Tag Archives: Agnieszka Kublik

Tylko Tusk może odsunąć Kaczyńskiego od władzy

3 Sier

Wszyscy, którzy krakali, nie mieli racji. Ale przyznam, że nawet ja sam nie oczekiwałem aż tak wielkiego efektu – mówi prof. Radosław Markowski, socjolog i politolog z Uniwersytetu SWPS.

Wywiad z prof. Radosławem Markowskim >>>

Kmicic z chesterfieldem

W sprawie zarobków parlamentarzystów i wysokich urzędników państwowych mam tylko jeden postulat – ich zarobki powinny być takie jak zarobki nauczycieli.

PiS wprowadza tylnymi drzwiami – rozporządzeniem prezydenta – ogromne podwyżki dla premiera, ministrów, posłów, senatorów, wojewodów i wielu innych ważnych urzędników. W Sejmie chce zaś przyjąć ustawę o dorzuceniu pieniędzy prezydentowi, włodarzom miast i radnym.

Prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morrawiecki przedstawiają tę sytuację jako wynik ogólnego dobrobytu kraju. Skoro rosną pensje obywateli, więcej powinna zarabiać władza, która uszczęśliwiła rodaków.

Nie dajmy się zwieść. W polityce istotne jest nie tylko to, co się robi, ale jak się robi i dlaczego się robi.

Gdyby PiS mógł podnieść pensję tylko swoim, toby to zrobił. Tu chodzi tylko o konsolidację obozu władzy. Nas nie włączono w proces decyzyjny – komentuje Katarzyna Lubnauer z KO.

Więcej o chciwości PiS >>>

Ataki antyszczepionkowców na punkty szczepień budzą złość i oburzenie, ale nie są zaskoczeniem…

View original post 155 słów więcej

 

Prezesa mają w walentynkowej dudzie

14 Lu

Przyłącza się Poznań.

WalęTynka dla Prezesa

Dla państwa, które próbuje zbudować Kaczyński, otwarte na świat media, służące prawdzie i zdrowemu rozsądkowi, są śmiertelnym zagrożeniem. Podważają podstawy konstrukcji, jaką próbuje ulepić z populizmu, katolicyzmu i nacjonalizmu

Definicja post-prawdy zbudowana w 1967 roku przez Hannah Arendt:

Piotr Pacewicz punktuje Kaczyńskiego, który powinien lezeć na dechach i zdychać, na razie zdycha Polska >>>

To, co zdarzyło się ostatnio z panią Pawłowicz, to ostateczne domknięcie arogancji władzy. Powstała nowa nomenklatura w Polsce, która już się nie kryje z tym, że jedyne, co ich spaja, to – jak w sztuce Bogusława Schaeffera – „nie patrz w dal, wal po szmal” – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego. I dodaje: – Podejrzewam, że Budce i Trzaskowskiemu udało się włożyć kij w mrowisko i powstała obawa, że zaraz Platforma dostanie defibrylator i ożyje. Czy tak będzie, nie wiem, bo to był na razie pierwszy symptom, ale ci wszyscy, którzy złożyli już Platformę do grobu, zrobili to chyba przedwcześnie.

Rozmowa z dr. Mirosławem Oczkosiem >>>

Gdyby Gowin otrzymał propozycję zostania premierem wraz z przekonującym proceduralnym sposobem doprowadzenia do tego, to mógłby się tym zainteresować; w innym przypadku nie sądzę. Rząd techniczny, przejście na stronę opozycji to wyzwanie niesłychane i ogromne ryzyko. Gdyby miał ryzykować, to tylko w grze o najwyższą stawkę, czyli urząd Prezesa Rady Ministrów, bo to jest właśnie ta najwyższa stawka – mówi Leszek Miller, były premier, dziś eurodeputowany. Pytany nie tylko o to, jak widzi rozgrywki na prawicy, ale też o działania Unii względem rządów PiS-u i o możliwe zjednoczenie opozycji. – Ja nie wiem, czy pomysł Koalicji 276 jest realistyczny, ale jeszcze bardziej nierealistyczna jest wizja odsunięcia Kaczyńskiego od władzy przez rozczłonkowaną opozycję, która startuje na osobnych listach i wzajemnie się atakuje. Proponuję trochę więcej powagi i dystansu do własnych emocji – podkreśla.

Wywiad z Leszkiem Millerem >>>

I na Węgrzech, i teraz w Polsce chodzi o jedno, by uciszyć obiektywny przekaz informacji o działaniach władzy. Przecież o budowanej kleptopii – wieże Kaczyńskiego, biznes Banasia, przekręty z maseczkami i sprzętem medycznym w pandemii, transferami na konto Rydzyka, brudami moralnymi i finansowymi  Kościoła… lista tak długa, że nie starczy miejsca… o tym wszystkim przecież nie dowiedzieliśmy się z pisowskich, zwanych przez nich „publicznymi”, mediów, tylko z niezależnych. Pojawiać się będzie cenzura, niektórzy dziennikarze nie będą mieli dostępu do informacji rządowej, jak na Węgrzech, nie będą dopuszczani do wydarzeń, do oficjeli. Ważna jest w tym też rola wielkich spółek Skarbu Państwa, które będą udawały, że potrzebne są im inwestycje w sektor medialny, tym bardziej, że poparcie dla partii władzy spada – mówi prof. Radosław Markowski politolog z SWPS, ekspert w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych. I dodaje: – Przyznam, mam kłopot, jak to możliwe, że szanujący się obywatel, mający respekt dla własnego rozumu, popierający gorąco lewicę, PSL czy KO, podjeżdża na stację Orlenu. Co nie pozwala mu zrozumieć, że pokaźna część tego, co tam zapłaci, zostanie przetransferowana w polityczne pieniądze sprzeczne z jego wartościami i interesami?

Ona wzrosła już w 2018 roku o 30 tys. w stosunku do roku poprzedniego, w 2019 roku także. Śmiertelność Polaków po raz pierwszy od dziesięcioleci wzrasta, bo PiS zawalił służbę zdrowia. To efekt ideologicznego zarządzania służbą zdrowia, gdzie religijno-fundamentalistyczne zacietrzewienie dominuje nad wiedzą medyczną, psychiatryczną oraz organizacyjną. Obecnie w Polsce nie ma służby, tylko atrapa zdrowia.

Wywiad z prof. Radosławem Markowskim >>>

Wywiad z prof. Rafałem Matyją >>>

Wojciech Maziarski o lokajach Sakiewiczu, Karnowskich >>>

Nazywanie przez Kaczyńskiego i Bielana Platformy Obywatelskiej, a ostatnio także Szymona Hołowni „lewicą”, „skrajną lewicą”, „lewakami” nie jest objawem ich oderwania od rzeczywistości, ale celową i brutalną językową manipulacją. Wypychanie swoich przeciwników z centrum i przypinania im łatki „lewicowych radykałów” Kaczyński potrzebuje do tego, aby do końca wykorzystać aborcyjną wojnę, którą sam wywołał. Kaczyński w końcu sam zdefiniuje się jako „nowe centrum” – pisze Cezary Michalski.

Esej Cezarego Michalskiego >>>

 

Kaczyński chce skręcić wyniki wyborów do Senatu, dąży do przelewu krwi Polaków

21 Paźdź

PiS złożył w Sądzie Najwyższym protest wyborczy i domaga się ponownego przeliczenia głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Wybory do Senatu były niezwykle zacięte. PiS będzie miał tam 49 senatorów, partie opozycyjne – 51. Różnica jest niewielka, więc od razu po wyborach partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła kusić senatorów opozycji. Na razie bezskutecznie. Teraz okazuje się, że walka o Senat przybrała także inną formę. Polska Agencja Prasowa poinformowała, że PiS złożył wniosek do Sądu Najwyższego o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach w wyborach do Senatu.

Zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami

Protesty dotyczą okręgów nr 75 (Mysłowice i Tychy) oraz nr 100 (Koszalin). W koszalińskim okręgu wyborczym do końca trwała zażarta walka pomiędzy trzema kandydatami – ostatecznie zwyciężył tam Stanisław Gawłowski, poseł PO, z wynikiem 33,67 proc. Tuż za nim umiejscowił się Krzysztof Nieckarz z PiS z wynikiem 33,43 proc., a na trzecim miejscu niezależny Krzysztof Berezowski (32,90 proc.).

Różnica pomiędzy pierwszym a drugim miejscem wyniosła zaledwie 320 głosów.

Gawłowski, formalnie z PO, startował jako kandydat niezależny – z uwagi na ciążące nad nim zarzuty korupcyjne nie otrzymał oficjalnego poparcia Koalicji Obywatelskiej.

Natomiast w okręgu nr 75 obejmującym Mysłowice i Tychy kandydata PiS Czesława Ryszkę pokonała kandydatka Lewicy Gabriela Morawska-Stanecka, wiceprezeska Wiosny. Tu różnica głosów była dużo większa i wyniosła 2349. Więcej o sytuacji w okręgu >>>>>

PiS: To okręgi, w których oddano sporo głosów nieważnych

Złożenie wniosku do Sądu Najwyższego potwierdza rzecznik PiS Radosław Fogiel, który wyjaśnia „Wyborczej”, dlaczego protest dotyczy akurat tych dwóch okręgów: – Są to okręgi, w których były nieduże różnice między kandydatami oraz oddano sporo głosów nieważnych. Tych głosów nieważnych za każdym razem było więcej niż różnica głosów wśród liderów – tłumaczy Fogiel.

„Protesty trafią do nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (IKNiSP) SN i pewnie będą rozpoznane na posiedzeniach niejawnych tak jak protesty po wyborach do PE” – zauważyła na Twitterze Małgorzata Szuleka, prawniczka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

IKNiSP jest jedną z dwóch nowych izb SN obsadzonych od zera przy udziale upolitycznionej KRS. Prezesem Izby została Joanna Lemańska, koleżanka prezydenta Andrzeja Dudy z Katedry Prawa Administracyjnego na UJ. W izbie orzeka m.in. były wiceszef MSZ w rządzie PiS i założyciel Ordo Iuris Aleksander Stępkowski. W 2019 r. izba wykazywała się niezależnością, uchylając uchwały nowej KRS w sprawie konkursów sędziowskich organizowanych przez Radę.

Sąd Najwyższy rozpatruje protesty w składzie trzech sędziów izby, a później orzeka o ważności wyborów. – Wiemy, po co była reforma w Sądzie Najwyższym. Żeby sprawy dotyczące wyborów mogły być decydowane w Sądzie Najwyższym zmienionym przez PiS – powiedział poseł Koalicji Obywatelskiej Cezary Tomczyk.

PiS znalazł nową strategię na przejęcie przegranego Senatu. Partia Kaczyńskiego zgłosiła protest wyborczy do Sądu Najwyższego w sprawie dwóch okręgów senackich. Domaga się ponownego przeliczenia głosów. Chodzi o okręgi nr 75 (Tychy) i nr 100 (Koszalin). Protest rozpatrywać będzie nowa izba SN, powołana za rządów PiS

PiS chce za wszelką cenę odzyskać władzę w Senacie. Ma na to sporo czasu. Prezydent zarządził, że pierwsze posiedzenie nowego Parlamentu odbędzie się 12 listopada, czyli w ostatnim możliwym terminie. Przypomnijmy: w wyborach 13 października opozycja zdobyła 51 mandatów (43 – KO, 3 – PSL, 2 – SLD, 3 – niezależni), a PiS 49 (48 i popierana przez PiS Lidia Staroń).

Większość jest więc delikatna – wystarczy zmiana dwóch mandatów i Senat zmienia barwy. PiS po pierwszych próbach politycznej korupcji zauważył, że przekonanie dwóch opozycyjnych senatorów do zmiany barw będzie trudne. Szuka więc alternatywy. Tą ma być ponowne przeliczenie głosów w okręgach, gdzie różnica między kandydatem lub kandydatką opozycji a kimś z PiS była niewielka.

Jak donosi PAP, PiS wniósł do Sądu Najwyższego wniosek o ponowne przeliczenie głosów w dwóch okręgach. Polsat, powołując się na zespół prasowy Sądu Najwyższego precyzuje, że chodzi o okręgi nr 75 i nr 100.

Tychy: losy mandatu ważyły się do ostatniej chwili

Okręg nr 75 znajduje się na Śląsku, gdzie PiS stracił aż sześć mandatów senackich. Okręg obejmuje Tychy i Mysłowice. Nową senatorką została Gabriela Morawska-Stanecka z Wiosny startująca z listy KW SLD/Lewica. Zdobyła 64 172 głosy i pokonała Czesława Ryszkę o 2 349 głosów.

W 2015 roku to Ryszka tutaj wygrał. Wówczas różnica była jeszcze mniejsza. Tak jak w 2019 roku, również rywalizowały tylko dwie osoby. Ryszka zdobył 54 718 głosów i pokonał Marka Spyrę z PO o 1042 głosy.

Okręg 75 był jednym z tych, w których do ostatniej chwili ważyły się losy mandatu senackiego. Cząstkowe wyniki pokazywały, że prowadzi kandydat PiS. Ale cząstkowe wyniki faworyzowały PiS – wyniki wyborów do Sejmu z 43 proc. obwodowych komisji dawały PiS 49,3 proc. głosów. Działo się tak, ponieważ do PKW szybciej spływały wyniki z gmin wiejskich – a tam PiS ma ogromną przewagę. Według sondażu exit poll Ipsos PiS wygrał na wsi z wynikiem 56,2 proc. głosów. To samo miało miejsce w wyborach do Senatu, dlatego kilka okręgów, z których cząstkowe wyniki wskazywały na zwycięstwo PiS, ostatecznie przeszło na stronę opozycji.

To jednak spora różnica – nieco ponad dwa tysiące głosów w okręgu, gdzie oddano prawie 126 tysięcy głosów to 1,86 proc. wszystkich

Koszalin: chodzi o 320 głosów

W okręgu numer 100 (Koszalin) padła najmniejsza różnica między pierwszym i drugim kandydatem. Zwycięskiego Stanisława Gawłowskiego (44 956 głosów) od Krzysztofa Nieckarza z PiS (44 636) dzieliło zaledwie 320 głosów. Trzeci Krzysztof Berezowski miał zaledwie 1023 głosy mniej od zwycięzcy. W okręgu oddano 133 525 głosów ważnych, więc różnica między pierwszym a drugim stanowi zaledwie 0,24 proc. głosów.

