Tag Archives: Akt Odnowy Rzeczpospolitej

Macierewicz, mistrz konfabulacji. Po 1989 roku nie było od niego lepszych

23 Gru

Stanisław Walczak i internauci odnieśli się do informacji na temat planowanego przesłuchania przez prokuraturę tłumaczki Magdaleny Fitas-Dukaczewskiej.

Więcej >>>

Zbuki Kaczyńskiego na święta. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (8)

22 Gru

Na internetowej stronie partii rządzącej i w mediach społecznościowych pojawił się film, na którym sam prezes Jarosław Kaczyński zwraca się do Polaków ze świątecznym przesłaniem.

Oprócz tradycyjnych świąteczno-noworocznych życzeń i peanów na cześć wszechobecnych sukcesów “dobrej zmiany”, poseł Kaczyński powiedział, o jakiej Polsce marzy.

Życzę, żeby ten kolejny rok spełnił jak najwięcej naszych nadziei, tych wspólnych i tych indywidualnych. By przybliżył taką Polskę, jakiej wszyscy chcemy. Polskę silną, sprawiedliwą, dostatnią i sprawiedliwą, jeszcze raz powtarzam to słowo. Dla wszystkich .”

Akt Odnowy Rzeczpospolitej

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

W projekcie jest też mowa o przywróceniu niezależności Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądowniczej. Nie wiadomo, jak na tę propozycję zareagują członkowie obecnego TK, jednak posłowie PO obiecują, że ich partia nie posunie się do pisowskich metod. Jak podkreśla Bartosz Arłukowicz „To nie może być tak jak w tej kadencji się to działo , że w nocy przyjmowane ustawy dewastują całkowicie system”.

PiS podchodzi do opracowania PO bardzo spokojnie i jest przekonane, że niewiele z tego wyniknie, bo Andrzej Duda będzie wetował proponowane przez PO zmiany. Wiceminister sprawiedliwości, Patryk Jaki, żartuje sobie, mówiąc że „punkt pierwszy na przykład, żeby wymiar sprawiedliwości nie oddawał nieruchomości na osoby nieżyjące”, a wicepremier Jarosław Gowin uważa, że jedyne, co „zagraża praworządności i poczuciu sprawiedliwości Polaków, to głównie przewlekłość spraw w sądach”.

Więcej >>>

Jak PiS rabuje państwo. Mały przykładzik z niedojdy od Renaty Beger. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (7)

22 Gru

Minister Adam Lipiński, jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego, też szykuje się do Świąt. Wybrał się w związku z tym na zakupy. Do warszawskiej galerii handlowej zawiozła go służbowa limuzyna!

Już wcześniej „Super Express” donosił, że Lipiński służbowym autem jeździł po… papierosy. Tym razem kierowca zawiózł go, aby minister w rządzie PiS mógł zrobić świąteczne zakupy. Jak ustalił se.pl, Lipińskiego zainteresowała biżuteria, galanteria skórzana i wędzone wędliny.

Kiedy Lipiński robił świąteczne zakupy, limuzyna czekała na niego na parkingu. – „Do galerii zajechałem po drodze, gdy wracałem do domu” – tłumaczył się se.pl. Dodajmy, że Lipiński jest pełnomocnikiem rządu PiS do spraw… równego traktowania.

Więcej >>>

Akt Odnowy Rzeczpospolitej

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

W projekcie jest też mowa o przywróceniu niezależności Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądowniczej. Nie wiadomo, jak na tę propozycję zareagują członkowie obecnego TK, jednak posłowie PO obiecują, że ich partia nie posunie się do pisowskich metod. Jak podkreśla Bartosz Arłukowicz „To nie może być tak jak w tej kadencji się to działo , że w nocy przyjmowane ustawy dewastują całkowicie system”.

PiS podchodzi do opracowania PO bardzo spokojnie i jest przekonane, że niewiele z tego wyniknie, bo Andrzej Duda będzie wetował proponowane przez PO zmiany. Wiceminister sprawiedliwości, Patryk Jaki, żartuje sobie, mówiąc że „punkt pierwszy na przykład, żeby wymiar sprawiedliwości nie oddawał nieruchomości na osoby nieżyjące”, a wicepremier Jarosław Gowin uważa, że jedyne, co „zagraża praworządności i poczuciu sprawiedliwości Polaków, to głównie przewlekłość spraw w sądach”.

Więcej >>>

Kościół katolicki jak abp Gądecki gnije zewsząd. Za rządy PiS zapłacimy wysoką cenę. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (6). Dopaść Tuska (9)

22 Gru

Metropolita poznański i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki filmu „Kler” nie widział. Nie zawahał się jednak porównać go z propagandowym filmem „Żyd Süss”, nakręconym w czasach III Rzeszy. – „Kler” wyreżyserowano według klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. To już było grane za Goebbelsa” – powiedział abp Gądecki w Radiu Poznań.

„Żyd Süss” powstał na zlecenie i pod osobistym nadzorem ministra propagandy III Rzeszy Josepha Gobbelsa. Przedstawia losy trzech Żydów, których postawa jest synonimem stereotypów, dotyczących tego narodu, takich jak chciwość czy skąpstwo. „Żyd Süss” służył nazistowskiej propagandzie m.in. do usprawiedliwiania zbrodni, których Niemcy dopuszczali się na ludności żydowskiej, łącznie z „ostatecznym rozwiązaniem”.

„Kler” dotychczas obejrzało ponad 5 mln widzów.

To trzeci najchętniej oglądany film w polskich kinach po 1989 r. A dlaczego metropolita poznański go nie zobaczył? Jak to stwierdził w Radiu Poznań, ponieważ nie jest pozbawiony rozumu do końca”. Czyżby?

„Trzy dni przed Sylwestrem posłowie zamiast chłodzić szampana będą majstrować przy prądzie. PiS rzeczywiście przeraził się, że porażą go efekty podwyżki cen energii. Antyrynkowe wstrzymanie podwyżek obiecał na 2019. A co potem? Potem będzie już po wyborach parlamentarnych” – napisał na Twitterze Krzysztof Adam Kowalczyk z „Rzeczpospolitej”. A oto, jaki jest PiS-owski przekaz dnia w tej sprawie: – „Znalezienie najlepszych rozwiązań dotyczących cen energii to bardzo ważne zadanie. Bezpieczeństwo budżetów domowych Polaków jest niezmiennie jednym z priorytetów prac Parlamentu. Dlatego będziemy pracować jeszcze przed nowym rokiem. Dodatkowe posiedzenie Sejmu odbędzie się 28.12.” – poinformował na Twitterze Marek Kuchciński.

Mateusz Morawiecki zapowiedział dziś obniżenie akcyzy za energię elektryczną, a o 95 proc. ma zostać zmniejszona opłata przejściowa. – „Podsumujmy: rząd NIE obniża cen energii. Daje jasny sygnał, że w 2019 roku zacznie się żonglerka innymi składnikami rachunków za prąd, by zrekompensować WZROST cen energii, który, nota bene, zdaniem URE jest nie w całości uzasadniony” – napisała na Twitterze Justyna Piszczatowska, dziennikarka specjalizująca się w tematach związanych z sektorem energetycznym.

A Krzysztof Berenda napisał: – „Jest projekt ustawy o obniżce akcyzy na prąd. Tylko czemu skutki budżetowe są tylko w jednym roku? Te „obniżki podwyżek” są tylko na 2019? A potem? Panie Premierze?”.

Morawiecki mówił także o „lepszym gospodarowaniu kosztami w spółkach energetycznych”. W tym kontekście wymienił „oszczędności na wydatkach na marketing i operacyjnych”.

„Premier Morawiecki zapowiedział, że spółki energetyczne będą lepiej gospodarować kosztami, np. oszczędzając na wydatkach marketingowych. Zapowiadają się niespokojne święta u braci Karnowskich i Tomasza Sakiewicza?” – skomentował  Thomas Orchowski z TOK FM. Wiadomo bowiem, że do spółek medialnych przez nich prowadzonych trafiają reklamy z państwowych spółek energetycznych.

Żarty się skończyły, zaczęły się schody. Tymi schodami w coraz szybszym tempie posuwają się w górę ceny energii elektrycznej. A to w roku wyborczym grozi nieobliczalnymi stratami dla rządu, nie tylko ekonomicznymi, ale i wizerunkowymi. Więc zrobił się popłoch, bo straty wizerunkowe to jedyne, czego dziś lękają się politycy.

Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Powrót do PRL

Dlatego rząd od kilku tygodni jest jak porażony i rozpaczliwie szuka doraźnego rozwiązania, które sprawiłoby, że wysokie ceny energii dla odbiorców w 2019 r. pozostałyby na poziomie z 2018 r. Szczególnie dla 15 mln gospodarstw domowych. Najnowszy pomysł to administracyjne zamrożenie cen. A co potem? Tym będziemy się martwić za rok.

Starszym może to przypominać czasy peerelowskiej gospodarki centralnie sterowanej, kiedy też w obliczu protestów społecznych podejmowano decyzje o zamrożeniu cen, a urzędnicy decydowali, ile i co ma kosztować. I nieważne, ile kosztowało wytworzenie tego czy innego dobra, liczyło się to, jaka powinna być społecznie akceptowalna cena.

Dziś rząd usiłuje dokonać rekonstrukcji historycznej i wrócić do regulacji cen w sytuacji, gdy rynek energetyczny został już dawno uwolniony i nie da się łatwo wrócić do starego porządku. Ceny na rynku hurtowym rządzą się prawami popytu i podaży, a wzrost cen jest głównie efektem wzrostu kosztów wytwarzania. Coraz więcej kosztuje węgiel spalany w elektrowniach i prawa do emisji CO2, które trzeba kupować, by móc wysyłać do atmosfery miliony ton tego gazu cieplarnianego.

Co Morawiecki i Tchórzewski mówią o rosnących cenach prądu

Nowy plan Morawieckiego

Pomysłów na ograniczenie skutków wzrostu cen energii było kilka. Opozycja sugerowała ograniczenie stawek podatkowych, VAT i akcyzy na prąd, ale o tym rząd początkowo rozmawiać nie chciał. Zamiast tego miała zostać przeprowadzona dość karkołomna operacja polegająca na zrekompensowaniu dystrybutorom energii wyższych cen prądu z pieniędzy publicznych. W zamian za to dystrybutorzy utrzymaliby ceny na dotychczasowym poziomie.

Poza gospodarstwami domowymi ma to dotyczyć samorządów, a także większości małych i średnich firm. Pieniądze na ten cel, a chodzi o kilka miliardów złotych, mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 (którymi handluje rząd) oraz „dobrowolnej” daniny ze strony koncernów energetycznych. Mają powyjmować pieniądze z zaskórniaków i podzielić się z odbiorcami prądu.

Minister energii przekonuje, że od tego nie zbiednieją, najwyżej akcjonariusze nie dostaną dywidendy. Słysząc to, prezes Urzędu Regulacji Energetyki, do którego spółki energetyczne zgłosiły z wnioskami o zatwierdzenie nowych wyższych taryf (średnio o 30 proc.), oświadczył, że wstrzymuje rozpatrywanie wniosków do czasu wyjaśnienia, kto i ile zachomikował. Bo prezes URE ma obowiązek zatwierdzać taryfę, jeśli uzna, że zaproponowane ceny odpowiadają kosztom uzasadnionym firm energetycznych. A tu minister zdradza, że nic nie jest uzasadnione, bo są jakieś zaskórniaki.

Najnowszy, ogłoszony w piątek plan premiera Mateusza Morawieckiego zakłada, że pieniądze niezbędne do utrzymania cen energii dla wybranych odbiorców mają pochodzić ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, a także – co jest nowością – z obniżenia akcyzy na prąd oraz opłaty przejściowej. Odpowiednia ustawa w tej sprawie ma trafić do Sejmu tuż po świętach. Akcyza ma spaść z 20 do 5 zł za megawatogodzinę, a opłata przejściowa zostać zredukowana aż o 95 proc. W tym ostatnim przypadku podanie konkretnej kwoty jest trudne, bo różni odbiorcy mają różne stawki, ale opłata przejściowa w przypadku gospodarstw domowych to kilkadziesiąt złotych rocznie.

