Archiwum | Społeczeństwo RSS feed for this section

Drożyzna, oszustwa, propaganda goebbelsowska – oto PiS

31 Lip

Z sondażu pracowni IBRiS dla RMF FM i „Dziennika Gazety Prawnej wynika, że aż 51,3 proc. respondentów uważa, iż ceny ceny „wzrosły wyraźnie mocniej” niż w poprzednich latach. 17,5 proc. jest zdania, że „wzrosły nieco mocniej”, a 22,1 proc., że wzrosły „nieznacznie”.

Przeprowadzone badania dowodzą, że najmocniej podwyżki cen w sklepach odczuwają kobiety, bo to one decydują o priorytetach domowych budżetów.  Wyższe rachunki odczuwają głównie ludzie w przedziale 30-40 lat.

Oceniając sytuację z pozycji partyjnych elektoratów drożyznę boleśnie odczuwają zwolennicy PSL-u i aż 96 proc. spośród nich nich mówi o bardzo wyraźnym wzrośnie cen. Podobnego zdania są zwolennicy Lewicy i Platformy Obywatelskiej.

I tylko wyznawcy PiSu nie mają większych zastrzeżeń, bo jedynie 33 procent z nich mówi o wyraźnym wzroście, a drugie tyle o niewielkim.

Tymczasem według ankietowanych najmocniej podrożały ubrania i obuwie – 18 proc. Następnie – opłaty mieszkaniowe, które wzrosły dla 16 proc. badanych „znacznie”, a 26 proc. ankietowanych mówi o „nieco” mocniejszym wzroście. Podobnie jest z cenami paliw.

Jak wynika z przeprowadzonej ankiety Polacy dostrzegają także problemy na rynku żywnościowym. 1 proc. spośród nich mówi o wyraźnie mocniejszej podwyżce, ale aż 55 proc. mówi o nieco mocniejszej niż zwykle, 33 proc. o niewielkim wzroście.

Wyniki najnowszego badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” pokazują, że zmalała społeczna akceptacja dla realizacji postulatów osób LGBT. Wcześniej w podobny sposób zmianie uległo nasze nastawienie do innych grup społecznych i narodowych. Polityka wskazywania wroga i straszenia Polaków „obcym” zaczyna zbierać swoje żniwo.

– Osoby LGBT stały się „nowymi uchodźcami” – mówi w rozmowie z Gazeta.pl socjolożka prof. Iwona Jakubowska-Branicka z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Mechanizm kreacji wroga jest zawsze ten sam: trzeba wskazać „obcego”, który chce nas zniszczyć, który nam zagraża. Mogą to być Żydzi, uchodźcy, ludzie innej kultury czy wyznania – wyjaśnia ekspertka od psychologii propagandy politycznej.

– Następuje ubiegunowienie, silna polaryzacja społeczeństwa na coraz większej liczbie obszarów – dodaje psycholog społeczny prof. Bogdan Wojciszke z Uniwersytetu SWPS. Jego zdaniem, „władza skrzętnie z tego korzysta, bo konstrukcja wroga przydaje się w twardej kampanijnej walce politycznej”.

Odwrót od LGBT

Zmianę nastawienia Polaków do społeczności LGBT i jej praw pokazuje najnowsze badanie IBRiS dla „Rzeczpospolitej”. Pytano w nim Polaków o akceptację dla głównych postulatów środowisk LGBT: związków partnerskich, małżeństw par jednopłciowych i adopcji dzieci przez takie pary.

Co wynika ze wspomnianego sondażu? 44 proc. społeczeństwa popiera wprowadzenie związków partnerskich. Niemal co trzeci Polak (32 proc.) nie widzi problemu w legalizacji małżeństw osób tej samej płci, natomiast 12 proc. badanych chce dopuszczenia adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Przeciwnych tym postulatom jest odpowiednio: 46, 56 i 76 proc. respondentów.

O te same kwestie w końcówce lutego Polaków pytali ankieterzy IPSOS. Wyniki badania, które przeprowadzili na zlecenie OKO.press mocno się jednak różnią. Związki partnerskie popierało wówczas 56 proc. Polaków, małżeństwa jednopłciowe 41, a adopcję dzieci przez takie pary – 18. Przeciwko tym rozwiązaniom było wówczas odpowiednio: 39, 54 i 77 proc. badanych.

LGBT, czyli wróg

W obu przytoczonych badaniach pytano Polaków o to samo – akceptację dla trzech głównych postulatów społeczności LGBT. Oba przeprowadzono tą samą metodą – wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI). Także próba badawcza w obu przypadkach była zbliżona – ogólnopolska, reprezentatywna, licząca odpowiednio 1004 (IPSOS) i 1100 (IBRiS) osób. Zważywszy, że oba sondaże dzieli raptem pięć miesięcy, zmiana jest zauważalna. Tym bardziej, że wcześniej tendencja dla akceptacji postulatów środowisk LGBT była – umiarkowanie – ale jednak rosnąca. Co zmieniło się w ostatnim czasie? Mówiąc wprost: polityczna użyteczność mniejszości seksualnych.

O ile wcześniej wiadomo było, które partie popierają ich postulaty, a które są im przeciwne, o tyle od momentu podpisania w połowie lutego przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego karty LGBT+ geje, lesbijki, biseksualiści i transseksualiści znaleźli się w samym środku politycznej wojny polsko-polskiej. A więc w miejscu, w którym nikt nie bierze jeńców.

Osoby LGBT i ich postulaty stały się dla rządzących idealnym narzędziem do rozmontowania mającej olbrzymie problemy ze światopoglądową spójnością Koalicji Europejskiej (sojuszu PO, Nowoczesnej, SLD, PSL i Zielonych). Sytuację osób LGBT dodatkowo pogorszyła wypowiedź wiceprezydenta stolicy Pawła Rabieja o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”.

Skrót „LGBT” nie schodził z ust polityków Prawa i Sprawiedliwości oraz przekazów mediów sprzyjających „dobrej zmianie” (ze szczególnym uwzględnieniem Telewizji Polskiej). Podczas kampanijnego objazdu kraju był nawet taki okres, że temat LGBT pojawiał się na niemal każdej konwencji regionalnej partii władzy. – My chcemy jasno powiedzieć: tu mówimy nie, a już w szczególności jeżeli chodzi o dzieci. Wara od naszych dzieci – grzmiał podczas spotkania z wyborcami w Katowicach prezes partii rządzącej.

Jak pisały wówczas Wirtualna Polska i „Newsweek”, nie było to dziełem przypadku. Kompleksowe analizy socjologiczne zamawiane przez PiS wskazały bowiem, że temat LGBT mocno aktywizuje wyborców „dobrej zmiany”. Do tego dawał szanse na poróżnienie chadecko-konserwatywnego PSL z bardziej progresywną częścią Koalicji Europejskiej. W nieoficjalnych rozmowach sztabowcy PiS-u przyznawali, że choćby z tych dwóch powodów ofensywa przeciwko LGBT będzie trwać.

Naruszenie sfery sacrum

Prof. Henryk Domański, socjolog z Polskiej Akademii Nauk, stawia hipotezę, że za zmianą nastrojów społecznych stoi sympatia i zaufanie, jakim Polacy darzą rząd. A skoro politycy rządu bardzo krytycznie czy wręcz napastliwie wypowiadali się o osobach LGBT, wywarło to oczywisty wpływ także na wyborców. W rozmowie z Gazeta.pl socjolog przewiduje, że jeśli PiS utrzyma się przy władzy na kolejne cztery lata, postulaty mniejszości seksualnych będą spotykać się z coraz mniejszym zrozumieniem i akceptacją ze strony Polaków.

– Wskazanie jako wroga osób LGBT jest z punktu widzenia autorów tego przekazu szczególnie wygodne i skuteczne. Skonstruowano opowieść, że wróg ten zagraża nam w sposób wyjątkowo niebezpieczny, niszcząc najistotniejsze tradycyjne wartości takie jak rodzina, wielowiekowa tradycja, kanony wiary i wreszcie bezpieczeństwo dzieci – wyjaśnia prof. Iwona Jakubowska-Branicka. Jej zdaniem, efekt ataku na mniejszości seksualne dodatkowo spotęgowało zaangażowanie się w to części polskiego Kościoła, który „z definicji przez dużą część ludzi postrzegany jest jako funkcjonujący w obszarze sacrum, czyli świętości”.

Prof. Bogdan Wojciszke zwraca uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz, o której w tym kontekście zapominamy. – Jesteśmy niesłychanie jednorodnym społeczeństwem pod względem narodowym i religijnym. To wręcz ewenement na skalę Europy, o ile nie świata – mówi w rozmowie z Gazeta.pl. I dodaje: – Ma to też jednak swoje ciemne strony. Jako społeczeństwo nie jesteśmy przyzwyczajeni do inności, do odmienności. Nie rozumiemy jej, nie mamy z nią kontaktu. Dlatego łatwo nas nią nastraszyć i do niej zniechęcić.

LGBT nie było pierwsze

Przypadek środowisk LGBT i zmiany społecznego postrzegania tej grupy nie powinien dziwić, bo to nie pierwszy raz, kiedy jakaś grupa zostaje wzięta na celownik przez rządzących i sympatyzujące z nimi media. Jeszcze przed wyborczą wygraną w 2015 roku, PiS rozpętało nagonkę na uchodźców i imigrantów. We wrześniu 2015 roku prezes Kaczyński mówił w Sejmie, że uchodźcy to „problem niemiecki, a nie nasz”, straszył prawem szariatu we Francji, kościołami przerabianymi na toalety we Włoszech czy szwedzkimi strefami no-go, do których nie zapuszcza się nawet policja. Na ostatniej prostej przed wyborami jeszcze wzmocnił antyimigrancką retorykę, strasząc Polaków pasożytami i zakaźnymi chorobami przenoszonymi przez przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Taką linię wobec uchodźców Nowogrodzka kontynuowała także po przejęciu władzy, czyniąc z nich etatowego wroga i symbol nacisków Unii Europejskiej, która rzekomo chce narzucić Polsce przyjęcie uchodźców. Antyimigrancki spot PiS-u z kampanii przed wyborami samorządowymi spotkał się z powszechnym potępieniem. Nawet niektórzy politycy PiS-u komentowali, że był to krok zły i niepotrzebny. Na efekty takiej polityki nie trzeba było długo czekać. Nastroje społeczne zmieniły się zauważalnie. O ile w czerwcu 2015 roku przeciwko przyjmowaniu uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu było 53 proc. Polaków, o tyle w lipcu 2018 roku wskaźnik ten wynosił już 72 proc. (w obu przypadkach badanie przeprowadzał CBOS).

Los uchodźców i osób LGBT w pewnym stopniu podzielili też Żydzi. W trakcie potężnego kryzysu dyplomatycznego na linii Warszawa – Tel Awiw, wywołanego nowelizacją ustawy o IPN, to właśnie ta nacja była celem prorządowej propagandy i medialno-eksperckiego zaplecza rządu. Cel był oczywisty: odeprzeć oskarżenia o spektakularnej klęsce w polityce zagranicznej, a także zanegować fakt, że Polska w swojej historii zapisała także mniej chlubne karty.

Głośnym echem odbił się chociażby incydent w emitowanym na antenie TVP Info programie „Studio Polska”, gdzie na pasku wyświetlane były antysemickie wpisy internautów. Spotkało się to z tak dużą i tak powszechną krytyką, że od sprawy musiał odciąć się sam prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski. Także w szeregach PiS-u były przypadki zachowań antysemickich. Wystarczy wspomnieć senatora Waldemara Bonkowskiego, który w mediach społecznościowych udostępniał obraźliwe wobec Żydów treści. Także tutaj fala krytyki spowodowała ostrą reakcję przełożonego – prezes Kaczyński zawiesił Bonkowskiego w prawach członka partii i klubu parlamentarnego.

