Tag Archives: 100 lecie odzyskania niepodległości

Pisowski festiwal afer Rok 2018

29 Gru

Jak rządzi PiS? Afera za aferą, pazurki i inne szumidła

W 2018 r. pozycja obozu PiS w oczach opinii publicznej dwa–trzy razy się zachwiała w wyniku afer. Zaczęło się w marcu, kiedy poseł PO Krzysztof Brejza dostał w końcu odpowiedź na pytanie o zarobki premier Beaty Szydło i jej ekipy w 2017 r. Okazało się, że ministrowie dostawali w premiach drugą pensję. W sumie bonusy kosztowały prawie 2 mln zł, rekordzista Mariusz Błaszczak zebrał ponad 80 tys. zł, sama premier 60 tys., a najniższe premie wynosiły po 50 tys. zł na osobę.

Wybuchła afera. Jarosław Kaczyński, jak sam przyznał, powiedział wtedy Szydło, żeby „pokazała pazurki” i – była już wówczas – premier poszła na całość. „Te nagrody nam się po prostu należą” – te słowa z sejmowej mównicy musiały nieźle wkurzyć wyborców, bo PiS zaczął tracić poparcie. Wyborcom nie podobała się pazerność władzy, która obiecywała przecież służyć skromnie Polakom. Kryzys musiał przeciąć sam Kaczyński, który ogłosił, że jak suweren chce taniego państwa, to je dostanie. I obiecał obciąć pensje nie tylko ministrom, ale też posłom, samorządowcom oraz szefom państwowych i samorządowych firm. Członkowie rządu mieli zaś oddać pieniądze z nagród na Caritas. Kryzys wygasł, choć do dziś nie wiemy, czy wszyscy ministrowie pieniądze rzeczywiście oddali, a ograniczyć pensji prezesom za bardzo się nie udało.

Kolejne problemy przyszły na początku października, kiedy okazało się, że w trakcie afery podsłuchowej nagrano też Mateusza Morawieckiego, wtedy prezesa banku BZ WBK. W opublikowanej przez Onet rozmowie z marca 2013 r. późniejszy premier szczycił się świetnymi kontaktami z ludźmi Donalda Tuska, naśmiewał z wypadku Roberta Kubicy i opowiadał niejasne historie o „pracy za miskę ryżu” czy „odpychaniu, strzelaniu do” imigrantów.

Morawiecki miał też oferować „pięć dych czy siedem, czy stówkę” dla Aleksandra Grada, byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL, i interweniować w sprawie pracy dla syna Ryszarda Czarneckiego, pisowskiego europosła. PiS nie do końca wiedział, jak reagować. Z jednej strony oficjalny przekaz dnia brzmiał, iż nagrania to „odgrzany kotlet”, z drugiej rzecznik PiS Beata Mazurek mówiła o „skoordynowanym ataku” na premiera i że „dobrze wiadomo, jaki nadawca” za tym stoi (czyli „niemieckie media polskojęzyczne”).

Największa afera przyszła w połowie listopada. Bankowiec Leszek Czarnecki ujawnił nagranie rozmowy z marca 2018 r. z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim. Urzędnik próbował ją zagłuszyć za pomocą urządzenia nazwanego „szumidłem”. Miał ku temu zapewne powody, bo prawdopodobnie zażądał od finansisty łapówki (mowa o 40 mln zł) za zostawienie w spokoju jego banków. W każdym razie postawiono mu zarzut korupcji.

PiS wciąż próbuje wygasić aferę, zaufany człowiek prezesa NBP Adama Glapińskiego, znany odtąd jako Marek Ch., został aresztowany. Przykryć całą sprawę miało zatrzymanie siedmiu osób z poprzedniej ekipy w KNF, z czasów PO, za rzekome niedopatrzenia w sprawie SKOK Wołomin. Problem w tym, że to PiS przez lata wspierał Kasy.

Przy okazji Zbigniew Ziobro spostponował jednego z urzędników Wojciecha Kwaśniaka, który został przed laty ciężko pobity przez wynajętego bandytę właśnie za dociekliwość w sprawie SKOK Wołomin. W efekcie pod koniec roku PiS znowu zaczął słabnąć w sondażach. I wciąż nie wiadomo, czy i tym razem ekipie rządzącej uda się wykaraskać z kryzysu.

Życie partyjne. Raz na wodzie, raz pod wodą

Jan Kaczmarek z kabaretu Elita śpiewał o jeziorach, które na powierzchni „są takie cudowne”, a w głębi „śmiertelna wre walka”. Jak w życiu partyjnym.

Na powierzchni widać stabilne sondaże i wciąż te same partie na najwyższych pozycjach. Jeśli jednak zajrzeć głębiej, to w 2018 r. działo się całkiem sporo i trwała ostra rywalizacja

Lewicowo-liberalna część wyborców czekała na to, co im zaproponuje Robert Biedroń, który pod koniec roku wyruszył w trasę po kraju. Po serii mityngów jego ugrupowanie pod roboczą, enigmatyczną nazwą Kocham Polskę w szczegółach ma się pokazać dopiero w lutym przyszłego roku.

Z drugiej strony sceny z politycznej piany zaczął się wyłaniać Ruch Prawdziwej Europy, zarejestrowany przez związanego z Tadeuszem Rydzykiem posła Mirosława Piotrowskiego. Czy oznacza to, że redemptorysta z Torunia na serio będzie chciał rzucić wyzwanie Jarosławowi Kaczyńskiemu, czy to tylko straszak, który ma pomóc w zdobyciu funduszy na projekty przedsiębiorczego księdza z Torunia?

Nową partię można dość łatwo stworzyć, ale trudniej utrzymać, co pokazują losy dwóch najmłodszych ugrupowań w Sejmie: Kukiz ’15 i Nowoczesnej. Oba traciły w ciągu roku pozycję polityczną i posłów, w obu kłopoty przeżywali ich założyciele – Paweł Kukiz i Ryszard Petru. Ten ostatni zdążył zresztą z założonej rok wcześniej partii wyjść i założyć nową – pod nazwą Teraz!

Trudno przesądzić, czy Nowoczesna i Kukiz ’15 przetrwają do przyszłorocznych wyborów do Sejmu, obie wciąż trzymają głowę nad wodą. Dla Partii Razem to też nie był dobry rok, w wyborach samorządowych osiągnęła śladowe poparcie. Na dalszej prawicy trwały z kolei przepychanki przed wyborami europejskimi, narodowcy łączą się i dzielą, licząc na sukces w wyborach europejskich, a przywódcze aspiracje zgłasza uciekinier z Kukiz ’15, do niedawna piwowar Marek Jakubiak.

Swoje pięć minut miała Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, która wraz z Katarzyną Lubnauer z Nowoczesnej dała trochę świeżości kampanii samorządowej Koalicji Obywatelskiej. Koalicja pod koniec roku stanęła jednak pod znakiem zapytania po transferze Kamili Gasiuk-Pihowicz z grupą posłów z Nowoczesnej do PO, co złośliwi określili jako pożeranie przystawki przez Grzegorza Schetynę.

Najspokojniej, przynajmniej na powierzchni, było w PiS. W obozie prawicy wciąż mówi się o ostrych wewnętrznych sporach, zwłaszcza między Mateuszem Morawieckim a Zbigniewem Ziobrą, ale na razie niewiele z nich w sensie politycznym wynika.

Wielka improwizacja, czyli świętujemy 100-lecie niepodległości

Państwowe obchody 100-lecia odzyskania niepodległości miały przyćmić wszystkie dotychczasowe święta i być triumfem „biało-czerwonej drużyny” PiS. Miały, ale nie przyćmiły, tylko ugrzęzły w organizacyjnym chaosie. Dwóch pełnomocników ds. organizacji obchodów – po stronie prezydenta i rządu – nie dało rady. Z budżetu na obchody przeznaczono 240 mln zł, ale nie wiadomo, na co dokładnie je wydano.

Warszawski marsz, a właściwie dwa – jeden z władzami na czele oddzielony od drugiego, w którym maszerowali też narodowcy – był masowy i bardziej spokojny niż te z lat ubiegłych. Choć oczywiście nie obyło się bez incydentów, faszystowskich znaków, rac. Święto 100-lecia niepodległości uratowały dziesiątkach lokalnych pikników, festynów, parad, biegów organizowanych w całym kraju przez władze samorządowe. Były też akcje międzynarodowe, jak podświetlenie na biało-czerwono kilkudziesięciu słynnych światowych zabytków, w tym wieży Eiffla. Antoni Macierewicz jako minister obrony narodowej chciał stawiać na 100-lecie „kolumny niepodległości”, ale został odwołany. A jego następca sfinalizował inny projekt – „ławki niepodległości”. Można się na nich rozsiąść od kilku dni, a każda kosztuje 30 tys zł.

Niestety nie przyjechali na polskie obchody światowi liderzy, a jedyny, który przyjechał, czyli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, został przez władze państwowe zignorowany. Wygłaszając w Łodzi swoje przemówienie, w którym zachęcał do „pokonania współczesnych bolszewików”, potwierdził, że po stronie antyPiSu wciąż jest jedynym politykiem zdolnym przeciwstawić obozowi władzy kompletnie odmienną i spójną wizję polityczną.

Niestety również opozycyjne partie oddały Dzień Niepodległościwalkowerem. Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej okazywało się, że władza prawie niczego nie przygotowała, większość polityków opozycyjnych deklarowała, że 11 listopada spędzą prywatnie.

Nie otwarto żadnego spektakularnego obiektu, aby uczcić tę naszą niepodległość. Ale za to odsłonięto pomnik Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. Padły też zapowiedzi odbudowy Pałacu Saskiego oraz stworzenia muzeum Lecha Kaczyńskiego. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że na 100-lecie mieliśmy do czynienia z naszą polską improwizacją i „jakoś to będzie”. Niestety nie było.

Protest osób z niepełnosprawnościami i ich rodziców

Przez 40 dni (18 kwietnia–27 maja) na sejmowej posadzce mieszkało najpierw 16, a potem 9 osób. Karol, Wiktoria, Katarzyna i Magda Milewiczowie, Iwona i Jakub Hartwichowie, Marzena Stanewicz, Anna i Adrian Glinka – oni zostali do końca.

Postulaty były dwa. Pierwszy, dotyczący zrównania renty socjalnej z minimalną rentą z tytułu niezdolności do pracy, został spełniony, a renta wzrosła z 865,03 zł do 1029,80 zł. Drugi – wprowadzenia dodatku „na życie”, zwanego też „rehabilitacyjnym” – już nie. Zamiast niego rząd zaproponował dodatek rzeczowy, którego wartość wycenił na 520 zł. Nie przyjął żadnej z kompromisowych propozycji protestujących rozłożenia wypłaty tego dodatku na kilka lat (od września 2018 r. – 250 zł, od stycznia 2019 – dodatkowo 125 zł i od stycznia 2020 r. – kolejne 125 zł).

Z protestującymi rozmawiali premier Mateusz Morawiecki, prezydent Andrzej Duda, pierwsza dama, Rzecznik Praw Obywatelskich i jego zastępczyni Sylwia Spurek, minister Elżbieta Rafalska. To na początku. Później budynek Sejmu został otoczony barierkami, a wejścia do niego pilnowała policja. Kamery stacji telewizyjnych i radiowych usunięto z Sejmu. Dziennikarze bez stałych przepustek nie mogli wejść do parlamentu. Podobnie jak Wanda Traczyk-Stawska, uczestniczka powstania warszawskiego, czy Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Odwołano obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży i Noc Muzeów w Sejmie. Polski parlament został zabarykadowany.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński konsekwentnie odcinał protestujących od świata.Wprowadzał (i odwieszał) zakaz wychodzenia na spacery, zakaz odwiedzin, zakaz otwierania okien, zakaz dostarczania poczty. 24 maja, kiedy w Sejmie odbywały się obrady Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, nie pozwolił na wywieszenie transparentu „Polish Disabled Children Beg for a Decent Life” („Polskie niepełnosprawne dzieci błagają o godne życie”). Straż Marszałkowska użyła wówczas wobec protestujących siły.

Wychodząc z Sejmu 27 maja, Iwona Hartwich, nieformalna liderka protestu, mówiła: „udało nam się sprawić, że problem niepełnosprawności stał się w Polsce tematem numer jeden”. Adrian Glinka i Jakub Hartwich, którzy należeli do najbardziej rozpoznawalnych uczestników sejmowego protestu, wystartowali w wyborach samorządowych z list Koalicji Obywatelskiej. Jakub Hartwich z powodzeniem od listopada jest radnym w Toruniu. Jest się więc z czego cieszyć, choć rząd niewiele nauczył się z protestu. Dowodem jedna z ostatnich decyzji kierownictwa resortu rodziny: po trwających rok przygotowaniach i konsultacjach 18 grudnia zdecydowano o tym, że środowiskowe domy samopomocy dla dorosłych niepełnosprawnych jednak nie powstaną.

Symbolem prezydentury Andrzeja Dudy w 2017 r. były weta do ustaw sądowych, symbolem 2018 r. – selfie z koniem

W zeszłym roku wydawało się, że prezydent na poważnie próbuje się wybić na niepodległość i zdobyć samodzielną pozycję w obozie władzy. Ten rok przyniósł w tej dziedzinie regres, choć warto odnotować dwa prezydenckie weta. Pierwsze – do tzw. ustawy degradacyjnej, która taśmowo odbierała stopnie wojskowym z czasów PRL. Drugie – do ordynacji do wyborów europejskich, mającej de facto ograniczyć naszą reprezentację w Brukseli i Strasburgu do dwóch partii.

Poza tym to był rok słabnącej pozycji Dudy, czego dobitnym przykładem był los jego sztandarowego projektu – referendum konstytucyjnego planowanego na stulecie odzyskania niepodległości. PiS dystansował się od tego pomysłu, ostatecznie utopili go senatorzy tej partii, wstrzymując się od głosu (i próbując nieudolnie zwalić winę na PO).

O słabnięciu prezydenta świadczyły też dymisje jego współpracowników, porzucił go m.in. rzecznik Krzysztof Łapiński, który wybrał karierę w PR. Prezydent poza dwoma wymienionymi wyjątkami grzecznie podpisywał pisowskie ustawy, w tym te najbardziej szkodliwe, jak nowelizacja ustawy o IPN, która wpędziła nas w konflikt z USA i Izraelem, czy kolejne nowelizacje ustaw sądowych kontestowane przez środowiska prawnicze, organizacje pozarządowe i Brukselę.

Brak sukcesów w kraju Andrzej Duda próbował rekompensować sobie za granicą, ale tam też średnio mu szło. W samolocie do Australii dowiedział się, że rząd pozbawił jego wizytę na antypodach jakiegokolwiek znaczenia, kasując zakup fregat od rządu w Canberze. Z wizyty w Waszyngtonie wszyscy zapamiętali lizusowski „Fort Trump” i zdjęcie z podpisywania umowy przy biurku prezydenta USA, ale na stojąco, wbrew jakiemukolwiek protokołowi.

Prezydentowi zebrało się też sporo innych gaf, wpadek czy po prostu wypowiedzianych bzdur. Pamiętne były słowa o UE jako „wyimaginowanej wspólnocie, która nic nam nie daje”, czy o energooszczędnych żarówkach. Pod koniec roku media społecznościowe obiegło zaś zdjęcie prezydenta, który robi sobie zdjęcie z koniem. Nic dodać, nic ująć.

Wybory samorządowe: wszyscy przegrali, wszyscy zwyciężyli

Po wyborach samorządowych i PiS, i opozycja ogłosiły swoje zwycięstwa. Ale to częściowe wygrane: opozycji w dużych miastach, a PiS-u w sejmikach (jednego w poprzedniej kadencji zmienił na osiem w nowej).

Jednym z największych przegranych okazał się Patryk Jaki, który oddał Rafałowi Trzaskowskiemu stolicę już w pierwszej turze (56 proc. vs 28 proc.). Drugiej tury nie trzeba było organizować też w Łodzi (Hanna Zdanowska 70 proc. vs Waldemar Buda z PiS 23 proc.); w Białymstoku (Tadeusz Truskolaski, KO, 56 proc. vs Jacek Żalek, PiS, 20 proc.); we Wrocławiu (Jacek Sutryk, KO, 50,2 proc. vs Mirosława Stachowiak-Różecka, PiS, 27 proc.); w Lublinie (Krzysztof Żuk 62 proc. vs Sylwester Tułajew, PiS, 31 proc.), a także w Gdyni (wygrał Wojciech Szczurek – 70 proc.) iSopocie (Jacek Karnowski – 59 proc.). Kandydaci PiS przegrali II tury w Gdańsku, Kielcach, Krakowie, a także w Radomiu i Nowym Sączu.

Jeśli chodzi o sejmiki, to dobre nastroje opozycji z wieczoru wyborczego szybko opadły wraz z podaniem przez PKW oficjalnych wyników wyborów. W całym kraju do obsadzenia było 552 foteli w 16 sejmikach, z czego najwięcej otrzymał PiS – 254, Koalicja Obywatelska – 194, PSL – 70, Bezpartyjni Samorządowcy – 15, SLD – Lewica – razem 11 mandatów. Swoich ludzi wprowadzili też: Mniejszość Niemiecka – 5, komitety Dutkiewicza dla Dolnego Śląska – 2 oraz Bogdana Wenty dla świętokrzyskiego – 1. Dla partii Kaczyńskiego to rekordowy wynik, bo wygrała w 9 sejmikach (województw lubelskiego, łódzkiego, małopolskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, dolnośląskiego, mazowieckiego i śląskiego). W dolnośląskim Kaczyński wywalczył sobie koalicjanta – Bezpartyjnych Samorządowców, a w śląskim wyłowił z KO radnego Kałużę i też ma większość.

Wygrali przede wszystkim głosujący, którzy ustanowili rekord frekwencji – 54,96 proc. Z 30 115 896 osób uprawnionych do głosowania z tego prawa skorzystało 16 552 627, o blisko 2 mln więcej niż w poprzednich wyborach. Najbardziej wyborami zainteresowani byli mieszkańcy woj. mazowieckiego – 61,02 proc., z czego największe kolejki ustawiały się w stolicy (66,81 proc. frekwencji), a najmniej w województwie opolskim – 48,72 proc.

Wybory samorządowe nie przyniosły politycznego przełomu. Pokazały, że jest jakiś potencjał do zmiany władzy, choć bardzo chwiejny. Koalicja demokratyczna powinna przyjrzeć się symulacji, którą przeprowadził dr Tomasz Jurkiewicz z Uniwersytetu Gdańskiego. Wynika z niej, że gdyby Polacy zagłosowali w wyborach do Sejmu tak samo jak w tych do sejmików, to PiS straci władzę. Jest jeden warunek: biorąc pod uwagę mechanizm d’Hondta, KO musi poszerzyć się o minimum jeszcze jedną partię. Jurkiewicz wyliczył, że KO wspólnie z PSL i SLD zdobyłaby 243 mandaty. Jest i drugi mechanizm, czyli myślenie życzeniowe polityków oraz przekonanie o własnej sile i że tym razem się uda. Na razie udało się, ale Jarosławowi Kaczyńskiemu.

