe oraz Jastrzębska Spółka Węglowa, której większość udziałów należy do państwa.

Tymczasem polsko-amerykański historyk Jan Tomasz Gross otwarcie posądza ojca Rydzyka o antysemityzm. Również portal Onet przypomina, że przez wiele lat na antenie Radia Maryja w całkiem otwarty sposób uciekano się do antysemityzmu. Czy więc redemptorysta jest właściwą osobą do upamiętniania Żydów?

A może ojciec Rydzyk się zmienił… Na to podobno nigdy nie jest za późno.

Choć Pierwsze Przykazanie Boskie mówi wyraźnie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, PiSowska posłanka Bernadetta Krynicka, z obcą swej partii wyrozumiałością komentuje „przypadek” człowieka, modlącego się do pomnika Lecha Kaczyńskiego w Warszawie. Obrazek wzbudził kpiarskie komentarze internautów.

„Nooo… ja bym tego nie lekceważył.. bo pomyślmy: modlący ogłosi, że doznał od LK łaski i np. znikły mu pryszcze. Znajomy biskup przeprowadzi/załatwi proces przed sądem kościelnym i mamy świętego lechakaczyńskiego… brrr, głupi żart..”- skomentował zdarzenie czytelnik pod tekstem portalu naTemat.

„Strasznie to słabe i obce naszej polskiej kulturze szydzić z modlącego się człowieka” – napisała natomiast na Twitterze Krynicka, nie zwracając uwagi na argumentacje użytkowników portalu, że to nie pomnik jakiegoś świętego, a postać byłego prezydenta.

„Modlitwa do pomnika Lecha Kaczyńskiego to profanacja” – zauważył publicysta Waldemar Kuczyński, były minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

„Na jakiej zasadzie pani przesądza, że może rozstrzygać co jest, a co nie jest obce polskiej kulturze? Że należy do PiS, do wybranej części narodu, a co ze zdaniem reszty? Resztę, jak napisał wasz poeta Rymkiewicz „pies może j…ć”?- napisał Kuczyński.

Nie mając najwyraźniej zbyt wiele do powiedzenia Krynicka odpaliła: „Rozumiem, że pańskim zdaniem szydzić z drugiego człowieka leży w polskiej naturze.. Nie wiem, gdzie się pan wychowywał. Mnie w domu rodzinnym, w szkole, w kościele wpajano szacunek do drugiego człowieka. Ale pan ma najwyraźniej inne doświadczenia” – podsumowała PiSowska funkcjonariuszka, jak pamiętamy jedna z największych przeciwniczek strajku opiekunów osób niepełnosprawnych w Sejmie.

I na tym się nie skończyło, bo Kuczyński nie pozostał dłużny: „Nie ma we wpisie szyderstwa, tylko stosunek do tego co robi ten człowiek. A dodam, że gdyby pani wpojono szacunek do innego człowieka, to nie byłaby pani w PiS, który z nienawiści do co najmniej połowy Polaków i wykluczania ich z polskości zrobił swą moralność i ewangelię” – napisał.

Kaczyński nie jest już zauroczony Morawieckim. „Czar prysł”

Czarne chmury zbierają się nad premierem Mateuszem Morawieckim. Zarówno na Nowogrodzkiej, jak i w rządzie rośnie irytacja sposobem rządzenia przez prezesa Rady Ministrów. – Czas zauroczenia Kaczyńskiego Morawieckim się kończy… – mówią nasi informatorzy.

Marzec 2019. Biuro prezesa PiS w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej. Na jednej z narad Jarosław Kaczyński krytykuje otwarcie premiera Mateusza Morawieckiego. Pada nazwisko Tomasza Filla. To zaufany człowiek szefa rządu, który jest z nim od początku kariery politycznej. W KPRM pracował z Morawieckim kilka miesięcy, zajmował się public relations i komunikacją społeczną. Później przeszedł do Polskiego Funduszu Rozwoju.

Jego pojawienie się w Kancelarii Premiera, dla wielu polityków PiS, było nie do zaakceptowania. Powód? Fill zajmował kierownicze stanowiska w spółkach skarbu państwa za rządów PO-PSL. Kaczyński wbija szpilkę Morawieckiemu. – Takie osoby, jak ten pan, czekają tylko na zmianę władzy – irytuje się Kaczyński. Premier jest skonsternowany. Do tej pory bowiem mógł liczyć na specjalne względy u prezesa, ale – jak twierdzą nasi rozmówcy – czar prysł.

