Tag Archives: Adam Michnik

Opozycja nie odrobiła pracy domowej

14 Paźdź

Wybory parlamentarne 2019 r. dla Jarosława Kaczyńskiego i jego partii przyniosły dotkliwą porażkę na Żoliborzu. W jego obwodzie Koalicja Obywatelska dostała 40 proc. głosów, Lewicy niewiele zabrakło, żeby przegonić PiS.

Po wyborach parlamentarnych 2019 r. od rana w poniedziałek wiszą wyniki w komisji nr 333 w szkole pożarniczej przy ul. Siemiradzkiego na Żoliborzu. Dzień wcześniej głosował tu prezes PiS Jarosław Kaczyński, który mieszka w pobliżu. Jego sąsiedzi, którzy tłumnie ruszyli do urny (frekwencja wyniosła aż 83 proc.), nie byli dla niego łaskawi.

Wyniki wyborów w Warszawie. Kidawa wygrywa, Kaczyński przegrywa

W obwodzie wyborczym prezesa Kaczyńskiego zdecydowanie wygrała opozycja. Koalicja Obywatelska zdobyła tu 40 proc. głosów. Liderka tej listy Małgorzata Kidawa-Błońska – 430, kolejne wyniki mają: Dariusz Rosati (33), Katarzyna Lubnauer (30), Dorota Łoboda (27) i Michał Szczerba (16).
PiS zgromadził 24,5 proc. głosów. Sam Jarosław Kaczyński znalazł poparcie ledwie u 266 sąsiadów. Następne wyniki na liście PiS mają: Mariusz Kamiński (27), Piotr Naimski (16) i Małgorzata Gosiewska (12).

Lewica zdobyła 20 proc. głosów (Adrian Zandberg – 166, Magdalena Biejat – 62).
Konfederacja ma w tej żoliborskiej komisji 10-procentowe poparcie, a PSL z Kukizem – 3,4 proc.
W wyborach do Senatu w komisji Jarosława Kaczyńskiego zdecydowanie wygrał kandydat opozycji Kazimierz Ujazdowski (778 głosów) z Koalicji Obywatelskiej. Marek Rudnicki (PiS) dostał tu 413 głosów, Marek Kasprzak z Obywateli RP – 307 głosów.

Kandydatka KO dwa razy lepsza

W sumie w okręgu warszawskim na Jarosława Kaczyńskiego zagłosowało 140,5 tysiąca wyborców. To dane zebrane na podstawie danych z 66,5 proc. obwodowych komisji wyborczych. Na podstawie tych samych danych Małgorzata Kidawa-Błońska ma już 223 tysiące głosów.

Już w kampanii wyborczej przewodniczący Platformy Obywatelskiej i główny architekt Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna mówił w wywiadach, że jest w stanie założyć się, że Kidawa-Błońska wygra w Warszawie z Kaczyńskim. Początkowo to on otwierał warszawską listę KO. Na początku września podjął jednak niespodziewaną decyzję – liderką listy i jednocześnie kandydatką Platformy na przyszłego premiera została Małgorzata Kidawa-Błońska. Sam Schetyna wystartował z pierwszego miejsca listy KO we Wrocławiu.

Wybory parlamentarne 2019. Wyniki, wiadomości i komentarze – relacja na żywo.

– Jestem bardzo dumna z warszawiaków, mieliśmy tu bardzo wysoką frekwencję. Jestem też dumna z wyników KO, walczymy o jeden mandat więcej niż w ostatniej kadencji – mówi Małgorzata Kidawa-Błońska, która wyraźnie wygrywa w Warszawie

Na podstawie do tej pory zliczonych głosów z prawie 79 proc. obwodowych komisji wyborczych, na liderkę listy KO w okręgu warszawskim Małgorzatę Kidawę-Błońską zagłosowało prawie 287 tysięcy wyborców. Na lidera listy PiS Jarosława Kaczyńskiego – 173 tysiące.

Ale Kidawa-Błońska w pierwszym komentarzu dla „Stołecznej” podkreśla zwłaszcza rolę i postawę warszawiaków: – Jestem bardzo dumna z warszawiaków. Mieliśmy tu bardzo wysoką frekwencję. Cieszę się z wyniku całej listy KO. Walczymy o jeden mandat więcej niż mieliśmy w ostatniej kadencji – mówi nam Kidawa-Błońska. W ostatniej kadencji KO (Platforma Obywatelska i Nowoczesna) zdobyła w Warszawie dziesięć mandatów.

Wyniki wyborów w Warszawie. Senat dla KO

Podkreśla też, że w warszawskich okręgach do Senatu wygrywają kandydaci KO. – Czułam to poparcie mieszkańców w kampanii. Spotykałam się z wielką życzliwością. To się przekłada na wyniki – mówi.

A wynik głównego kontrkandydata czyli lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego?

– Kontrkandydat nie wyszedł do warszawiaków, nie spotykał się z nimi, nie rozmawiał. A każdy spośród nas, kandydatów, powinien to zrobić, powinien wykazać szacunek. Nawet jeśli jest prezesem – uważa liderka KO w Warszawie

Michnik: Nie wolno się obrażać na demokrację

O tych zagrożeniach mówił też przemawiający po socjologach Adam Michnik. – PiS te wybory wygrał – podsumował. – Po pierwsze, nie wolno się obrażać na demokrację, po drugie, trzeba pamiętać, że Polska to kraj niespodzianek, czasem wystarczy zwolnić jedną suwnicową, żeby wszystko się zmieniło.

Zażarty pojedynek o miejsca w Senacie toczą Krzysztof Brejza (KO) i Mikołaj Bogdanowicz (PiS), wojewoda kujawsko-pomorski. Wszystko wskazuje na to, że wygra ten pierwszy.

Krzysztof Brejza, kandydat Koalicji Obywatelskiej do Senatu z okręgu nr 10, ma jak dotąd 46,22 proc. głosów. Zagłosowało na niego 76,1 tys. osób. Mikołaj Bogdanowicz, kandydat PiS – 40,3 proc. (66,4 tys. głosów). Tak wynika z danych zebranych z 361 komisji obwodowych. To 94,26 proc. wszystkich.

– Gdy tylko pojawiło się nazwisko Mikołaja Bogdanowicza, bardzo bliskiego politycznego współpracownika Tadeusza Rydzyka, jako potwierdzonego kandydata do Senatu, mówiłem, że muszę stanąć z nim w szranki – mówił Krzysztof Brejza „Wyborczej” przed wyborami. – Dla wielu mieszkańców południowo-zachodniej części województwa: powiatu inowrocławskiego, nakielskiego, żnińskiego, mogileńskiego i sępoleńskiego, to rzecz niewyobrażalna, by taki człowiek nas reprezentował. Dlatego zdecydowałem się na wariant trudniejszy w tych wyborach.

Wygrana PiS oznacza kontynuację sporu z Brukselą i problemy w relacjach z Niemcami z powodu reparacji – to pierwsze reakcje niemieckiej prasy na wstępne wyniki wyborów w Polsce. Ostro krytykowany jest lider PO Grzegorz Schetyna. Jeden z komentatorów nazywa go „katastrofalnie nielubianym”.

Wyniki wyborów parlamentarnych w Polsce uważnie obserwowała prasa za zachodnią granicą. Komentatorzy w niemieckich mediach wyliczają obawy związane ze zwycięstwem PiS, jednak nie szczędzą też krytyki opozycji, która ich zdaniem nie przedstawiła alternatywy dla obecnego obozu rządzącego.

FAZ: „Partia rządząca PiS powiększa przewagę”

„Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisze o „zdecydowanym zwycięstwie” narodowych konserwatystów w Polsce.

„Spór między Warszawą a Brukselą o kontrowersyjną reformę wymiaru sprawiedliwości będzie zapewne trwał nadal. Relacje niemiecko-polskie pozostaną prawdopodobnie napięte, ponieważ PiS wysuwa roszczenia reparacyjne” – pisze komentator poczytnego frankfurckiego dziennika.

„Sueddeutsche Zeitung”: „PiS nie uda się zmienić konstytucji”

„Polski rząd obronił w wyborach parlamentarnych swoją absolutną większość i może rządzić do 2023 roku” – pisze (być może nieco na wyrost, wciąż nie znamy ostatecznych wyników wyborów) warszawski korespondent „Sueddeutsche Zetung” Florian Hassel.

Niemiecki dziennikarz zaznacza, że Prawo i Sprawiedliwość nie osiągnęło wyznaczonego przez siebie maksymalnego celu, jakim była większość dwóch trzecich, co pozwoliłoby na zmianę konstytucji. Prawdopodobnie PiS będzie miało nawet za mało mandatów, żeby odrzucać weto prezydenta.

„Die Welt” o „dalszych reformach sądów i mediów”

„Die Welt” ostrzega, że polska opozycja oraz Komisja Europejska muszą nastawić się na dalsze reformy sądów i mediów. Zdaniem komentatora tego dziennika reformy owe mogą być „jeszcze bardziej radykalne i jeszcze szybsze niż dotychczas”.

Odnosząc się do sytuacji Koalicji Obywatelskiej, publicysta Philipp Fritz przytacza dowcip: „Polski pesymista wie, że sytuacja jest zła. Polski optymista wie, że będzie jeszcze gorzej”.

Autor przypomina socjalne obietnice PiS, w tym rozszerzenie programu 500+. Jego zdaniem PO działała „bez wiary i pomysłów, a jej szef Grzegorz Schetyna nie był w stanie dorównać Jarosławowi Kaczyńskiemu”.

Wynik wyborów jest potwierdzeniem polityki PiS, co może zachęcić partię do jeszcze bardziej radykalnej przebudowy państwa i przejmowania kontroli nad kolejnymi instytucjami – uważa Fritz.

Komentator „Die Welt” kreśli niezwykle pesymistyczną prognozę dla Polski:

„Jeżeli opozycja zostanie zmarginalizowana, zasady praworządności zostaną unieważnione, dojdzie do szczucia przeciwko mniejszościom, a krytycy, tak jak po zwycięstwie w 2015 r., będą nazywani ‘wrogami narodu’ czy ‘Polakami gorszego sortu’ – to UE będzie miała do czynienia z państwem autorytarnym lub quasi-autorytarnym, i to nie na zewnątrz, jak w przypadku Turcji, lecz w swoim własnym gronie”.

PiS nie unikało dotychczas konfliktów z Brukselą. Unia musi nastawić się zdaniem Fritza na wyzwania, które mogą być poważniejsze niż Brexit. „Polski rząd chce zostać w Europie, ale na własnych warunkach” – pisze dziennikarz „Die Welt”.

„Spiegel”: „Schetyna jest katastrofalnie nielubiany”

„PiS jest dlatego tak silne, ponieważ opozycja jest chaotyczna, pozbawiona pewności siebie i nie posiada programu” – ocenia „Spiegel-Online”.

Komentator „Spiegla” Jan Puhl zwraca uwagę na to, że Grzegorz Schetyna jest „katastrofalnie nielubiany”. Jego zdaniem PiS może wykorzystać absolutną większość – jeśli ją rzeczywiście uzyska – do umocnienia władzy, w tym ograniczenia kompetencji samorządów.

ZDF o „ochłodzeniu” i reparacjach

Drugi program telewizji publicznej ZDF przypomina, że podczas pierwszej kadencji PiS, doszło do „ochłodzenia” relacji polsko-niemieckich.

„Zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i szef rządu Mateusz Morawiecki domagali się w minionych miesiącach od Niemiec zadośćuczynienia za straty podczas II wojny światowej. PiS umieścił te żądania w programie wyborczym” – czytamy na stronie internetowej publicznego nadawcy.

Pierwszy program ARD pisze o „renesansie postaw narodowych” i zwraca uwagę, że od kiedy rządzi PiS, w ciężkim położeniu znalazły się mniejszości, które skarżą się na ataki.

Waldemar Mystkowski pisze wieczorem w niedzielę.

PiS wygrało wybory, partia Jarosława Kaczyńskiego będzie formowała rząd. Czy nadal premierem będzie Mateusz Morawiecki, czy jednak Jarosław Kaczyński zdecyduje się ziścić swoje marzenia i wziąć rząd w swoje ręce, z punktu opozycji nie jest ważne.

Mimo, że PiS osiągnął najlepszy wynik wyborczy po 1989 roku, nie jest on lepszy od całej opozycji – pomijając Konfederację Korwin-Mikkego. Koalicji Obywatelskiej, SLD-Lewicy i PSL-owi należy się solidna refleksja, gdyż osiągnęli razem (wg latte poll) poparcie 48,9 proc. wyborców wobec 43,6 PiS.

Trudno więc będzie propagandowo motywować bezprawie i łamanie Konstytucji przyzwoleniem mitycznego suwerena, bo akurat większy suweren jest po stronie opozycji.

