Tag Archives: Adrian Zandberg

Morawieckiego polityka oparta na dyrdymałach, Ziobro nie pojmuje wyroku TSUE

20 List

Premier Mateusz Morawiecki przed rozpoczęciem exposé musiał wiedzieć o porannym wyroku TSUE ws. forsowanych przez PiS zmian w sądach. Jednak – co zdumiewające – nie odniósł się do niego ani słowem. Bił za to w opozycję, powtarzając oklepaną narrację o „donoszeniu na swój kraj

„Lepsze państwo to też lepszy wymiar sprawiedliwości. Będziemy kontynuować reformę w tym obszarze” – zapowiedział w exposé 19 listopada 2019 premier Mateusz Morawiecki. To echo wypowiedzi prezesa PiS z początku października. Jeszcze przed wyborami parlamentarnymi Jarosław Kaczyński obiecywał, że jego partia wróci do reformowania sądów „jeżeli społeczeństwo jej zaufa”.

Ale reformy sądownictwa prowadzone przez resort sprawiedliwości pod egidą Zbigniewa Ziobry były wielokrotnie krytykowane przez instytucje Unii Europejskiej jako zagrażające polskiej demokracji i trójpodziałowi władz. Trybunał Sprawiedliwości UE już dwukrotnie uznał elementy ziobrowskiej rewolucji za niezgodne z unijnym prawem.

We wtorek 19 listopada, tuż przed exposé premiera, TSUE wydał kolejny kluczowy wyrok: odniósł się to statusu powołanej przez PiS Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego oraz, pośrednio, Krajowej Rady Sądownictwa.

Jak pisała w OKO.press Anna Wójcik, Trybunał polecił polskiemu SN, by ten zbadał niezależność nowej Izby za pomocą konkretnych kryteriów.

Premier nie skomentował wyroku wprost, choć z pewnością został o nim poinformowany, a exposé zaczęło się z 10-minutowym opóźnieniem. Skorzystał natomiast z okazji, by – po raz kolejny – wygłosić połajanki dla opozycji, która „donosi na Polskę do instytucji międzynarodowych” i bronić rządowych reform. Które – według niego – są tak niewinne, jak za zachodnią granicą.

Niby nic o wydarzeniach w Luksemburgu, a jednak.

Zahaczając o TSUE

„Niezawisłość jest bardzo ważna, ale ona nie oznacza braku odpowiedzialności. Podział władz, ale też ich równowaga. Demokratycznie wybrany parlament ma wpływ na obsadę sądów w każdym kraju. W USA, Francji, Hiszpanii, wszędzie. W Niemczech np. czynny polityk CDU został rok temu wybrany na wiceprezesa federalnego Trybunału Konstytucyjnego” – zapewniał Mateusz Morawiecki.

Słowa premiera to jasne odniesienie do reformy Krajowej Rady Sądownictwa, której m.in. dotyczył dzisiejszy wyrok TSUE.

Po nowelizacji przeprowadzonej przez PiS 15 członków-sędziów Rady w marcu 2018 roku wybrali posłowie, a nie środowisko sędziowskie. Zdaniem licznych ekspertów prawnych doprowadzono tym samym do upolitycznienia Rady. Przez co nie jest ona w stanie skutecznie stać na straży niezawisłości sędziów.

Opinia KRS jest kluczowym elementem postępowań konkursowych na wszystkie stanowiska sędziowskie. Upolityczniona KRS to zatem upolitycznione sądy, w tym np. Izba Dyscyplinarna SN, której wszystkich członków powołano już po zmianach PiS.

Choć TSUE nie orzekł dziś wprost, czy Izba Dyscyplinarna spełnia wymagania niezależnego sądu, to nakazał Sądowi Najwyższemu zbadanie tej sprawy. Przedstawił szereg kryteriów, które musi spełniać sąd, by gwarantować obywatelom prawo do rzetelnego procesu.

Robimy to, co inni

Słowa premiera w exposé to echo ulubionego argumentu PiS, gdy trzeba bronić zamachu na sądy: polskie reformy niczym nie różnią się od rozwiązań funkcjonujących m.in. w Niemczech czy Hiszpanii. Kilkakrotnie demaskowaliśmy go w OKO.press.

Jak pisaliśmy, podobieństwo między ustawami Ziobry a systemem hiszpańskim jest pozorne. A Hiszpania, która dołuje w europejskich rankingach niezależności władzy sądowniczej, to niezbyt dobry wzór do naśladowania.

Przywołany przez Morawieckiego system niemiecki należy do najbardziej upolitycznionych w UE. Ale na korzyść Niemców działa długa tradycja, obecność opozycji w komisji rekrutacyjnej, opinia sędziów i dobry obyczaj. W Niemczech nie do pomyślenia jest na przykład, by do sądu wybrano kandydata bez doświadczenia i kompetencji.

Problemem, jak słusznie zauważyli międzynarodowi politycy, jest całokształt polskiej reformy, nie jej wyrwane z kontekstu elementy.

Przypomnijmy:

PiS upolityczniło KRS. Podporządkowało sobie Trybunał Konstytucyjny. Próbuje przejąć Sąd Najwyższy. Ściga sędziów, którzy ośmielą się krytykować te pomysły. Do tego dochodzi czystka w prokuraturze.

Żeby było „normalnie”

„Czy opozycja w tych krajach chodzi do instytucji międzynarodowych ze skargą, że tam nie ma praworządności? Nie. Bo oni rozumieją, że mocno szkodzi to ich krajom. Bardzo bym sobie życzył, żeby w Polsce było pod tym względem normalnie. Jak w dojrzałych krajach Zachodu. Nie osłabiajmy Polski, skarżąc się na nią, tylko razem Polskę wzmacniajmy” – apelował Morawiecki w exposé.

Premier zarzuca politykom opozycji, że „donosząc” unijnym instytucjom o posunięciach PiS, szkodzą własnemu krajowi. Ale do osłabienia pozycji Polski na świecie doprowadziły właśnie reformy sądownictwa partii Kaczyńskiego. To one zaowocowały m.in. rekordowym spadkiem oceny stanu polskiej demokracji w rankingu Freedom House.

Trybunał Sprawiedliwości UE dwukrotnie potwierdził, że próba przeprowadzenia czystki w sądach, była niezgodna z unijnym prawem. „Donosy” opozycji nie były zatem bezpodstawne.

Z Morawieckim nie zgadza się także większość polskiej opinii publicznej.

58 proc. badanych w najnowszym sondażu OKO.press odpowiedziało, że unijny Trybunał ma prawo zatrzymać „reformę” PiS, jeśli uzna, że narusza ona zasady UE. Przeciw było 1,7 raza mniej – 35 proc. Nawet wśród wyborców PiS 25 proc. daje takie prawo TSUE, wśród pozostałych osób aż 78 proc.

Poparcie dla działań Trybunału w Luksemburgu rośnie, a narracja PiS, powtórzona w exposé Morawieckiego, słabnie. Półtora roku temu „za” opowiedziało się 54 proc. respondentów. Wśród wyborców PiS było ich wyraźnie mniej niż dziś.

Mateusz Morawiecki jest baronem Münchausenem polskiej polityki. Jego specjalnością są różnego rodzaju niestworzone historie i zapowiedzi podlane patetycznym sosem. Kiedy się okazuje, że prawie nic nie zostało zrealizowane, płynnie przechodzi się do następnych wielkich zapowiedzi, obietnic i kolejnej porcji sosu – mówi OKO.press Marek Borowski

Pamiętam wypowiedzi premiera Morawieckiego sprzed kilku lat, gdy próbował zawładnąć umysłami Polaków, wygłaszając płomienne obietnice dotyczące wielkich projektów, które wprowadzą Polskę do świata innowacji i wprawią w zachwyt cały świat. Pamiętam auta elektryczne, promy, lukstorpedy, drony… Mieliśmy mieć też znaczący wzrost inwestycji w ciągu kilku lat i szybko doganiać średnią europejską, jeśli chodzi o PKB na głowę mieszkańca.

To były wspaniałe perspektywy i plany, problem w tym, że akurat te, które wymieniłem, nie zostały zrealizowane nawet w pięciu procentach. Mijają cztery lata rządów PiS, pan premier znów wychodzi na mównicę i nie mówi o tym słowa. Słyszymy za to o 9 tys. km linii kolejowych, którymi można opasać trzykrotnie polskie granice. Słyszymy o wielkiej transformacji z gospodarki papierowej do cyfrowej.

Państwo dobrobytu? Morawiecki kompromituje tę ideę

Gdybyśmy Mateusza Morawieckiego usłyszeli po raz pierwszy, pewnie robiłby jakieś wrażenie. Teraz rozczarowuje. Nie łączyłem z nim wielkich nadziei, ale myślałem, że stać go na więcej. Gdyby premier odniósł się także chociaż w paru słowach do rzeczy, które się nie udały, to by ociepliło jego wizerunek. Pokazałby, że stoi na czele rządu, który boryka się także z problemami. Ale nic takiego nie usłyszeliśmy.

Rząd Morawieckiego znów objawił się jako ekipa, który preferuje rozwiązania indywidualne, zaniedbując rozwiązania zbiorowe. Mamy 500 plus, bardzo ładnie, bardzo dobrze, ale przecież za 500 złotych żadna rodzina nie kupi dobrej edukacji i dobrego lekarza.

W państwie dobrobytu, o którym Morawiecki cały czas opowiadał, interes indywidualny jest równoważony z interesem grupowym, społecznym. Te zaniedbania, które mają miejsce w zdrowiu, w edukacji, w administracji publicznej, w polityce senioralnej, to zaniedbania dramatyczne, które ideę państwa dobrobytu kompromitują.

I co pan premier miał w tej sprawie do powiedzenia?

Jeśli chodzi o edukację, premier stwierdził, że przeznaczy na nią więcej pieniędzy. Z tym że chodzi raczej o pieniądze samorządów. Coś wspomniał o nauczycielach, że „inwestujemy w edukację”, co było tak śmieszne, że aż nie wierzyłem w to, co słyszę. Dowiedzieliśmy się też, że nauczyciele dostaną podwyżki w skali takiej jak sfera budżetowa – problem w tym, że nauczyciele spadli poniżej jakichkolwiek sensownych wskaźników płac i należą im się te podwyżki znacznie wyższe. Ze słów Morawieckiego wynika, że nic z tego nie będzie.

Zdrowie? Dramat. Pan premier, zwracam uwagę, już nie wspomniał, że Polska w ciągu czterech lat osiągnie pułap wydatków na ochronę zdrowia w wysokości 6 proc. w relacji do PKB. Stwierdził natomiast, że już bardzo dużo na zdrowie przeznaczyliśmy, a prawda jest taka, że w rzeczywistości wzrost jest minimalny, jeśli chodzi o stosunek do PKB.

Nie usłyszeliśmy też ani słowa, jak rząd chce sobie poradzić z problemem gigantycznego zadłużenia szpitali.

Puste słowa o zgodzie

A poza tym oczywiście praworządność w Polsce kwitnie, jesteśmy też w czołówce demokracji. Morawiecki powiedział też, że sądownictwo musi być niezawisłe, ale musi być też odpowiedzialne.

To mi przypomina taką tezę, którą słyszałem ponad 40 lat temu, że krytyka, jak najbardziej, jest dopuszczalna, ale musi być konstruktywna. Jeżeli krytyka będzie niekonstruktywna, to takich krytykantów my tutaj potraktujemy odpowiednio.

To pokazuje, jak bardzo pewne stereotypy peerelowskie są ciągle żywe i obecne w PiS. Sądownictwo ma być po prostu niezawisłe i koniec!

I wreszcie mieliśmy wyciąganie ręki do opozycji, w patetycznym sosie, że są pewne sprawy, że trzeba razem, że wspólnie. Jak trzeba razem i wspólnie, to już wysłuchaliśmy w exposé pana Antoniego Macierewicza jako marszałka seniora,  ale o to mniejsza.

Natomiast gdyby premier powiedział, że podejmie działania, by media publiczne stały się naprawdę mediami publicznymi, że to, co było do tej pory, teraz się skończy, to bym rozumiał, że wyciąga rękę. Bez tego jego słowa są puste. On swoje, prezes będzie swoje mówił, a Jacek Kurski swoje. Za chwilę pamięć o exposé przeminie i zderzymy się z rzeczywistością. I wtedy się okaże, że ile warte były te zapowiedzi.

Premier nie zająknął się również o tym, że mamy na świecie spowolnienie gospodarcze, powiedział natomiast, że chcemy utrzymać tempo wzrostu o 2, 3 pkt. proc. wyższe niż w Europie Zachodniej. Cóż, muszę powiedzieć, że to nie jest żaden ambitny program. Europa się będzie rozwijać w tempie, załóżmy, 1, 1,2, 1,3 proc. W takim wypadku polskie PKB będzie rosnąć ledwie o 3 proc. z kawałkiem.

Nie słyszymy już  także, że w dziesięć lat dogonimy Niemcy. Nie było zapowiedzi wzrostu poziomu inwestycji, bo premier już się zorientował, że to jest łatwy cel do krytyki. Wspomniał tylko o budżecie zrównoważonym – wspaniale, natomiast Morawiecki doskonale wie, że ten budżet jest zrównoważony jednorazowymi przychodami, a także sztuczkami księgowymi.

Zapewne trudno byłoby oczekiwać od premiera, by mówił, że jak będzie źle, to przytniemy to, czy tamto, ale widać było wyraźnie, że znacznie przycichło chwalenie się sukcesami polegającymi na szybkim tempie wzrostu.

Wsi spokojna, wsi wesoła…

Pan premier jest elokwentny, kocha poezję, odwoływanie się do ekonomistów, cytatów – od Norwida do Dmowskiego. A jeszcze przy okazji oczywiście postraszył LGBT i nowinkami z Zachodu. Znowu jakbym słyszał peerelowską propagandę. Na całym świecie te sprawy się zwyczajnie rozwiązuje, ale u nas? Wsi spokojna, wsi wesoła, my tu przedmurze chrześcijaństwa, gdzie absolutnie nie wpuścimy żadnych nowych prądów.

Zwłaszcza – jakżeby inaczej – przed nowinkami chronić będziemy dzieci. Gdy Morawiecki powiedział „kto podniesie rękę na nasze dzieci…”, to myślałem, że za chwilę usłyszymy „…tę rękę mu odrąbiemy”. Ale premier był łagodny i zamiast odrąbywania usłyszeliśmy, że się przeciwstawimy. Inna sprawa, że jak Morawiecki mówił o dzieciach, to każdemu muszą przyjść do głowy księża i problem pedofilii w Kościele. On oczywiście nie o tym myślał, zabrakło mu po prostu wyczucia.

Co właściwie orzekł europejski sąd? Jakie są skutki wyroku dla Izby Dyscyplinarnej i neo-KRS? Czy rację ma triumfujący Ziobro? Tłumaczy to wszystko sędzia TSUE Marek Safjan i ośmioro wybitnych ekspertów. Polecamy lekturę zwłaszcza rozczarowanym, że Luksemburg nie zmiażdżył „deformy sądów”

Niewątpliwie wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE wydany dziś (19 listopada) w odpowiedzi na pytania prejudycjalne zadane przez Izbę Pracy Sądu Najwyższego (C-585/18, C-624/18 i C-625/18) okazał się rozczarowaniem dla wszystkich, którzy oczekiwali, że Wielka Izba TSUE powtórzy miażdżącą krytykę Izby Dyscyplinarnej SN i KRS,  jaką w czerwcu wygłosił rzecznik generalny TSUE prof. Jewgienij Tanczew.

Tanczew ocenił wówczas wprost, że Krajowa Rada Sądownictwa i powołana przez nią Izba Dyscyplinarna w SN nie spełniają wymogu skutecznej ochrony sądowej w rozumieniu prawa unijnego, o której mówi art. 19 ust.1 Traktatu o Unii Europejskiej i art. 47 Karty Praw Podstawowych UE.

TSUE nie poszedł tak daleko.

W wyroku z 19 listopada Trybunał zachował się podobnie jak w sprawie pytań prejudycjalnych zadanych przez sąd irlandzki (a dokładniej, przez sędzię Aileen Donnelly): przedstawił kryteria, na podstawie których to sąd krajowy ma ocenić, czy sąd, do którego odsyła sprawę, jest niezawisły i niezależny w rozumienia prawa unijnego.

O co pytał SN i co odpowiedział Trybunał

Izba Pracy SN zapytała TSUE, „czy niezawisłym i niezależnym sądem w rozumieniu prawa Unii Europejskiej jest sąd, który z uwagi na ustrojowy model jego ukształtowania oraz sposób działania, nie daje rękojmi niezależności od władzy ustawodawczej i wykonawczej?”.

