Archiwum | media RSS feed for this section

Jawne bezprawie Trybunału Konstytucyjnego i inne zbuki

22 Sty

Zawłaszczanie państwa, zaprowadzanie bezprawie – ak wygląda dzisiaj Polska, państwo mafijne.

Niby to wiemy, ale nie uzmysławiamy. Ogromna większość publicystów i dziennikarzy do opisu tego, co się dzieje używa niewłaściwego języka, bowiem zajmuje się tylko wycinkowym problemem, a nie kontekstem.

Polska jest już zmarginalizowana w Unii Europejskiej, nawet gdyby opozycja wygrała, bądź Małgorzata Kidawa-Błońska wygrała starcie z Andrzejem Dudą, wcale nie będzie to wszystko łatwo odkręcić.

Na miejsce Polski wchodzą inne państwa, a wewnątrz kraju zaprowadzając porządek, nie można wszak uciec się do skrótów, prawo ma być prawem. To jest ta słabość liberalizmu wobec autorytaryzmu. Prawo kontra zamordyzm.

Kaczyński mimo że przegra, nie pogodzi się, sfałszuje wybory, a nawet mimo protestów społeczeństwa obywatelskiego wyśle na ulice szwadrony służb i organizacji paramilitarnych (WOT), które łatwo mogą się zmienić w szwadrony śmierci.

Nie potrzeba nazistów, komunistów, mamy pisizm, który jest dwa w jednym. Tak wyhodowaliśmy wroga wewnątrz Polski.

Z prawem PiS czyni, co chce, oto Trybunał Konstytucyjny na polecenie marszałek Sejmu zabrania zebrać się Sądowi Najwyższemu, co jest bezprawne, niekonstytucyjne, niekompetencyjne.

Po decyzji marszałek Sejmu Elżbiety Witek o skierowaniu do Trybunału Konstytucyjnego wniosku o rozstrzygnięcie sporu kompetencyjnego między Sejmem a Sądem Najwyższym, prezes TK Julia Przyłębska wydała oświadczenie o zawieszeniu zaplanowanego na czwartek posiedzenia trzech izb SN.

Więcej o oświadczeniu Przyłębskiej >>>

Marszałek Sejmu E. Witek z PiS widzi „spór kompetencyjny” między Sejmem a SN i prosi TK Julii Przyłębskiej o zablokowanie posiedzenia „starych” Izb SN. Te 23 stycznia miały orzec, co dalej z sędziami nominowanymi przez neo-KRS. Przyłębska reaguje błyskawicznie i oświadcza, że zawiesza rozprawę w SN. Eksperci prawni: „O sporze kompetencyjnym nie ma tu mowy”.

Analiza bezprawia jakiego dopuścił się Trybunał Konstytucyjny czytaj tutaj >>>

PiS nie ustąpi w deformowaniu sądownicwa, czynienie sobie go posłusznym.

Co skończy się wyprowadzeniem Polski z Unii Europejskiej. Analiza Andrzej Gajcego z Onetu.

Obóz rządzący nie cofnie się w sprawie ustawy dyscyplinującej sędziów. Jasne wytyczne, brzmiące jak rozkaz wydał swojej partii oraz koalicjantom prezes PiS Jarosław Kaczyński. Brzmią one następująco: ani kroku wstecz.

Cała analiza tutaj >>>

W tym wszystkim Jarosław Gowin chce ugrać jak najwięcej dla siebie. Symuluje okrągły stół w sprawie bezprawia.

Okrągły Stół Anno Domini 2020

Dlatego też lider Porozumienia ma zasiąść przy tzw. okrągłym stole ws. wymiaru sprawiedliwości organizowanym przez Polską Akademię Nauk. Podobnie na spotkaniu ma zabraknąć premiera, prezydenta i Jarosława Kaczyńskiego.

Czy w Gowinie obudził się idealista? To wątpliwe. Chodzi raczej – jak sugerują już media – o odegranie roli dobrego gliny w środowisku złych policjantów. Tym najgorszym jest Ziobro. Szef Porozumienia musi więc go równoważyć i robić za anioła w rządzie.

Więcej o Gowinie >>>

„Może i dobrze, że los oszczędził ojcu obserwowania działań PiS, tak przypominających najgorsze wzorce późnego PRL” – pisze do premiera syn zmarłego w 1996 roku sędziego Józefa Wieczorka. Odpowiada na życzenia, jakie Morawiecki wysłał jego ojcu z okazji… 100 urodzin. Sędzia Wieczorek był znany z odporności na naciski władz komunistycznych.

 

Więcej o jajach, czyli zbukach Mateusza Morawieckiego tutaj >>>

Ministerstwo Sprawiedliwości było najbardziej promowanym podmiotem w Wirtualnej Polsce w 2019 roku – wynika z danych Kantara, do których dotarło OKO.press. Gdyby resort Ziobry płacił WP za reklamy według oficjalnego cennika, musiałby wyłożyć ponad 125 mln zł – więcej niż np. razem wzięte Lidl, Allegro, Toyota, Orange, Tchibo, Bakoma i Provident.

Więcej o sprzedajnym portalu Wirtualna Polska tutaj >>>

Wygrać z bezprawiem PiS

3 Sty

Sędziowie coraz lepiej sobie radzą z bezprawiem pisowskim. Niewątpliwie na uwagę zasługuje sędzia Paweł Juszczyszyn – bohater naszych czasów.

Jak to kiedyś w kampanii prezydenckiej we Francji jeden z kandydatów powiedział: – Wszyscy razem nakopiemy im w dupę.

I tak trzeba nakopać PiS-owi. A w najbliższych wyborach nakopać w Dupę. Przepraszam: w Dudę.

Sędzia, któremu minister sprawiedliwości skrócił delegację w związku z nakazaniem Kancelarii Sejmu przedstawienia list poparcia członków nowej KRS, zaskarżył pismo resortu w tej sprawie. Paweł Juszczyszyn domaga się stwierdzenia bezskuteczności odwołania ze względu na naruszenie jego niezawisłości sędziowskiej.

Więcej o Juszczyszynie, który przywraca wiarę w praworządność – czytaj tutaj >>>

System, w którym wola ludu uzasadniałaby autokratyczne rządy, jest marzeniem wielu ruchów populistycznych, ale w naszym kraju jest niebezpiecznie blisko do jej realizacji. Dobrze, że opozycja obudziła się z czteroletniego snu i zaczyna myśleć o jasnej linii programowej. Co powinna teraz zrobić? Pisze politolog i kulturoznawca prof. Leszek Koczanowicz

Ześlizgiwanie w autorytaryzm

Nawet gdyby potraktować wybory prezydenckie jako epizod w wielkim sporze o kształt demokracji, to pozostaje podstawowe pytanie: jak wpłyną one na formę demokracji w naszym kraju?

Kluczowym zagadnieniem jest zahamowanie procesu ześlizgiwania się systemu politycznego w kierunku autorytaryzmu.

Równie ważne jest zdanie sobie sprawy z tego, że PiS wykorzystał realne niezadowolenie z istniejącego stanu państwa i społeczeństwa. Lekarstwo, jakie partia ta zaaplikowała jest pewno gorsze niż choroba, ale nie zniknie ona, gdy je wycofamy.

Dla pełnego obrazu warto wspomnieć jeszcze kontekst globalny. Polska stała się rodzajem laboratorium populizmu, jednym z krajów najczęściej wymienianych w tym kontekście.

Pełna analiza prof. Koczanowicza tutaj >>>

W 2018 Polska była jedynym w UE krajem, w którym odnotowano wzrost produkcji energii z węgla kamiennego. Polska gospodarka plasuje się na drugim miejscu (za estońską) pod względem emisyjności. Transformacja będzie wymagała ogromnych inwestycji, ale najpierw – planu. Ostatni przyjęto w 2009 i wg niego właśnie otwieramy pierwszą elektrownię jądrową

O fatalnej sytuacji w energetyce czytaj tutaj >>>

Życzę wszystkim opozycyjnym kandydatom na prezydenta, żeby nas przekonali że „yes, we can” i że wreszcie w Nowym Roku uda się nam – za ich sprawą – „odwalczyć” normalność.

Pełne życzenia Bożeny Chlabicz-Polak >>>

Konstytucja nie jest świąteczna

26 Gru

Wybitny konstytucjonalista prof. Tomasz Tadeusz Koncewicz pisze o zaletach obowiązującej konstytucji, gdyby ją zmieniono, to tylko na gorsze w obecnej sytuacji politycznej.

Za Konstytucją z 1997 roku warto codziennie oddawać swój głos i ją praktykować. Musimy pamiętać, że ta Konstytucja nam Polakom się po prostu udała. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej.

Cały tekst prof. Koncewicza tutaj >>>

Kapitalny esej Piotra Gajdzińskiego o politycznym gangsterze, o tym jak w Polsce instalowany jest zamordyzm.

Im większy polityczny gangster, tym głośniej krzyczy o patriotyzmie, godności, narodowych krzywdach i wrogach ojczyzny, próbujących za zagraniczne srebrniki zatrzymać marsz ku świetlanej przyszłości. Ta retoryka w sprzyjających okolicznościach jest skuteczna, bo duże grupy społeczne zawsze czują się obdarte z godności, zlekceważone i skrzywdzone. Wystarczy tylko podpalić ogień

Esej Gajdzińskiego tutaj >>>

Politycy niemal wszystkich niemieckich partii krytycznie oceniają przyjętą w Polsce nową ustawę dyscyplinującą sędziów i domagają się od Brukseli wyciągnięcia konsekwencji.

Cały news o izolowaniu Polski pisowskiej od unijnych pieniędzy. Nie tylko Niemcy, ale i inne kraje zachodnie chcą PL eliminować. Czytaj tutaj >>>

Eliza Michalik pisze o przebaczeniu.

Przebaczenie ma moc i razem z wymienionymi przeze mnie na początku, miłością, czułością, ciepłem i radością, jest nie do pokonania. Ale tylko wtedy, gdy jest dobre i prawdziwe. Tandetne podróbki, o które w Święta tak łatwo, to tylko bezwartościowy tombak, nie złoto.

Tekst Elizy Michalik Tutaj >>>

W ciągu mijającego roku spotykałem się dość często z sytuacją odchodzenia wiernych z Kościoła, bo nie znajdują dla siebie miejsca w Kościele upolitycznionym, angażującym się w wojny kulturowe, bezdusznym wobec ofiar pedofilii.

Tekst prof. ks. Alfreda Wierzbickiego tutaj >>>

Jak daleko posunie się PiS, aby utrzymać władzę?

22 Gru

Powinniśmy jak najszybciej zdekoncentrować sytuację medialną w Polsce, ponieważ ona nie spełnia standardów europejskich” – podkreśla minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Piotr Gliński mówiąc o planach kierowanego przez siebie resortu na najbliższe lata.

Minister zaznaczył, że stosowny projekt jest już od dawna gotowy i czeka tylko na odpowiednią polityczną decyzję. Partia rządząca od początku twierdzi, że media w Polsce, a w szczególności prasa, są opanowane przez koncerny zagraniczne, co wpływa na wolność owych mediów.

Z tą opinią nie zgadza się między innymi były prezes TVP, członek Rady Mediów Narodowych, Juliusz Braun. „To, co mówi minister Piotr Gliński można czytać jako pogróżki pod adresem mediów. Rząd chce po prostu osłabić silne media” – mówi Braun w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl, dodając, że „w Polsce „tak naprawdę nie ma zmonopolizowanych mediów. Widocznie minister kultury jest źle poinformowany.”

Poza planami dekoncentracji mediów, kierowane przez Glińskiego ministerstwo kultury w ciągu najbliższych lat zamierza zaangażować się w powstanie kilku muzeów.

Powstać miałoby m.in. Centrum Gier Wideo, Narodowe Muzeum Techniki (w założeniach – na błoniach Stadionu Narodowego), Muzeum Wyspiańskiego oraz Muzeum Polskiej Sztuki Użytkowej jako nowych filii Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Badań Polarnych w Puławach, Panteon Śląski w Katowicach Muzeum ks. Popiełuszki w Okopach czy Interaktywne Centrum Bajki i Animacji w Bielsku-Białej. Mówił także o planowanej budowie nowej siedziby dla Akademii Muzycznej w Bydgoszczy oraz Europejskiego Centrum Muzyki w Żelazowej Woli.”

>>>

Donald Tusk stwierdził w wywiadzie, że posłowie opozycji „zawalili” i „dali ciała” w głosowaniu nad harmonogramem dotyczącym ustawy „kagańcowej” PiS, ale podkreślił, że sedno problemu „leży gdzie indziej”. Były premier powiedział też, że Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę”.

Donald Tusk w rozmowie z Wirtualną Polską krytykował niektóre postawy opozycji i ocenił, że choć jej politycy „kochają Polskę”, to nie zawsze to widać.

– Nawet przez myśl nie może nam przejść, żeby uznać: „okej, jak oni kłamią, to my też zaczniemy kłamać, tylko jeszcze lepiej, jeszcze mocniej” – powiedział Tusk. Stwierdził, że opozycji potrzebne jest kreatywne myślenie i emocje.

Odniósł się także do sytuacji z tego tygodnia, kiedy z powodu nieobecności części posłów PiS opozycja miała szanse opóźnić prace nad ostro krytykowaną ustawą o sądach. To się jednak nie udało, ponieważ na w Sejmie nie było też części jej posłów.

Ustawa „kagańcowa” nie szkodzi poparciu PiS. W nowym sondażu jest wyższe niż w wyborach

„Zło dzieje się gdzie indziej”

– Wpadka jest wpadką, nie ma co jej tłumaczyć i lepiej tych usprawiedliwień nie czytać dla dobra sprawy – powiedział Tusk. Dodał jednak, że on „nie linczowałby posłów za to, że czasami robią jakieś niechlujstwo, głupotę”.

– To trzeba bardzo wyraźnie wskazać palcem, ale zło dzieje się gdzie indziej. To, że będziemy mieli być może tę ustawę „kagańcową”, to nie dlatego, że grupa posłów nie przyszła na głosowanie, ale dlatego, że większość parlamentarna chce tej ustawy. Tu jest istota problemu – stwierdził. Dodał również, że nie chce usprawiedliwiać się, kiedy sam „coś zawali”, ponieważ woli się przyznać i naprawić. – Ale źródłem problemu nie są ci posłowie, którzy dali trochę ciała – ocenił.

Donald Tusk: Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa

Były przewodniczący Rady Europejskiej nawiązując do kwestii kłamstw w polityce stwierdził, że Jarosław Kaczyński jest autorem „największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę”.

– Myślę tu o kłamstwie smoleńskim – stwierdził. – Jarosław Kaczyński – uważam, że absolutnie cynicznie – wykorzystał katastrofę smoleńską do bardzo ostrego podziału. I wiem, dlaczego. Jest typ polityków, którzy wygrywają, gdy agresja, nienawiść i podział są górą. To jest jego żywioł – powiedział.

– Jarosław Kaczyński jest autorem i promotorem największego kłamstwa, które zrujnowało polską wspólnotę. Mówię tu o kłamstwie smoleńskim – powiedział Donald Tusk w rozmowie z Tomaszem Machałą przeprowadzonej dla portalu Wirtualna Polska.

  • Zdaniem szefa Europejskiej Partii Ludowej wydarzenia po katastrofie smoleńskiej pogłębiły podziały w Polsce
  • Tusk ocenił, że obecny szef PiS tratuje swoich współpracowników w sposób cyniczny i instrumentalny
  • Były premier ocenił także wpadkę posłów opozycji, którzy nie pojawili się ostatnio na głosowaniu w Sejmie. – To nie oni są źródłem problemu – powiedział

Donald Tusk ocenił, że największym kłamstwem Kaczyńskiego jest „kłamstwo smoleńskie”. – To co się stało po katastrofie smoleńskiej wyostrzyło podziały, które i tak były wcześniej – mówił. Jego zdaniem podziały w polskim społeczeństwie „mają długą tradycję”. – One (podziały red.) są cały czas dość podobne w swojej istocie jeszcze od czasów przedwojennych – powiedział.

Tusk miał nadzieję, że po po odzyskaniu wolności i wejściu do Unii Europejskiej Polacy zaczną jakoś zakopywać podziały. – Uważam, że Jarosław Kaczyński absolutnie cynicznie wykorzystał katastrofę smoleńską do niezwykle ostrego podziału społeczeństwa i wiem dlaczego. Jest pewien typ polityków którzy wygrywają wtedy gdy agresja, nienawiść i podział są górą. On się w tym dobrze czuje, to jest jego żywioł I niektórzy może mu zazdroszczą tej umiejętności. Ja nie – powiedział były premier.

– Dlatego Kaczyński zawsze, a po katastrofie smoleńskiej z wyjątkową intensywnością, podsycał tę wzajemną niechęć do granic nienawiści – ocenił Tusk. Szef EPL stwierdził też, że stosunek Kaczyńskiego do ludzi nie zmienił się od lat 90-tych. – Jest on niezwykle instrumentalny, bardzo cyniczny – powiedział. Jego zdaniem z czasem u szefa PiS „zamieniło się to w bezlitosną formę pogardy wobec ludzi”.