Mniejszy suweren wysyła na Wiejską więcej przedstawicieli niż większy. I to jest ten paradoks przeliczenia głosów wg metody d’Hondta.

Opozycja ma więc powód pluć sobie w brody, nie skorzystała aby być silna razem. Silniejszy okazał się być głupszym, przegrał ze słabszym.

Jeżeli doda się do tego niewątpliwie nieuczciwą grę polityczną PiS, a taką jest propaganda goebbelsowska dawnych mediów publicznych, a także „kupowanie” wyborców gruszkami na wierzbie, możemy ocenić realną siłę polityczną PiS.

I za to przyjdzie nam wszystkim zapłacić. A Jarosław Kaczyński będzie grał w swoją grę, w której jest najlepszy: skłócaniem społeczeństwa, tworzeniem podziałów. Aby ta toksyczna polityka była dla niego skuteczna PiS musi dokończyć „reformowanie” sądów oraz repolonizowanie mediów.

Już nie będzie oglądania się na instytucje unijne, na żadną Komisję Europejską, bądź wyroki Trybunału Sprawiedliwości UE, czy reformowanie sądów jest zgodne z prawem unijnym. Dyplomacja Kaczyńskiemu jest zresztą do niczego potrzebna, zmarginalizowanie Polski jest celowym zamiarem, gdyż zawsze można postawić Polskę w roli ofiary Brukseli, bądź Niemiec, aby tym łatwiej forsować polexit.

Opozycja jest silniejsza od PiS, ale to partia Kaczyńskiego wygrała wybory. Największym błędem poprzedniej kadencji Sejmu było niewykorzystanie przez opozycję siły społeczeństwa obywatelskiego. W nowej kadencji ruchy obywatelskie dadzą o sobie znać z taką samą siłą, a może większą, bo są świadome deprawacji i degeneracji PiS.

Zapowiadają się więc „ciekawe czasy”, oby były one nieciekawe dla PiS. Opozycja będzie rosła w siłę, bo będzie przybywać niezadowolonych z rządów partii Kaczyńskiego.

Moralność PiS sięga fajfusa Kuchcińskiego

5 Kwi

Jeszcze wczoraj z mównicy sejmowej zastępca ministra koordynatora ds. służb specjalnych Maciej Wąsik mówił wprost: – Moja ocena (sprawy tuszowania afery obyczajowej przez kierownictwo CBA – red.) jest taka, że nigdy nie było żadnego nagrania, zostało ono wymyślone przez Wojciecha J. na użytek tego, żeby nie odejść ze służby, w sposób perfidny, kłamliwy i paskudny. Nie minęły nawet 24 godziny od tego wystąpienia, a Sylwester Ruszkiewicz z Wirtualnej Polski przedstawia nowe, przełomowe informacje w tej sprawie.

Dotarł on bowiem do jednego z oficerów polskich służb, który zna kulisy procederu nagrywania polityków, samorządowców i biznesmenów w podkarpackich “domach uciech”, jaki przez lata kwitł bez żadnych przeszkód. Potwierdził on historię byłego agenta, który dziś jest frontalnie atakowany przez swoich byłych kolegów i przełożonych. Kulisy tej sprawy są jednak wyjątkowo bulwersujące. Okazuje się bowiem, że CBA było świadome tego procederu i Wojciech Janik nie trafił na ten temat przypadkowo tylko zostało mu on wskazane właśnie przez szefa tej służby Ernesta Bejdę jako zadanie specjalne. Po to, by mógł je wykonywać bez przeszkód, Bejda przyznał też Wojciechowi Janikowi bardzo obszerne uprawnienia, o czym przypomniał dziś po raz kolejny Mariusz Gierszewski z Radia Zet.

Bejda miał wiedzieć, że w domach publicznych na Podkarpaciu nagrywani są politycy, ale nie wiedział czy także z Prawa i Sprawiedliwości i właśnie tę kwestię kazał Janikowi sprawdzić. Jak pisze Ruszkiewicz z “WP”, informatorem Wojciecha Janika, a dokładniej Osobowym Źródłem Informacji (OZI) zostaje jeden z funkcjonariuszy służb pracujących na Podkarpaciu. To on udostępnił mu nagranie z prominentnym politykiem PiS. Na nagraniu z 2014 roku miał on uprawiać seks z ukraińską prostytutką. Według zawiadomienia do prokuratury generalnej, które złożyła pełnomocnik Wojciecha J., nagrany miał zostać marszałek Sejmu, a wówczas poseł PiS Marek Kuchciński.

Co więcej, rozmówca reportera Wirtualnej Polski tak opisuje kluczową seks-taśmę: – Nagranie jest dobrej jakości. Prawdopodobnie zostało sporządzone w agencji na tzw. Zameczku pod Rzeszowem. To znany, oddalony kilkadziesiąt kilometrów od miasta zespół pałacowy, z luksusowymi pokojami. Dziewczyna na nagraniu ma blond włosy, mogła nosić perukę z jasnymi włosami. Wygląda co najwyżej na 15 lat. Kamera została sprytnie umieszczona, zamontowana prawdopodobnie w ścianie – na wysokości łóżka. Z takiej perspektywy jest nagranie. Trwa kilkanaście minut – mówi informator. Co więcej, zapowiada on, że na początku przyszłego tygodnia dokument o procederze nagrywania polityków na Podkarpaciu zostanie wyemitowany w jednej ze stacji telewizyjnych, co tylko jeszcze bardziej potwierdzi wersję opisywaną przez Wojciecha Janika, a Centralne Biuro Antykorupcyjne postawi w prawdziwie fatalnym świetle.

Pozostaje pytanie, jak długo jeszcze kierownictwo służb, powiązane dziś z partią rządzącą będzie udawać Greka i odwracać kota ogonem mówiąc, że żadnej afery nie ma. Bo, że ich słowa prawdopodobnie zostaną już wkrótce boleśnie skonfrontowane z prawdą wydaje się już niemal pewne.

„Odwaga staniała, rozum podrożał”. Tak kulturalnie można by określić, cytując Artura Sandauera, zachowanie pseudo dziennikarzy, którzy zaatakowali Adama Michnika, w budynku sądu. Jednak trudno tu o zbytek kultury, bo trudno powstrzymać emocje. Widać to na twitterze:„Obrzydliwe. I takie zera mienią się dziennikarzami…”  „Oni teraz są tam, gdzie kiedyś stało ZOMO…” „Takim jesteśmy narodem, wrednym”, „Brak słów”.

Profesor Marcin Matczak zestawił dwa filmy z Adamem Michnikiem i napisał: „Zestawiam ten film, ukazujący tych podłych ludzi, z innym – w którym młody Adam Michnik wyszarpuje się komunistycznym milicjantom na innym korytarzu. I czuję dwie rzeczy – bezmierny szacunek dla Jego działań i Jego godności, i bezmierną wściekłość, że musi to znowu przeżywać”.

To gorzkie zestawienie wywołało falę komentarzy, wśród których dominują oburzenie, zgorszenie, potępienie i… bezradność.

– „Adam Michnik narażony jest na poniżanie w każdej epoce, jak widać. Zawsze komuś nie w smak jest cudza odwaga. Ja Jego postawę w czasach słusznie minionych będę cenić zawsze, teraz historia pisze się na naszych oczach. Brawo Adam Michnik”.

„Pan Adam to jedna z najważniejszych twarzy naszej wolności i osoba godna najwyższego szacunku! To chichot historii, że takie gnoje mogą się dzisiaj bezkarnie pętać! Pis godnie kontynuuje dzieło komuny, gdyby mogli, bez żadnych skrupułów robili by to samo!”

– „(…) Pis-owska kontrrewolucja próbuje połknąć bohaterów polskiej wolności – Michnika, Kuronia, Wałęsę, Geremka, Mazowieckiego i Bartoszewskiego, zastępując ich gnomami typu Kaczyński, Macierewicz, Gwiazda, Wyszkowski. Nie uda się.”

Filmy skomentował również profesor Wojciech Sadurski: „Straszny filmik. Te zera nie wiedzą, że wolność takiego postępowania zawdzięczają w wielkim stopniu zaszczuwanemu przez nich Michnikowi. Wyrazy wielkiej solidarności z Adamem!”

Zastanawiam się czy to zwykła podłość? Czy deficyt intelektualny?

Jeden z internautów zadał ważne pytanie: „Czy oni to robią dla pieniędzy? Bo (…) jeśli naprawdę tak myślą to ja się pytam, gdzie są szkoły? Gdzie jest edukacja? Skąd bierze się taki debilizm?

Można jeszcze dopytać: kim są ludzie, którzy bez żenady, demonstrują swoją niekompetencję, nieudolność i głupotę? Czy ich tania odwaga jest wynikiem deficytu intelektualnego czy chęci zaistnienia?  Bo gołym okiem widać, że są tak samo anonimowi jak ci milicjanci z PRL.

Szczęśliwie Adam Michnik, dla tych, których pamięć nie zawodzi, albo tych, którzy po prostu znają historię, to „bohater naszych czasów, jeden z nielicznych, który miał odwagę stanąć przeciw komunie i ich okrutnym metodom!” A więc to, co stało się w sądzie „to chichot historii, że w wolnym kraju, doczekaliśmy się godnych kontynuatorów tamtych podłych czasów !!!”

Przykre, że Adam Michnik, narażając zdrowie i życie, walczył między innymi o to, by dziś takie persony mogły go bezkarnie poniżać.

Tchórze PiS barykadują instytucje demokratyczne, wypisują Polskę ze świata, czyniąc z kraju Zadupie

29 List

Patryk Wachowiec, analityk prawny FOR, złożył skargę na szefa Kancelarii Sejmu, ponieważ odmówiono mu wstępu na posiedzenie 9 maja, kiedy trwał protest rodziców osób niepełnosprawnych. W tym okresie służby parlamentu (Straż Marszałkowska) zabroniły wydawania jednorazowych przepustek i kart prasowych, mimo że swobodę wejścia na teren Sejmu miały m.in. zorganizowane wycieczki i niektóre z osób zaproszonych przez posłów. Wachowiec stwierdził, że odmowa wstępu była naruszeniem Konstytucji, konkretnie art. 61 ust. 2, w myśl którego obywatele mają prawo „wstępu na posiedzenia kolegialnych organów władzy publicznej pochodzących z powszechnych wyborów, z możliwością rejestracji dźwięku lub obrazu”.

Dziś przed Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie rozpoczął się proces w tej sprawie. Patryk Wachowiec zaznaczył, że sprawa jest precedensowa, a „orzeczenie sądu wyznaczy linię orzeczniczą na przyszłość”. Podkreślił, że jawność życia publicznego jest jednym z elementów demokratycznego państwa prawnego. Jego zdaniem, regulamin Sejmu, na który powołano się przy odmowie wstępu, dał marszałkowi Markowi Kuchcińskiemu zbyt dużą władzę do określenia trybu dostępu i przesłanek ograniczających zasady wstępu.

 

Sędzia Alina Balicka odroczyła orzeczenie do 13 grudnia. – „Sąd uznał, że sprawa jest na tyle precedensowa, że potrzebuje jeszcze czasu na rozważenie argumentów” – napisał Wachowiec na Twitterze. Zwrócił też uwagę na symboliczną datę wydania wyroku.

>>>

>>>

Prezydent Duda mógłby ją wezwać w 12 minut. (…) Tam należało włączyć kamerę, nakręcić spotkanie dyplomatyczne, zbesztać babsztyla za brzydkie zachowanie i zapytać, czy woli pani przepraszać Polskę i naszego premiera (…) czy wyjeżdża Pani jutro” – takie „rady” dawał Wojciech Cejrowski prezydentowi w sprawie ambasador USA w Polsce. Słowa te padły na antenie prawicowego radia Wnet.

Chodzi oczywiście o list Georgette Mosbacher do Mateusza Morawieckiego, wysłany też do wiadomości Andrzeja. O sprawie m.in. w artykule List ambasador USA do Mateusza Morawieckiego dot. wolności mediów w Polsce wywołał burzę na prawicy”.

A jeszcze niedawno Cejrowski wychwalał jej kandydaturę na ambasadora USA w Polsce.

W lutym na swoim profilu na Facebooku tak pisał o Georgette Mosbacher: – „Trump wysyła swoją znajomą z Florydy, babeczkę, którą zna z dawnych czasów z biznesów (…) bardzo dobry strzał (…)”.Cóż, nie tylko kobieta zmienną jest w swoich opiniach.