To też ważny z punktu widzenia narracji PiS okręg. Swoją porażkę PiS tłumaczy między innymi w ten sposób: nie wystawiamy do walki wyborczej osób z wyrokami. Na Stanisławie Gawłowskim, który pokonał kandydata PiS, ciąży siedem zarzutów, w tym cztery korupcyjne. Jest byłym sekretarzem generalnym Platformy Obywatelskiej. Startował z własnego komitetu wyborczego, ale Koalicja Obywatelska nie wystawiła kontrkandydata.

Różnica w okręgu nr 100 była najmniejsza w kraju. Ale okręgów, gdzie różnica jest mniejsza niż w Tychach, jest kilka:

  • Okręg numer 92 (Gniezno) – 1484 głosy różnicy przy 184 366 głosach ważnych;
  • Okręg numer 95 (Ostrów Wielkopolski) – 2304 głosy różnicy przy 157 864 ważnych głosach;
  • Okręg numer 96 (Kalisz) – 1586 głosów różnicy przy 143 572 ważnych głosach.

W każdym z nich w 2015 roku wygrał kandydat PiS.

Chodzi o głosy nieważne?

Jak podaje zespół prasowy SN, w okręgach, w których PiS składa protesty,

chodzi o stosunkowo dużą liczbę głosów nieważnych. W okręgu nr 100 było ich 3 344, a w okręgu nr 75 – 3 749.

Jednak w wielkopolskich okręgach, gdzie różnica między pierwszym i drugim kandydatem nie była duża, liczba głosów nieważnych była nawet większa. W Gnieźnie było ich 3064, ale w Ostrowie Wielkopolskim – 6 221, a w Kaliszu – 5 444.

PiS chciałoby, żeby protest zaowocował większością w Senacie. To znaczy, że oba protesty musiałyby zakończyć się ponownym przeliczeniem głosów i innym werdyktem niż dotychczasowy. W okręgu nr 75 różnica wynosi 2 349 głosów a głosów nieważnych padło 3 749. PiS uzasadnia protest ilością głosów nieważnych. Oznacza to, że nieważność większości z nich musiałaby zostać zakwestionowana i sąd musiałby uznać, że były to w rzeczywistości głosy na PiS. Wydaje się to bardzo mało prawdopodobne.

Protest wyborczy rozpatrywać będzie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Jest to nowe ciało, utworzone za rządów PiS.

– Przed chwilą dostaliśmy zawiadomienie z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, że sprawa dwóch wież w związku z naszym zawiadomieniem trafia do kosza. Prokuratura odmawia wszczęcia śledztwa w sprawie dwóch wież – powiedział na konferencji w Sejmie poseł Cezary Tomczyk z PO.

– To jest sprawa wyjątkowa dlatego, że sprawa dwóch wież, sprawa Srebrnej, jak w soczewce pokazuje całe państwo PiS. Dzisiaj ponad wszelką możliwość możemy udowodnić, że państwo polskie przestało funkcjonować, że prokuratura nawet bez przesłuchania głównego świadka, a być może nie tylko świadka jest w stanie odmówić wszczęcia postępowania w sprawie tak bulwersującej – mówił Tomczyk.

I dalej: – Na odmowie wszczęcia postępowania jest data. 11 października w piątek przed wyborami sprawa została wyrzucona do kosza. Po to żeby Polska nie mogła się dowiedzieć o tym, że prokuratora pod wodzą PiS i Zbigniewa Ziobry umorzyła sprawę dwóch wież Jarosława Kaczyńskiego.

Tomczyk stwierdził, że „tak wygląda republika banasiowa, tak wygląda sytuacja, w której na czele państwa stoi paradyktator Jarosław Kaczyński”. I dodał: – Nawet prokuratura nie może go przesłuchać.

Z kolei poseł Marcin Kierwiński (PO) mówił: – To kolejna sprawa, która nie mogła się rozgrywać przed wyborami, bo mogła mieć wpływ na wynik wyborów – stwierdził. I dodał: – Okazuje się, że Jarosław Kaczyńskie jest człowiekiem wyjętym spod polskiego prawa.

W zawiadomieniu czytamy: „Prokuratura Okręgowa w Warszawie (…) uprzejmie zawiadamia, że w sprawie Pańskiego zawiadomienia z dnia 30 stycznia 2019 roku o możliwości popełnienia przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego, postanowieniem z dnia 11 października 2019 roku (..) odmówiono wszczęcia śledztwa, wobec braku znamion czynów zabronionych”.

O tym, że prokuratura odmówiła wszczęcie śledztwa poinformował na Facebooku też adwokat Birgfellnera Roman Giertych.

– Możemy się teraz zażalić, ale jak prokurator ponownie odmówi, to nie możemy sami skierować własnego aktu oskarżenia, to się nazywa subsydiarny akt oskarżenia. Jeszcze tydzień temu byśmy mogli, bo 5 października weszły w życie przepisy, które wprowadziły nowelę do artykuł 330 kpk. Ogranicza ona prawo pokrzywdzonego – mówił na antenie TVN 24 Giertych.

Wicerzecznik PiS Radosław Fogiel stwierdził przed siedzibą partii na ul. Nowogrodzkiej, że „nie ma żadnej wiedzy na temat tego postępowania”.

„Taśmy Kaczyńskiego” pod koniec stycznia ujawniła „Wyborcza”. Opublikowaliśmy nagrania rozmów prezesa PiS z Geraldem Birgfellnerem, austriackim biznesmenem, który na zlecenie Kaczyńskiego od maja 2017 do lipca 2018 r. pracował nad projektem budowy dwóch wież, czyli 190-metrowego budynku mającego powstać na działce zajmowanej w centrum Warszawy przez powiązaną z PiS spółkę Srebrna. Za swoją pracę Birgfellner nie dostał pieniędzy. Gdy nie udało mu się niczego uzyskać w drodze negocjacji, zawiadomił prokuraturę, że został oszukany przez prezesa Kaczyńskiego.

Po dubeltowym zwycięstwie PiS w 2015 r. Platforma miała cztery szanse na wygraną. Trzy już przespała. Dlaczego ma jej się udać teraz, skoro za wszystkie porażki odpowiada ta sama ekipa?

Koniec czerwca, upał, Schetyna w plenerze ogłasza, że Koalicja Obywatelska ma sztab. Przed opozycją najważniejsze wybory od 1989 r. Na czele sztabu staje Krzysztof Brejza, bardzo popularny poseł opozycji. – Temperatura jest gorąca i tak my będziemy pracować. Ciężka praca to jedyna rzecz, którą możemy państwu obiecać – mówi Brejza podczas prezentacji.

Od porażki w wyborach europejskich mija drugi miesiąc. Schetyna rzuca kilka haseł: nowy początek, nowa jakość w polityce, jedność opozycji. Chce zatrzeć fatalne wrażenie po ostatniej kampanii. Oddał ją ludziom odpowiedzialnym za podwójną przegraną Platformy w 2015 r. i w wyborach samorządowych 2018. Zapewnia, że Platforma wyciągnęła wnioski: „Tam gdzie okazaliśmy się słabsi, jutro będziemy dwa razy silniejsi”.

Odsunął autorów słabej kampanii, zapowiadał udział wybitnych fachowców, analizę danych, efektywną strukturę – to, czego brakowało przed majowymi eurowyborami.

Do sztabu Brejzy dołączają Bartosz Arłukowicz, Adam Szłapka, sekretarz Nowoczesnej, Barbara Nowacka, liderka Inicjatywy Polskiej, wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, prezydent Łodzi Hanna Zdanowska.

Szefem sztabu Koalicji Obywatelskiej miał zostać Bartosz Arłukowicz – na fali po brawurowej wygranej w eurowyborach, którą sam sobie wychodził, bez pomocy centralnego sztabu. Szef PO Grzegorz Schetyna nie dał mu szansy, za duże ryzyko, że urośnie mu konkurencja.

Schetyna zbiera komplementy. Postawił się wpływowym działaczom PO, nowe nazwiska zapowiadają, że strategia się zmieni.

„Cygara i wino” na piątym piętrze

Gdy drużyna Brejzy urządza się na czwartym piętrze kamienicy przy Wiejskiej, gdzie PO ma biuro krajowe, działacze zaczynają opowiadać w kuluarach, że Schetyna dał krytykom tylko opakowanie. Ale będzie słuchał tych co zawsze.

Spotykają się piętro wyżej, u Schetyny. Kiedyś był tu gabinet Juliana Tuwima. Na 30 m kw. dwie skórzane sofy, ława, biurko, stół do narad, wielki telewizor. W powietrzu woń cygar. Przewodniczący z wianuszkiem najbliższych ogląda mecze. – Aha, koniecznie napiszcie, że portret Schetyny tam nie wisi – prosi bywalec.

Kampania dopiero się zaczyna. Brejza ma wielkie plany, sądzi, że się uda. Schetyna na spotkaniach wyborczych obiecuje, że KO odbierze PiS większość.

W lipcu Hanna Zdanowska odchodzi ze sztabu obrażona, bo Schetyna wtrącił się w łódzką listę Koalicji. W połowie sierpnia okazuje się, że Brejza ma startować do Senatu, więc przed nim trudna indywidualna kampania. Dwa tygodnie później Kidawa-Błońska zostaje kandydatką KO na premiera. Nie ma już czasu na sztab.

– Sztab Brejzy nigdy nie wystartował. Schetyna nie dał nam szansy. Nie mieliśmy przełożenia na biuro krajowe PO – przyznaje uczestnik kampanii.

Za to piąte piętro jest w formie. Goście szefa PO mają wpływy w strukturach i pieniądze, zaczynają przejmować kampanię. Na oficjalnej liście sztabowców ich nazwisk nie ma. Ale są partyjnymi szychami.

– O wszystkim ostatecznie decydowała góra, „cygara i wino”, ludzie z piątego piętra – mówi człowiek od Brejzy.

Nasi rozmówcy twierdzą, że główne role dostali Piotr Borys, Robert Tyszkiewicz i Mariusz Witczak.

– Ostrzegaliśmy Schetynę, że kampania prowadzona przez tę samą ekipę musi przynieść taki sam efekt, czyli przegraną – mówi „Wyborczej” członek sztabu KO. Błędy to brak autonomii sztabowców, chaos, brak planu, frakcyjne potyczki w samej PO.

– Brejza widział, że sztab jest udawany, a on sam malowany. Bez władzy wykonawczej, bez pieniędzy. Żeby było jasne, on bardzo chciał pracować, ale V piętro nie pozwoliło – irytuje się jego współpracownik. – Po pewnym czasie pojechał do siebie, do Inowrocławia, robić sobie kampanię.

Ekipa Brejzy już widzi, jakie Schetyna dał im role. – Starałem się bywać codziennie, ale nie było rozpisanej strategii, więc wynajdywałem sobie zajęcia – opowiada pracownik sztabu.

Szłapka zajął się banerami kandydatów wywieszanymi przez wyborców. – Ogromny sukces, wisiały na płotach, balkonach, w sumie z pięć tysięcy. W całej Polsce, od Stargardu po Przemyśl i od Zamościa po Poznań – mówi polityk KO. Akurat ten pomysł wolontariuszy piąte piętro zaakceptowało.

Sztab był w rozsypce. Arłukowicz pomagał kandydatom na swoim terenie, Szłapka, Brejza, Nowacka pracowali na swój wynik.

LGBT czyli panika

W kampanii nie wystarczają tylko hasła, ulotki, konwencje, program, chodzenie od drzwi do drzwi. Niezbędny jest precyzyjny plan, który wszystko spina w całość. W tej kampanii nic z tego nie zagrało.

– W najważniejszej kampanii nikt nie powiedział, o co walczymy i po co idziemy, skoro już mieliśmy unikać konfrontacji z PiS – komentuje polityk Koalicji.

Daje przykład związków partnerskich. Gdy PO wzięła hasło na sztandary, w kampanię profrekwencyjną chciały się zaangażować środowiska LGBT. – Ale wtedy Kaczyński już atakował, straszył adopcją dzieci. Co zrobiła PO? Spanikowała, do szuflady poszła karta LGBT, którą wprowadził w Warszawie Trzaskowski. Daliśmy sobie narzucić przekaz, zamiast przestawić akcenty. Nikt przecież nie kazał Schetynie trąbić o LGBT, ale stanąć twardo w obronie wartości. Powiedzieć, że walczy o ludzką godność, o słabszych, o tolerancję – opowiada polityk KO.

Magdalena Środa, Henryka Bochniarz proponowały Schetynie, że włączą ich środowiska w kampanię. Nic z tego nie wyszło.

Na starcie liderzy deklarowali: cała partia bierze się do roboty. Mała aktywność była głównym zarzutem od kampanii europejskiej. Teraz miała rządzić zasada: „Wszystkie ręce na pokład”.

Już na początku kampanii okazało się, że nie wszystkie. – Niektórzy kandydaci nie chcieli zbierać podpisów pod swoją kandydaturą. Wpadali na chwilę z 30 podpisami rodziny i zostawiali wolontariuszy samych – opowiada „Wyborczej” wolontariusz współpracujący ze sztabem KO. – Dawali do zrozumienia, że „ktoś tak znany jak ja” nie będzie przecież stał na ulicy.

Byli też kandydaci obrażeni. Wypadli poniżej oczekiwań, więc nie mieli ochoty zbierać podpisów.

Wolontariusze zostali sami

– Ale ci, którzy umieli wyjść do ludzi, dostali premię: Katarzyna Lubnauer – około 30 tys. głosów, Kamila Gasiuk-Pihowicz – prawie 35 tys., debiutujący Tomasz Zimoch – prawie 48 tys. – słyszymy.

Twitter PO pękał od zdjęć kandydatów krążących po bazarach, ściskających dłonie na ulicach. Uśmiechnięci, zadowoleni. Ale działo się różnie. Bez drobiazgowej strategii kandydaci działali na własną rękę, zwykle bez pomocy finansowej i organizacyjnej. – Kandydat jechał na spotkanie w terenie, a tu nie ma żadnego z lokalnych działaczy PO. Gdyby nie wolontariusze, nie miałby żadnego wsparcia – opowiada „Wyborczej” osoba startująca do Sejmu.

Eksperci zauważają, że KO położyła kampanię w sieci. – Ich strona na FB była martwa, a koalicja z partią, która ma w nazwie słowo „nowoczesność”, nie miała prawa być tak nienowoczesna. Koalicja miała niezłą stronę z kandydatami, ale nie potrafiła ludzi na nią doprowadzić. Sztab nie wykorzystał mediów społecznościowych. A to jeden z najtańszych sposobów przekonywania młodych.