Kryzys dyplomatyczny pomiędzy Polską i Izraelem kilkukrotnie przygasał i wybuchał z nową siłą. Nawet wtedy, gdy kwestia nowelizacji ustawy o IPN była już dawno rozwiązana (np. po zorganizowanym w Warszawie szczycie bliskowschodnim, gdzie izraelski premier Benjamin Netanjahu stwierdził, że Polacy kolaborowali z Niemcami). Propagandowa ofensywa antysemicka z czasem jednak wyhamowała. Być może dlatego stosunek Polaków do Żydów pogorszył się umiarkowanie – w lutym 2017 roku niechęć do nich deklarowało 26 proc. naszych rodaków, a w lutym 2019 roku 33 proc.; w tym samym czasie sympatia spadła z 37 do 31 proc. (wyniki za CBOS).

– Zastępczych wrogów udaje się zaszczepić społeczeństwu, kiedy brakuje tych prawdziwych. Nie mamy dziś zagrożenia z zewnątrz ani z wewnątrz, więc łatwo tego fikcyjnego wroga wymyślić – zauważa prof. Bogdan Wojciszke. – Najlepszym sposobem na przełamanie swojego strachu przed obcym, innym jest bezpośredni z nim kontakt. W ten sposób wyleczyliśmy się z naszej antyniemieckiej fobii – przekonuje psycholog.

Podobnego zdania jest prof. Iwona Jakubowska-Branicka, jednak ma dużo większe obawy, co do tego, jak sytuacja potoczy się w przyszłości. – Figura wroga jest w socjotechnice propagandy politycznej bezcenna. Pozwala zbudować prostą wizję świata, w którym jesteśmy „my” i „oni”. To z kolei umacnia spoistość danej grupy, która wspólnie musi walczyć z nieprzyjacielem. Wreszcie umocniona zostaje też tożsamość grupy i wewnątrzgrupowe więzi, bo przecież walczymy w obronie tych samych wartości – analizuje.

Jej zdaniem, w schemacie konstrukcji wroga pod matematyczne „x”, którym dziś są osoby LGBT, podstawić można kogokolwiek. Mechanizm będzie działać w ten sam sposób, z tą samą efektywnością. – W ten sposób buduje się syndrom oblężonej twierdzy. W polityce to potężna broń – podkreśla socjolożka. I przestrzega: – Na końcu, jak już zabraknie wrogów zewnętrznych, jako wróg będzie prezentowany każdy, kto ma odmienne poglądy, każdy „myślący inaczej”.

W Polsce ludzie zwalniani są z pracy za krytykę rządu, dziennikarzom uniemożliwia się rzetelne wykonywanie ich pracy, zachęca się całą polityką państwa do przemocy wobec całych grup obywateli uważanych za gorsze, czego efekty widzieliśmy w Białymstoku. Jeśli PiS wygra wybory, z pewnością będzie ciąg dalszy.

Największa trudność w dostrzeżeniu, że dekonstruuje się państwo prawa polega na tym, że odbywa się to powoli, małymi krokami, afera po aferze, bezprawie po bezprawiu, kłamstwo po kłamstwie. Nie ma jednego przerażającego aktu zdrady stanu, wstrząsu, który pozostawi obywateli w niemym zdumieniu. Przeciwnie, życie toczy się jak zawsze, ludzie jak zawsze zajęci są swoimi sprawami i gdzieś w tym wszystkim marszałek Kuchciński wykorzystuje służbowe loty, opatrzone wyraźną instrukcją, kto i jak może z nich korzystać, do prywatnych celów (rzecz, która nadaje się na dymisję) i mówi, że nic się stało, a jego partyjni koledzy śmieją się wyborcom w twarz, mówiąc, że już po fakcie te loty trzeba będzie zalegalizować.

Gdzieś tam między suszą a urlopami Kancelaria Sejmu mówi, że nie uzna wyroku NSA nakazującego ujawnienie list poparcia dla kandydatów „nowej” pisowskiej już KRS, co właściwie oznacza, że Polska oficjalnie staje się państwem bezprawia. Gdzie indziej z kolei trwa już w najlepsze prowadzona między innymi w kościołach i TVP Info kampania wyborcza, której prowadzić nie wolno, bo zgodnie z prawem jest to dozwolone dopiero od momentu zarejestrowania komitetów wyborczych. I co? I nic? Ponieważ większość ludzi tak jest skonstruowana, że docierają do nich tylko wielkie zdarzenia, akty strzeliste i trzęsienia ziemi.

Tym razem jednak sytuacja polityczna, dobro i bezpieczeństwo nas wszystkich i kraju, jak górnolotnie by to nie brzmiało, wymaga większej przenikliwości i umiejętności dostrzeżenia prawdy wśród wielu małych zdarzeń. A prawda jest taka, że na naszych oczach, rodzi się, a właściwie już się narodziła, a teraz tylko pogłębia dyktatura, czyli państwo, w którym nie akty prawne tylko słowo jednego człowieka decyduje o losie ludzi i działaniu instytucji. W którym służby porządkowe i resort siłowe nie bronią obywateli, tylko chronią partię przed konsekwencjami ich niezadowolenia. W którym Sejm nie jest już miejscem debaty i ścierania się opinii, tylko miejscem opresji dla posłów opozycji i wymyślania kolejnych sposobów jak obejść Konstytucję i ustawy niewygodne dla PiS.

W Polsce ludzie zwalniani są z pracy za krytykę rządu, dziennikarzom uniemożliwia się rzetelne wykonywanie ich pracy, czyli informowanie opinii publicznej o nadużyciach władzy, zachęca się całą polityką państwa do przemocy wobec całych grup obywateli uważanych za gorsze, czego efekty widzieliśmy w Białymstoku.

To już się dzieje i jest ogromną sztuką umieć to zobaczyć i zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i z tego, że jeśli PiS wygra wybory, z pewnością będzie ciąg dalszy – to dopiero początek.

Dane osobowe mają chronić osobę, a nie jej działalność, w szczególności publiczną. Podpisanie wniosku zgłaszającego kandydaturę na członka KRS to jest typowa działalność publiczna, która nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. Wyrok NSA jest jasny: opublikować. Chcę podkreślić bardzo mocno, że są przepisy Kodeksu karnego dla osób, które bojkotują wykonanie wyroków sądowych – mówi Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Rozmawiamy nie tylko o sprawie list KRS, ale też o stanie praworządności, pytamy o nową nomenklaturę władzy i wydarzenia w Białymstoku. – To jakiś obłęd, karykatura, gombrowiczowska rzeczywistość się ujawniła. Jeżeli tego nie uda nam się powstrzymać, to ciągle będziemy udowadniali, że nie umiemy się dobrze i odpowiedzialnie rządzić – mówi nasz Stępień

JUSTYNA KOĆ: Listy poparcia do KRS miały być ujawnione, ale okazało się, że – jak poinformowało Centrum Informacyjne Sejmu – “prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych zbada zgodność z prawem polskim i europejskim procedury udostępnienia list poparcia kandydatów do KRS”. Wszystko mimo decyzji NSA.

JERZY STĘPIEŃ: Tego rodzaju argumentacja jest upowszechniana od pewnego czasu. Oczywiście jest kłamliwa, wykrętna i nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. Dane osobowe mają chronić osobę, a nie jej działalność, w szczególności publiczną. Podpisanie wniosku zgłaszającego kandydaturę na członka KRS to jest typowa działalność publiczna, która nie ma nic wspólnego z ochroną danych osobowych. To kłamstwo obliczone na niewiedzę ludzi. Wyrok NSA jest jasny: opublikować, a przecież sąd w pierwszej kolejności musiał badać, czy istnieje negatywna przesłanka do wydania orzeczenia w postaci ochrony danych osobowych, czy innych instytucji, które chronią praw człowieka.

SĄD TO WSZYSTKO BADAŁ, WYDAŁ WYROK I TERAZ TEN WYROK MUSI ZOSTAĆ WYKONANY.

Chcę podkreślić bardzo mocno, że są przepisy Kodeksu karnego dla osób, które bojkotują wykonanie wyroków sądowych.

Żyjemy w kraju, gdzie każdy wyrok można podważyć, zwłaszcza ten, który władzy nie odpowiada?
Dlatego nie żyjemy już w państwie prawa, pojawiła się grupa ludzi, która stawia się ponad prawem, ponad orzeczeniami sądów. Przypomnę tu pierwsze posiedzenie Sejmu tej kadencji, kiedy Kornel Morawiecki powiedział, że są pewne wartości ważniejsze, niż prawo, a tą wartością jest dobro narodu. Wówczas nieomal cała sala biła mu brawo. To jest najlepszy dowód, jaki jest poziom mentalności naszych parlamentarzystów. Ciągle mamy do czynienia z myśleniem przedstawionym wówczas przez Kornela Morawieckiego: my jesteśmy reprezentacją narodu i najlepiej rozumiemy, czym jest dobro narodu, w związku z tym jeżeli uznamy, że jakiś wyrok godzi w to dobro narodu, to oczywiście nie będziemy go wykonywali.

TO KLASYCZNE POSTAWIENIE SIĘ PONAD PRAWEM. JAKIE TO WYWOŁUJE SKUTKI, EUROPA WIELOKROTNIE UKAZYWAŁA W SWOJEJ HISTORII.

Co jest w tych listach, że PiS tak bardzo broni się przed ich opublikowaniem?
Muszą być tam bardzo kompromitujące rzeczy, bo inaczej dawno by te listy opublikowali. Być może są tam nawet jakieś fałszerstwa, może ktoś zgłosił kandydata w nieświadomości, potem napisał oświadczenie, że wycofuje się z poparcia, może brakuje podpisów. Sądzę, że chodzi o fundamentalną sprawę, bo gdyby to był drobiazg, to listy dawno zostałyby upublicznione

Zobaczymy w końcu te listy, czy musi się zmienić władza?
Wcześniej czy później wyciekną, tak jak wyciekają materiały z prokuratury, instytucji ochrony państwa, najbardziej tajne informacje. To też w końcu wypłynie, tylko po jakimś czasie. Proszę zwrócić uwagę, że

JEŻELI OKAŻE SIĘ, ŻE SĄ NA TYCH LISTACH JAKIEŚ BŁĘDY FORMALNE, TO CAŁY PROCES POWOŁYWANIA KRS STAJE POD ZNAKIEM ZAPYTANIA; JEŚLI TAK, TO TAKŻE NOMINACJE SĘDZIÓW, KTÓRE TA NEO-KRS WYSUNĘŁA.

Listy KRS to nie jedyny problem PiS-u z prawem. Prokuratura nie przesłucha Marka Falenty w związku z listami szantażującymi premiera i prezydenta. Listy, gdzie pisze: “nie będę umierał w samotności, ujawnię swoich mocodawców”.
I pewnie w końcu to zrobi, ale ja nie chcę tego komentować, bo nie znam szczegółów.

Na pewno tą sprawą w całości, całą aferą podsłuchową powinna się zająć komisja śledcza w nowej kadencji. W tym przypadku wyraźnie widać, że inne instytucje powołane do ochrony porządku prawnego nie są w stanie uporać się z tą sprawą.

To, co zrobił Falenta, jest szantażem i powinno się to spotkać z reakcją prokuratury. Niestety, jaka dziś jest prokuratura, każdy widzi.

STRUKTURY WŁADZY PUBLICZNEJ POSTAWIŁY SIĘ PONAD PRAWEM, SĄ NIEUDOLNE W WIELU ASPEKTACH, SĄ PRZEKONANI, ŻE TEN NARKOTYK W POSTACI 500 PLUS BĘDZIE DZIAŁAŁ. JAK KAŻDY NARKOTYK, MUSI MIEĆ KOLEJNE DAWKI, ABY DALEJ DZIAŁAĆ, TYMCZASEM NA DAWKI WZMACNIAJĄCE NIE MA ŚRODKÓW.