Komunikacja przez e-mail

Irytacji mają nie ukrywać również niektórzy ministrowie, którzy coraz częściej skarżą się na sposób komunikacji w rządzie. – W otoczeniu premiera funkcjonuje tzw. grupa 30-latków, to jego najbliżsi współpracownicy. Większość nie ma większego doświadczenia w pracy w administracji rządowej, spora grupa ukończyła jedynie politologię. Mają wysyłać do ministrów polecenia drogą e-mailową. Do obiegu weszło już powiedzenie „premier z Gmaila” – mówi nam nasz informator z otoczenia kierownictwa Zjednoczonej Prawicy w rozmowie z Wirtualną Polską.

Wysyłanie poleceń, zadań i dyspozycji e-mailem – Morawiecki wyniósł jeszcze z pracy w banku WBK. Jako prezes najczęściej komunikował się z pracownikami właśnie drogą elektroniczną. Podobną praktykę wobec swoich podwładnych stosował w resorcie finansów, w okresie kiedy pełnił funkcję ministra.

Według naszych rozmówców, „grupa 30-latków” w ostatnim czasie ma coraz większy wpływ na to co się dzieje w rządzie. Dla czołowych polityków Zjednoczonej Prawicy jest to nie do zaakceptowania.

Grudzień 2018. Morawiecki domaga się odwołania ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego. Nie podoba mu się nadzór nad polityką lekową oraz budżetem NFZ. W obronie Szumowskiego staje wicepremier, minister nauki Jarosław Gowin. Szumowskiemu udaje się obronić stanowisko. Ale relacje z premierem Morawieckim ulegają ochłodzeniu.

W resorcie zdrowia, szef rządu ma swojego człowieka. To kolejny „30-latek”, wiceminister Janusz Cieszyński. W przeszłości doradca Morawieckiego w resortach rozwoju i finansów. Prywatnie syn Przemysława Cieszyńskiego, dobrego znajomego premiera z okresu Solidarności Walczącej, a obecnie członka zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

– Premier nie słucha Szumowskiego, tylko 31-letniego Cieszyńskiego, który odpowiada m.in. za e-recepty. Polega na jego opinii. To on wszystkim zarządza i to on podejmuje kluczowe decyzje w resorcie zdrowia – ujawnia nam nasz informator.

Taktyczny sojusz z Szydło

Jak ujawniła Wirtualna Polska, premier w ostatnim czasie – widząc jakie ma notowania w PiS – zaczął tworzyć taktyczne sojusze. Także takie, które jeszcze do niedawna byłyby nie do pomyślenia. Jednym z nich jest współpraca z byłą szefową rządu Beata Szydło. Według naszych informacji, obecna wicepremier będzie mogła liczyć na mocne wsparcie w kampanii ze strony Morawieckiego.

Zdaniem naszych informatorów zbliżonych do KPRM, premier polecił swoim współpracownikom, by zamieszczać w mediach społecznościowych wspólne zdjęcia z szefową Komitetu Społecznego.

Te same źródła twierdzą, że do największego zgrzytu między premierem a prezesem PiS doszło na sobotniej konwencji PiS we Wrocławiu. Morawiecki miał na niej wystąpić, miał przygotowane przemówienie. Nie wystąpił. A decyzję w tej sprawie mógł podjąć tylko jeden polityk.

Obietnice socjalne nic nie zmienią

Z Mirosławą Marody rozmawia Jakub Bodziony

„PiS uwierzyło, że jak się ludziom zapłaci, to oni uznają ich za dobrych wujków, na których warto zagłosować. Pieniądze, które się dostaje, są traktowane jako należne i żadnej łaski ze strony rządu tutaj nie ma. Ta licytacja socjalna ma swój kres, a coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że te pieniądze pochodzą z ich podatków”, mówi profesor socjologii z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jakub Bodziony: Czy Koalicja Europejska to był dobry pomysł?

Mirosława Marody: Wyborcom łatwiej jest się zorientować na scenie politycznej, kiedy mają do wyboru dwie partie. Dla polityków ten podział też jest bardzo wygodny, bo wymusza zadeklarowanie się po jednej z dwóch stron.