To był pod wieloma względami rekordowy rok dla polskiej gospodarki

Bezrobocie utrzymuje się poniżej 6 proc., a wynagrodzenia rosną. Boom na rynku nieruchomości napędza wzrost gospodarczy i pozwala bankom zarabiać na kredytach. Oczekiwane w połowie roku spowolnienie gospodarcze nie nadeszło. Wydatki socjalne rosną, a finanse publiczne nigdy nie były w tak dobrej formie – tegoroczny deficyt budżetowy może spaść poniżej 1 proc. PKB. W październiku agencja S&P podniosła rating Polski do poziomu A-, tym samym przyznając, że kryzys praworządności nie odbił się na polskiej gospodarce.

Nad tym optymistycznym obrazkiem wiszą jednak czarne chmury: przedsiębiorcy skarżą się na brak pracowników i rosnące koszty pracy, rosnące zatory płatnicze zaczynają doprowadzać do upadłości najmniej płynnych graczy, a rynek kapitałowy jest w najgorszej formie od czasu kryzysu.

Spadek bezrobocia cieszy zarówno społeczeństwo, jak i rząd, który dzięki temu dostaje więcej podatków i składek, a wypłaca mniej świadczeń socjalnych. Wciąż mamy jednak jeden z niższych wskaźników aktywności zawodowej w Europie, a to dzięki wczesnym emeryturom i polityce społecznej, od lat systemowo nastawionej na świadczenia, a nie aktywizację, i dotyczy to zarówno rodziców małych dzieci, osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, jak i opiekunów.

Niski deficyt cieszy tak długo, jak długo nie rozejrzymy się wokoło. Mimo niższej dynamiki wzrostu nadwyżki budżetowe notują nie tylko Niemcy, ale też Bułgarzy, Czesi czy Litwini. Wkrótce trzeba też będzie porównać koszty i korzyści z uszczelnienia podatkowego. Tylko w tym roku uchwalono dwie nowelizacje VAT, trzy CIT i dwie ordynacji podatkowej. Z roku na rok firmy potrzebują więcej czasu na nadążanie ze zmianami w prawie i rozliczanie podatków, a podzielona płatność VAT obniża płynność firm.

To był zły rok dla rynku kapitałowego. Główne indeksy na GPW straciły od kilku do 25 proc. Giełda w zadyszce: brak kapitału odstrasza debiutantów i zachęca do schodzenia z parkietu (zdecydowały się na to 22 spółki, najwięcej w historii warszawskiej giełdy), brak debiutów zniechęca inwestorów. Tych, którzy liczyli na Pracownicze Programy Kapitałowe, czeka rozczarowanie. Nowe fundusze będą kupować akcje głównie na WIG20, gdzie królują spółki Skarbu Państwa. Nie wiadomo też, ile osób skusi się na dodatkowe oszczędności emerytalne – rząd najpierw mówił o 80, a teraz już o 50 proc. uprawnionych. W rynek uderzyły też dwie głośne afery: GetBacku i KNF.

Przyszły rok może być trudny dla polskiej gospodarki. Nie wykorzystaliśmy koniunktury do budowy rezerw na gorsze czasy. Przedsiębiorcy mają długi, ale nie mają inwestycji. Rynek pracy, a razem z nim system ubezpieczeń społecznych, opiera się na niestałych migrantach. Biznesowi życie skomplikują kolejne nowe regulacje i wyższe koszty napędzane drożejącą energią, a wkrótce też dodatkowymi składkami na PPK. Nie jesteśmy gotowi na światowe spowolnienie ani na kolejny kryzys w Europie.

Media pisowskie jak gadzinówki i pierdu pierdu Błaszczaka

22 Gru

Czym stały się Wydarzenia Polsatu w telewizji, tym stanie się Radio Zet po przejęciu przez braci Karnowskich. Medialne symbionty Jarosława Kaczyńskiego mają wg najnowszych doniesień przejąć drugie prywatne radio w Polsce. Jak podaje portal wirtualnemedia.pl, grupa Fratria, w której udziały ma m.in. Jacek Karnowski i senator Grzegorz Bierecki, ma już zagwarantowane finansowanie z Banku Pekao. Wartość kredytu może wynieść około 51 mln euro.

Czy to oznacza, że Fratria dogadała się już z wystawiającą na sprzedaż Eurozet czeską spółką Czech Media Invest? Wg portalu niekoniecznie, jednak żadne z pozostających nadal przy stole negocjacyjnym spółek, czyli ZPR Media, Agora i PMPG Polskie Media nie liczą na finansowanie z kredytu pozyskanego od państwowego banku.

Radio Zet grozi zmiana profilu politycznego. Całe szczęście PiS, jeśli nawet przejąłby rozgłośnie rękami spółki Fratria, doskonale z doświadczenia TVP wie, czym kończy się swoista „repolonizacja” mediów. Tak jak niszę po TVP zajął Polsat ze swoimi zmodyfikowanymi pod to Wydarzeniami, tak inne rozgłośnie czekają tylko na słuchaczy z nową ofertą.

Bo Prawo i Sprawiedliwość nie potrafi zarządzać mediami. Te służą mu w celu szerzenia rządowej propagandy, a swój budżet domykają publicznymi pieniędzmi pompowanymi przez dotacje, czy kontrakty reklamowe spółek Skarbu Państwa. I niestety, PiS dobrze o tym wie, bezkarnie pozwalając sobie na takie operacje w imię „zrównoważonego budżetu”.

Jest to pomysł nietuzinkowy, ale możliwe, że jedyny skuteczny. W końcu spadek słuchalności to nie jest coś, czego chciałaby ogólnopolska rozgłośnia radiowa z taką renomą. Ale jednak przejęcie a zarządzanie nią to dwie różne rzeczy. Czy akcja ma szanse powodzenia? Z pewnością, jeśli ludzie w Polsce zrozumieją, że scenariusz realizowany przez PiS to kopia tego, który przeprowadził Orban na Węgrzech, przejmując wszystkie wolne media.

Na sprawdzenie się doniesień odnośnie przejęcia musimy poczekać prawdopodobnie do stycznia. Czy tym razem PiS zdobędzie się na mniej spektakularne przejęcie kolejnego mediów? W każdym razie, sama dyskusja o pojawieniu się nowego, prorządowego gracza w negocjacjach ws. sprzedaży Eurozet ustabilizowanej marce Radio Zet nie pomaga. Czy rozważacie zmianę Waszego codziennego nadawcy radiowego?

Kiedy rok temu „wybitny mini-ster” M. Błaszczak ogłosił, że będzie uzbrajał naród w ławki niepodległości pomyślałem, że to jakiś żart. Kpiłem z tego do woli i myślałem, że mini-ster dawno wycofał się z tego uzbrojenia polskiej armii. Teraz jednak okazało się, że ławki powstają.

Patrząc na załączone zdjęcie bardziej kojarzy mi się ta ponoć ławka z sarkofagiem, albo z podmurówką kolejnego pomnika zasłużonego PiS-owca niż z uzbrojeniem naszej armii.

Widać nasza obronność zależy od propagandy, a nie, od jakości i ilości dobrze wyszkolonych jednostek wojskowych, systemu dowodzenia, powszechności obrony.

Tymczasem widziałem cukierki i maskotki promujące Ministerstwo Obrony Narodowej, wielką ściemę propagandową Wojsk Obrony Terytorialnej, która wyzwala wprawdzie patriotyczne postawy wśród polskiej młodzieży, ale jest środkiem do niszczenia armii zawodowej. Widzę propagandową gwarancję naszej obronności w postaci miliardowych sum za stacjonowanie obcej armii na naszym terenie, ogromne sumy za rakiety, których jeszcze nie skonstruowano … i czuję się oszukany.

Pamiętam, jak w czasach słusznie minionych mówiło się, że jesteśmy wojskiem telewizyjnym, bo tylko w środkach masowego przekazu wojsko wyglądało dobrze. Miałem nadzieję, że te czasy bezpowrotnie minęły.

PiS postanowił zakrzyczeć propagandą, cukierkami i ławkami swoją niekompetencję. Nic dziwnego, bo nie znam ani jednego członka PiS, od prezesa i ministra ON poczynając, który „skaził się” chociażby zasadniczą służbą wojskową w minionych czasach. To partia kategorii „D” przydatności do służby, czyli ludzi całkowicie niezdolnych i zaryzykuję tezę, że również do obronności kraju. Swoją niekompetencję przykrywają propagandą i wierzą, że to wystarczy, aby ludzie ich popierali, bo tak fantastycznie dbają o zdolności obronne naszego narodu.

Kiedy już przysiądę na tym sarkofagu pilnowanym przez po zęby uzbrojonych żołnierzy niedzielnych, kiedy poczęstują mnie krówką z napisem MON i obok posadzą misia, włączą mi opowiadanie o historii rodzącego się państwa polskiego, to już sobie wyobrażam jak urośnie moje przekonanie, o skuteczności działań mini-stera w sprawie mojego bezpieczeństwa.

Zagłębiając się w wizjonerskich myślach już widzę te samoloty VIP-owskie, limuzyny pancerne urzędników, bohaterskie oddziały ochroniarzy ministrów, jak ruszają do walki w mojej obronie rozbijając w pył potencjalnego agresora. Pomyślałem, że może wspomogę ten wysiłek obronny partii rządzącej i kupię sobie, chociażby nowy szybki komputer do robienia walki dezinformującej siły potencjalnego agresora. Jak jednak zagwarantować, że mi go nie zarekwirują przy najbliższym przeszukaniu mieszkania obywatela w koszulce „KONSTYTUCJA”.

Więcej >>>

To się musiało tak skończyć 😄

Dla Błaszczaka i Kaczyńskiego ławka niepodległości w formie łoża śmierci niepodległości

22 Gru

„Tak wygląda Ławka Niepodległości, sztandarowy pomysł MON na upamiętnienie 100 lat niepodległości. Ten marnego wyglądu eksponat bardziej przypomina płytę nagrobną lub blat łazienkowy. Jedna taka „ławka” kosztuje ok. 28 tys. zł” – napisał na Twitterze Adam Jankowski. Do wpisu dołączył zdjęcie, zrobione w Grajewie na Podlasiu.

Ustawienie takich ławek w całej Polsce to inicjatywa Ministerstwa Obrony Narodowej pod wodzą  Mariusza Błaszczaka. Przypomnijmy, że poprzedni szef resortu Antoni Macierewicz chciał stawiać 100 kolumn na 100-lecie odzyskania niepodległości. Projekt multimedialnych ławek został wybrany w konkursie i zaakceptowany przez MON. Postawienie ponad 100 ławek ma kosztować – bo jeszcze nie wszystkie zostały umieszczone – prawie 5 milionów złotych.

„Następny nieprzemyślany kicz!! To wygląda jak bariera przeciwczołgowa…”; – „Po lewej tron dla PISich, po prawej miejsca dla gorszego sortu, czy jak to ma być?”; – „Co to ma być? Podstawka pod grilla ze blatem do wyłożenia wiktuałów i butelek?”;  – „Z melodią do „łubu dubu, łubu dubu niech żyje prezes” ?”; – „Tron dla Prezesa? Reszta dla plebsu” – komentowali internauci.

Duda z czerwonym kulfonem klowna

27 List

Mecenas Roman Giertych różnie zapisze się w naszej pamięci, a to jako twórca Młodzieży Wszechpolskiej, a to wicepremier i minister edukacji od szkolnych fartuszków, a to prawnik i obrońca nielubianych przez PiS polityków z przewodniczącym RE  Donaldem Tuskiem na czele…

To jednak nie wszystko, bo najbardziej zapamiętamy pewnie mecenasa z ciętego języka i celnej kpiny oraz zabawnych komentarzy.Ostatnio, nawiązując do niedawnych obchodów Święta Niepodległości napisał na Facebooku o swoich związanych z tym wydarzeniem przygodach.

>>>

Przypomniał, że prezydent RP postanowił przy tej okazji uhonorować kilkunastu zmarłych Polaków Orderem Orła Białego. Nie wiadomo, dlaczego, choć dziwić się trudno, ale padło akurat na wielkiego polskiego prozaika Stefana Żeromskiego – opowiada mecenas na Facebooku.

Ponoć kancelaria prezydenta rozdzwoniła się wówczas po różnych stronach świata, w poszukiwaniu żyjących potomków pisarza, którzy w jego imieniu mogliby order odebrać.

Ponieważ była dyrektorka Muzeum Lat Szkolnych Żeromskiego z Kielc Kazimiera Zapała zapewniła, że nie ma żyjących potomków pisarza kancelaria ruszyła w poszukiwaniu kogoś z dalszej rodziny; może od strony matki pisarza. I tu bingo: Pani dyrektor wskazała, że i owszem od strony matki krewnym jest Juliusz Braun, ale…

„Urzędniczka po konsultacjach w kancelarii oddzwoniła i mówi, że Braun odpada i pyta może ktoś od strony ojca? Na to pani Kazimiera odpowiedziała: i owszem, od strony ojca krewnym jest Roman Giertych. Urzędniczka zamilkła i skończyła rozmowę. W imieniu Żeromskiego order odebrała obecna dyrektorka muzeum” – napisał rozbawiony mecenas.

Dodał na zakończenie: „anegdotę opisał mi Juliusz Braun (i uzyskał od b. pani dyrektor zgodę na jej upublicznienie) i morał z niej jest taki, że nadawanie orderów zmarłym może przyjść do głowy tylko temu, od kogo żywi mogą ich nie chcieć.”

Pogarda Krystyny Pawłowicz i jej politycznych mocodawców do Konstytucji, Polski i polskości

17 List

Pogarda zawarta w tym komentarzu nie jest w stanie mnie obrazić, (…) ale ten komentarz obraża najwyższe prawo Rzeczypospolitej, Konstytucję, i obraża pamięć odzyskania przez polskie państwo niepodległego bytu – pisze autor i bohater zdjęcia, którego na cel opluwania wzięła posłanka.

Przez kilka dni byłem poza Warszawą – Wrocław, Oława, gdzie z inicjatywy Regionalnego Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej rozmawiałem z młodzieżą o naszej polskości i naszej europejskości. Nie miałem więc możliwości funkcjonowania wczoraj w Internecie, stąd też reaguję na to dotyczące mnie przez chwilę „zamieszanie w sieci” dopiero dzisiaj, po powrocie do domu i odpaleniu mojego laptopa. I powiem krótko tak: kto szukałby definicji na określenie szczytu podłości, odsyłam do haniebnego komentarza pod moim zdjęciem, skreślonego na tweeterze, autorstwa p. Krystyny Pawłowicz.

Jestem na nim, stojąc z moimi przyjaciółmi, w milczeniu, vis a’vis pochodu radykalnych narodowców powiewających biało-czerwonymi przemieszanymi z flagami ze znakiem nacjonalistycznej falangi i faszystowskiej (włoskiej) Forza Nuova, niosących płonące flary, od czasu do czasu odpalających w naszym kierunku płonące race. Mam niewielki plakat z napisem „Konstytucja” i przewieszone na wstędze, wyjęte tego dnia z szuflady na wyjątkową okoliczność świętowania niezwykłej, setnej rocznicy odzyskania przez mój kraj niepodległości, zaszczycające mnie odznaczenie. Pogarda zawarta w tym komentarzu nie jest w stanie mnie obrazić, daje za to świadectwo o stanie człowieczeństwa istoty, która ten komentarz skreśliła. Ale ten komentarz obraża najwyższe prawo Rzeczypospolitej, Konstytucję, i obraża pamięć odzyskania przez polskie państwo niepodległego bytu, bowiem zelżone odznaczenie nosi nazwę „Polonia Restituta”.

I pragnę jeszcze w tym miejscu gorąco podziękować Jerzemu Owsiakowi za wyrazy solidarności skreślone niezwłocznie po ukazaniu się tego haniebnego komentarza: Panie Jurku, jest Pan wielki poprzez swoją wrażliwość i niezłomną postawę w każdej sytuacji, która skłania do obrony ludzkiej godności: byłbym zaszczycony, gdybym mógł kiedyś dłoń Pana uścisnąć.

Pragnę gorąco podziękować Panu mec. Jackowi Dubois, który zadeklarował serdecznym słowem przyjście mi z nieocenioną pomocą prawną, gdybym zdecydował się na złożenie pozwu o naruszenie moich dóbr osobistych. Nota bene, podobną deklarację złożył mi mój przyjaciel, znakomity prawnik, od niedawna adwokat, przez wiele lat wysoki rangą pracownik SN (wielkie dzięki, Mateuszu!).

Pragnę wreszcie podziękować wszystkim moim przyjaciołom za jakże wiele ciepłych słów i wyrazów solidarności, jakie wciąż czytam na stronach internetowych. Jakże wiele dobrej energii wyzwoliło kilka pogardliwych, haniebnych słów!

Do moich przyjaciół, którzy przeczytają ten tekst w Internecie, zwracam się – zupełnie wyjątkowo – z wielką prośbą: udostępniajcie go jak najszerzej. Bardzo bym pragnął tym razem, aby stał się on jak najszerzej publiczny.

KONSTYTUCJA!

Bogusław Stanisławski

Do ochrony marszu nacjonalistów 11.11 w Warszawie użyto najwyższych władz państwowych z prezydentem na czele i wojska.

Naczelna Skweru Wolności Katarzyna Wyszomierska z zespołem przeprasza wybitnego Polaka Stanisława Bogusławskiego.

Szanowny Boguslawie, serdeczny Przyjacielu redakcji, demokracji  „uliczników” i za co jestem wdzięczna losowi – także mój, napiszę krótko: PRZEPRASZAM.

PRZEPRASZAM, że pozwalamy na szerzenie się kłamstw, chamstwa, i nienawiści, nie tylko posłanki i jej naśladowców.

PRZEPRASZAM, że na ulicę musisz wychodzić w obronie KONSTYTUCJI, bo demokratyczne państwo od 3 lat rządzone jest przez bandę ziejących nienawiścią troglodytów i dewastatorów.

PRZEPRASZAM, i tu odczuwam największy smutek, że pozwoliłam na szarganie świętości przez żądnych krwi i na odradzanie się nacjonalizmu i faszyzmu, których jako mały chłopiec zdążyłeś tragicznie doświadczyć.

PRZEPRASZAM za Polskę i Polaków.

PiS cofnął Polskę na Wschód. Obowiązują w kraju standardy wschodnie

16 List

Wygląda na to, że w kręgach najwyższych funkcjonariuszy państwa, pod okiem niewidzącego prezesa, powstała grupa przestępcza mająca bardzo śmiały i intratny plan. Korzystając z nacjonalistycznej i etatystycznej ideologii partii rządzącej, w myśl której wszystko, co się da, powinno być polskie i państwowe, a wszystko, co obce bądź prywatne, zagraża naszej suwerenności, przekonano Jarosława Kaczyńskiegokonieczności nacjonalizacji, czyli wykupywania zagranicznych banków przez banki polskie. W tym celu usiłowano (a nawet wciąż się usiłuje) doprowadzić do przyjęcia przez Sejm – w formie poprawki do ustawy o finansowaniu Komisji Nadzoru Finansowego – przepisu umożliwiającego przejmowanie w trybie administracyjnym banków mających trudności finansowe przez inne banki. Przyjęcie tej poprawki, forsowanej przez dotychczasowego przewodniczącego KNF Marka Chrzanowskiego, stwarzałoby możliwość szantażowania właścicieli polskich i zagranicznych banków, to znaczy wyłudzania od nich pieniędzy w zamian za powstrzymanie się od przejęcia, czyli de factozaboru ich banków przez państwo.