Jeszcze niedawno CIS oficjalnie pisało, że nie było lotów marszałka Kuchcińskiego z rodziną. Potem, że było ich 6, dziś już wiemy, że ponad 20.
Niezależnie, czy członkowie rodziny byli, czy nie, to czy te loty były w ogóle uzasadnione? Jeśli podaje się w uzasadnieniu lotu, że to jest misja oficjalna, a lata się na weekend do domu, to samo to jest już skandalem. To, że nie zapłacili członkowie rodziny za loty, jest sprawą groszową w porównaniu do tego, ile kosztuje sam lot o statusie HEAD. To jest jakiś obłęd, ja widzę tu styl bizantyjski – skoro jestem na stanowisku marszałka, to całe państwo powinno mi służyć, moim prywatnym interesom. To jest to samo myślenie, które występowało przy premiach dla członków rządu. Niezależnie, czy wpłacili je potem na cele charytatywne, czy nie, to te pieniądze wzięli bez podstawy prawnej i powinny one zostać zwrócone do Skarbu Państwa. Ministrowie nie mają podstawy prawnej, aby dostawać premie.

TO URZĘDNICY, PRACOWNICY MOGĄ JE DOSTAWAĆ, POLITYCY NIE MAJĄ PRAWA BRAĆ NAGRÓD. ONI PO PROSTY PRZYWŁASZCZYLI SOBIE MIENIE PAŃSTWOWE I TO MIENIE, KTÓRE PODLEGAŁO ICH OCHRONIE. W PRZYSZŁOŚCI MUSI SIĘ TO SPOTKAĆ Z OSTRĄ REAKCJĄ ORGANÓW ŚCIGANIA.

Czy to nie świadczy o tym, że ukształtowała się w Polsce nomenklatura rodem z PRL?
Oczywiście, że tak, to jest typowe zachowanie nomenklatury dla tamtych czasów. Zresztą panujący pan prezes Kaczyński sam mówił, że “jesteśmy nowa elitą”, a wy jesteście “gorszym sortem”. To jest nowa “szlachta”, nowa nomenklatura. Wydawało się, że doświadczenia PRL uchronią nas przed tym, ale widać, że to jakaś głębsza, psychologiczna sprawa wynikająca być może z jakichś kompleksów, niedomogów w wykształceniu, w wychowaniu, że w pewnym momencie jedna z grup uważa się za lepszą.

Dla mnie klasycznym tego przykładem jest pan poseł Suski, który kiedyś opowiadał, że on jest “genetycznym patriotą”. Proszę zwrócić uwagę, co to znaczy – to nieważne, jakie mam wykształcenie, predyspozycje do pełnienia funkcji w państwie, ważne jest to, że moi przodkowie zasłużyli się dla państwa, więc jako dziedzic dorobku moich pokoleń mam prawo do funkcjonowania w warstwie uprzywilejowanej.

Pan Suski skończył, o ile dobrze pamiętam, technikum teatralne i jest perukarzem. To jest ważny zawód, bo bez perukarza żaden teatr nie może istnieć, ale nie to zdaniem pana Suskiego jest istotne, tylko to, że jego przodkowie dokonali jakichś patriotycznych czynów.

To jakiś obłęd, karykatura, gombrowiczowska rzeczywistość się ujawniła. Jeżeli tego nie uda nam się powstrzymać, to ciągle będziemy udowadniali, że nie umiemy się dobrze i odpowiedzialnie rządzić.

Co o nas samych powiedział nam Białystok?
Jest pewna część społeczeństwa, wcale nie mała, która opowiada się za władzą silną, dyktatorską i

TAKIE SKRAJNIE PRAWICOWE POSTAWY POKAZUJĄ, ŻE NIE DEMOKRACJA JEST WAŻNA, TYLKO SILNA WŁADZA.

Te środowiska uważają, że jeżeli będą blisko silnej władzy, pokażą, że potrafią bić i brutalnie się zachowywać, to władza będzie ich potrzebować. To także jest wynik niedomogów w edukacji i rodzinie, w systemie wartości, pewnych rzeczy nie przerobiono także historycznie. Oczywiście w każdym społeczeństwie jest grupa ludzi, którzy w taki sposób myślą, ale w latach 70. i 80. wydawało mi się, że jeżeli w przyszłości będzie wolność i demokracja, chociaż wtedy sam w to nie wierzyłem, to na pewno ton będą nadawać postawy demokratyczne. Niestety, okazało się, że część społeczeństwa opowiada się za dyktaturą, silną władzą, i to jest bardzo smutne.

Kiedyś powiedziałem, że sytuacja, która wytworzyła się po 2015 roku, przypomina czasy Republiki Weimarskiej, czyli czas przed dojściem Hitlera do władzy. Ostro mnie wtedy zaatakowano, m.in. pan prof. Antoni Dudek.

NIE UWAŻAM, ŻE W NASTĘPSTWIE MOŻE DOJŚĆ DO CZEGOŚ NA KSZTAŁT “DRUGIEGO HITLERA”, ALE TEN CHAOS JEST KOMUŚ POTRZEBNY, KOMUŚ, KTO CHCE SILNĄ RĘKĄ PROWADZIĆ RZĄDY, I JA BARDZO SIĘ TEGO BOJĘ.

Całe szczęście, że jesteśmy w Unii, bo to ta zbiorowa świadomość społeczeństwa europejskiego w pewien sposób nas zabezpiecza przed tym, co wydarzyło się w Europie w latach 30., potem w 50. Wydarzenia z Białegostoku moim zdaniem pokazują, że jesteśmy o krok od wydarzeń z nocy kryształowej. Nie ma Żydów, ale przeciwnika zawsze się znajdzie. Teraz to LGBT.

Reklamy

Kościół i PiS pierdzą ustami. Z życia pasqud 29

24 Lip

Setki osób – mimo padającego deszczu – pojawiło się we wtorkowy wieczór na Długim Targu w Gdańsku, aby zaprotestować przeciw temu, co wydarzyło się podczas Marszu Równości w Białymstoku. Kibole i chuligani zaatakowali tam uczestników tego przemarszu. – „Ci ludzie, którzy bili, którzy nienawidzili też są ważni. Dlaczego? Bo oni bardzo się boją, bo nienawiść i agresja bierze się ze strachu” – mówił do zgromadzonych w Gdański Paweł Lęcki, nauczyciel z Sopotu, który wymyślił hasło „Strefa wolna od stref” w odpowiedzi na naklejki prawicowego tygodnika „Strefa wolna od LGBT”.

Demonstracja w Gdańsku odbywała się pod hasłem „Strefa wolna od stref – pokażmy, że miłość wygrywa”. – „Solidarność z osobami dyskryminowanymi to nasz obowiązek. Bierność prowadzi do strasznych rzeczy” – mówili organizatorzy protestu z Młodej Zarazy, która powstała z połączenia grup: Młodzi ponad Podziałami, Strajk Uczniowski oraz Trójmiejski Strajk Klimatyczny.

„Nas, młodych ludzi, oburza, że w kraju, gdzie Konstytucja zapewnia wszystkim równość, człowiek jest dla człowieka wilkiem. Jedni nienawidzą drugich za coś, na co żaden człowiek nie ma wpływu, osoby LGBT nie decydują o swojej orientacji seksualnej, tylko takie się rodzą” – powiedział „GW” Mikołaj Gwizdowski z Młodej Zarazy, uczeń trzeciej klasy II LO w Sopocie.

Kolejne demonstracje planowane są także w innych miastach. W Poznaniu i Łodzi odbędą się one w najbliższy czwartek. W piątek protest przeciw przemocy organizuje Tęczowe Opole, a w Szczecinie tego dnia zaplanowana jest „Strefa wolna od nienawiści”. W sobotę manifestacje odbędą się m.in. w Warszawie i Toruniu.

„Wpadł mi w ręce przekaz dnia dla posłów PiS, a w nim zabawny fragment o naklejce „GP”: „TO NIE JEST NASZA AKCJA, PROSZĘ PYTAĆ JEJ ORGANIZATORA O CO MU CHODZI I CZEMU WYBRAŁ TAKĄ FORMĘ. Mamy tu do czynienia z jednym z tytułów prasowych, który rozdaje takie dodatki jakie chce” – napisał na Twitterze Wojciech Szacki z „Polityki”. Chodzi o kolportowane przez tygodnik Tomasza Sakiewicza naklejki „Strefa wolna od LGBT”.

A zastosowanie tegoż przekazu w praktyce mogliśmy zaobserwować już wczoraj. – „Jako rządzący nie będziemy narzucać wolnej prasie i wolnym mediom, co ma pisać i jakie ma naklejki dołączać” – mówił jeden z najwierniejszych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego wicepremier Jacek Sasin w TVN24.

W tym wolnym medium, czyli „Gazecie Polskiej,” w radzie nadzorczej spółki Forum, która wydaje pismo, zasiadają europoseł PiS Ryszard Czarnecki, kierowca Jarosława Kaczyńskiego oraz dwie sekretarki z biura partii. Prezesem spółki jest krewny prezesa PiS.

„O tym, że 40% jej przychodu [„Gazety Polskiej] to sponsoring ze strony spółek skarbu państwa – cicho, sza!”; – „Powinni tam jeszcze dopisać: wszelkie związki „GP” z naszą partią są czysto przypadkowe”; – „Jak ONI to spamiętają biedaczyska? Chyba ściągę muszą dawać niektórym egzemplarzom”; – „Dla posła Czarneckiego był jakiś indywidualny, czy liczą na jego kreatywność?” – komentowali internauci.

Minister edukacji narodowej nieudolnie próbuje tłumaczyć swoją kuriozalną wypowiedź po Marszu Równości w Białymstoku. Teraz Dariusz Piontkowski twierdzi, że została ona „źle odczytana”. – „Ja tylko mówiłem, że tego typu manifestacje budzą ogromne emocje. One czasami doprowadzają także do zachowań agresywnych i w Białymstoku mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. W związku z tym, mówiłem, że warto przygotować się na skutki organizowania takich manifestacji – jednym z nich jest m.in. ogromna skala emocji” – powiedział.

Na tym nie poprzestał. Stwierdził także, że „być może był nieprecyzyjny w swojej wypowiedzi”. – „Chciałem wskazać na to, że takie manifestacje, organizowane przez te środowiska budzą duże emocje. Pojawia się kwestia bezpieczeństwa przy okazji tych marszów i niestety, tak jak i w innych miastach, tak w Białymstoku widać, że te emocje znalazły swoje ujście na zewnątrz” – powiedział Piontkowski.

Brakuje jeszcze – często stosowanego przez wielu polityków PiS – „argumentu”, że wypowiedź została wyrwana z kontekstu.

Przypomnijmy więc, co dwa dni temu mówił Piontkowski: – „Tego typu marsze, wywoływane przez środowiska próbujące forsować niestandardowe zachowania seksualne, budzą ogromny opór nie tylko na Podlasiu, także w innych częściach Polski. W związku z tym warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane”. Dodajmy, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar domaga się od premiera Morawieckiego wyjaśnień, czy ten komentarz ministra edukacji narodowej wyraża stanowisko rządu w sprawie ochrony wolności zgromadzeń, gwarantowanej w Konstytucji.

Jerzy Surdykowski: Przemija postać świata

3 Maj

Jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy – pisze Jerzy Surdykowski w miesięczniku „Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (3/19). „Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia” – podkreśla autor

Powiada się, że miniony wiek XX wcale nie zaczął się w 1900 roku, lecz czternaście lat później, z chwilą wybuchu pierwszej wielkiej wojny. Wtedy dopiero zaczął odsłaniać swe prawdziwe, ludobójcze i totalitarne oblicze. Nie inaczej z obecnym stuleciem, które bynajmniej nie rozpoczęło się w roku 2000, ani nawet 11 września 2001, kiedy tak tragicznie i spektakularnie ujawnił się światowy terroryzm. Nie on jednak zadecyduje o nadchodzącej przyszłości. Nasz wiek zaczął się może w 2005 roku, kiedy narody Zachodu odrzuciły projekt dalszej integracji Unii Europejskiej, może w 2016, z chwilą zwycięstwa Trumpa w USA, a może trochę wcześniej, gdy na Węgrzech zwyciężył Orbán, w Grecji „Syriza”, a wkrótce potem w Polsce rządząca dziś partia.