Ale to nie są dwa spójne bloki. KE zrzesza ugrupowania o bardzo różnych poglądach. Władysław Kosiniak-Kamysz powiedział nawet, że rządy PO–PSL-u światopoglądowo nie różnią się od PiS-u, a komentatorzy pytali, co łączy Barbarę Nowacką lub SLD z Romanem Giertychem.

A co łączy Stanisława Piotrowicza z Krystyną Pawłowicz, oprócz tego, że są prawnikami? Z punktu widzenia odbiorcy jest to obojętne. Dla Koalicji Europejskiej podstawową sprawą i jedynym programem jest „nie bycie PiS-em”.

I to wystarczy?

Zobaczymy w maju. Proszę nie zapominać o tym, że na decyzję o głosowaniu mają wpływ czynniki, które w ogóle nie są uwzględniane przez polityków, a mają ogromne znaczenie.

Na przykład?

To, jaka jest pogoda, ile muszę iść do punktu wyborczego, czy mi się w ogóle chce dzisiaj wyjść z domu… I chociaż podział polityczny jest bardzo głęboki, to w życiu codziennym statystyczna większość społeczeństwa stara się go nie dostrzegać. W codziennych rozmowach jest to problem z kategorii wstydliwych. W przeprowadzonych przez nas ostatnio grupowych wywiadach, to rozróżnienie prawie w ogóle nie występowało.

Na czym polegały te badania?

Dobieraliśmy osobno zwolenników PiS-u i PO i zadawaliśmy im o to pytania. Co ciekawe, czytając później odpowiedzi, nie byłam w stanie rozpoznać, z którą grupą mam do czynienia, bo problemy, które się pojawiały, były podobne. A w dodatku nie były to kwestie związane z tym, czym na co dzień żyją politycy i media.

Czyli ten podział na Polskę PiS-u i anty-PiS-u to mit?

Jest to kategoryzacja, w którą ludzie próbują się wpasować, ale ona jest stworzona przez polityków. Jeżeli poproszę pana o dołączenie do grupy A lub B, to z większą lub mniejszą chęcią którąś pan będzie musiał wybrać. I jak pan już wybierze, to zacznie pan przejmować treści charakterystyczne dla danej kategorii.

Ale wyborca nie jest ograniczony do wyboru dwóch partii. Robert Biedroń odrzuca podział na dwa bloki, twierdząc, że wyborcy są tym zmęczeni.

Bo są, a nowość ma w sobie obietnicę zmiany. Ludzie od początku transformacji liczą, że coś się zmieni.

I ta sama potrzeba zmiany, która teraz napędza Wiosnę, wcześniej była w projektach politycznych Samoobrony, Kukiza czy Nowoczesnej?

Jestem przekonana, że poparcie dla tych ruchów było generowane przez narastający gniew na rzeczywistość. Bo ludzie nie przejmują się konfliktem pomiędzy Grzegorzem Schetyną a Jarosławem Kaczyńskim.

A czym?

Tym, że służba zdrowia działa fatalnie i tracą masę czasu na stanie w kolejkach, po to żeby uzyskać termin wizyty za pół roku. Tym, że nie wiedzą, co doradzić swoim dzieciom, jeśli chodzi o wykształcenie, które do niedawna było uważane za najważniejszy zasób. Ludzie mówili o tym, że czują się bezradni, bo przez całe życie inwestowali w edukację swoich dzieci, a teraz one im mówią, że chyba wyjadą za granicę, bo tutaj nie da się żyć.

Nikt nie będzie protestował, jak dostanie dodatkową gotówkę. Ale to i tak nie zmieni tego, że kolejki do prywatnego i publicznego lekarza stają się porównywalnie długie. Te pieniądze nie załatwiają podstawowego problemu, jakim jest narastająca uciążliwość życia codziennego.

Mirosława Marody

Przejmują się tym, że pewne grupy zawodowe znakomicie sobie radzą, a inne są na skraju nędzy. Chyba najlepiej to oddaje mail od moich doktorantów, którzy pojechali na rok do Nowej Zelandii. Napisali, że na razie nie wracają.

Dlaczego?

