Tag Archives: afera KNF

Morawiecki próbuje ograć opozycję

26 Sty

W piątek po południu, po ponad 2 godzinach, zakończyło się spotkanie premiera z przedstawicielami klubów i kół parlamentarnych dotyczące sytuacji po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. – Oponent polityczny to nie jest wróg. Trzeba umieć rozmawiać zarówno w świecie politycznym, jak i medialnym – mówił po spotkaniu premier Mateusz Morawiecki. Opozycja jest jednak bardziej sceptyczna. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym – komentował szef klubu PO-KO Sławomir Neumann. W spotkaniu uczestniczyli także m.in. Władysław Kosiniak-Kamysz i Katarzyna Lubnauer.

Morawiecki: Spotkanie w dobrej atmosferze

Spotkanie rozpoczęło się o godz. 15.30 i trwało ponad 2 godziny. – Bardzo dobrze, że to spotkanie się odbyło – podsumował Mateusz Morawiecki, dziękując wszystkim za udział.

– Chcę podkreślić dobrą atmosferę tego spotkania i moje zdanie w tej kwestii, które mam przekonanie, że podzielają uczestnicy tego spotkania, że przecież oponent polityczny to nie wróg. Że trzeba umieć rozmawiać, zarówno w tym świecie politycznym, jak również w świecie mediów – mówił na konferencji prasowej premier. Niestety, nie było możliwości zadawania pytań.

Wcześniej Mateusz Morawiecki spotkał się z szefami resortów: zdrowia, sprawiedliwości, spraw wewnętrznych i administracji. Ministrowie uczestniczyli także z w spotkaniu z posłami.

Jakie propozycje znalazły się na stole? M.in. zaostrzenie kar za najcięższe przestępstwa popełniane z nienawiści i zaostrzenie kar za groźby karalne. Chociaż według opozycji nie chodzi o zmianę prawa, ale o jego egzekwowanie. Dużo emocji budzi propozycja opracowana w Ministerstwie Zdrowia dotycząca kwestii zmian w prawie dotyczących recydywistów lub niebezpiecznych chorych psychicznie, którzy opuszczają więzienie.

– Mamy bardzo ważne informacje, stanowiące podstawę do dyskusji. Poprosiliśmy przedstawicieli opozycji, żeby i oni zaproponowali swoich ekspertów. Zaprosimy także organizacje pozarządowe. Mam nadzieję, że wypracujemy z opozycją wspólne rozwiązanie. A to doprowadzi do podniesienia poziomu bezpieczeństwa. Nasi współuczestnicy zaproponowali rozwiązania, nie było tak, że zgodziliśmy się we wszystkim, ale chcę podkreślić, że w spotkaniu towarzyszyła nam dobra atmosfera – mówił Mateusz Morawiecki.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu w przyszłym tygodniu rząd ma przedstawić informację na temat śledztwa dotyczącego zabójstwa prezydenta Gdańska.

Neumann: Różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia

W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele klubu PO-KO, PSL-UED, Nowoczesnej, Kukiz ’15 oraz koła Wolni i Solidarni. Nie pojawił się Ryszard Petru.

Przewodniczący klubu PO-KO jest zdecydowanie bardziej sceptyczny niż premier. – Spotkanie nie zakończyło się przełomem, ani niczym istotnym, poza tym, że wszyscy chcemy walczyć o dobre przepisy, które na przyszłość będą chroniły Polaków. Ale różnimy się w ocenie tego, co było przed 13 stycznia i doprowadziło do tej tragedii. Potrzeba dalszych rozmów i przemyślenia. To władza i rząd ponoszą największą odpowiedzialność za bezpieczeństwo Polaków – komentował podczas spotkania z dziennikarzami poseł Sławomir Neumann. Przyznał, że opozycja zadeklarowała współpracę, jeżeli chodzi o zmiany w prawie, ale ważniejsza jest inna kwestia. – Dzisiaj nie mamy żadnej pewności, że osoba, która dokonała mordu politycznego, jest osobą niezrównoważoną psychicznie – tłumaczył.

Poinformował o ważnej deklaracji premiera oraz Prokuratora Generalnego: – Jeżeli rodzina wystąpi o pełnomocnika w śledztwie, który potem będzie oskarżycielem posiłkowym, to mamy deklaracje, że zostanie podjęta pozytywna decyzja. Bedzie można mieć osobę, która będzie patrzyła na ręce i pomagała w tym śledztwie. Transparentność tego śledztwa i komunikacji z tego śledztwa jest podstawowa w sytuacji, w której sprawa budzi takie emocje.

Nie ma za to zgody na kolejny postulat PO, czyli „wznowienie postępowań na wniosek osób pokrzywdzonych, dotyczących nienawiści, podżegana do łamania prawa i fizycznego uderzania w osoby reprezentujące opozycję czy niezgadzające się z rządem”. – Ta sprawa nie ma jednoznacznego rozstrzygnięcia. Minister Zbigniew Ziobro nie jest chętny do tego, aby wznawiać postępowania. Tu jest wyraźny rozdźwięk między premierem i ministrem sprawiedliwości – mówił Neumann.

I jeszcze jeden postulat, który nie spotkał się z pozytywną reakcją, a wręcz przeciwnie. Politycy PO domagali się odwołania władz TVP. – Obciążamy ją olbrzymią odpowiedzialnością za podnoszenie poziomu agresji w debacie politycznej, który nie jest akceptowany przez większość klasy politycznej poza rządzącymi. Nie ma chęci współpracy, pan premier stanął po stronie TVP – przyznał szef klubu PO-KO.

Kosiniak-Kamysz: Nie ma żadnej refleksji dotyczącej TVP

Prezes ludowców, posobnie jak szef klubu PO-KO, zadeklarował chęć współpracy odnośnie do zmian w prawie. – Są rzeczy, z którymi się zgadzamy. Będziemy współpracować nad ustawami, uregulowaniem przepisów dotyczących osób chorych psychicznie, przebywających w zakładach karnych. To nie jest łatwa sprawa. Tu muszą być poważne, normalne konsultacje i dialog – deklarował po spotkaniu Władysław Kosiniak-Kamysz.

Dla niego ważne jest to, że na wniosek klubu PSL-UED odbędzie się sejmowa debata „na temat wątpliwości dotyczących śledztwa w sprawie śmierci prezydenta Pawła Adamowicza, działań policji, służby więziennej przed i po tych wydarzeniach”.

Władysław Kosiniak-Kamysz ubolewa także nad „zamknięciem” tematu zmian w TVP. – Kluczowe było zdanie wyrażone przez przewodniczącego Ryszarda Terleckiego. U niego nie widzę żadnej refleksji. Może premier by chciał, tak jak wyczuwam, ale nie ma chyba zgody w obozie PiS-u. Ta walka wewnętrzna powoduje, że dzisiaj wygrywają ci o przekonaniu, że Telewizja Polska nie potrzebuje żadnej naprawy. Ale premier jest premierem i albo udowodni za chwilę, że ma wpływ na to, co się dzieje również w telewizji, albo zmiana debaty się nie odbędzie – mówił lider PSL-u.

Po spotkaniu w szerokim gronie odbyło się jeszcze krótkie spotkanie premiera z prezesem Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, czym pochwalił się Mateusz Morawiecki na Twitterze.

Szczegółów tej rozmowy nie poznaliśmy.

Dlaczego partia rządząca usiłuje nam wmówić, że był to tylko zwykły atak szaleńca?

Wydawało się, że ostatnie kilkanaście dni minie nam w zadumie, wyciszeniu i refleksji. Nic bardziej mylnego. Teraz to dopiero mamy jazdę bez trzymanki. Obarczanie się nawzajem winą za język nienawiści, wskazywanie palcem, kto bardziej, a kto mniej się tym językiem posługuje, no i ta niesamowicie „kreatywna twórczość” – od polityków i mediów zaczynając, a kończąc na zwykłym, szarym obywatelu. Mnie jednak zastanawia coś innego – dlaczego politycy PiS i wierne im media usiłują nas przekonać, że morderstwo Pawła Adamowicza nie miało politycznego charakteru?

Dr Daniel Mider z Uniwersytetu Warszawskiego opracował zespół cech, które definiują właśnie morderstwo polityczne. Zgodnie z tym, ofiarą mordu jest jedynowładca lub najwyższy funkcjonariusz publiczny (władzy centralnej), względnie każdy funkcjonariusz publiczny i każda osoba publiczna, która tę rolę sprawowała, sprawuje lub do niej czynnie aspiruje. Motywem zabójstwa politycznego jest motyw wyłącznie polityczny, czyli czyn dokonywany  w celu zmiany władzy bądź wywarcia wpływu na proces polityczny lub też każdy, podjęty ze względu na pełnioną publiczną rolę ofiary: polityczną, ideologiczną, kulturową, etyczną, religijną lub obyczajową.

Przyjmując takie właśnie założenie, nie ma nawet co dyskutować. Zabójstwo prezydenta Gdańska mieści się w szeroko rozumianym pojęciu morderstwa politycznego. Dlaczego więc PiS zapiera się rękami i nogami, usiłując nam wmówić, że to bujda, że to tylko zwykły atak szaleńca? A przecież nie tak dawno, w październiku 2010 roku, gdy zamordowany został łódzki działacz PiS Marek Rosiak, Mariusz Błaszczak mówił: – „To morderstwo na tle politycznym. Morderca okazał się człowiekiem świadomym swoich celów. Został skazany, a w uzasadnieniu sąd napisał, że zamordował działacza PiS; chciał zamordować premiera Jarosława Kaczyńskiego, tylko ochrona uniemożliwiła mu ten atak”.

Mam swoją teorię na ten temat. Może ona mało logiczna, może za bardzo umiejscowiona w mojej paranoi czy teorii spiskowej, ale zamierzam się nią z Państwem podzielić. W końcu, gdy PiS pozwala sobie na totalnie irracjonalną politykę „dobrej zmiany”, która prowadzi Polskę do ruiny, to i ja mogę dać upust mojej nadmiernie wybujałej fantazji.

Otóż… uważam, że PiS nie może strawić, iż traci „wyłączność” na ofiarę mordów na tle politycznym. Wszystko do tej pory było tak dobrze poukładane, np. mit o zbrodni smoleńskiej, który w znacznym stopniu poprowadził prezesa i jego ludzi do władzy. Nic to, że wciąż brak dowodów na zbrodnię. Ważne, że już od kilku lat wydawane są nasze pieniądze na realizacje kolejnych szalonych wizji pana Macierewicza. Lud cierpliwy, więc poczeka. Przekonanie narodu, że morderstwo w Łodzi było wynikiem nienawiści do partii, która jako jedyna, wie, co dla narodu dobre, jako jedyna proponuje praworządność i uczciwość, i to właśnie za to jest tak szykanowana oraz niszczona.

A teraz co? Jak wytłumaczyć swojemu narodowi, że morduje się kogoś, związanego z tymi, których można było z pełną satysfakcją i na okrągło obwiniać o tragedię w Łodzi i Smoleńsku? Wydarzenie w Gdańsku rozwaliło pisowską narrację całkowicie. PiS jeszcze usiłuje trzymać karty w swoim ręku. Prezes ignoruje minutę ciszy w Sejmie, wyrzuca się z uchwały upamiętniającej Pawła Adamowicza niewygodne dla PiS sformułowania. Zakazuje się politykom partii rządzącej komentować wydarzenie w Gdańsku, a Jarosław Kaczyński ostentacyjnie, w przededniu pogrzebu Pawła Adamowicza, jedzie do Krakowa, by pomodlić się nad sarkofagiem brata.  A wszystko po to, by pokazać narodowi, kto jako jedyny zasługuje na tłumne pożegnanie i jeszcze większe wspominanie… Kto jest ofiarą mordu politycznego… Kto wart jest pamięci…

Mało tego – PiS usiłuje rozegrać tragedię, która wydarzyła się w Gdańsku, na swoją korzyść. Przecież przed nami wybory do europarlamentu i naszego parlamentu rodzimego. Może więc uda się coś ugrać i uszczknąć więcej głosów? Stąd, jako ukłon w jedną stronę, pełna troski i łagodności twarz premiera oraz prezydenta. Stąd podejmowane działania, by język nienawiści zniknął z przestrzeni publicznej, zwiększona aktywność policji i prokuratorów, którzy nagle obudzili się i zaczynają ścigać tych, którzy tym językiem – za przyzwoleniem obecnej władzy – posługiwali się na prawo i lewo. Z drugiej zaś strony, dbałość o utrzymanie własnego elektoratu w przekonaniu, że nic się nie zmienia, a telewizja i media reżimowe nie zmieniły swojego propagandowego przekazu.

Nie wolno też zapomnieć o tym, że los sprzyja PiS-owi. Tam, gdzie dla wielu Polaków ból, rozpacz, niedowierzanie, dla tej partii świetna zasłona dymna, pod którą można wreszcie schować SKOK-i, aferę KNF, pana Glapińskiego, nieudolność w zarządzaniu, szastanie naszymi pieniędzmi, taśmy z premierem Morawieckim i wiele jeszcze innych wpadek. PiS ma nadzieję, że naród o rozliczenie się nie upomni, bo ma ważniejszą sprawę na głowie. Może błądzę w oparach fantazji, a może nie…

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Amerykański historyk specjalizujący się w dziejach Europy Środkowej i Wschodniej Timothy Snyder uważa, że do brexitu nie dojdzie. Ponadto brexit pokazuje, że Unia Europejska działa – ocenił Snyder w rozmowie z konserwatywnym dziennikiem „Die Welt”.

Brexit. Jak Polska gra na obie bramki i dlaczego tak się nie da [OPINIA]

Co z brexitem?

– Brexit, do którego nie dojdzie, jest załatwiany przez Unię Europejską w jej typowy nudny sposób, tak że przez dwa lata o tym rozmawia – zauważył profesor. – Brexit niekoniecznie zatem dowodzi tego, że Unia nie działa. Udowadnia wręcz, że potrafi działać w obliczu zagrożenia dla jej istnienia.

Zdaniem Snydera wynika to z niezwykle złożonej zdolności skutecznego radzenia sobie w wewnętrznymi różnicami. Jest to jedna z głównych cech, która odróżnia UE od Chin czy Rosji.

– Europa robi wrażenie chaotycznej i zdezorganizowanej, podczas gdy Chiny i Rosja – z oddali – wyglądają jak dobrze naoliwione maszyny. Co jest jednak ich słabością – uważa historyk. – Unia Europejska jest jedyną organizacją, która ma wolę i jest dość duża, by zająć się prawdziwymi wyzwaniami obecnego stulecia. Ani aneksja Krymu, ani budowa muru na granicy z Meksykiem nie mają nic wspólnego z tymi prawdziwymi wyzwaniami. Europejczycy, jako jedyni, na poważnie próbują kształtować 21. wiek poprzez swoje ideały – prawa człowieka i państwo prawa – wylicza Snyder.