Albo inaczej: zapomnieliśmy, że istnienie ZSRR miało dla świata pożytki, które skończyły się wraz z upadkiem komunizmu. Sowieckie zagrożenie wymuszało bowiem jedność demokratycznego Zachodu, integrowało Europę i USA, było spoiwem tak dla NATO, jak Unii Europejskiej. Co więcej, cywilizowało kapitalizm, przymuszało, by pokazywał „ludzką twarz”, by sprostał wyzwaniu rzuconemu z Moskwy nie tylko na polu technologii i dochodu narodowego, ale codziennego życia obywateli. To wszystko przestało działać wkrótce po euforycznym i pełnym fałszywych prognoz roku 1989.

Ale może to wszystko jest drugoplanowe. Bo na pierwszym planie jest wyrośnięcie w niebywale krótkim czasie nowego supermocarstwa, które właśnie dościga – dotąd tak pewną swojej przewagi – Amerykę. W tamtym historycznym dla nas roku 1989 Chiny były jeszcze rezerwatem biedy i zacofania, borykającym się nie tylko z dziedzictwem nieszczęsnej „rewolucji kulturalnej” przewodniczącego Mao, ale z krwawo stłumionym buntem na placu Tian’anmen. Czym Chiny są dziś – wiadomo. Nikt w tamtych czasach nie był w stanie wyobrazić sobie postępu, jaki dokonał się w tym olbrzymim kraju. To obrazuje bezsilność i fałsz przewidywań przyszłości. Ale jedno jest dziś pewne: bezpieczna, przyjazna i przewidywalna rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych, a może i pierwszego dziesięciolecia naszego wieku, należy do bezpowrotnej przeszłości. Przemija postać świata. Niebo się chmurzy.

Słońce zachodzi na zachodzie

Historyczny rok 1989 otworzył zniewolonym dotąd narodom drzwi na Zachód. W czasach komunizmu marzeniem Polaków była ucieczka do „wolnego świata”, co udawało się nielicznym, teraz w tej bajkowej krainie swobody i dobrobytu mogliśmy znaleźć się wszyscy. Ale naszą drogę do NATO i Unii Europejskiej zwiastowały już wtedy złe omeny, których woleliśmy nie dostrzegać. Ledwie prezydent Clinton ogłosił w Warszawie zaproszenie nas do Sojuszu, już trzeba było poprzeć bombardowanie Belgradu, choć sympatyczni „Jugole” nie budzili wrogich uczuć.

Wkrótce potem musieliśmy wziąć udział w dwu zamorskich, niepotrzebnych i źle przygotowanych amerykańskich wojnach w Iraku i Afganistanie, pieczętując to krwią polskich żołnierzy. Ledwie w 2004 roku zostaliśmy po długotrwałych negocjacjach przyjęci do Unii Europejskiej, a już referenda we Francji i Holandii odrzuciły projekt europejskiej konstytucji, stanowiący podstawę dalszej integracji. Rządzący Polską po 2005 roku przyjęli to z ulgą, a wielu z nas też obawiało się europejskiego „superpaństwa”. Ale właśnie wtedy Unia straciła swój dalekosiężny cel i rozpoczęło się dreptanie w miejscu, a niezbyt wydarzone pomysły brukselskiej biurokracji pogłębiały rozczarowanie. Wkrótce potem wybuchł kryzys finansowy lat 2008‒2009 i okazało się, że Grecja – ale nie tylko ona – oszukuje Brukselę, zaciągając kredyty na cudzy (zwykle niemiecki) koszt. Unia pozbawiona celów dalekosiężnych i akceptowanych przez większość Europejczyków stała się dla nas tylko bankomatem do pobierania dotacji, a dla czołówki Zachodu – jak Niemcy, Francja czy opuszczająca właśnie Unię Wielka Brytania – tylko ciężarem, a w najlepszym razie rynkiem zbytu.

Sojusz Północnoatlantycki miał kiedyś cel oczywisty: był tarczą i mieczem Zachodu wobec możliwej w każdej chwili sowieckiej agresji. Teraz sam nie wie, czym chce być: obrońcą demokracji w świecie czy zbrojnym ramieniem przeciw watażkom i dyktatorom? Dotkliwie sparzył się na tym nie tylko w Afganistanie. Może powinien być tylko obwarowanym obozem bogaczy przerażonych zalewem głodnych rzesz z Południa? A może tylko amerykańską grupą sojuszniczą, w której pomniejsi partnerzy uczestniczą w zamian za doraźne korzyści?

Ale wtedy obrona Europy zejdzie na dalszy plan, bo Ameryka ma dziś interesy gdzie indziej. Nie inaczej z Unią: jeśli ma być tylko strefą wolnego handlu i współpracy gospodarczej, jak niegdyś jej poprzedniczka EWG, to nadal politycznie będzie zerem. Będzie niezdolna przeciwstawić się Rosji, Chinom czy Ameryce, będzie bezsilna nawet wobec wielkich ponadnarodowych koncernów i banków. Jest jedyną w dziejach i bardzo zaawansowaną próbą stworzenia politycznego organizmu ponadnarodowego, w sytuacji gdy zglobalizowana gospodarka już dawno stała się ponadnarodowa i nie napotyka w tej sferze żadnych granic. Jeśli nie uda się Unii, nie uda się już nikomu.

Nie ma już dziś „wolnego świata”

Ale kogo właściwie należy dziś bronić, w czyim interesie występować? W drugiej połowie minionego wieku słowa „Zachód” czy „wolny świat” były czymś oczywistym, „żelazna kurtyna” oddzielała wolność od zniewolenia. Dziś Zachód utracił nie tylko przewagę technologiczną, bo depcą mu po piętach Chiny, a za nimi nawet Indie, ale także ideał wolności uległ rozmyciu. Nie ma już prostej antynomii: tu dobro, a tam totalitarna dyktatura. Żadna licząca się siła polityczna w jakimkolwiek kraju nie proponuje już ideologicznej utopii jako recepty na zbawienie świata. Za to demokracji mamy różnobarwną obfitość, choć coraz częściej to kamuflaże. Dawniej wiadomo było, że demokracja ma być liberalna, dziś ten ideał zbrzydł, bo okazał się trudny i wymagający, więc ludzie garną się do łatwiejszych podróbek. Byle watażka reklamuje się jako demokrata i otula owczą skórą, głosząc, że uszczęśliwi wszystkich, byle tylko oddali nań głos w najbliższych wyborach. Oczywiście nie mówi, że następne sfałszuje. Więc wolność – choć nadal mamy ją za wzniosłą i piękną – straciła siłę przyciągającą.

Zresztą dzisiejszy „wolny świat” – jeśli jeszcze sięga po te zużyte miano – nie przypomina tego sprzed półwiecza. Na czele londyńskiej metropolii stoi dziś Pakistańczyk, islamscy ministrowie nie są już szokiem, ale oczywistością w Wielkiej Brytanii, Francji, a nawet w Szwecji. Ameryka poszła w tę stronę jeszcze szybciej, anglosascy WASP-owie to dziś mniejszość; przewagę osiągnęli łącznie traktowani Latynosi i Afroamerykanie. Europa nie jest dziś na czele tamtejszych zainteresowań nie tylko ze względu na interesy gospodarcze i militarne, także z powodu korzeni i sentymentów ludności. Nie inaczej w Europie: brak sowieckiej presji – wymuszającej jedność i rozmycie integrujących całość dalekosiężnych celów Unii – sprawił, że na wierzch wychodzą interesy poszczególnych państw. Rozgrywane w Brukseli w jak najbardziej XIX-wiecznym stylu, choć pod kamuflażem europejskich frazesów.

Nie ma już „wolnego świata”, nie ma już „Zachodu” w starym rozumieniu. „Biała Europa braterskich narodów” istnieje tylko na transparentach niesionych w marszach lokalnych nacjonalistów. Oni także nie przyjmują do wiadomości przemijania znanego im świata.

Upadek amerykańskiego przodownictwa

Jak powiadają historycy gospodarki, „epoka stali i stalówek skończyła się wraz ze śmiercią Stalina”. Dziś to oczywistość: konsekwencją kresu tamtej epoki dymiących kominów i ciężkiego przemysłu był kres Sowietów odwleczony o kilkadziesiąt lat. Nadeszła trwająca do dziś epoka elektroniki i mikrotechnologii zaklętej w kryształkach krzemu albo galu. Jej symbolem była amerykańska „dolina krzemowa” w Kalifornii, gdzie miały siedzibę najcenniejsze firmy komputerowe i technologiczne. Tak jak dwa odmienne światy rozdzielała niegdyś „żelazna kurtyna”, tak dziś w jej miejsce powstała „kurtyna krzemowa”, choć podziały okazują się inne i nie tak drastyczne. Ale to już przeszłość: w raczkującym obecnie systemie superszybkiego Internetu zwanego „5G”, dające się zastosować urządzenia oferują przede wszystkim Chińczycy, potem Koreańczycy (oczywiście z Południa) i na okrasę drepce za nimi parę firm europejskich; nie ma tam jednak nikogo z „doliny krzemowej”. Oto zwiastujący globalną zmianę obraz jednej tylko dziedziny.

W tatach dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w USA, mogłem odwiedzać wiele amerykańskich instytucji naukowych. Czy to w największym wtedy na świecie akceleratorze cząstek elementarnych Fermilab, zbudowanym na prerii na zachód od Chicago, czy w laboratoriach Seattle albo „doliny krzemowej” dominowały twarze żółte i skośnookie, czasem oliwkowe, hinduskie i arabskie, zdarzali się nawet Polacy, ale najmniej było Jankesów. Tak niepostrzeżenie wykluwał się niedaleki już upadek amerykańskiego przodownictwa. Dzisiaj Chiny rzucają Ameryce wyzwanie nie tylko w elektronice, czego symbolem jest budząca tyle kontrowersji firma Huawei, ale w kosmosie i motoryzacji. Pierwsze osiągnęły ciemną stronę Księżyca i wybierają się na Marsa, mają swoje samochody elektryczne nie gorsze od Tesli, a w uboższych państwach Afryki i Azji już dawno wyparły Europę i Amerykę z roli inwestora, dawcy pożyczek, a tym samym beneficjenta wpływów. Nie było w historii świata przykładu równie szybkiego i skutecznego awansu.

Europa po pekińsku?

Ale Chiny to nie wyłącznie technologia, także styl życia i sposób organizacji społeczeństwa. Pozornie tylko Chińczycy – bogacąc się, zapełniając miasta imponującymi wieżowcami, a przestrzenie pomiędzy nimi nitkami autostrad i szybkiej kolei – coraz bardziej upodabniają się do ludzi Zachodu. Przecież ubierają się według zachodniej, a nie mandaryńskiej mody, korzystają z tych samych udogodnień technicznych, podróżują do tych samych kurortów i podziwiają te same zabytki, a nawet oglądają amerykańskie filmy. Lecz Internet w ich smartfonach jest cenzurowany, a każdy obywatel „państwa środka” podlega stałej ocenie, nad czym pracuje system komputerów, kamer monitorujących i jakie tylko można sobie wyobrazić nowinek technicznych. Każdy jego ruch, każde użycie karty kredytowej, każda wypowiedź na chińskich odpowiednikach Facebooka i Twittera są odnotowywane; za poprawne zachowanie i polityczną lojalność otrzymuje punkty dodatnie, za warcholstwo – ujemne. Potem albo może łatwiej otrzymać kredyt i lepsze mieszkanie, albo uniemożliwią mu zagraniczną wycieczkę bądź nawet przejazd pociągiem. Przysłowiowy „wielki brat” ma zawsze oczy i uszy nie tylko otwarte, ale wspomożone osiągnięciami chińskiej technologii. W takim państwie żyje się całkiem wygodnie, o ile nie bajdurzy się o wolności i o innych zakazanych owocach, klaszcze, kiedy należy, milczy przy innych, stosownych okazjach. Takie państwo nie używa na prawo i lewo brutalnej przemocy dla samego postrachu, jak to czyniły dyktatury w starym stylu. Przemoc jest tu selektywna, skryta, dobrze przygotowana technicznie, a więc słabo dostrzegalna.