O co chodzi z opłatą przejściową

Nikt nic nie wie

Morawiecki musi czuć, że jest w sytuacji podbramkowej, skoro sam zajął się sprawą cen energii, choć jeszcze niedawno wydawał tylko polecenie ministrowi energii. Widać wyraźnie, że jego cierpliwość dla Krzysztofa Tchórzewskiego coraz bardziej się wyczerpuje. I nic dziwnego, bo to, co wyprawiał w ostatnich dniach, robiło wrażenie nawet na energetykach, którzy niejedno już widzieli, i groziło kompletną destabilizacją tej strategicznej branży.

Obniżka akcyzy jest o tyle prosta, że Polska ma jeden z najwyższych poziomów opodatkowania energii elektrycznej w UE. Problem jest tylko taki, że w projekcie budżetu uwzględniono już wpływy z tego podatku, więc trzeba będzie znaleźć oszczędności. Także opłata zastępcza jest wydajnym źródłem, zwłaszcza że rząd PiS w 2017 r. radykalnie podniósł jej wysokość.

Opłata zastępcza to tak naprawdę podatek na utrzymanie i rozbudowę energetyki węglowej. Jednak, żeby było śmieszniej, wprowadzona została w ustawie o… odnawialnych źródłach energii. Zapewne rząd chętnie do listy oszczędności dopisałby opłatę OZE, gdyby nie fakt, że już od dwóch lat jej stawka wynosi 0 zł, więc nie ma jak jej przyciąć. Od dwóch lat subsydiujemy energetykę węglową, a nie odnawialną.

Energetyczny plan Morawieckiego, który ma być kolejnym gospodarczym cudem, tyle że w energetycznej kasie, nie wróży nic dobrego. Na kilka dni przed końcem roku pisane są kolejne projekty ustaw i nikt nie wie, ile ma kosztować energia. Który odbiorca ma płacić nową, a który starą cenę? Jak mają wędrować pieniądze z państwowych rekompensat do kas spółek? Co będzie, jeśli ceny na rynku hurtowym w 2019 r. będą nadal rosnąć i pieniędzy nie wystarczy? Pytań jest więcej niż odpowiedzi. A chaotyczna próba rozwiązywania problemów nie wróży dobrze.

Ostrołęka, czyli długie pożegnanie w węglem

Miała być maszynka do robienia pieniędzy

Na dodatek wszyscy robią wrażenie zaskoczonych tym, że ceny prądu rosną, choć żadnego zaskoczenia w tym nie ma. Właściwie wysokie ceny energii były celem działania rządów PiS. Po to stworzono pionowo zintegrowane struktury koncernów energetycznych, po to pracowicie repolonizowano energetykę, wykupując z rąk zagranicznych inwestorów wszystko, co wcześniej im sprzedano. Po to wreszcie podnoszono podatki i parapodatki, od których puchną nasze energetyczne faktury.

Chodziło o to, by stworzyć możliwie wyizolowany ekosystem, w którym zamiast konkurencji rządziliby politycy. Koncerny energetyczne tworzące państwowy oligopol zostały przez nich zaprzęgnięte do finansowania upadającego górnictwa. Celem było też zbudowanie maszynki do robienia pieniędzy, które można było wykorzystywać na inne dowolne cele: na Polską Fundację Narodową, na budowę kolejnych elektrowni węglowych, na ratowanie siedleckiego Mostostalu (bo Siedlce to miasto ministra energii), na produkcję samochodów elektrycznych, na finansowanie deficytowej fabryki Autosan.

Najmniej myśli się o realnych inwestycjach w starzejącą się infrastrukturę, w elektrownie, które powinny przechodzić transformację energetyczną, w gospodarkę niskoemisyjną. Wszystkie sąsiedzkie kraje są dziś zajęte energetyczną transformacją, tylko nie my. Rząd wciąż nie jest w stanie stworzyć Polityki Energetycznej Polski, dokumentu określającego, jak ma wyglądać nasza elektroenergetyka w nadchodzących latach. I czego my właściwie chcemy?

Gorący finisz szczytu klimatycznego

Koniec końców my zapłacimy

Trudno się w tej sytuacji dziwić, że energia drożeje, skoro musi być wytwarzana z coraz droższego węgla, a cena węgla musi rosnąć, by zapewnić opłacalność wydobycia kopalniom. A teraz kopalnie rozpaczają, że nie stać ich na kupowanie drogiego prądu, bo polskie górnictwo jest piekielnie energochłonne. Trwa więc zjadanie własnego ogona: trzeba kopać węgiel, by produkować energię potrzebną do kopania węgla. Na tym polega bezpieczeństwo energetyczne.

Cała operacja z rekompensatami ma stworzyć wśród społeczeństwa złudzenie, że politycy mają władze, by zmieniać prawa ekonomii i nalewać nawet z próżnego. Wiadomo przecież, że koniec końców my te wyższe ceny zapłacimy. Może spółki energetyczne w rachunkach wpiszą nam starą cenę energii, ale dopiszą tyle pozycji do rachunków, że i tak wyjdą na swoje. Po to zmonopolizowano państwową energetykę, by można było żonglować kosztami.

Wiedzą coś o tym klienci banków, na początku kadencji PiS obciążonych specjalnym podatkiem, który miał ograniczać ich zyski. Rząd zapewniał, że żaden bank nie odważy się przerzucać podatku na klientów. A jak się skończyło? Zyski banków (w coraz większym stopniu państwowych) mają się dobrze, a klienci płacą za wszystkie usługi jak za zboże. Przepraszam: jak za energię elektryczną.

Państwowy skok na prywatny bank

„Teraz państwo bierze się za budowę hoteli. Może po prostu skoczmy od razu do PRL, na cholerę to udawanie?” – podsumował na Twitterze Bartosz Węglarczyk z onet.pl najnowszy pomysł rządu PiS. Chodzi o powołanie Polskiego Holdingu Hotelowego. – „Realizację tego ważnego dla sektora turystycznego projektu oddajemy w ręce profesjonalistów z branży hotelarskiej – spółce Chopin Airport Development, która opracuje model konsolidacji, a następnie będzie mogła rozpocząć integrację aktywów hotelowych rozproszonych dziś między różne podmioty pozostające w domenie państwa” – powiedział Mateusz Morawiecki, cytowany przez TVP Info.

Dosadnie pomysł skomentował Waldemar Kuczyński: – „Potrzebny jeszcze Polski Holding Ustępów Państwowych (PHUP). To ważny składnik CPK i robota dla babć klozetowych z CBA, by nikt antypaństwowo się nie załatwiał”. Inni internauci też mieli swoje propozycje: – „Powinien też powstać Polski Holding Fryzjerski, żeby jeszcze lepiej i skutecznej strzyc obywateli”; – „A czy będzie powrót zakupów w PEWEX za dolary i konsolidacja produkcji rolnej w ramach PGR?”; – „To jest nawet zabawne, że rzekomo najbardziej antyPRL-owski rząd III RP myśli dokładnie tak jak notable okresu słusznie minionego. Państwowa spółka hotelowa, państwowe samochody, państwowe stocznie. Co dalej? Państwowy holding bieliźniany?”.

Na jeszcze jeden aspekt sprawy zwrócił uwagę poseł PO Paweł Zalewski: – „Zarządzanie hotelem wymaga dużego doświadczenia i wiedzy. Wszędzie robią to firmy lub osoby prywatne. Jedynym celem jest stworzenie nowych miejsc zarabiania dla członków kasty PiS” – napisał. Wtórował mu jeden z internautów:

„Im więcej państwo będzie budowało czy zarządzało, tym więc miejsc w zarządach, radach nadzorczych, stanowisk dyrektorskich dla Misiewiczów z Nowogrodzkiej i okolic. Wszelka „repolonizacja” tylko taki ma cel”.

„Zamysł Prokuratury Krajowej uzyskania od pani Magdy Fitas-Dukaczewskiej informacji o przebiegu i treści choćby jednej rozmowy prowadzonej przez najwyższej rangi przedstawiciela państwa polskiego z jego zagranicznym odpowiednikiem będzie nie tylko złamaniem ważnej zasady zachowania przez tłumaczy pełnej tajemnicy rozmów politycznych. W naszym przekonaniu może stać się również groźnym precedensem na przyszłość. Złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych, narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych” – napisali w liście otwartym byli prezydenci, premierzy i ministrowie. Sygnatariuszami apelu są: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski; byli premierzy: Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak, Hanna Suchocka, Włodzimierz Cimoszewicz, Jerzy Buzek, Leszek Miller, Marek Belka, Kazimierz Marcinkiewicz, Ewa Kopacz; byli ministrowie spraw zagranicznych: Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati, Adam D. Rotfeld, Radosław Sikorski, Grzegorz Schetyna; byli ministrowie obrony narodowej: Janusz Onyszkiewicz, Zbigniew Wojciech Okoński, Stanisław Dobrzański, Bogdan Klich, Tomasz Siemoniak.

Autorzy listu otwartego przypominają, że Fitas-Dukaczewska pracowała także dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego: –  „Była więc dopuszczona do największych tajemnic polskiej dyplomacji jako osoba nie tylko kompetentna, ale i w pełni zaufana”. Apelują więc do obecnych władz, a szczególnie do premiera Mateusza Morawieckiego, o „powstrzymanie tego groźnego dla interesów Polski działania prokuratury”.

Magda Fitas-Dukaczewska ma zostać przesłuchana 3 stycznia przez prokuraturę w sprawie rzekomej zdrady dyplomatycznej Donalda Tuska, dotyczącej katastrofy smoleńskiej. Głos w tej sprawie zabrało także Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych, o czym pisaliśmy w artykule „Murem za tłumaczką, która ma zeznawać w sprawie „zdrady Tuska”.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o zyczeniach świątecznych.

Oby były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Wielkie odliczanie czas zacząć. Już za trzy dni usiądziemy do stołu i zacznie się wielkie radowanie Świętami Bożego Narodzenia. Wszyscy liczymy na to, że Dobry Duch tych Świąt znajdzie trochę czasu i wpadnie do nas, by obdarować nas spokojem, miłością, ciepłem i uśmiechem najbliższych. Ważne, by nie zapomniał odsunąć od nas wszelkie swary, szczególnie te, o charakterze politycznym, bo inaczej nie mamy szans, by zaliczyć te Święta do udanych. Zdecydowanie lepiej jest powalczyć z karpiem na ości niż wkręcać się w coraz większą awanturkę pomiędzy teściem, który wielbi PiS, a bratową, oddaną sercem i duszą opozycji, prawda?

Wigilia to czas, gdy zwierzęta mówią ludzkim głosem, człowiek człowiekowi przyjacielem się staje, a szczerość życzeń wydaje się bezterminowa, choć najczęściej kończy się o północy w ostatni dzień Świąt. To może ja zacznę nieco wcześniej i już teraz złożę życzenia tym, których nie darzę szacunkiem ani sympatią, a jednak stanę ponad polityczne animozje…

Zacznę od najważniejszej osoby w dzisiejszej Polsce, czyli prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Życzę mu, by wreszcie przeszedł na zasłużoną emeryturę. Jestem przekonana, że to już najwyższy czas, bo on biedny, w ferworze wiecznej walki, najpierw z komuną, potem z postkomuną, PO i znaczną częścią narodu, zapomniał, co to jest spacer po lesie, wylegiwanie się z książką na hamaku w ogrodzie, beztroska zabawa z kotami, rozmowa o wszystkim i niczym z prawdziwym przyjacielem. Panie prezesie, proszę dać sobie wreszcie szansę, by odpocząć od Polski, a Polsce, by odpoczęła od Pana. Proszę mi wierzyć, świetnie damy sobie bez Pana radę.