Smoleńsk – 96 wspomnień

„Wpadka jest wpadką”

Tusk odniósł się też do sprawy posłów opozycji, którzy nie wzięli udziału w głosowaniu w Sejmie, przez co stracili szansę na odrzucenie ustawy dyscyplinującej sędziów autorstwa PiS. – Wpadka jest wpadką i nie ma tutaj czego tłumaczyć. Lepiej tych usprawiedliwień nie czytać dla dobra sprawy. Ja bym nie linczował posłów za to, że czasami robią jakieś niechlujstwo, głupotę. To trzeba wyraźnie pokazać, ale zło dzieje się gdzie indziej – ocenił szef EPL.

– Nie usprawiedliwiam ich. Siebie też nie jak coś nawalę, ale źródłem problemu nie są dziś posłowie, którzy dali ciała. Większość parlamentarna chce tej ustawy – i to istota problemu – dodał.

Seria wpadek opozycji

Tusk przekonywał też, że opozycji potrzebne jest dzisiaj „kreatywne myślenie i emocje”. – Znam tych ludzi, oni naprawdę kochają Polskę, ale za diabła tego czasami nie widać w ich reakcjach, sposobie mówienia – mówił były premier. we fragmentach wywiadu opublikowanego na stronach Wirtualnej Polski.

Jeśli Kaczyński, Ziobro i inni liderzy PiS myślą, że mogą bezkarnie wyprowadzić Polskę z UE, to lepiej niech sobie przypomną los obalonego przez Majdan prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza.

– „Nie rozumiem, dlaczego PiS naraża się na takie koszty” – powiedział Donald Tusk, komentując awanturę o tzw. ustawę kagańcową, znoszącą niezawisłość sądów. Pytanie jest dobre, choć przydałoby się drobne sprostowanie: PiS naraża na koszty nie siebie, lecz przede wszystkim nas wszystkich – Polskę. Gdyby uchwalone przez Sejm prawo miało zacząć obowiązywać, musielibyśmy wyjść z Unii Europejskiej. Wbrew wielu komentatorom uważam, że PiS nie dąży do tego w sposób świadomy, ale jego liderom po prostu nie starcza wyobraźni, by pojąć konsekwencje własnych działań. W efekcie, kto wie, może rzeczywiście dojdzie do polexitu, choć nikt go nie planował.

PiS sam zapędził się w ślepy zaułek. Rzeczywiście, Tusk ma rację – trudno to ogarnąć rozumem. Przecież partia Jarosława Kaczyńskiego uczciwie wygrała demokratyczne wybory (za pierwszym razem, w 2015 roku, bo 4 lata później można już było mieć zastrzeżenia do tej uczciwości) i dysponowała mandatem, by spokojnie sprawować władzę, tak jak wcześniej sprawowali ją zwycięzcy wszystkich poprzednich wyborów. Nie było najmniejszej potrzeby, by demolować w Polsce wszystko: gimnazja, spółki skarbu państwa, korpus urzędniczy, służbę zdrowia, sądownictwo, armię i stadniny koni arabskich.

W trakcie tej demolki partia rządząca sama podważyła i unicestwiła swój demokratyczny mandat. I dobrze o tym wie. Jeszcze cztery lata temu, gdy ruszyła do ataku przeciw Trybunałowi Konstytucyjnemu, bez przerwy powtarzała slogany o „woli suwerena”, którą rzekomo wyraża. Od tamtej jednak pory mityczny „suweren” wyparował z oficjalnej narracji. Nieprzypadkowo – rządzący mają świadomość, że społeczne poparcie dla nich jest coraz słabsze. Pokazały to także ostatnie wybory, po których PiS stracił większość w Senacie, a w Sejmie zachował ją tylko dzięki ordynacji pozwalającej mniejszość głosów przekuć na większość mandatów. A już za niecałe pół roku czekają nas wybory prezydenckie, w których szanse Andrzeja Dudy nie prezentują się zbyt różowo.

PiS zmaga się z aferami, nie ma tygodnia, by na światło dzienne nie wypłynęła kolejna sprawa krętaczy czy złodziei w szeregach partii rządzącej. „Wystarczy nie kraść” – głosili jej politycy, a w tym samym czasie kradli odzież z pojemników dla ubogich albo wchodzili w kontakty z sutenerami i gangsterami.

No i w dodatku skończył się łatwy szmal, który można było rozdawać na lewo i prawo. Rozpieszczany i hojnie obdarowywany wcześniej „suweren” musi się oswoić z rosnącą inflacją, z drożejącą energią, z jawnymi i ukrytymi podwyżkami danin.

Wszystko to razem tworzy nowy kontekst dla obecnego starcia z niezawisłym wymiarem sprawiedliwości, całkowicie odmienny od tego sprzed czterech lat. Wtedy PiS atakował Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy, płynąc na fali wznoszącej się. Dziś fala opada, a tzw. ustawa kagańcowa nie jest krokiem ofensywnym, lecz desperacką obroną przed wspólnymi – skutecznymi! – działaniami polskiego i europejskiego wymiaru sprawiedliwości. Po orzeczeniach TSUE i polskiego Sądu Najwyższego pisowski reżim poczuł się zagrożony i – zapędzony do narożnika – zaczął w panice kąsać.

Właśnie panika i poczucie śmiertelnego zagrożenia tłumaczą antykonstytucyjny charakter tzw. ustawy kagańcowej. Najwyraźniej rządzący przestali już kalkulować i zastanawiać się nad konsekwencjami swych działań. Ratując swą władzę, sięgają po środki drakońskie i jawnie sprzeczne z polskim i europejskim prawem. Gdyby na chwilę ochłonęli i zastanowili się nad tym, co robią, musieliby zrozumieć, że ich projekt może wejść w życie tylko w warunkach polexitu.

Wówczas jednak musieliby sobie postawić kolejne pytanie: a kto im samym zagwarantuje bezpieczeństwo, jeśli wyjdą z UE i odrzucą cywilizowane standardy? Przecież reguły, jakimi rządzi się polityka w krajach europejskich, dają nie tylko gwarancje poszanowania praw mniejszości i opozycji, lecz także przewidują pokojowe przekazanie pałeczki i zapewniają rządzącym godne potraktowanie po utracie przez nich władzy.

Jeśli Kaczyński, Ziobro i inni liderzy PiS myślą, że mogą bezkarnie wyprowadzić Polskę z UE i odrzucić normy demokratycznego państwa prawa, to lepiej niech sobie przypomną los obalonego przez Majdan prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza, który musiał się salwować ucieczką helikopterem do Moskwy, szukając schronienia przed tłumem demonstrantów wdzierających się do jego rezydencji.

Kaczyński, Duda, Banaś – pisowskie poplątanie z pomieszaniem

6 Gru

„Obecnie Polska, według wskaźnika Giniego, określającego poziom różnic społecznych, zajmuje jedno z najlepszych miejsc w Europie” – stwierdził Jarosław Kaczyński. Niestety, z niedawnych badań wynika, że nierówności dochodowe w Polsce należą do najwyższych w Europie

Rosnące nierówności dochodowe i majątkowe to jeden z najważniejszych tematów ekonomicznych i politycznych ostatnich lat. Na Zachodzie, bo w Polsce z wyjątkiem pozaparlamentarnej (do niedawna) lewicy mało kto interesował się problemem. Listopad 2019 przejdzie do historii jako miesiąc, w którym politycy rządzący naszym krajem nareszcie go zauważyli.

I od razu rozwiązali.

“Obecnie Polska, według wskaźnika Giniego, określającego poziom różnic społecznych, zajmuje jedno z najlepszych miejsc w Europie” – stwierdził Jarosław Kaczyński w opublikowanej 26 listopada rozmowie z „Gazetą Polską”.

Prezes PiS musiał zaczerpnąć tę tezę od premiera Mateusza Morawieckiemu, który w exposé tydzień wcześniej mówił, że obecnie w Polsce „poziom nierówności jest taki, jak w Danii, a niższy niż przeciętnie w Europie. Niższy niż we Francji, w Niemczech, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii”.

Czy te twierdzenia mają coś wspólnego z rzeczywistością?

„Takie wnioski płyną z oszacowań opartych na danych nieskorygowanych o dochody najbogatszych” – tłumaczy OKO.press dr Paweł Bukowski z London School of Economics, ekonomista zajmujący się badaniem nierówności w Polsce i Europie. „W moim badaniu z Filipem Novokmetem pokazujemy, że po uwzględnieniu dochodów bogatych, Polska po 2003 r. doświadczyła bardzo dużego wzrostu nierówności.

Lokuje to nas to wśród najbardziej nierównych krajów Unii Europejskiej, takich jak Niemcy czy Wielka Brytania”.

Skąd ten Gini

Na pozór sprawa jest prosta – aby porównać poziom nierówności w różnych krajach, wystarczy spojrzeć na zestawienie wartości współczynnika Giniego.

To powszechnie stosowana miara nierówności dochodowych. Przybiera wartość między 0 a 1. Wartość 0 wskaźnik osiągnąłby, gdyby wszystkie osoby miały ten sam dochód. Wartość 1 – gdyby wszystkie osoby poza jedną miały zerowy dochód. (Niekiedy wskaźnik mnoży się przez 100, wówczas przyjmuje on wartość od 0 do 100).

Zatem: im wyższa jest wartość wskaźnika, tym większe nierówności dochodowe.

Eurostat publikuje tabele ze współczynnikiem Giniego dla wszystkich państw UE. Co z nich wynika?

W najświeższym zestawieniu z 2018 rokiem współczynnik w Polsce miał wartość 27,8 i faktycznie lokuje nasze społeczeństwo w gronie względnie równych. Dokładnie taki sam poziom nierówności jest w uchodzącej za egalitarną Danii (to dlatego Morawiecki wspomniał ją w exposé). Wyprzedza nas 9 krajów, „najrówniejszym” z nich jest Słowacja ze wskaźnikiem Giniego wynoszącym zaledwie 20.9.

Czy zatem wszystko jest w porządku i możemy rozejść się do domów w tej naszej słowiańskiej Skandynawii?

Niestety nie.

Gdzie są bogaci?

Eurostat czerpie swoje dane z badań ankietowych w poszczególnych krajach (w Polsce przeprowadza je GUS w badaniu budżetów gospodarstw domowych). Tymczasem ekonomiści wskazują, że taka metoda wiąże się z niedoszacowaniem gospodarstw domowych o najwyższych dochodach.

Chodzi przede wszystkim o losowość próby – prawdpodobieństwo, że w badaniu ankietowym trafimy na osoby o bardzo wysokich dochodach, jest niewielkie. A bez nich nie możemy poprawnie określić poziomu nierówności w całym społeczeństwie. To tak, jakbyśmy pisali książkę o współczesnej polskiej polityce i ani słowem nie wspomnieli o Jarosławie Kaczyńskim. Co gorsza, ludzie wprost pytani w ankietach o dochody często je zaniżają – zwłaszcza jeśli są wysokie.

Podsumowując: wyniki sondażowe zaniżają dochody najbogatszych, a zatem również wskaźniki nierówności. Jak więc zbadać faktyczny poziom nierówności?

Fiskus widzi więcej

Nowoczesnym rozwiązaniem jest uzupełnienie danych z ankiet o dane administracyjne z zeznań podatkowych. Te ostatnie znacznie lepiej pokazują, co – pod względem dochodów – dzieje się w górnych 10 proc. społeczeństwa.

W październiku 2017 artykuł takie szacunki nierówności w Polsce opublikowali Paweł Bukowski z London School of Economics i Filip Novokmet z Uniwersytetu w Bonn i Paris School of Economics. Wyniki odbiły się szerokim echem – tak szerokim, że powinni o nich słyszeć i Morawiecki i Kaczyński (skądinąd czytelnik książek Thomasa Pikettego).

Badanie pokazało bowiem, że ponad 13 proc. całkowitego dochodu w 2015 roku trafiało w Polsce do zaledwie 1 procenta najbogatszych. Od początku transformacji owoce wzrostu gospodarczego w dwukrotnie większej części trafiły do tej bardzo wąskiej grupy niż do całej mniej zamożnej połowy społeczeństwa.

W konsekwencji – jak tłumaczył Bukowski na łamach „Krytyki Politycznej”:

„Polska znajduje się obecnie wśród najbardziej nierównych krajów Unii Europejskiej, takich jak Niemcy (procent najbogatszych zarabia tam 13 procent dochodu) czy Wielka Brytania (14 proc.). Rozwarstwienie dochodów w Polsce jest nie tylko większe niż we Francji (11 proc.) czy Szwecji (9 proc.), ale również na Węgrzech (10 procent) czy w Czechach (9 proc.)”.

Na czym polega rewolucyjność tych wyników? Wcześniej wierzono, że potransformacyjny wzrost gospodarczy był – mimo wszystkich głośnych problemów – w miarę egalitarny. Okazało się, że to fikcja.

W listopadzie 2019 ekonomiści Michał Brzeziński, Michał Myck i Mateusz Najsztub opublikowali artykuł na temat nierówności w Polsce, w którym zajęli się nierównościami w dochodzie rozporządzalnym – po odprowadzeniu podatków i składek. Tu także posłużono się danymi ankietowymi skorygowanymi o dane fiskalne.

Wg nieskorygowanych danych GUS współczynnik Polski wynosił w 2015 roku 30,1, co nie odbiegało średnia dla Unii Europejskiej. Skorygowany współczynnik Giniego jest dużo wyższy – w przedziale od 36,5 a 40,2.

Okazuje się też, że skorygowany wskaźnik nierówności jest w Polsce wyższy niż (również skorygowane) wskaźniki w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii – krajach o wysokich nierównościach.

Czyni to z nas jeden z najbardziej nierównych krajów UE.

Nawet jeśli (skorygowany, a nie tylko ankietowy) wskaźnik nierówności nieco spadł w ostatnich 4 latach, to nierówności i tak muszą pozostawać na niebezpiecznie wysokim poziomie.

Niesprawiedliwe podatki

Brzeziński, Myck i Najsztub wskazują na jeden z czynników – progresywność polskiego systemu podatkowego w 2015 była bardzo niska, prawdopodobnie najniższa we UE. Oznacza to, że podatki w Polsce nie służą redystrybucji.

W kontekście słów Kaczyńskiego warto przypomnieć, że od 2015 roku nasz system podatkowy nie zyskał szczególnie na sprawiedliwości.

Choć wprowadzono (raczej skromną) „daninę solidarnościową” – de facto trzeci próg podatkowy dla ludzi o ekstremalnie wysokich dochodach – to jednak nic nie zrobiono z największym przywilejem zamożnych, czyli funkcjonującą od 2005 roku możliwością liniowego opodatkowania jednoosobowych działalności gospodarczych.

W Polsce pracownica z płacą minimalną oddaje w podatku dochodowym i składkach znacznie większą część swojego dochodu niż przedsiębiorca zarabiający kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie.

Prof. Ewa Łętowska komentuje skutki wyroku Izby Pracy Sądu Najwyższego. I przestrzega: jeśli władze nie zastosują się do wyroku i nie podejmą się naprawy ustaw o SN i KRS, będzie to dodatkowym obciążeniem w sprawie skargi Komisji Europejskiej przeciwko Polsce

Komentarz prof. Ewy Łętowskiej po wyroku SN w sprawie III PO 7/18 z 5 grudnia 2019.

Sąd Najwyższy uzupełnił to, co zapoczątkował TSUE (w sprawach połączonych pytań prejudycjalnych C- 585/18, C-624/18, C- 625/18) w wyroku z 19 listopada 2019. Mamy już zatem kompletny wzorzec oceny niezależności i niezawisłości sędziowskiej; częściowo zbudował go już Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Stało się to w związku z koniecznością oceny, czy KRS jest organem niezależnym, a Izba Dyscyplinarna SN odpowiada kryteriom niezawisłego sądu. W obu tych kwestiach ocena wypadła niekorzystnie dla KRS i ID.

Kolejne dowody ingerencji w niezawisłość

TSUE sugerował wzięcie pod uwagę przy ostatecznej ocenie zarówno bieżącej praktyki, jak i tego, czy umacnia ona społeczne przekonanie o niezależności i niezawisłości ocenianych organów. Wydarzenia ostatnich tygodni, ze wzmożoną aktywnością organów dyscyplinarnych, niestety, dostarczyły kolejnych dowodów wkraczania środkami administracyjnymi albo quasi-politycznymi w sferę niezawisłości sędziowskiej.

Paradoksem jest, że tak KRS, jak i ID SN wręcz ułatwiły zadanie składowi sędziowskiemu w SN. Nie uznały bowiem za właściwe wstrzymać się z dotychczasowymi działaniami (opiniowanie nowych sędziów do SN, wyrok ID SN w sprawie sędzi Czubieniak).

Mieli rację pesymiści. Mamy do czynienia z granatem lub petardą. Wielu konstruktorów przygotowywało je przez kilkanaście miesięcy, a wyrok TSUE oznacza , że znów wróciły one na nasze podwórko.