Polska zajęła niechlubne ostatnie miejsce w Europie pod względem liczby lekarzy na 1000 mieszkańców. Nad Wisłą życie tak wielu obywateli spoczywa bowiem średnio w ręku zaledwie 2,4 medyków. Tymczasem średnia europejska to 3,8, Niemcy przebijają liczbę 4, a Austriacy 5. Rekordziści – Grecy, mają 6,6 lekarzy na 1000 mieszkańców. Takie ponure wnioski płyną z raportu „Health at a Glance 2018”, przygotowanego na zlecenie OECD.

Powyższe dane wróżą nieuchronne załamanie systemu ochrony zdrowia w Polsce. Tymczasem, choć zagrożenie nie jest nowe, to rok temu protestujący lekarze rezydenci usłyszeli od polityków obozu władzy “niech jadą”, prorządowe media stworzyły historię o “kanapkach z kawiorem”, a spór ze środowiskiem zawodów medycznych zakończył się ostatecznie pyrrusowym dla tych ostatnich porozumieniem, które na dodatek nie zostało dotrzymane przez PiS na etapie wdrażania.

Rząd zadbał bowiem, aby w systemie pozostało po staremu. W budżecie potrzeba środków na obietnice wyborcze, a nie kadry szpitali i przychodni. W efekcie władze zaniechały urealnienia wynagrodzeń do poziomu, który powstrzymałby masową emigrację. Jakby tego było mało, warunki pracy pozostały takie same, a obserwując sytuację na oddziałach szpitalnych, można bez wątpienia powiedzieć, że los sytemu już dziś wisi na włosku. Niemożność racjonalnego wykorzystania przysługującego urlopu, wymuszane dyżury w niewystarczającej obsadzie do liczby pacjentów, spędzanie świąt, Sylwestra w pracy i do tego absurdalnie rozbudowana biurokracja sprawiają, że praca w Polsce jest zadaniem dla wytrwałych.

Rządowy plan, aby zastąpić polskich pracowników ukraińskimi, także się nie powiódł. Ci ostatni nie zdają bowiem bardzo często egzaminów nostryfikacyjnych, a do tego już wkrótce szeroko otworzą się przed nimi oferujące diametralnie lepsze warunki pracy niemieckie kliniki. Walka o pracownika ponownie stanie się nierówna, a rozstrzygnięcie – bardzo szybkie.

Niedobory osiągają już tak duże rozmiary, że wkrótce trudności w dostaniu się do lekarzy nie będą dotyczyć tylko specjalistów, ale także lekarzy rodzinnych. Ci ostatni są bowiem wciąż bardzo nieliczni, a resort ma w planach już za kilka lat wyeliminować z rynku podstawowej opieki zdrowotnej lekarzy innych specjalizacji niż z medycyny rodzinnej, co wyrzuci z przychodni większość obecnie przyjmujących lekarzy.

Polityka pogardy wobec środowiska pracowników ochrony zdrowia będzie miała bardzo bolesne konwencje. Nogami głosują bowiem nie tylko lekarze, ale także pielęgniarki i inne zawody medyczne. Dalsze ignorowanie problemu sprawi zaś, że naprawienie systemu z każdym rokiem będzie coraz trudniejszym zadaniem.

>>>

Nie lękajcie się bolszewików z PiS

10 List

„Mamy w kraju siły, które chcą zmienić ład, będący w mojej ocenie podstawą naszej przyszłości. Józef Piłsudski, kiedy pokonywał bolszewików, a de facto bronił wspólnoty zachodu przed polityczną barbarią, miał trudniejszą sytuację niż my dzisiaj. Kiedy Lech Wałęsa pokonywał bolszewików symbolicznie, kiedy wydobywał z nas to, co europejskie, wolnościowe, to miał trudniejszą sytuację. Dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików?” – mówił podczas wykładu w Łodzi Donald Tusk. Przewodniczący Rady Europejskiej wziął udział w zorganizowanych tam Igrzyskach Wolności.

Tusk wygłosił wykład „11 Listopada 2018. Polska i Europa. Dwie rocznice, dwie lekcje”. Apelował do uczestników forum w Łodzi. – „Nie ma co tutaj czekać na żadnego jeźdźca na białym koniu. Pamiętacie, jak to było z generałem Andersem. Miał być generał na białym koniu, jest pani senator business class. Tak się to marzenie skończyło. Liczcie przede wszystkim na siebie. Pamiętajcie, bez waszych, naszych, Polaków praw i wolności nie ma niepodległości. Brońcie tych praw, tej wolności i brońcie polskiej niepodległości” – stwierdził Tusk.

Były premier mocno podkreślał: – „Chcę jeszcze raz dobitnie powtórzyć, bo to będzie bardzo ważne właśnie dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości. Wszak to Piłsudski powiedział, że naród, który nie szanuje swojej przeszłości, nie zasługuje na dobrą przyszłość. Więc podkreślmy to jeszcze raz, tak wyraźnie jak to możliwe. Bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta. Nie zmieni tego żadna odgórnie narzucona polityka historyczna”.

W wykładzie Tuska nie mogło zabraknąć odniesień, dotyczących ewentualnego Polexitu. – „Kto dzisiaj w Polsce występuje przeciwko naszej silnej pozycji w zjednoczonej Europie, tak naprawdę występuje przeciwko polskiej niepodległości. Nie z racji mojej funkcji, ale głębokiego przekonania, że może to sprowadzić na moją ojczyznę znowu największe z możliwych politycznych zagrożeń, chcę też dzisiaj, w przeddzień rocznicy niepodległości, powiedzieć że to od nas zależy, tu w Polsce, czy politycy doprowadzą do rozbicia UE i do wyprowadzenia Polski z UE” – powiedział Tusk. Ku przestrodze cytował wypowiedzi wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Zdzisława Krasnodębskiego z PiS („Jeśli politycy europejscy nadal będą działać z takim taktem politycznym, wkrótce w Polsce staniemy przed koniecznością referendum w sprawie pozostania w UE”) czy Roberta Winnickiego („Dzisiaj mówimy o tym, że UE w obecnym kształcie się kończy i bardzo dobrze, bo to zły projekt”). Tusk zaznaczył, że ten drugi jest jednym z liderów marszu narodowców, z którym we wspólnym pochodzie przejdą polskie władze. Były premier przypomniał też słowa Dudy, który UE określał wyimaginowaną wspólnotą.

„Działanie ma sens. Lekcja 1918 roku, 1980 i 1988 roku pokazały jednoznacznie, że kiedy działamy, nie narzekamy, wierzymy we własne siły, to przenosimy góry i czynimy rzeczy niemożliwe – możliwymi. Bo rzeczywiście wszystko da się odwrócić. Czcząc bohaterów naszej niepodległości dziś – jutro pomyśleć o tym, co zdarzy się wiosną. Tutaj jestem wierny innemu bohaterowi mojej młodości, Jackowi Kuroniowi i pamiętam do dzisiaj te jego słowa: nie palcie komitetów, tylko twórzcie swoje własne. Spróbujcie nie wykluczając nikogo, pokazując, czym naprawdę jest polska solidarność, spróbujcie w maju pokazać, że wiosną może być wasza, nasza, Polska” – zakończył Donald Tusk swój wykład w Łodzi.

Więcej >>>

Donald Tusk w obszernym wywiadzie, którego udzielił „Gazecie Wyborczej” mówił o historii z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Nie mogło jednak zabraknąć miejsca dla komentarzy, dotyczących obecnej sytuacji, w której znalazła się Polska pod rządami PiS. – „Dzisiaj, choć powodów do podziałów historycznych nie ma, to wzniecanie wzajemnej nienawiści jest jednym z najcięższych politycznych przestępstw tej ekipy. Tak jak niedopuszczalne ze względu na rację stanu jest „budowanie” pozycji Polski na konflikcie ze wszystkimi dookoła, tak moralnie i politycznie niedopuszczalne jest „budowanie” politycznej pozycji na rozniecaniu nienawiści między Polakiem a Polakiem. (…) Wpychanie Polski w izolację, skłócanie jej z sąsiadami i innymi krajami, wyprowadzanie jej z rdzenia Europy, a niebawem w ogóle z Unii, sprawią, że Polska może się stać czyjąś łatwą ofiarą i nie będzie mogła liczyć na pomoc ze strony kogokolwiek. Nie mogę patrzeć na marnotrawienie bezcennej pozycji Polski w świecie, która nie miała analogii w naszych nowożytnych dziejach. To się domaga kary” – powiedział przewodniczący Rady Europejskiej.

Zapytany, czy jego zdaniem PiS chce doprowadzić do Polexitu, Tusk powtórzył to, co mówi w tym kontekście od wielu tygodni: – „To się może wydarzyć, choć to nie jest plan ichniego komitetu centralnego. Politycy rzadko deklarują, że zamierzają zrobić coś złego czy głupiego. Ale politycy robią rzeczy i głupie, i złe. PiS być może nie ma planu wychodzenia z Unii, ale wychodzi. Tak jak Cameron. Są jak lunatycy. Nie wiedzą, że wychodzą. Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować.”.

Były premier ostro podsumował prezesa PiS: – „Kaczyński jest modelowym przykładem polityka niszczącego liberalną demokrację rozumianą jako wolność słowa, wolny rynek, wolne wybory, trójpodział władzy, praworządność, prawa człowieka. Model władzy Putina i Erdogana podoba się i Kaczyńskiemu, i Orbánowi” – powiedział Tusk. Przypomniał, jak zachowywał się prezes PiS podczas niedawnej kampanii wyborczej. – „Jemu każda taktyczna teza przejdzie przez gardło. Po pierwszej turze wyborów samorządowych wybaczył SLD niemal wszystkie zbrodnie i powiedział, że można z nimi robić koalicje w sejmikach. A gdy następnego dnia się okazało, że wynik SLD jest jednak za mały i nie wystarczy do koalicji, to zmienił zdanie” – zauważył Tusk.

Odniósł się też do reakcji, a właściwiej jej braku Kościoła na obecną sytuację w Polsce. – „Dziś mamy do czynienia z agresją i pogardą wobec oponentów i wobec obcych, innych. Ile szkód ta narracja wyrządziła! A Kościół milczy. Niekiedy tylko nieśmiały szept kilku biskupów. Nigdy nie zabiegałem o polityczne poparcie Kościoła, ale dziś dopominam się, by stawał po stronie słabszych, pogardzanych, by wzywał, żeby nie było nienawiści. Ta cisza jest tak głośna, że aż nie do zniesienia” – powiedział były premier.

Nie odpowiedział na pytanie, dotyczące jego powrotu do polskiej polityki. – „Zgłaszając jakąkolwiek deklarację zaangażowania politycznego w kraju, jutro powinienem zrezygnować z pełnionej tutaj funkcji. (…) Nie mogę być dobrym organizatorem pracy Rady Europejskiej, zachowującym bezstronność, jeśli będę występował w charakterze konkurenta jednego z członków tej Rady. Niezależnie od tego, co się zdarzy za rok, dyskrecja jest jedynym dopuszczalnym sposobem postępowania” – zakończył Tusk.

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

PiS to spadkobiercy endeków. W Polsce odżywa haniebny projekt nacjonalistyczny

Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle. Fragment nowej książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”.

Ledwie zdążyli sami się policzyć, polscy aryjscy doktorzy, kiedy z zachodu wjechali jeszcze lepsi Aryjczycy i rozpędzili ich związek. Było ich wtedy 4 161, jedna trzecia ogółu lekarzy, członków ZLPP. W programie: rugowanie Żydów ze wszystkich fachów mających cokolwiek wspólnego z medycyną. Nie będzie im wolno pracować w aptekach, produkować stetoskopów, drukować podręczników ani recept.

W związkowym piśmie „Życie Lekarskie” doktor Ludwik Dydyński naucza, jak wytropić Żydów. Rejestr lekarzy, ku jego ubolewaniu, nie wyszczególnia rasy ani religii. Ale jeżeli ktoś nazywa się Weinberg, Rotberg, Rabinowicz albo Zelman, to sprawa jest oczywista. Także imiona mogą być wskazówką: Szymon, Bernard, Dawid. I, oczywiście, Aron albo Chana. Doktor Dydyński policzył ich wszystkich, od Poznania na zachodzie po Wilno na wschodzie. 4839. Cztery tysiące osiemset trzydzieści dziewięć osób, jedna trzecia ogółu lekarzy. Lecz przypuszczalnie jest ich więcej, wielu nosi dziś polskie nazwiska.

Na dwa tygodnie przed napadem hitlerowskich Niemiec na Polskę związek lekarzy wysyła dramatyczny apel do rządu: trzeba koniecznie zabronić żydowskim lekarzom przybierania chrześcijańskich imion! Jeżeli ktoś urodził się jako Alter, to nie ma prawa nazywać się Artur. Polscy pacjenci nie mogą być oszukiwani i szukać porad lekarskich u wroga. Związek lekarzy rozkleja plakaty: Oto prawdziwi polscy lekarze! Unikajcie innych! Zdarza się, że afisze są zrywane. Związek domaga się, aby policja położyła kres temu niszczeniu. Niestety są chrześcijańscy lekarze, którym brakuje patriotyzmu i którzy protestują przeciw nowym zasadom. Tych trzeba publicznie napiętnować. Ludzie muszą poznać nazwiska tych zdrajców.