Śledztwo pod nadzorem Zbigniewa Ziobry

Genialny pomysł został wypróbowany na szefie Getin Noble Banku Leszku Czarneckim, od którego Marek Chrzanowski zażądał 40 mln zł w zamian za pozostawienie jego banku w spokoju. Niestety, Czarnecki nie dał się zaszantażować i po pół roku zwłoki ujawnił dowody szantażu. Chrzanowski został usunięty ze stanowiska, jakkolwiek prawdopodobnie pozwolono mu na zniszczenie bądź zabranie z biura jakichś dokumentów. Śledztwo znalazło się pod nadzorem prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. Tyle na dziś.

Afera wykraczająca poza ramy korupcji

W sprawie pojawia się kilka nazwisk osób związanych z frakcją rywalizującą o wpływy z formalnym przełożonym szefa KNF, czyli premierem Morawieckim. Są to ludzie Zbigniewa Ziobry, powiązani interesami i znajomościami z właścicielami SKOK-ów oraz, zapewne, z Tadeuszem Rydzykiem i jego ludźmi w obozie „zjednoczonej prawicy”. Z czym mamy do czynienia i czego możemy się spodziewać?

Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że jest to afera daleko wykraczająca poza ramy zwyczajnej korupcji, gdzie ktoś bierze pieniądze za załatwienie jakiejś sprawy. To skomplikowany, angażujący wiele osób mafijny układ z najważniejszymi politykami w tle. Wygląda na to, że sprawa stanowi dalszy ciąg nierozliczonych patologii osłanianego przez PiS i Rydzyka układu wokół SKOK-ów. To tylko hipoteza, lecz bardzo prawdopodobna.

SKOK Rafineria – drugi Amber Gold?

Gdyby podobna sprawa wyszła na jaw w którymś z państw Zachodu, z pewnością doprowadziłoby to do dymisji rządu. Ale my nie jesteśmy „którymś z państw Zachodu”. Niestety. To, w jakiej mierze afera Chrzanowskiego zostanie wyjaśniona i rozliczona oraz w jakim stopniu przyczyni się do upadku do cna skorumpowanej władzy, zależy od determinacji polityków opozycji i mediów.

Czy wyborcy PiS przejmą się aferą KNF

Ciężar gatunkowy afery już dziś wydaje się większy niż w przypadku afery Rywina, która kosztowała SLD utratę władzy. Jednak od tamtego czasu standardy moralności publicznej uległy znacznemu obniżeniu, a wraz z tym stępiała moralna wrażliwość opinii publicznej. Nie wydaje się, aby twardzi zwolennicy PiS mieli za złe swojej partii, że chciała trochę podskubać jakiegoś bankiera i przejąć jego bank. Jednak wielu spośród tych, którzy głosowali na PiS tylko dlatego, że nie znosi PO, może okazać się wrażliwymi na wieści o złodziejstwie na szczytach władzy. W naszych czasach jest to jednak możliwe wyłącznie pod warunkiem, że afera Chrzanowskiego stanie się medialnym serialem, który dotrwa do wyborów parlamentarnych 2019 r. Mogłaby w tym pomóc komisja sejmowa, która jednak, z oczywistych względów, nie powstanie (powstanie zapewne w następnej kadencji Sejmu). Skoro więc nie komisja, to pozostają śledztwa dziennikarskie i stały nacisk na prokuraturę, aby prowadziła intensywne śledztwo.

Czy Kaczyński skorzysta z okazji i utrąci Ziobrę

PiS, ręka w rękę z Ziobrą, będzie robić wszystko, aby opinii publicznej zdawało się, że władze dążą do wyjaśnienia sprawy – de facto jednak nie mogą jej wyjaśnić, gdyż oznaczałoby to założenie sobie pętli na szyję. W tej sytuacji kluczowe staje się pytanie, czy Kaczyński skorzysta z okazji, aby pozbyć się Ziobry. Jeśli znajdzie dość sił, aby wyrzucić go ze stanowiska, „ofiara z Ziobry” może wystarczyć do uratowania reputacji partii w oczach co bardziej krytycznych jej zwolenników. Szkopuł w tym, że tylko Ziobro wie, co ma w swoich „kwitach” i na kogo. Poza tym wyrzucenie go to jedno, a usunięcie dziesiątek pracujących dla niego prokuratorów i sędziów – to drugie. Operacja zaiste niełatwa. Dla Kaczyńskiego nastały sądne dni – jeśli sobie nie poradzi z tym pożarem, to sam się w nim spali.

Afera Chrzanowskiego będzie nas kosztować miliardy

Oprócz politycznych konsekwencji krajowych są te ekonomiczne i międzynarodowe. Nie ulega wątpliwości, że w oczach zagranicznych finansistów oraz przywódców UE od dziś Polska będzie jawić się nie tylko jako państwo autorytarnie rządzone przez nacjonalistów i populistów, lecz również jako państwo mafijne. Mogłoby tak nie być, gdyby Polska poprosiła instytucje finansowe Unii o audyt swojego systemu nadzoru bankowego – trudno jednakże wyobrazić sobie taki gest. A jeśli tak się nie stanie, to już żaden poważny bankier z Zachodu nie będzie chciał robić w Polsce interesów. Również polskie obligacje i polska waluta stracą na znaczeniu w międzynarodowym obiegu finansowym. Afera Chrzanowskiego będzie nas kosztować miliardy. I kto wie, czy właśnie nie te ekonomiczne jej skutki najbardziej przyczynią się do strat politycznych, jakie afera przyniesie w końcu reżimowi Kaczyńskiego.

Co dalej z Getinem?

Już są efekty poselskiej kontroli parlamentarzystów PO w Ministerstwie Finansów w związku z aferą KNF.

„W Polsce mamy do czynienia z nową grupą trzymającą władzę. PiS tak wiele mówił o tropieniu układów, a paradoks polega na tym, że jedyny układ, który udało im się znaleźć, to ten, który sami stworzyli. To w Ministerstwie Finansów rozgrywała się jedna z partii gry byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego. Musimy dowiedzieć się, kto był jego mocodawcą, kto go wysłał” – powiedział Cezary Tomczyk wyjściu z siedziby resortu finansów.

Na Twitterze Tomczyk opublikował skan pisma Marka Chrzanowskiego do Ministerstwa Finansów w sprawie priorytetowego „aranżowania przejęć banków” przez KNF. Dokument został zaadresowany do szefowej resortu Teresy Czerwińskiej oraz do wiadomości prezesa NBP Adama Glapińskiego i Zdzisława Sokala, prezesa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

W piśmie Chrzanowskiego znajduje się fragment dotyczący reguł przejmowania banków:  – „Rozwiązaniem tej kwestii byłoby wprowadzenie zmian ustawowych, umożliwiających Komisji Nadzoru Finansowego aranżowanie przejęć wyłącznie za zgodą banku przejmującego”. Według posła PO oznacza to, że nie trzeba już pytać o zgodę banku, który ma być przejęty, bo wystarczy decyzja administracyjna i zgoda banku, który ma ten bank przejąć.

Posłanka PO Marta Golbik zwróciła uwagę, że ani prokuratura, ani CBA – jak dotąd – nie pojawiły się w Ministerstwie Finansów. – „To nie jest tak, jak twierdzi PiS, że cała sprawa jest załatwiona, bo szef KNF podał się do dymisji. Tu jest bardzo poważny wątek związany z legislacją, z tym, że zostaje wrzucona poprawka w absolutnie niedopuszczalnym trybie – zgłoszona przez posła PiS, podpisana przez marszałka Terleckiego, zgłoszona Markowi Kuchcińskiemu, przyjęta przez posłów PiS; umożliwia ona aranżowanie przejmowania banków” – powiedziała Golbik.

Jak wyglądały prace nad tą poprawką w artykule „Terlecki na telefon?”.

Z punktu widzenia prawnokarnego sprawa jest bardzo poważna. Mówimy o styku polityki i biznesu, bardzo dużych pieniądzach i musimy zadać pytanie, czy w tle faktycznie nie mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą. Przypomnę, że z punktu widzenia prawa karnego wystarczy, że to są trzy osoby, które łączy aspekt wspólnego działania i dążenia do popełnienia przestępstwa – mówi Janusz Kaczmarek, prawnik, adwokat, były prokurator krajowy i minister spraw wewnętrznych i administracji. – Wszystkie okoliczności sprawy dają jednoznaczną odpowiedź, że komisja śledcza powinna zostać powołana – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Instytucje państwa w sprawie afery KNF zadziałały, jak twierdzą politycy PiS, szybko i sprawnie? Tak jak trzeba?

JANUSZ KACZMAREK: Na pewno szybko i sprawnie zadziałał prezes KNF, który błyskawicznie dostał się z Singapuru do Warszawy, a następnie do swojego gabinetu. Co tam robił? Nie wiemy. Mówię to oczywiście ironicznie. W tak poważnej sprawie należałoby oczekiwać, że czynności instytucji państwa, czyli prokuratury i CBA, które działało na jej polecenie, powinny nastąpić znacznie szybciej. Śledztwo wszczęto dopiero w oparciu o materiał prasowy, chociaż zawiadomienie do prokuratury zostało złożone przez mecenasa Romana Giertycha jeszcze przed upublicznieniem tej sprawy.

Po wszczęciu śledztwa należało w sposób bardzo szybki podjąć działania mające na celu zabezpieczenie materiału dowodowego, chociażby w postaci dokumentów czy urządzeń zagłuszających z gabinetu prezesa KNF-u. Na pewno należało to zrobić przed wizytą w tym miejscu Marka Chrzanowskiego.

Jak to możliwe, że CBA dociera do gabinetu dopiero po zdymisjonowanym prezesie, chociaż był na to czas wcześniej? Takie przeszukanie ma w ogóle jakieś znaczenie dla sprawy?
Znaczenie ma, ale nie wiemy, czy czegoś nie utracono, czy coś nie zaginęło lub nie zostało celowo zniszczone. Takie pytania już zawsze pozostaną bez odpowiedzi.

Sprawa trafia 7 listopada do Prokuratury Generalnej. Minister sprawiedliwości, prokurator generalny i premier dowiadują się dopiero tydzień później z przekazów medialnych. Jak to możliwe?
Pojawią się argumenty, że były to dni wolne od pracy. Ale to nie są satysfakcjonujące odpowiedzi i nie mogą uzasadniać twierdzenia, że wszystko zadziałało prawidłowo. Wręcz odwrotnie.

W sprawach tak poważnych nie ma świąt i wolnych dni. Jako prokurator krajowy o poważnych sprawach byłem informowany o każdej porze dnia i nocy, w soboty i w niedziele. Wydaje mi się, że taka praktyka powinna trwać do dzisiaj.

O czym świadczy taka zwłoka?
Świadczyć to może albo o lekkomyślnym podejściu do sprawy – to byłoby najbardziej pozytywne dla decydentów, ale może też powodować pytania, czy nie mamy do czynienia z celowym spowalnianiem tego postępowania i reakcją dopiero na doniesienia medialne. I to reakcją nie tak szybką i prawidłową, jak należałoby się spodziewać.

Zbigniew Ziobro na pierwszej konferencji prasowej w dniu opublikowania artykułu w „Gazecie Wyborczej” tłumaczył, że polecił wszczęcie śledztwa w tej sprawie i objął je „osobistym nadzorem”. Co to de facto może oznaczać?
Minister sprawiedliwości jest prokuratorem generalnym, ale także czynnie zaangażowanym politykiem obozu władzy, który ma określone polityczne cele i wizje. Dlatego

taki nadzór może nie być obiektywny, ale skażony polityką. Obawy, że sprawa nie zostanie wyjaśniona tak jak trzeba, są uzasadnione.

Minister sprawiedliwości na antenie TVP publicznie domaga się złożenia w prokuraturze nośnika z oryginalnym nagraniem rozmowy Leszka Czarneckiego z szefem KNF, a pełnomocnik bankiera Roman Giertych odpowiada, że nośnik złożył już przecież w prokuraturze. Co się tam dzieje?
Świadczy to co najmniej o nieznajomości przez Zbigniewa Ziobrę tej sprawy, pomimo deklaracji osobistego nadzoru.

Roman Giertych w taki sposób obnażył brak podstawowej wiedzy, co uderza w powagę urzędu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

Jak ta sprawa może się skończyć? PiS będzie robił wszystko, żeby ją rozmyć, czy będzie szukał kozła ofiarnego?
To jest bardzo poważna sprawa, w której nagle pojawiają się nie tylko wątki związane z Leszkiem Czarneckim, ale także udziałem tej samej osoby, czyli prawnika, który miał być zatrudniony w banku biznesmena, w innych bankach. Powtarzam,

sprawa jest bardzo poważna i powinna być wyjaśniona w sposób dogłębny. Czy tak będzie? Nie jestem pewien. Myślę, że to jest też taki rodzaj sprawy, w której media będą patrzyły politykom i prokuratorom na ręce.

W sprawie pojawiają się nowe wątki, także Grzegorza Biereckiego, czyli twórcy SKOK-ów. Opozycja mówi o zorganizowanym gangsterskim działaniu. Pan podpisałby się pod takim stwierdzeniem?
Nie chcę epatować takimi nazwami. Ale

niezależnie od tego, jakimi określeniami emocjonalnymi i trafiającymi do społeczeństwa będziemy się posługiwać, to i tak z punktu widzenia prawnokarnego sprawa jest bardzo poważna.

Mówimy o styku polityki i biznesu, bardzo dużych pieniądzach i musimy zadać pytanie, czy w tle faktycznie nie mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą. Przypomnę, że z punktu widzenia prawa karnego wystarczy, że to są trzy osoby, które łączy aspekt wspólnego działania i dążenia do popełnienia przestępstwa.

W tej sprawie takie warunki mogą być spełnione?
Należy to zakładać w analizach prawnych…

Ta afera uderzy w PiS?
Nie chcę wychodzić z roli prawnika. Analizy polityczne pozostawiam innym.

Może powinna powstać komisja śledcza? Co należy zrobić, żeby sprawę wyjaśnić?
Wszystkie okoliczności sprawy dają jednoznaczną odpowiedź, że komisja śledcza powinna zostać powołana. Czy będzie wola polityczna? To już jest inne pytanie. Na razie wszystko wskazuje na to, że takiej woli nie ma. A to też rodzi pytania.

Coraz mniej prawdopodobne staje się to, że Prawu i Sprawiedliwości uda się ujawnioną przez Gazetę Wyborczą i Leszka Czarneckiego aferę w Komisji Nadzoru Finansowego zamieść błyskawicznie pod dywan. Kolejne dni przynoszą nowe informacje o poszczególnych etapach wdrażania “planu Zdzisława”, legislacyjnej aktywności partii rządzącej, mającej umożliwić przejmowanie banków przez inne banki, czy analizy, rozbierające na czynniki pierwsze wątki poboczne afery, jak choćby tajemnicze 70 mln w gotówce, które prominentny senator PiS chciał ulokować w banku milionera. Na domiar złego, pojawiają się wieści z prokuratury, że Marek Chrzanowski zaczyna ujawniać prawdziwe powody złożenia aferalnej propozycji Czarneckiemu, przy okazji odkrywając kompletną degrengoladę standardów etycznych w pisowskiej instytucji zaufania publicznego.

Tłumaczenie byłego szefa KNF jest na tyle kuriozalne, że zasadniczo trudno przyjmować je na poważnie. Jak ustalili reporterzy RMF FM, Chrzanowski potwierdził, że chciał zatrudnienia swojego prawnika w Getin Noble Banku, jednak składając tę propozycję (jego zdaniem nie ma ona znamion propozycji korupcyjnej) działał w interesie państwa i urzędu, którym kierował. Radca prawny, Grzegorz Kowalczyk miał bowiem być jego… szpiegiem w organizacji Leszka Czarneckiego. 

Szef KNF chciał mieć u Leszka Czarneckiego swojego człowieka, bo bank wymagał silnego wsparcia państwa. W ramach programu naprawczego mógł mieć ułatwione działanie – ale w zamian miał realizować konkretne cele kapitałowe. Chrzanowski – jak wynika z nieoficjalnych ustaleń Krzysztofa Berendy – nie ufał Czarneckiemu i dlatego chciał mieć w banku swoje oczy i uszy. Zresztą taką samą rolę Grzegorz Kowalczyk miał pełnić w Plus Banku Zygmunta Solorza, co zresztą potwierdził jego rzecznik. Zdaniem części komentatorów, właściciel Polsatu wykorzystał nadarzającą się szansę, by wysłać czytelny komunikat do Polaków, że on sam również jest ofiarą podobnego szantażu, jakim do współpracy z obozem władzy próbowano przekonać Czarneckiego.

Warto się zastanowić, kto podsunął Markowi Chrzanowskiemu tak absurdalna linię obrony. Potwierdzając, że Kowalczyk miał być jego szpiegiem w Getin Noble Banku, nie tylko pośrednio przyznał się do formułowanych przez właściciela banku zarzutów, ale i pogrążył instytucję, którą kierował praktykami rodem z Białorusi czy Rosji. Zapomniał również najwyraźniej, że polski kodeks karny penalizuje także umieszczanie “szpiegów” w innych firmach, czyli szpiegostwo gospodarcze. 

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego jest instytucją funkcjonującą w sposób transparentny, otwartą na dialog i wymianę informacji ze wszystkimi jego interesariuszami. Działania Kierownictwa UKNF skoncentrowane są na efektywnym i skutecznym zarządzaniu, zgodnym z koncepcją nowego zarządzania w sektorze publicznym (New Public Management) i zmierzają w kierunku racjonalizacji ponoszonych przez Urząd kosztów, a zarazem podnoszenia jakości jego prac i sprawności funkcjonowania, w obliczu rosnącej ilości zadań wynikających z nowych regulacji krajowych oraz europejskich – chwali się UKNF na swojej stronie internetowej w zakładce “Transparentny urząd”. Trudno o większą hipokryzję. Gorzej, jeśli władza PiS takie standardy wprowadzi na stałe. Wówczs, w każdym polskim przedsiębiorstwie będzie musiał być zatrudniony szpieg z ramienia właściwego urzędu skarbowego. Oczywiście w trosce o interes państwa.

Waldemar Mystkowski pisze o gniciu państwa.