Dla prezydenta Andrzeja Dudy mam mnóstwo życzeń. Przede wszystkim, by wreszcie dorósł. Facet ma 46 lat, a w tym wieku powinno się być już odpowiedzialnym, wiedzieć, czego się chce od życia, znać swoją wartość na tyle, by nie dać się rozstawiać po kątach i zasłużyć sobie na miano tylko „długopisu”. Gdyby to ode mnie zależało, zafundowałabym mu studia w jakimś wybitnym instytucie prawniczym, by zrozumiał, że prawnik z niego kiepściutki i zalicza wpadkę za wpadką. Niech mu Dobry Duch Bożego Narodzenia przyniesie opamiętanie, kaganiec, by od czasu do czasu przestał pleść bzdury, zrozumienie, że zrobił z siebie chłopca na posyłki w wersji PiS, a nie Prezydenta Rzeczpospolitej, a miłość do samego siebie zamienił na miłość do narodu. To już ostatni dzwonek, jeśli chce Pan wyjść z choć kawałkiem twarzy z polityki.

Premierowi Morawieckiemu życzę, by znalazł wreszcie dobrego chirurga od operacji plastycznych i zoperował sobie nos. My Polacy naprawdę mamy już dosyć rządów Pinokia, którego kłamstwa przejdą do historii, ale tej mało chlubnej. Życzę, by uwolnił się wreszcie od rozdmuchanej megalomanii i przestał nam wmawiać, że to jemu zawdzięczamy wszystko, co dla Polski było ważne. Walka z PRL-em, wejście do NATO, Traktat Lizboński, a może i wygrana pod Grunwaldem czy wcześniej przekonanie Mieszka, by przyjął chrzest?  Proponuję też prezent pod choinkę w postaci dobrej jakości endoprotez, bo to długotrwale wstawanie z kolan na pewno odbije się na jego zdrowiu, a do tego spory zapas leków nasercowych, bo stan zawałowy w stosunkach z UE już blisko.

Oczywiście, nie zapominam też o panu Ziobrze, któremu życzę, by stanowisko prokuratora generalnego odbiło mu się ostrą czkawką. Niech te Święta przyniosą mu przekonanie, że daleko mu do alfy i omegi, że jest malutkim i okrąglutkim zerem przy tych autorytetach sędziowskich, których tak chce zniszczyć. Niech w zaciszu domowym, uświadomi sobie, że Polska to nie prywatny folwark, a każde zło wcześniej czy później, wróci do niego jak bumerang. I niech się cieszy chwilą, bo już niedługo dostanie niezłe baty.

Antoniemu Macierewiczowi życzę powrotu do zdrowia i odpowiednio dużej szafy, w której bez problemu zmieści się na czas jakiś wraz z posłanką Pawłowicz. Pani Zalewskiej jak najszybszego powrotu do pracy w szkole, by na własnej skórze odczuła boleśnie skutki swojej deformy edukacji. Wiceministrowi Zielińskiemu kolejnych poodcinanych główek, które usprawiedliwią wzmożoną ochronę policyjną własnego domostwa, Kuchcińskiemu taczki z wikliny, by przyjemnie mu się opuszczało parlament już tak na wieki wieków, Błaszczakowi chociaż jednego Caracala, pani Szydło bezkolizyjnej jazdy przez co najmniej pół roku i odpuszczenia sobie startu do Parlamentu Europejskiego, w którym naprawdę nikt jej nie potrzebuje.

Pozostałym politykom PiS życzę większego dystansu do siebie. Niech wreszcie uwierzą, że Polska nie potrzebuje już „mesjaszy narodu”. Niech przestaną usprawiedliwiać swoje wtopy rządami PO i wezmą odpowiedzialność za to, co czynią na swoje barki. Niech wreszcie przemówią ludzkim głosem, bez fałszu, kłamstw i populizmu. Niech zrozumieją, że to nie cyrk, ale Polska, Ojczyzna nas wszystkich, która zasługuje na to, co najlepsze. I tak w ogóle, niech im Gwiazdka Betlejemska świeci i niech ich dobrze oświeci.

…a nam wszystkim życzę, by były to ostatnie Święta Bożego Narodzenia pod rządami PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu (fragment).

Były szef MON dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki.

Gdy jeszcze był ministrem, Tomasz Piątek opublikował książkę „Macierewicz i jego tajemnice” – najlepiej sprzedającą się pozycję w kraju w ubiegłym roku. W tym bestsellerze opisane zostały podejrzane – i tak jest to eufemizm – związki Macierewicza z Rosją, m.in. z bossami mafijnymi, którzy mają przełożenie na Kreml. Piątek to bardzo solidny dziennikarz, obszernie udokumentował swoje podejrzenia.

Macierewicz wybrnął z tego w ten sposób, że doniósł do prokuratury wojskowej na Piątka, iż podejrzewa go o terroryzm (art. 224 kk) i znieważenie organu konstytucyjnego (art. 226 kk). Ponadto Macierewicz swoją emfatyczną retoryką oskarżył dziennikarza o skompromitowanie Polski i psucie relacji z Donaldem Trumpem.

Prokuratura ślimaczyła śledztwo, aż Macierewicz przestał być ministrem i umorzyła, radząc wiceprezesowi PiS, aby wystąpił przeciw Piątkowi z powództwa cywilnego. Piątkowi postanowienie prokuratury nie spodobało się, on z kolei złożył doniesienie, iż Macierewicz go zastraszał, używając swojego stanowiska. Ale prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania, bo… Macierewicz działał w dobrej wierze. I oto wypada trup z pisowskiej szafy, bo Sąd Rejonowy w Warszawie nakazuje prokuraturze zbadanie, czy Macierewicz nie nadużył swojego stanowiska i nie złożył fałszywego zawiadomienia na Piątka.

Macierewicz dostał się w ręce Temidy, która będzie ważyła jego uczynki. Druga sprawa jest może nawet ciekawsza, ale subtelna jak diabli i nadaje się do typu narracji literatury pięknej, gdyż rola Macierewicza jest iście diaboliczna, a dotyczy katastrofy smoleńskiej. Macierewicz złożył doniesienie na Donalda Tuska, iż ten dopuścił się zdrady dyplomatycznej w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Tusk składał już zeznania w tej sprawie. W styczniu 2019 roku ma być przesłuchiwana tłumaczka Magda Fitas-Dukaczewska, która uczestniczyła w rozmowach byłego premiera rządu RP z Władimirem Putinem. Narracja smoleńska PiS dopala się, Kaczyński osiągnął swój cel – władzę i pomnik brata Lecha wyższy niż Piłsudskiego. Ale Kaczyński chce dopaść Tuska.

Macierewicz choćby milczał, miał usta zaklejone taśmą samoprzylepną, to i tak nie uniknie odpowiedzialności przed historią. Przemawiać będą przeciw niemu  fakty, a ich charakter jest dla niego druzgocący i kompromitujący.

Manipulacje Morawieckiego. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (5). Polowanie na Tuska (8)

22 Gru

Rząd Mateusza Morawieckiego chwali się ponownie hurraoptymistycznymi danymi budżetowymi, które idą na historyczny rekord. 11 mld zł nadwyżki po listopadzie to wynik wręcz fenomenalny, stąd rządzący wypinają pierś do orderów. Jednak eksperci z Forum Obywatelskiego Rozwoju postanowili wziąć pod lupę, co kryje się za pięknymi sloganami i tak chętnie używanymi liczbami. W wyniku ich analizy okazało się, że sytuacja nie jest wcale tak optymistyczna jak chcieli wmówić Polakom rządzący. Przekaz o olbrzymiej nadwyżce jest bowiem podszyty księgową manipulacją.

Listopadowa nadwyżka jest bowiem efektem strategii wydatkowej opartej na jak najniższym wykonywaniu budżetu w biegu roku. Założeniem jest to, aby kumulować wydatki na sam koniec roku, czego efektem jest olbrzymia luka po stronie wydatków państwa w poprzednich miesiącach. To właśnie generuje medialną nadwyżkę, która jednak następnie magicznie znika w grudniu, kiedy państwo prowadzi masową akcję pożyczkową na dławione wcześniej potrzeby. Tak było w zeszłym roku, kiedy także przez większość roku grano kartą nadwyżki, a w grudniu pożyczono tyle, że powstał deficyt w wysokości 25,4 mld zł. W tym roku nie powinno być inaczej. Jeszcze w 2015 roku na początku listopada wykonanie budżetu wynosiło 81,2%, podczas gdy w zeszłym i bieżącym roku oscyluje ono wokół zaledwie 76%. W zeszłym roku wykonanie za sam listopad było na poziomie 8,6%, a w tym roku spadło do 7,4%, co pokazuje, że czeka nas prawdopodobnie wielkie wydawanie. Rządowi trzeba przyznać, że udało mu się zapanować nad sytuacją finansów publicznych w warunkach wszystkich programów “Plus”, ale stało się w znacznej mierze dzięki wzrostowi wpływów aż o 8%, co jest efektem ponad 5% wzrostu gospodarczego. Forum Obywatelskiego Rozwoju doszło do wniosku, że rzeczywiście naturalnie powstające w ciągu roku oszczędności z niezrealizowanych projektów zostały decyzją polityczną wykorzystane do ograniczenia deficytu zamiast wydania na inne cele. Działania pro-oszczędnościowe są zatem realizowane, ale w zupełnie innej skali niż chwali się tym obóz władzy. Różnica wykonania budżetów ostatnich trzech lat wskazuje, że PiS mógł na grudzień zrzucić z pozostałych miesięcy nawet dodatkowe 4,4% budżetu. To ponad 16 mld zł, czyli samo w sobie więcej niż tak hucznie ogłaszana nadwyżka 11 mld zł za listopad, a do omawianej kwoty dojdą zaplanowane w budżecie na ten miesiąc wydatki.

Podstawą kwestią nie jest bowiem to, czy finanse publiczne są stabilne. W budżecie dzięki koniunkturze i hamowaniu presji na wydatki w budżetówce i inwestycje – czyli także kosztem pracowników, udało się skompensować efekty 500+ i innych obietnic socjalnych PiS. Jednak cichą ceną za ten mityczny dobrobyt są szanse rozwojowe, jakie można by w miejsce rozdawnictwa zrealizować. Ile za wydane na obietnice PiS  środki można zbudować żłobków, ile starych pieców produkujących smog usunąć, czy jak usprawnić transport publiczny i uzdrowić przestarzałą energetykę. Zamiast jednak mieć świadomość, że przejadamy owoce grubych lat, po których widzimy, że tuż za rogiem czają się lata chude, nasz rząd woli mamić opinię publiczną naciąganymi sztuczkami księgowymi statystykami. Tymczasem gospodarka spowolni i wpływy przestaną rosnąć, wtedy zaś okaże się, że tempo wydawania obecnego rządu jest nie do utrzymania.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Eliza Michalik w państwie w PiSdoo. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (4). Polowanie na Tuska (7)

21 Gru

„Nie zniweczycie filmikiem efektów kilkuletniego łamania prawa, konstytucji, podważania wiarygodności UE, promowania skrajnie prorosyjskich polityków, jak Macierewicz i osłabiania bezpieczeństwa Polski” – napisała na Twitterze – Eliza Michalik, pod najnowszym spotem PFN mającym promować Polskę.

Fundacja się wykosztowała i zaangażowała do krótkiego i bardzo ckliwego filmiku słynnego aktora Jeana Reno.

Rzecz o Bożym Narodzeniu: widzimy dziewczynkę, która wraz z mamą odwiedza swojego dziadka. W jego postać wciela się właśnie Reno, który opowiada wnuczce o Świętach Bożego Narodzenia w Polsce. Jest słodko, ciepło i nastrojowo, jak nie w PiS–owskiej Polsce.

Co do powiedzenia na przywracające do rzeczywistości słowa dziennikarki ma niejaki  Filip Rdesiński, szef PFN?

Musiał mieć bardzo mało do powiedzenia: „Eliza, zjedz snickersa”- napisał głupawo na Twitterze.

Dziennikarka zapytała więc Rdesińskiego ze zdziwieniem: „państwowym urzędnikom wolno/wypada tak rozmawiać z dziennikarzami?”

Ta wymiana zdań zapoczątkowała gorącą dyskusję.