Doktorzy zamieszczają w swoim piśmie ogłoszenia: „Doktór Alkiewicz poszukuje kolegi współpracownika, nieżonatego, Aryjczyka”.

Poświęcam temu trochę miejsca, bo opowiadam nowość. Gdy rozpytuję polskich historyków, żaden o tym nie wie. „Związek lekarzy? Paragraf aryjski? Jest pan pewien? Czemu nikt wcześniej o tym nie napisał?”

Ktoś spytał, czy widziałem to czarno na białym. Tak, lecz nie było to łatwe. Na stronach Biblioteki Narodowej są wszystkie kolejne statuty związku lekarzy, z wyjątkiem akurat tego, z 1937 roku. Aby przeczytać to czarno na białym, trzeba pojechać do Warszawy, wypełnić formularz i zaczekać, aż sprowadzą rarytas z piwnicy. We własnym rysie historycznym związku nie wspomina się o sprawie ani słowem. Nikogo jednak nie można oskarżyć o fałszowanie historii. Dziejopis pomija wszystko, co zaszło w latach 1937–1939.

Żaden prawdziwy antysemita nie mógł być zadowolony ze związkowej definicji „żyda”. Najpierw pisano niedbale: Członkiem ZLPP nie może być lekarz żyd. Oczywiście zaczęły się dyskusje, jak to należy rozumieć. Skończyło się na: Członkiem związku może być tylko lekarz chrześcijanin z urodzenia, być może najoryginalniejszej definicji w historii antysemityzmu, nie do przyjęcia ani dla mistyków krwi, ani dla chrześcijan. Dla tych pierwszych zbyt lekko traktuje rasę, dla drugich podważa sens chrztu. Jezus nie miałby wstępu do związku polskich lekarzy, bo nie urodził się niestety katolikiem. Niezależnie od tych logicznych usterek, czy może właśnie dzięki nim, definicja była strzałem w dziesiątkę: dotknęła co trzeciego polskiego lekarza.

*
Czytam z rosnącym poczuciem absurdu. Odrodzona Polska stoi u progu lat dwudziestych zeszłego wieku przed gigantycznym problemem. Trzy zabory, które przez przeszło sto lat były od siebie oddzielone, każdy z własnym systemem szkolnictwa, językiem urzędowym, walutą, gospodarką i systemem prawnym, należy scalić w jeden kraj. Nowo wytyczone granice amputują dawne rynki – a na nowych drogi biegną w złą stronę. Są kopalnie i są stalownie, ale nie łączy ich kolej. Prawo cywilne jest w chaosie, pięć różnych systemów działa równolegle. Mieszkańców Kalisza obowiązuje ślub kościelny i zakaz rozwodów, trzydzieści kilometrów dalej na zachód ważny jest tylko ślub cywilny. Co trzeci obywatel w nowym kraju nie umie czytać ani pisać, co piąte dziecko umiera w kołysce. Co nie powinno dziwić, bo kraj cierpi na dramatyczny brak lekarzy. Ale co druga gazeta utrzymuje, że głównym obowiązkiem Polaka jest tak obrzydzić życie co trzeciemu doktorowi, żeby z Polski uciekł.

*
„HAMAS, HAMAS, JUDEN AUF DEN GAS!”, skandują kibice piłki nożnej podczas meczu w Warszawie w kwietniu 2011 roku. Siedemnastu z nich rozpoznano na zdjęciach i zostali skazani. Z przesłuchań:

Magazynier: Nie znam historii Żydów. Nie zastanawiałem się, po co to się krzyczy na meczu. Śmiałem się z tego.

Student uczelni technicznej: Z hasła „Hamas…” nie rozumiem dwóch pierwszych słów. Jak krzyczałem, domyślałem się, co znaczy „gas”. „Juden” nie było mi znane. Nie robiłem hitlerowskiego pozdrowienia, tylko coś pokazywałem.

Uczeń technikum informatycznego: Wiem, że Żydzi byli mordowani w komorach gazowych. Skandowałem przeciwko kibicom Widzewa. Kojarzą się oni w środowisku kibiców jako klub żydowski, nie wiem dlaczego. Nie wiedziałem, że to przestępstwo.

Fryzjer: Wiem, co znaczy to hasło, ale krzyczała cała trybuna. Krzyczałem: „Humus”. Nie chciałem, żeby ktoś zauważył, że nie dopinguję drużyny.

Student politologii:  Nie rozumiałem, bo to było po niemiecku.

Bezrobotny elektryk: Wiem, co znaczy „Hamas, Hamas…”, to „Żydzi do gazu”. Nie jestem rasistą. Nie wiem, dlaczego krzyczałem. Wszyscy to krzyczeli.

Fizjoterapeuta: Dałem się ponieść emocjom. Zrobiłem to nieświadomie.

Zawodowy żołnierz: Łódź była traktowana jako żydowskie miasto. Jak ktoś zapowiada doping, to krzyczę.

Wśród skazanych są także magister historii, pracownik sądu i dwaj prywatni przedsiębiorcy. Odmówili składania zeznań. Prokurator nie spytał, czy którykolwiek z nich widział kiedyś Żyda. Chyba dlatego, że z góry znał odpowiedź.

*
Śni mi się, że popełniam fatalną pomyłkę. Zapałałem sympatią do chłopca, chociaż wiem, że nie powinienem. Jest uroczy, ale jego uśmiech powinien był mnie ostrzec. Wraz z nim wdzierają się potwory. Mrówki, wielkie jak szczury, przysysają się do mego ciała. On stoi i przygląda się, nieporuszony. Tak jakby chciał powiedzieć: Dziwisz się? Udaje mi się pozrywać mrówki, ale pozostawiają otwory w skórze. Z niektórych wystają jakieś nici. Z innych coś, co wygląda na robaki. To obrzydliwe, wyciągam je, w bólu jest nuta zmysłowej rozkoszy, tak jak przy wyciąganiu szwów. Największy ma sześć metrów długości. Gdy już się od nich uwolniłem, moje ciało jest pełne wydrążonych kawern i korytarzy, jak gniazdo termitów.

*
„Polski antysemityzm”, tak należy mówić. Nie „antysemityzm w Polsce”. Zupełnie własna paranoja, uszyta na miarę dla Polski. Ekstremalnie odporna na zużycie. Przeżywa, jak się okazuje, w każdych warunkach, nawet bez Żydów. Tak dopasowana, że musiała powstawać w laboratorium.

Nazywał się Roman Dmowski, nasz polski Frankenstein. W grudniu 1919 roku odrodzona Polska ma rok. W Londynie John Maynard Keynes pisze książkę o Europie po wielkiej wojnie. Nie wierzy, że nowej Polsce uda się przetrwać zbyt długo. „Polska to gospodarcza niemożliwość, w której jedyny przemysł to judzenie przeciw Żydom”.

John Maynard Keynes jest niesprawiedliwy, a oprócz tego nie ma racji: istniało wiele innych gałęzi gospodarki. Jednak Keynes spotkał Romana Dmowskiego i mógł odnieść wrażenie, że sensem wolnej Polski było, aby Polacy mogli poniewierać swoje mniejszości bez wtrącania się obcych. Keynes nie był w tym odosobniony. Brytyjski minister Robert Cecil uznał ataki Dmowskiego na Żydów za „odrażające” (repugnant). Pisarz Gilbert Keith Chesterton zapamiętał tylko jedną replikę z rozmów z polskim politykiem. „Żydzi zabili naszego Jezusa”. Brzmiało to, jakby Jezus był Polakiem. Czechosłowacki Edvard Beneš dziwił się, że reprezentant Polski nieomal chełpi się swoimi przesądami.

Mawia się, że historia to suma zdarzeń, z których każdego można było uniknąć. Czemu los musiał wysłać do Wersalu najzdolniejszego z polskich antysemitów, choć tylu było głupich, a jeszcze więcej ani takich, ani takich?

W mojej fantazji Dmowski nie dojeżdża do Paryża. Podobno często chorował w dzieciństwie, choroba mu się odnawia. Sanatoryjne łóżko, exitDmowski. Ktoś inny w naszym imieniu podpisuje traktat wersalski, zabezpiecza granice, zostaje bohaterem narodowym i dożywotnim mężem opatrzności. Dmowski zostaje w cieniu, polski antysemityzm niczym się nie wyróżnia, my zostajemy w Polsce i ta książka nie zostaje napisana.

„Antysemita to osoba nienawidząca Żydów bardziej niż to konieczne”, mówi żydowskie porzekadło. Gdy Roman Dmowski wkracza na scenę około 1890 roku, ludzie z terenów, które kiedyś były Polską, mogą mieć wiele powodów, aby krzywo patrzeć na Żydów. Księża – z troski o swoje zbawienie. Szewc – bo buty Abrama lepiej się sprzedają. Chłop – gdy wyliczył, ile mógłby dostać za żyto, gdyby pośrednik Szymon nie wziął swego. W mieście pan hrabia Kociubiński jest zblamowany w towarzystwie, ponieważ wpuścił Singera do salonu, ale od kogo miałby pożyczać? Nie zapomnijmy też o cierpieniach duchowych: poety wyśmianego przez krytyka z haczykowatym nosem i kuracjusza w uzdrowisku, którego spokój zakłóciła banda hałasujących parweniuszy. „Widać, jak rozmawiają i słychać, jak jedzą!”

Taka jest socjologia w kraju, który przez pięć wieków przyjmował Żydów, ale odmawiał im dostępu do własności ziemskiej, urzędów i cechów. Ale właśnie dlatego, że ludzie nie lubią Żydów z tak różnych powodów, da się żyć. Zawsze się znajdzie ktoś przyjazny czy potrzebujący żydowskich usług. Najprzyzwoitsi są, Bogu dzięki, ci najmożniejsi. To ziemianie, potrzebujący Żydów, aby brali w pacht ich majątki i sprzedawali ich pszenicę.

Stawianie kwestyi żydowskiej, jako całości, ma ten skutek, że się o niej tak traktuje, jakby chodziło o to, czy żydów zasymilować, czy wypędzić lub wymordować. Tymczasem o to chodzić nie może, bo żadne z tych rozwiązań nie leżałoby w naszej mocy, chociażby było najbardziej pożądane. Traktując rzecz realniej, trzeba przyjąć istnienie pewnego odsetku ludności żydowskiej w naszym kraju jako fakt, a wszelkie zagadnienia społeczne i polityczne ztąd wynikające rozpatrywać możliwie przedmiotowo, wyprowadzając z ich oceny wskazania praktyczne, niezależnie od sympatyi lub wstrętu do zakrzywionych nosów i odstających uszów.

Czytam człowieka, którego nauki zrobiły ze mnie uchodźcę, i jestem zdumiony. W jego myśli nie ma porządku. Czasami Żydzi są obcą rasą, czasami tylko kulturą albo religią. Jest w jego antysemityzmie coś wymuszonego. Nie brzmi jak prorok nienawiści, raczej jak księgowy z zatwardzeniem. Bez polotu, bez werwy. Kiedy dochodzę do połowy jego dzieła, nie jestem przekonany o przebrzydłości Żydów, za to pojmuję, że powinienem być, by móc nazywać się Polakiem. I zaczynam rozumieć, że to nie Żydzi są największym problemem Dmowskiego. To Polacy. Jest nas o wiele za mało.

To szczególny gatunek, szukanie najgłębszych motywów antysemity. Czarna pedagogika? Może jakaś trauma z dzieciństwa? Szkodliwa młodzieńcza lektura? Albo coś, co wyłącznie uczniowie Freuda mogliby wyjaśnić? W przypadku Dmowskiego to zbędne pytania. Cechą szczególną jego żydowskiej paranoi jest to, że da się ją zrozumieć także bez namiętności. To nie obsesja jak u Hitlera, nie kategoryczny wniosek jak u Gobineau, nawet nie chrześcijański obowiązek. Dmowski wprawdzie oskarża Żydów o ukrzyżowanie Jezusa, ale sam nie jest chrześcijaninem. To Karol Darwin jest jego prorokiem.

Mamy rok 1901. W Paryżu grają groteskę Alfreda Jarry’ego o królu Ubu, który rządzi „w Polsce, czyli nigdzie”. Minęło sto lat, odkąd królestwo polskie znikło z mapy. Dziadek Izaak rodzi się jako poddany austriacki, tata jako rosyjski, a miasto, w którym ja mam się urodzić, należy do Prus i sprawia wrażenie przedmieścia Berlina: ciężka architektura, solidni rzemieślnicy i wysprzątane ulice.