W pogoni za potęgą [WYWIAD]

„Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy”

Jego zdaniem Europa, w której pół miliarda ludzi cieszy się wysokim poziomem życia, poszanowaniem dla prawa, długowiecznością i jest zadowolona, stanowi ważny czynnik wpływający na sytuacje na świecie. – Świat byłby zupełnie inny bez takiej Europy. Dlatego macie też wrogów – przekonuje Snyder.

Mówiąc o dwóch największych przeciwnikach USA i Europy, Snyder zwraca uwagę na różnice w działaniu między Pekinem a Kremlem. – Rosja robi przeciwko nam to, na co Chiny się nie decydują ze względów taktycznych. Rosjanie szukają w polityce zagranicznej natychmiastowego zaspokojenia potrzeb, podczas gdy Chińczycy myślą długofalowo – analizuje historyk. Jednocześnie przestrzega przed bagatelizowaniem Rosji i redukowania jej do „broni nuklearnej i Gazpromu”. – Istnieje związek między Rosją a Chinami. Polityka Kremla ukierunkowana na dezintegrację (Zachodu – red.) służy Chinom – zauważa.

Według Snydera osłabianie Zachodu przez Moskwę paradoksalnie jest szkodliwe dla niej samej. Dużo większym problemem dla Rosji są bowiem właśnie Chiny. Z geopolitycznego punktu widzenia działania największego państwa na świecie nie mają sensu. Naukowiec tłumaczy je w następujący sposób: – Rosjanie dużo mówią o geopolityce, ale zachowują się jak dzieci z eksperymentu Waltera Mischela. Nie mogły one oprzeć się pokusie, by natychmiast nie zjeść zaproponowanych im cukrowych pianek, chociaż dostałyby więcej słodyczy, gdyby zaczekały”. Wśród „pianek” na które Kreml się „skusił” historyk wymienia aneksję Krymu, próby wpływanie na wyniki wyborów w USA czy popieranie europejskich populistów. – To geopolityczny nonsens. Nic to jednak nie zmienia. Nie możemy im tego puścić płazem – przekonuje.

Bezpieczeństwo Polski A.D. 2018

Trump jak narodowi socjaliści?

Timothy Snyder, który wykłada na elitarnym uniwersytecie Yale, wyjątkowo krytycznie ocenia prezydenta Donalda Trumpa w USA, dostrzegając analogie z działaniami narodowych socjalistów w Niemczech.

– Nie jestem jedynym, który próbuje wyciągać wnioski z lat 30. ubiegłego wieku, żeby zrozumieć teraźniejszość. W tym kontekście mówię o niebezpieczeństwie stanu wyjątkowego”, którego wprowadzeniem grozi Trump, jeśli nie dostanie środków na budowę muru na granicy z Meksykiem – tłumaczy. – Przeobrażenie się Republiki Weimarskiej w narodowosocjalistyczną dyktaturę było poprzedzone nieustanną praktyką wydawania nadzwyczajnych rozporządzeń dla ominięcia parlamentu – konkluduje.

Polski rząd chce przygotować się na „twardy brexit”

Apel o prawdę dla Pawła Adamowicza.

Afery KNF i NBP powinny pogrążyć PiS

25 Sty

To na razie nieoficjalny przeciek ze śledztwa, jakie toczy się w sprawie afery korupcyjnej w Komisji Nadzoru Finansowego. Ale bardzo niepokojący. Według „Gazety Wyborczej”, która 13 listopada ujawniła nagranie korupcyjnej rozmowy z gabinetu szefa KNF, aresztowany w tej sprawie były prezes Komisji Marek Chrzanowski miał zeznać w prokuraturze, że spotkanie z biznesmenem Leszkiem Czarneckim, założycielem Getin Noble Banku, zorganizował z inicjatywy Adama Glapińskiego, prezesa NBP.

Na razie to tylko nieoficjalne informacje o zeznaniach głównego podejrzanego w tej sprawie. Ale ze stenogramu samej rozmowy Chrzanowskiego i Czarneckiego dowiedzieliśmy się, że szef KNF tego dnia (28 marca) wybierał się z właścicielem Getin Noble Banku na spotkanie z prezesem NBP. Prawdą jest też, że Chrzanowski był protegowanym Glapińskiego. I prawdą jest wreszcie to, że Glapiński już po zatrzymaniu i dymisji Chrzanowskiego, bronił byłego szefa KNF jak niepodległości: „[Chrzanowski] Prezentuje najwyższe standardy profesjonalne, merytoryczne, uczciwości, patriotyzmu” – twierdził wtedy prezes NBP.

Wkrótce po wybuchu afery wokół KNF prezes Glapiński „dorobił się” własnych problemów: „Wyborcza” ujawniła niebotyczne zarobki dyrektor ds. komunikacji i promocji w NBP Martyny Wojciechowskiej, która towarzyszy prezesowi na każdym kroku (nawet podczas wizyt w prokuraturze i w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej). Szef NBP stał się wtedy podwójnym obciążeniem wizerunkowym dla PiS: z powodu związków z Chrzanowskim i z powodu gigantycznych comiesięcznych przelewów (wg „Wyborczej” ponad 65 tys. zł) na konto pani Wojciechowskiej.

PiS doskonale wie, że nie jest w stanie odwołać Glapińskiego ze stanowiska. Kadencja prezesa NBP jest zapisana w konstytucji; aby uległa przerwaniu, prezes musi zostać skazany prawomocnym wyrokiem za przestępstwo albo sam podać się do dymisji.

Ale Glapiński, bliski znajomy prezesa PiS od 30 lat i pomysłodawca transakcji, które zapewniły PiS solidne fundamenty finansowe, wcale nie rozważa dymisji. Wręcz przeciwnie, atakuje „Wyborczą” (oraz „Newsweeka”) za teksty wiążące go z aferą KNF. Twierdzi też, że dziennikarze „Gazety Wyborczej” próbują „rozchwiać cały system finansowy i wiarygodność polskich finansów”. A zaraz potem (w zaprzyjaźnionym tygodniku „Sieci”) snuje nawet spiskową teorię, że to atak na niego ze strony sił, które chciałyby wciągnąć Polskę do strefy euro (przypomnijmy, że jedną z pierwszych decyzji Glapińskiego w NBP była likwidacja Biura Integracji ze Strefa Euro). Słowem: złe siły sprzysięgły się przeciwko mnie.

Tyle że jeśli nieoficjalne doniesienia ze śledztwa w sprawie KNF okażą się prawdą, to sam prezes NBP stanie się największym zagrożeniem dla polskiego systemu finansowego. Bo w tej branży taką rzecz jak wiarygodność szefa banku centralnego rynki potrafią wycenić dość precyzyjnie.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Bez Rydzyka nie byłoby Kaczyńskiego, bez Kaczyńskiego Morawieckiego. Polskie piekło

25 Sty

W nawiązaniu do zaproszenia na spotkanie szef KPRM Michał Dworczyk rozesłał do klubów informację, czego konkretnie mają dotyczyć te rozmowy. Chodzi o zmiany legislacyjne przygotowane w resortach: zdrowia i sprawiedliwości. Zmiany te mają – jak pisze Dworczyk w liście do szefów klubów – „ograniczyć możliwość powtórzenia się gdańskiej tragedii”.

O czym premier chce rozmawiać z szefami resortów

Szef KPRM referuje w liście, że resort sprawiedliwości zaproponował trzy zmiany:

  1. Chce zaostrzenia odpowiedzialności prawnokarnej w przypadku przestępstw najcięższej kategorii: w stosunku do najpoważniejszych przestępstw przeciwko życiu, zdrowiu i wolności seksualnej, w stosunku do zorganizowanych grup przestępczych oraz za przestępstwa popełniane z niskich pobudek, np. nienawiści.
  2. Dodatkowo w przygotowanej przez ministra Ziobrę nowelizacji Kodeksu karnego zaproponowano zmianę dyrektywy sądowego wymiaru kary w taki sposób, aby wskazać w nim wprost okoliczności, które sąd ma wziąć pod uwagę przy wymiarze kary (np. niskie pobudki czynu, nienawiść). Okoliczności te będą miały wpływ na karę wymierzoną przez sąd.
  3. Ziobro proponuje również poszerzenie i zaostrzenie odpowiedzialności karnej za przestępstwo uporczywego nękania (stalking), zaostrzenie odpowiedzialności karnej za przestępstwo groźby karalnej, jeżeli groźba dotyczy popełnienia zabójstwa lub spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, a także wzmocnienie możliwości kontroli czy nadzoru osób niebezpiecznych opuszczających więzienie.

Michał Dworczyk informuje też o zmianach przygotowanych przez ministra zdrowia. Jak już ogłosił kilka dni temu sam Łukasz Szumowski, jego resort chce wprowadzenia orzekanego przez sąd obligatoryjnego badania i leczenia osób, u których istnieje podwyższone ryzyko popełnienia przestępstwa po wyjściu na wolność. Procedura ta ma objąć sprawców przestępstw, u których w trakcie wykonywanej kary rozpoznano chorobę psychiczną, zaburzenia osobowości lub uzależnienie od alkoholu, narkotyków lub innych substancji, a także upośledzenie umysłowe.

O czym jeszcze chce rozmawiać premier?

Michał Dworczyk pisze w liście do szefów klubów, że premier chce omówić te propozycje, zanim wpłyną do Sejmu. Według szefa KPRM piątkowe spotkanie „to szansa na szczerą, otwartą rozmowę”. Przy okazji – jak pisze Dworczyk – premier chce porozmawiać o tym, co można „wspólnie zrobić na rzecz poprawy życia publicznego w Polsce”. Jak pisze współpracownik Mateusza Morawieckiego, premier „jest gotowy rozmawiać z Państwem zarówno o ostatnich wydarzeniach, jak też o przyszłości, obejmującej najbliższe miesiące, cały rok, a także następne lata”.

Dworczyk zapewnia, że premier „proponuje nowe otwarcie, nową jakość i nowe zasady w relacjach politycznych”. O przedstawienie przez Mateusza Morawieckiego konkretnych propozycji na piśmie jeszcze przed piątkowym spotkaniem wnioskowała Nowoczesna. Dziś późnym popołudniem Michał Dworczyk rozesłał je do szefów wszystkich klubów parlamentarnych. Wiadomo, że na spotkanie wybiera się szef ludowców, przedstawiciele innych klubów jeszcze nie ogłosili, czy skorzystają z zaproszenia.

PiS chce przejąć inicjatywę

Jak napisał Piotr Zaremba, dziennikarz „Dziennika Gazety Prawnej”, premier Mateusz Morawiecki w Wierzchosławicach w dzień po pogrzebie Pawła Adamowicza miał zamiar wykonać przepraszający gest wobec opozycji za zbyt ostry język. Jednak dla prezesa Kaczyńskiego to byłoby za wiele. Morawiecki ostatecznie nie wykonał tego gestu, bo z Nowogrodzkiej nadszedł sygnał, że PiS i premier mają nikogo za nic nie przepraszać. Jednak widać po tym liście, że PiS, który ostatnio zajmuje się tylko gaszeniem pożarów, chce przejąć inicjatywę i pokazać, że rząd przygotował rozwiązania prawne i chce przeciwdziałać takim tragediom, jaka wydarzyła się w Gdańsku.

Śmierć Pawła Adamowicza obudziła w nas tęsknotę do innej polityki

„W Polsce język nienawiści jest wszechobecny, jego konsekwencje mogą być śmiertelne” — pisze Olga Tokarczuk w felietonie dla „The New York Times”. Laureatka prestiżowej Nagrody Bookera w swoim tekście nawiązuje do śmierci Pawła Adamowicza. Prezydent miasta został zaatakowany nożem podczas 27. Finału WOŚP.

Tokarczuk w swoim felietonie nakreśla sprawę śmierci Pawła Adamowicza. Wspomina, że prezydent Gdańska został zaatakowany nożem podczas 27. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przez 27-letniego mężczyznę, który kilka miesięcy wcześniej opuścił więzienie. Dodaje, że sprawca później, chodząc po scenie, krzyknął do mikrofonu, że zabił Adamowicza w ramach zemsty na Platformie Obywatelskiej.

Pisarka dodaje, że „aby zrozumieć całą sytuację, trzeba znać kontekst”. Wspomina więc, że WOŚP to największe wydarzenie charytatywne w kraju, które bardzo często spotyka się z krytyką. „Krytycy Orkiestry, w większości z prawej strony sceny politycznej, nie akceptują jej stylu — nieco anarchistycznego, jawnie lewicowego — i nie lubią muzyki, którą prezentuje” — pisze Tokarczuk, oceniając, że „krytyka nasiliła się w ostatnich latach, szczególnie po zwycięstwie prawicowej, nacjonalistycznej partii Prawo i Sprawiedliwość”.

Jednocześnie Tokarczuk zaznacza, że WOŚP „jest symbolem trzech dekadach cywilizacyjnej zmiany i postępu naszego kraju”. „Stała się także znakiem wzajemnego szacunku i wielkoduszności” — pisze Tokarczuk, dodając, że akcje WOŚP „umożliwiły Polakom — dość ponurym ludziom — ogrzanie się w ogniu społeczności”.

Pisarka wspomina też samego Adamowicza. Uważa, że był „nowoczesnym konserwatystą i doskonałym samorządowcem”. „Reprezentował wszystko, czego nie ma Prawo i Sprawiedliwość. Choć był tradycjonalistą, przeciwstawiał się zaściankowości otwartością serca i umysłu” — pisze Tokarczuk.

W jej ocenie, populiści używają języka pełnego nienawiści i bardzo agresywnego, a także szukają kozła ofiarnego. „W Polsce kozłami ofiarnymi są tzw. zwariowani lewicowcy, aktywiści queer, Niemcy, Żydzi, marionetki Unii Europejskiej, feministki, liberałowie i każdy, kto wspiera imigrantów” — czytamy w „NYT”.

Tokarczuk uważa, że głównym celem polskich władz jest „podział Polaków”. „Agresja wisi w powietrzu. Emocje wywołane eskalacją języka debaty politycznej mogą łatwo przerodzić się w działanie, a następnie ta agresja zostanie skierowana na konkretny obiekt” — komentuje Tokarczuk.

„Martwię się o naszą najbliższą przyszłość. Czy wrócimy do tego, co było przed tą bezsensowną śmiercią, czy też to zdarzenie nas jakoś ukształtuje?” — pyta pisarka na koniec.

