Archiwum | Społeczeństwo RSS feed for this section

Pawłowicz hipokryzja postępująca i inne pisizmy

16 List

Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Walczę o państwo prawa, wolności obywatelskie, w tym wolność od pełnego zła Kościoła. A kaczyści precz!

Krystyna Pawłowicz, która obiecywała zawiesić działalność na Twitterze, właśnie opublikowała kolejne już – po złożeniu tej obietnicy – wpisy. „Tłumaczy” w nich, jak to jest możliwe, że mimo swojego wieku może kandydować do Trybunału Konstytucyjnego. Była posłanka PiS ma 67 lat.

– „ŻADNE przepisy, ani art.3 ustawy o TK, ani art.30 ustawy o SN określający „wymogi” dla bycia sędzią SN – JEDYNY do którego w sprawie „wymogów” odsyła art.3 ustawy o sędziach TK – NIE określają „końcowego” wieku dla kandydowania do SN/TK” – napisała Pawłowicz.

W następnym wpisie dodała: – „Przepis o 65 latach, po osiągnięciu których sędzia SN przechodzi z ustawy w stan spoczynku NIE MA przy tym jednak charakteru bezwzględnego, bo na wniosek tego sędziego można mu PRZEDŁUŻYĆ jeszcze o kilka lat czas wykonyw. funkcji sędziowskiej. Takie wnioski do KRS są dość częste”.

– „Art. 3 ustawy o statusie sędziego TK odsyła do „wymagań stawianych sędziemu SN lub NSA”. A do nich pośrednio należy też górna granica wieku sędziego SN lub NSA czyli 65 lat (art. 37 ustawy o SN). Ergo: dotyczy też górnej granicy wieku, do którego można zostać sędzią TK. Inaczej można by powołać do TK staruszka w wieku 90 lat na 9 letnią kadencję. Co zdaje się, że bardzo Pani Profesor podkreślała, gdy były procedowanie zmiany w SN, że powinno dać się szanse młodszym, bo ci bardziej wiekowi to nazbyt geriatryczni umysłowo” – odpisał Pawłowicz prawnik Tomasz Krawczyk.

Dominika Długosz z „Newsweeka” przypomniała wypowiedzi Pawłowicz sprzed dwóch lat: – „Za starzy sędziowie są niebezpieczni dla systemu prawnego. To nie jest już wiek… cierpi się na różnego rodzaju żylaki, choroby, zaburzenia krążenia, jakieś zmiany charakterologiczne… To wymaga już odpoczynku, wzięcia się za ogródek… Krystyna Pawłowicz, 2017”.

– „Hipokryzja postępująca”; – Łoj-tam, łoj-tam! Przecież poprawki do ustaw to dla was pikuś. Nie tylko ten przepis „nie ma CHARAKTERU”; – „Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy to jest zły uczynek. Dobry, to jak Kali zabrać komuś krowy.” Tyle warte te pani wyjaśnienia, co deklaracja o zawieszeniu konta”; – „Punkt widzenia od punktu siedzenia… Szczyt hipokryzji w pani wykonaniu” – komentowali wpisy Pawłowicz internauci.

Pacjenci, umierajcie! Rzecze PiS i jego guru Kaczyński

OKO.press

Więcej >>>

Operacja „Grodzki”, czyli 500 plus (dolarów) i inne hejty. „Szczecińska Pawłowicz” sfałszowana przez TVP

Wbrew propagandzie TVP szczecińska biolożka prof. Popiela nie twierdziła na FB, że w 1998 roku dała łapówkę prof. Grodzkiemu. Co więcej, szybko łagodziła swoje wpisy. Ale Radio Publiczne robi fejkową infografikę, a „Wiadomości” TVP orwellowski materiał. Czemu ten Grodzki taki groźny? OKO.press analizuje, co zostało w sieci i to, co z niej zniknęło

Więcej >>>

Po zapowiedzi ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka, że złoży zawiadomienie na Lotną Brygadę Opozycji po happpeningu z tekturowym czołgiem, działacze postanowili mu „pomóc”. Stawili się więc w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, gotowi do odbycia „kary”.

Ubrani w pasiaki przynieśli „dowody zbrodni”. – „Tu jest corpus, a tu jest delicti” – powiedział jeden z brygadzistów, pokazując korpus czołgu i jego lufę. – „Proszę wyjść z tym przedmiotem!” – zakrzyknął strażnik.

Niewiele zdziałali w prokuraturze, choć prosili: – „Pan dzwoni do Błaszczaka” i „Przykujcie nas chociaż do stojaków na rowery na 5 minut”.

Poszli więc do Kancelarii Prezydenta, która mieści się nieopodal Sejmu przy Wiejskiej. Uznali, że skoro Andrzej Duda ułaskawił Mariusza Kamińskiego, zanim zapadł prawomocny wyrok sądu, to może zrobić to samo w ich przypadku. Tutaj jednak nie znaleźli „Duda pomocy”…

Znaleźli za to uznanie w sieci. – „Uśmiech i humor to oznaka zwycięstwa na głupotą polityków. W tekturowym państwie, to i corpus delicti z tektury”; – „Biedne ciecie, pewnie się modlą, abyście na ich zmianie nie wpadli”; – „Dawno się tak nie uśmiałem, mój typ poczucia humoru, delikatnie absurdalny i cholernie inteligentny. Szacunek, szkoda tylko, że Mariusz do usranej śmierci tego nie zrozumie” – komentowali internauci.

Depeszę o tym, jak Telewizja Polska zrelacjonowała wizytę „pierwszego Polaka w USA bez wizy” nadała czołowa agencja informacyjna Associated Press, a podały ją dalej m.in. „The Washington Post”, czy „The New York Times”. AP odnotowała, że materiał został wyśmiany. O sprawie pisze Gazeta.pl.

AP zauważa, że relacja w Polsce została wyśmiania, gdy widzowie zorientowali się, że podróżnym był pracownik stacji oraz były polityk PiS. Agencja pisała także, że TVP jest wykorzystywana przez partię rządzącą do „trąbienia o sukcesach”.

Materiał „Wiadomości” TVP1. Dziennikarze zarzucają ustawkę

Dziennikarze i użytkownicy Twittera po emisji materiału w „Wiadomościach” zarzucili TVP ustawkę. Dyrektor TAI Jarosław Olechowski zapewniał w tym serwisie społecznościowym, że lot pierwszego Polaka bez wizy do Stanów Zjednoczonych pokazany w „Wiadomościach” nią nie był. „Red. Bakalarski przeszedł standardową procedurę ESTA jak każdy podróżny. Materiał miał charakter poradnikowy, pokazujący co należy zrobić, żeby polecieć do USA bez wizy” – poinformował Olechowski.

Czytaj więcej o całej sprawie

Pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała.

Ależ gorący tydzień za nami. Zaprzysiężenie nowych posłów, lekki demakijaż rządu, rozpaczliwe poszukiwanie kasy, co już owocuje nowymi pomysłami, ile i jak ją z nas wyciągnąć. Dla mnie jednak „bohaterem” ostatnich dni jest Stanisław Karczewski i jego walka o jego Senat. To najbardziej tragiczna postać, pełna smutku i rozżalenia. Biedaczek, który zupełnie nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach.

Zacznijmy jednak od początku. 13 października odbyły się wybory do parlamentu. Oczywiście Zjednoczona Prawica wygrała Sejm, co nie było żadnym zaskoczeniem. Wprawdzie okazało się, że PiS jest teraz bardziej uzależnione od swoich sojuszników, bo bez nich nie ma większości, że ogólnie na partie opozycyjne głosowało w sumie więcej Polaków niż Zjednoczoną Prawicę, że prezes nie krył rozczarowania, bo miał nadzieję, że zwycięstwo to będzie druzgoczące i opozycja na wieki wieków zostanie wyeliminowana, ale co tam. Wygrana to wygrana. Gorzej, gdy doszło do podsumowania wyników głosowania na senatorów i tutaj PiS poległo. To było jak uderzenie w policzek, zniewaga, nad którą ciężko przejść do porządku dziennego.

Najpierw zapadła cisza. Trzeba było ogarnąć temat i zastanowić się, co dalej. Najlepszym pomysłem okazał się ten, który już niejeden raz wspomógł prezesa i jego kolesi, czyli… przekupstwo. Sam Karczewski nie krył, że wszystko możliwe, bo przecież „nigdy nie było takiej sytuacji, że senatorowie, którzy rozpoczęli kadencję, w takich samych konfiguracjach politycznych tę kadencję kończyli”.

Ruszyła więc pisowska brać do boju, wierząc, że znajdzie kilku senatorów, którzy przejdą na ich stronę mocy, a tu klapa. Nie pomogły obietnice świetlanej przyszłości, nie pomogło zastraszanie. Senatorowie opozycyjni i niezależni zaparli się i koniec. Dla PiS-u to sytuacja nie do ogarnięcia, bo jak to. Przecież ta partia jest mistrzem w kupowaniu poparcia, a tu taka porażka. Ciężko to było przegryźć, tym bardziej, że zgłoszone protesty wyborcze, dotyczące nieprawidłowości w wyborze senatorów, też zostały odrzucone.

Fakt stał się faktem. PiS stracił Senat i choć na uszach stawał, nie udało się tego zmienić. No i tu wyskakuje nam ten biedak, pan Karczewski. Do końca, do ostatniej chwili był przekonany, że uda mu się zatrzymać stanowisko marszałka Senatu, bo przecież był takim wspaniałym marszałkiem. Jak mówił, „debaty wokół spraw nawet najbardziej dyskusyjnych, problematycznych, kontrowersyjnych, toczyły się do późnych godzin nocnych, nigdy nie ograniczałem możliwości wypowiadania się senatorów opozycji, mieli sytuację wręcz komfortową w Senacie. Moje drzwi były, są i będą otwarte dla wszystkich senatorów”, a tak w ogóle jego kadencja „była udaną kadencją. Myślę, że panowałem nad emocjami senatorów, potrafiłem prowadzić obrady, ale przede wszystkim prowadzić sprawy, za które odpowiedzialny jest Senat”.

Naprawdę nie wiem, czy to zaklinanie rzeczywistości czy też początki demencji, bo zupełnie inaczej pamiętam rządy marszałka Karczewskiego. Wyrzucenie flagi unijnej, skracanie czasu wypowiedzi, wyłączanie mikrofonów, nocne obrady, bezkrytyczne przyjmowanie każdej ustawy Zjednoczonej Prawicy, nawet tej, pełnej błędów i potem wielokrotnie poprawianej. Zapomniał o tym?

Teraz pan były marszałek czuje się bardzo rozgoryczony, wręcz skrzywdzony tą wielką niesprawiedliwością, jaka go spotkała. Walkę o fotel marszałka Senatu przegrał z profesorem Grodzkim i ależ ta porażka boli. Żegnaj luksusowy apartamencie w jednej z willi rządowych. Żegnaj cateringu i usługi prania oraz sprzątania w gratisie. Żegnajcie loty z rodzinką… I co teraz z tym pięknym portretem Karczewskiego, który był niezbędny „dla dobrego funkcjonowania państwa”? Pewnie zabierze do domu, powiesi w salonie i będzie się przed nim modlił o rychły upadek Senatu, który w obecnym składzie do niczego prezesowi i partii się nie przyda.

Jestem jednak przekonana, że nieraz usłyszymy jeszcze o panu Karczewskim. Już dzisiaj wieszczy on, że Senat nowej kadencji zamieni się w „izbę politycznych awantur”, bo przecież inaczej być nie może, a on sam będzie krytycznie patrzył na ręce nowego marszałka i ostro go punktował. Upokorzony i nieszczęśliwy pan Karczewski dzisiaj przywdziewa zbroję don Kichota i rusza na samotną walkę. On kontra senatorowie, którzy nie dali się przekupić. On i jego wiara, że wszystko jeszcze może się zmienić i powróci do koryta w blasku chwały i sławy. On silny, niezłomny, oddany prezesowi i pisowskiej Polsce nie odpuści. Jeszcze pokaże wszystkim, kto tu rządzi…

– Musimy teraz wybrać kandydata na prezydenta, potem czekają nas wybory szefa partii, a na końcu – wybory szefów regionów – mówił w sobotę w Swarzędzu przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Na spotkanie z działaczami przyjechał z prawdopodobną kandydatką partii na prezydenta RP Małgorzatą Kidawą-Błońską.

Więcej >>>

 

Duda jest do ogrania przez opozycję, a PiS do odsunięcia od koryta

2 List

Aż dwie trzecie wyborców KO chciałoby jednego opozycyjnego kandydata w I turze wyborów prezydenckich. Lewica i PSL niewiele ustępują w tym entuzjazmie. Analiza wyników wyborczych wskazuje, że to wariant raczej nieracjonalny, ale wyraża marzenie, byśmy „wszyscy razem” odsunęli Dudę od prezydenckiej godności [SONDAŻ OKO.PRESS]

W październikowym sondażu Ipsos badaliśmy pojedynek kilku kandydatów opozycji z Andrzejem Dudą w I turze. Sprawdzaliśmy, kto na opozycji ma największy negatywny elektorat,  co może decydować o wyniku II tury. Ale zapytaliśmy też o inny wariant wyborczy:

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020 r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Okazało się, że:

  • 44 proc. badanych opowiedziało się za wspólnym kandydatem;
  • 44 proc. stwierdziło, że każde z trzech ugrupowań powinno wystawić swojego kandydata;
  • 12 proc. nie miało zdania.

Wśród kobiet wyraźnie wygrywa koncepcja jednego kandydata/kandydatki w pierwszej turze (50 proc.), mężczyźni opowiadają się raczej za trzema kandydatami (49 proc.).

Czy wolał(a)by Pan/Pani, żeby opozycja: Koalicja Obywatelska, Lewica oraz Polskie Stronnictwo Ludowe wystawiły w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2020r. jednego wspólnego kandydata czy też każde z ugrupowań własnego?

Oczywiście pytanie o jednego kandydata ma zupełnie inny sens dla zwolenników i dla przeciwników PiS.

Wyborcy opozycji myślą o opozycji

W elektoracie KO zwolennicy jednego kandydata stanowią aż 66 proc. wyborców, w Lewicy – 55 proc., w PSL – 52 proc. Postawa wyborców KO jest zrozumiała, w końcu to ten komitet ma najsilniejszą pozycję i przekonanie, że wspólny kandydat byłby tak naprawdę „nasz” jest uzasadnione. Poparcie na Lewicy i PSL może dziwić, wszak oznaczałoby to zapewne niewystawienie „swojego” kandydata, co osłabia pozycję partii.

Podobną postawę odkryliśmy jednak już wcześniej, analizując wyniki pytania naszego sondażu o zadowolenie z wyników wyborów do Sejmu i Senatu.

Satysfakcję z (minimalnego) zwycięstwa w Senacie podzielało aż 77 proc. wyborców PSL i Koalicji Obywatelskiej i 79 proc. wyborców Lewicy (niezadowolonych w tych trzech elektoratach było po 19-20 proc.). Odczucia wyborców trzech partii są identyczne, choć partyjne zyski były tak różne: Koalicja Obywatelska zdobyła 43 senatorskie mandaty, PSL – 3 mandaty, Lewica – 2 mandaty.

Jak widać, duża część wyborców, choć ma swoje preferencje partyjne, myśli w kategoriach „zjednoczonej opozycji”. I marzenie o sukcesie „opozycji” jest silniejsze, niż pragnienie wygranej „mojej partii”.

Podobnie może być tutaj. Jeden wspólny kandydat może być postrzegany jako sygnał jedności i siły opozycji jako całości.

Wszyscy razem, pięści w górę, obalimy dyktaturę

Nie bez znaczenia jest również efekt psychologiczny. Wyborcom partii opozycyjnych Prawo i Sprawiedliwość jawi się jako kolos i monolit. W obliczu tak wielkiego zagrożenia oczekują stworzenia wielkiego bloku, który dorównałby rozmiarami partii rządzącej. Trzy mniejsze zdają się bez szans.

Odpowiedzi wyborców PiS kształtują się dokładnie odwrotnie. Reagują na sygnał wspólnego kandydata opozycji jak na zagrożenie dla „naszego Dudy”, bo „większy” po stronie opozycji wydaje się groźniejszy. Wyborcy PiS mogą też liczyć na to, że opozycja podzielona pogrąży się we wzajemnej rywalizacji, oddając łatwo zwycięstwo obecnemu prezydentowi.

Głosy zwolenników Konfederacji wyglądają podobnie jak głosy PiS. Ale stać może za nimi inna kalkulacja. W przypadku zjednoczenia opozycji jest oczywiste, że do drugiej tury przechodzi kandydat opozycyjny i Andrzej Duda (jeśli oczywiście wybory nie kończą się na jednej turze). Konfederaci mogą liczyć na to, że rozbicie głosów na kilku kandydatów nieco wyrówna szanse kandydata Konfederacji, który dodatkowo może robić sobie nadzieję na przejęcie wyborców Pawła Kukiza z 2015 roku (a to ok. 20 proc.).

Czy w ogóle warto rozpatrywać wspólnego kandydata? Warto, bo…

Założeniem pomysłu jest oczywiście zwycięstwo w pierwszej turze.

Skumulowane głosy elektoratów partii prodemokratycznej opozycji miałyby wygrać z Andrzejem Dudą, dodatkowo osłabionym o głosy kandydata Konfederacji. W II turze te głosy zasilą raczej puszczającego oko do skrajnej prawicy Dudę, choć trudno to dziś przewidzieć z większą pewnością.

Żeby to osiągnąć trzeba zdobyć jednak aż 50 proc. wszystkich głosów. Nie udało się to ani w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ani w wyborach do Sejmu, a nawet w wyborach do Senatu (opozycja wygrała na mandaty, remisując w liczbie głosów). Z drugiej strony, notowania PiS zachwiały się po wyborach…

W rozważaniach nad strategią na I turę chodzi też o ekonomię mobilizacji. Zwolennicy jednego kandydata podkreślają, że wspólne prowadzenie kilkumiesięcznej kampanii przyniesie lepszy efekt, niż wsparcie udzielone jednemu kandydatowi opozycji dopiero w drugiej turze.

Dodatkowo rozdrobnienie w I turze może działać demobilizująco na elektoraty partii, której kandydaci odpadną. Argumentem za formułą „jeden wspólny kandydat” jest  uniknięcie miesięcy kampanii, podczas której między kandydatami opozycji dochodziłoby do bratobójczej walki.