Powstaje bowiem teraz problem jak zapobiec skutkom (zewnętrznym i wewnętrznym) dotychczasowego występowania składów sędziowskich, nie odpowiadających standardom niezależności i niezawisłości. Nie ma mowy o automatycznym podważeniu dotychczasowych wyroków czy nominacji sędziowskich en masse. Istnieje jednak prawdopodobieństwo ich kwestionowania poprzez wnioski wyłączeniowe i wznowieniowe.

Jak sądzę, na pierwszy ogień powinno pójść wznowienie sprawy s. Czubieniak (art. 540 § 3 k.p.k., w związku z wyrokiem TSUE i zakwestionowaniem standardu wymaganego przez art. 47 KPP wobec ID SN).

Groźba destabilizacji i dalszych podziałów

Jednak nie każda sprawa będzie tak oczywista; przeciwnie, należy się tu liczyć z kwestionowaniem rozstrzygnięć samych w sobie skądinąd poprawnych, wydawanych także przez inne sądy, także w kwestionowanych z uwagi na obsadę sądu. Groźna w tej sytuacji jest nie tylko destabilizacja wymiaru sprawiedliwości, ale i to, że badanie konkretnych, indywidualnych wypadków musi spowodować dalsze podziały i pogorszenie atmosfery w sądach.

Chaos, spowodowany nie przez sędziów, lecz fatalne obchodzenie się polityków z konstytucyjną zasadą podziału władz, staje się faktem, przed którym ostrzegano.

Wykonanie wyroku TSUE jest sprawą wszystkich organów państwowych w granicach ich kompetencji. Tego wymaga art. 4 ust. 3 TUE. Teraz, kiedy SN wyrokiem z 5.12. wykonał to, co do niego należało po uzyskaniu odpowiedzi na pytanie prejudycjalne, czas na naprawcze działania legislacyjne (KRS, konstrukcja SN).

Lojalne wykonywanie wyroków TSUE jest probierzem lojalnego wykonywania obowiązków traktatowych przez państwo-członka UE. A w Luksemburgu na rozpoznanie czeka sprawa C- 791/19; jej podstawą jest art. 258 TUE. To skarga Komisji Europejskiej na niewykonywanie obowiązków traktatowych w zakresie wymiaru sprawiedliwości. Od polskich władz zależy, czy rozwój wydarzeń i realizacja wyroku SN III PO 7/18 wzmocni czy osłabi materiał dowodowy tej skargi.

Nie wiemy dokładnie, jak wyglądało czwartkowe ślubowanie trojga sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kancelaria Prezydenta nie chwali się zdjęciami, do Belwederu nie zaproszono też mediów. – To nie była uroczystość polityków, tylko sędziów. Na uroczystościach dotyczących sędziów zazwyczaj nie ma mediów – stwierdza w rozmowie z Gazeta.pl Błażej Spychalski, rzecznik prezydenta.

W czwartek odbyło się ślubowanie nowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego – Krystyny Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i Jakuba Steliny. Jak już informowaliśmy, na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta pojawiła się jedynie krótka notka na ten temat. Natomiast ani w oficjalnych mediach społecznościowych prezydenta, ani na jego stronie nie można zobaczyć zdjęć z uroczystości, na którą nie zostały zaproszone media. – Cichcem, ukradkiem, prawie bez wiedzy mediów – takie rzeczy robi się, kiedy człowiek się wstydzi, kiedy chce to ukryć – komentowała w rozmowie z TVN24 Kamila Gasiuk-Pihowicz z Koalicji Obywatelskiej. Z kolei Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził, że widocznie „prezydentowi to ciąży”.

Ślubowanie sędziów TK. Błażej Spychalski o uroczystości

Krystyna Pawłowicz na Twitterze pisała o „mediach i błysku fleszy” na uroczystości. Stwierdziła też, że prezydent wygłosił „ważne przemówienie na temat wymiaru sprawiedliwości”. O charakter uroczystości zapytaliśmy Błażeja Spychalskiego, rzecznika prezydenta. – To nie była uroczystość polityków,  tylko sędziów. Rano powoływano nową minister sportu i to było wydarzenie polityczne, więc z mediami. Na uroczystościach dotyczących sędziów zazwyczaj nie ma mediów, są natomiast przedstawiciele instytucji związanych z wymiarem sprawiedliwości – komentuje w Gazeta.pl Spychalski. – Tak też było i wczoraj. Byli reprezentanci TK, KRS, MS, PG, a także Marszałek Sejmu, osoby zaproszone przez Sędziów i przedstawiciele Kancelarii Prezydenta. To była standardowa uroczystość sędziowska – dodaje.

Ślubowanie w 2015 r. Zdjęcia są

Niewiadomych wokół uroczystości jest więcej. Od rzecznika nie dowiedzieliśmy się, o czym mówił Andrzej Duda. Nie wiemy też, o której godzinie odbyło się ślubowanie. Rzecznik na nasze pytanie odpowiedział: – Wczoraj po południu.

3 grudnia 2015 r. w nocy Andrzej Duda przyjmował ślubowanie od sędziów Trybunału – Henryka Ciocha, Lecha Morawskiego, Mariusza Muszyńskiego i Piotra Pszczółkowskiego. Zdjęcia z uroczystości można obejrzeć na stronie prezydenta.

JUSTYNA KOĆ: Bez kamer i fleszy, po cichu prezydent zaprzysiągł nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, Krystynę Pawłowicz, Stanisława Piotrowicza i Jakuba Stelinę.

JERZY STĘPIEŃ: Zarówno pani prof. Pawłowicz, jak i pan Piotrowicz to bardzo reprezentatywne postaci dla tego środowiska politycznego, więc mnie to nie zaskakuje, choć dla pana prezydenta to była gorzka pigułka do przełknięcia, dlatego nie chciał mieć mediów na uroczystości. Wydaje mi się, że nie miał innego wyjścia i musiał ich zaprzysiąc.

NIE MÓGŁ POWTÓRZYĆ TEGO MANEWRU SPRZED 4 LAT, KIEDY ODMÓWIŁ ZAPRZYSIĘŻENIA 3 SĘDZIÓW PRAWIDŁOWO WYBRANYCH.

Dlaczego nie mógł?
Sam prezydent przyznał się, że czekał na decyzję polityczną, a ta została podjęta przez większość rządzącą, która zdecydowała, że ci sędziowie nie zostaną zaprzysiężeni i że zostanie uchylona uchwała Sejmu. Nastąpił nowy wybór sędziów, których prezydent zaprzysiągł. Skoro prezydent sam przyznał, że czekał na decyzję polityczną, to trudno to komentować. To pokazuje faktyczną pozycję prezydenta, który jest bardzo uzależniony od swojego zaplecza politycznego i widać, że jest na krótkiej lince. Na pewno w obliczu zbliżających się wyborów to pozycja bardzo niewygodna, ale “sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”, chciałoby się powiedzieć.

Jaki będzie TK z panią Pawłowicz i prokuratorem Piotrowiczem?
Ja powtarzam, że Trybunału już nie ma od dawna.

W MOMENCIE KIEDY PIERWSZE ORZECZENIE TK ZOSTAŁO ZLEKCEWAŻONE, SKOŃCZYŁA SIĘ NIEZALEŻNOŚĆ TK. WTEDY PRZESTAŁ PEŁNIĆ SWOJĄ FUNKCJĘ.

Konstytucja mówi, że wyroki TK są ostateczne, a okazało się, że rządzący powiedzieli, że nie są ostateczne, jeżeli nie są po ich myśli. W tej sytuacji musimy uznać, że nie ma Trybunału Konstytucyjnego. Mam nadzieję, że kiedyś dojdzie do postawienia przed Trybunałem Stanu, a także przed sądami osób odpowiedzialnych za to, bo bardzo łatwo wskazać winnych tego deliktu konstytucyjnego i jednocześnie przestępstwa urzędniczego.

Pan mówi, że TK już nie ma, a pan Kaleta komentując wyrok SN w sprawie KRS powiedział, że to TK jest sędzią ostatniego słowa.
Ale rządzący powiedzieli coś innego w grudniu 2015 roku i dobrze, żeby pamiętali, co zrobili z Trybunałem. Mają atrapę TK, jest budynek i pensje, to miejsce, gdzie można upchnąć ludzi, którzy przegrali wybory – co sam powiedział pan Lipiński, wiceprzewodniczący PiS – ale swojej funkcji nie pełni.  To najlepszy dowód, co rządzący sami uważają o TK i jak go traktują. Z punktu widzenia państwa TK nie ma już żadnego znaczenia. Właśnie trzech sędziów wybranych jeszcze przez poprzedni Sejm skończyło kadencję i okazuje się, że jeden z tych sędziów przez 3 lata nie był w ogóle dopuszczany do orzekania.

JAK MOŻNA MÓWIĆ O ISTNIENIU TRYBUNAŁU, KIEDY JEDEN Z SĘDZIÓW NIE JEST DOPUSZCZANY DO ORZEKANIA POD BYLE PRETEKSTEM?

A był on taki, że ponieważ prokuratura wniosła sprawę, że jego wybór był niewłaściwy, to on teraz będzie stronniczy w sprawach, w których występuje Prokurator Generalny, a ponieważ PG występuje we wszystkich sprawach, to pana sędziego Zubika odsunięto od orzekania. To logika schizofrenika.

SN orzekł, że neo-KRS nie może stać na straży praworządności sędziowskiej.
Bo nie stoi i to jest fakt. Gdyby chociaż przez moment czuli się odpowiedzialni za stan praworządności w Polsce, to KRS wzięłaby w obronę chociażby sędziego Juszczyszyna. Poszczególni członkowie KRS biorą go w obronę, jak rzecznik KRS sędzia Mitera czy wiceprzewodniczący neo-KRS sędzia Johann, ale nie stać było tego organu, aby podjąć uchwałę w obronie tego sędziego czy innych. Przypomnę, że sędziowie są szykanowani dziś za to, że wydają orzeczenia. Są przecież w prawie polskim specjalne procedury, które określają, w jaki sposób można polemizować z orzeczeniami, wręcz je uchylać, natomiast tutaj nic takiego się nie stało.

KRS NIE STANĘŁA ANI RAZU – MOIM ZDANIEM – W OBRONIE PRAWORZĄDNOŚCI I NIEZAWISŁOŚCI SĘDZIOWSKIEJ. TO NAJLEPSZY DOWÓD, ŻE NIE SPEŁNIA SWOJEGO KONSTYTUCYJNEGO ZADANIA, A NIE SPEŁNIA GO, BO JEST REPREZENTACJĄ NIE SĘDZIÓW, TYLKO POLITYKÓW, KTÓRZY JĄ WYBRALI, I KOŁO SIĘ ZAMYKA.

Jakie to rodzi konsekwencje? Już dziś mamy ok. 500 sędziów wybranych przez neo-KRS, ci sędziowie wydali ok 70 tys. wyroków. Każdy z nich można zakwestionować?
Tak i na pewno strony, które nie będą zadowolone z orzeczeń, będą kwestionowane. Podejrzewam, że gdy te sprawy trafią do II instancji, sędziowie będą się zachowywali według tego, co orzekł SN, czyli respektując wyrok TSUE. Będziemy mieli pogłębiający się chaos i mam nadzieję, że to skłoni rządzących, aby czym prędzej usiąść i zdecydować o nowym kształcie KRS, bo ta sytuacja na dłuższą metę jest nie do utrzymania.

TA SYTUACJA NIE BĘDZIE KOMFORTOWA DLA RZĄDZĄCYCH, A WRĘCZ PRZECIWNIE, CO W KOŃCU PRZEŁOŻY SIĘ NA SŁUPKI POPARCIA. PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ RZĄDZĄCY BĘDĄ MUSIELI ZMIENIĆ PRAWO O KRS, TU NIE MA INNEGO WYJŚCIA, A JEŻELI COŚ JEST NIEUCHRONNE, TO LEPIEJ, ŻEBY ZDARZYŁO SIĘ WCZEŚNIEJ NIŻ PÓŹNIEJ, BO POZWOLI TO UNIKNĄĆ PRZYKRYCH KONSEKWENCJI DLA PORZĄDKU PRAWNEGO I PAŃSTWA, AUTORYTET POLSKI NA ARENIE MIĘDZYNARODOWEJ BĘDZIE UPADAŁ, A TO JEST NIE DO ZAAKCEPTOWANIA.

Jest pan optymistą?
Rządzący zderzyli się ze ścianą, na razie są jeszcze w szoku i tego nie wiedzą, ale w końcu to do nich dotrze.

Prokurator Parchimowicz powiedział, że on w świetle wyroku SN nie będzie stawiał się przed Izba Dyscyplinarną w swoich sprawach, bo nie ma ona prawa funkcjonować.
Bo tak jest i tak będą zachowywać się wszyscy sędziowie, którzy mają postępowania dyscyplinarne. Nie ma się co dziwić.

Żyjemy już w układzie niemal domkniętym, gdzie o wszystkim – karierze, majątku, a nawet wolności jednostki, decyduje „bez żadnego trybu” wola prezesa oraz skupionych wokół niego „grup towarzyskich”.

Media donoszą, że od jakiegoś czasu żyjemy w „Republice Banasiowej”. Przesadzają, jak to one, ale dla pewności można pokusić się o rozwiązanie takiego oto testu:

1. Szef NIK z nadania PiS Marian Banaś przedstawił nierzetelne oświadczenie majątkowe, a wcześniej prowadził niejasne interesy z podejrzanymi ludźmi, ponieważ:

a/ się po prostu pomylił, zarówno co do swojego majątku, jak i znajomych,

b/ liczył, że – szczęśliwie dla niego – nikt nie zwróci uwagi na jego kumpli od kamienic i same kamienice,

c/wierzył, że ujdzie mu to płazem, bo ma „ochronę” ze strony ludzi, dla których   pracuje oraz (bo może to ten sam skład osobowy) poparcie partii aktualnie rządzącej.

2. Służby specjalne, których obowiązkiem jest staranne sprawdzenie takich rzeczy, zwłaszcza przed wyborem kandydata na urząd podobnej rangi:

a/ uwierzyły na słowo panu Marianowi oraz podzieliły przekonanie partii PiS, że jest on „kryształowo uczciwy”, toteż niczego nie sprawdzały,

b/ sprawdziły, ale nikomu nie powiedziały, co odkryły, bo miały w tym jakiś interes,

c/ powiedziały, ale komuś w ścisłym kierownictwie PiS opłacało się zachować tę wiedzę dla siebie, w formie „haka”, na którym można by zawiesić szefa NIK w obowiązkach w razie ewentualnej potrzeby.

3. „Sprawa Banasia” wyszła na jaw, ponieważ:

a/ pana Banasia ruszyło sumienie i w trosce o wiarygodność NIK sam przyznał się do wszystkiego na konferencji prasowej,

b/ partia, poinformowana przez służby poniewczasie odkryła swój błąd i w trosce o dobro państwa postanowiła skłonić szefa NIK do rezygnacji, apelując o to w telewizji Jacka Kurskiego,

c/ na światło dzienne wywlekli aferę dziennikarze TVN-u.

4. Poseł „zwykły” Kaczyński oraz kierownik od służb minister Kamiński wezwali na Nowogrodzką szefa NIK, w teorii – niezależnej instytucji kontrolnej — i usiłowali skłonić do złożenia dymisji, gdyż:

a/ to fake news, nigdy nie doszło do takiego spotkania,

b/ mają takie uprawnienia,

c/ bez żadnego trybu, bo kto prezesowi zabroni…

5. Za dymisją Mariana Banasia przemawiają, w przekonaniu jego mocodawców z PiS następujące argumenty:

a/ moralne, bo szef NIK powinien być poza wszelkim podejrzeniem,

b/ polityczne – maglowanie sprawy w mediach źle wpływa na notowania partii,

c/ strategiczne – „niesterowalny” szef NIK może zagrażać interesom konkretnych grup i osób ze środowisk zbliżonych do partii aktualnie rządzącej.

6. Jak dotąd, użyto wobec pana Mariana następujących „środków perswazji”:

a/ grzecznych próśb i apeli do honoru,

b/ deklaracji, że w przypadku odmowy partia nie będzie już promować dalszej kariery zawodowej szefa NIK,

c/ doniesienia do prokuratury, informacji medialnej o zagrożeniu „czynu” wyrokiem do lat pięciu oraz pobawienia pracy syna pana Banasia.

Rozwiązanie:

Przewaga odpowiedzi a: wyborca PiS, czerpiący wiedzę o świecie z „Wiadomości” TV-PiS.

Przewaga b: człowiek poczciwy, acz polityką i rzeczywistością wokół zainteresowany raczej słabo.