Olga Tokarczuk jest powieściopisarką, eseistką i scenarzystką. Urodziła się w 1962 roku w Sulechowie. Z wykształcenia jest psychologiem. Jej debiut powieściowy to wydana w 1993 roku książka „Podróż ludzi Księgi”, dwa lata później ukazała się jej kolejna książka – „E.E.”. Ogromny sukces doniosła trzecia powieść Tokarczuk pt. „Prawiek i inne czasy” (1996), za którą pisarka w 1997 roku otrzymała Paszport Polityki. W tym samym roku otrzymała nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Rok później w księgarniach pojawił się „Dom dzienny, dom nocny” — książka zainspirowana historią okolicy, gdzie pisarka mieszkała — Sudetami i wsią Nowa Ruda. Inne książki Tokarczuk to m.in. „Gra na wielu bębenkach” (2001), esej „Lalka i perła” (2000) i „Ostatnie historie” (2003), „Prowadź swój pług przez kości umarłych” (2009), „Księgi Jakubowe” (2014).

BEZ OJCA RYDZYKA NIE BYŁOBY KACZYŃSKIEGO, BEZ OJCA RYDZYKA NIE BYŁOBY NIENAWIŚCI

Chciałem zatytułować ten artykuł nieco inaczej. Na początku napisałem „bez Kościoła” – ale to byłoby niesprawiedliwe wobec tej ogromnej rzeszy katolików polskich, duchownych i świeckich, prześladowanych przez ośrodki katolickie pozostające w związku z Ojcem Rydzykiem.

Tendencja szukania jednego tylko sprawcy polskiej nienawiści jest najnormalniejszą próbą zmylenia przeciwnika. Motorem napędowym kłamstw, oszczerstw, potępień i podziałów jest Ojciec Tadeusz Rydzyk.

Prawdę tę potwierdził najpierw pan Jarosław Kaczyński. Na 24 rocznicę sprowadzenia Radia Maryja do Polski i przekształcenia go w polityczną awanturnicę, pan Prezes oświadczył: „Bez ciebie ojcze dyrektorze nie byłoby tego zwycięstwa”. W ten sposób, zawodowy kłamca i zazdrośnik, człowiek chory z nienawiści otrzymał władzę absolutną z rąk delegata Konferencji Episkopatu do spraw niszczenia Polski i Europe, Ojca Tadeusza Rydzyka. Tak więc za wszystkim co jest dzisiaj niszczone w Polsce stoi nasz zatracony Redemptorysta.

Ten chwast w ogrodzie Pana Boga jest mozolnie pielęgnowany przez wielu biskupów. 2 grudnia 2017 r. w następną z kolei rocznicę Radia Maryja włocławski biskup Ordynariusz, Wiesław Mering, odziany w szaty biskupie, z pastorałem w ręku i z mitrą na głowie, podczas głoszenia Słowa Bożego, oświadczył: „ To Radio Maryja nieugięcie piętnowało wszystkie kłamstwa związane z tragedią smoleńską i budziło w tym zakresie sumienia Polaków”. To był sprawdzian, papierek lakmusowy, by odwodnić tragiczną w skutkach zmowę pomiędzy biskupami, o. Rydzykiem i p. Jarosławem Kaczyński. Pamiętać należy, że arcybiskup Metropolita Krakowski tamtych dniach wspierał podkomisję p. Macierewicza dla zafałszowania prawdziwych przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Tak, pan Jarosław Kaczyński manipuluje Kościołem, by obalić praworządność w Polsce oraz pokojowe i jednoczące inicjatywy w Europie. Ale on czyni to nie tylko za zgodą pasterzy i arcypasterzy. Rydzykowo-biskupia część Kościoła ściśle z nim współpracuje. Przytoczyłem tylko jeden przykład – jest ich jednak o wiele więcej.

Obydwie, współpracujące z sobą strony, mają problem z prawdą, sprawiedliwością społeczna oraz wiedzą i doświadczeniem w sprawach politycznych. Strona zaś kościelna ma dodatkowy problem z szacunkiem dla teologii, która nieustannie pogłębia się. Zamiast na Jezusie Chrystusie chce budować Kościół na tradycjach ludzkich minionych stuleci. A przecież nawet prosty neofita wie, że ta droga jest odejściem od źródła, od prawdziwej tradycji, u początków której stoi Jezus Chrystus i Jego Apostołowie.

Cel jest prosty. Powrót do bezwzględnego wpływu biskupów i księży na władze państwowe. Z drugie strony państwo chce mieć przemożny wpływ na obsadzanie stolic biskupich. Zjawisko to jest bezmyślnym małpowaniem najgorszych epok w życie Europy. Ale no to nikt już nie ma wpływu. Zbyt wielu z nich, duchownych i świeckich, wzięło sobie do serca słowa komunistycznej Międzynarodówki, śpiewana w wielu krajach nie tylko przez komunistów, ale także przez socjalistów, socjaldemokratów i anarchistów, wykutej na pamięć w dzieciństwie: „Ruszymy z posad bryłę świata, dziś — niczym, jutro wszystkim my!” To bezwzględne pragnienie władzy przez naszych anarchistów PiS-owskich sprawi, że mimo gomułkowskiego zakazu, raz jeszcze zaśpiewamy: „Z tej biednej ziemi, z tej łez doliny tęskny się w niebo unosi dźwięk”… By ta dziwna, populistyczna koalicja już przemienia świat w biedną ziemi i w dolinę łez.

Rząd ma w rękach wszystkie narzędzia pozwalające natychmiast obniżyć poziom nienawiści w polskiej polityce. Na razie jednak ich nie używa.

Po śmierci Pawła Adamowicza część ludzi władzy (szczególnie Morawiecki i Duda, bo Kaczyński wybrał przemilczenie i nieobecność) wystąpiła z apelami o „przełom”, „porozumienie narodowe” czy choćby „obniżenie temperatury sporu”.

Władza ma wszystkie narzędzia, żeby „temperaturę sporu” obniżyć. Jeśli ich nie użyje, to znaczy, że cały język pisowskiej władzy po zabójstwie prezydenta Gdańska to tylko hipokryzja, a prawdziwa walka polityczna w roku wyborczym będzie przebiegała w atmosferze, jaką od trzech lat znamy z Sejmu, z mediów publicznych, z telewizyjnych „pasków grozy” i „plastusiów”, czy z programów Michała Rachonia oraz publicznych deklaracji Wojciecha Cejrowskiego (w TVP S.A. tylko „zawieszonego” na okres kampanii wyborczej, a w III Programie przejętego przez PiS publicznego radia wciąż mającego stały program, co po jego ostatnich hejterskich wpisach na temat Pawła Adamowicza jest już skandalem – nawet jak na media pisowskie).

Mateusz Morawiecki zgodnie z pomysłem Jarosława Kaczyńskiego na „łagodzenie wizerunku” od paru miesięcy wygłasza deklaracje „porozumienia”, „zgody”, „współpracy”. Nie przeszkadza to oczywiście różnym ministrom jego rządu brutalnie atakować sędziów, zastraszać ich za pomocą pisowskiej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, zaostrzać przekaz propagandowy przeciwko UE i opozycji, prowadzić totalne czystki personalne w kolejnych przejmowanych przez PiS instytucjach (od Muzeum Narodowego w Warszawie po instytucje samorządowe i podlegające samorządowi we wszystkich województwach przejętych przez PiS).

Także po zamordowaniu Pawła Adamowicza to właśnie z ust Mateusza Morawieckiego padły najbardziej wyraziste deklaracje na rzecz „przełomu w polskiej polityce”, „konieczności porozumienia narodowego”, „obniżenia temperatury sporu” itp. Łącznie z najnowszym wystąpieniem Morawieckiego podczas obchodów 145 rocznicy urodzin Wincentego Witosa, gdzie od premiera usłyszeliśmy m.in.: „stało się wielkie zło, ale spróbujmy przekuć je w dobro”, „bądźmy ludźmi, którzy nie tylko mówią, ale też rozmawiają; bądźmy ludźmi, którzy nie tylko słyszą, ale i słuchają; spierajmy się, ale też wspierajmy się…” itp.

Oczywiście można mieć wątpliwości, co do szczerości tego typu deklaracji ze strony człowieka, który wziął hejtera z Młodzieży Wszechpolskiej na wiceministra cyfryzacji, w kampanii samorządowej w sposób najbardziej agresywny i radykalny spośród wszystkich liderów PiS mijał się z prawdą, a wcześniej publicznie złożył hołd Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ, jednej z naprawdę nielicznych polskich formacji wojskowych, która jawnie kolaborowała z hitlerowcami. Ale być może tragiczna śmierć Pawła Adamowicza jest ostatnim momentem, aby deklaracje premiera Morawieckiego potraktować poważnie i „złapać go za słowo”.

Wszystkie narzędzia pozwalające na natychmiastowe „obniżenie atmosfery sporu” są w rękach premiera (o ile wykaże minimum podmiotowości wobec Jarosława Kaczyńskiego albo też o ile Jarosław Kaczyński postanowi faktycznie ratować strategię łagodzenia wizerunku PiS przed wyborami).

Minimalnym działaniem uwiarygadniającym wolę „obniżenia temperatury sporu” przez władzę po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza byłoby:

Po pierwsze: natychmiastowe odwołanie obecnych władz telewizji publicznej, która od trzech lat produkuje język nienawiści skierowany m.in. przeciwko WOŚP i zamordowanemu prezydentowi Gdańska. Powołanie władz tymczasowych z udziałem twórców czy autorytetów społecznych nieuwikłanych bezpośrednio w polityczny spór pomiędzy opozycją i władzą, a także rozpoczęcie poważnych rozmów na temat stworzenia obywatelskiej kontroli nad funkcjonowaniem i przekazem mediów publicznych.

Po drugie: natychmiastowe poddanie międzypartyjnej, sejmowej i/lub społecznej kontroli śledztwa w sprawie zabójstwa Pawła Adamowicza. Prowokacją ze strony Ministerstwa Sprawiedliwości było powierzenie tego śledztwa najbardziej dyspozycyjnemu prokuratorowi Zbigniewa Ziobry, Krzysztofowi Sierakowi, który jest odpowiedzialny m.in. za wycofanie aktu oskarżenia wobec Jacka Międlara, czyli faktyczne chronienie radykalnych narodowców jako potencjalnego sojusznika i kadrowego zaplecza prawicowej władzy. Społeczna i niezależna kontrola nad śledztwem jest ważna o tyle, że w jej trakcie musi zostać wyjaśniona zarówno odpowiedzialność organizatorów, jak też władz państwowych za zabezpieczenie imprezy. Przedstawiciele rządu jeszcze przed rozpoczęciem śledztwa publicznie obciążyli odpowiedzialnością za śmierć Adamowicza WOŚP, co zostało natychmiast podjęte przez prawicową propagandę, łącznie z przekazem TVP S.A. Śledztwo poprowadzone w taki sposób przez Zbigniewa Ziobrę może zatem zostać uczynione przez władzę narzędziem do zniszczenia WOŚP, zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami wielu polityków obozu władzy. Jednocześnie pojawiły się również wątpliwości, czy władza – z pobudek ideologicznych lub politycznych – nie zaniechała działań koniecznych dla zabezpieczenia tej imprezy. Poseł Krzysztof Brejza powiedział „Newsweekowi”, że zgodnie z jego wiedzą (uzyskaną od ludzi pracujących w resorcie spraw wewnętrznych), PiS od trzech lat wycofało tzw. operacyjne rozpoznanie przed finałem WOŚP, które wcześniej było realizowane przez polskie służby niezależnie od tego, czy poszczególne imprezy było oficjalnie zgłaszane jako ‘imprezy masowe’”. W tej sytuacji – skoro PiS nie tylko próbuje nadal, tym razem za pomocą śledztwa, zniszczyć WOŚP, ale też być może ukryć własne zaniechania – niezależny nadzór nad śledztwem w sprawie zamordowania Pawła Adamowicza staje się koniecznością.

Po trzecie: choćby zainicjowanie poważnej publicznej debaty z udziałem wszystkich partii oraz środowisk społecznych (sędziów, prawników, konstytucjonalistów…), na temat granic politycznego manipulowania porządkiem ustrojowym i konstytucyjnym w sytuacji, kiedy żadna ze stron politycznego sporu nie posiada większości do zmiany obowiązującej konstytucji, więc powinno się jej przestrzegać.

Cała reszta tematów czysto politycznych – kształt budżetu, kształt polityki zagranicznej, kształt polityki społecznej itp… – mogą i powinny pozostawać przedmiotem politycznego sporu, nawet najbardziej gwałtownego, szczególnie w roku wyborczym. Jednak zdolność podjęcia przez rząd działań w trzech wymienionych powyżej kwestiach – konieczność zmiany sytuacji, w której to media publiczne są najważniejszym w państwie źródłem języka nienawiści; konieczność niezależnego nadzoru nad śledztwem w sprawie zamordowania Pawła Adamowicza; konieczność rozpoczęcia publicznej debaty nad granicami politycznych manipulacji ustrojowym i konstytucyjnym prządkiem polskiego państwa – będzie prawdziwym sprawdzianem tego, czy Mateusz Morawiecki rzeczywiście zrozumiał powagę sytuacji w Polsce po zamordowaniu Pawła Adamowicza, czy też tylko kłamie.

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

PiS w tej chwili powalić może tylko jedna afera, nad którą traci sterowność. Afera, która zaczęła się wraz z ujawnieniem przez właściciela Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego rozmowy z ówczesnym szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim.

Podczas rozmowy zawiodły szumidła (urządzenia zakłócające nagrywanie) i treść tej rozmowy dotarła do publiczności. Chrzanowski złożył Czarneckiemu propozycję korupcyjną w zamian za usługi legislacyjne.

Afera KNF w nazbyt wielu miejscach przypomina słynną aferę Rywina, która skończyła karierę Leszka Millera i postkomunistycznego SLD. Dzisiaj raczej nie możemy się spodziewać podobnego losu PiS, bo politycy Kaczyńskiego nie dopuszczą do takiej sytuacji. Niemniej afery KNF nie da się zamieść pod dywan;  kwestią jest, co jeszcze zostanie ujawnione.