Ale teraz władza cesarska wszędzie drży w posadach i zaczyna kiełkować nadzieja. Wśród Serbów i Polaków, Litwinów i Estończyków, Słoweńców i Słowaków, Rusinów i Czechów, Chorwatów i Węgrów, i wszystkich innych, którzy albo stracili, albo nigdy nie mieli własnego państwa, z flagą, orderami, teatrem narodowym, znaczkami pocztowymi, uniwersytetem, walutą i własnym królem, albo przynajmniej prezydentem.

Tak pisać nie wypada. Przepraszam wymienione narody. Chodziło wszak o samostanowienie, o język ojczysty i nazbyt długo negowaną odrębność. O demokrację nawet. Ale jak wielu jest w granicach dawnej Polski takich, co marzą o własnym państwie? Którzy potrafią napisać Szczebrzeszyn, noszą żałobę w rocznice przegranych powstań i mówią „pobiliśmy Turka” o bitwie pod murami Wiednia w 1683?

Mniej więcej co dziesiąty, odpowiadają historycy. Gdy sto lat temu spytało się chłopa o przynależność, to mówił „tutejszy” i wymieniał nazwę swojej wsi, w najlepszym razie parafii. A Polacy? „Nie ma ich w domu, panie. Państwo pojechali do miasta”.

„Polacy” to prawie wyłącznie potomkowie ziemiaństwa, jedynej klasy uprawnionych w rzeczypospolitej szlacheckiej. Dziadek Władysław należy do tego małego narodu. Jest wprawdzie tylko konduktorem kolei transsyberyjskiej, lecz jego polskość jest solidnie zakotwiczona w późnym średniowieczu. Nad kominkiem wiszą na pewno pordzewiałe szable. Nie jest jasne, kiedy i jak rodzina straciła majątki. Złośliwcy twierdzą, że przegrano je w karty. W najlepszym razie zostały skonfiskowane za polskie rebelie. Lecz trudno sobie wyobrazić, aby ludzie z Bielewa ronili łzy, kiedy dziedzica Bielawskiego wieziono na Syberię. Polska nie była ich sprawą i być nią nie mogła. Niewolnicy nie mają ojczyzny, a to niewolnicy, dopiero co wyzwoleni, byli ludem w tej części świata. Pańszczyznę zniesiono, gdy dziadek był nastolatkiem, w roku 1864.

Do czego zmierzam? Do tego, że w roku 1901 Roman Dmowski jest narodowcem bez narodu. Lub, dokładnie rzecz biorąc, z malutkim, rozpuszczonym w morzu analfabetów mówiących pięcioma językami. Z tych dwudziestu milionów, które żyją w obrębie dawnych granic Polski, może ze dwa miliony to Polacy, w tym sensie, w jakim od ponad dwustu lat każdy smolandzki parobek czuł się Szwedem.

Jak sprawić, aby na poły zruszczeni warszawscy urzędnicy, śląscy lokalni partrioci z Beuthen, krakowscy kupcy wierni cesarzowi czy muzułmańscy Tatarzy (jak Buczyńscy, antenaci Charlesa Bronsona), przyjęli do wiadomości, że są w pierwszym rzędzie Polakami, dumnymi spadkobiercami królestwa, które ich przodkom odmawiało wszelkich praw? Jak sprawić, aby parobek poczuł, że dzieli los z dziedzicem, lecz nie ze szwagrem, który gada po białorusku i żegna się na opak?

Tako rzecze Roman Dmowski:

Nie wiesz sam, kim jesteś, magistrze Dobrowolski, służąca Jadwigo, szewcze Gontarzu… Ale masz pewnie problem z jakimś Żydem? No, zdarza się – kto nie ma… Więc jesteś Polakiem! Czy te przybłędy nie panoszą się od wieków w kraju, który jest nasz? Kiedyś zwali się Szmul i pasożytowali na tym, co zebrałeś z pola, dziś nazywają się Słonimski i wyśmiewają twoje wiersze w swoim plugawym piśmie. I jest gorzej, niż sądzisz: trzymają sztamę i knują przeciw nam, Żydzi stoją za Stalinem i Żydzi stoją za Hitlerem. I za Haroldem Wilsonem, który zmusił Polskę, by zapisała w konstytucji poszanowanie dla mniejszości. Żeby osłabić nas, rzecz jasna. Dlaczego nas nienawidzą? Czy to nie oczywiste? Bo jesteśmy szlachetni, wielkoduszni i uczciwi, jesteśmy ich przeciwieństwem. Oni nie są Polakami i nigdy nie będą, nawet jeżeli niektórzy udają. Nie, oni mają inny plan. Najpierw wezmą Warszawę, potem wezmą Berlin. A do tych z was, którzy jesteście katolikami: Oni zabili naszego Jezusa!

Tak rozumiem antysemityzm Romana Dmowskiego. Jako projekt integracyjny. John Maynard Keynes może nie całkiem błądził, określając to jako przemysł. Mógł dodać: do produkcji „prawdziwych Polaków”.

Nie jest prawdopodobne, aby Hitler czytał Dmowskiego, chociaż tak mogłoby się zdawać. Podstawową tezę w Mein Kampf, że prawo dżungli jest w stosunkach między narodami prawem najwyższym, nasz narodowy bohater głosi, kiedy mały Adolf jeszcze chodzi do szkoły. W roku 1903 Dmowski ustala to, co po dziś dzień stanowi credo polskich narodowców: że Polak może sobie jeść nożem i widelcem, używać czystej bielizny i słuchać Chopina. Jesteśmy wszak Europejczykami. Lecz gdy natkniemy się na inny sort, to mamy postępować tak jak pawian, gdy spotka szympansa. Bo między plemionami (tak, Polacy są plemieniem) obowiązuje prawo Darwina. „Jesteśmy Polakami i chcemy Polski przede wszystkim dla siebie, chcemy wtedy nawet, gdybyśmy tą Polskę mieli mieć tylko ze szkodą dla wolności ludów i dla postępu, dla cywilizacji i sprawiedliwości społecznej”, głoszą jego uczniowie w „Przeglądzie Wszechpolskim”.

Nieszczęściem Polaka jest, według Dmowskiego, jego kobieca natura. Miękkie serce i słabość do pięknych słówek. Wiara w cywilizację. Wspaniałomyślność i szlachetne gesty. Ogłada i liberalizm. Lecz czym jest humanitaryzm? Oznaką słabości. Tolerancja? Dobra dla pięknoduchów, ale zabójcza dla nacji. Jeśli ma powstać Polska, musimy wpierw nauczyć się deptać inne narody. Rozejrzyjcie się wokół po świecie, czy to nie o to chodzi? Drodzy rodacy, wstyd wam, że życzycie sobie, aby spłonął tartak Abrama i żeby sędzia Izaak Wilhelm skręcił kark. Zawiść, myślicie, to nie po chrześcijańsku. Ale mylicie się! To nie są niskie uczucia. Czujecie patriotyzm, troskę o własny naród!

Jeśli ją obrać z wszelkich dekoracji, myśl Dmowskiego można sprowadzić do następującej tezy: ponieważ jeszcze jesteśmy za słabi, by wierzgać w górę, przeciwko imperiom, wierzgajmy w dół, przeciw mniejszościom, to nabierzemy przynajmniej pewnej wprawy w walce o byt, a przy okazji staniemy się trochę bardziej polscy.

Najoryginalniejsze w antysemicie Dmowskim jest jego uznanie dla żydowskiej kultury. W porównaniu z nią kultura polska jest taka krucha i niepewna siebie samej, że nie znosi bliskości żadnej innej, a już na pewno takiej starej i zahartowanej jak żydowska. Jeżeli Polak ma mieć szansę, by urosnąć, musi zamarynować się we własnym sosie. Bez Żydów, ale też w bezpiecznej odległości od tych, co mówią językiem Tołstoja czy Goethego. Lepiej, by polskie wiejskie dzieci w ogóle nie umiały czytać, niż gdyby miały czytać po rosyjsku, głoszą wyznawcy Dmowskiego.

W uszach wielu brzmiało to oczywiście skandalicznie. Narodowy egoizm, to takie niepolskie, obskuranckie, zupełnie obce naszym tradycjom… I takie niechrześcijańskie! Lecz co, jeżeli właśnie to pogańskość jest najbardziej nęcąca, i wtedy, i teraz?

Jest coś z onanizmu w studiowaniu filozofii nienawiści. Człowiek odnotowuje absurdy, obśmiewa fantazmaty i delektuje się pogardą dla klienteli autora. Żydzi za Stalinem – to może jeszcze ludzie kupią. Ale ile głupoty trzeba, by uwierzyć, że to Żydzi manipulują Hitlerem?

Co za nieporozumienie. Dmowski nie dostarcza ideologii. Dmowski udziela rozgrzeszenia. Sumienie, które potrzebuje ukojenia, nie wymaga logiki ani konsekwencji. Partia Dmowskiego obiecuje wypędzić trzy miliony Żydów, co trzeciego mieszkańca miast. Ile sklepów, młynów, biur adwokackich, gospód, gabinetów lekarskich, gorzelni, mieszkań, warsztatów, kredensów i straganów muszą po sobie pozostawić? Każdy to sobie może wyobrazić, także ci, którzy nie umieją napisać „mojżeszowy”.

Istnieje jakiś inny naród, który ma podobnie? Którego niemal całe narodowe skrzydło, by móc się samookreślić, musi odbić się od „żydowskości”? Po dziś dzień „prawdziwy Polak” nie może chwycić za pióro, nie myśląc zaraz o Semitach, ponieważ polskość jego tekstu wynika z tego, że jest nieżydowski. Wolny od paradoksów, przyziemny, stateczny, pełen szacunku dla przodków. Lecz przede wszystkim platoniczny. „W poezji poznaje się żydów po tym, że wszystkie ich metafory są mięsiste, wilgotne, lepkie, soczyste, woniejące, smakowite”, ustalił już w latach trzydziestych ubiegłego wieku Zygmunt Wasilewski, wyrocznia narodowców w sprawach poetyki.

Niewiele tego na tożsamość, być negatywem fantazmatu. Szczególnie trudno być anty-czymś, czego już nie ma. I trochę niewygodnie, kiedy się pomyśli, jak i dlaczego to zniknęło. Ale nic na to nie poradzisz. Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle.

Fe, ależ jestem niesympatyczny.

*
Fragment książki Macieja Zaremby Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”

Tusk: „Grzechy, głupota obecnie rządzących mogą nas naprawdę wiele kosztować”

PiS ponosi odpowiedzialność za pospolitą chuliganerię, kiboli, naziolstwo i ekstremistów

„Ho, ho! Narracja, jak widzę już przygotowana i przekaz w świat puszczony, że jakby co, to nie my, to oni! Słabe to, bardzo! Legitymujecie marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!” – to reakcja jednego z internautów na wpis Beaty Mazurek na Twitterze.

Rzeczniczka PiS napisała: – „Apel i prośba, aby każdy z uczestników był jednocześnie STRAŻNIKIEM MARSZU. Wszelkie prowokacje natychmiast zgłaszać Policji, ŻW i SM. Nie pozwólmy totalnym zepsuć wielkiego Święta Naszej Ojczyzny. Zapraszamy na Marsz Polskich Patriotów. NIECH ŻYJE WIELKA NIEPODLEGŁA POLSKA”.

„Jeśli dla was naziole są przyjaciółmi, a wybrana w demokratycznych wyborach przez Suwerena opozycja jest wrogiem to komentarz zbędny”; – „Znowu pani dzieli i obraża Polaków! Z pani wypowiedzi wynika, że polscy patrioci to wy-nierząd, kibole i nacjonaliści. A reszta społeczeństwa? – morda w kubeł, bo policja się Wami zajmie.. HAŃBA że „prezydent” został twarzą marszu nacjonalistów. TOTALNA kompromitacja rządzących!!!”;

„Czyli to marsz wszystkich Polaków ale jakby coś się działo to narracja już jest: „prowokacja totalnej opozycji”; – „Już bardziej zepsuć się nie da. Wszystko co było do zepsucia to zrobiliście wy -pisowcy. Naprawdę największe zagrożenie widzicie w opozycji. Nie obawiacie się tych, którzy krzyczeli do PAD: zdejmij jarmułkę i podpisuj? Serio?” – komentowali wpis Mazurek oburzeni internauci.

PiS legitymuje marsz pospolitej chuliganerii, kiboli, naziolstwa i ekstremistów i to WY ponosicie za to PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!! TYLKO WY!!!”