Bo ludzie są tam mili, życie płynie wolniej i dobrze się z tym czują. Te same powody przewijają się również w badaniach emigrantów zarobkowych w Unii Europejskiej. Mniejsze napięcie, wyższy poziom usług, ale przede wszystkim – lepsza jakość relacji na linii państwo–obywatel. Nikt mnie nie usiłuje przekupywać, a w dodatku, jak przychodzę do lekarza, to on wychodzi z gabinetu i podaje rękę, a nie mówi: „Niech siada!”.

Proszę zobaczyć, że u nas nawet nauczyciele, którzy nie są zbyt aktywną politycznie grupą, z powodów materialnych i godnościowych decydują się na strajk, który może zagrozić egzaminom uczniów. To są codzienne problemy jednostki, których ona sama nie może rozwiązać i których rozwiązania oczekuje od państwa.

Ten gniew na rzeczywistość zadziała na korzyść rządu czy opozycji?

Może zadziałać na zasadzie „spróbujmy czegoś innego”. Skoro PiS ewidentnie traci grunt pod nogami i nie spełniło obietnic

Jak to? Przecież to właśnie tym szczyci się rząd. Wyborczym hasłem podczas kampanii samorządowej było „Dotrzymujemy słowa”, a sztandarowy program 500+ został wprowadzony i ma zostać rozszerzony. Dodatkowo PiS zapowiada ulgi podatkowe dla młodych i jednorazową „trzynastkę” dla emerytów.

Ale tu nie chodzi tylko o pieniądze. PiS uwierzyło, że jak się ludziom zapłaci, to oni uznają ich za dobrych wujków, na których warto zagłosować.

A tak nie jest?

Nie. Pieniądze, które się dostaje, są traktowane jako należne i żadnej łaski ze strony rządu tutaj nie ma.

Wiele osób to właśnie bezpośrednie transfery gotówkowe do obywateli uważa za przyczynę wysokiego poparcia dla PiS-u. Wszyscy mówili, że się nie da, że budżet nie wytrzyma. A politycy PiS-u przyszli i dali.

Ale ta licytacja socjalna ma swój kres, a coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że te pieniądze pochodzą z ich podatków.

Według ostatniego sondażu tak twierdzi niespełna 40 procent.

To jest bardzo przyzwoity wynik, biorąc pod uwagę, że ponad 90 procent Polaków nie przekracza najniższego progu podatkowego i rzadko musi dopłacać do tego, co im potrącono z pensji. Oczywiście, nikt nie będzie protestował, jak dostanie dodatkową gotówkę. Niby dlaczego ma nie wziąć, skoro dają? Ale to i tak nie zmieni tego, że kolejki do prywatnego i publicznego lekarza stają się porównywalnie długie. Te pieniądze nie załatwiają podstawowego problemu, jakim jest narastająca uciążliwość życia codziennego.

Jakie są źródła tej „uciążliwości”?

Jesteśmy społeczeństwem, które dokonało potwornego wysiłku, żeby wpasować się w ramy rynku i demokracji. Przez pierwsze cztery lata transformacji ludzie po prostu ufali reformatorom i czekali, aż wszystko się zmieni, a oni znajdą się w rzeczywistości Zachodu. Byli w stanie znieść zamykane zakłady, ogromne bezrobocie, bo „jeszcze chwila i reforma Balcerowicza zaskoczy”.

Potem doszło do nich, że jeśli oni sami nie będą w tej rzeczywistości walczyć, to ona odrzuci ich na margines. Tak zaczęło się gorączkowe poszukiwanie własnego miejsca, pozycji, tego skąd i jak wziąć pieniądze. W tej transformującej się rzeczywistości, która nijak miała się do podręcznikowego, zachodniego kapitalizmu, ludzie zaczęli dostrzegać, że niektóre jednostki z nieznanych przyczyn zarabiają olbrzymie pieniądze. Nie dlatego, że ciężej pracują, tylko mają pewną wiedzę o rzeczywistości, której reszta nie posiada.

Ale po pewnym czasie system okrzepł.

Tak – i ludzie łyknęli liberalistyczną ideologię, wedle której pozycja jednostki zależy od tego, ile wysiłku wkłada w pracę. To widać w badaniach wartości Polaków, które powtarzamy co 10 lat. Od 1990 roku blisko 60 procent badanych uważa, że konkurencja jest dobra, a dochody powinny być bardziej zróżnicowane. Ponad 40 procent uważa, że bezrobotni powinni bezwarunkowo brać każdą pracę, jaką im się oferuje.