Chrzanowski zaliczył areszt i właśnie wyszedł. A to znaczy, że wszystkie nitki aferalne są w rękach Zbigniewa Ziobry. „Gazeta Wyborcza” dotarła do niektórych ustaleń śledczych. Jak można było się spodziewać, Chrzanowski był tylko wysłannikiem, jak Lew Rywin, który w imieniu grupy trzymającej władzę chciał ułatwić Agorze zakup Polsatu poprzez odpowiedni zapis w ustawie medialnej.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

Paweł Adamowicz nadal dzieli. Senatorzy PiS znowu nie popisali się

24 Sty

Senatorowie PO apelowali podczas debaty w Senacie o przyjęcie uzgodnionego wcześniej, wspólnego projektu uchwały upamiętniającej prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Okazało się bowiem, że senatorowie PiS w ostatniej chwili wycofali się z ustaleń i przedstawili własny projekt.

Wykreślili np. zdanie, że Paweł Adamowicz padł „ofiarą okrutnego mordu w dniu dzielenia się dobrem”, które nawiązuje do ostatnich słów prezydenta wypowiedzianych ze sceny Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zostało ono zastąpione przez stwierdzenie, że „zmarł w wyniku ciężkich ran”, a stało się to na „zgromadzeniu publicznym”. W uchwale PiS nie ma już stwierdzenia, że prezydent Adamowicz „pozostawił miasto nowoczesne, otwarte, tolerancyjne, przyjazne mieszkańcom i przyjezdnym”. Senatorom PiS nie spodobało się też zdanie: – „Był dobrym i wrażliwym człowiekiem z naturalną otwartością na losy innych ludzi i troską o nich, wspaniały mąż, ojciec, syn, brat i przyjaciel”.

„Miałem nadzieję, że ta śmierć doprowadzi do refleksji wszystkich. Miałem tę nadzieję do wczoraj, ale dziś tej nadziei nie ma, bo PiS wycofał się z uzgodnienia co do jednolitego tekstu” – powiedział wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Zaznaczył, że nie występuje jako polityk, ale jako przyjaciel zamordowanego prezydenta Gdańska.

Borusewicz stwierdził, że projekt uchwały nie był skrajny i nikt nie napisał w nim, że Adamowicz zginął w wyniku mordu politycznego, chociaż wicemarszałek Senatu tak uważa. – „W kompromisowym projekcie nie mówi się także o ciąganiu po prokuratorach Pawła Adamowicza i jego rodziny, jakie miało miejsce. Proszę mi wyjaśnić, dlaczego nie chcieliście napisać, że to był okrutny mord, proszę wyjaśnić, czemu nie chcieliście przyjąć sformułowania, że Adamowicz był wzorem samorządowca, dlaczego nie chcecie napisać, że Gdańsk to miasto wolności i solidarności, chociaż tak jest? Dlaczego nie ma protestu wobec mowy nienawiści, choć ona jest powszechną sytuacją, z którą się stykamy” – pytał wicemarszałek.

Senator PO Bogdan Klich był przekonany, że nie będzie sporu co do kształtu tej uchwały. – „Okazało się, że mamy nie tylko różne koncepcje uchwały, ale i różne wrażliwości” – stwierdził. Marek Borowski – senator niezrzeszony – podkreślił, że szacunek należy się tak samo żywym, jak i zmarłym. – „Tymczasem jest on okazywany żywym oszczędnie. Nie przypominam sobie takich czasów, by za człowiekiem – nie tylko za prezydentem miasta – biegał z mikrofonem „dziennikarz” TVP i głośno pytał, dlaczego brał od kogoś pieniądze, bez żadnych dowodów, a takie działanie nie spotkało się z żadną reakcją obozu rządzącego. Tak działo się w przypadku Pawła Adamowicza, a wytwarzanie pewnego klimatu może skończyć się tragedią” – powiedział Borowski. Protesty senatorów tak skwitował pisowski marszałek Senatu Stanisław Karczewski: – „Czepiacie się państwo szczegółów”.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

>>>

Adam Glapiński na czele grupy trzymającej władzę?

24 Sty

Dwa dni temu opinia publiczna dowiedziała się, że były szef Komisji Nadzoru Finansowego Marek Chrzanowski opuścił areszt tymczasowy po dwóch miesiącach od zatrzymania. Co warte odnotowania, sąd odrzucając wniosek prokuratury o przedłużenie aresztu, zaznaczył, że choć istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że Chrzanowski dopuścił się zarzucanego czynu, to nie istnieje już obawa matactwa. I właśnie ten aspekt, czyli zasadności postawienia byłemu szefowi KNF zarzutów korupcyjnych, nieco umyka dziś, gdy “Gazeta Wyborcza” informuje o swoich nowych ustaleniach, tak miażdżących dla prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego.

Jeśli bowiem zeznania głównego podejrzanego w wielkiej aferze korupcyjnej, z 40 mln łapówki w tle są prawdziwe (warto pamiętać, że oskarżony wcale nie musi mówić prawdy), to mamy do czynienia z okolicznościami, które całkowicie dyskwalifikują szefa polskiego banku centralnego. Co więcej, biorąc pod uwagę bardzo często stosowaną przez prokuraturę Zbigniewa Ziobry praktykę uruchamiania całej machiny opresyjnej państwa na podstawie zeznań osób oskarżonych, dają tejże prokuraturze pełne prawo, by postawić bardzo poważne zarzuty także Adamowi Glapińskiemu, co miałoby przecież fatalne skutki dla wiarygodności polskiego systemu bankowego. Z kolei możliwość zdecydowania, czy wątek sprawy zarzucić, czy wręcz go nakręcić kolejnymi przeciekami ze śledztwa, bardzo mocno wzmacnia pozycję ministra sprawiedliwości i gwarantuje mu nietykalność w obozie władzy.

Już wcześniej,  po analizie rozmowy Marka Chrzanowskiego z właścicielem Getin Noble Banku Leszkiem Czarneckim pojawiały się w mediach sugestie, że szef KNF jest jedynie “posłańcem” pewnej grupy trzymającej władzę, która ofertę wobec Czarneckiego sformułowała. Dziś wiemy już, że śledczym zeznał, że faktycznie nie spotkał się z milionerem z własnej inicjatywy, tylko został do tego spotkania zainspirowany przez swojego mentora. Wobec powyższego, trudno nie połączyć pozostałych wątków, które poznaliśmy już wcześniej i nie dojść do wniosku, że i oferta korupcyjna, zakładająca konkretne zmiany legislacyjne (tworzone przez resort finansów, opracowywane przez sejmową komisję finansów publicznych, a następnie uchwalone przez Sejm i Senat, by finalnie zostać podpisane przez prezydenta) musiała zostać zainspirowana przez prawdziwych mocodawców Chrzanowskiego. A to prowadzi do bardzo bolesnych wniosków i pokazuje totalne zepsucie polityków, pełniących najważniejsze funkcje w naszym kraju. Jak złośliwie zauważyła na Twitterze Hanna Lis, kiedyś w modzie były ośmiorniczki, dziś w karcie jest Ośmiornica Plus.

– Dramat Kaczyńskiego polega na tym, że jest zakładnikiem wszystkiego, co się stało w NBP, KNF i w wielu innych miejscach, o których jeszcze nie wiemy. Prokuratura jest dziś miejscem, gdzie ukrywa się niewygodne fakty dla PiS-u, a nie wyjaśnia ich w interesie państwa polskiego – podsumował dziś informacje ujawnione przez GW poseł PO Sławomir Nitras w programie “Tłit” w Wirtualnej Polsce.

Co ciekawe, do wyjaśnienia sprawy udziału Adama Glapińskiego w formułowaniu oferty korupcyjnej dla Leszka Czarneckiego ma jednak dojść, nawet jeśli przyniesie to wizerunkowe straty, co zapowiedział dziś w programie “Money. To się liczy” Marcin Ociepa, wiceminister przedsiębiorczości i technologii.

 – Być może jest to kwestia czasu, niech o tym decydują śledczy. Nas, jako rząd, interesuje prawda, nawet jeśli będzie boleć – powiedział wiceminister. Kto wie, czy lada moment nie zostanie wezwany na dywanik prezesa PiS przy ul. Nowogrodzkiej za niekonsultowane przyznanie racji opozycji.

Jedno jest pewne. Grunt pod nogami prezesa NBP staje się coraz bardziej grząski.

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Brudziński szerzy kulcik swojej osoby, bo kult jest zarezerowany dla prezesa

11 Sty

„Kult ministra Brudzińskiego szerzy się po komendach:) Szkoda, że jeszcze kwiatków nie położyli! Jakie trzeba mieć kompleksy, żeby pozwalać podwładnym na takie infantylne lizusostwo? Obciach!”– skomentował na Twitterze były szef MON w rządzie PO-PSL poseł PO Tomasz Siemoniak.

Chodzi o filmik, który też na Twitterze udostępnił inny polityk PO Stanisław Gawłowski. Na nagraniu widać wyświetlane na ekranie telewizora obrazki z szefem MSWiA Joachimem Brudzińskim w roli głównej. – „Witacz” w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie” – napisał Gawłowski.

„W tym PiS chyba wszyscy są niedowartościowani: * Zieliński – konfetti * Jojo – witacze w komendach * Misiewicz – honory od żołnierzy * Kaczyński – armia ochroniarzy * Karczewski – portret własny * Kuchciński – twierdza Sejm * Macierewicza – żandarmi prowadzą przez ulicę”; – „Panie Tomaszu, oni cały czas się uczą, cały czas, wszędzie się uczą”; – „Oni przebijają PRL”; – „Łubudubu, łubudubu, niech nam żyje Prezes naszego klubu! To mówiłem ja, Jarząbek…” – komentowali internauci.

Już nic gorszego Adam Glapiński nie mógł usłyszeć po swoich aroganckich i butnych wystąpieniach, mających wyjaśnić płacowe nieprawidłowości w NBP. Były premier Kazimierz Marcinkiewicz w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i” ostro podsumował aferę, którą żyje dziś kawał Polski, a przy pomocy młodzieżowego słowa roku 2018 dość precyzyjnie określił samego bankowego prezesa. „Okazał się absolutnym dzbanem”- powiedział Marcinkiewicz o Glapińskim.

„On czuje się uprawniony do tego, żeby wkraczać także w obronę tego człowieka, żeby wkraczać w pracę prokuratury. To jest niesłychane!” – oburzał się były premier na antenie TVN24., komentując wypowiedź prezesa NBP, który na środowej konferencji prasowej zaskoczył deklaracją, iż główny bohater afery KNF Marek Chrzanowski wkrótce wyjdzie z aresztu.

Marcinkiewicz stwierdził, że całokształt ostatnich działań Glapińskiego dyskwalifikuje go jako szefa banku centralnego. A jednak trwa… Jakim cudem?

O jego  wyjątkowej pozycji w Partii Kaczyńskiego wspominał już wcześniej  Michał Kamiński: „…usunięcie Glapińskiego mogłoby się wydawać jedynym i oczywistym wyjściem z punktu widzenia interesów PiS. A jednak z jakiegoś powodu tak się nie dzieje i Glapiński ma w PiS immunitet” – mówił były spin doctor w rozmowie z portalem naTemat.

Przypomniał, że w otoczeniu lidera partii  zajmuje on stale bardzo wysoką pozycje i ważny już był w czasach PC. „Mało kto pamięta – mówił Kamiński – ale PC w 1992 roku mogło wejść do rządu Hanny Suchockiej, ale nic z tego nie wyszło tylko dlatego, że reszta koalicjantów nie godziła się na ministerialną tekę dla Glapińskiego – przypominał obecny krytyk „dobrej zmiany”.

Regularnie co kilka lat, przed każdymi ważniejszymi wyborami, politycy Prawa i Sprawiedliwości emanują euroentuzjazmem i uwielbieniem dla unijnych wartości. Nie inaczej rysuje się sytuacja przed startem kampanii poprzedzających majowe eurowybory i jesienne wybory do Sejmu. Pierwsze symptomy prounijnego ocieplenia można było zauważyć niecały miesiąc temu. W trakcie grudniowej konwencji PiS w Szeligach premier Mateusz Morawiecki przekonywał słuchaczy o tym, że Polska jest bijącym sercem Europy. W następnych dniach działacze Zjednoczonej Prawicy powielali ten przekaz w mediach o najróżniejszym zabarwieniu ideologicznym.

To będzie najważniejszy rok w dziejach III RP

Euroentuzjazm PiS. Regularny, niewiarygodny

Przedwyborcza miłość PiS do Unii jest w polskiej polityce zjawiskiem stałym i powtarzalnym. Ostatnio euroentuzjazm polityków partii rządzącej dał o sobie znać przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Andrzej Duda niedługo po objęciu urzędu udał się do Berlina, gdzie zapewniał o zamiarach budowy silnej Unii w oparciu o partnerstwo z niemieckim rządem. Jeszcze kilka lat wcześniej prezes PiS w internetowych spotach przekonywał o zaletach wspólnoty, a prezydent Lech Kaczyński w trakcie sprawowania urzędu wychwalał korzyści płynące z ratyfikacji traktatu z Lizbony.

Euroentuzjazm PiS jest jednak tak regularny, jak niewiarygodny. Prounijne wypowiedzi polityków partii przeplatają się bowiem z mniej lub bardziej poważnymi manifestacjami obrzydzenia wspólnotą. Zaledwie dwa tygodnie po konwencji w Szeligach premier zaprosił do rządu nacjonalistę, eurosceptyka i byłego lidera Młodzieży Wszechpolskiej Adama Andruszkiewicza. Z kolei najnowszym przykładem antyunijnego nastawienia partii rządzącej było spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z szefem włoskich eurosceptyków Matteo Salvinim. Włoch przedstawił propozycję stworzenia wspólnego bloku w europarlamencie po majowych wyborach – w nowym ugrupowaniu znalazłyby się też m.in. francuska i holenderska skrajna prawica Marine Le Pen i Geerta Wildersa. Nawet jeśli Prawo i Sprawiedliwość ostatecznie nie dołączy do nowego frontu eurosceptyków, to samo rozważanie takiego scenariusza przez prezesa PiS obnaża prawdziwą wizję partii wobec Unii.

Od traktatu lizbońskiego po usuwanie unijnych flag

Zresztą podobnych dysonansów w polityce europejskiej PiS można wymieniać na pęczki. Już w referendum akcesyjnym z 2003 r. Kaczyński bardzo długo rozważał, czy poprzeć unijne członkostwo. Ostatecznie Prawo i Sprawiedliwość kampaniowało na rzecz wejścia do wspólnoty, ale już po wyborach do PE w 2004 r. pierwsi europosłowie PiS dołączyli do frakcji eurosceptyków – zasiedli w niej wspólnie z włoskimi neofaszystami oraz ówczesnymi ugrupowaniami Le Pen i Salviniego. Kilka lat później prezydent Kaczyński odmawiał podpisania traktatu z Lizbony do czasu, aż ratyfikują go pozostałe kraje Unii. W trakcie negocjacji dokumentu wielokrotnie podważał sens jego powstania, co doprowadziło do osamotnienia Polski w UE i konfliktu z większością państw członkowskich.