Kaczyński, Duda, Morawiecki fałszują rzeczywistość i historię

10 List

W piątek przed północą poinformowano o tym, że rząd i narodowcy doszli do porozumienia w sprawie organizacji wspólnego marszu w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Do działań obu stron w tej sprawie krytycznie odniósł się Władysław Frasyniuk.

To już pewne. W niedzielę 11 listopada we wspólnym marszu pójdą rządzący oraz narodowcy. Inicjatywa to efekt rozmów obu stron, która kończy kilkudniowe zamieszanie związane z organizacją obchodów. Zachowanie rządu i Stowarzyszenia Marsz Niepodległości skrytykował w rozmowie z TVN24 Władysław Frasyniuk, który stwierdził, że „profesjonalizmu w tych uroczystościach w ogóle nie ma”. – Ze zdumieniem dowiedziałem się, że narodowcy rozmawiali siedem razy z marszałkiem Senatu i ministrem Brudzińskim w sprawie wspólnej organizacji marszu – dodał.

„Znika nam z oczu to wielkie święto”

Były opozycjonista odniósł się także do udziału w marszu głowy państwa. – Wierzę w to, że Andrzej Duda zrobi sobie zarąbiste selfie z jakimś faszystą w kominiarce. Czekam bardzo na takie selfie – stwierdził Frasyniuk. Dodał, że przez ciągłe rozmowy o marszach „znika nam z oczu to wielkie święto, które powinno być radosnym świętem”.

Pytany o to, czy wziąłby udział we wspólnym śpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego 11 listopada stwierdził, że zrobiłby to pod jednym warunkiem. Musiałyby być to „poważnie przygotowane uroczystości, uroczystości, w których jest polski rząd, polski prezydent, ale także Lech Wałęsa, Donald Tusk, liderzy wszystkich partii politycznych”.

Porozumienie obu stron

„Po negocjacjach z Rządem w osobie Joachima Brudzińskiego i Mariusza Błaszczaka udało się dojść do porozumienia. 11 listopada ulicami Warszawy przejdzie wielki, społeczny Marsz Niepodległości z udziałem władz! Rozpoczynamy planowo o 14:00. Przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy o godz.15!” – napisał na Twitterze Damian Kita, rzecznik Stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

Podobne informacje przekazał Szef Kancelarii Premiera. „Wygrała Polska. 11 listopada odbędzie się wielki, wspólnotowy marsz, który uczci setną rocznicę odzyskania Niepodległości!” – napisał na Twitterze Michał Dworczyk.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o tym, co nas czeka.

PiS sprowadził ten najważniejszy dla Polaków dzień do poziomu kiepskiej sztuki z elementami surrealizmu.

Zamiast cieszyć się z obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości Polski, delektować kolejnym dniem wolnym, który dostaliśmy w prezencie, to siedzimy wszyscy jak na szpilkach i z zapartym tchem oglądamy żenujący spektakl. Jaki tego efekt? Ano gdzieś w dal poszedł sobie podniosły nastrój, refleksja, nawet duma, że przed nami takie święto. Pozostał niesmak, lekki szok, zdziwienie, że komuś udało sprowadzić się ten najważniejszy dla nas Polaków dzień do poziomu kiepskiej sztuki z elementami surrealizmu.

Od ponad dwóch tygodni nasze życie zdominował marsz w stolicy. Warszawę zaklepali sobie, dzięki pisowskiemu prawu do cykliczności imprez, narodowcy. Rząd najpierw chciał się do Marszu Niepodległości podłączyć, narzucając organizatorom swoje warunki. Prezydent, z radosnym uśmiechem na twarzy, zachęcał wszystkich do udziału w imprezie narodowców, roztaczał wizję zgody narodowej. Coś jednak w rozmowach poszło nie tak i nagle okazało się, że pan prezydent ma inne zobowiązania, premier również, więc marsz sobie przejdzie ulicami miasta, ale już bez oficjeli partii rządzącej.

Ponieważ od trzech już lat teorie spiskowe rządzą Polakami, walcząc o zaszczytne miano absurdu, postanowiłam przyłączyć się do tego trendu i przedstawić swoje zdanie. Tak więc… cały ten bajzel został szczegółowo zaplanowany przez PiS. Warszawa miała być oddana w ręce narodowców, politycy partii rządzącej wraz z rządem i prezydentem mieli uciec ze stolicy, by radośnie oddać się obchodom Święta w terenie i na licznych mszach modlić się, by w Warszawie burda goniła burdę. Stolica miała zapłonąć od rac, hasła rodem z faszyzmu miały przesłonić piękno obchodów, faszyści europejscy, goszczący na Marszu Niepodległości, mieli dorwać się do głosu z tą swoją ideologią „miłości” i zalać nas mieli banderowcy, którzy nie wiadomo po jakie licho pakują się w nasz 11 listopada.

Ależ na rękę prezesowi i spółce był ten strajk policjantów i pandemia jakaś, która rozłożyła mundurowych na cztery łopatki. Ależ miało być cudnie. Warszawa w ruinie, brak zabezpieczenia przed hordą narodową, totalna demolka, może nawet krew na ulicach i… czyja to wina? Oczywiście Hanny Gronkiewicz-Waltz, całego PO, Rafała Trzaskowskiego, Donalda Tuska, bo on winien nawet niestrawności prezesa. Ależ piękny pretekst, by zniszczyć partyjnych „wrogów”, pokazać ich „teoretyczność”, wykosić i dać sobie szansę na całkowitą wygraną w wyborach parlamentarnych.

Ech, rozmarzyło się towarzystwo, wszystko dograne na ostatni guzik, dokładnie ustalone, zaklepane, a tu… bach… i prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosiła, że władze miasta na ten marsz nie dają swojej zgody. Cały misterny plan legł w gruzach. Naród znowu podzielił się na tych, którzy z zadowoleniem przyjęli decyzję pani prezydent i tych, niesamowicie na nią wkurzonych. Politycy PiS udają, że są oburzeni, jednocześnie informując, że sami chcieli ten marsz odwołać, a co robi Duda i Morawiecki? Muszą biegiem znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, bo teraz to na nich pójdzie nagonka, że zlekceważyli tak ważny dla Polaków dzień. Robią więc panowie dobrą minę do złej gry i w ciągu kilku godzin udowadniają, że niemożliwe staje się bardzo możliwe, proponując Polakom swój własny marsz dla „Biało – Czerwonej”. W równie błyskawicznym tempie Brudziński dogaduje się z policją, licząc, że ok. 35 tysięcy policjantów natychmiast zrezygnuje ze zwolnień lekarskich i zapewni bezpieczeństwo pisowskiego marszu. Mało tego, tak na wszelki wypadek pojawi się na ulicach wojsko i Żandarmeria Wojskowa.

Można powiedzieć, że „kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada”, prawda? Miała być pełna kompromitacja włodarzy Warszawy, a jest totalny bałagan i chaos autorstwa rządzącej partii.

Muszę przyznać, że sama jestem zachwycona swoją fantazją. PiS może mnie spokojnie zatrudnić do tworzenia i głoszenia teorii spiskowych, które mają dać im władzę na wieki wieków. Jednak fantazja fantazją, a co nam się szykuje 11 listopada w Warszawie?

Sąd uchylił decyzję Hanny Gronkiewicz-Waltz. Trzeba się liczyć z tym, że i odwołanie pani prezydent również zostanie odrzucone. To jednak niczego już nie zmienia. Prezydent z premierem nie mają wyjścia i muszą zorganizować swój marsz. Ma on ruszyć o godzinie 15 z ronda Dmowskiego. Obaj panowie ogłosili też, że zgodnie z prawem ich marsz jest priorytetem i nikt inny nie może pomaszerować jego trasą w swoim pochodzie. Tego nie przyjmują do wiadomości narodowcy, którzy po mszy za ojczyznę i różańcu o godzinie 11 przed Sejmem przemieszczą się na rondo Dmowskiego, by o godzinie 14 ruszyć i czcić 100-lecie odzyskania  niepodległości.

Kto pójdzie z PiS-em, a kto z narodowcami? Czy posłanka Pawłowicz wzmocni swoją osobowością Marsz Niepodległości, czy też pokornie stanie w tym dla „Biało – Czerwonej”? A może oba marsze się wymieszają i nagle prezydent będzie szedł pod transparentem z hasłem „Polska dla Polaków” czy też „Biała Europa”, a premier otoczony faszystowskimi gośćmi z Europy będzie machał rączką do tłumów? A może kto pierwszy ten lepszy, więc najpierw ruszą narodowcy, a dopiero za nimi, odgrodzeni wojskiem, celebryci?

Słowo daję, nie wiem, czy śmiać się, czy płakać…

Andrzej Friszke: Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak mamy razem świętować 11 Listopada?

NEWSWEEK: Jarosław Kaczyński snobuje się na marszałka Piłsudskiego?

PROF. ANDRZEJ FRISZKE: I chyba tego specjalnie nie ukrywa. Ale istotne jest, który okres życia marszałka imponuje Kaczyńskiemu najbardziej.

Który?

– Wygląda na to, że ten po zamachu stanu w maju 1926 r. Operacja, którą przeprowadza w sądownictwie, narzuca porównanie właśnie z tym okresem.

Marszałek walczył z partiokracją. Mówił: „konstytuta – prostytuta; pierdel, serdel, burdel”. A prezes Kaczyński walczy z układem w sądach.

– Pan się odwołuje do dosadnych i brutalnych określeń marszałka, ale porównanie jest ułomne z prostego powodu: Piłsudski to Piłsudski, zaś Kaczyński to Kaczyński. Piłsudski to twórca niepodległego państwa, przywódca Legionów…

A Jarosław Kaczyński?

– Działacz opozycji demokratycznej w PRL, jeden z wielu.

W lutym 2016 r. prezydent Andrzej Duda zastanawiał się wraz z gośćmi nad strategią polityki historycznej. Co to jest taka strategia?

– Dla mnie historia to nauka, opisywanie przeszłości. Dla nich to coś innego – element ideologii potrzebnej do wychowania narodowego. Rozmawiali więc pewnie o tym, jak wychowywać naród. I jest to – jak widać – wychowywanie w duchu nacjonalizmu i militaryzmu.

Pan prezydent wyraził uznanie dla niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”: Niemcy nakręcili obraz pokazujący ich wersję historii – co jest przebiegłe i godne naśladowania. Zgadza się pan?

– Historia to archiwa, roczniki starych gazet, relacje świadków, porównania, analizy. Ja jestem zawodowym historykiem. A film to sztuka, wizja reżysera. „Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”. Pamięta pan?

To błąd, że w III RP nie kręcono filmów historycznych?

– Ależ kręcono, przypomnę serial o życiu marszałka Piłsudskiego w latach 90., z Zapasiewiczem w roli głównej…

Panie profesorze, teraz będą wysokobudżetowe filmy z Danielem Craigiem i Angeliną Jolie.

– Chodzi nie o historię, tylko o narrację. Taki dobór wątków, postaci, elementów, żeby można było utkać opowieść pożądaną przez władzę, trafiającą do przekonania odbiorców.

Narracja wymusza opowieść w barwach czarno-białych. Gubią się szarości. Uchwałę o upamiętnieniu 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął przez aklamację, bez żadnej dyskusji.

– Opozycja kompletnie przespała tę sprawę. Nie zorientowała się, że wcale nie chodziło o upamiętnienie NSZ, ale o obalenie mitu Armii Krajowej. To AK była główną siłą walczącą z Niemcami, była armią państwową, skupiającą wszystkich od lewicy do prawicy. Kto nie był w AK? Komuniści i skrajni nacjonaliści. Uchwała rozbija ten obraz.

Przeciwstawia twardych patriotów NSZ żołnierzom z AK, którzy zaprzestali oporu i zaczęli się ujawniać Sowietom?

– Przesuwa akcent z wojny na powojnie i to ma bardzo krótkie nogi. Bo dla milionów polskich rodzin to wojna była najważniejszym, kluczowym doświadczeniem. W czasie wojny Polacy byli zjednoczeni. Rząd Polski był w Londynie, Armia Krajowa w podziemiu. Tymczasem uchwała eksponuje grupę radykalnych nacjonalistów i antysemitów, w 1944 r. zwolenników kolaboracji z Niemcami.

Ostre słowa.

– One opisują NSZ.

Do uchwały sejmowej trafiła Brygada Świętokrzyska. To fakt, że akurat oni mieli za sobą współpracę z Niemcami: oficerowie łącznikowi z SS czy przerzucanie dywersantów z terenu III Rzeszy na tyły armii sowieckiej.

– Na emigracji tym ludziom odmawiano praw kombatanckich. Akowcy nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego. Fundamentalna zasada brzmiała: „Nie kolaboruje się z Niemcami”. A oni ją złamali. Dziś się ich wybiela. Zrównywanie NSZ z AK to rozbijanie opowieści o polskim oporze, niezłomnej postawie wobec niemieckiego nazizmu.