Afera Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie Getin Noble Banku ujawnia gnicie państwa zarządzanego przez PiS. Owszem, to państwo gnije w sferach, w których państwo ma dostęp do zawłaszczania, lecz coś zupełnie innego winno być wybite na plan pierwszy i o to rozgrywa się w tej chwili bitwa. Szef KNF Marek Chrzanowski zmusiłby do korupcji Leszka Czarneckiego, właściciela Getin, lecz ten nie dlatego ujawnił nagranie, w którym Chrzanowski domaga się milionów, ale dlatego, że jego bank może zostać przejęty za „symboliczną kwotę”, złotówkę.

Nawet w tym elemencie afera KNF to coś zupełnie innego jakościowo niż Rywingate. Lew Rywin chciał dla siebie Polsatu w imieniu „grupy trzymającej władzę” i przyszłego zapisu w ustawie medialnej – „lub czasopisma”. Chrzanowski te „lub czasopisma” chciał uzyskać w ramach tzw. „planu Sokala” (nazwisko szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego), a jego elementem to zgłoszona przez PiS 9 listopada poprawka do ustawy – lobbowana przez Chrzanowskiego – o możliwości przejęcia banku, gdy w ocenie KNF bank nie spełnia wymogów kapitałowych. „Plan Sokala” zakładał doprowadzenie do celowego doprowadzenia upadłości Getin Noble Banku i odkupienia go za symboliczną złotówkę.

Na to przejęcie oraz inne, do których doszło i może dojść, nakładamy okular propagandowy – repolonizacja banków. Choć Czarnecki jest Polakiem, to nie jest pisowcem i repolonizacja jego banku wg PiS byłaby jeszcze bardziej sprawiedliwa. Zresztą pierwszy argument po ujawnieniu afery, jaki był używany przez PiS (Zybertowicz w TOK FM) w stosunku do Czarneckiego to, iż współpracował z SB. Typowe stygmatyzowanie komuną, którego też chętnie używa Mateusz Morawiecki, tak wszak wyraził się o sędziach Sądu Najwyższego.

Repolonizacja dotyczy banków, ale także innych sfer, które PiS chce zagarnąć dla siebie i swoich celów, choćby media prywatne, które od dłuższego czasu spotykają się z kanonadą oczerniania przez polityków PiS – są bowiem niemieckie, niesprawiedliwe dla PiS (Morawiecki) i należy je zdekoncentrować.

W ten sposób przejmowane były banki i media w Rosji przez Putina i jego ludzi. Tej metody użył także Viktor Orban na Węgrzech. Kaczyński i jego ekipa są na początku owej drogi jeszcze się potykają, bo w Polsce opór jest o wiele potężniejszy. Na pewno łatwiej byłoby repolonizować Czarneckiego za złotówkę, gdyby było już po Polexicie. Putinizacja PiS-owi – na szczęście – nie wychodzi.

Kornel Morawiecki był gościem Andrzeja Stankiewicza w oinet.pl. Internauci skomentowali deklarację Morawieckiego o chęci startu w wyborach do Europarlamentu.

Antoni Macierewicz skomentował w telewizji Tadeusza Rydzyka tegoroczny Marsz Niepodległości, który odbył się w Warszawie.

Internauci komentują wywiad Adama Bielana (PiS) w Radiu Zet.

Mateusz Morawiecki znajduje się w samym środku afery KNF

15 List

W miarę jak kolejne media ujawniają bulwersujące kulisy afery korupcyjnej w Komisji Nadzoru Finansowego, odsłaniając elementy przeprowadzanego z całą bezwzględnością procesu doprowadzania prywatnych banków na skraj upadku, by następnie je “uratować” poprzez przejęcie przez państwo, rośnie napięcie wewnątrz obozu władzy, a oczom obserwatorów ukazuje się bezwzględna walka frakcji walczących o wpływy. Oderwanie obozu władzy od rzeczywistości jest totalne – moment ujawnienia skandalicznego procederu i idącej w dziesiątki milionów rocznie łapówki wykorzystują nie do zdiagnozowania problemu i jego zwalczenia, a do zabezpieczenia własnych interesów, najlepiej kosztem politycznych rywali wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy.

Dobro państwa już dawno nie jest najważniejsze – liczy się władza i jej utrzymanie za wszelką cenę. Nie ma nawet cienia szansy na powołanie komisji śledczej czy rzetelne śledztwo, na które naciska opozycja oraz pewnie już wkrótce opinia publiczna. Do tej pory PiS był teflonowy i ujawnianie mniejsze lub większe afery (w sieci krąży już nawet lista 100 takich “afer”) nie wyrządzały obozowi władzy żadnych większych szkód, więc i tym razem panuje przekonanie, że pożar w burdelu uda się opanować bez strat. Szef Kancelarii Premiera zdążył już nawet ogłosić, że po dymisji szefa KNF, Marka Chrzanowskiego sprawa formalnie została zakończona. Tyle tylko, że od wcześniejszych afer obecne wydarzenia różni przede wszystkim moment wybuchu tj. na nieco ponad pół roku przed wyborami do PE i na ok. rok przed wyborami parlamentarnymi, które będą dla wielu polityków z obozu PiS swoistym “być albo nie być”. To generuje olbrzymie tarcia pomiędzy frakcjami, które w decydującym momencie przygotowań do najważniejszego od lat wyścigu chcą uzyskać jak największe wpływy i najlepiej wyeliminować część rywali do najlepszych miejsc na listach.

To nie przypadek, że w tym samym czasie, gdy Michał Dworczyk, będący człowiekiem premiera Morawieckiego, ogłosił “koniec sprawy”, pojawił się na konferencji prasowej Zbigniew Ziobro i zapowiedział bardzo intensywne śledztwo, choć już wiemy, że gdyby nie publikacja Gazety Wyborczej, to zawiadomienie w tej sprawie być może nadal leżałoby gdzieś pomiędzy pokojami prokuratury. Nie jest także przypadkiem nagła akcja CBA, przeprowadzona w siedzibie KNF w tak  groteskowy sposób, że aż trudno uwierzyć, że było to coś więcej niż inscenizacja.

Sytuacja, w której były szef KNF, po ujawnieniu afery korupcyjnej z nim w roli głównej pojawia się w miejscu swojej pracy, by posprzątać biurko (a przy okazji wszystkie niewygodne dokumenty), a CBA zamiast odebrać go już wczoraj z lotniska wprost na przesłuchanie pojawia się w UKNF tuż po tym, jak Marek Chrzanowski budynek opuścił, zakrawa na żart z obywateli i państwa. KNF do tej pory należało do strefy wpływów Prezesa NBP, Adama Glapińskiego, ale apetyt na rzeczywistą kontrolę nad tą instytucją od dawna miał Morawiecki. Z kolei kryminalne okoliczności i możliwość znalezienia haków na tak wysoko postawioną personę w hierarchii PiS sprawiły, że Zbigniewowi Ziobro zaświeciły się oczy i rzucił śledczych pędem do siedziby Komisji. Oddelegowani do tego zadania agenci CBA podlegają jednak Mariuszowi Kamińskiemu, który przecież jest również częścią tego samego “zakonu” co Glapiński. Nic więc dziwnego, że grzecznie poczekali, aż Chrzanowski przygotuje im gabinet do oczekiwanego przeszukania i zabezpieczenia dokumentów. A czy miał co ukrywać? Tu już jesteśmy skazani na domysły.

Nowe ustalenia w kwestii tego, co KNF robiło w sprawie banku Leszka Czarneckiego, sprawiają jednak, że wnioski o komisję śledczą w tej sprawie mają bardzo duże uzasadnienie, a komentarze, że afera w KNF może mieć rozmiary znacznie większe niż afera Rywina, która wiele lat temu zmiotła ze sceny politycznej rządy lewicy, wcale nie muszą być przesadzone. Co bowiem wiemy? Choćby to, że gdy okazało się, że propozycja “zatrudnij naszego prawnika w zamian za przychylność” nie okazała się dla Czarneckiego wystarczającą zachętą, w Sejmie pojawiła się nagle poprawka forsowana właśnie przez Marka Chrzanowskiego, która umożliwiała realizację groźby, która między słowami korupcyjnej propozycji pojawiała się z ust szefa KNF. Wątek ten ujawnił Patryk Michalski z RMF FM.

Sejm proponowaną poprawkę oczywiście bez szemrania przyjął, umożliwiając wdrożenie w życie ostatniego etapu “planu Sokala” czyli przejęcia banku milionera za symboliczną złotówkę. Wszystko to działo się już po złożeniu przez Czarneckiego zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez Chrzanowskiego. Wygląda jak zemsta? No raczej. Warto jednak zauważyć, że ta poprawka to miało być zwieńczenie dzieła. Operacja przeciwko interesom Czarneckiego toczyła się bowiem już od wielu miesięcy.

Obejmowała zmiany odpowiedniego rozporządzenia, by Getin Noble Bank i Idea Bank wpadły w proces restrukturyzacyjny KNF, opisaną przez GW ofertę od szefa KNF (wspartą przez prezesa NBP!), wpisanie banków na listę ostrzeżeń publicznych (by zmniejszyć ich wartość), a w finale przyjęcie przez Sejm poprawki umożliwiającej przejęcie banku przez państwo.

Nic dziwnego, że obserwujący działania władzy Czarnecki postanowił udać się do Romana Giertycha i sprawę nagłośnić, ujawniając mafijne metody rządów Prawa i Sprawiedliwości, tak bardzo godzące w prywatną własność. W kraju, gdzie w pierwszej kolejności liczy się interes państwa, dymisja szefa KNF byłaby jedynie wstępem do daleko idących zmian na najważniejszych stanowiskach. Jako że jednak żyjemy w kraju rządzonym przez partię z prawem i sprawiedliwością w nazwie, to może się okazać, że na tym się zakończy, a na jej pełne rozliczenie możemy liczyć dopiero po zmianie władzy. Miejmy nadzieję, że bezwzględna walka frakcji w PiS ten moment znacznie przybliży.

„Pan Prokurator Generalny apeluje do mnie, abym złożył nośnik z nagraną taśmą rozmowy w KNF. Nośnik złożyliśmy wczoraj (wraz z drugim zawiadomieniem). Mam na to potwierdzenie przyjęcia zawiadomienia wraz z nośnikiem podbite wczoraj przez Prokuraturę Generalną” – napisał na Twitterze Roman Giertych, pełnomocnik Leszka Czarneckiego.

Dwie godziny wcześniej minister sprawiedliwości – prokurator generalny Zbigniew Ziobro w TVP twierdził, że w zawiadomieniu, które Giertych złożył w prokuraturze nie ma tych dowodów.

„Zwracam się do pełnomocnika pana Czarneckiego, by jak najszybciej dostarczył prokuraturze wszystkie nośniki” – apelował Ziobro do Giertycha. Przypomnijmy, że Ziobro zapewniał, że objął śledztwo w sprawie afery KNF osobistym nadzorem!

„Na tym właśnie polega „staranność” pana Prokuratora w wyjaśnianiu tej sprawy”; – „Pan prokurator generalny albo jest nierzetelny, albo słabo zorientowany. Albo i to, i to. Źle to wróży śledztwu

„Czyżby w tej „szacownej” instytucji przekaz informacji (m.in. o złożonych materiałach) odbywał się drogą TELEX’ową? A może to robią gońcem albo gołębiem?”; – „Aha, czyli Pan Prokurator Generalny nie wie, co się dzieje w prokuraturze” – komentowali internauci.

Rekieterzy. Na czym w istocie polega via Roman Giertych.

Więcej o „bohaterach” afery KNF tutaj >>>

I tutaj >>>

Waldemar Mystkowski pisze o istocie afery KNF.

Afera Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie Getin Noble Banku ujawnia gnicie państwa zarządzanego przez PiS. Owszem, to państwo gnije w sferach, w których państwo ma dostęp do zawłaszczania, lecz coś zupełnie innego winno być wybite na plan pierwszy i o to rozgrywa się w tej chwili bitwa. Szef KNF Marek Chrzanowski zmusiłby do korupcji Leszka Czarneckiego, właściciela Getin, lecz ten nie dlatego ujawnił nagranie, w którym Chrzanowski domaga się milionów, ale dlatego, że jego bank może zostać przejęty za „symboliczną kwotę”, złotówkę.

Nawet w tym elemencie afera KNF to coś zupełnie innego jakościowo niż Rywingate. Lew Rywin chciał dla siebie Polsatu w imieniu „grupy trzymającej władzę” i przyszłego zapisu w ustawie medialnej – „lub czasopisma”. Chrzanowski te „lub czasopisma” chciał uzyskać w ramach tzw. „planu Sokala” (nazwisko szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego), a jego elementem to zgłoszona przez PiS 9 listopada poprawka do ustawy – lobbowana przez Chrzanowskiego – o możliwości przejęcia banku, gdy w ocenie KNF bank nie spełnia wymogów kapitałowych. „Plan Sokala” zakładał doprowadzenie do celowego doprowadzenia upadłości Getin Noble Banku i odkupienia go za symboliczną złotówkę.

Na to przejęcie oraz inne, do których doszło i może dojść, nakładamy okular propagandowy – repolonizacja banków. Choć Czarnecki jest Polakiem, to nie jest pisowcem i repolonizacja jego banku wg PiS byłaby jeszcze bardziej sprawiedliwa. Zresztą pierwszy argument po ujawnieniu afery, jaki był używany przez PiS (Zybertowicz w TOK FM) w stosunku do Czarneckiego to, iż współpracował z SB. Typowe stygmatyzowanie komuną, którego też chętnie używa Mateusz Morawiecki, tak wszak wyraził się o sędziach Sądu Najwyższego.

Repolonizacja dotyczy banków, ale także innych sfer, które PiS chce zagarnąć dla siebie i swoich celów, choćby media prywatne, które od dłuższego czasu spotykają się z kanonadą oczerniania przez polityków PiS – są bowiem niemieckie, niesprawiedliwe dla PiS (Morawiecki) i należy je zdekoncentrować.

W ten sposób przejmowane były banki i media w Rosji przez Putina i jego ludzi. Tej metody użył także Viktor Orban na Węgrzech. Kaczyński i jego ekipa są na początku owej drogi jeszcze się potykają, bo w Polsce opór jest o wiele potężniejszy. Na pewno łatwiej byłoby repolonizować Czarneckiego za złotówkę, gdyby było już po Polexicie. Putinizacja PiS-owi – na szczęście – nie wychodzi.

Najlepsza polska tenisistka od jakiegoś czasu konsekwentnie osuwała się w rankingu, przegrywała z kłopotami zdrowotnymi oraz z rywalkami młodszymi już o całe tenisowe pokolenie: silniejszymi, głodnymi zwycięstw, bardziej zdeterminowanymi wizją przebijania się do ścisłej czołówki, gdzie czekają sława, chwała i wielkie pieniądze. Czyli tam, gdzie Radwańska była jeszcze niedawno.

Za wcześnie na sportową emeryturę

Kończy z tenisem, nie mając jeszcze 30 lat, co musi być dla niej osobistym dramatem, gdyż ten wiek to jeszcze grubo za wcześnie na sportową emeryturę. Ale prawa rządzące tenisowym światem kobiet, czyli prymat siły, biegania do upadłego oraz odcinania kuponów do serwowania z prędkością światła, nie były napisane dla Radwańskiej. Romantycznej opowieści o wyjątkowo zdolnej dziewczynie z Krakowa, poprowadzonej na tenisowe salony poprzez chów w rodzinnej manufakturze o wbrew ogólnopolskiemu tenisowemu marazmowi, nie udało się spuentować żadnym spektakularnym sukcesem, czyli zwycięstwem w wielkoszlemowym turnieju. Najbliżej była w 2012 r. w Wimbledonie w meczu z Sereną Williams, gdzie znów – wygrywając seta – wlała nadzieję w serca tych, którzy przychodzą na korty po to, by zobaczyć zwycięstwo kunsztu i sprytu, a nie znany wzór „siła razy ramię”.

Światowe sukcesy polskich tenisistów

Dziękujmy Radwańskiej, bo jest za co

Odbijanie się od ścian stawianych przez rywalki, które miały do gry na takich twardych warunkach zdrowie i predyspozycje fizyczne, musiało być dla niej frustrujące. Stąd pewnie brała się niekiedy podczas meczów ta mowa ciała, pełna rezygnacji i bezsilności, interpretowana potem przez domorosłych znawców jako przedwczesne wywieszanie białej flagi. I wylewający się zaraz potem jad: że jej się nie chce, że nie ma ambicji, że jej nie zależy, że nasycona zarobionymi na kortach oraz w reklamach milionami nie pamięta samej siebie głodnej.

Nieumiejętność owijania w bawełnę, w tym przede wszystkim nieprzemyślana puenta klęski na igrzyskach w Londynie – że nic się nie stało, bo to z tenisowego punktu widzenia mało znacząca impreza – na pewno popularności jej nie przysparzały. Na szczęście teraz chór kibiców mówi zgodnie: dziękujemy. Bo jest za co.

Wobec Marszu Niepodległości odbyło się kilka kontrmanifestacji, ale wśród nich była tylko jedna próba dialogu. Podjęła go inicjatorka ubiegłorocznej akcji „kobiet z mostu” i znienawidzona od tamtej pory przez środowiska nacjonalistyczne Ewka Błaszczyk.

Tak jak w 2017 r. towarzyszę tej aktywistce w przygotowaniach do akcji i jestem obok także po jej zakończeniu. Tym razem dokumentuję też samą kontrmanifestację rozgrywającą się w sercu miejsca, gdzie gromadzą się nacjonaliści idący w Marszu Niepodległości 2018, czyli przed Pałacem Kultury, zaledwie kilkaset metrów od ronda Dmowskiego. To stąd wyjdą dwie wielkie brygady kibiców piłkarskich i to tutaj rzuconych zostanie najwięcej rac hukowych. Przed samym wymarszem policja będzie tu uzbrojona w długą broń gładkolufową, a z powodu unoszącego się w powietrzu dymu nie będzie widać nic. Gdyby w tym momencie powiedzieć komukolwiek, że jeszcze kilka minut wcześniej prowadzony był tu dialog między demokratami a nacjonalistami – nie uwierzyłby.

To nie były incydenty, to nie był margines, to nie był radosny marsz

Oczekiwanie i oczekiwania

Przed 11 listopada spotykam się z aktywistkami kilka razy. Przed każdą rozmową w kawiarniach dbają o to, by schować telefony. Na wszelki wypadek, gdyby podsłuch był. To działaczki tzw. opozycji ulicznej, nieprzynależące obecnie do żadnego ruchu. Chcą działać samodzielnie, na własny rachunek, na własną odpowiedzialność. Z wielu powodów. O nich nie teraz.

Taka droga działania jest o wiele trudniejsza niż bycie jedną z twarzy konkretnego ruchu obywatelskiego, media ich nie zauważają. A przecież te kobiety wcale nie są osobami nieznanymi publicznie, np. część z nich w 2017 r. stanęła samotnie przeciwko brunatnieniu Polski z transparentem „Faszyzm stop” wobec 60 tys. osób idących w Marszu Niepodległości. I rozpisywały się o tym nie tylko polskie, ale i światowe gazety.