Sztab nie przygotował też niczego mocnego na koniec, a jest to standard każdej kampanii. Czegoś, co wyborcy na długo by zapamiętali, np. jakiś emocjonalny klip. – To pomogłoby zminimalizować straty, jakie ponieśliśmy po wystąpieniu Lecha Wałęsy na konwencji i ujawnieniu taśm Neumanna – twierdzi kandydat KO.

Padł mit Schetyny

Na początku września Schetyna zdołał zaskoczyć PiS: kandydatką KO na premiera jest Kidawa-Błońska. Zrobił z niej liderkę kampanii. Ale politycy KO mówią, że zagrało to w Warszawie, gdzie Kidawa-Błońska zdobyła ponad 400 tys. głosów. Zabrakło czasu, by zmobilizowała kraj. – Idea świetna, ale budowania polityka w nowej roli nie zaczyna się na chwilę przed wyborami. Kidawa-Błońska powinna być promowana od miesięcy, ściskać ręce, spotykać się z liderami opinii, a nie widziałem jej na kongresie w Krynicy – mówi osoba związanaz PO.

Sztabowiec od Brejzy: – Ludzie przewodniczącego PO pracowali z kilkoma specami od kampanii, nie bywaliśmy na tych spotkaniach. Mieli badania, ale ich nie dostaliśmy. Wiedzieliśmy ogólnie, że Schetyna jest słabo odbierany. Może nie chcieli, żebyśmy widzieli jego problem wizerunkowy? Nie mam pojęcia. W sprawie marszałek Kidawy-Błońskiej nie było konsultacji ze sztabem, wspólnej szerszej akcji. Zdecydował Schetyna, my zostaliśmy poinformowani.

Pytamy Mariusza Witczaka, czy wpływał na sztab. – Ja? To kłamstwo.

Piotr Borys: – W jakiejś części miałem wpływ na sztab, bo jestem szefem biura krajowego i odpowiadam za partyjne eventy. Kampania była poprawna, został zrealizowany plan minimum, czyli 27,4 proc. w wyborach do Sejmu i odebranie Senatu.

Obrońcy przewodniczącego mówią, że przegrali przez d’Hondta, system liczenia głosów premiujący największe komitety. Wyborców opozycji jest o blisko milion więcej. Gdyby więc nie trzy komitety…

– A co mają powiedzieć? Że w KO położyli kluczową kampanię? – zżyma się polityk opozycji.

– Za czasów Sławka Nowaka w sztabie było łóżko polowe, bo pracowaliśmy non stop. Teraz sztab nie spotykał się nawet dwa razy dziennie – mówi inny. – Dla mnie padł mit Schetyny jako świetnego organizatora.

Cztery hasła, i to słabe

Jeden z fundamentalnych błędów marketingowych to aż cztery hasła, i to przy kampanii rekordowo krótkiej: „Jutro może być lepsze”, „Uzdrowimy Polskę”, „Współpraca, nie kłótnie”, „Silni razem”. Efekt? Dezorientacja. Na konwencji w połowie lipca Koalicja wysunęła hasło „Uzdrowimy Polskę”, potem na banerach i plakatach uwodziła wyborców sloganem „Jutro może być lepsze”, ale na Facebooku hasło Małgorzaty Kidawy-Błońskiej głosiło: „Współpraca, nie kłótnie”.

Pozbawiony władzy sztab oganiał się od wszystkich, którzy chcieli pomóc. Władysław Frasyniuk opowiada „Wyborczej”, że sam się zgłaszał. Nie chcieli. Podsyłał sztabowi ludzi, którzy mieli pomysły, czas i którym się chciało walczyć o zwycięstwo. Sztab nie był zainteresowany.

Z naszych informacji wynika, że już na początku rządów PiS w 2016 r. w Platformie istniał plan spójnej strategii na cztery elekcje – samorządową, europejską, parlamentarną i prezydencką. Wszystkie kampanie łączyło jedno hasło z lekką modyfikacją zależną od rodzaju wyborów. Kolejne kampanie miałyby własne tematy, które potem można zebrać w całość, pokazać program i wartości, do których PO przekonuje Polaków w każdych wyborach.

Latem 2018 r. spisaną strategię na cztery kampanie wyborcze dostał do ręki Schetyna. Pochwalił, ale szybko odłożył na półkę. Żaden z jego współpracowników nie potrafi wyjaśnić dlaczego.

Kim są Borys, Tyszkiewicz i Witczak?

Piotr Borys, człowiek z wrocławskiego matecznika przewodniczącego, w PO zrobił błyskotliwą  karierę od asystenta, przez wicemarszałka Dolnego Śląska, eurodeputowanego, doradcę od dyplomacji samorządowej w czasach,  gdy Schetyna rządził MSZ.

O Robercie Tyszkiewiczu mówią w PO: „od zawsze schetynowiec”, sekretarz generalny PO, baron na Podlasiu, w 2015 r. kierował sztabem wyborczym Bronisława Komorowskiego.

Mariusz Witczak, skarbnik PO, od 2016 r. trzyma partyjną kasę i na co dzień jest najbliżej przewodniczącego. Z tego, co słyszymy, to on miał najwięcej do powiedzenia. Ludzie od Brejzy opisują: – Rano sztab podejmował decyzje, po południu Witczak je blokował.

Przykład – akcja lekarzy, którzy mieli specjalnymi autobusami ruszyć w Polskę. Koalicja mogła zarobić na tym kilka punktów, bo zapaść w służbie zdrowia  to temat nośny i niewygodny dla PiS.  – Witczak akcję odwołał – opowiadają nam członkowie sztabu.

Władysław Frasyniuk: partia przegrała, obywatele nie zawiedli

– Koalicja Obywatelska nie zrobiła porządnej kampanii wyborczej. Znowu. Ale obóz anty-PiS zgarnął blisko milion głosów więcej. To fenomen – mówi „Wyborczej” Władysław Frasyniuk. – Widzę trzy przyczyny. Po pierwsze, Nobel dla Tokarczuk to był największy zastrzyk adrenaliny, żaden polityk nie potrafi tak opowiadać o współczesnym patriotyzmie jak ona. Po drugie, niebywałe zaangażowanie twórców i celebrytów, w tym raperów, co miało znaczenie zwłaszcza dla młodych. Po trzecie, zawsze można liczyć na Kaczyńskiego, który swoimi planami wykreowania nowego człowieka i napiętnowania wrogów zmobilizował wielu Polaków.

W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.

Wiodącym hasłem kampanii wyborczej PiS była WIARYGODNOŚĆ. Sformułowanie to tak bardzo spodobało się rządzącym, że używają go do dzisiaj przy każdej okazji. Wiarygodny zatem jest dla nich prezes, prezydent, premier i cała partia władzy, która dzięki wiarygodności właśnie wygrała wybory do Sejmu (w odróżnieniu od opozycji, która wiarygodności nie ma za grosz, a jednak odbiła Senat). Słowo „wiarygodność” wypowiadane jest przez funkcjonariuszy partii władzy ze śmiertelną powagą i namaszczeniem dowodzącym, że tej definicji nauczyli się na pamięć. Tymczasem nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że sformułowanie „wiarygodność PiS” to tylko przygodna koincydencja dwóch słów, z których pierwsze pochodzi ze słownika języka obcego całkowicie funkcjonariuszom Prawa i Sprawiedliwości. „Wiarygodny PiS” brzmi równie żartobliwie jak przypadkowe zbitki słów: „demokrata Kaczyński”, „praworządny prezydent Duda”, „prawdomówny premier Morawiecki”, czy „uczciwy najwyższy kontroler Banaś”.

Lista niezrealizowanych zapowiedzi Kaczyńskiego jest równie długa jak spis jego niezapowiedzianych i niespodziewanych realizacji, demolujących państwo bez upoważnienia wyborców ani konstytucji.  Szczególarze obliczyli, że wszystkich publicznych obietnic prezesa i jego dworu padło już prawie dwieście, a wykonano ledwie kilkanaście, w tym część jest dopiero „w trakcie” . Pozostałe są bez szans. Wyborcy wybaczali dotąd rządzącym rozmaite fantasmagorie, choć z trudem łykali wyjaśnienie, że realizację obietnic blokuje totalna opozycja, jakby w państwie PiS opozycja miała cokolwiek do gadania. Wygląda jednak na to, że mimo sowitych transferów socjalnych tolerancja wyborców powoli się wyczerpuje. Sam prezes przyznał w pierwszym powyborczym komentarzu, że jego partia przelicytowała, że w porównaniu z nakładem i kosztem kampanii wynik powinien być dużo lepszy.

Kaczyński sprawia wrażenie jakby wpadł w lekki popłoch. Przed wyborami gotów był obiecać Polakom gwiazdkę z nieba za większość konstytucyjną, która zapewniłaby mu pełnię autokratycznej władzy, uwalniając jednocześnie od konieczności realizowania nierealnych zobowiązań – na wzór kierownika szatni, który powinien mieć twój płaszcz, ale go nie ma i co mu zrobisz.  Po wyborach to marzenie prysło, prezes wbrew swej naturze musi być znowu sympatyczny i koncyliacyjny. W obawie, że nie zdąży dokończyć zawłaszczania Polski, zanim Unia całkiem straci cierpliwość, zmuszony jest teraz apelować do „wściekłej opozycji” o zgodę, kompromis i wspólną pracę nad ustawami „dobrej zmiany”. Przywykły, że do jego partii garną się tłumnie politycy skuszeni stanowiskami i apanażami, które ludziom PiS po prostu się należą, musi teraz żmudnie i z marnym dotąd skutkiem poszukiwać dwóch brakujących senatorów podatnych na korupcję. Co gorsza – wbrew swemu głębokiemu przekonaniu, że demokracja jest zjawiskiem mocno przereklamowanym – Kaczyński zmuszony został nawet do deklaracji, że teraz „będziemy musieli postępować zgodnie z prawem!”. Z pewnością wiarygodności mu to nie poprawiło.

A to dopiero początek. W najbliższym czasie można się spodziewać serii testów na wiarygodność Prawa i Sprawiedliwości. Jednym z nich jest budżet – zdaniem premiera sensacyjny na europejską skalę, bo po raz pierwszy wydatki i wpływy zbilansują się tam co do złotówki.  Premier nie byłby Mateuszem Morawieckim (i odwrotnie), gdyby nie nagiął rzeczywistości w kierunku oczekiwanym przez prezesa Kaczyńskiego. Bo po pierwsze jakaż to sensacja, jeśli większość krajów unijnych pochwalić się może zrównoważonym budżetem, a czternaście państw miało nawet budżetową nadwyżkę? A po drugie i przede wszystkim – wizja „zero zadłużenia” jest tylko przedwyborczą projekcją, bo na sto procent w przyszłym roku polski budżet będzie na minusie. Chyba że Kaczyński wycofa się z obietnic, którymi w ostatniej chwili starał się kupić konstytucyjną większość.

Już nie tylko przewidywania, ale twarde fakty dowodzą, że kończy się okres światowej prosperity. Unia rozważa dalsze ograniczenie już wcześniej zmniejszonego budżetu. I trudno oczekiwać jakichś specjalnych względów dla Polski, skoro nasza dyplomacja nie ma dobrej odpowiedzi na pytania o praworządność, już prawie na pewno powiązaną z wypłatami dotacji. Jak można liczyć na powtórzenie sukcesu negocjacyjnego Platformy w poprzednim rozdaniu, jeśli rząd PiS – zamiast prezentować potrzeby i pozytywne skutki zwiększenia dotacji – jedynie powtarza jak mantrę: „płaćcie więcej, bo nam się należy!”. Wszystko wskazuje na to, że pieniędzy z Unii będzie mniej, niż oczekiwał premier Morawiecki, który w dodatku założył, że światowe spowolnienie gospodarcze nie dotyczy polskich firm, bo nasz przemysł będzie się rozwijał nawet szybciej niż dotąd i do budżetu wpłynie o 5 miliardów więcej w podatku CIT. A na dokładkę – spytać trzeba czy jeśli PiS uchwalił skokowe podwyżki wynagrodzeń, to przedsiębiorstwa będą zwiększać produkcję i inwestować – czy raczej hamować, zwalniać ludzi i oszczędzać?

Jeszcze bardziej spektakularną hucpą niż dochody są budżetowe wydatki.  W zrównoważonym rzekomo budżecie nie ma śladu po dziesięciu miliardach niezbędnych na wypłatę trzynastej emerytury w marcu przyszłego roku, nie wspominając o trzynastej i czternastej emeryturze w roku kolejnym. Nie ma też śladu „piątki Morawieckiego” – obietnicy wsparcia małych i średnich firm za ok. pięć miliardów rocznie. Nie ma też ani grosza na „szybką i znaczącą poprawę” funkcjonowania służby zdrowia. Tych wydatków (i kilku innych, wynikających z obietnic rzucanych bez opamiętania) ukryć się nie da. Zaoszczędzić też nie ma na czym, bo zamiłowanie obecnie rządzących do luksusów jest nieodwracalne, a po wyborach jeszcze przybyło oczekujących na intratne posady, apanaże, wypasione samochody, służbowe wycieczki turystyczne po świecie, a także przybyło krewnych, zatrudnianych na stołkach mnożonych ponad rozsądek i potrzeby. Nie da się również dokonać przesunięć w budżecie, bo wszystkie jego sektory i tak już ledwo się spinają, wiązane na drucik, gumkę i słowo honoru premiera.

Kaczyński ogłosił, że nasza gospodarka ma się tak świetnie jak nigdy dotąd oraz że PiS posiada najlepszą kadrę zarządzającą i dysponuje nową elitą ekonomistów, o których opozycja może tylko pomarzyć. Wiarygodność takiej opinii weryfikuje nie tylko niewiarygodny budżet, ale również zagrożona ocena ratingowa Agencji Moody’s, która dostrzega i budżetowe dziury, i kryzys w stosunkach z UE, i zawłaszczanie sądownictwa przez partię rządzącą, a także tromtadrackie przechwałki ojca, wujka i szwagra narodu. Ciekawe, że 11 października, tuż przed wyborami, Ministerstwo Finansów informowało, że agencja Moody’s wcale nie dokonała rewizji ratingu Polski i nie opublikowała żadnego raportu na temat Polski, a PAP zawiadomił, że  „ocena ratingowa Polski pozostała niezmieniona na poziomie A2/P-1 odpowiednio dla długo i krótkoterminowych zobowiązań w walucie zagranicznej i krajowej z perspektywą stabilną”.