W książce „Przeciwko Pax Sovietica” Mariusz Bechta i Wojciech J. Muszyński piszą o kapitanie Romualdzie Rajsie, ps. Bury, usprawiedliwiając spalenie przez jego oddział białoruskiej wsi.

– To, że oddział Rajsa „Burego” dopuścił się zbrodni wojennej w Zaleszanach i nie tylko tam, to sprawa oczywista. Był zresztą werdykt IPN w tej sprawie. Trudno na to patrzeć inaczej.

Można. Wspomniani autorzy piszą, że zginęli tylko ci, którzy się nie podporządkowali rozkazom i zostali w domach. A było to tak, że matka zostawiała niemowlę, „bo zaraz wrócę, co mam z dzieckiem chodzić po mrozie”. Jakaś rodzina nie miała butów, więc została w domu. Potem wszyscy spłonęli żywcem, leżą na wiejskim cmentarzu.

– A więc ofiary same sobie są winne? Obrzydliwe! Działania partyzanckie często łączyły się ze zbrodniami. Bury jest tu klinicznym przypadkiem, ale przecież daleko niejedynym. Mówienie, że ktoś walczył z Niemcami czy z Sowietami i samo to czyni go bohaterem bez skazy, jest nadużyciem, kłamstwem historycznym. Ich nie obchodzi to, że kłamią – to dla mnie jasne. Jednak trudno mi zrozumieć tę logikę. Jaki walor wychowawczy może mieć eksponowanie Rajsa „Burego”?

Patronem 1. Brygady Wojsk Obrony Terytorialnej został płk Władysław Liniarski ps. Mścisław…

– Komendant białostockiego okręgu AK.

Pułkownik Liniarski złożył zeznania obciążające generała Emila Fieldorfa „Nila”, który potem został stracony. Liniarski był potwornie skatowany, na salę sądową nie mógł wejść o własnych siłach, po latach odwołał te zeznania, ale… I jak to oceniać?

– Tu dotykamy czegoś, co jest prawdziwą historią. Opowieść o dylematach, osobistej tragedii oficera i człowieka. Czy my możemy go oceniać? Albo potępiać? Bo nie wytrzymał bestialskich tortur i powiedział za dużo? Historia tamtych czasów powinna skłaniać do namysłu. A Liniarski to dobry przykład dramatu, niejednoznaczności tamtego czasu. Ale można jego historię opowiedzieć inaczej. Zrobić z niej szopkę. Historię kukiełkową. W sumie to proste – wystarczy wyciągnąć jeden fragment życiorysu, napompować i już mamy gotową konstrukcję ideologiczną. Tyle że to nie jest historia, a fałsz.

Jarosław Kaczyński mówił kiedyś, że wobec kompromitacji postaci Wałęsy to jego brat Lech stanie się postacią symboliczną dla ruchu Solidarność.

– No, niech pan da spokój. Musiałby spalić archiwa, gazety z tamtego czasu i jeszcze wypalić wspomnienia z głów ludzi. To Orwell! Jakaś głupota! Wszyscy wiedzą, kto był przywódcą Solidarności!

Poseł PiS Janusz Śniadek, były szef S, mówi, że z Lechem Kaczyńskim jako symbolem związku to jest dobry pomysł.

– Pamiętam takich jak pan Śniadek jeszcze z PRL. Byli gotowi potwierdzić każde kłamstwo, byle się przypodobać władzy.

Lech Wałęsa mocno pracował na erozję swojego mitu: w latach 70. podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, a w latach 90. robił wszystko, by zlikwidować obciążające go papiery.

– Prawda. Ale to kolejny dowód na to, że historia nie jest czarno-biała; rzadko trafiają się ludzie ze spiżu. Ale to, co oni robią z postacią Wałęsy, to jakiś absurd. Próbują zniszczyć przywódcę, bez którego nie byłoby Solidarności. Gdyby nie on, mielibyśmy kilka związków dowodzonych przez ambitnych działaczy. Po 13 grudnia SB chciała nakłonić Wałęsę do zdrady; niech stanie na czele fasadowej Solidarności, a ekstremiści zostaną w podziemiu i zakłócą się na śmierć. Ale Wałęsa Solidarności nie zdradził, nie poszedł na kolaborację. Można mieć do niego mnóstwo pretensji, ale – że zaryzykuję karkołomne porównanie – co jest istotniejsze w życiu Pawła z Tarsu? To, że w młodości prześladował chrześcijan, czy to, że był apostołem, męczennikiem, że stał się święty?

Jarosława Kaczyńskiego można chyba zrozumieć. Robi to dla pamięci brata.

– Nie, tego nie można zrozumieć. Lech Kaczyński nie był przywódczą postacią w Solidarności. Był doradcą WZZ i Regionu Gdańskiego, zajmował się prawem pracy. Nawet nie aspirował do roli politycznego doradcy, jakimi byli Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. Od 1983 r. pracował w biurze Wałęsy i dlatego awansował w hierarchii. Po 1989 r. zawalczył o przywództwo, ale przegrał z Marianem Krzaklewskim. I to koniec tej historii. Nie może być symbolem S. To bzdura.

Czy „tamta strona” nie ma prawa do poczucia krzywdy? W III RP mieliśmy do czynienia z wieloma zapomnianymi bohaterami, o Annie Walentynowicz czy małżeństwie Gwiazdów wspominało się rzadko i z dopiskiem, że trochę odjechali.

– Odbywały się dyskusje, pisano artykuły w gazetach, kręcono filmy dokumentalne. Ale ludzie bardziej interesowali się sprawami bieżącymi: transformacją ustrojową, dramatami robotników z zamykanych zakładów, wzrostem bezrobocia, fascynacją możliwościami nieskrępowanego wyjazdu na Zachód…

I co się teraz stało?

– Zmienił się klimat społeczny. Dziesięć lat temu zwykłych ludzi nie podniecała historia, a teraz stała się tak ważna. Dlaczego? Tego nie jestem w stanie powiedzieć. Dobre pytanie do psychologa społecznego.

Bronisław Wildstein mówi, że w III RP też była polityka historyczna, ale dominowała pedagogika wstydu.

– Ale co ma być tą pedagogiką wstydu? Że wstydzimy się tego, że Polacy mordowali w Jedwabnem? To chyba nie jest powód do chwały. Ale równolegle opowiadano o AK, o powstaniu warszawskim, przypominano Katyń, można mnożyć przykłady.

Profesor Legutko uważa, że jest u nas silna tradycja wyrzekania się polskości.

– Jakaś obsesja. Nie spotkałem nikogo, kto by się jej wyrzekał. Tu chodzi o coś innego – o wykreowanie opowieści o tym, jacy to jesteśmy wspaniali. O tym, że Polacy albo byli bohaterami, albo ofiarami. W taką opowieść Jedwabne czy pogrom kielecki wpisują się słabo. Słyszał pan słowa minister edukacji? Jedwabne: „ta dramatyczna sytuacja jest kontrowersyjna”. Kielce: „różne były zawiłości historyczne”. Według nich Polska jest bezgrzeszna. A tego historycznie udowodnić się nie da.

Wy mówiliście Gombrowiczem, to oni mówią Sienkiewiczem.

– Jaka wymyślna konstrukcja! Tylko że to żaden Sienkiewicz, ale egoizm: „Myśmy cierpieli, a inni mają to uznać”.

A „Polska to brzydka panna bez posagu” – jak powiedział Władysław Bartoszewski? Tak?

– Rozumiem, że tamtą stronę obraża określenie „brzydka panna”. Cóż, nie jesteśmy pępkiem świata.

Bartoszewski nawet po śmierci jest za to atakowany.

– Mowa o tym panu z telewizji publicznej, który dziwił się, że Bartoszewski przeżył Auschwitz? Co ja mam powiedzieć? Ręce opadają! A wracając do tematu, to przecież chyba jasne, że nie jesteśmy bardzo ważni z punktu widzenia Wielkiej Brytanii czy Stanów. Czyli sami musimy zabiegać o to, by rozumiano nasze prawo do bezpiecznej egzystencji, uczestniczenia w życiu międzynarodowym, wymianie kulturalnej. To także nakłada na nas pewne obowiązki – choćby takie, by sobie samemu nie szkodzić.

Czym sobie szkodzimy?

– Pompowanie NSZ skończy się tym, że będziemy musieli tłumaczyć, że w czasie wojny nie kolaborowaliśmy z Hitlerem. Sami na własne życzenie wyprowadzamy się ze świata demokratycznych wartości. Robi się z tego pułapka, bo mówimy Ukraińcom: „Wy nie macie prawa powoływać się na UPA”. A oni odpowiedzą: „A Polacy mogą powoływać się na NSZ?”.

Prezes IPN Jarosław Szarek przyznaje, że w stosunkach z Ukraińcami mamy zimną wojnę. Mówi, że Ukraińcy muszą przejść taką drogę jak Niemcy.

– Ukraińcy mają niezależne państwo i pan Szarek nic nie może im narzucić. To dziecinada. A odpowiedzią na nasz egoizm narodowy będzie ich egoizm narodowy. I drastyczne pogorszenie stosunków z ważnym sąsiadem.

Paradoksalnie to akurat podważa dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego, który potrafił sporo znieść dla poprawy relacji z Ukrainą czy Litwą.

– Lech Kaczyński te sprawy miał głęboko przepracowane. Trudne relacje z Ukrainą, Litwą, Niemcami, Żydami. Potrzeba uśmierzania napięć. Problem stosunku do własnej przeszłości – to wszystko nie dość, że atrakcyjne intelektualnie, to jeszcze pozwalające budować wspólną przyszłość z innymi narodami. Lech Kaczyński wiedział, że jeśli mamy budować przyszłość, to należy być nieco powściągliwym w mówieniu o swoich krzywdach. Aby dialog nie kończył się na licytacji, kto wycierpiał więcej. Obóz dzisiejszej władzy niszczy dorobek Lecha Kaczyńskiego.

Dzieli nas niemal wszystko. Gwizdy przy mogiłach powstańców, Muzeum II Wojny Światowej, Lech Wałęsa, okrągły stół. Czy Polacy są jeszcze w stanie rozmawiać na temat wspólnej historii?

– Rozmowa? Przecież trwa rewolucja! Ma doprowadzić do zmiany elit, do zmiany miejsca Polski w Europie. Ma zniszczyć państwo liberalne i zastąpić go jakimś tworem ludowo-plebejskim. Chcą stworzyć Polskę alternatywną do tej, jaką znamy od 1989 roku.

Prezydent Andrzej Duda mówi, że trzeba odbudowywać wspólnotę.

– Prezydent już podzielił nas na bohaterów i zdrajców. Zarzucił elitom III RP, że uprawialiśmy postkomunizm, że nie dbaliśmy o bohaterów. Te oszczerstwa raczej wykluczają możliwość dialogu.

11 Listopada Polacy będą świętować podzieleni?

– Na nic innego się nie zanosi. Bo niby jak mamy świętować razem? Nie wyrzeknę się wolnej, demokratycznej Polski, którą odbudowaliśmy po 1989 roku. A oni ten ideał opluwają. Nie tylko. Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak świętować razem?

Mamy 100-lecie niepodległości. Może prezydent stanąć w szeregu z Lechem Wałęsą, Aleksandrem Kwaśniewskim, Bronisławem Komorowskim?

– To niemożliwe w świetle tego, co się dzieje w Polsce. Oni rozmontowują niezawisłe sądy, a my mamy spuścić na to zasłonę milczenia na jeden dzień i powiedzieć: „Dobra, maszerujmy”?! Nie ma na to zgody.

Na czym polega nasz spór?

– W naszej tradycji są dwa alternatywne sposoby patrzenia na Polskę i polskość. Jedna to tradycja nacjonalistyczna: emocjonalna i egocentryczna. Taki Dmowski, ale w wersji populistycznej – uproszczony, ludowy. A tradycja przeciwna jest obywatelska – przed wojną obóz Piłsudskiego, w okresie tworzenia państwa – chce jak najszerszego konsensusu dla budowania państwa i jest otwarta na modernizację. Te wizje się trudno spotykają, bo mówią zupełnie różnymi językami.

Czyli – jak to mamy w polskiej tradycji – porozmawialiśmy sobie o dwóch trumnach: Piłsudskiego i Dmowskiego?

– Oczywiście. Trzecia RP była obywatelska. A teraz mamy próbę budowania Polski plebejskiej i nacjonalistycznej.

Stulecie odzyskania niepodległości szykuje się nam raczej smutne?

– Niestety, na to wygląda.

Wywiad pochodzi z listopada 2017 r.