Człowiek w takim społeczeństwie może być nawet szczęśliwszy niż w niegdysiejszym „wolnym świecie”, bo nie musi o niczym trudnym decydować, niczego wybierać, popadać w moralne dylematy i rozterki. Każdy wie, co mu wolno, czego ma unikać i jak będzie nagrodzony. Co sobie myśli we własnej łepetynie, o czym pogaduje z kumplami, jak spędza wolny czas i nawet co czyta, na to „wielki brat” nie traci czasu, jego zajmują tyko sprawy ważne dla stabilności ludzkiego mrowiska. Człowiek w takim społeczeństwie ma swój kawałeczek swobody i zagwarantowany jaki taki dobrobyt. Dla wielu Europejczyków zmęczonych rozhukaną wolnością i nieznającym granic liberalizmem może się to okazać atrakcyjne. Także dla Polaków, których tak wielu głosowało i głosuje nadal na daleki od liberalizmu PiS.

Chiny mają więc zapewnioną przyszłość, nie tylko technologiczną i nie tylko w Chinach. Dotąd przez kilka stuleci Europa i potem Stany Zjednoczone jako jej nieodrodna córka, były centrum świata. Teraz staje się nim Azja, a Europa powoli przyzwyczaja się do statusu peryferii. Czy pogodzi się także z chińskim stylem życia?

Ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości

Kiedy Polska świętowała 100-lecie niepodległości, przywódcy europejscy zgromadzili się nie na Placu Zamkowym w Warszawie, lecz pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu. W Warszawie rządząca partia jak zwykle straszyła uchodźcami, antypolską „ulicą i zagranicą”, wszeteczną laicyzacją, na którą jedynie słuszną receptę ma mieć polski Kościół. W Paryżu Emmanuel Macron usiłował porwać ich wizją zintegrowanej, silnej Europy. Pod Łukiem Triumfalnym odwoływano się do nadziei, na Placu Zamkowym – do strachu. No i co z tego zostało na dłużej? Strach oczywiście! Porywające wizje Macrona zdruzgotała z jednej strony chłodna obojętność Angeli Merkel, która woli stosunki dwustronne, z drugiej bunt „żółtych kamizelek”. Tylko strach okazał się trwałą opoką. Chociaż w naszej świadomości fundamenty dla nadziei jeszcze istnieją i wciąż się bronią. Jeszcze 56 proc. Europejczyków (wedle fundacji Bertelsmanna) uważa globalizację za szansę. Wciąż 65 proc. wierzy, że niekorzystne zmiany klimatyczne można powstrzymać, jeśli tylko rządy porozumieją się w tej sprawie i zaczną skutecznie współpracować. Jeszcze świecą nam ostatnie gwiazdy lepszej przyszłości.

Już 350 lat temu Baruch Spinoza powiadał, że ludźmi można rządzić, dawkując im umiejętnie strach i nadzieję. Współcześni politycy wiedzą o tym doskonale, ale nie wszyscy pojmują, że coraz mniej miejsca jest dla nadziei, a na opuszczone tereny niepowstrzymanie wpełza strach. Mieć nadzieję to znaczy być gotowym na to, co się jeszcze nie narodziło, ale przy tym nie ulegać rozpaczy, gdy nie możemy doczekać się tych narodzin – napisał Erich Fromm. Albo inaczej: Trzeba zawsze zaprząc swój pług do jakiejś gwiazdy. Ale w połowie XIX wieku, gdy Ralph Waldo Emerson, pierwszy wielki filozof, jakiego wydała Ameryka, pisał te słowa, gwiazdy świeciły jeszcze mocno. Od tamtej pory wiele z nich przygasło, ale gwiazda postępu najbardziej.

Ambrozja populistów

Warunkiem wiary w postęp jest przekonanie, że jutro będzie choć trochę lepsze od dnia dzisiejszego. W świecie skłóconych państw, rosnących nierówności, niezrozumiałej polityki, coraz niższych emerytur to, co dopiero ma się narodzić, jawi się jako zagrożenie. Ale nie wypływa stąd tradycyjny konserwatyzm, czyli rozumna troska o zachowanie dorobku przeszłości, lecz podszyta strachem nostalgia. Niech wrócą stare, dobre czasy! Niech politycy zaczną wreszcie słuchać nas, ciężko pracujących obywateli! Dotąd rządziły elity i patrzcie, co z tego wynikło; teraz k… my!

Strach jest ambrozją populistów, nigdy nie mieli tak łatwo jak dzisiaj. Leszek Kołakowski napisał już dawno: Kłopot z demokracją jest taki, że nie wydziela żadnych ideologicznych czadów zniewalających umysły młode i naiwne. Był optymistą, jeszcze wierzył w dorastanie umysłów. Demokracja wymaga dojrzałości i nadziei; populizm tylko złości i nostalgii. Dlatego rozrasta się jak rakowy guz.

Może miałoby tu coś do zaproponowania chrześcijaństwo, ta ostoja i kolebka europejskich i amerykańskich wartości? Niektórzy widzą ratunek w powtórnej ewangelizacji Europy, z rolą Polski jako nowego Mesjasza. Tymczasem język wiary – obojętnie jakiego wyznania – jest wciąż językiem przedkopernikańskim. „Bóg z wysokości spogląda na ziemię” – śpiewany w popularnym psalmie. Kościół już dawno stracił okazję do opowiedzenia językiem nowoczesnym najbardziej poruszającej, przejmującej i pełnej miłości historii, jaką kiedykolwiek usłyszał człowiek: ewangelii Chrystusa. Wciąż opowiadamy ją tak, jak trafiała do umysłów palestyńskich pasterzy i greckich handlarzy oliwą przed dwoma tysiącami lat. Trzeba byłoby tu pójść o wiele dalej niż sformułowanie Jana Pawła II: „człowiek jest drogą Kościoła”, albo dzisiejsze wezwanie jego następcy Franciszka, aby Kościół stał się „szpitalem polowym dla poranionych dusz”. Jedyne nawrócenie, któremu uległa Europa, to z heroizmu na konsumeryzm.

III wojna światowa właśnie się rozpoczęła

Jest taka niepocieszająca teoria, że zło i agresja tkwiące w człowieku musi się okresowo wyładować, byśmy potem czas jakiś mogli żyć w pokoju i znowu odbudowywać zgliszcza. Jeśli jest w tym choć ziarno prawdy, to wyjaśnia przyczynę wzbierającej jak świat długi i szeroki złości, pogardy i żądzy niszczenia. Po kolejnym całopalnym paroksyzmie będzie znowu lepiej. Rozum budzi się na pogorzelisku. Przyjaźń odrasta jak ziele na kraterze po erupcji złowrogiego wulkanu.

Ale może III wojna światowa już się rozpoczęła, tylko my – jak zawsze otumanieni przez wielomówne media – jeszcze tego nie pojmujemy. Stratedzy i generałowie wykazują na dziesiątkach historycznych przykładów, że żadna nowa wojna nie jest rozgrywana przy pomocy środków wojny poprzedniej, że jej planowanie i przebieg będą zupełnie inne, zwłaszcza w dzisiejszym świecie szybko rozwijającej się techniki. Ale zwykle życie ich zaskakuje, tak jak tych, którzy u początków II wojny światowej wysyłali na front kawalerię, i jak zaskoczy tych, którzy dziś przechwalają się liczbą czołgów i rakiet. Ponieważ rozpętanie wojny na pełną skalę doprowadzi do nuklearnej zagłady, a więc jest przeciwskuteczne, trzeba próbować innych, bardziej skrytych, metod walki. Przede wszystkim cybernetycznych: przez Internet można dziś szpiegować skuteczniej niż przez nasłanych agentów, uszkadzać elektrownie i fabryki, paraliżować służby państwowe, siać dezinformację, a nawet panikę.

Bezpieczne i tanie jest nasycenie mediów społecznościowych w Afryce pogłoskami o tym, jak dobrze jest uchodźcom w Europie. Dobrze jest wciągnąć potencjalnego przeciwnika w wyniszczający konflikt w jakimś odległym i niezrozumiałym kraju. Przecież smartfon z dostępem do Internetu ma dziś każdy łatwowierny biedak marzący o lepszym życiu i zaczynający pojmować własną godność. Nie jest też tak odległą możliwość wywoływania klęsk żywiołowych w odległych nawet stronach, tak aby przyczyny wyglądały na naturalne. Najcenniejsze w takiej wojnie są dywizje nie czołgów, ale szeregowych internetowych trolli siejących zamęt i pomieszanie pojęć, sprawnych w posługiwaniu się kłamstwem. Genialni hakerzy włamujący się do banków i ministerstw to nieliczna elita, tu potrzebna jest armia; nie wystarczą – w kółko powtarzające tę samą głupotę – zautomatyzowane „boty”. Chodzi o to, żeby złamać wolę oporu i trwania przy bliskich nam wartościach, otumanić przysłowiowego „pana Biedermanna” z proroczej sztuki Maxa Frischa, który dla zachowania świętego spokoju ufa, że jego to nie dotyczy, że podpalacze ominą jego własne gniazdko.

Dobry humor pana Biedermanna

Tak w dzisiejszym świecie trwa wielka wojna toczona przy pomocy skromnych środków. Nie wiadomo, kiedy się rozpoczęła i jak się zakończy. Może trwa już od czasów Korei i Wietnamu z krótką przerwą na złudzenia pięknych lat dziewięćdziesiątych… Może ruszyła dopiero w bieżącym stuleciu wraz z rozwojem Internetu, który dostarczył jej środków. Nie jest potrzebny w tej wojnie zabór terytorium, wystarczy jego obezwładnienie. Nawet osamotnionego i pozbawionego sojuszy państwa nie trzeba okupować, wystarczy wysłać tam „zielonych ludzików” lub zmanipulować terrorystów. Dowodzą tego przykłady Gruzji, Ukrainy czy Syrii albo Libii. Bombardowania z powietrza nie pomogą, tak jak nie pomogły w Wietnamie. Jest to wojna asymetryczna, w której zwycięzcą nie musi być państwo silniejsze i lepiej uzbrojone.

Tego wszystkiego nie chcemy dostrzegać. Nie chcemy o tym wiedzieć. Karmieni internetowym i politycznym strachem, czepiamy się resztek słabnącej nadziei. Pan Biedermann już wie, że świata nie zmieni, ale nie przyjmuje do wiadomości jego obecnej postaci, bo chce dożyć swoich lat w jako tako dobrym humorze i konsumpcyjnej wygodzie, dlatego zaciska na własnej szyi pętlę gazociągu Nord Stream 2. Ale świat dryfuje w swoim kierunku niezależnie od nadziei jego mieszkańców, tak jak dryfował w starożytności, w średniowieczu i będzie dryfował zawsze. Przemija postać świata, tylko my tego nie przyjmujemy do wiadomości.

Kto zrozumie ducha zrozpaczonych mas?