Przypomnijmy sobie kilka faktów. Policji wtedy nie było na miejscu. Kobiety zostały pobite, zelżone, zniesione z miejsca swojego protestu. Jedna z nich straciła przytomność (przyjechała karetka), druga ma trwałą bliznę na dłoni po tym, jak jeden z agresorów przydeptał ją butem do asfaltu. Błaszczyk jest pewna, że zrobił to rozmyślnie. Sprawcy nie zostali zatrzymani do tej pory.

Rok po tych zdarzeniach, na owych spotkaniach w kawiarniach, ustalono, że w planowanej akcji będzie uczestniczyć kilka „kobiet z mostu” – pomysłodawczyni obu akcji Ewka Błaszczyk, Elżbieta Podleśna i Beata Geppert. A do tego składu dojdą jeszcze Ewa Borguńska, Joanna Gzyra-Iskandar i Anula Rykała-Wieczorek. Nie jest łatwo planować. Naprawdę nie jest, bo oczekiwania, szczególnie wobec Błaszczyk, są ogromne. Dziennikarka z „Gazety Wyborczej” podczas wywiadu przed marszem spyta ją nawet, czy jest gotowa na śmierć. Nie. Nie jest. Wszystkie chcą żyć. Robią to właśnie po to, by w porę zatrzymać przyzwolenie na rosnący w Polsce skrajny nacjonalizm i neofaszyzm, po to, by nikt nie zginął i aby nie zdarzały się ataki na „wrogów ojczyzny”.

Jak wypadł polski weekend niepodległościowy

Formalnie i spontanicznie

Nawet na kilka dni przed 11 listopada, stuleciem odzyskania niepodległości przez Polskę, wciąż nie wiadomo, jak będzie przebiegał Marsz Niepodległości. Ani czy w ogóle się odbędzie. Przygotowania i rozmowy aktywistek obywatelskich jednak trwają, bo bez względu na rozwój sytuacji do Warszawy i tak zjadą grupy neofaszystowskie i nacjonaliści z całej Europy. Ewka Błaszczyk decyduje się na dość zaskakujący ruch – zarejestrowane zgromadzenie publiczne w samym centrum miejsca, gdzie przyjezdni będą się gromadzić. Jej zgłoszenie zostaje przyjęte i przez dwie doby „To było tutaj – Warszawa wolna od faszyzmu” jest jedyną formalną kontrmanifestacją Marszu Niepodległości, posiadającego (zgodnie z pisowską nowelizacją prawa o zgromadzeniach) status tzw. zgromadzenia cyklicznego. Kontrmanifestacją odbywającą się na terenie zgromadzenia publicznego stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

Policja nawet dzwoni z sugestią odwiedzenia aktywistki od realizacji demonstracji. Pyta, czy ma świadomość, gdzie chce demonstrować i jakie są zagrożenia. Tak. Ma. Nie ustąpi.

Ostatecznie godziny trwania zgromadzenia w zgłoszeniu do miasta stołecznego Warszawy zostają skrócone do 14:00, czyli momentu formalnego rozpoczęcia się marszu nacjonalistów. Ale mające w nim uczestniczyć kobiety publicznie zapowiadają, że mimo wygaśnięcia pozwolenia będą kontynuować demonstrację w trybie spontanicznym.

Obrona „ściany pamięci”

Cele „To było tutaj – Warszawa wolna od faszyzmu” są dwa. Pierwszym jest obrona „ściany pamięci” Piotra Szczęsnego, miejsca, przy którym Szary Człowiek dokonał 19 listopada 2017 r. aktu samospalenia w proteście przeciw polityce rządu. Od tamtej pory na bocznej ścianie trybuny honorowej PKiN aktywiści i aktywistki odnawiają napis „To było tutaj”, zapalają znicze i czytają manifest pozostawiony przez Szczęsnego. Walczą, by pamięć o najbardziej dramatycznym proteście, na jaki może zdobyć się człowiek, nie umarła razem z nim.

Skąd taki pomysł? A stąd, że 11 listopada 2017 r., tuż przed Marszem Niepodległości, miejsce to zostało zhańbione napisami „cwel” oraz „6. dzień tygodnia jak żywa pochodnia”. Nieznani sprawcy ułożyli także obraźliwy napis z zapalonych zniczy. Dlatego w tym roku działaczki chcą obronić to miejsce. Chcą to zrobić za wszelką cenę. I pilnują „ściany pamięci” już od północy poprzedniego dnia. Przez całą noc są same.

Beata Geppert, która była tutaj od północy, opowiada, że spotkała mężczyznę, który w ogóle nie znał sprawy i z zainteresowaniem wysłuchał tej historii: – Podziękował. Zrobił kilka zdjęć i powiedział: „Niech Bóg ma w opiece jego duszę”.

A potem przy ścianie pojawiła się grupka młodych z zupełnie innym nastawieniem. – Jeden powiedział: „A kto mu się kazał podpalać?”. Wszyscy zarechotali i poszli – wspomina Geppert i przypomina o jeszcze jednym zdarzeniu. – Podszedł jeszcze pan, który spojrzał na mnie ze współczuciem i zapytał, czy mi nie zimno. I czy nie lepiej, żebym poszła do noclegowni.

Spontanicznego pilnowania „ściany pamięci” przez całą noc podjęły się w zmianach Beata Geppert, Elżbieta Podleśna, Anula Rykała-Wieczorek i Joanna Gzyra-Iskandar. Nie było tylko Ewki Błaszczyk, która musiała prowadzić później całe swoje zgromadzenie, i Ewy Borguńskiej, która z „To było tutaj” będzie prowadzić transmisję wideo, a potem kierować wydarzeniem partnerskim „Pozamiatane – Warszawa wolna od faszyzmu”. W jego ramach grupa aktywistek zbierze dowody wykroczeń ze strony uczestników Marszu Niepodległości (butelki po alkoholu i pozostałości po środkach pirotechnicznych). A 12 listopada przekaże je policji.

Przeciwko brunatnieniu Polski

Drugim celem zgromadzenia jest zwrócenie uwagi na narastające incydenty faszystowskie, ale nie tylko, bo przecież przede wszystkim na brunatnienie Polski i konsekwencje płynące z nacjonalizmu. „Chcemy przypomnieć pozostawiony manifest Szarego Człowieka w kontekście naszego sprzeciwu wobec faszyzacji polskiego życia publicznego. Pisał on: »Protestuję przeciwko wrogiemu stosunkowi władzy do imigrantów oraz przeciw dyskryminacji różnych grup mniejszościowych: kobiet, osób homoseksualnych (i innych z LGBT), muzułmanów i innych« – napisała Ewka Błaszczyk w opisie swojej demonstracji. – Między innymi te słowa zostawił nam 19 października 2017 r. Piotr Szczęsny, który odebrał sobie życie także w proteście wobec nietolerancji, ksenofobii i wykluczeniu. Również w tym kontekście chciał naszego przebudzenia”.

Przed Pałacem pojawią się szokujące dla uczestników Marszu Niepodległości, jak się później okazało, transparenty i flagi. Bo aby zwrócić uwagę na traktowanie w Polsce różnych mniejszości, obok transparentu „Kolorowa Polska” aktywistki trzymały symbolicznie flagi trzech, chyba najbardziej znienawidzonych u nas, narodów: Izraela, Ukrainy i Białorusi. Była także nasza flaga narodowa, UE czy flaga Warszawy.

Towarzyszył im baner, z którym stał niezależny aktywista Krzysztof Warchoł, z hasłem „Wielka Polska różnorodna”. Pod napisem widniał obrys Polski, w który wpisane były flagi różnych krajów, a obok umieszczono symbole największych religii świata i ateizmu. Gorące dyskusje wzbudzała także druga strona tego baneru ze zdjęciem stojących za drutami kolczastymi dzieci, więźniów nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, i napisem „Tak się kończy nacjonalizm”.

Czytaj także: Świat krytycznie o marszu niepodległości

Dialog i brak dialogu

Gdy zarejestrowana w Biurze Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego urzędu m. st. Warszawa demonstracja rozpoczęła się o godz. 10:00, na miejscu nie było ani jednego policjanta. Pod numer 112 w ramach interwencji dzwoni więc posłanka Joanna Scheuring-Wielgus (dwukrotnie), potem jeszcze przewodnicząca zgromadzenia Ewka Błaszczyk i działacz Kajetan Wróblewski.

Pierwszy patrol policyjny pojawia się o godz. 10:17. Powiadają, że w sprawie tego spóźnienia można się dowiadywać u rzecznika prasowego, a siły policyjne będą działać adekwatnie do sytuacji. Rzeczywiście narastały tak, jak narastała sytuacja. Od braku choćby jednego policjanta do kilku oddziałów w strojach bojowych w kamizelkach kuloodpornych, białych kaskach, z tarczami. Pod koniec pojawił się także oddział z długą bronią gładkolufową.

Manifestacja przed PKiN trwała – nie licząc wcześniejszego nocnego pilnowania – około sześciu godzin. Przez ten czas jej uczestnicy starali się stworzyć spokojne miejsce do dialogu. Przeprowadzono wiele rozmów, od spokojnych po dynamiczne, gorące. Niestety nie zawsze odbywały się zgodnie z zasadami kultury i bez mowy nienawiści. Kto był agresywny, zamaskowany, ubliżał, ten był ze zgromadzenia wykluczany. Musiał być wykluczany. Dla bezpieczeństwa jego uczestników. Dla bezpieczeństwa wszystkich. „Każda systemowo rozwinięta ideologia nienawiści zaczyna się od przesączania do języka niebezpiecznych słów. One się lokują i rozwijają w umysłach bez rozróżnienia »słuszności sprawy«. Czekają na czyny” – napisze później Błaszczyk.

Co usłyszały? Ewka Błaszczyk, która m.in. trzymała flagę Izraela: „Nie, nie podam ci ręki”, „Nie jesteś Polką”, „Jesteś ubecką kur…ą”, „Jesteś Żydówą”, „Promujesz pedalstwo”, „Będę się za ciebie modlić, idź do spowiedzi”, „Cała Polska będzie biała, bez komucha i pedała”, „Jesteście zdrajcami”.

Joanna Gzyra-Iskandar, która m.in. trzymała transparent „Kolorowa Polska”: „Wypierd…”, „faszyści”, „czerwona hołota”, „bolszewicy”, „Żydzi” (jako inwektywa), „lewackie kur…y”, „lewackie szmaty”.

Elżbieta Podleśna, która m.in. trzymała flagę Ukrainy: „Wypierd…, banderówo!”, „Kretynka”, „Chora psychicznie”, „Jesteś śmieciem”. A także że stoi z flagą morderców, że Ukraińcy nadziewali polskie dzieci na pale

Ale były też miłe chwile. Wzruszony Duńczyk, który pytał o flagę swojego kraju wpisaną w obrys Polski. Samotny pan z flagą Polski, który nic nie mówił, ale trwał przed ścianą przez niemal całą demonstrację. Młody mężczyzna, który poświęcił swój czas i podziękował wszystkim uczestniczącym już po zakończeniu zgromadzenia spontanicznego. „Dziękuję, że tu byliście. Bardzo za to dziękuję”. Z pewnością budujących jest też tych kilka głosów ze strony ludzi, którzy żałują, że uczestniczyli w zgromadzeniu Obywateli RP, Warszawskiego Strajku Kobiet i KOD Mazowsze na ul. Smolnej, gdzie protestujący zostali całkowicie odizolowani przez policję od maszerujących. Tam miejsca na dialog nie było. Tam rzucano w kontrmanifestujących płonącymi racami i butelkami. Przed PKiN malutka grupka była atakowana inaczej – słowami. Bolesnymi słowami. Tu więc można było realnie pomóc. Szukać płaszczyzny, by zobaczyć drugiego człowieka.

Władza przegrała z nacjonalistami

Ekstremalne emocje

Mimo stosunkowo spokojnego (spokojnego w sensie braku agresji fizycznej) przebiegu zgromadzenia przed Pałacem Kultury panowały na nim ekstremalne emocje. Trzeba było zachować spokój wobec namawiających się na atak grupek. Komentujących z oddali. Krzyczących. Podbiegających. Wobec osób ostentacyjnie wchodzących na teren zgromadzenia z falangami czy wobec zamaskowanych skinheadów.

Trzeba było tłumaczyć podstawowe sprawy, np. że to miejsce nie zostało wykupione, a odbywa się tu zarejestrowane zgromadzenie publiczne i obowiązują pewne zasady określone prawem. Np. nie wolno pić alkoholu. Tłumaczyć, że wolność i demokracja polega na tym, że każdy może wyrażać swoje poglądy polityczne i stanąć z flagą, w tym także z flagą innego państwa.

Aktywistki musiały sobie radzić z różnymi sytuacjami. Zachować zimną krew w obliczu kłamstw czy prowokacji. Słyszały, że „tu podpalił się ten, co go do tego »Wyborcza« namówiła”. Podleśnej pewien mocno starszy człowiek powiedział, że „obrażam go napisem »Straż przed faszyzmem« na kamizelce, i że to dobrze, że mnie w zeszłym roku pobili, bo było za co”. Inny powiedział, że „chcę zagłady polskości, bo uprawiam pedalską propagandę w szkołach”. Poinformował ją też, gdzie ma sobie wsadzić baner z napisem „Polska kolorowa”. Kolejny orzekł, że „wie, jakie jest moje pochodzenie i jak zarabiam na życie”. Itd.

Słuchanie niektórych wypowiedzi było ciężkie nawet dla obserwatorów, którzy atakowani raczej nie byli. Przykłady? Gdy mężczyzna z opaską z Polską Walczącą na rękawie powiedział, że on Ewce Błaszczyk ręki nie poda, bo „tu się dzieje niedobrze, bo jeżeli ktoś mnie wygania z mojej ojczyzny, bo sobie stoi, kur…, [i mówi] »stop faszystom«…”. A wcześniej jeszcze rzucił do niej wymowne oskarżenie: „Do gazu? Do gazu to tej pani dziadkowie wsadzali swoich i nas!”.

Albo wtedy gdy tuż pod baner podszedł starszy mężczyzna z małym dzieckiem, wskazał palcem na demonstrujących i powiedział: –Popatrz, tak wyglądają małpy. Tak wyglądają zabójcy dzieci.

Z Tuskiem Duda się nie przywitał. Zmarnowana rocznica

Kontrmanifestacja do Marszu Niepodległości

W zgromadzeniu „To było tutaj – Warszawa wolna od faszyzmu” uczestniczyło łącznie kilkadziesiąt osób. Za transparentami stawali zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Kolorowo ubrani odróżniali się na pierwszy rzut oka od uczestników Marszu Niepodległości, niemal zuniformizowanych. Próbowali rozmawiać, próbowali tłumaczyć. Wszyscy zgodnie później stwierdzą, że przynajmniej dwie z tych rozmów niosły jakąś nadzieję. Czyli było warto.

Za sukces uznają także to, że pod „ścianę pamięci” podchodziło bardzo wielu uczestników Marszu Niepodległości. Z uwagą czytali wystawiony tam manifest Piotra Szczęsnego. Niektórzy zapewne pierwszy raz dowiadywali się o całej sprawie.

O godz. 14:00 formalnie zgłoszone zgromadzenie zakończyło się, a zaczęła demonstracja spontaniczna. Wtedy dookoła demonstrujących był już tłum uczestników Marszu Niepodległości, a terenu demonstracji broniło kilka uzbrojonych oddziałów policji. Wkrótce miał przejść tuż obok pochód dwóch dużych grup kibiców. Policja zaczęła negocjować, aby aktywistki zrezygnowały z dalszego stania przy „ścianie pamięci”, w zamian obiecała wystawienie patrolu, aby nikt nie napisał na trybunie honorowej PKiN czegoś niestosownego.

Aktywistki zdecydowały się zostać na miejscu aż do momentu odejścia całego marszu z tego terenu i pobliskiego ronda Dmowskiego. Po schowaniu flag i transparentów oddziały policji zostały wycofane, ale obiecany patrol nie został wystawiony. Kilka minut po wycofaniu się policji z miejsca zgromadzenia spontanicznego 50 m dalej ruszyli kibice. W dwóch kolumnach, bo to kibice (czy raczej kibole) dwóch różnych drużyn. Jedna z nich niesie na swoim czele wielki czarny transparent „Śmierć wrogom ojczyzny”.

Oni z aktywistkami nie spotkali się na jednej drodze. To dobrze, bo bez ochrony policji mogłoby dojść do tragedii.

Po godz. 15:30 na terenie zgromadzenia spontanicznego i obok niego wybuchają dziesiątki rac hukowych. Powietrze zasnuwa szary dym. Biegną jacyś ludzie w czarnych strojach. Jakby wojna się zaczęła.

Madeleine Albright ostrzega przed zjawiskiem faszyzmu i nacjonalizmu

Koniec władzy PiS?

13 List

Głośna już propozycja szefa KNF Marka Chrzanowskiego dla szefa Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego może oznaczać największą aferę czasów PiS – sugerują dziennikarze „Gazety Wyborczej”.

O powadze sytuacji najlepiej świadczy fakt, że Morawiecki zapowiedział konsekwencje, jeśli medialne doniesienia się potwierdzą i jak informuje Onet zażądał wyjaśnień od Chrzanowskiego. Sprawę skomentował też Roman Giertych, który jest pełnomocnikiem Leszka Czarneckiego.

„Podanie przez urzędnika państwowego nazwiska osoby do zatrudnienia przez przedsiębiorcę oraz negocjowanie wysokości wynagrodzenia powiązanego z wynikami działań firmy, które zależą od decyzji tego urzędnika (zgody, decyzje etc.) jest samo w sobie przestępstwem korupcji” – napisał mecenas na Twitterze.

„Podanie precyzyjnej wysokości tego wynagrodzenia poprzez określenie procentu jest tylko uszczegółowieniem tej korupcji” – uzupełnił Giertych w kolejnym wpisie.

Jak już pisaliśmy, Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, miał zaoferować przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za mniej więcej 40 mln zł, co ujawniła „Gazeta Wyborcza” we wtorkowym artykule powołując się na nagrania rozmowy Czarneckiego z Chrzanowskim.

Szef KNF złożył ponoć Czarneckiemu kilka propozycji. W zamian bankier miał zatrudnić wskazanego przez Chrzanowskiego prawnika, który został wymieniony z imienia i nazwiska. To Grzegorz Kowalczyk, radca prawny z Częstochowy. Wynagrodzenie dla niego miało być powiązane z wynikiem banku, czyli wynosić około 40 mln zł.

Dla dobra Polski PiS należy przegnać od koryta kołkiem osikowym, tych wampirów wykrwawiających kraj

Schetyna o sprawie KNF: Czysta korupcja. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Komisja śledcza z udziałem opozycji najlepszym pomysłem

Czysta korupcja. To jest przecież Komisja Nadzoru Finansowego – organizacja, która ma gwarantować depozyty Polaków. Tutaj jest wpisana w korupcyjną propozycję. Autorem jest osoba, która została nominowana przez premier Szydło. To jest skandal. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Mam nadzieję, jestem przekonany, że premier Morawiecki będzie reagował w tej kwestii. Najlepszym pomysłem dzisiaj jest powołanie komisji śledczej z udziałem także posłów opozycji, żeby zapoznać się z tymi kwestiami” – mówił w rozmowie z TVN24 przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Zamykanie tego tylko do poziomu prokuratorskiego, która jest prowadzona przez polityka rządzącej partii, jest niewystarczające. Ta sprawa bulwersuje i musimy usłyszeć, jaka jest odpowiedź i przyczyny takiego skandalu” – dodawał. 