(fragment wywiadu)

Donald Tusk: Naprawdę nie musimy dać się nieść trendom. Zawsze byli antysemici i nacjonaliści, socjaliści i liberałowie, ludzie mroku i oświecenia. Ale na końcu są zawsze konkretne decyzje konkretnych polityków. I one przeważają.

Adam Michnik: W 1989 r., już na paszportach dyplomatycznych, pojechaliśmy ze Zbigniewem Janasem, Zbigniewem Bujakiem i Janem Lityńskim do Pragi. Tam reżim jeszcze trzymał się mocno. Jirzi Dienstbier, późniejszy minister spraw zagranicznych Czechosłowacji, mówi: – U nas rządzi taki Milosz Jakesz, najuczciwszy polityk na świecie, bo wygląda jak idiota, mówi jak idiota i jest idiotą.

Donald Tusk: Chcesz powiedzieć, że to znak czasu. Przewrotny początek. Ale rzeczywiście dziś w polityce szczery i autentyczny idiota wzbudza w niektórych więcej zaufania niż mędrzec hipokryta. Ktoś, kto z przekonaniem i zaangażowaniem mówi bzdury, ma dziś większe szanse niż rozsądny nudziarz. Można wygadywać bezkarnie rasistowskie i ksenofobiczne brednie, szczuć na mniejszości, obrażać ludzi i całe narody… I wygrywać. Najgorsze, że dla populistów naszych czasów często nie ma alternatywy. A może zawsze tak było?

STYL TRUMPA I FASCYNACJA PUTINEM

A.M.: Jakie są dziś z punktu widzenia przewodniczącego Rady Europejskiej największe zagrożenia dla demokracji? Fundamentalizm islamski? Terroryzm? Populizm? Rosja? Putin?

– Z demokracją liberalną mamy ten problem, że pojawili się w Europie przywódcy polityczni, tu Viktor Orbán jest najbardziej spektakularnym przykładem…

Jarosław Kurski i Adam Michnik (jednocześnie): Twój przyjaciel Orbán!

– Tak, mój przyjaciel Orbán jest spektakularnym przykładem przywódcy, który potrafił przekonać swoich wyborców, że to liberalna demokracja jest źródłem naszych słabości i porażek, że albo wolność i bałagan, albo silna władza i porządek. I kryzys migracyjny dostarczył mu sporo argumentów. Opłaciło mu się – nie tylko jemu – wrócić do narracji znanej z przeszłości, że wolność i bezpieczeństwo są w opozycji. Za nielegalną imigracją idzie lęk o utratę tożsamości. Lęk obiektywny, nie musi mieć nic wspólnego z rasizmem czy ksenofobią. W Europie postępuje zwątpienie w demokrację – myśl, że jedyną odpowiedzią na terroryzm i nielegalną imigrację jest silne, autorytarne państwo. I jak się uda ludzi przekonać, że „albo-albo”, to większość zawsze wybierze bezpieczeństwo. Ale to fałszywa opozycja.

Nie muszę czytelników „Wyborczej” przekonywać, że wolność słowa, wolne wybory, wolny rynek, równowaga władz, praworządność nie mają nic wspólnego ze skutecznością straży granicznej. To, że tak trudno kontrolować granice na Morzu Śródziemnym – miękkie podbrzusze Europy – nie wynika z ustroju politycznego Grecji i Włoch. Liberalna demokracja jest w stanie skutecznie walczyć z nielegalną migracją i terroryzmem. Autokratyczna demokracja typowa dla Wschodu nie jest żadnym rozwiązaniem.

Na szczęście dzisiaj już wszyscy rozumieją, że kontrola granicy zewnętrznej to nie ideologiczny wybór, tylko fundamentalny obowiązek każdej władzy. Nic nowego. Nowe jest zupełnie inne, bardzo poważne zjawisko. To nowa strategia geopolityczna Waszyngtonu i prezydenta Trumpa. Po raz pierwszy w historii mamy Amerykę nieprzychylną idei zjednoczonej Europy. To manifestacyjnie okazywany fakt – w słowach, gestach i czynach. Trump uznał, że USA będą się miały lepiej, jeśli uporządkują świat na zasadzie: my, Ameryka, a z drugiej strony jednostkowe państwa. Tak jakby chciał rozłożyć świat na czynniki pierwsze, bo wówczas USA mogą zyskać więcej korzyści.

Paradoks jest taki, że nie może tego zrobić wobec najpoważniejszego konkurenta, jakim są Chiny, więc robi to wobec jedynego prawdziwego alianta, jakim jest zjednoczona Europa. To niesie wielorakie ryzyko. Biorąc pod uwagę styl władzy Trumpa i fascynację niektórych polityków europejskich Putinem, obawiam się infekcji wschodniego sposobu myślenia o polityce. Ona dotarła już do wielu miejsc w Europie. W tym sensie Rosja nie jest dziś dla Europy zagrożeniem militarnym, tylko ideowym. To, co Aleksander Dugin mówi Putinowi – jak powinna wyglądać rosyjska geopolityka i rosyjski ustrój – znajduje klientów intelektualnych także w Europie. I to uważam za bardzo poważne zagrożenie.

A.M.: Także w Polsce.

– Kaczyński jest modelowym przykładem polityka niszczącego liberalną demokrację rozumianą jako wolność słowa, wolny rynek, wolne wybory, trójpodział władzy, praworządność, prawa człowieka. Model władzy Putina i Erdogana podoba się i Kaczyńskiemu, i Orbánowi.

ZNOWU TE DWIE TRUMNY

J.K.: Ta władza ma na twoim punkcie obsesję. Jeden tweet wytrąca ją z równowagi, zaraz komentarze i kanonada rządowej propagandy.

– Tak sądzicie?

J.K.: No jednak – przyjeżdżasz do Warszawy na przesłuchanie, na dworcu tłumy. Tłumy w Krakowie, we Wrocławiu…

– Emocje rządzą dziś polityką nie tylko w Polsce. Dożyliśmy czasów, że w polityce są ważniejsze niż racjonalne argumenty. Miłość, nienawiść, rozpacz, nadzieja stały się solą polityki. Nie akademicki wykład. Źle się czuję w atmosferze tego ostrego konfliktu, w dodatku bardzo spersonalizowanego. Bo tak się złożyło, że ten wielowymiarowy i historyczny spór polityczny dziś ma twarze Kaczyńskiego i Tuska. Ale to tylko współczesna forma czegoś, co ma głębokie i zadawnione źródła.

J.K.: Władza się ciebie boi, bo definiuje jako realne dla niej zagrożenie. A nuż on wróci…

– Dla oponentów dzisiejszej władzy pamięć o nieodległych w czasie zwycięstwach Platformy jest znakiem nadziei. Że skoro można było wtedy, to może da się też wygrać jutro. I że jestem człowiekiem, który ma na to patent. Ale to za proste.

Donald Tusk, zawód: polityk

J.K.: Przyjechaliśmy tu, do Brukseli, na rozmowę o stuleciu niepodległości do wydania gazety „Wyborcza na Drugą Setkę”. Nie uciekniesz więc od przyszłości i teraźniejszości.

A.M.: Napisałeś kiedyś w „Znaku” tekst nasycony goryczą: „Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi”.

Europa przed nadchodzącymi wyborami nie ma lidera. Jeśli nie Angela, to kto ma jej przewodzić, czyli bronić Unii Europejskiej przed jej destruktorami? Czy Merkel może zastąpić w tej roli Macron?

Siły destrukcji to populiści i skrajna prawica ze wsparciem Putina. Odgrażają się, że w wyborach europejskich zdobędą większość. Po co im większość? Przecież nie do tego, by przedłużyć żywot Unii, tylko żeby ją wycisnąć finansowo i wykończyć politycznie. Taka jest stawka wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. Partie proeuropejskie powinny wystawić kandydatów świadomych, jak ważne są te wybory. Muszą umieć kontrować i demaskować hasła nacjonal-socjalistów.

Prezydent Francji akurat w tym jest dobry. W związku ze stuleciem zakończenia I wojny światowej – a to wydarzenie ważniejsze niż powstanie na gruzach trzech imperiów nowych państw narodowych, w tym Polski – odwiedzał miejsca bitew, które kosztowały życie setek tysięcy młodych ludzi. Nazywał rzeczy po imieniu. Trąd nacjonalizmu i ingerencje sił zewnętrznych zagrażają pokojowi w Europie.

Po odejściu Angeli Macron zostanie sam jako rzecznik i obrońca Europy. Ma talent, nie ma sojuszników. Nie boi się populistów, ale we Francji idą oni łeb w łeb w sondażach z jego partią. Jeśli nie wzmocni się we własnym kraju, nie będzie silnym liderem Europy.

Złote lata „europejskie marzenie” ma za sobą. Niechętny Unii jest zarówno Trump, jak i Putin. Wielka Brytania poszła za fletem eurosceptycznych szczurołapów. Pokojowo-demokratyczna europejska wspólnota otwartych granic i praw człowieka nie inspiruje prezydenta Chin Xi. Turcja Erdoğana już do Unii drzwi sama dla siebie ostatecznie zamknęła po rozprawie z „puczystami”.

Trzeba się liczyć z rozpadem, w tej czy innej formie, Unii w jej obecnym kształcie. Ekipa Macrona patrzy złym okiem na Kaczyńskiego, Orbána i innych przywódców postkomunistycznej „nowej Unii”, którzy rozbijają UE od wewnątrz. „Stara” ma większe szanse poradzić sobie z populistycznym kryzysem, dawne „demoludy” – mniejsze. Nikt z liczących się przywódców na Zachodzie nie będzie o nas walczył. Jak zwykle musimy poradzić sobie sami. I w Polsce sobie poradzimy.

Waldemar Mystkowski pisze o tragifarsie przygotowań do marszu.

Były minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz w apelu o odzyskanie 11 listopada jasno wyraża się, w jakim miejscu znajduje się państwo polskie. Sienkiewicz zasłynął określeniem „państwo teoretyczne”, które dostało wykładnię w książce o tym samym tytule. Minister rządu PO-PSL apeluje o podpisanie petycji, wg której na mocy spec-ustawy winno się ustanowić święto 11 listopada organizowane tylko przez państwo polskie, abyśmy nie kompromitowali się zgodą na „na ponure marsze ludzi w kominiarkach, nienawistne, rasistowskie, ksenofobiczne transparenty i okrzyki”.

PiS miał 3 lata, aby do postulowanej sytuacji doprowadzić. Ale zarówno prezydent Andrzej Duda, jak i premier Mateusz Morawiecki obudzili się 4 dni przez obchodami 100 rocznicy odzyskania niepodległości, gdy Marsz Niepodległości nacjonalistów i neofaszystów został zakazany przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Zakaz został przez sąd anulowany, bo ma podstawy prawne w ustawie o zgromadzeniach cyklicznych, której autorem są orły PiS. Ustawa pisana była pod miesięcznice smoleńskie, które już się nie odbywają. Zarówno rząd, jak i kancelaria Dudy mogły napisać spec-ustawę, o którą apeluje Sienkiewicz, lecz były zajęte innymi sprawami demolującymi państwo polskie.

W tej chwili sytuacja z obchodami przedstawia się absurdalnie, operetkowo. Joachim Brudziński w ostatniej chwili podpisał porozumienie ze służbami mundurowymi. Funkcjonariusze gremialnie zapadli na zdrowiu, którego odzyskanie stało się możliwe tylko w wypadku podwyżki pensji i licznych przywilejów socjalnych. Brudziński dostał prikaz od Kaczyńskiego, aby iść na wszelkie ustępstwa i poszedł. Policji w ochronie marszu ma pomóc wojsko, które ściąga do Warszawy najnowocześniejszy sprzęt i „ochotników”.

Nadal Kancelarie Prezydenta i Premiera negocjują z narodowcami warunki wspólnego marszu. Szantaż nacjonalistów jest skuteczny, nikt nie będzie w stanie kontrolować ekscesów. Podczas marszu najpierw przemawiać będzie prezydent, ale ostatnie słowo ma należeć do przedstawiciela nacjonalistów.

Szef Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski chwali się na Twitterze, że w dniu Święta Niepodległości budynki w wielu krajach będą podświetlone na biało-czerwono. I tak najbardziej spektakularnie uroczystości za granicą organizuje Sławomir Nowak – były minister rządu PO-PSL, a obecnie pracujący dla rządu ukraińskiego. W Kijowie w tamtejszym Teatrze  Narodowym odbędą się uroczyste obchody, na których obecna będzie elita polityczna naszego wschodniego sąsiada.

Uroczystości państwowe z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości to istny dramat dla władzy PiS, której indolencja może doprowadzić do tragedii. Na razie prezentuje się w wymiarze tragifarsy.

>>>