Ta obawa artykułowana była także przy okazji kampanii do Sejmu i Senatu. Ostatecznie jednak ugrupowania demokratyczne wypracowały formułę rywalizacji, w której jest miejsce na krytykę, nawet spięcia, ale nie są wytaczane najcięższe działa.

Nie warto, bo…

Najpoważniejszym argumentem przeciwko jednej kandydaturze jest fakt, że elektoraty tak łatwo się nie sumują, a raczej nieco się „odejmują”. Oparcie całej, wielomiesięcznej kampanii na jednym kandydacie z KO z przekazem „musimy odsunąć od PiS od władzy” mogłoby skutecznie zniechęcić do udziału w głosowaniu wyborców dwóch pozostałych komitetów.

Z takich zapewne powodów wynik „paktu senackiego” opozycji do Senatu był gorszy od sumy wyników trzech partii osobno do Sejmu (w powyborczym sondażu OKO.press ta przewaga urosła z 5 do 7 pkt proc.):

Poparcie dla PiS i partii opozycji w wyborach do Sejmu i Senatu 2019 (w proc.)

Dane PKW

Uwaga! Do wyniku PiS do Senatu (44,56 proc.) doliczamy poparcie niezależnej Lidii Staroń (0,58 proc.), a do wyniku opozycji (KO + PSL + SLD = 43,66 proc.) trzech niezależnych senatorów: Stanisława Gawłowskiego, Krzysztofa Kwiatkowskiego i Wadima Tyszkiewicza (razem 1,04 proc.). Gdy policzyć też poparcie kandydatów, którzy nie weszli do Senatu  (jak zrobiła Dominika Wielowieyska w „Wyborczej”) okaże się, że opozycja miała minimalną przewagę.

Dopuszczenie realnej rywalizacji w pierwszej turze, a następnie oficjalne udzielenie poparcia przeciwnikowi Andrzeja Dudy może mieć większy mobilizacyjny potencjał. Przy założeniu, że „ujemna premia za zjednoczenie” będzie mniejsza niż w wyborach do Senatu.

Mało realny scenariusz

Władysław Kosiniak-Kamysz w połowie października snuł rozważania na temat wyłonienia wspólnego kandydata opozycji w prawyborach opartych na debatach i spotkaniach. Nadal opowiada o tej koncepcji w mediach, ostatnio w TVN24. Kosiniak-Kamysz był bardzo długo liderem w rankingach zaufania wśród polityków opozycji (obecnie dogoniła go Małgorzata Kidawa-Błońska), ale jest jednak liderem najmniejszego z trzech ugrupowań. Można to czytać jako kalkulację: jestem na tyle popularny, by stawić czoła Andrzejowi Dudzie, ale jednocześnie mając konkurentów w postaci liderów dwóch większych ugrupowań, mogę nie dostać się do drugiej tury.

Lider PSL jest jednak odosobniony. Politycy KO i Lewicy jednoznacznie odrzucają formułę „jednego kandydata”. Grzegorz Schetyna określił pomysł jako mało realny, a I turę nazwał „pewnego rodzaju prawyborami”. KO liczy na to, że jako opozycyjne ugrupowanie z największym poparciem wprowadzi swoją kandydatkę (Kidawę-Błońską) lub kandydata (Donalda Tuska?) do drugiej tury, nie ryzykując ewentualnej przegranej w prawyborach.

Ale pomysł jednego kandydata odrzucają też politycy Lewicy (m.in. Krzysztof GawkowskiRobert Kwiatkowski), a start lewicowego kandydata ogłosił Włodzimierz Czarzasty. Wszystkie partie lewicowe chcą natomiast wspólnego kandydata lewicy. Dotychczas mówiło się, że ma to być Robert Biedroń, choć jak wskazuje sondaż OKO.press, Adrian Zandberg, jeden z liderów Razem, niewiele mu ustępuje w poparciu wśród elektoratu lewicy.

Tu motywacją jest zachowanie podmiotowości własnego obozu, który rośnie po wyborach w siłę.

O Trybunale Konstytucyjnym tutaj >>>

Duszno jest w te Zaduszki. Rodziny dzielą się wzdłuż i w poprzek. Na groby chodzą oddzielnie. Nawet zmarłych dzielą na lepszych i gorszych. Ciała na cmentarzu, kości i popioły w urnach są też lepsze i gorsze. To zależy od tego, kto na kogo głosował, jaki wrzucał głos do urny. Dziwna jest ta zbieżność urny z prochami z urną z głosami. W te dni warto pamiętać, że papierowe głosy w proch się obrócą, jak ci co głosowali i ci, na których głosowano.

Zaduszki jako „przypomnienie wszystkich wiernych zmarłych” wprowadził opat z Burgundii w 993 roku. Zagospodarowanie symboli jest podstawą działania w polityce i kościele. Zalecił to ów opat zamiast pogańskiego obyczaju oddawania czci zmarłym. Uwaga: my jako kraj nie byliśmy jeszcze nawet ochrzczeni i obchodziliśmy ciągle nasze swojskie Dziady. Teraz królują dynie z otworami, czaszki, kościotrupy, amerykańskie święto dzieciaków i wesołych przebierańców. Uchodzi za grzech i jest potępiane przez Kościół bardziej niż pedofilia w jego, za przeproszeniem, łonie…

Meksykańskie przysłowie mówi, że życie jest snem, a śmierć jest przebudzeniem. Mało kto chce się jednak przebudzić z życiowego snu. Raczej boimy się kościstej Madame. Staramy się jak najdłużej zostać na tym „padole płaczu”, wspominając zmarłych i ich ostatnie słowa, ostatnie życzenie. Tata prosił, żeby dać mu kopsnąć szluga i setkę, a ty mu nie dałaś, mówi brat do siostry, a ona, że nie chciała, żeby się uzależnił…

Ostatnie słowa wielkich wchodzą do literatury czy historii. Goethe, umierając zawołał: „Więcej światła!”. Co się rozumie, że pragnął oświecenia dla społeczeństwa i tak dalej. Prawda jest taka, że trzymano go w „choralni”, czyli ciemnym pokoju. Zasłonięte kotary tłumiły światło, biedny poeta pragnął słońca.

Gdy pewnego francuskiego polityka prowadzono na gilotynę, ktoś z orszaku powiedział do niego: „Ty drżysz”, a on odpowiedział: „To z przeziębienia!’. Zastanawiam się, czy jest u nas wśród rządzących ktoś obdarzony takim dowcipem? Eee nie, oni mówią to, co przyniesie przekaz dnia.

Sokrates natomiast czując, że koniec jest bliski nakazał swemu służącemu, by zapłacił za koguta. Jako filozof wiedział, że całun nie ma kieszeni, a trumna portfela, o czym zapominają pazerni świeccy i duchowni. Neron, któremu się wydawało, że jest wspaniałym wokalistą, biadolił: „Jakiż artysta ginie we mnie!”. Cezar, jak to władca oderwany od rzeczywistości, zdziwił się: „I ty Brutusie?”, zanim otrzymał cios. To nauka dla każdego wielkiego dyktatora oraz małego dyktatorka. Każdy ma obok siebie kogoś, kto czyha na jego stanowisko. Nawet jeśli ma tylko 18%.

Bardzo brakuje nam ludzi, którzy odeszli. Niezwykłych, dowcipnych. Odczuwamy brak Marii Czubaszek, mówiącej: „To było w czasach, kiedy Ibisz był jeszcze stary”. Nawiązywała do jego coraz młodszego wyglądu. Zaatakowana przez kogoś ekobio, kto jej zarzucił, że tak kocha zwierzęta, a odżywia się parówkami, wypaliła: „Każde dziecko wie, że w parówkach nie ma mięsa”. Żal, żal, że jej nie usłyszymy.

Janusz Głowacki mawiał „Szanuję nagrody, które dostaję, gardzę tymi, których mi nie dano”. A na pogrzebie Głowackiego Kazimierz Kutz mówił: „Są wszyscy, tylko Głowy nie ma”. Gdy wybuchła afera MeToo Kutz samokrytycznie stwierdził, że gdyby to się wydarzyło w jego czasach, nie nakręciłby żadnego filmu. Chyba zabrakło mu Głowy, przyjaciela, bo zawinął się szybko po nim, spakował manatki i odjechał w ostatnią podróż.

Jacek Kurski odmówił emisji spotu kampanii, przygotowanej przez lekarzy „Polska to chory kraj”. Według niego, był „niezgodny z linią programową TVP”!

Co to takiego „eufemistyczny wulgaryzm”? Coś, co z pewnością nie jest wulgaryzmem nieeufemistycznym. Bo kiedy na przykład naczelny satyryk prawicy Jan Pietrzak mówi o Klaudii Jachirze, że to „wynajęta zdzira”, to jest to wulgaryzm bezprzymiotnikowy, inaczej mówiąc – zwyczajny.

Z podobnym, swojskim, by nie rzec „narodowo-katolickim” wulgaryzmem mamy do czynienia, gdy poseł Tarczyński (z PiS, gdyby ktoś miał ewentualne wątpliwości) wyraża się o zwolennikach „damskich końcówek” per „dewianci”. Jaka prawica, takie jej wulgaryzmy…

Co innego wykształciuchy. Wulgarne są i agresywne jak wszyscy, ale perfidne zarazem. Nie nazywają rzeczy po imieniu, tylko – nawet przeklinając – pragną się wywyższyć ponad zwyczajnego suwerena. Elity gorszego sortu nie powiedzą więc, że to, co się dzieje w służbie zdrowia to „burdel, granda i skandal”. Skądże znowu…

Żeby chociaż zacytowali klasyka, nazywając problem „dżumą” lub – swojsko – „cholerą”, co bierze zwykłych ludzi po dobie na SOR-ze. Ale nie. Mówią o „chorobie”. A po cichu życzą sobie, by zainfekowała architektów „dobrej zmiany”. Żeby dramatyczne sceny z przychodni i szpitali przełożyły się na krytykę rządu i jego zwolenników. I w ten sposób, w ustach autorów spotu, którego emisji odmówiła TVP, określenie „chory” zmienia się w „eufemistyczny wulgaryzm”. I staje się narzędziem agresji.

Tak przynajmniej uzasadnił cenzurę inkryminowanego materiału szef publicznej telewizji Jacek Kurski, w ten sposób stając do rywalizacji z samym panem prezesem o status Największego Językoznawcy „dobrej zmiany”.

I miał rację, że zakazał emisji. Nie ma powodu rozpowszechniać eufemistycznych wulgaryzmów, skoro śmigają one teraz w powietrzu nawet częściej, niż te swojskie i zwyczajne. Pewnie wszyscy pamiętają jeszcze, jak już dawno temu poseł Szczerba wygłosił swoje słynne „panie marszałku kochany!” Jaki „panie”? Jaki „kochany”? I co to w ogóle były za ukryte sugestie? Chamstwo, prowokacja i wezwanie do puczu, po prostu…

Co innego „mordy zdradzieckie”. Takich właśnie prostych i z sercach płynących wulgaryzmów oczekuje naród od swojego przywódcy. I za to – między innymi – pan prezes jest kochany wśród swojskiego elektoratu kto wie, czy nie bardziej niż za liczne Plusy i trzynastą emeryturę. Bo i suweren w co drugim zdaniu zwykł – w miejsce kreślenia: „niewiasta lekkich obyczajów” — używać słowa na „ka”, jakże niesłusznie uchodząc w związku z tym za prostaka. Ale teraz – dzięki posłom, kierownikom i prezesom od pana prezesa – już nie musi się wstydzić. A zresztą co niby miałby mówić w zamian? „O, pani… jak – nie przymierzając – mops w reklamie Voltarenu”?

Toteż jest pełna zgoda, że – jak sugeruje prezes TVP – mówienie o „chorobie” tam, gdzie bardziej stosowna byłaby swojska (i też medyczna) „kiła i mogiła”, a w ostateczności „zaraza” (ta od „tęczowej zarazy”), to „naruszanie dobrych obyczajów”, które „stoi w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego”.

Jasne, że narusza i że stoi, skoro normalny wyborca obu panów prezesów wyraża się całkiem inaczej. Toteż takie językowe ewolucje „godzą w jego wrażliwość”, czemu Jacek Kurski powiedział – cenzurując spot o służbie zdrowia – swoje stanowcze „nie”. Znaczy – spełnił misję kulturową i stanął na straży dobrych obyczajów. Brawo ten pan!

Natomiast wracając do stanu służby zdrowia po czterech latach rządów PiS, to należało raczej odwołać się do narodowej tradycji i posłużyć cytatem z Sienkiewicza: „ch..j, d..a i kamieni kupa”. Każdy by zrozumiał. Sienkiewicz wprawdzie nie ten, ale wrażliwość stosowna, no i wzmiankowaną frazę trudno posądzać o eufemizm.

Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów?

1 listopada, dzień zadumy, refleksji, wspomnień. Lubię te leniwie płynące godziny pełne wyciszenia i nostalgii. Pomaga mi to nabrać dystansu do dość ponurej rzeczywistości, uspokoić emocje, zamknąć swój świat w dobrych myślach i przywołać do siebie tych, którzy bardzo byli mi bliscy, ale i tych, których mądrość, życzliwość, inteligencja, system wartości, odłożyły się we mnie, budując moje człowieczeństwo.

Żeby jednak nie było tak sielsko, anielsko i różowo, to warto zwrócić uwagę, że spotkania rodzinne przy grobach to też okazja, do wspólnego biesiadowania, wielokrotnie zakrapianego alkoholem, a potem powroty do domu i może znowu pobity rekord wypadków drogowych i niepotrzebnej śmierci. To przed nami, a za nami… dni poprzedzające uroczystości Wszystkich Świętych, zdominowane przez coroczną walkę o sens i rację bytu Halloween i na tym właśnie chciałabym się dzisiaj skupić.  Nie ma co, jak każdego roku, Polskę ogarnia istne szaleństwo. Nic nie jest tak ważne jak to, czy obchodzić Halloween czy też bronić się przed nim rękami i nogami.

Kościół ostrzega przed tym świętem, bo „to niebezpieczny festiwal brzydoty dla ludzkiej duszy” i apeluje do rodziców, „byli czujni. Diabeł nie żartuje. Pielęgnujmy u dzieci katolickie wychowanie”. Rodzic chrześcijanin musi wiedzieć, że dynia z zapaloną w niej świecą to symbol dusz błąkające się w postaci ogników. Tańce czarownic z diabłami i skrzatami przy ognisku (za te postaci przebierają się dzieci)to nic innego jak próba nawiązania kontaktu człowieka z duchami, a wróżby, których celem zajrzeć w zaświaty, by dowiedzieć się czegoś o nadchodzącej przyszłości, to grzech śmiertelny „przeciw Panu Bogu, który jest jedynym Panem Czasów”. Rodzic musi mieć też świadomość, że słuchanie obrazoburczej muzyki, wróżenie, kontaktowanie się z duchami, noszenie talizmanów czy też zabawa w piekło, diabły to nic innego jak prosta droga do opętania i chorób psychicznych. Ponoć po Halloween wzrasta liczba właśnie opętań wśród dzieci, dacie temu wiarę?

Do tego kościelnego chóru ochoczo włączają się politycy PiS i sympatycy partii rządzącej. Posłanka Masłowska zamierza nawet wystąpić do MEN, by zablokować „tę głupotę”. Wspiera ją z całych sił minister edukacji, Dariusz Piontkowski, dla którego to święto „jest makabryczne i angażowanie w to dzieci nie jest dobre. Dziwię się nauczycielom, którzy chcą to organizować. To jest chore, że dzieciom organizuje się Halloween. Na siłę się nas zmusza, byśmy ten zwyczaj obchodzili. Idiotyczne. Ten zwyczaj kojarzy się z horrorem. Nie można tak narażać dzieci, zwłaszcza najmłodszych”. Biedne dzieci są straszone przez swoich katechetów, którzy w bardzo obrazowy sposób mówią o uleganiu szatanowi i innych okropieństwach, jakie spotkają te dzieciaczki, gdy wezmą udział w Halloween.

Swoją cegiełkę do walki z tym niecnym świętem dokładają kuratorzy oświaty. Małopolska kurator oświaty chwali szkołę w Poroninie, gdzie odbył się dzień Dyni, niby podobny w założeniach do Halloween, a jednak taki nasz, chrześcijański. Do podobnej imprezy zachęcał szkoły bydgoskie kurator Marek Gralik, do którego zwrócili się ponoć „nauczyciele i rodzice uczniów, którzy poinformowali mnie o drastycznych wydarzeniach, w tym o zmuszaniu niepełnosprawnych intelektualnie dzieci do udziału w halloweenowych zabawach”. Za zdecydowaną reakcję pan kurator otrzymał serdeczne podziękowania od pupilki Rydzyka, Anny Sobeckiej. Również i w Wielkopolsce szkoły dostały zakaz organizowania Halloween, choć rzeczniczka tłumaczy, że to nie tak, że to tylko wyjaśnienie, co dyrektorom wolno, a co nie.

Przyznam szczerze, że zupełnie mi to święto nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi jego „pogańskość”, bo przecież większość świąt kościelnych opartych jest na przedchrześcijańskich wzorach. Czy naprawdę trzeba robić aż tyle hałasu o święto, która jest sposobem na oswojenie strachów? Fakt, przekaz jest może nieco przejaskrawiony, ale najmłodsze pokolenie, wychowywane na grach komputerowych, gdzie krew sika na okrągło, bohaterowie leją się równo, jest ileś tam żyć do wykorzystania, okrucieństwo leci z każdej możliwej strony, postrzega go już zupełnie inaczej. Liczy się pomysłowość, ilość zebranych słodyczy i przede wszystkim zabawa.

To też otwartość na inną kulturę. To święto ma już ponad 2000 lat, a jego kolebką była Anglia, Irlandia, Szkocja, Walia i Francja. Celtowie obchodzili ten dzień właśnie 31 października, uważając go za święto zbiorów oraz koniec lata i początek zimy. Kapłani celtyccy uważali, że tego właśnie dnia demony i upiory wracają z zaświatów, dlatego przesądny lud przebierał się, dzięki czemu mógł zapewnić sobie bezpieczeństwo i przypodobać duchom. Ot, jedna z wielu legend, która jest wciąż żywa i może tak właśnie należy Halloween traktować? Nie jako zło, ale sięganie do korzeni?