Platforma daje premierowi i Kaczyńskiemu 24 godziny na złożenie wniosku o powołanie komisji śledczej. Neumann o działaniach KNF: Jak Vito Corleone. Tak działają gangsterzy

Dzisiaj wiemy o aferze, która jest o niebo większa [od poprzednich] i pokazuje gangsterski system działania tej władzy. Wiemy, że jeden z przedstawicieli władzy zajmującej się nadzorem nad rynkiem finansowym, próbuje różnego rodzaju sztuczkami prawnymi, przepisami doprowadzić do upadłości jeden z polskich banków, żeby go przejąć za złotówkę. Drugi z przedstawicieli władzy mówi szefowi tego banku, że za drobną opłatą kilkudziesięciu milionów złotych może pozbyć się tych kłopotów i będzie bezpieczny. Polacy, którzy oglądali film „Ojciec chrzestny”,  widzieli jak Vito Corleone za ochronę sklepów na ulicach Nowego Jorku taką opłatę pobierał. Tak działają gangsterzy. Jeden straszy, że zabierze komuś firmę, a drugi dobry mówi: jak zapłacisz, to tę firmę utrzymasz” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie szef klubu PO, Sławomir Neumann.

Oczekujemy, żądamy od Mateusza Morawieckiego, który ma usta pełne frazesów o uczciwym państwie, od prezesa Kaczyńskiego, który w co drugim słowie mówi o uczciwym państwie i ściganiu korupcji, złodziei. Nie chcemy dzisiaj sami składać wniosku o komisję śledczą. Oczekujemy, że ci dwaj ludzie, Kaczyński z Morawieckim, którzy tyle razy mówili o uczciwym państwie i ściganiu złodziei, sami zaproponują komisję śledczą, jak Leszek Miller kiedy, będąc premierem, przy aferze Rywina zaproponował komisję śledczą” – dodawał. Neumann oczekuje, że PiS wniosek złoży dziś lub jutro.

 

Więcej >>>

PiS złapany na tym, jak konstruuje państwo mafijne

13 List

Jak wynika z doniesień „Gazety Wyborczej” Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego – w zamian za ok. 40 mln złotych – miał zaoferować przychylność dla Getin Noble Banku, którego właścicielem jest Leszek Czarnecki. Miliarder poinformował gazetę. „Wyborcza” posiada kopię nagrania, które wraz ze stenogramem upubliczniła na swojej stronie internetowej.

Jak opisuje „Gazeta Wyborcza”, do spotkania Leszka Czarneckiego i Marka Chrzanowskiego doszło w gabinecie szefa KNF w marcu 2018 r. Leszek Czarnecki miał ze sobą sprzęt nagrywający. W trakcie spotkania Chrzanowski zapytał Czarneckiego: „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Następnie, kładąc na stole wizytówkę radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, polecił go „z korzyścią dla urzędu, i dla całej instytucji”. Sugerował także – jak twierdzi „Gazeta Wyborcza” – jakie tenże prawnik powinien dostać wynagrodzenie.

W rozmowie padły mianowicie słowa: „No nie wiem, jaki ma pan system wynagradzania w banku, ale wydaje mi się, że jeżeliby pan to powiązał z wynikiem banku, tak? No to ten prawnik będzie bardziej zaangażowany. W tym horyzoncie najbliższych kilku lat no to byłoby, tak jak pan uważa, tak? Może rozwiązanie, na którym bank mógłby, że tak powiem, się oprzeć, wsparłaby ta osoba państwa w tym procesie restrukturyzacji”. Z nagrania przekazanego przez miliardera do prokuratury wynika też, że Chrzanowski proponował miliarderowi m.in. usunięcie z KNF Zdzisława Sokala, przedstawiciela prezydenta w KNF (bo jest zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo); złagodzenie skutków finansowych tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł), „życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Leszka Czarneckiego”.

Leszek Czarnecki złożył zawiadomienie do prokuratury. Wynika z niego, że Chrzanowski w trakcie rozmowy wskazał na kartkę z napisem „1 proc.”. W ten sposób „starał się narzucić ustalenie dla Grzegorza Kowalczyka (…) prowizyjnego sposobu wynagradzania radcy prawnego, a nawet wysokość jego wynagrodzenia, rażąco wygórowanej w odniesieniu do warunków rynkowych, gdyż 1 proc. skapitalizowanej wartości Getin Noble Bank S.A. to około 40 milionów złotych”. Pełnomocnik Czarneckiego, mecenas Roman Giertych zawiadomił Prokuraturę Krajową, wnosząc o „ściganie Chrzanowskiego i wszczęcie śledztwa ws. próby korupcji”.

KNF odpiera zarzuty i mówi o próbie szantażu ze strony miliardera. Tymczasem po publikacji artykułu Mateusz Morawiecki wezwał szefa KNF do natychmiastowych wyjaśnień oraz zlecił prokuraturze i służbom niezwłoczne zebranie informacji na temat doniesień medialnych. Marek Chrzanowski został przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego w październiku 2016 r. Wcześniej zasiadał w Radzie Polityki Pieniężnej.  „Wyborcza” – jak informuje portal Business Insider Polska – skontaktowała się z Chrzanowskim.

Ten odesłał gazetę do biura prasowego, które poinformowało, że sprawę uważa za szantaż ze strony Czarneckiego. Dlaczego? Gdyż „brak [było] niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez miliardera”. Co więcej, rzecznik KNF Jacek Barszczewski w odpowiedzi „GW” napisał: „Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach banku związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack przez Idea Bank i potencjalnych działaniach KNF”.

Leszek Czarnecki – jak informuje „Gazeta Wyborcza” – twierdzi, że szef KNF oferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych. Jeden z najbogatszych Polaków tę rozmowę nagrał i poinformował o wszystkim prokuraturę.

Szef KNF, Marek Chrzanowski – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zaprosił 28 marca na spotkanie jednego z najbogatszych Polaków. Jako, że rozmowa miała być w cztery oczy, Leszek Czarnecki zabrał ze sobą dyktafon, by nagrać rozmowę. Mim, że w gabinecie włączono antypodsłuchowe urządzenia i jedna z nagrywarek Czarneckiego przestała działać, druga jednak funkcjonowała bez problemu.

Szef KNF – jak pisze „Gazeta Wyborcza” – zapewniał o tym, że jest życzliwy wobec banków Czarneckiego. Potem opowiadał o planach członka KNF, rekomendowanego przez prezydenta, Zdzisława Sokala. Między nami, to Zdzisław ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwot dwóch miliardów złotych. Czyli już ten bank, który to przejmie -tłumaczy. Obaj rozmówcy oceniają ten plan, jako niezgodny z prawem. Po prostu się zastanawiam, że tak powiem jaki jest cel działania drugiej strony. Bo jeżeli celem jest przejęcie tego banku za złotówkę i przekazanie go czy też znacjonalizowanie, to nazywam rzecz po imieniu: to jest po prostu kradzież. Coś nieprawdopodobnego – twierdził w odpowiedzi Leszek Czarnecki.

Podczas rozmowy – jak pisze „Wyborcza” – szef KNF zapytał założyciela Getin Banku „czy nie widzi jakiejś potrzeby zwiększenia swoich zasobów, jeżeli chodzi o prawników”. Zasugerował też, że wynagrodzenie tego prawnika, który miałby się zająć restrukturyzacją, powinno być powiązane z wynikami banków. Jak pisze „Wyborcza”, Chrzanowski miał pokazać wtedy kartkę z napisem „1 proc”. Wylądowała też wtedy na stole wizytówka radcy prawnego Grzegorza Kowalczyka, który przez cztery miesiące był członkiem rady nadzorczej GPW, rekomendowanym przez PKO BP.

Na koniec rozmowy Chrzanowski stwierdził, że w interesie polskiego systemu bankowego jest to, żeby ten bank [Getin Noble Bank] działałI tak, jak panu podkreśliłem, ja nie rozumiem tego, że w pewnych kręgach banki, które funkcjonują z kapitałem niemieckim, są lepiej traktowane niż banki, które funkcjonują z kapitałem polskim – miał powiedzieć szef KNF.

Po tej rozmowie Leszek Czarnecki nie spotkał się z prawnikiem, którego polecał mu jego rozmówca. Nie brałem tego w ogóle pod uwagę. To mogła być prowokacja, czy dam się skorumpować – tłumaczy „Gazecie Wyborczej”. Sugeruje też, że kontrola, która weszła do jego banku dwa miesiące po rozmowie z szefem KNF, to ostrzeżenie, by wreszcie porozmawiał z radcą prawnym.

Dopiero w maju przekazuje też nagrana swojemu prawnikowi, Romanowi Giertychowi, który wysyła zawiadomienie do prokuratury w listopadzie. Dlaczego tak długo zwlekano? To była bardzo trudna decyzja. Wiem, że po tym nastąpi burza. Musiałem przygotować banki, których jestem właścicielem – podsumował.

KNF: To próba wywierania wpływu

Na artykuł zareagowała już KNF. „Urząd KNF odczytuje opisane w artykule działania p. Leszka Czarneckiego jako próbę wywierania wpływu na Komisję Nadzoru Finansowego poprzez szantaż, o czym świadczy brak niezwłocznego powiadomienia prokuratury przez p. Czarneckiego w marcu br., do czego był zobowiązany w przypadku uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa przez Przewodniczącego KNF. Informacje te pojawiają się w momencie, kiedy media donoszą o problemach związanych z procesem dystrybucji instrumentów finansowych spółki GetBack SA
przez Idea Bank SA i potencjalnych działaniach Komisji Nadzoru Finansowego w tym zakresie. Przewodniczący KNF Marek Chrzanowski podjął kroki prawne w związku z fałszywymi oskarżeniami wysuwanymi przez p. Czarneckiego oraz w związku ze zniesławieniem mającym na celu utratę zaufania publicznego” – czytamy w oświadczeniu, opublikowanym na stronie Komisji.

Urzędnicy dodają, że podczas spotkania, Leszek Czarnecki proponował zatrudnienie byłego zastępcy szefa KNF, Filipa Świtały w roli człowieka, który miał nadzorować restrukturyzację banku. „Wobec zgłaszania tych propozycji oraz ze względu na dobro banków i bezpieczeństwo ich klientów, Przewodniczący KNF wskazał, jako jedną z możliwości, zatrudnienie p. Grzegorza Kowalczyka, posiadającego odpowiednią wiedzę i doświadczenie” – tłumaczą. KNF zapewnia też w oświadczeniu, że nie padły żadne „konkretne kwoty” dotyczące jego wynagrodzenia, nie było też „obietnic, które miałyby wiązać się z działaniami organu nadzoru wobec banków p. Czarneckiego nie pozostającymi w zgodzie  z obowiązującymi przepisami prawa oraz nieadekwatnymi do ich rzeczywistej sytuacji”.

⚠️⚠️⚠️ Zobaczcie, co zaoferował Marek , przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Getin Noble Bankowi w zamian za 40 mln zł „łapówki”.

Oczywiscie rozmowa nie byłaby kompletna bez tego typu wątków. 

No to jak  wezwał szefa KNF celem wyjaśnienia podejrzeń o korupcję, to ja jestem spokojny.

Jako szef banku Morawiecki „tylko” chciał skorumpować za stówkę (100 tys. zł) – z taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciele”.

W zeszłym tygodniu miałem okazję pojeździć trochę po Polsce i spędzić sporo czasu na rozmowach z wyborcami. Bezcenne doświadczenie. Szczególnie gdy najświeższe obserwacje zestawia się z tymi sprzed, powiedzmy, dwóch lat. Wtedy dominowały desperacja, bezradność, a nawet poczucie beznadziei. Najczęściej padało pytanie: „jak długo to potrwa”, czasem w wersji „kiedy to się skończy”. Pytanie było w gruncie rzeczy prośbą o dodanie otuchy i o zapewnienie, że kiedyś, może nawet niedługo, „to” może się skończyć. Otóż dziś takie pytanie nie pada. Z prostego powodu. Ludzie czują, że perspektywa końca „tego” jest całkiem realna. Pytają więc, co zrobić, by ten koniec naprawdę nastąpił, a jeszcze częściej o to, jak poukładać Polskę po ewentualnym zwycięstwie. Nikt, absolutnie nikt, nie uważa, że zwycięstwo jest pewne. I jednocześnie wszyscy mają przekonanie, że jest możliwe. To zupełnie nowy przełom.

Autorytarna władza potrzebuje mitu. Najważniejszym mitem jest to, że jest niezwyciężona. Przeciwnik ma być sparaliżowany, jakby zahipnotyzowany przez gotową go ukąsić kobrę. Gdy jednak widzi on, że kobra dalej strzela jadem, ale jad nie zabija, odzyskuje poczucie mocy. Nie było większego pokazu niemocy PiS niż wystąpienie prezesa Kaczyńskiego, w którym twierdził, że „zwycięstwo PiS nie podlega żadnej dyskusji”. A już wymiar groteskowy miała sytuacja, gdy za chwilę okazało się, że nie można mu zadawać pytań. Podobny sens miałaby konferencja w sprawie niepodlegającego dyskusji fantastycznego sukcesu władzy w dziele organizacji obchodów Stulecia Niepodległości. Jasne, prezes tradycyjnie nie mówi do wszystkich Polaków, tylko do widzów TVP, którzy mają usłyszeć, że PiS wygrało. Skoro najważniejszy PKW (Prezes Kaczyński Wygrywa) ogłasza, że PiS wygrywa, to znaczy, że wygrywa. To zwycięstwo nie podlega jednak dyskusji tylko w tym sensie, że Kaczyński prawa do dyskusji oponentom odmawia. W sumie dość poruszający wyraz bezradności lidera PiS i jego podsycanej przez partyjnych współtowarzyszy wiary w magiczną moc własnych słów, które to przekonanie społeczeństwo podziela w stopniu coraz mniejszym. To słowo ciałem się nie stanie i między nami nie zamieszka.

Nie pozwolić PiS-owi na oddech, leży już na ringu, jest liczony, tak walnąć w papę, aby już się nie podniósł, aby nie hańbił imienia Polski.

Pisowska bolszewia u koryta

13 List

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o pisowskich politykach legitymizujących faszystów

Ulicami stolicy maszerowali ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Niezależnie od propagandowych przekazów prawda jest oczywista – po trzech latach przygotowań na 100-lecie Niepodległości PiS zafundował nam marsz z faszystami. Można bawić się w dzielenie włosa na czworo i kombinować, mówić o „incydentach” z nacjonalistami, rasistami, narodowcami w tle, dwóch sektorach, dwóch oddzielonych od siebie częściach pochodu (tym lepszym i tym gorszym – jakie to charakterystyczne dla PiS), bagatelizować napaść na dziennikarkę „Gazety Wyborczej” – i próbować złagodzić w ten sposób wydźwięk tego bezprecedensowego wydarzenia, jak robi to rząd i jego satelickie media, tylko że to nie zmienia faktów.

A fakty są dokładnie takie, jak opisał i podał dalej w świat Francis Fukuyama, jeden z najbardziej znanych i liczących się filozofów politycznych na świecie: „Polski prezydent i premier dołączyli do marszu faszystów”. Wszystkie liczące się światowe media, od BBC do CNN, wszyscy liderzy światowej opinii zauważyli i nagłośnili fakt, że na czele radykalnej skrajnej prawicy, na czele marszu, podczas którego spalono europejską flagę i pojawiały się symbole nazizmu (swastyka), faszyzmu (mieczyk Chrobrego, znak Falangi) i nacjonalistyczne hasła i okrzyki antyunijne, szli przedstawiciele najwyższych polskich władz państwowych.

Dzięki PiS, dzięki jego wieloletnim ukłonom w stronę ONR i kiboli, dzięki hodowaniu potęgi nawiązującego do antysemickiej i faszystowskiej tradycji Falangi ONR–u doczekaliśmy się chwili, w której głównymi ulicami stolicy maszerują ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Doczekaliśmy się skrajnie instrumentalnego traktowania państwa i religii i nacjonalizmu, który, jak słusznie powiedział prezydent Macron na odbywających się w tym samym czasie w Paryżu uroczystościach z okazji 100-lecia zakończenia I wojny światowej, jest zaprzeczeniem i zdradą patriotyzmu. Jest dokładnie tak, jak powiedział francuski przywódca, postawa: nieważne co się stanie ze wszystkimi innymi ludźmi, byleby nasze było na wierzchu, jest zaprzeczeniem wszystkich wartości, na których zbudowano Unię Europejską i każdą nowoczesną, liberalną demokrację na świecie.

A w naszych warunkach geopolitycznych, w warunkach wojny hybrydowej i prób zdezintegrowania polskiego społeczeństwa przez Rosję i zmieniającego się ładu światowego, nacjonalizm jest nawet czymś więcej: jest zdradą Polski i zagrożeniem dla jej niepodległości. Pełną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi PiS, skrajnie niebezpieczna dla demokracji, partia, która wielokrotnie złamała prawo, w tym najwyższe prawo, stanowiące o ustroju państwa – Konstytucję RP, zlikwidowała niezależne sądy, w tym najważniejsze – jak Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny, ograniczyła wolności i prawa obywatelskie, jak prawo do demonstracji i wolności słowa, zwasalizowała wszystkie państwowe instytucje, wprowadzając do nich białoruskie standardy zarządzania i upokorzyła Polskę nie po raz pierwszy, ale tym razem skrajnie, przed całą Europą.

I tej odpowiedzialności nie da się z PiS zdjąć ani niczym jej wymazać. To jest wina tej formacji – wina historyczna i nieodwołana. Dziś jesteśmy w punkcie, w którym na naszych oczach Polska – choć do następnych wyborów parlamentarnych, do samego końca będę miała nadzieję, że nie nieodwołanie – zmienia się w dyktaturę, w pośmiewisko wolnego świata i zaprzeczenie państwa prawa.

To, że Warszawa została stolicą europejskiego nacjonalizmu, to nie jest szczegół, oderwany incydent. To groźny znak niebezpiecznej ewolucji, jaką przechodzi nasz kraj. I, niestety, dopóki PiS jest u władzy, to jeszcze nie koniec.

Temat powrotu Donalda Tuska do polskiej polityki pojawia się w mediach od wielu miesięcy. Do tej pory były to czyste spekulacje czy plotki, np. „o liście Tuska” w wyborach europejskich w maju przyszłego roku (zdementowane zresztą przez byłego premiera). Sam Tusk i jego otoczenie o ewentualnym powrocie wypowiadają się dość enigmatycznie. Dopiero w ostatnich dniach zaczęło wyglądać na to, że jest coś na rzeczy. Bo obecność Tuska widać było w Warszawie bardziej niż kiedykolwiek od 2014 r. I nie była to obecność przypadkowa.