Przewaga c: osoba świadoma, że oto żyjemy już w „Republice Banasiowej”, układzie niemal domkniętym, gdzie o wszystkim – karierze, majątku, a nawet wolności jednostki, decyduje „bez żadnego trybu” wola prezesa oraz skupionych wokół niego „grup towarzyskich”. Instytucje i media publiczne są publiczne tylko z nazwy i służą wyłącznie partii rządzącej, a prawo chroni „swoich”, przynajmniej dopóki służą władzy. Kiedy zaś tracą użyteczność, to – jak teraz w przypadku prezesa Banasia – paragraf jakiś zawsze się na nich znajdzie. I na ich rodziny też. Bo prokuratura jest na usługach formacji władzy. A w cieniu wielkich słów o „Bogu, Honorze i Ojczyźnie” oraz „wartościach chrześcijańskich” kryją się wyłącznie mniejsze i większe partyjne interesy.

Banialuki Jacka Kurskiego i Banaś wiecznie żywy

2 Gru

„Nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – straszy w wywiadzie dla „Sieci” prezes TVP. Jacek Kurski chwali obiektywizm telewizji, którą rządzi i narzeka nawet, że „Wiadomości” zrobiły się zbyt nudne. OKO.press porównuje fantazje Kurskiego z rzeczywistością

„Wiele osób chciałoby być prezesem TVP, zwłaszcza teraz kiedy została ona tak odbudowana, jest silna i rozpędzona. Część krytyki mojej prezesury wynika z takich ambicji” – wyznaje w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” prezes TVP. Na początku rozmowy Kurski chwali się epokowym sukcesem, czyli Eurowizją Junior („Mam nadzieję, że teraz nikt już nie będzie nas pouczał, jak walczyć o pozycję Polski w Europie”). Dalsza rozmowa tylko potwierdza, że to na prezesie Kurskim Telewizja Polska stoi.

TVP zawsze z partią

Kiedy prezes Kurski charakteryzuje „Wiadomości” i politykę informacyjną telewizji publicznej, na myśl przychodzi wiersz Władimira Majakowskiego:

„Mó­wi­my – Le­nin, a w do­my­śle – par­tia,
mó­wi­my – par­tia, a w do­my­śle – Le­nin”.

Tyle że w miejsce Lenina trzeba wstawić TVP.

Kurski bez ogródek wyjaśnia, że telewizja pod jego wodzą jest silnie sprzęgnięta z „dobrą zmianą”. Oto kilka fragmentów:

  • „TVP jest jedynym masowym medium realnie broniącym tych wartości, które legły u podstaw dobrej zmiany w 2015 roku. Dlatego wywołuje aż takie emocje”;
  • „Jest faktem, że redakcja »Wiadomości« składa się z ludzi przejętych Polską, broniących wartości dla większości Polaków najważniejszych, jak rodzina, chrześcijaństwo, prawda o narodowej historii”.

Kurski jest pytany o to, czy nie zamierza trochę odpuścić, skoro po wyborach prezes Kaczyński i Mateusz Morawiecki nawołują do współpracy z opozycją.

„Mam wrażenie, że »Wiadomości« są dużo spokojniejsze, chwilami nawet nudne.

Mam wątpliwości, czy ta nowa epoka, o której panowie mówią, potrwa długo, bo słychać, jak grzeją się motory opozycyjnych czołgów, widać przygotowania do ofensywy w sprawach sądownictwa, cywilizacyjnych, przed nami wybory prezydenckie. Ale też mówię: spróbujmy wszyscy inaczej, we mnie jest dobra wola. Natomiast jasno też deklaruję: nie będzie miękkiej gry w walce o wolność słowa” – deklaruje prezes.

Propaganda? Pierwsze słyszę

Co ciekawe, mówiąc to wszystko, Kurski odrzuca jednocześnie zarzuty dotyczące propagandy. Gdyby „Wiadomości” i TVP Info uprawiały propagandę, przekonuje Kurski, nikt by tego nie oglądał. Zdaniem prezesa, gdyby propaganda była, to widzowie natychmiast by to dostrzegli i odrzucili.

A skoro oglądają, to znaczy, że propagandy nie ma.

„Sukces tego programu polega na tym, że jest on zaangażowany w obronę świata wartości konserwatywnych i polskich, a jednocześnie ma silny kontakt z rzeczywistością. Ten program opisuje to, co ludzie widzą wokół siebie, czego doświadczają na co dzień”.

Podczas ostatniej kampanii samorządowej dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim opublikowali raport o „Wiadomościach”. Przez dwa tygodnie – między 24 września a 7 października 2018 – autory raportu analizowali ilościowy udział wypowiedzi („setek”) kandydatów poszczególnych partii w wyborach samorządowych oraz sposób prezentacji tematów wyborczych.

Aż 73 proc. wypowiedzi należało do przedstawicieli PiS (w drugim tygodniu 76 proc.). Platforma Obywatelska to 22 proc., zaledwie 5 proc. czasu dostali politycy pozostałych komitetów wyborczych.

Obóz władzy ma zresztą przewagę nie tylko w czasie kampanii wyborczych. W sierpniu w OKO.press pisaliśmy, że politycy PiS mają w programach informacyjnych i publicystycznych TVP dwa razy więcej czasu antenowego niż wszystkie inne partie.

Także zdanie Kurskiego o tym, że „Wiadomości” opisują to, co ludzie widzą dookoła i czego doświadczają, wydaje się wątpliwa.

Sondaż IPSOS dla OKO.press z grudnia 2018 pokazał, że główny program informacyjny TVP cieszy się najmniejszym zaufaniem w porównaniu z „Faktami” TVN i „Wydarzeniami” Polsatu. „Wiadomościom” wierzą masowo wyborcy PiS, wśród wszystkich innych osób tylko 8 proc. wskazuje je jako najbardziej wiarygodne.

Jako przykład przybliżania widzom rzeczywistości Kurski podaje przykład ostatniej głośnej produkcji TVP.

„Dziennikarska prowokacja” telewizji publicznej, której metody ujawniło OKO.press, miała opowiadać o kulisach organizacji Marszy Równości i szerzej – społeczności LGBT w Polsce. Miała, bo w rzeczywistości był to brutalny festiwal fantazji i oszczerstw rzucanych w stronę osób nieheteronormatywnych i organizacji działających na rzecz osób LGBT.

W materiale utrzymanym w sensacyjnym tonie słyszeliśmy o „podejrzanym finansowaniu”, zorganizowanym ataku na polskie świętości: Kościół katolicki, dzieci i rodzinę (w takiej kolejności) oraz sugestie, że tak jak na zachodzie kolejnym krokiem „lobby LGBT” będzie legalizacja pedofilii.

W sprawie „Inwazji” interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich. Jego zdaniem materiał mógł zostać odczytany jako przyzwolenie na przemoc.

Niezastąpiony prezes

Z wywiadu wynika, że Jacek i Michał Karnowscy, dziennikarze rozmawiający z Kurskim, generalnie go chwalą i podziwiają, ale mają jednak z TVP pewien problem. Gratulują Kurskiemu, że udało mu się dokonać słusznych i radykalnych zmian, jeśli chodzi o informacje, ale za to w sprawach tożsamościowych, patriotycznych, narodowych TVP jednak trochę leży.

Krótko mówiąc: bracia Karnowscy marzyli o superprodukcjach, przy których owinięci w biało-czerwone flagi płakaliby przed telewizorem, a został im Roztańczony Narodowy i pląsanie do „Życie to są chwile, chwile”.

Prezes Kurski także nad tym ubolewa. Chociaż broni disco polo, festiwali i teleturniejów – bo jako prezes musi dbać o wyniki oglądalności – to treści patriotycznych jest za mało. Przyczynę Kurski widzi – o dziwo – w swoim obozie. Jego zdaniem, jeśli jakieś patriotyczne hity powstają, to niestety ich autorami nie są „twórcy bliscy dobrej zmianie”.

„Nacisk na wszystko, co tożsamościowe, propolskie jest w TVP ogromny. Moje ramiona są szeroko otwarte na każdy dobry projekt
patriotyczny, historyczny czy współczesny. Kłopotem jest, że często tak stoję z tymi ramionami otwartymi, a tam nic nie wpada (…).

Od pierwszego dnia w tym gmachu otworzyłem skup wszystkiego co tożsamościowe, związane z patriotyzmem, prawdą o Polsce czy obroną polskich wartości, opowieści o narodzie, o sprawach ważnych. Odzew był bardzo słaby” – żali się Kurski.

Potem się pobudza:

„Pokażcie mi nazwisko jednego człowieka, który przyszedł do mnie z dobrą propozycją i dostał kosza. Nie ma takiego (…). Nie jest tak, że ja rzeczy tożsamościowych nie chcę. Ja o nie wręcz błagam – ale o dobre”.

Ale na koniec gorzko przyznaje:

„Przykra to przechwałka, ale naprawdę sporo z tego, co w obszarze tożsamości się udało na antenie, musiałem po prostu wymyślić”.

O tym, jak Kurski „pogrążył” Banasia >>>

O proteście ws. wolnych sądów (1) >>>

(2) >>>

Jest legenda, że Łukasz, Polak rogiem narwala zaatakował morderczego Saracena na moście w Londynie. Sytuacja prawdziwa, a niemal balladowo mityczna, bo:

1. Jeszcze nie wiadomo kim jest pan Łukasz, mam nadzieję, że nic mu się nie stało, jeśli istnieje.

2. Ząb narwala, czy róg, był uważany w średniowieczu za dowód istnienia jednorożców.

3. W herbie Wielkiej Brytanii obok lwa stoi prawdziwy jednorożec. Więc akcja pana Łukasza wyglądała trochę jakby wyrwał róg z herbowego obrazka i ruszył z nim do prawdziwej walki. No bo skąd w XXI wieku, człowiek ma pod ręką jednorożce?

Porównuje się tę szarżę do brawury skrzydlatej husarii. Może nie na przedmurzu, ale zadupiu chrześcijaństwa. Polak z rogiem, czy skrzydłami, jak Dywizjon 303, znów bronił Londynu. W każdym razie premier Morawiecki wygłosił przemowę.

Jego przemowy są coraz bardziej surrealne, niezależnie od tematu. Plan B wobec Banasia, czyli zmiany procedur, żeby usunąć nieusuwalnego, przypominają metody do rozwałki Trybunału, Sądu Najwyższego, instytucji niepoddających się władzy PiS-u. A my będziemy się tego jeszcze domagać. To jest nie mniej surrealne od faceta walczącego rogiem jednorożca. Ale przecież pisowski drań nie może kontrolować państwa. Odpowiedzialny za to wszystko Kaczyński, nie jest już nawet w stanie podać sam sobie ręki na wysokości brzucha. Przy coraz bardziej bomboniastej sylwetce jego ręce są zbyt krótkie, chociaż obejmują duszącym uściskiem cały kraj. Stratowany przez religię, alkoholizm i historyczny stres pourazowy. Dlatego według statystyk wyborczych, ponad połowa narodu to suwerenne ćwoki. Cywilizowana reszta też nie jest do końca cywilizowana. Wyszło to przy sporze o przyjazd Polańskiego do łódzkiej filmówki.

W tej aferze miesza się obronę patriarchatu z antysemityzmem i antypisowskim oporem. Wiadomo, PiS nienawidzi prawdziwych elit i traktuje je w myśl powiedzenia „Zniszcz, zanim zniesie jaja”. Studenci filmówki nie są zdrajcami demokracji, a Polański ambasadorem wolnego świata. Świat się zmienił od lat 60-ych, zwłaszcza po metoo. Młodzi nie chcą oddychać zatrutym powietrzem i smogiem mentalnym.

W atakach na studenterię filmówki używane są argumenty: „Najpierw pokażcie co sami umiecie”. Może nie dostaną Oscara, ale na pewno nie będą uważać gwałtu za dozwoloną formę współżycia. Oni po prostu nie chcieli rozmawiać z człowiekiem, który oprócz świetnych filmów dopuścił się przestępstw – pedofilii i gwałtów. Nie oddzielają geniusza od zboka. I słusznie, artysta jest człowiekiem totalnym, wkłada duszę w swoje dzieło. Natomiast nie penisa w dziecko ani przemocą w dorosłych.

Sprawa Polańskiego uległa przedawnieniu? Znam ofiary gwałtu. Ich trauma nie jest przeterminowana. Zgwałcona przez Polańskiego francuska aktorka jest nadal jego ofiarą. Nie ma wojny, nie zabija się ludzi z obowiązku, chyba że jest się świrem dżihadu, jak ten nożownik na londyńskim moście. Ale niszczy się ludzi psychicznie, w większości na zawsze, gwałtem. To są zbrodnie przeciw ludzkości, bo kobiety i dzieci są ludźmi. Co, do wielu nadal nie dociera.

Popatrzcie na wpisy, miny patriarchalnych dziadów, gdy oskarża się jednego z nich. Zachowują się jakby ktoś napadł na człowieczeństwo. Nie dociera do nich, że kończy się epoka hujmanizmu. Francuska filia filmowców zapowiada usunięcie Polańskiego, gdy tylko zmienią przepisy. One też są z dawnego świata.

W Norwegii gwałt nie ulega przedawnieniu. W Szwecji karze się klientów prostytutek. U nas nie, ale czy matka Polka marzy o karierze prostytutki dla córki? Burdele uważa się za normal. W bloku gdzie mieszka moja mama, otworzono agencję towarzyską i lokatorzy są bezradni. Staruszki odmawiają litanię do Radia Maryja, zagłuszając dochodzące przez ścianę odgłosy orgii. Trzeba współżyć z ludźmi, nie?

Od lat Polański wynajmuje prawników. Ale nie słyszałam, żeby mówił coś o skutkach terapii. Zajął się kiedyś swoją pedofilią? Jest zboczeniem.
Nie oglądać genialnych dzieł zboków? Postawić sobie cezurę, np. do „Chinatown”, albo „Balu wampirów”?

Nastolatkowe towarzystwo mojej córki nie chce chodzić na Woody Allena i Polańskiego oskarżonych o pedofilię. Dzieciaki mają inną wrażliwość.

Cenzurować Picassa znęcającego się nad rodziną? Nie sądzę, ale podziw nie oznacza bałwochwalstwa. Jeśli inżynier jest zboczeńcem i tak musimy używać podzespołów, które wymyślił, nie wydłubiemy ich sobie z kompa. Nie mają jednak wpływu na naszą psyche. Za dziełem artysty jest zawsze prawdziwy człowiek i jego mogę nie lubić albo oskarżać za popełnione czyny.

Nie zamierzam już dyskutować, czy Polański jest winny. Jest nieleczonym pedofilem, seksoholikiem. Interesują mnie zachowania broniących go artystów. Czują się tym wyniesieni do podoscara? Zblatowani z Hollywoodem? Myli się im wszechmoc twórcy z przemocą w realu?

Trzeba być ojcem, żeby czuć empatię do gwałconego dziecka? Polańskiego bronią kobiety. Czy oddałyby córeczki zboczeńcowi, najlepiej celebrycie? Albo czułyby się wyróżnione przemocową penetracją sławy?

To już nie republika banansiowa, ale jebanasiowa, spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością seksualną księży, zboków, gangsterów.

W necie krąży list Akcji Demokracji zbierającej podpisy przeciw kasacji wyroku w głośnej sprawie zakonnika, który więził i gwałcił dziewczynkę. Jego zakon Chrystusowców (?!) nie chce zapłacić odszkodowania ofierze. Jeżeli nie zakon, nie Kościół to, kto ma płacić, diabeł?

Kartą przetargową w żądaniu dymisji ma być kwestia spółek i fundacji syna Mariana Banasia – dowiedziała się „Rzeczpospolita”.

Składanie nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowane źródła dochodu – to oficjalne zarzuty, jakie postawił w piątek szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego prezesowi Najwyższej Izby Kontroli po półrocznej kontroli jego majątku. Marian Banaś miał nie podpisać protokołu ostatecznie kończącego kontrolę i nie stawił się w CBA.

Zgodnie z artykułem 45 ustawy o CBA – osoba kontrolowana w ciągu siedmiu dni musi złożyć pisemne wyjaśnienia odmowy. To jednak nie hamuje biegu sprawy – dlatego szef CBA w piątek wysłał zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnieniu przestępstwa przez Mariana Banasia.

Banaś – jak wynika z jego wypowiedzi – nie zamierza kapitulować. W piątek najpierw zdementował pojawiające się w mediach informacje o swojej dymisji. „Decyzja taka nie zapadła” – oświadczył w komunikacie podanym na stronie NIK. Chwilę potem w pismach do mediów odniósł się z kolei do faktu skierowania do prokuratury zawiadomienia w sprawie jego oświadczeń majątkowych. „To dobrze, iż prokuratura oraz – ewentualnie – niezawisły sąd zajmą się sprawą i skrupulatnie wyjaśnią wszystkie wątpliwości. Już dzisiaj jednak muszę kategorycznie zaprzeczyć zarzutom, że zatajałem swój stan majątkowy i mam nieudokumentowane źródła dochodów” – stwierdził prezes Najwyższej Izby Kontroli, podkreślając, że jest gotowy „do składania wszelkich wyjaśnień i ze spokojem czekam na finał tej sprawy”.