Oczywiście, każdy ma prawo mieć własne zdanie w tej sprawie, może jednak warto wziąć przykład z tych, którzy postanowili nieco ten dzień ucywilizować i zabezpieczyć się przed sąsiedzkimi kłótniami. W skrzynkach pocztowych mieszkańców ul. Namysłowskiej w Warszawie znalazły się karteczki z wydrukowaną dynią i informacją, że „W dniu 31.10.2019 r. dzieci z pobliskich bloków będą chodziły i zbierały słodycze. Wiemy, że nie każdy z Państwa toleruje powyższą zabawę, w związku z powyższym do każdej skrzynki wrzucono karteczkę z obrazkiem dyni. Ci z Państwa, którzy zgadzają się na odwiedziny dzieci w celu podarowania im cukierka, proszone są o przyklejenie karteczki do drzwi mieszkania. Dzieci nie chcą niepokoić tych z Państwa, którzy nie życzą sobie ich odwiedzin. Proszę potraktować to jako zabawę”. Świetny pomysł na pogodzenie miłośników Halloween z ich przeciwnikami, prawda?

Dzisiaj mamy głowy zajęte już czymś innym. Odwiedzamy groby, palimy znicze, oddajemy się pamięci. Jednak może warto w kolejnym roku nieco spasować, dostrzec, że każdy może po swojemu podchodzić do tych dni zadusznych i nie robić z tego wielkiego problemu, bo, po co ….

Oskarżenie polityków PiS i Kościoła kat.

27 Paźdź

Arcybiskup Leszek Sławoj Głódź, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego duchowieństwa. Hierarcha, który co miesiąc otrzymuje od 10 do 17 tysięcy złotych emerytury, jest właścicielem 20-hektarowego rancza we wsi Bobrówka na Podlasiu.

Tam też znajduje się pałac arcybiskupa. „To odnowiony budynek starej szkoły, który duchowny odkupił od gminy za 60 tys. zł. Teraz jest warty kilka razy więcej.” Na co dzień duchowny mieszka i urzęduje w rezydencji w Gdańsku.

Od lat krążą legendy o wydawanych przez niego biesiadach, podczas których alkohol leje się strumieniami. „On ma taka głowę, że nigdy nie potrafiliśmy się zorientować, jak dużo wypił. Nic po nim nie widać. Picie przerywał tylko po to, by rzucić niewybrednym żartem o polityku, którego nie lubił, albo żeby kogoś skląć” – komentują współpracownicy arcybiskupa w artykule na portalu wp.pl.

To również oni zwrócili uwagę na zachowanie przełożonego. Przemoc, publiczne poniżanie, znęcanie się, ubliżanie – to tylko część zarzutów pod adresem metropolity, które znalazły się w listach księży do watykańskiego nuncjusza w Polsce. O sprawie informowali również dziennikarze TVN24. „Publiczne poniżanie – on jest w tym naprawdę niezły”.

Będący w bliskim otoczeniu Głodzia księża wolą pozostać anonimowi. Przełożony nie raz miał grozić im zniszczeniem kariery. „On ma takie wpływy, że zesłaliby mnie do jakiejś wiejskiej parafii. Po co mi to? Mogę tylko powiedzieć, że wszystko, co o nim piszą, to tylko część prawdy. Reszta jest jeszcze gorsza. Wszyscy jednak wiemy, że nic mu nie grozi. Będzie żył w luksusie tak jak do tej pory” – wyznaje na łamach wp.pl, jeden z księży bywający w rezydencji arcybiskupa.

To nie pierwsze oskarżenia wobec metropolity gdańskiego. Podobne pojawiły się już sześć lat temu na łamach tygodnika „Wprost”. Czy nieprawdopodobna buta i chamstwo zostaną ukarane, czy hierarcha nadal będzie pokrzykiwał na podwładnych: „Co ty, k…, nawet nalać nie potrafisz!”.

Akt oskarżenia

Oskarżam

Andrzeja Sebastiana Dudę, urodzonego 16 maja 1972 w Krakowie, o to, że, pełniąc funkcję Prezydenta RP, dopuścił się bezprawnej zmiany konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podważając zasadę podziału i równoważenia władz (Konstytucja RP Art. 10 ust. 1), a w szczególności podpisując liczne ustawy zmieniające ustrój państwa w drodze niekonstytucyjnej, m.in. ustawę o ustroju sądów powszechnych, o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa, czym popełnił delikt konstytucyjny, a także naruszył art. 127 kodeksu karnego (zamach stanu), a ponadto dopuścił się licznych przestępstw przekroczenia uprawnień funkcjonariusza publicznego m.in. usiłując ułaskawić osoby przed wydaniem wobec nich prawomocnego wyroku, a także przestępstw niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego, m.in. przez uporczywą odmowę odebrania przyrzeczenia od prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, czym popełnił delikt konstytucyjny i przestępstwo z art. 231 kodeksu karnego (przekroczenie uprawni eń przez funkcjonariusza);.

Beatę Marię Szydło, urodzoną 15 kwietnia 1963 roku w Oświęcimiu, o to, że pełniąc funkcję Prezesa Rady Ministrów wstrzymała publikację powszechnie obowiązujących orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego o sygnaturach K 47/15, K 39/16 i K 44/16, a następie uporczywie wstrzymywała się od decyzji o opublikowaniu tych orzeczeń, czym popełniła delikt konstytucyjny z Art. 190 ust. 2 Konstytucji RP, a także nie wypełniła ciążących na sobie obowiązków, popełniając przestępstwo z art. 231 kk (przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza);

Mateusza Jakuba Morawieckiego, urodzonego 20 czerwca 1968 roku we Wrocławiu, o to, że pełniąc funkcję Prezesa Rady Ministrów, nie doprowadził do natychmiastowej publikacji orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego o sygnaturach K 47/15, K 39/16 i K 44/16, czym popełnił przestępstwo z art. 231 kk niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego; ponadto o to, że w trakcie kampanii wyborczej poprzedzającej wybory samorządowe w dniu 21.10.2018, wielokrotnie obiecywał preferencje rządowe w rozdziale środków publicznych dla tych samorządów, w których większość zdobędzie partia pod nazwą „Prawo i Sprawiedliwość”, czym dopuścił się przestępstwa czynnego łapownictwa wyborczego, zatem czynu zabronionego przez art. 250a par. 2 k.k.

 

Zbigniewa Tadeusza Ziobrę, urodzonego 18 sierpnia 1970 roku w Krakowie, o to, że pełniąc funkcję Ministra Sprawiedliwości, działając w porozumieniu z podległymi sobie funkcjonariuszami publicznymi, wpływał bezprawnie na sposób funkcjonowania i obsadę Krajowej Rady Sądownictwa, Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i sądów powszechnych, co stanowi przestępstwo przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, o którym mowa w art. 231 kodeksu karnego; także o to, że wielokrotnie, samodzielnie lub za pośrednictwem podporządkowanych sobie prezesów sądów powszechnych, wpływał przy pomocy groźby bezprawnej na czynności urzędowe sądów, czym dopuścił się przekroczenia art. 232 kk (wpływanie na czynności sądu w drodze zastosowania przemocy lub groźby bezprawnej); także o to, że dopuścił się fałszywych publicznych oskarżeń innych osób o popełnienie przestępstwa, w tym w trakcie wykonywania przez te osoby czynności medycznych, czym popełnił przestępstwo z art. 238 kk (fałszywe zawiadomienie o przestępstwie); także o utrudnianie lub udaremnianie postępowania karnego, a zatem o przestępstwa z art. 239 kk (poplecznictwo) przez to, że pełniąc funkcję Prokuratora Generalnego wywarł presję nad podporządkowanych sobie prokuratorów by zakończyli dochodzenie w sprawie przemocy bezprawnej dokonanej w dniu 10 listopada 2017 przez grupę uczestników tzw. Marszu Niepodległości w stosunku do pokojowo protestujących kobiet;

Julię Annę Przyłębską, urodzoną 16 listopada 1959 roku w Bydgoszczy, o to, że mimo zawinionych przez siebie nieprawidłowości w tzw. „wyborze” na stanowisko Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, polegających m.in. na celowo spowodowanej przez siebie nieobecności niektórych sędziów TK w posiedzeniu Zgromadzenia Sędziów TK, a także braku formalnej rezolucji w sprawie przedstawienia kandydatów na to stanowisko Prezydentowi RP, w sposób uporczywy i w trybie ciągłym podawała się za Prezesa Trybunału Konstytucyjnego, czyli podawała się za funkcjonariusza publicznego o uprawnieniach, których nie ma, czym naruszyła art. 227 kk (oszukańcze podanie się za funkcjonariusza publicznego); ponadto o to, że wielokrotnie zmieniała bezprawnie już wcześniej ustalone składy sędziowskie orzekające w TK, czym popełniła przestępstwo z art. 231 kk. (niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego); ponadto w trybie pomocnictwa przestępczego opisanego w art. 18 par. 3 kk umożliwiała udział w orzekaniu w TK osobom do tego nieuprawnionym, czym pomogła w popełnieniu przestępstwa ciągłego z art. 227 kk (podanie się za funkcjonariusza publicznego);

Jarosława Aleksandra Kaczyńskiego, urodzonego 18 czerwca 1949 w Warszawie, o to, że kierując wykonaniem czynów zabronionych przez inne osoby, w szczególności pełniące funkcje Prezydenta RP, Premiera, ministrów, Prezesa Trybunału Konstytucyjnego oraz posłów i senatorów wybranych z list partii pod nazwą „Prawo i Sprawiedliwość”, dopuścił się sprawstwa kierowniczego nakierunkowanego na zmianę ustroju konstytucyjnego RP przez obalenie zasad demokratycznego państwa prawnego (Art.2 Konstytucji RP) i podziału i równoważenia się władz (Art. 10 ust. 1 Konstytucji), skupiając całą władzę publiczną w swoich rękach, a zatem sprawstwa kierowniczego dotyczącego zbrodni zamachu stanu, o której mowa w art. 127 kodeksu karnego, w powiązaniu z kierownictwem zorganizowaną grupą przestępczą mającą na celu zamach stanu, a zatem przestępstwem z art. 258 kk (kierowanie lub branie udziału w zorganizowanej grupie przestępczej); ponadto o publiczne znieważenie grupy ludzi przez ogłoszenie, że potencjalni imigranci są nosicielami groźnych zarazków, czym popełnił przestępstwo z art. 257 kk (publiczne znieważenie grupy ludzi).

Wobec wszystkich tych osób domagam się sprawiedliwej kary, zgodnej z obowiązującym prawem, choć w przypadku Julii Marii Przyłębskiej będę wnioskował o nadzwyczajne złagodzenie kary ze względu na uprawdopodobnione niskie rozpoznanie znaczenia i szkodliwości popełnionych przez siebie czynów.

Suweren
(Żądania Suwerena spisał i własnoręcznym podpisem poświadczył: Wojciech Sadurski)

Fałszywe konta na Twitterze i Facebooku czyszczą wizerunek prezesa TVP, prowadzą kampanie wyborcze politykom, lobbują na rzecz firm zbrojeniowych. Docierają do milionów odbiorców. Współfinansuje ten biznes państwowy fundusz. Tropy z farmy trolli prowadzą do podejrzanego o korupcję Bartłomieja Misiewicza

Publicysta oraz były minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego – Waldemar Kuczyński wypowiedział się na temat bieżących tematów politycznych.

O protestach wyborczych PiS-u: Izba pisowskich mianowańców, którzy togi zamienili na liberie rozstrzygnie o ważności wyborów. Nie mamy rodacy wyborów wolnych, lecz koncesjonowane, regulowane przez hołotę, której oddaliście Ojczyznę w pacht. Już po raz drugi. Dla PiS głównym dowodem, że wybory mogły być sfałszowane jest to, że nie wygrał ich kandydat. W wolnych bowiem wyborach, wedle PiS, działa wręcz biologiczne prawo, że PiS jest w nich zawsze wygranym.”.

Kaczyński. Tylko ślepy lub zakochany w PiS może nie widzieć, że Polska pogrąża się w dyktaturę, w nie kontrolowane rządy stojącego ponad prawem szaleńca, paranoika władzy i dominacji. Jeśli kiedyś straci władzę, to nie w wyniku wyborów, bo ma pachołków, którzy zdecydują o ich wyniku. Kaczor, przez lata ty i twoi lokaje wrzeszczeliście, że PO ukradła miliardy. Piąty rok twe psy gończe, w które zmieniłeś służby RP tropią złodziei z PO. A kogo znajdą to Twój. Jedyna mafia VAT to jak się okazuje od Ciebie. To co, przeprosisz PO czy podwiniesz ogon? Jest jeden człowiek w Polsce, którego żaden prokurator nie odważy się wezwać na przesłuchanie bez jego zgody. To jest dziś największa u nas patologia. Tą patologią jest Kaczyński. Dopóki ta patologia nie zniknie od władzy Polska nie wróci do normalności”.

O Adamie Bielanie. Jak słucham Bielana, to zastanawiam się, jak czułbym się w jego roli. Czy mógłbym szczerze przyznać, że jestem takim zafałszowanym wobec samego siebie badziewiem? Chyba bym od siebie zwiał jak cień od czarnego Piotrusia Pana”.

Służba zdrowia. To, co dzieje się ze służbą zdrowia, to drastyczny skutek podporządkowania całej polityki finansowej 4 lat rządu PiS kupieniu, za bezprecedensowe rozdawnictwo o cechach politycznej korupcji, głosów dla utrzymania samowładztwa Kaczyńskiego. To społeczny koszt jego paranoi władzy”.

Tęczowy Piątek. W krajowej akcji zastraszania nauczycieli, rodziców i dzieci przed tęczowym piątkiem, kler i organy państwa ujawnili pokazowo jeden z filarów pisowskiej i kościelnej władzy, zastraszanie, mikro-terror. Panuje dziś wszędzie, gdzie sięga ręka państwa i proboszcza”.

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski podczas jednej z wrześniowych konferencji w Gnieźnie oświadczył, że dobrze zna skompromitowanego szefa NIK Mariana Banasia od wielu lat, często się z nim spotyka i rozmawia. Jest człowiekiem kryształowym, niezwykle uczciwym, bardzo solidnym, twardym politykiem” – zapewniał.

„Coś” jednak musiało się wydarzyć, skoro marszałek nagle zmienił zdanie i w programie „Gość Wydarzeń” telewizji Polsat News wycofał się z niedawnej jeszcze opinii.

Oświadczył terazNa pewno bym nie użył takiego określenia, tłumacząc swoje wcześniejsze stanowisko dodał: „Wiem, że on pracował po kilkanaście, po 20 godzin na dobę. Byłem pełen podziwu dla niego. I w tamtym momencie, kiedy dla takiego człowieka niezwykle poświęconego sprawom Polski – bo słyszałem, że są tego typu zarzuty – to tak zareagowałem” – wyjaśniał i stwierdził, że zarzuty wobec szefa Najwyższej Izby Kontroli budzą jego bardzo duże wątpliwości. „One muszą być wszystkie wyjaśnione” – zaznaczył podkreślając, że cała ta sprawa jest niemałym obciążeniem dla całej partii rządzącej.

„Byłbym nieuczciwy, gdybym powiedział: „nie, no banalna sprawa, nic się nie stało”.

Marszałek skomentował też ostatnie doniesienia „Rzeczpospolitej” w publikacji „Przestępczy skandal w resorcie finansów”, ujawniającej że jeden z najbliższych współpracowników Mariana Banasia z czasów jego pracy w Ministerstwie Finansów miał kierować mafią VAT-owską, i pod takim zarzutem siedzi w areszcie:

„Tutaj służby zadziałały. Idealnie zadziałały, bardzo szybko, sprawnie, i one – te osoby są aresztowane” – powiedział z satysfakcją Karczewski.

Przypomnijmy: TVN we wrześniowej edycji „Superwizjera” ujawnił, że były minister finansów i szef Służby Celnej Marian Banaś zaniżył w oświadczeniach majątkowych dochody z wynajmu kamienicy, zarzucił mu też powiązania ze światem przestępczym.

W odpowiedzi Banaś zaprzeczył treściom przekazanym przez „Superwizjera” komentując je „jako próbę manipulacji, szkalowania i podważania dobrego imienia”. Pozwał TVN SA i autora materiału Bertolda Kittela, żądając przeprosin, sprostowania i wpłaty na cel społeczny.

16 października CBA poinformowało, że zakończyło trwającą od kwietnia kontrolę oświadczeń majątkowych Banasia, lecz nie ujawniło jakiego rodzaju zastrzeżenia sformułowało. Jak informuje RMF FM kontrola CBA miała wykazać co najmniej dwie nieprawidłowości związane z kwestiami skarbowymi i niejasnym sposobem rozliczania podatków przez obecnego szefa NIK.

Podziękujmy działaczom Ordo Iuris, biskupom, politykom PiS. Osiągnęli to, co przez lata nie udawało się tysiącom innych: poruszyli i zaktywizowali młodzież.

Chyba możemy pogratulować i podziękować biskupom oraz politykom „dobrej zmiany” – wspólnymi siłami wypromowali temat, który wreszcie poruszył apolityczną i obojętną wcześniej młodzież. Nagonka na środowiska LGBT, której ukoronowaniem był oficjalny zakaz organizowania Tęczowego Piątku w szkołach, doprowadziła do przebudzenia i aktywizacji tłumów młodych ludzi w szkołach, jak Polska długa i szeroka.

„Kuratorium przysłało do szkoły list, że nie wolno organizować Tęczowego Piątku” – zakomunikowała mi kilka dni wcześniej córka licealistka. Gdy w odpowiedzi poinformowałem ją, gdzie kuratorium może ją i jej kolegów pocałować (tutaj tego nie powtórzę, bo nie każde słowo użyte w prywatnej rozmowie nadaje się do publicznego użycia), okazało się, że oni sami o tym doskonale wiedzą i nie potrzebują moich rad. „Ludzie robią konspiracyjny Tęczowy Piątek” – odpowiedziała mi córka. Wprawdzie w szkole nie odbyły się oficjalne lekcje ani spotkania dyskusyjne, ale wielu uczniów demonstracyjnie nosiło tęczowe elementy garderoby i znaczki.

Ten ruch ogarnął szkoły w całej Polsce, zwłaszcza w dużych miastach, które w takich sprawach zawsze są pionierami i wyznaczają trendy – po jakimś czasie standard przyjęty w dużych ośrodkach ogarnia też mniejsze miasteczka, a w końcu i wieś. Z różnych zakątków kraju napłynęły informacje o tym, że młodzież nosi tęczowe znaczki, wiesza w szkołach plakaty, organizuje wspólne wyjścia z budynków w czasie przerw. W Warszawie grupa młodych ludzi poszła demonstrować pod ministerstwo edukacji.