I jak to ma się do programu 500+?

W tych dwunastu grupach fokusowych ludzie narzekali na politykę 500+.

Nie rozumiem. Przeszkadza im program, którego są beneficjantami?

Sama byłam w szoku, gdy okazało się, że to świadczenie stało się nagle powodem wzajemnej niechęci. Ale tu chodzi o to, że ono unieważnia ich wysiłek. Teraz wystarczy mieć kolejne dziecko, żeby na stałe dostać dodatkowe pieniądze. A to, co robią na co dzień, przestaje się liczyć. Słynna wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o tym, że nauczycieli domagających się podwyżek nie obowiązuje celibat i mogą mieć dzieci, jest emblematycznym skrótem tego, co politycy myślą o naszym społeczeństwie.

To znaczy?

Chcesz mieć większy dochód, zrób sobie dziecko. Przecież to jest kuriozalne! Ludzie przez tyle lat usiłowali się odnaleźć w nowej rzeczywistości i ciężko zasuwali, a tu ktoś im mówi, że to nieważne, a kolega, który nic nie robił, przeskakuje do wyższej kategorii dochodowej dzięki spłodzeniu kolejnego syna.

W najbiedniejszych grupach te pieniądze stanowią istotną różnice w budżecie.

Oczywiście, ale jednocześnie wyzwala to niechęć klasy, którą umownie nazwijmy średnią. To świadczenie znosi różnice między ludźmi, te różnice, które stanowią odzwierciedlenie ich ciężkiej pracy.

A nie wyrównuje szanse?

W jaki sposób?

Rodziny stać na większe zakupy, nowe buty czy dodatkowe zajęcia dla dziecka.

Jeżeli już to wyrównuje szanse dla tych dzieci, a nie dla rodziców. Zresztą, z tym wyrównywaniem różnic, to też nie do końca. Co z tego, że może pan zabrać dziecko nad morze, skoro wciąż nie może ono dojechać do szkoły, bo nie ma autobusu? Za 500 złotych nie da się tego zmienić. Jeżeli chce się pan prywatnie leczyć, to ta kwota jest żartem.

Czy pani stara mi się powiedzieć, że największy sukces PiS-u, który do programu wpisała niemal każda partia, nie ma politycznego znaczenia?

W pewnym sensie 500+ jest politycznie przeciwskuteczne, gdyż zwiększa napięcie pomiędzy indywidualnym wysiłkiem jednostki a pozycją, jaką może ona osiągnąć w społeczeństwie. W dodatku wyłącza u polityków realistyczne myślenie.

Pan jest za młody, żeby pamiętać pochody pierwszomajowe, ale proszę sobie wyobrazić sytuację z lat 80. Ludzie mają już komuny po dziurki w nosie, ale wiadomo, że w ten dzień w różnych punktach miastach pojawiają się samochody z rzadkimi dobrami, których nie ma w sklepach. W efekcie mamy piękne wiosenne święto, z tłumem ludzi, który radośnie chodzi po mieście. Zabiegi socjotechniczne działają i ludzie będą bardzo zadowoleni z dodatkowych korzyści, ale to nie zmienia ich stosunku do tego, kto wystawia te samochody.

Słynna wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o tym, że nauczycieli domagających się podwyżek nie obowiązuje celibat i mogą mieć dzieci, jest emblematycznym skrótem tego, co politycy myślą o naszym społeczeństwie. Chcesz mieć większy dochód, zrób sobie dziecko.

Mirosława Marody

Ale przecież korzystanie z programu 500+ nie ogranicza mnie w żaden sposób. Mogę się sam rozwijać, a do tego państwo pomaga mi w wychowaniu dzieci.

To brzmi jak jedna z tych pięknych idei socjalistycznych, które zostały pogrzebane przez próby wcielenia ich w życie. Bo do ich realizacji potrzeba jeszcze sprawnych instytucji, a nie państwa jako bankomatu. Zresztą skala tych wypłat rodzi poważne zagrożenia. Oczywiście, na razie mamy na to pokrycie, jednak koniunktura gospodarcza lepsza nie będzie. Grupa, którą na potrzeby rozmowy określiliśmy jako „klasa średnia”, o tym wie.

I wie o tym, że nie jesteśmy tak bogaci, jak to sugerują obietnice socjalne rządu?