Czy któryś z dzisiejszych przywódców, albo któryś z kandydatów na nich, wie, jak nas wyprowadzić na spokojniejsze wody? Wątpię. Nostalgiczne obietnice powrotu do czasów, kiedy „Polska była wielka” albo chwackie pokrzykiwanie, że „uczynię Amerykę znowu potężną”, to tylko znieczulające plasterki nakładane na ranę, która może okazać się śmiertelną. Prawdziwe oblicze właśnie rozpoczętego wieku XXI – pełne strachu, złości, buntu przeciw elitom, władzy i wszystkiemu dookoła – nie jest „przelotnym epizodem”, jak niedawno powiedział pewien nasz sympatyczny, ale do szpiku kości XX-wieczny polityk. Rozchwianie struktur, do jakich przywykliśmy, utrudnia poród nowych. Tylko ten przywódca utrzyma się jak surfer na szczycie wzbierającej fali, który zrozumie ducha zrozpaczonych mas. Zanim – tak jak niejednemu surferowi – fala pogruchocze mu kości.

PiS prowadzi nas na cmentarz

23 Kwi

Kiedy cała Polska dyskutuje o 13-stej emeryturze, w tym samym czasie na dalszy plan schodzi debata o przyszłości całego systemu emerytalnego i wpływie, jaki na nią ma polityka obecnego rządu. Ten ostatni okazuje się jednak bardzo destrukcyjny, co obrazują najnowsze prognozy ZUS, które pokazały wręcz druzgocą perspektywę emerytalnej przyszłości Polaków. Przyszli emeryci będą mogli liczyć na o ponad połowę niższe emerytury w stosunku do poziomu wynagrodzeń niż obecni seniorzy.

Jesteśmy świadkami stopniowego załamywania się tzw. stopy zastąpienia, czyli relacji przeciętnej wypłacanej emerytury względem średniej krajowej. Obecnie wynosi ona 56,4% średniego wynagrodzenia. Jeszcze 5 lat temu było to o 5% więcej – 61,8%. Dotychczasowy spadek jest jednak dopiero wstępem do prawdziwego dramatu, który zaserwuje nam zabójcza kombinacja starzejącego się społeczeństwa i obniżenia wieku emerytalnego. Sam ZUS wyliczył bowiem, że za 10 lat emerytury będą o kolejne 10 punktów procentowych niższe względem wynagrodzeń niż dziś (47,1%), a w 2060 roku osiągną głodowy poziom 24,6%.Oznacza to, że w ciągu najbliższych 40 lat świadczenia emerytalne w stosunku do wynagrodzeń spadną o ponad połowę. Biorąc pod uwagę biedę dzisiejszych emerytów oznacza to prawdziwa nędzę na starość obecnych pracujących. Podwyższenie kilka lat temu wieku emerytalnego mogło poważnie złagodzić opisaną katastrofę, jednak z populistycznych powodów obecny rząd przywrócił stare zasady.

Tymczasem wysokość emerytur jest pochodną zebranych składek podzielonych przez przewidywaną długość życia. Ta ostatnia tymczasem rośnie, już dziś żyjemy średnio o 7 lat dłużej niż w latach 80-tych. Dłuższe życie na emeryturze przy takim samym czasie pracy to przepis na niskie świadczenia, co tylko pogarsza fakt, że z powodu niżu demograficznego w ZUS pieniędzy na wypłaty zwyczajnie zacznie brakować, co zaowocuje nieuchronnie cięciami kosztów – emerytur. Przypomnijmy, że tylko do 2021 roku obniżenie wieku emerytalnego zwiększy dziurę ZUS o 54 mld zł, a równocześnie całkowity koszt “reformy” zwiększył ukryty dług publiczny Polski o 1,4 bln zł, czyli kwotę większą niż wynosi całe oficjalne zadłużenie naszego państwa.

Co do przyszłości polskich emerytów złudzeń nie ma również OECD. Według analityków organizacji niższe emerytury od nas mają mieć jedynie Meksykanie. W przypadku osób wchodzących na rynek pracy oszacowano, że Polacy mogą liczyć na 31,6% średniego wynagrodzenia, a Meksykanie 26,4%. Różnica miedzy krajami polega jednak na tym, że o ile Polacy na emeryturę odkładają 19,5% pensji, to Meksykanie już zaledwie 6,3%, czyli sumarycznie mają korzystniejsze warunki emerytalne. Dla porównania Niemcy mogą liczyć na 50,9% stopy zastąpienia, Francuzi 60,5%, a Czesi 45,8%.

Powyższe dane powinny dać nam do myślenia. Kiedy debata publiczna koncentruje się na tematach drugorzędnych i kolejnych populistycznych zagrywkach, w tym samym czasie sprawy, które definiują naszą przyszłość, są całkowicie ignorowane. Nie pozostanie to jednak bez długoterminowych konsekwencji.

businessinsider.com.pl

Kościół nie zdaje egzaminu w czasie strajku nauczycieli

13 Kwi

Ostatnio przedstawiciele kościoła dość aktywnie włączają się do oceny strajku nauczycieli i niemal zawsze są krytyczni wobec strajkujących. Wyraźnie pokazują, czyją stronę w tym sporze trzymają.

O oburzonym wikariuszu z Ustrzyk Dolnych, który uważa, że nauczycielowi, podobnie jak księdzu, strajkować nie wypada, bo podstawą zawodu jest powołanie, jakże więc „gorsząca jest postawa strajkujących, którzy zdradzili swoją misję dla trzydziestu srebrników”.

O wikariuszu i katechecie z Wrocławia, który nazwał nauczycieli lewakami.

Jak również o proboszczu jednej z lubelskich parafii, który do wiernych w kościele powiedział: „strajkujący nauczyciel to nie nauczyciel” i „kiedyś nauczyciel uczył za darmo i oddawał życie za ucznia”.

Właśnie na tę wypowiedź proboszcza zareagował na Facebooku ksiądz Łukasz Kachnowicz, duszpasterz akademicki i publicysta z Lublina: „Księża gorszący się, że nauczycielom nie chodzi o dzieci, tylko o pieniądze, to już jest przegięcie. Sorry, ale my też mamy powołanie, przede wszystkim powołanie, ale też dbamy o swoje finanse i to całkiem dobrze dbamy. Wcale nie jest tak, że wszyscy i wszystko robimy za „Bóg zapłać” – napisał ks. Kachnowicz.

To rzadki głos, tym bardziej z wielkim szacunkiem należy ocenić uczciwość oraz odwagę księdza Łukasza Kachnowicza. To między innymi tacy duchowni próbują ratować, bardzo już nadszarpnięty, wizerunek kościoła w Polsce.

Eugeniusz Szymański, proboszcz p.w. Miłosierdzia Bożego w Lublinie nazwał nauczycieli „nierobami” i „obibokami”.

W czasie szkolnych rekolekcji proboszcz Eugeniusz Szymański zasugerował młodzieży z klas VII-VIII, aby zmówiła ‚Zdrowaś Mario’ za nauczycieli, którzy strajkują, nie mając żadnych ku temu podstaw. 

Módlmy się o opamiętanie nauczycieli, którzy w tej chwili bezpodstawnie protestują. I o mądrość dla Polaków, żeby ta sytuacja konfliktowa została jakoś zgodnie z Bożą wolą rozwiązana – mówił duchowny do zebranych nastolatków. Ksiądz miał także powiedzieć, że pracownicy oświaty są„nierobami i obibokami, którzy nie powinni nic chcieć od państwa” bo „kiedyś nauczyciel uczył za darmo i oddawał życie za ucznia”. Po wypowiedzeniu tych słów przez duchownego część zebranych opuściła kościół. 

Rząd PiS po 6 dniach od rozpoczęcia strajku w oświacie w dalszym ciągu nie potrafi porozumieć się ze związkowcami reprezentującymi środowisko nauczycielskie (Związek Nauczycielstwa Polskiego, Forum Związków Zawodowych).

Mamy gotowe do podpisania porozumienie. W tej chwili najważniejsze są egzaminy i to, aby młodzież mogła bez stresu je napisać. (…) Dziękuję nauczycielom, którzy są w tej chwili ze swoimi uczniami. Dziękuję za Państwa odpowiedzialność i odwagę. Naszym podstawowym założeniem jest, by z owoców wzrostu gospodarczego mogli korzystać wszyscy Polacy – mówiła dzisiaj w Sejmie minister Beata Szydło.

Szydło wychodzi co jakiś czas i mówi, że nauczyciele mogą dołączyć do porozumienia, które podpisano z radnym PiSu. Nie ma żadnej gotowości do dialogu – komentuje słowa Szydło poseł Tomasz Siemoniak.

Oni są jednak kosmitami. Najpierw wprowadzili w szkolnictwie kosmiczny bałagan, a kiedy wszystko się wali proponują okrągły stół o przyszłości oświaty. Na to był czas przed wprowadzeniem reformy, a nie po – wypowiadasię Krzysztof Luft (były członek KRRiTV).

Do strajku nauczycieli odniósł się także w mediach społecznościowych publicysta Andrzej Bober. – To jest okropna grupa ludzi, która poza własne interesy osobiste i partyjne nie widzi, że obok toczy się normalne życie normalnych ludzi. To są bardzo źli ludzie. Podli ludzie. Trzeba szybko ich siępozbyć – napisał na Facebooku.

To nie nauczyciele trzymają w szachu uczniów, ale właśnie PiS zrobiło sobie z nich zakładników, rozgrywając nimi jak mu się żywnie podoba.

Nie da się ominąć najważniejszego tematu tygodnia, czyli strajku nauczycieli. Wybaczcie mi więc, proszę. Wprawdzie „nie chcem ale muszem” wpisać się w ten trend i dorzucić swoje trzy grosze. Jednak nie będę pisała o samym strajku. Biorę na celownik reakcję partii rządzącej i to jej chcę wystawić pierwszą, cząstkową ocenę.

Przyznam się, że czegoś takiego to ja nigdy w życiu nie widziałam i nie słyszałam, a oczy robią mi się coraz bardziej okrągłe od napływających informacji. Odnoszę wrażenie, że politycy Zjednoczonej Prawicy mają w kieszeni świetnie opracowane gotowce, wykuli co trzeba na pamięć i bezkrytycznie, jak mantrę, powtarzają wciąż to samo. Właściwie wystarczyłoby posłuchać tylko jednego, a resztę sobie odpuścić, bo nie ma co liczyć na sensowną merytoryczną wypowiedź, dyskusję na argumenty, odrobinę przyzwoitości.  Szkoda nerwów, czasu i energii. Szkoda własnego zdrowia psychicznego…

Przekaz numer jeden od partii rządzącej. Nauczyciele to kupa leni, malkontentów, zdrajców, którzy dla kasy poświęcają dobro biednych dzieciaczków, spragnionych wiedzy. Ich strajk to wyłącznie działanie polityczne, którego celem jest obalenie rządu praworządnego i sprawiedliwego, pierwszego tak wspaniałego w historii Polski. To hipokryzja tych, którym stworzono idealne warunki do pracy, podano pod nos fantastyczną podstawę programową i obiecano, że w ciągu najbliższych kilku lat zostaną wynagrodzeni za wierność oraz posłuszeństwo odpowiednią kasą. A teraz psim obowiązkiem nauczycieli jest pracować dla idei, bo w dzisiejszej oświacie jest miejsce tylko dla Piotrów Judymów, nauczycieli, którzy gotowi są zrezygnować ze wszystkiego, ponieść największą ofiarę, by całkowicie i niepodzielnie oddać się służbie dla idei.

Przekaz numer dwa dotyczy Sławomira Broniarza, szefa ZNP. To komuch, czerwony lewak, rozgrywa jakiś swój własny interes. Tyle razy MEN chciał z nim rozmawiać, dogadać się, ale on zawsze swoje i teraz kłamie w żywe oczy, twierdząc, że on chciał się spotkać, ale oni, czyli szefostwo MEN, nie chciało. T właśnie ten wredny Broniarz podkręca nauczycieli, którzy zbyt głupi, by własny rozum mieć i dają się wciągnąć w prywatną wojenkę szefa ZNP.