Napływały też krzepiące informacje, że na szczęście wśród księży katechetów i ludzi „dobrej zmiany” znaleźli się tacy, którzy postanowili wzmocnić ten trend, wywierając na młodzież naciski czy przeciwstawiając się jej. Pojawiły się więc doniesienia o zdejmowaniu powieszonych przez uczniów tęczowych plakatów czy o „lotnych brygadach” z kuratoriów, które kontrolowały szkoły i kazały uczniom zdejmować tęczowe przypinki.

Super! Nic lepszego nie mogło się zdarzyć. Nic tak nie ożywia wyobraźni młodych ludzi, jak konspiracja i świadomość, że uczestniczą w masowym, oddolnym ruchu pokoleniowym, który buntuje się przeciw władzy zgredów i jest przez nich zwalczany. To ekscytuje młodych ludzi, daje im poczucie misji, nasyca ich ruch szczyptą rewolucyjnego romantyzmu i powoduje, że sprawa, o którą walczą, jest „sexy”.

W dekadach po upadku komunizmu tylko raz mieliśmy do czynienia z takim pokoleniowym zrywem, gdy młodzi ludzie w całym kraju protestowali przeciw planom przyjęcia ustawy ACTA. Ruch ten jednak wygasł, bo władza (najpierw polska, a potem także w innych krajach UE) ustąpiła pod naciskiem demonstrujących i wycofała się z wcześniejszych planów. Na szczęście władza PiS jest zbyt głupia, by to zrozumieć, i zamiast rozładować napięcie tylko je podsyca. Dolewa oliwy do ognia, w którym sama spłonie.

Podziękujmy więc działaczom Ordo Iuris, biskupom, politykom i urzędnikom PiS w rodzaju małopolskiej kuratorki oświaty Barbary Nowak, osobom o ograniczonych horyzontach umysłowych i zaczadzonym prostacką ideologią, którzy mimo tych intelektualnych ograniczeń (a może właśnie dzięki nim) osiągnęli to, co przez lata nie udawało się tysiącom innych: poruszyli i zaktywizowali młodzież. Młodzi ludzie, którzy obojętnie przechodzili obok naruszania konstytucji, niszczenia niezawisłych sądów, łamania praw opozycji, wprowadzania w mediach cenzury, nagle się ocknęli i założyli tęczowe przypinki. Teraz już tak łatwo ich nie zdejmą.

Potop gówna

13 Paźdź

– „Czy Jędraszewskiego interesuje coś poza LGBT? Ryby, szachy, znaczki, stare kalendarze? Cokolwiek?” – zapytał jeden z internautów w reakcji na najnowszy wywiad z metropolitą krakowskim. Abp Marek Jędraszewski udzielił go wydawanemu przez fundację Tadeusza Rydzyka „Naszemu Dziennikowi”.

– „LGBT to prawdziwie pogańska ideologia, która odrywa nas od prawdy o człowieku i wprowadza na tory, w których jako ludzie tracimy swoją tożsamość wyrastającą z samej naszej struktury biologicznej, określającej nas czy to jako kobiety, czy jako mężczyzn” – powiedział gazecie abp Jędraszewski. Jego zdaniem, LGBT „podważa wszystko, co na temat człowieka głosi chrześcijańska wiara”.

Osoba przeprowadzająca wywiad też nie przebierała w słowach, w pytaniach zawierając tezę, że LGBT „ukrywa się pod takimi hasłami jak tolerancja, mowa nienawiści, równość, takie same prawa dla wszystkich, stop przemocy, uznając za swego największego wroga moralne nauczanie Kościoła”. A oto odpowiedź metropolity krakowskiego na tę sugestię: – „Jak się patrzy na ideologię nazistowską i bolszewicką, to można zrozumieć, dlaczego dla nich pierwszym przeciwnikiem był zawsze Kościół i głoszona przez niego Ewangelia i moralność. Ich walka z chrześcijaństwem zawsze odbywała się w połączeniu z określonym językiem. Używanym pojęciom nadawano zupełnie nową treść, wprowadzając zamęt i poprzez kłamliwe słowa zabijając w ludziach ducha prawdy”.

Według abpa Jędraszewskiego, również dzisiaj robi się to, „manipulując słowami i hasłami”. – „Różnica jest taka, że obecnie ideolodzy mają do dyspozycji bardziej perfidne środki, dzięki którym mogą mieć ogromny wpływ na ludzi” – powiedział abp. Jędraszewski. Zdaniem metropolity krakowskiego, takim środkiem jest np. internet, w którym obok „dobrych treści” jest również „dużo nienawiści”

– „Niech się zacznie w końcu modlić, aby dobry Bóg, zajął jego myśli wiarą”; – „Kościelny siewca nienawiści w Polsce znowu w akcji. Ten facet nienawidzi ludzi i Boga…”; – „Perfidnymi środkami to się posługuje Jędraszewski” – komentowali internauci. A jeden z nich zacytował Biblię: „….Strzeżcie się obłudy, to jest kwasu faryzeuszy. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome” Ew. Łukasza 12:1-2”.

Syn znanego seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza, Michał odniósł się do wyemitowanego w TVP dokumentu „Inwazja”. Film, w którym wykorzystano wyrwaną z kontekstu wypowiedź Zbigniewa Lwa-Starowicza, jest atakiem na środowiska LGBT.

Film robi żenujące wrażenie, pełno jest w nim straszenia, ideologizacji i wypowiedzi powyjmowanych w kontekstu” – komentuje Michał Lew-Starowicz dla WP Kobieta.

Według niego film jest manipulacją, która ma na celu przedstawienie negatywnego wizerunku mniejszości walczących o swoje prawa.

„To zaczyna przypominać inkwizycję” – mówi syn znanego seksuologa odnosząc się m.in. do problemu zrównywania homoseksualności z pedofilią. Zachęca przy tym do zapoznania się ze stanowiskiem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego w tej kwestii, jak również w kwestii dotyczącej proponowanej ustawy karania za edukację seksualną.

Michał Lew-Starowicz za skandaliczne uważa ukazanie w „Inwazji” Światowej Organizacji Zdrowia, jako organizacji ideologicznej. „Standardy edukacji Światowej Organizacji Zdrowia opracowują specjaliści, nie ideolodzy i mają na celu wspomaganie zdrowego rozwoju psychoseksualnego.”

Kilku umundurowanych policjantów pilnowało jednego niepełnosprawnego. Nie chodziło jednak o pomaganie osobie poruszającej się na wózku. Ich zadaniem było, żeby pan Leszek nie zbliżył się do pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej na pl. Piłsudskiego w Warszawie.

Policjanci chcieli spisać dane pana Leszka. Kiedy stwierdził, że musi skorzystać z toalety, postanowili go do niej… eskortować!

Autor nagrania komentował, że prawdopodobnie w tym czasie, kiedy kilku funkcjonariuszy zajmowało się jednym niepełnosprawnym na wózku, w Warszawie mogło dojść do kilku rozbojów, kradzieży samochodów czy innych przestępstw. – „Ale w tym momencie pięciu, pięciu! policjantów odprowadza Leszka do toalety” – mówi autor filmiku.

Pan Leszek porusza się wózkiem elektrycznym. W pewnym momencie tak przyspieszył, że funkcjonariusze biegiem rzucili się w pościg za niepełnosprawnym. Rzeczywiście, czy tym powinna zajmować się polska policja?

– „Pozdrowienia dla Pana Leszka. Nie ma elektrycznych samochodów ale elektryczne wózki robimy wyścigowe!”; – „Niby śmieszne, ale jednak straszne”; – „Współczesna wersja kawału z milicjantami i żarówką – ilu policjantów potrzeba, aby dogonić gościa na wózku”; – „Ale mandatu za przekroczenie prędkości nie było?” – komentowali internauci.

Biskupi chyba jeszcze sobie nie uświadomili, że wprowadzili Kościół w ślepy zaułek. Ktokolwiek zwycięży w niedzielę – oni przegrają.

Piszę to w przedwyborczą sobotę, kiedy nie wiemy jeszcze, jakie będą wyniki głosowania i kto będzie Polską rządzić w nadchodzących latach. Z całą pewnością jednak wiemy, kto przegra i kto traci pozycję w polskiej polityce – to Kościół katolicki. Niezależnie od tego, jaki układ wyłoni się z urn w niedzielę wieczorem, Kościół ma powody do zmartwienia i niepokoju.

Jeśli władzę przejmie koalicja antypisowskiej opozycji, jest oczywiste, że nie będzie mógł liczyć na uprzywilejowane czy choćby przyjazne traktowanie przez rządzących, którzy będą mieć w pamięci postawę większości duchownych w minionym okresie. Owszem, w takiej koalicji znajdą się umiarkowane środowiska konserwatywno-katolickie, ale po przeciwnej stronie będą w niej też grupy zdecydowanie antyklerykalne. Bilans wyjdzie więc na zero i jedyne, na co biskupi będą mogli liczyć ze strony władzy, to oziębły dystans.

Jeśli zaś po wyborach nadal rządzić będzie PiS, Episkopat będzie musiał przyjąć do wiadomości zmianę relacji pomiędzy Kościołem a władzą świecką. Ta zmiana niepostrzeżenie dokonuje się od dłuższego czasu, a wybory będą jej przypieczętowaniem.

Religia katolicka przez wieki była uważana – nie bez racji – za fundament i spoiwo narodu. W czasach zaborów i okupacji religijna i kulturowa odrębność Polaków była jednym z najważniejszych czynników, który pomógł im uchronić się przed asymilacją i wchłonięciem. Później, w ciągu 50 lat panowania komunizmu Kościół stał się najważniejszą instytucją, pod której parasolem chroniły się inicjatywy opozycyjne – także te liberalno-laickie, a nawet lewicowe.

W efekcie Kościół zajął w III RP miejsce szczególne – jawił się jako uprzywilejowana potęga, stojąca ponad światem świeckiej polityki. Biskupi byli przyzwyczajeni do tego, że to politycy wszystkich obozów się do nich umizgują, próbują pozyskać ich względy i poparcie. Było to jednak możliwe tylko tak długo, dopóki Kościół nie związał się ściśle z jedną opcją polityczną.

Ostatnie cztery lata i zakończona o północy z piątku na sobotę kampania wyborcza zmieniły ten układ, choć zapewne biskupi jeszcze nie do końca to sobie uświadamiają. Jedną z konsekwencji politycznej symbiozy PiS i hierarchii kościelnej jest fakt, że relacja pomiędzy rządzącymi a Kościołem uległa odwróceniu – władza świecka wyemancypowała się, zaś Episkopat coraz częściej występuje w roli jej klienta. Episkopat nie rozdaje już kart i nie jest nadzorcą polityków. Sam w coraz większym stopniu staje się uzależniony od władzy świeckiej. Stopniowo wchodzi w rolę, jaką w Rosji odgrywa cerkiew prawosławna, zwasalizowana przez władców Kremla i wykorzystywana przez nich jako „pas transmisyjny” do mas.

Ktokolwiek więc wygra w niedzielnych wyborach, jedno jest pewne: Kościół przegrał.

Banaś, Morawiecki i Zadupie Kaczyńskiego

4 Paźdź

Gdyby wybory parlamentarne 2019 odbyły się w najbliższą niedzielę, wygrałoby je Prawo i Sprawiedliwość. Przewaga partii Jarosława Kaczyńskiego nad ugrupowaniami opozycyjnymi nie byłaby jednak duża. Z sondażu Instytutu Badań Pollster wynika, że PiS otrzyma 234 mandaty, a partie opozycyjne 226 mandatów.

>>>

Małgorzata Kidawa-Błońska miodzio, czytaj tutaj >>>

Marianowi Banasiowi kamienicę w Krakowie podarował znajomy. Spółka syna Banasia dostała na jej remont ok. 81 tys. zł z UE i budżetu państwa. Na remont innej kamienicy otrzymała co najmniej 482 tys. zł dotacji i i 151 tys. zł pożyczki z dwóch funduszy dysponujących publicznymi pieniędzmi. Wzięła też ok. 2,3 mln zł pożyczek z kontrolowanego przez państwo banku

„Superwizjer” TVN ujawnił, że w kamienicy przy ul. Krasickiego w Krakowie, która do sierpnia 2019 roku należała do szefa NIK Mariana Banasia, działał hotelik z pokojami na godziny. Trwało to od 2014 roku. To wtedy Banaś wynajął kamienicę Dawidowi O., pasierbowi Janusza K., karanego w przeszłości za udział w bitwie „o wpływy na krakowskim rynku agencji towarzyskich”.

Po emisji reportażu Bertolda Kittela w „Superwizjerze”, Banaś tłumaczył, że kamienicę dostał od znajomego, nie miał czasu interesować się, co się w niej działo i w ogóle od kilku lat chciał się jej pozbyć.

Jak ustaliło OKO.press, nieruchomość była od lat bazą dla biznesów jego syna – Jakuba Banasia. Dzięki niej i publicznym dotacjom dorobił się sporego majątku.

Według naszych ustaleń, firma Banasia juniora:

  •  w 2006 roku dostała ponad 44 tys. zł dotacji z UE i prawdopodobnie około 37 tys. zł z budżetu państwa na zorganizowanie w kamienicy przy ul. Krasickiego „centrum szkoleniowo – hotelowego Residance” [pisownia oryginalna]. W rzeczywistości prowadziła w niej po prostu hotelik „Rezydencja Krasickiego 24”, z dwoma salkami konferencyjnymi (od 2014, gdy prowadzenie hotelu przejął Dawid O., działał on jako „Rezydencja K. [nazwisko Janusza K.]”).
  • została właścicielem zabytkowej kamienicy – willi przy ul. Podskale, w centrum Krakowa. Na jej remont otrzymała co najmniej 482 tys. zł dotacji z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa i 151 tys. zł pożyczki z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie.
  • dzięki hipotece na obu kamienicach jesienią 2016 spółka zaciągnęła 1,75 mln zł kredytu w kontrolowanym przez państwo Banku Ochrony Środowiska. W 2016 i 2017 brała w tym banku także inne pożyczki. W sumie zadłużyła się w BOŚ na prawie 2,3 mln zł.

Historia biznesów Banasia juniora, jest doskonałą ilustracją tego, jak buduje się nowa „elita ekonomiczna”, której wspieranie zapowiada prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Kamienica od „pana z AK”

Właścicielem kamienicy przy ul. Krasickiego Marian Banaś został w dość nietypowy sposób.

Po emisji „Superwizjera” tłumaczył w TVP Info, że 30 lat temu poznał „pana z AK, z Kedywu, zasłużonego, naprawdę wielkiego patriotę”. Zaprzyjaźnili się. „Pan z AK” był samotny. „Prawie po 30 latach w umowie dożywocia przekazał mi starą kamienicę, swoją, którą miał rodzinną” – opowiadał Banaś.

Jak wynika z księgi wieczystej kamienicy, darczyńcą był Henryk Stachowski. Marian Banaś został wpisany do księgi jako właściciel na podstawie postanowienia krakowskiego sądu z 29 maja 2000 roku. Nie wiadomo, czego dotyczyło postanowienie.

12 kwietnia 2001 roku Stachowski i Banaś podpisali umowę dożywocia.

Były akowiec przepisał na Banasia 242 metrową działkę z kamienicą o powierzchni użytkowej ok. 400 m kw, w zamian za dożywotnią opiekę i zorganizowanie pogrzebu.

Zmarł w czerwcu 2007 roku.

Kamienica przy ul Krasickiego, którą Marian Banaś dostał od „pana z AK”. Fot. Jakub Porzycki/ Agencja Gazeta

Pod skrzydłami Opus Dei

Gdy Stachowski przepisywał na Mariana Banasia kamienicę, ten był wysoko postawionym urzędnikiem Najwyższej Izby Kontroli. Sprawami związanymi z nieruchomością zajął się więc jego syn – Jakub Banaś.

Do pracy w biznesie wdrażał się pod skrzydłami ludzi z Opus Dei. W czasie studiów prawniczych (1998-2003) działał w Ośrodku Akademickim „Barbakan” w Krakowie i OA „Przy Filtrowej” w Warszawie (w latach 2001-02 był tam „dyrektorem programowym”). Obie placówki są ośrodkami formacyjnymi Opus Dei dla mężczyzn – łączą funkcje akademików i domów modlitewnych. Ale organizują również szkolenia przydatne w karierze biznesowej oraz spotkania studentów z przedsiębiorcami i politykami.

Jakub Banaś był też jednym z inicjatorów powołania w 2002 roku Inkubatora – Fundacji Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu.

Miała ona m.in. przygotowywać „profesjonalne i etyczne kadry dla biznesu, polityki, mediów i nauki”.

W zarządzie Inkubatora, obok Jakuba Banasia, zasiadał Marian Moszoro – ekonomista, numerariusz Opus Dei, bratanek ks. Stefana Moszoro-Dąbrowskiego, który budował struktury OD w Polsce. W 2005 roku Moszoro i Marian Banaś zostali powołani równocześnie na wiceministrów finansów w pierwszym rządzie PiS.

Akademik dla uczelni Gowina

Działając w Inkubatorze, Jakub Banaś zaczął równocześnie rozkręcać własny biznes. Jesienią 2003 roku, w kamienicy ojca przy ul. Krasickiego, uruchomił prywatny akademik.

Na portalu linkedin.com, ułatwiającym kontakty zawodowo-biznesowe, chwali się: „Największym osiągnięciem było wymyślenie niestandardowego konceptu na sprzedaż usług. Komercjalizację akademika zakończyłem w ciągu kilku tygodni dzięki nawiązaniu współpracy z tworzącą się wówczas WSE im. ks. Józefa Tischnera. W pierwszym etapie 100% mieszkańców było studentami tej prywatnej uczelni.”

W latach 2003-11 rektorem Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie był kojarzony z Opus Dei Jarosław Gowin.

Według relacji absolwenta WSE, który skontaktował się z OKO.press, nowoprzyjęci studenci tej uczelni dostawali informację o pokojach w kamienicy przy ul. Krasickiego; powszechnie uważano ją za nieformalny akademik WSE.

„Residance”

Przed uruchomieniem akademika i po zakończeniu jego działalności w kamienicy przy ul. Krasickiego przeprowadzono remonty. Prawdopodobnie oba przy wsparciu z publicznych pieniędzy.

Śladem są dwie tabliczki, które wisiały przed laty przy drzwiach wejściowych do budynku. Widać je na archiwalnych zdjęciach Google. Niestety jakość fotografii nie pozwala odczytać treści tabliczki po prawej stronie – która została już zdjęta.