Tak. Rośnie świadomość tego, że jest to czysto wyborczy zabieg, zwłaszcza że dla różnych protestujących grup pieniędzy nie ma i nie było. A poza tym te 500 złotych i tak nie rozwiązuje innych problemów, na przykład tego, że szef traktuje mnie jak śmiecia. PiS dało plamę, bo nic nie zmieniło w rzeczywistości społecznej, a przynajmniej w tych jej fragmentach, które są ważne dla zwykłych ludzi. Pamięta pan główne hasło Kaczyńskiego z 2015 roku?

Zapowiedź dobrej zmiany?

„Wystarczy nie kraść”. To niech się pan rozejrzy, co tydzień mamy nową aferę. Nie udało się zmienić nic.

Rząd skarży się na opór kast, grup interesów czy czynników zewnętrznych.

Nawet gdyby to była prawda, to ludzi niespecjalnie obchodzą obiektywne przyczyny. To znaczy, że naczelnik państwa jest nieudolny.

Skoro nic się zmieniło, to skąd wciąż stabilne i wysokie poparcie dla PiS-u?

Poparcie dla prezydenta Komorowskiego tuż przed wyborami prezydenckimi było porównywalne. Losy PiS-u zależą od tego, czy ludzie uwierzą w hasło spełnionych obietnic, co jest bardzo indywidualną sprawą. Z naszych badań ten twardy elektorat rządu pozostaje w granicach 20–30 proc. Element godnościowy, który PiS bardzo dobrze zagospodarowało w 2015 roku, się wyczerpuje.

Wyborcy się nasycili czy wręcz przeciwnie – czują się odrzuceni, bo ich oczekiwania nie zostały spełnione?

Powiedziałabym raczej, że im obiecywano, że wszystko się zmieni, a skończyło się na 500 złotych. To oczywiście miły dodatek, ale nie załatwia głównego problemu, jakim jest deficyt szacunku społecznego.

Ale jeżeli wcześniej nie było mnie stać na to, żeby pojechać na wakacje z rodziną, a dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu mam na to pieniądze, to zaspokaja po części potrzebę szacunku, o której pani mówi.

Tak, na dwa tygodnie wyjęte z codziennej rzeczywistości. Obietnice socjalne nie zmienią już dynamiki wyborczej, ten roztwór jest nasycony. Sprowadzenie człowieka wyłącznie do potrzeb materialnych, z etycznego punktu widzenia, jest niemoralne, ale przede wszystkim jest nieprawdziwe.

W pewnym sensie 500+ jest politycznie przeciwskuteczne, gdyż zwiększa napięcie pomiędzy indywidualnym wysiłkiem jednostki a pozycją, jaką może ona osiągnąć w społeczeństwie. W dodatku wyłącza u polityków realistyczne myślenie.

Mirosława Marody

Czy jakieś ugrupowanie polityczne odpowiada na te szersze potrzeby?

Nie, może z pewnymi wyjątkami w postaci postulatów Wiosny. Ale żaden z polityków nie ma pomysłu na to, w jaki sposób przełożyć pragnienia ludzi na struktury społeczne oraz instytucje. Dlatego też, co wynika z analiz profesora Radosława Markowskiego, polski wyborca zmienia partie jak skarpetki.

I na poziom tej lojalności nie wpłynęło 500+?

W żadnym wypadku. Fundamentem lojalności nie są pieniądze.

A mówi się, że każdy ma swoją cenę…

To powiedzenie dotyczy jednostek. Ale nie można całego społeczeństwa zapisać do rad nadzorczych w spółkach skarbu państwa. Zawsze dla kogoś zabraknie miejsca.

Ale to nie jest tak, że tylko PiS nie potrafi zmienić rzeczywistości społecznej. Żadna partia nie miała do tej pory takiej władzy.

I żadna tak jej nie roztrwoniła. Problem polega na tym, że politycy tej partii odrzucają podstawowy element współczesnej wiedzy o społeczeństwie – mamy do czynienia ze zbyt złożonym systemem, żeby można było na niego oddziaływać wyłącznie przy pomocy prostych decyzji, kogo kupić, a kogo stłamsić. Politycznie trzeba budować demokratyczne instytucje i podtrzymać te, które już funkcjonują.

To dlaczego wszystkie partie prześcigają się w obietnicach socjalnych?