Wydarzenia od wyborów parlamentarnych w 2015 r. tylko podkreślają konsekwentną antyunijną ideologię partii rządzącej. Eurosceptycyzm PiS objawia się zarówno w sferze symbolicznej, jak i formalnej. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie miała problemów ze zbijaniem kapitału politycznego na atakowaniu Unii za kryzys migracyjny, a jedną z pierwszych decyzji premier Beaty Szydło było usunięcie unijnych flag z sali konferencyjnej w KPRM. W kolejnych latach konflikt pogłębiał się za sprawą łamania unijnych dyrektyw (m.in. wycinka w Puszczy Białowieskiej) i prób przeprowadzania niekonstytucyjnych zmian w wymiarze sądownictwa. PiS nie przestraszyły groźby unijnych sankcji polegających na zawieszeniu głosu Polski w Radzie. Do wycofania się z części zmian partię przekonała dopiero realna groźba nałożenia na rząd kar finansowych. Karne przesyłanie pieniędzy do Unii byłoby bowiem trudne do wytłumaczenia elektoratowi.

Mniej unijnych środków, mniejsze poparcie dla wspólnoty?

Tak naprawdę jedynym silnem ogniwem prounijnego stanowiska PiS jest niesłabnące poparcie dla UE wśród wyborców. Członkostwo we wspólnocie popiera niemal dziewięciu na dziesięciu Polaków, więc otwarte opowiedzenie się za polexitem byłoby dla partii Kaczyńskiego politycznym samobójstwem. Pytanie, jak na krajowy euroentuzjazm wpłynie wejście w życie nowego unijnego budżetu w 2021 r. Polska w kolejnej perspektywie finansowej dostanie znacznie mniej unijnych środków, co może przełożyć się na spadek poparcia społeczeństwa dla UE. To z kolei niemal na pewno przekonałoby polityków PiS do zdjęcia maski euroentuzjastów.

Czy żona prezydenta RP powinna otrzymywać pensję; jeżeli tak, to w jakiej wysokości?

Rusza debata na ten temat i jak wszystko w polityce polskiej będzie gorące, a może nawet gotujące, zwłaszcza że niemal wszyscy pod pojęciem „prezydentowa” będą sobie przedstawiać tę jedną osobę – Agatę Kornhauser-Dudę. I na tym skupi się debata. Przed Dudową prezydentowe były aktywne i często wznosiły się ponad partyjne spory. Choćby Maria Kaczyńska, która była mało kaczystowska.

Jeżeli prezydentowa – a w przyszłości może zdarzyć się prezydent jako kobieta, więc jej małżonek byłby jakimś prezydenciakiem – dostanie szmal z kasy państwowej, to obowiązkiem jej będzie wypowiedzieć się w ważnych kwestiach społecznych, a nawet politycznych. Więc czyje zdanie ma prezentować? Czy Agata Duda ma mówić swoim głosem, czy być echem Andrzeja Dudy albo mówić to, co Nowogrodzka rozsyła w oficjalnych komunikatach dnia?

A zatem zasadne jest pytanie: czy prezydentowa ma być politykiem, czy człowiekiem? Przecież nie została wybrana w procesie demokratycznym na stanowisko żony prezydenta, bo np. Dudzie bardziej „należałaby” się Beata Szydło albo Beata Kempa, a może pasowałaby mu Anna Sobecka…

Agata Duda kiedy jeszcze była Agatą Kornhauser wybrała Andrzeja jednym głosem i bynajmniej nie była to urna, lecz serce. Czy w polityce jest miejsce na serce? W PiS serce – nawet polityczne – zostało zamordowane.

Żona prezydenta Dudy pochodzi z jednego z najlepszych domów krakowskich, wszak jej ojcem jest wybitny poeta Julian Kornhauser. Stosując nie tylko wytrych liryczny do odczytywania charakterów osób, ale i narracyjny – bo milczenie i jego przeciwieństwo logorea, dużo mówią o charakterach osób – Agata Duda-Kornhauser miałaby często odmienne zdanie, niż Kaczyński – daruję sobie Dudę, bo ten mówi, co prezes mu nakaże.

A więc Agata Korhauser-Duda na państwowym etacie zamiast posyłać ironiczne dmuchane całusy z dłoni w stronę protestujących, może przesłałaby kciuka skierowanego w dół? Lecz co najważniejsze, prezydentowa mówiłaby, bo za to między innymi by jej płacono. Czy zatem należałoby obawiać się o nierozerwalność małżeńską w chwili wyrażania odmiennego zdania przez nią od zdania, jakie wypowiadałby Jarosław Kaczyński? Takie czekają nas wygibasy polityczne. Nad uregulowaniem statusu małżonki prezydenta rozpoczęła prace jedna z komisji sejmowych – Komisja ds. Petycji.

Morawiecki przypomni sobie krętactwa na przesłuchaniu za rok

31 Gru

Trzeba serdecznie współczuć szefowi rządu poziomu „sekretariatu”. Urzędnicy najwyraźniej pogubili kalendarze jego spotkań, a w KPRM zawodzi system elektronicznych przepustek. Jednym słowem jest tam bałagan i bezkrólewie. Do takich wniosków upoważnia  informacja, jaka dotarła z tej instytucji do Krzysztofa Brejzy.

Poseł Platformy Obywatelskiej, po wybuchu afery KNF zwrócił się do premiera z pytaniem czy i jak często spotykał się z aresztowanym dziś, byłym szefem tej instytucji – Markiem Chrzanowskim.

Co na to Mateusz Morawiecki?

Poseł Brejza publikuje na Twitterze odpowiedź nadesłaną przez KPRM z której, wynika ze premier nie nadzorował KNF i nie jest w stanie  ujawnić częstotliwości, a nawet samego faktu spotkań z Chrzanowskim i w zadziwiający sposób to uzasadnia. Po prostu : „nie prowadzi ewidencji spotkań”… Tu chciałoby się zapytać: a inne spotkania pan Morawiecki czy ktokolwiek tam ewidencjonuje? Jak to tam jest w tym urzędzie?

„To jest chyba żart. Niemożliwe, żeby tak odpisali”– ze zdumieniem, informację posła skwitował Piotr Leski.

Pod wpisem Brejzy zaroiło się od komentarzy. Ich autorzy wyśmiewają urząd i szefa rządu:

Gó…o prawda: Jeżeli miał stałą przepustkę, to ewidencja elektroniczna pokazuje jakie strefy i kiedy w #KPRM przemierzał. Jeżeli nie miał przepustki, to jest ewidencja wydanych przepustek. Poza tym sądy już potwierdziły, że kalendarz spotkań urzędników jest informacją publiczną”- podsumował sytuację jeden z internautów.

Na pociechę dodał inny: „Przypomni sobie za rok, na przesłuchaniu”.

>>>

Aniołki Glapy i jego dwór kosztują nas pół miliarda rocznie

31 Gru

Bankowcy niechętnie chwalą się swoimi dochodami. Według szacunków wynikających z rozporządzeń i ustaw, dyrektorskie pensje w bankowości systematycznie rosną i  sięgają obecnie około 21902,49 zł brutto. Oficjalne sprawozdanie roczne NBP – w przeciwieństwie do praktyki banków komercyjnych – przemilcza jednak informacje o  premiach i dodatkach.

Tajemnicą owiana jest również kwota wydana na wynagrodzenia poszczególnych członków zarządu, w tym prezesa Glapińskiego.

Jeśli zestawić „gołą” pensję prezesa z płacami zwykłych pracowników, to ponieważ od lat jest niezmienna, przybliża się coraz bardziej do średnich zarobków w banku – podaje Money.pl. Na wynagrodzenia NBP wydał w 2017 roku 487 mln zł, z czego rezerwy na przyszłe zobowiązania to 12 mln zł, a pracowniczy program emerytalny 25 mln zł. Same pensje to 450 mln zł – informuje portal.

Kwoty są podobne do tych z 2014 roku, ale obecnie dzielą się na mniejszą liczbę pracowników. Na koniec ubiegłego roku w NBP zatrudniano 3281 osób, czyli o 341 mniej niż trzy lata wcześniej. Przeciętne zarobki według  szacunków portalu wynoszą 11,4 tys. zł kosztu pracodawcy, 9,5 tys. zł brutto i 6,7 tys. zł netto.

Porównując zarobki prezesa NBP z średnią płacą w banku, widać malejące dysproporcje. O ile w 2014 była to 2,6-krotność przeciętnych poborów brutto (21,9 tys. zł w zestawieniu z 8,5 tys. zł pracowników), to w 2017 już tylko 2,3-krotność (21,9 tys. zł w zestawieniu z 9,5 tys. zł pracowników).

Money.pl zwraca uwagę, iż zarobki szefa polskiej bankowości i tak pozostają w dużej dysproporcji  z zarobkami szefów banków komercyjnych w Polsce.

W ubiegłym roku prezes Banku Millennium, Portugalczyk Joao Bras Jorge zarabiał z wszystkimi dodatkami średnio 418 tys. zł miesięcznie, a prezes Banku Handlowego Sławomir Sikora – 390 tys. zł.

Rozdwojenie jaźni Ziobry: schizofrenia łamana przez paranoję

29 Gru

„Spytałem Z. Ziobrę o to, czy przeprosi W. Kwaśniaka za słowa o „rozzuchwalaniu przestępców”. Pismo kierowane na Min. Sprawiedliwości-PG i wychodzi rozdwojenie jaźni. Min. Spraw. odmawia odpowiedzi, twierdząc, że ZZ wypowiedział te słowa jako… Prokurator Generalny” – napisał poseł PO Krzysztof Brejza na Twitterze. Do wpisu dołączył swoją korespondencję z szefem resortu sprawiedliwości – prokuratorem generalnym. O słowach Ziobry na temat byłego wiceprzewodniczącego KNF Wojciecha Kwaśniaka pisała w swoim felietonie Eliza Michalik „Ziobro chciał „przykryć” aferę KNF „aferą Kwaśniaka”.

Internauci nie kryli oburzenia odpowiedzią, którą otrzymał poseł Brejza. – „Czy nie jest to lekceważenie i kpina z urzędu. Ci ludzie już tak się rozzuchwalili i są pewni, że będą rządzić dalej, że miło będzie popatrzeć na ich rozczarowanie. Buta kroczy przed upadkiem. W tym przypadku upadek będzie bolesny”; – „To może zrzutka na wizytę u psychiatry dla MS-PG. Rozdwojenie jaźni, niebezpieczne schorzenie”. – „To szczyt bezczelności czy głupoty?” – skomentował prof. Leszek Balcerowicz.

Nie zabrakło też kpin. – „Jako PG winien postawić sobie zarzuty, przesłuchać w charakterze podejrzanego i złożyć wniosek do sądu o areszt tymczasowy, jednocześnie składając dymisję z zajmowanych stanowisk!”; – „A jak zapyta Pan Prokuraturę, to odpowiedzą, że Ziobro powiedział to jako Minister Sprawiedliwości. Bareja się kłania”; – „Robi numer na paragraf 22?”.

Mamy też konflikt pomiędzy prawem społeczeństwa do kontroli poczynań władzy a dyplomatyczną dyskrecją niezbędną dla prowadzenia polityki. Tyle że tym konfliktem akurat władza PiS się nie przejmuje. Bo cała sprawa to dla niej po prostu narzędzie do atakowania politycznego wroga. A tłumaczce zostaje obywatelskie nieposłuszeństwo.

Dowody zbrodni?

Za kilka dni prokuratura ma przesłuchać tłumaczkę wielu polskich prezydentów i premierów Magdalenę Fitas-Dukaczewską na okoliczność rozmów premiera Donalda Tuska z prezydentem Władimirem Putinem tuż po katastrofie smoleńskiej. Prokuratura – przynajmniej w deklaracji – uzasadnia to dążeniem do ustalenia, czy premier Tusk popełnił zdradę dyplomatyczną, godząc się na to, by katastrofa wyjaśniana była zgodnie z konwencją chicagowską, czyli aby na miejscu prowadziła ją prokuratura rosyjska. „Zdradę dyplomatyczną” definiuje art. 129 kk. To „działanie na szkodę RP w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją” (kara od roku do lat 10).

Nie bardzo wiadomo, co do tej sprawy miałyby wnieść zeznania tłumaczki, bo to, że strona polska zgodziła się na konwencję chicagowską jest niesporne. Sporna jest jedynie ocena prawna, czy ta zgoda była przestępstwem.

Być może – czego prokuratura nie deklaruje – zeznania tłumaczki mają dać dowód na inne przestępstwo, w sprawie którego też toczy się postępowanie: rzekomej organizacji zamachu i przyczynienia się do śmierci 96 osób. Może prokuratura ma nadzieję, że w obecności tłumaczki nad ciałami ofiar katastrofy prezydent Putin powiedział do premiera Tuska coś w rodzaju „melduję wykonanie zadania”?

Jarosław Kaczyński ratuje Polaków od smoleńskiej paranoi

Przesłuchanie zbędne i groźne

Przesłuchanie Magdaleny Fitas-Dukaczewskiej, oznaczające przymuszanie jej do ujawnienia tajemnicy tłumacza, nie jest konieczne ani nawet uzasadnione prawnie. Jest natomiast wydarzeniem precedensowym i ma charakter polityczny, bo może służyć do ataków i manipulacji informacjami o polityce prowadzonej przez politycznych konkurentów.

Siedmiu byłych prezydentów i premierów, których rozmowy tłumaczyła Magdalena Fitas-Dukaczewska: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak i Hanna Suchocka, podpisało list protestacyjny, w którym przesłuchanie tłumaczki uznają za „złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych”, które „narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych”. Zwracają uwagę, że Dukaczewska „była dopuszczona (także przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego) do największych tajemnic polskiej dyplomacji”.

Oczywiście można powiedzieć, że tajemnicom nic się nie stanie, bo przejmie je i pieczołowicie ochroni prokuratura. Tyle że dziś jest ona formacją polityczną podległą partii rządzącej. A śledztwa nie raz już służyły PiS-owi – także za poprzednich rządów – do prowadzenia polityki. Stojący na jej czele Zbigniew Ziobro zadbał zaś o to, by mieć prawo publicznie ujawniać wybrane przez siebie i dowolnie skomponowane informacje ze śledztwa. W takich rękach żadna tajemnica, w tym dyplomatyczna, nie jest bezpieczna. I służyć może politycznej manipulacji.