Odpowiedź na to pytanie jest Izbie Pracy potrzebna, aby ocenić, czy sąd, do którego chce odesłać rozpatrywaną sprawę – czyli utworzona za rządów PiS Izba Dyscyplinarna SN – jest niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego.

Wielka Izba TSUE wydała wyrok, w którym nie odpowiedziała wprost na to pytanie, ale przedstawiła przekrojowe i szczegółowe kryteria tej oceny.

Sędzia TSUE prof. Marek Safjan podkreślił, że w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne zadane przez sądy krajowe, TSUE podaje kryteria niezbędne do rozstrzygnięcia sprawy, ale nie „wyręcza” sądu krajowego, w tym wypadku Izby Pracy SN, od dokonania samodzielnej oceny.

Pytania zadane przez Izbę Pracy SN nie dotyczyły wprost Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale w orzeczeniu TSUE są dwa nowatorskie elementy, które sprawiają, że Izba Dyscyplinarna SN ma jasne kryteria także oceny KRS.

Po pierwsze, TSUE orzekł, że istnieje relacja między niezawisłością sędziowską a mechanizmami wyłaniania kandydatów na sędziów. W Polsce w procesie wyłaniania kandydatów na sędziów kluczową rolę odgrywa Krajowa Rada Sądownictwa.

Po drugie, TSUE wskazuje, że należy dokonać oceny funkcjonowania całego systemu, który determinuje niezawisłość sądów. To znaczy, że przy ocenie organu, który wyłania sędziów (KRS), należy wziąć pod uwagę cały kontekst jego działania (cała analiza prof. Safjana w nagraniu Inicjatywy Wolne Sądy).

Piłka po polskiej stronie boiska, ale według europejskich zasad gry

Orzeczenie TSUE zostało z entuzjazmem przyjęte przez Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro:

„Bardzo dobre orzeczenie. Trybunał Sprawiedliwości orzekł to, czego się spodziewałem.

Czyli, że nie jest właściwy do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa i przesunął piłeczkę z powrotem na polskie podwórko”.

Nie sposób zweryfikować prawdziwości pierwszej części wypowiedzi ministra Ziobry, ponieważ nie wiadomo, jakie były jego przewidywania.

Druga część rozmija się z prawdą.

Owszem TSUE „przesunął piłeczkę na polskie podwórko” w tym sensie, że nie dokonał wprost oceny Izby Dyscyplinarnej SN i KRS.

Rozwijając metaforę Ziobry: piłka jest po polskiej stronie boiska, ale arbiter wyraźnie powiedział, że gra toczy się według europejskich reguł. I precyzyjnie je opisał.

Zupełnym wymysłem jest stwierdzenie, że Trybunał Sprawiedliwości powiedział,  że nie jest sądem właściwym do oceniania spraw związanych z organizacją polskiego sądownictwa.

Przeciwnie, podkreślił, że kwestie niezawisłości i niezależności sądów są materią prawa europejskiego.

Tę kwestię wyjaśnia prof. Marek Safjan:

„TSUE potwierdził, że jest kompetentny do oceny sądownictwa w państwie członkowskim UE. Kwestie związane z niezależnością i niezawisłością sądów są objęte prawem europejskim, należą do materii traktatów i Karty Praw Podstawowych. To nie jest sprawa wewnętrzna prawa krajowego. To sprawa, która wymaga oceny na podstawie przepisów prawa unijnego.

Art. 2 Traktatu o UE, wskazujący na rządy prawa, zawiera zarazem wymagania odnośnie wymiaru sprawiedliwości.

TSUE mówi: to prawda, że każde państwo członkowskie zachowuje autonomię co do organizacji wymiaru sprawiedliwości, mechanizmów powoływania sędziów, trybu funkcjonowania sądów. Tych wyborów dokonuje państwo członkowskie. Ale owe wybory muszą być podporządkowane temu, by funkcjonowanie sądów zapewniało skuteczną ochronę praw jednostek.

Taką ochronę może zapewnić tylko niezawisłe sądownictwo i niezawiśli sędziowie. Stąd wywodzimy wymaganie dotyczące niezawisłości sądów.”

Luksemburski Trybunał podał szczegółowe kryteria oceny niezawisłości i niezależności sądów

TSUE w liczącym aż 172 paragrafy wyroku przedstawił przekrojowe, rozbudowane i szczegółowe kryteria, które musi wziąć pod uwagę sąd krajowy (czyli Izba Pracy SN) przy dokonywaniu oceny, czy odsyła sprawę do sądu spełniające wymogi niezależności i niezawisłości w rozumieniu prawa unijnego (Izba Dyscyplinarna SN).

Sednem wyroku TSUE jest to, że organizacja sądownictwa podlega ocenie pod względem wpływu na niezależność i niezawisłość sądów. Dotyczy to także organów powołujących sędziów.

Co więcej, obowiązkiem sądów jest oceniać ten wpływ nie tylko na podstawie przepisów obowiązującego prawa, ale również tego, jak te przepisy są stosowane i jak rzeczywiście funkcjonują instytucje, które powinny stać na straży niezawisłych sądów.

Trybunał podał kryteria oceny KRS. „Wyrok instrukcyjny”

W komunikacie prasowym wydanym rano przez biuro Trybunału Sprawiedliwości UE położono nacisk na te elementy wyroku TSUE, które odnosiły się do kryteriów oceny przez Izbę Pracy SN sądu, do którego ta izba chce odesłać rozpatrywaną przez siebie sprawę czyli Izby Dyscyplinarnej SN.

Nie powinno to jednak przesłaniać kwestii kluczowej z punktu widzenia oceny stanu praworządności w Polsce: TSUE podał kryteria dotyczące organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Takim organem w Polsce jest Krajowa Rada Sądownictwa.

Prof. Marek Safjan:

„Wyrok na ogromne znaczenie. Zawiera podsumowanie wszystkich najważniejszych tez w orzecznictwie TSUE związanych z niezawisłością. Wskazuje też na pośrednie zagrożenia, jakie mogą wpływać na niezawisłość sędziowską. Te pośrednie zagrożenia są związane ze sposobem, trybem powoływania sędziów i funkcjonowania takiego organu, jakim w Polsce jest KRS.

TSUE mówi, że przesłanki związane z niezawisłością sędziowską mogą być zagrożone w sytuacji, gdy istnieją nieodpowiednie mechanizmy związane z powoływaniem sędziów, przede wszystkim chodzi tutaj o funkcjonowanie takiego ciała jak KRS.

Krajową Radę Sądownictwa Trybunał ocenia (w Motywach wyroku) jako instytucję niespełniającą – prawdopodobnie – pewnych przesłanek gwarantujących niezależność kandydatów powoływanych na podstawie opinii KRS. Ta ocena KRS będzie wymagała potwierdzenia przez Sąd Najwyższy. Ale istotne jest to, że TSUE dokładnie wskazał, jakie są najbardziej wątpliwe punkty w powołaniu i funkcjonowaniu KRS.”

Podobnie widzi to dr Maciej Taborowski, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich:

„Trybunał Sprawiedliwości UE potwierdził, że KRS jako organ odpowiedzialny za nominacje sędziów jest objęta przez prawo unijne. Dał sądom wskazówki, jak oceniać takie organy. TSUE zasiał też ziarno niepokoju w ocenie funkcjonowania KRS w Polsce. Do tego orzekł, że proces nominowania sędziów nie może budzić w zewnętrznym obserwatorze wątpliwości, co do bezstronności i niezawisłości tak wybranego sądu”.

Prawniczka Maria Ejchart-Dubois z Inicjatywy Wolne Sądy podkreśla, że

„Trybunał Sprawiedliwości UE wydał dzisiaj wyrok instrukcyjny.

Określił standardy, jakie ma spełniać niezawisły i niezależny w rozumieniu prawa unijnego sąd. Zrobił to w sposób przekrojowy i szczegółowy. TSUE orzekł m.in. jakie cechy powinien mieć organ opiniujący sędziów – takim organem w Polsce jest KRS. Czyli od tego momentu jest jasne, jakich według TSUE należy używać kryteriów do oceny KRS. Według kryteriów przedstawionych w wyroku TSUE, przy tej ocenie trzeba wziąć pod uwagę nie tylko okoliczności prawne, ale też faktyczne funkcjonowania organu biorącego udział w powoływaniu sędziów. Czyli sposób i okoliczności powołania, a także rzeczywiste funkcjonowanie KRS i sposób, w jaki wypełnia – bądź nie – konstytucyjnie powierzoną mu rolę stania na straży niezawisłości sądów w Polsce. To ma kolosalne znaczenie dla oceny KRS”.

Wyrok siódemkowy Izby Pracy SN. A może wcześniej?

Dr hab. Piotr Bogdanowicz, adiunkt w Katedrze Prawa Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego precyzyjnie wskazał, że Trybunał Sprawiedliwości UE w punktach 140, 143, 144 i 145 wyroku podał pięć elementów kluczowych do oceny KRS. Są to:

  • skrócenie kadencji poprzedniej KRS przed terminem;
  • fakt, że członkowie KRS są z nadania politycznego,
  • nieprawidłowe powołanie KRS,
  • sposób funkcjonowania KRS oraz
  • brak skutecznej procedury odwoławczej od decyzji KRS.

Adwokat Paulina Kieszkowska-Knapik, również z Inicjatywy Wolne Sądy, wskazuje na znaczenie wyroku dla organów państwa, ale też dla sędziów adwokatów w całej Europie. „Kryteria podane przez Trybunał Sprawiedliwości UE musi zastosować każdy sędzia, który ma wątpliwości, co do niezawisłości sądu, do którego odsyła sprawę. Adwokaci  w całej Europie będą świadomi konieczności przeprowadzenia takiego testu i na pewno będą to uwzględniać w strategiach procesowych, przy reprezentowaniu swoich klientek i klientów. To może wpłynąć na przebieg wielu spraw. Z punktu widzenia ochrony interesów obywateli najważniejsze jest jednak, aby Izba Pracy SN oceniła nie tylko Izbę Dyscyplinarną SN pod kątem niezależności, ale też organ biorący udział w procesie powoływania do Izby Dyscyplinarnej sędziów, czyli KRS.

Mam nadzieję, że Izba Pracy SN zdecyduje się powziąć uchwałę w składzie siedmiu sędziów, co sprawi, że ta uchwała będzie miała moc zasady prawnej i będzie obowiązywać wszystkie sądy.”

Adwokat Michał Wawrykiewicz, kolejny współtwórca Inicjatywy Wolne Sądy, który wraz z adwokat Sylwią Gregorczyk-Abram reprezentował sędziego NSA, którego sprawa stała się dla Izby Pracy SN przyczynkiem do zadania pytań TSUE, uważa jednak, że sądy nie muszą czekać na „uchwałę siódemkową” SN, ponieważ wyroki TSUE są wykonywane niezwłocznie i obowiązują wszystkie organy polskiego państwa. Wawrykiewicz twierdzi, że

„już dziś na podstawie tego wyroku, organy polskiego państwa – w tym sądy i KRS –  powinny doprowadzić do wstrzymania orzekania przez sędziów, którzy zostali powołani z udziałem nowej KRS”.

Uzasadnienie lepsze niż komunikat. Pełne konkretów

Sędzia Waldemar Żurek, rzecznik prasowy poprzedniej KRS:

„Uzasadnienie wyroku jest bardzo precyzyjne, o wiele lepsze niż komunikat prasowy. W punkcie 143 wyroku TSUE wyraźnie wskazuje np., że nowa KRS została utworzona w drodze skrócenia czteroletniej kadencji poprzedniej KRS.

Ponadto, TSUE wskazuje, że sędziowie, którzy zasiadają obecnie w KRS, byli desygnowani przez organy władzy ustawodawczej.

TSUE zwrócił nawet uwagę na ewentualne nieprawidłowości, jakimi mogą być dotknięte procesy powoływania niektórych członków KRS.

TSUE wyraźnie wskazuje na zagadnienie utajniania list poparcia kandydatów do KRS. Kancelaria Sejmu ich nie publikuje pomimo wyroku NSA.

Oczywiście, sam wyrok każe sądowi pytającemu – czyli Izbie Pracy SN – ocenić wszystkie te przesłanki i ich wpływ na niezależność samej KRS. Kwestia niezależności KRS ma bezpośredni wpływ na prawidłowość wyborów sędziów izb SN, ale i sądów powszechnych, którzy zostali rekomendowani przez KRS”.

Jeżeli SN rozstrzygnie o statusie KRS w składzie rozszerzonym, składzie siedmiu sędziów, jego rozstrzygnięcie będzie miało moc zasady prawnej obowiązującej wszystkie składy sędziowskie w Polsce.

„Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach” – zwracał się do Morawieckiego Grzegorz Schetyna, wytykając mu kłamstwa i niespełnione obietnice. Władysław Kosiniak-Kamysz i Adrian Zandberg szachowali premiera własnymi projektami – o klimacie, równych płacach i emeryturach. Pytali, czy PiS je poprze.

Po expose premiera Morawieckiego usłyszeliśmy trzy wystąpienia polityków opozycji. Każde inne – nie tylko w treści. Obrazowały bowiem różne strategie różnych odłamów opozycji:

  • Grzegorz Schetyna mówił w imieniu klubu Koalicji Obywatelskiej.

Rząd Morawieckiego nazwał rządem kontynuacji i może dlatego przemówienie lidera PO też było przemówieniem kontynuacji – niezłomnej opozycji, która będzie bronić państwa prawa. Schetyna nazywał Morawieckiego kłamcą, wytykał niespełnione obietnice. Nie dowiedzieliśmy się wiele o tym, jaka jest kontrpropozycja KO.

Przemówienia liderów PSL i Lewicy roiły się od zapowiedzi projektów, które zgłoszą, w przemówieniu szefa PO takich deklaracji nie było. Zrobił to później Borys Budka, zapowiedział złożenie dwóch projektów – o bezpieczeństwie pieszych oraz in vitro.

  • Adrian Zandberg – to pierwsze wystąpienie polityka Lewicy z trybuny sejmowej w tej kadencji Sejmu.

Zrobiło wrażenie porównywalne z występem Zandberga w telewizyjnej debacie w 2015 roku. Dobitne, merytoryczne, wygłoszone z pasją. Komentatorzy pisali o „expose Zandberga” albo o „kontrexpose”.

Polityk Lewicy odniósł się bowiem niemal do wszystkich obszarów, w których wcześniej coś obiecywał Morawiecki. I odpowiadał kontrpropozycjami. Siła jego krytyki nie polegała na epitetach, ale na pokazaniu możliwych rozwiązań problemów społecznych, które PiS pomija.

I na łapaniu PiS za słowo: „Jesteście tacy prospołeczni? To zobaczmy, czy poprzecie prospołeczne ustawy Lewicy. „Przemówienie na miarę kandydata w wyborach prezydenckich?” – pytali dziennikarze.

  • Władysław Kosiniak-Kamysz – tu też komentowano, że szef PSL wygłosił przemówienie prezydenckie.

Silne nie tyle szczegółowością krytyki, ile próbą budowania porozumienia. Lider ludowców docenił obecną na sali Lewicę.

A jako motyw przewodni lekarz Kosiniak-Kamysz wybrał temat, który najbardziej chyba interesuje dziś polskie społeczeństwo – opłakany stan systemu ochrony zdrowia.

Kosiniak-Kamysz przedstawił PSL jako inicjatora wspólnych projektów – przypomniał, że „Pakt na rzecz zdrowia” podpisali liderzy czterech innych ugrupowań. Mówił przede wszystkim do przedsiębiorców i mieszkańców małych miejscowości.

Poniżej szczegółowe omówienie trzech przemówień.

Schetyna: Polityczne science fiction Morawieckiego

Platforma Obywatelska przez całe expose punktowała je w mediach społecznościowych pod hasztagiem #exposeKłamstw. I właśnie kłamstwo było głównym motywem wystąpienia Grzegorza Schetyny.

Zresztą PiS nie pozostawał dłużny, Schetynie raz po raz przerywały okrzyki „kłamstwa” – krzyczał tak z ław rządowych m.in. Mariusz Błaszczak, na co szef PO odkrzyknął: „Prawda boli!”. I przypomniał, że Mateusz Morawiecki dwukrotnie przegrał przed sądem – właśnie za kłamstwo. „To jest prawda o pańskiej polityce” – mówił.