Jako jeden z pierwszych głos zabrał naczelny tygodnika „Newsweek”- Tomasz Lis. „Państwowym nie. Ale to są partyjni, którym w państwie PIS wolno wszystko” – napisał rzeczowo.

Był to kamyk który poruszył lawinę. Ktoś, nawiązując do wątpliwej elegancji odzywki Rdesińskiego wypomniał mu „grzeszki” z przeszłości: przypomniał, jak będąc dwukrotnie prezesem Radia Merkury w Poznaniu, każdorazowo zostawiał spółkę w opłakanym stanie finansowym. Za pierwszym razem został z hukiem odwołany przez KRRiTV.

Zasłużenie „dołożył” mu również dziennikarz Przemysław Szubartowicz, pisząc: Pamiętam Rdesińskiego z programu Hejke i Lisiewicza w TV Republika. Pięknie szczuli. Po takiej szkole manier niczego innego bym się nie spodziewał.

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Kaczyzm, czyli stalinizm. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (3). Polowanie na Tuska (6)

21 Gru

Pan minister Zieliński nie będzie miał wesołych i spokojnych świat. Może trochę nie w porę, ale policjanci z Zakopanego odważyli się ujawnić nieprawidłowości, po tym jak zrobili to ich koledzy z Podlasia. Tyle tylko, że ich skala wprawia w dużo większe zakłopotanie.

Wirtualna Polska dotarła do listów zakopiańskich funkcjonariuszy, w których o licznych nieprawidłowościach informują wiceministra a także Komendanta Głównego Policji Jarosława Szymczyka. Mówią w nich o fałszowaniu dokumentacji, mobbingu, a nawet przestępstwach na tle seksualnym.

Policjanci, ponoć od wielu miesięcy proszą o interwencję odpowiedzialnego za policję polityka PiS. „Od końca 2015 roku do chwili obecnej, tj. do dnia 1-5 listopada 2018 roku, skierowaliśmy kilka pism, ale jak na razie nikt nam nie pomógł, a patologia ma się bardzo dobrze w naszej jednostce policji” – piszą zdesperowani.

Pewna sprawa dotyczy samochodu należącego do jednego z przełożonych. Auto miało spłonąć we wrześniu. Funkcjonariusze twierdzą, że podpalił je mąż sekretarki funkcjonariusza. Policjantka, która przybyła na miejsce zdarzenia, miała stwierdzić, że doszło do samozapłonu. „Sfałszowano dokumentację procesową na miejscu zdarzenia w taki sposób, aby poszkodowany bez żadnego problemu otrzymał pieniądze z ubezpieczenia pojazdu” – alarmują policjanci.

Komendant Główny Policji był informowany też o przemocy, jaką stosują funkcjonariusze. Ponoć jeden z zatrzymanych miał mieć przykładaną do głowy naładowaną broń. „To miała być „dobra zmiana”, a jest gehenna policyjna – napisali funkcjonariusze. Obawiają się tragedii…

Na dodatek sygnalizują, że każdy funkcjonariusz, który w jednostce sprzeciwia się nieprawidłowościom, jest zastraszany: „Kto nie jest w opcji wymienionych, jest gnębiony psychicznie, straszony dyscyplinarką i wydaleniem z policji.

Oficjalnie boimy się zgłosić te nadużycia do prokuratury, bo obawiamy się zemsty przełożonych” – piszą funkcjonariusze.

Żalą się, że przełożeni wyzywają ich, używając sformułowań typu: „pier…ne debile i nieroby”. Dwóm przełożonym zarzucają dopuszczenie się przestępstw na tle seksualnym. Policjanci zwracają uwagę, że dokumentacja jest fałszowana nawet w sprawie egzaminów sprawnościowych. I dają konkretny przykład: „Od 15 lat nie jest w stanie zdać WF” –  piszą o jednym z policjantów  i dodają: „mierzy ok. 163 cm, a waży ponad 130 kg. Nie potrafi wykonać skłonu w przód, a policjanci prowadzący egzaminy fałszują dokumentację”.

Wiele wskazuje na to, że jeszcze w styczniu radio Zet wraz z całą grupą Eurozet – której jest składową – znajdzie  się rękach prawicowej  spółki Fratria. Jak informują Wirtualne Media wydawca m.in. tygodnika „Sieci” i portalu „wPolityce.pl” „na zagospodarowanie” ma otrzymać 51 mln euro kredytu od banku Pekao SA . I z pewnością otrzyma, bo choć przy stole negocjacyjnym wciąż zasiadać mają również inne spółki, to jak ustaliły WM – we  Fratrii udziały ma  m.in. Jacek Karnowski oraz senator PiS Grzegorz Bierecki. A to może mówić samo za siebie.

„Oferty formalnie są teraz kompletowane, wraz z potwierdzeniem finansowania. Będą ponownie analizowane przez  właściciela Eurozetu spółkę Czech Media Invest”  – powiedział WM jeden z informatorów.

Możliwość  przejęcia Eurozetu przez Fratrię z takim scenariuszem finansowym budzi jednak spore oburzenie i sprzeciw postronnych obserwatorów oraz internautów. Jak pokazują dane liczbowe – słuchalność radia Zet dość gwałtownie spada, więc pytają na jakiej podstawie bank udziela promesy kredytowej firemce o tak nikłych obrotach?

I sami z kpiną odpowiadają pod artykułem WM :  „odpowiedź jest prosta: to postrzeczywistość pisowska, w której 1 to więcej niż 27, a zatem 3 mln zysku Fratrii to znacznie więcej niż obiecany kredyt. Sugerują, iż kredyt przyznany jest według kryteriów politycznych, a nie ekonomicznych i to wydawcy który otrzymując rekordowe reklamy od państwa, odnotowuje największy spadek sprzedaż”.

Czytelnik, pod  artykułem  WM zauważa: „W normalnym kraju komitet kredytowy, który udzieliłby prawie 300 milionów złotych kredytu firmie z 3 milionami zysku miałby juz prokuratora na głowie. Byłoby to tez działanie na szkodę spółki co powinno zainteresować KNF i władze giełdy (bo podobnie działał SKOK Wołomin) transferując kasę na kredyty bez szans na spłatę. Ale w naszej bananowej republice nie takie wały się robi”.

Grupa Eurozet jest właścicielem takich rozgłośni, jak Radio ZET, Antyradio, Meloradio, Chilizet, kilku serwisów internetowych, spółki Studio ZET i agencji Eurozet Live.

* * *

— MONIKA OLEJNIK O WYWIADZIE PAD DLA 300 I WP – pisze w GW: “Pan prezydent wyznał w Wirtualnej Polsce, że TSUE się za bardzo rozpycha: „Zagarnia pod siebie coraz większe kompetencje. To poważne zmartwienie dla państw UE. Dla mnie zapalił się dzwonek alarmowy”. A nie żarówka? Pan prezydent cierpi, cierpi i wylewa żale na szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Mówi, że nie reprezentuje on polskich interesów. Pan prezydent czuje, że Tusk nie ma szacunku dla naszego kraju. Pan prezydent zapomniał, jak to nasz kraj przegrał głosowanie na przewodniczącego Rady Europejskiej 27:1. A ja się zastanawiam, czy pan prezydent w przyszłości miałby szanse zostać przewodniczącym Rady Europejskiej?”
wyborcza.pl

— FAKT O ROZBRACIE ORBANA Z PIS: “Najpierw węgierski rząd zdecydował, że kupi od Francji śmigłowce Caracal. Te same, z których PiS – a konkretnie ówczesny szef MON Antoni Macierewicz – zrezygnował, nie zostawiając na nich suchej nitki. Teraz okazuje się, że maszyny, które tak mocno krytykowaliśmy, Węgrzy uznali za idealne. Przy okazji produkujący je Airbus zbuduje nad Dunajem fabrykę części do śmigłowców. Ma ona powstać do 2021 r., a pracę w zakładach znajdzie 130 osób. Ma to zacieśnić współpracę na linii Niemcy-Francja-Węgry. I pomyśleć, że Polska zamroziła kontakty z Niemcami i Francją w ramach Trójkąta Weimarskiego na rzecz Grupy Wyszehradzkiej, której członkiem są właśnie Węgry”.

— FAKT O TYM, ŻE NIEMCY OTRZYMALI KONTRAKT ZAMIAST POLSKIEJ FIRMY: “Ale to nie wszystko! Według informacji Faktu, Węgrzy od roku negocjowali z Polską Grupą Zbrojeniową zakup polskich armatohaubic Krab. Ale zostawili nas na lodzie, bo kupią 24 armatohaubice od Niemców. W PGZ zapanowała żałoba, bo bardzo liczono na lukratywny kontrakt”.
fakt.pl

>>>

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Na Nowogrodzkiej paranoja łamana przez schizofrenię. Akt Odnowy Rzeczpospolitej (2). Polowanie na Tuska (5)

21 Gru

Służbowa Skoda Superb, którą jeździ wicemarszałek Terlecki pędziła w środę około godz. 15.30 ulicami stolicy, łamiąc podstawowe przepisy – zauważył Super Express.

Kierowca, nie bacząc na względy bezpieczeństwa przemknął jak strzała przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, a podwójna ciągła linia nie była dla niego niczym zobowiązującym.

To cud, że sejmowa limuzyna nikogo nie zabiła!

Musi być nerwowo w PiSie, bo polityk na złamanie karku „rwał” z Sejmu na Nowogrodzką. Ulica była zakorkowana, więc w pośpiechu wysiadł z limuzyny i poszedł pieszo – mówi świadek zdarzenia.

Kancelaria Sejmu ani sam wicemarszałek Ryszard Terlecki nie komentują zdarzenia.

SE przypomina, że za takie zachowanie na drodze grozi karą ok. 700 złotych mandatu: 500 za przejazd na czerwonym i 200 za przekroczenie podwójnej linii ciągłej.

Podobne kary dotyczą jednak wyłącznie zwykłych śmiertelników… Pan Terlecki jest widać z innej gliny ulepiony!

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

Więcej >>>

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Więcej >>>

Akt Odnowy Rzeczpospolitej

21 Gru

Platforma Obywatelska opracowała „Akt Odnowy Rzeczpospolitej”. W zamierzeniu ma być to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera siedem punktów. Dotyczą one  wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

W projekcie jest też mowa o przywróceniu niezależności Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądowniczej. Nie wiadomo, jak na tę propozycję zareagują członkowie obecnego TK, jednak posłowie PO obiecują, że ich partia nie posunie się do pisowskich metod. Jak podkreśla Bartosz Arłukowicz „To nie może być tak jak w tej kadencji się to działo , że w nocy przyjmowane ustawy dewastują całkowicie system”.

PiS podchodzi do opracowania PO bardzo spokojnie i jest przekonane, że niewiele z tego wyniknie, bo Andrzej Duda będzie wetował proponowane przez PO zmiany. Wiceminister sprawiedliwości, Patryk Jaki, żartuje sobie, mówiąc że „punkt pierwszy na przykład, żeby wymiar sprawiedliwości nie oddawał nieruchomości na osoby nieżyjące”, a wicepremier Jarosław Gowin uważa, że jedyne, co „zagraża praworządności i poczuciu sprawiedliwości Polaków, to głównie przewlekłość spraw w sądach”.

PO proponuje też rozszerzenie programu 500 Plus na pierwsze dziecko, szczególnie w przypadku samotnych matek, a także dopłatę 500 zł dla najmniej zarabiających.

Władysław Kosiniak Kamysz mówi, że „Akt Odnowy Rzeczpospolitej” „to jest propozycja Platformy Obywatelskiej”, a nikt z PO tego projektu z jego partią nie omawiał. Przyznaje jednak, że „wszystkie środowiska są zgodne co do tego, żeby przywrócić niezależną służbę cywilną, pełną niezależność wymiaru sprawiedliwości. I to nie ma być powrót do 2015 roku, tylko to ma być pójście do przodu, nowa, lepsza Polska”. Paweł Pudłowski z Nowoczesnej podkreśla, że jego partia również nie zna tego projektu.