Czy możemy mówić o tajemnicy?

Rozmowy polityków w cztery oczy są poufne, ale nie pod względem prawnym. Żeby miały klauzulę poufności, ktoś musiałby ją każdej takiej rozmowie nadawać. A tego się nie da zrobić fizycznie, bo rozmowa to rozmowa, a nie dokument.

Rosyjskie gry wokół Smoleńska

Można by uznać z góry wszelkie rozmowy polityków określonego szczebla za tajemnicę, ale nie ma do tego podstawy prawnej. Nie ma w polskim prawie takiego pojęcia, jak tajemnica dyplomatyczna. Usiłowano je wprowadzić w 2012 r., po protestach w sprawie umowy ACTA i żądaniach, by rząd – Tuska – ujawnił swoje stanowisko negocjacyjne dla Komisji Europejskiej w tej sprawie (ujawnił). Parlament to prawo nawet uchwalił, ale Trybunał Konstytucyjny uznał przepis za niekonstytucyjny ze względu na tryb uchwalenia (tzw. wrzutka Rockiego, na etapie prac w Senacie). Potem rząd PO-PSL próbował do sprawy wrócić, ale budziła duży opór ze względu na naruszenie gwarantowanego konstytucją prawa obywateli do informacji o działaniach władzy publicznej.

Władza chciała, by tajemnicą dyplomatyczną były „informacje dotyczące spraw zagranicznych lub członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej, których udostępnienie osobom i podmiotom niewykonującym zadań publicznych wymagających dostępu do takich informacji może osłabiać pozycję negocjacyjną lub procesową Rzeczypospolitej Polskiej lub w inny sposób osłabiać ochronę interesów RP lub Polaków za granicą lub interesów Rzeczypospolitej Polskiej związanych z członkostwem w Unii Europejskiej”. Była to zatem definicja „gumowa”, dzięki której można by utajniać właściwie wszystko. Np. właśnie stanowisko w sprawie ACTA czy stanowiska do trybunałów w Strasburgu i Luksemburgu. A także wszelkie rozmowy dyplomatyczne – bo kto by skontrolował ich treść?

Oczywiście rząd i tak może utajniać dokumenty, nadając im klauzulę poufności. Ale od tej klauzuli można się odwołać do sądu. I to jest sposób na znalezienie równowagi pomiędzy prawem do społecznej kontroli poczynań władzy a niezbędnej w dyplomacji dyskrecji. Definicja „tajemnicy dyplomatycznej”, przez swoją rozciągliwość i niedookreśloność, mogła tę sądową kontrolę ograniczyć lub udaremnić.

Skutek braku definicji tajemnicy dyplomatycznej jest taki, że rozmowy polityków w cztery oczy chroni tylko obyczaj. I najczęściej to działa. Latem tego roku w USA wybuchła afera, gdy demokraci żądali przesłuchania w Kongresie tłumaczki rozmów prezydentów Trumpa i Putina na szczycie w Helsinkach. Trump i jego otoczenie odmawiali informacji o treści tych rozmów, a demokraci podejrzewali, że Trump „sprzedał” Putinowi Ukraińców, obiecując poparcie dla referendum w Donbasie za przynależnością do Rosji. Ostatecznie od przesłuchania tłumaczki odstąpiono, szanując jej zobowiązanie do tajemnicy.

Tajemnica tłumacza

O tajemnicy tłumacza przysięgłego mówią międzynarodowe standardy. Polscy tłumacze mają swój Kodeks Tłumacza Przysięgłego. Jego par. 6 stanowi: „Tłumacz przysięgły zobowiązany jest do zachowania tajemnicy zawodowej, którą objęte są wszelkie informacje uzyskane w związku z tłumaczeniem, w tym również informacje, których nieumyślne ujawnienie zagrażałoby bezpieczeństwu obrotu gospodarczego, oraz ponosi całkowitą odpowiedzialność osobistą za sposób ich przechowywania w każdej postaci”.

Magdalena Fitas-Dukaczewska podkreśla dodatkowo, że aby być tłumaczką rozmów dyplomatycznych, musiała dostać tzw. poświadczenie bezpieczeństwa przyznawane przez ABW. Jest dopuszczona do tajemnic najwyższego stopnia i traktuje to jako zobowiązanie do ich bezwzględnej ochrony.

Kto może zwolnić tłumacza przysięgłego z tajemnicy rozmowy premiera? Zapewne premier. Pytanie: który? Premier Morawiecki? Czy premier Tusk, czyli ten, którego rozmowę tłumaczyła?

Z racjonalnego punktu widzenia zwolnienie Dukaczewskiej z tajemnicy przez premiera Morawieckiego jest niemożliwe, bo nie może być dokonane w ciemno. Premier musi najpierw wiedzieć, co było mówione, by ocenić, czy może tłumaczkę zwolnić z tajemnicy i w jakim zakresie. A nie zna treści rozmowy. Uznanie takiego zwolnienia przez tłumaczkę za ważne jest problematyczne.

Luka w prawie

Z tajemnicy zawodowej może ją zwolnić prokuratura. I nie ma przy tym żadnych ograniczeń – takich, jakie są w przypadku dziennikarzy, prawników czy lekarzy (art. 180 kpk, par. 2) :„mogą być przesłuchiwane co do faktów objętych tą tajemnicą tylko wtedy, gdy jest to niezbędne dla dobra wymiaru sprawiedliwości, a okoliczność nie może być ustalona na podstawie innego dowodu”. Nie mówiąc już o ochronie, jakiej podlega dziennikarskie źródło informacji, która może być uchylona tylko dla ścigania najcięższych przestępstw. I tylko przez sąd.

Gdyby tłumacze przysięgli byli chronieni jak dziennikarze w przypadku tajemnicy źródła, można by uznać, że taka ochrona wystarczająco równoważy interes wymiaru sprawiedliwości, prawo społeczeństwa do kontroli poczynań władzy i interes państwa w ochronie tajemnicy dyplomatycznej. Ale dziś tłumacze chronieni są tylko dobrym obyczajem. A ten w państwie PiS nie obowiązuje.

Z politycznego punktu widzenia zwolnienie tłumacza z tajemnicy dyplomatycznych rozmów byłoby niebezpiecznym precedensem zaprzęgającym dyplomację do walk wewnętrznych między rywalami politycznymi. Szczególnie w warunkach, gdy prokuratura jest narzędziem tej politycznej gry.

Magdalena Fitas-Dukaczewska – jak się wydaje – podziela tę opinie i czuje się zobowiązana do lojalności wobec osób, dla których pracowała, i wobec zasad etyki zawodu tłumacza. W tych warunkach pozostaje jej obywatelskie nieposłuszeństwo, czyli odmowa zeznań i poddanie się karze grzywny. Ze świadomością, że prokuratura może ponawiać wezwania na przesłuchania i wymierzać karę grzywny dowolną liczbę razy.

Rząd do ostatniej chwili pracował nad projektem zmian w ustawie o akcyzie, która ma powstrzymać wzrost cen energii elektrycznej w 2019 r. W piątek 21 grudnia opublikowano jej pierwszą wersjęzakładającą obniżenie akcyzy za energię elektryczną z 20 do 5 zł za megawatogodzinę (MWh) i redukcję opłaty przejściowej o 95 proc. – to niewielki element naszego rachunku za energię, który trafia do koncernów energetycznych za rozwiązane w latach 90. kontrakty długoterminowe. Projekt był jednak pełen luk – przepisy nie dawały żadnej gwarancji, że ceny nie wzrosną, nie było też rozwiązań dla firm i samorządów dających im możliwość renegocjacji podpisanych już umów energetycznych na 2019 r. – a do tego politycznie zobowiązali się premier Mateusz Morawiecki i minister energii Krzysztof Tchórzewski. Dlatego wieczorem 27 grudnia, na kilkanaście godzin przed posiedzeniem, pojawiła się autopoprawka do ustawy, dodająca szereg nowych rozwiązań – część z nich pojawiła się w propozycjach MinEner dyskutowanych wewnątrz rządu, do których dotarła Polityka Insight. Posłowie dowiedzieli się o niej następnego dnia z mediów.

Co Morawiecki i Tchórzewski mówią o rosnących cenach prądu

Rząd wraca do pomysłu zamrożenia cen

Zgodnie z autopoprawką opłaty za przesył i dystrybucję energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w 2019 r. nie będą mogły być wyższe, niż były 31 grudnia 2018 r., a za sprzedaż – nie wyższe, niż były 30 czerwca 2018 r., uwzględniając przewidziane w ustawie obniżenie akcyzy i opłaty przejściowej. Państwowe i prywatne spółki będą musiały zastosować się do tego od 1 stycznia 2019 r. Prościej mówiąc, rząd zamierza po prostu zamrozić ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych. Do starych cen mają też wrócić samorządy i firmy. Autopoprawka stanowi bowiem, że spółki obracające energią – zarówno te państwowe, jak i prywatne – będą musiały zmienić zawarte po 30 czerwca 2018 r. umowy z tymi podmiotami, jeśli określona w nich cena za prąd jest wyższa niż w poprzedniej umowie. Firmy energetyczne będą miały na to czas do 1 kwietnia 2019 r., przy czym niższa stawka za energię będzie naliczana już od 1 stycznia.

Prąd plus – czyli będzie drożej

Jest kij, musi być i marchewka

Jeśli firmy energetyczną się nie podporządkują zapisom ustawy i nie obniżą cen, mogą dostać karę w wysokości 5 proc. ich rocznych przychodów. Rząd przygotował jednak też marchewkę, czyli rekompensaty za utracone przychody, które mają pochłonąć ok. 4 mld zł. W tym celu powołany ma zostać nowy Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny. To zupełnie nowy twór, który zostanie zasilony m.in. przychodami państwa ze sprzedaży 55,8 mln uprawnień do emisji CO2. To niewykorzystane w przeszłości uprawnienia, które rząd może sprzedać i zasilić budżet państwa – Komisja Europejska już się na to zgodziła. Jednak zgodnie z unijnym prawem 50 proc. przychodów ze sprzedaży tych uprawnień powinno trafić na inwestycje wspierające nowoczesną transformację sektora energetycznego. Tymczasem rząd chce przeznaczyć na rekompensaty aż 80 proc. przychodów ze sprzedaży uprawnień, co może wywołać reakcję Brukseli, która może uznać to za niedozwoloną pomoc publiczną. W takiej sytuacji firmy będą musiały zwrócić otrzymane środki.

Dlaczego jesteśmy zakładnikami węgla

Ceny i tak wzrosną, tylko z opóźnieniem

Propozycje rządu – o ile nie zostaną zakwestionowane przez Komisję Europejską – powinny sprawić, że w 2019 r. nie zapłacimy wyższych rachunków za prąd. Władza zyska spokój w roku wyborczym, przerzucając problem wzrostu cen energii na kolejny rząd, ale cena za mrożenie cen będzie ogromna. Zaproponowane przepisy de facto zawieszają funkcjonowanie wolnego rynku w sektorze energii i mogą doprowadzić do upadku wielu prywatnych sprzedawców i dystrybutorów energii – nie wiadomo bowiem, czy środków na rekompensaty starczy dla wszystkich. Nierozwiązany pozostaje też główny problem polskiej energetyki, czyli oparcie 80 proc. produkcji prądu na węglu. Jeśli ceny uprawnień do emisji CO2 będą rosły dalej – a wszystko na to wskazuje – skala podwyżek w 2020 r. będzie ogromna, ale kolejny manewr z mrożeniem cen może się już nie udać. Środków na rekompensaty może po prostu zabraknąć w budżecie. Kryzys wokół cen energii to też dzwonek ostrzegawczy dla opozycji, która jeśli poważnie myśli o przejęciu władzy, powinna skupić się na przygotowywaniu planów reformy sektora energetycznego i to w sytuacji zbliżającego się spowolnienia gospodarczego.

Podczas Świąt zapomnieli o tym niektórzy hierarchowie Kościoła.

Święta już za nami. Nie powiem, było miło i przyjemnie, ale wielka szkoda, że  niektórzy hierarchowie Kościoła znowu połączyli piękno Bożego Narodzenia i jego przesłanie z polityką.

Metropolita gdański arcybiskup Leszek Sławoj Głódź widocznie świetnie czuje się w roli tego, co to wiedzie swoje owieczki nie tylko ku Chrystusowi, ale i ku właściwym wyborom politycznym. Duchowny naprawdę bardzo się stara, by w 2019 roku Polacy dokonali „dobrego” wyboru i postawili na partię, która ma pełne wsparcie Polskiej Instytucji Kościelnej. Oczywiście, nie powiedział tego wprost, bo jednak nie bardzo wypadało prowadzić podczas pasterki tak jawną agitację polityczną, ale przekaz poszedł bardzo czytelny.

Poprosił, by wierni modlili się żarliwie o „polskie dziś” i „ład polskich serc”. By była to modlitwa „o (…) odbudowę polskiej wspólnoty wspartej o stabilny fundament naszej narodowej tożsamości religijnej i kulturowej, nie skażonej manipulacjami pamięci historycznej. Akceptację i wspieranie decyzji i rozstrzygnięć, które niosą dobrą i konkretną pomoc, m.in. rodzinom. O wykorzenienie z polskiego życia publicznego nihilizmu. Tego jałowego „nie bo nie”, dyktowanego politycznym egoizmem i destrukcją społecznej wrażliwości”. No, jakaż ta opozycja wredna. Teraz, gdy wreszcie jest tak dobrze, gdy mamy tak wspaniałą partię u władzy, ona neguje wszystko i działa wręcz przeciwko Polakom, którym tak super się teraz żyje. Patrz narodzie i słuchaj, a potem przy urnie pamiętaj, kogo wybrać.

Głódź nie zapomniał też o wiernym słudze Kościoła, czyli Henryku Jankowskim, któremu dziękował za „ofiarną posługę w służbie Chrystusa”, a doniesienia medialne o nim nazwał pomówieniami głoszonymi przez środowiska wrogie Kościołowi.

Kolejny propagator jedynie słusznej partii, arcybiskup Stanisław Gądecki, również nie omieszkał wykorzystać Bożego Narodzenia do wygłoszenia swoich prawd o tzw. miękkim totalitaryzmie, który „stara się zmarginalizować chrześcijan i chrześcijaństwo w imię fałszywego szacunku dla tych, którzy nie są chrześcijanami”. Oburzony piętnował te poznańskie szkoły, które zrezygnowały z jasełek i szkolnych wigilii na rzecz spotkań świątecznych, a to postawa nie do zaakceptowania, bo jasełka są zgodne z polskim prawem.