PiS sam zapędził się do narożnika. Albo nie zrealizuje obietnic wsparcia zamierzeń i tych grup ludzi, którym obiecał konkretne pieniądze w ustalonym czasie, albo nie dotrzyma najważniejszej obietnicy – że wszystkie plusy rozdawane Polakom przez Kaczyńskiego nie grożą zapaścią kraju na wzór grecki. Warto pamiętać, że w Grecji przed kryzysem mówiono ludziom dokładnie to samo, co PiS mówi Polakom: że jest dobrze, że się należy, że zasługujemy na więcej, że damy radę i że wystarczy nie kraść.

Prokurator stanu wojennego Piotrowicz kończąc swoją karierę poselską radośnie oznajmił zdumionym dziennikarzom: „- Przeszłość mam piękną!”. W polskiej praktyce parlamentarnej coraz częściej rzeczywistość kreowana jest oświadczeniami i uchwałami, jakby rozmaite niedomogi życia publicznego można było uleczyć ustawami nakazującymi likwidację problemu . W PiS pokutuje naiwna wiara, że wystarczy uchwalić naprawę koślawego fragmentu rzeczywistości i problem natychmiast zniknie.  Gdy państwo PiS zacznie się sypać, gdy już nie da się ukryć niekompetencji rządzących, gdy obietnice wyborcze dla wszystkich okażą się oszustwem i nie będzie już wątpliwości, że król (i naród) jest goły – wtedy pozostanie tylko przegłosować w parlamencie, że po pierwsze Polska ma się znakomicie, a po drugie – że uczciwość i prawdomówność PiS oraz wiarygodność ich przedstawicieli nie budzą najmniejszych wątpliwości.

Komentarz Waldemara Mystkowskiego tuż po ogłoszeniu wyników wyborów (fragment):

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Więcej >>>

Szwedzka Akademia Nauk doceniła Olgę Tokarczuk  za „narracyjną wyobraźnię, która wraz z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Jak relacjonuje RMF FM Classic, pisarka w trakcie poniedziałkowego spotkania z czytelnikami zdradziła, że już od dłuższego czasu pracuje nad kolejną powieścią:

Mam rozpoczętą nową książkę, tylko od jakiegoś czasu nie mam kiedy do niej wrócić; ta książka wszystkich zaskoczy.

Jak nas zaskoczy? I na to miała gotową odpowiedź:

Na poziomie literackim, głębokiego kontekstu literackiego, do którego ta nowa książka nawiązuje.

Wiemy także, że premiera najnowszej powieści jest zaplanowana na przyszły rok, prawdopodobnie odbędzie się jesienią.

Setki ludzi pod wrocławskim Narodowym Forum Muzyki. To kolejka po wejściówki na spotkanie z Olgą Tokarczuk

Jak z kolei relacjonuje Onet, pisarka ma też obawy, że czytelnicy będą mieli „niesamowite oczekiwania” wobec jej kolejnych powieści. Także do samego Nobla ciągle podchodzi z rezerwą:

Cieszę się, że dostałam tę nagrodę jako osoba młoda i mogę jeszcze porządzić. (…) Nie mogę ciągle powiedzieć o sobie „noblistka” – to dla mnie ciągle Wisława Szymborska.

Olga Tokarczuk na pierwszej konferencji prasowej, która odbyła się po ogłoszeniu, że zdobyła Nobla, tłumaczyła dziennikarzom, dlaczego literatura jest dziś potrzebna:

Ja uważam, że powieść jest jednym z największych wynalazków człowieka, być może porównywalnym do wynalezienia koła albo maszyny parowej. Bo jest to bardzo wyrafinowany sposób komunikacji międzyludzkiej. Taki, który nie opiera się na przekazywaniu wprost informacji o jakichś faktach, ale komunikuje nas na dużo głębszym poziomie.

Co najważniejsze:

A przede wszystkim uczy nas empatii. Dzięki powieści możemy przez jakiś czas w swoim życiu żyć życiami innych ludzi. Stać się po prostu kimś innym i popatrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy.

Nic dziwnego, że jej zdaniem powieści wcale nie odchodzą do lamusa:

I nie wierzę w koniec powieści, ja myślę, że powieść po prostu zmienia formę. Ta forma się dostosowuje do współczesnego czasu, do tempa życia, do wrażliwości. (…) Od kiedy wynaleźliśmy już tę powieść jako społeczeństwo czytające, (…) to ona przetrwa, tylko musimy szukać nowych form powieści.

Zwróciła uwagę, że sama podjęła taką próbę. „Jedną z takich prób, na którą ja się odważyłam to byli właśnie „Bieguni”, czyli szukanie opowiadania o tym, co nas otacza, o tym, jak my w tym istniejemy, ale na innych zasadach, w inny sposób. Wtedy wymyśliłam sobie tę powieść konstelacyjną i jeżeli mogę dobrze ocenić powodzenie tej powieści, to zdaje się, że ta forma działa”. I jak potwierdziła w poniedziałek, takiej nowatorskiej formy możemy się spodziewać po jej następnej książce.

Dudy wujek pije z naparsteczków. Krawiec pijaństwa

19 List

Wiesław K., nowy radny powiatowy z ramienia PiS, prywatnie – wujek prezydenta Andrzeja Dudy, odpowie za jazdę „pod wpływem” i właśnie traci stołek.

Polityk spowodował kolizję drogową w Radomsku, mając prawie promil alkoholu w wydychanym powietrzu. To – jak twierdzi – przez leki, które wcześniej zażył, walnął swoim Volkswagenem Passatem w znak drogowy, a następnie w ogrodzenie posesji.

Badanie alkomatem wykazało jednak obecność 0,9 promila alkoholu w organizmie – powiedziała polsatnews.pl kom. Aneta Wlazłowska z policji w Radomsku (Łódzkie).

Jak podała policja, świadkowie zdarzenia uniemożliwili mężczyźnie dalszą jazdę. 64-latek ma odpowiedzieć przed sądem. Grozi mu kara do dwóch lat więzienia, zakaz prowadzenia pojazdów lub grzywna.

„Nie chciałbym być na miejscu tych policjantów. Dyscyplinarka to najmniejszy wymiar kary” – skomentował zdarzenie ze współczuciem czytelnik Faktu.

Podobno prezydencki wujek już zapowiedział, że sam złoży wniosek o rezygnację z mandatu radnego. Wyjaśniając sytuację powiedział „Gazecie Radomszczańskiej”, że w piątek o godz. 10, wziął leki, ponieważ walczy z krwiakiem, jednak „nie doczytał ulotki”, a „wypił naparsteczek alkoholu” i nie sądził, że to „tak zadziała”.

Dodał, że poinformował zarząd regionalny PiS, iż w poniedziałek złoży wniosek o rezygnację z mandatu radnego. I nie ma to związku z piątkową kolizją, tylko z chorobą. Zapowiedział, że w sądzie przedstawi dokumentację lekarską i ma nadzieję na łagodny wyrok.

Wiesław K. w 2016 roku bez powodzenia kandydował na stanowisko prezydenta Radomska w przedterminowych wyborach. Przegrał wówczas z Jarosławem Ferencem. W tegorocznych wyborach samorządowych zdobył mandat do rady powiatu.

Siemoniak: Afera KNF jest poważna i pokazuje, że w samym centrum władzy dzieją się złe rzeczy

– PiS straci władzę za cały okres swojego rządzenia. Afera KNF jest poważna i pokazuje, że w samym centrum władzy dzieją się złe rzeczy. PiS przegra wybory, jest na równi pochyłej. Zaczęło się to gdzieś przy zmianie Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego – stwierdził Tomasz Siemoniak w rozmowie z Markiem Kacprzakiem w programie „Tłit” WP.

– Moim zdaniem Jarosław Kaczyński nie ma odwagi na wcześniejsze wybory. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, bo prezes pamięta dobrze 2007 rok. Poza tym kalendarz nie sprzyja PiS – połączenie wyborów parlamentarnych z eurowyborami jest skrajnie nie w interesie PiS – dodał.

Siemoniak: Wniosek o wotum nieufności dla premiera jest gotowy

– Prezes musi kogoś poświęcić ws. afery KNF. Wydaje mi się, że kandydatem jest premier Morawiecki, bo to nie pierwsza rzecz, która przynosi obciążenie. Mam na myśli wyroki za kłamstwa, stare taśmy. W zeszłym roku rano PiS bronił  Beaty Szydło, a wieczorem ją odwołał. Taki musi być przekaz. Wniosek o wotum nieufności dla premiera jest gotowy. Mamy posiedzenie Sejmu i jest to prawdopodobne, że to będzie w tym tygodniu. To będzie bardzo poważna dyskusja o stanie państwa po trzech latach rządów PiS – stwierdził Tomasz Siemoniak w rozmowie z Markiem Kacprzakiem w programie „Tłit” WP.

– Wydaje się, że Glapiński jest w centrum tej afery. Chrzanowski jest jego człowiekiem. To na pewno nie jest afera Chrzanowskiego, on jest pionkiem w grze wielkich – dodał polityk PO.

— KACZYŃSKI POWTARZA BŁĄD MILLERA – DOMINIKA WIELOWIEYSKA w GW: “Po wybuchu afery Rywina premier Leszek Miller politycznie poległ, bo ogłosił, że wszystko jest w porządku, i nie zmienił kursu w sprawie ustawy medialnej. To samo robi teraz PiS, który nadal forsuje poprawkę ułatwiającą przejęcie banków Leszka Czarneckiego za złotówkę.

— WIELOWIEYSKA O DZIWNYM ZACHOWANIU TERLECKIEGO: “PiS teraz, czyli w okresie tuż po wybuchu afery, powtarza błędy Millera. Dalej forsuje zmiany dotyczące przejmowania banków za złotówkę. Robi to osobiście wicemarszałek Ryszard Terlecki. Prowadzi posiedzenie Sejmu, cały czas trzymając komórkę przy uchu, jakby wykonywał polecenia płynące z góry. Aż się prosi, by taki obrazek wykorzystać w spocie wyborczym opozycji”.

— CZY OPOZYCJA POTRAFI TO WYKORZYSTAĆ? – KONKLUZJA WIELOWIEYSKIEJ: “Kaczyński, nie robiąc prawie nic w sprawie KNF, popełnia polityczny błąd i daje opozycji świetne paliwo: lider PiS wszystkich bohaterów afery kryje i ma skuteczne narzędzia, aby sprawę zamieść pod dywan, bo kontroluje prokuraturę. Pytanie, czy opozycja będzie potrafiła to skutecznie wykorzystać”.
wyborcza.pl

— POWINNO SPAŚĆ WIĘCEJ GŁÓW – NACZELNY RZ Bogusław Chrabota: “Jeśli mamy się ustrzec przed kryzysem, który uderzy zarówno w depozytariuszy, jak i w cały sektor, potrzebna jest skuteczna interwencja NBP i uratowanie banku Czarneckiego. Będzie to dowód na dobre intencje. Inny scenariusz tylko potwierdzi spisek na samym szczycie systemu. Powinni też odejść wszyscy negatywni bohaterowie skandalu. Nie tylko Marek Chrzanowski, ale również prezes NBP Adam Glapiński oraz prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego Zdzisław Sokal. Ich problemem jest nie tylko odpowiedzialność polityczna za Chrzanowskiego (Glapiński), ale też zerowa wiarygodność zarówno dla branży, jak i depozytariuszy banków. Trzeba to zrozumieć, również na Nowogrodzkiej”.
rp.pl

— UKŁAD Z BIERECKIM W TLE – Wojciech Czuchnowski i Agnieszka Kublik na jedynce GW: “Kilka miesięcy po objęciu funkcji przewodniczącego KNF Marek Chrzanowski wyczyścił Komisję z urzędników tropiących nieprawidłowości w SKOK-ach. (…) Po odwołaniu Gajka i Kwaśniaka KNF przestała się interesować SKOK-ami. A prokuratorskie śledztwo w sprawie finansów SKOK-ów i senatora Biereckiego zostało umorzone dwa miesiące po wygranych przez PiS wyborach”.
wyborcza.pl

— POLSKA PATRIOTYCZNIE DOJONA – JACEK ŻAKOWSKI w GW: “Patriotyzm jest ideą piękną, ale tak brutalnie, stale i zbiorowo gwałconą przez prawicę bez zasad, że w potocznym języku oznacza dziś udzielaną sobie i totumfackim promesę, by się przyssać do cycka ojczyzny i ją wzniośle, więc bezwstydnie i bezkarnie, doić. PiS nie jest pierwszą partią, której politycy doją Polaków i Polskę zbiorowo i indywidualnie. Ale istnieje zasadnicza różnica między dojeniem Polski i Polaków przez polityków PiS i przez ich poprzedników. Dotychczas Polskę dojono wstydliwie, więc możliwie dyskretnie. A PiS doi wzniośle – „patriotycznie”, dumnie i ostentacyjnie. Różnica między starym (wstydliwym) i pisowskim (wzniosłym) dojeniem Polaków i Polski jest niestety nie tylko estetyczna”.
wyborcza.pl

— HABILITACJA PEŁNA POWAŻNYCH BŁĘDÓW – GRAŻYNA ZAWADKA I IZABELA KACPRZAK W RZ O CHRZANOWSKIM: “Uzyskał na SGH tytuł doktora habilitowanego nauk ekonomicznych mimo zarzutów o plagiat w pracy habilitacyjnej (monografia dotyczyła regionalnych funduszy europejskich). Stawiał mu je prof. Wojciech Misiąg, były wiceminister finansów, później wiceszef NIK. Miażdżącą recenzję wydała z kolei prof. Beata Zofia Filipiak z Uniwersytetu Szczecińskiego. Wskazała: „skrótowe ujęcie tematu, brak precyzji, stosowanie skrótów myślowych, niedomówień, szczątkowe poglądy, czasem wyrwane z kontekstu lub niepełne”. Jej zdaniem Chrzanowski nie powinien dostać habilitacji”.
rp.pl

>>>

Koniec władzy PiS?

13 List

Głośna już propozycja szefa KNF Marka Chrzanowskiego dla szefa Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego może oznaczać największą aferę czasów PiS – sugerują dziennikarze „Gazety Wyborczej”.