Czy rzeczywiście będzie to program zgodny z oczekiwaniami obywateli, którzy, jak twierdzi Kazimierz Ujazdowski, jeden z jego autorów, „czekają na państwo wysokich standardów, na równe traktowanie, na przejrzystość”? Czas pokaże.

Operator to ‚uchwycił’ – poważną rozmowę Antoniego Macierewicza i Beaty Szydło z Dominikiem Tarczyńskim w zeszłym tygodniu. Z naszych informacji wynika, że prezes PiS wysłał emisariuszy do najbardziej ostrych posłów, aby do wyborów stosowali autocenzurę. Krystyna Pawłowicz znika z internetu w ogóle, na co najmniej kilka miesięcy. Oficjalnie z powodów zdrowotnych, ale to nie jest przypadek. Była twarzą antyunijnego ruchu oporu w Prawie i Sprawiedliwości. Teraz nie pasuje do koncepcji. O kulisach polityki medialnej PiS opowiada między innymi Łukasz Rzepecki- były poseł partii rządzącej, teraz Kukiz’15. Materiał Justyny Dobrosz-Oracz.

>>>

Pedofilia w Kościele. Duda ocipiał. Polowanie na sędziego Tuleyę

20 Gru

Dziennikarz Tomasz Sekielski od kilku miesięcy pracuje nad filmem dokumentalnym poruszającym tematykę pedofilii w Kościele. Choć wsparcia finansowego odmówiły mu największe polskie stacje telewizyjne, udało mu się zebrać potrzebną sumę dzięki zbiórce na platformie Patronite. Praca nad filmem nie jest jednak łatwa – bohaterowie filmu są zastraszani, nagrania utrudnia także policja.

– Kolejny dowód na to, że Kościół wiele mówi o sprawie pedofilii, a niewiele w tej sprawie robi. Wyobraźcie sobie księdza, który został prawomocnie skazany, który dostał zakaz zbliżania się do dzieci, któremu sąd zakazał nauczania religii. I ten oto ksiądz odprawia rekolekcje z naukami dla dzieci. Mamy to nagrane i zobaczycie to w naszym filmie – opowiadał Sekielski w dopiero co opublikowanym na Facebooku klipie.

O projekcie Sekielskiego głośno jest niemal od roku, kiedy dziennikarz poinformował, również na swoim Facebooku, że planuje nagranie filmu dokumentalnego o pedofilii w polskim Kościele. – To nie będzie film antykościelny ani tym bardziej antyreligijny, chcemy pokazać, ile zła może wyrządzić człowiek, który zszedł na złą drogę – mówił dziennikarz, przekonując jednocześnie, że „trzeba zrobić to dla ofiar”, a także by „ostrzec inne dzieci przed zboczeńcami w sutannach”.

Dziś podkreśla, że „księża podejrzewani, bądź skazani za przestępstwa seksualne są w Polsce traktowani w sposób wyjątkowy” i nie ponoszą konsekwencji nawet, jeśli łamią wyroki sądów i prokuratorskie zakazy. Przykre konsekwencje spotykają za to ludzi, którzy zdecydowali się współpracować z Sekielskim w pracy nad filmem. Ba, według Sekielskiego są nawet zastraszani.

Zastraszanie i policja

– Chcę, żeby wszystkie osoby w tym filmie wystąpiły ze swoją twarzą, żeby nie zarzucono mi, że wynająłem statystów, że to podstawione osoby, a mój film to nagonka na Kościół – tłumaczył Sekielski w wywiadzie dla o2.pl, zaznaczając, że przede wszystkim zależy mu na wiarygodności. Również na profilu na Patronite wyjaśnia, że część pieniędzy musi zostać zainwestowana w redakcję, by „nikt nie mógł nam zarzucić, że w naszym filmie choćby przypadkiem rozminęliśmy się z prawdą”.

Nie wszystkim jednak odpowiada przygotowywany przez Sekielskiego film, ani wymóg pokazywania wizerunku. Kilka dni temu dziennikarz na swoich mediach społecznościowych opublikował nagranie rozmowy telefonicznej z jednym z bohaterów filmu. 12 grudnia nieznany mężczyzna w czarnym samochodzie zajechał mu drogę. Był niezadowolony, że ofiara księdza-pedofila kontaktuje się z dziennikarzami. Posypały się groźby i żądanie podpisania świadczenia stwierdzającego, że bohater dokumentu zrzeka się odszkodowania od kurii.

Zdarzenie miało miejsce o godzinie 6 rano, a mężczyzna miał na głowie kaptur, przez co nie był dobrze widoczny. Jednemu z bohaterów filmu Sekielskiego nie udało się także zapamiętać całego numeru rejestracyjnego pojazdu.

„UWAGA!!! Ktoś stosuje gangsterskie metody wobec ofiary księdza pedofila. Trwa akcja zastraszania bohatera mojego filmu. Posłuchajcie co wydarzyło się dzisiaj o szóstej rano w Grądach-Woniecko (Podlasie). Pomóżcie znaleźć sprawcę. Szukamy czarnej terenowej hondy, której numery rejestracyjne zaczynają się na WO” – apelował dziennikarz.

Z kolei na początku grudnia Sekielski z ekipą filmową pojechał do innego mężczyzny molestowanego przez księdza. Gdy tylko przyjechali na spotkanie i zaparkowali auto, pojawił się obok nich patrol policji. Funkcjonariusze poinformowali, że otrzymali anonimowe zgłoszenie na numer rejestracyjny pojazdu… 20 minut przed przyjazdem dziennikarza.

Wszystkie osoby znajdujące się w pojeździe zostały wylegitymowane. Powód? „Zgłoszenie dotyczy tego, że osoby w pojeździe zachowują się podejrzanie. I ja muszę to zweryfikować” – przekazał funkcjonariusz.

Publikowane przez Sekielskiego materiały wyraźnie wskazują, że ktoś próbuje utrudnić prace nad filmem.

Fragment filmu

Mimo tych wysiłków film powstaje, a Sekielski opublikował fragment w sieci. Na niespełna 3-minutowym wideo widzimy rozmowę z ks. Adamem Jabłońskim, naczelnym kapelanem więziennictwa, który broni duchownego oskarżonego o pedofilię.

– Nigdy nie chowam dzieci przez księdzem Adamem, prędzej schowałbym przed wami – powiedział ks. Jabłoński, tym samym udowadniając, że łamane jest postanowienie prokuratora o zakazie przebywania z dziećmi księdza oskarżonego o pedofilię. Kapelan więziennictwa przyznał także, że „Adam […] uczynił zło, ale od tego jest sąd i prokuratura”. Co więcej, ks. Jabłoński informuje dziennikarza i jego ekipę, że oskarżony o pedofilię ksiądz może odprawiać msze i spowiadać w prywatnych kaplicach, a biskup zdecydował o „ukryciu” księdza. Rozmowa nie jest spokojna – kapelan więziennictwa, choć wie, że jest nagrywany, nie powstrzymuje się od przekleństw.

Zrzutka na film

Produkcją filmu zajęła się firma Kombinat Medialny, założona przez Sekielskiego w 2012 roku. W momencie ogłoszenia prac, zdjęcia były już w trakcie. Jednak początku ekipa miała problemy z zebraniem potrzebnych środków finansowych i pozyskaniem sponsorów. Jak wyjaśniał Sekielski w rozmowie z portalem o2.pl, duże stacje telewizyjne odmówiły finansowania projektu. – Przy takich wpływach, jakie ma Kościół w Polsce, także tych politycznych, dla nich to niewygodny temat. To, że rządzi dziś taka a nie inna partia, tylko umacnia wpływy Kościoła. Nie wszyscy chcą się więc wikłać w taką tematykę – mówił Sekielski.

Dziennikarzowi udało się jednak znaleźć sposób na pozyskanie środków niezbędnych do produkcji filmu – przeprowadził internetową zbiórkę na platformie Patronite. Sekielski chce zebrać łącznie 450 tys. zł, m.in. na działalność redakcji zajmującej się weryfikacją zebranych materiałów i zeznań świadków, opłacenie profesjonalnej ekipy filmowej, zakup specjalistycznego sprzętu do produkcji dokumentu, a także na postprodukcję i promocję filmu.

Pod koniec 2018 roku Tomaszowi Sekielskiemu udało się zebrać prawie 412 tys. zł od 1717 internautów. Do zakończenia zbiórki brakuje mu już jedynie nieco ponad 38 tys. zł.

Wolność od nacisków

Zebrane pieniądze mają pomóc w stworzeniu filmu „w którym obnażymy hipokryzje części kościelnych hierarchów i zmowę milczenia służącą ochronie zboczeńców a nie ich ofiar. Tylko w ten sposób może powstać prawdziwy, wolny od cenzury i nacisków dokument na ten temat” – czytamy na stronie zbiórki.

Po zakończeniu prac nad dokumentem, film zostanie udostępniony za darmo na YouTube, również w wersji angielskiej. Sekielski zapowiedział także, że zgłosi swoje dzieło na międzynarodowe festiwale i nie pozwoli na cenzurę czy blokowanie filmu.

Dziennikarz przyznał jednak, że skłania się ku decyzji o przekształceniu projektu w serial dokumentalny, na przykład dla Netflixa. – Bez przerwy dostaję nowe zgłoszenia od osób, które są ofiarami księży pedofilów. Tych historii jest po prosu tak dużo, że szkoda się ograniczać do jednego filmu – przekonywał Sekielski w rozmowie z portalem WP.pl.

W wywiadzie tym wspominał także historię osoby, która była wykorzystywana we własnym domu, podczas gdy rodzice siedzieli w pokoju obok. W innej rozmowie mówił o mężczyźnie, który był regularnie gwałcony przez księdza od 12 roku życia, a także o kobiecie, która została zgwałcona przez księdza mając jedynie 7 lat. To pokazuje, jak wielki jest problem pedofilii w polskim kościele, a przede wszystkim – jak wiele ofiar chciałoby opowiedzenia swojej historii.

Premiera filmu Tomasza Sekielskiego o pedofilii w polskim Kościele planowana jest na maj 2019 roku.

Prezydent Andrzej Duda tuż po nominacji przedstawił się jako człowiek „niezłomny”. Na co dzień może tego aż tak nie widać, ale niezłomność okazuje w chwilach próby. We wtorek taka chwila nastąpiła: w Trybunale Konstytucyjnym. Prezydent niezłomnie bronił tam „państwa prawa i sprawiedliwości społecznej”. Bronił go przed sędziami Sądu Najwyższego, którzy podstępnie powrócili do orzekania, niecnie wykorzystawszy w tym celu postanowienie obcego sądu „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Podporządkowali się obcemu wyrokowi, zamiast czekać na naszą polską, suwerenną podstawę prawną, czyli rządową ustawę, którą on, Prezydent Rzeczpospolitej, raczył – w ostatnim możliwym terminie – podpisać.

Sędziowie przeciw konstytucji

Tę wrogą postawę sędziów Sądu Najwyższego prezydent Duda potępił jednak nie tyle jako niepatriotyczną, ile jako antykonstytucyjną, co może już budzić pewne zdziwienie, bo do tej pory prezydent Duda i jego formacja polityczna konstytucję traktowali z dystansem – jako element imposybilizmu prawniczego, który należy przełamywać. I przełamywali intensywnie przez ostatnie trzy lata, powołując się przy tym na wolę suwerena. Konstytucja jest też dla nich sztandarem wrogiej armii. A powoływanie się na nią – znakiem rozpoznawczym wrogów „dobrej zmiany”. Sędziom wytacza się za to postępowania dyscyplinarne.

A więc konstytucyjne wzmożenie prezydenta Dudy wydaje się szczególnie osobliwe.

W prezydencie obudził się prawnik

Osobliwe jest też to, że raptem obudził się w nim prawnik. Swoje oburzenie na sędziów wyraził w formie prawniczego wywodu, wymieniając nawet konkretne przepisy konstytucji. Poszło o niedopuszczanie do orzekania sędziów, których do Sądu Najwyższego rekomendowała nowa Krajowa Rada Sądownictwa w konkursie zaskarżonym do NSA z powodu niekonstytucyjnej procedury. I w sytuacji, gdy prawomocność powołania samej KRS zaskarżona została – w ramach pytań prawnych NSA i SN – do Trybunału Sprawiedliwości (rozprawa przed TSUE odbędzie się 19 marca 2019).