Gdy Schetyna zaczął przemawiać, z sali plenarnej wyszedł Jarosław Kaczyński. A przewodniczący PO wykorzystał okazję, by wytknąć Morawieckiemu, że nie jest on samodzielnym premierem:

„Faktycznym twórcą tego rządu jest prezes Kaczyński. Widzieliśmy to na Nowogrodzkiej. Suflował przez rzecznika rządu premierowi wskazówki personalne”.

Upomniał się o oświadczenie majątkowe premiera i zaapelował o ujawnienie majątku również żony Morawieckiego. Schetyna zapytał też, czy premier dostał od służb notę ostrzegającą przed Marianem Banasiem.

Morawiecki nie zdefiniował, czym jest „normalność”, Schetyna – tak: „Normalność to prawda, uczciwość, rządy prawa i gospodarność”. „A wy wszystko to łamiecie dzień w dzień”.

Schetyna mówił: „Z tym się zgodzę [że nowy rząd będzie rządem kontynuacji]. Będzie kontynuował waszą pisowską nieudolność, łamanie prawa, zasad demokracji, brutalną propagandę i kłamstwo. To słyszeliśmy i to zapowiedź tego. Widzieliśmy to przez ostatnie 4 lata i rozumiem, że będziemy widzieć te próby przez następne 4, a może krócej”.

Stwierdził, że pomysł PiS na politykę to „ciągłe obietnice”. I przypomniał obietnicę miliona aut elektrycznych, prom, przemysł stoczniowy – „stępka została”, oddłużenie szpitali.

„Ochrona zdrowia nigdy nie była tak zadłużona jak za waszych czasów”- mówił. Zwrócił uwagę na fatalną sytuację na SOR-ach i „inwestycje porośnięte krzakami”. „Dalej pan nakręca spiralę politycznego science fiction” – punktował Schetyna.

Mówił o rozbieżności między słowami Morawieckiego a rzeczywistością: „Nie można panu odmówić wyobraźni, czasami bujnej. Nie można opierać polityki na dyrdymałach”. „Państwo nie jest bytem wirtualnym, tu mieszka 38 milionów ludzi. O ich interes trzeba walczyć.

Schetyna zdefiniował zadania opozycji na najbliższe cztery lata:

„Będziemy pilnować praworządności, demokracji, wreszcie zdrowego rozsądku. Będziemy pokazywać wasze błędy, wasze zaniechania, wasze niespełnione obietnice”.

O Senacie: „nie będzie nocnego procedowania w Senacie, Senat nie będzie na wasze usługi. Tego już nie będzie. Będzie normalnie”.

Zandberg: Polska PiS nie jest państwem dobrobytu

To wystąpienie zelektryzowało komentatorów.

Adrian Zandberg po raz pierwszy stanął na mównicy sejmowej oko w oko z premierem Morawieckim. I przemawiał tak, jakby prowadził z premierem rozmowę – poważną debatę o Polsce, jak równy z równym. A jednocześnie pokazywał, że premier RP nie ma pojęcia, o czym mówi.

Zandberg dowodził, że Polska ani państwem dobrobytu nie jest, ani się nim nie stanie pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Wymieniał kolejne dziedziny, w których PiS nie dotrzymał obietnic: mieszkalnictwo, szkolnictwo, ochrona zdrowia. Upomniał się o lokatorów, lekarzy-rezydentów, osoby starsze, małych przedsiębiorców, pracowników budżetówki.

Zandberg:

„Polska po czterech latach pańskich rządów nie jest państwem dobrobytu. Młodzi nauczyciele zarabiają tyle, że nie da się za to przeżyć. Ludzie uciekają z budżetówki, bo państwo staje się najgorszym z pracodawców. Nadal kwitną śmieciówki i łamane jest prawo pracy”.

Polityk Lewicy postanowił wytłumaczyć Morawieckiemu i PiS-owi, na czym faktycznie polega „państwo dobrobytu”:

„Porozmawiajmy zatem o tym, czym jest państwo dobrobytu. To tanie mieszkania na wynajem, dostępne dla każdego. To dobrze dofinansowane szpitale. Naprawdę bezpłatna ochrona zdrowia i edukacja.

To państwo, w którym każdy czuje się bezpiecznie na ulicy. A nie jest ofiarą bicia i wyzwisk ze strony prawicowych radykałów. Nowoczesne państwo dobrobytu szanuje pracowników, związki zawodowe i dialog.

Państwo dobrobytu wreszcie to takie państwo, w którym podatki płacą wielkie korporacje, a nie tylko pracownicy i mali przedsiębiorcy”.

Premier nie zna Polski – podkreślał Zandberg. A nie zna, bo nie rozmawia między innymi  z pracownikami: „Szkoda, bo może by Pan usłyszał o problemach polskich pracowników. O problemach, które dotykają milionów Polaków. To bardzo znaczące i chciałbym zwrócić na to uwagę – w pańskim expose prawie nie mówił Pan o pracy. A to z pracy, nie z pana puszenia się, bierze się dobrobyt”.

Program „mieszkanie plus” Zandberg nazwał „totalną kompromitacją”: „opowiadaliście bajki”, „Przez cztery lata zbudowaliście 900 mieszkań. Mydliliście oczy, że da się budować mieszkania bez pieniędzy”.

Czasem Zandberg zaznaczał, że PiS niektóre problemy odziedziczył po poprzednich rządach, ale ich nie rozwiązał. Tak jest na przykład w przypadku zapaści w ochronie zdrowia: „Żeby była jasność, to nie jest tylko pana wina. Ochrona zdrowia zapada się od lat. Teraz po prostu przechodzą na emerytury kadry medyczne, które wykształciła Polska Ludowa.

W Polsce ten, kto jest bogaty, żyje nawet kilkanaście lat dłużej niż biedny. Tak jest też pod waszymi rządami i niczego z tym nie zrobiliście”.

„Powie Pan: porządne usługi publiczne, podwyżki dla budżetówki – to wszystko kosztuje. To prawda. Tyle, że przez cztery lata, zamiast zbudować nowoczesny system podatkowy, po prostu administrowaliście tym, co wam zostawił Tusk. Fakt – pogoniliście paru VAT-owskich złodziei. To wystarczyło na 500+. Ale w sprawie kluczowej, w sprawie wielkich korporacji – stchórzyliście”.

Wytknął wycofanie się rządu z podatku cyfrowego: „Szczerze mówiąc dziwię się, że poruszył Pan temat unikania opodatkowania. Przecież za każdym razem od interesu polskich obywateli ważniejszy był telefon z ambasady USA. Gdzie jest podatek od platform cyfrowych? Wycofaliście się, bo kazał wam to zrobić Mike Pence. Tak samo było z Uberem czy z listą leków refundowanych. I tak samo było z reprywatyzacją. A to sprawa wyjątkowo haniebna”.

Zandberg zwrócił też uwagę, że idzie spowolnienie gospodarcze, a rząd nie ma pomysłu, co z nim zrobić: „Skąd weźmie Pan pieniądze, skoro boi się Pan sięgnąć po podatki od wielkich korporacji?”

O polityce zagranicznej: „Bezpieczeństwo Polski to Europa. To dobra współpraca z naszymi sąsiadami z zachodu i północy.

Dlatego, proszę wybaczyć, śmieszą mnie dziś, Panie premierze, pańskie słowa o polityce europejskiej. Przecież wy tę współpracę od kilku lat niszczycie. Lewica widzi w Europie przyjaciół – wy wrogów.

My chcemy wspólnie budować politykę obronną. Wy skłócacie nas z naszymi sąsiadami. To, co robicie, Panie premierze, jest nieodpowiedzialne. Żeby przypodobać się Trumpowi, wystawiacie na ryzyko naszą przyszłość. Jeżeli ktoś uważa, że prezydent Trump jest gwarantem czegokolwiek, niech przyjrzy się Kurdom”.

O normalności i rodzinie: „Lewica chce Polski, która jest krajem wolności. Nowoczesne państwo dobrobytu jest gwarancją wolności. Wolności od biedy, od bezdomności, wolności od strachu i przemocy – ale też wolność wyboru. Polacy i Polki nie chcą żeby jakakolwiek władza mówiła im jak mają żyć, kogo wolno im kochać, z kim wolno im zakładać rodziny”.

O nietykalnych dzieciach: „Dzieci są nietykalne – mówi premier. Szkoda, że pan premier chce dzieci chronić przed jakąś wyimaginowaną ideologią, a nie ma problemu z pedofilią i jej ukrywaniem wśród kleru. Zamiast o kolejnych skazanych księżach, z mediów cały czas napływają kolejne wiadomości o umorzonym postępowaniach przeciwko pedofilom w sutannach”.

Zandberg zapowiedział, że Lewica będzie sprawdzać PiS – ale nie wytykając niedotrzymywanie obietnic, tylko zgłaszając konkurencyjne projekty:

„My nie będziemy czekać. Już teraz, w tym Sejmie powiemy wam: sprawdzam. Mówicie, państwo z PiSu, że jesteście prospołeczni? Damy wam szansę to udowodnić”.

Tu padła propozycja ustawy „która podniesie wydatki na publiczną ochronę zdrowia do europejskiego poziomu, do 7.2% produktu krajowego brutto” oraz drugiej „która wprowadzi leki na receptę za 5 złotych”.

„Te ustawy, ustawy naprawiające sytuację w ochronie zdrowia, trafią do tego Sejmu. I oczekuję, że za nimi Państwo zagłosujecie. Jeżeli pani marszałek Elżbieta Witek zapakuje te prospołeczne propozycje do zamrażarki, to sami wydacie sobie świadectwo” – mówił Zandberg.

Ale to nie wszystko. Lider Lewicy obiecał „projekt podwyższenia płac w całej budżetówce”, zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy i ustawę o płacy minimalnej: „Lewica zaproponuje nowy mechanizm: powiązanie płacy minimalnej ze średnim wynagrodzeniem”.

Wytknął też Morawieckiemu hipokryzję w sprawie równości kobiet: „To, że w Pańskim rządzie zasiadają tylko trzy kobiety, dobrze pokazuje, jak traktujecie większość społeczeństwa”.

Kosiniak-Kamysz: Expose, czyli Wszystkiego najlepszego dla wszystkich

Kosiniak-Kamysz zaczął od metafory lekarskiej: expose to powinno być postawienie diagnozy i zaproponowanie odpowiedniego leczenia. A tak nie jest: „Premier przedstawił koncert życzeń: wszystkiego najlepszego dla wszystkich”.

„Może jest i dobra wola, ale nie ma konkretów” – mówił. Zwracał uwagę, że nie raz premier zapraszał opozycję do współpracy, a potem „zamrażarka albo niszczarka”.

O ile Adrian Zandberg tłumaczył Morawieckiemu, czym jest państwo dobrobytu, o tyle lider ludowców zmierzył się z pojęciem „normalności”:

  • „Czy normalnym jest państwo, w którym emerytka odchodzi z apteki, bo nie może wykupić wszystkich leków?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym asystentka prezesa z waszej nominacji zarabia więcej w miesiąc niż pielęgniarka w ciągu roku?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym rolnik na dopłaty do modernizacji gospodarstwa czeka miesiącami, a nawet latami?
  • Czy normalnym jest państwo, w którym dzieli się Polki i Polaków na lepszy i gorszy sort?”

Przewodniczący PSL dużo mówił o przedsiębiorcach, m.in, że składki na ZUS wzrosną z 1100 do 1500 zł, wzrosną też opłaty za prąd dla małych i średnich przedsiębiorstw.

„Jest prawda przedwyborcza i prawda PiS-owska – powyborcza”. „Państwo dobrobytu za dnia, a po nocy sięganie do kieszeni. Obłuda do kwadratu”.

Premier Morawiecki lubi się powoływać na liczby i zagraniczne rankingi, w swoim expose przywołał kilka z nich. Kosiniak-Kamysz zrobił rzecz prostą i efektowną – sprawdził, jak Polska wypadła w rankingu Banku Światowego Doing business, o którym mówił premier: „Kiedy przejmowaliście władzę, byliśmy na 25. miejscu, jesteśmy na 40. miejscu, wyprzedza nas Azerbejdżan, Ruanda, Kazachstan i Mauritius. Nie jest to zbyt wielki powód do dumy”.

Wielkim korporacjom przeciwstawił małe i średnie przedsiębiorstwa „polskich rzemieślników”:

„Ręce precz od polskich przedsiębiorców!” – zawołał lider ludowców, dodając, że to zawołanie „trochę w waszym [PiS] stylu”.

Kosiniak-Kamysz wykorzystał sytuację, by zadbać o dobre stosunki z Lewicą. Nawiązał do głośnej wypowiedzi Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i stwierdził: „My się możemy różnić, my się możemy spierać, ale ja nigdy nie powiem, że jesteście nic nie warci. Wasz głos też jest potrzebny i my go bardzo potrzebujemy.” Chodziło o ochronę zdrowia.

Mówił, że kluczowa jest dostępność do specjalistów i to, by mogli oni pracować w godnych warunkach. O pracownikach ochrony zdrowia mówił „są niedofinansowani, są zmęczeni, jest za dużo biurokracji”.

„Żeby nie było tak jak w Barlinku, Mrągowie, Głupczycach czy Cieszynie, gdzie są zamknięte oddziały pediatryczne, czy jak w Zakopanem i Kamieniu Pomorskim, gdzie gdzie zamknięte są oddziały ginekologiczno-położnicze, czy Wodzisławiu Śląskim, gdzie jest zamknięta chirurgia albo w Rzeszowie, gdzie są przyjmowani tylko pacjenci w trybie nagłym, w stanach zagrożenia życia.”

Właśnie w sprawie ochrony zdrowia Kosiniak-Kamysz zapowiadał porozumienie ponad podziałami: „Potrzeba współpracy wszystkich sił politycznych”. Domagał się natychmiastowej realizacji paktu na rzecz zdrowia.

Zapowiedział, że zgłosi poprawkę, by pieniądze z podniesionej akcyzy przeznaczyć na walkę z chorobami onkologicznymi.

Inny ważny temat wystąpienia Kosiniaka-Kamysza to współpraca z partnerami społecznymi, konsultacje i dialog. Jest to od pewnego czasu jeden z głównych motywów wystąpień szefa ludowców. „Pięknie pan mówił: wolność, solidarność, dialog społeczny, ze wszystkim trzeba się zgodzić, ale czy wszystko jest realizowane? Jak traktowaliście partnerów społecznych? Nie tylko związkowców, ale też przedsiębiorców”.

Zadeklarował współpracę w podnoszenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Ale jednocześnie pytał, dlaczego PiS zapowiedział konsultacje tylko w tym obszarze.

Kosiniak-Kamysz obiecał, że zgłosi ustawy Pawła Kukiza – m.in. o zmianie ordynacji i sędziach pokoju. Chodzi o „zmiany ustrojowe, które doprowadzą do pełnej demokratyzacji państwa polskiego”.

„Jak nie będzie demokracji bezpośredniej, to wcześniej czy później w Polsce będą żółte kamizelki” – ostrzegał.

Sporą część przemówienia poświęcił klimatowi. Zapowiedział Pakt na rzecz klimatu – przechodzenie na energię odnawialną: „to jest prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne”.

„Zrobimy wszystko, żeby kolejnym pokoleniom naszą planetę Ziemię, nasze środowisko przekazać w lepszym stanie niż zastaliśmy” – deklarował.

Nie odmówił sobie złośliwości: PiS tak zabiegał o odebranie PSL poparcia na wsi, a nie wiele dla rolników zrobił. „30 sekund było o rolnictwie w tym expose. No ja wiem, że nie ma się czym pochwalić”. „Najlepszy obraz, jaki bałagan, jaki syf zrobiliście w rolnictwie, to jest stajnia w Janowie i Michałowie”. Zauważył też, że Morawiecki zapomniał o samorządach.

W finale Kosiniak-Kamysz mówił o wspólnocie narodowej, w której jest miejsce dla wszystkich.

Waldemar Mystkowski pisze także o expose Morawieckiego.

Rządy PiS znalazły się w oblężeniu, w sytuacji, w której nie mogą liczyć nawet na siebie. To rodzi obawy nie tylko o skuteczność rządzenia, przede wszystkim powoduje chaos – zarówno w sferze publicznej, jak i gospodarczej.

Każdy dzień dla PiS wydaje się być krytyczny, permanentny stan załamania, dołowanie za dołowaniem. Publiczność jest zaskakiwana nowymi aktami korupcji, dewastacji demokracji, a następnego dnia nie ma szans na sensowne rozliczenie ostatniego kryzysu, bo zostały ujawnione nowe kompromitujące fakty.