Przekaz numer trzy to wskazanie ogromnej, choć niedocenionej roli oświatowej Solidarności. Tylko pan Ryszard Proksa, jej przewodniczący zrozumiał, o co toczy się gra i wziął na swoje wątłe barki cały ciężar odpowiedzialności za nieodpowiedzialnych nauczycieli. Tylko on zrozumiał, jak bardzo rząd jest hojny i ile chce dać belfrom. Tylko on podpisał porozumienie z rządem, będąc świadom, że za taką byle jaką pracę więcej się nauczycielom nie należy.

Przekaz numer cztery dotyczy pełnego zrozumienia MEN, że czas na zmiany systemowe w edukacji. Wykazując sporo dobrej woli przywrócone zostaje to, co po objęciu władzy, odrzucono, np. skrócenie stażu nauczyciela, który dopiero rozpoczyna pracę w szkole, a przed nami jeszcze o wiele, wiele więcej nowości. Wow, to czym była ta nieszczęsna deforma Zalewskiej? Tylko grą wstępną? Nie powiem, włos mi się jeży. Błagam, niech już politycy PiS i ludzie pokroju Anny Zalewskiej nie grzebią więcej przy edukacji, bo za chwilę wylądujemy jako naród w oślej ławce na długie lata.

Przekaz numer pięć to twarz pełna łagodności, prośba o wspólne pochylenie się z troską o dzieci, pozory zrozumienia i otwarcia na postulaty strajkujących. To wypowiadane z bólem serca słowa, że rząd chce dać, chce tyle zrobić, ale nie ma kasy, więc zaprasza do okrągłego stołu, do pogadania i przyjęcia tej propozycji, którą tak ochoczo podpisał pan Proksa

No i tak sobie stają nasi władcy przed kamerami, szczerzą zęby do kamer i wciskają te swoje prawdy narodowi, z których część kupuje je bez zagryzki. A potem ta część narodu, której szczytem marzeń jest istnienie w Polsce tylko Homo PiSsus, wskakuje w internet i zaczyna szaleć, trollując, hejtując, piętnując strajkujących nauczycieli i każdego, kto ich wspiera. Weszłam sobie na konto jednego z przedstawicieli tejże grupy. W oczy rzucił mi się pewien tekst:

Trzeba przyznać, że jak na 8–latka to rozeznanie sytuacji wręcz genialne. Pozostawię na boku moje wątpliwości, co do prawdziwego autora tego wywodu i skupię się na komentarzach. Zachwyt ogólny. Towarzysze broni piszą z entuzjazmem: „Polać młodemu”, „widać, że rodziców ma Polaków”, „Gratulacje dla ośmioletniego Marcina. Szkoda, że są starsi od niego którzy tego nie widzą i popierają tą obstrukcję próbę wprowadzenia w Polsce chaosu i odsunięciu PIS-u od władzy. Nie zdała egzaminu ulica, szlag trafił zagranicę więc antypolskie szuje kosztem uczniów, łamiąc wszelkie przysługujące młodzieży prawa, w tym prawo do nauki i zdawania egzaminów – próbowali zdestabilizować sytuację w Polsce i to tuż przed wyborami. Jednak Pan Bóg nad Polską czuwa – i plany czerwonej bandy szlag trafił”. W tej chwili ten post ma 432 udostępnienia i 39 komentarzy, co jak na Facebook jest dość dobrym wynikiem.

Wydawać się może, że nauczyciele są na pozycji przegranej. W końcu to w interesie PiS, Zjednoczonej Prawicy i wielu hierarchów kościelnych jest, by dobrzy nauczyciele zwolnili miejsce w szkołach tym bezwolnym i posłusznym, którzy będą pracować tak, jak im władza nakazuje. W końcu w dzisiejszej Polsce mądrość, wiedza, umiejętności to nic innego jak zagrożenie dla pisowskiej praworządności i sprawiedliwości. PiS potrzebuje fabryki bezrozumnych Homo PiSsus, a nie światłych, inteligentnych ludzi. Stąd takie przekazy. Stąd tyle kłamstwa i manipulacji. Stąd wiara, że się uda…

No cóż, przekazy przekazami, ale intencje aż biją po oczach. To nic innego jak gra na przetrzymanie. Z egzaminami się udało, co MEN uważa za sukces na miarę tego, z Brukseli, gdy załatwili Polsce wynik 27:1. Teraz kolejne egzaminy, matury, rady klasyfikacyjne, promocyjne, sprawdzanie wyników egzaminów, trzeba więc coś wykombinować, by złamać jedność i solidarność nauczycieli. Trzeba postawić ich pod ścianą, zatopić w szambie narodowej nienawiści, wykorzystać potencjał, obiecać okrągły stół, licząc, że uda się przy nim pokonać ducha strajku i będzie dobrze…

Nieźle się napracowało PiS przez te kilka dni, prawda? A teraz popatrzmy, na jaką ocenę zasłużyła partia rządząca. Czas wreszcie na wystawienie pierwszej oceny rządowi, który udaje, że nauczycieli się nie boi i trzyma ich w szachu. Trzeba przyznać, że władza walczy bezpardonowo, co jednak nie zasługuje na moje uznanie. To nie nauczyciele trzymają w szachu uczniów, ale właśnie PiS zrobiło sobie z nich zakładników, rozgrywając nimi jak mu się żywnie podoba. Tak więc, za stosunek do uczniów wystawiam jedynkę. Za lekceważenie nauczycieli – jedynkę. Za kłamstwa i matactwa – jedynkę. Za kolejne dzielenie narodu – jedynkę. Za bezpardonowy atak na strajkujących – jedynkę. Za pozorowanie działań w oparciu o praworządność i głoszoną sprawiedliwość – jedynkę. Za poziom hipokryzji – jedynkę. Wychodzi nam średnia, czyli jedna, wielka, soczysta JEDYNKA.

Jak widać, tutaj nawet repetowanie klasy nie pomoże. Ewidentnie widać, że całą tę partię i jej zwolenników należałoby cofnąć do przedszkola, a cały proces edukacyjny rozpocząć na nowo, ze szczególnym uwzględnieniem niechęci do nauki, oporu wobec rzetelnej wiedzy, braku otwartości na edukację jako taką i znacznie spowolnionych możliwości poznawczych, zgodnych z realiami, a nie rodem z bajek dla niegrzecznych dzieci.

Ciemnogród PiS: Beata Kempa, Jacek Kurski, Anna Zalewska

5 Kwi

Minister Beacie Kempie, która z takim wielkim oddaniem poświęca się pomocy humanitarnej, nieco puściły nerwy w programie „Tłit”.

Wystarczyło, że dziennikarz Marek Kacprzak powołał się w rozmowie na Krzysztofa Brejzę, który porównał dzisiejszą Polskę do zawirusowanego komputera, stąd „potrzebny jest głęboki restart. I montaż dobrego antywirusa”, by minister Kempa natychmiast odbiła piłeczkę, mówiąc, żeby poseł „Antywirusa to niech sobie zamontuje w Inowrocławiu, tam gdzie wybuchła gigantyczna afera”.

Czyżby miała na myśli aferę fakturową w mieście, gdzie prezydentem jest ojciec Krzysztofa Brejzy i to on sam złożył zawiadomienie w tej sprawie do prokuratury? No cóż, śledztwo jeszcze się toczy, ale pani Kempa już wie, kto tu jest winny i wykorzystuje sytuację, by zdyskredytować posła w oczach Polaków.

Sama natomiast dość lekceważąco podchodzi do pytania o afery, jakie tropi Krzysztof Brejza. Gdy dziennikarz przypomina sprawę Srebrnej, stanowczo stwierdza, że to żadna afera, a celem działań posła jest tylko i wyłącznie „próba uderzenia w lidera Zjednoczonej Prawicy. Nie dopatruję się nieprawidłowości w tym zakresie”.

Ostatecznie ucina rozmowę na temat Krzysztofa Brejzy, stwierdzając, że „Poseł Brejza to jedyny polityk, z którym nigdy nie usiądę do stołu. Rzadko mi się to zdarza. Nie lubię poniżania kobiet i kłamstw. (…) Nie chcę mówić na temat tego człowieka. Chciałabym, żeby w polityce było jak najmniej takich ludzi jak on”.

No fakt. Polska polityka potrzebuje tylko takich aktywistów jak ona i jej partyjni koledzy…

Wszyscy dobrze wiemy, że media publiczne są tubą propagandową partii rządzącej. Wiemy, że o tym jak mają funkcjonować te media i jaki zespół ma nimi prowadzić, decyduje Rada Mediów Narodowych, powołana właśnie przez PiS, w której 3 członków na 5 to ludzie rekomendowani właśnie przez tę partię, a na jej czele stoi Krzysztof Czabański, bliski znajomy prezesa Kaczyńskiego. Wiemy też, że TK pod koniec 2016 roku, czyli jeszcze pod przewodnictwem prof. Andrzeja Rzeplińskiego, zakwestionował pozbawienie KRRiT możliwości wpływania na wybór członków zarządów spółek medialnych i zobowiązał parlament do uchwalenia odpowiednich zmian w tej sprawie, co nie spotkało się z żadnym odzewem.

Trudno więc dziwić się, że już teraz partie opozycyjne szykują propozycje konkretnych zmian, które pozwolą przywrócić normalne zasady w funkcjonowaniu mediów publicznych. Dziennikarzom onet.pl udało się dotrzeć do osoby z PO, która potwierdziła, że rzeczywiście trwają już prace nad pakietem ustaw. Przyznaje ona, że „przyjdzie w końcu taki dzień, że trzeba będzie położyć ustawę na stole. I będziemy przygotowani. Ostateczne decyzje zapadną oczywiście po wyborach, ale już teraz mogę powiedzieć, że zmiany będą bardzo głębokie”.

O jakie zmiany chodzi? Spółki TVP i Polskiego Radia mają być zlikwidowane i zastąpione przez coś w rodzaju instytutu kultury. Dodatkowo, nowa formuła miałaby ułatwić przeprowadzenie zmian personalnych, bez czego nie dałoby się przywrócić podstawowych zasad funkcjonowania mediów. Tym bardziej, że wiadomo, iż co niektórzy mają podpisane bardzo korzystne umowy, które gwarantują im ogromne odprawy w przypadku rozwiązania stosunku o pracę.

Rozpatrywany jest też wariant, by władze TVP i Polskiego Radia wybierała KRRiT, tak jak to było przed zmianami wprowadzonymi przez PiS. Wprawdzie dzisiaj i KRRiT jest w rękach partii rządzącej, a jej szefem jest sejmikowy radny tej partii Witold Kołodziejski, ale odpowiednimi ustawami będzie można i tutaj wprowadzić poprawki.

Ma się też zmienić forma finansowania mediów. Jak mówi informator onet.pl, „Abonamentu raczej nie uda się uratować (…) PiS zamienił Telewizję Polską w opłacaną z pieniędzy ludzi szczujnię. Nikt już nie będzie chciał na to płacić, nawet jeśli odpowiedzialni za ten codzienny skandal na antenie odejdą – słyszymy. Co w zamian? Jeżeli telewizja stałaby się instytucją kultury, w grę wchodzi w pierwszej kolejności finansowanie… z budżetu”.

Przeszkodą we wprowadzeniu nowej ustawy o mediach może być Andrzej Duda, który pełni funkcję prezydenta do sierpnia 2020 roku. Należy liczyć się z tym, że będzie on torpedował wszelkie działania, które odbiorą PiS-owi władzę nad mediami publicznymi, no i raczej nie ma co wierzyć, że partie opozycyjne będą miały taką większość w sejmie, która pozwoli im na odrzucenie prezydenckiego weta. Tak więc, nawet jeśli uda się w wyborach do parlamentu pokonać PiS, to na nową ustawę o mediach publicznych trzeba będzie trochę poczekać. Dobrze jednak, że prace nad zmianami już trwają, bo gdy przyjdzie odpowiedni czas to będzie można nową ustawę szybko wprowadzić w życie i uwolnić wreszcie media od wpływów PiS.