– Chyba nikt, kto zna system prawny, w szczególności polski system konstytucyjny, i zna obowiązujące zasady, nie ma wątpliwości, że takie działanie sędziego, po pierwsze, stanowi absolutnie jednoznaczne złamanie art. 178 ust. 1 [sędziowie są niezawiśli i podlegają tylko konstytucji i ustawom] i 3 [sędziowie nie mogą należeć do partii politycznej ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów] konstytucji, po drugie, narusza uprawnienia sędziego, który został odsunięty od orzekania, wynikające z art. 178 ust. 2 konstytucji [sędziom zapewnia się warunki pracy i wynagrodzenie odpowiadające godności urzędu oraz zakresowi ich obowiązków]. Jak również, proszę państwa, jeśli spojrzymy na to szerzej, z całą pewnością drastycznie złamany jest tu art. 7 konstytucji mówiący o tym, że wszystkie władze państwowe w RP działają na podstawie i w granicach prawa – tak wywodził prawnik-prezydent Andrzej Duda.

Nie jest pewne, jaki związek z odsuwaniem od orzekania sędziów mianowanych przez nową KRS ma zakaz przynależności partyjnej sędziów (czyżby prezydent sugerował, że odsunięto ich ze względu na niejawną podległość partii rządzącej?). Nie wiadomo też, co miał na myśli, powołując się na nakaz zapewnienia odpowiednich warunków pracy i płacy, skoro ci sędziowie należną płacę otrzymują i mają gabinety. Ale nie każdy tak dobrze „zna system prawny, w szczególności polski system konstytucyjny, i obowiązujące zasady”, jak prezydent Duda.

Andrzej Duda przypomniał sobie, czego jeszcze niedawno nie pamiętał

Z radością za to trzeba powitać fakt, że prezydent przypomniał sobie art. 7 konstytucji, że władze działają „na podstawie i w granicach prawa”. Bo można odnieść wrażenie, że sam nie do końca o tym pamiętał, odmawiając zaprzysiężenia trzech sędziów wybranych do Trybunału Konstytucyjnego przez poprzedni Sejm, mimo że Trybunał Konstytucyjny potwierdził prawomocność tego wyboru. Albo mianując prezesem TK Julię Przyłębską, mimo że została wybrana na podstawie przepisów, które weszły w życie dopiero dwa tygodnie później. I mimo braku uchwały sędziów TK o przedstawieniu jej kandydatury. Kiedy ułaskawiał Mariusza Kamińskiego, zanim ten został skazany. Kiedy rozpatrywał wnioski sędziów SN o pozwolenie na dalsze orzekanie po 65. roku życia, mimo że takich wniosków do niego nie skierowali. Kiedy wyrażał tę zgodę – lub nie – mimo braku kontrasygnaty premiera. Kiedy mianował sędziów do Izby Karnej i Cywilnej SN, ignorując prawomocne orzeczenia NSA wstrzymujące te nominacje w związku z zakwestionowaniem legalności konkursu, w którym zostali wybrani. I gdy tłumaczył się, że go owo orzeczenie NSA nie dotyczy, bo „nie był stroną w sprawie” (to tłumaczenie przejdzie zapewne do historii prawa). I wreszcie, kiedy posyłał do Sejmu projekty swoich ustaw „sądowych”, których zgodność z konstytucją i prawem Unii jest punkt po punkcie kwestionowana.

Zgubiłeś się? Sprawdź, gdzie jesteśmy w sporze o sądy

Anarchia w wymiarze sprawiedliwości

Prezydent sędziom jednak nie pobłaża: – Jeżeli na forum publicznym znaczące postaci wymiaru sprawiedliwości, poczynając od I prezesa SN, poprzez prezesów Izb, w sposób otwarty naruszają obowiązujące przepisy prawne, naruszają przepisy konstytucyjne, lekceważą obowiązujące przepisy ustawowe, to mamy do czynienia z anarchią wywoływaną przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości – gromił ich w Trybunale Konstytucyjnym, wzywając do chóru moralnego potępienia także obecnych sędziów TK, z Julią Przyłębską na czele.

Ciekawa jest hierarchia wartości zaprezentowana przez prezydenta Andrzeja Dudę. Wydawać by się bowiem mogło, że decyzja prezesów Izby Karnej i Cywilnej SN o niewyznaczaniu spraw sędziom do czasu wyjaśnienia legalności ich powołania chroni praworządność i dobro wspólne. W szczególności interes obywateli czy innych podmiotów prawnych, których sprawy ci sędziowie mogliby osądzić w sytuacji, gdy ich wyrokom grozi zakwestionowanie. Ale prezydent ocenił, że w tym przypadku ważniejsze jest dobro sędziów niedopuszczonych do orzekania.

Obywatele sortu gorszego, lepszego i prima

To jest jednak spójne z wyrażoną przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego – na początku rządów PiS – zasadą podziału obywateli na tych lepszego i gorszego sortu. Zapewne wybrańcy nowej KRS to obywatele prima sort, więc ich prawo do orzekania jest ponad prawem do niezależnego sądu obywateli o nieustalonym autoramencie. Choć w tym kontekście dalsza część wywodu prezydenta może nieco dziwić: – Mam nadzieję, że Polska nadal jest demokratycznym państwem prawa, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Bo jeżeli jest nim, to ja pytam, gdzie w takim razie jest sprawiedliwość społeczna, równość wobec prawa?

No więc jednak równość? Trudno nadążyć. Ale jest też prostsze wytłumaczenie: prezydent się zapędził, jak kiedyś, gdy głosił, że czas sobie nawzajem przebaczyć, na co prezes Kaczyński odpowiedział kontrprzemówieniem: „przebaczenie – tak, ale po wymierzeniu stosownej kary”.

Na koniec prezydent rytualnie przywołał frazę o nadzwyczajnej sędziowskiej kaście: – Mamy sytuację, w której pewna grupa elity sędziowskiej uważa się za bezkarną. I za taką, której polskie prawo nie obowiązuje, tylko dlatego że im się nie podoba.

Bezkarni sędziowie już nie tak bezkarni

Można zapytać, czy PiS-owi też nie podoba się polskie prawo, kiedy je dowolnie zmienia zgodnie z ideą przeciwdziałania imposybilizmowi. Co do bezkarności sędziów – to jednak pan prezydent przesadził. Zgodnie z jego projektem wyrychtowano już na sędziów Izbę Dyscyplinarną w Sądzie Najwyższym. Autonomiczną – nikt tam nie odsunie wątpliwie wybranych nominatów od orzekania. Sędziowie już dostają zarzuty dyscyplinarne za kierowanie pytań prawnych do TSUE i ukuto nawet nowe – nieformalne jeszcze – przewinienie dyscyplinarne o nazwie „eksces orzeczniczy”. A swoje zrobi też pewnie prokuratura, której żaden imposybilizm niestraszny.

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo?

Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf odniosła się do przemówienia Andrzeja Dudy, w którym krytykował sędziów, zarzucając im m.in. anarchię i bezprawne działania. – „Jestem zażenowana tymi słowami. Myślę, że pan prezydent przesadził, co najmniej. Ale ponieważ wszyscy przedstawiciele Kancelarii Prezydenta powtarzają to, że działamy wbrew prawu, to to jest chyba jednak zamierzone. To nie był jakiś taki lapsus czy zdenerwowanie pana prezydenta. Absolutnie żaden z sędziów ani prezesi sądów, ani ja, nie przekroczyliśmy prawa” – powiedziała prof. Gersdorf w TVN24. – „To stwierdzenie, że nie stosujemy się do prawa, do Konstytucji, to chyba wynika z takiego niezrozumienia tego, że jesteśmy członkiem Unii, że obowiązują nas orzeczenia Trybunału w Luksemburgu” – dodała.

Zapytana, czy nie obawia np. postępowań dyscyplinarnych czy prokuratorskich, Pierwsza Prezes SN stwierdziła: – „Życie jest tak bogate w zaskakujące scenariusze, że można sobie wyobrazić każdy z tych scenariuszy. Można sobie wyobrazić, że będzie wszczęte postępowanie dyscyplinarne wobec mnie i prezesów. Można sobie wyobrazić, że prokuratura zostanie zawiadomiona o popełnieniu przestępstwa urzędniczego na przykład. Można sobie to wszystko wyobrazić, bo to się dzieje. Jeżeli wszczyna się postępowania dyscyplinarne za to, że sędziowie pytają Trybunał w Luksemburgu, zadają pytania prejudycjalne, no to wszystko sobie można sobie wyobrazić. A może nawet i więcej. Może nasza wyobraźnia już nie sięga tego, co władza może z nami zrobić. Toga zawsze ugnie się przed bagnetem” – powiedziała prof. Gersdorf.

Pierwsza Prezes odniosła się także do sławetnej „uchwały koszulkowej” nowej KRS. – „To są jakieś absurdalne te uchwały KRS co do koszulek z napisem „Konstytucja”. To słowo nie może nikogo razić. Wchodzenie przez KRS w to, jak ma być ubrany – nie na sali sądowej – sędzia jest niestosowne” – powiedziała. Prof. Gersdorf przyznała, że sama ma naszyjnik z takim napisem.

Według niej, nowa KRS, „nie stoi na straży ochrony sędziów, tylko raczej zmierza do tego, żeby negatywnie oceniać tych sędziów, którzy występują czy orzekają wbrew myśli przewodniej partii rządzącej. Takim przykładem są te koszulki”. – „Na pewno sędziowie mają być apolityczni i nie mogą należeć do partii politycznych, związków zawodowych, ale jest taki czas, kiedy trzeba bronić niezależności, niezawisłości sądownictwa i wtedy sędzia ma obowiązek powiedzieć obywatelom, co to jest niezależność, co to jest niezawisłość i które z instrumentów chronią tę niezawisłość, a które wręcz przeciwnie” – podkreśliła Pierwsza Prezes SN.

Przyspieszone głosowanie do Sejmu skróci do minimum kampanię.

Weekendową zapowiedź Krystyny Pawłowicz o wycofaniu się z polityki można potraktować jako kolejny przejaw ekstrawagancji tej kontrowersyjnej posłanki, ale można także umieścić w szerszym kontekście – przygotowań obozu władzy do przedterminowych wyborów.

Bo wiele przemawia za tym, że Jarosław Kaczyński podjął decyzję o przyspieszeniu parlamentarnej konfrontacji i będzie chciał do niej doprowadzić przed elekcją do europarlamentu, zaplanowaną na maj przyszłego roku. Obecna sekwencja wydarzeń, czyli wybory do Sejmu i Senatu, następujące po tych do Parlamentu Europejskiego, jest dla PiS skrajnie niekorzystna.

Te ostatnie będą odbywać się w cieniu sporu o rzekomy polexit, który – w narracji opozycji – przygotowuje, nolens volens, ugrupowanie Kaczyńskiego. Ponadto, specyfika elekcji do europarlamentu nie sprzyja PiS – frekwencja na poziomie 25 proc., nadreprezentacja elektoratu z dużych miast, lepiej wykształconego, o wyższym statusie materialnym. Jest wielce prawdopodobne, że obóz władzy te wybory przegra, a to uruchomiłoby niekorzystne dla niego procesy społeczne – zdemobilizowałoby część jego zwolenników i działaczy, a jednocześnie dałoby wiarę w jesienne zwycięstwo liderom i wyborcom opozycji. Tego właśnie dałoby się uniknąć, rozwiązując parlament i zarządzając przedterminową elekcję na marzec.

Przy takim posunięciu niegroźna byłaby inicjatywa o. Rydzyka, bowiem tego typu partia nie miałaby czasu na zorganizowanie się. Podobnie jak inne prawicowe inicjatywy, które majaczą na horyzoncie i szykują się na wybory do europarlamentu – mam tu na myśli sojusz narodowców z korwinistami czy też Kukiz’15 z Bezpartyjnymi Samorządowcami. Ale korzyścią największą byłoby całkowite zaskoczenie opozycji po lewej stronie od PiS – czyli PO, PSL, SLD i innych podmiotów na lewicy. Taki wist byłby także bardzo groźny dla inicjatywy Roberta Biedronia, który zapowiedział kongres swej partii dopiero na 3 lutego i raczej szykuje się na bój o Brukselę, a nie o Wiejską.