O powadze sytuacji najlepiej świadczy fakt, że Morawiecki zapowiedział konsekwencje, jeśli medialne doniesienia się potwierdzą i jak informuje Onet zażądał wyjaśnień od Chrzanowskiego. Sprawę skomentował też Roman Giertych, który jest pełnomocnikiem Leszka Czarneckiego.

„Podanie przez urzędnika państwowego nazwiska osoby do zatrudnienia przez przedsiębiorcę oraz negocjowanie wysokości wynagrodzenia powiązanego z wynikami działań firmy, które zależą od decyzji tego urzędnika (zgody, decyzje etc.) jest samo w sobie przestępstwem korupcji” – napisał mecenas na Twitterze.

„Podanie precyzyjnej wysokości tego wynagrodzenia poprzez określenie procentu jest tylko uszczegółowieniem tej korupcji” – uzupełnił Giertych w kolejnym wpisie.

Jak już pisaliśmy, Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, miał zaoferować przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za mniej więcej 40 mln zł, co ujawniła „Gazeta Wyborcza” we wtorkowym artykule powołując się na nagrania rozmowy Czarneckiego z Chrzanowskim.

Szef KNF złożył ponoć Czarneckiemu kilka propozycji. W zamian bankier miał zatrudnić wskazanego przez Chrzanowskiego prawnika, który został wymieniony z imienia i nazwiska. To Grzegorz Kowalczyk, radca prawny z Częstochowy. Wynagrodzenie dla niego miało być powiązane z wynikiem banku, czyli wynosić około 40 mln zł.

Dla dobra Polski PiS należy przegnać od koryta kołkiem osikowym, tych wampirów wykrwawiających kraj

Schetyna o sprawie KNF: Czysta korupcja. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Komisja śledcza z udziałem opozycji najlepszym pomysłem

Czysta korupcja. To jest przecież Komisja Nadzoru Finansowego – organizacja, która ma gwarantować depozyty Polaków. Tutaj jest wpisana w korupcyjną propozycję. Autorem jest osoba, która została nominowana przez premier Szydło. To jest skandal. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Mam nadzieję, jestem przekonany, że premier Morawiecki będzie reagował w tej kwestii. Najlepszym pomysłem dzisiaj jest powołanie komisji śledczej z udziałem także posłów opozycji, żeby zapoznać się z tymi kwestiami” – mówił w rozmowie z TVN24 przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Zamykanie tego tylko do poziomu prokuratorskiego, która jest prowadzona przez polityka rządzącej partii, jest niewystarczające. Ta sprawa bulwersuje i musimy usłyszeć, jaka jest odpowiedź i przyczyny takiego skandalu” – dodawał. 

Platforma daje premierowi i Kaczyńskiemu 24 godziny na złożenie wniosku o powołanie komisji śledczej. Neumann o działaniach KNF: Jak Vito Corleone. Tak działają gangsterzy

Dzisiaj wiemy o aferze, która jest o niebo większa [od poprzednich] i pokazuje gangsterski system działania tej władzy. Wiemy, że jeden z przedstawicieli władzy zajmującej się nadzorem nad rynkiem finansowym, próbuje różnego rodzaju sztuczkami prawnymi, przepisami doprowadzić do upadłości jeden z polskich banków, żeby go przejąć za złotówkę. Drugi z przedstawicieli władzy mówi szefowi tego banku, że za drobną opłatą kilkudziesięciu milionów złotych może pozbyć się tych kłopotów i będzie bezpieczny. Polacy, którzy oglądali film „Ojciec chrzestny”,  widzieli jak Vito Corleone za ochronę sklepów na ulicach Nowego Jorku taką opłatę pobierał. Tak działają gangsterzy. Jeden straszy, że zabierze komuś firmę, a drugi dobry mówi: jak zapłacisz, to tę firmę utrzymasz” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie szef klubu PO, Sławomir Neumann.

Oczekujemy, żądamy od Mateusza Morawieckiego, który ma usta pełne frazesów o uczciwym państwie, od prezesa Kaczyńskiego, który w co drugim słowie mówi o uczciwym państwie i ściganiu korupcji, złodziei. Nie chcemy dzisiaj sami składać wniosku o komisję śledczą. Oczekujemy, że ci dwaj ludzie, Kaczyński z Morawieckim, którzy tyle razy mówili o uczciwym państwie i ściganiu złodziei, sami zaproponują komisję śledczą, jak Leszek Miller kiedy, będąc premierem, przy aferze Rywina zaproponował komisję śledczą” – dodawał. Neumann oczekuje, że PiS wniosek złoży dziś lub jutro.

 

Więcej >>>

PiS złapany na tym, jak konstruuje państwo mafijne

13 List

Jak wynika z doniesień „Gazety Wyborczej” Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego – w zamian za ok. 40 mln złotych – miał zaoferować przychylność dla Getin Noble Banku, którego właścicielem jest Leszek Czarnecki. Miliarder poinformował gazetę. „Wyborcza” posiada kopię nagrania, które wraz ze stenogramem upubliczniła na swojej stronie internetowej.

Jak opisuje „Gazeta Wyborcza”, do spotkania Leszka Czarneckiego i Marka Chrzanowskiego doszło w gabinecie szefa KNF w marcu 2018 r. Leszek Czarnecki miał ze sobą sprzęt nagrywający. W trakcie spotkania Chrzanowski zapytał Czarneckiego: „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Następnie, kładąc na stole wizytówkę radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, polecił go „z korzyścią dla urzędu, i dla całej instytucji”. Sugerował także – jak twierdzi „Gazeta Wyborcza” – jakie tenże prawnik powinien dostać wynagrodzenie.

W rozmowie padły mianowicie słowa: „No nie wiem, jaki ma pan system wynagradzania w banku, ale wydaje mi się, że jeżeliby pan to powiązał z wynikiem banku, tak? No to ten prawnik będzie bardziej zaangażowany. W tym horyzoncie najbliższych kilku lat no to byłoby, tak jak pan uważa, tak? Może rozwiązanie, na którym bank mógłby, że tak powiem, się oprzeć, wsparłaby ta osoba państwa w tym procesie restrukturyzacji”. Z nagrania przekazanego przez miliardera do prokuratury wynika też, że Chrzanowski proponował miliarderowi m.in. usunięcie z KNF Zdzisława Sokala, przedstawiciela prezydenta w KNF (bo jest zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo); złagodzenie skutków finansowych tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł), „życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Leszka Czarneckiego”.

Leszek Czarnecki złożył zawiadomienie do prokuratury. Wynika z niego, że Chrzanowski w trakcie rozmowy wskazał na kartkę z napisem „1 proc.”. W ten sposób „starał się narzucić ustalenie dla Grzegorza Kowalczyka (…) prowizyjnego sposobu wynagradzania radcy prawnego, a nawet wysokość jego wynagrodzenia, rażąco wygórowanej w odniesieniu do warunków rynkowych, gdyż 1 proc. skapitalizowanej wartości Getin Noble Bank S.A. to około 40 milionów złotych”. Pełnomocnik Czarneckiego, mecenas Roman Giertych zawiadomił Prokuraturę Krajową, wnosząc o „ściganie Chrzanowskiego i wszczęcie śledztwa ws. próby korupcji”.

KNF odpiera zarzuty i mówi o próbie szantażu ze strony miliardera. Tymczasem po publikacji artykułu Mateusz Morawiecki wezwał szefa KNF do natychmiastowych wyjaśnień oraz zlecił prokuraturze i służbom niezwłoczne zebranie informacji na temat doniesień medialnych. Marek Chrzanowski został przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego w październiku 2016 r. Wcześniej zasiadał w Radzie Polityki Pieniężnej.  „Wyborcza” – jak informuje portal Business Insider Polska – skontaktowała się z Chrzanowskim.

Ten odesłał gazetę do biura prasowego, które poinformowało, że sprawę uważa za szantaż ze strony Czarneckiego. Dlaczego? Gdyż „brak [było] niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez miliardera”. Co więcej, rzecznik KNF Jacek Barszczewski w odpowiedzi „GW” napisał: „Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach banku związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack przez Idea Bank i potencjalnych działaniach KNF”.

Leszek Czarnecki – jak informuje „Gazeta Wyborcza” – twierdzi, że szef KNF oferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych. Jeden z najbogatszych Polaków tę rozmowę nagrał i poinformował o wszystkim prokuraturę.

Szef KNF, Marek Chrzanowski – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zaprosił 28 marca na spotkanie jednego z najbogatszych Polaków. Jako, że rozmowa miała być w cztery oczy, Leszek Czarnecki zabrał ze sobą dyktafon, by nagrać rozmowę. Mim, że w gabinecie włączono antypodsłuchowe urządzenia i jedna z nagrywarek Czarneckiego przestała działać, druga jednak funkcjonowała bez problemu.

Szef KNF – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zapewniał o tym, że jest życzliwy wobec banków Czarneckiego. Potem opowiadał o planach członka KNF, rekomendowanego przez prezydenta, Zdzisława Sokala. Między nami, to Zdzisław ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwot dwóch miliardów złotych. Czyli już ten bank, który to przejmie -tłumaczy. Obaj rozmówcy oceniają ten plan, jako niezgodny z prawem. Po prostu się zastanawiam, że tak powiem jaki jest cel działania drugiej strony. Bo jeżeli celem jest przejęcie tego banku za złotówkę i przekazanie go czy też znacjonalizowanie, to nazywam rzecz po imieniu: to jest po prostu kradzież. Coś nieprawdopodobnego – twierdził w odpowiedzi Leszek Czarnecki.

Podczas rozmowy – jak pisze „Wyborcza” – szef KNF zapytał założyciela Getin Banku „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Zasugerował też, że wynagrodzenie tego prawnika, który miałby się zająć restrukturyzacją, powinno być powiązane z wynikami banków. Jak pisze „Wyborcza”, Chrzanowski miał pokazać wtedy kartkę z napisem „1 proc”. Wylądowała też wtedy na stole wizytówka radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, który przez cztery miesiące był członkiem rady nadzorczej GPW, rekomendowanym przez PKO BP.

Na koniec rozmowy Chrzanowski stwierdził, że w interesie polskiego systemu bankowego jest to, żeby ten bank [Getin Noble Bank] działałI tak, jak panu podkreśliłem, ja nie rozumiem tego, że w pewnych kręgach banki, które funkcjonują z kapitałem niemieckim, są lepiej traktowane niż banki, które funkcjonują z kapitałem polskim – miał powiedzieć szef KNF.

Po tej rozmowie Leszek Czarnecki nie spotkał się z prawnikiem, którego polecał mu jego rozmówca. Nie brałem tego w ogóle pod uwagę. To mogła być prowokacja, czy dam się skorumpować – tłumaczy „Gazecie Wyborczej”. Sugeruje też, że kontrola, która weszła do jego banku dwa miesiące po rozmowie z szefem KNF, to ostrzeżenie, by wreszcie porozmawiał z radcą prawnym.

Dopiero w maju przekazuje też nagrana swojemu prawnikowi, Romanowi Giertychowi, który wysyła zawiadomienie do prokuratury w listopadzie. Dlaczego tak długo zwlekano? To była bardzo trudna decyzja. Wiem, że po tym nastąpi burza. Musiałem przygotować banki, których jestem właścicielem – podsumował.

KNF: To próba wywierania wpływu

Na artykuł zareagowała już KNF. „Urząd KNF odczytuje opisane w artykule działania p. Leszka Czarneckiego jako próbę wywierania wpływu na Komisję Nadzoru Finansowego poprzez szantaż, o czym świadczy brak niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez p. Czarneckiego w marcu br., do czego był zobowiązany w przypadku uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa przez Przewodniczącego KNF. Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack SA
przez Idea Bank SA i potencjalnych działaniach Komisji Nadzoru Finansowego w tym zakresie. Przewodniczący KNF Marek Chrzanowski podjął kroki prawne w związku z fałszywymi oskarżeniami wysuwanymi przez p. Czarneckiego oraz w związku ze zniesławieniem mającym na celu utratę zaufania publicznego” – czytamy w oświadczeniu, opublikowanym na stronie Komisji.

Urzędnicy dodają, że podczas spotkania, Leszek Czarnecki proponował zatrudnienie byłego zastępcy szefa KNF, Filipa Świtały w roli człowieka, który miał nadzorować restrukturyzację banku. „Wobec zgłaszania tych propozycji oraz ze względu na dobro banków i bezpieczeństwo ich klientów, Przewodniczący KNF wskazał, jako jedną z możliwości, zatrudnienie p. Grzegorza Kowalczyka, posiadającego odpowiednią wiedzę i doświadczenie” – tłumaczą. KNF zapewnia też w oświadczeniu, że nie padły żadne „konkretne kwoty” dotyczące jego wynagrodzenia, nie było też „obietnic, które miałyby wiązać się z działaniami organu nadzoru wobec banków p. Czarneckiego nie pozostającymi w zgodzie  z obowiązującymi przepisami prawa oraz nieadekwatnymi do ich rzeczywistej sytuacji”.

⚠️⚠️⚠️ Zobaczcie, co zaoferował Marek , przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Getin Noble Bankowi w zamian za 40 mln zł „łapówki”.

Oczywiscie rozmowa nie byłaby kompletna bez tego typu wątków. 

No to jak  wezwał szefa KNF celem wyjaśnienia podejrzeń o korupcję, to ja jestem spokojny.

Jako szef banku Morawiecki „tylko” chciał skorumpować za stówkę (100 tys. zł) – z taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”.

W zeszłym tygodniu miałem okazję pojeździć trochę po Polsce i spędzić sporo czasu na rozmowach z wyborcami. Bezcenne doświadczenie. Szczególnie gdy najświeższe obserwacje zestawia się z tymi sprzed, powiedzmy, dwóch lat. Wtedy dominowały desperacja, bezradność, a nawet poczucie beznadziei. Najczęściej padało pytanie: „jak długo to potrwa”, czasem w wersji „kiedy to się skończy”. Pytanie było w gruncie rzeczy prośbą o dodanie otuchy i o zapewnienie, że kiedyś, może nawet niedługo, „to” może się skończyć. Otóż dziś takie pytanie nie pada. Z prostego powodu. Ludzie czują, że perspektywa końca „tego” jest całkiem realna. Pytają więc, co zrobić, by ten koniec naprawdę nastąpił, a jeszcze częściej o to, jak poukładać Polskę po ewentualnym zwycięstwie. Nikt, absolutnie nikt, nie uważa, że zwycięstwo jest pewne. I jednocześnie wszyscy mają przekonanie, że jest możliwe. To zupełnie nowy przełom.