Jak to się dzieje, że ciągle utrzymuje się wysoki stan poparcia dla partii Kaczyńskiego? Wszak to nie tylko działanie propagandy mediów, zwanych kiedyś publicznymi, od których nauki mogłyby pobierać bardziej zaawansowane rządy autorytarne.

Dzień, w którym następuje polityczna inauguracja kadencji PiS, też należy do bardzo nieudanych. Z rana z Trybunału Sprawiedliwości UE dochodzą wieści o orzeczeniu tej nadrzędnej instytucji prawa – mianowicie Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została powołana z naruszeniem unijnych norm. Czytać to należy, iż ustawy sądownicze PiS są złamaniem prawa unijnego, w istocie w Polsce mamy do czynienia z aktami bezprawia.

Co na to najwyżsi politycy PiS? Raczej spłynie po nich, jak po kaczce, bo wałkują najważniejszy dla siebie lokalny akt polityczny, mianowicie expose premiera Mateusza Morawieckiego.

Politycy i komentatorzy wsłuchali się w półtoragodzinną orację Morawieckiego, który w swoim stylu – przejętym od prezesa Jarosława Kaczyńskiego – chwalił się, że jest najlepszy, a jeszcze będzie lepszy w przyszłości.

Niewiele można było usłyszeć konkretów, za to pełno przeinaczeń, półprawd. Morawiecki uprawia fikcję polityczną, której narracja jest wzięta z alternatywnej rzeczywistości. Można w niej przyczepić się do każdego elementu, wykazać szalbierstwo polityczne. Morawiecki nawet nie zająknął się o rzeczywistych problemach, które już są albo pojawią się jutro.

A dramaty mają miejsce w służbie zdrowia, w szkolnictwie, sądownictwo jest w rozkwicie degrengolady (niejaka aluzja pojawiła się w stwierdzeniu, iż „opozycja donosi na własny kraj”), a także mamy do czynienia ze zjazdami we wszelkich rankingach, co uświadamia, iż wizerunek Polski na zewnątrz jest postrzegany bardzo źle. Polak już nie brzmi dumnie, a durnie.

Prześmiesznie w tym kontekście wygląda wycofanie się z szumnie zapowiadanego projektu znoszącego limit 30-krotności składki na ZUS. Ta ostatnia wiadomość to woda na młyn na egalitarne idee lewicy, która niewątpliwie wykorzysta pisowski projekt do zadawania politycznych ran PiS.

Opozycja ma coraz więcej narzędzi, aby powstrzymać partię Kaczyńskiego w degradacji kraju, a także w perspektywie – nie tylko wyborczej – odsunąć ją od władzy. Senat jest wszak „nasz”, bo marszałkuje mu prof. Tomasz Grodzki. Rusza do tego prezydencka kampania. Co prawda wycofał się z tej walki najważniejszy polski polityk Donald Tusk (co dla mnie było oczywiste, w każdym razie zdziwiłbym się, gdyby chciał zasiadać w Belwederze), właśnie w tym dniu dowiedzieliśmy się, że największa partia opozycyjna – Platforma – wyłoniła już swego kandydata, a jest nim koncyliacyjna Małgorzata Kidawa-Błońska.

Opozycja tej sytuacji nie może spaprać, jak w wyborach parlamentarnych. Już wówczas przy odpowiedniej konsolidacji PiS dziś nie rządziłby.

W obozie władzy nie ma żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy.

Moim zdaniem zbyt łatwo daliśmy się wziąć pod but „dobrej zmiany”, wykorzystując niewiele możliwości, chociażby prawnych, żeby przeciwstawić się jej zapędom zmierzającym do utworzenia autorytarnej dyktatury. I w tym wypadku, niestety, niedawna historia niczego nas nie nauczyła.

Casus Leppera

Pierwszym po 1989 roku osobnikiem, który wypowiedział wojnę prawu i zaczął podważać demokratyczny ład państwa był Andrzej Lepper. Prosty chłopek-roztropek kreował się na obrońcę „uciśnionego ludu” i wręcz jego trybuna. Niestety, od początku z rozmysłem łamał przy tym prawo, przekraczając kolejne granice, sondując, dokąd może się posunąć. Nielegalne, wielogodzinne blokady dróg, połączone niekiedy ze „szturchaniem” kierowców, którzy chcieli je ominąć, polewanie bardzo niemrawo próbujących interweniować policjantów gnojówką itp. ekscesy nie spotykały się praktycznie z żadnym przeciwdziałaniem władzy, więc eskalował przemoc, np. wysypując importowane podobno ziarno z wagonów kolejowych stojących na bocznicach. Te wybryki uchodziły mu praktycznie bezkarnie, a z drugiej strony był to show dla dziennikarzy, którzy zbiegali się tłumnie na wszystkie takie wydarzenia, co robiło z pokazywanego w mediach Leppera bohatera sporej części społeczeństwa. Wjechał on potem na tym do Sejmu, gdzie już ubrany w garnitur, bezkarnie polewał z mównicy sejmowej gnojówką – tym razem werbalną – wszystkich, z najważniejszymi przedstawicielami władz włącznie i ciągle pozostawał nietykalny.

Nie wiem, w jakim stopniu Kaczyński wzorował się na Lepperze, ale poszedł tą samą drogą, tyle tylko, że wyrabiając sobie status nietykalnego nie miał już żadnych zahamowań w  kłamstwach, pomówieniach i obrzucaniu całych grup społecznych i zawodowych błotem, rozwijając jednocześnie parasol ochronny nad swoimi lokajami, którzy starali się naśladować swego wodzusia. Obserwując przez kilka lat to środowisko, nabrałem pewności, że to służalczość wobec niego i jak największa zdolność do bezgranicznej podłości wobec przeciwników politycznych, decydują o pozycji w hierarchii PiS.

Prezes generalnie nienawidzi ludzi (dlaczego tak jest, to już pole popisu dla psychologa lub psychiatry), co bardzo łatwo zauważyć, a swoich partyjnych lokajów tylko toleruje, bo mu są potrzebni do utrzymania władzy, ale nie waha się też przed publicznym poniżaniem ich od czasu do czasu, żeby ich zastraszyć.

Nie miał nigdy żadnych przyjaciół, od śmierci brata nie ma również praktycznie rodziny, otoczony od lat tylko ochroniarzami i służącymi – klakierami ma całkowicie wypaczony obraz świata, nie ma pojęcia o życiu, jest skrajnie niesamodzielny, powiedziałbym nawet, iż niezdolny do normalnej egzystencji. I te wszystkie swoje kompleksy i frustracje przekłada na politykę, dążąc w niej do dyktatorskiej władzy, która jest jego jedynym celem bez względu na wszystko.

Każdy reżim, który obejmie władzę dąży do zniszczenia zastanej struktury społeczeństwa, żeby na jej miejscu zbudować „nowy ład”. Najczęściej odbywało się to poprzez fizyczną eliminację dotychczasowych elit, tak jak wtedy, gdy Stalin pragnął stworzyć „nowego socjalistycznego człowieka”, co skończyło się wielomilionowym ludobójstwem.

Wodzuś otwarcie mówi, że w Polsce „trzeba stworzyć nowe elity”. Ponieważ jednak fizyczna likwidacja obecnych jest na szczęście niemożliwa, próbuje tego dokonać poprzez zniszczenie wszystkich autorytetów, ludzi zasłużonych dla niepodległości Polski, zdobytej w 1989 roku, czy też obecnych przeciwników politycznych obrzucanych fekaliami przez hordę bezwzględnych, prymitywnych pałkarzy pióra i mikrofonu (bo przecież nie można nazwać ich dziennikarzami). Wydawałoby się, że problemem będzie znalezienie kogokolwiek, kogo można postawić na ich miejsce – ale nie dla prezesika. Tak ogłupił i przekupił naszymi pieniędzmi plebs, że dla nich PO to komuchy, Wałęsa zdrajca Bolek (chociaż nikt tego nigdy nie udowodnił), Tusk to hitlerowiec na usługach Niemiec, a na bohatera wyniósł swojego brata, najgorszego do czasów Dudy prezydenta. Choć w tym wypadku tak naprawdę jest to kreacja własnej osoby, bo tak „przy okazji” najchętniej na pomnikach Lecha widziałby napis „Brat Jarosława Kaczyńskiego”. Nie miał żadnych hamulców, żeby forsować na wysokie funkcje w Sejmie komunistycznego prokuratora stanu wojennego, iście parszywą postać polityczną i dziesiątki innych miernot „lepszego sortu”.

Czy opozycja, będąc co prawda w Sejmie w mniejszości, zrobiła cokolwiek, żeby powstrzymać tę eskalację nienawiści? Czy wystarczająco protestowała przeciw obrzydliwym oskarżeniom sędziów, czy stanęła na wysokości zadania, gdy Kaczyński nazywał setki tysięcy protestujących „elementem animalnym”, „komunistami i złodziejami”? Czy nie można było wnieść oskarżeń przeciw tym pomówieniom, a przynajmniej nagłaśniać je do granic możliwości?

A zaczęło się wszystko od tego, że człowiek w zniszczonych, brudnych butach z podartymi sznurowadłami ogłosił się wraz ze swoimi lokajami „lepszym sortem”, co świadczyło oczywiście o ogromnym kompleksie niższości i frustracji wobec ludzi na poziomie, których zaczęto nazywać „gorszym sortem”. W normalnej demokracji osobnik wygłaszający takie poglądy byłby politycznie skończony, ale naszemu swojskiemu motłochowi się to podobało.

Dlaczego posłowie opozycji tak łatwo przeszli do porządku dziennego nad tym, jak dyktatorek wpadł w furię, dorwał się do mikrofonu i zaczął wykrzykiwać, że są „kanaliami i zdradzieckimi mordami”? Zresztą – tak przy okazji – kamera pokazał go kilkadziesiąt sekund później, gdy wrócił już do ław poselskich i siedział z uśmiechem na twarzy, najwidoczniej zadowolony z siebie. Czy to jest normalne zachowanie?

„Dobra zmiana” w akcji

PiS sprowadził życie polityczne w Polsce do poziomu szamba, a jego funkcjonariusze z „lepszego sortu” bezkarnie przekraczali kolejne granice niewyobrażalnego chamstwa, prymitywizmu i prostactwa. No cóż, klasyczne zachowanie, takie samo, jakie prezentowali bolszewiccy komisarze zaraz po wojnie w Polsce, często niepiśmienni chłopi, w stosunku do ludzi inteligentnych, bogatszych i wykształconych, poniżając ich na każdym kroku, aby podnieść swoje ego. Sfrustrowana, prymitywna „dobra zmiana” (chociaż niektórzy z jej członków legitymują się nawet jakimiś tytułami naukowymi) dopchała się wreszcie do żłoba i zaczęła uważać za właścicieli Polski.

O „poziomie” „lepszego sortu” świadczy wymownie żałosne zachowanie, poniżej wszelkiej krytyki i zwykłej godności jej czołowego, przynajmniej jeśli chodzi o sprawowaną funkcję, przedstawiciela – byłego już marszałka Senatu Karczewskiego, który od tygodnia jest w szoku, że na skutek demokratycznych procedur został oderwany od senackiego żłobu – luksusowej willi, służbowego samochodu, darmowej wyżerki i innych przywilejów i w żaden sposób nie może się z tym pogodzić, o czym pisaliśmy kilka dni temu.

W kraju rozkwitła nowomowa, prawie jak ta u Orwella – „dobra zmiana” znaczyła w rzeczywistości rządy dążące do totalitaryzmu, łamiące filary demokracji, jak niezawisłość sądownictwa, nazywaną dla kpin „reformą wymiaru sprawiedliwości”, a której twarzą został skompromitowany prokurator komunistyczny stanu wojennego, odznaczony przez PRL-owskie władze za zasługi dla PZPR niejaki Piotrowicz. Zaczęto posługiwać się nic nieznaczącymi zbitkami słów, ale stygmatyzującymi przeciwników politycznych, takimi jak „totalna opozycja” i wieloma innymi podobnymi terminami.

Łajdactwa „dobrej zmiany” są powszechnie znane i nie sposób opisać tutaj nawet drobnej ich części, ale czy musieliśmy na wszystkie biernie się zgadzać? Oto niejaki poseł Tarczyński, zwykły prymityw, co dowiódł wielokrotnie swoim zachowaniem, pisze do Lecha Wałęsy te oto słowa: „Bolek mówi przez media do posła na sejm RP, że wyrwie mnie z korzeniami. Zapraszam Cię na solo bydlaku!”.

I co? Właściwie nic, trochę głosów oburzenia w tzw. mediach społecznościowych i na tym koniec. Wyobrażają sobie państwo, co by się działo, gdyby któryś z posłów opozycji napisał coś podobnego do Kaczyńskiego? W swoim czasie ów pan poseł, żeby sobie dodać powagi i patriotyzmu pojechał „metodą na dziadka” – oświadczając, że ten był w NSZ, nie precyzując jednak tej informacji. Na jego miejscu byłbym ostrożny z takimi deklaracjami, bo a nuż się okaże, że przodek był w tzw. Brygadzie Świętokrzyskiej, grupie zdrajców i kolaborantów hitlerowskich, którzy wypowiedzieli posłuszeństwo Komendzie Głównej AK, a tym samym jedynemu wówczas legalnemu polskiemu rządowi w Londynie i byli jedynym oddziałem polskich sił zbrojnych, który poszedł na taką współpracę. O przepraszam, według historii obowiązującej od 2015 roku byli to „żołnierze wyklęci”, na których grobach w Niemczech kwiaty składał premier Morawiecki, historyk (!) z wykształcenia, a honorowy patronat nad obchodami jej powstania objął sam prezydent Duda – dwa wyjątkowo haniebne zdarzenia z udziałem najwyższych władz polskich. I znowu – zamiast jakichś zdecydowanych protestów, ciche popiskiwanie opozycji i jedynie wyraźny głos sprzeciwu ze strony niektórych środowisk kombatanckich.

Inny funkcjonariusz PiS, niejaki Joachim Brudziński, ponoć druga persona w PiS, wielotysięczne demonstracje w obronie sądów skwitował w TV „wierszykiem”: „Cały świat się z was śmieje, komuniści i złodzieje”. Może pan Jojo sądzi po sobie – do tej pory w internecie można znaleźć teksty na temat jego młodzieńczych „wyczynów”, a w 2006 roku tygodnik „Nie” pisał: „”Jojo” [szkolna ksywka Brudzińskiego] wyleciał ze szkoły za rozbój i kradzież, której dokonał na torach przed budynkiem szkoły – opowiadał były wicedyrektor szkoły Czesław Hinc. Według relacji matki poszkodowanego chłopca Joachim Brudziński miał okraść jej syna”. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli jest sporo doniesień na ten temat i ludzie piszą to pod swoimi nazwiskami, powołując się na świadków, którzy też nie ukrywają swojej tożsamości, to może jednak coś   jest na rzeczy?

Dlaczego nikt nie zaprotestował, chociażby podając sprawę do sądu, przeciwko takim chamskim pomówieniom, gdzie byli posłowie opozycji, którzy mają wielokrotnie większe możliwości działania w takich momentach od przeciętnego obywatela?

Zupełnym uwiądem w działaniu wykazuje się opozycja w sprawie tzw. telewizji publicznej, zwanej już powszechnie „Kurwizją”. Takiego szamba, jakie stworzył z niej prezes Jacek Kurski nie było od czasów stanu wojennego, a czasem nawet odnoszę wrażenie, że może telewizja tamtego okresu była bardziej obiektywna. Ja rozumiem, że babranie się w fekaliach tworzonych przez prezesa i jego pałkarzy mikrofonu, skądinąd osobnika, który nie cofnie się przed żadną podłością, nie sprawia nikomu przyjemności, ale – na Boga – nawet w początkach totalitarnego reżimu są jakieś granice, których przekroczenie powinno skutkować adekwatną reakcją – twierdzę, że stek brudów, kłamstw, pomówień mógłby być wielokrotnie zatrzymany przez sąd, tylko trzeba by do niego wnieść sprawę przeciw „Kurwizji”. Sądzę, że kilka przegranych procesów z wysokimi nawiązkami na cele charytatywne skutecznie powstrzymałoby bezwzględnych pisowskich pałkarzy z Woronicza od następnych „wybryków”. Tylko trzeba chcieć i wykazać chociaż trochę zaangażowania, a nie tkwić w opozycji i spać snem zimowym – bo zaczynam coraz bardziej nabierać przekonania, że rola niemrawej opozycji coraz bardziej przypada jej posłom do gustu.