Tusk się uaktywnił, bo przymierza się do wyborów w 2020 r.?

Od Warszawy po Łódź

Pierwszym akcentem było przesłuchanie byłego premiera przed komisją śledczą badającą aferę Amber Gold. W planach PiS miał to być mocny akcent na zakończenie kampanii samorządowej, który ostatecznie pozbawi opozycję nadziei na zwycięstwo w tych i kolejnych wyborach. O rzekomych problemach prawnych Tuska związanych z Amber Gold mówił zresztą Jarosław Kaczyński przy okazji jego powtórnego wyboru na stanowisko w marcu ubiegłego roku.

Z tych planów nic nie wyszło. Posłowie PiS przez wiele miesięcy działania komisji nie byli w stanie znaleźć żadnych konkretnych dowodów czy nawet mocnych politycznych argumentów, które uderzyłyby w byłego premiera. Skończyło się na tym, że w ostatniej chwili wezwanie Tuska zostało przesunięte już poza kampanię. Siedmiogodzinne przesłuchanie przyniosło dużo retorycznych przepychanek, ale żadnych konkretów, a były premier pokazał, że politycznie przerasta o głowę swoich oponentów z komisji.

Dużo ważniejsze było jednak łódzkie przemówienie Tuska w przeddzień rocznicy odzyskania niepodległości. Były premier zarysował w nim pole politycznego sporu zarówno w Polsce, jak i w jej otoczeniu. Pokazał geopolityczne zagrożenia dla Polski: od rosnących nacjonalizmów w samej Europie po rywalizację USA z Chinami. Podkreślił, ze jedynym sposobem na ich przezwyciężenie jest silna obecność w zjednoczonej Europie. Z którą nie można igrać, bo może to doprowadzić do scenariusza brytyjskiego, w którym David Cameron nie chciał wyprowadzić Wielkiej Brytanii z Unii, ale ją wyprowadził.

Innym udało się świętować bez partyjnej młócki

Przeszłość i przyszłość

Tusk najmocniej też do tej pory odniósł się do wewnętrznej sytuacji politycznej w Polsce. „Niepodległe, niezawisłe państwo jest nam potrzebne do tego, żebyśmy mogli być wolni. Nie ma niepodległości bez praw i wolności” – podkreślał. I przedstawił swój pozytywny program i najważniejsze dla niego wartości: „Silna Polska w zjednoczonej Europie, ład konstytucyjny, rządy prawa, wolności obywatelskie, wolne i niezwisłe sądy i media. Warto też pamiętać o szczepieniu dzieci”.

Zaznaczył także, że nie zamierza oddawać PiS symboliki historycznej, podkreślając, iż „bohaterem, ojcem naszej niepodległości jest Józef Piłsudski. Bohaterem i ojcem naszej wolności jest Lech Wałęsa. I basta”.

W politycznym kontekście należy też czytać obecność Tuska na trybunie honorowej podczas obchodów 11 listopada i złożenie kwiatów przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Tusk patrzy na kalendarz

Czy to wszystko oznacza, że możemy się spodziewać powrotu byłego premiera do polskiej polityki już w najbliższych miesiącach? Nie tak prędko.

Tusk jest politykiem, który zawsze doceniał znaczenie kalendarza w polityce. A ten kalendarz pozostaje wciąż dość zagmatwany. Kadencja Tuska w Brukseli kończy się 30 listopada przyszłego roku. To już nie tylko po wyborach europejskich w maju, ale też po kluczowym, jesiennym głosowaniu na posłów i senatorów, które rozstrzygnie o tym, kto będzie rządził w kraju do 2023 r. W tej sytuacji Tusk mógłby dopiero kandydować na prezydenta w wyborach na wiosnę 2020 r.

Z drugiej strony Tusk mógłby wcześniej odejść z Brukseli. Po zakończeniu negocjacji brexitowych i wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii nie będzie miał tam już specjalnie wiele do roboty. Dobrym pretekstem do dymisji byłaby np. wymiana na kluczowych europejskich stanowiskach po majowych wyborach.

Nowe rozdanie obejmie m.in. fotele przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, szefa Komisji Europejskiej i jego zastępcy ds. zagranicznych. Unijni przywódcy mogliby się nawet ucieszyć, że Tusk, ustępując, rozwiązuje im ręce i ułatwia ułożenie tej układanki na nowo. To oznaczałoby, że były lider Platformy mógłby bezpośrednio włączyć się już do kampanii parlamentarnej.

Może nie na białym koniu, ale…

Wiele będzie zależało od tego, jak będą się układały karty w samej opozycji. Tusk może się włączyć, jeśli zarysuje się możliwość utworzenia silnego sojuszu, który będzie miał realne szanse na zwycięstwo wyborcze i odebranie władzy PiS.

Na razie były premier zasygnalizował więc tylko swoim zwolennikom, że może wrócić do polskiej polityki i być dla opozycji mocną, być może decydującą kartą. Ale wciąż trzyma wszystkie opcje otwarte.

To, że na przyspieszony powrót Tuska nie ma co liczyć, były premier sam zasugerował w swoim przemówieniu w Łodzi. Rzucając pomysł organizacji środowisk opozycyjnych wokół majowych wyborów i rocznicy Konstytucji 3 Maja, dodał: „Nie ma co czekać na jeźdźca na białym koniu”.

Tuska scenariusz jest więc zapewne taki: najpierw się ogarnijcie, pokażcie, że jesteście w stanie włączyć się do gry o zwycięstwo. A wtedy zobaczymy. Może nie na białym koniu, ale…

Donald Tusk: W 2019 roku będę w Polsce. I nie wybieram się na emeryturę

10 listopada Tusk był w Łodzi na zorganizowanych przez władze miasta „Igrzyskach Wolności”. Wypowiedział tam proste i precyzyjne przesłanie: „skoro Piłsudski i Wałęsa dali radę pokonać bolszewików, dlaczego wy nie mielibyście pokonać współczesnych bolszewików. Brońcie Polski, brońcie wolności, brońcie niepodległości”. W przededniu święta niepodległości udzielił też ważnego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, gdzie rozliczał się ze swoich politycznych niedokonań i błędów.

11 listopada Donald Tusk najpierw złożył wieniec przed pomnikiem Marszałka przy Belwederze wraz z Grzegorzem Schetyną, w gronie politycznych przyjaciół i zwolenników, po czym w południe na Placu Piłsudskiego wziął udział w uroczystościach państwowych, w gronie swoich śmiertelnych politycznych wrogów.

To Jarosław Kaczyński osobiście zdecydował o tym, że przejście przewodniczącego Rady Europejskiej przez szpaler polityków PiS będzie „marszem hańby”. Dlatego żaden z PiS-owców nie przywitał się z Tuskiem, żaden z nich nie zareagował na powtarzane przez oficjalnego gościa gesty powitania. Jak zwykle najbardziej żałośnie wyglądało to w wykonaniu Andrzeja Dudy, który przecież Tuska na oficjalne obchody zaprosił. Jednak obecny polski prezydent, jak zwykle w obecności Kaczyńskiego, okazał się człowiekiem beznadziejnie słabym. Jego obojętność miała zatrzeć pamięć o przymilnej pogawędce z Tuskiem w Nowym Jorku, w kuluarach Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Tam Kaczyńskiego nie było, więc Duda okazał się wobec Tuska miękki. Jednak były media i Duda znów skompromitował się w oczach twardego elektoratu PiS. Zatem 11 listopada musiał publicznie odegrać scenariusz napisany mu przez Kaczyńskiego.

Długa walka o prezydenturę

Fakt, że Donald Tusk zrezygnował z udziału w zjeździe politycznych celebrytów w Paryżu (gdzie byłby jedną z gwiazd) i wybrał trudną dla siebie wizytę w totalnie podzielonej ojczyźnie, oznacza tylko jedno. Kiedy skończy się kadencja przewodniczącego Rady Europejskiej Tusk wróci do polskiej polityki, a pierwszą taką okazją mogą być tylko wybory prezydenckie.

Nie znaczy to jednak, że Donald Tusk może sobie pozwolić na czekanie do połowy 2020 roku. Jeśli opozycja wygra wybory europejskie i parlamentarne 2019 roku, kampania prezydencka, starcie z tchórzliwą marionetką obozu, który po utracie władzy pójdzie w rozsypkę, będzie dla Tuska tylko formalnością. Jeśli jednak opozycja przegra wybory parlamentarne 2019 roku, Tusk będzie wracał do Polski nie po zwycięstwo, ale po zorganizowane mu przez Kaczyńskiego kolejne upokorzenia, a być może na własny proces.

Kluczem do odsunięcia PiS-u od władzy jest efektywna jedność opozycji. Uniknięcie podzielenia i zmarnowania głosów, których już dziś – pokazały to wybory samorządowe – wystarczy, żeby odsunąć Kaczyńskiego od władzy. Donald Tusk nie tylko sam musi „grać w jednej drużynie” z Grzegorzem Schetyną (rozprowadzane w mediach plotki o własnej liście Tuska do wyborów europejskich okazały się jak do tej pory fałszywe). Ale musi też zwrócić się wyraźnie do elektoratu całej opozycji, z przesłaniem, że miejsce liderek i liderów różnych opozycyjnych partii jest na jednej liście. Pod własnymi sztandarami, wokół nie tylko „minimum programowego”, ale odważnej wizji Polski po rządach PiS-u, ale bezwzględnie na jednej liście. Tylko to daje szansę na wygranie ze „zjednoczoną prawicą”. Większościowa ordynacja wyborcza jest tu nieubłagana. Każde inne rozwiązanie będzie oznaczało – jak pokazały to wybory do sejmików – zmarnowanie setek tysięcy głosów, utratę wielu mandatów, a w konsekwencji pozostawienie Kaczyńskiego u władzy. Na kolejne cztery lata, w czasie których PiS-owska mniejszość, dla której Kaczyński szuka – pokazały to obchody 11 listopada w Warszawie – wzmocnienia ze strony elektoratu narodowców – będzie dalej demolowała Konstytucję, demokrację, praworządność, a przede wszystkim pozycję Polski w instytucjach i sojuszach liberalnego Zachodu.

11 listopada pokazało, że Tusk nie wróci do Polski na białym koniu, nie będzie nowym Macronem, ale w polskiej polityce czekają go „krew, pot i łzy”. Tak naprawdę nie będzie przekraczał istniejących podziałów, ale może pomóc Schetynie, Lubnauer, Nowackiej i wszystkim innym odpowiedzialnym liderom i liderkom opozycji jednoczyć i mobilizować antypisowski elektorat. W najlepszym scenariuszu nieco go poszerzy. To zadanie mniej efektowne, niż „kocham wszystkich” Biedronia, ale w dzisiejszej polskiej polityce zwracanie się do wszystkich jest hasłem, które nie trafia do nikogo.

Jedynym problemem Donalda Tuska w tym i tak najbardziej optymistycznym scenariuszu jest fakt, że przewidziana dla niego pozycja prezydenta daje mu mniej władzy, niż pozycja premiera. A „krew, pot i łzy” zainwestowane w pracę na rzecz opozycji będą tyleż inwestycją we własną prezydenturę, co inwestycją w bardzo realną władzę dla Grzegorza Schetyny jako premiera. Jednak innego scenariusza nie ma. A rola Tuska przy ochranianiu jedności opozycyjnego elektoratu jest nie do przecenienia. Wyborcy PO, Nowoczesnej, a nawet PSL i SLD pamiętają go jako człowieka, który efektownie odsunął od władzy Jarosława Kaczyńskiego w 2007 roku. Dziś oczekują od niego, że pomoże opozycji odebrać władzę Kaczyńskiemu w roku 2019.

Więcej o Tusku >>>

„Dla mnie w większym stopniu to, co się tam wydarzyło, jest nie kwestią polityki, ale po prostu wychowania. To było po prostu chamstwo, takie prymitywne, nieokrzesane. To nie przystoi głowie państwa polskiego. Mądrzy i kulturalni ludzie wiedzą, że jest jakaś granica, której się nie przekracza, chcąc nawet utrzeć nosa przeciwnikowi politycznemu” – powiedział były prezydent w Bronisław Komorowski w TVN 24. To jego komentarz do zachowania Andrzeja Dudy wobec Donalda Tuska na pl. Piłsudskiego, o czym pisaliśmy w artykule „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej celowo pomija w powitaniu przewodniczącego Rady Europejskiej i prezydent Warszawy”.

>>>

Bronisław Komorowski mówił także o marszu, który przeszedł 11 listopada ulicami Warszawy. Jego zdaniem, jednym ze źródłem chaosu decyzyjnego w sprawie organizacji marszu był Andrzej Duda. – „Błędem zasadniczym z punktu widzenia pozycji prezydenta i głowy państwa polskiego jest to, że doprowadził do sytuacji, w której chcąc być może przechwycić marsz narodowców poszedł w jakiejś mierze na czele w marszu, który wszyscy identyfikują ze skrajnymi środowiskami nacjonalistycznymi. To był błąd wizerunkowy, bardzo kosztowny, bo nie tylko na świecie, ale wobec opinii publicznej w Polsce” – stwierdził Komorowski.

Dodał, że Duda zamiast negocjować z organizatorami Marszu Niepodległości powinien przejąć organizację „marszu prezydenckiego”, który został zapoczątkowany podczas kadencji Komorowskiego.

Były prezydent odniósł się też do odsłonięcia pomnika Lecha Kaczyńskiego na pl. Piłsudskiego. – „Rozumiem potrzebę wypełnienia pewnej pustki po dramatycznej śmierci prezydenta. Ale trzeba zachować pewne proporcje w podejściu do kwestii upamiętniania tragicznie zmarłych wybitnych Polaków” – powiedział Komorowski. Zauważył, że Gabriel Narutowicz – pierwszy prezydent II RP, który padł ofiarą zamachowca – ma jeden pomnik. – „Więc chciałoby się powiedzieć: trochę umiaru, Jarosławie Kaczyński, z tym upamiętnianiem brata, bo gdzieś zatraci się proporcje” – dodał Komorowski.

„Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje – mówi prof. Aleksander Hall, historyk, polityk, działacz opozycji w PRL, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. – Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Wspólny marsz to ogromny sukces, to wielki dzień” – przekonuje prezes PiS Jarosław Kaczyński. Naprawdę jest się czym chwalić?

PROF. ALEKSANDER HALL: Oglądałem ten marsz w telewizji i mam co najmniej mieszane uczucia. Z jednej strony liczba ponad 200 tys. ludzi, z których większość zapewne myślała poważnie o uczczeniu rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Z drugiej jednak jest coś dwuznacznego w tym, że prezydent i rząd podłączają się pod marsz organizowany od lat przez środowiska skrajne i na którym wielokrotnie pojawiały się hasła niemające nic wspólnego z polskim interesem narodowym i poczuciem przyzwoitości. Pozostaje też poczucie niedosytu, że w stolicy naszego kraju nie wytworzył się obyczaj organizowania marszów czy parad naprawdę jednoczących Polaków. To udaje się od wielu lat na przykład w Gdańsku.

Marsz Niepodległości nie był marszem jednoczenia.

PiS nie ma problemu z tym, że obok biało-czerwonych flaga na marszu były także flagi ONR-u, włoscy neofaszyści i nacjonalistyczne hasła?
Nie wiem, jak PiS się z tym czuje, ale myślę, że rozsądniejsi politycy tej partii widzą w tym jakiś problem.

To dlaczego w ogóle zaczęli z narodowcami rozmawiać? Wiadomo było, czego się spodziewać…
Dlatego to wszystko idzie na rachunek obecnej władzy. Obóz rządzący być może zdaje sobie sprawę z istotnych strat wizerunkowych, jakie przy tej okazji ponosi, ale z drugiej strony nie chce rezygnować z głosu Polaków, którzy w Marszu Niepodległości dobrze się czują. To jest dylemat, który PiS miał i rozstrzygnął go tak, jak go rozstrzygnął. To ich odpowiedzialność.

Co mogli albo powinni zrobić?
Jestem bardzo daleko od obozu władzy, więc nie czuję się uprawniony, aby im coś podpowiadać. Ale

myślę, że zło stało się znacznie wcześniej. Chodzi o politykę, którą PiS prowadzi od 2015 roku, ostrego podziału polskiego społeczeństwa na dobrych patriotów i Polaków gorszego sortu. Zbyt wiele stało się, jeżeli chodzi o dzielenie wspólnoty narodowej, zarzucanie opozycji najniższych intencji, a nawet zdrady narodowej, łamanie konstytucji. Od początku wiadomo było, że żaden wspólny, narodowy marsz nie jest możliwy.

Taki jak „Marsz dla Niepodległej” organizowanej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego?
To były prezydenckie marsze politycznie ekumeniczne, oddające hołd ponad podziałami wszystkim głównym twórcom niepodległości. Sam kilkukrotnie towarzyszyłem prezydentowi Komorowskiemu podczas składania kwiatów przed pomnikiem Romana Dmowskiego. PiS niestety nie zdecydował się na kontynuowanie tej tradycji.

Realnym alternatywnym krokiem, który prezydent i rząd mógł zrobić w 100-lecie odzyskania niepodległości, było zorganizowanie własnego marszu, ale byłby to tylko marsz PiS-u.

Obok Jarosława Kaczyńskiego, premiera Mateusza Morawieckiego i prezydenta Andrzeja Dudy nie stanęliby przecież politycy opozycji, autorytety występujące w obronie konstytucji i praworządności.

Taki marsz PiS-u byłby znacznie skromniejszy od Marszu Niepodległości, który ma już przecież swoją tradycję.

Dlatego postanowili dogadać się z nacjonalistami i przyłączyć do nich kilka dni przed Świętem Niepodległości?
Tak. Inna decyzja wymagałaby prowadzenia innej polityki, w której podziały, wzajemne pretensje nie byłyby aż tak głębokie.

„Zazwyczaj to PiS stosuje patriotyczny szantaż, odmawiając swym oponentom prawa miłowania ojczyzny. Teraz sam został w taką pułapkę przez narodowców złapany” – pisze Andrzej Stankiewicz w Onet.pl. A może właśnie sytuacja wymknęła się spod kontroli?
Uważam, że część myślących polityków obozu rządzącego, a do nich zaliczyłbym Jarosława Kaczyńskiego, miało poczucie ulgi wychodząc z marszu z poczuciem, że nie stało się nic drastycznego.

Myślę, że odczuwali niepokój podejmując decyzję o firmowaniu tego marszu, a potem poczucie ulgi, że jednak mogło się skończyć gorzej. Były flagi ONR-u, włoscy neofaszyści, nacjonalistyczne hasła, ale nikt nie został dotkliwie pobity.

Władza legitymizując takie organizacje, daje im przecież poczucie siły… A to nie musi się dobrze skończyć.
Za miarodajną ocenę zagrożenia uważam wyniki wyborów. One pokazują wyraźnie, że skrajne ruchy nacjonalistyczne w Polsce mogą liczyć na niewielkie poparcie. Myślę, że świadomość historyczna wśród członków tych ruchów jest niewielka.