Autorytarna władza potrzebuje mitu. Najważniejszym mitem jest to, że jest niezwyciężona. Przeciwnik ma być sparaliżowany, jakby zahipnotyzowany przez gotową go ukąsić kobrę. Gdy jednak widzi on, że kobra dalej strzela jadem, ale jad nie zabija, odzyskuje poczucie mocy. Nie było większego pokazu niemocy PiS niż wystąpienie prezesa Kaczyńskiego, w którym twierdził, że „zwycięstwo PiS nie podlega żadnej dyskusji”. A już wymiar groteskowy miała sytuacja, gdy za chwilę okazało się, że nie można mu zadawać pytań. Podobny sens miałaby konferencja w sprawie niepodlegającego dyskusji fantastycznego sukcesu władzy w dziele organizacji obchodów Stulecia Niepodległości. Jasne, prezes tradycyjnie nie mówi do wszystkich Polaków, tylko do widzów TVP, którzy mają usłyszeć, że PiS wygrało. Skoro najważniejszy PKW (Prezes Kaczyński Wygrywa) ogłasza, że PiS wygrywa, to znaczy, że wygrywa. To zwycięstwo nie podlega jednak dyskusji tylko w tym sensie, że Kaczyński prawa do dyskusji oponentom odmawia. W sumie dość poruszający wyraz bezradności lidera PiS i jego podsycanej przez partyjnych współtowarzyszy wiary w magiczną moc własnych słów, które to przekonanie społeczeństwo podziela w stopniu coraz mniejszym. To słowo ciałem się nie stanie i między nami nie zamieszka.

Nie pozwolić PiS-owi na oddech, leży już na ringu, jest liczony, tak walnąć w papę, aby już się nie podniósł, aby nie hańbił imienia Polski.

Pisowska bolszewia u koryta

13 List

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o pisowskich politykach legitymizujących faszystów

Ulicami stolicy maszerowali ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Niezależnie od propagandowych przekazów prawda jest oczywista – po trzech latach przygotowań na 100-lecie Niepodległości PiS zafundował nam marsz z faszystami. Można bawić się w dzielenie włosa na czworo i kombinować, mówić o „incydentach” z nacjonalistami, rasistami, narodowcami w tle, dwóch sektorach, dwóch oddzielonych od siebie częściach pochodu (tym lepszym i tym gorszym – jakie to charakterystyczne dla PiS), bagatelizować napaść na dziennikarkę „Gazety Wyborczej” – i próbować złagodzić w ten sposób wydźwięk tego bezprecedensowego wydarzenia, jak robi to rząd i jego satelickie media, tylko że to nie zmienia faktów.

A fakty są dokładnie takie, jak opisał i podał dalej w świat Francis Fukuyama, jeden z najbardziej znanych i liczących się filozofów politycznych na świecie: „Polski prezydent i premier dołączyli do marszu faszystów”. Wszystkie liczące się światowe media, od BBC do CNN, wszyscy liderzy światowej opinii zauważyli i nagłośnili fakt, że na czele radykalnej skrajnej prawicy, na czele marszu, podczas którego spalono europejską flagę i pojawiały się symbole nazizmu (swastyka), faszyzmu (mieczyk Chrobrego, znak Falangi) i nacjonalistyczne hasła i okrzyki antyunijne, szli przedstawiciele najwyższych polskich władz państwowych.

Dzięki PiS, dzięki jego wieloletnim ukłonom w stronę ONR i kiboli, dzięki hodowaniu potęgi nawiązującego do antysemickiej i faszystowskiej tradycji Falangi ONR–u doczekaliśmy się chwili, w której głównymi ulicami stolicy maszerują ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Doczekaliśmy się skrajnie instrumentalnego traktowania państwa i religii i nacjonalizmu, który, jak słusznie powiedział prezydent Macron na odbywających się w tym samym czasie w Paryżu uroczystościach z okazji 100-lecia zakończenia I wojny światowej, jest zaprzeczeniem i zdradą patriotyzmu. Jest dokładnie tak, jak powiedział francuski przywódca, postawa: nieważne co się stanie ze wszystkimi innymi ludźmi, byleby nasze było na wierzchu, jest zaprzeczeniem wszystkich wartości, na których zbudowano Unię Europejską i każdą nowoczesną, liberalną demokrację na świecie.

A w naszych warunkach geopolitycznych, w warunkach wojny hybrydowej i prób zdezintegrowania polskiego społeczeństwa przez Rosję i zmieniającego się ładu światowego, nacjonalizm jest nawet czymś więcej: jest zdradą Polski i zagrożeniem dla jej niepodległości. Pełną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi PiS, skrajnie niebezpieczna dla demokracji, partia, która wielokrotnie złamała prawo, w tym najwyższe prawo, stanowiące o ustroju państwa – Konstytucję RP, zlikwidowała niezależne sądy, w tym najważniejsze – jak Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny, ograniczyła wolności i prawa obywatelskie, jak prawo do demonstracji i wolności słowa, zwasalizowała wszystkie państwowe instytucje, wprowadzając do nich białoruskie standardy zarządzania i upokorzyła Polskę nie po raz pierwszy, ale tym razem skrajnie, przed całą Europą.

I tej odpowiedzialności nie da się z PiS zdjąć ani niczym jej wymazać. To jest wina tej formacji – wina historyczna i nieodwołana. Dziś jesteśmy w punkcie, w którym na naszych oczach Polska – choć do następnych wyborów parlamentarnych, do samego końca będę miała nadzieję, że nie nieodwołanie – zmienia się w dyktaturę, w pośmiewisko wolnego świata i zaprzeczenie państwa prawa.

To, że Warszawa została stolicą europejskiego nacjonalizmu, to nie jest szczegół, oderwany incydent. To groźny znak niebezpiecznej ewolucji, jaką przechodzi nasz kraj. I, niestety, dopóki PiS jest u władzy, to jeszcze nie koniec.

Temat powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki pojawia się w mediach od wielu miesięcy. Do tej pory były to czyste spekulacje czy plotki, np. „o liście Tuska” w wyborach europejskich w maju przyszłego roku (zdementowane zresztą przez byłego premiera). Sam Tusk i jego otoczenie o ewentualnym powrocie wypowiadają się dość enigmatycznie. Dopiero w ostatnich dniach zaczęło wyglądać na to, że jest coś na rzeczy. Bo obecność Tuska widać było w Warszawie bardziej niż kiedykolwiek od 2014 r. I nie była to obecność przypadkowa.

Tusk się uaktywnił, bo przymierza się do wyborów w 2020 r.?

Od Warszawy po Łódź

Pierwszym akcentem było przesłuchanie byłego premiera przed komisją śledczą badającą aferę Amber Gold. W planach PiS miał to być mocny akcent na zakończenie kampanii samorządowej, który ostatecznie pozbawi opozycję nadziei na zwycięstwo w tych i kolejnych wyborach. O rzekomych problemach prawnych Tuska związanych z Amber Gold mówił zresztą Jarosław Kaczyński przy okazji jego powtórnego wyboru na stanowisko w marcu ubiegłego roku.

Z tych planów nic nie wyszło. Posłowie PiS przez wiele miesięcy działania komisji nie byli w stanie znaleźć żadnych konkretnych dowodów czy nawet mocnych politycznych argumentów, które uderzyłyby w byłego premiera. Skończyło się na tym, że w ostatniej chwili wezwanie Tuska zostało przesunięte już poza kampanię. Siedmiogodzinne przesłuchanie przyniosło dużo retorycznych przepychanek, ale żadnych konkretów, a były premier pokazał, że politycznie przerasta o głowę swoich oponentów z komisji.

Dużo ważniejsze było jednak łódzkie przemówienie Tuska w przeddzień rocznicy odzyskania niepodległości. Były premier zarysował w nim pole politycznego sporu zarówno w Polsce, jak i w jej otoczeniu. Pokazał geopolityczne zagrożenia dla Polski: od rosnących nacjonalizmów w samej Europie po rywalizację USA z Chinami. Podkreślił, ze jedynym sposobem na ich przezwyciężenie jest silna obecność w zjednoczonej Europie. Z którą nie można igrać, bo może to doprowadzić do scenariusza brytyjskiego, w którym David Cameron nie chciał wyprowadzić Wielkiej Brytanii z Unii, ale ją wyprowadził.

Innym udało się świętować bez partyjnej młócki

Przeszłość i przyszłość

Tusk najmocniej też do tej pory odniósł się do wewnętrznej sytuacji politycznej w Polsce. „Niepodległe, niezawisłe państwo jest nam potrzebne do tego, żebyśmy mogli być wolni. Nie ma niepodległości bez praw i wolności” – podkreślał. I przedstawił swój pozytywny program i najważniejsze dla niego wartości: „Silna Polska w zjednoczonej Europie, ład konstytucyjny, rządy prawa, wolności obywatelskie, wolne i niezwisłe sądy i media. Warto też pamiętać o szczepieniu dzieci”.

Zaznaczył także, że nie zamierza oddawać PiS symboliki historycznej, podkreślając, iż „bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta”.

W politycznym kontekście należy też czytać obecność Tuska na trybunie honorowej podczas obchodów 11 listopada i złożenie kwiatów przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Tusk patrzy na kalendarz

Czy to wszystko oznacza, że możemy się spodziewać powrotu byłego premiera do polskiej polityki już w najbliższych miesiącach? Nie tak prędko.

Tusk jest politykiem, który zawsze doceniał znaczenie kalendarza w polityce. A ten kalendarz pozostaje wciąż dość zagmatwany. Kadencja Tuska w Brukseli kończy się 30 listopada przyszłego roku. To już nie tylko po wyborach europejskich w maju, ale też po kluczowym, jesiennym głosowaniu na posłów i senatorów, które rozstrzygnie o tym, kto będzie rządził w kraju do 2023 r. W tej sytuacji Tusk mógłby dopiero kandydować na prezydenta w wyborach na wiosnę 2020 r.

Z drugiej strony Tusk mógłby wcześniej odejść z Brukseli. Po zakończeniu negocjacji brexitowych i wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii nie będzie miał tam już specjalnie wiele do roboty. Dobrym pretekstem do dymisji byłaby np. wymiana na kluczowych europejskich stanowiskach po majowych wyborach.

Nowe rozdanie obejmie m.in. fotele przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, szefa Komisji Europejskiej i jego zastępcy ds. zagranicznych. Unijni przywódcy mogliby się nawet ucieszyć, że Tusk, ustępując, rozwiązuje im ręce i ułatwia ułożenie tej układanki na nowo. To oznaczałoby, że były lider Platformy mógłby bezpośrednio włączyć się już do kampanii parlamentarnej.

Może nie na białym koniu, ale…

Wiele będzie zależało od tego, jak będą się układały karty w samej opozycji. Tusk może się włączyć, jeśli zarysuje się możliwość utworzenia silnego sojuszu, który będzie miał realne szanse na zwycięstwo wyborcze i odebranie władzy PiS.

Na razie były premier zasygnalizował więc tylko swoim zwolennikom, że może wrócić do polskiej polityki i być dla opozycji mocną, być może decydującą kartą. Ale wciąż trzyma wszystkie opcje otwarte.

To, że na przyspieszony powrót Tuska nie ma co liczyć, były premier sam zasugerował w swoim przemówieniu w Łodzi. Rzucając pomysł organizacji środowisk opozycyjnych wokół majowych wyborów i rocznicy Konstytucji 3 Maja, dodał: „Nie ma co czekać na jeźdźca na białym koniu”.

Tuska scenariusz jest więc zapewne taki: najpierw się ogarnijcie, pokażcie, że jesteście w stanie włączyć się do gry o zwycięstwo. A wtedy zobaczymy. Może nie na białym koniu, ale…

Donald Tusk: W 2019 roku będę w Polsce. I nie wybieram się na emeryturę

10 listopada Tusk był w Łodzi na zorganizowanych przez władze miasta „Igrzyskach Wolności”. Wypowiedział tam proste i precyzyjne przesłanie: „skoro Piłsudski i Wałęsa dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików. Brońcie Polski, brońcie wolności, brońcie niepodległości”. W przededniu święta niepodległości udzielił też ważnego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, gdzie rozliczał się ze swoich politycznych niedokonań i błędów.

11 listopada Donald Tusk najpierw złożył wieniec przed pomnikiem Marszałka przy Belwederze wraz z Grzegorzem Schetyną, w gronie politycznych przyjaciół i zwolenników, po czym w południe na Placu Piłsudskiego wziął udział w uroczystościach państwowych, w gronie swoich śmiertelnych politycznych wrogów.

To Jarosław Kaczyński osobiście zdecydował o tym, że przejście przewodniczącego Rady Europejskiej przez szpaler polityków PiS będzie „marszem hańby”. Dlatego żaden z PiS-owców nie przywitał się z Tuskiem, żaden z nich nie zareagował na powtarzane przez oficjalnego gościa gesty powitania. Jak zwykle najbardziej żałośnie wyglądało to w wykonaniu Andrzeja Dudy, który przecież Tuska na oficjalne obchody zaprosił. Jednak obecny polski prezydent, jak zwykle w obecności Kaczyńskiego, okazał się człowiekiem beznadziejnie słabym. Jego obojętność miała zatrzeć pamięć o przymilnej pogawędce z Tuskiem w Nowym Jorku, w kuluarach Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Tam Kaczyńskiego nie było, więc Duda okazał się wobec Tuska miękki. Jednak były media i Duda znów skompromitował się w oczach twardego elektoratu PiS. Zatem 11 listopada musiał publicznie odegrać scenariusz napisany mu przez Kaczyńskiego.

Długa walka o prezydenturę

Fakt, że Donald Tusk zrezygnował z udziału w zjeździe politycznych celebrytów w Paryżu (gdzie byłby jedną z gwiazd) i wybrał trudną dla siebie wizytę w totalnie podzielonej ojczyźnie, oznacza tylko jedno. Kiedy skończy się kadencja przewodniczącego Rady Europejskiej Tusk wróci do polskiej polityki, a pierwszą taką okazją mogą być tylko wybory prezydenckie.