Strach przed Macierewiczem, czyli „perełka” zaniechania

W 2007 roku opublikował on raport z likwidacji WSI, który podano do publicznej wiadomości, łącznie z aneksem nr 16, który zawierał m.in. imienną listę agentów i współpracowników tych służb na Bliskim Wschodzie, co doprowadziło do całkowitej dekonspiracji polskiej siatki wywiadowczej w tamtym regionie i – prawdopodobnie, o czy donosiły nieoficjalne źródła – śmierci kilku zdradzonych agentów. Macierewicz twierdził, że byli to jednocześnie agenci Moskwy, co nie przeszkodziło mu, jak donosiła potem prasa, pobiec z raportem – przed pokazaniem go komukolwiek z polskich władz – do tłumaczki Iriny O. (nawiasem mówiąc, żony polskiego dyplomaty pracującego długo m.in. w Moskwie) zamieszkałej w enklawie rosyjskiej w Warszawie przy ulicy Sobieskiego, żeby przetłumaczyła go na rosyjski. Ciekawe, prawda?

Raport był rzeczą bez precedensu – w nowożytnej historii nie zdarzyło się, aby jakikolwiek kraj zdradził swoich agentów, podając ich listę do powszechnej publicznej wiadomości, skazując ich na śmiertelne niebezpieczeństwo i dobrowolną likwidację własnego wywiadu na dużym, do tego zapalnym terenie świata. Nawet po bolszewickiej rewolucji w Rosji nowi władcy nie zdekonspirowali publicznie agentów carskiej Ochrany.

Po publikacji raportu wszczęto śledztwa w sprawie domniemanych przestępstw WSI w nim ujawnionych, większość jednak umorzono. Osoby wymienione w raporcie jako agenci wytoczyły MON ponad 20 procesów. MON przeprosiło większość z nich, a koszty z tego wynikające przekroczyły 1,2 mln zł.

W 2008 r. Trybunał Konstytucyjny uznał za sprzeczne z Konstytucją m.in. pozbawienie osób z raportu prawa do wysłuchania przez komisję przed ujawnieniem dokumentu, prawa dostępu do akt sprawy oraz odwołania do sądu od decyzji o umieszczeniu w raporcie. Po tym prezydent Kaczyński zdecydował nie ujawniać przygotowanego przez Macierewicza aneksu do raportu.

Jeżeli zdekonspirowanie własnego wywiadu nie jest zdradą, to co nią jest? I oczywiście jego likwidatorowi nie spadł włos z głowy.

Od 2007 roku toczyło się co prawda w warszawskiej Prokuraturze Okręgowej niemrawe śledztwo w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa przez Antoniego Macierewicza przy likwidacji WSI, ale dopiero  prokurator Krzysztof Kuciński, który prowadził sprawę od 2009 do jesieni 2013 roku wystąpił do prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta o uchylenie mu immunitetu, bo po zbadaniu sprawy planował postawienie wielu zarzutów byłemu przewodniczącemu Komisji Weryfikacyjnej WSI. Zwierzchnik jednak po naradzie w Prokuraturze Apelacyjnej, na której skrytykowano zamiar stawiania zarzutów Macierewiczowi, dwukrotnie odmówił odebrania immunitetu wiceprezesowi PiS. Wtedy prokurator Kuciński zrezygnował z dalszego prowadzenia śledztwa.

Umorzenie śledztwa było umotywowane wręcz kuriozalnymi powodami, które po prostu kompromitowały Prokuraturę Apelacyjną. I tak na przykład wyjaśniano, że art. 231 Kodeksu karnego o karaniu do 3 lat więzienia za niedopełnienie obowiązków bądź ich przekroczenie odnosi się tylko do pojęcia „funkcjonariusza publicznego”. Prokuratura uznała, że Macierewicz jako szef komisji weryfikacyjnej nie był takim funkcjonariuszem publicznym, bo był jedynie „osobą pełniącą funkcję publiczną”, zaś komisja weryfikacyjna nie była instytucją państwową, której szef podlega odpowiedzialności z art. 231 Kk, lecz „innym organem państwowym”, powołanym na mocy ustawy do załatwienia konkretnej sprawy.

Według PA nie można też uznać, by raport był „dokumentem” w myśl art. 271 Kk. Stanowi on, że „funkcjonariusz publiczny lub inna osoba uprawniona do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”. Według tej prokuratury raport nie ma takiego „znaczenia prawnego” w myśl prawa karnego.

No cóż, przechodził sobie jakiś zupełnie prywatny pan, w tym wypadku o nazwisku Macierewicz, koło budynku zawierającego archiwa WSI i zaciekawiony wstąpił je zobaczyć, i tak go one wciągnęły, że się bidulek zasiedział kilka miesięcy przy ich wertowaniu. Broń Boże, nie był on oczywiście żadną osobą urzędową, ot społecznik – hobbysta, a to co sobie tam z nich wynotował i ujawnił, nie miało przecież w ogóle znaczenia prawnego.

Przypomnijmy – był to przełom 2013 i 2014 roku, gdy u władzy była koalicja PO-PSL. Dlaczego zwierzchnicy Seremeta dopuścili do umorzenia śledztwa w tak ponurej i haniebnej sprawie, jak denuncjacja agentów przez Macierewicza, do tego umotywowanego tak pokrętnymi i wręcz żałosnymi tłumaczeniami? Już wtedy się go bali, chcieli mieć święty spokój czy kierowały nimi jakieś inne przesłanki, o których nie wiemy?

Nie mam wystarczającej wiedzy, by ocenić, na ile zarzuty wobec funkcjonariuszy WSI były zasadne – sądząc jednak po przegranych ponad 20 sprawach i wypłacanych odszkodowaniach,  można przypuszczać, iż większość z nich była wyolbrzymiona, kłamliwa albo wręcz idiotyczna – jednemu z agentów, niejakiemu Makowskiemu, zarzucono, że nie rozliczył się z sum, które płacił swoim arabskim informatorom za współpracę. Czy Macierewicz chciał dostawać faktury przez nich wystawiane? Oczywiście, prawdopodobnie mogły być jakieś sprzeniewierzenia i przywłaszczanie pieniędzy, ale działania wywiadowcze na obcym terenie i pozyskiwanie do nich miejscowej ludności zawsze są grą nieprzejrzystą i trzeba się z tym liczyć, ważne są ich efekty. A WSI miała akurat dobrze rozpracowany teren Bliskiego Wschodu, o czym świadczy chociażby ewakuacja przez te służby agentów amerykańskich z Iraku i była za to wysoko ceniona przez USA.

Drugim, jeszcze ważniejszym dowodem na miałkość oskarżeń jest to, że chyba na ich podstawie nikt ze służb nie został skazany przez sąd. WSI miało być w koncepcji PiS-u największym złem w Polsce po 1989 roku i do tej tezy Macierewicz dopasował swoje oskarżenia.

Gdyby wtedy „społeczny” likwidator Antoni został surowo ukarany za to oczywiste zniszczenie polskiego wywiadu, uniknęlibyśmy pewnie w dużej mierze szaleństw tego pana przy okazji jego przewodnictwa w tzw. podkomisji smoleńskiej, która jest jednym wielkim skandalem i wprost hucpą kompromitującą nie tylko jej członków, a szczególnie Macierewicza, ale także całe państwo polskie. Realne w tej „komisji” są tylko miliony złotych przelewane na konto jej „badaczy”, z których kilku sami się ośmieszyli, porównując katastrofę samolotu do pękających parówek i miażdżenia puszek po piwie. Może te kiełbaski i puszki po piwie, a również stan umysłu zostały im jeszcze po jakimś grillu „integracyjnym”?

W styczniu 2018 roku Macierewicz ujawnił, że koszt działania podkomisji przekroczył 6 mln złotych, rok później jednak oddzielny budżet podkomisji został skasowany i jest ona w tej chwili po prostu w budżecie MON i nie sposób już będzie dociec, ile nas to kosztuje. Tajne są także umowy z zagranicznymi „badaczami”, często nawet nie wiadomo z kim personalnie są zawierane.

I jeszcze taka oto ciekawostka: za sekretarza komisji podaje się niejaka Magda Palonek, na której temat jeden z dzienników napisał: „Wtajemniczeni twierdzą, że tak naprawdę to blogerka Martynka, która wielokrotnie pisała dla sprzyjającego rządowi portalu „wPolityce.pl”. Spytaliśmy Palonek, czy blogerka Martynka to faktycznie ona. Poprosiła, by „zwolnić ją z odpowiedzi”. Cóż, 10 tys. zł miesięcznie pensji za samo członkostwo w komisji smoleńskiej piechotą nie chodzi”.

Rozochocony bezkarnością Macierewicz dokonał całkowitej destrukcji MON, z którego wyrzucił ponad 200 pułkowników i kilkunastu najważniejszych generałów, już po uczelniach amerykańskich, mających doskonałe kontakty w NATO pod pretekstem… dekomunizacji kadry. Po dopuszczeniu do bezkarnego zniszczenia kilkanaście lat wcześniej polskiego wywiadu to następny klasyczny przykład całkowitej bierności ze strony opozycji, lenistwa albo wprost niewiarygodnej głupoty. Czy naprawdę nie można było zrobić nic więcej, żeby uratować polską armię przed totalną dewastacją ze strony tego niszczyciela, który do tego poniżał najwyższych dowódców przy pomocy jakiegoś pętaka aptekarza, swojego faworyta?

Swoją drogą pomyślałem sobie w tym kontekście o czasach przedwojennych – gdyby do któregoś z ówczesnych generałów „podskoczył” w jego gabinecie jakiś cywilny gnojek, zostałby pewnie solidnie wypłazowany szablą, a potem wyrzucony sążnistym kopniakiem jego adiutanta…

Banaś i inni…

Bezczelność i arogancja podłej zmiany rośnie niemal w postępie geometrycznym. Najnowszym tego przykładem jest zachowanie szefa NIK-u, obszernie ukazywane przez media, z czego on sobie zupełnie nic nie robi. Niestety, opozycja też niewiele robi – rozumiem, że nowy Sejm i Senat nie rozpoczęły jeszcze na dobre działalności, ale obawiam się, że aktywność opozycji w tej sprawie znowu skończy się na niczym… A przecież w normalnym kraju działalność tego osobnika mogłaby doprowadzić do upadku rządu. Ale jak powiedział kiedyś niejaki Marcin Wolski, wieloletni członek PZPR, nawrócony teraz na pisowską religię, „przegraliście wybory, więc morda w kubeł”.

W obozie władzy nie ma, nie tylko moim zdaniem, żadnej osoby, którą można by obdarzyć chociaż minimalnym szacunkiem i zaufaniem. Wszyscy oni tworzą jakąś alternatywną rzeczywistość przy pomocy nowomowy i monstrualnych kłamstw – kto zajmuje wyższe stanowisko, tym bardziej – nazwijmy rzecz po imieniu – łże. Nie używajmy eufemizmów w rodzaju „kontrowersyjna wypowiedź”, „mija się z prawdą”, czy nawet „kłamie”. Oni po prostu monstrualnie łżą. I znowu – chyba tylko w dwóch przypadkach podano Morawieckiego (który dorobił się już pseudonimu „Pinokio”) do sądu i musiał za kłamstwa przepraszać. Dlaczego nie można wytykać ich za każdym razem i głośno protestować, chociażby w Sejmie, jeśli ktoś nie chce wstępować na drogę sądową?

O hipokryzji rządzących można pisać opasłe tomy, ale warto zwrócić uwagę na jedną rzecz, którą można nazwać okradaniem państwa „w majestacie prawa”. Pamiętacie pewnie sejmowe przemówienie pani sołtysowej w Sejmie, gdy bredziła, że „wystarczy nie kraść”. Nie wiem, kogo miała na myśli, bo przez cztery lata PiS nawet nie próbował oskarżyć kogokolwiek z opozycji o jakieś przestępstwa finansowe. Kiedy indziej, po rozdaniu bardzo wysokich nagród swoim kumplom, skrzekliwym głosem niemal krzyczała „im te pieniądze się po prostu należą”. I to jest właśnie kwintesencja rządu „dobrej zmiany” – wpychanie niekompetentnych, ale swoich ludzi na wysokie, świetnie płatne stanowiska w spółkach skarbu państwa, przyznawanie im wysokich nagród, obsypywanie przywilejami, „bo im się to po prostu należy”.

Jaskrawym tego przykładem jest sytuacja w NBP, gdzie dwie panie, „dwórki” pana prezesa, jak się je eufemistycznie nazywa, zarabiają przy zupełnie niejasnym oficjalnym zakresie obowiązków po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie (co do roli, jaką te panie pełnią w rzeczywistości nikt nie ma złudzeń – wystarczy poczytać internetowe opinie na ten temat). I co dalej? Ano nic, prezes NBP i jego „dwórki” mają się dobrze, opozycja trochę poszumiała, prasa pokpiła z sytuacji, a ta została bez zmian.

Ciekawe, czy w obecnej, już mocno zmienionej sytuacji politycznej chociażby ze względu na przewagę głosów w Senacie opozycja weźmie się wreszcie do roboty, żeby walczyć z takimi patologiami?

Pisizm i faszyzm. Z życia pasqud 26

21 Lip

Po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał? Jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione – mówi europeistka prof. Renata Mieńkowska-Norkiene z Instytutu Nauk Politycznych UW. – KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE – dodaje

JUSTYNA KOĆ: KE rozpoczęła drugi etap postępowania o naruszenie prawa unijnego wobec Polski w sprawie nowego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. Co to oznacza, z czym się wiąże i kiedy możemy odczuć konsekwencje?

PROF. RENATA MIENKOWSKA-NORKIENE: Komisja Europejska jest strażniczką europejskiego prawa, m.in. w tym sensie, że widząc jego naruszenie, może wnioskować do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, by wszczął postępowanie przeciwko państwu lub instytucji, która takiego naruszenia się dopuszcza. Zanim to jednak nastąpi KE w pierwszym etapie wnioskuje o wyjaśnienia i ewentualne zlikwidowanie przepisów lub praktyki naruszającej europejskie prawo, w drugim daje natomiast konkretny czas na wycofanie się z naruszenia. W przypadku Polski KE dała 2 miesiące na wycofanie się z przepisów dotyczących systemu dyscyplinowania sędziów. Niezastosowanie się do tego zalecenia KE prawdopodobnie będzie wiązało się ze skierowaniem sprawy do TSUE. Jeśli tak się stanie,

TSUE MOŻE WYDAĆ WYROK SKAZUJĄCY POLSKĘ, CO Z KOLEI BĘDZIE OZNACZAŁO KONIECZNOŚĆ ZMIANY PRZEPISÓW PRZEZ POLSKIE WŁADZE, A BYĆ MOŻE TAKŻE KONSEKWENCJE FINANSOWE, JEŚLI OBECNE REGULACJE DOPROWADZĄ DO ZMIAN, KTÓRE NARUSZĄ CZYJEŚ DOBRA ALBO DOPROWADZĄ DO STRAT.

Proszę pamiętać, że na mocy art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej sądy państw członkowskich także przyczyniają się do właściwego stosowania prawa UE, dlatego powinny być niezawisłe. Niezawisłość sądownictwa to także jedna z gwarancji realizacji zasady praworządności, a przecież Polska podlega właśnie procedurze ochrony praworządności, ponieważ istnieje podejrzenie, że polskie władze ją naruszają. Praworządność z kolei to jedno z kryteriów członkostwa w UE – bez jego spełnienia kraj w istocie nie jest demokratyczny. Zatem można się także spodziewać, iż nie wycofawszy się z przepisów o odpowiedzialności dyscyplinarnej wobec sędziów w Polsce, PiS naraża się także na dalsze etapy procedury ochrony praworządności wobec Polski, to zaś może się skończyć sankcjami przewidzianymi w ramach tej procedury, włącznie z pozbawieniem Polski prawa głosu.

ISTNIEJE TEŻ SPORA PRESJA W INSTYTUCJACH UE NA POWIĄZANIE PRZESTRZEGANIA PRAWORZĄDNOŚCI Z ALOKACJĄ FUNDUSZY UNIJNYCH, CO MOŻE BYĆ JUŻ ZAGROŻENIEM KONSEKWENCJAMI FINANSOWYMI WOBEC POLSKI.

Ostatnią kwestią jest to, po co PiS właściwie wprowadził przepisy o odpowiedzialności dyscyplinarnej i dlaczego istnieje niewielka szansa, by się z nich wycofał – jest to instrument politycznego wpływania na sędziów, co już widać, ale być może sprawa jest poważniejsza i PiS potrzebuje izby dyscyplinarnej, by przykładowo ograniczyć do niej tylko kompetencje Sądu Najwyższego do uznawania wyborów w kraju za legalne i ważne. To bardzo niebezpieczny instrument i dlatego działania Komisji Europejskiej uważam za w pełni uzasadnione.