Czym innym, bez porównania poważniejszym, mającym duże społeczne poparcie, jest polityka PiS-u rozmontowująca państwo prawa, lekceważącą konstytucję, chcąca mieć władzę nad sądami. Tego się boję, to jest groźne dla Polski.

PiS nadal będzie prowadził taką politykę? Zbliża się wyjątkowo trudny czas, maraton wyborczy.
Myślę, że czas na podjęcie decyzji w tej sprawie zbliża się wielkimi krokami. Wybór jest taki: złagodzenie kursu, języka, odwrót od działań wymierzonych w niezależność władzy sądowniczej pod presją UE, albo wręcz przeciwnie. W dłuższej perspektywie czasowej trudno wyobrazić sobie dwa równoległe sądownictwa, sędziów uznawanych przez jedną lub drugą stronę. Ta sytuacja będzie musiała znaleźć jakieś rozstrzygnięcie. Ale

nie jestem w stanie przewidzieć, jakiego wyboru dokona obóz władzy, czyli de facto Jarosław Kaczyński. Mogę przewidzieć tylko jedno – nastąpi korekta politycznego kursu.

Donald Tusk wróci do polskiej polityki?
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że będzie wspierał, a nawet już wspiera w sposób otwarty polską opozycję. Jego ostatnie przemówienia miały charakter deklaracji człowieka, który aspiruje do politycznego przywództwa. Klamka zapewne jeszcze nie zapadła, pozostawia sobie otwartą furtkę, ale myślę, że taki jest jego cel.

Jak pan zrozumiał słowa byłego premiera o tym, że Polacy mogą pokonać „współczesnych bolszewików”, tak jak pokonali ich Józef Piłsudski i Lech Wałęsa?
Trudno było je zrozumieć inaczej niż zrozumiała sala, ja też je tak zinterpretowałem. „Współcześni bolszewicy” to konkretne ugrupowanie, analogia nasuwała się sama. Przecież

Donald Tusk nie mówił o wydumanym, potencjalnym „bolszewiku”, tylko realnym zagrożeniu, które w Polsce występuje.

Niektórzy mówią, że to były za mocne słowa. Pan też tak myśli?
Moja ocena tego, co dzieje się w Polsce, jest podobna, czyli uważam, że jest realne zagrożenie autorytarne. Złamanie niezależności sądów, dysponowanie posłusznymi czy zastraszonymi sędziami jest jedną z najgorszych rzeczy. Mam tego świadomość. Nie mam do Donalda Tuska pretensji o takie słowa.

Powinien wrócić? Pomógłby opozycji w walce z PiS-em?
W tej chwili potrzebne są każde ręce na pokładzie.

Polityk mający tak znaczne poparcie społeczne, wielką rozpoznawalność i pozycję w Europie jest Polsce potrzebny.

Dlatego PiS się go tak boi, że zostaje zlekceważony podczas oficjalnych obchodów przed Grobem Nieznanego Żołnierza i postawiony w ostatnim rzędzie?
Myślę, że to było działanie z premedytacją. Chociaż była to rzecz bezprecedensowa. Przecież Donald Tusk był jedynym wysokim rangą przedstawicielem świata, który zdecydował się wziąć udział w tym święcie. Nawet przyjaciel PiS-u, czyli premier Węgier Victor Orbán nie przyjechał do Warszawy.

To chyba wiele mówi o naszej pozycji w Europie i organizowanych przez władze obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości…
Oficjalne obchody trudno uznać za udane. Poza tym muszę pani powiedzieć, że

nie lubię sposobu przemawiania prezydenta Andrzeja Dudy, który po prostu krzyczy. To jest cecha ludzi niepewnych siebie, dodających sobie tym sposobem ekspresji otuchy. Ale to nie jest właściwy styl.

Patrząc krytycznie na te obchody, trzeba jednak podkreślić, że w wielu miejscach Polski ten dzień był obchodzony uroczyście, pogodnie i ekumenicznie. Dobrym przykładem jest Gdańsk.

Nie zabrakło panu w ostatnim czasie dyskusji o tym, co znaczy dla nas niepodległość i jak obroniliśmy ją po raz drugi? PiS oczywiście ani razu nie wspomniał na przykład o Lechu Wałęsie. To przykre.
Obecna władza nie jest w stanie wpłynąć na moje samopoczucie.

Od długiego czasu widać, że w przekazie, jaki PiS kieruje do polskiego społeczeństwa, III RP jest przedstawiana przede wszystkim jako okres błędów i wypaczeń, zmarnowanych szans, a nawet nowego zniewolenia przez kondominium niemiecko-rosyjskie. Polska według obozu władzy przecież wstała z kolan dopiero w 2015 roku.

W tym jest pewna logika, ale i niekonsekwencja. Skoro PiS odwołuje się do polskiej dumy, chce budować poczucie patriotyzmu na historycznych zasługach Polski, to przynajmniej nieroztropne jest przekreślanie ostatniego ćwierćwiecza naszej historii. To jest też głęboko niesprawiedliwe.

Niesprawiedliwe jest też to, że na Placu Piłsudskiego stanął pomnik Lecha Kaczyńskiego, a Andrzej Duda przekonuje, że „od czasów marszałka Józefa Piłsudskiego tak wielkiego przywódcy państwa polskiego nie było”?
To jest przede wszystkim wyrządzanie krzywdy Lechowi Kaczyńskiemu. Wydaje mi się, że to jest nieświadome działanie ze strony Jarosława Kaczyńskiego. Przecież

jego brat ma swoje miejsce w historii Polski, jest tam dużo zasług, ale ich wyolbrzymianie i wynoszenie go na piedestał z pominięciem wielu postaci, których zasługi były większe i porównywalne, tak drastycznie rozmija się z prawdą historyczną i świadomością większości obywateli, że przynosi przeciwne efekty.

Deformacja historii i narzucony kult Lecha Kaczyńskiego powoduje reakcje odrzucania, które przejawiają się także w nieparlamentarnych słowach, czy zapowiedziach burzenia pomników. To też jest złe, ale absolutnie wytłumaczalne zjawisko.

„Bankier Leszek Czarnecki oskarża szefa KNF: 40 milionów złotych i nie będzie kłopotów”– to tytuł pierwszej strony z „Gazety Wyborczej”. Według dziennika, „Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, zaoferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za około 40 milionów złotych – twierdzi właściciel banku Leszek Czarnecki”.

Oferta miała zostać nagrana przez bankiera. – „To zbyt gruba sprawa, by ją przemilczeć… Miało się nie nagrać, a jednak – co za pech – się nagrało” – napisał na Twitterze Jarosław Kurski, wicenaczelny „GW”.

A publicysta dziennika Wojciech Maziarski na Facebooku dodał: – „No ładnie. Szef Komisji Nadzoru Finansowego, członek prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju Marek Chrzanowski oskarżony przez Leszka Czarneckiego – właściciela Getin Noble Banku, jednego z najbogatszych Polaków – o złożenie propozycji korupcyjnej. Czarnecki nagrał rozmowę z Chrzanowskim”. Chrzanowski w październiku 2016 r. został powołany przez Beatę Szydło na stanowisko szefa Komisji Nadzoru Finansowego.

Jak pisze onet.pl, zawiadomienia w tej sprawie mają trafić do Prokuratora Generalnego.

Z nieoficjalnych informacji portalu wynika, że mogą one dotyczyć właśnie Chrzanowskiego, premiera i przedstawiciela Andrzeja Dudy w KNF Zdzisława Sokala.

Ujawniamy: Marek Chrzanowski, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, zaoferował przychylność dla Getin Noble Banku w zamian za mniej więcej 40 mln zł – twierdzi właściciel banku Leszek Czarnecki. Bankier nagrał tę ofertę i zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez szefa KNF. Chrzanowski nagle poleciał do Singapuru.

Leszek Czarnecki, właściciel Getin Noble Banku i Idea Banku, z majątkiem ponad 2,19 mld zł należy do najbogatszych Polaków. Ale od 2016 r. wartość jego banków spada. Mają poważne kłopoty, ich los w dużej mierze zależy od regulacji rządowych i wymagań KNF sprawującej państwowy nadzór m.in. nad rynkiem finansowym.

Z nagrania, którego stenogram Czarnecki przekazał prokuraturze wraz z zawiadomieniem o przestępstwie, wynika, że Chrzanowski proponował mu następujące przysługi:

* usunięcie z KNF Zdzisława Sokala – przedstawiciela prezydenta w Komisji i szefa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – bo jest on zwolennikiem przejęcia banków Czarneckiego przez państwo;

* złagodzenie skutków finansowych zwiększenia tzw. stopy podwyższonego ryzyka (kosztowało to bank ok. 1 mld zł);

* życzliwe podejście KNF i NBP do planów restrukturyzacji banków Czarneckiego.

W zamian bankier miałby zatrudnić prawnika wskazanego przez Chrzanowskiego. Wynagrodzenie – „powiązane z wynikiem banku” – 1 proc. wartości Getin Noble Banku, czyli ok. 40 mln zł.

Pełnomocnik Czarneckiego mec. Roman Giertych zawiadomił prokuraturę 7 listopada. Deklaruje, że nagrania przekaże „w charakterze dowodu w trakcie przesłuchania pokrzywdzonego”. „Wyborcza” ma kopię tych nagrań.

9 listopada Chrzanowski poleciał do Singapuru.

„Mam takie szumidła”

Południe, 28 marca 2018 r. Szare bmw Czarneckiego parkuje na pl. Powstańców Warszawy. Tu pod nr 1 ma siedzibę Komisja Nadzoru Finansowego. Bankier przyjechał na spotkanie z szefem KNF Markiem Chrzanowskim.

Wysiadając z auta, Czarnecki nerwowo sprawdza zawartość kieszeni. Na biodrze ma cyfrowy dyktafon, na piersi – drugi na wszelki wypadek. Do kieszonki na poszetkę wsunął długopis z minikamerą. Uruchamia wszystkie trzy urządzenia nagrywające.

Po co? Szef KNF zaprasza go już trzeci czy czwarty raz. Ale to zaproszenie jest wyjątkowe. Żąda, by bankier stawił się sam. Wcześniej zawsze towarzyszył mu prawnik lub prezes Getin Noble Banku. Teraz rozmowa ma być „w cztery oczy”.

Czarnecki jest bardzo podejrzliwy. Intuicja go nie zawodzi.

TU PRZECZYTASZ STENOGRAM Z ROZMOWY CZARNECKIEGO Z CHRZANOWSKIM

W gabinecie Chrzanowski mówi: – Mam tu takie szumidła, ponoć to nic nie daje, ale…

Chodzi o urządzenia antypodsłuchowe, które zakłócają sygnał telefonów i sprzętu elektronicznego.

Szef KNF pyta: – Pan nie ma telefonu ze sobą, żadnych takich?

Dodaje: – Byli tu jacyś komandosi, ale powiedzieli, że jest tyle sygnałów w okolicach tego miejsca, bo tam jest telewizja [obok mieści się siedziba TVP], że mówią, że rekomendują włączenie tego, ale nie gwarantują, jaki jest rezultat.

„Komandosi” mieli rację. Kamera i jeden dyktafon przestają działać po włączeniu zagłuszarek. Ale drugi dyktafon Czarneckiego pokonuje przeszkodę. Na nagraniu wyraźnie słychać obu rozmówców.

Chrzanowski zapewnia właściciela banku, że jest z nim „szczery”. Kilka razy przypomina, że to rozmowa „poufna”. Upewnia się: – Ja mogę pana o dyskrecję prosić?

„Zdzisław ma plan”

Najpierw rozmawiają o sytuacji banków Czarneckiego. Przeżywają one kryzys związany z koniecznością dokapitalizowania, z podatkiem bankowym, kredytami we frankach oraz obligacjami GetBacku sprzedawanymi przez Idea Bank. Zagrożony jest zwłaszcza ten ostatni.

Przed siedzibą Dowództwa Garnizonu Warszawa przy pl. Józefa Piłsudskiego w Warszawie odsłonięto pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pomnik odsłonili wspólnie prezydent Andrzej Duda, prezes PiS Jarosław Kaczyński oraz Marta Kaczyńska – córka Lecha Kaczyńskiego.

– Mamy dzisiaj wigilię 100-lecia odzyskania niepodległości, dzień szczególny – szczególne zrządzenie Boże spowodowało, bo przecież plany były inne, że dziś właśnie odsłoniliśmy ten pomnik – mówił prezes PiS.

Zwrócił uwagę, że jego brat „urodził się prawie 31 lat po po tym wspaniałym listopadzie 1918 r.”. – Był z tego pokolenia, które doznało łaski późnego urodzenia – nie musiał przeżywać wojny, stalinizmu, to było wspomnienie co najwyżej dzieciństwa, i było to jednocześnie pokolenie, które podjęło (…) ponownie, w sposób czynny i bezpośredni idee polski niepodległej, demokratycznej, obywatelskiej – podkreślił Kaczyński.

Prezes PiS przypomniał m.in. że jego brat uczestniczył w wydarzeniach marcowych „w tym wszystkim, co przyczyniło się do powołania Solidarności”. Przypomniał, że pełnił też wiele funkcji państwowych i samorządowych – był m.in. posłem, senatorem, prezesem Najwyższej Izby Kontroli, ministrem sprawiedliwości, prezydentem Warszawy a wreszcie prezydentem Polski.

– Ten pomnik tutaj staje to nie dlatego, że – można tak powiedzieć – (Lech Kaczyński – PAP) awansował najwyżej jak można. Nie o to tutaj chodzi. Chodzi o to, że jego działalność przyczyniła się – i to w sposób decydujący – do tego, iż można było się przeciwstawić temu wszystkiemu, co zostało nazwane (…) postkomunizmem. Systemu, który był nieporównanie lepszy od poprzedniego ale jednak w dalszym ciągu obciążony ogromnymi wadami – oświadczył Kaczyński.

Prezes PiS podczas swojego wystąpienia powiedział, że jego brat – Lech Kaczyński był człowiekiem „głębokiej wiary”. – (Był)jednocześnie człowiekiem skromnym i wyjątkowo osobiście dobrym” – podkreślił. „Pamiętam, że kiedy w samolocie lecącym do Smoleńska po katastrofie, po tragedii pisałem jego nekrolog, to tę cechę właśnie bardzo mocno podkreśliłem – dodał Kaczyński.

Prezes PiS powiedział też, że jego brat był „z jednej strony skutecznym politykiem, który potrafił przeciwstawiać się przemysłowi pogardy, całemu temu ogromnemu przedsięwzięciu zmierzającemu do tego by go zniszczyć, a z drugiej strony potrafił kierować się w swoim życiu osobistym, prywatnym, ale także w życiu publicznym dobrocią, a także względami moralnymi, które potrafił często stawiać przed korzyścią polityczną”.

– Tak było kiedy doprowadził do zmiany ustawy o lustracji, bo wiedział, że uczyni ona pewnym ludziom, zasłużonym w walce o niepodległość Polski, w walce o solidarność, wiele osobistych krzywd, bo znał różne wydarzenia z życia tych ludzi, wiedział, że zostaną one ujawnione – mówił prezes PiS.

– I powtarzam: to połączenie bardzo rzadkie w polityce. Każdy, kto zna historię, to wie. I to też jest przesłanka dla której powinien być uczczony, powinien być pamiętany, bo jeszcze raz powtórzę – dobrze zasłużył się Polsce, wpisał się złotymi zgłoskami w jej historię – podkreślił Kaczyński.

Prezes PiS dziękował tym wszystkim, którzy przyczynili się do budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w sposób najbardziej bezpośredni, m.in. członkom komitetu budowy pomnika. W szczególności Kaczyński dziękował trzem osobom: szefowi KPRM Jackowi Sasinowi, szefowi gabinetu premiera Markowi Suskiemu i szefowi MON Mariuszowi Błaszczakowi, choć – jak zaznaczył – „tych zasłużonych jest znacznie więcej”.

Waldemar Mystkowski pisze o możliwości przyspieszonych wyborów.

PiS Polską raczej się nie martwi. Oni martwią się o władzę, o koryto, a scenariusz kampanijny nie jest dla nich korzystny. Mogą więc zechcieć zawrócić bieg wydarzeń. Najpierw jednak zmierzą się z orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości UE, który w najbliższy piątek wysłucha stron w sprawie decyzji dotyczącej zawieszenia stosowania przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

A dzisiaj właśnie w tej sprawie w Brukseli zebrała się Rada ds. Ogólnych, na której nie był żaden polski minister ani wiceminister spraw zagranicznych. Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans był tym wielce zaniepokojony i debatę o Polsce zamknął w 15 minutach. Mateusz Morawiecki w niedzielę zapewniał, iż strona polska w sprawie Sądu Najwyższego przedstawi „bardzo konkretne kroki”. Jakie zatem one będą, gdy dzisiaj są trzymane w tajemnice? A ponadto, co znaczą słowa, że „kompromis wymaga takich jakichś ustępstw z obu stron”. Wszak ani Komisja Europejska, ani TSUE nie demolowali Sądu Najwyższego ani wcześniej Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa.

Można zatem spodziewać się dalszego matactwa rządu pisowskiego, który zechce oddalić w czasie wyrok Trybunału unijnego. Jeżeli dorzucimy do tego stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „Bruksela i Europa mają inną wizję państwa niż my”, to możemy spodziewać się, że kompromisu nie będzie.

A zatem, co nas czeka? Prędzej czy później Polexit, który nie ma jeszcze „wzięcia” wśród elektoratu partii Kaczyńskiego, ale nie musi być ostatecznie odstręczający. I właśnie w tym momencie należy uwzględnić to, iż PiS zechce zmienić bieg spraw, przyspieszyć, bo kalendarz wyborczy nie jest dla niego korzystny. A do tego odnowił się w przestrzeni publicznej Donald Tusk, polityk wybitny i skuteczny, który potrafi wygrać z Kaczyńskim i jego marionetkami.

Na agendę wchodzi – na razie jako tajemnica poliszynela – temat przyspieszonych wyborów parlamentarnych, które mają swoją kolej po wyborach do europarlamentu, ale przecież nie muszą. Mogą być już wiosną 2019 roku, gdy Komisja Europejska za sprawą wyroku TSUE jeszcze nie wdroży sankcji.

Już raz Kaczyński na przyspieszeniu wyborów przewiózł się w 2007 roku. Dzisiaj jednak jeszcze Tuska w Polsce nie ma, 2,5 letnia kadencja w Brukseli kończy mu się na jesieni 2019 roku.

Tusk ma świadomość, że Kaczyński coś szykuje, dlatego usłyszeliśmy w Łodzi podczas Igrzysk Wolności tak zdecydowane jego słowa o sytuacji w Polsce i demonstracyjną solidarność z Grzegorzem Schetyną w sprawie jednoczenia opozycji. Ciągle do odwrócenia jest fatalna sytuacja Polski na zewnątrz, której losy się ważą, czy pozostanie liczącym się graczem na Zachodzie, czy zostanie wepchnięta przez PiS w łapy Kremla.