KLUCZOWY ADRES

Oświadczenia te pokazały, że Banaś, mimo czwartkowego spotkania z prezesem partii Jarosławem Kaczyńskim i koordynatorem służb specjalnych Mariuszem Kamińskim, którzy „poprosili” go o dymisję – zdecydował, że się postawi.

Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie. To m.in. spółka, która pozyskała środki unijne na otworzenie hotelu (Pi Investment, która jak wynika z dokumentów, gdy starała się o dotację z UE, dzierżawiła nieruchomość przy ulicy Krasickiego 24 – dziś spółka ta działa pod nazwą Open Qualis i trudni się doradztwem strategicznym), oraz inkubator – Fundacja Przedsiębiorczości i Etyki Biznesu, założona przez Banasia juniora w 2003 r.

Fundacja ta ze względu na profil działalności, w tym m.in. kształcenie przyszłych elit gospodarczych, podlega kontroli ministra finansów. W jej sądowych aktach można znaleźć zaskakującą informację sprzed zaledwie kilkunastu dni. Pod datą 19 listopada tego roku znajduje się wzmianka o uchyleniu regonu oraz NIP – taki krok podejmuje z urzędu naczelnik skarbówki, jeżeli dopatrzy się nieprawidłowości (np. fikcyjnych danych adresowych dotyczących siedziby).

Dlaczego CBA, które sprawdzało majątek Banasia – wiceministra i ministra finansów – interesowało się również jego synem? Także dlatego, że na tę krakowską kamienicę ministra spółka jego syna wzięła w Banku Ochrony Środowiska 1,7 mln zł kredytu (zabezpieczeniem była kamienica). Kredyt został spłacony po sprzedaży kamienicy 19 sierpnia.

PIS: NA OSTRZU NOŻA

Po zakończeniu kontroli i odrzuceniu uwag Mariana Banasia do raportu i ustaleń CBA (28 listopada) politycy PiS zmienili też sposób narracji i teraz stanowczo żądają dymisji Banasia. – To już otwarta wojna – mówi nam jeden z nich.

Adam Bielan w TVN 24 stwierdził, że: „Gdyby można było cofnąć czas, Sejm nie wybrałby Mariana Banasia na prezesa NIK”. Z kolei Adam Lipiński w „GW” przyznał, że służby specjalne (w domyśle ABW) zawiodły w weryfikacji kandydata na fotel prezesa NIK. Zgodził się, że Banaś „z tej funkcji musi zrezygnować. To jest oczywiste”.

Dla Mariana Banasia, który może być odwołany z funkcji, jeżeli zostanie prawomocnie skazany za przestępstwo – nie jest to jednak oczywiste. Dlatego presja na niego ze strony PiS, dzięki któremu został wybrany na to stanowisko, przybrała w ostatnich dniach niespotykane rozmiary. Dowodem jest chociażby (ujawnione przez RMF) doniesienie do prokuratury złożone kilka dni temu przez generalnego inspektora informacji finansowej (GIIF) liczące 100 stron i 40 płyt CD z rachunkami bankowymi. Zdaniem rozgłośni doniesienie dotyczy braci K. (powiązanych z półświatkiem), czyli ludzi, którzy wynajmowali kamienicę Mariana Banasia. „Urzędnicy Ministerstwa Finansów odkryli też niejasne przepływy sporych sum między Marianem Banasiem a braćmi K. Nie są to opłaty za wynajem nieruchomości” – twierdzi RMF. Ani Banaś, ani GIIF nie zdementowali tych informacji.

Dlaczego generalny inspektor, który zajmuje się tropieniem przestępstw prania pieniędzy i finansowania terroryzmu, a nie krakowski urząd celno-skarbowy zajął się tak z pozoru zwyczajną sprawą? Ponieważ, jak twierdzi nasze źródło, skarbówka ma ograniczone możliwości dostępu do kluczowych informacji. Tylko GIIF może zajrzeć do rachunków bankowych osób fizycznych. A materiał GIIF jest zbieżny z tym, jaki zgromadziło Centralne Biuro Antykorupcyjne, które poprosiło generalnego inspektora o analizę rachunków Banasiów. Wart podkreślenia jest fakt, że w czasie trwającej ponad pół roku kontroli CBA majątku Banasia wydał on zgodę funkcjonariuszom do analizy wszystkich przepływów finansowych. Doniesienie do prokuratury sygnowane przez GIIF na mocy upoważnienia generalnego inspektora, którym jest Piotr Dziedzic – do niedawna podwładny Banasia w resorcie – podpisał dyrektor departamentu informacji finansowej – funkcjonariusz CBA.

Według „Dziennika Gazety Prawnej” Marian Banaś wystosował pismo do Elżbiety Witek, w którym podał się do dymisji. Marszałek Sejmu odesłała je, chcąc, by szef NIK wyznaczył pełniącego obowiązki szefa Izby. Banaś miał odmówić.

Kierując się Dobrem Polski, Najwyższej Izby Kontroli oraz mojej rodziny, składam rezygnację

– tak miała brzmieć treść pisma zaadresowanego do marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, Witek odesłała mu „inaczej zredagowane pismo z rezygnacją”. W piśmie marszałek Sejmu domagała się, by szef NIK wyznaczył na pełniącego obowiązki Tadeusza Dziubę, który dwa dni wcześniej został wiceszefem izby. Witek powoływała się na ustawę o NIK.

Dziennikarz Bartek Godusławski z „DGP” opublikował pismo na Twitterze:

Według informatorów dziennika szef NIK nie chciał przystać na propozycję otrzymaną od Witek.

„Pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio”

– Do sekretariatu marszałek Sejmu nie wpłynęło opisane pismo. Co jednocześnie oznacza, że marszałek Sejmu nie mogła się z nim zapoznać, ani tym bardziej go odesłać – skomentował dyrektor Centrum Informacyjnego Sejmu Andrzej Grzegrzółka.

Na te słowa odpowiedział autor artykułu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. – To prawda, pismo trafiło do pani marszałek bezpośrednio – napisał na Twitterze Bartek Godusławski. – Sejmowy monitoring i księga wejść powinny potwierdzić, czy i gdzie oraz ile czasu w Sejmie przebywał kierowca z NIK – dodał.

Afera Mariana Banasia

28 listopada 2019 roku CBA zakończyło kontrolę oświadczeń majątkowych Mariana Banasia, składanych przez niego w latach 2015-2019. Kontrola wykazała nieprawidłowości, które – w ocenie CBA – uzasadniały skierowanie sprawy do prokuratury. Marian Banaś złożył zastrzeżenia do ustaleń CBA, które zostały w całości odrzucone.

W zawiadomieniu CBA wskazuje na podejrzenie złożenia przez Mariana Banasia nieprawdziwych oświadczeń majątkowych, zatajenie faktycznego stanu majątkowego oraz nieudokumentowanych źródeł dochodu.

Kierownictwo PiS domaga się ustąpienia Mariana Banasia z funkcji szefa NIK.

Majątkiem Banasia zajmowały się też media. Po reportażu w „Superwizjerze” TVN Banaś pozwał stację i dziennikarza.

O sprawie Banasia:

Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy.

Mark Twain powiedział kiedyś, że kłamstwo obiegnie połowę kuli ziemskiej, zanim prawda założy buty. Ale tak naprawdę fakty na ogół dotrzymują kroku mitom i często je wyprzedzają. Nie wszędzie jednak. Nie w Polsce. Od czterech lat rozwija się u nas przemysłowa produkcja łgarstw, które obiegają kraj w maratonie narodowej ściemy. Przemierzają Polskę swobodnie i bez obaw, bo gdy tylko do kłamstwa zbliży się prawda, to PiS natychmiast związuje jej sznurówki.

Posłowi, który ujawnia prawdziwe oblicze człowieka forsowanego przez rządzących na wysokie nieodwoływane stanowisko, wyłącza się mikrofon. W odpowiedzi na wątpliwości, kto kogo i czy w ogóle rekomendował do KRS, lista rekomendacji zostaje utajniona. Wyrok Sądu Najwyższego unieważnia urzędnik nominowany przez rządzących, a gdy sędzia z Olsztyna żąda dokumentu potwierdzającego stan prawny, usuwa się go z fotela.

Minister Ziobro jak wesoły Romek w „Misiu” powtarza w kółko, że sędzia Paweł Juszczyszyn, nie miał prawa realizować wytycznych TSUE i orzekając w drugiej instancji, nie wolno mu było spytać, czy sędzia wyrokujący wcześniej został prawidłowo powołany i czy jego wyrok nie jest dotknięty wadą prawną. Wiceministrowie sprawiedliwości chórem ogłaszają, że sędzia Juszczyszyn nielegalnie ocenia innych sędziów i bezprawnie domaga się ujawnienia utajnionych przecież list poparcia kandydatów do KRS. Nie ma sensu pytać które konkretnie przepisy kodeksów i ustaw złamał sędzia z Olsztyna, bo o tym co jest prawem, a co bezprawiem, decyduje PiS, a nie kodeksy. Inna sprawa, że leczenie KRS to bezskuteczna, uporczywa reanimacja.

Kłamstwa bywają rozmaite i rozmaicie się nazywają. W Polsce PiS niemal codziennie spotkać można zarówno półprawdy, dezinformacje i fałsze, produkowane przez wyspecjalizowane agendy rządzących, jak i łgarstwa, kanty, zmyślenia i bujdy na resorach osobistego autorstwa funkcjonariuszy partii rządzącej, dla których polityka i oszustwo to już synonimy.  Słyszymy więc, jak wiceminister sprawiedliwości opowiada dyrdymały, że za poprzednich rządów sędziowie biegali po dyspozycje do liderów PO – i widzimy jego drwiący uśmieszek, który dopowiada: wiem, że wy wiecie, że ja wiem, że to nieprawda, ale wisi mi to i możecie mnie pocałować w kodeks.  TVP informuje, że nowy marszałek Senatu ma za uszami jakiś łapówkarski przekręt, powołując się przy tym na świadectwo kobiety znanej z kolportowania nieprawdziwych zarzutów, która z tego akurat oskarżenia już wcześniej wycofała się rakiem. Kaczyński ogłasza, że podczas światowego kryzysu Polska nie była zieloną wyspą, tylko krajem zrujnowanym przez PO, który PiS musiał odbudować i dzięki temu doszlusujemy za chwilę do europejskiej czołówki. Nie odpowiada na pytanie, dlaczego w okresie prosperity rząd nie odłożył ani grosza na złe czasy, a jeszcze nas zadłużył. Premier natomiast chwali się jednym z najlepszych systemów podatkowych, podczas gdy w rankingu International Tax Competitiveness Index 2019, dotyczącym najbardziej konkurencyjnych systemów podatkowych, Polska zajęła właśnie 35 miejsce wśród 36 ocenianych krajów.

W galerii kłamstw fałszujących naszą rzeczywistość jest jedno tak niewybaczalne, jak zaklęcie Avada Kedavra w świecie Harry’ego Pottera. „PiS troszczy się o najuboższych” oraz „żadna władza przed PiS nie dbała tak o najbiedniejszych”- to już właściwie nie kłamstwa, a raczej pogardliwe szyderstwa. Zapowiadając budowę państwa dobrobytu” premier skrzętnie ukrywa beneficjentów prosperity. Dla kogo będzie to państwo? Z opublikowano właśnie raportu Centrum Analiz Ekonomicznych wynika, że z 33,5 mld zł, które PiS obiecał wyborcom w ostatnich miesiącach, aż 32 proc. trafi do osób najbogatszych, a jedynie 9 proc. do najuboższych. Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu poinformowała właśnie, że w Polsce 276 tys. emerytów musi żyć za mniej niż 595 zł miesięcznie – i nie da się tego zwalić na Tuska, bo w 2015, gdy PiS doszedł do władzy, tych najbiedniejszych było prawie czterokrotnie mniej. A nędzarzy na emeryturze będzie przybywać, bo mimo chojrackich zapowiedzi wojna z umowami śmieciowymi przyniosła WZROST liczby kontraktów bezskładkowych, szara strefa ma się wciąż nieźle, a wspaniała reforma emerytalna, obniżając wiek przejścia w stan spoczynku i wprowadzając system zdefiniowanej składki, rozpoczęła wysyp groszowych emerytur.

W propagandowym obrocie kotłują się deklaracje wsparcia wykluczonych, skrzywdzonych przez los i najuboższych. W realu natomiast stosunek rządzących do niepełnosprawnych nie zmienił się od czasów zlekceważonej i wyszydzanej przez rządzących „okupacji” Sejmu przez matki z ułomnymi dziećmi. Z utworzonego dla tej grupy Funduszu Solidarnościowego dla Osób Niepełnosprawnych finansowane będą wyborcze zobowiązania PiS, nie tylko 13-tki dla emerytów, ale także… zasiłki pogrzebowe. Wzrost płacy minimalnej, druga trzynasta emerytura, zrównanie dopłat dla rolników od hektara – to redystrybucja środków i transfer miliardów, na które składają się także najubożsi.  Zanim państwo da obywatelowi 100 zł, odbiera mu 120 zł, bo musi utrzymać urzędników i aparat, który tę pomoc obsługuje. Na 500 + dla asystentki prezesa NBP, zarabiającej ponad 40 tys. zł miesięcznie składają się również ludzie, którzy za 500 zł muszą żyć cały miesiąc.

Rosną ceny. W budżecie coraz wyraźniej widać dno. Już wiadomo, że dotacje unijne będą znacznie mniejsze, niż w poprzednim rozdaniu. Daj Boże, żeby bezprawie rządzących nie spowodowało zawieszenia tych funduszy. Bo przed nami kolejna światowa dekoniunktura, pieszczotliwie nazwana przez prezesa „spowolnieniem”.  A wiadomo, że każdy kryzys zawsze najboleśniej uderza w najbiedniejszych, których losu nie poprawi ani niezborne przerzucanie resztek pieniędzy z szuflady do szuflady, ani fałszywe deklaracje i krokodyle łzy wylewane nad ciężkim losem ubogich.  Szybko im się nie poprawi, bo w naszym klimacie kłamstwo ma dłuższe nogi niż w bardziej cywilizowanych krajach i wielu Polaków przywykło już do fałszywej rzeczywistości, zmyślonej przez człowieka, któremu zdezorientowani Polacy pozwalają bawić się Polską. Ale do czasu.

Kaczyńskiego nie należy zamykać do więzienia. On od dawna żyje w więzieniu. Przeciwnie – za karę wypuścimy go na ulicę. Samego

28 Paźdź

Ta afera świadczy źle nie tylko o Marianie Banasiu i obozie politycznym, który jak ściana stał za jego kandydaturą na szefa NIK. Afera rujnuje reputację konstytucyjnej instytucji, która jest jednym z filarów działań antykorupcyjnych. Pokazuje, że wybór osób na najwyższe stanowiska państwowe jest pozbawiony jakichkolwiek standardów – pisze Grzegorz Makowski

Sprawa Mariana Banasia, prezesa Najwyższej Izby Kontroli wybranego z rekomendacji Prawa i Sprawiedliwości, mimo zaklęć prawicowych polityków i zapewnień o krystaliczności jego osoby nie chce zejść z publicznej agendy. Wręcz przeciwnie, zaczyna się rozgałęziać.

Okazuje się, że bliscy, wieloletni współpracownicy prezesa NIK, Arkadiusz B. i Krzysztof B. wiedli podwójne życie. Niby poprawiali wraz z Banasiem system kontroli skarbowej, ale wiele wskazuje na to, że równolegle korzystali z jego luk i wyłudzali miliony z podatku VAT. Obaj panowie już wiele miesięcy temu byli zatrzymani, aresztowani i mają postawione zarzuty.

Nic więc dziwnego, że nawet politycy PiS i jego satelitów zaczynają tracić wiarę w „pancernego Mariana”. Patryk Jaki niedawno stwierdził w jednym z wywiadów, że „[…] prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś niedostatecznie wyjaśniał sprawę swoich oświadczeń majątkowych, mnie nie przekonał”.

Z kolei Joachim Brudziński, prawa ręka Jarosława Kaczyńskiego, delikatnie acz stanowczo opisał ciągnący się kryzys tak: „Pan prezes Najwyższej Izby Kontroli pracuje już na swój wizerunek, nie jest członkiem Prawa i Sprawiedliwości”. W ten sposób dał znać opinii publicznej, że PiS dystansuje się od swojego protegowanego i że „co złego to nie my”.

Marian Banaś stał się ewidentnym obciążeniem dla obozu prawicy. Jest czynnikiem politycznego ryzyka, który może zagrozić zbliżającym się wyborom prezydenckim, a nawet i następnym wyborom parlamentarnym.

A sprawa jest dość paskudna. Jest w niej wątek możliwych oszustw podatkowych i wątek obyczajowy. Dodatkowo sam Banaś tłumacząc się w mediach jeszcze się pogrąża przyznając, że jednak kontaktował się osobiście z najemcami jego kamienicy rodem z półświatka i opowiadając jak zaniżał cenę najmu, co zakrawa na przestępstwo skarbowe.