Beata Szydło dwa razy przegrała głosowanie na szefa komisji do spraw zatrudnienia PE. Gdzie widzi pani przyczynę?
To ciekawe, drugie głosowanie było zresztą z dużo gorszym wynikiem dla pani byłej premier. PiS musiał sondować sytuację przed drugim głosowaniem, zatem albo wprowadzono ich w błąd, albo była już tak duża wola, aby pokazać, że ta kandydatka się nie podoba przy jednoczesnej uporczywości PiS, by forsować własny pomysł na tę kandydaturę. PiS nie działał tu być może w pełni racjonalnie –

INSTYTUCJE UE DZIAŁAJĄ JEDNAK INACZEJ.

Czy Bruksela pamięta, że Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, łamała konstytucję?
Nie przeceniałabym tu roli pani Beaty Szydło. Z tego, co mówi się w brukselskich korytarzach, a chodzi o głosy z samej EKR, ale także komisji ds. zatrudnienia i spraw socjalnych, każdy kandydat PiS-u zostałby odrzucony. Zresztą początkowo miała na to stanowisko kandydować pani Rafalska. Myślę, że PiS wyszedł z założenia, że skoro Beata Szydło zdobyła pół miliona głosów i ma tak silny mandat demokratyczny, to może to zostanie docenione w PE. Tylko pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy PiS walczy o to, aby najważniejsze decyzje były jednak podejmowane międzyrządowo, czyli aby państwa miały jak największy wpływ na to, co dzieje się w UE, a drugiej strony myśli, że mandat demokratyczny wszystko załatwia, to postępuje w myśl zasady „Kali ukraść krowę – dobrze, Kalemu ukraść krowę – źle”.

PANI PREMIER SZYDŁO NA PEWNO TEŻ JEST ZAPAMIĘTANA Z RÓŻNYCH POWODÓW, CHOCIAŻBY Z GŁOSOWANIA PRZECIWKO DONALDOWI TUSKOWI, KIEDY POLSKA JAKO JEDYNY KRAJ GŁOSOWAŁA W TEN SPOSÓB.

Po Internecie krążą jej różne wypowiedzi, gdzie wykazuje się daleko idącą ignorancją w obszarze integracji europejskiej. Wyprowadziła flagę UE. Z całą pewnością jest też bezpośrednio utożsamiana z PiS-em i z Jarosławem Kaczyńskim i z tym, że jest jego marionetką bez żadnej samodzielności.

Mamy tu też dużo poważniejszą kwestię. Komisja ds. zatrudnienia i spraw społecznych to jest komisja, która decyduje w bardzo istotnych w ostatnim czasie dla UE sprawach; chociażby o dyrektywie dot. pracowników delegowanych. Są to ważne kwestie także dla Francji czy Niemiec, a więc dużych państw. Oddawanie przewodnictwa tej komisji przedstawicielce PiS-u, osobie niesamodzielnie podejmującej decyzje (dodatkowo wiadomo, jakie Polska miała zazwyczaj stanowisko – wbrew Francji czy Niemiec) byłoby nieporozumieniem. Moim zdaniem

ANI BEATA SZYDŁO, ANI INNY KANDYDAT Z PIS-U NIE MIAŁ SZANS NA TO STANOWISKO.

Przewodniczący komisji decyduje o ważnych kwestiach, jak np., co i kiedy staje na agendzie, co z kolei może mieć wpływ na krajowe wybory.

Lucia Durisz Nicholsonova z EKR została nową przewodniczącą komisji. Czyli jednak Beata Szydło nie była po raz trzeci kandydatką. EKR poszedł po rozum do głowy?
Zapewne tak, EKR to jednak pewna siła w PE – chociaż wybór Słowaczki to jednak kolejny cios w PiS i Beatę Szydło, ponieważ pokazuje, iż nie chodziło tylko o ostracyzm wobec państw Europy Środkowej i Wschodniej. Takie głosy ze strony PiS pojawiały się po porażce pani Szydło – sugerowano, iż wygrały interesy wyłącznie Francji czy Niemiec. Tymczasem chodziło po prostu o słabość polskiej kandydatury i sprzeciw wobec działania PiS-u, czyli wystawiania dwukrotnie osoby, wobec której wyrażono sprzeciw.

NAD SŁOWACZKĄ NIE CIĄŻYŁO TAKŻE ODIUM ZNIEWAŻANIA UNIJNEJ FLAGI, GŁOSOWANIA PRZECIWKO WŁASNEMU PRZEDSTAWICIELOWI JAKO KANDYDATOWI NA SZEFA RE, BRAKU KOMPETENCJI W OBSZARZE INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ.

Premier Morawiecki powiedział, że przy wyborze nowej szefowej KE głosy PiS-u były „języczkiem u wagi”. Na oficjalnej stronie EKR z kolei można przeczytać, że frakcja była przeciwna kandydaturze Ursuli von der Leyen. To przejaw megalomanii premiera?
Pamiętajmy, że nie ma dyscypliny w żadnej frakcji w PE, jeżeli już, to pojawia się ona bardzo rzadko i jest nieformalna. To logiczne, bo kraje członkowskie nawet w ramach jednej grupy mają inne interesy.

EKR to nie jest frakcja, która ma gigantyczny wpływ na to, jakie są wyniki głosowań w PE, bo to frakcja nieduża. Co do wyboru Ursuli von der Leyen, to oczywiste, że miała poparcie EPP, miała też poparcie większości socjalistów i liberałów. Pojawiła się kwestia Zielonych, którzy zastanawiali się, czy ta kandydatka będzie dobrze reprezentować ich interesy.

URSULA VON DER LEYEN W PLENARNYM WYSTĄPIENIU 16 LIPCA POKAZAŁA, ŻE MYŚLI POSTĘPOWO.

To było wystąpienie zorientowane za realizację pakietu klimatycznego, zorientowane na realizację kluczowych obszarów, gdzie UE staje przed największymi wyzwaniami. Oczywiście można się zastanawiać, czy to nie była próba zadowolenia wszystkich, ale moim zdaniem to było bardzo dobre, wręcz wzorcowe wystąpienie, które zadecydowało o wyborze.

Wybór Niemki pokazał, że procedura szpic kandydatów okazała się fiaskiem. Co to oznacza?
Prawdą jest, że Ursula von der Leyen została wybrana wbrew tej procedurze. EPP wystawiając na szpic kandydata Webera samo postawiło się w nieciekawej sytuacji, bo wiadomo było od samego początku, że nie dostanie on poparcia. Z Timmermansem nie było takiej pewności, choć wiadomo było, że to kandydatura trudna do zaakceptowania przed państwa członkowskie Europy Środkowej.

Odejście od tej procedury sprawiło, że PE sam znalazł się w pułapce i odrzucenie kandydatury Ursuli von der Leyen oznaczałoby, że trzeba wrócić ponownie do procedury na pewnym etapie wyboru, do jakiego – nie wiadomo. Dodatkowo część układanki już się dokonała, czyli Lagarde jako szefowa Banku Centralnego, David Sassoli jako szef PE. W zasadzie wszystkie ważne stanowiska zostały już rozdane poza Europą Środkową i Wschodnią.

PE MÓGŁ ZAGŁOSOWAĆ PRZECIWKO NIEMIECKIEJ KANDYDATCE, GDYBY MIAŁ KONKRETNĄ OSOBĘ NA JEJ MIEJSCE, A TEGO NIE BYŁO, NAWET W FORMIE POMYSŁU.

Wracając do wypowiedzi premiera, to PiS musiał poprzeć kandydaturę Ursuli von der Leyen, bo od samego początku jego przedstawiciele krzyczeli, że to ich sukces i realizacja ich wielkiego celu, jakim było ukrócenie kandydatury Timmermansa.

Prof. Krasnodębski powiedział, że ktoś z Polski otrzyma ważną tekę w Komisji pod przewodnictwem Ursuli von der Leyen. Wymienił trzy nazwiska: Szymański, Kwieciński, Emilewicz. Czy Polska rzeczywiście ma szanse na ważną tekę?
Po pierwsze, co to znaczy „ważna teka”? Oczywiście, są portfolio istotniejsze politycznie i bardziej techniczne, ale to nie tak, że komisarze sami decydują, co się w danym obszarze dzieje. Po drugie, te trzy nazwiska nie są sobie równe. Pani Emilewicz na pewno odstaje w tej trójce, bo dwaj panowie jest z całą pewnością bardziej spolegliwi w stosunku do PiS-u.

PAN SZYMAŃSKI, KTÓREGO SAMA KIEDYŚ UWAŻAŁAM ZA SENSOWNEGO POLITYKA, ZWŁASZCZA W KONTEKŚCIE KULUARÓW KRAJOWYCH, ALE W OBSZARZE EUROPEJSKIM, OBAWIAM SIĘ, ŻE JEST ZBYT ULEGŁY PARTII. W EKIPIE PIS-U NIE MA SZANS NA JAKĄKOLWIEK NIESUBORDYNACJĘ, ZATEM STAŁ SIĘ STRASZNIE OPORTUNISTYCZNY.

Pani Emilewicz na pewno miałaby wiedzę z zakresu energetyki i PiS być może w tym kontekście o niej myśli. Natomiast to mało prawdopodobne. Rozmawiałam niedawno z dobrze zorientowaną osobą z Brukseli, która mówiła, że w przypadku tej teki można zapomnieć o takich mrzonkach, bo nikt nie chce oddać Polsce kwestii energetyczno-klimatycznych. Wiadomo, że Polski rząd jest nawet nie w ogonie, ale absolutnie ostatnim krajem, o którym można by powiedzieć, że wpisuje się europejskie cele w tym zakresie. Polski rząd idzie w dokładnie odwrotnym kierunku niż UE.

Pani Emilewicz jest jednym z najbardziej sensownych polityków ze Zjednoczonej Prawicy, kiedyś była jeszcze minister finansów, ale jak wiadomo, już jej nie ma. Dodatkowo nie jest tak podległa partii rządzącej i być może byłaby najłatwiejszym kandydatem do przełknięcia przez Brukselę, ale są pewne odgórne wymagania, których może nie być w stanie przeskoczyć. Moim zdaniem ma jakieś 30 proc. szans.

Pan Szymański ma szanse ze względu na kompetencje, natomiast pytanie, na ile jest w stanie się wyemancypować.

ZWAŻYWSZY NA DZISIEJSZE SONDAŻE PIS-U, KTÓRE DAJĄ TEJ PARTII ZWYCIĘSTWO W JESIENNYCH WYBORACH, WIDZĘ MAŁE SZANSE NA USAMODZIELNIENIE SIĘ PANA SZYMAŃSKIEGO, BO BĘDZIE CHCIAŁ BYĆ BLISKO Z WŁADZĄ.

Pani Emilewicz nie jest tak zależna od polityki i polityków. Ona może wrócić do sektora prywatnego, bo ma bardzo specyficzne kompetencje, z panem Szymańskim jest trudniej, bo on jest po prostu urzędnikiem państwowym.

Odbywający się w sobotę Marsz Równości w Białymstoku został zaatakowany przez chuliganów określających siebie jako narodowców/prawicę.

Ten Marsz Równości w Białymstoku był bardzo inny. Pieśń umierała na ustach, taniec zastygał w pół kroku.To był popis brunatnego terroru w centrum Europy. Podpalono tęczową flagę na ludzkich plecach, z nieba leciały plwociny, worki z wodą, płonące race, kamienie, jajka, donice i gaz. Hordy łysych przez megafony wrzeszczały swoją religijno-patriotyczną mantrę:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! honor! lesby!ojczyzna!sodomici! kurwy! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

W tym marszu szły nasze polskie dzieci i młodzież. Szli katolicy, polskie rodziny, polscy obywatele. Policja w pełnym bojowym rynsztunku oddzielała ich od łysych i brunatnych skandujących unisono:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Policja, która aresztowała aktywistkę za nalepkę z tęczową madonną pokornie uchylała głowy w kaskach, gdy leciały race, butelki i kamienie. Nie chciała drażnić łysych władców naszej odnowionej ojczyzny, którzy głośno modlili się przez megafony:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

amen

Ten marsz w Białymstoku pachniał krwią i nie było w nim zwykłej tęczowej radości. Lecz szedł, szedł na przekór, niezłomnie. Szedł w brunatnym cieniu polskiego faszyzmu i oniemiałym zdziwieniu splugawionych ofiar tamtej wojny. Ich życie i walka i smierć straciły dziś sens. Na ołtarzu faszyzmu paliły się race, a modlitwę wrzeszczał tłum podniecony żądzą krwi:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja!

Ten marsz przejdzie do historii jako pierwszy lub ostatni. Przed nami brunatna ściana, od której odbija się echo tej modlitwy słyszanej w całej Europie:

wypierdalać! bóg! zboczeńcy! ojczyzna!sodomici! kurwy! honor! pedały! zajebać! rodzina! do gazu! tradycja! Polska katolicka!zajebać! kurwy! pedały! lesby! do gazu!

amen

Te usta w niedzielę przyjmą ciało i krew Chrystusa. Te dłonie z kamieniami wrzucą jesienią swoje głosy do urny i ten kraj do przepaści, z której nie wraca się już żadnym marszem lecz apelem poległych.

amen

Ten marsz wstrząsnął naszym jestestwem, wstrząsnął nami do kości. Już nikt w Polsce nie powinien kłaść się spać spokojnie. Nasz dom zabrali faszyści.

Osamotnieni

Ostatnie klęski personalne PiS w relacjach międzynarodowych powinny nam odsłonić brutalną prawdę. Po czterech latach rządów Jarosława Kaczyńskiego Polska jest osamotniona bardziej niż w 1939.

Nie szanuje polskiego rządu nikt. Więcej. Wiele krajów, organizacji oraz poszczególnych wpływowych osób jest w stanie zrobić wiele, aby pokazać swoją odrazę do prymitywnych, tępych, ale za to butnych przedstawicieli naszego rządu.

Upokorzenie Krasnodębskiego i Szydło na forum PE zostało dokonane z premedytacją. Porażka Szczerskiego i wcześniejsze kompromitująca klęska. Konferencji o Bliskim Wschodzie, która miała miejsce w Warszawie pokazują, że USA traktują nas jako ledwo tolerowanego pariasa, od którego można wziąć pieniądze za broń, ale w żadnym wypadku nie dopuścić do tajemnic NATO, czy partnerstwa międzynarodowego. Sytuacja stojącego Dudy i siedzącego Trumpa jest najlepszą egzemplifikacją tej relacji.

Brutalne łamanie własnej Konstytucji, próby wprowadzenia zamordyzmu, ostentacyjne pouczanie innych z przeświadczeniem własnej wyższości, prymitywny nacjonalizm i pogarda do obcych oraz powiązania prominentnych polityków obozu władzy z Rosją i jawne wysługiwanie się Putinowi tworzą atmosferę, w której nasz kraj staje się chorym człowiekiem świata zachodniego.

Już Węgry ze swoim Orbanem są łatwiejsze do strawienia, gdyż nie tak zadufane i nie tak koszmarnie głupie. Orban to wykształcony człowiek. Znam zarówno Kaczyńskiego jak i Orbana. Różnica klas, poziomu, a przede wszystkim realizmu w ocenie sytuacji międzynarodowej jest niebotyczna.

Każdy patriota, który kocha Polskę powinien zrobić wszystko, aby obecny rząd odsunąć od władzy. Zagrożona jest istota naszej państwowości, gdyż w dzisiejszym świecie kraje o takiej reputacji jak obecnie ma polski rząd, szybko kończą tak jak Wenezuela.

Przed nami wybory. To nasza wielka szansa.

Merkel rozmawiała z Morawieckim o Szydło, ale nieco inaczej niż przebieg rozmowy przedstawia Kaczyński

Angela Merkel przedstawiła swoją wersję rozmowy telefonicznej, którą odbyła z premierem Mateuszem Morawieckim po odrzuceniu w Parlamencie Europejskim kandydatury Beaty Szydło na przewodniczącą Komisji Spraw Socjalnych.