Kamienica przy ul. Krasickiego 24 z dwiema tabliczkami informacyjnymi. Fot. archiwalne zdjęcia Google Earth

Z informacji na drugiej tabliczce – wciąż wiszącej na ścianie – wynika, że w 2006 roku spółka PI Investment (wcześniej działająca jako IT Investment, a później – jako Open Qualis), otrzymała dotację na uruchomienie w kamienicy „centrum szkoleniowo- hotelowego Residance” [pisownia oryginalna].

Głównym udziałowcem i prezesem tej spółki był wówczas Jakub Banaś.

Inwestycja była „współfinansowana przez UE z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz budżetu państwa w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego”.

  • Jak wynika z informacji na rządowej stronie o dotacjach unijnych (mapadotacji.gov.pl), cały projekt kosztował 165.745 zł.
  • Tablica na kamienicy informuje: „udział środków w kosztach kwalifikowanych projektu: instytucja wdrażająca – 49%, beneficjent – 51 %”.
  • Wkład własny spółki Banasia powinien więc wynieść 84.530 zł, a dotacja – łącznie 81.215 zł.
  • Portal mapadotacji.gov.pl podaje, że Unia Europejska na projekt „Residance” wyłożyła 44.424 zł. Budżet państwa musiał więc dołożyć 36.791 zł.

Wysokość dotacji przyznanej spółce PI Investment chcieliśmy potwierdzić, pytając o nią Jakuba Banasia. Pytaliśmy także o inne dotacje dla jego firm z publicznych pieniędzy. Syn szefa NIK odmówił nam jednak udzielenia informacji, twierdząc, że „stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa”.

Pytania w tej sprawie wysłaliśmy również do małopolskiego urzędu marszałkowskiego, który dzielił pieniądze ze Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Mimo wielokrotnych próśb, nie otrzymaliśmy do dziś odpowiedzi. W małopolskim samorządzie rządzi obecnie PiS.

„Menedżer” Dawid O.

Od 2006 roku, przez kilka lat spółka PI Investment prowadziła w kamienicy Mariana Banasia hotelik „Rezydencja Krasickiego 24”. Potem interes przejęła kolejna firma założona przez Jakuba Banasia – X4 Poland. Na portalu Linkedin Banaś pisze o niej:

„W spółce zrealizowałem cztery projekty

  • hotel Rezydencja Krasickiego 24,
  • pub Katedra,
  • pub Sarmacja,
  • touroperator X4 Poland.

W każdym z nich odpowiadałem za cały proces: od pomysłu, do jego wdrożenia, wprowadzenia biznesu na rynek i pozostawienia ustawionego biznesu menadżerowi”.

W przypadku hoteliku „Rezydencja Krasickiego 24” „menedżerem”, któremu Banaś jr. przekazał prowadzenie „ustawionego biznesu” był 25-letni wówczas Dawid O, pasierb związanego z krakowskim półświatkiem Janusza K.

Od 2014 roku O. wynajmował w kamienicy szefa NIK pokoje na godziny. Informacja o tym była od początku na stronie internetowej hoteliku.

Strona internetowa Rezydencji K[…] z 2004 roku.

Willa Podskale

W międzyczasie – 30 grudnia 2009 roku – Jakub Banaś kupił od małżeństwa krakowskich hotelarzy zabytkową, secesyjną Willę Podskale, przy ulicy o tej samej nazwie. W kwietniu 2012, w wyniku „umowy przeniesienia własności celem zwolnienia z długu” przekazał willę swojej firmie – PI Investment (obecnie Open Qualis).

Willa Podskale. Fot. Google Earth

To ta sama spółka, która prowadziła początkowo hotelik przy ul. Krasickiego. Na co dzień zajmuje się ona doradztwem biznesowym i szkoleniami. Jak pisze na swojej stronie internetowej – „wspiera przemianę dobrych organizacji w Wielkie”.

Willę Podskale wskazuje jako swoją „główną inwestycję”. Z dokumentacji architektonicznej wynika, że budynek został przebudowany, rozbudowany i nadbudowany „z przeznaczeniem na pensjonat, z częścią handlowo-usługową, gastronomiczną i mieszkaniem w części poddasza” oraz tarasem na dachu.

Dotacje z NFRZK

Koszty renowacji willi spółka Banasia juniora pokryła w znacznej części z dotacji przyznawanych przez z Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa. Pochodzą one z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa, a ten finansowany jest głównie z budżetu państwa.

Ze sprawozdań SKOZK wynika, że firma Banasia dostała:

  • w 2013 roku – 174.172 zł dotacji na remont konserwatorski elewacji (sama na ten sam cel wydała ze swoich środków 176.480 zł plus dodatkowo 60.000 zł na inne prace w obiekcie);
  • w 2015 roku – 179.240 zł na „zabezpieczenie i konserwację murów oraz klatki schodowej I etap” (z własnych środków wydała 219.071 zł);
  • w 2016 roku – 109.492 zł na kontynuację remontu konserwatorskiego (własne środki – 136.668 zł)
  • i w tym samym roku – 19.053 zł na „prace renowacyjne przy elementach kamiennych wraz z wykonaniem napisu na elewacji i wykonaniem płotków przeciwśniegowych” (własne środki – 24.270 zł).

W 2016 roku SKOZK miał w planach także dofinansowanie „renowacji stolarki drzwiowej” w willi kwotą 61.483 zł. W rozliczeniu wydatków za 2016 nie znaleźliśmy jednak tej pozycji.

Łącznie spółka Jakuba Banasia dostała więc ze SKOZK na remont Willi Podskale co najmniej 481.957 zł, a jeśli przyznano jej także środki na renowację stolarki – w sumie 543.440 zł.

Pożyczka z funduszu ochrony środowiska

Dotacje z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa to jednak nie jedyne środki publiczne, które firma Open Qualis dostała na remont Willi Podskale.

Jak ustaliliśmy, 17 października 2018 roku, spółka podpisała umowę z Wojewódzkim Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie.

Fundusz udzielił jej pożyczki w wysokości 151.024 zł na „kompleksową termomodernizację zabytkowego budynku »Willa Podskale«”.

Prezesem WFOŚiGW w Krakowie był wówczas Witold Kozłowski, od listopada 2018 marszałek województwa małopolskiego z ramienia PiS. To jego urzednicy nie udzielili nam odpowiedzi na pytania o dotacje z UE dla firmy Banasia na remont kamienicy przy ul. Krasickiego.

Kredyt pod hipotekę

Skąd spółka Jakuba Banasia miała setki tysięcy złotych na pokrycie własnego wkładu w renowację Willi Podskale? Prawdopodobnie w znacznej części z pożyczek bankowych.

27 września 2016 roku Open Qualis zaciągnęła kredyt pod zastaw kamienicy przy ul. Krasickiego i Willi Podskale, w kontrolowanym przez państwo Banku Ochrony Środowiska.

Ze sprawozdania spółki Banasia juniora za 2017 rok wynika, że kredyt opiewał na kwotę 1,75 mln zł. W księgach wieczystych kamienicy i willi wpisano hipotekę do wysokości ponad 2,6 mln zł.

To o tyle dziwne, że – jak twierdzi Marian Banaś – przynajmniej od kilku lat kamienica przy ul. Krasickiego przeznaczona była na sprzedaż. W grudniu 2015 roku obecny szef NIK podpisał z najemcą nieruchomości – Dawidem O., przedwstępną umowę sprzedaży. W księdze wieczystej odnotowano wówczas roszczenie Dawida O. „o zawarcie umowy przyrzeczonej sprzedaży”.

Jak wyjaśniał Marian Banaś, do transakcji ostatecznie nie doszło, bo O. nie dostał kredytu. Jego roszczenie wykreślono z księgi wieczystej dopiero na podstawie oświadczenia z grudnia 2018 roku.

Dziwne więc

  • z jednej strony – że Marian Banaś zgodził się, by firma jego syna wzięła kredyt pod na hipotekę nieruchomości, która miała wkrótce zostać sprzedana,
  • z drugiej – że bank udzielił firmie Jakuba Banasia wysokiego kredytu pod zastaw kamienicy, która w księdze wieczystej miała zapisane roszczenie Dawida O.

Według relacji szefa NIK kamienica przy ul. Krasickiego została ostatecznie sprzedana w sierpniu 2019 roku (nie ujawnił komu). W księdze wieczystej zapisano wówczas wzmiankę o planowanym wykreśleniu hipoteki na rzecz BOŚ.

Jak wynika ze sprawozdania Open Qualis za 2017 rok, oprócz kredytu pod hipotekę kamienic, spółka miała w Banku Ochrony Środowiska także:

  • 128 tys. zł kredytu obrotowego odnawialnego (na podstawie umowy z 2016 roku),
  • 100 tys. zł  kredytu obrotowego nieodnawialnego (umowa z 2016 roku)
  • oraz 300 tys. zł innego kredytu (umowa z grudnia 2017).

Wszystkie te pożyczki były zabezpieczone były gwarancjami COSME BGK.

Dyrektor – prezes

Jak wynika z doniesień mediów, obecnie Jakub Banaś jest dyrektorem i pełnomocnikiem zarządu „zrepolonizowanego” przez rząd PiS banku Pekao SA.

Według rejestru sądowego, jest też nadal:

  • wspólnikiem i prezesem spółki Open Qualis,
  • prezesem spółek Apoel i Room4you,
  • prokurentem firmy X4 Poland
  • a także prezesem Fundacji Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu…

„Mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki będzie premierem przez wiele lat. Może pobije nawet Józefa Cyrankiewicza” – powiedział Jarosław Kaczyński w Telewizji Trwam. Wielu komentatorów oceniło to porównanie do szefa rządu z czasów PRL jako wpadkę prezesa PiS. Tymczasem Kaczyński grę na nucie nostalgii do Polski Ludowej opanował do perfekcji.

Być może pamiętają państwo film „Good bye, Lenin”. To urocza niemiecka komedia opowiadająca o młodym chłopaku, który udaje przed wybudzoną ze śpiączki matką, że mur berliński nie upadł i cały czas istnieje Niemiecka Republika Demokratyczna. W tym celu preparuje newsy i tworzy nawet nowe wersje komunistycznego dziennika telewizyjnego z czasów rządów Ericha Honeckera.

Podobny zabieg stosuje wobec części swoich wyborców Jarosław Kaczyński. I nie jest to strategia pozbawiona racjonalności. Już wyjaśniamy, dlaczego.

Ostatnie badanie CBOS o stosunku Polaków do PRL pochodzi z maja 2014 roku. W porównaniu do pomiarów z roku 2000 i 2009 opinia respondentów o czasach realnego socjalizmu zmieniła się wtedy nieznacznie, można więc ostrożnie założyć, że przez ostatnie pięć lat w poglądach Polaków na ten temat również nie doszło do rewolucji.

Kraj lepszy do życia

Czego się dowiadujemy? 54 proc. badanych powyżej 40. roku życia pozytywnie oceniało w 2014 r. okres PRL w polskiej historii, w tym 39 proc. ówczesnego elektoratu PiS.

Według 43 proc. respondentów powyżej czterdziestki Polska przed 1989 rokiem była krajem lepszym do życia „dla takich osób jak ja”. 37 proc. starszych ankietowanych miało z PRL skojarzenia wyłącznie pozytywne, a 13 proc. zarówno pozytywne i negatywne.

Warto dodać do tego obrazu jeszcze sondaż z maja 2004 r. dla „Wyborczej”, TVN i Radia Zet, według którego połowa Polaków uważała, że Edward Gierek najwięcej zrobił dla Polski  spośród wszystkich polskich przywódców po II wojnie światowej.

Można założyć, że również obecnie istotna grupa starszych wyborców ma duży sentyment do PRL i umiejętne granie na tych emocjach, może przynieść sporo głosów pozwalających zdobyć bądź utrzymać władzę.

Jarosław Kaczyński, trzeba mu to przyznać, opanował tę sztukę do perfekcji.

Mieszkania jak za Gierka

Po raz pierwszy w spektakularny sposób prezes PiS wypróbował tę metodę podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku. Walcząc przed drugą turą o wyborców sympatyzujących do tej pory z SLD, nawiązał do rządów I sekretarza PZPR Edwarda Gierka:

„Śmiano się często z tego 10. miejsca na świecie, ale ja się z tego nie śmiałem. Wiedziałem, że to nieprawda, ale uważałem, że to zdrowa ambicja. On miał nawet ambicje dalej idące, takie mocarstwowe. Ja akurat to uważam za dobre. To, że chciał uczynić z Polski kraj ważny – w tamtym kontekście, w tamtych okolicznościach – to była bardzo dobra strona jego działania, wskazująca na to, że był komunistycznym, ale jednak patriotą”.

W tym samym czasie prezes PiS zadekretował również język miłości w stosunku do ludzi z przeszłością w aparacie komunistycznym. Stwierdził, że już nie są dla niego postkomunistami, tylko po prostu lewicą.

Jak informował PAP, Kaczyński zadeklarował, że tak mówić będzie zarówno o politykach młodego pokolenia, jak i do ludzi, „którzy przeżyli kawał życia w komunizmie”: – Jeśli ktoś mnie zapyta, kim jest Józef Oleksy, to powiem: „jest to polski lewicowy polityk – no powiedzmy sobie – starszo-średniego pokolenia”.

Motyw dobrych, gierkowskich czasów pojawił się również w kampanii PiS przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Podczas spotkania z wyborcami w kinie „Wisła” Kaczyński mówił:

W latach 70. (…), znaczna część z nas to pamięta, budowano ponad 300 tys. mieszkań rocznie. Dzisiaj 150 tysięcy. Kto by pomyślał 25 lat temu, że tak to będzie w nowej Polsce?

Prezes obiecał, że pod rządami PiS prosperity mieszkaniowe z gierkowskiej dekady powróci w pełnej chwale. Nic z tego nie wyszło, ale jesienią 2015 roku cel został osiągnięty: wzbudzenie nostalgii za czasami PRL zostało odhaczone.

PiS jak PRL: porównanie obosieczne

Nawiązania do PRL podczas poprzednich kampanii wyborczych PiS nie były przypadkowe i z dużą dozą pewności można stwierdzić, że podczas trwającej kampanii jest tak samo. Prezesowi Kaczyńskiemu wcale nie wypsnęło się porównanie Morawieckiego do Józefa Cyrankiewicza, najprawdopodobniej użył go celowo, na zimno.

Zwłaszcza że zrobił to antenie telewizji Trwam, czyli kierował swój komunikat do osób starszych, z mniejszych ośrodków.

Cyrankiewicz, premier za rządów Władysława Gomułki, współodpowiedzialny za krwawe tłumienie robotniczych protestów, nie kojarzy się starszym Polakom tak dobrze, jak Gierek, ale dla wielu z nich może być synonimem politycznej stabilizacji. Można używać jego nazwiska jako zapalnika nostalgii do czasów, gdy rządziła wciąż ta sama władza, nie było kłótni na górze, żyło się raz lepiej, raz gorzej, ale za to stabilnie.

Cyrankiewicz był w premierem PRL łącznie przez 21 lat. Jeśli Mateusz Morawiecki miałby pobić to osiągnięcie, musiałby sprawować urząd co najmniej do 2038 roku.

Dla dużej części opozycyjnej opinii publicznej takie porównania mogą być dyskwalifikujące bądź obraźliwe, ale wiele znaków wskazuje, że PiS odniesień do PRL – nie tylko w retoryce prezesa Kaczyńskiego – używa w sposób bardzo przemyślany.

Kiedy mówi się, że rządy PiS przypominają monopartyjną władzę Polski Ludowej, dla wielu starszych wyborców może to być bardziej komplement niż zarzut. Zwłaszcza dla tych – jak wynika ze wspomnianego wyżej sondażu CBOS – ze wsi i małych miast, czyli grupy wyborców, na której Prawo i Sprawiedliwości zależy szczególnie.

To dla nich tworzy symulację PRL.

Zespół ludowy śpiewa i tańczy

To, co zrobił Jacek Kurski z „Wiadomościami” TVP, do złudzenia przypomina działanie młodego Aleksa w „Good bye, Lenin”. W niemieckim filmie bohater tworzył nowe wersje dziennika NRD „Aktuelle Kamera”.  W polskiej rzeczywistości naśladowanie w TVP retoryki „Dziennika Telewizyjnego” z czasów PRL jest tak wierne, że trudno uwierzyć w przypadek.

Tak w rozmowie z portalem gazeta.pl opisywał to historyk Piotr Osęka:

„Propaganda peerelowska była budowana na tym samym. Jeżeli się mówiło o działaniach państw kapitalistycznych czy polityków brytyjskich, to zawsze trzeba było dodać określenia w stylu „marionetkowy rząd w Seulu” czy „imperialistyczne dążenia Białego Domu”. W materiałach musiały pojawić się ocenne przymiotniki, żeby widz dokładnie wiedział, co jest złe, a co dobre”.

Podobne skojarzenia budzi oprawa dużych imprez partyjnych Prawa i Sprawiedliwości. Tak jak w PRL pochody pierwszomajowe nie mogły się odbyć bez dziewcząt w strojach ludowych, tak konwencji PiS bez elementu ludowszczyzny wyobrazić sobie nie sposób.

Piknik PiS w Chełmie z udziałem prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego. fot. z TT PiS

Tak więc największą konwencję PiS w Lublinie otworzyli Mazurkiem Dąbrowskiego członkowie Zespołu Tańca Ludowego „Leszczyniacy” ze Świdnika, w Chełmie prezes Kaczyński przemawiał na tle sympatycznych pań w strojach ludowych i tak dalej i tym podobne.

Do wyborów zostało jeszcze kilka dni i bardzo niewykluczone, że z ust Jarosława Kaczyńskiego usłyszymy kolejne porównanie bądź metaforę nawiązującą do czasów PRL. Pamiętajmy wtedy, że to nie lapsus, pomyłka, przejęzyczenie.

Prezes PiS wie, co robi.

Ciągłe zagrożenie zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej, brak dostępu do legalnej aborcji czy pigułki dzień po na receptę, koniec rządowego programu in vitro, próby wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej, walka z edukacją seksualną… W 3. rocznicę Czarnego Protestu podsumowujemy 4 lata rządów PiS w obszarze praw kobiet

Słowa o tym, że Polska musi pozostać wyspa wolności Jarosław Kaczyński powtarzał od 2015 roku wielokrotnie. Ostatnio na konwencji w Tarnowie powiedział:

„Musimy być wyspą wolności, nawet jeżeli wokół tej wolności nie będzie. Musimy być także wyspą sprawiedliwości, solidarności i rozwoju”. 