Zafiksowano się na tej olśniewającej strategii PiS-u do tego stopnia, że nikt nie ma czasu, żeby pomyśleć, jakimi innymi kategoriami można byłoby mówić do ludzi. Tu nie chodzi o kwestie utrzymania czy zniesienia 500+, a o wytworzenie nowego języka.

Obietnice socjalne nie zmienią już dynamiki wyborczej, ten roztwór jest nasycony. Sprowadzenie człowieka wyłącznie do potrzeb materialnych, z etycznego punktu widzenia, jest niemoralne, ale przede wszystkim jest nieprawdziwe.

Mirosława Marody

To akurat obiecuje Biedroń.

Bo on, zanim ogłosił program, to jeździł po Polsce i teraz próbuje grać tym dyskursem. Tylko, że to wszystko jest jeszcze bardzo świeże, a pięć stów to jest konkret i w dodatku prosty do spełnienia. Bo jak w konkret ubrać obietnicę, że wszystkim nam będzie się żyło trochę lżej? Należałoby szukać czegoś, co łączy politykę z tymi ogromnymi staraniami ludzi, które trwają już 30 lat.

Ale to brzmi jak banał polityczny, kolejny okrągły frazes. Korektą transformacji według PiS-u miały być właśnie transfery socjalne. Nie obietnice poprawy sytuacji w ciągu kilku lat, ale natychmiastowa gratyfikacja.

500+ to są grosze przy tym, że asystentka prezesa NBP zarabia 50 tysięcy złotych miesięcznie. I ludziom nawet nie chodzi o to, żeby zarabiać te pieniądze. Chodzi im o to, żeby te wypłaty, zarówno pieniędzy, jak i społecznego szacunku, odzwierciedlały zasługi. A co myślą ludzie o asystentce dyrektora, która tyle zarabia?

Dopóki rzeczywistość będzie dostarczała nam informacji, że nie trzeba być uczciwym, że nie warto ciężko pracować, że wystarczy znać odpowiednich ludzi i robić to, co nam każą, nawet kosztem szacunku do samego siebie, gniew będzie narastał. I będzie pojawiać się myśl, że może jak zagłosuję na tę drugą partię albo na zupełnie nową, to oni coś zmienią. Trudno jest też wytępić w ludziach podstawowe poczucie przyzwoitości i tego, że rzeczywistość nie powinna tak wyglądać. Zwłaszcza że obecny rząd szedł po władzę pod sztandarem moralnej odnowy.

>>>

Zwycięży Polska Adamowicza, albo Kaczyńskiego, który zabija nie tylko słowem. Zamach na Adamowicza 18

20 Sty

Dzisiejsze słońce niesie nadzieję, nie smućmy sie, uśmiechnijmy się do siebie” – tymi słowami zwróciła się w niedzielę do gdańszczanek i gdańszczan p.o. prezydenta Gdańska Aleksandra Dulkiewicz. W sobotę zakończyły się uroczystości pogrzebowe prezydenta Pawła Adamowicza.

Pełniąca obowiązki prezydenta Gdańska Aleksandra Dulkiewicz w niedzielnym wpisie na Facebooku zwróciła się do mieszkańców miasta. Przypomniała słowa, które wypowiedziała dzień wcześniej podczas uroczystości pogrzebowych prezydenta Pawła Adamowicza.

– Róbmy wszystko, żeby być taką wspólnotą, o jakiej marzył nasz prezydent. Bądźmy otwarci, gościnni, szanujmy tych, którzy myślą inaczej, przekonujmy się siłą argumentów, a nie argumentami siły, bądźmy solidarni na co dzień, nie tylko od święta. Żyjmy lepiej ze sobą i dla siebie – mówiła w sobotę Dulkiewicz.

Dzisiejsze słońce niesie nadzieję, nie smućmy się, uśmiechnijmy się do siebie! Wierzę, że dobry Pan Bóg, a obok niego w pobliżu nasz prezydent Paweł Adamowicz też się uśmiechają…  Kochane gdańszczanki i gdańszczanie, dziękuję Wam za godną postawę, wzajemną życzliwość i uśmiech przez ten ostatni tydzień!

– napisała w niedzielę p.o. prezydenta Gdańska.