Pytana przez dziennikarza Deutsche Welle Merkel potwierdziła, że rozmowa rzeczywiście się odbyła. Ale niemiecka kanclerz przedstawia jej przebieg nieco inaczej niż szef PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości mówił na początku tygodnia, że po przegranym dla Beaty Szydło głosowaniu Merkel zadzwoniła do Morawieckiego „z przeprosinami, wyrazami zdumienia i szoku po tym, co się stało”. Jarosław Kaczyński dodawał, że wynik głosowania w Komisji był zaskoczeniem, bo „mieliśmy zawarte pewne porozumienia na najwyższym szczeblu”.

Na dorocznej letniej konferencji prasowej w Berlinie Angela Merkel powiedziała w piątek, że w związku z drugim odrzuceniem kandydatury Szydło faktycznie odbyła się rozmowa z premierem Morawieckim. – Oceniając całą sytuację niemieckimi standardami parlamentarnymi wyraziłam podczas rozmowy moje niezrozumienie dla tego, co zaszło – powiedziała.

Kanclerz podkreśliła, że w niemieckim parlamencie istnieją jasne procedury wyboru przewodniczących poszczególnych komisji, które przypadają politykom zarówno z opozycji, jak i rządu. – To dobra parlamentarna praktyka. Próby odrzucenia za wszelką cenę jakiegoś polityka, bo jest z partii, której się nie lubi, są, patrząc przez pryzmat doświadczenia w Bundestagu, czymś nietypowym. I to dałam do zrozumienie podczas rozmowy z premierem Morawieckim – powiedziała Merkel.

Rozmowa także o szefowej KE

Szefowa niemieckiego rządu przyznała, że rozmawiała z polskim premierem także przed głosowaniem w sprawie wyboru Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zresztą nie tylko z Mateuszem Morawieckim, ale także z wieloma innymi szefami europejskich rządów. Merkel przypomniała, że kandydatura von der Leyen została wcześniej zaakceptowana przez europejskich przywódców w Radzie Europejskiej. – Myślę, że to sensowe, żeby rozmawiać z szefami rządów, o tym, co przedstawiciele ich krajów w PE mogą zrobić, żeby życzenie wyrażone przez przywódców się zrealizowało – stwierdziła.

Merkel nie odpowiedziała wprost na pytanie, czy sekretarz generalny CDU Paul Ziemiak faktycznie spotkał się w Polsce z Jarosławem Kaczyńskim, aby omówić sprawę ewentualnego polskiego poparcia dla Ursuli von der Leyen. Powiedziała jednak, że to normalne, iż dochodzi do kontaktów między różnymi europejskimi partiami. – Nie uważam, żeby było to jakąś niedorzecznością – oceniła.

Ursula von der Leyen została we wtorek wybrana na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Uzyskała jednak tylko 383 głosy, czyli zaledwie o dziewięć więcej od wymaganej większości. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie poparło Niemki w głosowaniu, jej kandydatura prawdopodobnie by przepadła.

Niemieckie media zastanawiają się, jaką cenę za to poparcie przyjdzie zapłacić Ursuli von der Leyen. W wywiadzie udzielonym piątkowej „Sueddeutsche Zeitung” nowa szefowa Komisji obrała dość koncyliacyjny ton wobec krajów na wschodzie Europy mających problemy z praworządnością. „Musimy nauczyć się, że pełna praworządność jest naszym celem, ale nikt nie jest doskonały” – powiedziała.

Zamiast jednej będą trzy koalicje. Którą ma poprzeć przeciwnik PiS, by nie zmarnować głosu?

Antypisowscy wyborcy nagle obudzili się w nowej rzeczywistości. Po wyborach europejskich sądzili, że także tym razem partie polityczne zapewnią im komfortowe warunki i uwolnią od dylematu, na którego z przeciwników Jarosława Kaczyńskiego oddać głos. Okazuje się jednak, że nie ma lekko. Znów trzeba ważyć za i przeciw, zastanawiać się, która opcja lepsza i przede wszystkim – mniej ryzykowna. Perspektywa zmarnowania głosu i pośredniego wsparcia PiS znów staje się groźbą realną i wymagającą uwzględnienia w kalkulacjach.

Centrowy mainstream to opcja bezpieczna

Stosunkowo najłatwiej mają ci, którzy zamierzali głosować na umiarkowane i liberalne centrum, reprezentowane przez główny nurt PO i Nowoczesną. Sondaże pozwalają wierzyć, że w ich przypadku nie ma ryzyka znalezienia się pod progiem (5 proc. dla partii, 8 proc. dla koalicji). Jest wysoce prawdopodobne, że wynik tego obozu przekroczy 20 procent, a może nawet zbliży się do 30 proc.

Czy ewolucja komitetu wyborczego partii politycznej PO w pospolite ruszenie z udziałem działaczy samorządowych, aktywistów opozycji ulicznej i sektora NGO-sów okaże się impulsem nadającym głównemu nurtowi opozycji nowy impet? Za wcześnie, by o tym przesądzać, zwłaszcza że nie wiemy jeszcze, czy nie czekają nas kolejne odejścia. Czy środowisko Barbary Nowackiej zostanie w Koalicji Europejskiej, czy odejdzie do powstającego komitetu wyborczego lewicy? Czy przynajmniej niektórzy katoliccy i konserwatywni politycy PO nie zdecydują się przejść do koalicji tworzonej wokół PSL? Można jedynie trzymać kciuki za to, by polityczny upływ krwi został jak najszybciej zatamowany.

Lewica bardziej ryzykowna, ale ma szansę

W gorszej sytuacji są ci wyborcy opozycji, których poglądy i sympatie polityczne lokują się na lewo od centrum. Liderzy powstającej koalicji lewicowej buńczucznie zapowiadają, że osiągną wynik dwucyfrowy, ale zapewne w skrytości ducha modlą się o to, by udało się im przeczołgać się nad 8-procentowym progiem. W przypadku wyboru tej formacji perspektywa zmarnowania głosu jest groźbą realną i zapewne część wyborców stanie przed dylematem, gdzie postawić krzyżyk na kartce.

Tych wątpliwości nie mają oczywiście skupieni wokół Adriana Zandberga ideowi miłośnicy wysokich podatków, wrogowie rynku i kapitalizmu, wyznawcy tezy, że państwo powinno być skrzyżowaniem niańki ze świętym Mikołajem – ci wszyscy symetryści, dla których PO i PiS to „duopol” dwóch niemal takich samych „plemion”. Jednak zwolennicy rozsądniejszej i bardziej umiarkowanej lewicy, dla których obrona wolności i konstytucyjnych fundamentów III RP jest celem nadrzędnym, będą mieć poważny zgryz. Ryzykować zmarnowanie głosu czy wybrać wariant bezpieczny, choć nie do końca zgodny z własnymi sympatiami ideowymi?

Warto przy tym pamiętać, że promująca silnych i karząca słabych ordynacja d’Hondta sprawia, iż nawet przekroczenie progu 8 proc. nie daje proporcjonalnej liczby mandatów w Sejmie. Fachowcy szacują, że dopiero przy 10-11 proc. głosów ugrupowanie może liczyć na adekwatną reprezentację parlamentarną.

Prawicowa koalicja PSL to niemal gwarancja zmarnowania głosu

W najgorszej jednak sytuacji będą ci wyborcy opozycji, których poglądy sytuują się na prawo od centrum. Teoretycznie rzecz biorąc, oferta koalicji wokół PSL jest adresowana do nich, jednak tu perspektywa zmarnowania głosu jest nie tylko prawdopodobna, ale wręcz graniczy z pewnością.

W zasadzie PSL jest dziś partią wąskiej grupki aparatczyków, pozbawioną elektoratu. Jej dawnych wyborców przejął PiS, a w wyborach europejskich w znacznym stopniu głosowali na nią wielkomiejscy konserwatyści i umiarkowani zwolennicy demokratycznej narodowej prawicy. Mogli oddać głos na ugrupowanie Kosiniaka-Kamysza, bo wiedzieli, że w ten sposób wspierają prawe skrzydło zjednoczonej opozycji antypisowskiej. Jest wysoce wątpliwe, by w zmienionej sytuacji – gdy PSL idzie do wyborów oddzielnie – dokonali takiego samego wyboru.

Co gorsza, nawet gdyby ludowcy jakimś cudem przekroczyli próg wyborczy, ich wyborcy wcale nie mogą mieć pewności, jak PSL zachowa się po wyborach. Czy przypadkiem nie stanie się koalicjantem PiS? Wprawdzie o partii Kosiniaka-Kamysza ciepło wypowiadają się tacy demokratyczni politycy prawicy jak np. Aleksander Hall i niektórzy z nich mogą zasilić szeregi koalicji prawicowej, ale kto da gwarancję, że głos decydujący będzie po wyborach należeć do nich, a nie do Eugeniusza Kłopotka i Waldemara Pawlaka?

Wszystko to razem sprawia, że dla wielu przeciwników PiS jesienne wybory będą ciężką łamigłówką. Politycy wyborcom zgotowali ten los.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien się nabrać na zapewnienia prezesa PiS, „abyśmy się wszyscy porozumieli”, bo jego partia  „nie chce wojny w Polsce”.

Więcej >>>

Nowe afery PiS. Aferalność, genom partii Kaczyńskiego

28 Sty

KGHM Polska Miedź SA to firma z udziałem skarbu państwa o dochodach ponad 20 mld zł. Nic więc dziwnego, że jest ona łakomym kąskiem dla każdej nowej władzy. Jednak PiS, przeszło wszelkie granice, obsadzając najważniejsze w niej stanowiska swoimi ludźmi w skali do tej pory niespotykanej.

Gazeta Wyborcza opisuje sytuację w której mówi się, że „nieoficjalnym kadrowym” firmy jest wiceprezes PiS i szef struktur na Dolnym Śląsku, Adam Lipiński. To podobno dzięki niemu stanowisko prezesa otrzymał Krzysztof Skóra, a dyrektorem technicznym, zajmującym się dostarczaniem infrastruktury teleinformatycznej dla kombinatu i spółek zależnych został jego chrześniak, Karol Kos. W centrali pracuje też ojciec Kosa, bliski przyjaciel Lipińskiego. Obaj panowie, Skóra i Kos znajdują się na tzw. liście Misiewiczów czyli osób powołanych na odpowiedzialne stanowiska mimo braku odpowiednich  kwalifikacji zawodowych.

Zdaniem autorów artykułu, to właśnie Karol Kos jest odpowiedzialny za próbę ustawienia trzech przetargów na sprzęt i oprogramowanie, na łączną kwotę 3,2 mln zł. To on zlecił ponoć podległemu mu kierownikowi działu zabezpieczeń technicznych i głównemu specjaliście, by pisemnie uzasadnili tryb wyboru wykonawcy, ze wskazaniem na konkretną firmę. Na trop afery wpadły wewnętrzne służby kombinatu. Raport z kontroli, niekorzystny dla Kosa, dotarł do  dyrektora naczelnego COPI, Grzegorza Macha, a ten przekazał go dalej, do  świeżo mianowanego prezesa Marcina Chludzińskiego, również powołanego na to stanowisko dzięki wsparciu Adama Lipińskiego (tak twierdzi Gazeta Wyborcza).

„Nagrodą” za ujawnienie ustawionych przetargów było zwolnienie Grzegorza Macha z pracy. Jak twierdzi jeden z rozmówców Gazety Wyborczej, to „był spory szok, bo to fachowiec ściągnięty z rynku. Był wielokrotnie nagradzany za pracę dla kombinatu”. Według Chludzińskiego, Mach został zwolniony ponieważ nastąpiły rozbieżności „w ocenie jego funkcjonowania w COPI i zaangażowania w powierzone zadania 

Dzisiaj prezes Chludziński  twierdzi, że nie ma pojęcia o całej tej sprawie, Kos za dobrą pracę otrzymał umowę na czas nieokreślony, a KGHM złożyło do prokuratury wniosek o popełnienie przestępstwa przez Grzegorza Macha, twierdząc, iż jest podejrzenie „przekroczenia uprawnień i wyrządzenia szkody majątkowej o znacznej wartości”.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali sześć osób w śledztwie dotyczącym doprowadzenia Polskiej Grupy Zbrojeniowej S.A. do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

Wśród zatrzymanych jest były szef gabinetu politycznego MON Bartłomiej M., były członek zarządu spółki PGZ S.A. Radosław O., były parlamentarzysta Mariusz Antoni K., a także trzej byli pracownicy MON oraz spółki PGZ. Wszyscy zatrzymani zostaną przewiezieni do Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu, gdzie usłyszą zarzuty. W związku z zatrzymaniami funkcjonariusze CBA prowadzą przeszukania ponad 30 lokalizacji.

Śledztwo, prowadzone na podstawie materiałów własnych CBA, dotyczy niegospodarności, powoływania się na wpływy oraz fałszowania dokumentów przy okazji zawierania umów przez spółkę PGZ S.A. W ocenie śledczych doszło do niekorzystnego rozporządzenia mieniem znacznej wartości i sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa wyrządzenia znacznej szkody majątkowej.

>>>

(„Zapytany przez polityka opozycyjnego na Twitterze, jak długo potrwa reakcja rządu na takie sytuacje, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński napisał: „Reagować na co?”)

Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem

Walka z mową nienawiści jest wojną obronną, a zatem słuszną i sprawiedliwą. Od tak dawna obrzucamy się błotem oszczerstw, potwarzy i pomówień, że dla wielu to bagienko stało się już środowiskiem naturalnym.  Czas się ratować – oskrobać z podłych intencji i obmyć z nienawistnych słów. Jednak wezwania, by każdy z nas rozpoczął odnowę moralną od siebie, od zaraz i bez warunków wstępnych, uważam za nierealne i niebezpieczne. Słuchając nawoływań o zawieszenie broni i narodowe pojednanie, obłażą mnie wątpliwości, z których nie potrafię się otrzepać.

Jeśli zależy nam na trwałym pokoju społecznym, to przyjąć musimy do wiadomości, że zawieszenie broni nie zakończy się traktatem pokojowym, póki rozpalać się będą lokalne walki i potyczki. A będą, nawet gdyby wszystkich harcowników przenieść na tyły, do taborów. Bo nie wierzę w dobre intencje wszystkich walczących, tak jak nie wierzę w przyzwoitość na zawołanie. Cisza na froncie to znakomita okazja dla cynicznych watażków, którzy wykorzystując uczciwość przeciwnika przejmują inicjatywę i kontynuują swoją wojenkę wmawiając światu, że oni strzelają wyłącznie ślepakami i tylko na wiwat. Będą nadal toczyć swoje bitwy poprzez najemników, wynajętych wyznawców i wyznaczonych funkcjonariuszy.

Na szczytach władzy słychać nawoływania do narodowej zgody i porozumienia. I na tym samym oddechu rządzący dopowiadają, że przemysł pogardy jest produktem Platformy. Okazuje się, że wojnę polsko-polską rozpoczął Donald Tusk, zniesławiając wyborców PiS niewyobrażalną kalumnią: „moherowe berety!”, wobec której jakieś tam „zdradzieckie mordy”, „mordercy” oraz „komuniści i złodzieje” to tylko usprawiedliwiona reakcja obronna. Dzisiaj PiS zaprasza opozycję na rozmowy pokojowe, a w tle słychać wyraźnie tętent nadjeżdżającej kawalerii i rżenie koni jeźdźców Apokalipsy.

Na sobotnim zebraniu partyjnym z udziałem dowiezionych samorządowców prezes Kaczyński dokonał niebywałych odkryć, że oto Polska jest podzielona, a podział ten prowadzi do wydarzeń, które jednak nie powinny mieć miejsca – sugerując jednocześnie, kto za to odpowiada . Pan premier zawtórował swojemu przełożonemu, kolejny raz wyliczając, czego to poprzedni rząd przez 8 lat nie zrobił, po czym opowiedział o „przezwyciężaniu spuścizny porozbiorowej”(!) i z braku przekonujących sukcesów skupił się na wyzwaniach przyszłości – o wyzywaniach w przeszłości nie wspominając. Wcześniej wicemarszałek Terlecki obsobaczył zaproszoną na „rokowania” opozycję, która ośmieliła się zarzucić TVP – uczciwej przecież i obiektywnej jak nigdy dotąd – że kłamie i podgrzewa nienawistne nastroje.