Nie znaczy to jednak, że Donald Tusk może sobie pozwolić na czekanie do połowy 2020 roku. Jeśli opozycja wygra wybory europejskie i parlamentarne 2019 roku, kampania prezydencka, starcie z tchórzliwą marionetką obozu, który po utracie władzy pójdzie w rozsypkę, będzie dla Tuska tylko formalnością. Jeśli jednak opozycja przegra wybory parlamentarne 2019 roku, Tusk będzie wracał do Polski nie po zwycięstwo, ale po zorganizowane mu przez Kaczyńskiego kolejne upokorzenia, a być może na własny proces.

Kluczem do odsunięcia PiS-u od władzy jest efektywna jedność opozycji. Uniknięcie podzielenia i zmarnowania głosów, których już dziś – pokazały to wybory samorządowe – wystarczy, żeby odsunąć Kaczyńskiego od władzy. Donald Tusk nie tylko sam musi „grać w jednej drużynie” z Grzegorzem Schetyną (rozprowadzane w mediach plotki o własnej liście Tuska do wyborów europejskich okazały się jak do tej pory fałszywe). Ale musi też zwrócić się wyraźnie do elektoratu całej opozycji, z przesłaniem, że miejsce liderek i liderów różnych opozycyjnych partii jest na jednej liście. Pod własnymi sztandarami, wokół nie tylko „minimum programowego”, ale odważnej wizji Polski po rządach PiS-u, ale bezwzględnie na jednej liście. Tylko to daje szansę na wygranie ze „zjednoczoną prawicą”. Większościowa ordynacja wyborcza jest tu nieubłagana. Każde inne rozwiązanie będzie oznaczało – jak pokazały to wybory do sejmików – zmarnowanie setek tysięcy głosów, utratę wielu mandatów, a w konsekwencji pozostawienie Kaczyńskiego u władzy. Na kolejne cztery lata, w czasie których PiS-owska mniejszość, dla której Kaczyński szuka – pokazały to obchody 11 listopada w Warszawie – wzmocnienia ze strony elektoratu narodowców – będzie dalej demolowała Konstytucję, demokrację, praworządność, a przede wszystkim pozycję Polski w instytucjach i sojuszach liberalnego Zachodu.

11 listopada pokazało, że Tusk nie wróci do Polski na białym koniu, nie będzie nowym Macronem, ale w polskiej polityce czekają go „krew, pot i łzy”. Tak naprawdę nie będzie przekraczał istniejących podziałów, ale może pomóc Schetynie, Lubnauer, Nowackiej i wszystkim innym odpowiedzialnym liderom i liderkom opozycji jednoczyć i mobilizować antypisowski elektorat. W najlepszym scenariuszu nieco go poszerzy. To zadanie mniej efektowne, niż „kocham wszystkich” Biedronia, ale w dzisiejszej polskiej polityce zwracanie się do wszystkich jest hasłem, które nie trafia do nikogo.

Jedynym problemem Donalda Tuska w tym i tak najbardziej optymistycznym scenariuszu jest fakt, że przewidziana dla niego pozycja prezydenta daje mu mniej władzy, niż pozycja premiera. A „krew, pot i łzy” zainwestowane w pracę na rzecz opozycji będą tyleż inwestycją we własną prezydenturę, co inwestycją w bardzo realną władzę dla Grzegorza Schetyny jako premiera. Jednak innego scenariusza nie ma. A rola Tuska przy ochranianiu jedności opozycyjnego elektoratu jest nie do przecenienia. Wyborcy PO, Nowoczesnej, a nawet PSL i SLD pamiętają go jako człowieka, który efektownie odsunął od władzy Jarosława Kaczyńskiego w 2007 roku. Dziś oczekują od niego, że pomoże opozycji odebrać władzę Kaczyńskiemu w roku 2019.

Więcej o Tusku >>>

„Dla mnie w większym stopniu to, co się tam wydarzyło, jest nie kwestią polityki, ale po prostu wychowania. To było po prostu chamstwo, takie prymitywne, nieokrzesane. To nie przystoi głowie państwa polskiego. Mądrzy i kulturalni ludzie wiedzą, że jest jakaś granica, której się nie przekracza, chcąc nawet utrzeć nosa przeciwnikowi politycznemu” – powiedział były prezydent w Bronisław Komorowski w TVN 24. To jego komentarz do zachowania Andrzeja Dudy wobec Donalda Tuska na pl. Piłsudskiego, o czym pisaliśmy w artykule „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej celowo pomija w powitaniu przewodniczącego Rady Europejskiej i prezydent Warszawy”.

>>>

Bronisław Komorowski mówił także o marszu, który przeszedł 11 listopada ulicami Warszawy. Jego zdaniem, jednym ze źródłem chaosu decyzyjnego w sprawie organizacji marszu był Andrzej Duda. – „Błędem zasadniczym z punktu widzenia pozycji prezydenta i głowy państwa polskiego jest to, że doprowadził do sytuacji, w której chcąc być może przechwycić marsz narodowców poszedł w jakiejś mierze na czele w marszu, który wszyscy identyfikują ze skrajnymi środowiskami nacjonalistycznymi. To był błąd wizerunkowy, bardzo kosztowny, bo nie tylko na świecie, ale wobec opinii publicznej w Polsce” – stwierdził Komorowski.

Dodał, że Duda zamiast negocjować z organizatorami Marszu Niepodległości powinien przejąć organizację „marszu prezydenckiego”, który został zapoczątkowany podczas kadencji Komorowskiego.

Były prezydent odniósł się też do odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. – „Rozumiem potrzebę wypełnienia pewnej pustki po dramatycznej śmierci prezydenta. Ale trzeba zachować pewne proporcje w podejściu do kwestii upamiętniania tragicznie zmarłych wybitnych Polaków” – powiedział Komorowski. Zauważył, że Gabriel Narutowicz – pierwszy prezydent II RP, który padł ofiarą zamachowca – ma jeden pomnik. – „Więc chciałoby się powiedzieć: trochę umiaru, Jarosławie Kaczyński, z tym upamiętnianiem brata, bo gdzieś zatraci się proporcje” – dodał Komorowski.

„Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje – mówi prof. Aleksander Hall, historyk, polityk, działacz opozycji w PRL, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. – Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Wspólny marsz to ogromny sukces, to wielki dzień” – przekonuje prezes PiS Jarosław Kaczyński. Naprawdę jest się czym chwalić?

PROF. ALEKSANDER HALL: Oglądałem ten marsz w telewizji i mam co najmniej mieszane uczucia. Z jednej strony liczba ponad 200 tys. ludzi, z których większość zapewne myślała poważnie o uczczeniu rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Z drugiej jednak jest coś dwuznacznego w tym, że prezydent i rząd podłączają się pod marsz organizowany od lat przez środowiska skrajne i na którym wielokrotnie pojawiały się hasła niemające nic wspólnego z polskim interesem narodowym i poczuciem przyzwoitości. Pozostaje też poczucie niedosytu, że w stolicy naszego kraju nie wytworzył się obyczaj organizowania marszów czy parad naprawdę jednoczących Polaków. To udaje się od wielu lat na przykład w Gdańsku.

Marsz Niepodległości nie był marszem jednoczenia.

PiS nie ma problemu z tym, że obok biało-czerwonych flaga na marszu były także flagi ONR-u, włoscy neofaszyści i nacjonalistyczne hasła?
Nie wiem, jak PiS się z tym czuje, ale myślę, że rozsądniejsi politycy tej partii widzą w tym jakiś problem.

To dlaczego w ogóle zaczęli z narodowcami rozmawiać? Wiadomo było, czego się spodziewać…
Dlatego to wszystko idzie na rachunek obecnej władzy. Obóz rządzący być może zdaje sobie sprawę z istotnych strat wizerunkowych, jakie przy tej okazji ponosi, ale z drugiej strony nie chce rezygnować z głosu Polaków, którzy w Marszu Niepodległości dobrze się czują. To jest dylemat, który PiS miał i rozstrzygnął go tak, jak go rozstrzygnął. To ich odpowiedzialność.

Co mogli albo powinni zrobić?
Jestem bardzo daleko od obozu władzy, więc nie czuję się uprawniony, aby im coś podpowiadać. Ale

myślę, że zło stało się znacznie wcześniej. Chodzi o politykę, którą PiS prowadzi od 2015 roku, ostrego podziału polskiego społeczeństwa na dobrych patriotów i Polaków gorszego sortu. Zbyt wiele stało się, jeżeli chodzi o dzielenie wspólnoty narodowej, zarzucanie opozycji najniższych intencji, a nawet zdrady narodowej, łamanie konstytucji. Od początku wiadomo było, że żaden wspólny, narodowy marsz nie jest możliwy.

Taki jak „Marsz dla Niepodległej” organizowanej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego?
To były prezydenckie marsze politycznie ekumeniczne, oddające hołd ponad podziałami wszystkim głównym twórcom niepodległości. Sam kilkukrotnie towarzyszyłem prezydentowi Komorowskiemu podczas składania kwiatów przed pomnikiem Romana Dmowskiego. PiS niestety nie zdecydował się na kontynuowanie tej tradycji.

Realnym alternatywnym krokiem, który prezydent i rząd mógł zrobić w 100-lecie odzyskania niepodległości, było zorganizowanie własnego marszu, ale byłby to tylko marsz PiS-u.

Obok Jarosława Kaczyńskiego, premiera Mateusza Morawieckiego i prezydenta Andrzeja Dudy nie stanęliby przecież politycy opozycji, autorytety występujące w obronie konstytucji i praworządności.

Taki marsz PiS-u byłby znacznie skromniejszy od Marszu Niepodległości, który ma już przecież swoją tradycję.

Dlatego postanowili dogadać się z nacjonalistami i przyłączyć do nich kilka dni przed Świętem Niepodległości?
Tak. Inna decyzja wymagałaby prowadzenia innej polityki, w której podziały, wzajemne pretensje nie byłyby aż tak głębokie.

„Zazwyczaj to PiS stosuje patriotyczny szantaż, odmawiając swym oponentom prawa miłowania ojczyzny. Teraz sam został w taką pułapkę przez narodowców złapany” – pisze Andrzej Stankiewicz w Onet.pl. A może właśnie sytuacja wymknęła się spod kontroli?
Uważam, że część myślących polityków obozu rządzącego, a do nich zaliczyłbym Jarosława Kaczyńskiego, miało poczucie ulgi wychodząc z marszu z poczuciem, że nie stało się nic drastycznego.

Myślę, że odczuwali niepokój podejmując decyzję o firmowaniu tego marszu, a potem poczucie ulgi, że jednak mogło się skończyć gorzej. Były flagi ONR-u, włoscy neofaszyści, nacjonalistyczne hasła, ale nikt nie został dotkliwie pobity.

Władza legitymizując takie organizacje, daje im przecież poczucie siły… A to nie musi się dobrze skończyć.
Za miarodajną ocenę zagrożenia uważam wyniki wyborów. One pokazują wyraźnie, że skrajne ruchy nacjonalistyczne w Polsce mogą liczyć na niewielkie poparcie. Myślę, że świadomość historyczna wśród członków tych ruchów jest niewielka.

Czym innym, bez porównania poważniejszym, mającym duże społeczne poparcie, jest polityka PiS-u rozmontowująca państwo prawa, lekceważącą konstytucję, chcąca mieć władzę nad sądami. Tego się boję, to jest groźne dla Polski.

PiS nadal będzie prowadził taką politykę? Zbliża się wyjątkowo trudny czas, maraton wyborczy.
Myślę, że czas na podjęcie decyzji w tej sprawie zbliża się wielkimi krokami. Wybór jest taki: złagodzenie kursu, języka, odwrót od działań wymierzonych w niezależność władzy sądowniczej pod presją UE, albo wręcz przeciwnie. W dłuższej perspektywie czasowej trudno wyobrazić sobie dwa równoległe sądownictwa, sędziów uznawanych przez jedną lub drugą stronę. Ta sytuacja będzie musiała znaleźć jakieś rozstrzygnięcie. Ale

nie jestem w stanie przewidzieć, jakiego wyboru dokona obóz władzy, czyli de facto Jarosław Kaczyński. Mogę przewidzieć tylko jedno – nastąpi korekta politycznego kursu.

Donald Tusk wróci do polskiej polityki?
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że będzie wspierał, a nawet już wspiera w sposób otwarty polską opozycję. Jego ostatnie przemówienia miały charakter deklaracji człowieka, który aspiruje do politycznego przywództwa. Klamka zapewne jeszcze nie zapadła, pozostawia sobie otwartą furtkę, ale myślę, że taki jest jego cel.

Jak pan zrozumiał słowa byłego premiera o tym, że Polacy mogą pokonać „współczesnych bolszewików”, tak jak pokonali ich Józef Piłsudski i Lech Wałęsa?
Trudno było je zrozumieć inaczej niż zrozumiała sala, ja też je tak zinterpretowałem. „Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież

Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje.

Niektórzy mówią, że to były za mocne słowa. Pan też tak myśli?
Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa.

Powinien wrócić? Pomógłby opozycji w walce z PiS-em?
W tej chwili potrzebne są każde ręce na pokładzie.

Polityk mający tak znaczne poparcie społeczne, wielką rozpoznawalność i pozycję w Europie jest Polsce potrzebny.

Dlatego PiS się go tak boi, że zostaje zlekceważony podczas oficjalnych obchodów przed Grobem Nieznanego Żołnierza i postawiony w ostatnim rzędzie?
Myślę, że to było działanie z premedytacją. Chociaż była to rzecz bezprecedensowa. Przecież Donald Tusk był jedynym wysokim rangą przedstawicielem świata, który zdecydował się wziąć udział w tym święcie. Nawet przyjaciel PiS-u, czyli premier Węgier Victor Orbán nie przyjechał do Warszawy.

To chyba wiele mówi o naszej pozycji w Europie i organizowanych przez władze obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości…
Oficjalne obchody trudno uznać za udane. Poza tym muszę pani powiedzieć, że

nie lubię sposobu przemawiania prezydenta Andrzeja Dudy, który po prostu krzyczy. To jest cecha ludzi niepewnych siebie, dodających sobie tym sposobem ekspresji otuchy. Ale to nie jest właściwy styl.

Patrząc krytycznie na te obchody, trzeba jednak podkreślić, że w wielu miejscach Polski ten dzień był obchodzony uroczyście, pogodnie i ekumenicznie. Dobrym przykładem jest Gdańsk.

Nie zabrakło panu w ostatnim czasie dyskusji o tym, co znaczy dla nas niepodległość i jak obroniliśmy ją po raz drugi? PiS oczywiście ani razu nie wspomniał na przykład o Lechu Wałęsie. To przykre.
Obecna władza nie jest w stanie wpłynąć na moje samopoczucie.