Nie można odmówić Grzegorzowi Schetynie umiejętności wytrawnego gracza politycznego. Najnowsza inicjatywa jego partii wyraźnie to pokazuje. Dzisiaj PO składa w Sejmie wniosek o wotum nieufności wobec minister edukacji Anny Zalewskiej.

Wiadomo, że PiS swoimi głosami utrzyma ją na stanowisku, ale… znajdzie się w dość niewygodnej sytuacji. Z jednej strony bowiem, partia panią Zalewską obroni, jednak już niebawem ją zdymisjonuje, bo przecież wysyłana ma być do Brukseli, a rząd ponownie zostanie zrekonstruowany.

Tak naprawdę politycy PiS mają tylko jedną możliwość, by wykaraskać się z sytuacji, w jaką wpędził ich lider PO. Biegiem ogłosić nowy skład rządu. Już raz taki manewr im się udał, pytanie tylko czy mają już gotową listę nowych ministrów.

Nie ma co ukrywać, minister Zalewska skompromitowała się całkowicie deformą edukacji. Trudno znaleźć cokolwiek, co usprawiedliwiałoby sens jej startu do europarlamentu. Grzegorz Schetyna świetnie to rozumie, dlatego już tydzień temu, na konwencji we Wrocławiu, odniósł się do pani minister, mówiąc, że to „nie przejdzie”. Polacy są mądrzy, nie doceniacie ich, pani Zalewska nie da rady uciec do Brukseli, bo po prostu Polacy jej nie wybiorą”. Czy wniosek o wotum nieufności pomoże? Oby tak się stało. Przekonamy się o tym już dzisiaj.

Jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Znowu o nas głośno, od Chicago do Tobolska. A wszystko za sprawą skłonności, która powoli staje się naszą specjalnością narodową. Piromanii, mianowicie.

Całkiem niedawno światową sławę zyskał w tym kontekście Wrocław, gdzie doszło do symbolicznego podpalenia kukły Żyda. A teraz w Gdańsku zapłonął stos, w który wrzucono…książki. Tę swoistą rekonstrukcję auto da fe z Harrym Potterem i Hello Kitty w charakterze głównych oskarżonych, urządzili księża jednej z tamtejszych parafii, przy aktywnym uczestnictwie licznych wiernych.

Gdańska inscenizacja „Fahrenheita 451” wzbudziła oburzenie, ale bynajmniej nie tak powszechne, jak można by się spodziewać, i głównie za granicą, bowiem krajowi mocodawcy uczestników „incydentu” wykazali się w tej sprawie daleko posuniętą wyrozumiałością. Cóż – w końcu mamy teraz trend na poszanowanie tradycji i obfitość grup rekonstrukcyjnych, tymczasem Inkwizycja to przecież ważna karta w dziejach Kościoła Powszechnego. No a poza tym nie tylko duchowni, ale też świeccy przedstawiciele aktualnej władzy wykazują specyficzną skłonność w kierunku zabaw z zapałkami.

I tak, miłość ojczyzny, płonącą w sercach młodzieży wszechpolskiej, najłatwiej poznać po krwawej łunie rac nad Marszami Niepodległości, natomiast nigdy niegasnący płomień pamięci ofiar „zamachu smoleńskiego” – po blasku pochodni na każdej miesięcznicy. Nic nie wyraża żaru emocji buzujących w środowiskach „patriotycznych” bardziej niż płonące flagi Unii, swastyki i kukły „wrogów narodu”. Te akurat modę, dotyczącą kukieł „zdrajców”, zapoczątkowało w polskiej polityce symboliczne spalenie wizerunku Lecha Wałęsy. Dla przypomnienia – zapałki trzymał wtedy Jarosław Kaczyński. Potem nadeszła epoka marszów z płonącymi pochodniami. No a teraz przeszliśmy do kolejnego etapu narodowej piromanii- stosów, na których pali się książki. Czego polska prawica oczywiście „nie pochwala, ale jednak rozumie”.

Jej elektorat pewnie też, tym bardziej, że przynajmniej jedną książkę w roku (wliczając w to podręczniki i instrukcje obsługi) czyta w Polsce już tylko 37 procent populacji. Gdyby nie jazgot lewackich mediów, to gdańskie całopalenie przeszłoby więc pewnie niezauważone.

Bo przecież jak inaczej, niż wypalając ogniem (i mieczem) zło wszelakie w postaci czarownictwa, okultyzmu, a też liberalizmu i lewactwa – uwolnić Naród od niebezpiecznych treści i uchronić od upadku moralnego?

Inna sprawa, że palenie książek jest mało skuteczne, bo zawsze można przecież napisać kolejne. Więc następnym nieuniknionym, etapem na drodze do odrodzenia duchowego Narodu wydaje się posłanie na stos ich autorów. Jak to zawsze bywało. Po nich – wydawców. A na ostatku czytelników. Oraz – to już w kontekście politycznym – całej totalnej opozycji, z „Bolkiem” na czele, jej zwolenników, a na koniec całego „gorszego sortu”. No, chyba że w odruchu chrześcijańskiego miłosierdzia jednak wyśle się ich wszystkich na Madagaskar. Niemniej, wobec nadchodzącego kryzysu budżetowego, zapałki wychodzą taniej.

Jak dotąd, owa taktyka spalonej ziemi przynosiła podpalaczom w Polsce niezłe rezultaty. Zabawy z zapałkami mają jednak to do siebie, że w niepowołanych rękach grożą pożarem medialnym, który obróci w popiół resztki naszej reputacji. Mogą też wzniecić oburzenie i rozpalić emocje przeciwników. No i – jak wiemy z filmów kryminalnych – wielu podpalaczy ginie w płomieniach roznieconych własnymi rękami.

Polexit jest głównym celem polityki zagranicznej PiS

1 Kwi

Uważam, wbrew szefom różnych partii, że te wybory będą znacznie ważniejsze niż krajowe, jeśli PiS wygra, koniec naszego członkostwa w UE. Każdy kto zagłosuje na PiS będzie odpowiedzialny za Polexit.

Oczywiście poczucie winny przyjdzie znacznie później, gdy już będziemy na zupełnym marginesie Unii lub poza nią, i dziś warto przyglądać się doświadczeniu Brexitu; kto do niego doprowadził i w czyim interesie byłoby to (ciągle nieudane) wyjście WB.

PiS ma może inne motywy (nie biznesowe ale nacjonalistyczne; ciągle kultywuje XIX wieczne marzenie o Wielkiej Polsce a właściwie Wielkiej Władzy), ale zapewne uważnie przygląda się Brexitowi by uniknąć błędów i kompromitującego chaosu, który jest dziś udziałem Brytyjczyków.

PiS już się uczy jak gładko wyprowadzić nas z UE. Ma już partnerów, prawicowych oszołomów z Włoch i Hiszpanii. Nie wyciągnie Polski w pojedynkę, będzie rozdrapywał Unię systemowo, od środka. Jego kandydaci/kandydatki to forpoczty polexitu. Nie będą tam debatowali bo nie potrafią, lecz głosowali pouczani przez nacjonalistyczne centrale.

Fiaskiem zakończyła się poniedziałkowa rozmowa „ostatniej szansy” przedstawicieli związków nauczycielskich z członkami rządu.

„Do 8 kwietnia mamy tydzień. Tydzień na negocjacje. Jeżeli będziemy obserwowali taką postawę ze strony rządu, to nie pozostaje nam nic innego, niż zamknąć placówki oświatowe i rozpocząć strajk” – zapowiada Sławomir Broniarz.

„Wysłuchaliśmy propozycji premier Beaty Szydło. To powtórzenie tego, co już zanegowaliśmy” – ocenił deklaracje strony rządowej szef ZNP.

Wszystko wskazuje na to, że PiS nie zamierza się uginać przed żądaniami związkowców, a premier Mateusz Morawiecki nie spotka się z szefem ZNP Sławomirem Broniarzem – pisze Money.pl

W cieniu tych negocjacji pozostaje minister edukacji Anna Zalewska – odpowiedzialna za chaos w szkolnictwie i obecne perturbacje.

Działa dziś na nauczycieli jak przysłowiowa „płachta na byka”, ale – jak mówią dobrze zorientowani – „coś za coś”.

Ponoć we wcześniejszych negocjacjach z Kaczyńskim zgodziła się być twarzą PiSowskiej reformy oświaty w zamian za „biorącą” pozycję listy dolnośląsko-opolskiej do Parlamentu Europejskiego.

Z informacji radia RMF FM wynika, że to taki „element porozumienia” z liderem partii rządzącej.

Zalewska jest dziś „potężnym wizerunkowym obciążeniem” dla PiS – mówią w rozmowie z radiem politycy partii rządzącej. „Jeden z bliskich współpracowników premiera w nieoficjalnej rozmowie powiedział dziennikarzowi RMF FM, że z chęcią – już teraz – pomógłby minister spakować walizki do Brukseli”.

Więcej >>>

Waldemar Mystkowski pisze o przywłaszczaniu przez PiS obchpodów 4 czerwca.

Dlaczego PiS chce przywłaszczyć obchody rocznicy 4 czerwca 1989 roku, pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych? Przecież narracja partii Kaczyńskiego o Okrągłym Stole jest mało pozytywna, a 4 czerwca to pierwszy i najważniejszy owoc kompromisu strony solidarnościowej z komuszą.

Potem przechodziliśmy transformację ustrojową zwaną reformami Balcerowicza, te okazały się wzorem dla innych państw naszego regionu, przede wszystkim są jednym z największych naszych sukcesów cywilizacyjnych w historii. Polska wreszcie stała się pełnoprawnym członkiem Zachodu poprzez przynależność do NATO i Unii Europejskiej.

Obok transformacji ustrojowej zachodziła dłuższa „transformacja” mentalna, którą swego czasu w lapsusie freudystycznym Jarosław Kaczyński wyłożył, jako „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” W tej „transformacji” kłamstwo ma wartość prawdy, byle było głoszone z determinacją Goebbelsa.

4 czerwca ma wpisać w „transformację” mentalną PiS ich wersję historii, nie mającą wiele wspólnego z faktami, ale z kompleksami prezesa. Gdyby to odbywało się na płaszczyźnie osobistej, byłby to kłopot psychiatry z pacjentem, ale pacjent Jarosław Kaczyński funduje swoje kompleksy w polityce i to będąc u władzy.

Jak trafnie ujął taką wersję życia Szekspir, jest to „opowieść idioty pełna wrzasku i wściekłości”. Narracja Kaczyńskiego o współczesności nie trzyma się kupy ani tym bardziej narracja o niedalekiej przeszłości, w której on i jego brat Lech nie odgrywali szczególnie ważnych ról, byli tylko kamerdynerami Lecha Wałęsy. Rola służby boli, stąd mamy u prezesa przypadłości wściekłości i wrzasku o gorszym sorcie, ZOMO, gestapo, kanaliach, zdradzieckich mordach, etc.

Jeżeli 4 czerwca 2019 PiS będzie po wygranych do Parlamentu Europejskiego rozszerzona zostanie „opowieść idioty” o kolejne wściekłe kłamstwa i wrzaskliwe opluwanie prawdy. Lech Wałęsa chciałby częściowo przerwać tę narrację idiotów poprzez pozbawienie „NSZZ Solidarność” możliwości posługiwania się nazwą.

Miejmy nadzieję, że 4 czerwca będziemy świętować dwa zwycięstwa – 4 czerwca 1989 roku Komitetu Obywatelskiego i 26 maja 2019 – Koalicji Europejskiej. Wystarczy wściekłości i wrzasku z opowieści zakompleksiałego prezesa.