W kwestii praw kobiet Polska PiS na pewno nie jest wyspą wolności i sprawiedliwości. W ostatnich czterech latach sytuacja kobiet jeszcze się pogorszyła.

W trzecią rocznicę Czarnego Poniedziałku, wielkiego protestu kobiet przeciw zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej, podsumowujemy działania PiS ograniczające prawa kobiet. Chodzi przede wszystkim o:

  • próby zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej,
  • przywrócenie recepty na pigułkę „dzień po”,
  • koniec dofinansowania programu in vitro,
  • klauzulę sumienia w usługach medycznych,
  • walkę z edukacją seksualną,
  • próby likwidacji korzystnych dla kobiet standardów okołoporodowych,
  • próby wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej.

Najważniejsze to urodzić

Cała kadencja rządu PiS to bezustanne straszenie Polek zaostrzeniem – i tak już jednej z najbardziej restrykcyjnych w UE – ustawy antyaborcyjnej. Co prawda, projekty zaostrzające ustawę złożyli aktywiści antyaborcyjni i PiS odcinał się od nich, ale jednocześnie nie chciał ich jednoznacznie odrzucić.

Pierwszy, najostrzejszy projekt, Kaja Godek złożyła jeszcze w 2016 roku. Zakazywał on aborcji w przypadku wad płodu oraz ciąży z gwałtu, a karane miały być także kobiety. Przesłanie projektu do prac w komisji sejmowej zaowocowało wielotysięcznymi protestami – Czarnym Poniedziałkiem 3 października 2016 roku. Sejm ostatecznie odrzucił projekt.

W 2017 roku Kaja Godek złożyła kolejny projekt – tym razem zakazujący aborcji w przypadku wad lub choroby płodu. W styczniu 2018 projekt trafił do komisji sejmowej. Wydawało się, że utknie w tzw. sejmowej zamrażarce, ale w marcu 2019 roku biskupi katoliccy popędzili parlamentarzystów i zajęła się nim komisja sprawiedliwości i praw człowieka. Projekt uzyskał pozytywną opinię. O obradach tej komisji pisaliśmy tutaj.

Tuż po przegłosowaniu pozytywnej opinii komisji sprawiedliwości Kaja Godek oraz hierarchowie Kościoła katolickiego naciskali, by projekt jak najszybciej poszedł dalej – czyli właśnie do komisji rodziny. Zdjęto go jednak z porządku obrad komisji w dniach 21-22 marca.

23 marca odbył się kolejny Czarny Protest przeciwko zaostrzeniu ustawy. W samej Warszawie wzięło w nim udział  co najmniej 55 tys. osób. Zobacz relację OKO.press z protestu.

W lipcu 2018 roku komisja rodziny w pół godziny powołała komisję nadzwyczajną, która miała zająć się jej projektem „Zatrzymaj aborcję”. I, co było do przewidzenia, projekt utknął na półtora roku – do wyborów.

Sprawa nie jest jednak przesądzona. W listopadzie 2017 roku poseł PiS Bartłomiej Wróblewski złożył wniosek do TK. Poseł domaga się sprawdzenia, czy jedna z trzech przesłanek do legalnej aborcji (wady i nieuleczalna choroba płodu) jest zgodna z konstytucją.

Zdaniem Wróblewskiego nie jest. Wniosek od roku leży w TK i czeka na termin rozprawy. Od tamtego czasu poparł go zarówno Sejm, jak i Prokurator Generalny.

Za zaostrzeniem ustawy opowiedziało się wielu polityków PiS oraz prezydent Andrzej Duda. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że sterowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny poprze wniosek Wróblewskiego i w ten sposób zaostrzy ustawę za pomocą (teoretycznie) niezależnego organu.

Pigułka śmierci na receptę

Po wielomiesięcznej batalii, odbywającej się głównie na sali sejmowej i podczas posiedzeń sejmowej komisji zdrowia, prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę, która przywróciła obowiązkowe recepty na pigułkę „dzień po”.

Ustawa weszła w życie 22 lipca 2017. OKO.press monitorowało cały proces zmiany, sprawdzając wypowiedzi polityków, głównie ówczesnego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła (PiS). Twierdził on m.in., że pigułka ellaOne jest w Polsce nadużywana (m.in. przez nastolatki), że w całej Europie są ograniczenia w możliwości jej kupowania, że jej główne składniki są niebezpieczne dla zdrowia, oraz, że tak naprawdę to pigułka wczesnoporonna.

Zmiana dotknęła przede wszystkim kobiety niezamożne (szybka wizyta u prywatnego ginekologa kosztuje) i z małych ośrodków, gdzie dostęp do ginekologa jest trudniejszy.

Na temat pigułki „dzień po” głos zabierali politycy PiS, m.in. poseł Marek Suski: „[ellaOne] Przerywa ciążę. Pytam, czy ona coś leczy? Bo jeżeli to jest lek, to powinien być dostępny. Ta pigułka niczego nie leczy. To nie pigułka zdrowia, tylko raczej pigułka śmierci. Jeżeli mamy taką pigułkę, to niech chociaż będzie na receptę”.

„Sumienie mi nie pozwala”

Kwestia wypisania recepty na antykoncepcję awaryjną przypomniała konserwatywnym środowiskom o klauzuli sumienia. Minister Radziwiłł, choć chwilę wcześniej udowadniał, że recepta na ellaOne w niczym Polkom nie zaszkodzi, uznał, że sam by jej nie wypisał.

ZBITY ZEGAR. Klauzula sumienia nie obejmuje wypisywania recept

Jest to niezgodne ze stanowiskiem Komitetu Bioetyki przy Prezydium PAN z 12 listopada 2013 roku, które wskazuje, że klauzula sumienia nie powinna dotyczyć wypisywania recept.

W tej kadencji okazało się, że klauzula sumienia powinna dotyczyć nie tylko lekarzy dokonujących aborcji, ale także… farmaceutów, którzy sprzedają leki w aptekach. W Sejmie pojawił się obywatelski projekt zapewnienia klauzuli sumienia farmaceutom. Projekt poparła komisja ds. petycji oraz Biuro Analiz Sejmowych. Na dezyderat komisji minister zdrowia nigdy nie odpowiedział i sprawa utknęła w styczniu 2018 roku.

Klauzula sumienia utrudniła także dostęp do legalnej aborcji w Polsce.

Oczywiście problem dostępu do legalnej aborcji nie pojawił się w okresie rządów PiS, ale w tym czasie się pogłębił. Monitoring Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny realizowany na przełomie 2015 i 2016 roku ujawnił, że szpitale często odmawiają legalnej aborcji i odsyłają pacjentki do innych placówek. Jednak na przykładzie Warszawy widać, że problem narasta.

Federa w 2019 roku zapytała warszawskie szpitale o to, czy wykonują zabiegi aborcji. Z tabelki poniżej wynika, że liczba takich szpitali spadła w stosunku do 2017 roku:

Dzieci tak, ale tylko naturalnie

W czerwcu 2016 roku, rząd PiS przerwał finansowanie z budżetu programu in vitro „Leczenie Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego”. Problem niepłodności w Polsce nie jest marginalny – dotyka aż 15 proc. par.

Refundacja in-vitro wyrównywała szanse w dostępie do kosztownej procedury medycznej – uśredniając cenniki różnych klinik zajmujących się leczeniem niepłodności, przyjmuje się, że koszt in vitro w Polsce to ok. 8-12 tys. zł.

W grudniu 2018 roku Ministerstwo Zdrowia ujawniło dane, które dowodzą, że rządowy program in vitro leczenia niepłodności z lat 2013-2016 był znacznie większym sukcesem, niż wszyscy sądzili. Na świat przyszło ponad 21 tys. dzieci.

Lukę po in vitro miał wypełnić „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego” zaplanowany przez rząd PiS na lata 2016-2020. Ale dokonania finansowanej w tym programie tzw. naprotechnologii trudno nazwać inaczej niż porażką.

W 2019 roku stowarzyszenie „Nasz bocian” poprosiło Ministerstwo Zdrowia o informację dotyczącą efektów programu ochrony zdrowia prokreacyjnego. Ministerstwo odpowiedziało, że nie zna liczby ciąż, które powstały w wyniku programu, bo… „Program nie zakłada zwiększenia liczby urodzeń tylko poprawę diagnostyki i leczenia, wskaźnik liczby ciąż był mylący dla oceny skuteczności Programu”.

I rzeczywiście, w opisie programu liczba ciąż nie jest wskaźnikiem. Jednak jeszcze w 2017 roku – przed aktualizacją – liczba ciąż była oczekiwanym efektem.

6 listopada 2018 do Sejmu wpłynął poselski projekt ustawy ograniczający możliwości stosowania pozaustrojowej metody leczenia bezpłodności – in vitro. Twórcy ustawy – posłowie PiS, Kukiz’15, WiS, PSL i niezrzeszonych, na czele z zasłużonym w inicjatywach anty-choice posłem Janem Klawiterem – chcą, żeby:

  • z metody mogły korzystać jedynie małżeństwa;
  • zapłodnieniu mogła być poddana tylko jedna komórka – a nie sześć jak do tej pory;
  • nie było możliwości mrożenia komórek (tzw. kriokonserwacja);
  • dane dawców nie były anonimowe.

Wychowanie do życia w katolickiej rodzinie

Prawu i Sprawiedliwości zawdzięczamy także zmiany w i tak dość konserwatywnym programie szkolnym Wychowania do życia w rodzinie. Podstawa WDŻ otwarcie stawia na katolicką etykę seksualną. Namawia na przedmałżeńską powściągliwość. Lansuje naturalne planowanie rodziny, potępia antykoncepcję, łącząc ją z aborcją i sterylizacją. W masturbacji widzi zagrożenie pornofilią i uzależnieniem od seksu. Podkreśla, że życie dziecka zaczyna się w jajowodzie. Chce wzmacniać „identyfikację z płcią”.

Dodatkowo Ministerstwo Zdrowia w latach 2017-2019 prowadziło projekt zdrowia prokreacyjnego „W stronę dojrzałości” dla uczniów szkół ponadpodstawowych. Uczniowie mogli się z niego dowiedzieć m.in., że antykoncepcja jest szkodliwa dla zdrowia i nieskuteczna, a seks najlepiej uprawiać dopiero po ślubie. W podręczniku dla nauczycieli znaleźliśmy z kolei takie opinie:

„Swoboda seksualna prowadzi do pustki w miłości. U kobiet powoduje to wstrząs i zupełną zmianę jej psychicznego ukierunkowania (jej psychika z natury nastawiona jest na całkowite oddanie ukochanemu mężczyźnie).

Uleganie kolejnym partnerom powoduje, że znika: delikatność w zachowaniu, zdolność do rozumienia innych, chęć do wypełniania ról opiekuńczych”.

Program ten nie tylko pogłębiał stereotypy płciowe, ale także zniechęcał młodych ludzi do stosowania antykoncepcji, także tej, która zmniejsza ryzyko zakażanie wirusem HIV.

Rodzić po ludzku?

Konstanty Radziwiłł (PiS), minister zdrowia w rządzie Beaty Szydło, chciał wycofać wprowadzone w 2012 roku (za rządów PO-PSL) standardy opieki okołoporodowej i zastąpić je zbiorem rekomendacji medycznych.

Ostatecznie ustąpił w obliczu protestów – fundacja „Rodzić po ludzku” zebrała ponad 70 tys. podpisów w ich obronie. W 2018 rząd uchwalił nowe standardy (nazywając je „organizacyjnymi”), które gwarantują rodzącym w zasadzie podobne prawa jak poprzednio. Wadą jest brak sankcji za ich nieprzestrzeganie (a z realizacją jest źle) oraz brak gwarancji znieczulenia zewnątrzoponowego.

Konwencja? Nie przestrzegałbym

Tak w skrócie zapatruje się prezydent Andrzej Duda na konwencję antyprzemocową, którą Polska podpisała, a tym samym zobowiązała się jej przestrzegać:

OKO.press ujawniło w grudniu 2016 roku plany wypowiedzenia konwencji, które – po serii sprzecznych deklaracji ministrów rządu – zostały zawieszone. Jeżeli jednak sam prezydent państwa ma do aktu prawnego tak lekceważący stosunek, rząd może ponowić próbę. Lub po prostu uznać przepis za martwy.

Konwencja Stambulska, czyli antyprzemocowa, została uchwalona przez Radę Europy w 2011 roku. Polska podpisała ją w 2015 roku. Konwencja uznaje „strukturalny charakter przemocy wobec kobiet za przemoc ze względu na płeć, oraz fakt, że przemoc wobec kobiet stanowi jeden z podstawowych mechanizmów społecznych, za pomocą którego kobiety są spychane na podległą wobec mężczyzn pozycję”. Celem konwencji jest przeciwdziałanie przemocy wobec kobiet.

Wybór Donalda Tuska na szefa ELP może wzmocnić pozycję ugrupowania na europejskiej scenie politycznej

Nowy przewodniczący EPL, następca Francuza Josepha Daula, ma zostać wybrany na kongresie ugrupowania w listopadzie w Zagrzebiu. „Za faworyta uważany jest obecnie polski szef Rady Europejskiej Donald Tusk, który z końcem listopada kończy kadencję na tym stanowisku” – pisze „FAZ”.

Były polski premier miał obiecać we wrześniu, że wkrótce poinformuje o swoich planach na przyszłość. Prezydium EPL ma omawiać sprawę wyboru nowych władz na posiedzeniu przed szczytem UE 17 i 18 października w Brukseli.

Rezygnacja niemieckiego kandydata

Według nieoficjalnych informacji, na które powołuje się niemiecki dziennik, z kandydowania na szefa EPL zrezygnował Niemiec Manfred Weber, który stoi na czele frakcji chadeckiej w Parlamencie Europejskim. Powodem jest przekonanie, że nie należy dopuścić do sytuacji, aby niemieccy politycy pełnili najwyższe funkcje zarówno w Komisji Europejskiej oraz w EPL.

„Na niekorzyść Webera działa też to, że nigdy nie pełnił funkcji rządowej. Nie zapewni tym samym odpowiedniej wagi urzędowi szefa EPL. Prezydent Francji Emanuel Macron miał podnosić ten argument sprzeciwiając się wystawieniu Webera na czołowego kandydata EPL w eurowyborach” – pisze „FAZ”.

Tusk wzmocni pozycję EPL

„W Brukseli mówi się, że wybór Tuska i tym samym powrót do obowiązującej do 2013 roku praktyki nominowania na szefa EPL byłego szefa rządu, wzmocni pozycję ugrupowania na europejskiej scenie politycznej. Oczekuje się też, że nie będzie innych kandydatów oprócz Tuska” – pisze „FAZ”, dodając, że rozważano do niedawna również kandydaturę byłego szefa PE Antonio Tajaniego z Włoch.

Do założonej w 1976 roku Europejskiej Partii Ludowej należą obecnie 84 partie i organizacje partnerskie z 43 krajów europejskich. Z Polski są to Platforma Obywatelska i PSL. Tworzy ona największą frakcję w Parlamencie Europejskim.

Według posłanki PiS Hrynkiewicz i jej partii – bo posłowie w PiS nie są od posiadania osobistego zdania – wizyty, badania i leki są seniorom zbędne.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Osób Starszych (1 października) partia aktualnie rządząca zamiast życzeń, przekazała rodakom doskonałą wiadomość. Jak już wcześniej prorokował Paweł Kukiz, właśnie zapadła decyzja polityczna, że siedemdziesiątka to nowa trzydziestka, a każdy Polak ma prawo cieszyć się zdrowiem i sprawnością do co najmniej setki.

Tę fantastyczną nowinę ogłosiła publicznie posłanka Józefa Hrynkiewicz, deklarując w imieniu partii, że „starość to nie choroba”! I że – w związku z tym – nie ma powodu, by poddawać seniorów niepotrzebnej medykalizacji. Mówiąc po ludzku – ludzie w podeszłym wieku zbyt często odwiedzają lekarza. Tymczasem nie powinni, ponieważ nic im nie jest.

Według pani Hrynkiewicz i jej partii – bo posłowie w PiS nie są od posiadania osobistego zdania – te wszystkie wizyty, badania i leki są seniorom zbędne. Wiek zupełnie nie uzasadnia bowiem spadku formy i samopoczucia. Toteż zamiast wysiadywać po przychodniach, emeryci powinni zająć się czymś bardziej konstruktywnym. Na przykład – podpowiadamy, bo żadne przykłady niestety nie padły – pójść na pielgrzymkę. Zachodnie badania już dawno dowiodły, że aktywność fizyczna sprzyja zdrowiu i sprawności, natomiast wiara religijna – długowieczności. Faktem jest również, że chyba już tylko modlitwa o cud może jakoś pomóc polskiej służbie zdrowia wyjść z zapaści.

W tej sytuacji systemowe odstąpienie od „nadmiernej medykalizacji”, likwidacja oddziałów geriatrycznych, niedziałający program „leków za złotówkę” oraz wycofanie funduszy na „bilans siedemdziesiąciolatka” to żadne tam działania godzące w zdrowotność najstarszych pokoleń. To tylko metody łagodnej perswazji. Sposoby przekonywania seniorów, że w zasadzie to czują się świetnie, więc zamiast przesiadywać w przychodni, gdzie o infekcję nietrudno, powinni raczej siedzieć w domu i kisić kapustę, bo kiszonki to samo zdrowie i alternatywa dla szczepień przeciw grypie, które swoje kosztują. Mogliby też dorabiać do emerytury, żeby nie trzeba było nowelizować tak pięknie zbilansowanego budżetu na kolejne „trzynastki”. Wtedy od razu zapomną o strzykaniu w krzyżu, kołataniu serca i dusznościach. A NFZ przyoszczędzi na geotermię w Toruniu. Bo dla zdrowotności ciała i ducha nie ma jak zimny prysznic.

Zresztą – w przychodniach geriatrów i tak jak na lekarstwo, zwłaszcza młodych, których nie kto inny, jak właśnie pani posłanka Hrynkiewicz już dawno temu wysłała przecież za granicę. To ona nawoływała z sejmowej trybuny: „niech jadą!”. No to pojechali.