Od długiego czasu widać, że w przekazie, jaki PiS kieruje do polskiego społeczeństwa, III RP jest przedstawiana przede wszystkim jako okres błędów i wypaczeń, zmarnowanych szans, a nawet nowego zniewolenia przez kondominium niemiecko-rosyjskie. Polska według obozu władzy przecież wstała z kolan dopiero w 2015 roku.

W tym jest pewna logika, ale i niekonsekwencja. Skoro PiS odwołuje się do polskiej dumy, chce budować poczucie patriotyzmu na historycznych zasługach Polski, to przynajmniej nieroztropne jest przekreślanie ostatniego ćwierćwiecza naszej historii. To jest też głęboko niesprawiedliwe.

Niesprawiedliwe jest też to, że na Placu Piłsudskiego stanął pomnik Lecha Kaczyńskiego, a Andrzej Duda przekonuje, że „od czasów marszałka Józefa Piłsudskiego tak wielkiego przywódcy państwa polskiego nie było”?
To jest przede wszystkim wyrządzanie krzywdy Lechowi Kaczyńskiemu. Wydaje mi się, że to jest nieświadome działanie ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Przecież

jego brat ma swoje miejsce w historii Polski, jest tam dużo zasług, ale ich wyolbrzymianie i wynoszenie go na piedestał z pominięciem wielu postaci, których zasługi były większe i porównywalne, tak drastycznie rozmija się z prawdą historyczną i świadomością większości obywateli, że przynosi przeciwne efekty.

Deformacja historii i narzucony kult Lecha Kaczyńskiego powoduje reakcje odrzucania, które przejawiają się także w nieparlamentarnych słowach, czy zapowiedziach burzenia pomników. To też jest złe, ale absolutnie wytłumaczalne zjawisko.

„Bankier Leszek Czarnecki oskarża szefa KNF: 40 milionów złotych i nie będzie kłopotów”– to tytuł pierwszej strony z „Gazety Wyborczej”. Według dziennika, „Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, zaoferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych – twierdzi właściciel banku Leszek Czarnecki”.

Oferta miała zostać nagrana przez bankiera. – „To zbyt gruba sprawa, by ją przemilczeć… Miało się nie nagrać, a jednak – co za pech – się nagrało” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, wicenaczelny „GW”.

A publicysta dziennika Wojciech Maziarski na Facebooku dodał: – „No ładnie. Szef Komisji Nadzoru Finansowego, członek prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju Marek Chrzanowski oskarżony przez Leszka Czarneckiego – właściciela Getin Noble Banku, jednego z najbogatszych Polaków – o złożenie propozycji korupcyjnej. Czarnecki nagrał rozmowę z Chrzanowskim”. Chrzanowski w październiku 2016 r. został powołany przez Beatę Szydło na stanowisko szefa Komisji Nadzoru Finansowego.

Jak pisze onet.pl, zawiadomienia w tej sprawie mają trafić do Prokuratora Generalnego.

Z nieoficjalnych informacji portalu wynika, że mogą one dotyczyć właśnie Chrzanowskiego, premiera i przedstawiciela Andrzeja Dudy w KNF Zdzisława Sokala.

Ujawniamy: Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, zaoferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za mniej więcej 40 mln zł – twierdzi właściciel banku Leszek Czarnecki. Bankier nagrał tę ofertę i zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez szefa KNF. Chrzanowski nagle poleciał do Singapuru.

Leszek Czarnecki, właściciel Getin Noble Banku i Idea Banku, z majątkiem ponad 2,19 mld zł należy do najbogatszych Polaków. Ale od 2016 r. wartość jego banków spada. Mają poważne kłopoty, ich los w dużej mierze zależy od regulacji rządowych i wymagań KNF sprawującej państwowy nadzór m.in. nad rynkiem finansowym.

Z nagrania, którego stenogram Czarnecki przekazał prokuraturze wraz z zawiadomieniem o przestępstwie, wynika, że Chrzanowski proponował mu następujące przysługi:

* usunięcie z KNF Zdzisława Sokala – przedstawiciela prezydenta w Komisji i szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – bo jest on zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo;

* złagodzenie skutków finansowych zwiększenia tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł);

* życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Czarneckiego.

W zamian bankier miałby zatrudnić prawnika wskazanego przez Chrzanowskiego. Wynagrodzenie – „powiązane z wynikiem banku” – 1 proc. wartości Getin Noble Banku, czyli ok. 40 mln zł.

Pełnomocnik Czarneckiego mec. Roman Giertych zawiadomił prokuraturę 7 listopada. Deklaruje, że nagrania przekaże „w charakterze dowodu w trakcie przesłuchania pokrzywdzonego”. „Wyborcza” ma kopię tych nagrań.

9 listopada Chrzanowski poleciał do Singapuru.

„Mam takie szumidła”

Południe, 28 marca 2018 r. Szare bmw Czarneckiego parkuje na pl. Powstańców Warszawy. Tu pod nr 1 ma siedzibę Komisja Nadzoru Finansowego. Bankier przyjechał na spotkanie z szefem KNF Markiem Chrzanowskim.

Wysiadając z auta, Czarnecki nerwowo sprawdza zawartość kieszeni. Na biodrze ma cyfrowy dyktafon, na piersi – drugi na wszelki wypadek. Do kieszonki na poszetkę wsunął długopis z minikamerą. Uruchamia wszystkie trzy urządzenia nagrywające.

Po co? Szef KNF zaprasza go już trzeci czy czwarty raz. Ale to zaproszenie jest wyjątkowe. Żąda, by bankier stawił się sam. Wcześniej zawsze towarzyszył mu prawnik lub prezes Getin Noble Banku. Teraz rozmowa ma być „w cztery oczy”.

Czarnecki jest bardzo podejrzliwy. Intuicja go nie zawodzi.

TU PRZECZYTASZ STENOGRAM Z ROZMOWY CZARNECKIEGO Z CHRZANOWSKIM

W gabinecie Chrzanowski mówi: – Mam tu takie szumidła, ponoć to nic nie daje, ale…

Chodzi o urządzenia antypodsłuchowe, które zakłócają sygnał telefonów i sprzętu elektronicznego.

Szef KNF pyta: – Pan nie ma telefonu ze sobą, żadnych takich?

Dodaje: – Byli tu jacyś komandosi, ale powiedzieli, że jest tyle sygnałów w okolicach tego miejsca, bo tam jest telewizja [obok mieści się siedziba TVP], że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat.

„Komandosi” mieli rację. Kamera i jeden dyktafon przestają działać po włączeniu zagłuszarek. Ale drugi dyktafon Czarneckiego pokonuje przeszkodę. Na nagraniu wyraźnie słychać obu rozmówców.

Chrzanowski zapewnia właściciela banku, że jest z nim „szczery”. Kilka razy przypomina, że to rozmowa „poufna”. Upewnia się: – Ja mogę pana o dyskrecję prosić?

„Zdzisław ma plan”

Najpierw rozmawiają o sytuacji banków Czarneckiego. Przeżywają one kryzys związany z koniecznością dokapitalizowania, z podatkiem bankowym, kredytami we frankach oraz obligacjami GetBacku sprzedawanymi przez Idea Bank. Zagrożony jest zwłaszcza ten ostatni.

Przed siedzibą Dowództwa Garnizonu Warszawa przy pl. Józefa Piłsudskiego w Warszawie odsłonięto pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pomnik odsłonili wspólnie prezydent Andrzej Duda, prezes PiS Jarosław Kaczyński oraz Marta Kaczyńska – córka Lecha Kaczyńskiego.

– Mamy dzisiaj wigilię 100-lecia odzyskania niepodległości, dzień szczególny – szczególne zrządzenie Boże spowodowało, bo przecież plany były inne, że dziś właśnie odsłoniliśmy ten pomnik – mówił prezes PiS.

Zwrócił uwagę, że jego brat „urodził się prawie 31 lat po po tym wspaniałym listopadzie 1918 r.”. – Był z tego pokolenia, które doznało łaski późnego urodzenia – nie musiał przeżywać wojny, stalinizmu, to było wspomnienie co najwyżej dzieciństwa, i było to jednocześnie pokolenie, które podjęło (…) ponownie, w sposób czynny i bezpośredni idee polski niepodległej, demokratycznej, obywatelskiej – podkreślił Kaczyński.

Prezes PiS przypomniał m.in. że jego brat uczestniczył w wydarzeniach marcowych „w tym wszystkim, co przyczyniło się do powołania Solidarności”. Przypomniał, że pełnił też wiele funkcji państwowych i samorządowych – był m.in. posłem, senatorem, prezesem Najwyższej Izby Kontroli, ministrem sprawiedliwości, prezydentem Warszawy a wreszcie prezydentem Polski.

– Ten pomnik tutaj staje to nie dlatego, że – można tak powiedzieć – (Lech Kaczyński – PAP) awansował najwyżej jak można. Nie o to tutaj chodzi. Chodzi o to, że jego działalność przyczyniła się – i to w sposób decydujący – do tego, iż można było się przeciwstawić temu wszystkiemu, co zostało nazwane (…) postkomunizmem. Systemu, który był nieporównanie lepszy od poprzedniego ale jednak w dalszym ciągu obciążony ogromnymi wadami – oświadczył Kaczyński.

Prezes PiS podczas swojego wystąpienia powiedział, że jego brat – Lech Kaczyński był człowiekiem „głębokiej wiary”. – (Był)jednocześnie człowiekiem skromnym i wyjątkowo osobiście dobrym” – podkreślił. „Pamiętam, że kiedy w samolocie lecącym do Smoleńska po katastrofie, po tragedii pisałem jego nekrolog, to tę cechę właśnie bardzo mocno podkreśliłem – dodał Kaczyński.

Prezes PiS powiedział też, że jego brat był „z jednej strony skutecznym politykiem, który potrafił przeciwstawiać się przemysłowi pogardy, całemu temu ogromnemu przedsięwzięciu zmierzającemu do tego by go zniszczyć, a z drugiej strony potrafił kierować się w swoim życiu osobistym, prywatnym, ale także w życiu publicznym dobrocią, a także względami moralnymi, które potrafił często stawiać przed korzyścią polityczną”.

– Tak było kiedy doprowadził do zmiany ustawy o lustracji, bo wiedział, że uczyni ona pewnym ludziom, zasłużonym w walce o niepodległość Polski, w walce o solidarność, wiele osobistych krzywd, bo znał różne wydarzenia z życia tych ludzi, wiedział, że zostaną one ujawnione – mówił prezes PiS.

– I powtarzam: to połączenie bardzo rzadkie w polityce. Każdy, kto zna historię, to wie. I to też jest przesłanka dla której powinien być uczczony, powinien być pamiętany, bo jeszcze raz powtórzę – dobrze zasłużył się Polsce, wpisał się złotymi zgłoskami w jej historię – podkreślił Kaczyński.

Prezes PiS dziękował tym wszystkim, którzy przyczynili się do budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w sposób najbardziej bezpośredni, m.in. członkom komitetu budowy pomnika. W szczególności Kaczyński dziękował trzem osobom: szefowi KPRM Jackowi Sasinowi, szefowi gabinetu premiera Markowi Suskiemu i szefowi MON Mariuszowi Błaszczakowi, choć – jak zaznaczył – „tych zasłużonych jest znacznie więcej”.

Waldemar Mystkowski pisze o możliwości przyspieszonych wyborów.

PiS Polską raczej się nie martwi. Oni martwią się o władzę, o koryto, a scenariusz kampanijny nie jest dla nich korzystny. Mogą więc zechcieć zawrócić bieg wydarzeń. Najpierw jednak zmierzą się z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, który w najbliższy piątek wysłucha stron w sprawie decyzji dotyczącej zawieszenia stosowania przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

A dzisiaj właśnie w tej sprawie w Brukseli zebrała się Rada ds. Ogólnych, na której nie był żaden polski minister ani wiceminister spraw zagranicznych. Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans był tym wielce zaniepokojony i debatę o Polsce zamknął w 15 minutach. Mateusz Morawiecki w niedzielę zapewniał, iż strona polska w sprawie Sądu Najwyższego przedstawi „bardzo konkretne kroki”. Jakie zatem one będą, gdy dzisiaj są trzymane w tajemnice? A ponadto, co znaczą słowa, że „kompromis wymaga takich jakichś ustępstw z obu stron”. Wszak ani Komisja Europejska, ani TSUE nie demolowali Sądu Najwyższego ani wcześniej Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa.

Można zatem spodziewać się dalszego matactwa rządu pisowskiego, który zechce oddalić w czasie wyrok Trybunału unijnego. Jeżeli dorzucimy do tego stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „Bruksela i Europa mają inną wizję państwa niż my”, to możemy spodziewać się, że kompromisu nie będzie.

A zatem, co nas czeka? Prędzej czy później Polexit, który nie ma jeszcze „wzięcia” wśród elektoratu partii Kaczyńskiego, ale nie musi być ostatecznie odstręczający. I właśnie w tym momencie należy uwzględnić to, iż PiS zechce zmienić bieg spraw, przyspieszyć, bo kalendarz wyborczy nie jest dla niego korzystny. A do tego odnowił się w przestrzeni publicznej Donald Tusk, polityk wybitny i skuteczny, który potrafi wygrać z Kaczyńskim i jego marionetkami.

Na agendę wchodzi – na razie jako tajemnica poliszynela – temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które mają swoją kolej po wyborach do europarlamentu, ale przecież nie muszą. Mogą być już wiosną 2019 roku, gdy Komisja Europejska za sprawą wyroku TSUE jeszcze nie wdroży sankcji.

Już raz Kaczyński na przyspieszeniu wyborów przewiózł się w 2007 roku. Dzisiaj jednak jeszcze Tuska w Polsce nie ma, 2,5 letnia kadencja w Brukseli kończy mu się na jesieni 2019 roku.

Tusk ma świadomość, że Kaczyński coś szykuje, dlatego usłyszeliśmy w Łodzi podczas Igrzysk Wolności tak zdecydowane jego słowa o sytuacji w Polsce i demonstracyjną solidarność z Grzegorzem Schetyną w sprawie jednoczenia opozycji. Ciągle do odwrócenia jest fatalna sytuacja Polski na zewnątrz, której losy się ważą, czy pozostanie liczącym się graczem na Zachodzie, czy zostanie wepchnięta przez PiS w łapy Kremla.