Co gorsza, na tle tej afery służby specjalne, które powinny były pana Banasia już dawno zweryfikować wypadają wyjątkowo nieudolnie. Wygląda na to, że z pobudek politycznych w ogóle go nie chciały weryfikować dopóki nie stało się to koniecznością, po dziennikarskim śledztwie.

Afera świadczy źle nie tylko o samym panu Banasiu i całym obozie politycznym, który jak ściana stał za jego kandydaturą na szefa NIK. Kryzys związany z jego osobą rujnuje reputację konstytucyjnej instytucji, która jest jednym z filarów działań antykorupcyjnych.

W zasadzie jednak, jest to typowa sytuacja „Polaka mądrego po szkodzie”, której można było uniknąć. Nie tylko dogłębnie weryfikując kandydata, ale przede wszystkim przeprowadzając rzetelny i transparentny wybór na stanowisko szefa NIK. Tam, bowiem gdzie zawiodły upartyjnione służby, tam mogłyby pomóc odpowiednie demokratyczne standardy wyboru, media i obywatele, którzy powinni mieć prawo do uczestnictwa w tych procedurach.

Państwo nie z wyboru

W Polsce istnieje sporo ważnych stanowisk państwowych, newralgicznych z punktu widzenia demokratycznego państwa prawa, które nie są obsadzane w drodze bezpośrednich wyborów. O tym, kto obejmie te funkcje decydują różne gremia, które zazwyczaj muszą też porozumieć się między sobą lub co najmniej wskazać swoich kandydatów.

Do tej kategorii zaliczają się m.in. sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, których wyboru dokonuje parlament, a prezydent wręcza nominacje i odbiera ślubowanie. Własnych kandydatów Sejm i Senat wskazują do Krajowej Rady Sądownictwa (zmieniona przez PiS ustawa o KRS wprowadziła tu element niekonstytucyjny, ponieważ środowiska sędziowskie zostały pozbawione możliwości bezpośredniego wskazania własnych członków Rady).

W zbliżony sposób wyznaczani są członkowie Rady Polityki Pieniężnej – częściowo wskazywani przez Sejm, częściowo przez Senat, a jeden z członków RPP jest też wskazywany przez prezydenta. Podobnie jest z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, Radą Mediów Narodowych, czy Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

W przypadku prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), prezesa NIK czy Rzecznika Praw Obywatelskich, do wyboru tych osób niezbędne jest porozumienie między Sejmem i Senatem.

Nie jest to pełna lista ważnych stanowisk państwowych, które są obsadzane przez parlament, prezydenta, czy rząd. Widać jednak, że są to funkcje na których podejmuje się kluczowe decyzje dotyczące polityki pieniężnej, wymiaru sprawiedliwości, polityki historycznej, ochrony praw człowieka, czy szeroko pojętego bezpieczeństwa publicznego, czym między innymi zajmuje się Najwyższa Izba Kontroli. Stanowiska te powinny piastować osoby o najwyższych kwalifikacjach – merytorycznych, etycznych i charakterologicznych. Nade wszystko powinny to być osoby rozumiejące czym jest interes publicznych i kierujące się w swych działaniach wyłącznie tą przesłanką.

Przekleństwo upartyjnienia

Tymczasem upartyjnione do szpiku państwo, o czym po czterech latach rządów obozu prawicy wiemy już doskonale, niestety nie jest w stanie zagwarantować, że te stanowiska obejmą właściwe osoby. Po tym jak działa KRS, czy UODO widać doskonale, że głównym, a czasem jedynym kryterium wyboru jest lojalność partyjna. Stąd też ludzie, którzy znaleźli się na tych stanowiskach nie kierują się interesem publicznym, tylko partyjnym właśnie.

Niedawno, w sprawie grupy sędziów-hejterów, którzy działali w Ministerstwie Sprawiedliwości i Krajowej Radzie Sądownictwa, upartyjniona Rada stwierdziła, że żadnych przepisów nie łamano i nie naruszono żadnych standardów etycznych. Z kolei w sprawie nieujawnienia przez Kancelarię Sejmu list poparcia dla sędziów, którzy weszli w skład nowej KRS (PiS ukrywa je dlatego, że wyszłoby na jaw, że zapewne większość popierających tych kandydatów to sędziowie na delegacjach w Ministerstwie Sprawiedliwości) okazało się, że wbrew prawomocnemu wyrokowi sądu nazwisk tych nie poznamy. Wybrany z partyjnego nadania prezes UODO, były radny PiS, wydał decyzję administracyjną dającą pretekst Kancelarii Sejmu do niepublikowania nazwisk osób popierających – wbrew wyrokowi sądu, podkreślmy. Przypadki KRS czy UODO to jednak nic w porównaniu z NIK-iem. Ta instytucja bowiem ma o wiele większą siłę oddziaływania na państwo.

Dziurawe prawo i brak standardów

Obecnie wybór osób na najwyższe stanowiska państwowe właściwie jest pozbawiony jakichkolwiek standardów, poza formalnym, ogólnym rytuałem wynikającym wprost z ustaw – najczęściej lakonicznych i dziurawych. Dlatego w praktyce wybór tych osób jest pośpieszny i nietransparentny.

Przepisy w zakresie wymogów dotyczących kandydatów są bardzo ogólnikowe. Przykładowo, kryteria dotyczące prezesa NIK są sformułowane wyłącznie w konstytucji. Osoba taka nie może zajmować innego stanowiska, z wyjątkiem profesora szkoły wyższej. Nie może też należeć do partii politycznej, związku zawodowego, ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z godnością jego urzędu. W ustawie o NIK brak jakiegokolwiek dalszego doprecyzowania kim powinien być prezes.

Z kolei w przypadku sędziów Trybunału Konstytucyjnego ustawa zasadnicza stanowi jedynie, że muszą to być „osoby wyróżniające się wiedzą prawniczą” (dotyczą ich też ograniczenia innej działalności, podobnie jak w przypadku prezesa NIK). Teoretycznie więc, zgodnie z literą konstytucji sędzią TK mógłby zostać na przykład inżynier, który przy okazji wyróżnia się wiedzą prawniczą. W tym przypadku jednak dodatkowe kryteria formułuje ustawa statusie sędziów TK – muszą oni spełniać wymogi takie jak w przypadku sędziów Sądu Najwyższego lub Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ale ich wybór pozostawia się procedurom opisanym w regulaminie Sejmu i Senatu, które są bardzo mało wymagające. W przypadku innych wysokich urzędów sytuacja jest podobna.

„Polski standard” wyboru najwyższych urzędników państwowych przypomina łapankę na ulicy, albo namaszczanie w jakimś tajnym stowarzyszeniu. Do ogólnikowych wymogów i dziurawych procedur dochodzi pośpiech i dezorganizacja.

Dobrą ilustracją tegoż jest przypadek prof. Henryka Wronkowskiego, kandydata do Rady Polityki Pieniężnej w 2016 roku. Popierające go PiS nagle wycofało rekomendację, gdy profesor był już w drodze na posiedzenie Sejmowej Komisji Finansów Publicznych, która miała głosować jego kandydaturę. Opinia publiczna nie miała szans dowiedzieć się dlaczego prof. Wronkowski nie otrzymał szansy, cóż takiego zawinił, jaką miał skazę.

Ustawowe terminy wyboru osób na najwyższe stanowiska państwowe są zbyt krótkie. Uniemożliwiają nie tylko śledzenie procesu, nie mówiąc już o udziale w nim, ale też przygotowanie się kandydatów. Mamy do czynienia z grą pozorów, w której nie ma możliwości przesłuchania, a jedynie pobieżna akceptacja kandydata. W konkury stają więc „pewniacy”, którzy de facto są już wcześniej wybrani przez partie mające większość w parlamencie, gdzieś przy winie i cygarach.

Brak też standardów i jakichkolwiek wymogów co do tego jak kandydaci na te stanowiska mają się przygotować i jakie informacje mają przekazać tym, którzy dokonują oceny i wyboru oraz opinii publicznej. W praktyce wyboru dokonuje się więc „po znajomości”, na podstawie zdawkowych biografii i niewiele mówiących CV, w których prezentuje się wyłącznie pozytywne cechy kandydata. Jednocześnie, ponieważ kandydaci nie mają żadnego obowiązku odpowiadania na pytania dziennikarzy i obywateli, a zdarza się, że nie odpowiadają nawet na pytania posłów i senatorów (lub wręcz są z tego „zwalniani” przez promującą ich partyjną większość), żeby dowiedzieć się o mankamentach takiej osoby trzeba przeprowadzić prywatne śledztwo.

Obecny stan prawny i praktyka tworzą niesłychany chaos jeśli chodzi o wymogi kompetencyjne i tryb wyboru takich osób, wystawiając tym samym instytucje, którymi później takie osoby kierują na ogromne ryzyko. Jeśli wybrany zostanie ktoś o niewystarczających kompetencjach lub kontrowersyjny (jak w przypadku obecnego prezesa NIK) problem będzie mieć instytucja, a nawet całe państwo.

Można wybierać lepiej

Jak można byłoby lepiej zorganizować proces wyboru na stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego, Rady Polityki Pieniężnej, czy NIK pokazały działania takich organizacji jak Fundacja Batorego, Helsińska Fundacja Praw Człowieka (HFPC) czy Instytut Prawa i Społeczeństwa (INPRIS), które monitorowały obsadę różnych wysokich urzędów.

W raporcie „Pod lupą obywateli – standardy, regulacje i praktyka wyborów na wysokie stanowiska publiczne” wydanym w 2017 roku znalazła się zarówno diagnoza, jak i rekomendacje odnośnie tego jak ulepszyć te procedury.

Sytuację mógłby poprawić odpowiednio zorganizowany tryb wyboru takich osób. Taki, który tworzyłby możliwość realnego uczestniczenia w nim posłom, senatorom, obywatelom (w tym zwłaszcza ekspertom i organizacjom strażniczym) i mediom. Taki tryb musiałby również zmuszać kandydatów do solidnego przygotowania się do debaty i prezentacji swojej osoby. Musiałby być również publicznie dostępny (np. poprzez transmisję w internecie).

To oczywiście wydłużałoby całą procedurę, ale czy nie lepiej publicznie prześwietlić kandydatów na tym etapie, niż później rozkładać ręce, jak w przypadku pana Banasia i apelować do niego, żeby może sam zrezygnował, bo nie ma innego sposobu, żeby zdjąć go ze stanowiska. Ponadto, zaletą takiego otwarcia procesu wyboru kandydatów na te stanowiska byłoby odanonimizowanie instytucji. Dzięki debacie i szerszej, publicznej prezentacji kandydatów obywatele mieliby szansę poznać nie tylko ich, ale też urzędy, które mieliby obejmować.

O tym, że taki proces może wiele zmienić świadczą chociażby doświadczenia INPRIS i HFPC, które monitorowały wielokrotnie wybory na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kilka razy udało się nawet zorganizować obywatelskie przesłuchania z udziałem kandydatów. W trakcie jednego z takich monitoringów, w 2010 roku, okazało się, że (nieżyjący już) prof. Bogusław Banaszak zataił informację o postępowaniu, które toczyło się wobec niego w związku z podejrzeniem o plagiat (w 2016 roku zapadł wyrok skazujący Banaszaka). Informacja ta wyszła jednak na jaw dzięki monitoringowi i profesor Banaszak zrezygnował wówczas z kandydowania (potem, w 2017 roku, mimo ciążącym na nim wyroku, został wybrany głosami PiS do TK).

Gdyby parlament poważnie traktował wybór prezesa NIK, a możliwość uczestnictwa w tej procedurze mieli też obywatele i media, sytuacja z panem Banasiem nie mogłaby się zdarzyć. Swoje pytania w trakcie porządnie zorganizowanego przesłuchania mógłby zadać choćby dziennikarz Bertold Kittel, któremu pan Banaś odmówił wywiadu w trakcie przygotowywania materiału na temat kontrowersji w jego oświadczeniach majątkowych. Przejrzysta i otwarta procedura mogłaby zapobiec temu, czemu nie zapobiegły (a jak wiele wskazuje, nie chciały zapobiec) służby państwa – upartyjnione i nieskore do kwestionowania stanowiska polityków partii rządzącej.

Do prawdziwych demokratycznych standardów jeszcze nam daleko

Jak dotąd mimo wysiłków wielu organizacji społecznych żaden skład Sejmu, czy Senatu nie był autentycznie zainteresowany, żeby przeprowadzić solidny proces wyboru na jakiekolwiek wysokie stanowisko państwowe – zrobić to bez pośpiechu, zorganizować przesłuchanie, dopuścić do zadawania pytań media i obywateli, zobowiązać kandydatów do odpowiedzi i przedstawienia szczegółowych informacji na piśmie.

Nie mam złudzeń, że uda nam się szybko osiągnąć takie standardy wyboru na najwyższe stanowiska państwowe jakie obowiązują w USA, Wielkiej Brytanii, czy w Unii Europejskiej. Tam przesłuchanie kandydatów do sądów konstytucyjnych, na kluczowe stanowiska w administracji rządowej, czy do Komisji Europejskiej trwa nie klika godzin, ale tygodnie lub nawet miesiące. W tym procesie swoje miejsce mają media i organizacje społeczne. W trakcie publicznych przesłuchań można poznać taką osobę i wyrobić sobie o niej zdanie.

Oczywiście żadne system nie jest idealny. Zdarza się, że wybierane są osoby budzące kontrowersje, jak sędzia Sądu Najwyższego USA Brett Kavanaugh, który był oskarżany o alkoholizm i molestowanie seksualne. Ale jednak taki otwarty rozbudowany wybór zmniejsza ryzyko. Niedawno w ramach toczącego się wciąż procesu formowania Komisji Europejskiej, z konkurencji o fotel komisarzy odpadli Rovana Plumb i László Trócsányi. Między innymi z powodu „nierozwiązywalnych konfliktów interesów”, które wykazano w trakcie przesłuchań. Teki komisarza nie otrzymała też Sylvie Goulard, francuska kandydatka, na której ciążą zarzuty o korupcję. O mało co nie odrzucono również polskiego kandydata Janusza Wojciechowskiego, któremu zarzucano nadużycia finansowe, ale co ważniejsze, brak kompetencji.

Niestety w Polsce obywatelom nie jest dany pełny wgląd w to, kto obejmuje najwyższe stanowiska państwowe. Nie mówiąc już o uczestnictwie w procedurze wyboru. Nie dba o to obóz prawicy, nie dbały poprzednie rządy. Teraz przekonujemy się na własnej skórze jakie to ma konsekwencje dla państwa.

Morawieccy mają więcej za paznokciami niż nam się wydaje. To może być nawet najcięższe oskarżenie – zdrada. Pisze o tym Tomasz Piątek.

Czytaj tutaj >>>

Skargi na wysokiego urzędnika resortu finansów wpływały do Kancelarii Premiera już w 2016 r., ale wtedy je zlekceważono.

Marian Banaś, obecny prezes NIK, zapewniał nas, że nie wiedział o przestępczej działalności Arkadiusza B., który w czasach pracy w resorcie finansów był jednym z najbliższych jego współpracowników. Tymczasem to jemu jako wiceministrowi podlegało Biuro Inspekcji Wewnętrznej, które ma za zadanie rozpoznawać, wykrywać i zwalczać m.in. przestępstwa korupcyjne, przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków przez pracowników i funkcjonariuszy Krajowej Administracji Skarbowej. A skargi na B. – jak ustaliła „Rzeczpospolita” – wpływały do biura od ponad 3 lat.

ROZLICZANIE AFERY

Arkadiusz B., szef Krajowej Szkoły Skarbowości, oraz Krzysztof B., dyrektor Departamentu Kontroli Celnej, Podatkowej i Kontroli Gier Ministerstwa Finansów, w czasie, kiedy pracowali w resorcie, mieli kierować grupą przestępczą, która poprzez sieć spółek, zarejestrowanych m.in. w Czechach, fikcyjnie handlowała sztuczną biżuterią oraz tarcicą i w ciągu blisko czterech lat wyłudziła 5 mln zł VAT (zarzuty ma łącznie 15 osób). Arkadiusza B. odwołano ze stanowiska niespełna dwa miesiące przez zatrzymaniem go przez Centralne Biuro Śledcze Policji – od stycznia tego roku siedzi w areszcie. Krzysztof B. – także już były dyrektor – wpadł we wrześniu 2018 r.

Skandal w resorcie finansów ujawniliśmy i opisaliśmy w piątkowej „Rzeczpospolitej”. Po burzy, jaką wywołał nasz tekst w służbach i polityce, trwa rozliczanie tej afery. Kto i dlaczego pozwolił, by grupa działała tak długo – gdy czas potęgował straty?

Ministerstwo Finansów wydało oświadczenie, zapewniając, że w Krajowej Administracji Skarbowej utworzono specjalne Biuro Inspekcji Wewnętrznej (BIW), które „zapobiega tym przestępstwom i ściga ich sprawców, a także współpracuje z innymi służbami i organami ścigania w sprawach dotyczących pracowników oraz funkcjonariuszy KAS. Taka intensywna współpraca miała i ma również miejsce w sprawie opisywanej przez media” – twierdził resort.