Na badania przesiewowe dla seniorów, na początek pilotażowe, kasę ministerstwo wprawdzie dało, ale to było zanim partia dokonała oficjalnego uzdrowienia polskich seniorów. Toteż teraz zabrało i badań żadnych już więcej nie będzie. Bo one – jak to ujęto w informacji o zakończeniu programu – powodują „nadwykrywalność” przeróżnych schorzeń, co skutkuje rosnącym apetytem seniorów na fundusze NFZ-u. Teraz widmo nadwykrywalności i tłumów szturmujących przychodnie i oddziały geriatryczne zostało skutecznie przegonione. Obywatele 60 plus są bowiem absolutnie zdrowi! A jeśli już chorują, to jak wszyscy. W końcu katar zdarza się w każdym wieku, a ból kolana też o metrykę nie pyta. Inna sprawa, że w naszym kraju to choroba występująca epidemicznie – powikłanie narodowego katolicyzmu.

Inna sprawa, że kierunek myślenia o starości jako „naturalnym etapie życia człowieka” idealnie wpisuje się w wizerunek partii na każdym kroku powołującej się na tradycję i „prawo naturalne”. Rzeczywiście – do całkiem niedawna żadna tam medykalizacja seniorów, a już zwłaszcza medykalizacja „nadmierna”, nie przeszkadzała Polakom w naturalnym procesie starzenia.

No, ale teraz, w epoce wojującego nihilizmu, chciwe amerykańskie koncerny wmówiły ludziom, że mogą w dobrej kondycji dociągnąć co najmniej do setki. Tylko potrzebują protez, implantów, rozruszników oraz całej listy leków i procedur, które kosztują majątek. Seniorzy zaś bez zastrzeżeń uwierzyli, że mamy tu nad Wisłą państwo dobrobytu, toteż sądzą, że to wszystko „im się należy”. Tymczasem gdyby trochę odpuścili, te środki mogłyby pójść na rozwój naprotechnologii. Trzeba tylko przekonać seniorów, że są zdrowi! A że boli? Boli, bo musi!

Za Peerelu władcy Polski też szanowali tradycję i – wbrew pozorom – prawo naturalne. I także usiłowali przekonać seniorów, że starość to nie choroba. Wdzięczni obywatele ubrali te starania w hasło: „Popierajcie partię czynem. Umierajcie przed terminem”. Budowa państwa dobrobytu w każdym ustroju wymaga poświęceń.

PS. Amerykańska agencja do spraw leków (FDA) koordynuje badania zmierzające do zatwierdzenia pierwszej w historii „pigułki na starość”, która (starość, nie pigułka) w ten sposób zostanie oficjalnie uznana za chorobę. Cukrzyca „dwójka”, demencja, wieńcówka i niektóre typy nowotworów będą odtąd traktowane jako objawy „zespołu senioralnego” czy jak tam ostatecznie nazwą tę nową jednostkę chorobową amerykańscy geriatrzy. Znów jesteśmy „sto lat za Murzynami”.

Drożyzna, oszustwa, propaganda goebbelsowska – oto PiS

31 Lip

Z sondażu pracowni IBRiS dla RMF FM i „Dziennika Gazety Prawnej wynika, że aż 51,3 proc. respondentów uważa, iż ceny ceny „wzrosły wyraźnie mocniej” niż w poprzednich latach. 17,5 proc. jest zdania, że „wzrosły nieco mocniej”, a 22,1 proc., że wzrosły „nieznacznie”.

Przeprowadzone badania dowodzą, że najmocniej podwyżki cen w sklepach odczuwają kobiety, bo to one decydują o priorytetach domowych budżetów.  Wyższe rachunki odczuwają głównie ludzie w przedziale 30-40 lat.

Oceniając sytuację z pozycji partyjnych elektoratów drożyznę boleśnie odczuwają zwolennicy PSL-u i aż 96 proc. spośród nich nich mówi o bardzo wyraźnym wzrośnie cen. Podobnego zdania są zwolennicy Lewicy i Platformy Obywatelskiej.

I tylko wyznawcy PiSu nie mają większych zastrzeżeń, bo jedynie 33 procent z nich mówi o wyraźnym wzroście, a drugie tyle o niewielkim.

Tymczasem według ankietowanych najmocniej podrożały ubrania i obuwie – 18 proc. Następnie – opłaty mieszkaniowe, które wzrosły dla 16 proc. badanych „znacznie”, a 26 proc. ankietowanych mówi o „nieco” mocniejszym wzroście. Podobnie jest z cenami paliw.

Jak wynika z przeprowadzonej ankiety Polacy dostrzegają także problemy na rynku żywnościowym. 1 proc. spośród nich mówi o wyraźnie mocniejszej podwyżce, ale aż 55 proc. mówi o nieco mocniejszej niż zwykle, 33 proc. o niewielkim wzroście.

Wyniki najnowszego badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” pokazują, że zmalała społeczna akceptacja dla realizacji postulatów osób LGBT. Wcześniej w podobny sposób zmianie uległo nasze nastawienie do innych grup społecznych i narodowych. Polityka wskazywania wroga i straszenia Polaków „obcym” zaczyna zbierać swoje żniwo.

– Osoby LGBT stały się „nowymi uchodźcami” – mówi w rozmowie z Gazeta.pl socjolożka prof. Iwona Jakubowska-Branicka z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Mechanizm kreacji wroga jest zawsze ten sam: trzeba wskazać „obcego”, który chce nas zniszczyć, który nam zagraża. Mogą to być Żydzi, uchodźcy, ludzie innej kultury czy wyznania – wyjaśnia ekspertka od psychologii propagandy politycznej.

– Następuje ubiegunowienie, silna polaryzacja społeczeństwa na coraz większej liczbie obszarów – dodaje psycholog społeczny prof. Bogdan Wojciszke z Uniwersytetu SWPS. Jego zdaniem, „władza skrzętnie z tego korzysta, bo konstrukcja wroga przydaje się w twardej kampanijnej walce politycznej”.

Odwrót od LGBT

Zmianę nastawienia Polaków do społeczności LGBT i jej praw pokazuje najnowsze badanie IBRiS dla „Rzeczpospolitej”. Pytano w nim Polaków o akceptację dla głównych postulatów środowisk LGBT: związków partnerskich, małżeństw par jednopłciowych i adopcji dzieci przez takie pary.

Co wynika ze wspomnianego sondażu? 44 proc. społeczeństwa popiera wprowadzenie związków partnerskich. Niemal co trzeci Polak (32 proc.) nie widzi problemu w legalizacji małżeństw osób tej samej płci, natomiast 12 proc. badanych chce dopuszczenia adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Przeciwnych tym postulatom jest odpowiednio: 46, 56 i 76 proc. respondentów.

O te same kwestie w końcówce lutego Polaków pytali ankieterzy IPSOS. Wyniki badania, które przeprowadzili na zlecenie OKO.press mocno się jednak różnią. Związki partnerskie popierało wówczas 56 proc. Polaków, małżeństwa jednopłciowe 41, a adopcję dzieci przez takie pary – 18. Przeciwko tym rozwiązaniom było wówczas odpowiednio: 39, 54 i 77 proc. badanych.

LGBT, czyli wróg

W obu przytoczonych badaniach pytano Polaków o to samo – akceptację dla trzech głównych postulatów społeczności LGBT. Oba przeprowadzono tą samą metodą – wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI). Także próba badawcza w obu przypadkach była zbliżona – ogólnopolska, reprezentatywna, licząca odpowiednio 1004 (IPSOS) i 1100 (IBRiS) osób. Zważywszy, że oba sondaże dzieli raptem pięć miesięcy, zmiana jest zauważalna. Tym bardziej, że wcześniej tendencja dla akceptacji postulatów środowisk LGBT była – umiarkowanie – ale jednak rosnąca. Co zmieniło się w ostatnim czasie? Mówiąc wprost: polityczna użyteczność mniejszości seksualnych.

O ile wcześniej wiadomo było, które partie popierają ich postulaty, a które są im przeciwne, o tyle od momentu podpisania w połowie lutego przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego karty LGBT+ geje, lesbijki, biseksualiści i transseksualiści znaleźli się w samym środku politycznej wojny polsko-polskiej. A więc w miejscu, w którym nikt nie bierze jeńców.

Osoby LGBT i ich postulaty stały się dla rządzących idealnym narzędziem do rozmontowania mającej olbrzymie problemy ze światopoglądową spójnością Koalicji Europejskiej (sojuszu PO, Nowoczesnej, SLD, PSL i Zielonych). Sytuację osób LGBT dodatkowo pogorszyła wypowiedź wiceprezydenta stolicy Pawła Rabieja o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”.

Skrót „LGBT” nie schodził z ust polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz przekazów mediów sprzyjających „dobrej zmianie” (ze szczególnym uwzględnieniem Telewizji Polskiej). Podczas kampanijnego objazdu kraju był nawet taki okres, że temat LGBT pojawiał się na niemal każdej konwencji regionalnej partii władzy. – My chcemy jasno powiedzieć: tu mówimy nie, a już w szczególności jeżeli chodzi o dzieci. Wara od naszych dzieci – grzmiał podczas spotkania z wyborcami w Katowicach prezes partii rządzącej.

Jak pisały wówczas Wirtualna Polska i „Newsweek”, nie było to dziełem przypadku. Kompleksowe analizy socjologiczne zamawiane przez PiS wskazały bowiem, że temat LGBT mocno aktywizuje wyborców „dobrej zmiany”. Do tego dawał szanse na poróżnienie chadecko-konserwatywnego PSL z bardziej progresywną częścią Koalicji Europejskiej. W nieoficjalnych rozmowach sztabowcy PiS-u przyznawali, że choćby z tych dwóch powodów ofensywa przeciwko LGBT będzie trwać.

Naruszenie sfery sacrum

Prof. Henryk Domański, socjolog z Polskiej Akademii Nauk, stawia hipotezę, że za zmianą nastrojów społecznych stoi sympatia i zaufanie, jakim Polacy darzą rząd. A skoro politycy rządu bardzo krytycznie czy wręcz napastliwie wypowiadali się o osobach LGBT, wywarło to oczywisty wpływ także na wyborców. W rozmowie z Gazeta.pl socjolog przewiduje, że jeśli PiS utrzyma się przy władzy na kolejne cztery lata, postulaty mniejszości seksualnych będą spotykać się z coraz mniejszym zrozumieniem i akceptacją ze strony Polaków.

– Wskazanie jako wroga osób LGBT jest z punktu widzenia autorów tego przekazu szczególnie wygodne i skuteczne. Skonstruowano opowieść, że wróg ten zagraża nam w sposób wyjątkowo niebezpieczny, niszcząc najistotniejsze tradycyjne wartości takie jak rodzina, wielowiekowa tradycja, kanony wiary i wreszcie bezpieczeństwo dzieci – wyjaśnia prof. Iwona Jakubowska-Branicka. Jej zdaniem, efekt ataku na mniejszości seksualne dodatkowo spotęgowało zaangażowanie się w to części polskiego Kościoła, który „z definicji przez dużą część ludzi postrzegany jest jako funkcjonujący w obszarze sacrum, czyli świętości”.

Prof. Bogdan Wojciszke zwraca uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz, o której w tym kontekście zapominamy. – Jesteśmy niesłychanie jednorodnym społeczeństwem pod względem narodowym i religijnym. To wręcz ewenement na skalę Europy, o ile nie świata – mówi w rozmowie z Gazeta.pl. I dodaje: – Ma to też jednak swoje ciemne strony. Jako społeczeństwo nie jesteśmy przyzwyczajeni do inności, do odmienności. Nie rozumiemy jej, nie mamy z nią kontaktu. Dlatego łatwo nas nią nastraszyć i do niej zniechęcić.

LGBT nie było pierwsze

Przypadek środowisk LGBT i zmiany społecznego postrzegania tej grupy nie powinien dziwić, bo to nie pierwszy raz, kiedy jakaś grupa zostaje wzięta na celownik przez rządzących i sympatyzujące z nimi media. Jeszcze przed wyborczą wygraną w 2015 roku, PiS rozpętało nagonkę na uchodźców i imigrantów. We wrześniu 2015 roku prezes Kaczyński mówił w Sejmie, że uchodźcy to „problem niemiecki, a nie nasz”, straszył prawem szariatu we Francji, kościołami przerabianymi na toalety we Włoszech czy szwedzkimi strefami no-go, do których nie zapuszcza się nawet policja. Na ostatniej prostej przed wyborami jeszcze wzmocnił antyimigrancką retorykę, strasząc Polaków pasożytami i zakaźnymi chorobami przenoszonymi przez przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Taką linię wobec uchodźców Nowogrodzka kontynuowała także po przejęciu władzy, czyniąc z nich etatowego wroga i symbol nacisków Unii Europejskiej, która rzekomo chce narzucić Polsce przyjęcie uchodźców. Antyimigrancki spot PiS-u z kampanii przed wyborami samorządowymi spotkał się z powszechnym potępieniem. Nawet niektórzy politycy PiS-u komentowali, że był to krok zły i niepotrzebny. Na efekty takiej polityki nie trzeba było długo czekać. Nastroje społeczne zmieniły się zauważalnie. O ile w czerwcu 2015 roku przeciwko przyjmowaniu uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu było 53 proc. Polaków, o tyle w lipcu 2018 roku wskaźnik ten wynosił już 72 proc. (w obu przypadkach badanie przeprowadzał CBOS).

Los uchodźców i osób LGBT w pewnym stopniu podzielili też Żydzi. W trakcie potężnego kryzysu dyplomatycznego na linii Warszawa – Tel Awiw, wywołanego nowelizacją ustawy o IPN, to właśnie ta nacja była celem prorządowej propagandy i medialno-eksperckiego zaplecza rządu. Cel był oczywisty: odeprzeć oskarżenia o spektakularnej klęsce w polityce zagranicznej, a także zanegować fakt, że Polska w swojej historii zapisała także mniej chlubne karty.

Głośnym echem odbił się chociażby incydent w emitowanym na antenie TVP Info programie „Studio Polska”, gdzie na pasku wyświetlane były antysemickie wpisy internautów. Spotkało się to z tak dużą i tak powszechną krytyką, że od sprawy musiał odciąć się sam prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski. Także w szeregach PiS-u były przypadki zachowań antysemickich. Wystarczy wspomnieć senatora Waldemara Bonkowskiego, który w mediach społecznościowych udostępniał obraźliwe wobec Żydów treści. Także tutaj fala krytyki spowodowała ostrą reakcję przełożonego – prezes Kaczyński zawiesił Bonkowskiego w prawach członka partii i klubu parlamentarnego.

Kryzys dyplomatyczny pomiędzy Polską i Izraelem kilkukrotnie przygasał i wybuchał z nową siłą. Nawet wtedy, gdy kwestia nowelizacji ustawy o IPN była już dawno rozwiązana (np. po zorganizowanym w Warszawie szczycie bliskowschodnim, gdzie izraelski premier Benjamin Netanjahu stwierdził, że Polacy kolaborowali z Niemcami). Propagandowa ofensywa antysemicka z czasem jednak wyhamowała. Być może dlatego stosunek Polaków do Żydów pogorszył się umiarkowanie – w lutym 2017 roku niechęć do nich deklarowało 26 proc. naszych rodaków, a w lutym 2019 roku 33 proc.; w tym samym czasie sympatia spadła z 37 do 31 proc. (wyniki za CBOS).

– Zastępczych wrogów udaje się zaszczepić społeczeństwu, kiedy brakuje tych prawdziwych. Nie mamy dziś zagrożenia z zewnątrz ani z wewnątrz, więc łatwo tego fikcyjnego wroga wymyślić – zauważa prof. Bogdan Wojciszke. – Najlepszym sposobem na przełamanie swojego strachu przed obcym, innym jest bezpośredni z nim kontakt. W ten sposób wyleczyliśmy się z naszej antyniemieckiej fobii – przekonuje psycholog.

Podobnego zdania jest prof. Iwona Jakubowska-Branicka, jednak ma dużo większe obawy, co do tego, jak sytuacja potoczy się w przyszłości. – Figura wroga jest w socjotechnice propagandy politycznej bezcenna. Pozwala zbudować prostą wizję świata, w którym jesteśmy „my” i „oni”. To z kolei umacnia spoistość danej grupy, która wspólnie musi walczyć z nieprzyjacielem. Wreszcie umocniona zostaje też tożsamość grupy i wewnątrzgrupowe więzi, bo przecież walczymy w obronie tych samych wartości – analizuje.

Jej zdaniem, w schemacie konstrukcji wroga pod matematyczne „x”, którym dziś są osoby LGBT, podstawić można kogokolwiek. Mechanizm będzie działać w ten sam sposób, z tą samą efektywnością. – W ten sposób buduje się syndrom oblężonej twierdzy. W polityce to potężna broń – podkreśla socjolożka. I przestrzega: – Na końcu, jak już zabraknie wrogów zewnętrznych, jako wróg będzie prezentowany każdy, kto ma odmienne poglądy, każdy „myślący inaczej”.

W Polsce ludzie zwalniani są z pracy za krytykę rządu, dziennikarzom uniemożliwia się rzetelne wykonywanie ich pracy, zachęca się całą polityką państwa do przemocy wobec całych grup obywateli uważanych za gorsze, czego efekty widzieliśmy w Białymstoku. Jeśli PiS wygra wybory, z pewnością będzie ciąg dalszy.

Największa trudność w dostrzeżeniu, że dekonstruuje się państwo prawa polega na tym, że odbywa się to powoli, małymi krokami, afera po aferze, bezprawie po bezprawiu, kłamstwo po kłamstwie. Nie ma jednego przerażającego aktu zdrady stanu, wstrząsu, który pozostawi obywateli w niemym zdumieniu. Przeciwnie, życie toczy się jak zawsze, ludzie jak zawsze zajęci są swoimi sprawami i gdzieś w tym wszystkim marszałek Kuchciński wykorzystuje służbowe loty, opatrzone wyraźną instrukcją, kto i jak może z nich korzystać, do prywatnych celów (rzecz, która nadaje się na dymisję) i mówi, że nic się stało, a jego partyjni koledzy śmieją się wyborcom w twarz, mówiąc, że już po fakcie te loty trzeba będzie zalegalizować.

Gdzieś tam między suszą a urlopami Kancelaria Sejmu mówi, że nie uzna wyroku NSA nakazującego ujawnienie list poparcia dla kandydatów „nowej” pisowskiej już KRS, co właściwie oznacza, że Polska oficjalnie staje się państwem bezprawia. Gdzie indziej z kolei trwa już w najlepsze prowadzona między innymi w kościołach i TVP Info kampania wyborcza, której prowadzić nie wolno, bo zgodnie z prawem jest to dozwolone dopiero od momentu zarejestrowania komitetów wyborczych. I co? I nic? Ponieważ większość ludzi tak jest skonstruowana, że docierają do nich tylko wielkie zdarzenia, akty strzeliste i trzęsienia ziemi.