Odwołał się do Konstytucji, mówiąc, że „ustawa zasadnicza zakłada, że władze publiczne zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, zapewniając jednocześnie swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. Ponadto Konstytucja stwierdza, że polska kultura jest zakorzeniona w chrześcijańskim dziedzictwie narodu, a strzeżenie jej stanowi obowiązek władz publicznych. Co więcej, prawo oświatowe zakłada, że nauczanie i wychowanie powinno się odbywać z poszanowaniem chrześcijańskiego systemu wartości”. Szkoda, że zapomniał dodać, iż wpisana w Konstytucję wolność sumienia i religii powinna działać w obie strony, czyli… szanujmy prawo do swojej wiary, ale nie narzucajmy jej innym. Nie zmuszajmy wyznawców innych religii, ateistów czy agnostyków do udziału w rzymsko – katolickiej formie świętowania.

Metropolita poznański nie zapomniał wspomnieć też o promowaniu związków jednopłciowych, aborcji czy też programach szkolnych dotyczących seksualności, które nie są niczym innym, jak bezsensownym rozbudzaniem seksualności wśród dzieci. Było też o gender i nieszczęsnej konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. A wszystkie te działania i postawy to rodzaj kolonizacji, która „zmierza do światowej dominacji ośrodków liberalnych, bo jeśli zniszczy się tkankę społeczną opartą na tradycyjnych wartościach, to nie będzie już żadnej tożsamości narodowej, religijnej ani nawet płciowej. Takim społeczeństwem będzie można najłatwiej manipulować”.

Czy naprawdę takich tekstów oczekiwali katolicy, którzy tłumnie wybrali się na pasterkę? Przecież powinno być o tych pasterzach, którzy przybieżeli do Betlejem, o Bogu, co się narodził tej nocy. Powinno być to kazanie pełne radości, łączące ludzi w miłosierdziu. O nadziei, wierze, miłości, dobrym sercu, wspólnocie….

Tak powinno być, a jednak nie. Odnoszę wrażenie, że w polskim Kościele od jakiegoś czasu toczy się walka między dobrem a złem. Walka, która może doprowadzić tę instytucję do przepaści, bo wierni w końcu się wkurzą i wtedy nie będzie żadnego zmiłuj, a sny o potędze rozpadną się jak domek z kart. Jeszcze nasi duchowni są jak święte krowy, jeszcze czerpią pełnymi garściami kasę z rządowego koryta, jeszcze wciąż bazują na naiwności swoich wiernych, ale już niedługo to potrwa. Albo się wreszcie opamiętają i zajmą swoją robotą albo przyjdzie czas na zaciskanie pasa, a to będzie bolało. Ojjj będzie…

Waldemar Mystkowski pisze o Mateuszu Morawieckim, który rżnie Polaków w kwestii podwyżki cen pradu.

Paniczne zażegnywanie kryzysu, jaki grozi w związku z podwyżką cen prądu, to doskonały przykład PiS w pigułce. Fundnęli nam ten horror na koniec roku, nie powstydziłby się go sam Alfred Hitchcock. Można było ustawę przeprowadzić już dawno i przesunąć pieniądze z jednej kieszeni budżetu do spółek energetycznych, gdyby rząd pracował nad nią.

To, że dzisiaj do Polaków dotrze wiadomość, że podwyżek prądu nie będzie to guzik prawda, bo szybko ceny dadzą znać o sobie. Nie tylko w samorządach, które obciążone są podwyżkami i dostały już rachunki do zapłaty w przyszłym roku, ale w przedsiębiorstwach, które muszą wpisać cenę elektryczności do kosztów produkcji i usług. Ma być zapis w ustawie o renegocjowaniu cen do kwietnia przyszłego roku. Istny „Miś” Barei na przyszłoroczny Prima Aprilis.

Nagła sesja Sejmu pod koniec roku służy tylko temu, aby przepchać ustawę o cenach prądu. Najpierw nagle spłynął projekt ustawy do Sejmu napisany na kolanie, wielkości dwóch stron, aby tuż przed sesją wpłynęła autopoprawka rządu do własnego projektu, mająca 11 stron.

Ile będzie błędów w tej ustawie, można tylko się spodziewać. Zapowiada się  bubel prawny roku, a może nawet kadencji, dziesięciolecia, stulecia, bo Komisja Europejska może nie wydać zgody na zasilanie spółek skarbu państwa.

Mateusz Morawiecki z trybuny sejmowej uzasadniał podwyżkę cen, że to wina  poprzedniego rządu PO-PSL, konkretnie zaś Donalda Tuska, bo nie zawetował szczytu unijnego w sprawie pakietu klimatycznego. Nie trzeba za bardzo się wysilać, aby na stronach prezydent.pl sprawdzić, iż to Lech Kaczyński w 2008 roku ogłosił to „sukcesem polskim”, nie ma zaś słowa o wecie.

Zresztą ograniczenie emisji CO2 jest w interesie naszego zdrowia, które jest najcenniejsze dla nas, o tym powinien wiedzieć Morawiecki, który chcąc się kiedyś popisać znajomością fraszki Jana Kochanowskiego, spowodował wybuch śmiechu w internecie. Debatę i zadawanie pytań na sali sejmowej ograniczono do 30 sekund, które nawet nie pozwalają na wyrecytowanie „Na zdrowie” Jana Kochanowskiego.

Podwyżka cen prądu jest spowodowana zakupem praw do emisji CO2, a my właśnie go zakupujemy za horrendalne ceny, bo rząd niczego nie robi, aby zmniejszyć zagrożenie dla naszego zdrowia i nie produkować rekordowo CO2.

Dlaczego piszę, że Morawiecki to dubeltowy Marek Suski? Z prostego powodu – „orzeł intelektu” Suski powiedział, że gdyby rząd PO Ewy Kopacz nie zamknął kopalni, które planował, to nie trzeba byłoby importować węgla z Rosji. Otóż rząd PO-PSL nie zamknął żadnej kopalni, a zrobiły to rządy PiS Beaty Szydło i Morawieckiego. Z Suskiego możemy się śmiać, bo to tylko fajtłapa, choć jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego. Ten ostatni jest o wiele groźniejszy, gdyż to Pinokio w każdym wygłaszanym zdaniu.

A za prąd zapłacimy więcej w podatkach i to większych, niż gdybyśmy płacili bezpośrednio. Zapłacimy jednak jeszcze czymś bezcennym, czego uczeń Morawiecki w szkole się nie nauczył – zapłacimy swoim zdrowiem. Nie dość, że dubeltowy Suski, tj. Morawiecki, opróżnia nam kieszenie, to zabiera zdrowie, a niektórym życie – 44 tys. Polaków umiera rocznie z powodu smogu.

żegna Kazimierza Kutza;

Pisowski festiwal afer Rok 2018

29 Gru

Jak rządzi PiS? Afera za aferą, pazurki i inne szumidła

W 2018 r. pozycja obozu PiS w oczach opinii publicznej dwa–trzy razy się zachwiała w wyniku afer. Zaczęło się w marcu, kiedy poseł PO Krzysztof Brejza dostał w końcu odpowiedź na pytanie o zarobki premier Beaty Szydło i jej ekipy w 2017 r. Okazało się, że ministrowie dostawali w premiach drugą pensję. W sumie bonusy kosztowały prawie 2 mln zł, rekordzista Mariusz Błaszczak zebrał ponad 80 tys. zł, sama premier 60 tys., a najniższe premie wynosiły po 50 tys. zł na osobę.

Wybuchła afera. Jarosław Kaczyński, jak sam przyznał, powiedział wtedy Szydło, żeby „pokazała pazurki” i – była już wówczas – premier poszła na całość. „Te nagrody nam się po prostu należą” – te słowa z sejmowej mównicy musiały nieźle wkurzyć wyborców, bo PiS zaczął tracić poparcie. Wyborcom nie podobała się pazerność władzy, która obiecywała przecież służyć skromnie Polakom. Kryzys musiał przeciąć sam Kaczyński, który ogłosił, że jak suweren chce taniego państwa, to je dostanie. I obiecał obciąć pensje nie tylko ministrom, ale też posłom, samorządowcom oraz szefom państwowych i samorządowych firm. Członkowie rządu mieli zaś oddać pieniądze z nagród na Caritas. Kryzys wygasł, choć do dziś nie wiemy, czy wszyscy ministrowie pieniądze rzeczywiście oddali, a ograniczyć pensji prezesom za bardzo się nie udało.

Kolejne problemy przyszły na początku października, kiedy okazało się, że w trakcie afery podsłuchowej nagrano też Mateusza Morawieckiego, wtedy prezesa banku BZ WBK. W opublikowanej przez Onet rozmowie z marca 2013 r. późniejszy premier szczycił się świetnymi kontaktami z ludźmi Donalda Tuska, naśmiewał z wypadku Roberta Kubicy i opowiadał niejasne historie o „pracy za miskę ryżu” czy „odpychaniu, strzelaniu do” imigrantów.

Morawiecki miał też oferować „pięć dych czy siedem, czy stówkę” dla Aleksandra Grada, byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL, i interweniować w sprawie pracy dla syna Ryszarda Czarneckiego, pisowskiego europosła. PiS nie do końca wiedział, jak reagować. Z jednej strony oficjalny przekaz dnia brzmiał, iż nagrania to „odgrzany kotlet”, z drugiej rzecznik PiS Beata Mazurek mówiła o „skoordynowanym ataku” na premiera i że „dobrze wiadomo, jaki nadawca” za tym stoi (czyli „niemieckie media polskojęzyczne”).

Największa afera przyszła w połowie listopada. Bankowiec Leszek Czarnecki ujawnił nagranie rozmowy z marca 2018 r. z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim. Urzędnik próbował ją zagłuszyć za pomocą urządzenia nazwanego „szumidłem”. Miał ku temu zapewne powody, bo prawdopodobnie zażądał od finansisty łapówki (mowa o 40 mln zł) za zostawienie w spokoju jego banków. W każdym razie postawiono mu zarzut korupcji.

PiS wciąż próbuje wygasić aferę, zaufany człowiek prezesa NBP Adama Glapińskiego, znany odtąd jako Marek Ch., został aresztowany. Przykryć całą sprawę miało zatrzymanie siedmiu osób z poprzedniej ekipy w KNF, z czasów PO, za rzekome niedopatrzenia w sprawie SKOK Wołomin. Problem w tym, że to PiS przez lata wspierał Kasy.

Przy okazji Zbigniew Ziobro spostponował jednego z urzędników Wojciecha Kwaśniaka, który został przed laty ciężko pobity przez wynajętego bandytę właśnie za dociekliwość w sprawie SKOK Wołomin. W efekcie pod koniec roku PiS znowu zaczął słabnąć w sondażach. I wciąż nie wiadomo, czy i tym razem ekipie rządzącej uda się wykaraskać z kryzysu.

Życie partyjne. Raz na wodzie, raz pod wodą

Jan Kaczmarek z kabaretu Elita śpiewał o jeziorach, które na powierzchni „są takie cudowne”, a w głębi „śmiertelna wre walka”. Jak w życiu partyjnym.

Na powierzchni widać stabilne sondaże i wciąż te same partie na najwyższych pozycjach. Jeśli jednak zajrzeć głębiej, to w 2018 r. działo się całkiem sporo i trwała ostra rywalizacja

Lewicowo-liberalna część wyborców czekała na to, co im zaproponuje Robert Biedroń, który pod koniec roku wyruszył w trasę po kraju. Po serii mityngów jego ugrupowanie pod roboczą, enigmatyczną nazwą Kocham Polskę w szczegółach ma się pokazać dopiero w lutym przyszłego roku.

Z drugiej strony sceny z politycznej piany zaczął się wyłaniać Ruch Prawdziwej Europy, zarejestrowany przez związanego z Tadeuszem Rydzykiem posła Mirosława Piotrowskiego. Czy oznacza to, że redemptorysta z Torunia na serio będzie chciał rzucić wyzwanie Jarosławowi Kaczyńskiemu, czy to tylko straszak, który ma pomóc w zdobyciu funduszy na projekty przedsiębiorczego księdza z Torunia?

Nową partię można dość łatwo stworzyć, ale trudniej utrzymać, co pokazują losy dwóch najmłodszych ugrupowań w Sejmie: Kukiz ’15 i Nowoczesnej. Oba traciły w ciągu roku pozycję polityczną i posłów, w obu kłopoty przeżywali ich założyciele – Paweł Kukiz i Ryszard Petru. Ten ostatni zdążył zresztą z założonej rok wcześniej partii wyjść i założyć nową – pod nazwą Teraz!

Trudno przesądzić, czy Nowoczesna i Kukiz ’15 przetrwają do przyszłorocznych wyborów do Sejmu, obie wciąż trzymają głowę nad wodą. Dla Partii Razem to też nie był dobry rok, w wyborach samorządowych osiągnęła śladowe poparcie. Na dalszej prawicy trwały z kolei przepychanki przed wyborami europejskimi, narodowcy łączą się i dzielą, licząc na sukces w wyborach europejskich, a przywódcze aspiracje zgłasza uciekinier z Kukiz ’15, do niedawna piwowar Marek Jakubiak.

Swoje pięć minut miała Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, która wraz z Katarzyną Lubnauer z Nowoczesnej dała trochę świeżości kampanii samorządowej Koalicji Obywatelskiej. Koalicja pod koniec roku stanęła jednak pod znakiem zapytania po transferze Kamili Gasiuk-Pihowicz z grupą posłów z Nowoczesnej do PO, co złośliwi określili jako pożeranie przystawki przez Grzegorza Schetynę.

Najspokojniej, przynajmniej na powierzchni, było w PiS. W obozie prawicy wciąż mówi się o ostrych wewnętrznych sporach, zwłaszcza między Mateuszem Morawieckim a Zbigniewem Ziobrą, ale na razie niewiele z nich w sensie politycznym wynika.

Wielka improwizacja, czyli świętujemy 100-lecie niepodległości

Państwowe obchody 100-lecia odzyskania niepodległości miały przyćmić wszystkie dotychczasowe święta i być triumfem „biało-czerwonej drużyny” PiS. Miały, ale nie przyćmiły, tylko ugrzęzły w organizacyjnym chaosie. Dwóch pełnomocników ds. organizacji obchodów – po stronie prezydenta i rządu – nie dało rady. Z budżetu na obchody przeznaczono 240 mln zł, ale nie wiadomo, na co dokładnie je wydano.