To prawda. Biuro współpracowało z policyjnym CBŚP. Jednak to nie BIW, ale policja – jak ustaliliśmy – wykryła, że za procederem stoją wysokiej rangi ministerialni urzędnicy. Dlaczego własnymi siłami nie wykryło tego Biuro Inspekcji Wewnętrznej resortu? Tego oświadczenie ministerstwa nie wyjaśnia.

PÓŁTORA ROKU W SZUFLADZIE

Nieco światła na pracę BIW rzuca inna sprawa. We wrześniu 2016 r. (pół roku po utworzeniu Krajowej Administracji Skarbowej) „pracownicy Ministerstwa Finansów” w anonimowym liście poskarżyli się na Arkadiusza B. (wtedy jeszcze dyrektora Centrum Edukacji Zawodowej Resortu Finansów), że rzekomo nadużywa on stanowiska. „Za wszelką cenę wykorzystuje zaufanie kierownictwa MF tylko i wyłącznie dla swoich korzyści materialnych” – wskazali w liście.

Jego autorzy twierdzili, że B. miał zasiadać w komisji egzaminacyjnej m.in. do służby przygotowawczej i „inkasować za każdy egzamin 2–3 tys. zł” – choć powinien to robić w ramach obowiązków służbowych. Sugerowali też, że B. miał dopuszczać się nepotyzmu, bo „zatrudnił w resorcie finansów swoje dzieci”.

Kancelaria Premiera, która otrzymała pismo, szybko, bo w październiku 2016 r., przesłała je do Ministerstwa Finansów, ale tu przeleżało półtora roku – dopiero w styczniu 2018 r. trafiło do tutejszego Biura Inspekcji Wewnętrznej, które po wstępnej analizie uznało za celowe sprawdzenie, czy i kiedy Arkadiusz B. brał udział w komisjach egzaminacyjnych na studiach podyplomowych (tam znaleziono jego nazwisko), czy brał wynagrodzenie z Krajowej Szkoły Skarbowości i w jakiej wysokości. Za celowe BIW uznało też zbadanie, czy z tej szkoły wynagrodzenie bierze córka B. i na jakiej podstawie zatrudniono ją w ministerstwie – w Departamencie Kluczowych Podmiotów – skoro w 2013 r., gdy została przyjęta, nie było naboru na takie stanowisko.

Nasi rozmówcy twierdzą, że wiosną ubiegłego roku ówczesny szef BIW poszedł do nadzorującego jego biuro wiceministra Mariana Banasia, by wszcząć kontrolę operacyjną wobec Arkadiusza B. Efekt? Arkadiusz B. nadal pracował w ministerstwie. A funkcjonariusza, który był oddelegowany do BIW z policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych, wkrótce odwołano.

Ta drobna z pozoru sprawa może sugerować, że do BIW niechętnie przekazywano sygnały wymagające sprawdzenia. Jeden z naszych rozmówców twierdzi wręcz, że w czasie, kiedy szefem BIW był oddelegowany do tego policjant, to sprawy, którymi chciało zająć się biuro, były blokowane. Aż dociekliwego szefa BIW zmieniono. Czy ostatecznie zweryfikowano sugestie z anonimu? Nic na to nie wskazuje.

ZNAJOMOŚĆ ZE SPÓŁKI

Pytań wokół siedzącego w areszcie Arkadiusza B. jest więcej. Oficjalnie jest on – od 2015 r. – prezesem jednej spółki zarejestrowanej w Poznaniu, zajmującej się pomocą osobom wywłaszczonym w czasach PRL. Nie ma to wprawdzie nic wspólnego z zarzutami prokuratury za wyłudzenia VAT, ale z rejestrów wynika, że w tym samym czasie do tej spółki trafił z Arkadiuszem B. prawnik prof. Piotr Pogonowski, który kilka miesięcy później został szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, oraz prof. Konrad Raczkowski – były i wtedy również przyszły wiceminister finansów (na krótko powrócił do resortu wraz z nowym rządem Beaty Szydło jako specjalista ds. nadużyć finansowych – był m.in. konsultantem Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych w Brukseli, a także ekspertem od podatków).

Pytania do Piotra Pogonowskiego, szefa ABW, o znajomość z Arkadiuszem B. wysyłaliśmy już 18 października, ale odpowiedzi nadeszły dopiero po naszym tekście „Przestępczy skandal w resorcie finansów”.

Stanisław Żaryn, rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych, informuje nas, że „Arkadiusza B. prof. Piotr Pogonowski poznał w ramach wspólnej pracy w Ministerstwie Finansów w latach 2006–2007″ (obaj byli dyrektorami: B. – logistyki, a Pogonowski – prawnego). Z odpowiedzi nie dowiadujemy się, kto w 2015 r. zaproponował Pogonowskiemu wejście do spółki – i czy był to Arkadiusz B. „Na skutek braku możliwości realnego wykonywania zadań członka Rady Nadzorczej (m.in. nieuzyskania informacji od Zarządu i Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy Spółki na temat sytuacji prawnej i finansowej Spółki) w dniu 10 lipca 2015 r. prof. Piotr Pogonowski złożył rezygnację z funkcji” – odpowiada Stanisław Żaryn i podkreśla, że „insynuacje, jakoby prof. Pogonowski brał udział w procederze przestępczym, spotkają się ze zdecydowaną reakcją prawną”.

Również prof. Raczkowski wyjaśnia, że szybko pożegnał się z pracą w agencji wywłaszczeń. „W roku 2015 r. nie zostały mi udostępnione dokumenty księgowe i sprawozdawcze spółki, co było powodem mojej rezygnacji” – podkreśla w odpowiedzi na nasze pytania Konrad Raczkowski.

Czy Arkadiusz B. chciał poprzez takie znajomości budować sobie strefę wpływów, parasol ochronny? Trudno to jednoznacznie ustalić.

SPRAWA DLA KOMISJI ŚLEDCZEJ

Wyjaśnień dotyczących współpracowników Mariana Banasia z czasów jego pracy w Ministerstwie Finansów zażądali w piątek od premiera posłowie PO–KO. Zapowiedzieli, że jeśli nie będzie ich w obecnej kadencji Sejmu, to w nowej będą domagać się komisji śledczej.

– Prawo i Sprawiedliwość, które mówiło, że walczy z mafiami VAT-owskimi, tak naprawdę wpuściło mafię VAT-owską do Ministerstwa Finansów – mówił poseł Sławomir Nitras na konferencji w Sejmie, uznając naszą publikację za „wstrząsającą”.

Twierdzenie resortu finansów, że w „Krajowej Administracji Skarbowej zatrudnionych jest ponad 60 tys. pracowników i funkcjonariuszy; jednostkowe przypadki zachowań niezgodnych z prawem zdarzają się w każdej organizacji” brzmi groteskowo. Arkadiusz B., Krzysztof B. i szef największego w Warszawie urzędu skarbowego mający zarzuty wyłudzeń VAT to nie byli szeregowi pracownicy, ale urzędnicy wysokiego szczebla, w dodatku zaangażowani w zwalczanie nadużyć VAT.

  • Autorka ujawnia mechanizmu działania typowego trolla. Trzeba być systematycznym i pisać kontrowersyjnie, a także działać w sposób zorganizowany
  • Trolle działają według zleceń, są aktywne podczas afer, konfliktów oraz w tematach kontrowersyjnych
  • Dzięki dotacjom z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) – od listopada 2015 r. do sierpnia 2019 r. Cat@Net otrzymała blisko 1,5 mln zł
  • W firmie pracuje 14 osób, które prowadzą 170 troll-kont w mediach społecznościowych. Trollowały m.in. dla TVP – ocieplając wizerunek Jacka Kurskiego
  • Ogółem treści produkowane przez Cat@Net mogły wygenerować nawet 168 milionów odsłon
  • „Newsweek” ujawnia powiązania agencji – to środowiska związane z „Najwyższym Czasem” czy „Gazetą Polską”, a także Antonim Macierewiczem i Bartłomiejem Misiewiczem

Dziennikarka „Newsweeka” Katarzyna Pruszkiewicz przez pół roku wcielała się w rolę trolla. W najnowszym artykule opisuje, w jaki sposób rekrutowała się do firmy Cat@Net. Pracownica tygodnika wyczerpująco przedstawia oczekiwania, jakie stawiała przed nią farma trolli, czym zajmowała się firma, a także z kim jest powiązana.

Aby zapoznać się z pełnym śledztwem Katarzyny Pruszkiewicz, przeczytaj poniższe materiały:

Budowanie tożsamości

„Zakładam konto na Twitterze. Staję się prawicową, patriotyczną »Panną z Żoliborza«, z flagą Polski w opisie. Piszę, że jestem tradycjonalistką, śpiochem, gadułą. Że wciąż studiuję. Alicja (rekruterka – red.) dała mi wskazówki: ważne jest to, aby konto było jak najbardziej wiarygodne – ja wiem, że jestem prawdziwą osobą, teraz jeszcze inni użytkownicy Twittera muszą w to uwierzyć. Przypominam sobie strzępy porad od Alicji: oprócz wpisów »społeczno-politycznych« muszę pokazać wymyśloną siebie. Studiuję? Wstawiam zdjęcie z uczelni. Ugotowałam obiad? Chwalę się na Twitterze. Nowe paznokcie? Wklejam zdjęcie. Takie drobiazgi budują autentyczność konta” – czytamy w tekście.

Autorka ujawnia mechanizmy działania typowego trolla. Trzeba być systematycznym i pisać kontrowersyjnie, a także działać w sposób zorganizowany. Trolle działają według zleceń, są aktywne podczas afer, konfliktów oraz w tematach kontrowersyjnych.

„Moja fikcyjna »Panna z Żoliborza« wybiera hasztag #niepopieramstrajkunauczycieli. Piszę o dzieciach jako zakładnikach, nauczycielach jako egoistach i ludzi z nieuzasadnionymi roszczeniami. O nauczycielkach w drogich szalikach, które mają miny, jakby pracowały za karę. Chwalę starania rządu, który chce załagodzić sytuację. Piszę, komentuję, podaję dalej. Pannę z Żoliborza zaczynają obserwować kolejne konta. Im więcej obserwujących, tym bardziej konto staje się wiarygodne” – pisze Katarzyna Pruszkiewicz.

Organizacja pracy

Dziennikarka ujawnia wiele screenów z wewnętrznego komunikatora farmy trolli. Ukazuje w ten sposób metody, jakimi posługują się trolle, ich mobilizowanie się do lepszej pracy – wzajemnie chwalą i krytykują treść hejterskich wpisów.

Z tekstu dowiadujemy się także, jak pod względem formalnym działała firma Cat@Net. Promując się jako agencja e-PR skupiająca specjalistów ds. kreowania wizerunku, zwłaszcza w mediach społecznościowych, od lat zatrudnia przede wszystkim osoby niepełnosprawne. Dzięki temu otrzymuje dotacje z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) – od listopada 2015 r. do sierpnia 2019 r. Cat@Net otrzymała z PFRON blisko 1,5 mln zł.

W firmie pracuje 14 osób, które prowadzą 170 troll-kont w mediach społecznościowych. Trollowały m.in. dla TVP – ocieplając wizerunek Jacka Kurskiego. Agencja zajmowała się także atakiem na Jurka Owsiaka i WOŚP czy na Pawła Adamowicza, choć z jej usług korzystał także lewicowy polityk Andrzej Szejna. Skorzystał, by dostać się do Parlamentu Europejskiego – ujawnia „Newsweek”.

Olbrzymi zasięg w internecie

ISD Global na prośbę „Newsweeka” przeanalizował kampanię Cat@Net. Ustalił w ten sposób, że od września 2017 r. do maja 2019 r. firma wyprodukowała 10 tys. postów na temat TVP. Tweety o TVP czy Jacku Kurskim mogły zebrać nawet 15 mln odsłon.

To nie koniec statystyk – między kwietniem 2016 r. a połową października 2019 r., na zlecenie różnych podmiotów Cat@Net wyprodukowała 250 tys. tweetów, 94 troll-konta na Twitterze, 70 na Faceboku, po dwa na Instagramie i Youtubie – do obsługi tego wszystkiego wystarczyło 14 osób. Ogółem treści produkowane przez Cat@Net mogły wygenerować nawet 168 milionów odsłon.

Powiązania Cat@Net

„Newsweek” w swoich doniesieniach wskazuje także na powiązania Cat@Net. Okazuje się, że według KRS, głównym udziałowcem firmy jest Adam Wojtasiewicz – wicenaczelny „Najwyższego Czasu”, zaś sama farma miałaby być jedynie podwykonawcą m.in. PR-owej agencji Art-Media, która jest rzekomo powiązana ze środowiskiem „Gazety Polskiej”. To Art-Media miała odpowiadać za pośrednictwo między Cat@Net a TVP.

Inne powiązania są równie szokujące. Zdaniem „Newsweeka” trop Art-Media prowadzi do środowiska Antoniego Macierewicza i Bartłomieja Misiewicza.

Kwestia niepodległości dzieli Szkotów na pół. Polscy imigranci mogą więc przeważyć szalę zwycięstwa.

Union Jack, flaga Zjednoczonego Królestwa, dumnie łopoce nad hotelem Balmoral, wspaniałym wiktoriańskim gmachem postawionym w samym centrum Edynburga. Ale to już wyjątek. Niemal wszędzie indziej zastąpiono ją białym krzyżem na niebieskim tle, barwami Szkocji. Jeden z wielu sygnałów, jak bardzo 312-letnia unia z Anglią jest zagrożona.

– Sondaże są różne, ale zasadniczo poparcie dla niepodległości sięga już 50 procent. Szkoci popierają ugrupowania lewicowe i od lat dostają w Londynie rządy torysów, bo są przegłosowani przez Anglików. Ale to brexit, którego tu nie chciano, przelał czarę goryczy – tłumaczy „Rzeczpospolitej” Scott Macnab, szef działu politycznego dziennika „The Scotsman”.

Na początku października pierwsza minister Szkocji Nicola Sturgeon ogłosiła, że w przyszłym roku ta zmiana nastrojów przełoży się na bardzo konkretny efekt: powstanie w Europie nowego państwa. Plan jest może nieco na wyrost, ale to nie pusta groźba czy kataloński skok w bezprawie. Bo ścieżek do wymuszenia ponownego (po tym w 2014 r.) referendum niepodległościowego jest kilka. Jedna to utworzenie w razie przedterminowych wyborów koalicji Szkockiej Partii Narodowej (SNP), która już teraz jest trzecią siłą w parlamencie w Westminsterze z laburzystami, ale pod warunkiem zgody Londynu na głosowanie w sprawie niepodległości. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn jest na taki układ otwarty. Inna to pozew przed szkockimi sądami.

Ustawa o dewolucji władzy Szkocji z 1998 r. nie precyzuje, kto ma prawo do rozpisania referendum. Może mógłby to zrobić nasz parlament (Holyrood)? – zastanawia się Macnab. – Ale nawet w takim przypadku to Londyn musiałby dokonać samej proklamacji niepodległości – przyznaje.

Wreszcie sam rząd torysów mógłby się zgodzić na kolejne referendum, jeśli w wyborach SNP odniosłaby wielki triumf i nacisk Edynburga okazałby się niemożliwy do powstrzymania.

DENTYSTA JUŻ WYJECHAŁ

Wynik głosowania najprawdopodobniej rozstrzygnęliby w takim przypadku jednak nie sami Szkoci, ale mieszkający w prowincji imigranci z krajów UE. To 200 tys. osób, 7 proc. uprawnionych do głosowania – strategiczna liczba wobec tak równego podziału elektoratu. Co prawda bez brytyjskiego obywatelstwa nie mogli oni ani wybierać deputowanych w Westminsterze, ani brać udziału w referendum w sprawie brexitu. Ale Sturgeon zadbała, aby w wyborach do szkockiego parlamentu, a także referendum niepodległościowym zasady były o wiele bardziej liberalne – wystarczy numer ubezpieczenia społecznego.

– Dla mnie to jest temat bardzo emocjonalny, osobisty. Mieszkam w Szkocji od 24 lat, a jednak z powodu brexitu już nie czuję się tu u siebie w domu. Syn wyjechał do Szwajcarii, mój dentysta do Hamburga, także przyjaciółka przeprowadziła się na kontynent, bo boi się, że zabraknie leków dla jej dziecka, które ma białaczkę. Ja uważam, że trzeba jeszcze walczyć z tym szaleństwem. Jestem artystką, organizuję koncerty na rzecz niepodległej Szkocji, jedynej drogi do powrotu do zjednoczonej Europy. Dla nas swoboda podróżowania to podstawa – mówi „Rzeczpospolitej” Claudia Zeiske, Niemka mieszkająca w Huntly na północ od Edynburga.

Stefano Cattarin takich ambicji nie ma. Bo też korzeni nie zapuścił tu tak głębokich. Gdy przez pół roku nie mógł znaleźć pracy w rodzinnych Włoszech, przyjechał w grudniu do Edynburga, gdzie w trzy dni znalazł zajęcie – w recepcji hotelu Piries. Teraz obawia się, że może to wszystko stracić, bo tylko ci, którzy mieszkają legalnie w Wielkiej Brytanii od pięciu lat, mają w razie brexitu gwarancję pobytu. Rozwiązaniem może być niepodległa Szkocja.