Macierewicz, mistrz konfabulacji. Po 1989 roku nie było od niego lepszych

23 Gru

Stanisław Walczak i internauci odnieśli się do informacji na temat planowanego przesłuchania przez prokuraturę tłumaczki Magdaleny Fitas-Dukaczewskiej.

Więcej >>>

Manipulacje Morawieckiego. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (5). Polowanie na Tuska (8)

22 Gru

Rząd Mateusza Morawieckiego chwali się ponownie hurraoptymistycznymi danymi budżetowymi, które idą na historyczny rekord. 11 mld zł nadwyżki po listopadzie to wynik wręcz fenomenalny, stąd rządzący wypinają pierś do orderów. Jednak eksperci z Forum Obywatelskiego Rozwoju postanowili wziąć pod lupę, co kryje się za pięknymi sloganami i tak chętnie używanymi liczbami. W wyniku ich analizy okazało się, że sytuacja nie jest wcale tak optymistyczna jak chcieli wmówić Polakom rządzący. Przekaz o olbrzymiej nadwyżce jest bowiem podszyty księgową manipulacją.

Listopadowa nadwyżka jest bowiem efektem strategii wydatkowej opartej na jak najniższym wykonywaniu budżetu w biegu roku. Założeniem jest to, aby kumulować wydatki na sam koniec roku, czego efektem jest olbrzymia luka po stronie wydatków państwa w poprzednich miesiącach. To właśnie generuje medialną nadwyżkę, która jednak następnie magicznie znika w grudniu, kiedy państwo prowadzi masową akcję pożyczkową na dławione wcześniej potrzeby. Tak było w zeszłym roku, kiedy także przez większość roku grano kartą nadwyżki, a w grudniu pożyczono tyle, że powstał deficyt w wysokości 25,4 mld zł. W tym roku nie powinno być inaczej. Jeszcze w 2015 roku na początku listopada wykonanie budżetu wynosiło 81,2%, podczas gdy w zeszłym i bieżącym roku oscyluje ono wokół zaledwie 76%. W zeszłym roku wykonanie za sam listopad było na poziomie 8,6%, a w tym roku spadło do 7,4%, co pokazuje, że czeka nas prawdopodobnie wielkie wydawanie. Rządowi trzeba przyznać, że udało mu się zapanować nad sytuacją finansów publicznych w warunkach wszystkich programów “Plus”, ale stało się w znacznej mierze dzięki wzrostowi wpływów aż o 8%, co jest efektem ponad 5% wzrostu gospodarczego. Forum Obywatelskiego Rozwoju doszło do wniosku, że rzeczywiście naturalnie powstające w ciągu roku oszczędności z niezrealizowanych projektów zostały decyzją polityczną wykorzystane do ograniczenia deficytu zamiast wydania na inne cele. Działania pro-oszczędnościowe są zatem realizowane, ale w zupełnie innej skali niż chwali się tym obóz władzy. Różnica wykonania budżetów ostatnich trzech lat wskazuje, że PiS mógł na grudzień zrzucić z pozostałych miesięcy nawet dodatkowe 4,4% budżetu. To ponad 16 mld zł, czyli samo w sobie więcej niż tak hucznie ogłaszana nadwyżka 11 mld zł za listopad, a do omawianej kwoty dojdą zaplanowane w budżecie na ten miesiąc wydatki.

Podstawą kwestią nie jest bowiem to, czy finanse publiczne są stabilne. W budżecie dzięki koniunkturze i hamowaniu presji na wydatki w budżetówce i inwestycje – czyli także kosztem pracowników, udało się skompensować efekty 500+ i innych obietnic socjalnych PiS. Jednak cichą ceną za ten mityczny dobrobyt są szanse rozwojowe, jakie można by w miejsce rozdawnictwa zrealizować. Ile za wydane na obietnice PiS  środki można zbudować żłobków, ile starych pieców produkujących smog usunąć, czy jak usprawnić transport publiczny i uzdrowić przestarzałą energetykę. Zamiast jednak mieć świadomość, że przejadamy owoce grubych lat, po których widzimy, że tuż za rogiem czają się lata chude, nasz rząd woli mamić opinię publiczną naciąganymi sztuczkami księgowymi statystykami. Tymczasem gospodarka spowolni i wpływy przestaną rosnąć, wtedy zaś okaże się, że tempo wydawania obecnego rządu jest nie do utrzymania.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>