Warszawski marsz, a właściwie dwa – jeden z władzami na czele oddzielony od drugiego, w którym maszerowali też narodowcy – był masowy i bardziej spokojny niż te z lat ubiegłych. Choć oczywiście nie obyło się bez incydentów, faszystowskich znaków, rac. Święto 100-lecia niepodległości uratowały dziesiątkach lokalnych pikników, festynów, parad, biegów organizowanych w całym kraju przez władze samorządowe. Były też akcje międzynarodowe, jak podświetlenie na biało-czerwono kilkudziesięciu słynnych światowych zabytków, w tym wieży Eiffla. Antoni Macierewicz jako minister obrony narodowej chciał stawiać na 100-lecie „kolumny niepodległości”, ale został odwołany. A jego następca sfinalizował inny projekt – „ławki niepodległości”. Można się na nich rozsiąść od kilku dni, a każda kosztuje 30 tys zł.

Niestety nie przyjechali na polskie obchody światowi liderzy, a jedyny, który przyjechał, czyli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, został przez władze państwowe zignorowany. Wygłaszając w Łodzi swoje przemówienie, w którym zachęcał do „pokonania współczesnych bolszewików”, potwierdził, że po stronie antyPiSu wciąż jest jedynym politykiem zdolnym przeciwstawić obozowi władzy kompletnie odmienną i spójną wizję polityczną.

Niestety również opozycyjne partie oddały Dzień Niepodległościwalkowerem. Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej okazywało się, że władza prawie niczego nie przygotowała, większość polityków opozycyjnych deklarowała, że 11 listopada spędzą prywatnie.

Nie otwarto żadnego spektakularnego obiektu, aby uczcić tę naszą niepodległość. Ale za to odsłonięto pomnik Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. Padły też zapowiedzi odbudowy Pałacu Saskiego oraz stworzenia muzeum Lecha Kaczyńskiego. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że na 100-lecie mieliśmy do czynienia z naszą polską improwizacją i „jakoś to będzie”. Niestety nie było.

Protest osób z niepełnosprawnościami i ich rodziców

Przez 40 dni (18 kwietnia–27 maja) na sejmowej posadzce mieszkało najpierw 16, a potem 9 osób. Karol, Wiktoria, Katarzyna i Magda Milewiczowie, Iwona i Jakub Hartwichowie, Marzena Stanewicz, Anna i Adrian Glinka – oni zostali do końca.

Postulaty były dwa. Pierwszy, dotyczący zrównania renty socjalnej z minimalną rentą z tytułu niezdolności do pracy, został spełniony, a renta wzrosła z 865,03 zł do 1029,80 zł. Drugi – wprowadzenia dodatku „na życie”, zwanego też „rehabilitacyjnym” – już nie. Zamiast niego rząd zaproponował dodatek rzeczowy, którego wartość wycenił na 520 zł. Nie przyjął żadnej z kompromisowych propozycji protestujących rozłożenia wypłaty tego dodatku na kilka lat (od września 2018 r. – 250 zł, od stycznia 2019 – dodatkowo 125 zł i od stycznia 2020 r. – kolejne 125 zł).

Z protestującymi rozmawiali premier Mateusz Morawiecki, prezydent Andrzej Duda, pierwsza dama, Rzecznik Praw Obywatelskich i jego zastępczyni Sylwia Spurek, minister Elżbieta Rafalska. To na początku. Później budynek Sejmu został otoczony barierkami, a wejścia do niego pilnowała policja. Kamery stacji telewizyjnych i radiowych usunięto z Sejmu. Dziennikarze bez stałych przepustek nie mogli wejść do parlamentu. Podobnie jak Wanda Traczyk-Stawska, uczestniczka powstania warszawskiego, czy Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Odwołano obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży i Noc Muzeów w Sejmie. Polski parlament został zabarykadowany.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński konsekwentnie odcinał protestujących od świata.Wprowadzał (i odwieszał) zakaz wychodzenia na spacery, zakaz odwiedzin, zakaz otwierania okien, zakaz dostarczania poczty. 24 maja, kiedy w Sejmie odbywały się obrady Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, nie pozwolił na wywieszenie transparentu „Polish Disabled Children Beg for a Decent Life” („Polskie niepełnosprawne dzieci błagają o godne życie”). Straż Marszałkowska użyła wówczas wobec protestujących siły.

Wychodząc z Sejmu 27 maja, Iwona Hartwich, nieformalna liderka protestu, mówiła: „udało nam się sprawić, że problem niepełnosprawności stał się w Polsce tematem numer jeden”. Adrian Glinka i Jakub Hartwich, którzy należeli do najbardziej rozpoznawalnych uczestników sejmowego protestu, wystartowali w wyborach samorządowych z list Koalicji Obywatelskiej. Jakub Hartwich z powodzeniem od listopada jest radnym w Toruniu. Jest się więc z czego cieszyć, choć rząd niewiele nauczył się z protestu. Dowodem jedna z ostatnich decyzji kierownictwa resortu rodziny: po trwających rok przygotowaniach i konsultacjach 18 grudnia zdecydowano o tym, że środowiskowe domy samopomocy dla dorosłych niepełnosprawnych jednak nie powstaną.

Symbolem prezydentury Andrzeja Dudy w 2017 r. były weta do ustaw sądowych, symbolem 2018 r. – selfie z koniem

W zeszłym roku wydawało się, że prezydent na poważnie próbuje się wybić na niepodległość i zdobyć samodzielną pozycję w obozie władzy. Ten rok przyniósł w tej dziedzinie regres, choć warto odnotować dwa prezydenckie weta. Pierwsze – do tzw. ustawy degradacyjnej, która taśmowo odbierała stopnie wojskowym z czasów PRL. Drugie – do ordynacji do wyborów europejskich, mającej de facto ograniczyć naszą reprezentację w Brukseli i Strasburgu do dwóch partii.

Poza tym to był rok słabnącej pozycji Dudy, czego dobitnym przykładem był los jego sztandarowego projektu – referendum konstytucyjnego planowanego na stulecie odzyskania niepodległości. PiS dystansował się od tego pomysłu, ostatecznie utopili go senatorzy tej partii, wstrzymując się od głosu (i próbując nieudolnie zwalić winę na PO).

O słabnięciu prezydenta świadczyły też dymisje jego współpracowników, porzucił go m.in. rzecznik Krzysztof Łapiński, który wybrał karierę w PR. Prezydent poza dwoma wymienionymi wyjątkami grzecznie podpisywał pisowskie ustawy, w tym te najbardziej szkodliwe, jak nowelizacja ustawy o IPN, która wpędziła nas w konflikt z USA i Izraelem, czy kolejne nowelizacje ustaw sądowych kontestowane przez środowiska prawnicze, organizacje pozarządowe i Brukselę.

Brak sukcesów w kraju Andrzej Duda próbował rekompensować sobie za granicą, ale tam też średnio mu szło. W samolocie do Australii dowiedział się, że rząd pozbawił jego wizytę na antypodach jakiegokolwiek znaczenia, kasując zakup fregat od rządu w Canberze. Z wizyty w Waszyngtonie wszyscy zapamiętali lizusowski „Fort Trump” i zdjęcie z podpisywania umowy przy biurku prezydenta USA, ale na stojąco, wbrew jakiemukolwiek protokołowi.

Prezydentowi zebrało się też sporo innych gaf, wpadek czy po prostu wypowiedzianych bzdur. Pamiętne były słowa o UE jako „wyimaginowanej wspólnocie, która nic nam nie daje”, czy o energooszczędnych żarówkach. Pod koniec roku media społecznościowe obiegło zaś zdjęcie prezydenta, który robi sobie zdjęcie z koniem. Nic dodać, nic ująć.

Wybory samorządowe: wszyscy przegrali, wszyscy zwyciężyli

Po wyborach samorządowych i PiS, i opozycja ogłosiły swoje zwycięstwa. Ale to częściowe wygrane: opozycji w dużych miastach, a PiS-u w sejmikach (jednego w poprzedniej kadencji zmienił na osiem w nowej).

Jednym z największych przegranych okazał się Patryk Jaki, który oddał Rafałowi Trzaskowskiemu stolicę już w pierwszej turze (56 proc. vs 28 proc.). Drugiej tury nie trzeba było organizować też w Łodzi (Hanna Zdanowska 70 proc. vs Waldemar Buda z PiS 23 proc.); w Białymstoku (Tadeusz Truskolaski, KO, 56 proc. vs Jacek Żalek, PiS, 20 proc.); we Wrocławiu (Jacek Sutryk, KO, 50,2 proc. vs Mirosława Stachowiak-Różecka, PiS, 27 proc.); w Lublinie (Krzysztof Żuk 62 proc. vs Sylwester Tułajew, PiS, 31 proc.), a także w Gdyni (wygrał Wojciech Szczurek – 70 proc.) iSopocie (Jacek Karnowski – 59 proc.). Kandydaci PiS przegrali II tury w Gdańsku, Kielcach, Krakowie, a także w Radomiu i Nowym Sączu.

Jeśli chodzi o sejmiki, to dobre nastroje opozycji z wieczoru wyborczego szybko opadły wraz z podaniem przez PKW oficjalnych wyników wyborów. W całym kraju do obsadzenia było 552 foteli w 16 sejmikach, z czego najwięcej otrzymał PiS – 254, Koalicja Obywatelska – 194, PSL – 70, Bezpartyjni Samorządowcy – 15, SLD – Lewica – razem 11 mandatów. Swoich ludzi wprowadzili też: Mniejszość Niemiecka – 5, komitety Dutkiewicza dla Dolnego Śląska – 2 oraz Bogdana Wenty dla świętokrzyskiego – 1. Dla partii Kaczyńskiego to rekordowy wynik, bo wygrała w 9 sejmikach (województw lubelskiego, łódzkiego, małopolskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, dolnośląskiego, mazowieckiego i śląskiego). W dolnośląskim Kaczyński wywalczył sobie koalicjanta – Bezpartyjnych Samorządowców, a w śląskim wyłowił z KO radnego Kałużę i też ma większość.

Wygrali przede wszystkim głosujący, którzy ustanowili rekord frekwencji – 54,96 proc. Z 30 115 896 osób uprawnionych do głosowania z tego prawa skorzystało 16 552 627, o blisko 2 mln więcej niż w poprzednich wyborach. Najbardziej wyborami zainteresowani byli mieszkańcy woj. mazowieckiego – 61,02 proc., z czego największe kolejki ustawiały się w stolicy (66,81 proc. frekwencji), a najmniej w województwie opolskim – 48,72 proc.

Wybory samorządowe nie przyniosły politycznego przełomu. Pokazały, że jest jakiś potencjał do zmiany władzy, choć bardzo chwiejny. Koalicja demokratyczna powinna przyjrzeć się symulacji, którą przeprowadził dr Tomasz Jurkiewicz z Uniwersytetu Gdańskiego. Wynika z niej, że gdyby Polacy zagłosowali w wyborach do Sejmu tak samo jak w tych do sejmików, to PiS straci władzę. Jest jeden warunek: biorąc pod uwagę mechanizm d’Hondta, KO musi poszerzyć się o minimum jeszcze jedną partię. Jurkiewicz wyliczył, że KO wspólnie z PSL i SLD zdobyłaby 243 mandaty. Jest i drugi mechanizm, czyli myślenie życzeniowe polityków oraz przekonanie o własnej sile i że tym razem się uda. Na razie udało się, ale Jarosławowi Kaczyńskiemu.

To był pod wieloma względami rekordowy rok dla polskiej gospodarki

Bezrobocie utrzymuje się poniżej 6 proc., a wynagrodzenia rosną. Boom na rynku nieruchomości napędza wzrost gospodarczy i pozwala bankom zarabiać na kredytach. Oczekiwane w połowie roku spowolnienie gospodarcze nie nadeszło. Wydatki socjalne rosną, a finanse publiczne nigdy nie były w tak dobrej formie – tegoroczny deficyt budżetowy może spaść poniżej 1 proc. PKB. W październiku agencja S&P podniosła rating Polski do poziomu A-, tym samym przyznając, że kryzys praworządności nie odbił się na polskiej gospodarce.

Nad tym optymistycznym obrazkiem wiszą jednak czarne chmury: przedsiębiorcy skarżą się na brak pracowników i rosnące koszty pracy, rosnące zatory płatnicze zaczynają doprowadzać do upadłości najmniej płynnych graczy, a rynek kapitałowy jest w najgorszej formie od czasu kryzysu.

Spadek bezrobocia cieszy zarówno społeczeństwo, jak i rząd, który dzięki temu dostaje więcej podatków i składek, a wypłaca mniej świadczeń socjalnych. Wciąż mamy jednak jeden z niższych wskaźników aktywności zawodowej w Europie, a to dzięki wczesnym emeryturom i polityce społecznej, od lat systemowo nastawionej na świadczenia, a nie aktywizację, i dotyczy to zarówno rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, jak i opiekunów.

Niski deficyt cieszy tak długo, jak długo nie rozejrzymy się wokoło. Mimo niższej dynamiki wzrostu nadwyżki budżetowe notują nie tylko Niemcy, ale też Bułgarzy, Czesi czy Litwini. Wkrótce trzeba też będzie porównać koszty i korzyści z uszczelnienia podatkowego. Tylko w tym roku uchwalono dwie nowelizacje VAT, trzy CIT i dwie ordynacji podatkowej. Z roku na rok firmy potrzebują więcej czasu na nadążanie ze zmianami w prawie i rozliczanie podatków, a podzielona płatność VAT obniża płynność firm.

To był zły rok dla rynku kapitałowego. Główne indeksy na GPW straciły od kilku do 25 proc. Giełda w zadyszce: brak kapitału odstrasza debiutantów i zachęca do schodzenia z parkietu (zdecydowały się na to 22 spółki, najwięcej w historii warszawskiej giełdy), brak debiutów zniechęca inwestorów. Tych, którzy liczyli na Pracownicze Programy Kapitałowe, czeka rozczarowanie. Nowe fundusze będą kupować akcje głównie na WIG20, gdzie królują spółki Skarbu Państwa. Nie wiadomo też, ile osób skusi się na dodatkowe oszczędności emerytalne – rząd najpierw mówił o 80, a teraz już o 50 proc. uprawnionych. W rynek uderzyły też dwie głośne afery: GetBacku i KNF.

Przyszły rok może być trudny dla polskiej gospodarki. Nie wykorzystaliśmy koniunktury do budowy rezerw na gorsze czasy. Przedsiębiorcy mają długi, ale nie mają inwestycji. Rynek pracy, a razem z nim system ubezpieczeń społecznych, opiera się na niestałych migrantach. Biznesowi życie skomplikują kolejne nowe regulacje i wyższe koszty napędzane drożejącą energią, a wkrótce też dodatkowymi składkami na PPK. Nie jesteśmy gotowi na światowe spowolnienie ani na kolejny kryzys w Europie.