Wyobraźmy sobie bowiem, w jak ciężkiej sytuacji byliby liderzy opozycji, gdyby pod koniec stycznia dowiedzieli się, że za 45 dni jest elekcja parlamentarna, której oczekują dopiero za rok. W jakim kształcie organizacyjnym do niej pójść? Jak ułożyć listy, jeśli zdecydowano by się na wspólny start? Jak podzielić oczekiwane subwencje i dotacje? Kto miałby wejść w skład sztabu wyborczego? Jaką strategię przyjąć? Odpowiedzi na te wszystkie pytania trzeba byłoby udzielić sobie, partnerom, a na końcu wyborcom, w ciągu mniej więcej dwóch tygodni. Krótko, prawda? Zwłaszcza jeśli obecnie żyje się w przeświadczeniu, że jest na to czas do wakacji, po elekcji do europarlamentu.

Wiele zatem przemawia za tym, że Kaczyński zdecyduje się na marcowe wybory do Sejmu i Senatu. I wiele także na to wskazuje – od wzmiankowanego na początku artykułu wysłania posłanki Pawłowicz na polityczną emeryturę, poprzez wzmożenie marketingowe ostatnich dni, aż po zmianę stylu i przekazu politycznego, a także zapowiedź kolejnych transferów socjalnych. Czy oznacza to, że na pewno prezes PiS zdecyduje się na przedterminowe wybory?

Niezupełnie. Po pierwsze, samo doprowadzenie do nich jest nieco problematyczne. Obóz władzy nie ma wystarczającej liczby szabel, by doprowadzić do samorozwiązania Sejmu (potrzeba do tego 307 głosów „za”), ale może skorzystać z art. 225, który pozwala prezydentowi rozwiązać Sejm w razie nieprzedstawienia mu do podpisu ustawy budżetowej w ciągu czterech miesięcy od dnia zaprezentowania Sejmowi jej projektu. Ale wiąże się z tym ryzyko – nie tyle natury politycznej, bo jeśli taka byłaby wola Kaczyńskiego, to wydaje się, że Andrzej Duda by ją spełnił, ale wizerunkowa. Ciężko bowiem będzie wytłumaczyć elektoratowi, dlaczego parlament zdominowany przez PiS, nie potrafił przedstawić ustawy budżetowej „swojemu” prezydentowi i dlaczego ten „swój” prezydent rozwiązuje potem „swój” parlament. Jednak to, że jest to zadanie trudne, nie oznacza, iż jest ono niemożliwe.

Drugi problem jest psychologiczny – Kaczyński utracił władzę w 2007 roku właśnie dlatego, że zdecydował się na przedterminowe wybory i ta trauma sprzed 11 lat na pewno w nim tkwi, co może blokować go przed podjęciem tego kroku. Ale z drugiej strony, wydarzenia sprzed 12 lat powinny go zachęcać do takiego ryzyka – powszechnie się bowiem uważa, że gdyby na przełomie 2006 i 2007 roku obaj bracia Kaczyńscy zdecydowali się na skorzystanie z art. 225, to prawdopodobnie PiS zapewniłoby sobie w przedterminowych wyborach większość bezwzględną w Sejmie i nie musiałoby tworzyć rządu z LPR i Samoobroną, co dałoby mu cztery lata spokojnych rządów i rozpad PO w bonusie.

Co najmniej z tych dwóch powodów prawdopodobieństwo tego, że elekcja parlamentarna będzie w marcu, nie jest stuprocentowe. Poza tym prezes PiS znany jest z tego, że lubi straszyć swoich wojów groźbą przyspieszonych wyborów i kolejnego wysiłku kampanijnego, bo skutecznie utrzymuje to w ich szeregach niezbędną dyscyplinę. Ale jest coś, co Kaczyński lubi jeszcze bardziej – zaskakiwać i szachować niestandardowymi posunięciami swoich politycznych przeciwników. Bowiem to daje mu przewagę psychologiczną, pozwala narzucać agendę i – podobnie jak w szachach – gwarantuje zachowanie inicjatywy. No i sprawia zwykłą ludzką radość.

A ta w polityce czasami zwycięża nad innymi emocjami i zimnymi kalkulacjami. Dlatego właśnie za bardzo prawdopodobną należy uznać perspektywę marcowych wyborów do Sejmu i Senatu. Też się, Państwo, cieszycie?

Byłoby świetnie, gdyby Robert Biedroń zmobilizował niegłosujących. Ale gdyby tak się działo, to nie atakowałby cały czas Koalicji Obywatelskiej. Wie, że między innymi jej będzie zabierał głosy. Te ataki wyglądają trochę tak, jakby świadomie decydował, że kosztem przyszłości Polski (czyli czy PiS będzie miał większość, czy nie) pragnie budować swój projekt. Pierwsze są eurowybory. Zobaczymy, czy ludzie kupią kolejny niby-oddolny ruch budowany przez jednostkę, czy twardą politykę zapowiadającą realną zmianę – mówi w rozmowie z nami Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej i Koalicji Obywatelskiej. – Już 6 stycznia uruchamiamy inicjatywę dotyczącą rozdziału Kościoła od państwa. Będziemy zbierać podpisy pod projektem likwidującym patologie w relacjach państwo-Kościół. Najwyższy czas zacząć to robić – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Kupiłaby pani koszulkę albo bluzę z napisem „Wspólnie zmieniamy Polskę”? Takie w swoim sklepie internetowym sprzedaje Robert Biedroń.

BARBARA NOWACKA: Nie planuję. Jestem zaskoczona, że Robert sprzedaje także koszulki z własnym wizerunkiem. Z hasłami – zrozumiałe. Ale może to pokazanie, że nie boi się starcia z własnym ego. Jedni cenią w polityce skromność, inni wręcz przeciwnie. Ten projekt polityczny budowany jest tylko wokół Roberta, z pokazaniem liderskiego ego.

Tym też jest pani zdziwiona?
Znając jego wieloletnie doświadczenie w polityce, jestem zaskoczona. Zaczynał przecież kilkanaście lat temu w SLD, wie na czym polega współpraca w partii i jakie błędy są popełniane przez tzw. partie liderskie. Jedną osobę zawsze łatwiej zniszczyć. Widzieliśmy, jak skończył Ruch Palikota (Robert zresztą z bardzo bliska), co teraz dzieje się z projektem Ryszarda Petru – i tym poprzednim, czyli Nowoczesną, i obecnym.

Wiele projektów powstawało na fali poparcia dla konkretnej osoby i wiary, że ta osoba pokaże, jak zmienić świat, ale one szybko się kończą i wypalają.

To nie jest metoda budowania polityki, która powinna być budowana na wartościach, a nie osobowościach. W polityce ważne są nie tylko sympatia i fajny wizerunek, ale przede wszystkim wielkie idee oraz konkrety, czyli program.

Robert Biedroń już na starcie wysoko celuje. Mówi, że chce być premierem.
I mówi to doświadczony polityk… To też trochę mnie zaskakuje. Chociaż z drugiej strony taka deklaracja jest ustawieniem ambicji na siebie, a nie na zmianę. Jaką zmianą będzie to, że premier będzie mówił fajniej lub mniej fajnie? Realną zmianą będzie to, jaki ta osoba ma pomysł, władzę i możliwości realizacji.

Najważniejsze nie jest to, że ktoś chce być premierem, tylko po co chce być premierem. A żeby cokolwiek zrobić, trzeba mieć większość.

Przekona zrażonych polityką? Czy odbierze głosy opozycji?
Byłoby świetnie, gdyby zmobilizował niegłosujących. Ale gdyby tak się działo, to nie atakowałby cały czas Koalicji Obywatelskiej. Wie, że między innymi jej będzie zabierał głosy. Te ataki wyglądają trochę tak, jakby świadomie decydował, że kosztem przyszłości Polski (czyli czy PiS będzie miał większość, czy nie) pragnie budować swój projekt. Owszem, ma do tego prawo, ale trzeba też mieć świadomość konsekwencji, jakie taka decyzja może za sobą pociągnąć. Pierwsze są eurowybory, zobaczymy czy ludzie kupią kolejny niby-oddolny ruch budowany przez jednostkę, czy twardą politykę zapowiadającą realną zmianę.

Może zdecyduje się jednak dołączyć do opozycji, być może Koalicji Obywatelskiej?
Myślę, że ostatecznie rozstrzygnie się to po wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Cały czas kluczowe jest pytanie: po co jest się w polityce? Po to, aby promować własny szyld, czy walczyć o najważniejsze wartości? Nie żyjemy w normalnych czasach. Nie zastanawiamy się, czy demokracja ma być mniej, czy bardziej liberalna, tylko czy w ogóle ma być demokracja, czy tak jak to, do czego zbliżył nas PiS – demokratura. Moim zdaniem po prostu nie można Polski oddać PiS-owi.

Rozmawiała pani ostatnio z Robertem Biedroniem?
Nie rozmawiałam z nim już bardzo dawno. On zaś prowadzi ze mną dialog przez media, najpierw mnie obraża, później przeprasza. Smutne to, bo przecież znamy się od wielu lat. Wysłanie SMS-u z przeprosinami po tym, jak powiedziało się coś głupiego, nie powinno boleć.

Czym zakończy się kłótnia w rodzinie Koalicji Obywatelskiej? Mam na myśli oczywiście PO i Nowoczesną?
Jestem przekonana, że do eurowyborów wszystko się ułoży. Teraz ujawniły się pewne konflikty i napięcia, co jest normalne między partiami, szczególnie tak bliskimi, jak PO i Nowoczesna. One odwołują się przecież do wspólnego elektoratu. Wierzę w mądrość Katarzyny Lubnauer i Grzegorz Schetyny. Wierzę, że nie pozwolimy w ciągu kilku dni roztrwonić zbudowanego już zaufania.

Wierzę, że wrócimy jako Koalicja Obywatelska, będziemy dobierać nowe osoby i środowiska po to, aby wygrać z PiS-em. Przecież wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że to jest właśnie nadrzędny cel.

Nie zakładaliśmy KO dlatego, że się lubimy. Postanowiliśmy iść razem, bo mamy świadomość, że żaden z naszych postulatów nie zostanie zrealizowany w państwie PiS-u. Wiemy, że trzeba to zatrzymać, więc jestem przekonana, że się porozumieją.

Wie to pani z rozmów z tymi politykami?
Wiem to z doświadczenia politycznego. Jeżeli tak się nie stanie, to będzie oznaczało, że nie wspólny cel Polski demokratycznej przywiódł ich do polityki. Ale absolutnie w to nie wierzę. Wszystko się ułoży.

Rozumie pani obawy polityków Nowoczesnej, że partia zostanie „zjedzona” przez większą i silniejszą PO? Pani nie ma takich obaw?
W każdej koalicji to jest zagrożenie. Rozmawiając z silniejszym, trzeba sobie zdawać z tego sprawę, ale trzeba wiedzieć, o co się walczy i to robić. Trzeba pokazywać własną siłę i determinację. A jeżeli jest to wspólnota polityczna, to ze strony tego większego też potrzebna jest refleksja.

Kampania samorządowa pokazała, że także w PO mają świadomość tego, że jesteśmy różnorodnym społeczeństwem, potrzebny jest też przekaz bardziej liberalny i bardziej społeczny. Dlatego wielu kandydatów, a teraz już prezydentów miast, prezentowało bardzo pozytywny i progresywny program.