Julia Stachurska nie ma jednak wątpliwości, że to Polacy mogą przechylić szalę na rzecz niepodległego państwa. Ich siła tkwi po prostu w liczbach: to 86 tys. osób, prawie połowa wszystkich, którzy przyjechali do Szkocji z innych krajów Unii.

Nicola Sturgeon doskonale zdaje sobie z tego sprawę: dwa miesiące temu powierzyła 19-letniej Polce nadzór nad strukturami SNP na wyższych uczelniach, chodzi aż o 3,7 tys. osób.

– To wspaniała kobieta, realny człowiek, a nie fasadowy polityk. Gdy mnie widzi, zawsze się pyta, jak mi idzie z legalizacją pobytu, statusu osoby osiedlonej – mówi „Rzeczpospolitej” Julia Stachurska.

PRAWA KOBIET

Do Szkocji przyjechała 12 lat temu, gdy po rozwodzie mama musiała pilnie szukać jakiegoś dochodu. Pracę znalazła w jednej z fabryk w Wishaw, przemysłowym zagłębiu zbudowanym wokół Glasgow.

– To Unia Europejska dała nam wtedy ratunek, dzięki niej mogliśmy skorzystać ze swobody przemieszczania się osób – odpowiada, gdy pytam, czy nie czuje wyrzutów sumienia, że dziś działa na rzecz rozpadu Zjednoczonego Królestwa, które w krytycznym momencie rzuciło mamie koło ratunkowe.

Ale to nie niepodległość była powodem, dla którego dziewczyna związała się początkowo z SNP. Chodziło raczej o trudne doświadczenia rodzinne, postać ojca, z którym nie ma dziś żadnego kontaktu. Szkoccy nacjonaliści są bowiem też ugrupowaniem bardzo mocno zaangażowanym w prawa kobiet, podobnie jak osób LGBT.

Scott Macnab tłumaczy: „To jest bardzo długa tradycja sięgająca rewolucji przemysłowej, gdy Glasgow wyrósł na drugi po Londynie ośrodek produkcyjny. Silne związki zawodowe dały początek wizji państwa socjalnego, którą od laburzystów przejęło SNP”.

Julia mówi dziś lepiej po angielsku niż po polsku. I to z charakterystycznym szkockim akcentem. W końcu nigdy nie chodziła do innych niż tutejsze szkół. Ale nie da się wykluczyć, że w razie brexitu mogłaby zostać z Wysp wyrzucona.

– Nigdy nie przyszło mi do głowy występować o brytyjskie obywatelstwo, gdy oglądam Borisa Johnsona, nie mogę się z tym identyfikować – tłumaczy. Ale tak jak bardzo wielu obywatelom Unii władze robią jej problemy z przyznaniem statusu osoby osiedlonej.

– Torysi chyba chcą skorzystać z tej okazji, aby „wyczyścić” społeczeństwo z osób niepożądanych – zastanawia się.

Wizja kolejnej przeprowadzki z musu, tym trudniejszej, że mama od niedawna znowu wychowuje sama małe dziecko, w naturalny sposób wciągnęła młodą studentkę do zaangażowania się w niepodległościową sprawę: przemawia na wiecach SNP, udziela wywiadów, jest aktywna w mediach społecznościowych. I przekonuje Polaków w Wishaw i całej Szkocji do poparcia idei budowy nowego państwa.

Ale to nie jest łatwe zadanie. Nie tylko znajomi Claudii Zeiske, ale także Polacy coraz częściej wyjeżdżają ze Szkocji. Nie mogąc w ich zastępstwie znaleźć pracowników, znana fabryka Dean’s of Huntly po raz pierwszy musiała postawić na roboty. To przypadek wielu innych zakładów.

Ale także ci, którzy są zdecydowani zostać, mają wątpliwości co do niepodległej Szkocji.

65-letni dziś Zbigniew Zakieta także przyjechał do Szkocji w 2006 r. po rozwodzie. Choć – jak sam mówi – do dziś bardzo słabo zna angielski, dostał od szkockich władz wiele: solidną dopłatę do zakupu mieszkania, darmowe leki po zawale serca, kurs angielskiego.

Scott Macnab: „Naszym wzorem jest Skandynawia. Od ustawy od decentralizacji w 1998 r. wprowadzono tu o wiele większe osłony socjalne, np. darmowe uniwersytety. Ale też deficyt Szkocji sięga 7 proc. PKB, część ludzi obawia się, że skończymy jak Grecja”.

Pan Zbyszek niedawno zapewnił szkockiego sąsiada: „Jesteśmy tu za krótko, aby decydować o przyszłości waszego kraju”. Rozumieli się bez słów.

Może to już początek końca?

Na politycznej scenie trwa osobliwy spektakl. Scenariusz tego przedstawienia obfituje w nielogiczne narracje i absurdalne zwroty akcji, za którą aktorzy wyraźnie nie nadążają. Trudno zrozumieć bełkotliwe kwestie, a choreografia sprowadza się do niezbornych gestykulacji. Coś się stało autorom dotychczasowych przekazów dnia, funkcjonariuszom tak dotąd sprawnej służby propagandowej PiS. Kompromitują się ostatnio na potęgę, przekazując prominentom partyjnym sprzeczne sygnały i dziwaczne łamańce logiczne. Pogubili się w natłoku własnych kłamstw? A może po prostu wzięli sobie urlop, bo życie przerosło ich wyobraźnię? Tak czy owak wychodzi na to, że kraj i społeczeństwo nie są już w stanie sprostać oczekiwaniom prezesa.

Propagandowe bezhołowie szczegółowo obserwować można w sprawie Mariana Banasia. Komentarze prominentów PiS miotają się od Sasa do Lasa, i wcale nie jest tak, że kryształowy niegdyś urzędnik nagle stał się niewygodny dla wszystkich rządzących i w ogóle jest już mało znany w środowisku.  Minister Emilewicz nadal zna prezesa NiK z dobrej strony jako człowieka wyjątkowo propaństwowego. Minister Sasin jest zdania, ze mimo wszystko Marian Banaś jest „potrzebny Polsce”. Wicemarszałek Terlecki odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy Banaś powinien zrezygnować z funkcji prezesa NIK, wyjaśnia, że „nie było takiej sugestii – być może zastrzeżenia CBA są mało przekonujące”.  Wtórują mu liczni funkcjonariusze partii władzy, niepomni co dotąd mówili o Wałęsie czy Balcerowiczu , którzy dziś głoszą tezę, że pan Banaś może i trochę zbłądził, ale nie wolno odbierać mu jego minionych ogromnych zasług. Najbardziej irytujące są jednak opinie ludzi wciąż zapewniających o osobistej uczciwości prawego, pancernego Banasia. Tego, który przejął od schorowanego kombatanta AK kamienicę w Krakowie oraz działkę z domem w zamian za „dożywocie”, na co przeznaczył raptem 30 tys. zł i notarialnie zobowiązał się wspomagać starego człowieka miesięczną dotacją w wysokości… 500 zł. Sprzedając te nieruchomości, za samą tylko kamienicę pan Banaś wziął 4, 5 miliona. To się chyba kiedyś nazywało wyłudzenie, ale od czasu gdy PiS doszedł do władzy, pewnie już tylko zapobiegliwość.

Ryszard Czarnecki (i nie tylko on) ostrzega, że prezes NIK może się jeszcze okazać człowiekiem bez skazy i warto poczekać z wyrokowaniem na wyniki dochodzenia prowadzonego przez służby. Tyle że są to te same służby, które już długo przed nominacją prowadziły śledztwo w sprawie źródeł pochodzenia majątku Banasia, meandrów jego zeznań i zawiłości oświadczeń majątkowych, a także przekrętów mafii watowskiej zorganizowanej przez ludzi, których ówczesny minister Banaś wprowadził do Ministerstwa Finansów.  W tej drugiej sprawie ministerstwo wystosowało wyjaśnienie tak pokrętne, że z pewnością znajdzie miejsce wśród największych kuriozów retoryki PiS: „ Zarzucane podejrzanym przestępstwa nie mają bezpośredniego związku z pełnieniem przez nich funkcji publicznych”! No pewnie, przecież oni popełniali przestępstwa po godzinach, w pracy ścigali kradzieże, a po robocie sami kradli. Ale mniejsza o to. Ważniejsze, że ABW która już wcześniej miała informacje zebrane przez CBA o kontaktach pana Banasia ze światem przestępczym, tuż przed nominacją wydała mu certyfikat dostępu do największych tajemnic państwowych!  Długą listę najrozmaitszych opinii „w sprawie Banasia” zasiliła więc jeszcze jedna: to jest rozgrywka służb specjalnych. Nie wiadomo tylko, jakie korzyści może mieć państwowa służba z udostępnienia tajemnic przestępcom. No chyba, że nie ma między nimi większej różnicy.

Inne ciekawe zjawiska towarzyszą reakcji PiS na przegrane wybory do Senatu. Oburzyły się wielce władze partyjno-rządowe. Jak to przegraliśmy? Jakim prawem, skoro mieliśmy wygrać? A potem przyszło jeszcze zdumienie, że żaden senator żadnej wrażej partii nie dał się przekupić ani stanowiskiem w rządzie, ani synekurą w spółce. Czy oni w tej opozycji są nienormalni? Jak można nie chcieć władzy ani pieniędzy? Czym tamci się różnią od naszych senatorów? Tak czy owak – nie można tego tak zostawić. Nie wolno zasiać w ciemnym ludzie nawet najmniejszych wątpliwości w omnipotencję prezesa. Trzeba jakoś poprawić wynik wyborów. Nie po to powołaliśmy swoich komisarzy i nową izbę Sądu Najwyższego, która decyduje o ważności wyborów, żeby wygrywali je nasi wrogowie…

Coś wpadło w tryby buldożera, którym PiS od 4 lat rozjeżdża polską demokrację. Może zwątpienie, może nawet obawy. Mnożą się błędy i kuriozalne reakcje. We wnioskach kwestionujących wyniki wyborów do Senatu powołano się na art. 277 kodeksu wyborczego, dotyczący wyborów do Sejmu. A argumentacja tych protestów dosłownie zwala z nóg: głosy nieważne powinny być zakwalifikowane jako ważne, oddane na PiS. I już. Kilometry poza granicą bezczelności. A to przecież tylko logiczna konsekwencja ogólnej reguły, którą Kaczyński od lat spaja swoją trzódkę: suweren powierzył nam kraj na własność. Więc jeśli w zawłaszczonym kraju wszystko „po prostu nam się należy”, to czemu nie dodatkowe mandaty parlamentarne?

Legislacyjną głupawką nazwać można skutki publicznego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, który pół roku temu dał słowo, że majątek premiera Morawieckiego zostanie szybko ujawniony. Ale o tym co, jak i za ile nabył pan premier, komu to sprzedał oraz dlaczego nie chce się chwalić swoimi milionami cedując majątek na żonę, nie dowiemy się przez długie lata, albo nigdy. Ne ma w tym nic nadzwyczajnego, po raz kolejny okazało się tylko, że słowo prezesa nie jest warte funta kłaków jego kota. Interesująca jest natomiast procedura, którą w tej sprawie uruchomiła władza. Najpierw premier ogłosił, że najchętniej ujawniłby wszystko to, co ma, ale on tego nie ma, bo przepisał na żonę, która ujawni, co trzeba, jeśli tylko uzyska podstawę prawną. Psu na budę potrzebna ta podstawa, bo i bez przepisu każdy może, a niektóry nawet powinien, poinformować o swoich dobrach. Więcej: w przypadkach podejrzanych transferów majątku mogą się nim zainteresować odpowiednie służby, nie czekając na zgodę właścicielki. Ale nie wszyscy o tym wiedzą, więc wyborców skazanych na TVPiS poinformowano tylko o dobrej woli rządzących i ekspresowo przygotowanej ustawie. I zaraz okazało się, że całkiem świadomie – bo ignorując ostrzeżenia parlamentarzystów opozycji – spreparowano prawny bubel, który podłożono głowie państwa do podpisu. Tym razem pan prezydent, doktor prawa po UJ i gorący zwolennik jawności wszelkich prominenckich majątków do siódmego pokolenia, dokonał dogłębnej analizy ustawy i ze zdumieniem zauważył w niej poważne wady prawne. Po głębokim namyśle i z żalem skierować musiał ten przepis do Trybunału Konstytucyjnego.

Trzeba dziecięcej naiwności lub rozchybotania jaźni, by sądzić, że naród uwierzy w ten przekaz szyty grubą dratwą. Kto uwierzy, że magister Przyłębska, odkryta towarzysko przez Kaczyńskiego podczas licznych spotkań przy „herbatce”, kiedykolwiek skieruje tę sprawę do rozpatrzenia? Nie ma wątpliwości, że ustawa nakazująca ujawnianie prominenckich majątków rodzinnych trafi do trybunalskiej zamrażarki. Czyli tam, gdzie tkwią inne kalekie akty prawne, których nawet sędziowie gorliwie kibicujący „dobrej zmianie” nie są w stanie zaakceptować i zalegalizować. W tej zamrażarce są również niewygodne wnioski, takie jak np. o niedopuszczalności aborcji ze względu na ciężkie uszkodzenie płodu, o ujawnienie list poparcia dla członków KRS, albo o opinię, czy Polska może występować o reparacje wojenne od Niemiec – projekty, wymuszone przez elektorat, o których jednak PiS wolałby zapomnieć. Mechanizm jest taki, że niewygodne ustawy tkwią w szufladzie pani prezes do końca kadencji, po czym kończą żywot na legislacyjnym śmietniku, bo po wyborach tracą ważność i trzeba będzie znowu składać do TK nowy wniosek w tej samej sprawie. Wniosek, który jeszcze raz można zamrozić.

Coraz częściej i w coraz większej odległości rządzący mijają się z rzeczywistością.  Z każdym dniem kolejni wyborcy PiS dowiadują się na przykład, że:

  • pan premier odpytywany o źródła sfinansowania obietnic PiS wymienia rosnące inwestycje zagraniczne, podczas gdy w światowym rankingu atrakcyjności inwestowania Polska spadła właśnie do piątej dziesiątki, tracąc 16 miejsc w czasie rządów PiS;
  • kilku prominentów związanych z „Solidarnością” radośnie podsumowało dotychczasowe efekty zakazu handlu w niedzielę, nie dostrzegając, że od wprowadzenia zakazu zbankrutowało 15 tys. małych sklepików osiedlowych, które miały być beneficjentem tej ustawy, natomiast duże supermarkety znacznie zwiększyły obroty;
  • minister Ziobro, pytany o przyczyny drastycznych zmian systemu prawnego, wciąż powtarza, że celem zmian jest ułatwienie i przyspieszenie procedur oraz bardziej sprawiedliwe orzekanie, dodając za każdym razem, że wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Tymczasem po 9 miesiącach (zamiast ustawowych 30 dniach) prokurator Renata Śpiewak urodziła decyzję, że Jarosław Kaczyński – z definicji, bo nawet bez przesłuchania – miał prawo nie zapłacić wynajętemu biznesmenowi za 14 miesięcy dobrze ocenionej pracy, przy czym poszkodowany nie może już dalej dochodzić swojej krzywdy, bo w trakcie tego „śledztwa” udało się uchwalić odpowiednią zmianę przepisów. Za wielomiesięczną pracę w pocie czoła pani prokurator nagrodzona została awansem i wysoką premią;
  • po niemal dwóch latach prokurator Adam Piotrowski z katowickiej prokuratury okręgowej nie zdążył zbadać sprawy pikiety narodowców, którzy powiesili wizerunki europosłów PO na szubienicach, chociaż na licznych nagraniach można było wyraźnie zobaczyć, co się zdarzyło i kto wieszał (m.in. asystent sędziego Jakub Kalus, narodowiec pracujący wówczas na delegacji w Ministerstwie Sprawiedliwości). Sąd Apelacyjny w Katowicach zdruzgotał działania prokuratury wytykając bezczynność i działania pozorne, natomiast rzeczniczka prokuratury Marta Zawada-Dybek odpowiedziała, ze wszystko jest w porządku, bo prokurator nie dysponuje jeszcze pełnym materiałem dowodowym, niezbędnym do podjęcia decyzji merytorycznych. Narodowcy pozostają więc bezkarni, a Jakub Kalus wciąż jest zatrudniony w Sądzie Apelacyjnym w Katowicach;
  • już wiadomo, ze nie ma podstaw do wszczęcia postępowań i postawienia zarzutów sędziom zamieszanych w tzw. aferę hejterską. Wyjaśnił to rzecznik dyscyplinarny mianowany przez Zbigniewa Ziobro. Nie wiadomo tylko, czy i kiedy wróci do pracy wiceminister Piebiak. I tak dalej, i dalej…

Sam bym tego nie zmyślił – jak mawiał Antoni Słonimski.