Tym razem jednak sytuacja polityczna, dobro i bezpieczeństwo nas wszystkich i kraju, jak górnolotnie by to nie brzmiało, wymaga większej przenikliwości i umiejętności dostrzeżenia prawdy wśród wielu małych zdarzeń. A prawda jest taka, że na naszych oczach, rodzi się, a właściwie już się narodziła, a teraz tylko pogłębia dyktatura, czyli państwo, w którym nie akty prawne tylko słowo jednego człowieka decyduje o losie ludzi i działaniu instytucji. W którym służby porządkowe i resort siłowe nie bronią obywateli, tylko chronią partię przed konsekwencjami ich niezadowolenia. W którym Sejm nie jest już miejscem debaty i ścierania się opinii, tylko miejscem opresji dla posłów opozycji i wymyślania kolejnych sposobów jak obejść Konstytucję i ustawy niewygodne dla PiS.

W Polsce ludzie zwalniani są z pracy za krytykę rządu, dziennikarzom uniemożliwia się rzetelne wykonywanie ich pracy, czyli informowanie opinii publicznej o nadużyciach władzy, zachęca się całą polityką państwa do przemocy wobec całych grup obywateli uważanych za gorsze, czego efekty widzieliśmy w Białymstoku.

To już się dzieje i jest ogromną sztuką umieć to zobaczyć i zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i z tego, że jeśli PiS wygra wybory, z pewnością będzie ciąg dalszy – to dopiero początek.

Dane osobowe mają chronić osobę, a nie jej działalność, w szczególności publiczną. Podpisanie wniosku zgłaszającego kandydaturę na członka KRS to jest typowa działalność publiczna, która nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. Wyrok NSA jest jasny: opublikować. Chcę podkreślić bardzo mocno, że są przepisy Kodeksu karnego dla osób, które bojkotują wykonanie wyroków sądowych – mówi Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Rozmawiamy nie tylko o sprawie list KRS, ale też o stanie praworządności, pytamy o nową nomenklaturę władzy i wydarzenia w Białymstoku. – To jakiś obłęd, karykatura, gombrowiczowska rzeczywistość się ujawniła. Jeżeli tego nie uda nam się powstrzymać, to ciągle będziemy udowadniali, że nie umiemy się dobrze i odpowiedzialnie rządzić – mówi nasz Stępień

JUSTYNA KOĆ: Listy poparcia do KRS miały być ujawnione, ale okazało się, że – jak poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu – “prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych zbada zgodność z prawem polskim i europejskim procedury udostępnienia list poparcia kandydatów do KRS”. Wszystko mimo decyzji NSA.

JERZY STĘPIEŃ: Tego rodzaju argumentacja jest upowszechniana od pewnego czasu. Oczywiście jest kłamliwa, wykrętna i nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. Dane osobowe mają chronić osobę, a nie jej działalność, w szczególności publiczną. Podpisanie wniosku zgłaszającego kandydaturę na członka KRS to jest typowa działalność publiczna, która nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. To kłamstwo obliczone na niewiedzę ludzi. Wyrok NSA jest jasny: opublikować, a przecież sąd w pierwszej kolejności musiał badać, czy istnieje negatywna przesłanka do wydania orzeczenia w postaci ochrony danych osobowych, czy innych instytucji, które chronią praw człowieka.

SĄD TO WSZYSTKO BADAŁ, WYDAŁ WYROK I TERAZ TEN WYROK MUSI ZOSTAĆ WYKONANY.

Chcę podkreślić bardzo mocno, że są przepisy Kodeksu karnego dla osób, które bojkotują wykonanie wyroków sądowych.

Żyjemy w kraju, gdzie każdy wyrok można podważyć, zwłaszcza ten, który władzy nie odpowiada?
Dlatego nie żyjemy już w państwie prawa, pojawiła się grupa ludzi, która stawia się ponad prawem, ponad orzeczeniami sądów. Przypomnę tu pierwsze posiedzenie Sejmu tej kadencji, kiedy Kornel Morawiecki powiedział, że są pewne wartości ważniejsze, niż prawo, a tą wartością jest dobro narodu. Wówczas nieomal cała sala biła mu brawo. To jest najlepszy dowód, jaki jest poziom mentalności naszych parlamentarzystów. Ciągle mamy do czynienia z myśleniem przedstawionym wówczas przez Kornela Morawieckiego: my jesteśmy reprezentacją narodu i najlepiej rozumiemy, czym jest dobro narodu, w związku z tym jeżeli uznamy, że jakiś wyrok godzi w to dobro narodu, to oczywiście nie będziemy go wykonywali.

TO KLASYCZNE POSTAWIENIE SIĘ PONAD PRAWEM. JAKIE TO WYWOŁUJE SKUTKI, EUROPA WIELOKROTNIE UKAZYWAŁA W SWOJEJ HISTORII.

Co jest w tych listach, że PiS tak bardzo broni się przed ich opublikowaniem?
Muszą być tam bardzo kompromitujące rzeczy, bo inaczej dawno by te listy opublikowali. Być może są tam nawet jakieś fałszerstwa, może ktoś zgłosił kandydata w nieświadomości, potem napisał oświadczenie, że wycofuje się z poparcia, może brakuje podpisów. Sądzę, że chodzi o fundamentalną sprawę, bo gdyby to był drobiazg, to listy dawno zostałyby upublicznione

Zobaczymy w końcu te listy, czy musi się zmienić władza?
Wcześniej czy później wyciekną, tak jak wyciekają materiały z prokuratury, instytucji ochrony państwa, najbardziej tajne informacje. To też w końcu wypłynie, tylko po jakimś czasie. Proszę zwrócić uwagę, że

JEŻELI OKAŻE SIĘ, ŻE SĄ NA TYCH LISTACH JAKIEŚ BŁĘDY FORMALNE, TO CAŁY PROCES POWOŁYWANIA KRS STAJE POD ZNAKIEM ZAPYTANIA; JEŚLI TAK, TO TAKŻE NOMINACJE SĘDZIÓW, KTÓRE TA NEO-KRS WYSUNĘŁA.

Listy KRS to nie jedyny problem PiS-u z prawem. Prokuratura nie przesłucha Marka Falenty w związku z listami szantażującymi premiera i prezydenta. Listy, gdzie pisze: “nie będę umierał w samotności, ujawnię swoich mocodawców”.
I pewnie w końcu to zrobi, ale ja nie chcę tego komentować, bo nie znam szczegółów.

Na pewno tą sprawą w całości, całą aferą podsłuchową powinna się zająć komisja śledcza w nowej kadencji. W tym przypadku wyraźnie widać, że inne instytucje powołane do ochrony porządku prawnego nie są w stanie uporać się z tą sprawą.

To, co zrobił Falenta, jest szantażem i powinno się to spotkać z reakcją prokuratury. Niestety, jaka dziś jest prokuratura, każdy widzi.

STRUKTURY WŁADZY PUBLICZNEJ POSTAWIŁY SIĘ PONAD PRAWEM, SĄ NIEUDOLNE W WIELU ASPEKTACH, SĄ PRZEKONANI, ŻE TEN NARKOTYK W POSTACI 500 PLUS BĘDZIE DZIAŁAŁ. JAK KAŻDY NARKOTYK, MUSI MIEĆ KOLEJNE DAWKI, ABY DALEJ DZIAŁAĆ, TYMCZASEM NA DAWKI WZMACNIAJĄCE NIE MA ŚRODKÓW.

Jeszcze niedawno CIS oficjalnie pisało, że nie było lotów marszałka Kuchcińskiego z rodziną. Potem, że było ich 6, dziś już wiemy, że ponad 20.
Niezależnie, czy członkowie rodziny byli, czy nie, to czy te loty były w ogóle uzasadnione? Jeśli podaje się w uzasadnieniu lotu, że to jest misja oficjalna, a lata się na weekend do domu, to samo to jest już skandalem. To, że nie zapłacili członkowie rodziny za loty, jest sprawą groszową w porównaniu do tego, ile kosztuje sam lot o statusie HEAD. To jest jakiś obłęd, ja widzę tu styl bizantyjski – skoro jestem na stanowisku marszałka, to całe państwo powinno mi służyć, moim prywatnym interesom. To jest to samo myślenie, które występowało przy premiach dla członków rządu. Niezależnie, czy wpłacili je potem na cele charytatywne, czy nie, to te pieniądze wzięli bez podstawy prawnej i powinny one zostać zwrócone do Skarbu Państwa. Ministrowie nie mają podstawy prawnej, aby dostawać premie.

TO URZĘDNICY, PRACOWNICY MOGĄ JE DOSTAWAĆ, POLITYCY NIE MAJĄ PRAWA BRAĆ NAGRÓD. ONI PO PROSTY PRZYWŁASZCZYLI SOBIE MIENIE PAŃSTWOWE I TO MIENIE, KTÓRE PODLEGAŁO ICH OCHRONIE. W PRZYSZŁOŚCI MUSI SIĘ TO SPOTKAĆ Z OSTRĄ REAKCJĄ ORGANÓW ŚCIGANIA.

Czy to nie świadczy o tym, że ukształtowała się w Polsce nomenklatura rodem z PRL?
Oczywiście, że tak, to jest typowe zachowanie nomenklatury dla tamtych czasów. Zresztą panujący pan prezes Kaczyński sam mówił, że “jesteśmy nowa elitą”, a wy jesteście “gorszym sortem”. To jest nowa “szlachta”, nowa nomenklatura. Wydawało się, że doświadczenia PRL uchronią nas przed tym, ale widać, że to jakaś głębsza, psychologiczna sprawa wynikająca być może z jakichś kompleksów, niedomogów w wykształceniu, w wychowaniu, że w pewnym momencie jedna z grup uważa się za lepszą.

Dla mnie klasycznym tego przykładem jest pan poseł Suski, który kiedyś opowiadał, że on jest “genetycznym patriotą”. Proszę zwrócić uwagę, co to znaczy – to nieważne, jakie mam wykształcenie, predyspozycje do pełnienia funkcji w państwie, ważne jest to, że moi przodkowie zasłużyli się dla państwa, więc jako dziedzic dorobku moich pokoleń mam prawo do funkcjonowania w warstwie uprzywilejowanej.

Pan Suski skończył, o ile dobrze pamiętam, technikum teatralne i jest perukarzem. To jest ważny zawód, bo bez perukarza żaden teatr nie może istnieć, ale nie to zdaniem pana Suskiego jest istotne, tylko to, że jego przodkowie dokonali jakichś patriotycznych czynów.

To jakiś obłęd, karykatura, gombrowiczowska rzeczywistość się ujawniła. Jeżeli tego nie uda nam się powstrzymać, to ciągle będziemy udowadniali, że nie umiemy się dobrze i odpowiedzialnie rządzić.

Co o nas samych powiedział nam Białystok?
Jest pewna część społeczeństwa, wcale nie mała, która opowiada się za władzą silną, dyktatorską i

TAKIE SKRAJNIE PRAWICOWE POSTAWY POKAZUJĄ, ŻE NIE DEMOKRACJA JEST WAŻNA, TYLKO SILNA WŁADZA.

Te środowiska uważają, że jeżeli będą blisko silnej władzy, pokażą, że potrafią bić i brutalnie się zachowywać, to władza będzie ich potrzebować. To także jest wynik niedomogów w edukacji i rodzinie, w systemie wartości, pewnych rzeczy nie przerobiono także historycznie. Oczywiście w każdym społeczeństwie jest grupa ludzi, którzy w taki sposób myślą, ale w latach 70. i 80. wydawało mi się, że jeżeli w przyszłości będzie wolność i demokracja, chociaż wtedy sam w to nie wierzyłem, to na pewno ton będą nadawać postawy demokratyczne. Niestety, okazało się, że część społeczeństwa opowiada się za dyktaturą, silną władzą, i to jest bardzo smutne.

Kiedyś powiedziałem, że sytuacja, która wytworzyła się po 2015 roku, przypomina czasy Republiki Weimarskiej, czyli czas przed dojściem Hitlera do władzy. Ostro mnie wtedy zaatakowano, m.in. pan prof. Antoni Dudek.

NIE UWAŻAM, ŻE W NASTĘPSTWIE MOŻE DOJŚĆ DO CZEGOŚ NA KSZTAŁT “DRUGIEGO HITLERA”, ALE TEN CHAOS JEST KOMUŚ POTRZEBNY, KOMUŚ, KTO CHCE SILNĄ RĘKĄ PROWADZIĆ RZĄDY, I JA BARDZO SIĘ TEGO BOJĘ.

Całe szczęście, że jesteśmy w Unii, bo to ta zbiorowa świadomość społeczeństwa europejskiego w pewien sposób nas zabezpiecza przed tym, co wydarzyło się w Europie w latach 30., potem w 50. Wydarzenia z Białegostoku moim zdaniem pokazują, że jesteśmy o krok od wydarzeń z nocy kryształowej. Nie ma Żydów, ale przeciwnika zawsze się znajdzie. Teraz to LGBT.

Kościół i PiS pierdzą ustami. Z życia pasqud 29

24 Lip

Setki osób – mimo padającego deszczu – pojawiło się we wtorkowy wieczór na Długim Targu w Gdańsku, aby zaprotestować przeciw temu, co wydarzyło się podczas Marszu Równości w Białymstoku. Kibole i chuligani zaatakowali tam uczestników tego przemarszu. – „Ci ludzie, którzy bili, którzy nienawidzili też są ważni. Dlaczego? Bo oni bardzo się boją, bo nienawiść i agresja bierze się ze strachu” – mówił do zgromadzonych w Gdański Paweł Lęcki, nauczyciel z Sopotu, który wymyślił hasło „Strefa wolna od stref” w odpowiedzi na naklejki prawicowego tygodnika „Strefa wolna od LGBT”.

Demonstracja w Gdańsku odbywała się pod hasłem „Strefa wolna od stref – pokażmy, że miłość wygrywa”. – „Solidarność z osobami dyskryminowanymi to nasz obowiązek. Bierność prowadzi do strasznych rzeczy” – mówili organizatorzy protestu z Młodej Zarazy, która powstała z połączenia grup: Młodzi ponad Podziałami, Strajk Uczniowski oraz Trójmiejski Strajk Klimatyczny.

„Nas, młodych ludzi, oburza, że w kraju, gdzie Konstytucja zapewnia wszystkim równość, człowiek jest dla człowieka wilkiem. Jedni nienawidzą drugich za coś, na co żaden człowiek nie ma wpływu, osoby LGBT nie decydują o swojej orientacji seksualnej, tylko takie się rodzą” – powiedział „GW” Mikołaj Gwizdowski z Młodej Zarazy, uczeń trzeciej klasy II LO w Sopocie.

Kolejne demonstracje planowane są także w innych miastach. W Poznaniu i Łodzi odbędą się one w najbliższy czwartek. W piątek protest przeciw przemocy organizuje Tęczowe Opole, a w Szczecinie tego dnia zaplanowana jest „Strefa wolna od nienawiści”. W sobotę manifestacje odbędą się m.in. w Warszawie i Toruniu.

„Wpadł mi w ręce przekaz dnia dla posłów PiS, a w nim zabawny fragment o naklejce „GP”: „TO NIE JEST NASZA AKCJA, PROSZĘ PYTAĆ JEJ ORGANIZATORA O CO MU CHODZI I CZEMU WYBRAŁ TAKĄ FORMĘ. Mamy tu do czynienia z jednym z tytułów prasowych, który rozdaje takie dodatki jakie chce” – napisał na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki”. Chodzi o kolportowane przez tygodnik Tomasza Sakiewicza naklejki „Strefa wolna od LGBT”.

A zastosowanie tegoż przekazu w praktyce mogliśmy zaobserwować już wczoraj. – „Jako rządzący nie będziemy narzucać wolnej prasie i wolnym mediom, co ma pisać i jakie ma naklejki dołączać” – mówił jeden z najwierniejszych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego wicepremier Jacek Sasin w TVN24.

W tym wolnym medium, czyli „Gazecie Polskiej,” w radzie nadzorczej spółki Forum, która wydaje pismo, zasiadają europoseł PiS Ryszard Czarnecki, kierowca Jarosława Kaczyńskiego oraz dwie sekretarki z biura partii. Prezesem spółki jest krewny prezesa PiS.

„O tym, że 40% jej przychodu [„Gazety Polskiej] to sponsoring ze strony spółek skarbu państwa – cicho, sza!”; – „Powinni tam jeszcze dopisać: wszelkie związki „GP” z naszą partią są czysto przypadkowe”; – „Jak ONI to spamiętają biedaczyska? Chyba ściągę muszą dawać niektórym egzemplarzom”; – „Dla posła Czarneckiego był jakiś indywidualny, czy liczą na jego kreatywność?” – komentowali internauci.

Minister edukacji narodowej nieudolnie próbuje tłumaczyć swoją kuriozalną wypowiedź po Marszu Równości w Białymstoku. Teraz Dariusz Piontkowski twierdzi, że została ona „źle odczytana”. – „Ja tylko mówiłem, że tego typu manifestacje budzą ogromne emocje. One czasami doprowadzają także do zachowań agresywnych i w Białymstoku mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. W związku z tym, mówiłem, że warto przygotować się na skutki organizowania takich manifestacji – jednym z nich jest m.in. ogromna skala emocji” – powiedział.

Na tym nie poprzestał. Stwierdził także, że „być może był nieprecyzyjny w swojej wypowiedzi”. – „Chciałem wskazać na to, że takie manifestacje, organizowane przez te środowiska budzą duże emocje. Pojawia się kwestia bezpieczeństwa przy okazji tych marszów i niestety, tak jak i w innych miastach, tak w Białymstoku widać, że te emocje znalazły swoje ujście na zewnątrz” – powiedział Piontkowski.

Brakuje jeszcze – często stosowanego przez wielu polityków PiS – „argumentu”, że wypowiedź została wyrwana z kontekstu.

Przypomnijmy więc, co dwa dni temu mówił Piontkowski: – „Tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór nie tylko na Podlasiu, także w innych częściach Polski. W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane”. Dodajmy, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar domaga się od premiera Morawieckiego wyjaśnień, czy ten komentarz ministra edukacji narodowej wyraża stanowisko rządu w sprawie ochrony wolności zgromadzeń, gwarantowanej w Konstytucji.