O co „swojego” zamierza walczyć Inicjatywa Polska?
Tych spraw jest dużo: polityka społeczna, równość płac i szans, prawa i wolności osobiste. Już 6 stycznia uruchamiamy inicjatywę dotyczącą rozdziału Kościoła od państwa. Będziemy zbierać podpisy pod projektem likwidującym patologie w relacjach państwo-Kościół. Najwyższy czas zacząć to robić. I  chociaż mamy świadomość, że kiedy ten projekt trafi do Sejmu, zapewne zostanie przez PiS odrzucony, chcemy pokazać wagę problemu, skalę zapotrzebowania na zmianę i rozpocząć debatę społeczną. I tu akurat z Nowoczesną jesteśmy po tej samej stronie, ale jeżeli chcemy przekonać bardziej konserwatywnych wyborców, to musimy także pokazać siłę mobilizacji i znów – konkretne rozwiązania.

Czego konkretnie ma dotyczyć projekt?
Przede wszystkim finansowania lekcji religii w szkołach –

nie ma powodu, byśmy jako społeczeństwo za edukację religijną płacili. Inne są potrzeby edukacyjne dzieci i młodzieży. Likwidacja Funduszu Kościelnego. Ale ważną częścią składową będzie także tzw. część symboliczna. Nie ma powodu, aby uroczystości państwowe były połączone z religijnymi. Sprawa wiary jest sprawą prywatną.

Przy bliskich związkach Kościoła i państwa wyraźnie widać, jak Kościół wpływa na proces legislacyjny albo korzysta ze specjalnych przywilejów, chociażby chroniąc w swoich szeregach przestępców. To są rzeczy, które trzeba uregulować. Poza tym skorzysta na tym budżet państwa. Kościół jest bogatą instytucją, nie ma żadnego powodu, żebyśmy wszyscy opłacali lekcje religii w szkołach.

Polacy są gotowi na podjęcie takiej dyskusji?
To jest moment, w którym społeczeństwo dojrzało do zmian. Ludzie przestali bać się mówić o skandalach pedofilskich, ale także o rzeczach związanych z „nieuczciwym” gospodarowaniem pieniędzmi, skandalicznie wysokich opłatach za chrzty albo pogrzeby.

Czarę goryczy przelało to, co dzieje się w ostatnim czasie – pisanie prawa przez biskupów.

Kościół poczuł się jak w swoim państwie, a nie w państwie, w którym są także osoby niewierzące czy zwyczajnie myślące inaczej, niż doktryny wiary. Próbuje dyktować warunki, narzucać projekty ustaw, uderza w kobiety, domaga się większej ochrony i więcej pieniędzy na biznesy pana Tadeusza Rydzyka.

Pani wystartuje w wyborach do Sejmu?
Tak planuję. Trzeba wyznaczyć sobie cel, a ja mam świadomość, że

w 2019 roku w polskim parlamencie będzie potrzebna determinacja do tego, żeby odbudować to, co PiS zrobił z polityką społeczną czy edukacją, ale także powalczyć o to, aby wreszcie Polki miały równe prawa, szanse i pensje. Walczę o to od dawna i się nie poddam.

Z ręką na sercu, wierzy pani, że uda się pokonać PiS?
Tak, ale pod warunkiem, że będziemy współpracować w ramach partii prodemokratycznych. Polaryzacja postępuje, co pokazały wybory samorządowe. Teraz musimy przygotować się do wyborów europejskich. Musimy pokazywać rzeczy najbardziej istotne. Musimy głośno mówić o tym, co się wydarzy, jeżeli PiS pozostanie przy władzy, a gospodarka i polityka społeczna będą szły w dotychczasowym kierunku. Jeżeli nie wygramy z PiS-em, to oddamy naszą demokrację.

Afera KNF zburzy budowany przez PiS wizerunek partii walczącej z „układami”?
Ludzie zaczynają dostrzegać to, co się tak naprawdę dzieje, także na poziomie lokalnym. PiS wszędzie umieścił swoich i to wysoce niekompetentnych swoich. Widać to na każdym poziomie, lokalnym i centralnym.

W instytucjach państwowych zasiadają ignoranci, których jedynym celem jest bycie wiernym lub tak jak w przypadku instytucji państwowych – służyć władzy. Rodzi się zasadnicze pytanie: po co im ta kontrola i te pieniądze?

Po co?
Każdy przytomny człowiek jest w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego władza zmierza, bo widzimy, do czego zmierza między innymi w sądownictwie, w mediach czy w edukacji – do przyjęcia kontroli nad państwem.

Afera KNF to nie był wypadek przy pracy?
To nie jest afera jednego przypadkowego człowieka. Gdyby tak było, nie obserwowalibyśmy ciągu dalszego. Zaczęło się od tego, że były szef KNF mógł „posprzątać” swój gabinet zanim wkroczyły tam służby, później CBA zatrzymało byłych szefów komisji, także tych, którzy byli ofiarami bandytów, a minister Zbigniew Ziobro, prokurator krajowy Bogdan Święczkowski czy związany ze SKOK-ami senator Grzegorz Bierecki zaczęli obrzucać błotem ofiarę mafii, tłumacząc przestępców. Nie mieści mi się to w głowie.

Prokuratura działa, ale to jest działanie na szkodę kraju.

PiS traci nerwy?
Wygląda na to, że tak, bo wszyscy zobaczyli nie tylko to, że władza korumpuje, ale także przy okazji ujawniły się wewnętrzne walki frakcyjne w PiS-ie. Partia stosuje przy tym sprawdzone w latach 2005-2007 metody działania. Przypomnę, że minister Zbigniew Ziobro zniszczył polską transplantologię, bezzasadne oskarżając lekarza i mówiąc na konferencji prasowej, że „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Ten człowiek nie czuje żadnej odpowiedzialności za słowo, za to widać jego bezwzględność w dążeniu do własnych, często osobistych celów. To samo teraz dzieje się z byłym wiceszefem KNF Wojciechem Kwaśniakiem. Przy tej okazji

władza pokazuje wielu przestępcom, że jest w stanie ich wybronić, a tym, którzy z nimi walczą, że w państwie PiS-u nie zawsze będą chronieni. To jest sygnał dla bandytów, że jeżeli będą po stronie władzy, wcale nie będzie im źle. I ostrzeżenie dla uczciwych, żeby nie szukali za daleko.

Po co premierowi było wotum zaufania?
To był polityczny cyrk. PiS nie zrobił tego, aby sprawdzić, czy ma większość, bo to wie. Zrobił to, aby udowodnić, że sobie ufają, ale przede wszystkim, aby przykryć wniosek nieufności złożony wcześniej przez PO. Nieprzypadkowo też dyskusja nad nim odbyła się w piątek o godz. 21. Nie chcieli mówić o aferze KNF, woleli udawać, że jej nie ma. Ale sprawa jest i będzie, bo Polacy najbardziej nie lubią być okradani.

Jakim człowiekiem po roku rządzenia okazał się Mateusz Morawiecki?

To Dyzma, który myśli, że jest Piłsudskim. To człowiek, któremu wydaje się, że jest kimś wielkim i może wszystko. Miał być inteligentnym technokratą, a został słabszą wersją Patryka Jakiego, czyli zrobi wszystko i powie wszystko, aby zachować władzę.

Jedyna różnica jest taka, że może lepiej zna język angielski. Myślę, że część konserwatystów prawicowych przy PiS-ie liczyła, że Mateusz Morawiecki będzie proeuropejski i trochę bardziej uczciwy. A zobaczyliśmy pustego cynika.

Który przekonuje, że rządy PiS-u to pasmo sukcesów.
T. Love śpiewa „jest super, jest super, więc o co ci chodzi”. Premier właśnie takie słowa powtarzał z sejmowej mównicy. Ale nie jest dobrze, skoro muszą to sobie sami powtarzać. Jaka jest rzeczywistość?

Afera za aferą, protest rolników, chaos w szkołach, zdenerwowanie rodziców i szykowany protest nauczycieli, strajk pracowników sądowych, podwyżki cen energii, paliwa, żywności, kolejki do lekarzy… Gdzie jest super? U premiera i jego kolegów. Tak, oni mają super.

PiS próbuje jeszcze przekonać Polaków, że „Polexit to piramidalna bzdura”. Taka taktyka się sprawdzi?
Przecież od dawna wiemy, że władza jest antyeuropejska. Teraz będą udawać, bo taki przykaz dostali od prezesa na spotkaniu w Jachrance – mają kochać Europę, nie nazywać unijnej flagi szmatą. Ale długo nie wytrzymają. Za chwilę wyjdzie z nich prawda, bo antyeuropejskie poglądy są na tyle silne, że nie da się ich tak po prostu schować. A poza tym Polacy mają dobrą pamięć i wiedzą, że PiS jest antyeuropejski, a Mateusz Morawiecki kłamie. Nie wystarczy pomachać teraz unijną flagą.

Waldemar Mystkowski pisze o tym, jak PiS chce dopaść sędziego Tuleyę.

Postępowania wobec niego mogą zakończyć się dyscyplinarkami.

Sędzia Igor Tuleya to jeden z bardziej rozpoznawalnych sędziów. Bardzo nie pasuje władzy PiS, gdyż zachowuje swoją niezależność. Zaliczany jest do niewielkiego grona 284 „sędziów wolności”, którego listę publikuje Archiwum Osiatyńskiego w dziale „Alfabet buntu”.

Służby podległe Zbigniewowi Ziobrze urządziły na sędziego Tuleyę dosłownie polowanie z nagonką. Tuleyi trafiła się w Sądzie Okręgowym w Warszawie sprawa wg przydziału normalnego obiegu, tj. alfabetycznego. Ale za to sprawa spektakularna, która wejdzie do podręczników politologii.

W grudniu 2016 roku doszło w Sejmie do wykluczenia posła PO Michała Szczerby, po czym marszałek Kuchciński przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, do której nie wpuszczono posłów opozycji, a głosowano wówczas nad jedną z najważniejszych uchwał – budżetową. Istniało domniemanie, iż nie było kworum podczas głosowań, czyli budżet został najprawdopodobniej uchwalony niezgodnie z prawem.

Odbywał się wówczas protest obywateli pod Sejmem, a Jarosław Kaczyński wyjeżdżał z gmachu parlamentu z charakterystycznym uśmieszkiem na swej twarzy, który narracyjnie należy odczytać: „ale zrobiłem z was wałów”. Później sekwencję tych zdarzeń przyciężkie umysły pisowskie nazwały „puczem”.

Opozycja złożyła zawiadomienie do prokuratury, ta jednak podległa Ziobrze nie dopatrzyła się żadnych uchybień i sprawę umorzyła. Jednak trafiła ona do sądu i rozpatrzył ją sędzia Tuleya, który uchylił decyzję prokuratury i nakazał wznowienie śledztwa.

No i się zaczęło. Od kilku miesięcy specjalny wydział w Prokuraturze Krajowej sprawdza decyzję Tuleyi. Przesłuchiwani są pracownicy sądu i sędziowie oraz prezes Sądu Okręgowego w Warszawie. Ten wydział wewnętrzny  został utworzony przez PiS do specjalnego ścigania sędziów i prokuratorów.

W tym aspekcie jest to przykład ewidentnego państwa policyjnego. Niczego na Tuleye nie znaleziono, bo ten zachował szczególną staranność proceduralną. Nawet nominant Ziobry zastępca prezesa sądu Dariusz Drajewicz wzywał Tuleye na dywanik i co charakterystyczne dla tej władzy, zrobił to, gdy prezes sądu była na urlopie.

To jest polowanie na Tuleyę z najwyższej półki prokuratorskiej (ambony), bo Prokuratury Krajowej. Nagonkę zaś prowadzi rzecznik dyscyplinarny sądów powszechnych. W tej chwili przeciw Tuleyi odbywa się 7 postępowań, w których jest wymieniony z nazwiska.

Postępowania mogą zakończyć się dyscyplinarkami. I chyba tak się stanie. Tuleya jeszcze się trzyma, nie daje zaszczuć, ale każdy ma swoją wytrzymałość. W tym aspekcie w ogóle nieznanym publiczności polskie sądownictwo zostało rozłożone, gnije, toczy je nowotwór bezprawia i służalczości. Togi sędziowskie zamienione zostały na liberie. Na czele ministerstwa sprawiedliwości i prokuratury stoi osobnik Ziobro, niezbyt kumaty magister prawa.