To jednak ledwie pstryczki i żartobliwe przekomarzania wobec furii wyznawców Kaczyńskiego w mediach wspierających PiS. W jednym z tygodników dostępnych na pocztach, w supermarketach, na stacjach benzynowych i wszędzie tam, gdzie nie sprzedaje się „Gazety Wyborczej”, przeczytać można wielki tekst o źródłach języka pogardy. Kilka cytatów: „Ta cała nienawistna jazda bez trzymanki trwa od 2005 roku (…), a kulminacja tego politycznego i propagandowego zezwierzęcenia nastąpiła po tragedii smoleńskiej”.  I dalej: „Przecież ta swołocz i hołota nie uszanowała nawet żałoby po ofiarach tragedii smoleńskiej…”. Teraz już można gładko przejść od Smoleńska do Poznania: „przedstawiciele totalnej opozycji na widok niewinnie przelanej krwi zachowali się jak stado szakali, które tę krew poczuło i w jakimś dzikim amoku ruszyło do ataku”. Dalej jest o „ludzkiej mierzwie”, która z premedytacją zdeptała wolę rodziny Adamowicza, aby tylko „po trupach do władzy”. Wygląda na to, że autor, niejaki Mirosław Kokoszkiewicz, sam sobie odpowiada na tytułowe pytanie „Kto zasiał nienawiść?”

Nie są to bynajmniej najbardziej wyraziste przejawy pogardy dla myślących inaczej i reagujących samodzielnie. Spore zainteresowanie wyborców PiS wzbudził wywiad Aldony Zaorskiej z Grzegorzem Braunem, który jest nie tylko reżyserem i publicystą, ale również nauczycielem akademickim. Zdaniem tego pana morderstwo Adamowicza to kolejne niewyjaśnione zabójstwo. Kolejne, bo „w III Rzeczpospolitej takie rzeczy zdarzają się wręcz seryjnie”. Braun sądzi, że to wydarzenie bardzo przysłużyło się tym, którzy głoszą, że w Polsce demokracja jest zagrożona i gdyby nie zdarzyło się naprawdę, to „na użytek tej antypolskiej narracji trzeba by je wymyślić”. Uniwersytecki wykładowca informuje ponadto, że zabójstwo Pawła Adamowicza to w konsekwencji wielka wspólna operacja propagandowa opozycji i WOŚP Jerzego Owsiaka, bo morderstwa dokonano „na ołtarzu świeckiej religii, podczas celebracji tego dorocznego obrzędu”. Braun nie omieszkał też zawiadomić, że ofiara mordu to „prominentny przedstawiciel opcji niemieckiej, chętnie wpisujący się w żydowskie narracje propagandowe i w neomarksistowskie projekty seksualizacji nieletnich”…

Czytelnikom, którzy w tym miejscu wzruszą ramionami, bo pan Braun jest postacią groteskową i marginalną, zwracam uwagę, że nasza scena polityczna aż roi się od podobnych postaci, a każdego dnia jesteśmy świadkami wydarzeń, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za marginalne i groteskowe, a dziś albo ich już nie dostrzegamy, albo traktujemy je z pełna powagą. Nie jestem katastrofistą i też żywię mocne przekonanie, że ostatecznie dobro zwycięży. Problem tylko – jak dożyć tej chwili?

Myślę, że zanim zabierzemy się za bratanie, zanim wypijemy bruderszaft przechodząc  z warknięć  stworzeń animalnych na „Pan”(i „Pani”), powinniśmy zdefiniować wyraźnie, czym jest język pogardy oraz czym mowa nienawiści nie jest. Bo walka o życzliwą debatę publiczną rodzi pewne zagrożenie: może okazać się niebezpieczna dla prawdy. Wraz z oczyszczającą kąpielą łatwo wylać prawdę – tę rozumianą jako osąd zgodny z rzeczywistością. Jeśli ktoś kłamie, to jest kłamczuchem, jeśli kradnie – złodziejem, jeśli oszukuje – oszustem. Kim będą ci ludzie, jeśli zabraknie nam słów precyzyjnie określających ich działanie i motywy, bo te dotychczasowe uznamy za obraźliwe? Jeśli wojna z mową nienawiści sprowadzi się do eliminacji ze słownika debaty publicznej wybranych wyrazów i do relatywizowania negatywnych ocen ludzkich poczynań, to nie tylko stracimy trzeźwy osąd. Co gorsza – pozwolimy by ci, przeciw którym wojna się zaczęła, opanowali nasze dowództwo i sztab generalny.

Dlatego publiczne nazwanie premiera Morawieckiego kłamcą, prezesa Kaczyńskiego oszustem, eksministra Macierewicza hochsztaplerem, albo wicemarszałka Terleckiego cynikiem i politycznym graczem, powinno pozostać zwyczajną diagnozą tak długo, dopóki nie dopiszemy do niej szyderczych przymiotników. A poza tym niech mowa nienawiści zginie i przepadnie. Niech służy tylko badaczom niektórych form i przejawów epistolarnej twórczości, charakteryzującej polski dyskurs publiczny I połowy XXI wieku.

(fragment)

Afera KNF jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego.

Wszystko do tej pory w aferze KNF jest zbieżne z aferą Rywina. Według „Wyborczej”, Chrzanowski miał zeznać, że rozmawiał z bankierem Czarneckim z inspiracji Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego.

Afera Rywina była ostatecznie klęską samego Rywina, SLD i polityków tej partii. Afera KNF jest rozleglejsza – jak rozległa personalnie, nie wiemy – ale przede wszystkim jest groźna dla wiarygodności polskiego systemu bankowego, bo Glapiński to konstytucyjny (nieusuwalny w trakcie kadencji) prezes banku centralnego.

Glapiński sam nie ustąpi. Jeżeli zeznania Chrzanowskiego są prawdą, to Jarosław Kaczyński może uruchomić skuteczne narzędzie, aby Glapiński podał się do dymisji. Może, lecz nie musi. Koszty poniesie PiS w roku wyborczym, czy zatem prezes PiS na to pójdzie? Raczej, a w zasadzie na pewno nie.

Jaka z tego w tej chwili może być sformułowana konkluzja? Otóż SLD miał Rywina i grupę trzymającą władzę, Platforma osławione ośmiorniczki, a PiS ośmiornicę i wszyscy wiemy, kto w niej trzyma wszechwładzę. Ta afera z Chrzanowskim i Glapińskim kiedyś zostanie ujawniona. Oby nie za późno dla Polski.

>>>

Tekst dostępny tutaj. Warto, warto przeczytać >>>

Pedofilia w polskim kościele dopiero do odkrycia. Jej skala z pewnością porazi. To będzie koniec Kościoła, jaki znamy

7 Gru

>>>

Biskupi uznali swą moralną współodpowiedzialność za kryzys wywołany nadużyciami seksualnymi duchownych i zamiataniem ich pod dywan przez władze kościelne.

Rzecz bez precedensu: cały chilijski episkopat podaje się do dymisji. To owoc trzydniowej wizyty biskupów w Rzymie na wezwanie papieża Franciszka. W tle nadużycia seksualne duchownych i zamiatanie ich pod dywan przez władze kościelne.

– To było ciało o ciało, bo członkiem wodził mi na przykład po piersiach – mówi w rozmowie z „Faktami” TVN Barbara Borowiecka, która miała być wykorzystywana przez ks. Henryka Jankowskiego. Inna parafianka przyznaje, że jest zła na tych, którzy wiedzieli o czynach duchownego.

Barbara Borowiecka, bohaterka głośnego reportażu „Dużego Formatu” o ks. Henryku Jankowskim udzieliła wywiadu „Faktom” TVN. Mówiła o molestowaniu, jakiego doświadczała, gdy była małą dziewczynką. – Jak na mnie, to było wtedy dużo razy, czy dziesięć, czy dwadzieścia, to nie wiem – opowiedziała. – To było ciało o ciało, bo członkiem wodził mi na przykład po piersiach, czy po plecach, czy po pupie – dodaje.

„Włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę”

W artykule na stronie „Faktów” czytamy: „szczegóły opowieści są tak drastyczne, że nie nadają się do cytowania”. Borowiecka wspominając dodała: – To nie tak, że on mnie wybrał, bo jak dzieciaki uciekały do piwnic czy do budynków, w których mieszkały, to chyba dobierał się do pierwszej osoby, którą dorwał.

„Fakty” dotarły do kolejnej kobiety, która mówi, że molestował ją ks. Jankowski. – Każde z dzieci podchodziło i ksiądz Jankowski niektórych sadzał sobie na kolano, głaskał. (…) Pamiętam tylko, że mi wtedy włożył rękę, bo miałam taką krótką sukieneczkę. Włożył mi wtedy rękę pod tę sukieneczkę i ściskał, dotykał moje pośladki – wspomina Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej jedna z parafianek Jankowskiego, która miała 6 lat, gdy była molestowana. – Mam też ogromną złość do tych wszystkich ludzi, którzy wiedzieli o tym – dodała.

Ks. Jankowski za życia bardzo wpływowym i szanowanym duchownym. Został Honorowym Prałatem Domowym Jego Świątobliwości, znany był jednak przede wszystkim jako kapelan „Solidarności”. Do 2004 r. był proboszczem parafii św. Brygidy w Gdańsku. W sierpniu 1980 r. kościół ten niejako opiekował się strajkującymi robotnikami. Na plebanii przebywali m.in. Wałęsa, Mazowiecki czy Kuroń. Parafia św. Brygidy w czasie stanu wojennego było w centrum działalności opozycyjnej.

Wałęsa: Coś tam zawsze dochodziło do nas …

– Dla mnie jest to szok. Coś tam zawsze dochodziło do nas, ale nic tak tragicznego, nic tak wielkiego. W związku z tym fatalnie się czuję – mówi cytowany przez „Fakty” były prezydent Lech Wałęsa.

Oskarżenia o molestowanie przez ks. Jankowskiego sięgają 2004 r., kiedy to o wykorzystywanie nieletnich oskarżyła duchownego matka jednego z ministrantów. Sprawę opisało antyklerykalne pismo „Fakty i mity”. Z kolei w 2013 r. czyny Jankowskiego opisane zostały w książce pt. „Ostatnia bitwa prałata”.

Pomnik Jankowskiego w Gdańsku

W związku z reportażem „Dużego Formatu” część mieszkańców Gdańska domaga się usunięcia pomnika prałata. We wtorek pod pomnikiem  pojawiły się dziecięce budziki oraz kartki z napisem „pedofil”. W czwartek z kolei pomnik został oblany czerwoną farbą.

Nie dwutlenek węgla, a „IV Rzesza” i „banksterzy” odpowiadają za zmiany klimatu – czytamy w tekście anonimowego blogera. Sęk w tym, że tekst polecał na Twitterze Andrzej Duda. „Czy pan to czyta?”, „To gorzej niż błąd” – komentują ludzie na Twitterze. Prezydent później usunął wpis.

>>>

Prezydent Andrzej Duda w poniedziałek otwierał szczyt COP24 w Katowicach – i nie było to najlepsze dla Polski otwarcie. Już w inauguracyjnym wystąpieniu i późniejszej konferencji Duda mówił, że Polska ma „zapasy węgla na 200 lat” i nie zamierza z niego szybko rezygnować.

Ekolodzy byli zszokowani, a prezydent nie przestawał. Kolejnego dnia obiecywał, że nie da „zamordować polskiego górnictwa”. To mocno zdziwiło zagranicznych ekspertów, gdyż sztandarową polską inicjatywą na szczycie jest deklaracja o tym, jak… pomagać górnikom i innym pracownikom sektora w związku z odchodzeniem od paliw kopalnych. Do tego premier Mateusz Morawiecki mówi coś zupełnie innego, niż prezydent. Takie sprzeczne sygnały od rządzących szkodzą nam i samemu szczytowi. Analitycy z serwisy „Polityka Insight Climate” oceniają, że pokazuje to brak koordynacji, pogarsza wizerunek Polski, a do tego utrudnia pracę naszej prezydencji ważnego szczytu.

Tymczasem w czwartek prezydent znów dosypał (węgla) do pieca. Na swoim profilu na Twitterze zamieścił artykuł z bloga na salon24.pl, w którym autor pisze o tym, że to Niemcy emitują więcej gazów cieplarnianych (i kwieciście ten fakt komentuje). „Bardzo dobry artykuł o emisji CO2 w UE. Przystępnie przedstawia realną sytuację. Warto przeczytać. Polecam” – napisał prezydent RP. Po kilku godzinach usunął wpis z linkiem. Co znajdujemy w tekście?

Prezydent poleca tekst ze słowami o „Niemieckiej IV Rzeszy” 
W pierwszej części autor stara się wykazać, że to Niemcy – a nie Polska – emitują więcej dwutlenku węgla. Nie jest to szczególnie trudne, gdyż takie dane są łatwo dostępne i raczej oczywiste dla osób, które zajmują się energetyką i klimatem. Rzeczywiście to Niemcy emitują najwięcej gazów cieplarnianych w UE, mają też wyższy niż Polska poziom emisji na mieszkańca.

Oczywiście do tych danych warto by dodać inne, np. o tym, że w Polsce (jak w wielu innych krajach UE) poziom emisji rośnie, podczas gdy w Niemczech nieznacznie spada. Jednak uwagę bardziej zwraca obszerny komentarz, który pod danymi napisał anonimowy autor udostępnionego przez prezydenta artykułu. Zaczyna od tego, że „Polska jest chłopcem do bicia w UE, czyli jak kto woli Niemieckiej IV Rzeszy”. Jeszcze w tym samym zdaniu określa Unię jako „Sojedinionne Sztaty Jewropy” (rosyjski zapis fonetyczny, co ma porównywać UE do ZSRR). Pisze o bliżej nieokreślonej kampanii „piesków kanapowych Pani Merkel” wobec Polski.

Autor ma bardzo sprecyzowane poglądy na energetykę i proponuje „stopniową likwidację górnictwa”, elektrownie wodne i geotermię oraz odejście od farm wiatrowych, które są  „robieniem ekonomicznej laski Niemcom”. Wtrąca też zdanie o tym, że muzułmańscy mieszkańcy Niemiec to „żołnierze przyszłej armii dżihadu” (przypomnijmy – wciąż mówimy o artykule, który „poleca” prezydent RP). Dalej twierdzi, że „emisja CO2 przez przemysł jest zbyt mała, aby miała wpływ na tzw. efekt cieplarniany”. Jednak świat nauki jest zgodny, że gazy cieplarniane, w tym głównie CO2, mają na to zasadniczy wpływ. „To jest ukuta przez banskterów strategia niszczenia gospodarek państw wschodzących” – pisze autor bloga. Dalej przytacza jeszcze kilka łatwych do obalenia mitów i kłamstw nt. klimatu.

Po kilku godzinach prezydent usunął wpis i przyznał, że jego udostępnienie było błędem. „Przyznaję rację Tym, których oburzyła druga część artykułu zamieszczonego na portalu salon24.pl , który poleciłem kilka godzin temu. Był to błąd, wynikający z lektury pierwszej części tego artykułu. Nie podzielam poglądów i stylu wypowiedzi zawartej w 2 części. Błąd” – napisał prezydent.

„Takie wpisy nie pomogą naszej prezydencji na COP24”

Można już mówić o serii kontrowersyjnych wypowiedzi prezydenta w pierwszym tygodniu szczytu klimatycznego, zatem w sieci nie trzeba było długo czekać na komentarze. Niektórzy zwracają uwagę, że Duda może dalej szkodzić polskiej prezydencji i negocjacjom na szczycie w Katowicach. Inni pisali, że mają nadzieję, iż prezydent przestał czytać w miejscu, gdzie zaczął się komentarz.

„Prezydent RP linkujący do tekstu pełnego antynaukowych bredni o CO2 i globalnym ociepleniu, do tego w czasie trwania COP24, to gorzej niż błąd” – ocenia Kuba Jagowski. Karolina Baca-Pogorzelska, dziennikarka specjalizująca się m.in. w branży energetycznej, pytała, czy prezydent „przeczytał w ogóle ten tekst”. „Takie wpisy nie pomogą naszej prezydencji na COP24 z Michałem Kurtyką na czele” – oceniła.

„Serio, prezydent na to sobie pozwala?” – skomentował dziennikarz Patryk Michalski. Jakub Wiech z serwisu Energetyka24.com ocenił, że „To zakrawa o skandal dyplomatyczny”. „Warto wiedzieć, skąd prezydent czerpie informacje” – napisał Adam Ozga z TOK FM. Z kolei dziennikarz Witold Głowacki zwrócił uwagę, że autor, którego tekst poleca prezydent, pisał też o „żydokomunie” i „jewropie”.

„Panie prezydencie, czy przeczytał Pan tekst, który Pan poleca? Czy uważa Pan UE za ‚Jewropę’, a Niemcy za ‚IV Rzeszę’, która ‚sra na normy’? Jest pan prezydentem Rzeczypospolitej, a nie internetowym trollem! Takimi wyskokami kompromituje Pan siebie i nasze państwo!” – napisał Adrian Zandberg z partii Razem.

>>>